Nie ma wolności mediów bez medialnego ładu – zauważa ks. MARIUSZ FRUKACZ

„Raport o wolności mediów krajów Inicjatywy Trójmorza”, przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, dotyka takich spraw jak: wolność, niezależność, pluralizm mediów.  To tematyka ważna nie tylko dla dziennikarzy, ale dla wszystkich, których interesuje problematyka współczesnej demokracji.

 

W raporcie, jak zauważają jego autorzy, po raz pierwszy bowiem udało się zebrać w formie opracowania o charakterze materiału źródłowego ulotne i niedostrzegane często opinie i doświadczenia dziennikarzy nie reprezentujących jedynie tzw. media mainstreamowe, czyli te o największym audytorium  w danym kraju. Są to opinie i doświadczenia dziennikarzy z krajów Inicjatywy Trójmorza. Autorzy raportu dotarli do stolic tych krajów m.in. Sofii, Budapesztu, Bukaresztu, Zagrzebia, Lubljany, Pragi, Bratysławy, Tallina, Rygi i Wilna.

 

Kiedy myślę o wolności mediów, to często jednak powracam do pytania o ład medialny, a co za tym idzie o jakość języka publicznych debat.

 

Pluralizm na rynku medialnym i ład medialny

 

Jednym z istotnych cech współczesnej demokracji jest pluralizm, czyli możliwość prezentacji różnorodnych opinii w przestrzeni medialnej oraz możliwość dotarcia z tymi opiniami do opinii publicznej. W raporcie czytamy, że „zdecydowana większość ankietowanych wystawiła »dobrą«»bardzo dobrą« ocenę pluralizmu mediów w ich krajach. Oznacza to, że dziennikarze dostrzegają obecność na rynku medialnym wielu różnorodnych podmiotów, reprezentujących szerokie spektrum poglądów, tematów i opinii. Jak na kraje demokratyczne, stosunkowo duży jest przy tym odsetek osób mających przeciwne zdanie. Tych, który oceniają pluralizm mediów w swoim kraju negatywnie (»źle« lub »problematycznie«), jest ponad 25%. Razem z odpowiedziami »częściowo dobrze« to blisko 45% ankietowanych. To naprawdę dużo”.

 

Moim zdaniem problem pluralizmu łączy się z innym ważnym zagadnieniem, a mianowicie z ładem medialnym. Nie mam przekonania, co do tego, że w Polsce już możemy mówić o dobrym ładzie medialnym. Wydaje mi się również, że wciąż temat ten nie jest poruszany wystarczająco w debacie publicznej. Wiele lat temu o problematyce ładu medialnego pisał bp Adam Lepa. Ten ceniony znawca mediów zauważył, że bez udziału ładu medialnego nie zbuduje się społeczeństwa komunikacji. Ład medialny wpływa na najważniejsze sektory życia publicznego. Zdaniem bp. Lepy „ma też walor strategiczny, stoi bowiem na straży bezpieczeństwa obywateli. Jego obecność albo deficyt daje znać o sobie w skali państwa i świata. Zakłócenia w ładzie medialnym prowadzą do chaosu i skutkują groźnymi następstwami. Dlatego refleksja nad ładem medialnym jest dziś bardzo ważna i potrzebna”.

 

Bp Lepa zauważył, że „ład medialny to przede wszystkim stała równowaga w świecie mediów, umożliwiająca obywatelom zarówno dostęp do informacji powszechnej i prawdziwej, jak i budowę więzi komunikacyjnych. »Równowaga« zaś to po prostu optymalny stan w poszczególnych sektorach mediów, takich jak ich struktura, zasady ustrojowe, ustawodawstwo w dziedzinie mediów, udział obcego kapitału, bezpieczeństwo państwa w zakresie informacji czy ochrona obywateli przed negatywnym wpływem mediów” (zob. tutaj)

 

Po przestudiowaniu „Raportu o wolności mediów krajów Inicjatywy Trójmorza” zauważam, że dotyka on tak naprawdę problematyki ładu medialnego. Wśród krajów Inicjatywy Trójmorza (poza Austrią), wszystkie mają za sobą doświadczenie ustroju komunistycznego. Dlatego dla ładu medialnego (również w Polsce) wciąż ważne pozostają pytania: jaki jest stopień koncentracji mediów będących w rękach firm międzynarodowych i jak dalece dominacja kapitału zagranicznego powoduje zachwianie równowagi w świecie mediów? A także: czy treści publikowane tymi kanałami uwzględniają dobro narodu i państwa, czy też całkowicie poddane są interesowi obcych firm i realizują ich hierarchię wartości z bezwzględną dominacją wartości rynkowych?

 

Niezależność mediów i język debaty

 

To kolejny ważny temat poruszony w raporcie. Niezależność mediów to obok ich pluralizmu podstawowe kryterium składające się na ocenę stanu wolności słowa danego państwa. „Odpowiedzi oceniające niezależność mediów jako »częściowo dobrą«, »problematyczną«, »złą«»bardzo złą« stanowią łącznie ponad 67%. To uprawnia do twierdzenia, że w krajach Inicjatywy Trójmorza niezależność mediów to problem realny” – czytamy w raporcie. W raporcie zwrócono uwagę, „iż jeśli zsumuje się odpowiedzi sygnalizujące problemy w tym aspekcie realizacji zasady wolności mediów, to wynik będzie co najmniej niepokojący”.

 

Jednak wydaje mi się, że poruszając problem niezależności mediów, wolności słowa, nie wolno pominąć refleksji nad językiem, którym posługujemy się w życiu publicznym. W marcu 2019 r. ukazał się bardzo ważny list społeczny episkopatu pt. „O ład społeczny dla wspólnego dobra”. Biskupi wzywają w nim wszystkich uczestników życia publicznego do głębokiej refleksji nad językiem i do szacunku zarówno dla oponentów, jak i dla odbiorców. „Wzywamy wszystkich uczestników życia publicznego, zwłaszcza polityków, dziennikarzy, publicystów i użytkowników mediów społecznościowych, ale także zabierających głos w gronie rodzinnym, sąsiedzkim i współpracowników, do głębokiej refleksji nad językiem używanym w rozmowach o sprawach publicznych” – napisali biskupi.

 

„Odpowiedzialność za język debaty publicznej ponoszą zwłaszcza środki społecznego przekazu. Dociekliwość w dążeniu do prawdy, rzetelny i uczciwy opis złożonej rzeczywistości, pluralizm prezentowanych opinii, równy dystans do wszystkich opcji politycznych, rzeczowość unikająca zbędnych emocji, daleki od jednostronności oraz uproszczeń język – to istota medialnej posługi na rzecz dialogu i dobra wspólnego” – kontynuują biskupi. (Zob. dokument)

 

Na zakończenie warto przywołać słowa, które wypowiedział kiedyś Jan Paweł II: „Wolności nie można tylko posiadać, ale trzeba ją stale zdobywać, tworzyć. Może ona być użyta dobrze lub źle, na służbę dobra prawdziwego lub pozornego”.

 

Wydaje się, że musimy o tym pamiętać, kiedy myślimy o wolności i niezależności mediów.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tygodnika katolickiego „Niedziela”

 

Więcej o raporcie

 

Potrafił rozmawiać – wspomnienie ŁUKASZA WARZECHY o ś.p. Andrzeju Godlewskim

W sobotę pożegnaliśmy Andrzeja Godlewskiego, dziennikarza. Tyle wystarczy – kto jest ciekaw, jak przebiegała bardzo bogata dziennikarska kariera zmarłego, bez trudu odszuka te informacje w internecie.

 

Kościół pw. Wniebowstąpienia Pańskiego na Ursynowie był pełny, Mszę Świętą koncelebrowało siedmiu księży. Prócz rodziny, przyjaciół i wiernych z parafii, w której Andrzej aktywnie działał, było też wielu dziennikarzy, m.in. Piotr Semka, Wiktor Świetlik, Michał Karnowski, Tomasz Sianecki, Marcin Antosiewicz, Piotr Zaremba, Justyna Dobrosz-Oracz, Grzegorz Chlasta.

 

Na zdjęciu, ustawionym przed trumną, Andrzej był uśmiechnięty na swój charakterystyczny sposób. To fotografia, którą wstawił na profile w mediach społecznościowych. Jest wciąż na Twitterze i Facebooku.

 

Andrzej odszedł w wieku zaledwie 49 lat po kilkuletniej walce z wyjątkowo wredną i wyjątkowo rzadką odmianą nowotworu. Był aktywny niemal do samego końca. Jeszcze na kilka tygodni przed odejściem organizował debaty i spotkania, był gościem w mediach. Ostatni wpis na jego profilu na FB o kolejnej debacie jest z 15 maja. Andrzej zmarł 7 czerwca. Wiedział, że odchodzi. Miał w sobie tyle spokoju, że zdążył przygotować list pożegnalny, który odczytano podczas nabożeństwa żałobnego.

 

Spotkaliśmy się po raz ostatni przy okazji jakiejś dyskusji może ze dwa miesiące wcześniej. Po Andrzeju właściwie prawie nic nie było widać. Zawsze tak samo uśmiechnięty, tak samo miły, nie epatował swoimi problemami, obawami, cierpieniem. Wręcz przeciwnie – można by sądzić, że ma się przed sobą całkowicie szczęśliwego, spokojnego o przyszłość człowieka. Może zresztą tak było – Andrzeja uspokajała jego głęboka wiara. Gdyby ktoś nie wiedział, że toczy walkę o własne życie, nie podejrzewałby.

 

A kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy? Nie jestem nawet w stanie dokładnie odtworzyć. To musiało być podczas jednego z wyjazdów studyjnych, w których wielu brałem udział na etapie przygotowania Polski do przystąpienia do UE. Czyli znaliśmy się ponad 15 lat. Nie była to wielka przyjaźń czy bardzo intensywna znajomość, ale mieliśmy ze sobą zawsze kontakt, nieustannie gdzieś na siebie wpadaliśmy. I widząc go, zawsze bardzo się cieszyłem. Był kolegą, którego niezmiennie witało się z wewnętrznym impulsem radości, że jest, że się go widzi, że można zamienić kilka słów.

 

Teraz wyjaśnię, dlaczego to wspomnienie umieszczam w cyklu felietonowym na portalu SDP. Otóż kiedy się poznaliśmy, nasza rzeczywistość medialna i polityczna wyglądały inaczej niż dzisiaj. Wtedy te cechy Andrzeja, na które wskazywało wiele osób, wspominając go ostatnio, nie kontrastowały aż tak mocno z tłem, bo tło było bardziej stonowane. Myślałem o nim po prostu: miły facet, może trochę zbyt miękki, zbyt wstrzemięźliwy.

 

Tymczasem na tle rzeczywistości medialnej i publicznej AD 2019 Andrzej jawił się już jako epigon. Był kimś niezwykłym.

 

Po pierwsze – wyróżniał się kompetencjami. Przy coraz większym dyletanctwie dzisiejszych dziennikarzy, Andrzej po prostu błyszczał w swojej tematyce, głównie niemieckiej (mówił znakomicie po niemiecku, ale to nic dziwnego, skoro studiował w Lipsku) i europejskiej. A przy tym nigdy nie był protekcjonalny. Jeżeli komuś zdarzyło się popełnić merytoryczny błąd, zwracał uwagę w tak delikatny i przychylny sposób, że można mu było być tylko wdzięcznym. Odejście Andrzeja to pod tym względem ogromna strata. Z polskiego dziennikarstwa zniknęła jedna z zaledwie kilku osób, tak świetnie orientujących się w sprawach niemieckich i europejskich. Jedna z niewielu, od których mogliby się uczyć młodzi dziennikarze.

 

Po drugie – i to jest nawet ważniejsze – Andrzej był człowiekiem – podkreślam: człowiekiem, nie tylko dziennikarzem – nadzwyczaj łagodnym, uprzejmym, delikatnym i niekonfrontacyjnym. To, co kiedyś wydawało mi się może nadmierną miękkością, w ostatnich latach stało się towarem deficytowym, dobrem rzadkim, czymś unikatowym i bardzo, bardzo cennym. To była zdolność do rozmowy – bez pokrzykiwania, bez złośliwości, bez śladu napastliwości – z tymi, z którymi Andrzej mógł się głęboko nie zgadzać. Andrzej miał swoje poglądy, niezbyt kompatybilne z linią obecnej władzy, ale umiał do nich spokojnie przekonywać. Nie było w nim drapieżności, tak dzisiaj cenionej u tych, których Robert Mazurek nazwał w niedawnym wywiadzie „gniazdowymi”. Andrzej ratował, ocalał, odtwarzał zdolność do polemiki z maksymalnym szacunkiem dla drugiej strony. To dzisiaj ekstremalnie rzadka cecha, gdy premiowana jest medialna agresja, zero-jedynkowość i poniewieranie przeciwnika (właśnie przeciwnika, a nie polemisty, bo każdy, kto się nie zgadza, jest traktowany jak wróg).

 

Andrzej był też człowiekiem głęboko wierzącym i zapewne to również wpływało na jego postawę wobec bliźnich.

 

Chciałbym, żeby ta część Andrzejowego charakteru i sposób, w jaki działał jako dziennikarz, jakoś w nas pozostała. Żebyśmy potraktowali ją jako testament odchodzącego (zdecydowanie zbyt wcześnie) kolegi, który jest już w innym, lepszym świecie.

 

Andrzeju, spoczywaj w pokoju. Będzie tu Ciebie bardzo brakowało.

 

Łukasz Warzecha

 

LUDZIE, KTÓRZY TWORZYLI TVP. To i owo o Wowo – STEFAN TRUSZCZYŃSKI wspomina Włodzimierza Bielickiego

Wśród „telewizorków” lat 70., gdy z nimi współpracowałem i nawet się przyjaźniłem, Wowo Bielicki wyróżniał się wszystkim. Przyuważyłem go dużo wcześniej – w latach 50., 60. – sam będąc chłopcem od podawania piłek tenisowych. A rzecz działa się na sopockim korcie. Niedużym, ale zabytkowym, o który walczą dziś zażarcie pazerni ludzie o chamskich obyczajach. Mieszkaliśmy tuż obok – Helska 2 – i codziennie wiele godzin spędzałem na korcie.

 

 

To była przystań, salon sopockiej elity, która przybyła tu – po wojnie – do pustych domów modnego – przed wojną –  kurortu. Z Wilna, Lwowa, Krakowa i Warszawy.

 

Sopot (a nie jak czasem słychać Sopoty) to było molo, Grand Hotel, pnąca się stromo ulica – wówczas Rokossowskiego, a dziś (od 1956 r.) Bohaterów Monte Cassino. Były piękne wille po bogatych gdańszczanach, wreszcie Opera Leśna i Łysa Góra – zimowy salon inteligencji jeżdżącej na nartach, z niewielką skocznią narciarską i torem saneczkowym na morenowych wzgórzach otaczających miasteczko (40-tysięczne – wtedy i dziś).

 

Niedaleko w Gdańsku  był słynny „Bim Bom” – zakładany miedzy innymi przez Wowa, „Czarny Kot”, „Żak” z Afanasjewem, Cybulskim, Kobielą, Federowiczem, Wojtychem.   „Teatr Wybrzeże” – z bardzo popularnymi młodymi aktorami Elżbietą Kępińską  i Władysławem Kowalskim, a także Zdzisławem Maklakiewiczem. Teatralną sceną wybrzeża dyrygowali – Iwo Gall, a potem Zygmunt Hubner żonaty z piękną aktorką Mirosławą Dubrawską. Gościnie Andrzej Wajda reżyserował „Kapelusz pełen deszczu” Arthura Millera, a w „Hamlecie” występował Edmund Fetting. W  pamiętnym „Do wiedzenia, do jutra” Janusza Morgensterna są sceny z Sopockiego kortu z bohaterem niniejszego wspomnienia Wowo Bielickim i Romanem Polańskim.  Wtedy też powstał kultowy film „Dwaj ludzie z szafą”, w którym można dostrzec młodego Mariusza Dmochowskiego.

 

Gdynia była marynarska i rybacka. Gdańsk  z wielkim nakładem odbudowany przez cały kraj, z bardzo ważnym dla Polski przemysłem stoczniowym. Wreszcie Sopot – artystyczny, z małym rybackim porcikiem na południe od przepięknego mola, którego architektura została obecnie zakłócona przez dobudowanie mariny dla milionerów (postój nawet dla małych jachcików jest tam bardzo drogi).

 

W takim anturażu studiował młody artysta, przebojowy, o niespożytej energii.  Przybył do Sopotu ze stolicy. Bo Wowo to rodowity Warszawiak urodzony w 1932 roku. Jego krewni w ciągu ubiegłych wieków w Warszawie mieli nie tylko pojedyncze kamienice, ale np. na ulicy Miodowej kilkanaście domów w szeregu.

 

   Wowo Bielicki urodził się w Śródmieściu, w domu na Krakowskim Przedmieściu niedaleko pomnika Kopernika.  Tam też chodził do szkół. I co tu ukrywać  – miał opinię Casanovy.

 

Jednak wyjechał do Sopotu, gdzie studiował i skończył Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych. Odpłacił się za te studia sowicie – zostawił po sobie ogromną ilość prac i dokonań. Przez całe życie wymyślał, projektował i realizował setki scenografii. Małych, średnich, w teatrze, operze, a także w telewizji. Reżyserował też i prowadził od strony artystycznej masowe imprezy na stadionach i placach. Wowo był tytanem pracy. Cieszył się nią, a rezultatami cieszył ludzi.

 

To co teraz piszę ma być cyklem o ludziach telewizji  których znałem. Wracam więc  do zdania pierwszego – Wowo wyróżniał się wszystkim.

 

Gdy nastał prezes Maciej Szczepański, którego – na wyrost – nazywano nawet „krwawym Maciejem”, Wowo potrafił się postawić na publicznym zebraniu.  – Kto Pan jest? – zapytał groźnie Prezes. Wowo grzecznie objaśnił, że jest głównym reżyserem telewizji  i być może przestałby nim być , gdyby nie ujęli się za nim redaktorzy potrzebni wówczas Szczepańskiemu.

 

   Wowo był osobowością. Gdy powstawał nowy projekt działu publicystyki, konsultowano się z nim nie tylko w sprawach scenograficznych, reżyserskich, ale także dotyczących wyboru tematów. Był  życzliwy, bez zazdrości zawodowej. A to rzadkie wśród ludzi sztuki. Może dlatego, że był multiinstrumentalistą – reżyserem, realizatorem, redaktorem, a często również autorem.

 

Potrafił sobie zjednywać ludzi. Ci którzy z nim współpracowali nie tylko sowicie korzystali ze wspaniałej wyobraźni artysty, ale w sposób widoczny bardzo się rozwijali pod wpływem człowieka, który miał niespożytą energię i zapał, zawsze wierzył, że wszystko się uda.

 

 

Fot. Joanna Bielicka

Miał też odwagę. Wówczas nie kupowano gotowych formatów, a wymyślano programy od początku do końca. Takie podejście niezbędne jest przy wielkich transmisjach i imprezach plenerowych. Trzeba mieć wówczas wyobraźnię antycypującą jak zachowają się  tłumy widzów. Imprezy masowe są w części improwizowane, ale jednak powinny być kontrolowane przez tworzącego widowisko. Takie były „Wieloboje Gwiazd”, parasportowe programy na żywo, na największych arenach kraju. Wymyślił je Janusz Wieczorek, aprobował Mariusz Walter, reżyserował Wowo. Bezbłędnie do prowadzenia wybrali Jana Ciszewskiego Tomasza Hopfera. A potem na trybunach stadionów zasiadało po kilkanaście tysięcy ludzi, a przed telewizorami kilkaset razy więcej. Programy biły rekordy popularności. Wieloboje gwiazd można by dziś reaktywować. Wtedy w charakterze zawodników brali udział wyłącznie polscy mistrzowie olimpijscy, mistrzowie świata i Europy.

 

Dziś mistrzów sportu nam nie brakuje, a może być ich jeszcze więcej jeśli najzdolniejszych umiejętnie będzie się promować. Iluż to mamy wybitnych narciarzy, kolarzy i lekkoatletów. Nie tylko piłkarzy mamy. Gorzej ze sprawozdawcami. Jeden Przemysław Babiarz nie da rady.

 

   Wowo – to i owo, a wiec jeszcze trochę ciekawostek. Miał reżyser konia wyścigowego na spółkę z aktorem-gwiazdorem Ignacym Gogolewskim. Trzymali go w stajni w Jabłonnej, po której dawno już ślad zaginął. Wowo był także międzynarodowym sędzią tenisowym, bardzo zresztą łagodnym i przymykającym oko na auty. Maszyn do kontroli nie było.

 

   Wowo Bielicki był jednak przede wszystkim artystą-malarzem i scenografem, a także reżyserem. Bywało, że dyrektorował – między innymi teatrem w Wałbrzychu, mieszkając w przepięknym zamku w Książu.

 

   Wowo był skarbnicą wiedzy o sztuce, a także o artystach. Znał ich w końcu osobiście i to przez całe lata. Docenił go Krzysztof Skowroński, twórca i właściciel Radia Wnet. Wowo miał tu stałą audycję, w której opowiadał barwnie i życzliwie o ludziach kultury, a także o wielu ciekawych znajomych.

 

Ludzie sztuki są szybko zapominani. Owszem, wywołują wzruszenie, uśmiech i oklaski. Ale  to wszystko, jest bardzo ulotne i szybko zapominane.

 

Kochajmy artystów. I płaćmy o wiele więcej niż obecnie jest to stosowane. Większość z nich nie opływa w luksusy. Nie jest też prawdą – jak gadają zazdrośnicy – że artysta jeśli chce być  lepszym, musi być głodnym. Częściej wegetowanie kończy się bowiem smutno. Potem mówi się łzawo i wspomina rzewnie, ale to już artysty nie przywróci.

 

Jeszcze jedno. Wysyłamy na ostatnia wachtę artystów do różnych domów niby pogodnej starości. Gdzieś poza miasto. Gdzie daleko jest do teatrów i sal koncertowych. I tak nie powinno być. Wielu spośród starszych może przecież nadal chodzić na spacery, być wśród znajomych, a nie być zamkniętych w czterech ścianach. Może tak jest wygodniej dla „opiekunów”.

 

   Wowo miał rodzinę, kochająca żonę, dwóch synów. Szkoda jednak, że nie poszedł w ślady Ludwika Solskiego. Owszem, żył szybko i ciekawie. Zmarł 24 października 2012 roku. Miał 80 lat.

 

Stefan Truszczyński

 

Wicepremier Gowin: repolonizacja mediów to zadanie na drugą kadencję rządu

Minister nauki i szkolnictwa wyższego, wicepremier Jarosław Gowin zapowiedział, że jeśli Zjednoczona Prawica nadal będzie sprawować władzę, to zadaniem na drugą kadencję rządu powinna być repolonizacja mediów.

 

Wicepremier podczas środowego spotkania w Kartuzach podkreślił, że „szanujące się państwo i szanujący się naród nie może dopuszczać do tego, żeby większość mediów znajdowała się w cudzych rękach”

– I to jest pewne zadanie, które stoi przed naszym rządem, jeżeli będziemy nadal sprawować władzę w następnej kadencji – zapowiedział, zaznaczając, że takie stanowisko nie wynika z obsesji rządu na temat narodowości kapitału w sektorze mediów. – To jest prosty eksperyment myślowy. Gdybym ja jako Polak był np. właścicielem gazety wychodzącej we Francji, to czym bym się zajmował na co dzień? Na pewno tym, żeby sprzedawać, jak najwięcej tej gazety, żeby biznes się kręcił – mówił. – Ale gdyby doszło do sytuacji konfliktu interesów między Polską a Francją, to jako polski patriota w oczywisty sposób zabiegałbym o to, aby należąca do mnie gazeta prezentowała polski punkt widzenia. To jest chyba oczywiste dla każdego z nas – dodał wicepremier.

 

Jarosław Gowin przypomniał, że większość tytułów prasowych w Polsce należy do niemieckich wydawnictw. – Dlaczego my mamy zakładać, że niemieccy właściciele są gorszymi patriotami niż my. Oni też są patriotami, tylko patriotami niemieckimi – zauważył wicepremier. – I jak dochodzi do konfliktu interesów między Polską a Niemcami, to te gazety reprezentują niemiecki punkt widzenia i niemieckie interesy. Ja to widzę w sposób zupełnie czytelny jako minister – podkreślił Gowin.

 

jka, źródło: Wirtualnemedia.pl. Fot: Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego

 

Wieczór z reportażem radiowym w warszawskim Klubie Księgarza

Studio Reportażu i Dokumentu zaprasza w środę, 26 czerwca o godz. 18 do Klub Księgarza (Rynek Starego Miasta  22/24 w Warszawie) na „Spotkanie z Reportażem Radiowym”. W programie m. in. prezentacja reportaży: „Roma” Hanny Bogoryja-Zakrzewskiej i „Mezalians…”  Katarzyny Błaszczyk – autorek książki „Zdarzyło się naprawdę. Opowieści reporterskie.”

 

Oprawa muzyczną zapewni Michał Sawicki (śpiew), a spotkanie poprowadzi Irena Piłatowska, redaktor naczelna Studia Reportażu i Dokumentu.

 

„Mezalians, albo historia pewnej ucieczki” – reportaż Katarzyny Błaszczyk

Kiedy babcia Virena dowiedziała się, że mężczyzna sam umył ubikację, rozpłakała się. W ich rodzinnym domu w New Dehli była specjalna osoba, która zajmowała się tylko czyszczeniem toalety. Virenowi takich rzeczy robić nie wypada ponieważ pochodzi z rodziny indyjskich wojowników. Tymczasem Viren, zamiast kontynuować tradycje rodzinne, wbrew woli ojca, uciekł do Elbląga. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa chodziło o kobietę… Poznali się za pośrednictwem internetu, ale nie na portalu randkowym. Marlena była po prostu ciekawa Indii. Viren wówczas nawet nie widział, gdzie leży Polska. Rodziny, i jej, i jego, były stanowczo przeciwne temu związkowi. O przeszkodach, jakie musieli pokonać, dziś mówią z humorem.

 

„Roma”  to bohaterka reportażu z 2007 roku. Wtedy zachwyciła słuchaczy swoją końską pasją i stosunkiem do Igora – ogiera, którego wychowała i wytresowała. Ten reportaż o Romie powstał w 2007 roku i był zatytułowany „Umowa”. Kończył się rozpaczliwym telefonem od Romy, bowiem pracodawca chciał komuś innemu odsprzedać Igora. Dzięki pomocy pieniężnej słuchaczy mogła zachować konia. Jak zmieniło się jej życie od tamtego czasu?

 

opr. jka, źródło: Studio Reportażu i Dokumentu, fot. SRiD

 

MAJ NA FOKSAL 2019. List z Chin wypełniony cierpieniem

Skrawek papieru z zapisanym wołaniem o pomoc chińskiego dysydenta przypadkowo trafia w ręce pewnej Amerykanki –  to historia opowiedziana w filmie dokumentalnym Leona Lee „List z Masanjia”. Mogliśmy go obejrzeć we wtorkowy wieczór w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5, podczas ostatniego już wydarzenia z cyklu Maj na Foksal organizowanego przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

 

– Film ten pokazuje co się dzieje z ludźmi, którzy ośmielają się wierzyć w coś innego niż partia komunistyczna – powiedziała przed projekcją Hanna Shen, polska dziennikarka mieszkająca na Tajwanie, związana m.in. z Radiem Wnet, która nagłaśnia problemy łamania praw człowieka w Chinach.

 

Akcja filmu zaczyna się w Damascus, w stanie Oregon. Julie Keith, przygotowując przyjęcie urodzinowe dla swojego dziecka, sięgnęła po halloweenową dekorację, którą kupiła kilka miesięcy wcześniej. Pudełko, niczym butelka dryfująca po morzu, skrywało list z prośbą o pomoc. Jego autorem był Sun Yi, więzień chińskiego obozu pracy przymusowej Masanjia. Na skrawku papieru opisuje on nieludzkie warunki panujące w tym miejscu. Sun Yi trafił tam, ponieważ był członkiem Falun Gong. Jest to zakazana i zwalczana przez chińskie władze praktyka duchowa, która łączy medytację, ćwiczenia i filozofię moralną. Dokument w komiksowych sekwencjach pokazuje piekło, które Sun Yi przeszedł w obozie pracy.  Julie Keith przekazuje list z Masanjia mediom. Sprawa staje się głośna. Pod wpływem międzynarodowych nacisków Chiny rezygnują z systemu „reedukacji poprzez pracę” i zamykają m.in. obóz Masanjia.

 

Jak się późnej okazuje są to działania pozorne Sun Yi dalej doświadcza w swoim kraju prześladowań (sądzi, że władze dowiedziały się o powstającym z jego udziałem filmie o Masanjia). Podupada na zdrowiu. Udaje mu się uciec do Indonezji. Czeka na azyl. W Dżakarcie dochodzi do zaaranżowanego spotkania z Julie Keith, która pokazuje mu jego list i halloweenową dekorację, do której był dołączony („Koszmar” – mówi Yi, biorąc do ręki styropianową ozdobę). Film kończy informacja, że bohater zmarł w dziwnych okolicznościach. Zemsta? Sprawka chińskich służb? Oficjalnie przyczyną śmierci była niewydolność nerek, ale rodzinie nie dano możliwości potwierdzenia tego.

 

Widzowie, którzy przybyli we wtorkowy wieczór na Foksal, byli wyraźnie poruszeni obejrzaną historią.  – Nasza świadomość łamania praw człowieka w Chinach jest mała – mówiła Hanna Shen. Dodała, że władze chińskie wydają ogromne pieniądze na propagandę, między innymi dlatego większość ludzi na świecie nie wie, co tak naprawdę dzieję się w Państwie Środka.

 

– To był szczególny pokaz, który zamknął tegoroczny Maj na Foksal. W imieniu prezesa Krzysztofa Skowrońskiego zapraszam za rok  – pożegnał zebranych Stefan Truszczyński, członek Zarządu Głównego SDP.

 

 

 

Sfinansowano ze środków Fundacji PZU

 

Reporter potrzebny od zaraz – TOMASZ NIEŚPIAŁ analizuje dziennikarski rynek pracy

Dziennikarzom bezrobocie raczej nie grozi. Ale pracodawcę, który zapewniałby stabilne warunki zatrudnienia i dobrą pensję nie jest łatwo znaleźć.

 

Polska Agencja Prasowa szuka redaktora nocnego. Jak wynika z ogłoszenia zamieszczonego na portalu Pracuj.pl do jego obowiązków należeć będzie przygotowywanie depesz opisujących najważniejsze wydarzenia z kraju i ze świata podczas nocnej zmiany. Szanse na pracę mają osoby bardzo dobrze znające język angielski i jeszcze jeden język obcy: niemiecki, francuski, hiszpański lub rosyjski. Atutem jest doświadczenie w dziennikarstwie informacyjnym. Na etat nie ma jednak co liczyć. Przewidywana forma współpracy to umowa o dzieło.

 

Na tym samym portalu widnieje ogłoszenie zamieszczone przez Powiatowy Urząd Pracy w Pszczynie na Śląsku. Poszukiwana jest osoba do 30. roku życia, która będzie pracowała w portalu pszczynska.pl. Pensja? Od 2250 zł brutto.

 

Daj mi dziennikarza, znajdę mu zajęcie

 

Dziennikarzy nieustannie szuka działające na Lubelszczyźnie Wydawnictwo Wspólnota Mateusza Orzechowskiego. W ramach grupy ukazuje się dziewięć tygodników lokalnych, a dodatkowo wydawca regularnie poszerza swoje portfolio o internetowe serwisy informacyjne.

 

   – Rotacja w naszej firmie jest naturalna. Jest to związane z przejmowaniem kolejnych tytułów i odchodzeniem ludzi do innych zawodów – mówi Dariusz Jędryszka, dyrektor programowy Wydawnictwa Wspólnota. – Dlatego wyznajemy zasadę: daj mi dziennikarza, a ja znajdę mu zajęcie. Jeśli ktoś jest dobry i chce pracować, to znajdziemy mu taki zakres obowiązków, by go w pełni wykorzystać. Zarówno w jednym z naszych lokalnych tytułów jak i w charakterze pracy zdalnej.

 

Otwarta głowa i język polski

 

Jeszcze niedawno redaktora szukał portal Wpolityce.pl. Natomiast należący do tego samego wydawcy portal wGospodarce.pl ogłaszał się z związku z poszukiwaniem dziennikarzy zainteresowanych gospodarką i umiejących się posługiwać językiem polskim. „Szukamy przede wszystkim osób z otwartą głową, ciekawych świata, gotowych poświęcić czas w pracy z ambitnym zespołem dziennikarskim w zamian za przyzwoitą płacę” – zachęcano w ogłoszeniu.

 

Dziennikarza w Miastku na Pomorzu szuka Polska Press Grupa. Wymagania? Minimum rok doświadczenia na stanowisku reportera, wykształcenie wyższe, dyspozycyjność, prawo jazdy. Co w zamian? Możliwość rozwoju zawodowego, zdobycie doświadczenia pracy w mediach, twórczą atmosferę w pracy i umowa o pracę.

 

Jak przyznaje Dariusz Jędryszka, w powiatowych miasteczkach trudno znaleźć dziennikarzy. – Zwykle więc trzeba ich ściągać z większych miast lub uczyć młodzież, co bywa długotrwałym procesem – wyjaśnia Jędryszka.

 

Na przestrzeni ostatnich lat tygodniki działające w ramach Wydawnictwa Wspólnota współpracowały z dziennikarzami, którzy odchodzili z mediów o charakterze regionalnym, np. „Dziennika Wschodniego”, czy Radia Lublin. – Szczególnie wartościowi są lokalni korespondenci takich mediów. Mają doświadczenie i solidny dziennikarski warsztat, a jednocześnie znają lokalną społeczność i jej problemy – przyznaje Dariusz Jędryszka, który przed przejściem do Wspólnoty, przez wiele lat był dziennikarzem „Dziennika Wschodniego”.

 

Dziennikarz w sieci

 

Marcin Superczyński, wieloletni dziennikarz radiowy, który dziś wykłada dziennikarstwo na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, przekonuje, że ludzie, którzy zaczynają studia dziennikarskie mają zwykle mgliste pojęcie o tym, jak naprawdę wygląda ten zawód. – Dlatego ucząc studentów dziennikarstwa staramy się to robić wielokierunkowo. Tłumaczymy, że warsztat jest ważny, ale też wiele zależy od ich mobilności i posiadania szerszych kompetencji, bo jako praktycy dobrze wiemy jak ten rynek wygląda: czasem trzeba się zderzyć z brutalną rzeczywistością – mówi Marcin Superczyński.

 

Doskonale to wie Jarosław Kałucki, były wrocławski korespondent „Rzeczpospolitej”. Jego zdaniem ilość pojawiających się ogłoszeń dotyczących pracy dla dziennikarzy, nie przekłada się na ich jakość. – Często te ogłoszenia skierowane są do copywriterów, a nie dziennikarzy. Cześć mediów, głównie portali internetowych, tak naprawdę poszukuje mediaworkerów, którzy będą dostarczać treści, a nie artykuły dziennikarskie. Serwisy typu wPolityce.pl, czy NaTemat.pl nie zdobywają własnych newsów tyko opisują i komentują cudze. Czy to jest dziennikarstwo? Moim zdaniem nie – ocenia Jarosław Kałucki.

 

Wracamy do ogłoszeń. Oferty z początku czerwca dotyczą też m.in. poszukiwań redaktora serwisu Kobieta.pl, czy redaktora online w Antyradio.pl.

 

Dziesiątki anonsów skierowanych do dziennikarzy znaleźć można na portalu sdp.pl. Ogłaszają się redakcje ogólnopolskie i lokalne, różnego rodzaju wydawnictwa i firmy poszukujące osób z tzw. „lekkim piórem”.

 

Z kolei w dziale „oferty pracy” w portalu Wirtualnemedia.pl pośród setek ogłoszeń, kilkadziesiąt dotyczy pracy na stanowisku dziennikarza. Szukają m.in. TVN, Polsat i same Wirtualnemedia.pl.

 

Czym się kieruje redakcja podczas rekrutacji? Jakiego rodzaju kompetencje cenią u dziennikarzy najbardziej i czy kandydatom, którzy się zgłaszają do pracy w portalu trudno sprostać oczekiwaniom redakcji? – takie pytania zadaliśmy w e-mailu do Marcina Szumichory, dyrektora zarządzającego i redaktora naczelnego Wirtualnemedia.pl. Do czasu publikacji tego tekstu, nie otrzymaliśmy jednak odpowiedzi. Bez odzewu pozostały także nasze e-maile, w których pytaliśmy o sposoby rekrutacji dziennikarzy skierowane do innych ogólnopolskich redakcji, m.in. „Rzeczpospolitej”, „Wprost” czy „Dziennika Gazety Prawnej”.

 

Według Jarosława Kałuckiego kluczowa w ogłoszeniach jest rzeczywista oferta redakcji. – Na jaką pensję mogą liczyć dziennikarze? Czy jest to etat, czy umowa śmieciowa? Jeśli etat, to co się za nim kryje? – wylicza Jarosław Kałucki. – Realia są takie, że redakcje chętnie wpuszczą autora na swoje łamy, ale pod warunkiem, że to on sam sobie zapłaci ZUS, pokryje koszty związane z przygotowaniem artykułu, a w razie problemów prawnych weźmie na siebie całą odpowiedzialność – zauważa były korespondent „Rzeczpospolitej”.

 

I dodaje: – Nawet jeśli znajdzie się redakcja skłonna zapłacić kilkaset złotych za obszerny i pracochłonny artykuł, to pozostaje pytanie: ile naprawdę dobrych tekstów w miesiącu jest w stanie napisać taki wolny strzelec? Cztery może pięć, pewnie nie więcej. Jeśli znajdzie się w ogóle redakcja zainteresowana kupnem artykułów, to po odliczeniu kosztów, trudno mówić o godnych zarobkach.

 

Dziennikarskie pensje i wysokość honorarium autorskiego to oddzielny temat. Opisywaliśmy go na portalu sdp.pl w tekście „Siódme przykazanie. Jak zarabiają freelancerzy”.

 

   Z analizy portalu Wynagrodzenia.pl wynika, że mediana na stanowisku dziennikarza w Polsce wynosi 4060 zł brutto. To oznacza, że co drugi dziennikarz otrzymuje pensję od 3010 do 5 300 zł miesięcznie. 25 procent dziennikarzy zarabia poniżej 3 tys. zł, a na zarobki powyżej 5 300 zł brutto miesięcznie może liczyć grupa 25 proc. najlepiej opłacanych dziennikarzy.

 

   Jarosław Kałucki przypomina jednak, że różnice między stawkami warszawskimi a tymi oferowanymi w regionalnych i lokalnych redakcjach są duże. Nie zmienia się jednak to, że niezależnie od miejsca pracy, honoraria od lat spadają.

 

Według Kałuckiego kluczowy moment, który rzutuje na obecną sytuację ekonomiczną wielu dziennikarzy to koniec lat 90. – Redakcje wyszły z założenia, że bardziej opłacalne będzie zaangażowanie studentów, praktykantów i stażystów, których teksty ostatecznie zredagują redaktorzy. Ruszyła lawina, która szybko zepsuła rynek – uważa Jarosław Kałucki.

 

Zmiany jakie zachodzą w mediach w ostatnich latach mogą być jednak dla wielu osób szansą na pracę, czy rozwój zawodowy i finansowy w tej branży. – To już nie jest ten sztywny podział na prasę, radio i telewizję. Internet i media społecznościowe, które są dziś nieodłącznym elementem pracy dziennikarza sprawiły, że każdy może sobie znaleźć swoje miejsce w mediach – przekonuje Marcin Superczyński. Jego zdaniem szczególnie przed młodymi ludźmi pojawia się szansa na sukces, bo oni dobrze się w tym orientują. – Media społecznościowe i nowe technologie, bez których współczesne dziennikarstwo nie istnieje, to dla nich naturalne środowisko. Oni wiedzą na czym polega praca na zapleczu Internetu, potrafią tworzyć treści pod kątem wyszukiwarek internetowych – analizuje wykładowca dziennikarstwa na KUL.

 

Nasi rozmówcy podkreślają też, że choć na dziennikarskim rynku bywa różnie, to medialne doświadczenie przyda się niemal w każdym zawodzie. – Dziennikarstwo nie zamyka drogi do kariery w innych dziedzinach. Przecież redagowanie tekstów, czy umiejętność występowania przed mikrofonem lub kamerą, to kompetencje uniwersalne, mogą się przydać niezależnie od tego, jaki zawód się wykonuje – przekonuje Marcin Superczyński.

 

Tomasz Nieśpiał

 

Nagroda Dziennikarska „Ślad” dla Tomasza Krzyżaka

Tegorocznym laureatem Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka został Tomasz Krzyżak, dziennikarz, publicysta i kierownik działu krajowego „Rzeczpospolitej”.

 

Wyróżnienie przyznano mu „za niezależność i odwagę w podejmowaniu tematów trudnych, w tym dotyczących Kościoła i religii, oraz formułowanie opinii w sposób, który nikogo nie obrażając, zmusza do refleksji i debaty publicznej”.

 

Do nagrody nominowani byli również : Aneta Liberacka, założycielka i redaktor naczelna multimedialnego portalu Stacja7, inicjatorka Akademii Dziennikarskiej oraz Maciej Wierzyński, dziennikarz i publicysta TVN24, ekspert spraw mędzynarodowych i autor magazynu „Horyzont” emitowanego na antenie TVN24. W tym roku kapituła postanowiła przyznać też Nagrodę Specjalną, którą otrzymał śp. Piotr Pawłowski (1966–2018), działacz społeczny, założyciel i prezes Fundacji Integracja, wieloletni redaktor naczelny magazynu „Integracja” oraz portalu niepełnosprawni.pl.

 

Nagroda Dziennikarska „Ślad” przyznawana jest od 2002 r. Jej patronem jest tragicznie zmarły rok wcześniej w wypadku samochodowym rok bp Jan Chrapek – człowiek mediów i przyjaciel środowiska dziennikarskiego.

 

jka, źródło: ekai.pl, fot. Rzeczpospolita

 

Polski proces przeciw Facebookowi w globalnym kontekście – analizuje MIROSŁAW USIDUS

Miejmy nadzieję, że rozstrzygnięcia sądu w sprawie Świrski vs. Facebook też będą miały pionierski i precedensowy charakter, wytyczając relację wewnętrznych regulaminów i praktyk stosowanych przez portale społecznościowe do obowiązujących przepisów krajowych.

 

Maciej Świrski, który pozwał Facebooka do sądu, zarzucając mu dyskryminację i cenzurę prewencyjną, poinformował na Twitterze, że przedstawiciele błękitnej platformy podczas pierwszej rozprawy, 5 czerwca próbowali wyłączyć jawność postępowania. Sąd na szczęście się na to nie zgodził. Mamy więc szansę poznać fejsową argumentację, która, według relacji samego pana Macieja, brzmi przedziwnie.

 

W jednym z argumentów procesowych przedstawiciele koncernu twierdzą np., że Świrski nie może reprezentować społeczności Facebooka. Sam, jako członek tej społeczności, zapewniam, że może, choćby mnie, a pewnie nie tylko mnie. Dołączam się i solidaryzuję z panem Świrskim. Ile tysięcy użytkowników, tak jak ja, ma poprzeć sprawę tego pana, żeby „twarzoksięga” przyznała, że jednak reprezentuje społeczność?

 

Przy czym nie chodzi tylko o szczegółową treść i znaczenie skarg pana Macieja. W interesie znacznie większej społeczności, właściwie wszystkich Polaków, jest wyjaśnienie, do jakiego stopnia w kraju, w którym obowiązują konkretne przepisy prawa i Konstytucja, ludzie Marka Zuckerberga mogą sobie na swojej platformie kierować się „standardami”, które są inne niż prawo obowiązujące na terenie Rzeczypospolitej Polskiej.

 

Trzeba też od razu wyjaśnić, że Maciej Świrski nie pozywa fejsa w imieniu Reduty Dobrego Imienia, z którą jest związany. Pozwał portal z powództwa prywatnego w 2016 roku, po Marszu Niepodległości. Jego skarga dotyczy znikania z Facebooka przed 11 listopada stron i profili niektórych osób i instytucji m.in. organizujących marsz. Pozew cytuje również przykłady cenzury, z którymi zetknęły się różne znane osobistości życia publicznego, związane z szeroko rozumianą prawicą.

 

Czy sąd sprosta?

 

Przypominam, że pisałem o tym problemie na portalu SDP wielokrotnie. Komentowałem na przykład w grudniu ubiegłego roku umowę, którą Ministerstwo Cyfryzacji podpisało z przedstawicielami Facebooka, otwierającą drogę polskim użytkownikom społecznościówki weryfikacji odmowy dotyczącej odwołania od decyzji o blokadzie treści na ich profilu przez tzw. „punkt kontaktowy”. Wówczas, jak zapewniali przedstawiciele resortu, Polska była pierwszym krajem, w którym coś takiego ma być możliwe.

 

Miejmy nadzieję, że rozstrzygnięcia sądu w sprawie Świrski vs. Facebook też będą miały pionierski i precedensowy charakter, wytyczając relację wewnętrznych regulaminów i praktyk stosowanych przez portale społecznościowe do obowiązujących przepisów krajowych. Może tak  się stać, ale nie musi. Nie mam niestety pewności, czy sąd sprosta tej sprawie merytorycznie, czy poradzi sobie z technicznymi kwestiami związanymi z funkcjonowaniem serwisów internetowych, w szczególności społecznościówek. O tym też wspominałem niedawno, pisząc o pomyśle na „internetowe sądy pokoju”. Obawiam się niestety, że z powodu trudności z ogarnięciem „technikaliów” sąd podejmie ostatecznie decyzję, którą nazwijmy „chowaniem głowy w piasek”, unikając ustanawiania ważnego precedensu z lęku przed błędami, co się już w przypadku spraw dotyczących internetu zdarzało.

 

Jednak już sam proces wytoczony Facebookowi jest czymś ważnym, jeśli nie przełomowym. I nawet jeśli wyrok nie zadowoli zwolenników wolności i wyższości przepisów prawa nad cenzorską samowolą administracji serwisu społecznościowego, to sam fakt, iż sprawę rozstrzyga sąd jest krokiem naprzód. Argumentacja, że Facebook jest prywatnym, a nie publicznym serwisem i zasadniczo na wolnym rynku może sobie ustanawiać takie zasady moderacji treści i polityki wobec użytkowników, jakie tylko chce, jest konfrontowana z ogólniejszymi zasadami demokracji – wolności informacji, debaty i wymiany. I na tę płaszczyznę powinniśmy przenosić ten spór, nie odpuszczając serwisowi Zuckerberga spraw fundamentalnych.

 

Lewica: cenzura to bzdura, ale potrzeba więcej cenzury

 

Jak pisałem też niedawno, nikt nie wybrał w demokratycznych wyborach Zuckerberga, szefów Twittera, Apple’a czy Bezosa. Nie ma więc żadnego powodu, aby wolno im było wobec obywatela więcej, niż wolno przedstawicielom i organom państwa. Wspominałem o coraz potężniejszych monopolach spółek technologicznych, które nie tylko niszczą branżę medialną ale kontrolują coraz więcej danych o każdym z nas, same nie podlegając prawie żadnej kontroli. To co zapowiadałem w tekście z 23 kwietnia, czyli akcja prawna przeciw monopolitom tzw. Big Tech, staje się obecnie ciałem za oceanem.

 

Batalia z potentatami występującymi czasem jako skrót GAFA (Google Amazon Facebook Apple) albo też w amerykańskim nazewnictwie „Big Tech”, ma dwa aspekty. Jeden to stosowane przez społecznościówki, ale również przez Google i Apple praktyk cenzury politycznej o dość dobrze widocznym i jednostronnie lewicowym obliczu. Drugi rozgrywa się na płaszczyźnie prawa antytrustowego i kwestii praw konsumenckich.

 

W maju Biały Dom poprosił Amerykanów, by podzielili się swoimi osobistymi historiami na temat cenzury politycznej i uprzedzeń, z jakimi zetknęli się w mediach społecznościowych. Powstało internetowe narzędzie do monitorowania cenzury praktykowanej przez Big Tech. Podawany w połowie maja adres strony – www.whitehouse.gov/techbias – na którą doświadczeni przez facebookowy, youtubowy, twitterowy i google’owy zamordyzm mieli zgłaszać swoje sprawy, w tej chwili prowadzi na pusta stronę. Na razie nie wiem, dlaczego.

 

Oczywiście przedstawiciele mediów lewicowych (w amerykańskim nazewnictwie „liberalnych”) uważają, że antykonserwatywnej i antyprawicowej cenzury w społecznościówkach nie ma w ogóle. Jednocześnie przedstawiciele tych mediów raz po raz nawołują do zaostrzenia cenzury na tych platformach. Ostatnie szeroko komentowane przykłady to Oliver Darcy z CNN wzywający Twittera do zbanowania oficjalnego konta prezydenta Donalda Trumpa czy Joe Bernstein z Buzzfeeda żądający od YouTube stosowania cenzury wobec satyrycznego kanału wideo prowadzonego przez 14-letnią dziewczynkę o pseudonimie Soph, bo w jednym z filmów przebrała się w hidżab.

 

Przedstawiciele lewicy nie widzą sprzeczności logicznej pomiędzy zaprzeczaniem istnienia cenzury a wzywaniem do ostrzejszego cenzurowania treści. Możemy się na to tylko uśmiechnąć. Jeszcze bardziej uśmiechamy się, gdy fakt cenzury potwierdza przedstawiciel uprzywilejowanej w społecznościówkach formacji. Kilka tygodni temu parlamentarzystka Partii Demokratycznej i kandydatka do urzędu prezydenta, Tulsi Gabbard wyraziła sprzeciw wobec cenzury praktykowanej wobec użytkowników Facebooka.

 

„Musimy być gotowi walczyć o prawo wszystkich Amerykanów do wyrażania swoich poglądów, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy” – pisała pani Gabbard w jednym ze swoich tweetów. – „Musimy zachęcać do nieskrępowanej dyskusji na tematy publiczne i zjednoczyć się, aby powstrzymać Facebooka i innych przed próbami cenzury/dławienia/wpływu w debacie publicznej”.

 

Republikanie mogą więc nie tylko liczyć na niektórych przynajmniej Demokratów w postępowaniu antytrustowym przeciwko Big Tech, ale również w walce z politycznymi praktykami cenzorskimi na platformach, które niektórzy eksperci i komentatorzy oceniają jako bardzo poważne zagrożenia dla demokracji i państwa prawa. Mnożą się przykłady ofiar dyskryminacji i prześladowania ze strony cyfrowych potentatów.

 

Należy do nich były kandydat na prezydenta Herman Cain, obecnie zaangażowany w Koalicji na rzecz Standardów dla Mediów Cyfrowych i IT. Cain twierdzi, że cenzura nałożona na niego przez Big Tech spowodowała spadek liczby jego zwolenników, a także zablokowała mu dostęp do internetu. A to już jest wpływanie przez platformy technologiczne na wynik wyborów. Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że nasilające się działania administracji i Republikanów wobec GAFA wynikają z obaw, że platformy te będą wpływały na wyniki wyborów lub próbowały to robić w przyszłym roku, podczas kampanii prezydenckiej w USA w 2020 roku.

 

Inna historia, barwna i niejednoznaczna, to Laura Loomer, aktywistka, „dziennikarka śledcza”, która zasłynęła bardzo niewygodnymi dla Hillary Clinton pytaniami. Nie jest to postać, której można stuprocentowo zaufać. Wielu uważa ją za krzewicielkę bezpodstawnych teorii spiskowych. Twierdzi jednak, że została usunięta z szerokiej gamy platform internetowych, w tym Facebooka, Twittera, PayPala, a nawet Ubera. Jeśli to prawda, to paradoksalnie wiarygodność pani Loomer rośnie, zaś Big Tech wygląda coraz mniej ciekawie. No bo, jeśli to zwykła wariatka i mitomanka, to dlaczego potęgi internetowe ją tak zaciekle i gremialnie zwalczają? Czy chodzi o te pytania do pani Clinton, czy może o to, że udało jej się nagłośnić cenzorskie praktyki Big Tech?

 

Standardy dobrostanu do weryfikacji

 

Drugim nurtem wielkiej batalii z branżą technologiczną są podjęte właśnie kroki administracyjno-prawne przeciw monopolistycznej pozycji Google i innych w Stanach Zjednoczonych. Departament Sprawiedliwości i Federalna Komisji Handlu rozpoczynają przegląd obszarów potencjalnej dominacji największych firm z Doliny Krzemowej.  Jak poinformował „Wall Street Journal”, Departament Sprawiedliwości sonduje obecnie Google, pozostawiając FTC sprawdzenie praktyk Amazona i Facebooka w zakresie uczciwej konkurencji. Niezależnie od tych kroków, House Judiciary Committee ogłosił własne dochodzenie w sprawie stanu „konkurencji na rynkach cyfrowych”, podkreślając swoje zaniepokojenie faktem, że „niewielka liczba dominujących, nieuregulowanych platform ma nadzwyczajną władzę nad handlem, komunikacją i informacją w sieci”.

 

Wojna z Big Tech nie będzie jednak prosta. Zgodnie z większością interpretacji prawnych, rząd amerykański będzie musiał wykazać, że firmy technologiczne nadużyły swojej pozycji monopolisty i zaszkodziły konsumentom. To trudne zadanie w odniesieniu do Google i Facebook, które oferują większość usług za darmo. „Postrzegam te działania jako robienie szumu i wyraz furii, nic w praktyce nie oznaczające” – skomentował akcję administracji USA na łamach „WSJ” Larry Downes z Uniwersytetu Georgetown. Jego zdaniem, jest mało prawdopodobne, aby można było wykazać, że firmy technologiczne naruszyły „standardy dobrostanu konsumentów”.

 

Jednak wzrost potęgi GAFA skłania do ponownego przemyślenia tych standardów. Tak uważa np. Maurice Stucke, były prawnik Wydziału Sprawiedliwości teraz na wydziale prawa na Uniwersytecie Tennessee. W jego ocenie, że chodzi o skupianie się na cenach usług, lecz na odpowiedzi na pytanie, czy firmy technologiczne tłumią konkurencję. Jak dodaje, europejskie działania antymonopolowe przeciwko Google stworzyły „mapę drogową” dla urzędników amerykańskich, która może pomóc im zmierzyć się z gigantem. „Wszystkie obszary naruszeń, które zidentyfikowali Europejczycy, mogłyby zostać wykorzystane przez Stany Zjednoczone” – wyjaśnia.

 

Niedawno Google został ukarany w Europie grzywną 1,5 mld euro za tłumienie konkurencji na rynku reklamy. Zdaniem ekspertów, przy przychodach tej firmy to niewiele znaczy. Jednak podobny cios i zakazanie tego rodzaju praktyk w USA, mogą okazać się dla wyszukiwarkowego potentata bardziej bolesne, bo tam właśnie są jego korzenie.

 

Stucke zauważył, że amerykańskie organy ochrony konkurencji mają przewagę nad swoimi odpowiednikami w UE, ponieważ mogą wymagać „strukturalnych” środków zaradczych lub nawet podzielenia firm, które zdominowały rynek, jak to miało miejsce w latach 80. z monopolem telekomunikacyjnym AT&T a także w pierwotnym orzeczeniu przeciwko Microsoftowi, które zostało potem uchylone w wyniku odwołania.

 

Nie tylko prawica

 

Wprawdzie PR spółek technologicznych kieruje uwagę na polityczny charakter postępowania antymonopolowego i kontekst przyszłorocznych wyborów prezydenckich. Jednak trudno zaprzeczyć, że  krytyka monopolitycznych praktyk Big Tech ma charakter ponadpartyjny. Już w marcu demokratyczna kandydatka na prezydenta Elizabeth Warren wezwała do rozbicia monopoli technologicznych. I nie jest to jedyna przedstawicielka amerykańskiej lewicy, która się za tym opowiada.

 

Demokraci w amerykańskiej Izbie Reprezentantów wszczęli kilka dni temu nowe dochodzenie w sprawie ochrony konkurencji w Dolinie Krzemowej. Prawodawcy chcą odpowiedzi na pytanie, czy tacy giganci technologiczni jak Facebook i Google stali się monopolistami i trzeba ich podzielić. Postępowanie jest prowadzone przez Davida Cicilline’a, demokratę z Rhode Island, który stoi również na czele Podkomisji Antymonopolowej Izby.

 

„Wzrost monopolistycznych potęg w naszej gospodarce jest jednym z najpilniejszych wyzwań gospodarczych i politycznych, przed którymi dziś stoimy. Pozycja potentatów na rynkach cyfrowych przedstawia zupełnie nowy zestaw zagrożeń” – głosi Cicilline w komunikacie prasowym wydanym przez jego biuro  – „(…) bardzo ważne jest, aby Kongres podjął kroki w celu ustalenia, czy istniejące przepisy prawne są odpowiednie do zwalczania nadużyć ze strony strażników platform, czy też potrzebujemy nowych przepisów, aby odpowiedzieć na to wyzwanie.”

 

Poza administracją i parlamentarzystami z obu partii jest mnóstwo branż i podmiotów żywotnie zainteresowanych położeniem kresu dominacji GAFA. Nie chodzi tylko o media tradycyjne i internetowe, które boleśnie odczuwają wysysanie dochodów reklamowych do Google’a i Facebooka, ale również firmy innego typu np. sieci handlowe czy deweloperów internetowych, którym trudno mierzyć się z ekspansjonizmem Amazona. Nawet niektórzy przedstawiciele Doliny Krzemowej nie są skłonni stać po stronie GAFA. Na przykład Yelp i Oracle krytykują Google za manipulowanie polityką regulacyjną z korzyścią dla siebie i podkradanie najlepszych programistów.

 

Podchodząc do problemu praktyk monopolitycznych trzeba, jak się wydaje patrzeć nieco szerzej niż tylko na aspekty finansowe. Nawet jeśli wiele usług Big Tech, takie jak media społecznościowe czy konta Gmail, nie wiążą się z opłatami za aktywację i utrzymanie, to konsumenci płacą przecież swoimi danymi od osobowych po dane, których udostępniania nie zawsze są świadomi, historiami zakupów czy podróży. Ile to jest warte dokładnie w przeliczeniu na użytkownika, trudno szacować. Jednak skoro Google i Facebook zarabiają grube dziesiątki miliardów na wykorzystywaniu tych danych, to jednak są to rzeczy wartościowe  w sensie biznesowym.

 

W tym międzynarodowym i globalnym kontekście proces Maciej Świrskiego przeciw Facebookowi przed polskim sądem wydaje się jeszcze ciekawszy. Mam nadzieję, że sąd nie ograniczy się do rozważań, na ile pan Świrski reprezentuje społeczność użytkowników Facebooka i czy naruszone zostały jego dobra osobiste. Sprawa ta ma znacznie ciekawszy wymiar ogólny i kontekst znacznie ważniejszy niż prywatny żal do serwisu internetowego. Czy sąd zechce na to właśnie tak spojrzeć, jak piszę wyżej, to oczywiście zależy już tylko od sądu.

 

Sprawa jest odroczona do 30 października.

 

Mirosław Usidus

 

Jadwiga Chmielowska odznaczona Medalem Stulecia Odzyskanej Niepodległości

Sekretarz Generalna SDP Jadwiga Chmielowska otrzymała Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości. Odznaczenie to przyznawane jest przez prezydenta RP osobom, które  przyczyniali się do budowania i wzmacniania suwerenności, niepodległości, kulturowej tożsamości i materialnej pomyślności Rzeczypospolitej.

 

Uroczystość wręczenia medali 25 mieszkańcom regionu śląskiego, wśród których znalazła się Jadwiga Chmielowska, odbyła się  w środę, 12 czerwca w Śląskim Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach. Odznaczenia w imieniu prezydenta RP Andrzeja Dudy wręczała podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP, Anna Surówka-Pasek, w towarzystwie wojewody śląskiego Jarosława Wieczorka oraz wicewojewody Roberta Magdziarza.

 

–  Państwa historia jest bardzo wzruszająca. Wszyscy Państwo, każdy w swojej dziedzinie, przyczyniliście się do budowania państwa polskiego, umacniania jego tożsamości. Trzeba o tę Polskę dbać i wciąż niezmiennie ją budować swoją wiedzą i swoim doświadczeniem” – mówiła o uhonorowanych podsekretarz stanu Kancelarii Prezydenta RP, Anna Surówka-Pasek.

 

Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości ustanowiony został w 2018 r., jest nagrodą przyznawaną na pamiątkę stulecia odrodzenia Państwa Polskiego

 

– Ten medal to bardzo duże wyróżnienie,  ci którzy go otrzymali mają naprawdę bardzo duże zasługi. na rzecz mieszkańców danej społeczności i całego województwa –  poinformowała rzecznik prasowy wojewody śląskiego  Alina Kucharzewska.

 

Małgorzata Irena Skórska