Panikowirusy i inne epidemie – MIROSŁAW USIDUS o panice i manipulacji w sieci

Jako zagorzały przeciwnik cenzury i ograniczeń swobody wypowiedzi w mediach, nie tylko internetowych, a jednocześnie częsty krytyk chińskiego zamordyzmu w tej dziedzinie, musiałem jednak ostatnio przemyśleć całą kwestię jeszcze raz, gdy ujrzałem, co wokół epidemii koronawirusa dzieje się w Internecie, social mediach i okolicy.

 

Dość często można znaleźć opinie, że chińskie władze, cenzurując i blokując informacje na temat epidemii, ukrywają prawdziwą liczbę zarażonych szczepem 2019-nCoV i śmiertelnych ofiar choroby. Czy te doniesienia mają wiele wspólnego z prawdą, czy są tylko szumem, nie wiem. Są oficjalne dane, którym mogę nie wierzyć, ale, prawdę mówiąc, alternatywa, czyli tysiące nie wiadomo skąd pochodzących sensacji o setkach tysięcy a nawet milionach trupów, wygląda jak cuchnące fakenewsowe bagno. Podobnie mnożące się w sieciach społecznościowych pozbawione kontekstu filmiki pokazujące jakichś rzekomo padających na ulicy „na koronawirusa”, ludzi czy chorych, konających w drgawkach w szpitalu, wzbudzają zaufanie bliskie zeru.

 

I ja, człowiek nienawidzący cenzury, zaczynam zastanawiać się, czy polityka informacyjna chińskich władz, nawet jeśli sporo ukrywają, nie jest czymś lepszym niż internetowe sianie histerii i panikarstwo za pomocą fejków, a w najlepszym razie – manipulacji. Jest prawie pewne, że dołożenie paniki do i tak poważnej sytuacji nikomu życia nie uratuje a całkiem prawdopodobne, że wręcz przeciwnie. Inaczej mówiąc, Pekin, nawet jeśli sporo ukrywa, to raczej nie dlatego, by więcej ludzi zmarło, lecz po to aby panować nad sytuacją. A w tej sytuacji chyba nikt nie zaprzeczy, że panowanie nad sytuacją jest lepsze niż jego brak.

 

Przedstawiona niedawno m. in. przez „Financial Times”, teza, jakoby ukrywanie przez chińskie władze i WHO faktu pojawienia się koronawirusa, przyczyniło się do jego rozpowszechnienia, też mnie niespecjalnie przekonuje. Po pierwsze, prawdopodobnie ani Pekin, ani międzynarodowa organizacja, nie miały wystarczających informacji. Po drugie, nawet jeśli były niepokojące sygnały, to z kolei mocno dyskusyjne jest, czy alarmowanie społeczeństwa na pełny megafon jest najrozsądniejszą strategią.

 

Uzasadniona jest krytyka bierności czy nieudolności lokalnych władz w Chinach. Ale o dziwo, według doniesień znających tamte warunki i okoliczności, chiński Internet jest pełen tego rodzaju demaskatorskich treści. Czyli krytyka na poziomie lokalnym jest co najmniej tolerowana a niektórzy sugerują, że nawet wspierana, przez władze centralne. Zapewne chodzi o zogniskowanie społecznego gniewu z dala od KC KPCh. Jednak osoby umiejące czytać teksty powstające w warunkach cenzury dostrzegą w ściśle kontrolowanym chińskim Internecie nawet ataki na przewodniczącego Xi Jinpinga, wyrażane w bardzo specyficznej formie. Jeśli ktoś bowiem zauważy pisane tam na różnych forach komentarze typu „Trump jest nieudolny”, „Trump powinien odejść”, to niech chwilę zastanowi się, czy naprawdę chodzi o amerykańskiego prezydenta…

 

Naukowiec panikarz

 

Większość z nas jednak nie potrafi ani trochę czytać po chińsku. Nie odwiedzamy też chińskich portali społecznościowych, takich jak Weibo i WeChat. Gdy na Twittera i na Facebooka trafiają filmiki skopiowane (podobno) z chińskich mediów społecznościowych, trudno jest nam ocenić wiarygodność i kontekst tych publikacji. Jednak chińska blokada i ostrożność zachodnich mediów, przynajmniej tych, które starają się trzymać standardów, wytworzyły swoisty głód informacji na temat koronawirusa. A skoro jest popyt, pojawiła się też podaż. Głodni nie wybrzydzają. Zaś dla tych, którzy starają się zachować sceptycyzm i krytycyzm, są bardziej wyrafinowane dania.

 

Media cytują przykład Erica Feigl-Ding, mieszkającego w Waszyngtonie badacza zagadnień zdrowia publicznego z Uniwersytetu Harvarda, który na Twitterze podał dalej informację o współczynniku zakażania dla koronawirusa z Wuhan – R0, wynoszącą według cytowanego opracowania 3,8, co oznacza, że każda osoba, która złapie infekcję, przekaże ją średnio prawie 4 innym osobom a to z kolei jest niezwykle wysoki poziom, taki którego Feigl-Ding, jak zapewnia „nie widział w swojej karierze”. Pisał na Twitterze, że jesteśmy „w obliczu epidemii najbardziej zjadliwego wirusa, jakiego kiedykolwiek widział świat”.

 

Po jego postach Twitter oszalał. Społecznościowa „wirusowość” jego publikacji była znacznie większa niż najczarniejsze obawy co do koronawirusa. Wątek wkrótce miał tysiące retweetów. Konto Feigl-Dinga zostało zalane nowymi obserwującymi. Ta część Internetu, która nie kupuje łatwo nie wiadomo skąd, jak i kiedy wziętych filmików z chiński opisami, miała w tym przypadku przed sobą epidemiologa z Harvardu, który potwierdza najgorsze obawy.

 

Nie każdy już jednak zdołał zauważyć, że Feigl-Ding powoływał się na pracę badawczą, która miała charakter wstępny i nie była recenzowana. Pominął też pewne dość istotne fakty, przede wszystkim takie, że inne choroby zakaźne, takie jak odra, również mają bardzo wysokie wartości R0. Popełnił też oczywisty błąd – napisał, że nowy wirus jest osiem razy bardziej zakaźny niż SARS, podczas gdy w rzeczywistości SARS miał R0 w zakresie od 2 do 5, bardzo porównywalne z podawanymi przez niego samego szacunkami dla nowego koronawirusa. Trzeba dodać, iż Feigl-Ding usunął tweet o SARS, gdy tylko zdał sobie sprawę z błędu.

 

Na tym nie koniec fact checkingu. Feigl-Ding nie wiedział, że w czasie, gdy tweetował, naukowcy zdążyli już obniżyć swoje szacunki „zaraźliwości” mikroba z Wuhan do 2,5 R0. Ponieważ sprawa stała się głośna, do debaty włączyli się inni poważani eksperci, w tym także harwardzcy koledzy naukowca, zauważając m. in., iż niektóre wysoce zakaźne choroby nie są tak naprawdę aż tak niebezpieczne. Jeden z epidemiologów, Michael Bazaco, odpowiadając Feigl-Dingowi napisał: „To jest siejąca panikę hiperbola, granicząca z nadużyciem, grożąca poważnymi konsekwencjami dla zdrowia publicznego”.

 

Po kilku dniach Feigl-Ding spuścił z alarmistycznego tonu, bo jednak naukowa odpowiedzialność zwyciężyła. Na Twitterze szaleją jednak i są niezwykle popularni inni panikarze, tacy jak np. @howroute rozpościerający przed internautami krajobraz apokalipsy i niechybnej, bliskiej zagłady. W przypadku tego profilu nie jest to zidentyfikowana osoba, choć podaje się za pracownika mediów. Przed kryzysem w Wuhan, @howroute zajmował się głównie publikacją memów uderzających Trumpa. Od czasu wybuchu epidemii konto tweetuje całkowicie pozbawione kontekstu filmy a swoich krytyków oskarża o bycie trollami Chińskiej Partii Komunistycznej. „Jestem jednym z najbardziej wiarygodnych źródeł na temat koronaawirusa na Twitterze. Jak śmiecie kwestionować moje raporty!” – pisze w jednym z komentarzy.

 

Przejdziem odrę w Wietnamie… lub nie przejdziem

 

Problem wirusowości społecznościowej prawdziwych wirusów jest znany od dobrych kilku lat. Już w 2016 roku „The Atlantic” analizował rolę social media w epidemiach, przypominając jak wiosną 2014 r. wietnamskie państwowe media podały, że dziesiątki dzieci zmarło po przyjęciu ich w stołecznych szpitalach w Hanoi z wysypką i wysoką gorączką. Lekarze podali, że przyczyną zgonów była odra, najgorsza jej epidemia w historii Wietnamu. Zrozpaczeni rodzice ofiar ruszyli na Facebooka, by wyrazić swój żal i oburzenie. Razem z nimi ich przyjaciele i sąsiedzi, którzy domagali się informacji, jak epidemia się rozprzestrzenia i czy w ogóle bezpiecznie jest przyprowadzać dzieci do szpitali. Władze rozpowszechniały informacje o zgonach na odrę za pomocą ulotek, biuletynów i aktualizacji na stronie internetowej ministerstwa zdrowia, wspomina w „The Atlantic” pielęgniarka z państwowego szpitala w Hanoi, która prosiła o anonimowość. „Jednak w Internecie było tak dużo publikacji nieoficjalnych na ten temat, że niektórzy wpadli w panikę,” mówiła.

 

Tamtejszy rząd, który sporadycznie blokuje sieć, nie był w stanie ugasić podsycanego przez Facebook strachu, gniewu i poczucia krzywdy, które ogarnęły społeczeństwo. Krytykowano ministra zdrowia Nguyena Thi Kim Tiena, który nie chciał nazwać sytuacji „epidemią”, gdy liczba zgonów dzieci zbliżyła się do 130.  Urzędnicy ministerstwa, publicznie wyjaśniali, dlaczego kierując się zasadami profesjonalnej epidemiologii nie ogłosili wybuchu epidemii, ale to nie wystarczyło, zwłaszcza mediom społecznościowym. Ludzie nie rozumieli sytuacji, byli bombardowani emocjonalnymi treściami, i myśleli, że ministerstwo próbuje ukryć epidemię. Mało kto zastanowił się jak duży wpływ na tę „epidemię” mogły mieć ruchy i poglądy antyszczepionkowe.

 

Internet trochę szkodził, ale sporo pomógł

 

Zanim pojawiły się media społecznościowe, w Internecie nie było aż tak wyraźnych i silnych przejawów działania psychologii tłumu, jednak pojawiały się wczesne sygnały zjawisk, które rozwinęły się później w społecznościówkach.

 

SARS (severe acute respiratory syndrome) pojawił się w południowych Chinach w 2002 r. i doprowadził do międzynarodowego kryzysu w lutym 2003 r. W ciągu kilku miesięcy od pierwszego zarażenia SARS w stosunkowo nowej wówczas wyszukiwarce Google pojawiły się setki tysięcy wyszukiwań hasła „SARS”. Baidu, popularna chińska wyszukiwarka, również zgłaszała, że w czasie epidemii „SARS” był jej głównym elementem wyszukiwania. Obie strony pozwalały zwykłym ludziom w Chinach i poza nimi na natychmiastowe znalezienie informacji o chorobie, zamiast, jak dotychczas było, czekać na nowe wydanie gazety lub wiadomości w radiu i telewizji.

 

W tamtych czasach istniał Web 1.0, w którym ludzie wchodzą na strony i czytają informacje, wciąż nie mając w tym żadnego własnego udziału, poza wyrażaniem zainteresowania,” komentował w „The Atlantic” Randall N Hyer, specjalista ds. ryzyka komunikacyjnego, który pracował w zespole reagowania na ryzyko Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) podczas kryzysu SARS.

 

Jednak już w tych zamierzchłych czasach nie wszystkie informacje, które pojawiały się wówczas w wyszukiwarkach, były dokładne, a fałszywe pogłoski rozprzestrzeniły się szybciej niż wirusy. Jedna z najbardziej szkodliwych informacji w tamtym czasie pochodziła, jak się okazało od mało wiarygodnego źródła, 14-letniego chłopca z Hongkongu, który ogłosił w Internecie, że miasto zostanie wkrótce objęte kwarantanną. Jego będący raczej sztubackim żartem wpis zyskał uwagę i wiarygodność, ponieważ strona, na której się ukazał naśladowała stronę internetową lokalnej gazety. Wywołało to panikę wyrażającą się w masowym ataku ludzi na sklepy spożywcze w celu przygotowania zapasów. Oczywiście był to mechanizm samonapędzający się, gdyż ludzie widzący tłumy w sklepach sami ulegali panice. Książka „At the Epicentre”, wydana w 2004 r. opisująca tamte wypadki, wspomina, że nawet oficjalne dementi żartu ogłoszone publicznie przez ówczesnego dyrektora ds. zdrowia w Hongkongu, nie uspokoiło nastrojów.

 

Jak widać, już przed epoką mediów społecznościowych, Internet miał spory potencjał, aby prowadziłć do poważnych zaburzeń społecznych.

Z drugiej strony trzeba jednak przyznać, że w czasie epidemii SARS narzędzia internetowe, podobnie jak to się dzieje teraz, również ogromnie pomagały w walce z chorobą. Na przykład, gdy w Hongkongu mnożyły się infekcje, grupa mieszkańców stworzyła stronę internetową sosick.org, podającą aktualizowaną często listę budynków z podejrzanymi lub zdiagnozowanymi przypadkami SARS. Dwa tygodnie po pojawieniu się strony, rząd Hongkongu rozpoczął publikowanie tych samych informacji na swojej oficjalnej stronie internetowej. „Internet okazał się nieocenionym narzędziem, które zainteresowani obywatele mogli wykorzystać do podważenia tajemnicy rządowej,” czytamy we wspomnianej książce.

 

Dziś uważa się, że staranne badanie trendów w mediach społecznościowych związanych z tematyką zdrowotną mogłoby znacznie pomóc naukowcom i organom rządowym odpowiedzialnym za ochronę zdrowia w lepszym rozpoznaniu i zrozumieniu mechanizmów transmisji chorób pomiędzy ludźmi, po części dlatego, że media społecznościowe mają tendencję do bycia „wysoce kontekstualnymi i coraz bardziej hiperlokalnymi” mówi w „The Atlantic” Marcel Salathé, badacz z École Polytechnique Fédérale w Lozannie w Szwajcarii i specjalista w rozwijającej się dziedzinie, którą naukowcy nazywają „epidemiologią cyfrową„. Ale na razie, jak dodaje, wciąż starają się zrozumieć, czy media społecznościowe rozmawiają o problemach zdrowotnych, które rzeczywiście odzwierciedlają trendy epidemiologiczne, czy też nie.

 

Wyniki pierwszych eksperymentów w tej mierze są niejasne. Inżynierowie z Google uruchomili narzędzie do prognozowania chorób Google Flu Trends (GFT) już w 2008 roku. Firma planowała przeanalizować dane z wyszukiwarki Google pod kątem występowania symptomów i innych słów ostrzegawczych. Miała wtedy nadzieję, że dane te zostaną wykorzystane do tego, aby dokładnie i natychmiastowo rozpoznawać „kontury” ognisk grypy i dengi, dwa tygodnie wcześniej niż amerykańskie Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom (CDC), którego badania uchodzą za najlepszy standard w tej dziedzinie. Jednak wyniki uzyskiwane przez Google w wczesnym rozpoznawaniu grypy w USA a potem też malarii w Tajlandii na podstawie sygnałów z Internetu uznano za jeszcze zbyt mało precyzyjne.

 

Fact &i virus checking

 

Zanim sięgniemy pełna garścią po zawartość Internetu i społeczności, aby wcześnie wykrywać zagrożenia epidemiologiczne, warto byłoby uporać się z problemem dezinformacji szerzonej w tych wszystkich kanałach. Organizacje zajmujące się sprawdzaniem faktów z 30 krajów współpracują za pośrednictwem International Fact-Checking Network pod patronatem Instytutu Poyntera w celu identyfikacji i weryfikacji fake newsów. Niedawno opublikowano w serwisie FactCheck.org listę dezinformacji, fake newsów i manipulacji na temat epidemii koronawirusa, przygotowaną przez weryfikatorów pracujących dla tej sieci.

 

Oto lista przypadków z FactCheck.org:

 

Wiele postów w mediach społecznościowych fałszywie twierdziło, że wirus został opatentowany, a szczepionka jest już dostępna. To nieprawda. Patenty, do których odnosiły się badane wpisy, odnoszą się do innych wirusów.

 

Jeden z postów na Facebooku fałszywie stwierdził, że odpowiedzialnym za rozprzestrzenianie się nowego koronaawirusa jest komik Sam Hyde. Naukowcy wciąż pracują nad ustaleniem źródła tego najnowszego koronaawirusa, a dowody sugerują, że został on po raz pierwszy przekazany człowiekowi przez zwierzę.

 

Na stronach internetowych i w serwisach społecznościowych krążyły błędne twierdzenia, że z powodu koronaawirusa w Wuhan zmarły „tysiące” a nawet ponad 10 tys. osób. Oficjalna liczba zgonów z powodu choroby w momencie pisania tych słów nie przekracza 700.

 

Niektóre posty w mediach społecznościowych fałszywie głosiły, że „patogeny do zakładu w Wuhan” wysłał „chiński zespół szpiegowski” pracujący w kanadyjskim laboratorium rządowym. Kanadyjskie media zdementowały te informacje.

 

Jedna ze stron internetowych propagujących teorie spiskowe zniekształciła fakty mówiące o prognozach Fundacji Billa Gatesa mówiących o przewidywanych „65 mln zgonów” z powodu koronaawirusa. W rzeczywistości omawiane przez fundację zdarzenie dotyczyło hipotetycznego scenariusza z udziałem fikcyjnego wirusa.

 

Liczne posty w mediach społecznościowych fałszywie sugerują, że ponieważ produkty o nazwach handlowych Clorox i Lysol podają w składach na swoich butelkach „Human Coronavirus”, jest to ten sam koronawirus z Wuhan. To nieprawda. Istnieje wiele ludzkich koronaawirusów, a produkty, o których mowa, zostały przetestowane pod kątem ewentualnej możliwości wywoływania infekcji.

 

Nic nie jest czarno–białe

 

Bohaterem ostatnich dni jest lekarz z Wuhan Li Wenliang, który był jedną z pierwszych osób, które wysłały publiczne ostrzeżenie o pojawieniu się szczepu 2019-nCoV. Został za to ukarany, a następnie pochwalony przez chińskie władze, więc ocena ich działań i w tym przypadku nie jest jednoznaczna. Niedawno pojawiła się informacja, że umarł na infekcję spowodowaną koronawirusem.

 

Oczywiście jego historia może być dla wielu kolejnym przykładem zamordyzmu w Chinach. Jednak warto wiedzieć, że owe wczesne ostrzeżenia Li sugerowały, że nastąpił powrót wirusa SARS, co nie było prawdą. Rzeczywistość jak zwykle okazuje się nieco bardziej skomplikowana niż stereotypowe oczekiwania. Lekarz działał w dobrej wierze, ale jednak rozpowszechniał mylącą informację. Komunikat o „powrocie SARS” ma inne znaczenie i pociąga za sobą zupełnie inne konsekwencje niż wiadomość o nowym koronawirusie. Niestety, chińskie władze do pewnego stopnia miały rację, zarzucając mu dezinformację.

 

Teraz jednak Li Wenliang poległ na posterunku i prawdopodobnie zostanie bohaterem, którego kultowi władze nie będą się sprzeciwiać, a nawet może on pomóc w pokazowej rozprawie z lokalnymi kacykami, bo przecież ktoś musi odpowiedzieć za to, co się stało. Ale to nie teraz, bo teraz Chiny walczą z zarazą.

 

Mirosław Usidus

Najsłabsze ogniwo – WOJCIECH POKORA o wpadkach TVN-u i portalu Viva.pl

W polskich mediach stosowane są podwójne standardy. Jednych stawia się pod płotem i rozstrzeliwuje za wykroczenia, gdy równocześnie chroni się odpowiedzialnych za dużo większe nadużycia.

 

Kilka dni temu w mediach społecznościowych pojawił się znów znany fragment programu TVN24 z 2016 roku pt. „Loża prasowa”, w którym prezes Towarzystwa Dziennikarskiego Seweryn Blumsztajn stwierdza: „To mnie tak denerwuje, tak mnie złości, tak mnie upokarza – te wszystkie sądy, takich trzydziestolatków jak pan (zwraca się do Marcina Makowskiego). Pan chce, żeby Wałęsa stanął przed „tym”, a może on nie chce? Człowiek ma prawo kłamać na temat swojej przeszłości. Tak jak w sądzie się kłamie. Tak, człowiek ma prawo. Ma prawo się bronić. Ale pan go osądza. Czy pan kiedykolwiek, chociażby więcej niż złamany paznokieć Polsce poświęcił? Nich pan się liczy ze słowami, jak pan mówi o takich ludziach”.

 

W programie poza prezesem TD udział brali: Renata Kim („Newsweek”), Michał Szułdrzyński („Rzeczpospolita”) i Marcin Makowski („Do Rzeczy”). Program prowadziła Małgorzata Łaszcz.

 

Cały materiał można znaleźć jeszcze na stronie TVN24, polecam, bo oglądany z perspektywy 4 lat każe zadać pytanie o odpowiedzialność publicystów za słowo i trafność ich ocen. Ale to temat na inny felieton. Wrócę do cytowanego fragmentu. Po wypowiedzi redaktora Blumsztajna nie nastąpiła dyskusja. Jedynie red. Makowski próbował protestować w sprawie stwierdzenia, że „człowiek ma prawo kłamać”. Jednak zmieniono temat i program potoczył się dalej. Wówczas na tapecie był KOD i jego wielotysięczne manifestacje, więc trzeba było „grzać temat”. Nad standardami się prześliźnięto – w słusznej sprawie można kłamać. Amen.

 

Seweryn Blumsztajn jest dziennikarzem „Gazety Wyborczej”, co w tym przypadku ma znaczenie. Wypowiada się w programie szefowej zespołu producentów TVN24, co także nie jest bez znaczenia. Przysłuchuje mu się Renata Kim, która nie protestuje w sprawie standardów, co za chwilę także nabierze znaczenia. Bo to doskonały przykład na to, że w Polsce stosowane są podwójne standardy. I nie chodzi o to, że jednym uchodzi kłamstwo a innym nie, bo kłamstwo nie powinno mieć miejsca, ale chodzi o to, że jednych stawia się pod płotem i rozstrzeliwuje medialnie za wykroczenia, gdy równocześnie chroni się odpowiedzialnych za dużo większe nadużycia.

 

Przykład pierwszy.

 

28 stycznia br. w programie „Dzień Dobry TVN” wyemitowany został materiał dotyczący koreańskiej grupy muzycznej. Prowadzący program Anna KalczyńskaAndrzej Sołtysik żartowali, że Jeon Jung-kook, lider koreańskiego zespołu BTS znalazł się na szczycie listy najpopularniejszych mężczyzn na świecie. Zdaniem prowadzących Koreańczyk jest jednak zbyt męski i ma inny kształt oczu niż te, do których przywykli. W materiale filmowym redaktor Adam Feder pytał przechodniów, co sądzą na temat Jung-kooka, myląc się i pokazując im zdjęcie innego członka zespołu. Przechodnie byli krytyczni. Materiał został wyemitowany i rozpętała się burza. Oboje prowadzący przeprosili, właściciel stacji telewizyjnej wydał oświadczenie, a na koniec „Cygana powiesili” (zaznaczam, że to cytat z ksenofobicznego przysłowia polskiego), czyli z pracą pożegnał się Adam Feder. Czy słusznie? W mojej opinii nie.

 

Przykład drugi.

 

Magazyn VIVA! opublikował w serwisie Viva.pl wywiad Romana Praszyńskiego z aktorką Anną Marią Sieklucką. Aktorka zadebiutowała ostatnio na dużym ekranie wcielając się w Laurę – główną bohaterkę filmu Blanki Lipińskiej „365 dni”. Film reklamowany jest jako „pierwszy polski film erotyczny” a pani Sieklucka, sądząc po zwiastunie, prezentuje w nim szerokiej publiczności swoje wdzięki. W związku z dużym zainteresowaniem zarówno filmem jak i grającą w nim aktorką, a zapewne i jej wdziękami, magazyn VIVA! zamówił dla swoich czytelników wywiad. Czego mogła dotyczyć rozmowa z aktorką grającą w filmie erotycznym? Sądzę, że czytelnicy VIVY! nie rzucili się do lektury oczekując ciekawej dyskusji na temat Theogonii Hezjoda. I doskonale widział to także wydawca, zamawiając wywiad. Wiedział to także przeprowadzający rozmowę red. Praszyński. Na koniec okazuje się, że wiedziała i aktorka, która autoryzowała całość. Kto nie wiedział? Nie wiedziała dziennikarka „Gazety Wyborczej” Adriana Rozwadowska, która określiła rozmowę jako seksizm. Nie wiedziała też Karolina Korwin-Piotrowska, określająca ten wywiad jako molestowanie, i nie wiedziała Renata Kim, pisząc w „Newsweeku”, że Praszyński jest szowinistą i mizoginem. Dlaczego? Bo zadawał pytania w stylu – czy „lubi seks?”, „ma doświadczenie seksualne?”, czy „założyła na casting koronkową bieliznę?” i czy „piła wieczorami, żeby zapomnieć?”. Być może pytania są intymne, ale nie były zadawane niepełnoletniej nastolatce. To nie wywiad z uczestniczką Voice Kids, lecz z 27-letnią aktorką, grającą właśnie w filmie erotycznym, opublikowany w magazynie, na którego łamach co roku prowadzony jest plebiscyt na najpiękniejszych Polaków. Internauci głosując na najpiękniejszą kobietę i najpiękniejszego mężczyznę kierują się seksizmem! Zdecydowanie tylko i wyłącznie nim! Głosują na mężczyzn i kobiety oceniając ich zupełnie powierzchownie. Czy to nie skandal? Skandal. A jeszcze większym skandalem jest to, że wydawca organizujący takie plebiscyty, zamawiający wywiady z aktorkami filmów erotycznych zwalnia dziennikarza za to, że wykonał pracę, która została mu zlecona. Wywiad opublikowano! Dopiero oburzenie środowisk feministycznych spowodowało, że został zdjęty, a dziennikarz wyrzucony. Podobnie było przecież z programem w TVN. Protesty spowodowały, że wyrzucono dziennikarza, który przygotował zlecony materiał pod przygotowaną wcześniej tezę. Gdyby było inaczej, prowadzący program przyjęliby inną narrację. Gdzie jest zatem wydawca? Dlaczego w obu przypadkach odpowiedzialność ponosi najsłabsze w całym procesie wydawniczym ogniwo – dziennikarz. On jest tylko wykonawcą zlecenia. I tu pora wrócić do „Loży prasowej”. Jakimi standardami kierują się dziś dziennikarze skoro nie oburza ich jawna pochwała kłamstwa i dyscyplinowanie człowieka, który ośmielił się wypowiedzieć na temat Lecha Wałęsy, a stadnie rzucają się na ludzi, którzy ponoszą odpowiedzialność za narrację tytułów, które wynajmują ich do pracy? Czy w naszym zawodzie nie ma już ani grama solidarności i rozsądku, a została tylko realizacja mądrości etapu?

 

Wojciech Pokora

Bywa tak, że winni ponoszą winę  – felieton SŁAWOMIRA JASTRZĘBOWSKIEGO

Dowiedziałem, że zakończono współpracę z dziennikarzem Romanem Praszyńskim, ponieważ przeprowadził wywiad. Ten wywiad, według ogólnie dostępnych informacji został autoryzowany, to znaczy – bo parę osób jednak sobie z pewnością nie uświadamia, co znaczy autoryzacja – że osoba udzielająca wywiadu przeczytała to, co odpowiedziała i zaakceptowała to do publikacji? Powtórzyć? Dobrze! Przeczytała, zgodziła się, zaakceptowała. Powtórzyć? Nie? Dobrze.

 

Dziennikarz przeprowadził wywiad z aktorką Anną Marią Sieklucką, która jest śliczna i pełnoletnia. Ze znanych mi informacji wynika, że nie jest też ubezwłasnowolniona. Z ogólnie dostępnych informacji wynika, że zagrała w filmie, który reklamowany jest jako zmysłowy, erotyczny a nawet jako polska wersja „50 twarzy Graya”. Dobrze. Ten dziennikarz pyta ją czy lubi seks, czy miała na sobie bieliznę w czasie castingu. I podobno to było dyskwalifikujące dla dziennikarza i za to się go pozbyli. Po pierwsze to o co miał pytać panią grającą w filmie erotycznym? O zalety starości przedstawione przez Platona w dialogu między Sokratesem a Kefalosem? Może o tym jednak w następnym wywiadzie? Ponieważ pamiętam co działo się i co zdarzyło się z główną aktorką „Szamana” to raczej w sprawie filmu „365 dni” chciałbym przeczytać wywiad o filmie. Platona sobie poczytam z innej okazji. Poza tym, czy w wydawnictwach nie ma jakichś reguł, które objaśniane są pracownikom, dziennikarzom? Czy w wydawnictwach nie ma kogoś kto pilnuje, żeby wydawnicza ortodoksja nie została przekroczona? To dziennikarz Praszyński ma nad tym czuwać, czy dziennikarz Praszyński ma przynosić „mięso” do redakcji? Nad „mięsem” można oczywiście deliberować: „Ano wicie, rozumicie, obywatelu Praszyński, dla naszej redakcji to za krwiste i za żylaste. My to lubimy dobrze wysmażone albo w panierce”. I taki Praszyński (nie znam człowieka, ale za numer z Witkacym lubię) zrozumie. Albo podgotuje, albo ze swoim mięsem pójdzie do innej restauracji. Amen.

 

I niech będzie, że to inny temat. Ogólniejszy. Nazywam to biznesowym kajaniem się. W dużym skrócie mechanizm wygląda tak: z jakiegoś powodu człowiek, organizacja, struktura X zrobili coś, co nie spodobało się albo nie spodoba człowiekowi, organizacji, strukturze Y. Te X niekoniecznie myślą, że zrobiły coś złego, ale wiedzą, bo są mądrzy, że Y kręcą nosem i mogą wycofać pieniądze. Kręcenie nosem jest nieważne, pieniądze są ważne. I właśnie wówczas dochodzi do intencjonalnego biznesowego kajania się, co jest raczej praktycznym cynizmem, a mniej uznaniem winy i korekcją zachowań.

 

Elementem kajania jest na kolana padnięcie, w pierś się trzaśnięcie, ale bywa nim także kozioł ofiarny Typuje się (nie napiszę frajera, bo nie lubię używać takich słów) osobę, na którą zrzuca się winę. Sposoby obejścia się z frajerem (przepraszam, oczywiście z kozłem ofiarnym) są dwa. Po pierwsze można mu brutalnie ściąć głowę (bo co nam zrobisz, he, he, he?), co jest jednak niebezpieczne, bo często ta ucięta głowa chodzi i nadaje rzeczy straszne; albo można tej głowie nieściętej jeszcze powiedzieć na różne sposoby: „Wiesz my cię niby zetniemy, tak pod publikę, ale na twoim karku złote zawisną łańcuchy”, co jest wyjściem lepszym, polecam. Po rytuale z frajerem (przepraszam, no znowu) z kozłem ofiarnym i po biznesowym pokajaniu się udrażnia się zatkany strumień gotówki. I oto chodzi. A jeśli chodzi o tytuł, to dodam, że rzadko.

 

Sławomir Jastrzębowski

Sędzia Juszczyszyn i dziennikarz Kowalewski – rozważania ŁUKASZA WARZECHY

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy TVP rozrabiała historię o tym, jak to w 2015 r. sędzia Juszczyszyn nie zapłacił mandatu za przekroczenie prędkości, a tym bardziej nie stracił prawa jazdy na trzy miesiące (przekroczenie było o 51 km na godz. w obszarze zabudowanym), „Gazeta Wyborcza” opublikowała rozmowę Agnieszki Kublik z Mariuszem Kowalewskim, byłym dziennikarzem TVP, który opublikował właśnie książkę „TVPropaganda. Za kulisami TVP”.

 

Jakoś mi się te dwa zdarzenia połączyły. Dlaczego?

 

Sprawa sędziego Juszczyszyna jest znacząca podwójnie. Po pierwsze, ponieważ jej przebieg pokazuje autentyczną patologię w wymiarze sprawiedliwości, której uznania odmawiają obrońcy sądów i sędziów. Sędzia, złapany na zwykłym wykroczeniu drogowym, przedstawił legitymację, potwierdzającą immunitet. W ówczesnym stanie prawnym tak zrobić musiał – przyjęcie mandatu byłoby deliktem dyscyplinarnym (od tego czasu to się na szczęście zmieniło). Ale później kolegium sędziów z sądu, w którym sędzia Juszczyszyn orzeka, zajęło się odpowiednim wnioskiem policji i uznało, że „wykroczenie nie stanowi rażącej obrazy przepisów prawa wykroczeń i nie nastąpiło uchybienie zasad etyki i godności urzędu sędziego oraz w zachowaniu sędziego brak jest znamion oczywistego i rażącego naruszenia przepisów prawa, które uzasadniałoby skierowanie wniosku o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego”.

 

To, co zrobił sędzia, nie było żadną zbrodnią. Ale trudno uznać za zdrową sytuację, w której sędzia unika odpowiedzialności za ewidentne wykroczenie, za które zwykły obywatel straciłby prawo do prowadzenia pojazdów na trzy miesiące. Immunitet nie służy przecież uprzywilejowaniu, ale zlikwidowaniu możliwości wywierania nacisków. Tu żadnych nacisków nie było, było natomiast wykorzystanie immunitetu w celu uniknięcia prywatnych uciążliwości.

 

To wątek pierwszy. Wątek drugi to sama informacja o perypetiach sędziego podana przez TVP w tonie takim, jakby Juszczyszyn popełnił najcięższą zbrodnię. I tu trzeba zadać pytanie w gruncie rzeczy retoryczne: dlaczego akurat sędzia Juszczyszyn znalazł się na celowniku państwowej telewizji i czemu akurat teraz? Odpowiedź jest oczywista: bo takie jest polityczne zapotrzebowanie. Bo od jego wniosku o przejrzenie list poparcia dla członków Krajowej Rady Sądownictwa rozpoczęła się najnowsza odsłona bitwy o sądownictwo.

 

Nie ma tu znaczenia, że działania sędziego Juszczyszyna oceniam bardzo krytycznie, a jego wniosek jest w mojej opinii umotywowany nie troską o przestrzeganie prawa, ale czystą polityką. Nie ma to znaczenia, bo trudno się zgodzić z sytuacją, gdy publiczna w teorii telewizja bierze na celownik tę czy inną osobę tylko dlatego, że tak akurat pasuje władzy.

 

TVP przed 2015 rokiem niewiele mówiła o patologiach w sądownictwie. To się zdarzało w klasycznych programach interwencyjnych, ale niejako przy okazji i na marginesie. Można by sobie życzyć, żeby tę lukę wypełnić, ale – wiem, że brzmię teraz jak niepoprawny idealista – od telewizji autentycznie publicznej należałoby oczekiwać, że zabierze się za temat sądownictwa jak najrzetelniej. Pokazując, co jest czy było złe, ale pokazując też sędziów solidnych, otwartych, rzetelnych. I z całą pewnością nie wypełniając zadań zlecanych przez polityków. Sędzia Juszczyszyn stał się obiektem zainteresowania TVP przecież tylko dlatego, że wszedł w konflikt z władzą. Nie dlatego, że zrobił coś, czego sędzia robić nie powinien (co też jest faktem). Mogę spokojnie założyć, że gdyby był członkiem KRS z nowej nominacji albo sędzią którejś z nowych izb SN i miał na koncie podobną sprawę, TVP nie zająknęłaby się o tym ani słowem.

 

I tu pojawia się Kowalewski ze swoją książką i wywiadem. Tak, wiem – Kublik zawodowo zohydza media publiczne, odkąd w Polsce rządzi PiS. Ale też, trzeba przyznać, pretekstów ma aż nadto i wciąż pojawiają się nowe. O rewelacjach Kowalewskiego można powiedzieć, że to żale dziennikarza, którego telewizja się pozbyła. Ale to byłoby tłuczenie termometru, żeby nie pokazywał, że ma się gorączkę. Czytając to, co Kowalewski mówi, przypominam sobie identyczne opowieści zza kulis TVP, zasłyszane przeze mnie tu i tam. Nawet gdyby przyjąć, że Kowalewski czasem koloryzuje lub przesadza, wystarczy, aby połowa z tego, co mówi, była prawdą, a już jest to nie do obrony, jeśli myśleć o publicznej telewizji w kategoriach jakichkolwiek standardów.

 

Te dwa wątki – sędzia Juszczyszyn i wyznania Kowalewskiego – łączą się w całość, bo przecież doskonale można sobie wyobrazić, jak mogło wyglądać podejmowanie w TVP decyzji o tym, w jaki sposób przedstawić sprawę olsztyńskiego sędziego i dlaczego.

 

O TVP pisałem już na portalu SDP wielokrotnie. Wiem doskonale, że to w dużej mierze ars gratia artis, bo za obecnym kształtem telewizji faktycznie po prostu rządowej stoją racje polityczne całkowicie niezależne od myślenia w kategoriach dziennikarskiej etyki, powinności publicznych mediów czy dobrych praktyk. Zdaję sobie jednak sprawę, że TVP pracuje w ten sposób na swoją przyszłą katastrofę. Jestem przekonany, że im dłużej trwa obecny stan rzeczy, tym w przyszłości, przy innej władzy, mocniejsza będzie presja, aby się TVP po prostu pozbyć poprzez prywatyzację lub w jakikolwiek inny sposób. Jak z domem w fatalnym stanie: lepiej i taniej jest zburzyć niż naprawiać.

 

Łukasz Warzecha

Smog informacyjny – dr JAKUB OLCHOWSKI o relacjach dziennikarzy z naukowcami

Celem jednych i drugich jest w istocie to samo: opisywanie rzeczywistości i przekazywanie wiedzy. Wydawałoby się zatem oczywiste, że będą ze sobą ściśle współpracować, wzajemnie korzystać ze swojej wiedzy i doświadczeń, tworzyć wręcz rodzaj klastra. I rzeczywiście tak się niejednokrotnie dzieje, ale głównie w oparciu o czysto indywidualne, interpersonalne relacje – charakteru „systemowego” tej współpracy trudno się raczej doszukiwać.

 

Oba środowiska, dziennikarskie i akademickie, funkcjonują raczej obok siebie niż ze sobą. Nierzadko patrzą na siebie z nieufnością, a nawet lekceważeniem. I nierzadko wynika to, powiedzmy sobie szczerze, z egocentryzmu i zadufania – a w obu środowiskach to bardzo często spotykane cechy. A szkoda, bo współpraca i wymiana doświadczeń pozwoliłaby na większą rzetelność (a o to chyba powinno chodzić jednym i drugim) oraz unikanie błędów.

 

I warto sobie w tym miejscu uświadomić, że media i akademia w swojej logice działania są od siebie biegunowo odległe, a w związku z tym i ich słabości polegają na czym innym (i przypomnijmy, że cały czas mowa o opisie i analizie rzeczywistości i polityki międzynarodowej). Dziennikarze działają szybko, pod presją czasu. Wciąż też zdarza im się „znać na wszystkim”: dziś napiszę o tym kotku, co nie mógł zejść z drzewa, a jutro o tendencjach w handlu zagranicznym Chin. W konsekwencji mamy często i powierzchowność, i niekompetencję. Ale to nie dziennikarze są tego głównymi winowajcami. W takich czasach żyjemy – presja oglądalności, słuchalności, kilkalności. Szybciej, więcej, ostrzej. Więc niekoniecznie lepiej.

 

Uczeni działają wolno. Często w jakiejś niszy. Dosłownie i w przenośni. „Rozważania akademickie”, czyli takie w potocznym rozumieniu do niczego sensownego nieprzydatne, bo czysto teoretyczne, rzeczywiście wcale nie są rzadkością. Tworzone w zaciszu gabinetów są piękne metodologicznie i epistemologicznie, ale czy wyjaśniają rzeczywistość? Tyle, że i w tym wypadku jest presja – kolejne reformy, absurdalna biurokracja, cały szereg różnych przedziwnych mechanizmów, listy punktowanych czasopism, listy punktowanych wydawnictw – i „praca naukowa” coraz bardziej przypomina wojskową definicję czasoprzestrzeni: kop od tego drzewa do piątej rano.

 

Z tych słabości wynikają dość zabawne rzeczy. Oto młoda dziennikarka przychodzi porozmawiać o sytuacji na polsko-ukraińskich przejściach granicznych, po czym okazuje się, że nie potrafi żadnego wymienić. I że właściwie nie wie, o co ma pytać. Oto gwiazdor polskiego dziennikarstwa (celebryta pełną gębą) ogłasza z przejęciem w telewizji, że na Łotwie właśnie pojawiło się 120 amerykańskich czołgów. Bo ani jemu, ani całemu sztabowi nie wydał się taki news podejrzany. Tymczasem 120 czołgom musi towarzyszyć kilkaset innych pojazdów, bo to cała brygadowa grupa bojowa. I gdyby to wszystko znalazło się znienacka na Łotwie (która sama nie posiada ani jednego czołgu), to Rosjanie rozpętaliby piekło. Z drugiej strony, pisze oto pewien amerykański profesor, też celebryta, tyle że świata nauki, że aneksja Krymu przez Rosję jest zrozumiała, że za wydarzeniami na Majdanie stoi Zachód, a Ukraina to właściwie państwo upadłe. Oczywiście, pan profesor te wszystkie mądrości napisał, nigdy nie odwiedzając ani Rosji, ani Ukrainy. Można też, na przykład, godzinami zawile dyskutować na temat wyższości realizmu neoklasycznego nad neorealizmem. To akurat szkodliwe nie jest, ale pożytek też niewielki.

 

Jest też kategoria hybrydowa: „ekspert medialny”. O ile trafi się rozsądny analityk (a na szczęście mamy takich trochę), to całe szczęście. Ktoś taki często ma wiedzę, jakiej brakuje dziennikarzowi, i potrafi ją przełożyć na rzeczywistość, co z kolei trudno przychodzi naukowcom. Ale „ekspert medialny” to nierzadko ktoś typu „wypowiem się na każdy temat”. Najlepiej w sposób bardzo zawikłany, żeby tylko nieliczni byli w stanie się zorientować, że opowiadam głupoty. Powiem na przykład, że „kończy się ład konstruktywistyczny”. Co prawda nie bardzo wiem, co to miałoby znaczyć, ale oni też nie.

 

W istocie to jednak nie jest zabawne. Byłoby, gdyby dotyczyło dywagacji wujka Ziutka na imieninach u cioci. Nie, kiedy dotyczy osób, których zawodową misją winno być rzetelne wyjaśnianie rzeczywistości. W takim przypadku jest po prostu niebezpieczne, niesie bowiem za sobą konsekwencje społeczne – ogłupiamy ludzi, drogie Koleżanki i Koledzy ze świata mediów i akademii. W przeciwieństwie bowiem do wujka Ziutka zwracamy się do ogromnego audytorium, które oczekuje od nas rzetelnej wiedzy. Nawet jeśli nie wie, że oczekuje.

 

Naturalnie, jesteśmy tylko ludźmi, więc komponent emocjonalny w naszej pracy będzie zawsze dawał o sobie znać – jak wiadomo, „punkt widzenia znikąd jest niemożliwy”. Kiedy mowa o polityce, także międzynarodowej, emocje pojawiają się zawsze. I zawsze też, co szczególnie należy mieć na uwadze, można dzięki nim manipulować nastrojami i wykorzystywać to do realizacji przeróżnych, partykularnych celów. Niemniej to, co przystoi publicyście, któremu wolno, z definicji niejako, wyrażać poglądy i opinie, nie powinno się pojawiać w „typowej” pracy dziennikarza i naukowca. Mówiąc wprost, publicysta, zwłaszcza taki z jakimś ideowym przymiotnikiem (prawicowy, postępowy, konserwatywny, ekologiczny itp.), może dowolne bzdury wypisywać, a i tak będzie miał wierne grono fanów, którzy tychże właśnie bzdur będą oczekiwać. A dziennikarz jednak powinien być ostrożniejszy. Zwłaszcza, że publicystów „ideowych” jakoś dziwnie stale przybywa, podczas gdy tych kompetentnych, przynajmniej w zakresie polityki międzynarodowej, wyraźnie ubywa.

 

Tak, ostatnie zdanie odnosi się oczywiście do zdjęcia z anteny Trójki „Raportu o stanie świata”. Musimy być świadomi, co jest stawką: im mniej kompetencji i rzetelności, tym więcej niekompetencji i ignorancji. Tym więcej dezinformacji, która stanowi największe prawdopodobnie zagrożenie cywilizacyjne. Zarówno ta rozpowszechniana nieświadomie (z powodu niekompetencji i ogólnego nadmiaru informacji), jak i ta stosowana z premedytacją. Otacza nas dziś już nie tyle szum informacyjny, co smog informacyjny, czyli mgła, która truje. Tym większa nasza, dziennikarzy i świata nauki, odpowiedzialność za słowo. I tym bardziej widoczna konieczność współpracy między naukowcami, którzy może i wiedzę mają głębszą, ale działają wolniej i docierają do mniejszej liczby odbiorców, a dziennikarzami, którzy bardziej czują „żywą rzeczywistość”, lepiej się komunikują i docierają do szerokich rzesz.

 

A działać trzeba. Według dość znanej anegdoty generał Eisenhower miał powiedzieć, odnosząc się do tego, co zobaczyli amerykańscy żołnierze w wyzwalanych w Niemczech obozach koncentracyjnych, żeby fotografować, filmować, spisywać relacje itp., bo „przyjdzie taki dzień, że jakiś sukinsyn powie, że to się nigdy nie wydarzyło”. Ta chwila właśnie nadchodzi. Bo z jednej strony triumfuje ignorancja – dwie trzecie amerykańskich „millenialsów” nie ma pojęcia, co to takiego Auschwitz (u nas jest zapewne niewiele lepiej), a z drugiej strony okazuje się, że fakty faktami, ale coraz bardziej liczy się, kto jest lepszy w „sprzedawaniu” własnej narracji i własnej wersji rzeczywistości. A im więcej niewiedzy i ignorancji, tym łatwiej ludziom uwierzyć w cokolwiek. Że Ziemia płaska, że szczepionki to autyzm, że polskie obozy koncentracyjne.

 

Babcie nam mówiły: „Nie kłóć się z durniem. Mądry głupszemu ustępuje.” No jednak nie, w tym babcie nie mają racji. Ponieważ mądrzy ustępowali głupszym, to świat wygląda jak wygląda. Trzeba wziąć na siebie odpowiedzialność i nie ustępować.

 

Dr Jakub Olchowski

 

Przenikanie – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o tym, czego reportażysta radiowy może nauczyć się z gazet i telewizji

Wydawać by się mogło, że prasa, radio i telewizja to odrębne światy, tymczasem mają ze sobą zaskakująco dużo wspólnego. Przynajmniej jeśli chodzi o reportaż.

 

W jednym z moich wspomnień z dzieciństwa dziadek tłucze mięso na kotlety przy dźwiękach hejnału z wieży Kościoła Mariackiego. Małe radio ustawione na fale radiowej Jedynki stoi w kuchni, sama już nie jestem teraz pewna – na lodówce? A może na parapecie? Rytmiczne uderzanie tłuczkiem do mięsa łączy się z dźwiękami trąbki, tworząc przedziwną, ale dla mnie w jakiś sposób kojącą, dającą poczucie bezpieczeństwa kombinację.

 

Pamiętam babcię, która siedzi w samochodzie zaparkowanym pod blokiem. Siedzi tak, dopóki nie skończą się jej ukochani Matysiakowie. Jeśli akurat zaczyna się jej ulubiony radiowy serial, a ona jest poza domem, na przykład na działce, mogę mieć pewność, że odnajdę ją w małym fiacie, z jakimś drobiazgiem w dłoniach, którym bawi się bezwiednie, skupiona na opowieści sączącej się z głośników.

 

Pamiętam mamę, która z przejęciem przysłuchuje się „Liście Przebojów” Marka Niedźwieckiego w radiowej Trójce czy „Requiem dla mojego przyjaciela” autorstwa Zbigniewa Preisnera, emitowanego po śmierci Krzysztofa Kieślowskiego.

 

Radio było w moim domu od zawsze. Radio było dla mnie czymś namacalnym i oczywistym, a jednocześnie (paradoksalnie) tajemniczym i ulotnym. Lata 90., na które przypadało moje dzieciństwo, to nie był czas Facebooka i Instagrama, stron internetowych i fanpejdży ulubionych prezenterów. Radio było wtedy wyłącznie głosem. Było też polem do popisu dla wyobraźni.

 

Dość wcześnie zrozumiałam, że chcę być dziennikarką. Na pytanie o to, co chcę w życiu robić, odpowiadałam – dużo jeździć po świecie i pisać. Radio wydawało mi się czymś poza zasięgiem, czymś w rodzaju fantastycznego świata z baśni słuchanych w dzieciństwie. Ale ponieważ zawsze dużo czytałam i lubiłam pisać, byłam pewna, że to właśnie któraś z gazet będzie moim przyszłym miejscem pracy.

 

Wszystko zmieniło się na studiach, kiedy w radiu studenckim zaczęłam powoli poznawać radiową kuchnię. Po kilku latach okazało się, że moje marzenie się spełniło. Faktycznie dużo jeździłam i robiłam reportaże, tyle tylko że w wersji radiowej. Bo chociaż mam na koncie kilka reportaży napisanych dla dużych, ogólnopolskich gazet, to jednak w końcu zaczęłam pracować dla Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. Czy to, czego uczyłam się z tekstów Hanny KrallRyszarda Kapuścińskiego, Mariusza SzczygłaWojciecha Tochmana okazało się niepotrzebne, bo odnoszące się tylko do reportażu prasowego? Wręcz przeciwnie.

 

Myślę, że główne zasady, którymi można się kierować, są uniwersalne niezależnie od tego, jakim medium się posługujemy.  

 

Dotyczy to przede wszystkim podstaw. Chociażby definicji, czym jest reportaż. Wbrew pozorom, określenie tego wcale nie jest łatwą sprawą. Dla mnie gatunek definiują przede wszystkim zgrabne sformułowania autorstwa reporterów prasowych. „Reportaż to dramaturgia faktów” – powiedział kiedyś Janusz Roszko, piszący dla gazet w latach 60. „Reportaż jest o tym, o czym jest i o czymś jeszcze” – to z kolei słowa Mariusza Szczygła. „Do tego, żeby uprawiać dziennikarstwo, przede wszystkim trzeba być dobrym człowiekiem. Źli ludzie nie mogą być dobrymi dziennikarzami. Jedynie dobry usiłuje zrozumieć innych, ich intencje, ich wiarę, ich zainteresowania, ich trudności, ich tragedie” – tak uważał Ryszard Kapuściński i trudno się z nim nie zgodzić, wszystko jedno, czy mówimy o dziennikarzach radiowych, prasowych czy telewizyjnych.

 

Umiejętność pracy w terenie, nawiązywania kontaktu z ludźmi to kolejna sprawa wspólna dla wszystkich reportażystów, niezależnie od rodzaju medium, którym się posługują. Żeby wzbudzić zaufanie bohatera, trzeba mieć czyste intencje. Nie można gonić za sensacją, interesować się wyłącznie sprawą, a nie człowiekiem. Bohater to wyczuje, niezależnie od tego, czy przychodzimy do niego z notatnikiem, kamerą czy mikrofonem.

 

Sądzę, że łączy nas też pewna wrażliwość, która powoduje, że jesteśmy wyczuleni akurat na ten określony sposób opowiadania o świecie, jakim jest reportaż. Coś, co sprawia że nie gonimy za newsem (chociaż pracę reporterów newsowych podziwiam i często to od jej efektów zaczynam własną, bo jak to się mówi: tam, gdzie kończy się news, zaczyna się reportaż). To pewien sposób postrzegania świata, który powoduje, że rejestrujemy fakty i powiązania między nimi, umiemy ułożyć obrazy i wypowiedzi w dramaturgicznym porządku, tak żeby tworzyły opowieść,  ale jesteśmy też zdolni do tego, aby w codzienności dostrzec metaforę.

 

Każdy dziennikarz posługuje się językiem, a ten, który robi reportaże, powinien być na niuanse językowe szczególnie wyczulony, ponieważ reportaż jest gatunkiem na styku sztuki i dziennikarstwa. Mówiąc wprost, reportaż powinien być nie tylko rzetelny czy istotny społecznie, ale zwyczajnie piękny. Kompetencje językowe na wysokim poziomie to kolejna umiejętność, która powinna łączyć wszystkich reportażystów. Ja na przykład dziwiłam się na początku, że w radiu sporo się czyta (najczęściej teksty napisane samodzielnie). A skoro nad tekstem można wcześniej w spokoju popracować (na przykład nad narracją w reportażu), to musi on być precyzyjny. Każde słowo powinno mieć w nim swoje miejsce. Przypadkowe są zbędne. Czy nie tego uczy choćby pisarstwo Hanny Krall? Liczy się wrażliwość językowa, ale też umiejętność wyczucia odpowiedniego rytmu. I jak się okazuje, reportażyści radiowi dobrze piszą. Wystarczy sięgnąć po książkę, która ukazała się w zeszłym roku „Zdarzyło się naprawdę. Opowieści reporterskie” autorstwa Katarzyny BłaszczykHanny Bogoryja-Zakrzewskiej. Dwie reportażystki radiowe wróciły po latach do swoich bohaterów. Napisały książkę poruszającą, ale też literacko znakomitą. A mogę zdradzić, że książek reporterskich autorstwa reportażystów radiowych ukaże się w najbliższym czasie więcej!

 

Z drugiej strony, praca dla różnych mediów oznacza też czasem zaskakujące różnice. Zaczyna się już od doboru bohaterów. W gazecie reporter ma dużą dowolność. Może opisać to co zobaczył, co przeczytał w dokumentach. W telewizji ktoś, kto źle mówi, ale przykuwa wzrok, także sprawdzi się jako bohater. W radiu nagrywamy tylko tych, którzy dobrze mówią: wyraźnie, barwnie, zrozumiale.

 

Różnic jest oczywiście więcej. Na przykład kiedy pracuję dla radia, nagrywam wszystko, bo jeśli czegoś nie będę miała w nagraniu, to nie będę mogła tego wykorzystać. Z kolei kiedy zbierałam materiały do tekstów, czasami świadomie nie włączałam dyktafonu. Słuchałam wtedy bardziej świadomie i aktywnie, zapisywałam tylko daty, nazwiska, rzeczy, które musiałam dodatkowo sprawdzić. Wychodziłam z założenia, że jeśli czegoś nie zapamiętam, to dlatego, że nie było to istotne. Nie mogłam sobie pozwolić na lenistwo umysłowe – jeśli czegoś nie zapamiętałam, to nie mogłam już do tego wrócić. Zdarzało mi się kilka razy, że na podstawie nagrań dla radia pisałam teksty. Była to bardzo trudna praca, bo zupełnie inaczej komponowałam reportaż radiowy, a zupełnie inaczej tekst. W radiu liczyłam na emocje, tekst musiał zawierać wystarczającą ilość szczegółów, tak żeby wywołać w głowie odbiorcy określone obrazy.

 

Potwierdza to Adam Bogoryja-Zakrzewski ze Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia, który jest także doświadczonym i wielokrotnie nagradzanym reportażystą prasowym i telewizyjnym.

 

Koleżanka z prasy zdziwiła się kiedyś, że nie przeczytałem akt sprawy, którą chciałem opisać. Miałem wtedy jeszcze nawyki radiowo-telewizyjne. W tych mediach liczą się emocje, tzw. „mięso”. Konieczne szczegóły dotyczące sprawy trzeba przemycić tak, aby były strawne dla widza czy słuchacza. Pisząc dla gazety, musiałem znacznie więcej czasu poświęcić na dokumentację, aby tekst był pełny, bez logicznych niedociągnięć. Stało się to moim nawykiem także w radiu i telewizji. Dzięki temu mam znacznie więcej pomysłów na realizację reportaży – mówi.

 

Adam zwraca uwagę na jeszcze inną rzecz. Praca ekipy telewizyjnej jest kosztowna. Jadąc na plan, trzeba mieć w głowie mnóstwo pomysłów na ujęcia, sceny, które posuną akcję do przodu. Nie można sobie pozwolić na przestoje.

 

Wiele reportaży radiowych jest nagrywanych w mieszkaniach bohaterów. To powoduje, że są dosyć statyczne. Ja staram się je nagrywać tak, jakbym robił je dla telewizji, żeby była jedność czasu i miejsca. Ostatnio udało mi się przekonać byłego więźnia Auschwitz, żeby pojechał ze mną na teren dawnego obozu. Tam powstał reportaż o jego losach. Innym razem poszedłem z synem żołnierza wyklętego do podziemi więzienia na Rakowieckiej w Warszawie, gdzie w okresie stalinowskim wykonywano wyroki na członkach antykomunistycznego podziemia. Słychać było dźwięk ciężkiej, otwieranej bramy, kroki, głosy odbijające się od ścian. Bohater mojego reportażu był niezwykle wzruszony, że znalazł się w tym miejscu – przekonuje Adam.

 

W dobrym reportażu radiowym stosuje się jeszcze więcej technik telewizyjnych, czy wręcz filmowych. Jedną z nich jest zróżnicowanie planów. Reportaż, który nagrany by był cały czas w tej samej odległości od mikrofonu (składałby się na przykład wyłącznie z głosów osób siedzących przy jednym stole), szybko by znużył odbiorcę. Stosując zróżnicowanie planów (bliski, kiedy bohater mówi prosto do mikrofonu i daleki, kiedy nagrywamy na przykład sceny – manifestacje uliczne, przebieg rozprawy sądowej, kłótnię sąsiadów na klatce schodowej, ptaki ćwierkające w lesie, gotowanie obiadu, itd.) pozwalają przytrzymać uwagę odbiorcy, ale też czasem dać mu chwilę wytchnienia, kiedy może przemyśleć to, co przed chwilą usłyszał.

 

Inną techniką typowo filmową jest cliffhanger, czyli dosłownie „zawieszenie na krawędzi klifu”. To ten moment w opowieści, kiedy już wiemy, że bohater znalazł się w tarapatach, że nastąpi jakiś zwrot akcji, ale na więcej informacji musimy poczekać. Zdarzało mi się stosować tę technikę na przykład w reportażach historycznych, kiedy musiałam podać sporą dawkę faktów, a jednocześnie chciałam wzbudzić w odbiorcy zaciekawienie, utrzymać jego uwagę do tego momentu, kiedy pojawią się emocje. W reportażu „Splecione losy” opowiadałam historię Polaka i Japończyka, którzy sto lat temu przypadkowo spotkali się na statku i nawiązali przyjaźń. Ta relacja wpłynęła na losy kolejnych pokoleń. Przedstawiając losy Polaka, Stanisława Michowskiego, bałam się, że powstanie wyliczanka: wyjechał, przyjechał, zrobił, osiągnął. Dlatego opowieść o Stanisławie, którą snuła jego wnuczka, przeplatałam własną narracją, w której dawałam delikatnie znać, jak dramatyczne okażą się jego dalsze losy i jak niezwykła będzie przypadkowo zawarta na statku znajomość.

 

Ostatnią sprawą są wzajemne inspiracje. Książki, muzyka, filmy wpływają na nasze postrzeganie rzeczywistości, na naszą wrażliwość i na to, jakimi jesteśmy twórcami. Ryszard Kapuściński opowiadał w jednym z wywiadów, co robił, kiedy nic nie mógł danego dnia napisać. Oczywiście wtedy czytał! Książki, muzyka, filmy, wystawy także dla mnie są inspiracją do poruszania określonych tematów, stosowania metafor, wykorzystywania muzyki, którą gdzieś już kiedyś usłyszałam. Jak mawia belgijski reporter Edwin Brys: „Wszystko już zostało powiedziane, ale nie przeze mnie”. Jednak żeby dodać coś nowego, najpierw  trzeba uważnie wysłuchać poprzedników.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

 

O politycznej poprawności i świństwie, jakie zrobiono reporterowi – felieton ŁUKASZA WARZECHY

Trafiłem w sieci na godzinny film dokumentalny, w którym wystąpił zmarły niedawno wybitny brytyjski filozof konserwatywny Roger Scruton. Również Scruton napisał do filmu scenariusz. To dokument jeszcze z ubiegłej dekady, nakręcony dla BBC, a noszący tytuł „Why Beauty Matters”, czyli „Dlaczego piękno ma znaczenie”. Film polecam wszystkim, bo Scruton mówi w nim rzeczy proste, ale ważne i rzadko dziś słyszane.

 

Jedną z nich jest krytyka podejścia, zgodnie z którym nie wolno nam oceniać niczyjego gustu, a jeśli już jakiejś oceny wartościującej dokonujemy, powinniśmy koniecznie zastrzec, że „to tylko moje zdanie”. Taka relatywizacja sprzyja ekspansji brzydoty, a nawet obrzydliwości. Po swojemu, nadzwyczaj lapidarnie, ujął to kiedyś Jacek Kaczmarski w swojej kpiarskiej piosence „Postmodernizm”:

 

Wszystkie mody, wszystkie style,

Równie piękne są i tyle.

(Lub, jak chcesz, równie szkaradne,

Konsekwencje tego żadne.)

 

Ta obawa przed powiedzeniem, że coś jest po prostu paskudne lub że ktoś ma zwyczajnie zły gust, stała się nieodłącznym elementem poprawności politycznej, terroryzującej również media. Najzabawniejsze, że jej ofiarą padło właśnie medium, które samo ma wielkie zasługi w propagowaniu politpoprawności, czyli TVN. Gdy prowadzący „Dzień Dobry TVN” Anna KalczyńskaAndrzej Sołtysik skrytykowali zwycięstwo koreańskiego popowego idola Jeon Jung-kook w rankingu męskiej urody (nawiasem mówiąc, kompletnie dętym, czego chyba wydawca programu nie sprawdził) wybuchła afera w skali takiej, jakby prowadzący program zachwalali tezy „Mein Kampf”.

 

Szczególnie zabawne było, że w tej aferze po stronie absurdu poprawności politycznej stanęła telewizja państwowa, tylko po to, żeby dokopać TVN. To pokazuje, że TVP kieruje się tylko jedną zasadą: pognębić wrogów władzy. Inne się nie liczą. W imię tego celu jest gotowe wspierać nawet lewicowe idee.

 

KalczyńskaSołtysik na wyprzódki zaczęli przepraszać, ale niesmak wywołało to, że kozłem ofiarnym został reporter, który zrobił sondę na temat wyglądu Koreańczyka (pokazując zresztą pytanym fotografię innego członka tego samego zespołu) – Adam Feder. Feder w wydanym później oświadczeniu napisał, że „zrzucanie z sań na pożarcie, w moim odczuciu, nie jest najbardziej elegancką taktyką radzenia sobie z kryzysem wizerunkowym”. Ujął to bardzo łagodnie. Ja powiedziałbym, że reporterowi zrobiono zwykłe świństwo. Nie realizował przecież materiału sam, bez konsultacji z wydawcą czy prowadzącymi – w dużej telewizji to tak nie działa. Zwolniono tego, kogo zwolnić było najłatwiej.

 

Przede wszystkim jednak smutne jest, do jakiego stopnia rozsądni ludzie i duże medialne podmioty dają się sterroryzować politycznej poprawności. Nietrudno przecież zrozumieć, co chcieli powiedzieć KalczyńskaSołtysik, gdy spojrzy się na zdjęcie pana Jung-kooka. Ten idol K-popu (względnie nowe zjawisko) – pomijając kwestię naturalnych różnic w wyglądzie między rasą azjatycką a kaukaską, do której my należymy – uosabia zniewieściały standard, któremu ulega dziś wielu mężczyzn Zachodu (popkultura koreańska jest specyficzna, ale pod tym względem całkowicie uległa zachodnim wzorcom). Ten banalny pozornie wątek jednego z wydań telewizji śniadaniowej dotyczył sprawy bynajmniej nie banalnej, bo za zniewieściałym wyglądem mężczyzn idzie cały kompleks innych kwestii – aż do zatracenia tradycyjnych ról społecznych. Wbrew pohukiwaniom obrońców „tolerancji”, KalczyńskaSołtysik nie kpili z wyglądu Koreańczyka – w sensie: z jego naturalnego wyglądu. Oni żartowali z jego stylizacji, a to całkiem inna kwestia. Okazało się jednak, że to zbyt subtelne rozróżnienie nie tylko dla napędzanych skrajną emocją widzów, ale też dla kierownictwa programu i stacji. W umieszczonych w Internecie przeprosinach Kalczyńska również tego nie zaznaczyła, choć nie mam najmniejszych wątpliwości, że doskonale to rozumie. Smutne, że prowadzący nie starali się obronić swojego stanowiska, do którego mieli pełne prawo. Ale cóż – reguły korporacyjne.

 

Ten przykład pokazuje, jak drobne pozornie kwestie nabierają znaczenia, gdy widzi się je w szerszym kontekście. Pokazuje też, jak podstępnym wrogiem zdrowego rozsądku jest polityczna poprawność, maskująca się jako wymóg okazywania innym szacunku.

 

Łukasz Warzecha

RADIO PTASIE – z punktu widzenia STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Patrzę na fotografię nowego prezesa (przepraszam: prezeski) Polskiego Radia. Pani Agnieszka Kamińska to piękna kobieta. To już coś. Ale czy wystarczy? Podobno piękna kobieta nie musi wcale być mądra. Wkrótce się okaże.

 

Na razie Polskie Radio, wspaniałe i jedyne ongiś Polskie Radio, na którym chowały się miliony słuchaczy, OSIĄGNĘŁO DNO!

 

Pięć z kawałkiem procent tak zwanej „SŁUCHALNOŚCI” ma Jedynka i mniej więcej tyle samo Trójka. Inne kanały PR jeszcze dużo mniej. Gdy porównamy to z „prywaciarzami” widać przepaść: RMF FM – 25%, Zetka – ok. 15%.

 

Kto wpuścił w kanał przybytki z ulic Malczewskiego i Myśliwieckiej? Twórca radia Hulewicz przewraca się w grobie. Kwiatkowski, Owidzki, Wysocki, a także wielcy polscy aktorzy, którzy radiu dawali głosy – zapłakaliby się, gdyby żyli. Panie Boże zlituj się! To już tradycja kilkudziesięciu lat nadawania. 5% słuchalności! Tak źle jeszcze nie było. Władcy mediów – coście zrobili? Patałachy!

 

Madame Kamińska urodę ma. Brak jej za to oddanych radiu fachowców. Tornada, które w ciągu ostatnich lat przeszły przez Malczewskiego wywiały najlepszych. Zmienia się prezesów, szefów redakcji, a ci mimo protestów środowiska, organizacji dziennikarskich zwalniają dziennikarzy z zawodowym dorobkiem.

 

Pani Kamińska w ostatnich miesiącach zrobiła szokującą karierę. Ledwie została szefową Jedynki, zaraz awansował ją prezes na swoja wice. Biedaczek mimo, że zawodowo „palestra” nie… antycypował, że go… „wymieni” tak szybko.

 

Faworyta „skacząc po górkach”, już w miesiąc później zajęła fotel (numer one). No, gratulacje. Ale co dalej?

 

Ponoć Pani Prezes chce skracać wywiady na antenie do 5 – 10 minut, a dalszy ich ciąg ładować do Internetu. Pomysł tyleż oryginalny co głupi. To będzie po radiu!

 

Z radia zniknął Dariusz Rosiak pracujący w Trójce kilkanaście lat. Nie pomogły akcje obronne. Wyleciał szef Trójki Wiktor Świetlik. Zwalnia się tych, o których powinno się zabiegać. Fakt, że przerosty zatrudnienia są tu ogromne. Jedynka to aż 63 etaty dziennikarskie.

 

Dominują dwa głosy – red. Katarzyny Gójskiej, agresywnej na antenie, przerywającej rozmówcom, osoby ponoć bardzo obecnie wpływowej oraz red. Małgorzaty Raczyńskiej, której wywiady ukazują się bladym świtem w dni świąteczne i brak im informacji na koniec programu kto je przeprowadza. Raczyńska była pracownicą biura w Wolnej Europie, zmieniła nazwisko na intrygująco brzmiące, pozyskała sympatię mamy Kaczyńskich, przeszła jak burza przez TV i wylądowała w radio. Jej wywiady, nagrywane, są starannie przygotowywane. Ale żadna rewelacja. KamińskaGójskąRaczyńską łatwo nie będzie miała. Natomiast radiowcy mężczyźni (zastrzegając anonimowość) czują się zagrożeni. Mamy oczywiście zdolną młodzież. Ale z nimi trzeba najpierw popracować. Ciekawe, kto w radio to zrobi. Ci – na przykład z Sygnałów Dnia – którzy na wyścigi biegali z sitkiem do KwaśniewskiegoKomorowskiego – już dawnej pary i ochoty nie mają. Może tylko Szrubarz wytrzymał nie jedno.

 

Być może Pani Kamińska okaże się długodystansowcem jak Olejnik, czy Kolenda. Może i tak będzie, gdy wyląduje w TVN-ie lub Polsacie.

 

Owszem trafiła się kiedyś Polskiemu Radiu odważna prezes Barbara Stanisławczyk, która nie pozwoliła „władzom zwierzchnim” mieszać w jej zespole. Ale zamieszano, więc pokazała decydentom medialnym gest Kozakiewicza.

 

Posłuszni przede wszystkim okazują się zwykle bierni i mierni. Wierność dobra jest w małżeństwie. W pracy trzeba wiedzieć co się chce… i mieć jaja. Radio, telewizja to robota zbiorowa. Niekoniecznie trzeba się tam lubić. Ważne, by lubić swą pracę. Być szefem szefów to bardzo trudna rola. Parasol z góry kiedyś się zamknie. I deszcz na łeb napada.

 

Na razie partia władzy walczy z rozwrzeszczaną palestrą, która jak targowiczanie nie baczy już gdzie Polska, a gdzie obcy. W maju, gdy Prezydent Duda niechybnie okrzepnie, przyjdzie czas na reformę mediów. Bynajmniej nie prywatnych. Te komercyjne niech sobie robią co chcą. W końcu za własne pieniądze.

 

Dziennikarstwo to pasja działania. Ciężkiej dupy i powolnego kumania nie da się tolerować. Byłe zasługi niestety się nie liczą. Media nie znoszą zastoju. Bogate życie może być źródłem refleksji i ciekawego opisu. Ale to z kolei wymaga odwagi i nieodkładania podzielenia się prawdą „na jeszcze później”. Starszych warto słuchać oczywiście o ile nie łżą bezczelnie. I zresztą oni szybko odchodzą.

 

Jest taki ksiądz – publicysta ze znanego klasztoru pod Krakowem, którego wszyscy (no prawie wszyscy) chętnie słuchamy. Bo jest mądry i ludzi lubi. Co widać, słychać i czuć. Można go naśladować.

 

Przez dekadę, po wojnie, były nominacje szewców, krawców na ministerialne stołki, na szefa atomistyki, energetyki. Teraz tak już się nie dzieje. A jednak w radach nadzorczych, w radach programowych, wielkich narodowych mediów sadza się ludzi nie mających wiele wspólnego z żurnalistyką, bez doboru jakiejkolwiek, ale dyspozycyjnych. Osobniki te zasiadają krótko. Wprawdzie uśmiechają się sympatycznie, demonstrują serdeczny stosunek do wszystkich zatrudnionych w firmie. Niestety, jak mówią, wyżej … niż możesz nie podskoczysz. Spada więc taka – taki nagle, bez ostrzeżenia, płacze rozżalony, bo przecież tak bardzo się starał. Był 100 procentowo dyspozycyjny. Wreszcie idzie do sądu. Ale, gdy nie jest już prezesem, nikt nie ma już dlań współczucia. Pozostaje schadenfreude.

 

Na koniec proponuję Jana Brzechwę:

 

Halo, halo! Tutaj ptasie radio w brzozowym gaju,
Nadajemy audycję z ptasiego kraju.
Proszę, niech każdy nastawi aparat,
Bo sfrunęły się ptaszki dla odbycia narad:
Po pierwsze – w sprawie,
Co świtem piszczy w trawie?
Po drugie – gdzie się
Ukrywa echo w lesie?
Po trzecie – kto się
Ma pierwszy kąpać w rosie?
Po czwarte – jak
Poznać, kto ptak,
A kto nie ptak?

(…)

I wszystkie ptaki zaczęły bić się.

Przyfrunęła ptasia milicja

I tak się skończyła ta leśna audycja.

 

Stefan Truszczyński

Degeneracja – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o dziennikarstwie bez pobłażania

55 proc. Polaków uznało zawód dziennikarza za bardzo poważany, 35 proc., że średnio, a tylko 8 proc. określiło tę profesję jako słabo poważaną – wynika z badania CBOS. Cóż, patrząc od lat i od środka na tzw. środowisko, jestem dużo bardziej krytyczny.

 

Mówiąc o Polsce po 1989 roku – bo dziennikarstwo w czasach komunizmu to temat na osobny artykuł – uważam wykonywany również przez siebie zawód za mocno skompromitowany. I im dalej w las – tym gorzej. Degeneracja i odejście od zasad (rzetelność, bezstronność) postępuje. Choć związek z komunizmem oczywiście istnieje: fatalna kondycja współczesnej żurnalistyki to w dużej mierze scheda po okupacji sowieckiej. Bo w czasach tzw. Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej rządząca naszym krajem nielegalna przestępcza szajka niszcząc na swojej rewolucyjnej drodze wszystko – niszczyła też zawody – w tym zawód dziennikarza, podporządkowując woli „przewodniej siły narodu”, czyli Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

 

Bo o co chodzi w zawodzie, a ja powiem: sztuce dziennikarskiej? Widzę to tak: dziennikarz winien być pasem transmisyjnym między światem, któremu się przygląda, a swoimi odbiorcami: widzami, słuchaczami, czytelnikami. Ale, żeby ten świat przybliżyć, trzeba go wpierw dobrze rozpoznać. A potem opisać. Zgodnie z ideą: rzetelnie, czyli bezstronnie. Ze szczególną dbałością o wszechstronną analizę, poznanie różnych opinii, różnych racji.

 

A co mamy? Banalizację i wszechobecne upolitycznienie – i to obecne po każdej stronie. Zaślepieni politycznym duopolem i bieżączką dziennikarze nawet nie próbują dociekać rzeczywistości, szukać genezy zjawisk, związków przyczynowo-skutkowych, zadawać trudnych pytań, a w przypadku wywiadu przedstawiać rozmówcy opinii drugiej strony.

 

Teraz misja. To dla każdego dziennikarza, nie tylko mediów publicznych, powinno być najważniejszą busolą. Misja, czyli powołanie. Każdy zawód powinien się tym charakteryzować. Wielokrotnie pytając różnych moich kolegów po fachu o ich misję spotykałem się z uśmieszkiem. Misja dziennikarza, czy przedstawiciela jakiegokolwiek innego zawodu, może powodować, że czasem może zrobić coś pro publico bono, czyli non profit. Czy taka postawa jest dziś nie tyle powszechna, ile znana i praktykowana?

 

Zamiast tego jakże często mamy pogoń nie tylko za pieniądzem, ale za newsem. Czyli złapać informację jak najszybciej, przed innymi – nie ważne, jakiej jest wartości – nie sprawdzić i puścić w świat. O pogłębianiu możemy w ogóle zapomnieć.

 

Znając różne środowiska dziennikarskie od wielu lat mogę z całą stanowczością stwierdzić, że wyniki z badania CBOS są dla zawodu dziennikarskiego zbyt pobłażliwe.

 

Tadeusz Płużański

Depresja, choroba zawodowa – TOMASZ PLASKOTA o jednym z najgorszych zabójców dziennikarzy

Depresja dotyka wielu dziennikarzy. Niektórzy określają ją jako chorobę zawodową dziennikarzy. Jednak o tym poważnym problemie, mówi się dopiero od niedawna.

 

Jako dziennikarz z dosyć długim stażem, a także szef dziennikarskiego związku zawodowego niejednokrotnie miałem styczność z osobami zmagającymi się z depresją. To jedna z chorób, które nieodłącznie wiążą się z zawodem dziennikarza – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak, dziennikarz i pisarz, obecnie wydawca w programie interwencyjnym „Telekurier” TVP. Ocenia, że depresja jest skutkiem długotrwałej pracy w silnym stresie, towarzyszącej jej presji czasu, a także podejmowanej zawodowo tematyki. – Mamy częsty kontakt z ofiarami nieszczęśliwych wydarzeń i przestępstw, przebywamy na miejscach zbrodni, katastrof czy śmiertelnych wypadków – wskazuje. Powody depresji w jego ocenie są różne, od podejmowanych, traumatycznych tematów po relacje redakcyjne. – Niektórzy z nas pracują w poczuciu zagrożenia realizując tematy śledcze. Taki stan na dłuższą metę może wywoływać okresowe lub długotrwałe stany depresyjne. Zdarza się, że są one również skutkiem warunków pracy dziennikarskiej, przede wszystkim relacji z przełożonymi, które w naszym zawodzie bywa, że noszą cechy mobbingu – ocenia dziennikarz.

 

Nie jest to regułą, ale zdarza się, że depresja idzie w parze z nałogiem.

 

Fot. Pixabay

Niestety, często depresji dziennikarzy towarzyszy nadużywanie alkoholu czy stosowanie narkotyków lub farmaceutyków o podobnym jak one działaniu. Jest to próba ratunku przed stanami depresyjnymi, która jednak tylko pogłębia problem. Dopiero od niedawno mówi się wśród dziennikarzy o depresji, na ogół jednak dotknięte nią osoby wciąż ukrywają, że same z nią się zmagają lub bagatelizują swoje dolegliwości – podkreśla Kaźmierczak.

 

Większość ludzi i dziennikarzy, którzy mają depresje, nie chce o tym mówić. Nie przyznają się do cierpienia. Znoszą swoją chorobę w milczeniu. To błąd. Bo depresja jest jednym z najgorszych, bo cichym zabójcą – mówi 54-letni dziennikarz, kiedyś wydawca jednego z największych dzienników regionalnych, obecnie pracuje w prasie ogólnopolskiej. Na potrzeby tego artykułu nazwijmy go T. – Nie obnoszę się ze swoim problemem, ale skoro rozmawiamy, to znaczy, że nie boję się o tym mówić – kontynuuje swoją opowieść i dodaje: – Nie mówię o tym pod nazwiskiem, bo nie jestem celebrytą. Nie chcę kierować świateł reflektorów na siebie. Nie potrzebuję tego.

 

Ocenia, że na jego depresję wpłynęła niestabilność w pracy. Wydawca zaczął mieć więcej obowiązków. Jego obowiązki rozszerzono o zdobywanie newsów, czyli informacji. Część stanowisk zredukowano, więc pojawił się strach przed utratą pracy i obawa o odnalezienie nowego miejsca zatrudnienia.

 

Czasem depresję można pomylić z długotrwałym napięciem nerwowym i emocjonalnym. – Czułem ciągły niepokój. Nie byłem w stanie skupić się w pracy. Pracowałem przy komputerze, po chwili miałem wrażenie, że muszę wstać i wyjść. Kiedy szedłem, miałem obawy, że się przewrócę. Dziwnie się czułem – wspomina  T. Dodaje, że bał się wychodzić z domu. Lęk był irracjonalny. Nie wynikał z zajmowania się niebezpiecznymi tematami. U każdego jednak depresja działa inaczej. – Jestem introwertykiem. To też ma znaczenie. Wykrzykując złe emocje, łatwiej ich się pozbyć – mówi.

 

Osoby z depresją z reguły nie są agresywne. – Byłem bardziej wycofany niż zwykle. Nie krzyczałem na nikogo. Przeżywałem problem w samotności. Dusiłem wszystko w sobie, spinałem się i cały czas pracowałem. Nie brałem wolnego. Ukrywałem problem i przez dłuższy czas jakoś funkcjonowałem – opowiada T. Ale w pewnym momencie żona zauważyła, że ma problem. – Po długiej rozmowie uznaliśmy, że powinienem iść do lekarza – dodaje T. Lekarka przepisała mu antydepresanty. Kuracja trwała prawie rok. Była skuteczna, dziś czuje się dobrze, cały czas pracuje. Dostał też skierowanie do poradni psychologicznej. – Nie lubiłem tam chodzić, bo czułem się jak w „Locie nad kukułczym gniazdem” – wspomina. Po kuracji farmakologicznej, jak mówi, wrócił do normy. Przestał silnie reagować na sytuacje stresowe, chociaż w pracy ich nie ubyło. Jest wdzięczny żonie i lekarzowi za pomoc. – Samemu trudno sobie poradzić z depresją, bo człowiek zawija się w kokon. Mi pomogła żona – podkreśla. Konieczna jest też szybka reakcja. – Pójście do psychologa nie jest powodem do wstydu. Im szybciej to zrobisz, jeżeli źle się czujesz ze sobą, tym lepiej – zaznacza.

 

Wcześniej nie miałam depresji. Zaczęła się, kiedy po kilku latach przerwy wróciłam do zawodu – mówi była dziennikarka jednego z tabloidów. – Czasem  jest mi bardzo ciężko normalnie funkcjonować, ale da się żyć z depresją – podkreśla. Niewątpliwie depresja to schorzenie ściśle związane z pracą dziennikarską. – Nasz zawód jest mocno stresujący – zaznacza i wskazuje, że jest to wynikiem połączenia różnych czynników. – Problemem jest m.in. mieszanie życia zawodowego z prywatnym. Wielu dziennikarzy nie ma życia poza pracą. Niestety, też do nich należę. 90 proc. moich znajomych to informatorzy oraz osoby z poprzednich albo z obecnej redakcji. Zamiast po pracy zająć się tym, czym ludzie powinni zająć się w wolnym czasie, czyli iść do kina, zjeść dobrą kolację z przyjaciółmi, toczę dyskusje na tematy zawodowe czy okołozawodowe. 24 godziny na dobę jestem pod telefonem. W domu słucham jednocześnie TOK FM i oglądam TVP Info. Czy to już uzależnienie? Coś w tym rodzaju – opowiada.

 

Do czynników, które są przyczyną depresji wśród dziennikarzy, rozmówczyni portalu sdp.pl zalicza również zły klimat w miejscu pracy, niskie zarobki, umowy śmieciowe i towarzystwo wzajemnej adoracji funkcjonujące w środowisku zawodowym. – Praca w redakcji, gdzie nie możesz publikować tego co chcesz, nie jest, delikatnie mówiąc, komfortowa. W Polsce na ten moment nie ma mediów wolnych. Takie zjawisko nie występuje. Wszystkie są zależne od władzy albo sponsorów. Zawsze, kiedy partia rządząca zakorzenia się na dłużej niż na jedną kadencję zaczyna występować taki problem, że przejmuje media także te niezależne – wskazuje. Można być wolnym strzelcem, czyli publikować w różnych redakcjach. – Wtedy trzeba się wiecznie zastanawiać, gdzie oddać który artykuł, żeby żadna z redakcji, z którą współpracuję, nie poczuła się urażona, albo nie zobaczyła w takim działaniu spisku – podkreśla i dodaje, że z bycia freelancerem ciężko wyżyć.

 

Ocenia, że w środowisku dziennikarskim istnieje nieformalna grupa, którą można określić towarzystwem wzajemnej adoracji.

 

Dziennikarze są hermetycznym środowiskiem. Jest sporo ludzi, którzy znają się z dawnych czasów, albo łączy ich wspólne źródło, o którego to źródła interesy nieformalnie dbają, otrzymując w zamian atrakcyjne informacje. Ci ludzie trzymają się razem i nie wpuszczają nikogo z zewnątrz – mówi. – Jak ktoś taki wejdzie im w drogę, np. przez wpuszczenie tekstu, który jest nie po ich myśli, będą go bagatelizować, udawać, że go nie ma, albo za pomocą mediów społecznościowych pokażą go jako zagubionego wariata, który nie wie co czyni – dodaje.

 

Kolejna sprawa, która przyczynia się do popadania w depresję w tym zawodzie to niskie zarobki. Przynajmniej w prasie, póki nie osiągnie się stanowiska szefa działu, zastępcy naczelnego albo funkcji redaktora naczelnego ta sprawa się nie zmienia. Ale nie ma się co łudzić. Większość z nas nigdy takich stanowisk nie osiągnie, więc właściwie nie ma szans na poprawienie swojej sytuacji materialnej – mówi i podkreśla, że wiele osób pracuje na umowach śmieciowych, bez ubezpieczenia i możliwości pójścia na zwolnienie lekarskie i urlop.

 

Dziennikarze problemy topią w alkoholu, który jest nieodłącznym elementem ich pracy. „Chcesz się tego dowiedzieć? To chodź, napij się z nami, wszystko ci opowiemy”. Tak to w praktyce wygląda – podsumowuje dziennikarka.

 

Tomasz Plaskota, dziennikarz portalu wPolityce.pl.