Wyjaśnić Węgry – rozmowa z DOMINIKIEM HÉJJEM, redaktorem naczelnym portalu kropka.hu

Na Węgrzech podział jest prosty: albo jesteś prorządowy, albo antyrządowy, a zatem nie masz reklam państwowych i twój pracodawca musi sobie radzić sam bądź też, poprzez naciski właścicielskie, przekształci podmiot antyrządowy w prorządowy – mówi Dominik Héjj w rozmowie z Tomaszem Nieśpiałem.

 

Na stronie kropka.hu przedstawia się Pan tak: politolog, dziennikarz oraz wykładowca akademicki. Czy zatem bardziej czuje się Pan politologiem, ekspertem od polityki węgierskiej, czy jednak dziennikarzem?

 

Każda z tych, nazwijmy to „profesji” jest wypadkową kolejnej. Najpierw zostałem politologiem, poprzez ukończenie studiów, wykładowcą akademickim, gdy robiłem doktorat i gdy go obroniłem. Z kolei dziennikarzem jestem poprzez wypadkową analiz. Analizy na kropka.hu tworzymy głównie dla bardzo wąskiego grona odbiorców. Profesjonalne materiały, obszerne merytorycznie przygotowuję pracując w Instytucie Europy Środkowej i współpracując z Biurem Analiz Sejmowych.

 

Czyli jednak analityk, ekspert z zacięciem publicystycznym.

 

Zawsze stałem na stanowisku, że trudna czasem do przyswojenia wiedza, powinna być dostępna w przyjaźniejszej formule i szerszemu gronu odbiorców. Tak więc w moim przypadku dziennikarstwo pomaga docierać do szerszego grona odbiorców.

 

A trudno jest łączyć bycie ekspertem, wykładowcą, analitykiem z dziennikarstwem? Czy to pomaga, czy przeszkadza?

 

Nie uważam siebie absolutnie za profesjonalnego dziennikarza. Jak zaznaczałem, traktuję to jako możliwość rozszerzenia audytorium. Ale łączenie tych zajęć nie wydaje się trudne. Każde z nich potrzebuje innego języka i stylu pracy. To szalenie fascynujące, budować trzy równoległe teksty, każdy dla innego odbiorcy, dbając jednocześnie, by się nie powtarzały.

 

Niedawno został Pan analitykiem Instytutu Europy Środkowej w Lublinie. Czy dostrzeżona została Pana działalność publicystyczna, czy jednak bardziej wiedza ekspercka?

 

To najlepiej wiedzą władze Instytutu. Mam jednak przekonanie, że istotniejszym od wątku publicystycznego, był czynnik analityczny. Cieszę się, że w Instytucie będę mógł realizować działalność analityczno-badawczą, która jest najbardziej merytorycznym wyzwaniem. Publicystyka jest elementem na pewno przydatnym, nieodzownym. To od niej zaczynałem działalność w 2014 roku, starając się dążyć do jej profesjonalizacji. Nie zapominam jednak o życzliwych mi odbiorcach, z ogromną chęcią korzystam z każdej możliwości przygotowania tekstu, który będzie dostępny szerszemu odbiorcy. Publicystyka dała możliwość budowania rozpoznawalności. Komplementarnym komponentem jest tutaj duża aktywność na Twitterze, gromadzącym osoby o różnych poglądach. Jestem niezwykle dumny, że mogę dzielić się wiedzą, obserwacjami, z osobami o zupełnie odmiennych poglądach.

 

Skoro mowa o aktywności w mediach społecznościowych, to w 2018 roku Pana tweety o Węgrzech wyświetlane były ponad 10 milionów razy. Jeśli dorzucimy do tego około 2 tysięcy nowych obserwujących na Twitterze, to wychodzi na to, że jest popyt na rzetelną informację o Węgrzech.

 

Jestem ogromnie dumny i zaszczycony, że tak szerokie grono odbiorców czyta moje węgierskie wiadomości, tym bardziej, że o innych rzeczach w ogóle nie piszę. Mam nadzieję, że udaje mi się sprostać wyzwaniu budowania rzetelnego i merytorycznego przekazu dotyczącego Węgier. Bo według mojej idealistycznej wizji świata, prawda jest obiektywna i nie ulega politycznej narracji. Każda ze stron ma pełne prawo do uzyskania informacji.

 

Na kropka.hu tak tłumaczy Pan ideę funkcjonowania portalu: „Wyjaśnić zawiłości węgierskiej polityki. To ambitny cel powstania niniejszej strony. Co kształtuje współczesne Węgry. Dlaczego są takie a nie inne? Kontekst, historia, niuanse. Dzięki nim można lepiej zrozumieć więcej”. Trochę staroświeckie podejście.

 

Ale bez kontekstu nie da się rozumieć. Dlatego nie uzurpuję sobie prawa do komentowania wszystkich wycinków naszej rzeczywistości. Wiem ile godzin dziennie poświęcam na analizie bieżącej polityki Węgier. Nie byłbym w stanie robić tego samego, z równą starannością i rzetelnością na odcinku np. słowackim, czeskim, niemieckim etc. Jak działają stereotypy, czy „blade pojęcie”, możemy przekonywać się na co dzień. Mi chodzi o coś więcej, szczególnie, jeżeli swoją powinność traktują jako służbę, dzisiaj w Instytucie Europy Środkowej. Służbę państwu, bez względu na polityczne konotacje.

 

W polskich mediach rzetelna analiza, często zastępowana jest szybkimi komentarzami na potrzeby doraźnej tezy. O Viktorze Orbanie w polskich mediach słyszymy albo jako o oszołomie, który zbratał się z Putinem, albo o wielkim przyjacielu Polski i Polaków.

 

Nie pozostaje mi nic innego, aniżeli to potwierdzić.

 

Odrębnym tematem jest funkcjonowanie mediów na Węgrzech. Jaka jest sytuacja dziennikarzy w tym kraju?

 

Rynek mediów jest bardzo ograniczony. Największym reklamodawcą jest rząd Węgier. Drugim – jeden z wiodących operatorów telefonii komórkowej, który wydaje na reklamę o połowę mniej pieniędzy. Na Węgrzech nie ma czegoś takiego, jak popieranie Fidesz, połączone z jednoczesną krytyką rządu. Podział jest prosty, znoszący się do konstrukcji „albo jesteś z nami albo przeciwko nam”. Czyli albo jesteś prorządowy albo antyrządowy, a zatem nie masz reklam państwowych i twój pracodawca musi sobie radzić sam bądź też, poprzez naciski właścicielskie, przekształci podmiot antyrządowy w prorządowy. Historia zna takie przypadki. Nie ma czynnika pośredniego. Świat jest czarno-biały, a wszystko tłumaczy się Sorosem i kryzysem migracyjnym.

 

Co to oznacza dla samych mediów w tym kraju?

 

Spłycenie debaty publicznej, które prowadzi to do zubożenia intelektualnego.

 

A jak Pan ocenia dziennikarstwo i dziennikarzy zajmującymi się sprawami międzynarodowymi? Kogoś szczególnie Pan ceni jeśli chodzi o dziennikarzy zajmujących się sprawami węgierskimi?

 

Nie śmiem nawet podejmować prób definiowania poziomu i jakości dziennikarstwa, nie mam do tego najmniejszych nawet kompetencji. Z zainteresowaniem śledzę wielu dziennikarzy, piszących o sprawach międzynarodowych. Nie byłbym jednak w stanie wskazać kogoś, kto w sposób wyjątkowy pisze o Węgrzech. Zazwyczaj mamy teksty dychotomiczne – albo pro, albo anty. Nie ma miejsca na pogłębione analizy.

 

Kropka.hu wypełnia tę lukę?

 

Czasem tak, jednak nieregularnie. Strona ewoluowała w kierunku platformy, na której zamieszczam materiały, które gdzieś się ukazały. Staram się czasem pisać coś nowego, nieoczywistego, na co nie ma miejsca w prasie. Wówczas mogę skomentować coś obszerniej, aniżeli w bieżącej przestrzeni Twittera w 280 znakach.

 

Rozmawiał Tomasz Nieśpiał

Fot. Instytut Europy Środkowej w Lublinie

 


Dr Dominik Héjj

Redaktor naczelny portalu www.kropka.hu i politolog specjalizujący się w tematyce węgierskiej. Doktor nauk humanistycznych w zakresie nauk o polityce, od 2013 roku nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, a od 2019 roku starszy analityk w Zespole Wyszehradzkim Instytutu Europy Środkowej w Lublinie.

 

 

Freedom House o polskich mediach – analiza ŁUKASZA WARZECHY

O tym, że media są uczestnikami politycznej wojny, i to często w charakterze najgorliwszych żołnierzy, pisałem wielokrotnie, także na portalu SDP. To nie jest zresztą teza rzadko spotykana, tyle że zwykle jest stosowana wybiórczo. Jedna strona widzi tylko, że to media sympatyzujące z drugą są żołnierzami w konflikcie partyjnym – i odwrotnie. Dziennikarze – jak to niedawno powiedział w rozmowie z Marcinem Makowski Robert Mazurek – pełnią rolę gniazdowych na stadionie.

 

Obie strony konfliktu, aby dowieść swojej tezy, chętnie sięgają po monitoring mediów lub po raporty o wolności mediów. Sięgają po nie, o ile te raporty dowodzą ich tezy lub też po to, żeby krzyknąć, że raporty są kłamliwe. Zależy od tego, co pokazują, oraz od tego, kto je sporządzał. Potem już idzie rutynowo i standardowo. Jedna strona będzie tryumfalnie pokazywać: „O, proszę, jak tamci są nierzetelni i wzbudzają hejt!”, a druga będzie dyskredytować dane badanie tylko dlatego, że jej nie pasuje albo stoją za nim niewłaściwe osoby czy organizacje.

 

Pisałem niedawno na portalu SDP o badaniu wolności mediów, prowadzonym przez Reporterów Bez Granic (RSF). Badanie to w mojej opinii, opartej na analizie stosowanej metodologii, nie opisuje w gruncie rzeczy niczego poza całkowicie subiektywnymi odczuciami grupy współpracowników RSF, rekrutujących się spośród osób niechętnych obecnej władzy.

 

Z drugiej jednak strony odrzucanie a priori wszystkich badań wolności i stanu mediów tylko dlatego, że wskazują na pewne niebezpieczeństwa, związane z obecnym stanem rzeczy, jest nierozsądne. Dziś chciałbym wskazać na raport Freedom House, renomowanego amerykańskiego think-tanku, który również bada wolność mediów od wielu lat, a który to cykl raportów bywa jednym tchem cytowany przez sympatyków obecnej władzy obok raportów RSF jako niewiarygodny. Tu jednak sprawa jest mniej oczywista.

 

Tegoroczny raport „Freedom and the Media” posługuje się inną punktacją niż coroczne raporty FH „Freedom of the Press”. Państwa otrzymały tam ocenę od 0 (najmniej wolne) do 4 (najbardziej wolne). Polska otrzymała 3 punkty. Jesteśmy na tym samym poziomie co Włochy, Hiszpania czy Czechy.

 

Metodologia, jaką stosuje FH, jest u swojej podstawy również częściowo uznaniowa, podobnie jak w przypadku RSF. Badaniem sytuacji w poszczególnych krajach zajmują się w tym przypadku eksperci, przyglądający się poszczególnym krajom. Opierają się również na sieci własnych kontaktów, ale nie jest to metoda prostego kopiuj-wklej z dostarczanych informacji. Na liście pytań, na podstawie których buduje się ocenę wolności mediów w danym kraju, są między innymi pytania o penalizację zniewagi głowy państwa (niestety, w polskim kodeksie karnym taki artykuł jest), o stosowanie pośredniej lub bezpośredniej cenzury, o upartyjnienie przekazu. Rzecz jasna, w wielu przypadkach odpowiedzi będą oparte na subiektywnych odczuciach. Jeśli jednak spojrzeć, jak kształtowała się pozycja Polski w ostatnich latach w raportach „Freedom of the Press” (posługujących się skalą od 0 – największa wolność mediów – do 100 – najmniejsza wolność), widać, że nie było tam bezzasadnego skoku w dół w 2015 roku, jak w przypadku raportu RSF. W 2014 roku Polska otrzymała 27 punktów, w 2015 roku – 26 punktów, rok później – 28 punktów, a dopiero w 2017 roku – 34 punkty, co pierwszy raz zakwalifikowało nas nie jako kraj z mediami wolnymi, ale z „częściowo wolnymi” (partly free). Przypomnijmy, że gwałtowny spadek Polski w raporcie RSF, nie był spowodowany żadnymi widocznymi przyczynami i był niejako „prewencyjny”.

 

Natomiast w raporcie FH właśnie w 2017 roku, gdy Polska odnotowała największy spadek, w opisie polskiej sytuacji pojawiło się kuriozalne stwierdzenie, że „PiS starał się wyciszyć głosy w mediach, kwestionujące promowaną przez niego narrację historyczną, która w większości pomija zaangażowanie Polaków w zbrodnie II wojny światowej”. Jako przykład tego „wyciszania” podano dyskusję przed emisją filmu „Ida” w TVP.

 

W dodatku w tym samym roku krytyczny, szerszy opis polskiej sytuacji medialnej dla Freedom House przygotowała Annabelle Chapman, pracująca wówczas m.in. dla tygodnika „The Economist”, za sprawą powiązań towarzyskich niechętnemu obecnej władzy. Sama też zresztą od początku przyjmowała takie stanowisko. Być może tu należy szukać źródła wcześniej przytaczanych dziwacznych uwag na temat polskiej narracji historycznej.

 

Natomiast tegoroczny raport FH o mediach należy czytać łącznie z raportem FH o stanie wolności w ogóle. Tutaj Polska uznawana jest za kraj wolny (Free) z 84 punktami na 100. Tu też znajdujemy obszerniejszy opis polskiej sytuacji medialnej: „Media w Polsce są pluralistyczne, a większość jest w prywatnych rękach. Jednakże media publiczne oraz organy nimi zarządzające zostały oczyszczone z głosów odrębnych po przyjściu PiS do władzy w 2015 roku. TVP, publiczny nadawca telewizyjny, promuje rządowy przekaz na tematy począwszy od pokojowych protestów antyrządowych, które pokazywane są jak próby zamachu stanu, na krytycznych organizacjach pozarządowych skończywszy, ukazywanych jako agenci opozycji lub obcych sił. W roku 2018 programy publicznej telewizji były wykorzystywane do otwartego wspierania kampanii partii rządzącej przed wyborami lokalnymi oraz do dyskredytowania kampanii opozycji”.

 

Można zwrócić uwagę na nieścisłości. Nie jest prawdą, że w konstytucyjnym organie kontrolnym, czyli Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, nie zasiadają przedstawiciele opozycji. Nie mają natomiast nic do powiedzenia, gdy idzie o podejmowanie decyzji, zaś Rada Mediów Narodowych, decydująca o obsadzie kluczowych stanowisk, jest po prostu obsadzona przez czynnych polityków partii rządzącej. Czy reszta opisu sytuacji jest fałszywa i łatwo można ją odrzucić wzruszeniem ramion? O tym, jak działa TVP, pisałem tutaj już wielokrotnie i moja opinia niespecjalnie różni się od tej, zaprezentowanej przez FH. Radziłbym więc mniej automatyzmu w ocenach.

 

Co więcej, jednym ze stałych punktów wszystkich raportów na temat wolności mediów w Polsce były odniesienia do zapowiadanej przez rząd najpierw repolonizacji, potem dekoncentracji mediów. Pisałem i na portalu SDP, i gdzie indziej, dlaczego te plany uważam za niezywkle groźne dla wolności mediów i wolności słowa. Niestety, niedawna wypowiedź wicepremiera Jarosława Gowina może wskazywać, że w drugiej kadencji ten projekt powróci. To zła wiadomość. Jako ostrzeżenie przed skutkami tych działań, proponuję lekturę szerszej analizy, przygotowanej przez Freedom House, dotyczącej sytuacji mediów węgierskich. Nie byłoby dobrze, gdyby miałby to być wzór dla Polski.

 

Łukasz Warzecha

 

Żurnalistka żurnalistce wilczycą – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Z „Newsweeka” dowiedziałem się, że Danuta Holecka, ta z telewizji, jeszcze niedawno, to nawet SMS-a nie potrafiła wysłać. Koleżanka z pracy szefowej „Wiadomości” opowiada dziennikarce tego tygodnika, Elżbiecie Turlej  o wstręcie „cioci Danusi” do telefonów komórkowych, o strachu przed jazdą samochodem i chorymi na HIV. Dowiadujemy się, że telewizyjna gwiazda chodzi w trampkach, je tylko to co przynosi z domu i podgrzewa, musi, bo cały dzień przebywa w pracy, gdzie trampki zmienia na buty.

 

Holecka  w domu, w kominku spala opakowania plastykowe, o czym straży miejskiej donoszą sąsiedzi. Owszem ma ogródek, ale nie kosi trawy, nie kisi małosolnych i nie robi kompotów z truskawek. Całymi dniami tylko siedzi w TVP. Cytuję: „po powrocie do głównego wydania „Widomości” sodówka uderzyła jej do głowy”, stała się niedostępna, udaje że znajomych nie poznaje, „kiedy w maju dostała awans na naczelną „Wiadomości” chodziła dumna jak paw…” (a przecież jasne, że powinna się martwić i wstydzić).

 

Ta niezbyt zdolna dziennikarka – co głosi podpis na okładce „Newsweeka” (!) pod jej zdjęciem zajmującym całą stronę – jest „gotowa na wszystko” – te słowa to nawet tytuł artykułu. I jeszcze – dowiadujemy się – że „zabiega o sławę”. (Cholera, to już bezczelność – przepraszam, że nie mogę w tej relacji powstrzymać się od komentarza, choć oczywiście wiem o zasadzie: oddzielać informację od mądrzenia się, jeszcze raz przepraszam).

 

Czytam artykuł, czytam i niestety w końcu nie wiem czy może to kpina z Holeckiej, czy pochwała. Ponieważ między okrutnymi donosami wypływają na wierzch takie informacje:  „kiedy prowadziła program „Kawa czy herbata” (wymyślony jeszcze przez dziewczynę o pięknych oczach Halszkę Wasilewską za panowania w TVP znakomitego reżysera Janusza Zaorskiego) nastawiała budzik na 3 rano, żeby ich (synków, bliźniaków(!) Stefka i Julka) nakarmić. O czwartej wyjeżdżała do studia. Z rozdartym sercem (to ładnie ujęła autorka artykułu), bo dzieci zostawały z nianią (dobra więc to matka, dzieci samych nie zostawiała). Dowiadujemy się dalej, że chłopaki-bliźniaki (cóż za przepiękna polityczna antycypacja) dziś już skończyli studia medyczne (w Zabrzu – to bardzo ważne), jeden ożenił się i niedługo zostanie ojcem (a więc nazywanie szefowej przez podwładnych babcią jest trochę na wyrost, ale w pełni uzasadnione).

 

Inny z kolegów redaktorki funkcyjnej przypomniał: „potrafi też pomóc. Niedawno któryś z wydawców przez kilka dni nie przychodził do pracy. Sprawdziła gdzie mieszka, pojechała. Okazało się, że alkoholik. Wpadł w ciąg. Załatwiła odwyk, przekonała że warto dać mu drugą szansę. Chłop wrócił do żywych i do TVP”.

 

(No, no!)

 

Ale zaraz potem autorka, obywatelka Elżbieta Turlej pisze: „babcia Danusia… potrafi również zaszkodzić. Wie komu szepnąć, z kim nie lubi pracować, a ostatnio nie lubi pracować z Edytą Lewandowską. Młodszą…”.

 

No cóż, a któraż z pań lubi młodsze? Pytanie oczywiście retoryczne.

 

Zdaniem pani E.T. Lewandowska lepiej radzi sobie z politykami opozycji. Bo Holecka kiepsko. Autorka tekstu opiera się na opinii przewodniczącej Nowoczesnej, Katarzyny Lubnauer: „czułam że chce mnie zaorać (…) potem usiłowała mnie sprowokować, ale wiedziałam, że im bardziej byłam spokojna, tym bardziej się denerwowała. Mimo to starała się mnie dopaść. I tak się zagalopowała, że przedłużyła program o 7 minut.

 

(Rzeczywiście, o 7 minut, to już skandal!)

 

Dowiadujemy się też, że wcześniej – gdy Holecka miała w TVP kłopoty – to z pomocą pośpieszyli jej tylko Leszek Miller„szkoda takiej miłej, porządnej dziennikarki”Janusz Piechociński, który oferował jej nawet pracę. Ale nie skorzystała.

 

O tej „opiece” onegdaj niech wiedzą dziś PiS-owcy, których teraz wybrała. Czytamy dalej: „Już nie jest ofiarą, ale bliską znajomą Kury (elegancko!), czyli nowego prezesa telewizji Jacka Kurskiego (…), przez kilka dni w swoim domu na Mokotowie przygotowuje do wystąpień publicznych Andrzeja Dudę (ani chybi zmusiła go siłą).

 

No proszę! Choć sama przecież „niezbyt zdolna” – jak ocenia E.T. – to instruuje prezydenta. Koniec świata. Wprawdzie D.H. jest po ekonomii na SGH, pracowała w TVP Info, w TVP Polonia i „Wiadomości” prowadziła. Ale to wszystko przecież łatwizna. Każdy może. Nawet dostała się do telewizji bez protekcji. Mówi, że ma ją tylko „z góry”. Demonstruje swoją wiarę. U niektórych tak jest.

 

A jeszcze do tego wszystkiego ponoć Danuta H. powiada, że Jarosław Kaczyński przepada za jej babką w czekoladzie, no i że ma takie same hobby co ona: uwielbia koty.

 

Miau, miau!

 

Stefan Truszczyński

 

P.S. Artykuł o Danucie Holeckiej „Newsweek wyeksponował szczególnie. „Żurnalistka” żurnalistce przywaliła ile się da. A przecież… w Ojczyźnie jest tyle krzywd i ważnych tematów. Obca ręka ich oczywiście nie przekreśli (i szkoda że używa polskiej rączki). Niektórzy już tak mają, że nawet na obczyźnie o własnym kraju mówią źle. Na okładki politycznych tygodników trafiają zwykle – aż do przesady – najważniejsi politycy. „Newsweek” siłą rzeczy zrobił więc prezent szefowej Wiadomości. W końcu ładna jest. (ST)

 

Oświadczenie Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w sprawie „Rady Etyki Mediów”

Zarząd Główny SDP stanowczo protestuje przeciwko używaniu szyldu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przez obecnie działającą „Radę Etyki Mediów”, ponieważ Rada ta nie reprezentuje środowiska dziennikarskiego w Polsce, a głoszone przez nią „stanowiska” są prezentacją subiektywnych ocen wąskiej grupy osób związanych z Stowarzyszeniem Dziennikarzy RP, utworzonym w 1982 w miejsce zlikwidowanego dekretem o stanie wojennym SDP oraz współpracujących z SDRP organizacji.

 

Tymczasem w komunikacie opublikowanym 25 czerwca 2019 r. przez  press.pl poinformowano, iż w składzie Rady Etyki Mediów” wybranym na bieżącą kadencję znaleźli się przedstawiciele Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, co jest niezgodne ze stanem faktycznym, ponieważ SDP nikogo nie delegowało i nie deleguje do pracy w tej „Radzie Etyki Mediów”.

 

SDP nie bierze udziału w pracach Rady od czasu jej likwidacji w 2013 r. przez tworzące ją podmioty.

 

Konferencja Mediów Polskich reprezentująca w latach 90-tych najważniejsze i największe instytucje funkcjonujące na rynku mediów w Polsce, która w 1995 r. powołała do życia Radę Etyki Mediów, została zlikwidowana w 2013 r. Zdaniem większości z podmiotów powołujących Radę, wyczerpała ona wówczas swoją formułę działania. Postulat rozwiązania Rady zgłosił 29 sierpnia 2013 r. ówczesny prezes TVP Juliusz Braun. Współtworzące Radę Etyki Mediów, Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy wystąpiło z Konferencji 7 kwietnia 2011 r. w proteście przeciwko stałemu ignorowaniu głosu stowarzyszenia w Radzie, a w proteście przeciwko upolitycznieniu działań Rady Etyki Mediów występowali z niej kolejni jej członkowie, m.in. red. Anna Pietraszek, red. Teresa Bochwic, red. Tomasz Bieszczad i red. Maciej Iłowiecki. Red. Maciej Iłowiecki uzasadniał swoją decyzję o opuszczeniu Rady w październiku 2011 r. tym, że Rada Etyki Mediów nie chciała potępiać donosicielstwa, agresji, stronniczości dziennikarzy oraz tym, iż „usprawiedliwiała wszelkie ich zachowania”.

 

Obecna „Rada Etyki Mediów” powołana jest w 2015 r. przez stowarzyszenie Konferencja Mediów Polskich utworzone z organizacji, które pozostały w Konferencji Mediów Polskich (w kształcie z 1995 r.) po opuszczeniu jej przez największe tworzące ją podmioty, m.in. Polskie Radio, TVP , KSD i SDP. W niczym nie przypomina Rady, która była tworzona przez całe środowisko dziennikarskie. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, największa i najstarsza organizacja dziennikarska w Polsce przypomina, iż nie uczestniczy w pracach tej Rady ani z nią nie współpracuje.

 

W imieniu Zarządu Głównego SDP

 

Krzysztof Skowroński, prezes SDP

Jolanta Hajdasz, wiceprezes SDP

Witold Gadowski, wiceprezes SDP

 

25 czerwca 2019 r.

Chichot trolla i cenzora – MIROSŁAW USIDUS o skutkach tzw. ACTA2

Dyrektywa o prawach autorskich będzie bez najmniejszych wątpliwości egzekwowana za pomocą algorytmów i automatów. Żadne Google ani Facebook nie zatrudni armii ludzi. Faktyczną twarzą ACTA2 będzie twarz bezdusznej, bezlitosnej i prymitywnej w swoim wnioskowaniu maszyny.

 

W sprawie zamordystycznej dyrektywy zwanej u nas ACTA2 nadzieja umiera ostatnia. Z jednej strony widać jej pierwsze negatywne (zapowiadane przez wielu, w tym także przeze mnie) konsekwencje. Z drugiej – podjęto akcję prawną przeciw przyjętej w marcu regulacji i zrobił to  polski rząd, co zostało wśród internautów na świecie bardzo dobrze odebrane.

 

Spodziewaliśmy się, że filtry będą toporne, że wymagany przez Dyrektywę natychmiastowy prewencyjny filtr (wcześniej art. 13 potem zawarty w art. 17)  będzie działał prymitywnie i „po całości”, wycinając bez szczególnej dystynkcji bardzo wiele materiałów, które są całkowicie w porządku, jeśli chodzi o copyright, lub w ogóle nie powinny być objęte filtrowaniem, bo są to materiały z domeny publicznej, do których żadne „prawa autorskie” nie mają zastosowania. I od pewnego czasu mamy nowe bijące po oczach świeże przykłady, że obawy były słuszne. Filtry działają błędnie i prymitywnie, w dodatku, dokładnie tak jak się obawialiśmy, pojawiają się sygnały, że ochrona praw autorskich wykorzystywana jest jedynie jako pretekst do prostackiej cenzury politycznej.

 

Z powodu toporności tych mechanizmów na YouTube np. amerykańskiej agencji kosmicznej NASA zablokowana została możliwość publikowania jej własnych materiałów wideo z Marsa. Nie ma to jeszcze związku z ACTA2, ale powszechnie jest odbierane jako pokaz bezmyślności mechanizmów filtrowania, które przecież z mocy Dyrektywy mają być wykorzystywane. Inny skandaliczny przypadek nadużyć filtru praw autorskich, to zablokowanie w serwisie Scribd kopii raportu Muellera, dokumentu z punktu widzenia prawa jak najbardziej publicznego z powodu nieuzasadnionych roszczeń jednego podmiotu. W Polsce przed wyborami jeszcze europoseł Dobromir Sośnierz alarmował, że YT zablokowało jego film z powodu rzekomych naruszeń praw autorskich, choć miał uregulowaną kwestię oprawy muzycznej w materiale, przy czym on sam podejrzewał, że prawdziwe przyczyny blokady były polityczne.

 

Corynne McSherry, dyrektor ds. prawnych Electronic Frontier Foundation, która zdecydowanie sprzeciwiała się dyrektywie UE, skomentowała niedawno, że budowanie tego typu systemu jest zadaniem, którego „żadne YouTube’y świata nie będą w stanie wykonać”. Mogę dodać od siebie, że mimo to owe „YouTube’y” będą próbowały, skoro ich ACTA2 do tego zmusza, a skutki będą takie, jak przytoczone tu przykłady.

 

Drakońska „Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym”, kładąca nacisk na natychmiastowe, prewencyjne działanie wymusza na firmach z sektora technologicznego wprowadzenie filtrów praw autorskich zapobiegających naruszeniom za wszelką cenę. W bilansie korzyści i strat krzywda zwykłego youtubera, za którym nie stoi wielka korporacja zarządzająca copyrightem, przestaje się liczyć, zwłaszcza w obliczu ryzyka konsekwencji dla YouTube czy Facebooka z mocy przepisów europejskich. Euroregulatorzy stworzyli raj dla tzw. copyright trolli, którzy zachęceni przez artykuły Dyrektywy zaczynają pokazywać na co ich stać. A to dopiero początek.

 

Młot na krytyczne recenzje

 

W kwietniu agencja Social Element w imieniu swojego klienta zażądała od Twittera usunięcia informacji o tym, że w sieci pojawiły się pirackie kopie seriali z amerykańskiej telewizji. Sam inkryminowany tweet jest jedynie informacją o tym, że doszło do piractwa takich a takich materiałów z linkiem do artykułu na ten temat a nie do źródła pirackich plików. W żaden sposób nie narusza praw autorskich. A jednak został usunięty przez Twittera z powodu „roszczeń związanych z prawem autorskim”. To była tylko sucha informacja, więc sprawa nie dla każdego musi być oczywista, ale wyobraźmy sobie teraz, że piszemy artykuł w sposób wyraźny i dobitny piętnujący piractwo z podaniem rażących jego przykładów. Z doświadczenia skargi agencji Social Element płynie wniosek, że w świecie ACTA2 artykuł taki zostanie usunięty. Jeśli to nie jest cenzura, to nie wiem, co nią jest?

 

To, że automatyczne filtry mają wpływ na artystów działających w Internecie, jest już dobrze widoczne. Dan Bull, rapper i twórca youtubowy z 1,5 milionem subskrybentów opowiadał niedawno serwisowi CNBC jak wprowadzenie (a było to jeszcze przez Dyrektywą) filtra Content ID na platformie wideo wpłynęło na jego twórczość. Obecnie np. niechętnie już tworzy klipy o charakterze parodystycznym. „Nie chcę już tworzyć parodii muzycznych. Kiedyś naprawdę lubiłem je robić, ale teraz, kiedy nabieram na to ochoty, myślę o tym, jak bardzo bolałaby mnie głowa z powodu możliwych roszczeń z tytułu praw autorskich” –  wyjaśniał Bull. I w ten sposób to, co było pełnoprawną uznaną i cenioną formą sztuki zanika w reżimie copyrightowym.

 

Możemy sobie wyobrazić więcej. Piszemy np. krytyczną recenzję na temat jakiegoś filmu i gry aktorów w tym dziele. Publikujemy w Internecie i wrzucamy linki do serwisów społecznościowych. Klient agencji Social Element lub innej nie lubi tego i chce zablokować nieprzychylną opinię, zwłaszcza jeśli mamy szerokie grono czytelników. Co robi? Każe agencji zaskarżyć materiał za „naruszenie praw autorskich”. Że bez sensu? W świecie ACTA2 nie ma to znaczenia. Właściciel platformy, Facebooka, YouTube, Twittera, ma działać natychmiast a ciężar problemu i dowodu swojej niewinności spoczywa na barkach publikującego. Administrator nie wnika, tylko blokuje. To autor recenzji ma teraz problem, bo musi udowodnić, że jego artykuł nie narusza praw autorskich. Może kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, mu się to w końcu uda, ale wtedy film, nie niepokojony krytycznymi recenzjami, zaliczy już kasowy sukces.

 

Można usunąć raport Muellera, można i memy

 

Gdy platforma hostingująca dokumenty Scribd zaczęła masowo usuwać kopie raportu Roberta Muellera, które wgrali tam jej użytkownicy, zaczęto wietrzyć spisek rządu i Trumpa. To dokument wytworzony przez organ rządowy w USA i jest w domenie publicznej, co oznacza, że każdy może go opublikować i zapoznać się z jego treścią bez opłat.

 

Okazało się, że mimo to pojawiły się podmioty, które wydały raport i oferowały kopie w sprzedaży. Jeden lub więcej z tych wydawców wprowadził swoją kopię raportu do filtra praw autorskich Scribd, który jest w pełni zautomatyzowanym systemem, działającym bez ingerencji człowieka. I filtr zaczął traktować opublikowane wcześniej kopie raportu jako naruszające prawa autorskie. Rażący przykład copyright trollingu.

 

Trzeba tu podkreślić, że europejska Dyrektywa o prawach autorskich będzie bez najmniejszych wątpliwości egzekwowana w ten właśnie sposób – za pomocą algorytmów i automatów. Żadne Google ani Facebook nie zatrudni armii ludzi, w dodatku o wymaganych relatywnie wysokich kwalifikacjach czyli drogich, do ręcznego weryfikowania zgłoszeń i zaskarżanych treści, np. memów, które zgłaszane będą przez ośmieszanych w nich polityków. Faktyczną twarzą ACTA2 wobec milionów użytkowników będzie twarz bezdusznej, bezlitosnej i prymitywnej w swoim wnioskowaniu maszyny. Jeśli coś zostanie zgłoszone jako chronione prawem autorskim, to z automatu będzie chronione a wszelka próba naruszenia fikcyjnego copyright zostanie prewencyjnie zdławiona.

Już słychać chichot trolla i cenzora.

 

Europrawo niejasne i marnej jakości

„Wiele obaw i konsternacji związanej z tymi zmianami wynika z niepewności co do tego, co dokładnie będą musieli zrobić właściciele platform treści, twórcy treści i użytkownicy” –  powiedział w debacie, której zapis opublikowano na stronach Uniwersytetu Pensylwanii, R. Polk Wagner, profesor prawa z tejże uczelni.

 

Dlaczego platformy internetowe zgodzą się na taki daleko idący zamordyzm i ryzyko nadużyć. Dlatego, że próby walki z toporną logiką ACTA2 mogą ich bardzo dużo kosztować. Według również wypowiadającego się w debacie Penn State, Stevena Wilfa, profesora Uniwersytetu Connecticut i eksperta w dziedzinie własności intelektualnej, kary na Facebooka czy YouTube, z którymi mogliby się zmierzyć w przypadku naruszeń Dyrektywy nie są jeszcze jasno określone, ale platformy obawiają się, że będą bardzo dotkliwe.

 

W Stanach Zjednoczonych regulacje takie jak Digital Millennium Copyright Act (DMCA), chronią dostawców treści przed pozwami sądowymi dotyczącymi naruszeń, jeśli podejmą natychmiastowe działania, takie jak usunięcie materiału naruszającego prawo i przyjęcie polityki zapobiegającej ponownym naruszeniom. Podobne w duchu przepisy obowiązywały wcześniej w Europie, w tym w Polsce. „Teraz nagle pojawi się odpowiedzialność natychmiastowa i bezwzględna” – zauważa Wilf. To zupełnie nowa sytuacja dla serwisów i platform internetowych. Wzbudza ich ogromny niepokój. A ofiarami ich lęku mogą stać się w największym stopniu zwykli użytkownicy i drobni wydawcy.

 

Oczywiście zmniejszeniu niepewności i lęków nie sprzyja brak precyzji sformułowań Dyrektywy. Na przykład słynny „link tax”, podatek od linków, który wymusza opłaty licencyjne za treści zamieszczane nawet w postaci krótkich fragmentów w agregatorach newsów czy w streamach społecznościowych. Nie wiadomo dokładnie, jak krótki ma być cytat z materiału, aby autor publikacji nie musiał się obawiać a platforma go nie zablokowała. Na to prof. Wilf również zwraca uwagę. „Nowa dyrektywa pozwala na tworzenie hiperłączy przez osoby prywatne i instytucje edukacyjne lub w celach edukacyjnych, ale przepis ten nie jest wystarczająco jasny” – pisze. – „Co,  tak naprawdę, wolno podmiotom prywatnym, jeśli chodzi o publikowanie linków? Jak odróżnić oficjalne agregatory wiadomości od wiadomości osób prywatnych?”. Przepisy te są dość jasne w odniesieniu do takich serwisów jak Google News, ale wiele innych stron internetowych i rodzajów publikacji będzie poruszać się w szarej strefie, w której nigdy do końca nie wiadomo co jest naruszeniem prawa a co jeszcze w jego granicach.

 

Czy o prawo o tak marnej jakości w Unii Europejskiej chodzi? A może chodzi o to by, jak to mówi stare polskie przysłowie – „łowić ryby w mętnej wodzie”.

 

Polk Wagner z Uniwersytetu Pensylwanii pyta, kiedy, w rozumieniu ACTA2, jednostkowy użytkownik (któremu wolno publikować linki swobodnie) przestaje być zwykłym użytkownikiem. „Jeśli mam 50 tys. obserwujących na Instagramie i zarabiam na swojej popularności pieniądze, to czy wciąż jestem zwykłym użytkownikiem, czy też muszę być traktowany jako podmiot gospodarczy i płacić honoraria za linki?”

 

Polska skarga i inne iskierki nadziei

 

Złożona tuż przed eurowyborami w maju skarga polskiego rządu do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej na Dyrektywę odwołuje się do prawa wolności wypowiedzi i informacji, które gwarantuje Karta Praw Podstawowych. Wicepremier Piotr Gliński mówił przy okazji tej skargi, że  nie należy ustawać w walce o wolności, które ACTA2 narusza. Jego koledzy z PiS zapowiadali starania o jej zmianę w nowym euro parlamencie, który zaczyna obrady w lipcu.

 

Zapowiadając skargę, polski wicepremier, podobnie jak cytowani eksperci, zwrócił uwagę na niejasność sformułowań Dyrektywy i szerokie pole do interpretacji, co, oprócz tego o czym była mowa wcześniej, czyli poważnego zagrożenia, że stosowane filtry będą prymitywne i nadużywane przez podmioty działające w złej wierze, może sprawić, że krajach UE powstaną prawa nie tyle jednolite, co mocno się od siebie różniące. Przypomnijmy, że w nazwie Dyrektywy mowa jest o „jednolitym rynku”. Paradoksalnie może się okazać, że implementacja ACTA2 będzie całkowitym zaprzeczeniem jednolitości.

 

O polskiej skardze od kilku tygodni piszą liczne media światowe. Może nie każdy zdaje sobie sprawę, jak szerokim echem międzynarodowym się odbiła. W środowiskach internetowych w całej Europie odebrana została bardzo dobrze, jako znak nadziei na obalenie tego nie dość, że niechlujnego i niejasnego, to w spodziewanych konsekwencjach drakońskiego i destrukcyjnego prawa.

 

Także niektóre postacie publiczne, którym niekoniecznie politycznie po drodze z Prawem i Sprawiedliwością, zdobyły się na słowa uznania. Catherine Stihler, była szkocka posłanka do Parlamentu Europejskiego z ramienia Partii Socjalistycznej, a obecnie dyrektor naczelna Open Knowledge Foundation, napisała na stronie internetowej swojej organizacji m. in.: „Jest to bardzo mile widziane posunięcie Polski, które mogłoby uchronić Internet” przed wszystkimi problemami wynikającymi z Dyrektywy.

 

Jest kilka iskierek nadziei, że uda się obalić ACTA2. Pierwsza wiąże się z polską skargą, ale nie liczmy na to za mocno. Trzeba pamiętać, że wolność w dzisiejszych czasach nie jest dla elit europejskich, także prawniczych, wartością nadrzędną i najważniejszą. Druga to możliwość zmiany Dyrektywy wskutek nowej konfiguracji sił w europarlamencie i w innych organach europejskich, ale, jak to w polityce bywa, perspektywy zmian nie są zbyt jasne.

 

I wreszcie jest trzecia droga, która kogoś, kto przeczytał, co powyżej napisałem może nieco zaskoczyć. Pozwólmy mianowicie działać ACTA2. Niech wszyscy zobaczą jej absurdalność, jej antywolnościowe i cenzorskie oblicze. Niech rozszaleją się copyright trolle i cyniczni najemnicy prawni, którzy samowolnie tępić będą niekorzystne i krytyczne wobec swoich klientów treści pod hasłem walki o poszanowanie praw autorskich.

 

Smutna prawda jest taka, że ludzie relatywnie słabo interesowali się Dyrektywą, a walka z nią miała ograniczony zasięg. Może, gdy oberwą osobiście po sempiternie, i zamordyzm tych regulacji zacznie dopadać na każdym kroku ich codziennego internetowego życia, powstanie klimat i wystarczająco silna presja społeczna na wyrzucenie ACTA2 tam gdzie od początku jej miejsce – do śmietnika.

 

Mirosław Usidus

 

Konkurs Eko Dziennikarz – ostatnie dni zgłoszeń

Do końca tego tygodnia, czyli do 30 czerwca br. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej czeka na zgłoszenia w ramach trwającego konkursu „Nagroda NFOŚiGW – Eko Dziennikarz”. Konkursowi, w którym zostaną wyróżnione publikacje popularyzujące w mediach aktywność i dokonania Narodowego Funduszu w dziedzinie szeroko rozumianej ekologii, patronuje Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

 

W tym roku poza pulą 15 tys. zł dla laureatów, przewidziano dodatkową nagrodę (5 tys. zł) za publikację o charakterze podsumowującym 30-letnią działalność NFOŚiGW.

 

Konkurs – organizowany po raz trzeci – skierowany jest do dziennikarzy wszystkich rodzajów mediów: zarówno drukowanych, jak i elektronicznych, o zasięgu ogólnopolskim lub regionalnym. Warunek udziału w konkursie to data publikacji: między 1 stycznia 2018 r. a 31 grudnia 2018 r. W przypadku nagrody specjalnej dotyczącej 30-lecia NFOŚiGW, to okres od 1 stycznia 2019 r. do 31 lipca 1019 r.

 

Materiały dziennikarskie (pojedyncze lub w cyklu) mogą być zgłaszane przez ich autorów albo – za zgodą autora – przez redakcje prasowe, internetowe, radiowe, telewizyjne. W tym celu należy skorzystać z formularza załączonego do regulaminu. Wypełniony kwestionariusz oraz materiał dziennikarski trzeba wysłać na adres: [email protected]. Obowiązują dwa terminy zgłoszeń: do 30 czerwca 2019 r. dla publikacji z minionego roku o aktywnościach NFOŚiGW oraz do 30 sierpnia 2019 r. jeżeli chodzi o publikacje odnoszące się do 30-letniej działalności Narodowego Funduszu.

 

Jury weźmie pod uwagę zgodność z tematem, ideą, przesłaniem i celami konkursu, oryginalność materiałów dziennikarskich, walory estetyczne oraz wkład autora w zbieranie, weryfikowanie i przetwarzanie informacji zawartych w materiale.

 

NFOŚiGW przewidział w tej edycji konkursu trzy nagrody: główną (10 tys. zł), wyróżnienie (5 tys. zł) oraz nagrodę specjalną (5 tys. zł). Zwycięzcy zostaną ogłoszeni podczas tegorocznych targów branżowych POL-ECO-SYSTEM w Poznaniu, które odbędą się w październiku.

 

„Nagroda NFOŚiGW – Eko Dziennikarz” to ogólnopolski, coroczny konkurs ustanowiony w 2017 r. Docenieni przez Narodowy Fundusz dziennikarze w dwóch dotychczasowych edycjach, to przedstawiciele Polskiej Agencji Prasowej, Programu 1 Polskiego Radia, branżowych miesięczników – „Środowisko” oraz „Wodociągi-Kanalizacja”, a także Portalu Komunalnego, teraz-srodowisko.plgramwzielone.pl.

 

Regulamin i formularz zgłoszeniowy

 

Źródło: NFOŚiGW

 

Książkowe podsumowanie Nagród Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 2018

Ukazała się książka „Najlepsze publikacje. Nagrody SDP 2018”. Pozycja, pod redakcją Elżbiety Binder z Pracowni Wolnego Słowa SDP, to obszerne podsumowanie Nagród przyznawanych przez Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Publikacja zawiera nie tylko najlepsze materiały dziennikarskie, za które autorzy zostali nagrodzeni w tym roku przez SDP, ale też sylwetki wszystkich laureatów z dokładnym opisem ich kariery zawodowej, wywiady, informacje o patronach nagród, listę nominowanych, skład jury. Całość uzupełnia garść wiedzy o działalności SDP.

 

W książce znajdziemy m.in. A teraz, z pandemią Covid-19, lepiej nie wychodzić i nie odwiedzać niepotrzebnie kasyna offline. O wiele bezpieczniej będzie zostać w domu i zagrać w najlepszym polskim kasynie Slottica.  W końcu tylko w Slottica Kasyno możesz otrzymać 50 darmowych spinów bez depozytu za rejestrację. Tym bardziej na międzynarodowym portalu Playbestcasino.net znajdziesz również wiele recenzji o najlepszych polskich kasynach, bonusy od depozytów, sportowe i cybersportowe, a także darmowe spiny bez depozytu za rejestrację w polskich kasynach. tekst Wojciecha Biedronia o „dzikiej reprywatyzacji” pt. „Jak mafia rządziła Warszawą”, za który otrzymał on Pierwszą Główną Nagrodę Wolności Słowa SDP, a także rozmowę z Jerzym Jachowiczem, nagrodzonym w tym roku Laurem SDP „za osobistą odwagę i wyznaczanie standardów dziennikarstwa śledczego w wolnej Polsce”. Nie zabrakło też zdjęć laureatów kategorii fotograficznych Nagród SDP  – Piotr Tracza i Jacka Turczyka.

 

Książkę można otrzymać bezpłatnie w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie lub kontaktując się pod adresem: [email protected].

 

 

 

Nie ma wolności mediów bez medialnego ładu – zauważa ks. MARIUSZ FRUKACZ

„Raport o wolności mediów krajów Inicjatywy Trójmorza”, przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, dotyka takich spraw jak: wolność, niezależność, pluralizm mediów.  To tematyka ważna nie tylko dla dziennikarzy, ale dla wszystkich, których interesuje problematyka współczesnej demokracji.

 

W raporcie, jak zauważają jego autorzy, po raz pierwszy bowiem udało się zebrać w formie opracowania o charakterze materiału źródłowego ulotne i niedostrzegane często opinie i doświadczenia dziennikarzy nie reprezentujących jedynie tzw. media mainstreamowe, czyli te o największym audytorium  w danym kraju. Są to opinie i doświadczenia dziennikarzy z krajów Inicjatywy Trójmorza. Autorzy raportu dotarli do stolic tych krajów m.in. Sofii, Budapesztu, Bukaresztu, Zagrzebia, Lubljany, Pragi, Bratysławy, Tallina, Rygi i Wilna.

 

Kiedy myślę o wolności mediów, to często jednak powracam do pytania o ład medialny, a co za tym idzie o jakość języka publicznych debat.

 

Pluralizm na rynku medialnym i ład medialny

 

Jednym z istotnych cech współczesnej demokracji jest pluralizm, czyli możliwość prezentacji różnorodnych opinii w przestrzeni medialnej oraz możliwość dotarcia z tymi opiniami do opinii publicznej. W raporcie czytamy, że „zdecydowana większość ankietowanych wystawiła »dobrą«»bardzo dobrą« ocenę pluralizmu mediów w ich krajach. Oznacza to, że dziennikarze dostrzegają obecność na rynku medialnym wielu różnorodnych podmiotów, reprezentujących szerokie spektrum poglądów, tematów i opinii. Jak na kraje demokratyczne, stosunkowo duży jest przy tym odsetek osób mających przeciwne zdanie. Tych, który oceniają pluralizm mediów w swoim kraju negatywnie (»źle« lub »problematycznie«), jest ponad 25%. Razem z odpowiedziami »częściowo dobrze« to blisko 45% ankietowanych. To naprawdę dużo”.

 

Moim zdaniem problem pluralizmu łączy się z innym ważnym zagadnieniem, a mianowicie z ładem medialnym. Nie mam przekonania, co do tego, że w Polsce już możemy mówić o dobrym ładzie medialnym. Wydaje mi się również, że wciąż temat ten nie jest poruszany wystarczająco w debacie publicznej. Wiele lat temu o problematyce ładu medialnego pisał bp Adam Lepa. Ten ceniony znawca mediów zauważył, że bez udziału ładu medialnego nie zbuduje się społeczeństwa komunikacji. Ład medialny wpływa na najważniejsze sektory życia publicznego. Zdaniem bp. Lepy „ma też walor strategiczny, stoi bowiem na straży bezpieczeństwa obywateli. Jego obecność albo deficyt daje znać o sobie w skali państwa i świata. Zakłócenia w ładzie medialnym prowadzą do chaosu i skutkują groźnymi następstwami. Dlatego refleksja nad ładem medialnym jest dziś bardzo ważna i potrzebna”.

 

Bp Lepa zauważył, że „ład medialny to przede wszystkim stała równowaga w świecie mediów, umożliwiająca obywatelom zarówno dostęp do informacji powszechnej i prawdziwej, jak i budowę więzi komunikacyjnych. »Równowaga« zaś to po prostu optymalny stan w poszczególnych sektorach mediów, takich jak ich struktura, zasady ustrojowe, ustawodawstwo w dziedzinie mediów, udział obcego kapitału, bezpieczeństwo państwa w zakresie informacji czy ochrona obywateli przed negatywnym wpływem mediów” (zob. tutaj)

 

Po przestudiowaniu „Raportu o wolności mediów krajów Inicjatywy Trójmorza” zauważam, że dotyka on tak naprawdę problematyki ładu medialnego. Wśród krajów Inicjatywy Trójmorza (poza Austrią), wszystkie mają za sobą doświadczenie ustroju komunistycznego. Dlatego dla ładu medialnego (również w Polsce) wciąż ważne pozostają pytania: jaki jest stopień koncentracji mediów będących w rękach firm międzynarodowych i jak dalece dominacja kapitału zagranicznego powoduje zachwianie równowagi w świecie mediów? A także: czy treści publikowane tymi kanałami uwzględniają dobro narodu i państwa, czy też całkowicie poddane są interesowi obcych firm i realizują ich hierarchię wartości z bezwzględną dominacją wartości rynkowych?

 

Niezależność mediów i język debaty

 

To kolejny ważny temat poruszony w raporcie. Niezależność mediów to obok ich pluralizmu podstawowe kryterium składające się na ocenę stanu wolności słowa danego państwa. „Odpowiedzi oceniające niezależność mediów jako »częściowo dobrą«, »problematyczną«, »złą«»bardzo złą« stanowią łącznie ponad 67%. To uprawnia do twierdzenia, że w krajach Inicjatywy Trójmorza niezależność mediów to problem realny” – czytamy w raporcie. W raporcie zwrócono uwagę, „iż jeśli zsumuje się odpowiedzi sygnalizujące problemy w tym aspekcie realizacji zasady wolności mediów, to wynik będzie co najmniej niepokojący”.

 

Jednak wydaje mi się, że poruszając problem niezależności mediów, wolności słowa, nie wolno pominąć refleksji nad językiem, którym posługujemy się w życiu publicznym. W marcu 2019 r. ukazał się bardzo ważny list społeczny episkopatu pt. „O ład społeczny dla wspólnego dobra”. Biskupi wzywają w nim wszystkich uczestników życia publicznego do głębokiej refleksji nad językiem i do szacunku zarówno dla oponentów, jak i dla odbiorców. „Wzywamy wszystkich uczestników życia publicznego, zwłaszcza polityków, dziennikarzy, publicystów i użytkowników mediów społecznościowych, ale także zabierających głos w gronie rodzinnym, sąsiedzkim i współpracowników, do głębokiej refleksji nad językiem używanym w rozmowach o sprawach publicznych” – napisali biskupi.

 

„Odpowiedzialność za język debaty publicznej ponoszą zwłaszcza środki społecznego przekazu. Dociekliwość w dążeniu do prawdy, rzetelny i uczciwy opis złożonej rzeczywistości, pluralizm prezentowanych opinii, równy dystans do wszystkich opcji politycznych, rzeczowość unikająca zbędnych emocji, daleki od jednostronności oraz uproszczeń język – to istota medialnej posługi na rzecz dialogu i dobra wspólnego” – kontynuują biskupi. (Zob. dokument)

 

Na zakończenie warto przywołać słowa, które wypowiedział kiedyś Jan Paweł II: „Wolności nie można tylko posiadać, ale trzeba ją stale zdobywać, tworzyć. Może ona być użyta dobrze lub źle, na służbę dobra prawdziwego lub pozornego”.

 

Wydaje się, że musimy o tym pamiętać, kiedy myślimy o wolności i niezależności mediów.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tygodnika katolickiego „Niedziela”

 

Więcej o raporcie

 

Potrafił rozmawiać – wspomnienie ŁUKASZA WARZECHY o ś.p. Andrzeju Godlewskim

W sobotę pożegnaliśmy Andrzeja Godlewskiego, dziennikarza. Tyle wystarczy – kto jest ciekaw, jak przebiegała bardzo bogata dziennikarska kariera zmarłego, bez trudu odszuka te informacje w internecie.

 

Kościół pw. Wniebowstąpienia Pańskiego na Ursynowie był pełny, Mszę Świętą koncelebrowało siedmiu księży. Prócz rodziny, przyjaciół i wiernych z parafii, w której Andrzej aktywnie działał, było też wielu dziennikarzy, m.in. Piotr Semka, Wiktor Świetlik, Michał Karnowski, Tomasz Sianecki, Marcin Antosiewicz, Piotr Zaremba, Justyna Dobrosz-Oracz, Grzegorz Chlasta.

 

Na zdjęciu, ustawionym przed trumną, Andrzej był uśmiechnięty na swój charakterystyczny sposób. To fotografia, którą wstawił na profile w mediach społecznościowych. Jest wciąż na Twitterze i Facebooku.

 

Andrzej odszedł w wieku zaledwie 49 lat po kilkuletniej walce z wyjątkowo wredną i wyjątkowo rzadką odmianą nowotworu. Był aktywny niemal do samego końca. Jeszcze na kilka tygodni przed odejściem organizował debaty i spotkania, był gościem w mediach. Ostatni wpis na jego profilu na FB o kolejnej debacie jest z 15 maja. Andrzej zmarł 7 czerwca. Wiedział, że odchodzi. Miał w sobie tyle spokoju, że zdążył przygotować list pożegnalny, który odczytano podczas nabożeństwa żałobnego.

 

Spotkaliśmy się po raz ostatni przy okazji jakiejś dyskusji może ze dwa miesiące wcześniej. Po Andrzeju właściwie prawie nic nie było widać. Zawsze tak samo uśmiechnięty, tak samo miły, nie epatował swoimi problemami, obawami, cierpieniem. Wręcz przeciwnie – można by sądzić, że ma się przed sobą całkowicie szczęśliwego, spokojnego o przyszłość człowieka. Może zresztą tak było – Andrzeja uspokajała jego głęboka wiara. Gdyby ktoś nie wiedział, że toczy walkę o własne życie, nie podejrzewałby.

 

A kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy? Nie jestem nawet w stanie dokładnie odtworzyć. To musiało być podczas jednego z wyjazdów studyjnych, w których wielu brałem udział na etapie przygotowania Polski do przystąpienia do UE. Czyli znaliśmy się ponad 15 lat. Nie była to wielka przyjaźń czy bardzo intensywna znajomość, ale mieliśmy ze sobą zawsze kontakt, nieustannie gdzieś na siebie wpadaliśmy. I widząc go, zawsze bardzo się cieszyłem. Był kolegą, którego niezmiennie witało się z wewnętrznym impulsem radości, że jest, że się go widzi, że można zamienić kilka słów.

 

Teraz wyjaśnię, dlaczego to wspomnienie umieszczam w cyklu felietonowym na portalu SDP. Otóż kiedy się poznaliśmy, nasza rzeczywistość medialna i polityczna wyglądały inaczej niż dzisiaj. Wtedy te cechy Andrzeja, na które wskazywało wiele osób, wspominając go ostatnio, nie kontrastowały aż tak mocno z tłem, bo tło było bardziej stonowane. Myślałem o nim po prostu: miły facet, może trochę zbyt miękki, zbyt wstrzemięźliwy.

 

Tymczasem na tle rzeczywistości medialnej i publicznej AD 2019 Andrzej jawił się już jako epigon. Był kimś niezwykłym.

 

Po pierwsze – wyróżniał się kompetencjami. Przy coraz większym dyletanctwie dzisiejszych dziennikarzy, Andrzej po prostu błyszczał w swojej tematyce, głównie niemieckiej (mówił znakomicie po niemiecku, ale to nic dziwnego, skoro studiował w Lipsku) i europejskiej. A przy tym nigdy nie był protekcjonalny. Jeżeli komuś zdarzyło się popełnić merytoryczny błąd, zwracał uwagę w tak delikatny i przychylny sposób, że można mu było być tylko wdzięcznym. Odejście Andrzeja to pod tym względem ogromna strata. Z polskiego dziennikarstwa zniknęła jedna z zaledwie kilku osób, tak świetnie orientujących się w sprawach niemieckich i europejskich. Jedna z niewielu, od których mogliby się uczyć młodzi dziennikarze.

 

Po drugie – i to jest nawet ważniejsze – Andrzej był człowiekiem – podkreślam: człowiekiem, nie tylko dziennikarzem – nadzwyczaj łagodnym, uprzejmym, delikatnym i niekonfrontacyjnym. To, co kiedyś wydawało mi się może nadmierną miękkością, w ostatnich latach stało się towarem deficytowym, dobrem rzadkim, czymś unikatowym i bardzo, bardzo cennym. To była zdolność do rozmowy – bez pokrzykiwania, bez złośliwości, bez śladu napastliwości – z tymi, z którymi Andrzej mógł się głęboko nie zgadzać. Andrzej miał swoje poglądy, niezbyt kompatybilne z linią obecnej władzy, ale umiał do nich spokojnie przekonywać. Nie było w nim drapieżności, tak dzisiaj cenionej u tych, których Robert Mazurek nazwał w niedawnym wywiadzie „gniazdowymi”. Andrzej ratował, ocalał, odtwarzał zdolność do polemiki z maksymalnym szacunkiem dla drugiej strony. To dzisiaj ekstremalnie rzadka cecha, gdy premiowana jest medialna agresja, zero-jedynkowość i poniewieranie przeciwnika (właśnie przeciwnika, a nie polemisty, bo każdy, kto się nie zgadza, jest traktowany jak wróg).

 

Andrzej był też człowiekiem głęboko wierzącym i zapewne to również wpływało na jego postawę wobec bliźnich.

 

Chciałbym, żeby ta część Andrzejowego charakteru i sposób, w jaki działał jako dziennikarz, jakoś w nas pozostała. Żebyśmy potraktowali ją jako testament odchodzącego (zdecydowanie zbyt wcześnie) kolegi, który jest już w innym, lepszym świecie.

 

Andrzeju, spoczywaj w pokoju. Będzie tu Ciebie bardzo brakowało.

 

Łukasz Warzecha

 

LUDZIE, KTÓRZY TWORZYLI TVP. To i owo o Wowo – STEFAN TRUSZCZYŃSKI wspomina Włodzimierza Bielickiego

Wśród „telewizorków” lat 70., gdy z nimi współpracowałem i nawet się przyjaźniłem, Wowo Bielicki wyróżniał się wszystkim. Przyuważyłem go dużo wcześniej – w latach 50., 60. – sam będąc chłopcem od podawania piłek tenisowych. A rzecz działa się na sopockim korcie. Niedużym, ale zabytkowym, o który walczą dziś zażarcie pazerni ludzie o chamskich obyczajach. Mieszkaliśmy tuż obok – Helska 2 – i codziennie wiele godzin spędzałem na korcie.

 

 

To była przystań, salon sopockiej elity, która przybyła tu – po wojnie – do pustych domów modnego – przed wojną –  kurortu. Z Wilna, Lwowa, Krakowa i Warszawy.

 

Sopot (a nie jak czasem słychać Sopoty) to było molo, Grand Hotel, pnąca się stromo ulica – wówczas Rokossowskiego, a dziś (od 1956 r.) Bohaterów Monte Cassino. Były piękne wille po bogatych gdańszczanach, wreszcie Opera Leśna i Łysa Góra – zimowy salon inteligencji jeżdżącej na nartach, z niewielką skocznią narciarską i torem saneczkowym na morenowych wzgórzach otaczających miasteczko (40-tysięczne – wtedy i dziś).

 

Niedaleko w Gdańsku  był słynny „Bim Bom” – zakładany miedzy innymi przez Wowa, „Czarny Kot”, „Żak” z Afanasjewem, Cybulskim, Kobielą, Federowiczem, Wojtychem.   „Teatr Wybrzeże” – z bardzo popularnymi młodymi aktorami Elżbietą Kępińską  i Władysławem Kowalskim, a także Zdzisławem Maklakiewiczem. Teatralną sceną wybrzeża dyrygowali – Iwo Gall, a potem Zygmunt Hubner żonaty z piękną aktorką Mirosławą Dubrawską. Gościnie Andrzej Wajda reżyserował „Kapelusz pełen deszczu” Arthura Millera, a w „Hamlecie” występował Edmund Fetting. W  pamiętnym „Do wiedzenia, do jutra” Janusza Morgensterna są sceny z Sopockiego kortu z bohaterem niniejszego wspomnienia Wowo Bielickim i Romanem Polańskim.  Wtedy też powstał kultowy film „Dwaj ludzie z szafą”, w którym można dostrzec młodego Mariusza Dmochowskiego.

 

Gdynia była marynarska i rybacka. Gdańsk  z wielkim nakładem odbudowany przez cały kraj, z bardzo ważnym dla Polski przemysłem stoczniowym. Wreszcie Sopot – artystyczny, z małym rybackim porcikiem na południe od przepięknego mola, którego architektura została obecnie zakłócona przez dobudowanie mariny dla milionerów (postój nawet dla małych jachcików jest tam bardzo drogi).

 

W takim anturażu studiował młody artysta, przebojowy, o niespożytej energii.  Przybył do Sopotu ze stolicy. Bo Wowo to rodowity Warszawiak urodzony w 1932 roku. Jego krewni w ciągu ubiegłych wieków w Warszawie mieli nie tylko pojedyncze kamienice, ale np. na ulicy Miodowej kilkanaście domów w szeregu.

 

   Wowo Bielicki urodził się w Śródmieściu, w domu na Krakowskim Przedmieściu niedaleko pomnika Kopernika.  Tam też chodził do szkół. I co tu ukrywać  – miał opinię Casanovy.

 

Jednak wyjechał do Sopotu, gdzie studiował i skończył Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych. Odpłacił się za te studia sowicie – zostawił po sobie ogromną ilość prac i dokonań. Przez całe życie wymyślał, projektował i realizował setki scenografii. Małych, średnich, w teatrze, operze, a także w telewizji. Reżyserował też i prowadził od strony artystycznej masowe imprezy na stadionach i placach. Wowo był tytanem pracy. Cieszył się nią, a rezultatami cieszył ludzi.

 

To co teraz piszę ma być cyklem o ludziach telewizji  których znałem. Wracam więc  do zdania pierwszego – Wowo wyróżniał się wszystkim.

 

Gdy nastał prezes Maciej Szczepański, którego – na wyrost – nazywano nawet „krwawym Maciejem”, Wowo potrafił się postawić na publicznym zebraniu.  – Kto Pan jest? – zapytał groźnie Prezes. Wowo grzecznie objaśnił, że jest głównym reżyserem telewizji  i być może przestałby nim być , gdyby nie ujęli się za nim redaktorzy potrzebni wówczas Szczepańskiemu.

 

   Wowo był osobowością. Gdy powstawał nowy projekt działu publicystyki, konsultowano się z nim nie tylko w sprawach scenograficznych, reżyserskich, ale także dotyczących wyboru tematów. Był  życzliwy, bez zazdrości zawodowej. A to rzadkie wśród ludzi sztuki. Może dlatego, że był multiinstrumentalistą – reżyserem, realizatorem, redaktorem, a często również autorem.

 

Potrafił sobie zjednywać ludzi. Ci którzy z nim współpracowali nie tylko sowicie korzystali ze wspaniałej wyobraźni artysty, ale w sposób widoczny bardzo się rozwijali pod wpływem człowieka, który miał niespożytą energię i zapał, zawsze wierzył, że wszystko się uda.

 

 

Fot. Joanna Bielicka

Miał też odwagę. Wówczas nie kupowano gotowych formatów, a wymyślano programy od początku do końca. Takie podejście niezbędne jest przy wielkich transmisjach i imprezach plenerowych. Trzeba mieć wówczas wyobraźnię antycypującą jak zachowają się  tłumy widzów. Imprezy masowe są w części improwizowane, ale jednak powinny być kontrolowane przez tworzącego widowisko. Takie były „Wieloboje Gwiazd”, parasportowe programy na żywo, na największych arenach kraju. Wymyślił je Janusz Wieczorek, aprobował Mariusz Walter, reżyserował Wowo. Bezbłędnie do prowadzenia wybrali Jana Ciszewskiego Tomasza Hopfera. A potem na trybunach stadionów zasiadało po kilkanaście tysięcy ludzi, a przed telewizorami kilkaset razy więcej. Programy biły rekordy popularności. Wieloboje gwiazd można by dziś reaktywować. Wtedy w charakterze zawodników brali udział wyłącznie polscy mistrzowie olimpijscy, mistrzowie świata i Europy.

 

Dziś mistrzów sportu nam nie brakuje, a może być ich jeszcze więcej jeśli najzdolniejszych umiejętnie będzie się promować. Iluż to mamy wybitnych narciarzy, kolarzy i lekkoatletów. Nie tylko piłkarzy mamy. Gorzej ze sprawozdawcami. Jeden Przemysław Babiarz nie da rady.

 

   Wowo – to i owo, a wiec jeszcze trochę ciekawostek. Miał reżyser konia wyścigowego na spółkę z aktorem-gwiazdorem Ignacym Gogolewskim. Trzymali go w stajni w Jabłonnej, po której dawno już ślad zaginął. Wowo był także międzynarodowym sędzią tenisowym, bardzo zresztą łagodnym i przymykającym oko na auty. Maszyn do kontroli nie było.

 

   Wowo Bielicki był jednak przede wszystkim artystą-malarzem i scenografem, a także reżyserem. Bywało, że dyrektorował – między innymi teatrem w Wałbrzychu, mieszkając w przepięknym zamku w Książu.

 

   Wowo był skarbnicą wiedzy o sztuce, a także o artystach. Znał ich w końcu osobiście i to przez całe lata. Docenił go Krzysztof Skowroński, twórca i właściciel Radia Wnet. Wowo miał tu stałą audycję, w której opowiadał barwnie i życzliwie o ludziach kultury, a także o wielu ciekawych znajomych.

 

Ludzie sztuki są szybko zapominani. Owszem, wywołują wzruszenie, uśmiech i oklaski. Ale  to wszystko, jest bardzo ulotne i szybko zapominane.

 

Kochajmy artystów. I płaćmy o wiele więcej niż obecnie jest to stosowane. Większość z nich nie opływa w luksusy. Nie jest też prawdą – jak gadają zazdrośnicy – że artysta jeśli chce być  lepszym, musi być głodnym. Częściej wegetowanie kończy się bowiem smutno. Potem mówi się łzawo i wspomina rzewnie, ale to już artysty nie przywróci.

 

Jeszcze jedno. Wysyłamy na ostatnia wachtę artystów do różnych domów niby pogodnej starości. Gdzieś poza miasto. Gdzie daleko jest do teatrów i sal koncertowych. I tak nie powinno być. Wielu spośród starszych może przecież nadal chodzić na spacery, być wśród znajomych, a nie być zamkniętych w czterech ścianach. Może tak jest wygodniej dla „opiekunów”.

 

   Wowo miał rodzinę, kochająca żonę, dwóch synów. Szkoda jednak, że nie poszedł w ślady Ludwika Solskiego. Owszem, żył szybko i ciekawie. Zmarł 24 października 2012 roku. Miał 80 lat.

 

Stefan Truszczyński