Gonzo, czyli słowo (nie)godne filozofa – JERZY J. PILCHOWSKI, kreśli sylwetkę Huntera S. Thompsona

Hunter S. Thompson (HST) potrafił słowami (nie)godnymi filozofa wyostrzać rozmazane, przez strach i obrzydzenie, kontury świata. Tęsknię za nim.

 

 Sposób w jaki HST pisał, a raczej sposób w jaki myślał, nazywamy gonzo. Oficjalnie, gonzo jest synonimem słowa dziwaczne. Wolę jednak bostoński slang w którym gonzo to coś co robi się większe i twardsze, gdy emocje do niego napływają. Przyjęcie takiej definicji ułatwia bowiem obserwowanie dzikiej awantury pomiędzy ludźmi, którzy uważają, że mózg HST był duży i twardy oraz sflaczałymi nadludźmi z „The New York Times”.

 

Jedno jest pewne. HST potrafił precyzyjnie i sprawiedliwie opryskać należnym mu błotem standardowy sposób myślenia: „Obiektywne dziennikarstwo jest jednym  z najważniejszych powodów tego, że pozwalamy od dawna na to aby amerykańska polityka była aż tak bardzo skorumpowana.”.

 

Równie celne, jest to co napisał o telewizji: „Telewizyjny biznes jest brzydszy od większości rzeczy. Jest normalnie postrzegany jako pewnego rodzaju okrutne i płytkie okopy broniące uczciwym dziennikarzom dostępu do pieniędzy, długi plastikowy korytarz w którym biegają złodzieje i sutenerzy, a uczciwi ludzie zdychają jak psy bez powodu.”.

 

Oh well … Pewnych spraw „bez pół litra nie razbieriosz.”. Wódka jest jednak za słaba, aby oświetlać problemy tak wielkie jak Ameryka. Tym bardziej, że alkohol to „downers”, czyli narkotyk wpędzający ludzi w depresję. HST potrzebował również „uppers” (wywołują radość  i optymizm) oraz „screamers” które pozwalają zobaczyć, że spotkani w Las Vegas picuś-glancuś i lalunia to krwiożerczy dinozaur i padlinożerna wrona.

 

Ludzie, którzy jadą przez życie na kwadratowych kołach mają jednak problem, szczególnie po kilku głębszych, z zaakceptowaniem faktu, że HST ćpał. Umówmy się, że bronić go nie będę. Niech sam się broni: „Oczywiście, moje ćpanie jest przesadzone, inaczej już dawno bym umarł.”.

 

Słowa słowami, ale mamy również oczy i widzimy, że bez ilustracji Ralpha Steadmana twórczość HST byłaby uboższa. Podstawą ich przyjaźni był podobny sposób widzenia świata. Świetnie obrazuje to fragment listu HST do RS:  „Drogi Ralfie,  Myślę kolego, że musimy to razem przeżyć. Jakiś frajer z Oregonu, ma na imię Perry, chce ufundować nam miesiąc na Hawajach, w czasie Bożego Narodzenia, i wszystko co musimy zrobić to relacjonować Honolulu Maraton dla jego miesięcznika „Bieganie”… Taaak. Wiem co myślisz, Ralfie. Kręcisz się po pracowni, w mieścinie Old Loose Court i myślisz, ‘Dlaczego ja? I dlaczego teraz? Właśnie wtedy gdy zaczynam być szanowany?’  Well … bądźmy szczerzy; każdy może być szanowany, szczególnie w Anglii. Ale nie każdy może zarabiać biegnąc jak wariat 26 mil w rozreklamowanym biegu dla maniaków który nazywa się Honolulu Maraton.”.

 

HST i Oscar Zeta Acosta (OZA) poznali się w roku 1967. Dobrze, że tak się stało. Drogi bożych szaleńców powinny się przecinać. OZA czyli dr Gonzo był dla HST czymś w rodzaju prototypu:  Południowy-zachód jest krainą zamieszkiwaną przez wiele plemion które łączy wpływ cywilizacji Azteków. Mówią na sobie Chicano. Ich stolicą jest East Los Angeles. Żyją tam według własnych praw, czyli w konflikcie z prawem napisanym na papierze. OZA był ich adwokatem. Dobrze rozumiał, że przestrzeganie sądowych procedur to dla Chicano prosta droga do więzienia. To co OZA robił na sądowych salach trudno określić inaczej niż mówieniem do sędziego: „Gonzo ci w …„ Robił to jednak w sposób kulturalny i zgodny z procedurami. W efekcie, nawet najsprytniejsi żydowscy sędziowie dostawali fiksum-dyrdum i nie byli w stanie wydawać zgodnych z procedurami wyroków. Uzupełnieniem jego wspaniałej bezczelności było (w roku 1970) kandydowanie na szeryfa hrabstwa Los Angeles. Przegrał ale zebrał setki tysięcy głosów dzięki czemu stał się „nietykalny”.

 

Koniec był niestety łatwy do przewidzenia. W roku 1974, OZA płynął yachtem z Meksyku do Kalifornii. Nie dopłynął i nikt się nigdy nie dowie czy Pacyfik połknął go z własne woli.  (Na początku lat siedemdziesiątych, wydawnictwo Straight Arrow Books opublikowało dwie napisane przez OZA książki; „The Autobiography of a Brown Buffalo” i „The Revolt of the Cockroach People”.)

 

Wróćmy na początek lat sześćdziesiątych. W roku 1965, „The Nation” zamówiło u HST tekst na temat gangu motocyklistów „Hell’s Angels” (Anioły z piekła). Tekst ten uczynił go sławnym i zaowocował ofertą napisania książki. Kilka lat później (listopad 1974), wywiadzie dla „Playboya”, tak opowiadał o pracy nad tą książką: „Oni byli trochę zaskoczenie tym, że normalnie wyglądający dziennikarz literackiego pisma z Nowego Jorku wytropił ich w obskurnym warsztacie samochodowym w przemysłowej części slamsów południowego San Francisco. Na początku, byli wytrąceni z równowagi ale po 50 lub 60 piwach znaleźliśmy wspólny język gdyż … Szaleńcy zawsze się rozpoznają.”.

 

Geneza Aniołków jest prosta. Po drugiej wojnie światowej, do domu wróciły tysiące żołnierzy. Przywieźli wewnętrzne i zewnętrzne blizny, które starali się leczyć narkotykami, bijatykami i szumem wiatru we włosach. Powstała subkultura ludzi silnych i słabych równocześnie. Pisząc tę książkę, HST nie dosypywał ani cukru, ani soli. Pisał prawdę, również o tych którzy starali się Aniołki cywilizować. Jej publikacja (w roku 1966) była wielkim sukcesem. Za zarobione pieniądze, HST kupił posiadłość w Woody Creek w stanie Kolorado. Nazwał ją „Owl Farm” (Gospodarstwo sów) i była to dla niego prawie zaciszna przystań.

 

W roku 1970, idąc śladami OZA, HST zgłasza swoją kandydaturę na szeryfa hrabstwa Pitkin. Przegrywa (minimalnie) ale, podobnie jak OZA, wygrywa pewnego rodzaju „eksterytorialność”. Pisze też tekst „The Battle of Aspen: Freak Power in the Rockies” („Bitwa o Aspen: Siła Oszołomów w Górach Skalistych”). Publikuje go w magazynie „The Rolling Stones” i tak zaczyna się wieloletnia współpraca HST z tym kultowym pismem. To jest już liga mistrzów.

Rok później, HST otrzymuje, z pisma „Sport Illustrated”, zamówienie na reportaż o organizowanym corocznie w Las Vegas wyścigu motocyklowym Mint 400. Powstaje dwuczęściowy tekst dla „The Rolling Stones”, a następnie jego sztandarowe „gonzo”, czyli książka „Fear and Loathing in Las Vegas” („Strach i obrzydzenie w Las Vegas”).

 

Pisząc tę książkę, HST trafił w dziesiątkę. „Strach i obrzydzenie” odsłoniło stan duszy amerykańskiej klasy średniej. Tak zwana nowoczesność powoduje bowiem, że biznesmeni, brokerzy giełdowi i ludzie na kierowniczych stanowiskach żyją w ciągłym stresie, czyli na adrenalinowym haju. Robi to z nich ludzi emocjonalnie niestabilnych i często popadających w depresję nazwaną też wypaleniem. Wtedy potrzebne jest „sanatorium”. Jadą wówczas do  Las Vegas, aby skoczyć w wir hazardu, picia, ćpania i seksu gdyż jak wiadomo „klin klinem”. Po kilku dniach padają na hotelowe łóżko i śpią dzień lub dwa. Krzyczą wtedy przez sen, pocą się i robią pod siebie. Jest chyba tak, że organizm postawiony nad przepaścią ratuje się wydalając gwałtownie fizyczne i psychiczne toksyny. Po takiej kuracji, jeśli nie umrą lub nie zwariują (co się często zdarza), mogą wziąć prysznic i poczuć się jak nowo narodzeni. HST opisał to wszystko stawiając siebie i dr Gonzo (czyli OAZ) w roli facetów szukających odpowiedzi na pytanie: Gdzie schowało się amerykańskie marzenie? I nie jest ważne czy (jak chcą jedni) to co napisał HST jest komedią, czy też (jak chcą inni) dramatem: „Teraz po wyjściu z windy i wejściu do kasyna, wielki tłum kłębi się ciągle dookoła stołów do gry w kości. Kim są ci ludzie? Te twarze! Skąd oni się tutaj wzięli?  Wyglądają jak karykatury sprzedawców używanych samochodów z Dallas. Ale oni naprawdę istnieją. Jezusieńku, jest ich diabelsko dużo – piszczących ciągle koło tych stołów w mieście na pustyni o czwartej trzydzieści w niedzielny poranek.”. (…).

 

„Dziwne wspomnienia w tą nerwową noc w Las Vegas. Pięć lat później? Sześć? To wygląda jak całe życie albo przynajmniej jak Ważna Era – rodzaj szczytowania, który się nie powtórzy. San Francisco w połowie lat sześćdziesiątych było wyjątkowym miejscem. Może to miało jakiś sens. Może nie, patrząc perspektywicznie … nie znamy wyjaśnienia, żadna mieszanka słów lub muzyki albo wspomnień nie podważy jednak przeświadczenia, że było się na tym skrzyżowaniu czasu i świata. Cokolwiek to znaczy … Historię trudno zrozumieć, gdyż słyszymy tyle bzdur, ale nawet nie będąc pewny co historia znaczy mamy podstawy myśleć, że od czasu do czasu energia całego pokolenia zaświeci długim i jasnym błyskiem, z powodu którego nikt w tym czasie nie rozumie – i nie zostanie nigdy wyjaśnione co się właściwie stało.”

 

Nie jest przypadkiem, że wybrałem właśnie te dwa fragmenty. W książce dzieli je tylko kilka stron. Razem, stanowią dobry przykład przeplatania strachu i obrzydzenia z nostalgią.

 

Cofnijmy się do roku 1968. Ruch hippisowski był w rozkwicie i Czerwone Pieluszki (Najsławniejsi ludzie tej „formacji ideowej” to Abbie Hoffman, Jerry Rubin i David Horowitz) wierzyły, że droga do władzy stoi przez nimi otworem. Moja ulubioną dokumentacją sposobu w jaki ci ludzie myśleli to opublikowane w książce „Do it!” (autor: Jerry Rubin) zdjęcie. Jest na tym zdjęciu grupa gołych hippisów i na każdej postaci napisano „One Vote” (Jeden Głos).  Gołą prawdą okazało się jednak to, że wybory prezydenckie w roku 1968 wygrał Richard Nixon który był cynicznym hipokrytą. Nie przeszkadzało to większości wyborców, gdyż lewicowy kontrkandydat (Hubert Horatio Humphrey) był dokładnie taki sam. Czerwone Pieluszki pomyślały wtedy, że zwycięstwo Nixona da im szansę na dorżnięcie establishmentu w następnych wyborach.

 

Nadszedł rok 1972, kandydatem Demokratów został czerwony senator George McGovern. „The Rolling Stone” wysłało HST, aby opisał kampanię wyborczą. I opisał. Powstała książka „Fear and Loathing: On the Campaign Trail ‘72”. Napisał w niej jak (upraszczając) wyglądają naćpane Czerwone Pieluszki, gdy przelatują analnie młode feministki. „W tym czasie, było mi trudno utrzymać powagę. Ci biedni, młodzi i naiwni z wodogłowiem. Czy przekażą tą dziwną wiadomość swoim rodzicom, gdy wrócą do swoich domów w Middletown, Shaker Heights i w hrabstwie Orange?  Myślę, że chyba tak. I ich rodzice mogli by napisać listy do NBC, informując iż z wiarygodnych źródeł dowiedzieli się, że Chanceller był uzależniony od LSD-25 – dostarczanego mu bez wątpienia w dużych ilościach przez komunistycznych agentów – i żądać aby został on natychmiast zdjęty z wizji i aresztowany.”.  [Wyjaśnienie: Middletown to nazwa symbolizująca prowincjonalizm. Shaker Height to nazwa sugerująca, że chodzi o miasteczko, w którym popularna jest, przechowywana często w solniczkach (shaker), kokaina. A hrabstwo Orange jest miejscem w którym lubią mieszkać razem ludzie z mafii, z biznesu i intelektualiści. A John Chancellor to znany w tym czasie dziennikarz.]

 

Takich kwiatków jest w tej książce dużo i czytelnik nie ma innego wyjścia tylko śmiać się głośno i żałośnie.  Paradoksalnie, wielu poważnych ludzi zalicza tą książka do poważnych dzieł politologicznych. I ja się z nimi zgadzam.

 

Mijały lata. HST pisał i był czytany. Ponowny wybuch świetności nadszedł jednak dopiero w roku 1980. Powstała wtedy książka „The Curse of Lono” („Przekleństwo bożka Lono”). Składa się ona z dwóch części. W pierwszej, HST opisuje maraton w Honolulu, który otworzył mu oczy na zaczynającą się erę nowej etyki: „Koncepcja zwycięstwa poprzez przegraną już zapuściła korzenie i wielu ludzi mówi, że ma to sens. Maraton w Honolulu jest doskonałym przykładem Nowej Etyki. Główna nagroda to szara koszulka dla każdego, z czterech tysięcy, kto dobiegł do mety. To była próba i przegrali tylko ci którzy odpadli.”

 

Oznacza to, że trzeba zdobyć się na ogromny wysiłek, aby zostać ubrany w szarą koszulkę i móc zaliczyć siebie do tłumu zwycięzców.

 

Uff. Poprzednim razem, niejaki Mao Zedong ubrał tłumy w jednakowe garniturki i też mówił im, że są zwycięzcami. Druga część tej książki to świat etyki hemingwayowskiej. Jest w niej list do Ralpha Steadmana:  „Drogi Ralfie, … Siedziałem na rybackim krześle w łodzi nazwanej Humdinger i walczyłem desperacko z ogromną rybą – i 17 minut później przyciągnąłem ją tak blisko łodzi, że mogłem się wychylić i roztrzaskać jej mózg jednym szaleńczym uderzeniem wojennej maczugi z Samoa. Nikt już mnie nie lekceważy, Ralfie, mogę pić z rybakami. Twarde chłopy. Spotykamy się wieczorami w barze Huggo, aby opowiadać niestworzone historyjki, pić z dużych kieliszków i śpiewać dzikie pieśni”.

 

Może już czas pomyśleć o tym czy prawda o nas ukryta jest w dzikich pieśniach czy w monotonnym klepaniu butami o asfalt?

 

Johnny Depp, przygotowując się do zagrania głównej roli w filmie „Las Vegas Parano”, spędził dużo czasu w „Owl Farm”.  HST pozwolił  mu zaglądnąć do pudeł, w których trzymał różne niedokończone teksty. Depp znalazł tam brudnopis książki, w której HST opisał czas (rok 1958), gdy pracował w San Juan, czyli w stolicy Puerto Rico. Namówił HST do opublikowania książki „The Rum Diary” („Dziennik zakrapiany rumem”) i na jej podstawie powstał film.

 

Końcówka XX wieku. HST publikuje trylogię „Gonzo papers” („Zapiski Gonzo”): „The Great Shark Hunt” („Wielkie polowanie na rekiny” – 1979), „Generation of Swine” („Pokolenie świń” – 1988) „Songs of the Doomed” („Pieśni przeklętych” – 1990)  Są w tych książkach stare, opublikowane w różnych pismach, teksty. Są też teksty i listy które nigdy wcześniej nie były publikowane. Jest co czytać. Jest z czego wyławiać myśli ostre jak żyletki.  Z tych książek wybrałem jednak tylko jeden cytat. W „Songs of  Doomed” jest rozdział „German Decade: The Rise of the Fourth Reich” („Niemiecka dekada: Początek Czwartej Rzeszy”). Zaczyna się on od słów: „Wysoki blondyn z błyskiem w niebieskich oczach wszedł do kawiarni Riviera i zaczął się rozpychać. Krzyczał  „Sieg heil!”. „Ich bin ein Barliner!”. Była północ, sobota w Greenwich Village i siedziałem przy barze, oglądając telewizyjne wiadomości – banda dzikich Niemców wdrapała się na Mur Berliński. Wielki tłum po obu stronach Bramy Brandenburskiej śpiewał „Deutschland über Alles” a inni machali dłońmi pełnymi pieniędzy. „Nareszcie wolni!” krzyczał ten człowiek. „Śmierć komunistycznym świnią! Będziemy maszerować drogą usłaną kośćmi.”. Rzeczywiście wojna się skończyła. Czerwone niebezpieczeństwo uciekło. Pełne zwycięstwo bez przelewu krwi. Połączyły się dwie części potwora. …”. 

 

Początek wieku XXI. 23 kwietnia 2003, HST bierze ślub ze swoją asystentką Anitą Bejmuk.

 

Bywa tak, że starsi panowie (posiadający bogate życie wewnętrzne) zakochują się w młodych dziewczynach. Takie małżeństwa (jeśli dziewczyna też posiada bogate życie wewnętrzne) bywają przez pewien czas udane. Tak było w tym wypadku. Ale nawet oszałamiające postępy farmakologii nie są w stanie zmienić tego, że gonzo starszych panów nie jest już tak twarde jak być powinno.

 

I nawet jeśli młoda żona rozumie to i wybacza, to jednak …  HST lubił strzelać. 20 lutego 2005 strzelił po raz ostatni. We własną głowę. W pożegnalnym liście napisał:

 

„Koniec gier. Koniec wybuchów. Koniec chodzenia. Koniec zabawy. Koniec pływania. 67. To jest 17 lat więcej niż 50. 17 więcej niż potrzebowałem i chciałem. Nuda. Jestem zawsze marudny. Brak radości – dla każdego. 67. Stajesz się chciwy. Zachowuj się jak na twój wiek przystało. Spokojnie – to nie będzie bolało.”.

 

Johnny Depp nie pozwolił mu odejść bez jeszcze większego huku. Dwudziestego sierpnia roku pańskiego 2005, przy dźwiękach piosenki Dylana („Hey! Mr Tambourin Mam, play a song for me, I’m not sleepy and there is no place I’m going to …”) prochy HST wystrzelone zostały z wielkiej armaty i wiatr historii rozwiał je nad „Owl Farm”.

 

Jerzy Jacek Plichowski

 

Fot. Wikimedia

Skandaliczne naruszenie zasady wolności słowa przez firmę IKEA

CMWP SDP  z  najwyższym niepokojem i oburzeniem przyjmuje informacje  o działaniach sieci IKEA  polegających na  zwolnieniu z pracy pracownika w związku z wyrażoną przez niego opinią w mediach społecznościowych na temat akcji propagującej ideologię LGBT. W ocenie  CMWP SDP działanie to w skandaliczny sposób  narusza konstytucyjne prawa obywatelskie wolności sumienia i wyznania (art. 53 Konstytucji RP) oraz prawo posiadania i głoszenia poglądów (art. 54 Konstytucji RP). CMWP SDP przypomina, że zgodnie z polską konstytucją oraz kodeksem karnym „nikt nie może być zmuszanym do wspierania działań, które uznaje za sprzeczne ze swoim sumieniem czy wyznawaną religią”.

 

W czerwcu 2019 r. pracownik sieci IKEA został zwolniony za to, iż w odpowiedzi na ideologiczną agitację pracodawcy  polegającą na udostępnieniu wszystkim pracownikom artykułu „Włączenie LGBT+ jest obowiązkiem każdego z nas”, na firmowym forum internetowym wyraził swoją krytyczną opinię na temat tej akcji wspierania ruchu LGBT + . W swojej opinii cytował fragmenty Pisma Świętego. Ta wypowiedź stała się przyczyną wypowiedzenia umowy o pracę temu pracownikowi. Jak informują media, osoby, które „polubiły” jego wpis na forum, zostały ukarane upomnieniem.

 

Jak wynika z całokształtu okoliczności ujawnionej sprawy, potwierdzonych m.in. przez Polską Agencję Prasową, TVP Info oraz Instytut na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, rzeczywistą przyczyną zwolnienia pracownika było wyrażenie przez niego poglądu odwołującego się do wartości katolickich. Pracownik stracił pracę mimo, iż jego praca była pozytywnie oceniana przez klientów i przełożonych. W ocenie CMWP SDP  wiele wskazuje na to, iż pracownik ten został ukarany za opublikowanie swojej opinii, co w jednoznaczny sposób narusza fundamentalną dla każdego demokratycznego państwa zasadę wolności słowa. W związku z tym CMWP SDP oświadcza, iż obejmuje monitoringiem działania wszelkich instytucji zajmujących się tą sprawą i zapowiada wsparcie pracownika firmy IKEA, który stracił pracę z powodu publicznego wyrażenia swoich poglądów religijnych, w jego sporze z pracodawcą.

 

Dr Jolanta Hajdasz

Dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 30 czerwca 2019 r.

 

Źródło: CMWP SDP

 

Łzy, które nie irytują – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o tym dlaczego reportaż radiowy wciąż ma słuchaczy

Niektórzy mówią, że reportaż radiowy to przeżytek – zazwyczaj są to ludzi, którzy w ogóle radia nie słuchają lub słuchają takiego, gdzie są wyłącznie konkursy, reklamy i muzyka.

 

Nawet nie dziwię się tym kategorycznym stwierdzeniom, bo faktycznie radiowy reportaż wydaje się być formą niedzisiejszą. Posługuje się wyłącznie dźwiękiem, a przecież dziś dominuje kultura obrazkowa. Wystarczy porównać popularność portali typu YouTube (gdzie nawet muzyka musi być opatrzona klipem lub przynajmniej ilustracją) i Sound Cloud (przeznaczonych wyłącznie do odtwarzania dźwięku). Ten pierwszy to światowy gigant. Ten drugi popularny jest przede wszystkim wśród osób zafascynowanych dźwiękiem (głównie muzyką).

 

Co więcej, reportaż jako gatunek w ogóle wydaje się być niedostosowany do dzisiejszego świata, w którym newsy przez całą dobę płyną wartkim strumieniem, bez rozróżnienia na te, które są istotne, które błahe, a które zupełnie nieprawdziwe. Jeśli korzystamy z portali społecznościowych typu Facebook, jest duże ryzyko, że zostaniemy zalani doniesieniami zarówno o najważniejszych wydarzeniach na świecie, jak i ciekawostkami bez większego znaczenia czy fake newsami.

 

Film dokumentalny bez obrazu

 

A jednak reportaż jeszcze żyje i w dodatku ma się całkiem dobrze. Może właśnie na przekór szybkiemu i często byle jakiemu dziennikarstwu? Może w świecie błyskawicznych newsów ludzie szukają wartościowych, skłaniających do refleksji opowieści, które pobudzają wyobraźnię i angażują na dłużej, niż pięć minut? Z jakichś powodów książki reporterskie sprzedają się w dużych nakładach, festiwale reportażu przyciągają sporo odbiorców (także młodych), a reportaż radiowy ciągle istnieje na antenie Polskiego Radia – chociaż trzeba przyznać, że niemalże wyłącznie tam, bo zdecydowana większość stacji radiowych już z tej formy zrezygnowała.

 

Tymczasem, jak przekonują głosy naszych słuchaczy, reportaż w radiu ciągle wywołuje emocje. „Nie wysiadałem z samochodu, dopóki nie usłyszałem, jak skończyła się ta historia”, „Jak słucham, że reportaż radiowy umiera, to chce mi się śmiać. Słuchałem ostatnio reportażu tak wzruszającego, że obawiałem się, że spowoduję wypadek, bo zwyczajnie oczy zaszły mi łzami, a prowadziłem samochód”, „Rewelacja, nie wiedziałam wcześniej, jak takie reportaże brzmią, a miałam wrażenie, jakbym oglądała film dokumentalny!” – to opinie naszych słuchaczy, które przychodzą do nas mailowo lub na nasze konta facebookowe. Nawiasem mówiąc, porównanie do filmu dokumentalnego było całkiem trafione. Katarzyna Michalak, reportażystka z Radia Lublin, często powtarza, że powinniśmy starać się nagrywać tak, jakbyśmy robili film dokumentalny, tylko że bez obrazu. Obraz ma powstać w głowie naszego słuchacza, dzięki jego własnej wyobraźni, nakarmionej przez nas dźwiękiem, słowem i muzyką. I taki obraz często powstaje. Co więcej, wywołuje emocje. Jedna z uczestniczek corocznego seminarium reportażu w Warszawie powiedziała kiedyś: „Kiedy oglądam telewizyjne reportaże, irytuje mnie płacz bohatera. Mam wrażenie, jakbym patrząc na człowieka w rozsypce uczestniczyła w czymś zbyt intymnym. Ale w reportażu te emocje pokazane są zazwyczaj subtelniej. Wystarczy usłyszeć głęboki wdech bohatera, chwilę pauzy w opowieści, przełknięcie śliny, żeby móc się wczuć w jego losy i przeżyć emocje razem z nim”.

 

Audycje młodych nie tylko dla młodych

 

Inna sprawa, że nawet w Polskim Radiu można usłyszeć głosy, że reportaż to przeżytek. Stąd pomysły, aby emitować go w środku nocy lub zastępować czymś, co należałoby uznać raczej za rozbudowany news, oraz by ograniczać czas jego emisji w programie przeznaczonym dla młodych słuchaczy. Co ciekawe, w wielu krajach europejskich myśli się o reportażu w radiu zgoła inaczej. Przez dwa lata byłam polskim reprezentantem w Komisji Dokumentalistów Europejskiej Unii Nadawców. Brałam udział w wielu międzynarodowych spotkaniach. Podczas jednego z nich przedstawiciele szwedzkiego radia publicznego prezentowali serię P3 Dokumentar. To audycje dokumentalne prezentujące najróżniejsze wydarzenia ze świata – historyczne, jak na przykład afera Watergate, i całkiem współczesne, jak zamach terrorystyczny w Sztokholmie, bądź głośne sprawy kryminalne. P3 Dokumentar trwają kilkadziesiąt minut, zazwyczaj nieco więcej niż godzinę. Wykorzystuje się w nich materiały archiwalne oraz głosy świadków lub uczestników danych wydarzeń. W Polsce zostałyby pewnie zakwalifikowane jako audycje dla starszych, wykształconych i wymagających słuchaczy. Tymczasem Szwedzi przygotowują je specjalnie dla młodych ludzi. I osiągają sukcesy. W kraju, który ma nieco ponad 10 mln obywateli, audycji P3 Dokumentar słuchają nawet… 2-3 mln z nich.

 

Podczas tych samych międzynarodowych spotkań miałam okazję się przekonać, jak wielu młodych ludzi chce zajmować się opowiadaniem historii wyłącznie za pomocą dźwięku. To właśnie dla nich przeznaczone jest stypendium imienia Ake Blomstroma, szwedzkiego dziennikarza bardzo wspierającego młodych adeptów tego zawodu. Co roku dziesiątki początkujących radiowców ubiegają się o tę międzynarodową nagrodę, umożliwiającą im roczną pracę pod okiem doświadczonych kolegów. Obecność młodych ludzi w świecie dźwiękowych opowieści da się też zauważyć wśród autorów podcastów. Wielu z nich decyduje się na publikowanie swojej twórczości w internecie. Chociaż stosują wszelkie prawidła konstruowania reportażu radiowego, cenią sobie większą niezależność i możliwość poruszania tych tematów, które najbardziej ich interesują. W praktyce często powstają „reportaże w wersji pop” – to lekkie tematy, żartobliwa narracja, bardzo dynamiczna konstrukcja, a autor często jest jednocześnie bohaterem audycji. W minionych latach na międzynarodowych konferencjach prezentowano między innymi podcast na temat roli pocałunków w naszym życiu, czy taki, w którym autor rozprawia się z kwestią własnej nadwagi. Te audycje, robione przez młodych i raczej dla młodych, mogą w przyszłości zyskiwać coraz większe znaczenie.

 

Oczywiście także wśród etatowych pracowników publicznych stacji radiowych (bo również za granicą reportaż istnieje właściwie wyłącznie tam) można znaleźć młodych ludzi. Ich audycje poruszają ważne i trudne tematy, np. Georgia Catt z BBC 4 przedstawiła jakiś czas temu świetną serię reportaży „Missing” o zaginionym mężczyźnie. Jego żona, która dopiero co urodziła mu dziecko, bardzo zaniepokojona zniknięciem partnera, zgłosiła to na policję. Wkrótce okazało się, że mężczyzna żyje i prawdopodobnie ma się całkiem dobrze. Dlaczego więc nie chce wrócić do rodziny?

 

Inna Brytyjka, Hanna Walker-Brown, pracuje z kolei w firmie producenckiej The Falling Tree. Nie tylko robi reportaże (np. historię o umieraniu jej babci i tym, co wydarzyło się w ciągu tych godzin w jej rodzinie czy opowieść o tajemniczej katastrofie morskiej sprzed lat), ale też sama tworzy do nich muzykę i efekty dźwiękowe. Wielu młodych ludzi za granicą decyduje się również na pracę freelancera, współpracując z radiem publicznym, emitując swoje produkcje na antenie innych stacji radiowych oraz zamieszczając je w internecie.

 

Nie wycinajcie reportażu

 

W Polsce jednak, poza nielicznymi wyjątkami, nie byłoby to możliwe. Stawki za reportaże są bardzo niskie, a miejsc, w których można wyemitować swoje dzieło – nie ma wiele. Mimo to radiowy reportaż interesuje młodych. Co roku studenci starają się o możliwość odbywania praktyk w Studiu Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia, niektórzy z nich zresztą zostają w radiu na stałe (na przykład nasz najmłodszy współpracownik, Antoni Rokicki). Wielu młodych ludzi bierze też udział w Konkursie im. Jacka Stwory, oferującemu laureatowi roczne stypendium i możliwość realizacji reportażu marzeń pod opieką mentorów. Ostatnio natomiast dwie młode reporterki radiowej Trójki postanowiły organizować w jednej z warszawskich kawiarni cykliczne spotkania „Tego się nie wytnie”, podczas których uczestnicy mogą słuchać reportaży i o nich dyskutować z autorami. Organizatorki piszą na stronie wydarzenia: „Wierzymy w reportaż radiowy. Jesteśmy, mimo to, że dziś to często liczba dźwięków decyduje o wypłacie, a praca nad formą przestaje mieć znaczenie. Radio staje się domeną ludzi nieczułych na dźwięk. Jeśli czujesz podobnie jak my, ale mimo wszystko jesteś, chcesz posłuchać reportaży albo porozmawiać o tym, czy jeszcze warto – przyjdź. W knajpie TO SIĘ WYTNIE na Pradze będziemy słuchać dwóch reportaży, które były emitowane na antenie Polskiego Radia. Poznamy dwóch reportażystów i dwa różne sposoby widzenia świata. Będziemy się spierać, kłócić, a czasem nawet płakać, bo tylko wtedy reportaż istnieje, kiedy nie przejdziemy obok niego obojętnie. I wtedy ma się dobrze”.

 

Pozostaje więc mieć nadzieję, że reportaż, mimo niesprzyjających czasów, nie zginie.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

 

 

 

 

Wyjaśnić Węgry – rozmowa z DOMINIKIEM HÉJJEM, redaktorem naczelnym portalu kropka.hu

Na Węgrzech podział jest prosty: albo jesteś prorządowy, albo antyrządowy, a zatem nie masz reklam państwowych i twój pracodawca musi sobie radzić sam bądź też, poprzez naciski właścicielskie, przekształci podmiot antyrządowy w prorządowy – mówi Dominik Héjj w rozmowie z Tomaszem Nieśpiałem.

 

Na stronie kropka.hu przedstawia się Pan tak: politolog, dziennikarz oraz wykładowca akademicki. Czy zatem bardziej czuje się Pan politologiem, ekspertem od polityki węgierskiej, czy jednak dziennikarzem?

 

Każda z tych, nazwijmy to „profesji” jest wypadkową kolejnej. Najpierw zostałem politologiem, poprzez ukończenie studiów, wykładowcą akademickim, gdy robiłem doktorat i gdy go obroniłem. Z kolei dziennikarzem jestem poprzez wypadkową analiz. Analizy na kropka.hu tworzymy głównie dla bardzo wąskiego grona odbiorców. Profesjonalne materiały, obszerne merytorycznie przygotowuję pracując w Instytucie Europy Środkowej i współpracując z Biurem Analiz Sejmowych.

 

Czyli jednak analityk, ekspert z zacięciem publicystycznym.

 

Zawsze stałem na stanowisku, że trudna czasem do przyswojenia wiedza, powinna być dostępna w przyjaźniejszej formule i szerszemu gronu odbiorców. Tak więc w moim przypadku dziennikarstwo pomaga docierać do szerszego grona odbiorców.

 

A trudno jest łączyć bycie ekspertem, wykładowcą, analitykiem z dziennikarstwem? Czy to pomaga, czy przeszkadza?

 

Nie uważam siebie absolutnie za profesjonalnego dziennikarza. Jak zaznaczałem, traktuję to jako możliwość rozszerzenia audytorium. Ale łączenie tych zajęć nie wydaje się trudne. Każde z nich potrzebuje innego języka i stylu pracy. To szalenie fascynujące, budować trzy równoległe teksty, każdy dla innego odbiorcy, dbając jednocześnie, by się nie powtarzały.

 

Niedawno został Pan analitykiem Instytutu Europy Środkowej w Lublinie. Czy dostrzeżona została Pana działalność publicystyczna, czy jednak bardziej wiedza ekspercka?

 

To najlepiej wiedzą władze Instytutu. Mam jednak przekonanie, że istotniejszym od wątku publicystycznego, był czynnik analityczny. Cieszę się, że w Instytucie będę mógł realizować działalność analityczno-badawczą, która jest najbardziej merytorycznym wyzwaniem. Publicystyka jest elementem na pewno przydatnym, nieodzownym. To od niej zaczynałem działalność w 2014 roku, starając się dążyć do jej profesjonalizacji. Nie zapominam jednak o życzliwych mi odbiorcach, z ogromną chęcią korzystam z każdej możliwości przygotowania tekstu, który będzie dostępny szerszemu odbiorcy. Publicystyka dała możliwość budowania rozpoznawalności. Komplementarnym komponentem jest tutaj duża aktywność na Twitterze, gromadzącym osoby o różnych poglądach. Jestem niezwykle dumny, że mogę dzielić się wiedzą, obserwacjami, z osobami o zupełnie odmiennych poglądach.

 

Skoro mowa o aktywności w mediach społecznościowych, to w 2018 roku Pana tweety o Węgrzech wyświetlane były ponad 10 milionów razy. Jeśli dorzucimy do tego około 2 tysięcy nowych obserwujących na Twitterze, to wychodzi na to, że jest popyt na rzetelną informację o Węgrzech.

 

Jestem ogromnie dumny i zaszczycony, że tak szerokie grono odbiorców czyta moje węgierskie wiadomości, tym bardziej, że o innych rzeczach w ogóle nie piszę. Mam nadzieję, że udaje mi się sprostać wyzwaniu budowania rzetelnego i merytorycznego przekazu dotyczącego Węgier. Bo według mojej idealistycznej wizji świata, prawda jest obiektywna i nie ulega politycznej narracji. Każda ze stron ma pełne prawo do uzyskania informacji.

 

Na kropka.hu tak tłumaczy Pan ideę funkcjonowania portalu: „Wyjaśnić zawiłości węgierskiej polityki. To ambitny cel powstania niniejszej strony. Co kształtuje współczesne Węgry. Dlaczego są takie a nie inne? Kontekst, historia, niuanse. Dzięki nim można lepiej zrozumieć więcej”. Trochę staroświeckie podejście.

 

Ale bez kontekstu nie da się rozumieć. Dlatego nie uzurpuję sobie prawa do komentowania wszystkich wycinków naszej rzeczywistości. Wiem ile godzin dziennie poświęcam na analizie bieżącej polityki Węgier. Nie byłbym w stanie robić tego samego, z równą starannością i rzetelnością na odcinku np. słowackim, czeskim, niemieckim etc. Jak działają stereotypy, czy „blade pojęcie”, możemy przekonywać się na co dzień. Mi chodzi o coś więcej, szczególnie, jeżeli swoją powinność traktują jako służbę, dzisiaj w Instytucie Europy Środkowej. Służbę państwu, bez względu na polityczne konotacje.

 

W polskich mediach rzetelna analiza, często zastępowana jest szybkimi komentarzami na potrzeby doraźnej tezy. O Viktorze Orbanie w polskich mediach słyszymy albo jako o oszołomie, który zbratał się z Putinem, albo o wielkim przyjacielu Polski i Polaków.

 

Nie pozostaje mi nic innego, aniżeli to potwierdzić.

 

Odrębnym tematem jest funkcjonowanie mediów na Węgrzech. Jaka jest sytuacja dziennikarzy w tym kraju?

 

Rynek mediów jest bardzo ograniczony. Największym reklamodawcą jest rząd Węgier. Drugim – jeden z wiodących operatorów telefonii komórkowej, który wydaje na reklamę o połowę mniej pieniędzy. Na Węgrzech nie ma czegoś takiego, jak popieranie Fidesz, połączone z jednoczesną krytyką rządu. Podział jest prosty, znoszący się do konstrukcji „albo jesteś z nami albo przeciwko nam”. Czyli albo jesteś prorządowy albo antyrządowy, a zatem nie masz reklam państwowych i twój pracodawca musi sobie radzić sam bądź też, poprzez naciski właścicielskie, przekształci podmiot antyrządowy w prorządowy. Historia zna takie przypadki. Nie ma czynnika pośredniego. Świat jest czarno-biały, a wszystko tłumaczy się Sorosem i kryzysem migracyjnym.

 

Co to oznacza dla samych mediów w tym kraju?

 

Spłycenie debaty publicznej, które prowadzi to do zubożenia intelektualnego.

 

A jak Pan ocenia dziennikarstwo i dziennikarzy zajmującymi się sprawami międzynarodowymi? Kogoś szczególnie Pan ceni jeśli chodzi o dziennikarzy zajmujących się sprawami węgierskimi?

 

Nie śmiem nawet podejmować prób definiowania poziomu i jakości dziennikarstwa, nie mam do tego najmniejszych nawet kompetencji. Z zainteresowaniem śledzę wielu dziennikarzy, piszących o sprawach międzynarodowych. Nie byłbym jednak w stanie wskazać kogoś, kto w sposób wyjątkowy pisze o Węgrzech. Zazwyczaj mamy teksty dychotomiczne – albo pro, albo anty. Nie ma miejsca na pogłębione analizy.

 

Kropka.hu wypełnia tę lukę?

 

Czasem tak, jednak nieregularnie. Strona ewoluowała w kierunku platformy, na której zamieszczam materiały, które gdzieś się ukazały. Staram się czasem pisać coś nowego, nieoczywistego, na co nie ma miejsca w prasie. Wówczas mogę skomentować coś obszerniej, aniżeli w bieżącej przestrzeni Twittera w 280 znakach.

 

Rozmawiał Tomasz Nieśpiał

Fot. Instytut Europy Środkowej w Lublinie

 


Dr Dominik Héjj

Redaktor naczelny portalu www.kropka.hu i politolog specjalizujący się w tematyce węgierskiej. Doktor nauk humanistycznych w zakresie nauk o polityce, od 2013 roku nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, a od 2019 roku starszy analityk w Zespole Wyszehradzkim Instytutu Europy Środkowej w Lublinie.

 

 

Freedom House o polskich mediach – analiza ŁUKASZA WARZECHY

O tym, że media są uczestnikami politycznej wojny, i to często w charakterze najgorliwszych żołnierzy, pisałem wielokrotnie, także na portalu SDP. To nie jest zresztą teza rzadko spotykana, tyle że zwykle jest stosowana wybiórczo. Jedna strona widzi tylko, że to media sympatyzujące z drugą są żołnierzami w konflikcie partyjnym – i odwrotnie. Dziennikarze – jak to niedawno powiedział w rozmowie z Marcinem Makowski Robert Mazurek – pełnią rolę gniazdowych na stadionie.

 

Obie strony konfliktu, aby dowieść swojej tezy, chętnie sięgają po monitoring mediów lub po raporty o wolności mediów. Sięgają po nie, o ile te raporty dowodzą ich tezy lub też po to, żeby krzyknąć, że raporty są kłamliwe. Zależy od tego, co pokazują, oraz od tego, kto je sporządzał. Potem już idzie rutynowo i standardowo. Jedna strona będzie tryumfalnie pokazywać: „O, proszę, jak tamci są nierzetelni i wzbudzają hejt!”, a druga będzie dyskredytować dane badanie tylko dlatego, że jej nie pasuje albo stoją za nim niewłaściwe osoby czy organizacje.

 

Pisałem niedawno na portalu SDP o badaniu wolności mediów, prowadzonym przez Reporterów Bez Granic (RSF). Badanie to w mojej opinii, opartej na analizie stosowanej metodologii, nie opisuje w gruncie rzeczy niczego poza całkowicie subiektywnymi odczuciami grupy współpracowników RSF, rekrutujących się spośród osób niechętnych obecnej władzy.

 

Z drugiej jednak strony odrzucanie a priori wszystkich badań wolności i stanu mediów tylko dlatego, że wskazują na pewne niebezpieczeństwa, związane z obecnym stanem rzeczy, jest nierozsądne. Dziś chciałbym wskazać na raport Freedom House, renomowanego amerykańskiego think-tanku, który również bada wolność mediów od wielu lat, a który to cykl raportów bywa jednym tchem cytowany przez sympatyków obecnej władzy obok raportów RSF jako niewiarygodny. Tu jednak sprawa jest mniej oczywista.

 

Tegoroczny raport „Freedom and the Media” posługuje się inną punktacją niż coroczne raporty FH „Freedom of the Press”. Państwa otrzymały tam ocenę od 0 (najmniej wolne) do 4 (najbardziej wolne). Polska otrzymała 3 punkty. Jesteśmy na tym samym poziomie co Włochy, Hiszpania czy Czechy.

 

Metodologia, jaką stosuje FH, jest u swojej podstawy również częściowo uznaniowa, podobnie jak w przypadku RSF. Badaniem sytuacji w poszczególnych krajach zajmują się w tym przypadku eksperci, przyglądający się poszczególnym krajom. Opierają się również na sieci własnych kontaktów, ale nie jest to metoda prostego kopiuj-wklej z dostarczanych informacji. Na liście pytań, na podstawie których buduje się ocenę wolności mediów w danym kraju, są między innymi pytania o penalizację zniewagi głowy państwa (niestety, w polskim kodeksie karnym taki artykuł jest), o stosowanie pośredniej lub bezpośredniej cenzury, o upartyjnienie przekazu. Rzecz jasna, w wielu przypadkach odpowiedzi będą oparte na subiektywnych odczuciach. Jeśli jednak spojrzeć, jak kształtowała się pozycja Polski w ostatnich latach w raportach „Freedom of the Press” (posługujących się skalą od 0 – największa wolność mediów – do 100 – najmniejsza wolność), widać, że nie było tam bezzasadnego skoku w dół w 2015 roku, jak w przypadku raportu RSF. W 2014 roku Polska otrzymała 27 punktów, w 2015 roku – 26 punktów, rok później – 28 punktów, a dopiero w 2017 roku – 34 punkty, co pierwszy raz zakwalifikowało nas nie jako kraj z mediami wolnymi, ale z „częściowo wolnymi” (partly free). Przypomnijmy, że gwałtowny spadek Polski w raporcie RSF, nie był spowodowany żadnymi widocznymi przyczynami i był niejako „prewencyjny”.

 

Natomiast w raporcie FH właśnie w 2017 roku, gdy Polska odnotowała największy spadek, w opisie polskiej sytuacji pojawiło się kuriozalne stwierdzenie, że „PiS starał się wyciszyć głosy w mediach, kwestionujące promowaną przez niego narrację historyczną, która w większości pomija zaangażowanie Polaków w zbrodnie II wojny światowej”. Jako przykład tego „wyciszania” podano dyskusję przed emisją filmu „Ida” w TVP.

 

W dodatku w tym samym roku krytyczny, szerszy opis polskiej sytuacji medialnej dla Freedom House przygotowała Annabelle Chapman, pracująca wówczas m.in. dla tygodnika „The Economist”, za sprawą powiązań towarzyskich niechętnemu obecnej władzy. Sama też zresztą od początku przyjmowała takie stanowisko. Być może tu należy szukać źródła wcześniej przytaczanych dziwacznych uwag na temat polskiej narracji historycznej.

 

Natomiast tegoroczny raport FH o mediach należy czytać łącznie z raportem FH o stanie wolności w ogóle. Tutaj Polska uznawana jest za kraj wolny (Free) z 84 punktami na 100. Tu też znajdujemy obszerniejszy opis polskiej sytuacji medialnej: „Media w Polsce są pluralistyczne, a większość jest w prywatnych rękach. Jednakże media publiczne oraz organy nimi zarządzające zostały oczyszczone z głosów odrębnych po przyjściu PiS do władzy w 2015 roku. TVP, publiczny nadawca telewizyjny, promuje rządowy przekaz na tematy począwszy od pokojowych protestów antyrządowych, które pokazywane są jak próby zamachu stanu, na krytycznych organizacjach pozarządowych skończywszy, ukazywanych jako agenci opozycji lub obcych sił. W roku 2018 programy publicznej telewizji były wykorzystywane do otwartego wspierania kampanii partii rządzącej przed wyborami lokalnymi oraz do dyskredytowania kampanii opozycji”.

 

Można zwrócić uwagę na nieścisłości. Nie jest prawdą, że w konstytucyjnym organie kontrolnym, czyli Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, nie zasiadają przedstawiciele opozycji. Nie mają natomiast nic do powiedzenia, gdy idzie o podejmowanie decyzji, zaś Rada Mediów Narodowych, decydująca o obsadzie kluczowych stanowisk, jest po prostu obsadzona przez czynnych polityków partii rządzącej. Czy reszta opisu sytuacji jest fałszywa i łatwo można ją odrzucić wzruszeniem ramion? O tym, jak działa TVP, pisałem tutaj już wielokrotnie i moja opinia niespecjalnie różni się od tej, zaprezentowanej przez FH. Radziłbym więc mniej automatyzmu w ocenach.

 

Co więcej, jednym ze stałych punktów wszystkich raportów na temat wolności mediów w Polsce były odniesienia do zapowiadanej przez rząd najpierw repolonizacji, potem dekoncentracji mediów. Pisałem i na portalu SDP, i gdzie indziej, dlaczego te plany uważam za niezywkle groźne dla wolności mediów i wolności słowa. Niestety, niedawna wypowiedź wicepremiera Jarosława Gowina może wskazywać, że w drugiej kadencji ten projekt powróci. To zła wiadomość. Jako ostrzeżenie przed skutkami tych działań, proponuję lekturę szerszej analizy, przygotowanej przez Freedom House, dotyczącej sytuacji mediów węgierskich. Nie byłoby dobrze, gdyby miałby to być wzór dla Polski.

 

Łukasz Warzecha

 

Żurnalistka żurnalistce wilczycą – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Z „Newsweeka” dowiedziałem się, że Danuta Holecka, ta z telewizji, jeszcze niedawno, to nawet SMS-a nie potrafiła wysłać. Koleżanka z pracy szefowej „Wiadomości” opowiada dziennikarce tego tygodnika, Elżbiecie Turlej  o wstręcie „cioci Danusi” do telefonów komórkowych, o strachu przed jazdą samochodem i chorymi na HIV. Dowiadujemy się, że telewizyjna gwiazda chodzi w trampkach, je tylko to co przynosi z domu i podgrzewa, musi, bo cały dzień przebywa w pracy, gdzie trampki zmienia na buty.

 

Holecka  w domu, w kominku spala opakowania plastykowe, o czym straży miejskiej donoszą sąsiedzi. Owszem ma ogródek, ale nie kosi trawy, nie kisi małosolnych i nie robi kompotów z truskawek. Całymi dniami tylko siedzi w TVP. Cytuję: „po powrocie do głównego wydania „Widomości” sodówka uderzyła jej do głowy”, stała się niedostępna, udaje że znajomych nie poznaje, „kiedy w maju dostała awans na naczelną „Wiadomości” chodziła dumna jak paw…” (a przecież jasne, że powinna się martwić i wstydzić).

 

Ta niezbyt zdolna dziennikarka – co głosi podpis na okładce „Newsweeka” (!) pod jej zdjęciem zajmującym całą stronę – jest „gotowa na wszystko” – te słowa to nawet tytuł artykułu. I jeszcze – dowiadujemy się – że „zabiega o sławę”. (Cholera, to już bezczelność – przepraszam, że nie mogę w tej relacji powstrzymać się od komentarza, choć oczywiście wiem o zasadzie: oddzielać informację od mądrzenia się, jeszcze raz przepraszam).

 

Czytam artykuł, czytam i niestety w końcu nie wiem czy może to kpina z Holeckiej, czy pochwała. Ponieważ między okrutnymi donosami wypływają na wierzch takie informacje:  „kiedy prowadziła program „Kawa czy herbata” (wymyślony jeszcze przez dziewczynę o pięknych oczach Halszkę Wasilewską za panowania w TVP znakomitego reżysera Janusza Zaorskiego) nastawiała budzik na 3 rano, żeby ich (synków, bliźniaków(!) Stefka i Julka) nakarmić. O czwartej wyjeżdżała do studia. Z rozdartym sercem (to ładnie ujęła autorka artykułu), bo dzieci zostawały z nianią (dobra więc to matka, dzieci samych nie zostawiała). Dowiadujemy się dalej, że chłopaki-bliźniaki (cóż za przepiękna polityczna antycypacja) dziś już skończyli studia medyczne (w Zabrzu – to bardzo ważne), jeden ożenił się i niedługo zostanie ojcem (a więc nazywanie szefowej przez podwładnych babcią jest trochę na wyrost, ale w pełni uzasadnione).

 

Inny z kolegów redaktorki funkcyjnej przypomniał: „potrafi też pomóc. Niedawno któryś z wydawców przez kilka dni nie przychodził do pracy. Sprawdziła gdzie mieszka, pojechała. Okazało się, że alkoholik. Wpadł w ciąg. Załatwiła odwyk, przekonała że warto dać mu drugą szansę. Chłop wrócił do żywych i do TVP”.

 

(No, no!)

 

Ale zaraz potem autorka, obywatelka Elżbieta Turlej pisze: „babcia Danusia… potrafi również zaszkodzić. Wie komu szepnąć, z kim nie lubi pracować, a ostatnio nie lubi pracować z Edytą Lewandowską. Młodszą…”.

 

No cóż, a któraż z pań lubi młodsze? Pytanie oczywiście retoryczne.

 

Zdaniem pani E.T. Lewandowska lepiej radzi sobie z politykami opozycji. Bo Holecka kiepsko. Autorka tekstu opiera się na opinii przewodniczącej Nowoczesnej, Katarzyny Lubnauer: „czułam że chce mnie zaorać (…) potem usiłowała mnie sprowokować, ale wiedziałam, że im bardziej byłam spokojna, tym bardziej się denerwowała. Mimo to starała się mnie dopaść. I tak się zagalopowała, że przedłużyła program o 7 minut.

 

(Rzeczywiście, o 7 minut, to już skandal!)

 

Dowiadujemy się też, że wcześniej – gdy Holecka miała w TVP kłopoty – to z pomocą pośpieszyli jej tylko Leszek Miller„szkoda takiej miłej, porządnej dziennikarki”Janusz Piechociński, który oferował jej nawet pracę. Ale nie skorzystała.

 

O tej „opiece” onegdaj niech wiedzą dziś PiS-owcy, których teraz wybrała. Czytamy dalej: „Już nie jest ofiarą, ale bliską znajomą Kury (elegancko!), czyli nowego prezesa telewizji Jacka Kurskiego (…), przez kilka dni w swoim domu na Mokotowie przygotowuje do wystąpień publicznych Andrzeja Dudę (ani chybi zmusiła go siłą).

 

No proszę! Choć sama przecież „niezbyt zdolna” – jak ocenia E.T. – to instruuje prezydenta. Koniec świata. Wprawdzie D.H. jest po ekonomii na SGH, pracowała w TVP Info, w TVP Polonia i „Wiadomości” prowadziła. Ale to wszystko przecież łatwizna. Każdy może. Nawet dostała się do telewizji bez protekcji. Mówi, że ma ją tylko „z góry”. Demonstruje swoją wiarę. U niektórych tak jest.

 

A jeszcze do tego wszystkiego ponoć Danuta H. powiada, że Jarosław Kaczyński przepada za jej babką w czekoladzie, no i że ma takie same hobby co ona: uwielbia koty.

 

Miau, miau!

 

Stefan Truszczyński

 

P.S. Artykuł o Danucie Holeckiej „Newsweek wyeksponował szczególnie. „Żurnalistka” żurnalistce przywaliła ile się da. A przecież… w Ojczyźnie jest tyle krzywd i ważnych tematów. Obca ręka ich oczywiście nie przekreśli (i szkoda że używa polskiej rączki). Niektórzy już tak mają, że nawet na obczyźnie o własnym kraju mówią źle. Na okładki politycznych tygodników trafiają zwykle – aż do przesady – najważniejsi politycy. „Newsweek” siłą rzeczy zrobił więc prezent szefowej Wiadomości. W końcu ładna jest. (ST)

 

Oświadczenie Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w sprawie „Rady Etyki Mediów”

Zarząd Główny SDP stanowczo protestuje przeciwko używaniu szyldu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przez obecnie działającą „Radę Etyki Mediów”, ponieważ Rada ta nie reprezentuje środowiska dziennikarskiego w Polsce, a głoszone przez nią „stanowiska” są prezentacją subiektywnych ocen wąskiej grupy osób związanych z Stowarzyszeniem Dziennikarzy RP, utworzonym w 1982 w miejsce zlikwidowanego dekretem o stanie wojennym SDP oraz współpracujących z SDRP organizacji.

 

Tymczasem w komunikacie opublikowanym 25 czerwca 2019 r. przez  press.pl poinformowano, iż w składzie Rady Etyki Mediów” wybranym na bieżącą kadencję znaleźli się przedstawiciele Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, co jest niezgodne ze stanem faktycznym, ponieważ SDP nikogo nie delegowało i nie deleguje do pracy w tej „Radzie Etyki Mediów”.

 

SDP nie bierze udziału w pracach Rady od czasu jej likwidacji w 2013 r. przez tworzące ją podmioty.

 

Konferencja Mediów Polskich reprezentująca w latach 90-tych najważniejsze i największe instytucje funkcjonujące na rynku mediów w Polsce, która w 1995 r. powołała do życia Radę Etyki Mediów, została zlikwidowana w 2013 r. Zdaniem większości z podmiotów powołujących Radę, wyczerpała ona wówczas swoją formułę działania. Postulat rozwiązania Rady zgłosił 29 sierpnia 2013 r. ówczesny prezes TVP Juliusz Braun. Współtworzące Radę Etyki Mediów, Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy wystąpiło z Konferencji 7 kwietnia 2011 r. w proteście przeciwko stałemu ignorowaniu głosu stowarzyszenia w Radzie, a w proteście przeciwko upolitycznieniu działań Rady Etyki Mediów występowali z niej kolejni jej członkowie, m.in. red. Anna Pietraszek, red. Teresa Bochwic, red. Tomasz Bieszczad i red. Maciej Iłowiecki. Red. Maciej Iłowiecki uzasadniał swoją decyzję o opuszczeniu Rady w październiku 2011 r. tym, że Rada Etyki Mediów nie chciała potępiać donosicielstwa, agresji, stronniczości dziennikarzy oraz tym, iż „usprawiedliwiała wszelkie ich zachowania”.

 

Obecna „Rada Etyki Mediów” powołana jest w 2015 r. przez stowarzyszenie Konferencja Mediów Polskich utworzone z organizacji, które pozostały w Konferencji Mediów Polskich (w kształcie z 1995 r.) po opuszczeniu jej przez największe tworzące ją podmioty, m.in. Polskie Radio, TVP , KSD i SDP. W niczym nie przypomina Rady, która była tworzona przez całe środowisko dziennikarskie. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, największa i najstarsza organizacja dziennikarska w Polsce przypomina, iż nie uczestniczy w pracach tej Rady ani z nią nie współpracuje.

 

W imieniu Zarządu Głównego SDP

 

Krzysztof Skowroński, prezes SDP

Jolanta Hajdasz, wiceprezes SDP

Witold Gadowski, wiceprezes SDP

 

25 czerwca 2019 r.

Chichot trolla i cenzora – MIROSŁAW USIDUS o skutkach tzw. ACTA2

Dyrektywa o prawach autorskich będzie bez najmniejszych wątpliwości egzekwowana za pomocą algorytmów i automatów. Żadne Google ani Facebook nie zatrudni armii ludzi. Faktyczną twarzą ACTA2 będzie twarz bezdusznej, bezlitosnej i prymitywnej w swoim wnioskowaniu maszyny.

 

W sprawie zamordystycznej dyrektywy zwanej u nas ACTA2 nadzieja umiera ostatnia. Z jednej strony widać jej pierwsze negatywne (zapowiadane przez wielu, w tym także przeze mnie) konsekwencje. Z drugiej – podjęto akcję prawną przeciw przyjętej w marcu regulacji i zrobił to  polski rząd, co zostało wśród internautów na świecie bardzo dobrze odebrane.

 

Spodziewaliśmy się, że filtry będą toporne, że wymagany przez Dyrektywę natychmiastowy prewencyjny filtr (wcześniej art. 13 potem zawarty w art. 17)  będzie działał prymitywnie i „po całości”, wycinając bez szczególnej dystynkcji bardzo wiele materiałów, które są całkowicie w porządku, jeśli chodzi o copyright, lub w ogóle nie powinny być objęte filtrowaniem, bo są to materiały z domeny publicznej, do których żadne „prawa autorskie” nie mają zastosowania. I od pewnego czasu mamy nowe bijące po oczach świeże przykłady, że obawy były słuszne. Filtry działają błędnie i prymitywnie, w dodatku, dokładnie tak jak się obawialiśmy, pojawiają się sygnały, że ochrona praw autorskich wykorzystywana jest jedynie jako pretekst do prostackiej cenzury politycznej.

 

Z powodu toporności tych mechanizmów na YouTube np. amerykańskiej agencji kosmicznej NASA zablokowana została możliwość publikowania jej własnych materiałów wideo z Marsa. Nie ma to jeszcze związku z ACTA2, ale powszechnie jest odbierane jako pokaz bezmyślności mechanizmów filtrowania, które przecież z mocy Dyrektywy mają być wykorzystywane. Inny skandaliczny przypadek nadużyć filtru praw autorskich, to zablokowanie w serwisie Scribd kopii raportu Muellera, dokumentu z punktu widzenia prawa jak najbardziej publicznego z powodu nieuzasadnionych roszczeń jednego podmiotu. W Polsce przed wyborami jeszcze europoseł Dobromir Sośnierz alarmował, że YT zablokowało jego film z powodu rzekomych naruszeń praw autorskich, choć miał uregulowaną kwestię oprawy muzycznej w materiale, przy czym on sam podejrzewał, że prawdziwe przyczyny blokady były polityczne.

 

Corynne McSherry, dyrektor ds. prawnych Electronic Frontier Foundation, która zdecydowanie sprzeciwiała się dyrektywie UE, skomentowała niedawno, że budowanie tego typu systemu jest zadaniem, którego „żadne YouTube’y świata nie będą w stanie wykonać”. Mogę dodać od siebie, że mimo to owe „YouTube’y” będą próbowały, skoro ich ACTA2 do tego zmusza, a skutki będą takie, jak przytoczone tu przykłady.

 

Drakońska „Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym”, kładąca nacisk na natychmiastowe, prewencyjne działanie wymusza na firmach z sektora technologicznego wprowadzenie filtrów praw autorskich zapobiegających naruszeniom za wszelką cenę. W bilansie korzyści i strat krzywda zwykłego youtubera, za którym nie stoi wielka korporacja zarządzająca copyrightem, przestaje się liczyć, zwłaszcza w obliczu ryzyka konsekwencji dla YouTube czy Facebooka z mocy przepisów europejskich. Euroregulatorzy stworzyli raj dla tzw. copyright trolli, którzy zachęceni przez artykuły Dyrektywy zaczynają pokazywać na co ich stać. A to dopiero początek.

 

Młot na krytyczne recenzje

 

W kwietniu agencja Social Element w imieniu swojego klienta zażądała od Twittera usunięcia informacji o tym, że w sieci pojawiły się pirackie kopie seriali z amerykańskiej telewizji. Sam inkryminowany tweet jest jedynie informacją o tym, że doszło do piractwa takich a takich materiałów z linkiem do artykułu na ten temat a nie do źródła pirackich plików. W żaden sposób nie narusza praw autorskich. A jednak został usunięty przez Twittera z powodu „roszczeń związanych z prawem autorskim”. To była tylko sucha informacja, więc sprawa nie dla każdego musi być oczywista, ale wyobraźmy sobie teraz, że piszemy artykuł w sposób wyraźny i dobitny piętnujący piractwo z podaniem rażących jego przykładów. Z doświadczenia skargi agencji Social Element płynie wniosek, że w świecie ACTA2 artykuł taki zostanie usunięty. Jeśli to nie jest cenzura, to nie wiem, co nią jest?

 

To, że automatyczne filtry mają wpływ na artystów działających w Internecie, jest już dobrze widoczne. Dan Bull, rapper i twórca youtubowy z 1,5 milionem subskrybentów opowiadał niedawno serwisowi CNBC jak wprowadzenie (a było to jeszcze przez Dyrektywą) filtra Content ID na platformie wideo wpłynęło na jego twórczość. Obecnie np. niechętnie już tworzy klipy o charakterze parodystycznym. „Nie chcę już tworzyć parodii muzycznych. Kiedyś naprawdę lubiłem je robić, ale teraz, kiedy nabieram na to ochoty, myślę o tym, jak bardzo bolałaby mnie głowa z powodu możliwych roszczeń z tytułu praw autorskich” –  wyjaśniał Bull. I w ten sposób to, co było pełnoprawną uznaną i cenioną formą sztuki zanika w reżimie copyrightowym.

 

Możemy sobie wyobrazić więcej. Piszemy np. krytyczną recenzję na temat jakiegoś filmu i gry aktorów w tym dziele. Publikujemy w Internecie i wrzucamy linki do serwisów społecznościowych. Klient agencji Social Element lub innej nie lubi tego i chce zablokować nieprzychylną opinię, zwłaszcza jeśli mamy szerokie grono czytelników. Co robi? Każe agencji zaskarżyć materiał za „naruszenie praw autorskich”. Że bez sensu? W świecie ACTA2 nie ma to znaczenia. Właściciel platformy, Facebooka, YouTube, Twittera, ma działać natychmiast a ciężar problemu i dowodu swojej niewinności spoczywa na barkach publikującego. Administrator nie wnika, tylko blokuje. To autor recenzji ma teraz problem, bo musi udowodnić, że jego artykuł nie narusza praw autorskich. Może kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, mu się to w końcu uda, ale wtedy film, nie niepokojony krytycznymi recenzjami, zaliczy już kasowy sukces.

 

Można usunąć raport Muellera, można i memy

 

Gdy platforma hostingująca dokumenty Scribd zaczęła masowo usuwać kopie raportu Roberta Muellera, które wgrali tam jej użytkownicy, zaczęto wietrzyć spisek rządu i Trumpa. To dokument wytworzony przez organ rządowy w USA i jest w domenie publicznej, co oznacza, że każdy może go opublikować i zapoznać się z jego treścią bez opłat.

 

Okazało się, że mimo to pojawiły się podmioty, które wydały raport i oferowały kopie w sprzedaży. Jeden lub więcej z tych wydawców wprowadził swoją kopię raportu do filtra praw autorskich Scribd, który jest w pełni zautomatyzowanym systemem, działającym bez ingerencji człowieka. I filtr zaczął traktować opublikowane wcześniej kopie raportu jako naruszające prawa autorskie. Rażący przykład copyright trollingu.

 

Trzeba tu podkreślić, że europejska Dyrektywa o prawach autorskich będzie bez najmniejszych wątpliwości egzekwowana w ten właśnie sposób – za pomocą algorytmów i automatów. Żadne Google ani Facebook nie zatrudni armii ludzi, w dodatku o wymaganych relatywnie wysokich kwalifikacjach czyli drogich, do ręcznego weryfikowania zgłoszeń i zaskarżanych treści, np. memów, które zgłaszane będą przez ośmieszanych w nich polityków. Faktyczną twarzą ACTA2 wobec milionów użytkowników będzie twarz bezdusznej, bezlitosnej i prymitywnej w swoim wnioskowaniu maszyny. Jeśli coś zostanie zgłoszone jako chronione prawem autorskim, to z automatu będzie chronione a wszelka próba naruszenia fikcyjnego copyright zostanie prewencyjnie zdławiona.

Już słychać chichot trolla i cenzora.

 

Europrawo niejasne i marnej jakości

„Wiele obaw i konsternacji związanej z tymi zmianami wynika z niepewności co do tego, co dokładnie będą musieli zrobić właściciele platform treści, twórcy treści i użytkownicy” –  powiedział w debacie, której zapis opublikowano na stronach Uniwersytetu Pensylwanii, R. Polk Wagner, profesor prawa z tejże uczelni.

 

Dlaczego platformy internetowe zgodzą się na taki daleko idący zamordyzm i ryzyko nadużyć. Dlatego, że próby walki z toporną logiką ACTA2 mogą ich bardzo dużo kosztować. Według również wypowiadającego się w debacie Penn State, Stevena Wilfa, profesora Uniwersytetu Connecticut i eksperta w dziedzinie własności intelektualnej, kary na Facebooka czy YouTube, z którymi mogliby się zmierzyć w przypadku naruszeń Dyrektywy nie są jeszcze jasno określone, ale platformy obawiają się, że będą bardzo dotkliwe.

 

W Stanach Zjednoczonych regulacje takie jak Digital Millennium Copyright Act (DMCA), chronią dostawców treści przed pozwami sądowymi dotyczącymi naruszeń, jeśli podejmą natychmiastowe działania, takie jak usunięcie materiału naruszającego prawo i przyjęcie polityki zapobiegającej ponownym naruszeniom. Podobne w duchu przepisy obowiązywały wcześniej w Europie, w tym w Polsce. „Teraz nagle pojawi się odpowiedzialność natychmiastowa i bezwzględna” – zauważa Wilf. To zupełnie nowa sytuacja dla serwisów i platform internetowych. Wzbudza ich ogromny niepokój. A ofiarami ich lęku mogą stać się w największym stopniu zwykli użytkownicy i drobni wydawcy.

 

Oczywiście zmniejszeniu niepewności i lęków nie sprzyja brak precyzji sformułowań Dyrektywy. Na przykład słynny „link tax”, podatek od linków, który wymusza opłaty licencyjne za treści zamieszczane nawet w postaci krótkich fragmentów w agregatorach newsów czy w streamach społecznościowych. Nie wiadomo dokładnie, jak krótki ma być cytat z materiału, aby autor publikacji nie musiał się obawiać a platforma go nie zablokowała. Na to prof. Wilf również zwraca uwagę. „Nowa dyrektywa pozwala na tworzenie hiperłączy przez osoby prywatne i instytucje edukacyjne lub w celach edukacyjnych, ale przepis ten nie jest wystarczająco jasny” – pisze. – „Co,  tak naprawdę, wolno podmiotom prywatnym, jeśli chodzi o publikowanie linków? Jak odróżnić oficjalne agregatory wiadomości od wiadomości osób prywatnych?”. Przepisy te są dość jasne w odniesieniu do takich serwisów jak Google News, ale wiele innych stron internetowych i rodzajów publikacji będzie poruszać się w szarej strefie, w której nigdy do końca nie wiadomo co jest naruszeniem prawa a co jeszcze w jego granicach.

 

Czy o prawo o tak marnej jakości w Unii Europejskiej chodzi? A może chodzi o to by, jak to mówi stare polskie przysłowie – „łowić ryby w mętnej wodzie”.

 

Polk Wagner z Uniwersytetu Pensylwanii pyta, kiedy, w rozumieniu ACTA2, jednostkowy użytkownik (któremu wolno publikować linki swobodnie) przestaje być zwykłym użytkownikiem. „Jeśli mam 50 tys. obserwujących na Instagramie i zarabiam na swojej popularności pieniądze, to czy wciąż jestem zwykłym użytkownikiem, czy też muszę być traktowany jako podmiot gospodarczy i płacić honoraria za linki?”

 

Polska skarga i inne iskierki nadziei

 

Złożona tuż przed eurowyborami w maju skarga polskiego rządu do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej na Dyrektywę odwołuje się do prawa wolności wypowiedzi i informacji, które gwarantuje Karta Praw Podstawowych. Wicepremier Piotr Gliński mówił przy okazji tej skargi, że  nie należy ustawać w walce o wolności, które ACTA2 narusza. Jego koledzy z PiS zapowiadali starania o jej zmianę w nowym euro parlamencie, który zaczyna obrady w lipcu.

 

Zapowiadając skargę, polski wicepremier, podobnie jak cytowani eksperci, zwrócił uwagę na niejasność sformułowań Dyrektywy i szerokie pole do interpretacji, co, oprócz tego o czym była mowa wcześniej, czyli poważnego zagrożenia, że stosowane filtry będą prymitywne i nadużywane przez podmioty działające w złej wierze, może sprawić, że krajach UE powstaną prawa nie tyle jednolite, co mocno się od siebie różniące. Przypomnijmy, że w nazwie Dyrektywy mowa jest o „jednolitym rynku”. Paradoksalnie może się okazać, że implementacja ACTA2 będzie całkowitym zaprzeczeniem jednolitości.

 

O polskiej skardze od kilku tygodni piszą liczne media światowe. Może nie każdy zdaje sobie sprawę, jak szerokim echem międzynarodowym się odbiła. W środowiskach internetowych w całej Europie odebrana została bardzo dobrze, jako znak nadziei na obalenie tego nie dość, że niechlujnego i niejasnego, to w spodziewanych konsekwencjach drakońskiego i destrukcyjnego prawa.

 

Także niektóre postacie publiczne, którym niekoniecznie politycznie po drodze z Prawem i Sprawiedliwością, zdobyły się na słowa uznania. Catherine Stihler, była szkocka posłanka do Parlamentu Europejskiego z ramienia Partii Socjalistycznej, a obecnie dyrektor naczelna Open Knowledge Foundation, napisała na stronie internetowej swojej organizacji m. in.: „Jest to bardzo mile widziane posunięcie Polski, które mogłoby uchronić Internet” przed wszystkimi problemami wynikającymi z Dyrektywy.

 

Jest kilka iskierek nadziei, że uda się obalić ACTA2. Pierwsza wiąże się z polską skargą, ale nie liczmy na to za mocno. Trzeba pamiętać, że wolność w dzisiejszych czasach nie jest dla elit europejskich, także prawniczych, wartością nadrzędną i najważniejszą. Druga to możliwość zmiany Dyrektywy wskutek nowej konfiguracji sił w europarlamencie i w innych organach europejskich, ale, jak to w polityce bywa, perspektywy zmian nie są zbyt jasne.

 

I wreszcie jest trzecia droga, która kogoś, kto przeczytał, co powyżej napisałem może nieco zaskoczyć. Pozwólmy mianowicie działać ACTA2. Niech wszyscy zobaczą jej absurdalność, jej antywolnościowe i cenzorskie oblicze. Niech rozszaleją się copyright trolle i cyniczni najemnicy prawni, którzy samowolnie tępić będą niekorzystne i krytyczne wobec swoich klientów treści pod hasłem walki o poszanowanie praw autorskich.

 

Smutna prawda jest taka, że ludzie relatywnie słabo interesowali się Dyrektywą, a walka z nią miała ograniczony zasięg. Może, gdy oberwą osobiście po sempiternie, i zamordyzm tych regulacji zacznie dopadać na każdym kroku ich codziennego internetowego życia, powstanie klimat i wystarczająco silna presja społeczna na wyrzucenie ACTA2 tam gdzie od początku jej miejsce – do śmietnika.

 

Mirosław Usidus

 

Konkurs Eko Dziennikarz – ostatnie dni zgłoszeń

Do końca tego tygodnia, czyli do 30 czerwca br. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej czeka na zgłoszenia w ramach trwającego konkursu „Nagroda NFOŚiGW – Eko Dziennikarz”. Konkursowi, w którym zostaną wyróżnione publikacje popularyzujące w mediach aktywność i dokonania Narodowego Funduszu w dziedzinie szeroko rozumianej ekologii, patronuje Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

 

W tym roku poza pulą 15 tys. zł dla laureatów, przewidziano dodatkową nagrodę (5 tys. zł) za publikację o charakterze podsumowującym 30-letnią działalność NFOŚiGW.

 

Konkurs – organizowany po raz trzeci – skierowany jest do dziennikarzy wszystkich rodzajów mediów: zarówno drukowanych, jak i elektronicznych, o zasięgu ogólnopolskim lub regionalnym. Warunek udziału w konkursie to data publikacji: między 1 stycznia 2018 r. a 31 grudnia 2018 r. W przypadku nagrody specjalnej dotyczącej 30-lecia NFOŚiGW, to okres od 1 stycznia 2019 r. do 31 lipca 1019 r.

 

Materiały dziennikarskie (pojedyncze lub w cyklu) mogą być zgłaszane przez ich autorów albo – za zgodą autora – przez redakcje prasowe, internetowe, radiowe, telewizyjne. W tym celu należy skorzystać z formularza załączonego do regulaminu. Wypełniony kwestionariusz oraz materiał dziennikarski trzeba wysłać na adres: [email protected]. Obowiązują dwa terminy zgłoszeń: do 30 czerwca 2019 r. dla publikacji z minionego roku o aktywnościach NFOŚiGW oraz do 30 sierpnia 2019 r. jeżeli chodzi o publikacje odnoszące się do 30-letniej działalności Narodowego Funduszu.

 

Jury weźmie pod uwagę zgodność z tematem, ideą, przesłaniem i celami konkursu, oryginalność materiałów dziennikarskich, walory estetyczne oraz wkład autora w zbieranie, weryfikowanie i przetwarzanie informacji zawartych w materiale.

 

NFOŚiGW przewidział w tej edycji konkursu trzy nagrody: główną (10 tys. zł), wyróżnienie (5 tys. zł) oraz nagrodę specjalną (5 tys. zł). Zwycięzcy zostaną ogłoszeni podczas tegorocznych targów branżowych POL-ECO-SYSTEM w Poznaniu, które odbędą się w październiku.

 

„Nagroda NFOŚiGW – Eko Dziennikarz” to ogólnopolski, coroczny konkurs ustanowiony w 2017 r. Docenieni przez Narodowy Fundusz dziennikarze w dwóch dotychczasowych edycjach, to przedstawiciele Polskiej Agencji Prasowej, Programu 1 Polskiego Radia, branżowych miesięczników – „Środowisko” oraz „Wodociągi-Kanalizacja”, a także Portalu Komunalnego, teraz-srodowisko.plgramwzielone.pl.

 

Regulamin i formularz zgłoszeniowy

 

Źródło: NFOŚiGW

 

Książkowe podsumowanie Nagród Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 2018

Ukazała się książka „Najlepsze publikacje. Nagrody SDP 2018”. Pozycja, pod redakcją Elżbiety Binder z Pracowni Wolnego Słowa SDP, to obszerne podsumowanie Nagród przyznawanych przez Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Publikacja zawiera nie tylko najlepsze materiały dziennikarskie, za które autorzy zostali nagrodzeni w tym roku przez SDP, ale też sylwetki wszystkich laureatów z dokładnym opisem ich kariery zawodowej, wywiady, informacje o patronach nagród, listę nominowanych, skład jury. Całość uzupełnia garść wiedzy o działalności SDP.

 

W książce znajdziemy m.in. A teraz, z pandemią Covid-19, lepiej nie wychodzić i nie odwiedzać niepotrzebnie kasyna offline. O wiele bezpieczniej będzie zostać w domu i zagrać w najlepszym polskim kasynie Slottica.  W końcu tylko w Slottica Kasyno możesz otrzymać 50 darmowych spinów bez depozytu za rejestrację. Tym bardziej na międzynarodowym portalu Playbestcasino.net znajdziesz również wiele recenzji o najlepszych polskich kasynach, bonusy od depozytów, sportowe i cybersportowe, a także darmowe spiny bez depozytu za rejestrację w polskich kasynach. tekst Wojciecha Biedronia o „dzikiej reprywatyzacji” pt. „Jak mafia rządziła Warszawą”, za który otrzymał on Pierwszą Główną Nagrodę Wolności Słowa SDP, a także rozmowę z Jerzym Jachowiczem, nagrodzonym w tym roku Laurem SDP „za osobistą odwagę i wyznaczanie standardów dziennikarstwa śledczego w wolnej Polsce”. Nie zabrakło też zdjęć laureatów kategorii fotograficznych Nagród SDP  – Piotr Tracza i Jacka Turczyka.

 

Książkę można otrzymać bezpłatnie w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie lub kontaktując się pod adresem: [email protected].