HUBERT BEKRYCHT: Dramat arcypolski – Weryfikacja, pacyfikacja, likwidacja. Dziennikarstwo 3.0

Od miesięcy bawią mnie buńczuczne zapowiedzi likwidacji dziennikarstwa. Najpierw politycy lewicowo-liberalni, ci mogą być głupcami. Potem „społecznicy”, czyli też politycy tego samego nurtu, ale w randze autorytetów – ci głupcami zawsze zresztą byli. I na koniec – dziennikarze, który liczą, że po wygranych przez KO, TD i NL wyborach ich zarobki pójdą w górę (jeszcze?), ale przede wszystkim ich mądrość poszybuje w kosmos ku nieznanym układom. Chociaż na pewno układów im przez 8 lat nie brakowało. I ci dziennikarze nie są głupi. Tylko zachłanni.

Nie wiadomo, jak sprawy mediów, szczególnie publicznych, rozstrzygną Tusk, Hołownia i Czarzasty, ale na pewno nie będzie to łatwe na gruncie obowiązującego prawa. A zmienić uregulowania można, w dużym skrócie, tylko uzyskując w Sejmie przychylne kilkadziesiąt głosów posłów, którzy za likwidacją mediów publicznych, czytaj: niewygodnych, nigdy się nie opowiadali.

Uwaga dla zmęczonych kampanią – autor felietonu pisze, że legalnie nie da się zlikwidować ani nawet przejąć mediów publicznych a już na pewno nie da się wysłać na Jowisza czy na Kamczatkę Sakowicza, Karnowskich, Lisickiego, Kanię i kogo oni tam jeszcze chcą…

Weryfikacja:

Chociaż kojarzy się ze stanem wojennym, jej zwolennicy czekają na nią jak komuniści na czołgi.

Jak miałaby wyglądać weryfikacja dziennikarzy po „reżimie PiS”? Zakazać, reedukować, skreślić z listy dziennikarzy mogących wykonywać zawód.

Nie tylko. Przede wszystkim szykuje się nam niezły kabaret:

Po zwycięstwie KO. Tajna narada Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy w ukrytym przed partyzantką PiS połączonym biurze Sejmu, Senatu, Rady Mediów Narodowych, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Centralnego Biura Antykorupcyjnego oraz Ministerstwa Sportu i Turystyki:

Przewodnicząca Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Justyna Dobrosz-Oracz: Wysoki Sejmie i jeszcze wyższy Senacie, wszystko to, co wydarzyło się w dziennikarstwie innym niż nasze musi zostać wypalone do gruntu a grunt potraktowany kwasem.

Członek Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Tomasz Lis: Hurra, kwasem ich!

Przewodnicząca Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Justyna Dobrosz-Oracz: No, nie… Tomku, tak nie można. Kwas nie, wypaczenia tak i wtedy dopiero kwas. Dziennikarze, którzy przez noc reżimu nie byli z nami powinni zostać skierowani do kopania rowów na wschodzie Polski. Reporterzy TVP, PR, PAP oraz konserwatywnych mediów prywatnych powinni na nasz widok zdejmować czapki i kłaniać się nam w pas. Bo w gruncie rzeczy nie o pieniądze tu chodzi, pieniądze, które zresztą słusznie nam się po 8 latach należą. Chodzi jednak i o to, aby już nikt nie ważył się być na lepszej pozycji niż my – dziennikarze prawdziwi, niepokonani, lisio przebiegli, piszący książki o złym PiS i zdecydowani na każde działanie wobec wrogów na prawicy.

Członek Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Tomasz Lis: Hurra! Na pal ich!

Rotacyjny przewodniczący ds. weryfikacji dziennikarzy Bartosz Węglarczyk: Zabierzcie mu mikrofon, bo jeszcze się wyda, że chcemy ich wszystkich zamknąć w ośrodkach reedukacyjnych w Meklemburgii… Co ty mi tu wrzeszczysz do ucha reżyserze z reżyserki? I co, że to idzie na żywo? Wytniecie i po problemie.

Wiceprzewodniczący Komisji ds. dziennikarzy Tomasz Sekielski: Tylko nie mówcie Tomkowi…

Kapelan Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy ks. Kazimierz Sowa: Tomku, czy ty nie możesz po bożemu a potem wybaczyć i weryfikować, pacyfikować i likwidować?

Członek Komisji ds. dziennikarzy Tomasz Lis: No przecież k…a mówię, na pal ich!

Kapelan Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy ks. Tadeusz Sowa: Nie ty Tomku, mówię do Tomka…

Wiceprzewodniczący Komisji ds. dziennikarzy Tomasz Sekielski: Ale miałem mu nie mówić…

Kapelan Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy ks. Kazimierz Sowa: Pacyfikujcie na Boga a potem przebaczcie, bo spóźnię się na ostrygi.

Specjalistka ds. etyki Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Monika Olejnik: No dobra, ale to przeciwko komu teraz będziemy? Przecież nie przeciwko Trzem Partiom? Dobrze byłoby dopuścić paru dziennikarskich oszołomów.

Członek Komisji ds. dziennikarzy Tomasz Lis: To nie na pal ich? Szkoda…

Rotacyjny przewodniczący ds. weryfikacji dziennikarzy Bartosz Węglarczyk: Kogo mamy weryfikować?

Pierwszy, czyli najważważniejszy, rotacyjny przewodniczący ds. weryfikacji dziennikarzy Adam Michnik: To się jeszcze zobaczy, w końcu Trzy Partie mogą chcieć weryfikować nas.  Za różne tam zaszłości… lub czasopisma. Sam fakt istnienia komisji będzie wystarczający.

Specjalistka ds. etyki Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Monika Olejnik: Z tym, że podobno są już dwie komisje ds. weryfikacji dziennikarzy w latach 2016 – 2023 i jedną z nich, tę nie naszą, ma przejąć Łukasz Warzecha. Cholerny galimatias. Co robić?

Członek Komisji ds. dziennikarzy Tomasz Lis: Na pal ich!

Pacyfikacja:

Podziemia PKiN, ostatnie szańce dziennikarstwa w TVP kilkadziesiąt dni po przejęciu siedzib przy ul. Woronicza i pl. Powstańców. Wchodzi komisja ds. weryfikacji dziennikarzy i jej pluton egzekucyjny.

Przewodnicząca Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Justyna Dobrosz-Oracz: Cel, pal…

Rotacyjny przewodniczący ds. weryfikacji dziennikarzy Bartosz Węglarczyk: Zaraz, zaraz, co ty robisz, przecież oni uciekli, TVP ma ze 40. zapasowych siedzib. Tu nie ma do kogo strzelać.

Przewodnicząca Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Justyna Dobrosz-Oracz: Powtarzam, cel, pal…

Dowódca plutonu egzekucyjnego Kamil Dziubka: Ale tu nie ma nikogo!

Przewodnicząca Komisji ds. weryfikacji dziennikarzy Justyna Dobrosz-Oracz:…ale jak ja mam w protokole, „strzelać”, to masz k…a strzelać!

Dowódca plutonu egzekucyjnego Kamil Dziubka: (zrezygnowany): Pif – paf…

 

Likwidacja:

Sejm. Kilka miesięcy po weryfikacji i pacyfikacji.Wszystkiego.

Rotacyjny Król Polski Donald Tusk: Nie mam już siły. I to wszystko nasi… Już trzeci miesiąc kłócą się, kto ma być szefem „Wiadomości”. Niech Nitras idzie do biura PiS i poprosi, aby oni sami zweryfikowali, spacyfikowali i zlikwidowali tę naszą komisję…

Kutryna rotacyjna, czyli nic nie opada

(Na scenę wchodzi rekwizytor i zdejmuje nabitego na pal pluszowego lisa)

  Kurtyna

Oczywiście wszystko jest fikcją a co nią nie jest fikcją będzie. Nazwiska członków komisji są z premedytacją pomylone, aby skompromitować to wszystko, co zostanie w dziennikarstwie po zaoraniu rządu konserwatywnego. Z tym, że to może być prowokacja wrogich służb.

 

Hubert Bekrycht – 13.11.2023 r.

 

 

 

 

 

 

 

 

Katastrofę językową zapowiada WALETR ALTERMANN: Masakryczny generał

Relacjonujący sprawę masowego zabójstwa w USA, gdzie jeden uzbrojony szaleniec zabił około 20 osób, a 60 ranił, dziennikarz TVN mówi: „Rozgrywały się masakryczne sceny”. Osłupiałem, bo „masakryczny” jest żartobliwą kontaminacją dwóch słów: makabryczny i masakra. Tak się mówiło przed laty w środowiskach młodzieżowych o złej sztuce teatralnej, marnej książce czy nieudanym filmie. Ale żeby takim językiem mówić o prawdziwej ludzkiej śmierci i tragedii bliskich?

Dziennikarz jednak brnął dalej, bo w chwilę po tym, stojąc na tle palm w Los Angeles, mówi: „Mieszkańcy są objęci jakąkolwiek pomocą, jaką potrzebują”. I co takiemu gościowi zrobić? Kary boskiej na takiego nie ma?

Ja wiem, że TVN promuje wszystkie odmęskie feminizmy językowe, łącznie z hydrauliczynią i kierowczynią, ale żeby być aż tak postępowym, żeby wysyłać jegomościa słabo mówiącego po polsku aż do Kalifornii? Chyba, że pojechał tam w nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca – w wewnętrznym konkursie stacji – ze znajomości języka polskiego.

Generał pacyfista

Ze sporym zdumieniem przyjąłem wypowiedź generała Różańskiego, który powiedział: „Dzisiaj większość wojskowych to pacyfiści…” Tę rewelację obwieścił 26 października w TVN24.

Gdyby taką „pogłębioną refleksję” wydobył z siebie jakiś major, a niechby i pułkownik, powiedziałbym – trudno, zdarza się w najlepszej rodzinie, tym bardziej, że każda służba w mundurze jest nerwowa. Żołnierze – nawet w czasach pokoju – działają zawsze pod presją, więc zdarza się, że niektórym nerwy puszczają.

Jednakże generałowi broni Mirosławowi Różańskiemu, w niedalekiej przeszłości,  powierzano bardzo odpowiedzialne stanowiska. Był przecież w latach 2015-2017 dowódcą generalnym sił zbrojnych. A od człowieka na takim stanowisku można chyba oczekiwać, że potrafi zapanować nad własnymi emocjami, a jego przemyślenia będą dotyczyły doktryn wojennych, strategii i stanu naszych Sił Zbrojnych. Tymczasem generał Różański doszedł do wniosku, że wojny są bez sensu i należy je ignorować, odmawiając w nich udziału – bo do tego przecież sprowadza się w praktyce pacyfizm.

Mnie się zdaje, że Polacy nie oczekują od swoich generałów agresji i chorobliwej wojowniczości, ale generał-pacyfista to już przekroczenie granic. No i najważniejsze, jeżeli – jak mówi generał Różański – „Dzisiaj większość wojskowych to pacyfiści…”, to może zamiast kupować w świecie drogi sprzęt militarny, zamiast samemu podejmować się produkcji czołgów, rakiet i innych takich, należałoby zacząć zmiany w armii od poszukiwania takich generałów, którym wojna nie będzie straszna.

Komentariat

W dyskusji politycznej TVN 27 października 2023 r.. młody – to ważne, że młody – politolog stwierdza: „Obecnie cały polski komentariat zajmuje się wynikami wyborów”.

Zdumiało mnie to nowe dla mnie pojęcie „komentariat”. Sprawdziłem w słownikach z lat dziewięćdziesiątych – nie ma. Sprawdziłem w internetowym słowniku PWN – też nie ma. Ale już w Wikipedii jest, bo słownik Wikipedii po prostu – jak ludzie mówią –  nie bawi się w analizy: skąd się wzięło, czy jest sensowne i poprawne.

Skąd zatem wzięło się pojęcie „komentariatu”? Pewności nie mam, ale na 99 procent słówko to zostało przeniesione z zachodnich pracowni politologicznych. I przez naszych politologów, socjologów zostało kupione, przyswojone i szybko wdrożone.  I teraz głównie posługują się nim ludzie młodzi – jak ów przytoczony przeze mnie na początku politolog. Młodość chce być bowiem dynamiczna i aktywniejsza niż starość. No i najważniejsze – komentariat brzmi naukowo, a to już widza i słuchacza ma rzucać na klęczki.

Moim zdanie należałoby „komentariat” rozbudować, poprzez podział, co mogłoby wyglądać tak: zawodowy komentariat, amatorski komentariat, społeczny komentariat, internetowy komentariat – niby poprzednie trzy kategorie mogą działać również w internecie, ale przecież daleko nie wszystkie. I wreszcie najważniejsze z komantariatów – komentariat fałszywy, czyli działający na zlecenie poszczegółnych partii.

I tak to nam rośnie, rozszerza swój zakres działania paranoja językowa, jak perz w ogrodzie, którego zniszczyć nie sposób. Co robić? Nie używać, nie być na siłę nowoczesnym, bo komentariat, to nie akcjonariat. I mówmy po polsku. Zamiast „komentariat” mówmy: wszyscy wypowiadający się w sprawie…

Oczywiście, tak ceniona przez amatorów naszego języka Wikipedia podaje, że „masakryczny” jest slangowym określeniem czegoś wspaniałego, lub – jak kto woli – czegoś okropnego, odrażającego. I tu mam uwagę do wszystkich uczących się przy pomocy Wikipedii, czerpiących garściami wiedzę z Internetu – daleko na takiej wiedzy nie zajedziecie. Chyba, że deleguje was TVN do jakże przyjemnej Kalifornii.

Konsultacje

W kolejce do lekarza nigdy nie jest wesoło, ale w końcu spotykają się tam sami chorzy. Tym razem jednak rozbawiła mnie pani rejesteratorka, która dyrygowała kolejką. W pewnym momencie zapytała: „Kto z państwa jest kolejny na konsultacje?”

Nikt się ruszył, ani z krzeseł, ani spod ściany. Wtedy rejestratorka zmieniła zdanie i zapytała: „A kto na wizytę?” Teraz kolejka objawiła swoją kolejkową kolejność, bo na wizytę byli wszyscy.    Podjąłem sprawę i zapytałem, co znaczą te jej „konsultacje”.

– Jak to? Konsultacje to to samo co wizyta! – odparła mocno zirytowana rejestratorka.

Podziękowałem za wyjaśnienie, ale dyskusji nad znaczeniem słów nie podjąłem. Nie będę przecież dzielił się wiedzą z rejestratorką, która tego nie oczekuje. Poza tym – mogłaby mnie na przykład w ogóle skreślić z kolejki…

Niemniej zarejestrowałem, że dziwny język panoszy się obecnie nawet w przychodniach, bo każdy chce być brany za „uczonego”, nawet rejestratorki i lekarze. Sobie jednak wyjaśnijmy, że „konsultacje” to: 1. zasięganie opinii u specjalisty; 2. udzielanie rad i wyjaśnień przez specjalistę lub rzeczoznawcę; 3. narada specjalistów lub decydentów przed decyzją w jakiejś sprawie.

Oczywiście przez całe lata „konsultacja” znaczyła potocznie jakieś ustalenia między specjalistami. A ja, idąc do lekarza oczekuję informacji i pomocy, a konsultować to mogą się lekarze między sobą, w jakichś szczególnie trudnych przypadkach.

Niestety coraz więcej ludzi – już nie tylko dziennikarze i politycy – grzebie przy języku. Boże, wybacz im, albowiem nie wiedzą co czynią.

 

Taki tytuł musiał się teraz pojawić w felietonach CEZAREGO KRYSZTOPY: Suwerenność

Stoimy dziś wobec zagrożenia istnienia państwa polskiego, o skali z jaką nie spotkaliśmy się od kilkudziesięciu lat. To oczywiste. Ale prawie tak samo oczywiste było również przed wyborami.

Wbrew wrażeniu jakie daje kolorowa sieczka, która dzięki ciężkiej pracy mediów w sporej części wypełnia nam mózgi, sytuacja jest absolutnie poważna. Z jednej strony mamy prawdopodobną porażkę Ukrainy w wojnie z Rosją. Nie porażkę na zasadzie zniknięcia kraju, dzięki dzielności Ukraińców i pomocy Zachodu, Ukraina jeszcze stoi, ale w powietrzu unosi się smród Resetu 2.0, zgniłego kompromisu, do jakiego Ukraina zostanie najprawdopodobniej, kosztem koncesji wobec Rosji, zmuszona. Czy to nas dotyczy?

Zagrożenie ze wschodu

Tak, to nas bardzo dotyczy, ponieważ „pokój”, który nastąpi, będzie okresem odbudowy potencjału Rosji, który z udziałem Niemiec (dziwaczne gwałtowne wzrosty obrotów handlowych Niemiec z azjatyckimi satelitami Rosji, czy kupowana przez Niemcy tzw. „kazachska ropa”, podejrzewana o to, że w istocie jest rosyjską) w zasadzie już się zaczął odbudowywać. Jednym z błędów, które Rosja popełniła w czasie inwazji na Ukrainę, było zlekceważenie roli Polski. Drugi raz postara się tego błędu nie popełnić, nawet Biden mówi, że „następna może być Polska”.

W tym czasie u nas będą już prawdopodobnie rządzili ludzie, którzy uważają, że „Polsce duża armia niepotrzebna, a jakby co to Bundeswehra nas obroni”. Tak, już widzę jak broni. Ale nawet zostawiając na boku moją podobno germanofobię, to ta Bundeswehra jest dziś cieniem samej siebie, a obietnice zwiększenia nakładów Olafa Scholza, okazały się tyle samo warte, co jego kolegi Donalda Tuska. Tymczasem eksperci szacują okres odbudowy rosyjskiego potencjału na kilka lat, inni znów twierdzą, że w zasadzie mamy już do czynienia z wojną światową.

Zagrożenie z zachodu

Z drugiej strony, ci sami którzy do tej katastrofalnej sytuacji na świecie walnie się przyczynili, a to niespodzianka, znowu Niemcy, usiłują ją wykorzystać, by przywrócić swoją imperialną pozycję w Europie, centralizując Unię Europejską w sposób, który pozbawi sterowności wszystkie państwa oprócz niemieckiego. Z ich punktu widzenia, wobec katastrofy ich koncepcji „wspólnej przestrzeni od Władywostoku po Lizbonę” i „uzależnienia Europy od rosyjskiego gazu kolportowanego przez Niemcy”, a także rozczarowań w Chinach, które chyba nie bardzo chcą być dla Niemiec „nową Rosją”, potrzebują desperacko rynków zbytu i rezerwuaru taniej siły roboczej, jesteśmy idealnym materiałem na wewnątrzeuropejską kolonię.

Oczywiście pod warunkiem, że nie powtórzy się więcej takie zagrożenie dla stabilności niemieckich interesów jak PiS, czy coś podobnego. W tym celu trzeba strukturę państw narodowych złamać, tak żeby nawet jeśli któraś kolonia „zwariuje”, nie miało to już większego znaczenia.

Nie dziwmy się więc, że miejscowi niemieccy lokaje nie widzą potrzeby realizacji prorozwojowych projektów infrastrukturalnych takich ja CPK, elektrownie jądrowe, porty, czy silna armia. Nie widzą również potrzeby istnienia takich, porządkujących strukturę społeczna na różnych poziomach, instytucji jak IPN czy CBA. To untermenschom niepotrzebne. Szkoła podstawowa, jak za Hitlera, powinna im wystarczyć i ew. umiejętność obsługi sprzętu do zbioru szparagów.

Być może brzmi to nieco zabawnie, ale życie w tak diabolicznej alternatywie zabawne raczej nie będzie. Możemy być pozbawieni wpływu na własny los. Kto inny może zdecydować, czy Polskę lepiej na wszelki wypadek zaorać czołgami, czy jednak pozwolić żyć niewolnikom, którzy mogą się jeszcze do czegoś przydać. I dotknie to pospołu nadwiślańskich konserwatystów, lewaków, a nawet, mających zapewne nadzieję na pozycję „wiceniemców” – libków.

Suwerenność

I dlatego jest jednocześnie ideą, która może wszystkich połączyć. Ideą zwaną wyśmiewanym mianem – suwerenności. To jest też moim zdaniem prawdziwy klucz do niezdecydowanego „elektoratu środka”, odwołanie się do wspólnego interesu, a nie, jak chcieliby niektórzy odwracający uwagę od własnych wyrzutów sumienia desperaci, schlebianie najniższemu instynktowi pt. „chcemy móc bez wyrzutów sumienia zabijać dzieci, żeby się r….ć bez zobowiązań”.

Jako jedyną wystarczająco dużą by wprowadzić to do politycznej agendy siłą, widzę Prawo i Sprawiedliwość z największym klubem parlamentarnym, bliskim Prezydentem i wpływem na liczne instytucje. Dalibóg, nie mam pojęcia, dlaczego nie zrobiło tego przed wyborami. To znaczy zrobiło częściowo, podnosząc hasło bezpieczeństwa opartego na rozbudowie armii. Ale przed wyborami sprawa zagrożenia centralizacją UE przecież nie była szczególnie zauważana, no może przez Jacka Saryusz-Wolskiego czy Suwerenną Polskę. Po wyborach nagle zrobiło się głośno, ale przed wyborami oficjalnie obowiązywała jeszcze polityka „kompromisu z Unią Europejską”, która owszem, spowodowała utratę cnoty, ale rubelka nie przyniosła. Mało tego, również pozytywne hasło „bezpieczeństwa” na ostatniej prostej zastąpione zostało przez głupkowate „tuskowanie”, co w mojej ocenie, było jedną z przyczyn pyrrusowej natury „zwycięstwa wyborczego” PiS.

Od kilku lat pisałem, że PiS nie potrafi porwać wizją, która sięgałaby formatu „Polski solidarnej”, czy „Dobrej Zmiany”. Kwestia suwerenności, szczególnie wobec zagrożeń przed jakimi stoją Polska i Polacy, mogłaby być jądrem takiej nowej wizji. Wizji łączącej różne środowiska. Wizji porywającej emocjonalnie, do której można aspirować. I jednocześnie bardzo konkretnej, opartej na rozumianych bardzo praktycznie interesach. Wprawdzie twarze firmujące politykę „kompromisu z Brukselą” by się tu niespecjalnie przydały, ale wydaje mi się, że mamy teraz większe zmartwienia, a Polska możliwości decydowania o samej sobie, wręcz desperacko potrzebuje.

Co tam Panie u Helwetów? KRZYSZTOF M. ZAŁUSKI: Szwajcaria skręca w prawo

Szwajcarzy wybrali dwuizbowy parlament – Radę Narodu i Radę Kantonów. Zgodnie z przewidywaniami, zwycięzcą po raz szósty z rzędu, okazała się konserwatywna prawica, czyli Szwajcarska Partia Ludowa. Wielkimi przegranymi są natomiast partie lewicowe i proekologiczne. Wybory pokazały, co kolejny europejski naród myśli o swojej suwerenności, o konieczności zwiększenia wydatków na walkę z globalnym ociepleniem, o Unii Europejskiej i otwieraniu granic.

Gdy myślimy o Szwajcarii, najczęściej nasza wyobraźnia podąża ku bajecznym, górskim krajobrazom, czekoladowym smakołykom i luksusowym zegarkom. Jej symbolami są także bernardyny z beczułką rumu i brązowe krowy z dzwonkami pasterskimi na szyi. Jednak tym, co naprawdę wyróżnia tę alpejską krainę, są niezwykły ustrój polityczny, historia i neutralność. Uwagę zwraca także skomplikowana procedura wyborów parlamentarnych i obligatoryjne referenda.

Szwajcaria jest krajem, którego mieszkańcy zdają się rozumieć, że prawdziwa demokracja nie polega tylko na uczestnictwie w wyborach raz na cztery lata, lecz na aktywnym i świadomym udziale obywateli w procesach decyzyjnych. Jest to więc państwo, gdzie „vox populi” jest faktycznie kluczowy, zarówno w parlamencie, jak i podczas referendów. Jest też przykładem pełnej demokracji, a nie jak w wielu tzw. „państwach demokratycznych”, fasadowej pseudodemokracji.

 Europejskość, ale z umiarem

Szwajcaria jest federacją 26 kantonów, będących do połowy XIX wieku samodzielnymi mini-państwami. Dopiero w roku 1848 Helweci z luźnego związku, postanowili przekształcić swoje państwa w federację. Obecnie Konfederacja Szwajcarska ma prawie dziewięć milionów mieszkańców, którzy nadal kultywują swoje odrębne tradycje i używają czterech języków urzędowych: niemieckiego, francuskiego, włoskiego i – w niewielkim stopniu – retoromańskiego.

Państwo to, pomimo położenia w samym sercu Europy, nie należy ani do Unii Europejskiej, ani do Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Jego mieszkańcy bowiem, swoją suwerenność traktują z najwyższym szacunkiem. Niepodległość jest tu wartością nadrzędną, co doskonale ilustruje wynik referendum z 2001 roku, w którym Helweci zdecydowanie, bo aż w 77 %, odrzucili koncepcję rozpoczęcia rozmów na temat akcesji do UE. To, co dla wielu państw jest marzeniem, dla Szwajcarów było – i jest nadal – nie do przyjęcia.

Pomimo braku formalnego członkostwa w UE, Szwajcaria utrzymuje jednak specjalne stosunki z Brukselą. Dzięki temu uczestniczy w wybranych (przez siebie) międzynarodowych projektach – jednym z nich jest Układ z Schengen. Szwajcaria angażuje się również finansowo w różne unijne działania – polityczne i gospodarcze np. poprzez partycypowanie w europejskim budżecie. Jest więc najlepszym przykładem tego, że można być poza Unią Europejską i jednocześnie pozostawać integralną częścią europejskiego krajobrazu politycznego – że istnieją sposoby współpracy i osiągania sukcesów, bez konieczności rezygnacji z suwerenności.

Stolicą Szwajcarii jest Berno. To tutaj swoje siedziby ma większość instytucji federalnych i rządowych. Miasto to jest jednak jedynie stolicą funkcjonalną, a nie formalną, jak ma to miejsce w zdecydowanej większości państw świata. Podobnie wyjątkowa jest „stolica” francuskojęzycznej Szwajcarii, nazywana niekiedy „miastem pokoju”. W Genewie działa blisko 240 zagranicznych przedstawicielstw, dziesiątki organizacji międzynarodowych oraz setki organizacji pozarządowych. Swoje siedziby mają tu m.in. agendy ONZ – Rada Praw Człowieka, Światowa Organizacja Zdrowia i Międzynarodowa Organizacja Pracy. Tutaj także mieszczą się centrale Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, Światowej Organizacji Zdrowia, Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych i UNICEF-u.

Atrakcyjność Szwajcarii podnosi jeszcze bardziej fakt, że Genewa, Zurych i Berno są centrami finansowymi Europy. To tu rezydują bankowi giganci: Union des Banques Suisses, Banque Cantonale de Genève, Raiffeisen i, upadły w tym roku, Credit Suisse… Helweci szczycą się również drugim, najwyższym w Europie wskaźnikiem siły nabywczej zarobków na mieszkańca – notabene zaraz po, będącym w unii celnej i monetarnej ze Szwajcarią, Księstwie Liechtenstein.

Nic więc chyba dziwnego, że ta niewielka alpejska republika jawi się światu jako przysłowiowy „raj na ziemi”. I że Szwajcarzy tak bardzo cenią sobie jej odrębność i wszelkie tradycje.

Fenomen demokracji oddolnej

Najważniejszą z tych tradycji jest chyba instytucja referendum – Szwajcarzy udają się do urn wyborczych aż cztery razy w ciągu roku. Podczas głosowania wypowiadają się w sprawach istotnych dla powiatu, kantonu lub całej federacji. Co więcej, wyniki tych ludowych plebiscytów są dla członków parlamentu absolutnie wiążące. Można więc śmiało powiedzieć, że demokracja bezpośrednia jest prawdziwą esencją równości obywateli, i że to właśnie dialog i kompromis pomiędzy ludem a władzą kreują sukcesy państwa.

Na szczycie piramidy szwajcarskiego systemu politycznego stoją parlament i władze kantonalne. Szwajcarski parlament, czyli Zgromadzenie Federalne, to instytucja o długiej tradycji. Składa się ona z dwóch izb: Rady Narodu i Rady Kantonów. Rada Narodu, w której zasiada 200 posłów, zwanymi również „deputowanymi Narodu”, stanowi serce szwajcarskiego ustawodawstwa. To tutaj podejmowane są najważniejsze decyzje dotyczące kraju.

Natomiast izba wyższa, czyli Rada Kantonów, złożona z 46 przedstawicieli, reprezentuje interesy konkretnych kantonów, które są podstawowymi jednostkami administracyjnymi państwa. Ciekawostką jest fakt, że z ogółu 26 kantonów, w sześciu z nich – nazywanych „półkantonami” – obywatele wybierają po jednym reprezentancie, a w pozostałych dwudziestu po dwóch. Ponadto konstytucja Szwajcarii określa czas trwania kadencji tylko posłów do Rady Narodu – wynosi on cztery lata. Co istotne, izba ta nie może zostać rozwiązana przed terminem, co jest gwarancją stabilności i ciągłości procesów ustawodawczych.

Kolejnym szwajcarskim „fenomenem demokracji” jest sam proces podejmowania decyzji politycznych – jest on całkowicie oddolny… W Szwajcarii bowiem, to wola społeczeństwa jest fundamentem, na którym opiera się cały system. Kluczową rolę odgrywa więc wspomniana już demokracja bezpośrednia. To właśnie referenda są przejawem świadomości obywateli i ich odpowiedzialności za dobro wspólne. To one są czynnikiem spajającym ten pozornie niespójny naród.

W szwajcarskim modelu decyzyjnym obowiązuje zasada dialogu, jako źródła kompromisu. Tradycja federalistyczna, stanowiąca integralną część szwajcarskiej tożsamości, nakazuje kantonom zajmować się własnymi problemami. Krytyka działań innych kantonów jest niedopuszczalna. To podejście sprzyja wzajemnemu zrozumieniu różnorodności i pluralizmu, co z kolei jest kluczowe dla tworzenia trwałych rozwiązań systemowych.

 Helweci wybierają tradycję

Wybory do organów legislacyjnych w Szwajcarii odbyły się w niedzielę, 22 października. Aż 90 proc. uprawnionych do głosowania „poszła do urn” już w sobotę – za pośrednictwem internetu. Wyniki ogłoszono w poniedziałek. W środę okazało się jednak, że głosy zostały błędnie policzone.

Z oficjalnego komunikatu Federalnego Urzędu Statystycznego w Neuchâtel wynika, że „święto demokracji” zostało zakłócone przez błąd w oprogramowaniu importującym dane z komisji. Jednocześnie Urząd zapewnił, że nowe wyliczenia nie będą miały wpływu na podział mandatów. I rzeczywiście, po korekcie obliczeń po raz szósty z rzędu wygrała narodowo-konserwatywna Szwajcarska Partia Ludowa.

Ostateczne wyniki wyborów wyglądają następująco: 27,9 proc. uprawnionych do głosowania Helwetów wybrało Szwajcarską Partię Ludową (SVP). Socjaldemokraci (SP) uzyskali 18,3 % głosów, Liberałowie (FDP) 14,3 %, Centrum (DM) 14,1 % głosów, Zieloni 9,8 %, Zieloni Liberałowie (GLP) 7,6 % zaś skrajna lewica w ogóle do parlamentu nie weszła. Frekwencja wyniosła zaledwie 44,6 proc. Czyli mniej niż przed czterema laty, gdy głosowało 45,1 proc. obywateli.

W dziewięciu kantonach konieczna będzie druga tura głosowania, która ma się odbyć 12 lub 19 listopada. Mieszkańcy m.in. Genewy, Fryburga, Valais, Ticino, Schaffhausen i Zurychu wyłonią w niej łącznie 13 członków rad. Jednak już teraz można powiedzieć, że zwycięzcami wyborów są partie prawicowe. Świętować może zwłaszcza SVP, której udało się zdobyć 9 dodatkowych mandatów w Radzie Narodu… To przesuniecie w prawo mogło być jeszcze wyraźniejsze, gdyby nie sojusz pomiędzy partiami lewicy. Ich wyborcze porozumienia ocaliły Partię Zielonych i Zielonych Liberałów przed jeszcze drastyczniejszą katastrofą. Pierwsi stracili tylko pięć mandatów zamiast siedmiu, drudzy – sześć zamiast siedmiu. Na powiązaniu list skorzystali również Socjaldemokraci, którzy dzięki nim zdobyli dodatkowe punkty. Co ważne, powiązania wyborcze są obecnie mocno krytykowane. Część ugrupowań opowiada się wręcz za ich likwidacją, ponieważ wyniki tak przeprowadzanych wyborów nie odzwierciedlają rzeczywistej woli elektoratu.

Zwycięstwo Szwajcarskiej Partii Ludowej dla większości politologów było oczywiste. Część badaczy spodziewała się nawet, że SVP osiągnie jeszcze lepszy wynik. Chociażby dlatego, że w czasach międzynarodowych kryzysów potrzeba stabilności wyborców zwykle wzrasta, a chęć na eksperymenty polityczne maleje.

Według badań przedwyborczych, szczególnie istotne dla Helwetów były trzy zagadnienia: wzrost kosztów ubezpieczeń zdrowotnych, relacje z Unią Europejską, zagrożenie ze strony imigrantów oraz zmiany klimatyczne. 22 października Szwajcarzy pokazali, że nie chcą już zwiększania wydatków na walkę z „globalnym ociepleniem”, ani tym bardziej zbliżenia z Unią. Chcą natomiast, aby politycy zajęli się rozwiązywaniem realnych problemów społecznych, a w szczególności nabrzmiewającej kwestii migrantów… Naprzeciwko tym właśnie postulatom wyszli politycy Szwajcarskiej Partii Ludowej.

 SVP jak AfD?

W Polsce szwajcarskie wybory przeszły w zasadzie bez echa. Sukces prawicy nie podobał się jednak wielu politykom europejskim. Zwłaszcza niemieckim. Lewicowo-liberalne media, komentowały to wydarzenie następująco: „Skrajna prawica na fali wzrostu. Szwajcarzy wybrali Szwajcarską Partię Ludową, która jest inspiracją dla Alternatywy dla Niemiec”.

DPA zastanawiała się także nad tym, „dlaczego ten zwrot na prawo nie wzbudza takiego poruszenia, jak wzrost popularności AfD w Niemczech?” I tłumaczyła ten stan mniej więcej tak: „Szwajcarzy doskonale znają swój nietypowy system polityczny. Dlatego zachowują spokój. Nie ma paniki, ‘zapór ogniowych’ ani histerii z powodu wzrostu siły skrajnej prawicy. To, co wywołałoby sensację w innych krajach, tutaj jest częścią systemu”.

Michael Hermann, politolog i dyrektor Instytutu Sotomo, który prowadził przedwyborcze sondaże, uważa że „Szwajcarska Partia Ludowa i Alternative für Deutschland są podobne, choć w niektórych kwestiach SVP jest jeszcze bardziej prawicowa niż AfD”. Zasadnicza różnica między nimi polega jednak na tym, że SVP jest partią rządzącą, a AfD dopiero aspiruje do władzy.

„Politycy SVP w trakcie kampanii wyborczej prezentują twarde stanowiska i atakują przeciwników, jednak jako przedstawiciele rządu zachowują się inaczej”, dodaje Hermann. „Ta podwójna gra jest ugruntowana historycznie i całkowicie przez Szwajcarów akceptowana”.

Ukazujący się w przygranicznej Konstancji „Südkurier” cytuje z kolei niemieckich politologów, którzy stoją na stanowisku, że „SVP i AfD łączą wspólne prawicowo-populistyczne poglądy, najczęściej sprowadzające się do podsycaniu niechęci wobec imigrantów, a zwłaszcza wyznawców islamu”. Oba ugrupowania, twierdzi gazeta, „sprzeciwiają się sankcjom nałożonym na Rosję przez Unię Europejską, a politycy SVP są szczególnie dumni z faktu, że w latach 90-tych skutecznie przeciwdziałali zbliżeniu Szwajcarii z UE”.

Czy rzeczywiście styl polityczny Szwajcarskiej Partii Ludowej i Alternatywy dla Niemiec ma ze sobą coś wspólnego? Takie pytanie stawia historyk z Uniwersytetu we Fryburgu, Damir Skenderovic. Jego analiza wydaje się wskazywać na pewne podobieństwa między oboma partiami. Ekspert charakteryzuje styl obu ugrupowań jako „promujący proste rozwiązania skomplikowanych problemów”. Podsuwa również klucz do zrozumienia ich retoryki – ma nim być „znajdowanie kozła ofiarnego”. Kiedy pojawiają się problemy społeczne, „SVP i AfD wskazują palcem na grupę, którą uważają za winną całej sytuacji. „To klasyczna taktyka, która pozwala im zyskać poparcie i przekonać wyborców, że wskazani winowajcy są źródłem kryzysu”.

„Ale to nie wszystko”, uważa Skenderovic. „Obie te partie, podobnie jak wiele innych prawicowych ugrupowań populistycznych, operują według podobnego schematu myślowego. Zdaniem historyka, jest to zasada „my kontra oni”. „SVP i AfD przedstawiają się jako głos ludu, reprezentujący interesy ‘dołów społecznych’, czyli ‘zwykłych obywateli’, którzy ‘czują się oszukani i zaniedbani przez skorumpowaną elitę’. Jednocześnie politycy obu partii wytykają palcem innych – obcych, przybyszów z zewnątrz, którzy stanowią zagrożenie dla narodu”.

Co powiedzieli nam Helweci?

Analiza Skenderovica nie jest wcale jednoznaczna i bynajmniej nie potwierdza tezy, jakoby SVP i AfD były partiami skrajnie prawicowymi, czy wręcz neofaszystowskimi. Przypomina natomiast antypisowską propagandę, suflowaną Polakom przez liberalną lewicę.

W rzeczywistości Szwajcarska Partia Ludowa ma korzenie ludowe, wręcz chłopskie. Jej historia sięga roku 1917, kiedy to w Zurychu narodziła się Partia Rolników. W krótkim czasie podobne ugrupowania powstały w innych kantonach. Następnie, te luźno powiązane ugrupowania, zawiązały sojusz, który okazał się na tyle silny, że w 1929 roku jeden z jego liderów, Rudolf Minger, zdobył miejsce w rządzie. Choć formalnie partia działa dopiero od roku 1936 jako Partia Rolników, Kupców i Niezależnych, to do tego czasu zdołała już zbudować solidne fundamenty. W 1971 roku SVP połączyła siły z Partiami Demokratycznymi z kantonów Glarus i Gryzonia, tworząc potężną siłę polityczną.

Ideologia SVP to mieszanka narodowego konserwatyzmu, eurosceptycyzmu i izolacjonizmu. Partia ta rzeczywiście sprzeciwia się członkostwu Szwajcarii w międzynarodowych organizacjach, takich jak Unia Europejska czy ONZ. Opowiada się też za surowszymi regulacjami dotyczącymi imigracji, prawa azylowego i kodeksu karnego. W kwestiach gospodarczych wyznaje zasady wolnorynkowe i jest zwolennikiem liberalizmu gospodarczego. Jej kierownictwo popiera m.in. prawo do posiadania broni, utrzymania neutralności państwa i silnej armii, jako narodowej gwardii. W obrębie SVP istnieje różnorodność poglądów – od frakcji centrystyczno-agrarnej po skrzydło narodowe.

Wszystkie społeczeństwa stają przed coraz trudniejszymi pytaniami. I coraz bardziej złożonymi wyzwaniami, bez względu na to, czy są to mieszkańcy bogatej Szwajcarii, czy średnio rozwiniętej Polski… Uczciwym politykom powinno zależeć na udzieleniu suwerenowi uczciwej i zrównoważonej odpowiedzi. Bo przecież decyzja o wyborze przyszłości należy do obywateli, a nie polityków.

Aby zrozumieć prawdziwe intencje sprawujących w naszym imieniu władzę, powinniśmy uważnie przyglądać się innym i temu, jak podejmują polityczne wybory. Na przykład Helwetom, którzy są pod tym względem chyba najbardziej świadomym narodem w Europie… I nie chodzi o to, żeby zamienić Polskę w drugą Szwajcarię. Lecz o to by znaleźć rozwiązania odpowiadające polskiej historii, tradycji, kulturze i tożsamości. Jednym z takich rozwiązań mogłoby być powszechne referenda. Ich wprowadzenie i upowszechnienie, znacząco wzbogaciłoby polską debatę publiczną. Mogłoby także uczynić bardziej transparentnym proces podejmowania decyzji politycznych – zarówno tych na szczeblu centralnym, jak i samorządowym.

Szwajcarska demokracja bezpośrednia, ze wszystkimi jej unikalnymi narzędziami politycznymi, mogłaby też być inspiracją dla tych polityków unijnych, którzy pragną rzeczywistych reform, a nie tylko ich symulowania.

 

Więcej aktualności na temat krajów niemieckojęzycznych na kanale autora: www.youtube.com/@DACHL

 

Kiedy Potrzebujecie, Oszczędzajcie, czyli KPO wg. CEZAREGO KRYSZTOPY: Kość Tuska

Rząd Donalda Tuska jeszcze nie powstał, właściwie nie wiadomo kiedy powstanie, ale w zakresie autokompromitacji odniósł już pierwsze sukcesy.

Takim chyba najbardziej jaskrawym przypadkiem jest tzw. „Dziura Leszczyny”, którą pani polonistka, typowana obecnie na ministra finansów w teoretycznym rządzie Donalda Tuska, dostrzegła wbrew samym unijnym danym, nagle tuż po wyborach, choć jej wiedza na temat finansów publicznych od czasów kampanii wyborczej nawet nie miała okazji się poszerzyć. Za to, co za zbieg okoliczności, dostrzegła akurat wtedy, kiedy była potrzebna jako pretekst do wycofywania się z obietnic wyborczych przez szefa Platformy.

„Dzień po wyborach”

Innym, choć może jeszcze nie tak konkretnym przykładem, jest usiłowanie realizacji obietnicy Tuska o tym, że „dzień po wyborach pojedzie i odblokuje pieniądze z KPO”. Mija 18 dni od wyborów, a o odblokowaniu blokady  nie słyszałem (oddzielną kwestią jest to czy my tych pieniędzy przeznaczonych na zakup niemieckich wiatraczków, w ogóle potrzebujemy).

Oczywiście pamiętam, że podczas wizyty w Brukseli kilka dni temu, Tusk mówił o tym, że „pierwsze wypłaty są możliwe jeszcze w grudniu” i, że „nie będzie potrzebne zakończenie procesu legislacyjnego”.

Dwie możliwości

Możliwości są dwie. Albo Tusk nie kłamie i tym samym potwierdza, że dotychczasowa blokada środków z KPO, które biorąc pod uwagę, że już je spłacamy, należą nam się jak psu buda, nie miała nic wspólnego z żadną „praworządnością” i żadnymi zmianami legislacyjnymi i była jedynie ceną za jaką „praworządna” i „demokratyczna” Bruksela kupiła sobie nowy rząd w Polsce.

Albo Tusk kłamie, bo zauważcie, że Ursula von der Leyen nie pisnęła na ten temat ani słowa i jedyne co na dziś mamy to słowa szefa Platformy. Pierwsza możliwość stawia nową, teoretyczną większość parlamentarną w świetle brukselsko-berlińskiego klienta, który teraz będzie musiał spłacić dług rezygnacją z realizacji interesów Polski i Polaków. Z kolei druga możliwość stawia ją w świetle, w którym mamy ją okazję oglądać od lat i to z bardzo niekorzystnej strony.

Kość Tuska

Tym bardziej, że najwyraźniej brukselska kasa jest pusta i być może „praworządnościowy” szantaż wobec rządu PiS był tylko wygodnym pretekstem ukrywającym w rzeczywistości fakt, że tych pieniędzy po prostu nie ma. O pustej kasie Brukseli mówiła ostatnio szefowa Parlamentu Europejskiego Roberta Metsola, Szwecja zaproponowała nawet plan cięć. W dodatku Niemcy, z zazdrością obserwując szybki i mocno kontrastujący z niemiecką mizerią, polski rozwój gospodarczy, są wybitnie „niezainteresowani” tym, żeby Polsce cokolwiek „dawać”.

Jednak najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje mi się, że Tusk dostanie jakąś swoją symboliczną kość, żeby niemieckie media dla Polaków mogły go pochwalić i odtrąbić, że „odblokował”, ale że będzie to kość na tyle symboliczna, że w istocie gospodarczo dla Polski bez większego znaczenia.

A może król Władysław – proponuje STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Wygibasy powyborcze

Gdyby Jarosław Kaczyński był przebiegły, jak jest mądry i wytrwały, zaproponowałby Władysławowi Kosiniak-Kamyszowi (po cichu)  przyszłą prezydenturę kraju. Najpierw jednak premierostwo z PiS-em a nie z Platformą.

 Doktor nie musiałby na ten zaszczyt zbyt długo czekać. Prezydent Andrzej Duda kolejny raz już nie wystartuje. Kolejnego kandydata konserwatywnego – na razie – m nie widać. Nie słychać też, by koalicja nienawiści wobec PiS-u miała uzgodniony program. Nic dziwnego, bo startowali przecież oddzielnie i dopiero po godzinie trzeciej nad ranem 16 października zlali się w jedno ciało.

Ciągle się dogadują. Gadu-gadu a tu trawa nie rośnie.

Pisał Tuwim: :

„Trawo, trawo do kolan

podnieś mi się do czoła

Żeby myślom nie było

Ani mnie, ani pola”

Ale kto by tam słuchał poetów. Sztucznie wywołane, rozpalające zmysły dyskusje, np. o aborcji, zagłuszają rzeczowa rozmowę o przyszłości rolnictwa, na temat energii atomowej i naszego lotniczego miejsca w świecie.

Panie Władysławie, potraktuj pan dotychczasowe rozmowy jako „przenośnię”, która daleko by pana nie przeniosła. I gdy Prezes Kaczyński rzeknie o czym jest na wstępie tego felietonu – ani chwili się pan nie wahaj. Bo to se nevrati. Tylko raz w życiu się trafia. Żona zostałaby prezydentową, dzieciaki… No śmiało proszę pomarzyć i czynić krok we właściwym kierunku. Co było a nie jest – nie pisze się w rejestr. Tuskowi postaw pan piwo, najlepiej niemieckie, nie za mocne. Nie przejmuj się pan pomarszczoną coraz bardziej, srogą twarzą pana Donalda. Srogość to albo rzeczownik abstrakcyjny.

W pańskim gabinecie, a właściwie na ścianie sekretariatu obejrzałem piękny portret Wincentego Witosa. Wie pan zapewne, jak potraktowano tego prawdziwego obrońcę Polski w 1920 roku, który zwołał aż 70 procent naszego wojska. Zamknięto go w Berezie Kartuskiej. Dziś prawdziwy przywódca chłopski (40 procent ówczesnej ludności kraju) ma piękny pomnik przy Placu 3 Krzyży w Warszawie.

Jest pan dużo bardziej wyedukowany, ale czy ma pan odwagę i serce do walki. Zobaczymy. A więc najpierw gmach w Alejach Ujazdowskich i wejście, którego pilnuje postument Jana Olszewskiego. A później pałac prezydencki określany przezwiskiem nieładnym jako namiestnikowski.

Przepuści pan możliwość takiego wyboru? Wystarczy teraz jeden właściwy krok. „Jeden krok” jak śpiewał bard Andrzej Dąbrowski – jak każe maszerować też Dąbrowski, tylko generał. Na pańskich długich nogach to łatwe.

Wprawdzie Donald Tusk wyrwie sobie resztki włosów a Czarzasty będzie wyglądał jak nabzdyczony indor. Hołownię zostawmy, dzieci i ryby głosu nie mają. Potem zagospodaruje pan Bosaka, który chodzi w bardzo eleganckich bucikach i mamy rząd z wicepremierem Morawieckim, Sawickim (rolnictwo), Błaszczakiem i dalej wg. uzgodnienia z prezesem. Oczywiście Kaczyńskim.

Platformersi polecą na Tempelhoff, jeśli tam jeszcze przyjmują. Co taki rząd potem zrobi? Na pewno nie zredukuje armii, będzie budował CPK i elektrownie atomowe. I będzie po prostu rządził tu i teraz z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, nie z uroczego kanclerskiego żółtego domu na przeciwko Wyspy Muzeów w Berlinie.

Ciekawe, że propaganda PO w ostatnich dniach unika pańskiego nazwiska panie Kosiniak. Ani jedno „k” ani drugie nie padają np. w ostatnich numerach Gazety Wyborczej. Proszę sprawdzić. Najwidoczniej boją się pytać pana o sprawy aborcyjne, o krówki i świnki. Ufa im pan? Przecież Warszawka gardzi i kpi z pana i kolegów z PSL-u. Tak naprawdę to śmierdzą im gnojem co w swoim czasie zauważyła bezkompromisowa, wyłączona z obiegu Renata Beger.

Panie Władku, żeby nie było jak u Wyspiańskiego: „Został ci się jeno sznur”. Szansa prezydentury polskiej jest przed panem. Rzeczywista. W PO to pan kariery nie zrobi. Proszę popatrzeć na pańskiego kolegę Jarosława Kalinowskiego, obecnie europosła, który ładnie śpiewał, tańczył w ludowym zespole a nawet orał zręcznie traktorem własne pole. Teraz waży ok. 120 kg i już nie chodzi po salonach ani Brukseli a tym bardziej na Wiejskiej. Bo i po co.

Panie Kosiniak – śmiało! Struzik, Sawicki – pomogą. „Tygrysek” – jak nazywa Pana mądra i reprezentacyjna małżonka – czy aby to na pewno dobra ksywa. Mieliśmy już lwy, pora na zdecydowanego drapieżnika z prawdziwymi kłami. Bo i pogonić za Odrę trzeba wielu. Miłośnicy Niemiec wkrótce się przekonają i wybiorą swoje miejsce. Wolna droga, co mówię – wolne autostrady.

* * *

Jeszcze drepczą trochę w lewo, ciut, ciut w prawo. Robią śmieszne ważne miny. Uważajcie chłopaki by w krowi placek nie wdepnąć – chociaż to na szczęście.

Kaczyński stoi na wysokim wzgórzu i patrzy jak Napoleon na to tragiczno-śmieszne pole bitwy. Płakać czy się śmiać? Ale to przecież nasza ojczyzna. Prezes czeka. Niech harcownicy wybiegają się, zmęczą i przyjdą na poważne rozmowy. Lepiej poczekajmy jeszcze, lepiej się nie spieszmy. W Warszawie mamy już jeden wał – Miedzeszyński. I wystarczy.

 

 

 

WALTERA ALTERMANNA Uciechy wyborcze – część druga i ostatnia

„Uciechy” to po staropolsku „rzeczy zabawne, śmieszne scenki teatralne, krotochwile”. Naprawdę traktuję i od początku traktowałem te wybory bardzo poważnie, aliści nie mogę oprzeć się przedstawienia kilku uciesznych zdarzeń wyborczych, które mnie rozbawiły.

Siłą KO jest dostrzeżenie faktu, że świat się dynamicznie zmienia, że z każdym kolejnym dziesięcioleciem te zmiany przyspieszają.

Koalicja Obywatelska

Są oczywiście i tacy ludzie, którzy wchodzą do wody, żeby masą własnego ciała powstrzymać rwący nurt wezbranej rzeki, ginąc oczywiście bez sensu, ale chlubnie i bohatersko. Koalicja Obywatelska wybrała bardziej współczesną i zrozumiałą politykę. Mówiąc językiem polityki: Donald Tusk i jego partyjni koledzy „podgarnęli” tych, którzy czują się świetnie w świecie nowoczesnych technik i mniej restrykcyjnych obyczajów. I do nich apelowali.

Jest faktem, że nasze społeczeństwo jest podzielone, i to pod różnymi względami. Są tacy, którzy w nowoczesnych i współczesnych obyczajach widzą jedynie zgorszenie, sodomię i obrazę tradycji narodowej. Ale są i tacy, którym życie bez ślubu, nawet w związkach jednopłciowych nie przeszkadza być porządnymi obywatelami i kochać swój kraj. Są nawet i tacy, którzy sami żyjąc po bożemu nie gorszą się tymi, którzy są mniej tradycyjni.

Starożytni Rzymianie mawiali: „Tempora mutantur et nos mutamur in illis”, co się na polski tłumaczy: „Czasy się zmieniają, a my zmieniamy się wraz z nimi”. Ano świat się zmienia… I tę zmianę dostrzegła partia Donalda Tuska. I to dlatego pewnie on będzie premierem. Choć może być bardzo uciesznie, gdy przyjdzie nam obserwować jak ogon, czyli Kosiniak i Hołownia, będą próbowali trząść psem, czyli Tuskiem.

Ciekawe też jest, czy dawny doktrynalny liberał Tusk wróci do swej dawnej wiary, że w państwie wszystko samo się dzieje, że rząd ma tylko nie przeszkadzać niewidzialnej ręce rynku. Bo w tę rękę nikt na świecie już nie wierzy, poza naszymi, polskimi liberałami. Ano, mamy takie rodzime, bardzo ucieszne dziwactwo. I bardzo też groźne.

Trzecia Droga

Dwóch czołowych polityków tego ugrupowania, pan Hołownia i pan Kosianiak-Kamysz, twierdzą że to oni zwyciężyli, że oni mają największy sukces. Sukces jest bezsprzecznie, ale o zwycięstwie mowy nie ma. Szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę, że nie było było zbornego. Trzecia Droga, w swych wystąpieniach dość natrętnie odwoływała się do metafizyki, czyli do Boga i ziemi. Jeżeli to przyniosło im niemal 15 procent poparcia, to znak widomy, że spora część Polaków bardziej wierzy niż myśli.

Myślenie metafizyczne ma u nas wielką tradycję, szczególnie pod rozbiorami, gdy warstwy przewodzące narodowi nie chciały się przyznać, że owe rozbiory to ich wina – bo co miał w XVIII wieku do gadania chłop i łyk, czyli mieszczuch?

Można zatem powiedzieć, że w swoim programie żadnych, żadniutkich konkretów Trzecia Droga nie przedstawiła, za to jej liderzy byli mocno – jak na mój gust za mocno – uduchowieni. Ale tak to już jest u osób mających problem z precyzyjnym myśleniem, z liczeniem i klasyfikacją  problemów, że działają w mocnym uniesieniu duchowym. Widać liderzy Trzeciej Drogi dobrze wiedzieli, że takich jak oni, jest co najmniej 15 procent. I poszedł swój do swego. I sukces jest, ale zwycięstwa to ja nie widzę?

No i najważniejsze – Trzecia Droga podkreślała cały czas swój katolicki i konserwatywny rodowód… Kłopot ludowcy i hołowniacy mają z tym, że na Trzecią Drogę złożyły się dwie partie i naprawdę nie wiadomo, jak będą dogadywali się między sobą, w parlamencie.

PSL od zawsze reprezentuje twardy chłopski konserwatyzm i równie twardą walkę o dopłaty do ziemi, ciągników, nawozów, a w finale do płodów rolnych. Może już czas, by zacząć uważać PSL za partię postsocjalistyczną? Z kolei partia Hołowni uosabia metafizyczno-klerykalny liberalizm. I jak oni teraz między sobą uzgodnią, że rolnikom należą się stale rosnące dopłaty, skoro liberalizm, dla zasady, zabrania jakiejkolwiek ingerencji państwa w rynek? Oczywiście dogadają się bez wstydu, bo polityka jest pozbawiona wstydu, a PSL dogadywał się już w przeszłości z każdym.

Dogadywanie się wspólników Trzeciej Drogi między sobą, to jedno, ale jak ludzie Hołowni i Kosiniaka-Kamysza – będą funkcjonować, jak współrządzić z Koalicją Obywatelską i Lewicą? Tym bardziej, że już w ciągu dwóch pierwszych dni po wyborach Trzecia Droga kilka razy wyraźnie mówiła przyszłym koalicjantom, że nie zgodzi się na ich program w sprawie liberalizacji prawa do aborcji i twardszego stosunku do kościoła.

Ucieszne zmiany osobowości polityków

Zmiany w postawach ideowych wszystkich partii po wyborach są oczywiste i wcale nieśmieszne. Już w poniedziałek powyborczy niektórzy z posłów PiS zaczęli podobno kaperować posłów z innych ugrupowań, z tych samych ugrupowań, które jeszcze 24 godziny wcześniej były im tak nienawistne.

Bardziej jednak ucieszne są zmiany osobowości polityków. Dosłownie wszyscy pisowscy posłowie, występujący w rozmaitych telewizjach, z dnia na dzień stali się kulturalni i zupełnie nienapastliwi! Cud objawiony! A nie można to było być takimi w czasie kampanii? Może dzisiaj nie byłoby potrzeby układać się z posłami innych partii?

Najzabawniejsze zmiany zaszły jednak w tzw. wizerunku Władysława Kosiniaka-Kamysza. Przed wyborami jawił się przed kamerami jako króliczek–przytulanka, albo – jak mówi o nim jego własna żona – „Tygrysek”. Prezentował się jako milusi, gołębiego serca i nawet trochę ciapowaty człowiek. Ale wystarczył jeden dzień i jakby wrócił od chirurga plastycznego z USA. No, nie ten sam osobnik! I nie mamy już tygryska, mamy groźnego tygrysa szablozębnego z kenozoiku.

Po wejściu jego ugrupowania do parlamentu, od Kosiniaka-Kamysza wieje siłą, mrozem i grozą. Wzrok ma teraz twardy, na twarzy cienia uśmiechu, czoło zmarszczone, słowa waży, mówi krótko i dobitnie. Normalny wódz! Gdyby to tylko było konstytucyjnie możliwe, powinien zostać głównodowodzącym Wojska Polskiego. A najśmieszniejsze, choć i najgroźniejsze zarazem, że pan  Kosiniak-Kamysz prowadzi rozmowy z Koalicją Obywatelską i Lewicą, ale przez różne telewizje. I tam mówi publicznie na co się Trzecia Droga zgodzi, a na co jego zgody nie ma.

Naprawdę, rozkoszny koalicjant, taktowny, skory do ustępstw, otwarty na innych. O takich  mówi stare przysłowie: „Chroń nas Boże od przyjaciół, z wrogami poradzimy sobie sami”. A może Kosiniak-Kamysz przygotowuje sobie medialny grunt na koalicję z PiS-em? Nie wykluczałbym takiego obrotu rzeczy, bo nie takie wolty wykonywał już PSL w przeszłości.

W sumie – po wyborach – jest się z czego pośmiać, oby nie był to jednak śmiech przez łzy.

 

Poszukiwania WALTERA ALTERMANA: Uciech wyborczych część pierwsza

„Uciechy” to po staropolsku „rzeczy zabawne, śmieszne scenki teatralne, krotochwile”. Naprawdę traktuję i od początku traktowałem te wybory bardzo poważnie, aliści nie mogę oprzeć się przedstawienia kilku uciesznych zdarzeń wyborczych, które mnie rozbawiły.

Pierwsza ucieszna historyjka, to fakt, że poza jedną partią wszyscy są zwycięzcami.

Kto wygrał?

Jedyną partią, która przyznaje się do przegranej jest Konfederacja Wolność i Niepodległość. Sławomir Mentzen powiedział to wyraźnie już w niedzielę wyborczą.

Lewica również nie ogłasza zwycięstwa, ale twierdzi że jest zadowolona. Tak naprawdę, jej wynik nie ogłusza i głowy nie urywa. Politycy tej partii mieli nadzieję na wynik w granicach 12 procent, a jest raptem 8,6 procenta.

Zatem zarówno Konfederację, jak Lewicę, czekają długie miesiące rozpatrywań, analiz i hipotez słabych wyników. I ręczę swoim doświadczeniem, że jednej zasadniczej przyczyny nie znajdą, bo zawsze jest ich kilka.

Konfederacja Wolność i Niepodległość

Co prawda już w niedzielę wyborczą Janusz Korwin-Mikke oświadczył, że to wina programu, z którym jego ugrupowanie szło do wyborów, bo zabrakło w nim walki o przywrócenie kary śmierci. I mówił to ze śmiertelną powagą, która zresztą cechuje go przy ogłaszaniu każdego kolejnego horrendum. Pamiętamy przecież jego średniowieczne widzenie roli kobiet w społeczeństwie, które jego zdaniem powinny być głównie w kuchni, rodzić dzieci i służyć mężowi. Korwin-Mikke ma też na koncie mętną i obrzydliwą opinię o pedofilii, w której nie widzi niczego strasznego.

Jeszcze przed wyborami pan Bosak, na pytanie o straszne pomysły Korwin-Mikkego,  stwierdził z uśmiechem, że Korwin-Mikke taki już jest, bo lubi bulwersować. Jak na majestat RP, jak na walkę o Sejm i Senat, to taka dezynwoltura Korwin-Mikkego powinna być tępiona karą, o jaką właśnie sam walczy.

W sumie Konfederacja objawiła się w tych wyborach jak partia liberalno-anarchistyczna. Jak oni godzą programowy demontaż państwa z liberalizmem? Bo kto miałby zapewnić liberałom wolność, jak nie państwo? Program Konfederacji przeraża i zarazem śmieszy.

Lewica

Lewica ma w Polsce jeden, ale za to bardzo duży problem – jest nim przypisywanie Nowej Lewicy i partii Razem wszystkich zbrodni i niegodziwości komuny, w tym tej polskiej, z czasów PRL-u.

O dziwo takie opinie wygłaszają dzisiaj głównie ludzie starsi, którzy zaznali z rąk komuny  takich niegodziwości jak darmowe mieszkania, powszechna i bezpłatna edukacja, opieka  zdrowotna, a nawet – o zgrozo – wczasy pracownicze, nie mówiąc już i talonach na trabanty. Wielu z tych starszych ludzi, w tamtych latach nie protestowało, nie wyrażało – nawet w domowych pieleszach – najmniejszego sprzeciwu wobec reżimu. Gorzej – wielu z nich było w PZPR lub jego przybudówkach, nadzorowanych przez tę partię stowarzyszeniach i związkach zawodowych. Ano, widocznie na tym ma polegać ekspiacja tych dręczonych. I ta postawa byłych beneficjentów rządów komuny jest ucieszna.

Nadzieję jednak lewica ma – świadczy o tym niezłe poparcie wśród ludzi młodych, żyjących dniem dzisiejszym i następnymi.

Dzisiejsza lewica to zupełnie inny twór niż za Leszka Millera, bo wtedy była poniekąd Małą Platformą. A z lewicowości pozostał jej jedynie libertynizm, a i to nie za bardzo ostry. Jeszcze jakieś pięć lat temu marzeniem wielu prominentnych działaczy SLD było zostanie członkiem Platformy, co zresztą wielu się udało, jak byłemu przewodniczącemu SLD, Grzegorzowi Napieralskiemu. I poniekąd samemu Millerowi, który obecnie nie jest, ale przecież jest, mocno związany z partią Donalda Tuska.

Dzisiejsza lewica, głównie dzięki Włodzimierzowi Czarzastemu i Adrianowi Zandbergowi, wraca na klasyczne dla każdej lewicy tory – stała się partią walczącą o los najsłabszych w społeczeństwie, pokrzywdzonych w procesie transformacji ustrojowej. Myślę, że mając na uwadze panujący we wszystkich pozostałych partiach „polski okrutny liberalizm”, jest dobrze, że na naszej scenie politycznej mamy też – dla równowagi – partię lewicową.

Zatem – jak ustaliliśmy – przegranymi są: Konfederacja i Lewica. Ale kto zwyciężył? Po złoty laur zwycięzcy wyciągają się ręce aż trzech partii – Prawa i Sprawiedliwości, Koalicji Obywatelskiej i Trzeciej Drogi. Przypatrzmy się tym mniemanym zwycięzcom bliżej.

Prawo i Sprawiedliwość

Ta partia utrzymuje, że została zwycięzcą wyborów. Faktycznie, osiągnęła najlepszy wynik z wszystkich startujących w wyborach, ale prawdziwym zwycięzcą jest przecież to z ugrupowań, które utworzy rząd. Bo wybory parlamentarne polegają tylko na tym, żeby po wyborach rządzić, a nie na zbieraniu procentów.

Jak na razie szanse PiS na trzecią kadencję są słabe, zatem o zwycięstwie mowy być nie może. Taktyka powyborcza PiS, z ogłaszaniem sukcesu, trochę przypomina mi propagandową taktykę ZSRR w sporcie. Pamiętam, że pod koniec lat sześćdziesiątych na którychś mistrzostwach w lekkoatletyce zwyciężyli Polacy, bo zajęli pierwsze miejsce w klasyfikacji medalowej. A do wyłonienia mistrzów cały świat używał właśnie systemu medalowego: złoty, srebrny i brązowy. I taka miła dla nas wiadomość poszła w szeroki świat.

Jednak z wielkim zdziwieniem wyczytałem w „Prawdzie”, że to nie Polacy zwyciężyli, ale   sportowcy ZSRR. I na taką dziwną dla świata okoliczność w Związku Radzieckim – ten jeden jedyny raz – inaczej policzono punkty, bo łącznie z punktami za miejsca nawet dziesiąte. I był kolejny sukces Kraju Rad? Był!

Moim zdaniem w działaniach PiS, podczas ośmioletniej kadencji rządowej, dało się zaobserwować wyraźny brak korelacji między czynami a słowami. Co było bardzo ucieszne i co odbiło się na wyniku. Chodzi o to, że czyny, szczególnie w dziedzinie obronności, gospodarki i socjalnej były dobre. Natomiast towarzysząca im propaganda była nazbyt wojownicza, wpadająca nawet w agresję. I jest faktem, że w tych wyborach twarzami tej partii byli wściekli, bezwzględni i agresywni „młodzieńcy”. A nie wszyscy wyborcy taką wojowniczość lubią, niektórzy nawet się jej boją.

Ale nie ja będę dochodził „dlaczego” z PiS-em jest jak jest. Jedyne co mógłbym radzić, to na przyszłość więcej spokoju, a nawet dobieranie na „medialne twarze partii” ludzi spokojniejszych, grzeczniejszych po prostu – w końcu wszystkie partie są jedynie sługami państwa i narodu. A co to za sługa, który z hukiem stawiając talerz na stole, krzyczy przy tym: „Chyba państwu smakuje. Prawda?!”

Dalsze ucieszne przykłady z wyborów, zamieszczę w następnym felietonie, żebyśmy nie zażartowali się na śmierć.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Może być nieźle. Albo źle

Dlaczego PiS wygrał, ale przegrał? Z różnych powodów, ale jednym z najbardziej istotnych wydaje mi się to, że się na ostatnim odcinku kampanii splatformizował. I tak jak wcześniej wyśmiewał polityków Platformy Obywatelskiej z Tuskiem na czele, podliczając mu w spotach ile razy podczas konwencji użył słowa „PiS”, tak sam do groteski doprowadził używanie po każdym przecinku, ustami premiera Morawieckiego słowa „Tusk”.

PiS nie miał złej kampanii, może nie jakąś wybitną, ale dobrze skrojoną pod trudne czasy. Bezpieczeństwo, inwestycje, programy socjalne. Ta kampania powodowała wrażenie, że „ci tam na dole się miotają usiłują szarpać pisowskie nogawki, a PiS unosi się pół metra nad nimi i zajmuje się w tym czasie sprawami istotnymi dla Polski i Polaków”. Jeśli dobrze pamiętam, miało to pozytywny wpływ na sondaże. Przynajmniej te publicznie dostępne. I nagle jak nożem uciął, pozytywną kampanię szlag trafił i zaczęło się „Tusk, Tusk, Tusk”, drażniące (pytałem) nawet najtwardszy elektorat, co sprowadziło PiS z tego pół metra, pół metra niżej. Tusk, który nie był szczególnie istotny, nagle zrobił się strasznie ważny. A w tym samym czasie, ci którzy PiS szarpali, no nie, nie to, że zaczęli merytorycznie, ale zadusili PiS miłością i serduszkami.

Platformizacja

Mało tego, PiS wydaje się powtarzać zachowania Platformy również po wyborach. Niektórzy politycy partii ciągle rządzącej sprawiają wrażenie jakby byli na elektorat obrażeni. Głupi wyborcy śmieli zagłosować nie tak jak należało. Może i głupi. Warto to rozważać. Mogą to robić publicyści, blogerzy, wszyscy obywatele. Ale kiedy zaczynają to robić publicznie politycy, jest to forma wyparcia rzeczywistości i niechęć do przyjęcia jej konsekwencji. Politycy muszą sytuację głęboko zanalizować, wyciągnąć konsekwencje, również personalne, po to by jak najszybciej przedstawić wyborcom nową, skuteczną i atrakcyjną ofertę. I to nie schlebiając ich najniższym instynktom, ale ukazując nową wizję, do której ci chcieliby aspirować. Tak było z „Polską solidarną” i „Dobrą Zmianą”.

Przykładem, który uderzył mnie szczególnie, był paskudny powyborczy spin „wszystkiemu winni prolajferzy i orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego”. Może jeszcze nienarodzone dzieci? Można oczywiście rozważać konsekwencje polityczne tej sytuacji, ale wydaje mi się, że warto zauważyć, że jakoś Lewica na tym nie zyskała, nie zyskała nawet blisko związana z Lempart Platforma Obywatelska, która w zasadzie uzyskała słaby wynik. W ogóle założenie, że „PiS popełnił tu błąd” jest obraźliwe dla Trybunału Konstytucyjnego, który PiSem nie jest (postąpił zgodnie z dotychczasową linią orzeczniczą, konstytucją i człowieczeństwem) i w jakimś sensie przyznaje rację świrowni ze Strajku Kobiet. A służyć ma prawdopodobnie odwróceniu uwagi od innych wydarzeń, takich jak błędy w kampanii, będąca katastrofą wizerunkową na wsi „Piątka dla zwierząt”, podpisanie takich potworków jak „mechanizm praworządności”, „Fit for 55”, czy irytująca wielu covidowa propaganda. Pamiętacie jak Strajki Kobiet nagle zwiędły kiedy otwarto galerie handlowe? A przecież orzeczenia TK nie odwoływano. Zresztą, tę wersję potwierdzają również moje nieoficjalne ustalenia, wg. których temat „aborcji”, czy „praw kobiet” nie istniał na agendzie analiz potencjalnych zagrożeń sztabu PiS. Pojawił się nagle po wyborach. Bo akurat był potrzebny, stanowiąc jakby kolejny objaw odmowy akceptacji rzeczywistości, lub jej celowego zafałszowania. Co to może dziś pozytywnego PiS przynieść? Nic. Lewica światopoglądowa nie ruszy szturmem głosować na Prawo i Sprawiedliwość. Jedyną konsekwencją może być zrażenie kolejnej grupy wyborców.

PiS ma czym grać

A wbrew temu co się niektórym wydaje, PiS ma sporo aktywów. Ma „swojego” prezydenta, szefa NBP, instytucje wymiaru sprawiedliwości, które obsadzono za jego kadencji, tysiące sędziów zaszczuwanych dziś przez hunwejbinów „nadzwyczajnej kasty”, przez jakiś czas jeszcze media publiczne. Będzie miał największy klub parlamentarny. I najbardziej zwarty, o ile nie wystąpią jakieś procesy dekompozycyjne. W odróżnieniu od potencjalnej „koalicji”. Tak silne opozycji nikt nie miał od 1989 roku. Nic tylko patrzeć jak gabinet Tuska (wiem, jeszcze go nie ma i nie wiadomo czy na pewno będzie, ale przyznacie, to dość prawdopodobne) kompromituje się nie mogąc spełnić obietnic wyborczych i ośmiesza ustami takich „mężów opatrznościowych” jak Izabela Leszczyna czy Michał Kołodziejczak. Nic tylko punktować, pokazywać „my budowaliśmy CPK, a oni budują trzecie toalety”.

Jest na czym budować. Referendum niestety nie stało się dla decyzji rządzących obligatoryjne, ale na pytania referendalne – „nie” – odpowiadało po ok. 11 milionów biorących udział. To jest potencjał, po który PiS może sięgnąć jeśli potrafi. Ale do tego trzeba by ciężkiej pracy nad przywróceniem wiarygodności, której strategia „w Polsce owijamy się biało-czerwonymi flagami, a do Brukseli jeździmy podpisywać co trzeba” kiepsko się przysłużyła. Mało tego, badania niemieckiej Fundacji Adenauera, tej samej, która finansowała Campus Trzaskowskiego, wskazują, że młodzi ludzie są w większości przeciwni liberalizacji prawa aborcyjnego, przeciwni wprowadzeniu euro, rozumieją potrzebę inwestowania w bezpieczeństwo. Żeby do nich dotrzeć nie trzeba schlebiać julkom, tylko nauczyć się języka, który do nich dotrze, a nie będzie dziaderskim „Tusk, Tusk, Tusk”. Nie wiem czy PiS chce i może to zrobić, nie jestem członkiem partii, ale kto by tego nie robił, taka budowa jest niezbędna z punktu widzenia szansy Polski na przetrwanie jako suwerenne państwo i szansy Polaków na przetrwanie ich ambicji wykraczających poza półgodzinną przerwę przy zbiorze niemieckich szparagów.

Krytyka

Spotykam się z takimi apelami, często bardzo szanowanych osób, żeby „nie krytykować PiS, bo PiS jest dobry”. Ja nie twierdzę, że „niedobry”. Naprawdę doceniam, ze świadomością wszystkich wad i „sukcesów”, choćby to, że przez osiem lat Polska i Polacy mieli szansę choćby rozważać własny interes, a w wielu kwestiach go skutecznie realizować. Nie wiem czy taka sytuacja jeszcze się w najbliższym czasie pojawi, tym bardziej, że rządzić ma nami człowiek, który zapewne podpisze wszystko co podsuną mu Niemcy. Ale to nie oznacza, że PiS ma nie podlegać krytyce. Nawet Kościół podlega. A brak krytyki może powoduje dłuższe okresy samozadowolenia, ale kiepsko wpływa na świadomość sytuacyjną i bywa, że ma opłakane konsekwencje.

Reasumując. W mojej ocenie PiS ma potencjał żeby odwrócić kartę, ale nie w sytuacji kiedy powtórzy błędy Platformy.

Głupota czy sabotaż – zastanawia się HUBERT BEKRYCHT: Nowe karpie w radiowej Trójce

Do większości mieszkańców bliższych i dalszych okolic Turowa, którzy głosowali na partie chcące zamknąć tamtejszą elektrownie i kopalnię odcinając rejon od miejsc pracy i redukując produkcję energii elektrycznej w kraju oraz do młodych, którzy wybrali ugrupowania postulujące odebranie młodzieży przywilejów fiskalnych, dołączył dziennikarz Wojciech Dorosz z radiowej Trójki. Jest on jedynym znanym mi na całym świecie szefem organizacji dziennikarskiej – medialnej i zwiazkowcem postulującym zwolnienia m.in. dziennikarzy w swojej firmie. I właśnie dlatego Dorosz przypomina karpia, który domaga się przyspieszenia świąt Bożego Narodzenia. Karpia – nich mi ryby wybaczą – politycznego.

Karp zresztą kojarzy się z radiową Trójką, z którą W. Dorosz jest związany od 17 lat. Jednak nie chodzi o związek owego redaktora z karpiem z dawnych piosenek III PR. Jest poważniej.

Oto Wirtualnych Mediach Wojciech Dorosz powiedział: „Powiem wprost: wkurzyliśmy się, gdy w mediach pojawiły się konkretne nazwiska. To ludzie znający się na rzeczy, więc nie chodzi o nich, ale o sposób, w jaki to się dzieje. Bez konkursu, bez konsultacji.

Znów czujemy się jak osiem lat temu, gdy przysłano do Polskiego Radia osoby, które miały wprowadzić porządki według politycznego zamówienia. Ten system jest chory i należy go natychmiast zmienić” – mówił Wirtualnym Mediom dziennikarz Programu Trzeciego Wojciech Dorosz, wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Dziennikarzy i Pracowników Trójki oraz prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy i Twórców Radia Publicznego.

Organizacje te wystosowały oświadczenie dotyczące mediów publicznych. „Media robią dziennikarze. Nie ma powrotu do starego. Media publiczne trzeba zbudować na nowo” – czytamy w oświadczeniu. „Uważamy, że nie powinni nimi kierować ani politycy ani dziennikarze z przeszłością polityczną. I proces zmian w tym duchu trzeba zacząć od zaraz, bez usprawiedliwiania się okresem przejściowym, niezależnie od działań, na jakie zdecyduje się nowy rząd demokratycznej opozycji” – napisano w dokumencie, którego tekst opublikowały także WM.

Wojciech Dorosz ma receptę na takie ewentualne działania KO, TD i Lewicy: „- Z Polskiego Radia powinno odejść kilkadziesiąt osób. Jest tu duża grupa publicystów i komentatorów politycznych o bardzo wyrazistych poglądach i służebnej postawie wobec wciąż rządzącej partii, którzy zdecydowanie nie powinni dłużej pracować w mediach publicznych. Wystarczy być może przeprowadzić z nimi rozmowy i jeśli stwierdzą, że nie będą w stanie pracować w nowych realiach, to pójdą gdzie indziej. Zapewne dojdzie do dużych zwolnień, choć akurat znaczna część tych osób nie jest u nas na etacie. Są zatrudnieni w ramach umów B2B albo cywilno-prawnych. Natomiast nie uważam, by z powodu tych kilkudziesięciu partyjnych funkcjonariuszy kara miała spaść na pozostałych ponad 1200 pracowników Polskiego Radia, często związanych z tą instytucją od wielu lat – uważa nasz rozmówca” – napisały 24 października Wirtualne Media.

Muszę przyznać, że w pierwszym momencie nie uwierzyłem i to nie dlatego, że WM często nie podają  informacji w taki sposób, w jaki ja rozumiem dziennikarstwo. Po prostu pomyślałem, że to głupota, kunktatorstwo lub sabotaż. Oczywiście Dorosz to doświadczony dziennikarz. Zatem, dlaczego mówi takie bzdury o konieczności zwalniania pracowników PR będąc liderem organizacji dziennikarskich i medialnych, także w PR? Nie wiem dlaczego to zrobił, ale może za kilka dni dowiemy się, że nie Dorosz nie autoryzował wypowiedzi albo, że źle go zrozumiano. Przecież nie uwierzę, ze redaktor od prawie 20 lat związany z mediami publicznymi nie pomyślał, że skoro jego niektórzy znajomi z Trójki i Polskiego Radia zaczną uważać go za zdrajcę (albo od dawna uważają), to politycy liberalni i lewicowi wyznaczający po raz kolejny, kto może i powinien pracować w mediach publicznych,mogą wkrótce zrezygnować z Dorosza…

„Nie, nie” – podpowiedziały mi głosy resztek mojego rozsądku. „Redaktor Dorosz taki głupi nie jest” – dodały głosy.

Wobec tego naprawdę nie wiem dlaczego redaktor Trójki i lider organizacji dziennikarskich i medialnych, związkowiec zachował się jak karp, który sam się zabił już w październiku, ale jeszcze wcześniej wypatroszył się i usmażył albo – co tam kto lubi – podał się w galarecie.

Jeszcze jedno, dlaczego Dorosz – jak wielu pracowników Trójki i innych anten PR – nie odszedł z rozgłośni publicznej jak wstrętny PiS likwidował dziennikarzom wolność słowa? Przecież nie uwierzę, że został, aby przygotować grunt politykom KO, TD i Lewicy oraz lepiej poczuć rolę medialnego inkwizytora…

Hubert Bekrycht

sekretarz generalny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, członek ZG SDP

(artykuł jest wynikiem osobistych poglądówi  rozmyślań Autora, bo refleksje to miał ostatnio I. Kant.)

24.10.2023 r.