Wicepremier Gowin: repolonizacja mediów to zadanie na drugą kadencję rządu

Minister nauki i szkolnictwa wyższego, wicepremier Jarosław Gowin zapowiedział, że jeśli Zjednoczona Prawica nadal będzie sprawować władzę, to zadaniem na drugą kadencję rządu powinna być repolonizacja mediów.

 

Wicepremier podczas środowego spotkania w Kartuzach podkreślił, że „szanujące się państwo i szanujący się naród nie może dopuszczać do tego, żeby większość mediów znajdowała się w cudzych rękach”

– I to jest pewne zadanie, które stoi przed naszym rządem, jeżeli będziemy nadal sprawować władzę w następnej kadencji – zapowiedział, zaznaczając, że takie stanowisko nie wynika z obsesji rządu na temat narodowości kapitału w sektorze mediów. – To jest prosty eksperyment myślowy. Gdybym ja jako Polak był np. właścicielem gazety wychodzącej we Francji, to czym bym się zajmował na co dzień? Na pewno tym, żeby sprzedawać, jak najwięcej tej gazety, żeby biznes się kręcił – mówił. – Ale gdyby doszło do sytuacji konfliktu interesów między Polską a Francją, to jako polski patriota w oczywisty sposób zabiegałbym o to, aby należąca do mnie gazeta prezentowała polski punkt widzenia. To jest chyba oczywiste dla każdego z nas – dodał wicepremier.

 

Jarosław Gowin przypomniał, że większość tytułów prasowych w Polsce należy do niemieckich wydawnictw. – Dlaczego my mamy zakładać, że niemieccy właściciele są gorszymi patriotami niż my. Oni też są patriotami, tylko patriotami niemieckimi – zauważył wicepremier. – I jak dochodzi do konfliktu interesów między Polską a Niemcami, to te gazety reprezentują niemiecki punkt widzenia i niemieckie interesy. Ja to widzę w sposób zupełnie czytelny jako minister – podkreślił Gowin.

 

jka, źródło: Wirtualnemedia.pl. Fot: Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego

 

Wieczór z reportażem radiowym w warszawskim Klubie Księgarza

Studio Reportażu i Dokumentu zaprasza w środę, 26 czerwca o godz. 18 do Klub Księgarza (Rynek Starego Miasta  22/24 w Warszawie) na „Spotkanie z Reportażem Radiowym”. W programie m. in. prezentacja reportaży: „Roma” Hanny Bogoryja-Zakrzewskiej i „Mezalians…”  Katarzyny Błaszczyk – autorek książki „Zdarzyło się naprawdę. Opowieści reporterskie.”

 

Oprawa muzyczną zapewni Michał Sawicki (śpiew), a spotkanie poprowadzi Irena Piłatowska, redaktor naczelna Studia Reportażu i Dokumentu.

 

„Mezalians, albo historia pewnej ucieczki” – reportaż Katarzyny Błaszczyk

Kiedy babcia Virena dowiedziała się, że mężczyzna sam umył ubikację, rozpłakała się. W ich rodzinnym domu w New Dehli była specjalna osoba, która zajmowała się tylko czyszczeniem toalety. Virenowi takich rzeczy robić nie wypada ponieważ pochodzi z rodziny indyjskich wojowników. Tymczasem Viren, zamiast kontynuować tradycje rodzinne, wbrew woli ojca, uciekł do Elbląga. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa chodziło o kobietę… Poznali się za pośrednictwem internetu, ale nie na portalu randkowym. Marlena była po prostu ciekawa Indii. Viren wówczas nawet nie widział, gdzie leży Polska. Rodziny, i jej, i jego, były stanowczo przeciwne temu związkowi. O przeszkodach, jakie musieli pokonać, dziś mówią z humorem.

 

„Roma”  to bohaterka reportażu z 2007 roku. Wtedy zachwyciła słuchaczy swoją końską pasją i stosunkiem do Igora – ogiera, którego wychowała i wytresowała. Ten reportaż o Romie powstał w 2007 roku i był zatytułowany „Umowa”. Kończył się rozpaczliwym telefonem od Romy, bowiem pracodawca chciał komuś innemu odsprzedać Igora. Dzięki pomocy pieniężnej słuchaczy mogła zachować konia. Jak zmieniło się jej życie od tamtego czasu?

 

opr. jka, źródło: Studio Reportażu i Dokumentu, fot. SRiD

 

MAJ NA FOKSAL 2019. List z Chin wypełniony cierpieniem

Skrawek papieru z zapisanym wołaniem o pomoc chińskiego dysydenta przypadkowo trafia w ręce pewnej Amerykanki –  to historia opowiedziana w filmie dokumentalnym Leona Lee „List z Masanjia”. Mogliśmy go obejrzeć we wtorkowy wieczór w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5, podczas ostatniego już wydarzenia z cyklu Maj na Foksal organizowanego przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

 

– Film ten pokazuje co się dzieje z ludźmi, którzy ośmielają się wierzyć w coś innego niż partia komunistyczna – powiedziała przed projekcją Hanna Shen, polska dziennikarka mieszkająca na Tajwanie, związana m.in. z Radiem Wnet, która nagłaśnia problemy łamania praw człowieka w Chinach.

 

Akcja filmu zaczyna się w Damascus, w stanie Oregon. Julie Keith, przygotowując przyjęcie urodzinowe dla swojego dziecka, sięgnęła po halloweenową dekorację, którą kupiła kilka miesięcy wcześniej. Pudełko, niczym butelka dryfująca po morzu, skrywało list z prośbą o pomoc. Jego autorem był Sun Yi, więzień chińskiego obozu pracy przymusowej Masanjia. Na skrawku papieru opisuje on nieludzkie warunki panujące w tym miejscu. Sun Yi trafił tam, ponieważ był członkiem Falun Gong. Jest to zakazana i zwalczana przez chińskie władze praktyka duchowa, która łączy medytację, ćwiczenia i filozofię moralną. Dokument w komiksowych sekwencjach pokazuje piekło, które Sun Yi przeszedł w obozie pracy.  Julie Keith przekazuje list z Masanjia mediom. Sprawa staje się głośna. Pod wpływem międzynarodowych nacisków Chiny rezygnują z systemu „reedukacji poprzez pracę” i zamykają m.in. obóz Masanjia.

 

Jak się późnej okazuje są to działania pozorne Sun Yi dalej doświadcza w swoim kraju prześladowań (sądzi, że władze dowiedziały się o powstającym z jego udziałem filmie o Masanjia). Podupada na zdrowiu. Udaje mu się uciec do Indonezji. Czeka na azyl. W Dżakarcie dochodzi do zaaranżowanego spotkania z Julie Keith, która pokazuje mu jego list i halloweenową dekorację, do której był dołączony („Koszmar” – mówi Yi, biorąc do ręki styropianową ozdobę). Film kończy informacja, że bohater zmarł w dziwnych okolicznościach. Zemsta? Sprawka chińskich służb? Oficjalnie przyczyną śmierci była niewydolność nerek, ale rodzinie nie dano możliwości potwierdzenia tego.

 

Widzowie, którzy przybyli we wtorkowy wieczór na Foksal, byli wyraźnie poruszeni obejrzaną historią.  – Nasza świadomość łamania praw człowieka w Chinach jest mała – mówiła Hanna Shen. Dodała, że władze chińskie wydają ogromne pieniądze na propagandę, między innymi dlatego większość ludzi na świecie nie wie, co tak naprawdę dzieję się w Państwie Środka.

 

– To był szczególny pokaz, który zamknął tegoroczny Maj na Foksal. W imieniu prezesa Krzysztofa Skowrońskiego zapraszam za rok  – pożegnał zebranych Stefan Truszczyński, członek Zarządu Głównego SDP.

 

 

 

Sfinansowano ze środków Fundacji PZU

 

Reporter potrzebny od zaraz – TOMASZ NIEŚPIAŁ analizuje dziennikarski rynek pracy

Dziennikarzom bezrobocie raczej nie grozi. Ale pracodawcę, który zapewniałby stabilne warunki zatrudnienia i dobrą pensję nie jest łatwo znaleźć.

 

Polska Agencja Prasowa szuka redaktora nocnego. Jak wynika z ogłoszenia zamieszczonego na portalu Pracuj.pl do jego obowiązków należeć będzie przygotowywanie depesz opisujących najważniejsze wydarzenia z kraju i ze świata podczas nocnej zmiany. Szanse na pracę mają osoby bardzo dobrze znające język angielski i jeszcze jeden język obcy: niemiecki, francuski, hiszpański lub rosyjski. Atutem jest doświadczenie w dziennikarstwie informacyjnym. Na etat nie ma jednak co liczyć. Przewidywana forma współpracy to umowa o dzieło.

 

Na tym samym portalu widnieje ogłoszenie zamieszczone przez Powiatowy Urząd Pracy w Pszczynie na Śląsku. Poszukiwana jest osoba do 30. roku życia, która będzie pracowała w portalu pszczynska.pl. Pensja? Od 2250 zł brutto.

 

Daj mi dziennikarza, znajdę mu zajęcie

 

Dziennikarzy nieustannie szuka działające na Lubelszczyźnie Wydawnictwo Wspólnota Mateusza Orzechowskiego. W ramach grupy ukazuje się dziewięć tygodników lokalnych, a dodatkowo wydawca regularnie poszerza swoje portfolio o internetowe serwisy informacyjne.

 

   – Rotacja w naszej firmie jest naturalna. Jest to związane z przejmowaniem kolejnych tytułów i odchodzeniem ludzi do innych zawodów – mówi Dariusz Jędryszka, dyrektor programowy Wydawnictwa Wspólnota. – Dlatego wyznajemy zasadę: daj mi dziennikarza, a ja znajdę mu zajęcie. Jeśli ktoś jest dobry i chce pracować, to znajdziemy mu taki zakres obowiązków, by go w pełni wykorzystać. Zarówno w jednym z naszych lokalnych tytułów jak i w charakterze pracy zdalnej.

 

Otwarta głowa i język polski

 

Jeszcze niedawno redaktora szukał portal Wpolityce.pl. Natomiast należący do tego samego wydawcy portal wGospodarce.pl ogłaszał się z związku z poszukiwaniem dziennikarzy zainteresowanych gospodarką i umiejących się posługiwać językiem polskim. „Szukamy przede wszystkim osób z otwartą głową, ciekawych świata, gotowych poświęcić czas w pracy z ambitnym zespołem dziennikarskim w zamian za przyzwoitą płacę” – zachęcano w ogłoszeniu.

 

Dziennikarza w Miastku na Pomorzu szuka Polska Press Grupa. Wymagania? Minimum rok doświadczenia na stanowisku reportera, wykształcenie wyższe, dyspozycyjność, prawo jazdy. Co w zamian? Możliwość rozwoju zawodowego, zdobycie doświadczenia pracy w mediach, twórczą atmosferę w pracy i umowa o pracę.

 

Jak przyznaje Dariusz Jędryszka, w powiatowych miasteczkach trudno znaleźć dziennikarzy. – Zwykle więc trzeba ich ściągać z większych miast lub uczyć młodzież, co bywa długotrwałym procesem – wyjaśnia Jędryszka.

 

Na przestrzeni ostatnich lat tygodniki działające w ramach Wydawnictwa Wspólnota współpracowały z dziennikarzami, którzy odchodzili z mediów o charakterze regionalnym, np. „Dziennika Wschodniego”, czy Radia Lublin. – Szczególnie wartościowi są lokalni korespondenci takich mediów. Mają doświadczenie i solidny dziennikarski warsztat, a jednocześnie znają lokalną społeczność i jej problemy – przyznaje Dariusz Jędryszka, który przed przejściem do Wspólnoty, przez wiele lat był dziennikarzem „Dziennika Wschodniego”.

 

Dziennikarz w sieci

 

Marcin Superczyński, wieloletni dziennikarz radiowy, który dziś wykłada dziennikarstwo na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, przekonuje, że ludzie, którzy zaczynają studia dziennikarskie mają zwykle mgliste pojęcie o tym, jak naprawdę wygląda ten zawód. – Dlatego ucząc studentów dziennikarstwa staramy się to robić wielokierunkowo. Tłumaczymy, że warsztat jest ważny, ale też wiele zależy od ich mobilności i posiadania szerszych kompetencji, bo jako praktycy dobrze wiemy jak ten rynek wygląda: czasem trzeba się zderzyć z brutalną rzeczywistością – mówi Marcin Superczyński.

 

Doskonale to wie Jarosław Kałucki, były wrocławski korespondent „Rzeczpospolitej”. Jego zdaniem ilość pojawiających się ogłoszeń dotyczących pracy dla dziennikarzy, nie przekłada się na ich jakość. – Często te ogłoszenia skierowane są do copywriterów, a nie dziennikarzy. Cześć mediów, głównie portali internetowych, tak naprawdę poszukuje mediaworkerów, którzy będą dostarczać treści, a nie artykuły dziennikarskie. Serwisy typu wPolityce.pl, czy NaTemat.pl nie zdobywają własnych newsów tyko opisują i komentują cudze. Czy to jest dziennikarstwo? Moim zdaniem nie – ocenia Jarosław Kałucki.

 

Wracamy do ogłoszeń. Oferty z początku czerwca dotyczą też m.in. poszukiwań redaktora serwisu Kobieta.pl, czy redaktora online w Antyradio.pl.

 

Dziesiątki anonsów skierowanych do dziennikarzy znaleźć można na portalu sdp.pl. Ogłaszają się redakcje ogólnopolskie i lokalne, różnego rodzaju wydawnictwa i firmy poszukujące osób z tzw. „lekkim piórem”.

 

Z kolei w dziale „oferty pracy” w portalu Wirtualnemedia.pl pośród setek ogłoszeń, kilkadziesiąt dotyczy pracy na stanowisku dziennikarza. Szukają m.in. TVN, Polsat i same Wirtualnemedia.pl.

 

Czym się kieruje redakcja podczas rekrutacji? Jakiego rodzaju kompetencje cenią u dziennikarzy najbardziej i czy kandydatom, którzy się zgłaszają do pracy w portalu trudno sprostać oczekiwaniom redakcji? – takie pytania zadaliśmy w e-mailu do Marcina Szumichory, dyrektora zarządzającego i redaktora naczelnego Wirtualnemedia.pl. Do czasu publikacji tego tekstu, nie otrzymaliśmy jednak odpowiedzi. Bez odzewu pozostały także nasze e-maile, w których pytaliśmy o sposoby rekrutacji dziennikarzy skierowane do innych ogólnopolskich redakcji, m.in. „Rzeczpospolitej”, „Wprost” czy „Dziennika Gazety Prawnej”.

 

Według Jarosława Kałuckiego kluczowa w ogłoszeniach jest rzeczywista oferta redakcji. – Na jaką pensję mogą liczyć dziennikarze? Czy jest to etat, czy umowa śmieciowa? Jeśli etat, to co się za nim kryje? – wylicza Jarosław Kałucki. – Realia są takie, że redakcje chętnie wpuszczą autora na swoje łamy, ale pod warunkiem, że to on sam sobie zapłaci ZUS, pokryje koszty związane z przygotowaniem artykułu, a w razie problemów prawnych weźmie na siebie całą odpowiedzialność – zauważa były korespondent „Rzeczpospolitej”.

 

I dodaje: – Nawet jeśli znajdzie się redakcja skłonna zapłacić kilkaset złotych za obszerny i pracochłonny artykuł, to pozostaje pytanie: ile naprawdę dobrych tekstów w miesiącu jest w stanie napisać taki wolny strzelec? Cztery może pięć, pewnie nie więcej. Jeśli znajdzie się w ogóle redakcja zainteresowana kupnem artykułów, to po odliczeniu kosztów, trudno mówić o godnych zarobkach.

 

Dziennikarskie pensje i wysokość honorarium autorskiego to oddzielny temat. Opisywaliśmy go na portalu sdp.pl w tekście „Siódme przykazanie. Jak zarabiają freelancerzy”.

 

   Z analizy portalu Wynagrodzenia.pl wynika, że mediana na stanowisku dziennikarza w Polsce wynosi 4060 zł brutto. To oznacza, że co drugi dziennikarz otrzymuje pensję od 3010 do 5 300 zł miesięcznie. 25 procent dziennikarzy zarabia poniżej 3 tys. zł, a na zarobki powyżej 5 300 zł brutto miesięcznie może liczyć grupa 25 proc. najlepiej opłacanych dziennikarzy.

 

   Jarosław Kałucki przypomina jednak, że różnice między stawkami warszawskimi a tymi oferowanymi w regionalnych i lokalnych redakcjach są duże. Nie zmienia się jednak to, że niezależnie od miejsca pracy, honoraria od lat spadają.

 

Według Kałuckiego kluczowy moment, który rzutuje na obecną sytuację ekonomiczną wielu dziennikarzy to koniec lat 90. – Redakcje wyszły z założenia, że bardziej opłacalne będzie zaangażowanie studentów, praktykantów i stażystów, których teksty ostatecznie zredagują redaktorzy. Ruszyła lawina, która szybko zepsuła rynek – uważa Jarosław Kałucki.

 

Zmiany jakie zachodzą w mediach w ostatnich latach mogą być jednak dla wielu osób szansą na pracę, czy rozwój zawodowy i finansowy w tej branży. – To już nie jest ten sztywny podział na prasę, radio i telewizję. Internet i media społecznościowe, które są dziś nieodłącznym elementem pracy dziennikarza sprawiły, że każdy może sobie znaleźć swoje miejsce w mediach – przekonuje Marcin Superczyński. Jego zdaniem szczególnie przed młodymi ludźmi pojawia się szansa na sukces, bo oni dobrze się w tym orientują. – Media społecznościowe i nowe technologie, bez których współczesne dziennikarstwo nie istnieje, to dla nich naturalne środowisko. Oni wiedzą na czym polega praca na zapleczu Internetu, potrafią tworzyć treści pod kątem wyszukiwarek internetowych – analizuje wykładowca dziennikarstwa na KUL.

 

Nasi rozmówcy podkreślają też, że choć na dziennikarskim rynku bywa różnie, to medialne doświadczenie przyda się niemal w każdym zawodzie. – Dziennikarstwo nie zamyka drogi do kariery w innych dziedzinach. Przecież redagowanie tekstów, czy umiejętność występowania przed mikrofonem lub kamerą, to kompetencje uniwersalne, mogą się przydać niezależnie od tego, jaki zawód się wykonuje – przekonuje Marcin Superczyński.

 

Tomasz Nieśpiał

 

Nagroda Dziennikarska „Ślad” dla Tomasza Krzyżaka

Tegorocznym laureatem Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka został Tomasz Krzyżak, dziennikarz, publicysta i kierownik działu krajowego „Rzeczpospolitej”.

 

Wyróżnienie przyznano mu „za niezależność i odwagę w podejmowaniu tematów trudnych, w tym dotyczących Kościoła i religii, oraz formułowanie opinii w sposób, który nikogo nie obrażając, zmusza do refleksji i debaty publicznej”.

 

Do nagrody nominowani byli również : Aneta Liberacka, założycielka i redaktor naczelna multimedialnego portalu Stacja7, inicjatorka Akademii Dziennikarskiej oraz Maciej Wierzyński, dziennikarz i publicysta TVN24, ekspert spraw mędzynarodowych i autor magazynu „Horyzont” emitowanego na antenie TVN24. W tym roku kapituła postanowiła przyznać też Nagrodę Specjalną, którą otrzymał śp. Piotr Pawłowski (1966–2018), działacz społeczny, założyciel i prezes Fundacji Integracja, wieloletni redaktor naczelny magazynu „Integracja” oraz portalu niepełnosprawni.pl.

 

Nagroda Dziennikarska „Ślad” przyznawana jest od 2002 r. Jej patronem jest tragicznie zmarły rok wcześniej w wypadku samochodowym rok bp Jan Chrapek – człowiek mediów i przyjaciel środowiska dziennikarskiego.

 

jka, źródło: ekai.pl, fot. Rzeczpospolita

 

Polski proces przeciw Facebookowi w globalnym kontekście – analizuje MIROSŁAW USIDUS

Miejmy nadzieję, że rozstrzygnięcia sądu w sprawie Świrski vs. Facebook też będą miały pionierski i precedensowy charakter, wytyczając relację wewnętrznych regulaminów i praktyk stosowanych przez portale społecznościowe do obowiązujących przepisów krajowych.

 

Maciej Świrski, który pozwał Facebooka do sądu, zarzucając mu dyskryminację i cenzurę prewencyjną, poinformował na Twitterze, że przedstawiciele błękitnej platformy podczas pierwszej rozprawy, 5 czerwca próbowali wyłączyć jawność postępowania. Sąd na szczęście się na to nie zgodził. Mamy więc szansę poznać fejsową argumentację, która, według relacji samego pana Macieja, brzmi przedziwnie.

 

W jednym z argumentów procesowych przedstawiciele koncernu twierdzą np., że Świrski nie może reprezentować społeczności Facebooka. Sam, jako członek tej społeczności, zapewniam, że może, choćby mnie, a pewnie nie tylko mnie. Dołączam się i solidaryzuję z panem Świrskim. Ile tysięcy użytkowników, tak jak ja, ma poprzeć sprawę tego pana, żeby „twarzoksięga” przyznała, że jednak reprezentuje społeczność?

 

Przy czym nie chodzi tylko o szczegółową treść i znaczenie skarg pana Macieja. W interesie znacznie większej społeczności, właściwie wszystkich Polaków, jest wyjaśnienie, do jakiego stopnia w kraju, w którym obowiązują konkretne przepisy prawa i Konstytucja, ludzie Marka Zuckerberga mogą sobie na swojej platformie kierować się „standardami”, które są inne niż prawo obowiązujące na terenie Rzeczypospolitej Polskiej.

 

Trzeba też od razu wyjaśnić, że Maciej Świrski nie pozywa fejsa w imieniu Reduty Dobrego Imienia, z którą jest związany. Pozwał portal z powództwa prywatnego w 2016 roku, po Marszu Niepodległości. Jego skarga dotyczy znikania z Facebooka przed 11 listopada stron i profili niektórych osób i instytucji m.in. organizujących marsz. Pozew cytuje również przykłady cenzury, z którymi zetknęły się różne znane osobistości życia publicznego, związane z szeroko rozumianą prawicą.

 

Czy sąd sprosta?

 

Przypominam, że pisałem o tym problemie na portalu SDP wielokrotnie. Komentowałem na przykład w grudniu ubiegłego roku umowę, którą Ministerstwo Cyfryzacji podpisało z przedstawicielami Facebooka, otwierającą drogę polskim użytkownikom społecznościówki weryfikacji odmowy dotyczącej odwołania od decyzji o blokadzie treści na ich profilu przez tzw. „punkt kontaktowy”. Wówczas, jak zapewniali przedstawiciele resortu, Polska była pierwszym krajem, w którym coś takiego ma być możliwe.

 

Miejmy nadzieję, że rozstrzygnięcia sądu w sprawie Świrski vs. Facebook też będą miały pionierski i precedensowy charakter, wytyczając relację wewnętrznych regulaminów i praktyk stosowanych przez portale społecznościowe do obowiązujących przepisów krajowych. Może tak  się stać, ale nie musi. Nie mam niestety pewności, czy sąd sprosta tej sprawie merytorycznie, czy poradzi sobie z technicznymi kwestiami związanymi z funkcjonowaniem serwisów internetowych, w szczególności społecznościówek. O tym też wspominałem niedawno, pisząc o pomyśle na „internetowe sądy pokoju”. Obawiam się niestety, że z powodu trudności z ogarnięciem „technikaliów” sąd podejmie ostatecznie decyzję, którą nazwijmy „chowaniem głowy w piasek”, unikając ustanawiania ważnego precedensu z lęku przed błędami, co się już w przypadku spraw dotyczących internetu zdarzało.

 

Jednak już sam proces wytoczony Facebookowi jest czymś ważnym, jeśli nie przełomowym. I nawet jeśli wyrok nie zadowoli zwolenników wolności i wyższości przepisów prawa nad cenzorską samowolą administracji serwisu społecznościowego, to sam fakt, iż sprawę rozstrzyga sąd jest krokiem naprzód. Argumentacja, że Facebook jest prywatnym, a nie publicznym serwisem i zasadniczo na wolnym rynku może sobie ustanawiać takie zasady moderacji treści i polityki wobec użytkowników, jakie tylko chce, jest konfrontowana z ogólniejszymi zasadami demokracji – wolności informacji, debaty i wymiany. I na tę płaszczyznę powinniśmy przenosić ten spór, nie odpuszczając serwisowi Zuckerberga spraw fundamentalnych.

 

Lewica: cenzura to bzdura, ale potrzeba więcej cenzury

 

Jak pisałem też niedawno, nikt nie wybrał w demokratycznych wyborach Zuckerberga, szefów Twittera, Apple’a czy Bezosa. Nie ma więc żadnego powodu, aby wolno im było wobec obywatela więcej, niż wolno przedstawicielom i organom państwa. Wspominałem o coraz potężniejszych monopolach spółek technologicznych, które nie tylko niszczą branżę medialną ale kontrolują coraz więcej danych o każdym z nas, same nie podlegając prawie żadnej kontroli. To co zapowiadałem w tekście z 23 kwietnia, czyli akcja prawna przeciw monopolitom tzw. Big Tech, staje się obecnie ciałem za oceanem.

 

Batalia z potentatami występującymi czasem jako skrót GAFA (Google Amazon Facebook Apple) albo też w amerykańskim nazewnictwie „Big Tech”, ma dwa aspekty. Jeden to stosowane przez społecznościówki, ale również przez Google i Apple praktyk cenzury politycznej o dość dobrze widocznym i jednostronnie lewicowym obliczu. Drugi rozgrywa się na płaszczyźnie prawa antytrustowego i kwestii praw konsumenckich.

 

W maju Biały Dom poprosił Amerykanów, by podzielili się swoimi osobistymi historiami na temat cenzury politycznej i uprzedzeń, z jakimi zetknęli się w mediach społecznościowych. Powstało internetowe narzędzie do monitorowania cenzury praktykowanej przez Big Tech. Podawany w połowie maja adres strony – www.whitehouse.gov/techbias – na którą doświadczeni przez facebookowy, youtubowy, twitterowy i google’owy zamordyzm mieli zgłaszać swoje sprawy, w tej chwili prowadzi na pusta stronę. Na razie nie wiem, dlaczego.

 

Oczywiście przedstawiciele mediów lewicowych (w amerykańskim nazewnictwie „liberalnych”) uważają, że antykonserwatywnej i antyprawicowej cenzury w społecznościówkach nie ma w ogóle. Jednocześnie przedstawiciele tych mediów raz po raz nawołują do zaostrzenia cenzury na tych platformach. Ostatnie szeroko komentowane przykłady to Oliver Darcy z CNN wzywający Twittera do zbanowania oficjalnego konta prezydenta Donalda Trumpa czy Joe Bernstein z Buzzfeeda żądający od YouTube stosowania cenzury wobec satyrycznego kanału wideo prowadzonego przez 14-letnią dziewczynkę o pseudonimie Soph, bo w jednym z filmów przebrała się w hidżab.

 

Przedstawiciele lewicy nie widzą sprzeczności logicznej pomiędzy zaprzeczaniem istnienia cenzury a wzywaniem do ostrzejszego cenzurowania treści. Możemy się na to tylko uśmiechnąć. Jeszcze bardziej uśmiechamy się, gdy fakt cenzury potwierdza przedstawiciel uprzywilejowanej w społecznościówkach formacji. Kilka tygodni temu parlamentarzystka Partii Demokratycznej i kandydatka do urzędu prezydenta, Tulsi Gabbard wyraziła sprzeciw wobec cenzury praktykowanej wobec użytkowników Facebooka.

 

„Musimy być gotowi walczyć o prawo wszystkich Amerykanów do wyrażania swoich poglądów, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy” – pisała pani Gabbard w jednym ze swoich tweetów. – „Musimy zachęcać do nieskrępowanej dyskusji na tematy publiczne i zjednoczyć się, aby powstrzymać Facebooka i innych przed próbami cenzury/dławienia/wpływu w debacie publicznej”.

 

Republikanie mogą więc nie tylko liczyć na niektórych przynajmniej Demokratów w postępowaniu antytrustowym przeciwko Big Tech, ale również w walce z politycznymi praktykami cenzorskimi na platformach, które niektórzy eksperci i komentatorzy oceniają jako bardzo poważne zagrożenia dla demokracji i państwa prawa. Mnożą się przykłady ofiar dyskryminacji i prześladowania ze strony cyfrowych potentatów.

 

Należy do nich były kandydat na prezydenta Herman Cain, obecnie zaangażowany w Koalicji na rzecz Standardów dla Mediów Cyfrowych i IT. Cain twierdzi, że cenzura nałożona na niego przez Big Tech spowodowała spadek liczby jego zwolenników, a także zablokowała mu dostęp do internetu. A to już jest wpływanie przez platformy technologiczne na wynik wyborów. Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że nasilające się działania administracji i Republikanów wobec GAFA wynikają z obaw, że platformy te będą wpływały na wyniki wyborów lub próbowały to robić w przyszłym roku, podczas kampanii prezydenckiej w USA w 2020 roku.

 

Inna historia, barwna i niejednoznaczna, to Laura Loomer, aktywistka, „dziennikarka śledcza”, która zasłynęła bardzo niewygodnymi dla Hillary Clinton pytaniami. Nie jest to postać, której można stuprocentowo zaufać. Wielu uważa ją za krzewicielkę bezpodstawnych teorii spiskowych. Twierdzi jednak, że została usunięta z szerokiej gamy platform internetowych, w tym Facebooka, Twittera, PayPala, a nawet Ubera. Jeśli to prawda, to paradoksalnie wiarygodność pani Loomer rośnie, zaś Big Tech wygląda coraz mniej ciekawie. No bo, jeśli to zwykła wariatka i mitomanka, to dlaczego potęgi internetowe ją tak zaciekle i gremialnie zwalczają? Czy chodzi o te pytania do pani Clinton, czy może o to, że udało jej się nagłośnić cenzorskie praktyki Big Tech?

 

Standardy dobrostanu do weryfikacji

 

Drugim nurtem wielkiej batalii z branżą technologiczną są podjęte właśnie kroki administracyjno-prawne przeciw monopolistycznej pozycji Google i innych w Stanach Zjednoczonych. Departament Sprawiedliwości i Federalna Komisji Handlu rozpoczynają przegląd obszarów potencjalnej dominacji największych firm z Doliny Krzemowej.  Jak poinformował „Wall Street Journal”, Departament Sprawiedliwości sonduje obecnie Google, pozostawiając FTC sprawdzenie praktyk Amazona i Facebooka w zakresie uczciwej konkurencji. Niezależnie od tych kroków, House Judiciary Committee ogłosił własne dochodzenie w sprawie stanu „konkurencji na rynkach cyfrowych”, podkreślając swoje zaniepokojenie faktem, że „niewielka liczba dominujących, nieuregulowanych platform ma nadzwyczajną władzę nad handlem, komunikacją i informacją w sieci”.

 

Wojna z Big Tech nie będzie jednak prosta. Zgodnie z większością interpretacji prawnych, rząd amerykański będzie musiał wykazać, że firmy technologiczne nadużyły swojej pozycji monopolisty i zaszkodziły konsumentom. To trudne zadanie w odniesieniu do Google i Facebook, które oferują większość usług za darmo. „Postrzegam te działania jako robienie szumu i wyraz furii, nic w praktyce nie oznaczające” – skomentował akcję administracji USA na łamach „WSJ” Larry Downes z Uniwersytetu Georgetown. Jego zdaniem, jest mało prawdopodobne, aby można było wykazać, że firmy technologiczne naruszyły „standardy dobrostanu konsumentów”.

 

Jednak wzrost potęgi GAFA skłania do ponownego przemyślenia tych standardów. Tak uważa np. Maurice Stucke, były prawnik Wydziału Sprawiedliwości teraz na wydziale prawa na Uniwersytecie Tennessee. W jego ocenie, że chodzi o skupianie się na cenach usług, lecz na odpowiedzi na pytanie, czy firmy technologiczne tłumią konkurencję. Jak dodaje, europejskie działania antymonopolowe przeciwko Google stworzyły „mapę drogową” dla urzędników amerykańskich, która może pomóc im zmierzyć się z gigantem. „Wszystkie obszary naruszeń, które zidentyfikowali Europejczycy, mogłyby zostać wykorzystane przez Stany Zjednoczone” – wyjaśnia.

 

Niedawno Google został ukarany w Europie grzywną 1,5 mld euro za tłumienie konkurencji na rynku reklamy. Zdaniem ekspertów, przy przychodach tej firmy to niewiele znaczy. Jednak podobny cios i zakazanie tego rodzaju praktyk w USA, mogą okazać się dla wyszukiwarkowego potentata bardziej bolesne, bo tam właśnie są jego korzenie.

 

Stucke zauważył, że amerykańskie organy ochrony konkurencji mają przewagę nad swoimi odpowiednikami w UE, ponieważ mogą wymagać „strukturalnych” środków zaradczych lub nawet podzielenia firm, które zdominowały rynek, jak to miało miejsce w latach 80. z monopolem telekomunikacyjnym AT&T a także w pierwotnym orzeczeniu przeciwko Microsoftowi, które zostało potem uchylone w wyniku odwołania.

 

Nie tylko prawica

 

Wprawdzie PR spółek technologicznych kieruje uwagę na polityczny charakter postępowania antymonopolowego i kontekst przyszłorocznych wyborów prezydenckich. Jednak trudno zaprzeczyć, że  krytyka monopolitycznych praktyk Big Tech ma charakter ponadpartyjny. Już w marcu demokratyczna kandydatka na prezydenta Elizabeth Warren wezwała do rozbicia monopoli technologicznych. I nie jest to jedyna przedstawicielka amerykańskiej lewicy, która się za tym opowiada.

 

Demokraci w amerykańskiej Izbie Reprezentantów wszczęli kilka dni temu nowe dochodzenie w sprawie ochrony konkurencji w Dolinie Krzemowej. Prawodawcy chcą odpowiedzi na pytanie, czy tacy giganci technologiczni jak Facebook i Google stali się monopolistami i trzeba ich podzielić. Postępowanie jest prowadzone przez Davida Cicilline’a, demokratę z Rhode Island, który stoi również na czele Podkomisji Antymonopolowej Izby.

 

„Wzrost monopolistycznych potęg w naszej gospodarce jest jednym z najpilniejszych wyzwań gospodarczych i politycznych, przed którymi dziś stoimy. Pozycja potentatów na rynkach cyfrowych przedstawia zupełnie nowy zestaw zagrożeń” – głosi Cicilline w komunikacie prasowym wydanym przez jego biuro  – „(…) bardzo ważne jest, aby Kongres podjął kroki w celu ustalenia, czy istniejące przepisy prawne są odpowiednie do zwalczania nadużyć ze strony strażników platform, czy też potrzebujemy nowych przepisów, aby odpowiedzieć na to wyzwanie.”

 

Poza administracją i parlamentarzystami z obu partii jest mnóstwo branż i podmiotów żywotnie zainteresowanych położeniem kresu dominacji GAFA. Nie chodzi tylko o media tradycyjne i internetowe, które boleśnie odczuwają wysysanie dochodów reklamowych do Google’a i Facebooka, ale również firmy innego typu np. sieci handlowe czy deweloperów internetowych, którym trudno mierzyć się z ekspansjonizmem Amazona. Nawet niektórzy przedstawiciele Doliny Krzemowej nie są skłonni stać po stronie GAFA. Na przykład Yelp i Oracle krytykują Google za manipulowanie polityką regulacyjną z korzyścią dla siebie i podkradanie najlepszych programistów.

 

Podchodząc do problemu praktyk monopolitycznych trzeba, jak się wydaje patrzeć nieco szerzej niż tylko na aspekty finansowe. Nawet jeśli wiele usług Big Tech, takie jak media społecznościowe czy konta Gmail, nie wiążą się z opłatami za aktywację i utrzymanie, to konsumenci płacą przecież swoimi danymi od osobowych po dane, których udostępniania nie zawsze są świadomi, historiami zakupów czy podróży. Ile to jest warte dokładnie w przeliczeniu na użytkownika, trudno szacować. Jednak skoro Google i Facebook zarabiają grube dziesiątki miliardów na wykorzystywaniu tych danych, to jednak są to rzeczy wartościowe  w sensie biznesowym.

 

W tym międzynarodowym i globalnym kontekście proces Maciej Świrskiego przeciw Facebookowi przed polskim sądem wydaje się jeszcze ciekawszy. Mam nadzieję, że sąd nie ograniczy się do rozważań, na ile pan Świrski reprezentuje społeczność użytkowników Facebooka i czy naruszone zostały jego dobra osobiste. Sprawa ta ma znacznie ciekawszy wymiar ogólny i kontekst znacznie ważniejszy niż prywatny żal do serwisu internetowego. Czy sąd zechce na to właśnie tak spojrzeć, jak piszę wyżej, to oczywiście zależy już tylko od sądu.

 

Sprawa jest odroczona do 30 października.

 

Mirosław Usidus

 

Jadwiga Chmielowska odznaczona Medalem Stulecia Odzyskanej Niepodległości

Sekretarz Generalna SDP Jadwiga Chmielowska otrzymała Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości. Odznaczenie to przyznawane jest przez prezydenta RP osobom, które  przyczyniali się do budowania i wzmacniania suwerenności, niepodległości, kulturowej tożsamości i materialnej pomyślności Rzeczypospolitej.

 

Uroczystość wręczenia medali 25 mieszkańcom regionu śląskiego, wśród których znalazła się Jadwiga Chmielowska, odbyła się  w środę, 12 czerwca w Śląskim Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach. Odznaczenia w imieniu prezydenta RP Andrzeja Dudy wręczała podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP, Anna Surówka-Pasek, w towarzystwie wojewody śląskiego Jarosława Wieczorka oraz wicewojewody Roberta Magdziarza.

 

–  Państwa historia jest bardzo wzruszająca. Wszyscy Państwo, każdy w swojej dziedzinie, przyczyniliście się do budowania państwa polskiego, umacniania jego tożsamości. Trzeba o tę Polskę dbać i wciąż niezmiennie ją budować swoją wiedzą i swoim doświadczeniem” – mówiła o uhonorowanych podsekretarz stanu Kancelarii Prezydenta RP, Anna Surówka-Pasek.

 

Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości ustanowiony został w 2018 r., jest nagrodą przyznawaną na pamiątkę stulecia odrodzenia Państwa Polskiego

 

– Ten medal to bardzo duże wyróżnienie,  ci którzy go otrzymali mają naprawdę bardzo duże zasługi. na rzecz mieszkańców danej społeczności i całego województwa –  poinformowała rzecznik prasowy wojewody śląskiego  Alina Kucharzewska.

 

Małgorzata Irena Skórska

 

 

Stanowisko ZG SDP w sprawie zerwania współpracy przez Polskie Radio PR 1 z red. Witoldem Gadowskim

ZG SDP wyraża zdziwienie z powodu zerwania współpracy przez Polskie Radio  PR 1 z red. Witoldem Gadowskim . W dniu 31 maja b.r. w dniu zawieszenia współpracy z red. Gadowskim CMWP w imieniu  SDP zwróciło się do Prezesa Polskiego Radia  z prośbą o wyjaśnienie i z apelem o przywrócenie do pracy w Polskim Radiu  red. Witolda Gadowskiego, wybitnego polskiego publicysty, dziennikarza radiowego i telewizyjnego, na które do dziś nie otrzymało odpowiedzi. Dyrekcja PR 1  Polskiego Radia zawiesiła współpracę z red. Witoldem Gadowskim, który prowadził m.in. audycję „Debata Jedynki” i „Komentarz dnia” z powodu „zmiany ramówki”, o czym red. Gadowski został poinformowany smsem, bez wyjaśnienia przyczyn tak radykalnego ruchu, jakim jest zawsze zdjęcie z anteny programów konkretnego autora. W naszej ocenie sytuacja ta psuje debatę publiczną w Polsce i jest działaniem na szkodę mediów publicznych w Polsce.

 

Red. Witold Gadowski jest publicystą związanym m.in. z gazetami „Czas Krakowski”,„Gazeta Polska”,„Sieci”, telewizją TVN, w której realizował reportaże śledcze  oraz TVP, w której m.in. pełnił funkcje dyrektora Oddziału TVP S.A. w Krakowie i dyrektora TVP 1. Aktualnie jest niezależnym publicystą i pisarzem, prowadzącym własny videoblog internetowy „GadowskiTV”, na którym mówi o najważniejszych problemach Polski i świata,  a którego każdy odcinek ma ponad 150 tysięcy widzów.  Red. Witold Gadowski od 2017 r. pełni funkcję wiceprezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, największej i najstarszej organizacji dziennikarskiej w Polsce.

 

ZG SDP oczekuje wycofania się  przez kierownictwo Polskiego Radia z tej pochopnej decyzji .

 

Nowe media i stare problemy – JOLANTA HAJDASZ o wolność słowa w krajach Trójmorza

Przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich „Raport o wolności mediów w krajach Inicjatywy Trójmorza”  jest gotowy. Jego wyniki są zaskakujące – ujawniają wykluczanie z debaty publicznej dziennikarzy o konserwatywnych, prawicowych poglądach i pokazują, jak mocno w mediach tych krajów trzyma się postkomunizm.  

 

Nie mamy mediów, które mówią głosem naszego narodu (Chorwacja) nasze media są prozachodnie, czyli identyfikują się z wartościami LGBT i robią kopiuj – wklej z maszynerii liberalnej Zachodu (Rumunia),  znów mamy nowomowę, która jest narzędziem władzy , słowa homofobia, islamofobia, mowa nienawiści  to jej przykłady (Słowenia), w mediach nie można mówić o chrześcijańskich korzeniach Europy (Chorwacja) – to zdania, które mnie zaskoczyły najbardziej wśród setek zdań zawartych w ankietach, stenogramach z konferencji i opracowaniach zebranych w czasie pracy nad „Raportem o wolności mediów w krajach Inicjatywy Trójmorza”, jaki w ramach projektu „Debata Dziennikarzy II” został przygotowany w Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Podsumowując kilkumiesięczną pracę całego zespołu nad „Raportem” pragnę na koniec przedstawić kilka swoich refleksji.

 

Daleko od mainstreamu

 

Na początek zastrzeżenie. Nasz „Raport” nie jest całościowym opracowaniem naukowym, ponieważ  w stosunkowo krótkim czasie jego tworzenia nie sposób opracować tego tak obszernego zagadnienia w sposób całościowy i potwierdzony kwerendą np. w krajowych archiwach. Jego wartość jest jednak niepodważalna. Po raz pierwszy bowiem udało się zebrać w formie opracowania o charakterze materiału źródłowego ulotne i niedostrzegane często opinie i doświadczenia dziennikarzy nie reprezentujących jedynie tzw. media mainstreamowe, czyli te o największym audytorium (najwyższa sprzedaż w sektorze prasy drukowanej, najwyższa słuchalność w radiu, największa oglądalność wśród nadawców telewizyjnych, czy najwyższa tzw. klikalność w internecie) w danym kraju. Wśród krajów Inicjatywy Trójmorza (poza Austrią), wszystkie mają za sobą doświadczenie ustroju komunistycznego, co w znaczący sposób determinuje  do dziś wszystkie etapy przekazywania każdego komunikatu „od nadawcy do odbiorcy”, od decyzji, które z wydarzeń dnia codziennego trafią do mediów, jaki to będzie przekaz, który z bohaterów tego przekazu będzie pozytywnym, a który negatywnym i jakie emocje całe zdarzenie powinno wywołać wśród odbiorców. Wbrew pozorom swobodne dziennikarskie wypowiedzi i opinie zebrane w „Raporcie” mają w mojej ocenie ogromne znaczenie. Pokazują bowiem świat osób wykluczanych z debaty publicznej w sposób wręcz systemowy, nie można bowiem uznać za przypadkowe to, iż powtarzają się w rozmowach i w wypowiedziach dziennikarzy te same tematy, te same nierozwiązywalne na poziomie krajowym problemy.  Nie powinniśmy tych opinii lekceważyć, bo wiele wskazuje na to, że właśnie ci pomijani w głównych mediach dziennikarze są blisko obywateli swoich państw, znają ich problemy i … nie mają tylko gdzie ich prezentować . Mimo mnogości mediów, setek tytułów prasowych, portali internetowych i fortun ich właścicieli. Przytoczone na wstępie opinie nie mamy mediów, które mówią głosem naszego narodu (Chorwacja), nasze media są prozachodnie, czyli identyfikują się z wartościami LGBT i robią kopiuj – wklej z maszynerii liberalnej Zachodu (Rumunia), czy  znów mamy nowomowę, która jest narzędziem władzy , słowa homofobia, islamofobia, mowa nienawiści  to jej przykłady (Słowenia), w mediach nie można mówić o chrześcijańskich korzeniach Europy (Chorwacja) powinny być jak alarm, sygnalizujący, iż daleko jeszcze do wolności mediów, wolności słowa, w krajach, gdzie można sformułować i usłyszeć takie zdania. W sytuacji, w której los, a przede wszystkim zatrudnienie  wypowiadającego ten osąd dziennikarza jest niepewny, trudno opublikować tzw.  twarde dowody na poparcie tych opinii, ale za ich wiarygodność w naszym opracowaniu odpowiadają doświadczeni dziennikarze z Polski, którzy mają bogaty i udokumentowany dorobek zawodowy. Warto ich relacje potraktować bardzo poważnie, bo rzadko ten głos ma szanse znaleźć się w przestrzeni publicznej i to poza własnym krajem. Liczba zatrudnionych dziennikarzy i zagranicznych korespondentów, długi okres funkcjonowania na rynku prasy, wielkość kapitału, jakim się dysponuje oraz odpowiednie pozycjonowanie w wyszukiwarkach w sieci sprawiają, iż jedynym źródłem wiedzy o problemach mediów danego kraju są media mainstreamowe, największe, w których interesie nie jest dopuszczanie do głosu oponentów. Dla porównania to tak  jakby rynek i system polskich mediów opisywać jedynie na podstawie informacji Gazety Wyborczej, bardzo jednoznacznie sprofilowanej pod względem światopoglądu, więc jednoznacznie oceniającej zjawiska życia publicznego w sposób zgodny z własnym systemem wartości, z którego istnienia odbiorca, szczególnie zagraniczny może w ogóle nie zdawać sobie sprawy. Dlatego w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich postanowiliśmy opracować „Raport o wolności mediów krajów Inicjatywy Trójmorza” kontaktując się bezpośrednio z dziennikarzami, pracownikami i współpracownikami mediów, koncentrując się na próbie dotarcia także do rozmówców poza mediami mainstreamowymi i najpopularniejszymi wyszukiwarkami internetowymi.

 

Kto, co kiedy i jak?

 

Trójmorze to międzynarodowa inicjatywa gospodarczo-polityczna skupiająca 12 państw Europy położonych w pobliżu mórz Bałtyckiego, Czarnego i Adriatyckiego,  w skład której wchodzą: Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry. Wszystkie te kraje, poza Austrią łączy doświadczenie funkcjonowania w ustroju komunistycznym, dlatego postanowiliśmy wyłączyć z tego opracowania Austrię, jedyny kraj, którego społeczeństwo, a co za tym idzie także środki masowego komunikowania, nie mają za sobą doświadczeń komunizmu i postkomunizmu.  Nawiązaliśmy kontakty z dziennikarzami z 11  krajów, odbyliśmy 11 podróży, by się z nimi spotkać. Podstawą przygotowania Raportu końcowego są ankiety dla dziennikarzy – uczestników spotkań i dyskusji panelowych w krajach uczestniczących w projekcie  oraz raporty tzw. koordynatorów, osób z Polski odpowiedzialnych za przygotowanie opracowania w poszczególnych krajach. To znani i doświadczeni dziennikarze, m.in. Grzegorz Górny, Wiktor Świetlik, Wojciech Mucha, Jadwiga Chmielowska, Wojciech Pokora, Iwona Sznajderska, Piotr Hlebowicz, Andrzej Klimczak, czy Monika Pietraszkiewicz. Łącznie w okresie  listopad 2018 – marzec 2019 odbyło się 11 podróży studyjnych do Budapesztu, Bukaresztu, Wiednia, Rygi, Tallina, Zagrzebia, Lubljany, Pragi, Bratysławy, Sofii i Wilna. Koordynatorzy i członkowie SDP uczestniczący w spotkaniach z miejscowymi dziennikarzami zebrali łącznie 43 ankiety od czynnych zawodowo dziennikarzy oraz opracowali 11 raportów na temat wolności mediów w poszczególnych krajach. W opracowaniu przeanalizowano także  blisko 11 godzin zapisu audio-video z Międzynarodowej Konferencji „Wolność ( słowa) kocham i rozumiem”, jaka odbyła się  w Warszawie w Domu Dziennikarza w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy  Polskich w dniach 28 luty – 1 marca 2019 r. Materiały te zostały poddane analizie jakościowej i ilościowej, przy czym koniecznie należy zaznaczyć, iż  analiza ilościowa nie jest przeprowadzona na reprezentatywnej próbie, więc jej wyniki są jedynie uzupełnieniem analizy jakościowej. Warto jednak zauważyć, iż dziennikarze w każdym kraju to bardzo specyficzna i mimo pozorów otwartości, hermetyczna grupa zawodowa, nie tak liczna, możliwość poznania jej poglądów i ocen wygłaszanych w swobodnej atmosferze zawodowego spotkania „kolegów po fachu”  jest więc bardzo cenna.  Staraliśmy się dotrzeć do dziennikarzy także z mediów niszowych, prezentujących konserwatywne wartości i prawicowe poglądy. Wszyscy ankietowani są czynnymi zawodowo dziennikarzami wszystkich rodzajów środków masowego komunikowania, zdecydowana większość z nich – 24 osoby pracują w swoim zawodzie ponad 10 lat.  Na 43 osoby, które zdecydowały się wypełnić ankiety 13 osób to dziennikarze ze stażem pracy między 10, a 20 lat pracy w mediach, a 11 osób pracuje ponad 20 lat, co oznacza, iż większość ankietowanych pracuje w zawodzie dziennikarskim na tyle długo, by znać wiele jego aspektów z perspektywy praktyka, osoby czynnej zawodowo w dłuższym czasie.   14 dziennikarzy ma staż pracy krótszy niż 10 lat. Pozostali – 5 osób – to ci, którzy nie podali informacji o tym, jak długo pracują w swoich zawodach. Najstarszy z ankietowanych pochodzi z Węgier i w zawodzie pracuje od 1978 r. , najmłodszy ze Słowacji, pracuje ok. 1 roku. Ponad połowa z nich poinformowała o tym, iż co najmniej dwu –trzykrotnie zmieniali pracę, nierzadko tracąc ją wbrew swojej woli, w zawodzie jestem od 1991 r. przeszedłem drogę od reportera do redaktora naczelnego i z powrotem napisał obrazowo jeden z ankietowanych. Ankiety były anonimowe, ale każdy z uczestników spotkań, który zdecydował się ją wypełnić opisywał swoje doświadczenia zawodowe.

 

Co z tego wynika?

 

Z naszego opracowania wynika jednoznacznie, iż pomimo geograficznej bliskości, dziennikarze z  krajów Inicjatywy Trójmorza mają niewielką (lub zgoła żadną) wiedzę na temat realizacji zasady wolności słowa w innych niż własny krajach, brakuje  bowiem usystematyzowanych opracowań na ten temat. Potwierdziło się także, iż stałą praktyką w naszych krajach stało się czerpanie wiedzy o stanie wolności mediów nawet u bliskich sąsiadów z raportów międzynarodowych organizacji takich jak Freedom House czy Reporterzy Bez Granic, których ustalenia np. na temat stanu wolności mediów w Polsce są w ocenie SDP niezgodne ze stanem faktycznym, a przy tym oparte są na niejasnych kryteriach oraz subiektywnych ocenach osób przygotowujących opracowania dla tych organizacji. Przykładowo  organizacja Freedom House informuje, że media  w Polsce, na Węgrzech, w Rumunii, Bułgarii i Chorwacji są tylko „częściowo wolne” (partly free), a organizacja  Reporterzy Bez Granic w 2018 roku po raz kolejny obniżyła notowania Polski – w rankingu wolności słowa za rok 2018 Polska była dopiero na 58 miejscu ze 180 krajów, a rok później, czyli w 2019 jest sklasyfikowana na 59 miejscu, co oznacza spadek o 41 miejsc w porównaniu do roku 2015. W rzeczywistości nie ma jednak powodów, które racjonalnie mogłyby uzasadnić tak drastyczny spadek. W innych krajach jest  jeszcze gorzej –  w rankingu Reporterów Bez Granic w 2018 Węgry zajmowały miejsce 73, Chorwacja 69, a Bułgaria 111. Jeśli opis sytuacji w tych krajach jest tak „rzetelny” jak ten dotyczący Polski, to jest to sytuacja w najwyższym stopniu niepokojąca. Oznacza bowiem, że niewiele o sobie nawzajem wiemy, a przez to trudniej może się nam współpracować i przeciwdziałać zagrożeniom.

 

Wnioski płynące z opracowania „Raportu” są następujące :

 

  • We wszystkich krajach Inicjatywy Trójmorza transformacja środków masowego komunikowania przebiegła inaczej i doprowadziła do powstania odmiennych systemów prasowych mimo pozorów ich podobieństwa. Stowarzyszenia dziennikarskie, redakcje, medialne instytucje nie mają swoich odpowiedników w poszczególnych krajach, a nawet pozornie podobne organizacje mogą różnić się genezą i wartościami, które reprezentują . Powszechna jest niewiedza,  kto de facto reprezentuje czyje interesy.
  • brak aktualnych , wiarygodnych analiz ekonomicznych dotyczących szeroko rozumianego świata mediów.  Nawet doświadczeni, od lata związani z profesjonalnymi mediami dziennikarze nie wiedzą kto i w jaki sposób finansuje ich miejsca pracy i zarobkowania. Niewielka jest wiedza o  mechanizmach powstawania nawet najbardziej znanych mediów w poszczególnych krajach Inicjatywy Trójmorza  i przyczyn upadku innych. Nie ma powszechnej wiedzy , gdzie takie informacje można znaleźć. Praktycznie nikt nie zna właścicieli mediów, nawet ci dziennikarze, którzy  potrafią wskazać (rzadko) kraj, z którego wg nich pochodzą właściciele mediów, w których pracują , rzadko potrafią  wskazać nazwy konkretnych firm, korporacji, spółek, czy nazwisko rodziny właścicieli
  • Ciągle jeszcze występuje bariera językowa. Mimo składanych powszechnie deklaracji o znajomości języka angielskiego, w praktyce sprowadza się ona do poziomu komunikatywności.  W każdym przypadku,  gdy była możliwość posługiwania się w rozmowach tłumaczem z języka miejscowego, zmieniała się w sposób lawinowy liczba przekazywanych przez dziennikarzy informacji . Mają oni ogromną wiedzę o współczesności swoich krajów, o współczesnych mediach i dzielą się nią mimo realnego dla wielu ryzyka utraty pracy lub dochodów w sytuacji, gdy dadzą się poznać jako reprezentanci „niewłaściwych”, czy „politycznie niepoprawnych” poglądów
  • Wskazane byłoby opracowanie metodologii dla tworzenia własnego dla krajów Inicjatywy Trójmorza  raportu na temat realizacji zasady wolności słowa . Raportu tworzonego  wg jednolitych kryteriów dla wszystkich krajów, np. na wzór Raportu „Reporterów bez granic”, ale z własnymi niezależnymi od istniejących organizacji dziennikarskich  metodami analizy i przede wszystkim niezależnymi źródłami informacji.  Powstające dotychczasowe raporty Freedom Hause i „Reporterów bez granic”są podporządkowane tezom ideologicznym, potwierdzają to dziennikarze z wielu krajów (nie wszyscy).  Pragnę także zaznaczyć, że  nie oznacza to odrzucenia raportu „Reporterów bez granic”, ani opinii, iż organizacja ta   świadomie wypacza obraz wolności mediów oceniając poziom wolności słowa w krajach naszego regionu, ale wiele wskazuje na to, iż w okresie ostatnich 30 lat wytworzyła ona stałe mechanizmy pozyskiwania informacji z  danego kraju i nie uwzględnia ona alternatywnych do mainstreamowych źródeł informacji. Protesty przeciwko nieuzasadnionemu obniżaniu miejsc w rankingach wolności słowa (płynące np. z Polski , czy Węgier) są zupełnie nieskuteczne, widoczna jest więc potrzeba stworzenia alternatywnego narzędzia do opisu sytuacji w mediach
  • W żadnym kraju nie występują  problemy techniczne z dostępem do infrastruktury. W tej dziedzinie dotyczącej świata mediów  z pewnością udało się krajom postkomunistycznym , jakim są kraje Inicjatywy Trójmorza, dogonić Zachód, co tak głośno i powszechnie postulowano w latach 90-tych i późniejszych. Nie ma generalnie żadnych problemów z dostępem do gazet papierowych,  szerokopasmowego internetu, naziemnej telewizji cyfrowej. Warto jednak przypomnieć, że media to nie tylko nowoczesna technika, ale także, a raczej przede wszystkim treść przekazu. Warto ponownie zacząć walczyć o jego jakość i prawdziwość.

 

W mojej ocenie wszystkie wskazane powyżej zagadnienie wymagałyby przeprowadzenia  pogłębionych interdyscyplinarnych badań empirycznych w przyszłości . Konieczne byłyby także opracowania historyczne, ponieważ tylko analiza faktów z przeszłości mogłaby dać nam prawdziwy obraz obecnych mediów. Wyrażam nadzieję, iż SDP będzie zajmowało się nadal tą problematyką i za rok powstanie Raport nr 2 na temat wolności słowa w krajach Inicjatywy Trójmorza. Ufam, że będzie bardziej optymistyczny

 

dr Jolanta Hajdasz, prof. Wyższej Szkoły Umiejętności Społecznych w Poznaniu, dyr. CMWP SDP

 

POBIERZ RAPORT o wolności mediów w krajach Inicjatywy Trójmorza_13062019

 

 

Milicja wejdzie do Michnika – ŁUKASZ WARZECHA o tym, że zagraniczne media mało wiedzą o Polsce

Milicja wejdzie do Michnika, a wcześniej ktoś podrzuci mu narkotyki – to najczęściej przytaczany wątek (cytat z redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”) z tekstu o sytuacji mediów w Polsce, który ukazał się na portalu renomowanego amerykańskiego magazynu „Foreign Policy”.

 

W środku tekstu pojawia się ramka z zachętą read more, a w niej odsyłacze do trzech innych tekstów, pokazujących, jak źle dzieje się z Polską: „Poland’s Historical Revisionism Is Pushing It Into Moscow’s Arms. The country doesn’t need an openly pro-Russian political party. Its own government’s attempts to rewrite Polish history play directly into Vladimir Putin’s hands”, „Poland’s New Populism. Warsaw may be turning away from the European Union, but that doesn’t mean that it is turning toward Moscow instead” oraz „It’s Time to Play Hardball With Poland. Brussels needs to admit that Warsaw’s democratic charade is over”. Nie widać żadnego tekstu, który próbowałby pokazać polską sytuację z innej perspektywy.

 

Ja próbowałem. Zawsze próbuję, jeśli mam okazję. Dlatego w tekście przytoczono moją krótką wypowiedź:

 

That the paper [„Gazeta Wyborcza”] leans to the left has made it a target for people in Poland, even those who find the propaganda on TVP distasteful. Lukasz Warzecha is a columnist for the conservative magazine Do Rzeczy. “Before 2015, you had the media picture completely dominated by the left part of the political scene,” he said. “Now the picture is much more balanced.”

 

Z dziennikarskiego punktu widzenia tekst jest bardzo marny. Pisany w taki sposób, w jaki wiele zachodnich mediów pisze o Polsce. Pamiętam doskonale sprzed lat rosnące rozczarowanie sposobem, w jaki niegdyś mój ulubiony „The Economist” pisał o Polsce pod rządami PO. Coraz bardziej przypominało to narrację „Gazety Wyborczej”, coraz mniej rzetelne przedstawienie złożonej sytuacji politycznej. W końcu, po wielu latach, gdzieś w okolicach 2015 roku, zrezygnowałem z prenumeraty brytyjskiego magazynu, wychodząc z założenia, że skoro w ten sposób pokazuje sytuację w Polsce, to nie daje to gwarancji rzetelności w tekstach o innych krajach.

 

Tekst na portalu FP jest, rzecz jasna, napisany z tezą. Pomija przynajmniej kilka istotnych informacji.

 

Po pierwsze – nie umieszcza w kontekście zmian w TVP. Jakkolwiek krytyczny mielibyśmy do nich stosunek (ja mam skrajnie krytyczny, o czym kilkakrotnie pisałem na portalu SDP), należałoby jednak przypomnieć również personalne ruchy, które miały miejsce za poprzedniej władzy.

 

Po drugie – tam, gdzie jest mowa o rzekomym prześladowaniu opozycyjnych mediów, autorzy tekstu wspominają o tym, że Jarosław Kaczyński „zażądał od prokuratury”, aby zajęła się publikacjami „GW” („In February, the de facto leader of Poland, Jaroslaw Kaczynski, did just that, attacking Gazeta Wyborcza after it raised questions about his involvement in plans to build a luxury skyscraper in Warsaw. Kaczynski insisted that the paper retract the stories and publish an apology, but when it refused, he demanded the public prosecutor charge the authors with defamation”.) To oczywiste przekłamanie, być może wynikające z nieznajomości polskich realiów, także prawnych. Jarosław Kaczyński złożył bowiem przeciwko „GW” prywatny akt oskarżenia z artykułu 212 kodeksu karnego – a nie jest to jednak to samo, co żądanie, aby prokuratorzy oskarżyli autorów tekstu o zniesławienie (jakkolwiek prokurator może, jak wiadomo, przystąpić do takiego postępowania). Mało tego, dziennikarska uczciwość nakazywałaby – gdyby oczywiście autorzy tekstu w FP wiedzieli, o czym w ogóle piszą – wspomnieć, że przez osiem lat swoich rządów Platforma Obywatelska, mimo powszechnej krytyki ze strony przedstawicieli mediów, nie skasowała z kodeksu karnego wspomnianego artykułu 212. Gdyby to zrobiła, prezes PiS nie mógłby go dziś używać przeciwko gazecie Adama Michnika. Oczywiście należałoby też napisać, jak sam PiS zmienił zdanie w sprawie art. 212 (pisałem o tym na portalu SDP).

 

Po trzecie – autorzy tekstu oznajmiają, że poprzez przejęcie przez będący własnością państwa Orlen Ruchu, PiS może zyskać kontrolę nad dystrybucją prasy. Nie wspominają jednak ani słowem, że oferta Orlenu – jakkolwiek można mieć co do niej obawy (o tym także pisałem na portalu SDP) – nie jest jakimś zamachem na niezależną sieć dystrybucji, ale konsekwencją faktycznej plajty Ruchu i dramatycznej sytuacji wydawców prasy w związku z tym.

 

Mamy zatem przed sobą tekst słaby, pod tezę, pokazujący, jak mało jego autorzy wiedzą o sytuacji w Polsce. Reakcje mogą być dwie. Pierwsza to pogardliwe wzruszenie ramionami. Druga – którą zalecam – to skorzystanie z każdej okazji, aby rozmawiać z kolegami z zagranicy, piszącymi o Polsce. Warto pomagać, przekazywać kontakty, sugerować rozmówców – możliwie różnorodnych, prezentujących różne punkty widzenia. Ja sam mam to szczęście, że dziennikarze z różnych krajów – a to z Czech, a to z Hiszpanii, a to z Łotwy czy Niemiec – odzywają się do mnie co jakiś czas z prośbą o komentarz, pomoc, skierowanie do osób, które potrafią powiedzieć o polskiej sytuacji coś więcej niż tylko sztampa z Czerskiej. Każdy taki kontakt bardzo mnie cieszy, a już szczególnie, gdy jego inicjatorem są przedstawiciele mediów, które tradycyjnie zaopatrywały się w opinie tylko w polskiej lewicowo-liberalnej bańce. Staram się pomagać, jak tylko mogę, tak aby następnym razem zagraniczny kolega znów się do mnie odezwał. W ten sposób burzy się monopol polskich lewicowych mediów na opowiadanie o tym, co dzieje się w naszym kraju. I nie chodzi przecież o to – jestem jak najdalszy od sugerowania, aby iść w tę stronę – żeby robić klakę rządowi. Nie – wystarczy pokazać, że może być inny punkt widzenia niż ten, do którego przywykł interlokutor z Wielkiej Brytanii, Francji czy Włoch. Niekoniecznie entuzjastyczny wobec władzy, ale po prostu niezależny, a nie powielający narrację opozycji.

 

A że efekty bywają różne? Takie jest życie. W tekście na portalu Foreign Affairs jedna rzecz została jednak mimo wszystko uczciwie powiedziana: że „Gazeta Wyborcza” to medium lewicowe, bardzo mocno wspierające konkretną polityczną opcję.