Taki postęp już przerabialiśmy – felieton WOJCIECHA POKORY

Sprawa pana Tomasza, któremu firma próbowała narzucić swoją ideologię, przypomina scenę z 1949 roku, gdy na Plac Litewski w Lublinie zwieziono robotników, wręczono im czerwone szturmówki i kazano śpiewać Międzynarodówkę, a za dołączenie się do tłumu śpiewającego hymn „Boże coś Polskę” karano zwolnieniem z pracy.

 

3 lipca to dla mnie, lublinianina, ważna data. Równo 70 lat temu w lubelskiej katedrze dokonał się bowiem cud. Zapłakał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Wydarzenie to, stało się początkiem kultu wizerunku Matki Boskiej Płaczącej, ale także momentem zwrotnym w relacjach państwo-Kościół.

 

Dlaczego pisze o tym wydarzeniu na branżowym portalu dziennikarzy? Z bardzo ważnego powodu. Efektem lubelskiego cudu, a może bardziej społecznej reakcji na ten cud, czyli masowych pielgrzymek do Lublina i wzmożenia życia religijnego, była m.in. szeroka akcja propagandowa ówczesnych władz. Komuniści postanowili wykorzystać okazję do tego, by przeprowadzić operację uświadamiającą wiernym Kościoła katolickiego, gdzie jest ich miejsce. Metody, które wówczas wykorzystano (w 1949 roku), mogą wydać się bardzo nowoczesne i postępowe dzisiejszemu czytelnikowi, bo pod podobnymi hasłami stosowane są i dzisiaj. Uspokoję, 70 lat temu, także nazywano je postępem.

 

Pierwszą metodą było zaprzęgnięcie do walki intelektualistów. Najlepiej katolickich, przecież nie będą Kościoła potępiać innowiercy, żeby nie wyglądało to na zewnętrzną robotę. 14 lipca 1949 roku w Teatrze Miejskim w Lublinie zorganizowane zostało zebranie „demokratycznych katolików” (nie żartuję, tak się określili, przypominam, czasy są stalinowskie), o których pisano, że jest to lubelska inteligencja, którzy to „demokraci” wyrazili zaniepokojenie wykorzystywaniem przez Kościół prostych ludzi, bowiem takie zachowanie „gorszy myślącego katolika”. Na zebraniu głos zabrali członkowie Związku Nauczycielstwa Polskiego, którzy potępili „organizatorów cudu” i pracowników KUL. Spotkanie lubelskiej inteligencji odbyło się pod hasłem: Precz z zacofaniem średniowiecznym.

 

Jednak nie tylko inteligencja potępiła zacofanie niepostępowych katolików. Wykorzystano do tego również aktyw robotniczy. Przywożono pod katedrę pracowników z fabryki obuwia, którzy mieli rzucać w tłum cegłówkami, i prowokować modlących się ludzi do rozrób. Zorganizowano „oddolny” wiec poparcia dla postępowej części społeczeństwa (czyli dla komunistycznej władzy), na który nakazano przyjść pracownikom pod groźbą zwolnienia z pracy. Na wiecu sprawdzano listę obecności i wręczono przybyłym transparenty. Wszystko po to, by ówczesne media (w tym Polska Kronika Filmowa) mogły przygotować obrazek dla reszty społeczeństwa. Hasła, które wówczas zamieszczono na wręczanych robotnikom transparentach, mogą wydać się na dziś znajome. Coraz częściej goszczą bowiem niestety na ekranach naszych telewizorów czy komputerów: Nikt nas nie cofnie do średniowiecza, Lublin nie będzie ciemnogrodem, Precz z politykierami w sutannach, Kościół do modlitwy, a nie do polityki czy też Nie pozwolimy nadużywać wiary do celów politycznych.

 

W mediach pojawiły się artykuły i reportaże, które dziś czytając, widzę obrazki rodem z naszych telewizorów. Zacytuję jeden przykład. (Cytaty przytaczam za książką Marioli Błasińskiej „Cud. W 1949 r. Lublin stał się Częstochową”). Jacek Wołowski pisał w Życiu Lubelskim – Od dwu dni siedzę w Lublinie. Gdy, stojąc dziś w tłumie przed katedrą, spytałem jakiegoś tęgawego księdza w brązowym kiltlu, z teczką w ręce, co myśli o tym, co dzieje się w Lublinie, gdy zadając to pytanie, wyciągnąłem legitymację redakcyjną i dałem mu ją do przeczytania, ksiądz zawołał: – Na kolana, grzeszniku! Zawołał to tak donośnym głosem, iż parę czarno ubranych pań stojących tuż obok ruszyło w moją stronę. Gesty ich były nieprzyjazne, (…) a patrzyły na mnie, jak wielkie kocury na małą biedną mysz(…). Znamy to? Te agresywne „baby” z różańcami atakujące grzecznych i naiwnych reporterów? Tłumy ciemnogrodzkich, opętanych wyznawców, które w różnych powodów postanawiają nienawistnie modlić się publicznie i reagują agresją na media? No to wiedzmy, że to nie wymysł XXI wieku.

 

Prowokacjom na ulicach towarzyszyły prowokacyjne tytuły w prasie.  Prowokacje nie powstrzymają pracy nad odbudową kraju podawały nagłówki „Trybuny Ludu”. Pisano o tym jak wierni i prawdziwi inteligenci powinni traktować swoją wiarę, by odróżnić się od wstecznictwa i fanatyzmu. Zaczęto także wykorzystywać usłużnych duchownych, z których już w niedługim czasie rekrutowali się tzw. księża patrioci, czyli ci, którzy zarejestrowali się w Komisji Księży przy Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Oni doskonale wiedzieli, jakimi wypowiedziami przypodobać się komunistom. Księża, którzy nie dostosowali się do wytycznych władz trafili do więzienia. Wraz z ok. 600 osobami, które wyłapano na ulicy podczas prowokowanych zamieszek lub aresztowano za fakt szerzenia informacji na temat cudu w lubelskiej katedrze.

 

A teraz współczesny wątek:

„W zeszłym miesiącu obchodziliśmy dzień IDAHOT, Międzynarodowy Dzień Przeciw Homofobii, Bifobii i Transfobii (17 maja). Z tej okazji opublikowaliśmy artykuł w naszym intranecie, prezentujący nasze wartości i stanowisko w tej kwestii, zgodnie z komunikacją Grupy Ingka. Jeden z naszych pracowników opublikował komentarz pod artykułem, wyrażając swoją opinię w sposób mogący naruszyć dobra i godność osób LGBT+ . Dodatkowo, pracownik faktycznie wykorzystał cytaty ze Starego Testamentu mówiące o śmierci, krwi w kontekście tego, jaki los powinien spotkać osoby homoseksualne”

 

Pracownik, który opublikował komentarz to pan Tomasz. Pan Tomasz jest katolikiem i głosi katolickie poglądy. Jak sam mówi w wywiadzie, którego udzielił „Naszemu Dziennikowi”, zatrudnił się w IKEI, by zajmować się tym, czego dotyczyła jego umowa o pracę, czyli sprzedażą mebli. I wywiązywał się z tego zadania najlepiej jak potrafił. Nikt nie miał zastrzeżeń do jego pracy. Jednak pewnego dnia, w jego zakładzie pracy obchodzony był „międzynarodowy dzień przeciw homofobii, bifobii i transfobii, aby walczyć o prawa lesbijek, gejów, osób biseksualnych, transpłciowych i osób o wszystkich orientacjach seksualnych i tożsamościach płciowych (LGBT+)”. Obchody tego dnia były promowane jako dzień walki z wykluczeniem. Jak mówi pan Tomek: Gdy przyszedłem w tym dniu do pracy i dowiedziałem się, co będziemy świętować, wziąłem urlop na żądanie. Nie chciałem uczestniczyć w promocji czegoś sprzecznego z wyznawanymi przeze mnie wartościami.

 

Następnego dnia władze firmy zamieściły na wewnętrznej stronie internetowej artykuł „Włączenie LGBT+ jest obowiązkiem każdego z nas”. Pan Tomasz nie poczuwał się do tego obowiązku, który stał w sprzeczności z jego poglądami. Dodał więc komentarz z cytatami z Pisma Świętego. Skoro pracodawca wprowadził do zakładu pracy swoją ideologią, pan Tomasz poczuł się w obowiązku podzielić się swoją. To nie on zmienił zasady gry i nie on wprowadził do firmy rozmowy o światopoglądzie. Jak się jednak okazało, panu Tomaszowi wolno mieć poglądy i tolerancyjny zarząd je doceni, jeśli będą one „postępowe”. A, że nie były, pan Tomasz wyleciał za drzwi.

 

W tej sprawie słusznie głos zabrało m.in. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Nie, pan Tomasz nie jest dziennikarzem, ale pan Tomasz ma prawo wyrażać swoje zdanie. I tego dotyczy stanowisko CMWP. Każdy ma prawo wyrażać swoje zdanie, szczególnie w miejscu, w którym ktoś próbuje mu narzucić swoje. Gdyby pan Tomasz spierał się z IKEĄ o kształt śrubek, i IKEA uznałaby, że forsowane przez niego pomysły zaszkodzą interesom firmy, i pan Tomek trwałby w swoim uporze, mieliby prawo za taką polemikę go zwolnić. Jednak gdy firma meblarska narzuca panu Tomkowi swoją ideologię, to przypomina to scenę rodem z 1949 roku, gdy na Plac Litewski w Lublinie zwieziono pracowników lubelskich zakładów pracy, wręczając im czerwone szturmówki i każąc śpiewać Międzynarodówkę, a za dołączenie się do śpiewającego obok tłumu hymnu „Boże coś Polskę” karząc zwolnieniem z pracy albo więzieniem. Na to zgody być nie może, bo taki postęp już przerabialiśmy.

 

Wojciech Pokora

 

 

Ćwiczenie intelektualne – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak powinny się zmieniać media publiczne

Odpowiedź na pytanie „czy zmieniać kształt mediów publicznych?” zależy – jak to jest w większości przypadków dzisiaj – od tego, po której stronie podziału politycznego jest pytany. Dotyczy to nie tylko odbiorców mediów czy polityków, ale też wielu dziennikarzy.

 

Pozwolę sobie uznać ten podział za głupi i stwierdzić, że wciąż są dziennikarze bynajmniej nie uznawani za opozycyjnych, którzy widzą, że w wielu punktach media publiczne nie funkcjonują dziś jak publiczne, ale jak partyjne, być może bardziej niż kiedykolwiek. Tymczasem płacą na nie wszyscy obywatele. Jakiś czas temu pisałem na portalu SDP (polemizując z poglądem Bronisława Wildsteina), że wprowadzanie w ten sposób kulawego pluralizmu (antyrządowe media prywatne i prorządowe państwowe za publiczne pieniądze) nie ma racji bytu. Na pytanie odpowiadam zatem: tak, media publiczne powinny się zmienić instytucjonalnie. Ale to musi być bardzo dobrze przemyślana zmiana. Taka, która zagwarantuje, że ani obecny, ani wcześniejszy stan rzeczy się nie powtórzy. Inna nie ma sensu, można ją sobie darować.

 

Jednocześnie dzisiaj rozważania na ten temat zreformowania mediów publicznych wydają się jedynie ćwiczeniem intelektualnym, bo ci, od których to zależy, nie widzą potrzeby reformy, a wszystko wskazuje na to, że pozostaną przy władzy na kolejną kadencję. Nie zmienia to faktu, że takie ćwiczenia mają swoją wartość. Kiedyś sytuacja się zmieni i dobrze mieć na ten moment przygotowaną koncepcję. Dobrze też – wychodząc z moim zdaniem oczywistej oceny, że obecny kształt mediów publicznych jest wadliwy – niejako sprawdzić się. Zobaczyć, komu zależy na czym i kto jakie rozwiązania gotowy jest poprzeć.

 

Żeby ocenić pojawiające się koncepcje, trzeba przyjąć jakieś docelowe założenia. Uważam, że takie powinny być cztery.

 

Po pierwsze – instytucjonalne odseparowanie mediów publicznych od bezpośredniego wpływu polityków. Całkowicie zrobić się tego nie da, ale można w system wmontować filtry, podobnie jak ma to miejsce w systemie niemieckim.

 

Po drugie – odizolowanie wyboru szefów mediów publicznych od woli polityków tak jak tylko się da.

 

Po trzecie – uwzględnienie, że na media publiczne składają się wszyscy obywatele, więc nie mogą one być tubą aktualnie rządzącej partii, nawet jeśli zgodzimy się, że w jakimś stopniu ich linia powinna oddawać wynik wyborów.

 

Po czwarte – media publiczne dlatego są zasilane budżetowymi pieniędzmi, żeby realizować misję, a nie po to, żeby ścigać się w komercji z mediami prywatnymi. Oglądalność nie może być tu naczelnym kryterium.

 

W ostatnim czasie pojawiły się dwie koncepcje zmian – jedna firmowana przez Platformę Obywatelską, druga będąca projektem obywatelskim. W przypadku tej pierwszej trudno nie mieć podejrzeń co do sposobu, w jaki media publiczne chciałaby potraktować partia twardej opozycji, wielokrotnie sygnalizująca, że zamierza w nich przeprowadzić bezwzględną czystkę po wzięciu władzy. Można zatem podejrzewać, że koncepcja firmowana przez PO ma na celu zwykłe odwrócenie znaków, a nie naprawienie mediów.

 

tekście na portalu Wirtualne Media, opisującym koncepcję PO, czytamy, że miałby powstać jeden duży holding radiowo-telewizyjny oraz miałaby zostać zlikwidowana Rada Mediów Narodowych. Ten ostatni punkt nie wydaje się kontrowersyjny, bo RMN to dziwaczny, zbędny twór, o którego likwidacji niedługo po jego powołaniu myślał przecież sam PiS. Zasadnicza część reformy miałaby wyglądać następująco:

 

Nowe, 15-osobowe rady medialne miałaby wybierać Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji spośród przedstawicieli sejmików wojewódzkich, lokalnych organizacji artystycznych i społecznych. Z kolei rady wyłaniałyby zarządy regionalne spółek radiowo-telewizyjnych. Nad całością czuwałaby 30-osobowa rada centralna, złożona z przedstawicieli 16 rad regionalnych oraz reprezentantów ogólnopolskich organizacji artystycznych, wyższych uczelni i NGO-sów.

 

Z kolei członkowie KRRiT mieliby być powoływani na kadencje różnej długości, tak aby dominująca w danym momencie siła polityczna nie miała nigdy pozycji bezwzględnie silniejszej.

 

Przedstawiciele PiS zarzucają projektowi PO, że partia ta chciałaby wybierania osób kontrolujących radio i telewizję ze środowisk, gdzie ma spore wpływy. To może być zarzut celny, ale nie musi. Z pewnością sposób, jaki proponuje PO, bardziej odizolowuje media publiczne od bezpośredniego wpływu polityków niż obecny system, który nie zawiera właściwie żadnego filtra. Ten aspekt przedstawiciele PiS pomijają, bo jest dla nich szczególnie niewygodny.

 

Diabeł natomiast tkwi w szczegółach. Kilka miesięcy temu opisywałem na portalu SDP system niemiecki. Tam zarządy poszczególnych regionalnych stacji (takie tworzą w Niemczech system mediów publicznych) są wybierane przez kilkudziesięcioosobowe rady, których członkowie są delegowani przez wiele różnego typu organizacji – od Kościołów, poprzez organizacje kulturalne, po różnego rodzaju stowarzyszenia i NGO-sy, ale nie przez partie. Natomiast lista organizacji, które mają prawo wysuwać swoich przedstawicieli do rad jest zawarta w landowym ustawodawstwie. Czyli wpływ polityków przejawia się na pierwszym etapie poprzez konieczność uzgodnienia w Landtagu, jakie organizacje zostaną zapisane w ustawie jako wchodzące do rady. I to jest klucz to sprawy.

 

Jeśli bowiem rady medialne miałyby być 15-osobowe, to spośród ilu i jakich kandydatów miałaby ich członków wyłaniać KRRiT? Jakim kluczem by się kierowała? Kto miałby prawo zgłaszać kandydatury? Kto zasiadałby w dwukrotnie liczniejszej radzie centralnej? Jak określić, które organizacje miałyby prawo kierowania tam swoich przedstawicieli? Bez doprecyzowania tych kwestii trudno pomysł oceniać. Jednak kredyt zaufania wobec PO w sprawach mediów publicznych – jakkolwiek krytycznie ocenialibyśmy ich obecną postać – jest, najdelikatniej mówiąc, poważnie ograniczony. Krytycy z partii rządzącej słusznie pytają, dlaczego te znakomite pomysły nie zostały opracowane i wcielone w życie w ciągu dwóch kadencji rządów PO.

 

Nieco mniej informacji jest o obywatelskim projekcie reformy, któremu patronuje były wiceminister kultury i twórca TVP Kultura Jacek Weksler, ale przy którym pracowali przedstawiciele różnych środowisk. Jest tam mowa o rozwiązaniu obecnie istniejących spółek i natychmiastowym powołaniu w ich miejsce nowych, finansowanych nie z abonamentu, a z budżetu (co właściwie już teraz ma miejsce, choć bez formalnej zmiany i na zasadzie prawnej prowizorki). TVP i radio zostałyby połączone w jeden organizm (tak jest np. w Estonii), a osobna spółka zrzeszałaby ośrodki regionalne. Na poziomie centralnym pozostawiono by jedynie cztery kanały TVP. Kodeks etyczny pracowników mediów publicznych miałby być prawnie wiążący. RMN przestałaby istnieć, a członkowie KRRiT byliby wybierani na kadencje różnej długości, odmienne niż kadencja Sejmu (podobieństwo z projektem PO). Zostałaby powołana przynajmniej 27-osobowa Rada Programowa, do której weszliby przedstawiciele środowisk artystycznych, organizacji pozarządowych, marszałków województw, rektorów uniwersytetów, RPO, która miałaby prawo wnioskować o odwołanie prezesów spółek medialnych.

 

I znów – diabeł tkwi w szczegółach. Jak ustalano by listę organizacji, mogących powoływać swoich przedstawicieli do Rady Programowej? Jak określano by, którzy członkowie KRRiT mają być powoływani na kadencję jakiej długości?

 

Mimo sceptycyzmu, który powinien się włączać z automatu, dobrze, że pomysły na zmianę są. Jest o czym rozmawiać. Problem w tym, że jedna strona sporu politycznego – a wraz z nią spora część dziennikarzy – nie widzi żadnej potrzeby dyskusji na ten temat, bo jej zdaniem jest dobrze. Pozostaje mi na końcu zawrzeć apel do władz SDP – jakkolwiek mam poczucie, że to głos wołającego na pustyni – żeby włączyć się do tej potrzebnej dyskusji poprzez debaty, konferencje, spotkania. Bo nie – dobrze nie jest, wręcz przeciwnie: jest fatalnie i widzi to każdy trzeźwo myślący dziennikarz.

 

Łukasz Warzecha

Nostalgia za wypichconym felietonem – KRZYSZTOF PRENDECKI o dziennikarstwie kulinarnym

Parafrazując autora „Fizjologii smaku”, można śmiało rzec: „Powiedz mi, co czytasz, a ja ci powiem, co jesz”.

 

30 lat minęło jak jeden dzień. Trzy dychy, tak zwanej wolnej Polski. Również okres umiejętnego wyswatania sztuki pisania, z wiedzą o kulinariach. W „Wyborczej”, natknąłem się na tekst znanej popularyzatorski zdrowego żywienia Katarzyny Bosackiej. Było tam o tym, jak się zmieniały gusta smakowe rodaków. Coś w stylu; od baru mlecznego do dania narodowego – kebaba. Chciałbym jednak coś dorzucić wspominkowego, ale nie o samym jedzeniu, nie o kucharzach, nie o konsumentach, a o miłośnikach kuchni, smakowicie posługujących się słowem. Przewodnią myślą niech będzie dialog z bajki „Dwanaście prac Asteriksa”:

 

Kapłanka z Wyspy Rozkoszy:

– Czego sobie życzysz piękny wojowniku?

Obelix:

– Jeść

– Jeść? Jesteś na wyspie rozkoszy Ze wszystkich dostępnych rozkoszy możesz wybrać co chcesz, a Ty wybrałeś jedzenie?

– No pewnie! Jedzenie to prawdziwa rozkosz”.

 

A wszystko zaczęło się od Piotra Bikonta, którego niestety nie ma już wśród nas. Był prekursorem wystawiania rekomendacji restauracjom w całej Polsce. I szydzenia z nich ile wlezie (jak było trzeba), w rubryce „Jadłem w…”.

 

Muszę to przyznać, wychowałem się kulinarnie na tych felietonach. Od czasów licealnych, jak tylko przemierzałem nasz kraj, starałem się też wdepnąć w progi polecanej knajpy. Czasem odwiedziny przeradzały się w prawdziwe uczty. Po prostu się zaszalało. Zdarzyło się mieć odłożoną kasę, na zakup kurtki na zimę. Zamiast tego popuściło się pasa i pofolgowało kieszeni np. w restauracji korsykańskiej Paese. Okrycia wierzchniego po latach bym nie pamiętał, a biesiada pozostała na długo w pamięci. I do dziś utkwiły w głowie, połechtane kubki smakowe godne Napoleona. Choćby polędwica w sosie z zielonego pieprzu czy szparagi w sosie beszamelowym.

 

Z dwie dekady temu, gdy Bikont gościnnie reżyserował w mym rodzinnym Rzeszowie, „Iwonę księżniczkę Burgunda”, trafił na pustynię kulinarną. Chwaląc jedynie miejscowy chleb z kminkiem i miejsce gdzie można się było poczuć jak w Europie, kawiarnię „Pożegnanie z Afryką”.

 

Po recenzji rzeszowskiej restauracji „Czarny kot” tarzałem się po podłodze ze śmiechu. A redaktorowi Michałowi Cichemu, felietonista musiał dać na pralnię, bo tenże przy czytaniu nie tylko się uśmiał. Rzeczony fragmencik z „Dużego Formatu” GW i tytuł aż proszący się o przeczytanie: „Gicz z kota”:

 

„Micha Filemona – to nie jest nazwa, która mogłaby mnie zachęcić do jedzenia. Nozdrzami wyobraźni natychmiast czuję przed sobą porcję kitiketa. Niby nieco lepiej brzmi „deser kocia rozkosz”, no, ale jaka ona jest, ta kocia rozkosz? Na dachu, przy kominie i do tego w marcu. Gdy jednak widzę w karcie jeszcze na dodatek „gicz cielęcą z Czarnego Kota”, zastanawiam się, czy nie złożyć doniesienia do sanepidu i Towarzystwa Przyjaciół Zwierząt, bo już sam nie wiem, czy tu karmią koty, czy kotami”.

 

W krakowskiej „Gazecie” z kolei, to Robert Makłowicz nachodził miejscowych restauratorów, aby uchronić nasze trzewia. Jakież to wszystko było autentyczne, gdy się wychwalało legendarne kiełbaski z Nyski, a smagało piórem słynnego „Wierzynka”. I tu również pojawiła się idea niesienia kaganka oświaty gastronomicznej, aby przestawić wajchę myślenia na właściwe tory jadalności. Ot choćby wtedy, kiedy wyśmiewał nonsens lokali, które reklamowały się jako „domowe jedzenie”:

 

„W domu gotują amatorzy, w barach i restauracjach powinni to czynić zawodowcy. (…) Samemu też można przykleić podeszwę, przetkać rurę czy naprawić auto, nie widać jednak reklam: „Domowe naprawianie butów”, „Przetykam rury i naprawiam krany niczym wujek Stefan”, „Tu naprawisz samochód jak u taty na działce”. Jakoś nie spotyka się szyldów: „W naszym basenie wykąpiesz się jak w gliniance”, „Piszemy podania z błędami” albo „Strzyżemy amatorsko”. Dlaczego więc zawodowi kucharze uparli się, by tak deprecjonować własną pracę?” – pytał retorycznie Makłowicz.

 

Roberta Makłowicza oczywiście rozsławiła tv, i wielu rodaków po dziś dzień jest wdzięcznych, że dzięki tym programom, zaczęli wreszcie głodnieć na niedzielnym kacu. Jednak wiele kultowych powiedzonek, zostało również utrwalonych na papierze. Ot choćby te, odnoszące się do; nazwisk („Mięso twarde jak serce Berii”), polityki międzynarodowej („Ciasto kruche jak pokój na Bliskim Wschodzie”), historii („Piana trzyma się miski jak Rosjanie Kaliningradu”), regionów („Na Śląsku gubię się zawsze. Tamtejsze oznaczenia dróg wyglądają tak, jakby za chwile miał wkroczyć Wermacht, a polscy patrioci już zdążyli poprzestawiać drogowskazy”),czy narodów („Lubię makaroniarzy, mimo iż wymyślili pizzę i fiata”).

 

Piotr Bikont ze swoim przyjacielem Robertem Makłowiczem, w licznym felietonach – listach do siebie, starali się kształtować nasze gusta i podniebienia. Na długo przed obecną rewolucją kulinarną. Jeszcze przed zalewem kulinarnych blogerów i kucharzy na wszystkich kanałach tv. Nie przejmując się modami i kulinarną poprawnością, rekomendowali opasłość w tekście „Grubi do boju!”. Przyznawali się szczerze, do spożywanych okropieństw. M.in. zjedzenia chińskiej zupy w proszku wzmocnionej łyżką spirytusu w Kolei Transsyberyjskiej (P. Bikont), czy bułki posmarowanej margaryną w „Warsie” PKP (R. Makłowicz).

 

Słynna zasada „Edemas, ut vivamus, non vivimus, ut edamus” („Jemy, aby żyć, a nie żyjemy, aby jeść”) została wpojona nam przez prekursorów gatunku, w trudnych czasach transformacji. Ok, recenzentów i felietonistów w omawianej materii smakowitości nie brakuje. Ale wydaje się, że jest to świat albo tekstów sponsorowanych albo zapisków pozbawionych niezwykle potrzebnej finezji i ironii.  Przychodząc do wyszynku, chcemy wyrazić swą radość gromkim „wow”. Myśląc o wnętrzu, obsłudze i przede wszystkim szefie kuchni. Czytając o kulinariach, powinna nam nie tyko polecieć nieodzowna ślinka, ale wypadałoby wydobyć opary humorów szczęścia, podlanych sosem intelektualnej uczty.

 

Krzysztof Prendecki

 

Gonzo, czyli słowo (nie)godne filozofa – JERZY J. PILCHOWSKI, kreśli sylwetkę Huntera S. Thompsona

Hunter S. Thompson (HST) potrafił słowami (nie)godnymi filozofa wyostrzać rozmazane, przez strach i obrzydzenie, kontury świata. Tęsknię za nim.

 

 Sposób w jaki HST pisał, a raczej sposób w jaki myślał, nazywamy gonzo. Oficjalnie, gonzo jest synonimem słowa dziwaczne. Wolę jednak bostoński slang w którym gonzo to coś co robi się większe i twardsze, gdy emocje do niego napływają. Przyjęcie takiej definicji ułatwia bowiem obserwowanie dzikiej awantury pomiędzy ludźmi, którzy uważają, że mózg HST był duży i twardy oraz sflaczałymi nadludźmi z „The New York Times”.

 

Jedno jest pewne. HST potrafił precyzyjnie i sprawiedliwie opryskać należnym mu błotem standardowy sposób myślenia: „Obiektywne dziennikarstwo jest jednym  z najważniejszych powodów tego, że pozwalamy od dawna na to aby amerykańska polityka była aż tak bardzo skorumpowana.”.

 

Równie celne, jest to co napisał o telewizji: „Telewizyjny biznes jest brzydszy od większości rzeczy. Jest normalnie postrzegany jako pewnego rodzaju okrutne i płytkie okopy broniące uczciwym dziennikarzom dostępu do pieniędzy, długi plastikowy korytarz w którym biegają złodzieje i sutenerzy, a uczciwi ludzie zdychają jak psy bez powodu.”.

 

Oh well … Pewnych spraw „bez pół litra nie razbieriosz.”. Wódka jest jednak za słaba, aby oświetlać problemy tak wielkie jak Ameryka. Tym bardziej, że alkohol to „downers”, czyli narkotyk wpędzający ludzi w depresję. HST potrzebował również „uppers” (wywołują radość  i optymizm) oraz „screamers” które pozwalają zobaczyć, że spotkani w Las Vegas picuś-glancuś i lalunia to krwiożerczy dinozaur i padlinożerna wrona.

 

Ludzie, którzy jadą przez życie na kwadratowych kołach mają jednak problem, szczególnie po kilku głębszych, z zaakceptowaniem faktu, że HST ćpał. Umówmy się, że bronić go nie będę. Niech sam się broni: „Oczywiście, moje ćpanie jest przesadzone, inaczej już dawno bym umarł.”.

 

Słowa słowami, ale mamy również oczy i widzimy, że bez ilustracji Ralpha Steadmana twórczość HST byłaby uboższa. Podstawą ich przyjaźni był podobny sposób widzenia świata. Świetnie obrazuje to fragment listu HST do RS:  „Drogi Ralfie,  Myślę kolego, że musimy to razem przeżyć. Jakiś frajer z Oregonu, ma na imię Perry, chce ufundować nam miesiąc na Hawajach, w czasie Bożego Narodzenia, i wszystko co musimy zrobić to relacjonować Honolulu Maraton dla jego miesięcznika „Bieganie”… Taaak. Wiem co myślisz, Ralfie. Kręcisz się po pracowni, w mieścinie Old Loose Court i myślisz, ‘Dlaczego ja? I dlaczego teraz? Właśnie wtedy gdy zaczynam być szanowany?’  Well … bądźmy szczerzy; każdy może być szanowany, szczególnie w Anglii. Ale nie każdy może zarabiać biegnąc jak wariat 26 mil w rozreklamowanym biegu dla maniaków który nazywa się Honolulu Maraton.”.

 

HST i Oscar Zeta Acosta (OZA) poznali się w roku 1967. Dobrze, że tak się stało. Drogi bożych szaleńców powinny się przecinać. OZA czyli dr Gonzo był dla HST czymś w rodzaju prototypu:  Południowy-zachód jest krainą zamieszkiwaną przez wiele plemion które łączy wpływ cywilizacji Azteków. Mówią na sobie Chicano. Ich stolicą jest East Los Angeles. Żyją tam według własnych praw, czyli w konflikcie z prawem napisanym na papierze. OZA był ich adwokatem. Dobrze rozumiał, że przestrzeganie sądowych procedur to dla Chicano prosta droga do więzienia. To co OZA robił na sądowych salach trudno określić inaczej niż mówieniem do sędziego: „Gonzo ci w …„ Robił to jednak w sposób kulturalny i zgodny z procedurami. W efekcie, nawet najsprytniejsi żydowscy sędziowie dostawali fiksum-dyrdum i nie byli w stanie wydawać zgodnych z procedurami wyroków. Uzupełnieniem jego wspaniałej bezczelności było (w roku 1970) kandydowanie na szeryfa hrabstwa Los Angeles. Przegrał ale zebrał setki tysięcy głosów dzięki czemu stał się „nietykalny”.

 

Koniec był niestety łatwy do przewidzenia. W roku 1974, OZA płynął yachtem z Meksyku do Kalifornii. Nie dopłynął i nikt się nigdy nie dowie czy Pacyfik połknął go z własne woli.  (Na początku lat siedemdziesiątych, wydawnictwo Straight Arrow Books opublikowało dwie napisane przez OZA książki; „The Autobiography of a Brown Buffalo” i „The Revolt of the Cockroach People”.)

 

Wróćmy na początek lat sześćdziesiątych. W roku 1965, „The Nation” zamówiło u HST tekst na temat gangu motocyklistów „Hell’s Angels” (Anioły z piekła). Tekst ten uczynił go sławnym i zaowocował ofertą napisania książki. Kilka lat później (listopad 1974), wywiadzie dla „Playboya”, tak opowiadał o pracy nad tą książką: „Oni byli trochę zaskoczenie tym, że normalnie wyglądający dziennikarz literackiego pisma z Nowego Jorku wytropił ich w obskurnym warsztacie samochodowym w przemysłowej części slamsów południowego San Francisco. Na początku, byli wytrąceni z równowagi ale po 50 lub 60 piwach znaleźliśmy wspólny język gdyż … Szaleńcy zawsze się rozpoznają.”.

 

Geneza Aniołków jest prosta. Po drugiej wojnie światowej, do domu wróciły tysiące żołnierzy. Przywieźli wewnętrzne i zewnętrzne blizny, które starali się leczyć narkotykami, bijatykami i szumem wiatru we włosach. Powstała subkultura ludzi silnych i słabych równocześnie. Pisząc tę książkę, HST nie dosypywał ani cukru, ani soli. Pisał prawdę, również o tych którzy starali się Aniołki cywilizować. Jej publikacja (w roku 1966) była wielkim sukcesem. Za zarobione pieniądze, HST kupił posiadłość w Woody Creek w stanie Kolorado. Nazwał ją „Owl Farm” (Gospodarstwo sów) i była to dla niego prawie zaciszna przystań.

 

W roku 1970, idąc śladami OZA, HST zgłasza swoją kandydaturę na szeryfa hrabstwa Pitkin. Przegrywa (minimalnie) ale, podobnie jak OZA, wygrywa pewnego rodzaju „eksterytorialność”. Pisze też tekst „The Battle of Aspen: Freak Power in the Rockies” („Bitwa o Aspen: Siła Oszołomów w Górach Skalistych”). Publikuje go w magazynie „The Rolling Stones” i tak zaczyna się wieloletnia współpraca HST z tym kultowym pismem. To jest już liga mistrzów.

Rok później, HST otrzymuje, z pisma „Sport Illustrated”, zamówienie na reportaż o organizowanym corocznie w Las Vegas wyścigu motocyklowym Mint 400. Powstaje dwuczęściowy tekst dla „The Rolling Stones”, a następnie jego sztandarowe „gonzo”, czyli książka „Fear and Loathing in Las Vegas” („Strach i obrzydzenie w Las Vegas”).

 

Pisząc tę książkę, HST trafił w dziesiątkę. „Strach i obrzydzenie” odsłoniło stan duszy amerykańskiej klasy średniej. Tak zwana nowoczesność powoduje bowiem, że biznesmeni, brokerzy giełdowi i ludzie na kierowniczych stanowiskach żyją w ciągłym stresie, czyli na adrenalinowym haju. Robi to z nich ludzi emocjonalnie niestabilnych i często popadających w depresję nazwaną też wypaleniem. Wtedy potrzebne jest „sanatorium”. Jadą wówczas do  Las Vegas, aby skoczyć w wir hazardu, picia, ćpania i seksu gdyż jak wiadomo „klin klinem”. Po kilku dniach padają na hotelowe łóżko i śpią dzień lub dwa. Krzyczą wtedy przez sen, pocą się i robią pod siebie. Jest chyba tak, że organizm postawiony nad przepaścią ratuje się wydalając gwałtownie fizyczne i psychiczne toksyny. Po takiej kuracji, jeśli nie umrą lub nie zwariują (co się często zdarza), mogą wziąć prysznic i poczuć się jak nowo narodzeni. HST opisał to wszystko stawiając siebie i dr Gonzo (czyli OAZ) w roli facetów szukających odpowiedzi na pytanie: Gdzie schowało się amerykańskie marzenie? I nie jest ważne czy (jak chcą jedni) to co napisał HST jest komedią, czy też (jak chcą inni) dramatem: „Teraz po wyjściu z windy i wejściu do kasyna, wielki tłum kłębi się ciągle dookoła stołów do gry w kości. Kim są ci ludzie? Te twarze! Skąd oni się tutaj wzięli?  Wyglądają jak karykatury sprzedawców używanych samochodów z Dallas. Ale oni naprawdę istnieją. Jezusieńku, jest ich diabelsko dużo – piszczących ciągle koło tych stołów w mieście na pustyni o czwartej trzydzieści w niedzielny poranek.”. (…).

 

„Dziwne wspomnienia w tą nerwową noc w Las Vegas. Pięć lat później? Sześć? To wygląda jak całe życie albo przynajmniej jak Ważna Era – rodzaj szczytowania, który się nie powtórzy. San Francisco w połowie lat sześćdziesiątych było wyjątkowym miejscem. Może to miało jakiś sens. Może nie, patrząc perspektywicznie … nie znamy wyjaśnienia, żadna mieszanka słów lub muzyki albo wspomnień nie podważy jednak przeświadczenia, że było się na tym skrzyżowaniu czasu i świata. Cokolwiek to znaczy … Historię trudno zrozumieć, gdyż słyszymy tyle bzdur, ale nawet nie będąc pewny co historia znaczy mamy podstawy myśleć, że od czasu do czasu energia całego pokolenia zaświeci długim i jasnym błyskiem, z powodu którego nikt w tym czasie nie rozumie – i nie zostanie nigdy wyjaśnione co się właściwie stało.”

 

Nie jest przypadkiem, że wybrałem właśnie te dwa fragmenty. W książce dzieli je tylko kilka stron. Razem, stanowią dobry przykład przeplatania strachu i obrzydzenia z nostalgią.

 

Cofnijmy się do roku 1968. Ruch hippisowski był w rozkwicie i Czerwone Pieluszki (Najsławniejsi ludzie tej „formacji ideowej” to Abbie Hoffman, Jerry Rubin i David Horowitz) wierzyły, że droga do władzy stoi przez nimi otworem. Moja ulubioną dokumentacją sposobu w jaki ci ludzie myśleli to opublikowane w książce „Do it!” (autor: Jerry Rubin) zdjęcie. Jest na tym zdjęciu grupa gołych hippisów i na każdej postaci napisano „One Vote” (Jeden Głos).  Gołą prawdą okazało się jednak to, że wybory prezydenckie w roku 1968 wygrał Richard Nixon który był cynicznym hipokrytą. Nie przeszkadzało to większości wyborców, gdyż lewicowy kontrkandydat (Hubert Horatio Humphrey) był dokładnie taki sam. Czerwone Pieluszki pomyślały wtedy, że zwycięstwo Nixona da im szansę na dorżnięcie establishmentu w następnych wyborach.

 

Nadszedł rok 1972, kandydatem Demokratów został czerwony senator George McGovern. „The Rolling Stone” wysłało HST, aby opisał kampanię wyborczą. I opisał. Powstała książka „Fear and Loathing: On the Campaign Trail ‘72”. Napisał w niej jak (upraszczając) wyglądają naćpane Czerwone Pieluszki, gdy przelatują analnie młode feministki. „W tym czasie, było mi trudno utrzymać powagę. Ci biedni, młodzi i naiwni z wodogłowiem. Czy przekażą tą dziwną wiadomość swoim rodzicom, gdy wrócą do swoich domów w Middletown, Shaker Heights i w hrabstwie Orange?  Myślę, że chyba tak. I ich rodzice mogli by napisać listy do NBC, informując iż z wiarygodnych źródeł dowiedzieli się, że Chanceller był uzależniony od LSD-25 – dostarczanego mu bez wątpienia w dużych ilościach przez komunistycznych agentów – i żądać aby został on natychmiast zdjęty z wizji i aresztowany.”.  [Wyjaśnienie: Middletown to nazwa symbolizująca prowincjonalizm. Shaker Height to nazwa sugerująca, że chodzi o miasteczko, w którym popularna jest, przechowywana często w solniczkach (shaker), kokaina. A hrabstwo Orange jest miejscem w którym lubią mieszkać razem ludzie z mafii, z biznesu i intelektualiści. A John Chancellor to znany w tym czasie dziennikarz.]

 

Takich kwiatków jest w tej książce dużo i czytelnik nie ma innego wyjścia tylko śmiać się głośno i żałośnie.  Paradoksalnie, wielu poważnych ludzi zalicza tą książka do poważnych dzieł politologicznych. I ja się z nimi zgadzam.

 

Mijały lata. HST pisał i był czytany. Ponowny wybuch świetności nadszedł jednak dopiero w roku 1980. Powstała wtedy książka „The Curse of Lono” („Przekleństwo bożka Lono”). Składa się ona z dwóch części. W pierwszej, HST opisuje maraton w Honolulu, który otworzył mu oczy na zaczynającą się erę nowej etyki: „Koncepcja zwycięstwa poprzez przegraną już zapuściła korzenie i wielu ludzi mówi, że ma to sens. Maraton w Honolulu jest doskonałym przykładem Nowej Etyki. Główna nagroda to szara koszulka dla każdego, z czterech tysięcy, kto dobiegł do mety. To była próba i przegrali tylko ci którzy odpadli.”

 

Oznacza to, że trzeba zdobyć się na ogromny wysiłek, aby zostać ubrany w szarą koszulkę i móc zaliczyć siebie do tłumu zwycięzców.

 

Uff. Poprzednim razem, niejaki Mao Zedong ubrał tłumy w jednakowe garniturki i też mówił im, że są zwycięzcami. Druga część tej książki to świat etyki hemingwayowskiej. Jest w niej list do Ralpha Steadmana:  „Drogi Ralfie, … Siedziałem na rybackim krześle w łodzi nazwanej Humdinger i walczyłem desperacko z ogromną rybą – i 17 minut później przyciągnąłem ją tak blisko łodzi, że mogłem się wychylić i roztrzaskać jej mózg jednym szaleńczym uderzeniem wojennej maczugi z Samoa. Nikt już mnie nie lekceważy, Ralfie, mogę pić z rybakami. Twarde chłopy. Spotykamy się wieczorami w barze Huggo, aby opowiadać niestworzone historyjki, pić z dużych kieliszków i śpiewać dzikie pieśni”.

 

Może już czas pomyśleć o tym czy prawda o nas ukryta jest w dzikich pieśniach czy w monotonnym klepaniu butami o asfalt?

 

Johnny Depp, przygotowując się do zagrania głównej roli w filmie „Las Vegas Parano”, spędził dużo czasu w „Owl Farm”.  HST pozwolił  mu zaglądnąć do pudeł, w których trzymał różne niedokończone teksty. Depp znalazł tam brudnopis książki, w której HST opisał czas (rok 1958), gdy pracował w San Juan, czyli w stolicy Puerto Rico. Namówił HST do opublikowania książki „The Rum Diary” („Dziennik zakrapiany rumem”) i na jej podstawie powstał film.

 

Końcówka XX wieku. HST publikuje trylogię „Gonzo papers” („Zapiski Gonzo”): „The Great Shark Hunt” („Wielkie polowanie na rekiny” – 1979), „Generation of Swine” („Pokolenie świń” – 1988) „Songs of the Doomed” („Pieśni przeklętych” – 1990)  Są w tych książkach stare, opublikowane w różnych pismach, teksty. Są też teksty i listy które nigdy wcześniej nie były publikowane. Jest co czytać. Jest z czego wyławiać myśli ostre jak żyletki.  Z tych książek wybrałem jednak tylko jeden cytat. W „Songs of  Doomed” jest rozdział „German Decade: The Rise of the Fourth Reich” („Niemiecka dekada: Początek Czwartej Rzeszy”). Zaczyna się on od słów: „Wysoki blondyn z błyskiem w niebieskich oczach wszedł do kawiarni Riviera i zaczął się rozpychać. Krzyczał  „Sieg heil!”. „Ich bin ein Barliner!”. Była północ, sobota w Greenwich Village i siedziałem przy barze, oglądając telewizyjne wiadomości – banda dzikich Niemców wdrapała się na Mur Berliński. Wielki tłum po obu stronach Bramy Brandenburskiej śpiewał „Deutschland über Alles” a inni machali dłońmi pełnymi pieniędzy. „Nareszcie wolni!” krzyczał ten człowiek. „Śmierć komunistycznym świnią! Będziemy maszerować drogą usłaną kośćmi.”. Rzeczywiście wojna się skończyła. Czerwone niebezpieczeństwo uciekło. Pełne zwycięstwo bez przelewu krwi. Połączyły się dwie części potwora. …”. 

 

Początek wieku XXI. 23 kwietnia 2003, HST bierze ślub ze swoją asystentką Anitą Bejmuk.

 

Bywa tak, że starsi panowie (posiadający bogate życie wewnętrzne) zakochują się w młodych dziewczynach. Takie małżeństwa (jeśli dziewczyna też posiada bogate życie wewnętrzne) bywają przez pewien czas udane. Tak było w tym wypadku. Ale nawet oszałamiające postępy farmakologii nie są w stanie zmienić tego, że gonzo starszych panów nie jest już tak twarde jak być powinno.

 

I nawet jeśli młoda żona rozumie to i wybacza, to jednak …  HST lubił strzelać. 20 lutego 2005 strzelił po raz ostatni. We własną głowę. W pożegnalnym liście napisał:

 

„Koniec gier. Koniec wybuchów. Koniec chodzenia. Koniec zabawy. Koniec pływania. 67. To jest 17 lat więcej niż 50. 17 więcej niż potrzebowałem i chciałem. Nuda. Jestem zawsze marudny. Brak radości – dla każdego. 67. Stajesz się chciwy. Zachowuj się jak na twój wiek przystało. Spokojnie – to nie będzie bolało.”.

 

Johnny Depp nie pozwolił mu odejść bez jeszcze większego huku. Dwudziestego sierpnia roku pańskiego 2005, przy dźwiękach piosenki Dylana („Hey! Mr Tambourin Mam, play a song for me, I’m not sleepy and there is no place I’m going to …”) prochy HST wystrzelone zostały z wielkiej armaty i wiatr historii rozwiał je nad „Owl Farm”.

 

Jerzy Jacek Plichowski

 

Fot. Wikimedia

Skandaliczne naruszenie zasady wolności słowa przez firmę IKEA

CMWP SDP  z  najwyższym niepokojem i oburzeniem przyjmuje informacje  o działaniach sieci IKEA  polegających na  zwolnieniu z pracy pracownika w związku z wyrażoną przez niego opinią w mediach społecznościowych na temat akcji propagującej ideologię LGBT. W ocenie  CMWP SDP działanie to w skandaliczny sposób  narusza konstytucyjne prawa obywatelskie wolności sumienia i wyznania (art. 53 Konstytucji RP) oraz prawo posiadania i głoszenia poglądów (art. 54 Konstytucji RP). CMWP SDP przypomina, że zgodnie z polską konstytucją oraz kodeksem karnym „nikt nie może być zmuszanym do wspierania działań, które uznaje za sprzeczne ze swoim sumieniem czy wyznawaną religią”.

 

W czerwcu 2019 r. pracownik sieci IKEA został zwolniony za to, iż w odpowiedzi na ideologiczną agitację pracodawcy  polegającą na udostępnieniu wszystkim pracownikom artykułu „Włączenie LGBT+ jest obowiązkiem każdego z nas”, na firmowym forum internetowym wyraził swoją krytyczną opinię na temat tej akcji wspierania ruchu LGBT + . W swojej opinii cytował fragmenty Pisma Świętego. Ta wypowiedź stała się przyczyną wypowiedzenia umowy o pracę temu pracownikowi. Jak informują media, osoby, które „polubiły” jego wpis na forum, zostały ukarane upomnieniem.

 

Jak wynika z całokształtu okoliczności ujawnionej sprawy, potwierdzonych m.in. przez Polską Agencję Prasową, TVP Info oraz Instytut na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, rzeczywistą przyczyną zwolnienia pracownika było wyrażenie przez niego poglądu odwołującego się do wartości katolickich. Pracownik stracił pracę mimo, iż jego praca była pozytywnie oceniana przez klientów i przełożonych. W ocenie CMWP SDP  wiele wskazuje na to, iż pracownik ten został ukarany za opublikowanie swojej opinii, co w jednoznaczny sposób narusza fundamentalną dla każdego demokratycznego państwa zasadę wolności słowa. W związku z tym CMWP SDP oświadcza, iż obejmuje monitoringiem działania wszelkich instytucji zajmujących się tą sprawą i zapowiada wsparcie pracownika firmy IKEA, który stracił pracę z powodu publicznego wyrażenia swoich poglądów religijnych, w jego sporze z pracodawcą.

 

Dr Jolanta Hajdasz

Dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 30 czerwca 2019 r.

 

Źródło: CMWP SDP

 

Łzy, które nie irytują – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o tym dlaczego reportaż radiowy wciąż ma słuchaczy

Niektórzy mówią, że reportaż radiowy to przeżytek – zazwyczaj są to ludzi, którzy w ogóle radia nie słuchają lub słuchają takiego, gdzie są wyłącznie konkursy, reklamy i muzyka.

 

Nawet nie dziwię się tym kategorycznym stwierdzeniom, bo faktycznie radiowy reportaż wydaje się być formą niedzisiejszą. Posługuje się wyłącznie dźwiękiem, a przecież dziś dominuje kultura obrazkowa. Wystarczy porównać popularność portali typu YouTube (gdzie nawet muzyka musi być opatrzona klipem lub przynajmniej ilustracją) i Sound Cloud (przeznaczonych wyłącznie do odtwarzania dźwięku). Ten pierwszy to światowy gigant. Ten drugi popularny jest przede wszystkim wśród osób zafascynowanych dźwiękiem (głównie muzyką).

 

Co więcej, reportaż jako gatunek w ogóle wydaje się być niedostosowany do dzisiejszego świata, w którym newsy przez całą dobę płyną wartkim strumieniem, bez rozróżnienia na te, które są istotne, które błahe, a które zupełnie nieprawdziwe. Jeśli korzystamy z portali społecznościowych typu Facebook, jest duże ryzyko, że zostaniemy zalani doniesieniami zarówno o najważniejszych wydarzeniach na świecie, jak i ciekawostkami bez większego znaczenia czy fake newsami.

 

Film dokumentalny bez obrazu

 

A jednak reportaż jeszcze żyje i w dodatku ma się całkiem dobrze. Może właśnie na przekór szybkiemu i często byle jakiemu dziennikarstwu? Może w świecie błyskawicznych newsów ludzie szukają wartościowych, skłaniających do refleksji opowieści, które pobudzają wyobraźnię i angażują na dłużej, niż pięć minut? Z jakichś powodów książki reporterskie sprzedają się w dużych nakładach, festiwale reportażu przyciągają sporo odbiorców (także młodych), a reportaż radiowy ciągle istnieje na antenie Polskiego Radia – chociaż trzeba przyznać, że niemalże wyłącznie tam, bo zdecydowana większość stacji radiowych już z tej formy zrezygnowała.

 

Tymczasem, jak przekonują głosy naszych słuchaczy, reportaż w radiu ciągle wywołuje emocje. „Nie wysiadałem z samochodu, dopóki nie usłyszałem, jak skończyła się ta historia”, „Jak słucham, że reportaż radiowy umiera, to chce mi się śmiać. Słuchałem ostatnio reportażu tak wzruszającego, że obawiałem się, że spowoduję wypadek, bo zwyczajnie oczy zaszły mi łzami, a prowadziłem samochód”, „Rewelacja, nie wiedziałam wcześniej, jak takie reportaże brzmią, a miałam wrażenie, jakbym oglądała film dokumentalny!” – to opinie naszych słuchaczy, które przychodzą do nas mailowo lub na nasze konta facebookowe. Nawiasem mówiąc, porównanie do filmu dokumentalnego było całkiem trafione. Katarzyna Michalak, reportażystka z Radia Lublin, często powtarza, że powinniśmy starać się nagrywać tak, jakbyśmy robili film dokumentalny, tylko że bez obrazu. Obraz ma powstać w głowie naszego słuchacza, dzięki jego własnej wyobraźni, nakarmionej przez nas dźwiękiem, słowem i muzyką. I taki obraz często powstaje. Co więcej, wywołuje emocje. Jedna z uczestniczek corocznego seminarium reportażu w Warszawie powiedziała kiedyś: „Kiedy oglądam telewizyjne reportaże, irytuje mnie płacz bohatera. Mam wrażenie, jakbym patrząc na człowieka w rozsypce uczestniczyła w czymś zbyt intymnym. Ale w reportażu te emocje pokazane są zazwyczaj subtelniej. Wystarczy usłyszeć głęboki wdech bohatera, chwilę pauzy w opowieści, przełknięcie śliny, żeby móc się wczuć w jego losy i przeżyć emocje razem z nim”.

 

Audycje młodych nie tylko dla młodych

 

Inna sprawa, że nawet w Polskim Radiu można usłyszeć głosy, że reportaż to przeżytek. Stąd pomysły, aby emitować go w środku nocy lub zastępować czymś, co należałoby uznać raczej za rozbudowany news, oraz by ograniczać czas jego emisji w programie przeznaczonym dla młodych słuchaczy. Co ciekawe, w wielu krajach europejskich myśli się o reportażu w radiu zgoła inaczej. Przez dwa lata byłam polskim reprezentantem w Komisji Dokumentalistów Europejskiej Unii Nadawców. Brałam udział w wielu międzynarodowych spotkaniach. Podczas jednego z nich przedstawiciele szwedzkiego radia publicznego prezentowali serię P3 Dokumentar. To audycje dokumentalne prezentujące najróżniejsze wydarzenia ze świata – historyczne, jak na przykład afera Watergate, i całkiem współczesne, jak zamach terrorystyczny w Sztokholmie, bądź głośne sprawy kryminalne. P3 Dokumentar trwają kilkadziesiąt minut, zazwyczaj nieco więcej niż godzinę. Wykorzystuje się w nich materiały archiwalne oraz głosy świadków lub uczestników danych wydarzeń. W Polsce zostałyby pewnie zakwalifikowane jako audycje dla starszych, wykształconych i wymagających słuchaczy. Tymczasem Szwedzi przygotowują je specjalnie dla młodych ludzi. I osiągają sukcesy. W kraju, który ma nieco ponad 10 mln obywateli, audycji P3 Dokumentar słuchają nawet… 2-3 mln z nich.

 

Podczas tych samych międzynarodowych spotkań miałam okazję się przekonać, jak wielu młodych ludzi chce zajmować się opowiadaniem historii wyłącznie za pomocą dźwięku. To właśnie dla nich przeznaczone jest stypendium imienia Ake Blomstroma, szwedzkiego dziennikarza bardzo wspierającego młodych adeptów tego zawodu. Co roku dziesiątki początkujących radiowców ubiegają się o tę międzynarodową nagrodę, umożliwiającą im roczną pracę pod okiem doświadczonych kolegów. Obecność młodych ludzi w świecie dźwiękowych opowieści da się też zauważyć wśród autorów podcastów. Wielu z nich decyduje się na publikowanie swojej twórczości w internecie. Chociaż stosują wszelkie prawidła konstruowania reportażu radiowego, cenią sobie większą niezależność i możliwość poruszania tych tematów, które najbardziej ich interesują. W praktyce często powstają „reportaże w wersji pop” – to lekkie tematy, żartobliwa narracja, bardzo dynamiczna konstrukcja, a autor często jest jednocześnie bohaterem audycji. W minionych latach na międzynarodowych konferencjach prezentowano między innymi podcast na temat roli pocałunków w naszym życiu, czy taki, w którym autor rozprawia się z kwestią własnej nadwagi. Te audycje, robione przez młodych i raczej dla młodych, mogą w przyszłości zyskiwać coraz większe znaczenie.

 

Oczywiście także wśród etatowych pracowników publicznych stacji radiowych (bo również za granicą reportaż istnieje właściwie wyłącznie tam) można znaleźć młodych ludzi. Ich audycje poruszają ważne i trudne tematy, np. Georgia Catt z BBC 4 przedstawiła jakiś czas temu świetną serię reportaży „Missing” o zaginionym mężczyźnie. Jego żona, która dopiero co urodziła mu dziecko, bardzo zaniepokojona zniknięciem partnera, zgłosiła to na policję. Wkrótce okazało się, że mężczyzna żyje i prawdopodobnie ma się całkiem dobrze. Dlaczego więc nie chce wrócić do rodziny?

 

Inna Brytyjka, Hanna Walker-Brown, pracuje z kolei w firmie producenckiej The Falling Tree. Nie tylko robi reportaże (np. historię o umieraniu jej babci i tym, co wydarzyło się w ciągu tych godzin w jej rodzinie czy opowieść o tajemniczej katastrofie morskiej sprzed lat), ale też sama tworzy do nich muzykę i efekty dźwiękowe. Wielu młodych ludzi za granicą decyduje się również na pracę freelancera, współpracując z radiem publicznym, emitując swoje produkcje na antenie innych stacji radiowych oraz zamieszczając je w internecie.

 

Nie wycinajcie reportażu

 

W Polsce jednak, poza nielicznymi wyjątkami, nie byłoby to możliwe. Stawki za reportaże są bardzo niskie, a miejsc, w których można wyemitować swoje dzieło – nie ma wiele. Mimo to radiowy reportaż interesuje młodych. Co roku studenci starają się o możliwość odbywania praktyk w Studiu Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia, niektórzy z nich zresztą zostają w radiu na stałe (na przykład nasz najmłodszy współpracownik, Antoni Rokicki). Wielu młodych ludzi bierze też udział w Konkursie im. Jacka Stwory, oferującemu laureatowi roczne stypendium i możliwość realizacji reportażu marzeń pod opieką mentorów. Ostatnio natomiast dwie młode reporterki radiowej Trójki postanowiły organizować w jednej z warszawskich kawiarni cykliczne spotkania „Tego się nie wytnie”, podczas których uczestnicy mogą słuchać reportaży i o nich dyskutować z autorami. Organizatorki piszą na stronie wydarzenia: „Wierzymy w reportaż radiowy. Jesteśmy, mimo to, że dziś to często liczba dźwięków decyduje o wypłacie, a praca nad formą przestaje mieć znaczenie. Radio staje się domeną ludzi nieczułych na dźwięk. Jeśli czujesz podobnie jak my, ale mimo wszystko jesteś, chcesz posłuchać reportaży albo porozmawiać o tym, czy jeszcze warto – przyjdź. W knajpie TO SIĘ WYTNIE na Pradze będziemy słuchać dwóch reportaży, które były emitowane na antenie Polskiego Radia. Poznamy dwóch reportażystów i dwa różne sposoby widzenia świata. Będziemy się spierać, kłócić, a czasem nawet płakać, bo tylko wtedy reportaż istnieje, kiedy nie przejdziemy obok niego obojętnie. I wtedy ma się dobrze”.

 

Pozostaje więc mieć nadzieję, że reportaż, mimo niesprzyjających czasów, nie zginie.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

 

 

 

 

Wyjaśnić Węgry – rozmowa z DOMINIKIEM HÉJJEM, redaktorem naczelnym portalu kropka.hu

Na Węgrzech podział jest prosty: albo jesteś prorządowy, albo antyrządowy, a zatem nie masz reklam państwowych i twój pracodawca musi sobie radzić sam bądź też, poprzez naciski właścicielskie, przekształci podmiot antyrządowy w prorządowy – mówi Dominik Héjj w rozmowie z Tomaszem Nieśpiałem.

 

Na stronie kropka.hu przedstawia się Pan tak: politolog, dziennikarz oraz wykładowca akademicki. Czy zatem bardziej czuje się Pan politologiem, ekspertem od polityki węgierskiej, czy jednak dziennikarzem?

 

Każda z tych, nazwijmy to „profesji” jest wypadkową kolejnej. Najpierw zostałem politologiem, poprzez ukończenie studiów, wykładowcą akademickim, gdy robiłem doktorat i gdy go obroniłem. Z kolei dziennikarzem jestem poprzez wypadkową analiz. Analizy na kropka.hu tworzymy głównie dla bardzo wąskiego grona odbiorców. Profesjonalne materiały, obszerne merytorycznie przygotowuję pracując w Instytucie Europy Środkowej i współpracując z Biurem Analiz Sejmowych.

 

Czyli jednak analityk, ekspert z zacięciem publicystycznym.

 

Zawsze stałem na stanowisku, że trudna czasem do przyswojenia wiedza, powinna być dostępna w przyjaźniejszej formule i szerszemu gronu odbiorców. Tak więc w moim przypadku dziennikarstwo pomaga docierać do szerszego grona odbiorców.

 

A trudno jest łączyć bycie ekspertem, wykładowcą, analitykiem z dziennikarstwem? Czy to pomaga, czy przeszkadza?

 

Nie uważam siebie absolutnie za profesjonalnego dziennikarza. Jak zaznaczałem, traktuję to jako możliwość rozszerzenia audytorium. Ale łączenie tych zajęć nie wydaje się trudne. Każde z nich potrzebuje innego języka i stylu pracy. To szalenie fascynujące, budować trzy równoległe teksty, każdy dla innego odbiorcy, dbając jednocześnie, by się nie powtarzały.

 

Niedawno został Pan analitykiem Instytutu Europy Środkowej w Lublinie. Czy dostrzeżona została Pana działalność publicystyczna, czy jednak bardziej wiedza ekspercka?

 

To najlepiej wiedzą władze Instytutu. Mam jednak przekonanie, że istotniejszym od wątku publicystycznego, był czynnik analityczny. Cieszę się, że w Instytucie będę mógł realizować działalność analityczno-badawczą, która jest najbardziej merytorycznym wyzwaniem. Publicystyka jest elementem na pewno przydatnym, nieodzownym. To od niej zaczynałem działalność w 2014 roku, starając się dążyć do jej profesjonalizacji. Nie zapominam jednak o życzliwych mi odbiorcach, z ogromną chęcią korzystam z każdej możliwości przygotowania tekstu, który będzie dostępny szerszemu odbiorcy. Publicystyka dała możliwość budowania rozpoznawalności. Komplementarnym komponentem jest tutaj duża aktywność na Twitterze, gromadzącym osoby o różnych poglądach. Jestem niezwykle dumny, że mogę dzielić się wiedzą, obserwacjami, z osobami o zupełnie odmiennych poglądach.

 

Skoro mowa o aktywności w mediach społecznościowych, to w 2018 roku Pana tweety o Węgrzech wyświetlane były ponad 10 milionów razy. Jeśli dorzucimy do tego około 2 tysięcy nowych obserwujących na Twitterze, to wychodzi na to, że jest popyt na rzetelną informację o Węgrzech.

 

Jestem ogromnie dumny i zaszczycony, że tak szerokie grono odbiorców czyta moje węgierskie wiadomości, tym bardziej, że o innych rzeczach w ogóle nie piszę. Mam nadzieję, że udaje mi się sprostać wyzwaniu budowania rzetelnego i merytorycznego przekazu dotyczącego Węgier. Bo według mojej idealistycznej wizji świata, prawda jest obiektywna i nie ulega politycznej narracji. Każda ze stron ma pełne prawo do uzyskania informacji.

 

Na kropka.hu tak tłumaczy Pan ideę funkcjonowania portalu: „Wyjaśnić zawiłości węgierskiej polityki. To ambitny cel powstania niniejszej strony. Co kształtuje współczesne Węgry. Dlaczego są takie a nie inne? Kontekst, historia, niuanse. Dzięki nim można lepiej zrozumieć więcej”. Trochę staroświeckie podejście.

 

Ale bez kontekstu nie da się rozumieć. Dlatego nie uzurpuję sobie prawa do komentowania wszystkich wycinków naszej rzeczywistości. Wiem ile godzin dziennie poświęcam na analizie bieżącej polityki Węgier. Nie byłbym w stanie robić tego samego, z równą starannością i rzetelnością na odcinku np. słowackim, czeskim, niemieckim etc. Jak działają stereotypy, czy „blade pojęcie”, możemy przekonywać się na co dzień. Mi chodzi o coś więcej, szczególnie, jeżeli swoją powinność traktują jako służbę, dzisiaj w Instytucie Europy Środkowej. Służbę państwu, bez względu na polityczne konotacje.

 

W polskich mediach rzetelna analiza, często zastępowana jest szybkimi komentarzami na potrzeby doraźnej tezy. O Viktorze Orbanie w polskich mediach słyszymy albo jako o oszołomie, który zbratał się z Putinem, albo o wielkim przyjacielu Polski i Polaków.

 

Nie pozostaje mi nic innego, aniżeli to potwierdzić.

 

Odrębnym tematem jest funkcjonowanie mediów na Węgrzech. Jaka jest sytuacja dziennikarzy w tym kraju?

 

Rynek mediów jest bardzo ograniczony. Największym reklamodawcą jest rząd Węgier. Drugim – jeden z wiodących operatorów telefonii komórkowej, który wydaje na reklamę o połowę mniej pieniędzy. Na Węgrzech nie ma czegoś takiego, jak popieranie Fidesz, połączone z jednoczesną krytyką rządu. Podział jest prosty, znoszący się do konstrukcji „albo jesteś z nami albo przeciwko nam”. Czyli albo jesteś prorządowy albo antyrządowy, a zatem nie masz reklam państwowych i twój pracodawca musi sobie radzić sam bądź też, poprzez naciski właścicielskie, przekształci podmiot antyrządowy w prorządowy. Historia zna takie przypadki. Nie ma czynnika pośredniego. Świat jest czarno-biały, a wszystko tłumaczy się Sorosem i kryzysem migracyjnym.

 

Co to oznacza dla samych mediów w tym kraju?

 

Spłycenie debaty publicznej, które prowadzi to do zubożenia intelektualnego.

 

A jak Pan ocenia dziennikarstwo i dziennikarzy zajmującymi się sprawami międzynarodowymi? Kogoś szczególnie Pan ceni jeśli chodzi o dziennikarzy zajmujących się sprawami węgierskimi?

 

Nie śmiem nawet podejmować prób definiowania poziomu i jakości dziennikarstwa, nie mam do tego najmniejszych nawet kompetencji. Z zainteresowaniem śledzę wielu dziennikarzy, piszących o sprawach międzynarodowych. Nie byłbym jednak w stanie wskazać kogoś, kto w sposób wyjątkowy pisze o Węgrzech. Zazwyczaj mamy teksty dychotomiczne – albo pro, albo anty. Nie ma miejsca na pogłębione analizy.

 

Kropka.hu wypełnia tę lukę?

 

Czasem tak, jednak nieregularnie. Strona ewoluowała w kierunku platformy, na której zamieszczam materiały, które gdzieś się ukazały. Staram się czasem pisać coś nowego, nieoczywistego, na co nie ma miejsca w prasie. Wówczas mogę skomentować coś obszerniej, aniżeli w bieżącej przestrzeni Twittera w 280 znakach.

 

Rozmawiał Tomasz Nieśpiał

Fot. Instytut Europy Środkowej w Lublinie

 


Dr Dominik Héjj

Redaktor naczelny portalu www.kropka.hu i politolog specjalizujący się w tematyce węgierskiej. Doktor nauk humanistycznych w zakresie nauk o polityce, od 2013 roku nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, a od 2019 roku starszy analityk w Zespole Wyszehradzkim Instytutu Europy Środkowej w Lublinie.

 

 

Freedom House o polskich mediach – analiza ŁUKASZA WARZECHY

O tym, że media są uczestnikami politycznej wojny, i to często w charakterze najgorliwszych żołnierzy, pisałem wielokrotnie, także na portalu SDP. To nie jest zresztą teza rzadko spotykana, tyle że zwykle jest stosowana wybiórczo. Jedna strona widzi tylko, że to media sympatyzujące z drugą są żołnierzami w konflikcie partyjnym – i odwrotnie. Dziennikarze – jak to niedawno powiedział w rozmowie z Marcinem Makowski Robert Mazurek – pełnią rolę gniazdowych na stadionie.

 

Obie strony konfliktu, aby dowieść swojej tezy, chętnie sięgają po monitoring mediów lub po raporty o wolności mediów. Sięgają po nie, o ile te raporty dowodzą ich tezy lub też po to, żeby krzyknąć, że raporty są kłamliwe. Zależy od tego, co pokazują, oraz od tego, kto je sporządzał. Potem już idzie rutynowo i standardowo. Jedna strona będzie tryumfalnie pokazywać: „O, proszę, jak tamci są nierzetelni i wzbudzają hejt!”, a druga będzie dyskredytować dane badanie tylko dlatego, że jej nie pasuje albo stoją za nim niewłaściwe osoby czy organizacje.

 

Pisałem niedawno na portalu SDP o badaniu wolności mediów, prowadzonym przez Reporterów Bez Granic (RSF). Badanie to w mojej opinii, opartej na analizie stosowanej metodologii, nie opisuje w gruncie rzeczy niczego poza całkowicie subiektywnymi odczuciami grupy współpracowników RSF, rekrutujących się spośród osób niechętnych obecnej władzy.

 

Z drugiej jednak strony odrzucanie a priori wszystkich badań wolności i stanu mediów tylko dlatego, że wskazują na pewne niebezpieczeństwa, związane z obecnym stanem rzeczy, jest nierozsądne. Dziś chciałbym wskazać na raport Freedom House, renomowanego amerykańskiego think-tanku, który również bada wolność mediów od wielu lat, a który to cykl raportów bywa jednym tchem cytowany przez sympatyków obecnej władzy obok raportów RSF jako niewiarygodny. Tu jednak sprawa jest mniej oczywista.

 

Tegoroczny raport „Freedom and the Media” posługuje się inną punktacją niż coroczne raporty FH „Freedom of the Press”. Państwa otrzymały tam ocenę od 0 (najmniej wolne) do 4 (najbardziej wolne). Polska otrzymała 3 punkty. Jesteśmy na tym samym poziomie co Włochy, Hiszpania czy Czechy.

 

Metodologia, jaką stosuje FH, jest u swojej podstawy również częściowo uznaniowa, podobnie jak w przypadku RSF. Badaniem sytuacji w poszczególnych krajach zajmują się w tym przypadku eksperci, przyglądający się poszczególnym krajom. Opierają się również na sieci własnych kontaktów, ale nie jest to metoda prostego kopiuj-wklej z dostarczanych informacji. Na liście pytań, na podstawie których buduje się ocenę wolności mediów w danym kraju, są między innymi pytania o penalizację zniewagi głowy państwa (niestety, w polskim kodeksie karnym taki artykuł jest), o stosowanie pośredniej lub bezpośredniej cenzury, o upartyjnienie przekazu. Rzecz jasna, w wielu przypadkach odpowiedzi będą oparte na subiektywnych odczuciach. Jeśli jednak spojrzeć, jak kształtowała się pozycja Polski w ostatnich latach w raportach „Freedom of the Press” (posługujących się skalą od 0 – największa wolność mediów – do 100 – najmniejsza wolność), widać, że nie było tam bezzasadnego skoku w dół w 2015 roku, jak w przypadku raportu RSF. W 2014 roku Polska otrzymała 27 punktów, w 2015 roku – 26 punktów, rok później – 28 punktów, a dopiero w 2017 roku – 34 punkty, co pierwszy raz zakwalifikowało nas nie jako kraj z mediami wolnymi, ale z „częściowo wolnymi” (partly free). Przypomnijmy, że gwałtowny spadek Polski w raporcie RSF, nie był spowodowany żadnymi widocznymi przyczynami i był niejako „prewencyjny”.

 

Natomiast w raporcie FH właśnie w 2017 roku, gdy Polska odnotowała największy spadek, w opisie polskiej sytuacji pojawiło się kuriozalne stwierdzenie, że „PiS starał się wyciszyć głosy w mediach, kwestionujące promowaną przez niego narrację historyczną, która w większości pomija zaangażowanie Polaków w zbrodnie II wojny światowej”. Jako przykład tego „wyciszania” podano dyskusję przed emisją filmu „Ida” w TVP.

 

W dodatku w tym samym roku krytyczny, szerszy opis polskiej sytuacji medialnej dla Freedom House przygotowała Annabelle Chapman, pracująca wówczas m.in. dla tygodnika „The Economist”, za sprawą powiązań towarzyskich niechętnemu obecnej władzy. Sama też zresztą od początku przyjmowała takie stanowisko. Być może tu należy szukać źródła wcześniej przytaczanych dziwacznych uwag na temat polskiej narracji historycznej.

 

Natomiast tegoroczny raport FH o mediach należy czytać łącznie z raportem FH o stanie wolności w ogóle. Tutaj Polska uznawana jest za kraj wolny (Free) z 84 punktami na 100. Tu też znajdujemy obszerniejszy opis polskiej sytuacji medialnej: „Media w Polsce są pluralistyczne, a większość jest w prywatnych rękach. Jednakże media publiczne oraz organy nimi zarządzające zostały oczyszczone z głosów odrębnych po przyjściu PiS do władzy w 2015 roku. TVP, publiczny nadawca telewizyjny, promuje rządowy przekaz na tematy począwszy od pokojowych protestów antyrządowych, które pokazywane są jak próby zamachu stanu, na krytycznych organizacjach pozarządowych skończywszy, ukazywanych jako agenci opozycji lub obcych sił. W roku 2018 programy publicznej telewizji były wykorzystywane do otwartego wspierania kampanii partii rządzącej przed wyborami lokalnymi oraz do dyskredytowania kampanii opozycji”.

 

Można zwrócić uwagę na nieścisłości. Nie jest prawdą, że w konstytucyjnym organie kontrolnym, czyli Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, nie zasiadają przedstawiciele opozycji. Nie mają natomiast nic do powiedzenia, gdy idzie o podejmowanie decyzji, zaś Rada Mediów Narodowych, decydująca o obsadzie kluczowych stanowisk, jest po prostu obsadzona przez czynnych polityków partii rządzącej. Czy reszta opisu sytuacji jest fałszywa i łatwo można ją odrzucić wzruszeniem ramion? O tym, jak działa TVP, pisałem tutaj już wielokrotnie i moja opinia niespecjalnie różni się od tej, zaprezentowanej przez FH. Radziłbym więc mniej automatyzmu w ocenach.

 

Co więcej, jednym ze stałych punktów wszystkich raportów na temat wolności mediów w Polsce były odniesienia do zapowiadanej przez rząd najpierw repolonizacji, potem dekoncentracji mediów. Pisałem i na portalu SDP, i gdzie indziej, dlaczego te plany uważam za niezywkle groźne dla wolności mediów i wolności słowa. Niestety, niedawna wypowiedź wicepremiera Jarosława Gowina może wskazywać, że w drugiej kadencji ten projekt powróci. To zła wiadomość. Jako ostrzeżenie przed skutkami tych działań, proponuję lekturę szerszej analizy, przygotowanej przez Freedom House, dotyczącej sytuacji mediów węgierskich. Nie byłoby dobrze, gdyby miałby to być wzór dla Polski.

 

Łukasz Warzecha

 

Żurnalistka żurnalistce wilczycą – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Z „Newsweeka” dowiedziałem się, że Danuta Holecka, ta z telewizji, jeszcze niedawno, to nawet SMS-a nie potrafiła wysłać. Koleżanka z pracy szefowej „Wiadomości” opowiada dziennikarce tego tygodnika, Elżbiecie Turlej  o wstręcie „cioci Danusi” do telefonów komórkowych, o strachu przed jazdą samochodem i chorymi na HIV. Dowiadujemy się, że telewizyjna gwiazda chodzi w trampkach, je tylko to co przynosi z domu i podgrzewa, musi, bo cały dzień przebywa w pracy, gdzie trampki zmienia na buty.

 

Holecka  w domu, w kominku spala opakowania plastykowe, o czym straży miejskiej donoszą sąsiedzi. Owszem ma ogródek, ale nie kosi trawy, nie kisi małosolnych i nie robi kompotów z truskawek. Całymi dniami tylko siedzi w TVP. Cytuję: „po powrocie do głównego wydania „Widomości” sodówka uderzyła jej do głowy”, stała się niedostępna, udaje że znajomych nie poznaje, „kiedy w maju dostała awans na naczelną „Wiadomości” chodziła dumna jak paw…” (a przecież jasne, że powinna się martwić i wstydzić).

 

Ta niezbyt zdolna dziennikarka – co głosi podpis na okładce „Newsweeka” (!) pod jej zdjęciem zajmującym całą stronę – jest „gotowa na wszystko” – te słowa to nawet tytuł artykułu. I jeszcze – dowiadujemy się – że „zabiega o sławę”. (Cholera, to już bezczelność – przepraszam, że nie mogę w tej relacji powstrzymać się od komentarza, choć oczywiście wiem o zasadzie: oddzielać informację od mądrzenia się, jeszcze raz przepraszam).

 

Czytam artykuł, czytam i niestety w końcu nie wiem czy może to kpina z Holeckiej, czy pochwała. Ponieważ między okrutnymi donosami wypływają na wierzch takie informacje:  „kiedy prowadziła program „Kawa czy herbata” (wymyślony jeszcze przez dziewczynę o pięknych oczach Halszkę Wasilewską za panowania w TVP znakomitego reżysera Janusza Zaorskiego) nastawiała budzik na 3 rano, żeby ich (synków, bliźniaków(!) Stefka i Julka) nakarmić. O czwartej wyjeżdżała do studia. Z rozdartym sercem (to ładnie ujęła autorka artykułu), bo dzieci zostawały z nianią (dobra więc to matka, dzieci samych nie zostawiała). Dowiadujemy się dalej, że chłopaki-bliźniaki (cóż za przepiękna polityczna antycypacja) dziś już skończyli studia medyczne (w Zabrzu – to bardzo ważne), jeden ożenił się i niedługo zostanie ojcem (a więc nazywanie szefowej przez podwładnych babcią jest trochę na wyrost, ale w pełni uzasadnione).

 

Inny z kolegów redaktorki funkcyjnej przypomniał: „potrafi też pomóc. Niedawno któryś z wydawców przez kilka dni nie przychodził do pracy. Sprawdziła gdzie mieszka, pojechała. Okazało się, że alkoholik. Wpadł w ciąg. Załatwiła odwyk, przekonała że warto dać mu drugą szansę. Chłop wrócił do żywych i do TVP”.

 

(No, no!)

 

Ale zaraz potem autorka, obywatelka Elżbieta Turlej pisze: „babcia Danusia… potrafi również zaszkodzić. Wie komu szepnąć, z kim nie lubi pracować, a ostatnio nie lubi pracować z Edytą Lewandowską. Młodszą…”.

 

No cóż, a któraż z pań lubi młodsze? Pytanie oczywiście retoryczne.

 

Zdaniem pani E.T. Lewandowska lepiej radzi sobie z politykami opozycji. Bo Holecka kiepsko. Autorka tekstu opiera się na opinii przewodniczącej Nowoczesnej, Katarzyny Lubnauer: „czułam że chce mnie zaorać (…) potem usiłowała mnie sprowokować, ale wiedziałam, że im bardziej byłam spokojna, tym bardziej się denerwowała. Mimo to starała się mnie dopaść. I tak się zagalopowała, że przedłużyła program o 7 minut.

 

(Rzeczywiście, o 7 minut, to już skandal!)

 

Dowiadujemy się też, że wcześniej – gdy Holecka miała w TVP kłopoty – to z pomocą pośpieszyli jej tylko Leszek Miller„szkoda takiej miłej, porządnej dziennikarki”Janusz Piechociński, który oferował jej nawet pracę. Ale nie skorzystała.

 

O tej „opiece” onegdaj niech wiedzą dziś PiS-owcy, których teraz wybrała. Czytamy dalej: „Już nie jest ofiarą, ale bliską znajomą Kury (elegancko!), czyli nowego prezesa telewizji Jacka Kurskiego (…), przez kilka dni w swoim domu na Mokotowie przygotowuje do wystąpień publicznych Andrzeja Dudę (ani chybi zmusiła go siłą).

 

No proszę! Choć sama przecież „niezbyt zdolna” – jak ocenia E.T. – to instruuje prezydenta. Koniec świata. Wprawdzie D.H. jest po ekonomii na SGH, pracowała w TVP Info, w TVP Polonia i „Wiadomości” prowadziła. Ale to wszystko przecież łatwizna. Każdy może. Nawet dostała się do telewizji bez protekcji. Mówi, że ma ją tylko „z góry”. Demonstruje swoją wiarę. U niektórych tak jest.

 

A jeszcze do tego wszystkiego ponoć Danuta H. powiada, że Jarosław Kaczyński przepada za jej babką w czekoladzie, no i że ma takie same hobby co ona: uwielbia koty.

 

Miau, miau!

 

Stefan Truszczyński

 

P.S. Artykuł o Danucie Holeckiej „Newsweek wyeksponował szczególnie. „Żurnalistka” żurnalistce przywaliła ile się da. A przecież… w Ojczyźnie jest tyle krzywd i ważnych tematów. Obca ręka ich oczywiście nie przekreśli (i szkoda że używa polskiej rączki). Niektórzy już tak mają, że nawet na obczyźnie o własnym kraju mówią źle. Na okładki politycznych tygodników trafiają zwykle – aż do przesady – najważniejsi politycy. „Newsweek” siłą rzeczy zrobił więc prezent szefowej Wiadomości. W końcu ładna jest. (ST)

 

Oświadczenie Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w sprawie „Rady Etyki Mediów”

Zarząd Główny SDP stanowczo protestuje przeciwko używaniu szyldu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przez obecnie działającą „Radę Etyki Mediów”, ponieważ Rada ta nie reprezentuje środowiska dziennikarskiego w Polsce, a głoszone przez nią „stanowiska” są prezentacją subiektywnych ocen wąskiej grupy osób związanych z Stowarzyszeniem Dziennikarzy RP, utworzonym w 1982 w miejsce zlikwidowanego dekretem o stanie wojennym SDP oraz współpracujących z SDRP organizacji.

 

Tymczasem w komunikacie opublikowanym 25 czerwca 2019 r. przez  press.pl poinformowano, iż w składzie Rady Etyki Mediów” wybranym na bieżącą kadencję znaleźli się przedstawiciele Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, co jest niezgodne ze stanem faktycznym, ponieważ SDP nikogo nie delegowało i nie deleguje do pracy w tej „Radzie Etyki Mediów”.

 

SDP nie bierze udziału w pracach Rady od czasu jej likwidacji w 2013 r. przez tworzące ją podmioty.

 

Konferencja Mediów Polskich reprezentująca w latach 90-tych najważniejsze i największe instytucje funkcjonujące na rynku mediów w Polsce, która w 1995 r. powołała do życia Radę Etyki Mediów, została zlikwidowana w 2013 r. Zdaniem większości z podmiotów powołujących Radę, wyczerpała ona wówczas swoją formułę działania. Postulat rozwiązania Rady zgłosił 29 sierpnia 2013 r. ówczesny prezes TVP Juliusz Braun. Współtworzące Radę Etyki Mediów, Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy wystąpiło z Konferencji 7 kwietnia 2011 r. w proteście przeciwko stałemu ignorowaniu głosu stowarzyszenia w Radzie, a w proteście przeciwko upolitycznieniu działań Rady Etyki Mediów występowali z niej kolejni jej członkowie, m.in. red. Anna Pietraszek, red. Teresa Bochwic, red. Tomasz Bieszczad i red. Maciej Iłowiecki. Red. Maciej Iłowiecki uzasadniał swoją decyzję o opuszczeniu Rady w październiku 2011 r. tym, że Rada Etyki Mediów nie chciała potępiać donosicielstwa, agresji, stronniczości dziennikarzy oraz tym, iż „usprawiedliwiała wszelkie ich zachowania”.

 

Obecna „Rada Etyki Mediów” powołana jest w 2015 r. przez stowarzyszenie Konferencja Mediów Polskich utworzone z organizacji, które pozostały w Konferencji Mediów Polskich (w kształcie z 1995 r.) po opuszczeniu jej przez największe tworzące ją podmioty, m.in. Polskie Radio, TVP , KSD i SDP. W niczym nie przypomina Rady, która była tworzona przez całe środowisko dziennikarskie. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, największa i najstarsza organizacja dziennikarska w Polsce przypomina, iż nie uczestniczy w pracach tej Rady ani z nią nie współpracuje.

 

W imieniu Zarządu Głównego SDP

 

Krzysztof Skowroński, prezes SDP

Jolanta Hajdasz, wiceprezes SDP

Witold Gadowski, wiceprezes SDP

 

25 czerwca 2019 r.