Chichot trolla i cenzora – MIROSŁAW USIDUS o skutkach tzw. ACTA2

Dyrektywa o prawach autorskich będzie bez najmniejszych wątpliwości egzekwowana za pomocą algorytmów i automatów. Żadne Google ani Facebook nie zatrudni armii ludzi. Faktyczną twarzą ACTA2 będzie twarz bezdusznej, bezlitosnej i prymitywnej w swoim wnioskowaniu maszyny.

 

W sprawie zamordystycznej dyrektywy zwanej u nas ACTA2 nadzieja umiera ostatnia. Z jednej strony widać jej pierwsze negatywne (zapowiadane przez wielu, w tym także przeze mnie) konsekwencje. Z drugiej – podjęto akcję prawną przeciw przyjętej w marcu regulacji i zrobił to  polski rząd, co zostało wśród internautów na świecie bardzo dobrze odebrane.

 

Spodziewaliśmy się, że filtry będą toporne, że wymagany przez Dyrektywę natychmiastowy prewencyjny filtr (wcześniej art. 13 potem zawarty w art. 17)  będzie działał prymitywnie i „po całości”, wycinając bez szczególnej dystynkcji bardzo wiele materiałów, które są całkowicie w porządku, jeśli chodzi o copyright, lub w ogóle nie powinny być objęte filtrowaniem, bo są to materiały z domeny publicznej, do których żadne „prawa autorskie” nie mają zastosowania. I od pewnego czasu mamy nowe bijące po oczach świeże przykłady, że obawy były słuszne. Filtry działają błędnie i prymitywnie, w dodatku, dokładnie tak jak się obawialiśmy, pojawiają się sygnały, że ochrona praw autorskich wykorzystywana jest jedynie jako pretekst do prostackiej cenzury politycznej.

 

Z powodu toporności tych mechanizmów na YouTube np. amerykańskiej agencji kosmicznej NASA zablokowana została możliwość publikowania jej własnych materiałów wideo z Marsa. Nie ma to jeszcze związku z ACTA2, ale powszechnie jest odbierane jako pokaz bezmyślności mechanizmów filtrowania, które przecież z mocy Dyrektywy mają być wykorzystywane. Inny skandaliczny przypadek nadużyć filtru praw autorskich, to zablokowanie w serwisie Scribd kopii raportu Muellera, dokumentu z punktu widzenia prawa jak najbardziej publicznego z powodu nieuzasadnionych roszczeń jednego podmiotu. W Polsce przed wyborami jeszcze europoseł Dobromir Sośnierz alarmował, że YT zablokowało jego film z powodu rzekomych naruszeń praw autorskich, choć miał uregulowaną kwestię oprawy muzycznej w materiale, przy czym on sam podejrzewał, że prawdziwe przyczyny blokady były polityczne.

 

Corynne McSherry, dyrektor ds. prawnych Electronic Frontier Foundation, która zdecydowanie sprzeciwiała się dyrektywie UE, skomentowała niedawno, że budowanie tego typu systemu jest zadaniem, którego „żadne YouTube’y świata nie będą w stanie wykonać”. Mogę dodać od siebie, że mimo to owe „YouTube’y” będą próbowały, skoro ich ACTA2 do tego zmusza, a skutki będą takie, jak przytoczone tu przykłady.

 

Drakońska „Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym”, kładąca nacisk na natychmiastowe, prewencyjne działanie wymusza na firmach z sektora technologicznego wprowadzenie filtrów praw autorskich zapobiegających naruszeniom za wszelką cenę. W bilansie korzyści i strat krzywda zwykłego youtubera, za którym nie stoi wielka korporacja zarządzająca copyrightem, przestaje się liczyć, zwłaszcza w obliczu ryzyka konsekwencji dla YouTube czy Facebooka z mocy przepisów europejskich. Euroregulatorzy stworzyli raj dla tzw. copyright trolli, którzy zachęceni przez artykuły Dyrektywy zaczynają pokazywać na co ich stać. A to dopiero początek.

 

Młot na krytyczne recenzje

 

W kwietniu agencja Social Element w imieniu swojego klienta zażądała od Twittera usunięcia informacji o tym, że w sieci pojawiły się pirackie kopie seriali z amerykańskiej telewizji. Sam inkryminowany tweet jest jedynie informacją o tym, że doszło do piractwa takich a takich materiałów z linkiem do artykułu na ten temat a nie do źródła pirackich plików. W żaden sposób nie narusza praw autorskich. A jednak został usunięty przez Twittera z powodu „roszczeń związanych z prawem autorskim”. To była tylko sucha informacja, więc sprawa nie dla każdego musi być oczywista, ale wyobraźmy sobie teraz, że piszemy artykuł w sposób wyraźny i dobitny piętnujący piractwo z podaniem rażących jego przykładów. Z doświadczenia skargi agencji Social Element płynie wniosek, że w świecie ACTA2 artykuł taki zostanie usunięty. Jeśli to nie jest cenzura, to nie wiem, co nią jest?

 

To, że automatyczne filtry mają wpływ na artystów działających w Internecie, jest już dobrze widoczne. Dan Bull, rapper i twórca youtubowy z 1,5 milionem subskrybentów opowiadał niedawno serwisowi CNBC jak wprowadzenie (a było to jeszcze przez Dyrektywą) filtra Content ID na platformie wideo wpłynęło na jego twórczość. Obecnie np. niechętnie już tworzy klipy o charakterze parodystycznym. „Nie chcę już tworzyć parodii muzycznych. Kiedyś naprawdę lubiłem je robić, ale teraz, kiedy nabieram na to ochoty, myślę o tym, jak bardzo bolałaby mnie głowa z powodu możliwych roszczeń z tytułu praw autorskich” –  wyjaśniał Bull. I w ten sposób to, co było pełnoprawną uznaną i cenioną formą sztuki zanika w reżimie copyrightowym.

 

Możemy sobie wyobrazić więcej. Piszemy np. krytyczną recenzję na temat jakiegoś filmu i gry aktorów w tym dziele. Publikujemy w Internecie i wrzucamy linki do serwisów społecznościowych. Klient agencji Social Element lub innej nie lubi tego i chce zablokować nieprzychylną opinię, zwłaszcza jeśli mamy szerokie grono czytelników. Co robi? Każe agencji zaskarżyć materiał za „naruszenie praw autorskich”. Że bez sensu? W świecie ACTA2 nie ma to znaczenia. Właściciel platformy, Facebooka, YouTube, Twittera, ma działać natychmiast a ciężar problemu i dowodu swojej niewinności spoczywa na barkach publikującego. Administrator nie wnika, tylko blokuje. To autor recenzji ma teraz problem, bo musi udowodnić, że jego artykuł nie narusza praw autorskich. Może kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, mu się to w końcu uda, ale wtedy film, nie niepokojony krytycznymi recenzjami, zaliczy już kasowy sukces.

 

Można usunąć raport Muellera, można i memy

 

Gdy platforma hostingująca dokumenty Scribd zaczęła masowo usuwać kopie raportu Roberta Muellera, które wgrali tam jej użytkownicy, zaczęto wietrzyć spisek rządu i Trumpa. To dokument wytworzony przez organ rządowy w USA i jest w domenie publicznej, co oznacza, że każdy może go opublikować i zapoznać się z jego treścią bez opłat.

 

Okazało się, że mimo to pojawiły się podmioty, które wydały raport i oferowały kopie w sprzedaży. Jeden lub więcej z tych wydawców wprowadził swoją kopię raportu do filtra praw autorskich Scribd, który jest w pełni zautomatyzowanym systemem, działającym bez ingerencji człowieka. I filtr zaczął traktować opublikowane wcześniej kopie raportu jako naruszające prawa autorskie. Rażący przykład copyright trollingu.

 

Trzeba tu podkreślić, że europejska Dyrektywa o prawach autorskich będzie bez najmniejszych wątpliwości egzekwowana w ten właśnie sposób – za pomocą algorytmów i automatów. Żadne Google ani Facebook nie zatrudni armii ludzi, w dodatku o wymaganych relatywnie wysokich kwalifikacjach czyli drogich, do ręcznego weryfikowania zgłoszeń i zaskarżanych treści, np. memów, które zgłaszane będą przez ośmieszanych w nich polityków. Faktyczną twarzą ACTA2 wobec milionów użytkowników będzie twarz bezdusznej, bezlitosnej i prymitywnej w swoim wnioskowaniu maszyny. Jeśli coś zostanie zgłoszone jako chronione prawem autorskim, to z automatu będzie chronione a wszelka próba naruszenia fikcyjnego copyright zostanie prewencyjnie zdławiona.

Już słychać chichot trolla i cenzora.

 

Europrawo niejasne i marnej jakości

„Wiele obaw i konsternacji związanej z tymi zmianami wynika z niepewności co do tego, co dokładnie będą musieli zrobić właściciele platform treści, twórcy treści i użytkownicy” –  powiedział w debacie, której zapis opublikowano na stronach Uniwersytetu Pensylwanii, R. Polk Wagner, profesor prawa z tejże uczelni.

 

Dlaczego platformy internetowe zgodzą się na taki daleko idący zamordyzm i ryzyko nadużyć. Dlatego, że próby walki z toporną logiką ACTA2 mogą ich bardzo dużo kosztować. Według również wypowiadającego się w debacie Penn State, Stevena Wilfa, profesora Uniwersytetu Connecticut i eksperta w dziedzinie własności intelektualnej, kary na Facebooka czy YouTube, z którymi mogliby się zmierzyć w przypadku naruszeń Dyrektywy nie są jeszcze jasno określone, ale platformy obawiają się, że będą bardzo dotkliwe.

 

W Stanach Zjednoczonych regulacje takie jak Digital Millennium Copyright Act (DMCA), chronią dostawców treści przed pozwami sądowymi dotyczącymi naruszeń, jeśli podejmą natychmiastowe działania, takie jak usunięcie materiału naruszającego prawo i przyjęcie polityki zapobiegającej ponownym naruszeniom. Podobne w duchu przepisy obowiązywały wcześniej w Europie, w tym w Polsce. „Teraz nagle pojawi się odpowiedzialność natychmiastowa i bezwzględna” – zauważa Wilf. To zupełnie nowa sytuacja dla serwisów i platform internetowych. Wzbudza ich ogromny niepokój. A ofiarami ich lęku mogą stać się w największym stopniu zwykli użytkownicy i drobni wydawcy.

 

Oczywiście zmniejszeniu niepewności i lęków nie sprzyja brak precyzji sformułowań Dyrektywy. Na przykład słynny „link tax”, podatek od linków, który wymusza opłaty licencyjne za treści zamieszczane nawet w postaci krótkich fragmentów w agregatorach newsów czy w streamach społecznościowych. Nie wiadomo dokładnie, jak krótki ma być cytat z materiału, aby autor publikacji nie musiał się obawiać a platforma go nie zablokowała. Na to prof. Wilf również zwraca uwagę. „Nowa dyrektywa pozwala na tworzenie hiperłączy przez osoby prywatne i instytucje edukacyjne lub w celach edukacyjnych, ale przepis ten nie jest wystarczająco jasny” – pisze. – „Co,  tak naprawdę, wolno podmiotom prywatnym, jeśli chodzi o publikowanie linków? Jak odróżnić oficjalne agregatory wiadomości od wiadomości osób prywatnych?”. Przepisy te są dość jasne w odniesieniu do takich serwisów jak Google News, ale wiele innych stron internetowych i rodzajów publikacji będzie poruszać się w szarej strefie, w której nigdy do końca nie wiadomo co jest naruszeniem prawa a co jeszcze w jego granicach.

 

Czy o prawo o tak marnej jakości w Unii Europejskiej chodzi? A może chodzi o to by, jak to mówi stare polskie przysłowie – „łowić ryby w mętnej wodzie”.

 

Polk Wagner z Uniwersytetu Pensylwanii pyta, kiedy, w rozumieniu ACTA2, jednostkowy użytkownik (któremu wolno publikować linki swobodnie) przestaje być zwykłym użytkownikiem. „Jeśli mam 50 tys. obserwujących na Instagramie i zarabiam na swojej popularności pieniądze, to czy wciąż jestem zwykłym użytkownikiem, czy też muszę być traktowany jako podmiot gospodarczy i płacić honoraria za linki?”

 

Polska skarga i inne iskierki nadziei

 

Złożona tuż przed eurowyborami w maju skarga polskiego rządu do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej na Dyrektywę odwołuje się do prawa wolności wypowiedzi i informacji, które gwarantuje Karta Praw Podstawowych. Wicepremier Piotr Gliński mówił przy okazji tej skargi, że  nie należy ustawać w walce o wolności, które ACTA2 narusza. Jego koledzy z PiS zapowiadali starania o jej zmianę w nowym euro parlamencie, który zaczyna obrady w lipcu.

 

Zapowiadając skargę, polski wicepremier, podobnie jak cytowani eksperci, zwrócił uwagę na niejasność sformułowań Dyrektywy i szerokie pole do interpretacji, co, oprócz tego o czym była mowa wcześniej, czyli poważnego zagrożenia, że stosowane filtry będą prymitywne i nadużywane przez podmioty działające w złej wierze, może sprawić, że krajach UE powstaną prawa nie tyle jednolite, co mocno się od siebie różniące. Przypomnijmy, że w nazwie Dyrektywy mowa jest o „jednolitym rynku”. Paradoksalnie może się okazać, że implementacja ACTA2 będzie całkowitym zaprzeczeniem jednolitości.

 

O polskiej skardze od kilku tygodni piszą liczne media światowe. Może nie każdy zdaje sobie sprawę, jak szerokim echem międzynarodowym się odbiła. W środowiskach internetowych w całej Europie odebrana została bardzo dobrze, jako znak nadziei na obalenie tego nie dość, że niechlujnego i niejasnego, to w spodziewanych konsekwencjach drakońskiego i destrukcyjnego prawa.

 

Także niektóre postacie publiczne, którym niekoniecznie politycznie po drodze z Prawem i Sprawiedliwością, zdobyły się na słowa uznania. Catherine Stihler, była szkocka posłanka do Parlamentu Europejskiego z ramienia Partii Socjalistycznej, a obecnie dyrektor naczelna Open Knowledge Foundation, napisała na stronie internetowej swojej organizacji m. in.: „Jest to bardzo mile widziane posunięcie Polski, które mogłoby uchronić Internet” przed wszystkimi problemami wynikającymi z Dyrektywy.

 

Jest kilka iskierek nadziei, że uda się obalić ACTA2. Pierwsza wiąże się z polską skargą, ale nie liczmy na to za mocno. Trzeba pamiętać, że wolność w dzisiejszych czasach nie jest dla elit europejskich, także prawniczych, wartością nadrzędną i najważniejszą. Druga to możliwość zmiany Dyrektywy wskutek nowej konfiguracji sił w europarlamencie i w innych organach europejskich, ale, jak to w polityce bywa, perspektywy zmian nie są zbyt jasne.

 

I wreszcie jest trzecia droga, która kogoś, kto przeczytał, co powyżej napisałem może nieco zaskoczyć. Pozwólmy mianowicie działać ACTA2. Niech wszyscy zobaczą jej absurdalność, jej antywolnościowe i cenzorskie oblicze. Niech rozszaleją się copyright trolle i cyniczni najemnicy prawni, którzy samowolnie tępić będą niekorzystne i krytyczne wobec swoich klientów treści pod hasłem walki o poszanowanie praw autorskich.

 

Smutna prawda jest taka, że ludzie relatywnie słabo interesowali się Dyrektywą, a walka z nią miała ograniczony zasięg. Może, gdy oberwą osobiście po sempiternie, i zamordyzm tych regulacji zacznie dopadać na każdym kroku ich codziennego internetowego życia, powstanie klimat i wystarczająco silna presja społeczna na wyrzucenie ACTA2 tam gdzie od początku jej miejsce – do śmietnika.

 

Mirosław Usidus

 

Konkurs Eko Dziennikarz – ostatnie dni zgłoszeń

Do końca tego tygodnia, czyli do 30 czerwca br. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej czeka na zgłoszenia w ramach trwającego konkursu „Nagroda NFOŚiGW – Eko Dziennikarz”. Konkursowi, w którym zostaną wyróżnione publikacje popularyzujące w mediach aktywność i dokonania Narodowego Funduszu w dziedzinie szeroko rozumianej ekologii, patronuje Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

 

W tym roku poza pulą 15 tys. zł dla laureatów, przewidziano dodatkową nagrodę (5 tys. zł) za publikację o charakterze podsumowującym 30-letnią działalność NFOŚiGW.

 

Konkurs – organizowany po raz trzeci – skierowany jest do dziennikarzy wszystkich rodzajów mediów: zarówno drukowanych, jak i elektronicznych, o zasięgu ogólnopolskim lub regionalnym. Warunek udziału w konkursie to data publikacji: między 1 stycznia 2018 r. a 31 grudnia 2018 r. W przypadku nagrody specjalnej dotyczącej 30-lecia NFOŚiGW, to okres od 1 stycznia 2019 r. do 31 lipca 1019 r.

 

Materiały dziennikarskie (pojedyncze lub w cyklu) mogą być zgłaszane przez ich autorów albo – za zgodą autora – przez redakcje prasowe, internetowe, radiowe, telewizyjne. W tym celu należy skorzystać z formularza załączonego do regulaminu. Wypełniony kwestionariusz oraz materiał dziennikarski trzeba wysłać na adres: [email protected]. Obowiązują dwa terminy zgłoszeń: do 30 czerwca 2019 r. dla publikacji z minionego roku o aktywnościach NFOŚiGW oraz do 30 sierpnia 2019 r. jeżeli chodzi o publikacje odnoszące się do 30-letniej działalności Narodowego Funduszu.

 

Jury weźmie pod uwagę zgodność z tematem, ideą, przesłaniem i celami konkursu, oryginalność materiałów dziennikarskich, walory estetyczne oraz wkład autora w zbieranie, weryfikowanie i przetwarzanie informacji zawartych w materiale.

 

NFOŚiGW przewidział w tej edycji konkursu trzy nagrody: główną (10 tys. zł), wyróżnienie (5 tys. zł) oraz nagrodę specjalną (5 tys. zł). Zwycięzcy zostaną ogłoszeni podczas tegorocznych targów branżowych POL-ECO-SYSTEM w Poznaniu, które odbędą się w październiku.

 

„Nagroda NFOŚiGW – Eko Dziennikarz” to ogólnopolski, coroczny konkurs ustanowiony w 2017 r. Docenieni przez Narodowy Fundusz dziennikarze w dwóch dotychczasowych edycjach, to przedstawiciele Polskiej Agencji Prasowej, Programu 1 Polskiego Radia, branżowych miesięczników – „Środowisko” oraz „Wodociągi-Kanalizacja”, a także Portalu Komunalnego, teraz-srodowisko.plgramwzielone.pl.

 

Regulamin i formularz zgłoszeniowy

 

Źródło: NFOŚiGW

 

Książkowe podsumowanie Nagród Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 2018

Ukazała się książka „Najlepsze publikacje. Nagrody SDP 2018”. Pozycja, pod redakcją Elżbiety Binder z Pracowni Wolnego Słowa SDP, to obszerne podsumowanie Nagród przyznawanych przez Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Publikacja zawiera nie tylko najlepsze materiały dziennikarskie, za które autorzy zostali nagrodzeni w tym roku przez SDP, ale też sylwetki wszystkich laureatów z dokładnym opisem ich kariery zawodowej, wywiady, informacje o patronach nagród, listę nominowanych, skład jury. Całość uzupełnia garść wiedzy o działalności SDP.

 

W książce znajdziemy m.in. A teraz, z pandemią Covid-19, lepiej nie wychodzić i nie odwiedzać niepotrzebnie kasyna offline. O wiele bezpieczniej będzie zostać w domu i zagrać w najlepszym polskim kasynie Slottica.  W końcu tylko w Slottica Kasyno możesz otrzymać 50 darmowych spinów bez depozytu za rejestrację. Tym bardziej na międzynarodowym portalu Playbestcasino.net znajdziesz również wiele recenzji o najlepszych polskich kasynach, bonusy od depozytów, sportowe i cybersportowe, a także darmowe spiny bez depozytu za rejestrację w polskich kasynach. tekst Wojciecha Biedronia o „dzikiej reprywatyzacji” pt. „Jak mafia rządziła Warszawą”, za który otrzymał on Pierwszą Główną Nagrodę Wolności Słowa SDP, a także rozmowę z Jerzym Jachowiczem, nagrodzonym w tym roku Laurem SDP „za osobistą odwagę i wyznaczanie standardów dziennikarstwa śledczego w wolnej Polsce”. Nie zabrakło też zdjęć laureatów kategorii fotograficznych Nagród SDP  – Piotr Tracza i Jacka Turczyka.

 

Książkę można otrzymać bezpłatnie w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie lub kontaktując się pod adresem: [email protected].

 

 

 

Nie ma wolności mediów bez medialnego ładu – zauważa ks. MARIUSZ FRUKACZ

„Raport o wolności mediów krajów Inicjatywy Trójmorza”, przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, dotyka takich spraw jak: wolność, niezależność, pluralizm mediów.  To tematyka ważna nie tylko dla dziennikarzy, ale dla wszystkich, których interesuje problematyka współczesnej demokracji.

 

W raporcie, jak zauważają jego autorzy, po raz pierwszy bowiem udało się zebrać w formie opracowania o charakterze materiału źródłowego ulotne i niedostrzegane często opinie i doświadczenia dziennikarzy nie reprezentujących jedynie tzw. media mainstreamowe, czyli te o największym audytorium  w danym kraju. Są to opinie i doświadczenia dziennikarzy z krajów Inicjatywy Trójmorza. Autorzy raportu dotarli do stolic tych krajów m.in. Sofii, Budapesztu, Bukaresztu, Zagrzebia, Lubljany, Pragi, Bratysławy, Tallina, Rygi i Wilna.

 

Kiedy myślę o wolności mediów, to często jednak powracam do pytania o ład medialny, a co za tym idzie o jakość języka publicznych debat.

 

Pluralizm na rynku medialnym i ład medialny

 

Jednym z istotnych cech współczesnej demokracji jest pluralizm, czyli możliwość prezentacji różnorodnych opinii w przestrzeni medialnej oraz możliwość dotarcia z tymi opiniami do opinii publicznej. W raporcie czytamy, że „zdecydowana większość ankietowanych wystawiła »dobrą«»bardzo dobrą« ocenę pluralizmu mediów w ich krajach. Oznacza to, że dziennikarze dostrzegają obecność na rynku medialnym wielu różnorodnych podmiotów, reprezentujących szerokie spektrum poglądów, tematów i opinii. Jak na kraje demokratyczne, stosunkowo duży jest przy tym odsetek osób mających przeciwne zdanie. Tych, który oceniają pluralizm mediów w swoim kraju negatywnie (»źle« lub »problematycznie«), jest ponad 25%. Razem z odpowiedziami »częściowo dobrze« to blisko 45% ankietowanych. To naprawdę dużo”.

 

Moim zdaniem problem pluralizmu łączy się z innym ważnym zagadnieniem, a mianowicie z ładem medialnym. Nie mam przekonania, co do tego, że w Polsce już możemy mówić o dobrym ładzie medialnym. Wydaje mi się również, że wciąż temat ten nie jest poruszany wystarczająco w debacie publicznej. Wiele lat temu o problematyce ładu medialnego pisał bp Adam Lepa. Ten ceniony znawca mediów zauważył, że bez udziału ładu medialnego nie zbuduje się społeczeństwa komunikacji. Ład medialny wpływa na najważniejsze sektory życia publicznego. Zdaniem bp. Lepy „ma też walor strategiczny, stoi bowiem na straży bezpieczeństwa obywateli. Jego obecność albo deficyt daje znać o sobie w skali państwa i świata. Zakłócenia w ładzie medialnym prowadzą do chaosu i skutkują groźnymi następstwami. Dlatego refleksja nad ładem medialnym jest dziś bardzo ważna i potrzebna”.

 

Bp Lepa zauważył, że „ład medialny to przede wszystkim stała równowaga w świecie mediów, umożliwiająca obywatelom zarówno dostęp do informacji powszechnej i prawdziwej, jak i budowę więzi komunikacyjnych. »Równowaga« zaś to po prostu optymalny stan w poszczególnych sektorach mediów, takich jak ich struktura, zasady ustrojowe, ustawodawstwo w dziedzinie mediów, udział obcego kapitału, bezpieczeństwo państwa w zakresie informacji czy ochrona obywateli przed negatywnym wpływem mediów” (zob. tutaj)

 

Po przestudiowaniu „Raportu o wolności mediów krajów Inicjatywy Trójmorza” zauważam, że dotyka on tak naprawdę problematyki ładu medialnego. Wśród krajów Inicjatywy Trójmorza (poza Austrią), wszystkie mają za sobą doświadczenie ustroju komunistycznego. Dlatego dla ładu medialnego (również w Polsce) wciąż ważne pozostają pytania: jaki jest stopień koncentracji mediów będących w rękach firm międzynarodowych i jak dalece dominacja kapitału zagranicznego powoduje zachwianie równowagi w świecie mediów? A także: czy treści publikowane tymi kanałami uwzględniają dobro narodu i państwa, czy też całkowicie poddane są interesowi obcych firm i realizują ich hierarchię wartości z bezwzględną dominacją wartości rynkowych?

 

Niezależność mediów i język debaty

 

To kolejny ważny temat poruszony w raporcie. Niezależność mediów to obok ich pluralizmu podstawowe kryterium składające się na ocenę stanu wolności słowa danego państwa. „Odpowiedzi oceniające niezależność mediów jako »częściowo dobrą«, »problematyczną«, »złą«»bardzo złą« stanowią łącznie ponad 67%. To uprawnia do twierdzenia, że w krajach Inicjatywy Trójmorza niezależność mediów to problem realny” – czytamy w raporcie. W raporcie zwrócono uwagę, „iż jeśli zsumuje się odpowiedzi sygnalizujące problemy w tym aspekcie realizacji zasady wolności mediów, to wynik będzie co najmniej niepokojący”.

 

Jednak wydaje mi się, że poruszając problem niezależności mediów, wolności słowa, nie wolno pominąć refleksji nad językiem, którym posługujemy się w życiu publicznym. W marcu 2019 r. ukazał się bardzo ważny list społeczny episkopatu pt. „O ład społeczny dla wspólnego dobra”. Biskupi wzywają w nim wszystkich uczestników życia publicznego do głębokiej refleksji nad językiem i do szacunku zarówno dla oponentów, jak i dla odbiorców. „Wzywamy wszystkich uczestników życia publicznego, zwłaszcza polityków, dziennikarzy, publicystów i użytkowników mediów społecznościowych, ale także zabierających głos w gronie rodzinnym, sąsiedzkim i współpracowników, do głębokiej refleksji nad językiem używanym w rozmowach o sprawach publicznych” – napisali biskupi.

 

„Odpowiedzialność za język debaty publicznej ponoszą zwłaszcza środki społecznego przekazu. Dociekliwość w dążeniu do prawdy, rzetelny i uczciwy opis złożonej rzeczywistości, pluralizm prezentowanych opinii, równy dystans do wszystkich opcji politycznych, rzeczowość unikająca zbędnych emocji, daleki od jednostronności oraz uproszczeń język – to istota medialnej posługi na rzecz dialogu i dobra wspólnego” – kontynuują biskupi. (Zob. dokument)

 

Na zakończenie warto przywołać słowa, które wypowiedział kiedyś Jan Paweł II: „Wolności nie można tylko posiadać, ale trzeba ją stale zdobywać, tworzyć. Może ona być użyta dobrze lub źle, na służbę dobra prawdziwego lub pozornego”.

 

Wydaje się, że musimy o tym pamiętać, kiedy myślimy o wolności i niezależności mediów.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tygodnika katolickiego „Niedziela”

 

Więcej o raporcie

 

Potrafił rozmawiać – wspomnienie ŁUKASZA WARZECHY o ś.p. Andrzeju Godlewskim

W sobotę pożegnaliśmy Andrzeja Godlewskiego, dziennikarza. Tyle wystarczy – kto jest ciekaw, jak przebiegała bardzo bogata dziennikarska kariera zmarłego, bez trudu odszuka te informacje w internecie.

 

Kościół pw. Wniebowstąpienia Pańskiego na Ursynowie był pełny, Mszę Świętą koncelebrowało siedmiu księży. Prócz rodziny, przyjaciół i wiernych z parafii, w której Andrzej aktywnie działał, było też wielu dziennikarzy, m.in. Piotr Semka, Wiktor Świetlik, Michał Karnowski, Tomasz Sianecki, Marcin Antosiewicz, Piotr Zaremba, Justyna Dobrosz-Oracz, Grzegorz Chlasta.

 

Na zdjęciu, ustawionym przed trumną, Andrzej był uśmiechnięty na swój charakterystyczny sposób. To fotografia, którą wstawił na profile w mediach społecznościowych. Jest wciąż na Twitterze i Facebooku.

 

Andrzej odszedł w wieku zaledwie 49 lat po kilkuletniej walce z wyjątkowo wredną i wyjątkowo rzadką odmianą nowotworu. Był aktywny niemal do samego końca. Jeszcze na kilka tygodni przed odejściem organizował debaty i spotkania, był gościem w mediach. Ostatni wpis na jego profilu na FB o kolejnej debacie jest z 15 maja. Andrzej zmarł 7 czerwca. Wiedział, że odchodzi. Miał w sobie tyle spokoju, że zdążył przygotować list pożegnalny, który odczytano podczas nabożeństwa żałobnego.

 

Spotkaliśmy się po raz ostatni przy okazji jakiejś dyskusji może ze dwa miesiące wcześniej. Po Andrzeju właściwie prawie nic nie było widać. Zawsze tak samo uśmiechnięty, tak samo miły, nie epatował swoimi problemami, obawami, cierpieniem. Wręcz przeciwnie – można by sądzić, że ma się przed sobą całkowicie szczęśliwego, spokojnego o przyszłość człowieka. Może zresztą tak było – Andrzeja uspokajała jego głęboka wiara. Gdyby ktoś nie wiedział, że toczy walkę o własne życie, nie podejrzewałby.

 

A kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy? Nie jestem nawet w stanie dokładnie odtworzyć. To musiało być podczas jednego z wyjazdów studyjnych, w których wielu brałem udział na etapie przygotowania Polski do przystąpienia do UE. Czyli znaliśmy się ponad 15 lat. Nie była to wielka przyjaźń czy bardzo intensywna znajomość, ale mieliśmy ze sobą zawsze kontakt, nieustannie gdzieś na siebie wpadaliśmy. I widząc go, zawsze bardzo się cieszyłem. Był kolegą, którego niezmiennie witało się z wewnętrznym impulsem radości, że jest, że się go widzi, że można zamienić kilka słów.

 

Teraz wyjaśnię, dlaczego to wspomnienie umieszczam w cyklu felietonowym na portalu SDP. Otóż kiedy się poznaliśmy, nasza rzeczywistość medialna i polityczna wyglądały inaczej niż dzisiaj. Wtedy te cechy Andrzeja, na które wskazywało wiele osób, wspominając go ostatnio, nie kontrastowały aż tak mocno z tłem, bo tło było bardziej stonowane. Myślałem o nim po prostu: miły facet, może trochę zbyt miękki, zbyt wstrzemięźliwy.

 

Tymczasem na tle rzeczywistości medialnej i publicznej AD 2019 Andrzej jawił się już jako epigon. Był kimś niezwykłym.

 

Po pierwsze – wyróżniał się kompetencjami. Przy coraz większym dyletanctwie dzisiejszych dziennikarzy, Andrzej po prostu błyszczał w swojej tematyce, głównie niemieckiej (mówił znakomicie po niemiecku, ale to nic dziwnego, skoro studiował w Lipsku) i europejskiej. A przy tym nigdy nie był protekcjonalny. Jeżeli komuś zdarzyło się popełnić merytoryczny błąd, zwracał uwagę w tak delikatny i przychylny sposób, że można mu było być tylko wdzięcznym. Odejście Andrzeja to pod tym względem ogromna strata. Z polskiego dziennikarstwa zniknęła jedna z zaledwie kilku osób, tak świetnie orientujących się w sprawach niemieckich i europejskich. Jedna z niewielu, od których mogliby się uczyć młodzi dziennikarze.

 

Po drugie – i to jest nawet ważniejsze – Andrzej był człowiekiem – podkreślam: człowiekiem, nie tylko dziennikarzem – nadzwyczaj łagodnym, uprzejmym, delikatnym i niekonfrontacyjnym. To, co kiedyś wydawało mi się może nadmierną miękkością, w ostatnich latach stało się towarem deficytowym, dobrem rzadkim, czymś unikatowym i bardzo, bardzo cennym. To była zdolność do rozmowy – bez pokrzykiwania, bez złośliwości, bez śladu napastliwości – z tymi, z którymi Andrzej mógł się głęboko nie zgadzać. Andrzej miał swoje poglądy, niezbyt kompatybilne z linią obecnej władzy, ale umiał do nich spokojnie przekonywać. Nie było w nim drapieżności, tak dzisiaj cenionej u tych, których Robert Mazurek nazwał w niedawnym wywiadzie „gniazdowymi”. Andrzej ratował, ocalał, odtwarzał zdolność do polemiki z maksymalnym szacunkiem dla drugiej strony. To dzisiaj ekstremalnie rzadka cecha, gdy premiowana jest medialna agresja, zero-jedynkowość i poniewieranie przeciwnika (właśnie przeciwnika, a nie polemisty, bo każdy, kto się nie zgadza, jest traktowany jak wróg).

 

Andrzej był też człowiekiem głęboko wierzącym i zapewne to również wpływało na jego postawę wobec bliźnich.

 

Chciałbym, żeby ta część Andrzejowego charakteru i sposób, w jaki działał jako dziennikarz, jakoś w nas pozostała. Żebyśmy potraktowali ją jako testament odchodzącego (zdecydowanie zbyt wcześnie) kolegi, który jest już w innym, lepszym świecie.

 

Andrzeju, spoczywaj w pokoju. Będzie tu Ciebie bardzo brakowało.

 

Łukasz Warzecha

 

LUDZIE, KTÓRZY TWORZYLI TVP. To i owo o Wowo – STEFAN TRUSZCZYŃSKI wspomina Włodzimierza Bielickiego

Wśród „telewizorków” lat 70., gdy z nimi współpracowałem i nawet się przyjaźniłem, Wowo Bielicki wyróżniał się wszystkim. Przyuważyłem go dużo wcześniej – w latach 50., 60. – sam będąc chłopcem od podawania piłek tenisowych. A rzecz działa się na sopockim korcie. Niedużym, ale zabytkowym, o który walczą dziś zażarcie pazerni ludzie o chamskich obyczajach. Mieszkaliśmy tuż obok – Helska 2 – i codziennie wiele godzin spędzałem na korcie.

 

 

To była przystań, salon sopockiej elity, która przybyła tu – po wojnie – do pustych domów modnego – przed wojną –  kurortu. Z Wilna, Lwowa, Krakowa i Warszawy.

 

Sopot (a nie jak czasem słychać Sopoty) to było molo, Grand Hotel, pnąca się stromo ulica – wówczas Rokossowskiego, a dziś (od 1956 r.) Bohaterów Monte Cassino. Były piękne wille po bogatych gdańszczanach, wreszcie Opera Leśna i Łysa Góra – zimowy salon inteligencji jeżdżącej na nartach, z niewielką skocznią narciarską i torem saneczkowym na morenowych wzgórzach otaczających miasteczko (40-tysięczne – wtedy i dziś).

 

Niedaleko w Gdańsku  był słynny „Bim Bom” – zakładany miedzy innymi przez Wowa, „Czarny Kot”, „Żak” z Afanasjewem, Cybulskim, Kobielą, Federowiczem, Wojtychem.   „Teatr Wybrzeże” – z bardzo popularnymi młodymi aktorami Elżbietą Kępińską  i Władysławem Kowalskim, a także Zdzisławem Maklakiewiczem. Teatralną sceną wybrzeża dyrygowali – Iwo Gall, a potem Zygmunt Hubner żonaty z piękną aktorką Mirosławą Dubrawską. Gościnie Andrzej Wajda reżyserował „Kapelusz pełen deszczu” Arthura Millera, a w „Hamlecie” występował Edmund Fetting. W  pamiętnym „Do wiedzenia, do jutra” Janusza Morgensterna są sceny z Sopockiego kortu z bohaterem niniejszego wspomnienia Wowo Bielickim i Romanem Polańskim.  Wtedy też powstał kultowy film „Dwaj ludzie z szafą”, w którym można dostrzec młodego Mariusza Dmochowskiego.

 

Gdynia była marynarska i rybacka. Gdańsk  z wielkim nakładem odbudowany przez cały kraj, z bardzo ważnym dla Polski przemysłem stoczniowym. Wreszcie Sopot – artystyczny, z małym rybackim porcikiem na południe od przepięknego mola, którego architektura została obecnie zakłócona przez dobudowanie mariny dla milionerów (postój nawet dla małych jachcików jest tam bardzo drogi).

 

W takim anturażu studiował młody artysta, przebojowy, o niespożytej energii.  Przybył do Sopotu ze stolicy. Bo Wowo to rodowity Warszawiak urodzony w 1932 roku. Jego krewni w ciągu ubiegłych wieków w Warszawie mieli nie tylko pojedyncze kamienice, ale np. na ulicy Miodowej kilkanaście domów w szeregu.

 

   Wowo Bielicki urodził się w Śródmieściu, w domu na Krakowskim Przedmieściu niedaleko pomnika Kopernika.  Tam też chodził do szkół. I co tu ukrywać  – miał opinię Casanovy.

 

Jednak wyjechał do Sopotu, gdzie studiował i skończył Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych. Odpłacił się za te studia sowicie – zostawił po sobie ogromną ilość prac i dokonań. Przez całe życie wymyślał, projektował i realizował setki scenografii. Małych, średnich, w teatrze, operze, a także w telewizji. Reżyserował też i prowadził od strony artystycznej masowe imprezy na stadionach i placach. Wowo był tytanem pracy. Cieszył się nią, a rezultatami cieszył ludzi.

 

To co teraz piszę ma być cyklem o ludziach telewizji  których znałem. Wracam więc  do zdania pierwszego – Wowo wyróżniał się wszystkim.

 

Gdy nastał prezes Maciej Szczepański, którego – na wyrost – nazywano nawet „krwawym Maciejem”, Wowo potrafił się postawić na publicznym zebraniu.  – Kto Pan jest? – zapytał groźnie Prezes. Wowo grzecznie objaśnił, że jest głównym reżyserem telewizji  i być może przestałby nim być , gdyby nie ujęli się za nim redaktorzy potrzebni wówczas Szczepańskiemu.

 

   Wowo był osobowością. Gdy powstawał nowy projekt działu publicystyki, konsultowano się z nim nie tylko w sprawach scenograficznych, reżyserskich, ale także dotyczących wyboru tematów. Był  życzliwy, bez zazdrości zawodowej. A to rzadkie wśród ludzi sztuki. Może dlatego, że był multiinstrumentalistą – reżyserem, realizatorem, redaktorem, a często również autorem.

 

Potrafił sobie zjednywać ludzi. Ci którzy z nim współpracowali nie tylko sowicie korzystali ze wspaniałej wyobraźni artysty, ale w sposób widoczny bardzo się rozwijali pod wpływem człowieka, który miał niespożytą energię i zapał, zawsze wierzył, że wszystko się uda.

 

 

Fot. Joanna Bielicka

Miał też odwagę. Wówczas nie kupowano gotowych formatów, a wymyślano programy od początku do końca. Takie podejście niezbędne jest przy wielkich transmisjach i imprezach plenerowych. Trzeba mieć wówczas wyobraźnię antycypującą jak zachowają się  tłumy widzów. Imprezy masowe są w części improwizowane, ale jednak powinny być kontrolowane przez tworzącego widowisko. Takie były „Wieloboje Gwiazd”, parasportowe programy na żywo, na największych arenach kraju. Wymyślił je Janusz Wieczorek, aprobował Mariusz Walter, reżyserował Wowo. Bezbłędnie do prowadzenia wybrali Jana Ciszewskiego Tomasza Hopfera. A potem na trybunach stadionów zasiadało po kilkanaście tysięcy ludzi, a przed telewizorami kilkaset razy więcej. Programy biły rekordy popularności. Wieloboje gwiazd można by dziś reaktywować. Wtedy w charakterze zawodników brali udział wyłącznie polscy mistrzowie olimpijscy, mistrzowie świata i Europy.

 

Dziś mistrzów sportu nam nie brakuje, a może być ich jeszcze więcej jeśli najzdolniejszych umiejętnie będzie się promować. Iluż to mamy wybitnych narciarzy, kolarzy i lekkoatletów. Nie tylko piłkarzy mamy. Gorzej ze sprawozdawcami. Jeden Przemysław Babiarz nie da rady.

 

   Wowo – to i owo, a wiec jeszcze trochę ciekawostek. Miał reżyser konia wyścigowego na spółkę z aktorem-gwiazdorem Ignacym Gogolewskim. Trzymali go w stajni w Jabłonnej, po której dawno już ślad zaginął. Wowo był także międzynarodowym sędzią tenisowym, bardzo zresztą łagodnym i przymykającym oko na auty. Maszyn do kontroli nie było.

 

   Wowo Bielicki był jednak przede wszystkim artystą-malarzem i scenografem, a także reżyserem. Bywało, że dyrektorował – między innymi teatrem w Wałbrzychu, mieszkając w przepięknym zamku w Książu.

 

   Wowo był skarbnicą wiedzy o sztuce, a także o artystach. Znał ich w końcu osobiście i to przez całe lata. Docenił go Krzysztof Skowroński, twórca i właściciel Radia Wnet. Wowo miał tu stałą audycję, w której opowiadał barwnie i życzliwie o ludziach kultury, a także o wielu ciekawych znajomych.

 

Ludzie sztuki są szybko zapominani. Owszem, wywołują wzruszenie, uśmiech i oklaski. Ale  to wszystko, jest bardzo ulotne i szybko zapominane.

 

Kochajmy artystów. I płaćmy o wiele więcej niż obecnie jest to stosowane. Większość z nich nie opływa w luksusy. Nie jest też prawdą – jak gadają zazdrośnicy – że artysta jeśli chce być  lepszym, musi być głodnym. Częściej wegetowanie kończy się bowiem smutno. Potem mówi się łzawo i wspomina rzewnie, ale to już artysty nie przywróci.

 

Jeszcze jedno. Wysyłamy na ostatnia wachtę artystów do różnych domów niby pogodnej starości. Gdzieś poza miasto. Gdzie daleko jest do teatrów i sal koncertowych. I tak nie powinno być. Wielu spośród starszych może przecież nadal chodzić na spacery, być wśród znajomych, a nie być zamkniętych w czterech ścianach. Może tak jest wygodniej dla „opiekunów”.

 

   Wowo miał rodzinę, kochająca żonę, dwóch synów. Szkoda jednak, że nie poszedł w ślady Ludwika Solskiego. Owszem, żył szybko i ciekawie. Zmarł 24 października 2012 roku. Miał 80 lat.

 

Stefan Truszczyński

 

Wicepremier Gowin: repolonizacja mediów to zadanie na drugą kadencję rządu

Minister nauki i szkolnictwa wyższego, wicepremier Jarosław Gowin zapowiedział, że jeśli Zjednoczona Prawica nadal będzie sprawować władzę, to zadaniem na drugą kadencję rządu powinna być repolonizacja mediów.

 

Wicepremier podczas środowego spotkania w Kartuzach podkreślił, że „szanujące się państwo i szanujący się naród nie może dopuszczać do tego, żeby większość mediów znajdowała się w cudzych rękach”

– I to jest pewne zadanie, które stoi przed naszym rządem, jeżeli będziemy nadal sprawować władzę w następnej kadencji – zapowiedział, zaznaczając, że takie stanowisko nie wynika z obsesji rządu na temat narodowości kapitału w sektorze mediów. – To jest prosty eksperyment myślowy. Gdybym ja jako Polak był np. właścicielem gazety wychodzącej we Francji, to czym bym się zajmował na co dzień? Na pewno tym, żeby sprzedawać, jak najwięcej tej gazety, żeby biznes się kręcił – mówił. – Ale gdyby doszło do sytuacji konfliktu interesów między Polską a Francją, to jako polski patriota w oczywisty sposób zabiegałbym o to, aby należąca do mnie gazeta prezentowała polski punkt widzenia. To jest chyba oczywiste dla każdego z nas – dodał wicepremier.

 

Jarosław Gowin przypomniał, że większość tytułów prasowych w Polsce należy do niemieckich wydawnictw. – Dlaczego my mamy zakładać, że niemieccy właściciele są gorszymi patriotami niż my. Oni też są patriotami, tylko patriotami niemieckimi – zauważył wicepremier. – I jak dochodzi do konfliktu interesów między Polską a Niemcami, to te gazety reprezentują niemiecki punkt widzenia i niemieckie interesy. Ja to widzę w sposób zupełnie czytelny jako minister – podkreślił Gowin.

 

jka, źródło: Wirtualnemedia.pl. Fot: Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego

 

Wieczór z reportażem radiowym w warszawskim Klubie Księgarza

Studio Reportażu i Dokumentu zaprasza w środę, 26 czerwca o godz. 18 do Klub Księgarza (Rynek Starego Miasta  22/24 w Warszawie) na „Spotkanie z Reportażem Radiowym”. W programie m. in. prezentacja reportaży: „Roma” Hanny Bogoryja-Zakrzewskiej i „Mezalians…”  Katarzyny Błaszczyk – autorek książki „Zdarzyło się naprawdę. Opowieści reporterskie.”

 

Oprawa muzyczną zapewni Michał Sawicki (śpiew), a spotkanie poprowadzi Irena Piłatowska, redaktor naczelna Studia Reportażu i Dokumentu.

 

„Mezalians, albo historia pewnej ucieczki” – reportaż Katarzyny Błaszczyk

Kiedy babcia Virena dowiedziała się, że mężczyzna sam umył ubikację, rozpłakała się. W ich rodzinnym domu w New Dehli była specjalna osoba, która zajmowała się tylko czyszczeniem toalety. Virenowi takich rzeczy robić nie wypada ponieważ pochodzi z rodziny indyjskich wojowników. Tymczasem Viren, zamiast kontynuować tradycje rodzinne, wbrew woli ojca, uciekł do Elbląga. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa chodziło o kobietę… Poznali się za pośrednictwem internetu, ale nie na portalu randkowym. Marlena była po prostu ciekawa Indii. Viren wówczas nawet nie widział, gdzie leży Polska. Rodziny, i jej, i jego, były stanowczo przeciwne temu związkowi. O przeszkodach, jakie musieli pokonać, dziś mówią z humorem.

 

„Roma”  to bohaterka reportażu z 2007 roku. Wtedy zachwyciła słuchaczy swoją końską pasją i stosunkiem do Igora – ogiera, którego wychowała i wytresowała. Ten reportaż o Romie powstał w 2007 roku i był zatytułowany „Umowa”. Kończył się rozpaczliwym telefonem od Romy, bowiem pracodawca chciał komuś innemu odsprzedać Igora. Dzięki pomocy pieniężnej słuchaczy mogła zachować konia. Jak zmieniło się jej życie od tamtego czasu?

 

opr. jka, źródło: Studio Reportażu i Dokumentu, fot. SRiD

 

MAJ NA FOKSAL 2019. List z Chin wypełniony cierpieniem

Skrawek papieru z zapisanym wołaniem o pomoc chińskiego dysydenta przypadkowo trafia w ręce pewnej Amerykanki –  to historia opowiedziana w filmie dokumentalnym Leona Lee „List z Masanjia”. Mogliśmy go obejrzeć we wtorkowy wieczór w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5, podczas ostatniego już wydarzenia z cyklu Maj na Foksal organizowanego przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

 

– Film ten pokazuje co się dzieje z ludźmi, którzy ośmielają się wierzyć w coś innego niż partia komunistyczna – powiedziała przed projekcją Hanna Shen, polska dziennikarka mieszkająca na Tajwanie, związana m.in. z Radiem Wnet, która nagłaśnia problemy łamania praw człowieka w Chinach.

 

Akcja filmu zaczyna się w Damascus, w stanie Oregon. Julie Keith, przygotowując przyjęcie urodzinowe dla swojego dziecka, sięgnęła po halloweenową dekorację, którą kupiła kilka miesięcy wcześniej. Pudełko, niczym butelka dryfująca po morzu, skrywało list z prośbą o pomoc. Jego autorem był Sun Yi, więzień chińskiego obozu pracy przymusowej Masanjia. Na skrawku papieru opisuje on nieludzkie warunki panujące w tym miejscu. Sun Yi trafił tam, ponieważ był członkiem Falun Gong. Jest to zakazana i zwalczana przez chińskie władze praktyka duchowa, która łączy medytację, ćwiczenia i filozofię moralną. Dokument w komiksowych sekwencjach pokazuje piekło, które Sun Yi przeszedł w obozie pracy.  Julie Keith przekazuje list z Masanjia mediom. Sprawa staje się głośna. Pod wpływem międzynarodowych nacisków Chiny rezygnują z systemu „reedukacji poprzez pracę” i zamykają m.in. obóz Masanjia.

 

Jak się późnej okazuje są to działania pozorne Sun Yi dalej doświadcza w swoim kraju prześladowań (sądzi, że władze dowiedziały się o powstającym z jego udziałem filmie o Masanjia). Podupada na zdrowiu. Udaje mu się uciec do Indonezji. Czeka na azyl. W Dżakarcie dochodzi do zaaranżowanego spotkania z Julie Keith, która pokazuje mu jego list i halloweenową dekorację, do której był dołączony („Koszmar” – mówi Yi, biorąc do ręki styropianową ozdobę). Film kończy informacja, że bohater zmarł w dziwnych okolicznościach. Zemsta? Sprawka chińskich służb? Oficjalnie przyczyną śmierci była niewydolność nerek, ale rodzinie nie dano możliwości potwierdzenia tego.

 

Widzowie, którzy przybyli we wtorkowy wieczór na Foksal, byli wyraźnie poruszeni obejrzaną historią.  – Nasza świadomość łamania praw człowieka w Chinach jest mała – mówiła Hanna Shen. Dodała, że władze chińskie wydają ogromne pieniądze na propagandę, między innymi dlatego większość ludzi na świecie nie wie, co tak naprawdę dzieję się w Państwie Środka.

 

– To był szczególny pokaz, który zamknął tegoroczny Maj na Foksal. W imieniu prezesa Krzysztofa Skowrońskiego zapraszam za rok  – pożegnał zebranych Stefan Truszczyński, członek Zarządu Głównego SDP.

 

 

 

Sfinansowano ze środków Fundacji PZU

 

Reporter potrzebny od zaraz – TOMASZ NIEŚPIAŁ analizuje dziennikarski rynek pracy

Dziennikarzom bezrobocie raczej nie grozi. Ale pracodawcę, który zapewniałby stabilne warunki zatrudnienia i dobrą pensję nie jest łatwo znaleźć.

 

Polska Agencja Prasowa szuka redaktora nocnego. Jak wynika z ogłoszenia zamieszczonego na portalu Pracuj.pl do jego obowiązków należeć będzie przygotowywanie depesz opisujących najważniejsze wydarzenia z kraju i ze świata podczas nocnej zmiany. Szanse na pracę mają osoby bardzo dobrze znające język angielski i jeszcze jeden język obcy: niemiecki, francuski, hiszpański lub rosyjski. Atutem jest doświadczenie w dziennikarstwie informacyjnym. Na etat nie ma jednak co liczyć. Przewidywana forma współpracy to umowa o dzieło.

 

Na tym samym portalu widnieje ogłoszenie zamieszczone przez Powiatowy Urząd Pracy w Pszczynie na Śląsku. Poszukiwana jest osoba do 30. roku życia, która będzie pracowała w portalu pszczynska.pl. Pensja? Od 2250 zł brutto.

 

Daj mi dziennikarza, znajdę mu zajęcie

 

Dziennikarzy nieustannie szuka działające na Lubelszczyźnie Wydawnictwo Wspólnota Mateusza Orzechowskiego. W ramach grupy ukazuje się dziewięć tygodników lokalnych, a dodatkowo wydawca regularnie poszerza swoje portfolio o internetowe serwisy informacyjne.

 

   – Rotacja w naszej firmie jest naturalna. Jest to związane z przejmowaniem kolejnych tytułów i odchodzeniem ludzi do innych zawodów – mówi Dariusz Jędryszka, dyrektor programowy Wydawnictwa Wspólnota. – Dlatego wyznajemy zasadę: daj mi dziennikarza, a ja znajdę mu zajęcie. Jeśli ktoś jest dobry i chce pracować, to znajdziemy mu taki zakres obowiązków, by go w pełni wykorzystać. Zarówno w jednym z naszych lokalnych tytułów jak i w charakterze pracy zdalnej.

 

Otwarta głowa i język polski

 

Jeszcze niedawno redaktora szukał portal Wpolityce.pl. Natomiast należący do tego samego wydawcy portal wGospodarce.pl ogłaszał się z związku z poszukiwaniem dziennikarzy zainteresowanych gospodarką i umiejących się posługiwać językiem polskim. „Szukamy przede wszystkim osób z otwartą głową, ciekawych świata, gotowych poświęcić czas w pracy z ambitnym zespołem dziennikarskim w zamian za przyzwoitą płacę” – zachęcano w ogłoszeniu.

 

Dziennikarza w Miastku na Pomorzu szuka Polska Press Grupa. Wymagania? Minimum rok doświadczenia na stanowisku reportera, wykształcenie wyższe, dyspozycyjność, prawo jazdy. Co w zamian? Możliwość rozwoju zawodowego, zdobycie doświadczenia pracy w mediach, twórczą atmosferę w pracy i umowa o pracę.

 

Jak przyznaje Dariusz Jędryszka, w powiatowych miasteczkach trudno znaleźć dziennikarzy. – Zwykle więc trzeba ich ściągać z większych miast lub uczyć młodzież, co bywa długotrwałym procesem – wyjaśnia Jędryszka.

 

Na przestrzeni ostatnich lat tygodniki działające w ramach Wydawnictwa Wspólnota współpracowały z dziennikarzami, którzy odchodzili z mediów o charakterze regionalnym, np. „Dziennika Wschodniego”, czy Radia Lublin. – Szczególnie wartościowi są lokalni korespondenci takich mediów. Mają doświadczenie i solidny dziennikarski warsztat, a jednocześnie znają lokalną społeczność i jej problemy – przyznaje Dariusz Jędryszka, który przed przejściem do Wspólnoty, przez wiele lat był dziennikarzem „Dziennika Wschodniego”.

 

Dziennikarz w sieci

 

Marcin Superczyński, wieloletni dziennikarz radiowy, który dziś wykłada dziennikarstwo na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, przekonuje, że ludzie, którzy zaczynają studia dziennikarskie mają zwykle mgliste pojęcie o tym, jak naprawdę wygląda ten zawód. – Dlatego ucząc studentów dziennikarstwa staramy się to robić wielokierunkowo. Tłumaczymy, że warsztat jest ważny, ale też wiele zależy od ich mobilności i posiadania szerszych kompetencji, bo jako praktycy dobrze wiemy jak ten rynek wygląda: czasem trzeba się zderzyć z brutalną rzeczywistością – mówi Marcin Superczyński.

 

Doskonale to wie Jarosław Kałucki, były wrocławski korespondent „Rzeczpospolitej”. Jego zdaniem ilość pojawiających się ogłoszeń dotyczących pracy dla dziennikarzy, nie przekłada się na ich jakość. – Często te ogłoszenia skierowane są do copywriterów, a nie dziennikarzy. Cześć mediów, głównie portali internetowych, tak naprawdę poszukuje mediaworkerów, którzy będą dostarczać treści, a nie artykuły dziennikarskie. Serwisy typu wPolityce.pl, czy NaTemat.pl nie zdobywają własnych newsów tyko opisują i komentują cudze. Czy to jest dziennikarstwo? Moim zdaniem nie – ocenia Jarosław Kałucki.

 

Wracamy do ogłoszeń. Oferty z początku czerwca dotyczą też m.in. poszukiwań redaktora serwisu Kobieta.pl, czy redaktora online w Antyradio.pl.

 

Dziesiątki anonsów skierowanych do dziennikarzy znaleźć można na portalu sdp.pl. Ogłaszają się redakcje ogólnopolskie i lokalne, różnego rodzaju wydawnictwa i firmy poszukujące osób z tzw. „lekkim piórem”.

 

Z kolei w dziale „oferty pracy” w portalu Wirtualnemedia.pl pośród setek ogłoszeń, kilkadziesiąt dotyczy pracy na stanowisku dziennikarza. Szukają m.in. TVN, Polsat i same Wirtualnemedia.pl.

 

Czym się kieruje redakcja podczas rekrutacji? Jakiego rodzaju kompetencje cenią u dziennikarzy najbardziej i czy kandydatom, którzy się zgłaszają do pracy w portalu trudno sprostać oczekiwaniom redakcji? – takie pytania zadaliśmy w e-mailu do Marcina Szumichory, dyrektora zarządzającego i redaktora naczelnego Wirtualnemedia.pl. Do czasu publikacji tego tekstu, nie otrzymaliśmy jednak odpowiedzi. Bez odzewu pozostały także nasze e-maile, w których pytaliśmy o sposoby rekrutacji dziennikarzy skierowane do innych ogólnopolskich redakcji, m.in. „Rzeczpospolitej”, „Wprost” czy „Dziennika Gazety Prawnej”.

 

Według Jarosława Kałuckiego kluczowa w ogłoszeniach jest rzeczywista oferta redakcji. – Na jaką pensję mogą liczyć dziennikarze? Czy jest to etat, czy umowa śmieciowa? Jeśli etat, to co się za nim kryje? – wylicza Jarosław Kałucki. – Realia są takie, że redakcje chętnie wpuszczą autora na swoje łamy, ale pod warunkiem, że to on sam sobie zapłaci ZUS, pokryje koszty związane z przygotowaniem artykułu, a w razie problemów prawnych weźmie na siebie całą odpowiedzialność – zauważa były korespondent „Rzeczpospolitej”.

 

I dodaje: – Nawet jeśli znajdzie się redakcja skłonna zapłacić kilkaset złotych za obszerny i pracochłonny artykuł, to pozostaje pytanie: ile naprawdę dobrych tekstów w miesiącu jest w stanie napisać taki wolny strzelec? Cztery może pięć, pewnie nie więcej. Jeśli znajdzie się w ogóle redakcja zainteresowana kupnem artykułów, to po odliczeniu kosztów, trudno mówić o godnych zarobkach.

 

Dziennikarskie pensje i wysokość honorarium autorskiego to oddzielny temat. Opisywaliśmy go na portalu sdp.pl w tekście „Siódme przykazanie. Jak zarabiają freelancerzy”.

 

   Z analizy portalu Wynagrodzenia.pl wynika, że mediana na stanowisku dziennikarza w Polsce wynosi 4060 zł brutto. To oznacza, że co drugi dziennikarz otrzymuje pensję od 3010 do 5 300 zł miesięcznie. 25 procent dziennikarzy zarabia poniżej 3 tys. zł, a na zarobki powyżej 5 300 zł brutto miesięcznie może liczyć grupa 25 proc. najlepiej opłacanych dziennikarzy.

 

   Jarosław Kałucki przypomina jednak, że różnice między stawkami warszawskimi a tymi oferowanymi w regionalnych i lokalnych redakcjach są duże. Nie zmienia się jednak to, że niezależnie od miejsca pracy, honoraria od lat spadają.

 

Według Kałuckiego kluczowy moment, który rzutuje na obecną sytuację ekonomiczną wielu dziennikarzy to koniec lat 90. – Redakcje wyszły z założenia, że bardziej opłacalne będzie zaangażowanie studentów, praktykantów i stażystów, których teksty ostatecznie zredagują redaktorzy. Ruszyła lawina, która szybko zepsuła rynek – uważa Jarosław Kałucki.

 

Zmiany jakie zachodzą w mediach w ostatnich latach mogą być jednak dla wielu osób szansą na pracę, czy rozwój zawodowy i finansowy w tej branży. – To już nie jest ten sztywny podział na prasę, radio i telewizję. Internet i media społecznościowe, które są dziś nieodłącznym elementem pracy dziennikarza sprawiły, że każdy może sobie znaleźć swoje miejsce w mediach – przekonuje Marcin Superczyński. Jego zdaniem szczególnie przed młodymi ludźmi pojawia się szansa na sukces, bo oni dobrze się w tym orientują. – Media społecznościowe i nowe technologie, bez których współczesne dziennikarstwo nie istnieje, to dla nich naturalne środowisko. Oni wiedzą na czym polega praca na zapleczu Internetu, potrafią tworzyć treści pod kątem wyszukiwarek internetowych – analizuje wykładowca dziennikarstwa na KUL.

 

Nasi rozmówcy podkreślają też, że choć na dziennikarskim rynku bywa różnie, to medialne doświadczenie przyda się niemal w każdym zawodzie. – Dziennikarstwo nie zamyka drogi do kariery w innych dziedzinach. Przecież redagowanie tekstów, czy umiejętność występowania przed mikrofonem lub kamerą, to kompetencje uniwersalne, mogą się przydać niezależnie od tego, jaki zawód się wykonuje – przekonuje Marcin Superczyński.

 

Tomasz Nieśpiał