Dziennikarz z Lidzbarka Warmińskiego wygrał proces z wydawcą „Gazety Olsztyńskiej”

Andrzej Pieślak, dziennikarz obywatelski z Lidzbarka Warmińskiego został uniewinniony w apelacji od zarzutu zniesławienia wydawcy „Gazety Olsztyńskiej”. Wyrok Sądu Okręgowego w Olsztynie jest prawomocny i niezaskarżalny.

 

Pieślak odwołał się od wyroku Sądu Rejonowego w Olsztynie, który 16 kwietnia 2018 roku,  umorzył karę na roczny okres próby oraz wymierzył karę grzywny w kwocie 500 złotych. Dziennikarz nie pogodził się z tym wyrokiem z uwagi na jego „efekt mrożący”. W apelacji napisał, że ogranicza on jego konstytucyjne prawo do wolności słowa, gdyż w obawie przed złamaniem okresu próby będzie musiał cenzurować swoje publikacje.

 

Dziennikarz został skazany z art. 212 par. 2 kk o zniesławienie poprzez zamieszczenie w październiku 2018 r. na portalu naszlidzbark.pl, na forum dyskusyjnym komentarzy określających „Gazetę Olsztyńską” jako „gadzinówkę niemieckiej propagandy”, a tygodnik „Gazeta Lidzbarska” – „szmatą lidzbarską” (oba tytuły prasowe wydawane są przez Grupę WM sp. z o.o., której głównym udziałowcem jest obywatel RFN F.X. Hirtreiter, właściciel F.X. Hirtreiter GMBH). Oskarżenie prywatne wniosła Grupa WM sp. z.o.o.

 

Sędzia Sądu Okręgowego w Olsztynie Leszek Wojgienica, który rozpatrywał apelację w uzasadnieniu ustnym odwołał się do wolności dziennikarskiej zawartej w  art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, która jest rozumiana przez Europejski Trybunał Praw Człowieka bardzo szeroko, i do bogatego orzecznictwa Trybunału rozpatrującego skargi dziennikarzy na wyroki skazujące, tłumiące swobodę wypowiedzi w demokratycznym państwie prawa.

 

– Wolność dziennikarska nie może obejmować wyłącznie informacji, poglądów odbieranych jako nieszkodliwe lub obojętne, ale także takie, które obrażają, oburzają, wprowadzają niepokój w państwie albo jakiejś grupie społeczeństwa – przypomniał sędzia Wojgienica. – Takie są wymagania pluralizmu, tolerancji, otwartości, bez których demokratyczne państwo prawa nie istnieje. Czy to znaczy, że wolno kogoś obrażać? Nie. We wszystkich wyrokach ETPC mamy ścisły podział na opinie i fakty, bowiem „istnienie faktów można wykazać a prawdziwość sądów ocennych nie podlega dowodzeniu”. Wymóg ocenienia prawdziwości sądów ocennych jest wymogiem niemożliwym do spełnienia i sam w sobie narusza wolność wypowiedzi, która stanowi podstawę państwa prawa, zapewnioną przez art. 10., czyli jeśli ja oceniam, że jakaś tam gazeta to dno, coś co chce się wypluć, wymiotować, kiedy to czytam, to ja mam do tego pełne prawo.

 

– Tam gdzie jest ocena – państwo nie może ingerować. Może ingerować, tam, gdzie jest podany fakt – przypomniał sędzia. – Jak słusznie zauważył pełnomocnik oskarżyciela prywatnego, z faktem to tutaj do czynienia nie mamy.

 

– Gdy pierwszy raz zerknąłem na wyrok I instancji aż zakrzyknąłem ze zdziwienia – mówił sędzia Wojgienica w 20-minutowym ustnym uzasadnieniu. – Nie wiem dlaczego sąd sprowadził określenie „gadzinówka” do okresu okupacji? Sąd nie analizuje tego w kontekście zwrotu „gadzinówka niemieckiej propagandy”. Czy to jest wypowiedź pomawiająca? Uważam, że ona nikogo nie znieważa. To jest poza sporem. Tu jest zastosowany skrót myślowy. W okresie, gdy Polska była pod okupacją istniała taka prasa. Pan prawdopodobnie miał na myśli, że jest to prasa w rękach niemieckich z uwagi na kapitał i ona chroni określone interesy i ten interes może być sprzeczny z polską racja stanu. Czy pan ma prawo do takiej oceny? Tak. Czy pan nadużył wolności opiniowania? W żadnym wypadku! Wolność opiniowania  wg Trybunału jest bardzo nieograniczona. Wyrok stwierdzający, że to było coś bezprawnego, co nie mieściło się w granicach wolności słowa, nie jest normalny.

 

– Natomiast określenie „szmata” jest czynem znieważającym. Tylko że w polskim ustawodawstwie podmiotem zdatnym do bycia znieważonym może być tylko osoba fizyczna, w przeciwieństwie do art 212 kk gdzie szeroki wachlarz podmiotów może być uprawniony.

 

– To sformułowanie jest średnio ostre – ocenił sędzia. – Ja bym znalazł ostrzejsze, które by też nie wykraczały poza granice wyznaczone przez art. 10. Gazeta wchodzi na rynek i ma opinię brukowca, szmatławca. Podejdę do kiosku i powiem proszę mi dać tego „szmatławca”. Czy takie opinie mają rzeczywiście taki wpływ na czytelnika, by spowodować tym brak zaufania do wykonywania czynności? Krytykowi, który napisał że ten film jest kiepski, to chłam, producent filmu może  zarzucać, że z powodu tej oceny nikt filmu nie obejrzy. Ale zdolności do robienia filmów nie traci się na skutek krytycznej opinii na temat konkretnego filmu, tak jak do wydawania gazety.

 

Sędzia zgodził się z oskarżonym, że wyrok I instancji – warunkowe umorzenie – stwarzał „efekt mrożący”. Jeśli znowu będę kogoś krytykował to postępowanie zostanie wznowione i nie mogę już liczyć na umorzenie.

 

– Ja nie widzę w w tym sformułowaniu „gadzinówka niemieckiej propagandy” w ogóle nośnika zniesławienia, a w szmacie widzę jedynie znieważenie – podsumował sędzia Wojgienica.

 

Andrzej Pieślak po ogłoszeniu wyroku nie krył radości, tym bardziej, że tak jak w I instancji, tak i w apelacji występował sam, bez pełnomocnika prawnego, bowiem adwokat, który często broni pro bono olsztyńskich dziennikarzy uznał, że w tym przypadku Andrzej Pieślak nie wygra.

 

Dziennikarz od 2011 roku redaguje niekomercyjny portal obywatelski, zajmujący się głównie sprawowaniem funkcji kontrolnej wobec władzy samorządowej Lidzbarka Warmińskiego. Z tego powodu miał już kilkanaście procesów wytoczonych przez burmistrza i starostę. Poza jednym wszystkie wygrał.

 

Adam Socha

 

Staram się nie ulegać emocjom – rozmowa z TOMASZEM KRZYŻAKIEM, laureatem nagrody „Ślad” im. bpa Jana Chrapka

Piszę o sprawach, które dzieją się na styku Kościoła i państwa. To nie są sprawy łatwe, a jednak się udaje. Niektórzy biskupi twierdzą, że mam jakąś rzadką intuicję w pisaniu nie tylko o Kościele  –  mówi Tomasz Krzyżak, dziennikarz, kierownik działu krajowego „Rzeczpospolitej” w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Gratuluję otrzymania tegorocznej nagrody „Ślad” im. biskupa Jana Chrapka. Czym jest dla pana ta nagroda?

 

Wielkim, niezasłużonym wyróżnieniem, ale jednocześnie zobowiązaniem i motywacją do jeszcze cięższej pracy. Zwłaszcza, że nagroda przyszła do mnie w dość trudnym momencie.

 

Został pan nagrodzony za konkretny tekst czy za całość pracy dziennikarskiej?

 

To wyróżnienie za całą moją dotychczasową pracę. Kapituła w uzasadnieniu napisała, że trafia ona do mnie za „niezależność i odwagę w podejmowaniu tematów trudnych, w tym dotyczących Kościoła i religii, oraz formułowanie opinii w sposób, który nikogo nie obrażając, zmusza do refleksji i debaty publicznej”. W tym uzasadnieniu niejako wyznaczono mi zadania na przyszłość…

 

Pracuje pan jako dziennikarz od dwudziestu pięciu lat. Przez ten czas w dziennikarstwie bardzo wiele się zmieniło.

 

Bardzo dużo. Kiedy zaczynałem pracę wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Dzisiaj każdy może być dziennikarzem. Wystarczy, że ma dostęp do mediów społecznościowych. Podaje informację i w jakimś sensie staje się dziennikarzem. Powiedziałem na początku, że nagroda przychodzi do mnie w trudnym momencie. Wynika to z pewnego namysłu nad kondycją dziennikarstwa w naszym kraju. Podobnie jak w otaczającym nas świecie nieustannie prowadzimy wyścig z czasem, bezrefleksyjnie podajmy informacje w świat, często nawet ich nie weryfikując. Nie godzę się z tym. I byłem już blisko podjęcia decyzji o odłożeniu pióra na bok. Ale Kapituła „Śladu” teraz to zweryfikowała i chyba będę musiał swoje plany zmienić (śmiech). Swój zawód traktuję jako misję i od dawna staram się uprawiać dziennikarstwo rozumiejące albo tłumaczące. Na ile potrafię usiłuję tłumaczyć czytelnikom o co chodzi w otaczającym nas świecie. Przedstawiam ludziom zjawiska, które dzieją się wokół nich. Oczywście, że prezentuję im swój własny punkt widzenia. Zajmuję się tematyką społeczną i kościelną, piszę o sprawach, które dzieją się na styku Kościoła i państwa. To nie są sprawy łatwe, a jednak się udaje. Niektórzy biskupi twierdzą, że mam jakąś rzadką intuicję w pisaniu nie tylko o Kościele.

 

Podczas wręczania nagrody mówił pan, że w swojej pracy kieruje się dobrem wspólnym. Ten termin często pojawia się w wypowiedziach dziennikarzy i polityków. Co pan rozumie pod tym pojęciem?

 

Wszyscy na różne przypadki odmieniają to sformułowanie Ujmowanie tego terminu będzie zróznicowanie w zależności od światopoglądu, wyznawanych wartości, oceny przeszłości i teraźniejszości. Są jednak pewne wspólne elementy, które pozwalają na powstanie pomiędzy nami, członkami tego samego społeczeństwa, szansy na porozumienie. Nawet jeżeli pod terminem dobro wspólne pojmujemy zupełnie inne rzeczy. W ostatnich latach tak mocno się podzieliliśmy, że nie jesteśmy w stanie ze sobą rozmawiać. Dlatego w moim dziennikarstwie staram się zachęcać do podjęcia na nowo dialogu z drugim człowiekiem, do wysłuchania jego argumentów i być może do przyjęcia części jego argumentów i zaczerpnięcia z jego pomysłów. Chciałbym, żebyśmy nie zamykali się od razu przed drugim człowiekiem, dlatego, że jest z partii X albo partii Y, albo dlatego, że jest związany ze środowiskiem Z.

 

Jaki jest pański sposób na opisywanie tematów na styku Kościoła i państwa?

 

Prosty, polega na używaniu wrażliwości, refleksji i kontrolowaniu emocji. Bardzo często włącza mi się mechanizm kontrolny. Nie jestem typem dziennikarza, który komentuje wszystko na gorąco. Staram się tego nie robić. Nie jest to łatwe. Często dopada mnie pokusa żeby coś ocenić na szybko, ale wtedy włącza mi się ten mechanizm kontrolny, który mówi: „zaczekaj chwilę, zastanów się nad problemem i pomyśl czy rzeczywiście jest tak, jak to oceniasz w tym momencie”. Staram się rozpatrywać sytuacje na wielu poziomach, bo nigdy nie jest tak, że coś jest czarno-białe. Zawsze występuje poziom szarości. Opisując jakiś temat należy uwzględnić wszystkie składające się na niego składniki, elementy i aspekty. Teraz głośnym tematem jest wykorzystywanie seksualne małoletnich przez duchownych. Temat bardzo emocjonalny. Nic, nawet pieniądze nie działa tak na ludzi jak krzywda dziecka. Jednak trzeba do tego tematu podchodzić spokojnie, bez ulegania emocjom, chociaż one siłą rzeczy zawsze się pojawiają. Widać to w komentarzach, kiedy stawia się pytanie dlaczego ksiądz, którego 15 lat temu przyłapano na czynach pedofilskich nie został ukarany.

 

To zasadnicze pytanie.

 

Tak, ale trzeba w odpowiedzi na nie uwzględniać obowiązujące wówczas cywilne i kanoniczne prawodawstwo. Trzeba sprawdzić czy rzeczywiście na duchownego nie nałożono żadnej kary. Ale należy również zastanowić się czy po 15 latach jest sens wracania do sprawy? Mam na myśli ocenę na gruncie prawnym. A może ten człowiek został ukarany i nie pełni żadnych funkcji? Co zrobić z takim człowiekiem? Czy wyrzucenie go teraz z kapłaństwa przyniosłoby więcej pożytku czy strat? Nad tym wszystkim należy się zastanawiać i wyważyć racje. Jeśli weźmiemy jakąś sprawę sprzed lat, to musimy wiedzieć, że Kościół nie dysponował wówczas takimi narzędziami jak ma dziś. Był można powiedzieć na początku drogi walki z wykorzystywaniem seksualnym, uczył się. W kontekście pedofilii często przywołuje się sprawę Tylawy. Pojawia się pytanie dlaczego ten ksiądz wciąż jest księdzem? Dziś prawdopodobnie zostałby wyrzucony z szeregów kapłańskich, ale wtedy sprawę rozwiązywano na podstawie wówczas obowiązujących wytycznych. I jak się wydaje, załatwiono ją dobrze. Dzisiaj sprawa jest na nowo odgrzebywana, więc trzeba ludziom ją na nowo tłumaczyć.

 

Pogdybajmy. To nie Tomasz Sekielski, ale Tomasz Krzyżak robi film pod tytułem „Tylko nie mów nikomu”. Co w pańskim filmie się pojawia, a co pan pomija?

 

Zacznę od tego, że jest to film ważny i w każdym seminarium duchownym powinno się go pokazywać. Jest to także dobry materiał szkoleniowy dla delegatów poszczególnych biskupów i prowincji zakonnych, który pokazuje jakich błedów należy unikać. Ja zrobiłbym ten film nieco inaczej. Zabrakło mi w nim pewnego ciągu dalszego pokazanych spraw, bo wiele z nich na długo przed emisją miała swój finał. Rozumiem, że te tłumaczenia rozciągnęłyby film i osłabiłyby jego wymowę, ale… Weźmy przykład księdza, który został wyrzucony ze stanu kapłańskiego i pojawił się w innej diecezji i tam prowadził pracę duszpasterską. Tam prawdopodobnie zadziałała źle pojmowana solidarność między księżmi. Ale z tego co wiem arcybiskup gnieźnieński dowiedział się o tym na długo przed premierą filmu i podjął stosowne kroki. Człowiek ten zniknął z parafii, a wobec winnych wyciągnięto jakieś konsekwencje. Tymczasem z filmu Sekielskich się tego nie dowiadujemy. Widz zostaje z przeświadczeniem, że teoretycznie kapłana wyrzucono ze stanu kapłańskiego, ale biskupi się dogadali i dalej go kryją. Wyrzucono go z diecezji toruńskiej, a znalazł się w diecezji gnieźnieńskiej. Wiemy, że było inaczej. Brakuje mi takich dopowiedzeń w filmie.

 

Czego jeszcze brakuje w dokumencie Tomasza Sekielskiego?

 

Przedstawiono na przykład przypadek księdza z Warszawy, który odsiedział wyrok w więzieniu i ma dożywotni zakaz kontaktów z dziećmi, ale pojechał głosić rekolekcje. Mamy scenę, w której bohater filmu usiłuje dostać się do siedziby metropolity warszawskiego. Ktoś mu wreszcie otwiera i mówi, że kardynał będzie za dwa tygodnie. Widz zostaje z przekazem, że nikt nie chciał wyjaśnić problemu. Scena jest kręcona na dziedzińcu warszawskiej kurii po zapadnięciu zmroku. Przecież każdy przytomny człowiek wie, że o tej porze kuria już nie pracuje. Brakuje mi sceny, w której np. Tomasz Sekielski przychodzi w godzinach urzędowania kurii i przekazuje informacje na temat wspomnianego kapłana. Nie wiem jaka byłaby wówczas reakcja, być może taka sama, ale jestem jej ciekaw.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota

Fot. Rzeczpospolita

 


Tomasz Krzyżak

Dziennikarz, publicysta, kierownik działu krajowego „Rzeczpospolitej”. Pracował m.in. w „Życiu Warszawy”, „Wprost” i „Ozonie”. W 2012 r. otrzymał nagrodę „Feniks” Stowarzyszenia Wydawców Katolickich w kategorii edytorstwo za biografię św. Maksymiliana M. Kolbego. Autor biografii abp. Józefa Michalika „Nie mam nic do stracenia” (2015) oraz „Biografii z charakterem” poświęconej Wandzie Półtawskiej (2017).

Łódzki Oddział SDP nagrodził dziennikarzy

Tomasz Nowak z TVP Łódź został Dziennikarzem Roku 2017/2018 w corocznym konkursie Łódzkiego Oddziału SDP. Jury pod przewodnictwem Zbigniewa Natkańskiego nagrodziło go „za konsekwentne zajmowanie się łódzka historią w roku 100-lecia niepodległości, czego ukoronowaniem jest reportaż >Strajk łódzkich studentów< pochodzący z cyklu >Łódzkie drogi do wolności<”. Laureatowi przypadła nagroda 3 tys. zł.

 

II miejsce i 1500 zł otrzymała Katarzyna Pawlina z TVP Łódź, autorka reportażu „Obserwator lampy”. Jury przyznało jej nagrodę za umiejętność wyjątkowo subtelnego i taktownego opowiadania o ludzkim dramacie.

 

III miejsce i 500 zł przypadło Agacie Zielińskiej z Radia Łódź, autorce audycji „Esencja życia”. Nagroda została przyznana za pełną ciepła rozmowę z człowiekiem, który przedkłada dobro cudzego dziecka nad własną karierę.

 

W konkursie rozdano też wyróżnienia. Romie Leszczyńskiej z Polskiego Radia za reportaż „ Widzew parzy herbatę w wodzie po pierogach, ŁKS nie lepszy”, Kamili Litman z Radia Łódź za program „Obrazy mojej młodości” oraz Katarzynie Pełce-Wolsztajn z TVP Łódź za „Pamięć dzieci wojny”.

 

Zwycięzcą VI Konkursu im. Krzysztofa Michalskiego na najlepszego korespondenta regionalnego, dziennikarza mediów lokalnych został  Piotr Krysztofiak z Radia Łódź, autor audycji „Sowy z Głowna”. Nagrodę przyznano za umiejętność wyszukiwania niebanalnych tematów, które stają się inspiracją dla innych.

 

Nagrody ufundowali: Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich oraz Radio Łódź.

 

tor

Fot. Sebastian Szwajkowski/Radio Łódź

Wolność słowa bez prawdy nie istnieje – zauważa ks. MARIUSZ FRUKACZ

Sytuacja ze zwolnieniem pracownika sieci IKEA to nie pierwszy i nie jedyny przypadek łamania zasady wolności słowa. Wydaje się, że mamy z tym problem tam, gdzie do głosu dochodzi poprawność polityczna i poglądy skrajnie lewicowe.

 

Zasada wolności słowa, wyrażanie własnych opinii i poglądów, jest jedną z najważniejszych zasad państwa demokratycznego i uznawane jest za standard norm cywilizacyjnych. To przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności, praw człowieka i obywatela. Wolność osoby, a więc także jej wolność wypowiadania się, nie jest nieograniczona. Kończy się ona tam, gdzie zaczyna się wolność drugiej osoby. Nikogo nie wolno pomawiać, fałszywie oskarżać, oceniać i zawsze należy głosić prawdę.

 

Sprawa pracownika sieci IKEA

 

W ostatnim czasie w Polsce podjęta została dyskusja nad wolnością słowa i poglądów w związku ze zwolnieniem pracownika sieci IKEA. W czerwcu 2019 r. pracownik tej sieci został zwolniony za to, że w odpowiedzi na ideologiczną agitację pracodawcy, polegającą na udostępnieniu wszystkim pracownikom artykułu „Włączenie LGBT+ jest obowiązkiem każdego z nas” na firmowym forum internetowym, wyraził swoją krytyczną opinię na temat akcji wspierania ruchu LGBT + . Pracownik sieci IKEA w swojej opinii cytował fragmenty Pisma Świętego. Ta wypowiedź stała się przyczyną wypowiedzenia mu umowy o pracę.

 

Do sytuacji odniosło się również Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, które w swoim stanowisku podkreśliło, że „z  najwyższym niepokojem i oburzeniem przyjmuje informacje  o działaniach sieci IKEA  polegających na  zwolnieniu z pracy pracownika w związku z wyrażoną przez niego opinią w mediach społecznościowych na temat akcji propagującej ideologię LGBT. W ocenie  CMWP SDP działanie to w skandaliczny sposób  narusza konstytucyjne prawa obywatelskie wolności sumienia i wyznania (art. 53 Konstytucji RP) oraz prawo posiadania i głoszenia poglądów (art. 54 Konstytucji RP). CMWP SDP przypomina, że zgodnie z polską konstytucją oraz kodeksem karnym »nikt nie może być zmuszanym do wspierania działań, które uznaje za sprzeczne ze swoim sumieniem czy wyznawaną religią«”.

 

Do sprawy odniósł się także sam poszkodowany – pan Tomasz, który w swoim oświadczeniu napisał m.in.: „Mój wpis był reakcją na indoktrynację, której jako pracownik byłem od lat poddawany w miejscu pracy. Narzucany pracownikom IKEA stosunek do postulatów ruchu LGBT radykalnie różni się od nauczania Kościoła katolickiego wypływającego z Pisma Świętego. Jako katolik nie mogę uczestniczyć w propagowaniu ideologii sprzecznej z moją wiarą ani akceptować sytuacji, w której pracodawca zmusza mnie do zmiany mojego światopoglądu. Zawierając z IKEA umowę o pracę, zobowiązałem się do jak najlepszego wykonywania moich obowiązków pracowniczych jako sprzedawcy mebli kuchennych. Z umowy jednak w żaden sposób nie wynikało, że wśród moich obowiązków, jako pracownika sklepu IKEA, ma leżeć reprezentowanie ideologii jej właściciela. Niestety, z przykrością zauważyłem, że IKEA oraz część dziennikarzy wbrew faktom przedstawiają mnie jako osobę nawołującą do przemocy i nienawiści wobec innych pracowników. Posunięto się wręcz do tez tak absurdalnych jak przypisywanie mi chęci fizycznej agresji wobec osób o skłonnościach homoseksualnych. Jest to oczywista nieprawda, która godzi w moje dobre imię. Szanuję każdego człowieka niezależnie od koloru skóry, narodowości, wyznania czy jego sfery prywatnej (np. seksualnej). W swojej codziennej pracy absolutnie nigdy nie przejawiałem braku szacunku wobec koleżanek i kolegów, którzy nie podzielali ważnych dla mnie wartości oraz prowadzili styl życia niezgodny z zasadami klasycznej etyki i nauczania katolickiego” (zob. https://www.niedziela.pl/artykul/43809)

 

Problem w Europie

 

Sytuacja ze zwolnieniem pracownika sieci IKEA to nie pierwszy i nie jedyny przypadek łamania zasady wolności słowa i głoszenia własnych poglądów. Wydaje się, że mamy z tym problem tam, gdzie do głosu dochodzi poprawność polityczna i poglądy skrajnie lewicowe. Dobitnym tego przykładem jest zwolnienie w 2007 r. chrześcijańskiej stewardessy linii lotniczych British Airways, która nie chciała zrezygnować z noszenia na szyi krzyżyka zawieszonego na łańcuszku. I dopiero po czterech miesiącach sporu pracownicy British Airways uzyskali zgodę na noszenie symboli religijnych – krzyżyków, muzułmańskich chust czy sikhijskich turbanów.

 

Okazuje się, że również we Francji prywatne przedsiębiorstwo może zabronić pracownikom noszenia symboli religijnych. Takie stanowisko wynika z wewnętrznego regulaminu prywatnego przedsiębiorstwa, które zakazuje noszenia w miejscu pracy widocznych symboli politycznych, filozoficznych lub religijnych.

 

W 2012 r. przez polskie media przetoczyła się dyskusja, gdy nowe wewnętrzne rozporządzenie dla personelu pokładowego Polskich Linii Lotniczych LOT – w jednym z dokumentów zatytułowanych „Zasady obsługi pokładowej”, który zawierał rozdział pt. „Umundurowanie”, w podrozdziale „Biżuteria” – zawierało zapis: „Niedozwolone jest noszenie w widocznym miejscu biżuterii obrazującej symbole religijne”. Sprawę opisywał wówczas m.in. „Nasz Dziennik”. Potem jednak Polskie Linie Lotnicze LOT, szanując przywiązanie do tradycji i wrażliwość Polaków, usunęły kontrowersyjne wytyczne zabraniające personelowi pokładowemu noszenia w widocznym miejscu biżuterii obrazującej symbole religijne (zob. https://www.gosc.pl/doc/1076612.LOT-usuwa-kontrowersyjny-zapis-ws-symboli-religijnych)

W Europie trwa wojna kulturowa, wojna z tradycyjnymi wartościami. Dziennikarze i politycy, zwłaszcza lewicowi, zmuszają odbiorców do przyjęcia ich poglądów. Dzieje się to także w przedsiębiorstwach, w miejscach pracy. W kulturze Zachodu toczy się ostra walka o kształt duchowy naszej cywilizacji.

 

Godność człowieka, wolność i wolność słowa

 

Warto przypomnieć, że wolność słowa jest pochodną godności człowieka, a nie odwrotnie. „Człowiek słusznie wysoko ceni sobie wolność i żarliwie o nią zabiega: słusznie pragnie, i powinien, formować i kierować swoją wolną inicjatywą, swoim życiem osobistym i społecznym, biorąc za nie osobistą odpowiedzialność. Rzeczywiście, wolność nie tylko pozwala człowiekowi odpowiednio zmieniać stan rzeczy znajdujących się na zewnątrz niego, ale także za sprawą wyborów, zgodnych z prawdziwym dobrem, wpływa na jego wzrastanie jako osoby: tym sposobem człowiek rodzi samego siebie, jest ojcem swojego istnienia, buduje porządek społeczny”– czytamy w „Kompendium Nauki Społecznej Kościoła” (n. 135)

 

Wśród praw pracowników Kompendium Nauki Społecznej Kościoła  wskazuje na prawo do zachowania i wyrażania własnej osobowości w miejscu pracy, „przy czym w żaden sposób nie może być naruszona wolność sumienia pracownika czy jego godność”. (zobacz cały dokument (http://www.vatican.va/roman_curia/pontifical_councils/justpeace/documents/rc_pc_justpeace_doc_20060526_compendio-dott-soc_pl.html)

 

„Wolność wypełnia się w relacjach międzyludzkich. Każda osoba ludzka, stworzona na obraz Boży, ma prawo naturalne, by była uznana za istotę wolną i odpowiedzialną. Wszyscy są zobowiązani do szacunku wobec każdego. Prawo do korzystania z wolności jest nieodłącznym wymogiem godności osoby ludzkiej, zwłaszcza w dziedzinie moralności i religii (por. Sobór Watykański II, dekl. Dignitatis humanae, 2). Prawo to powinno być uznane przez władze świeckie oraz chronione w granicach dobra wspólnego i porządku publicznego (por. Sobór Watykański II, dekl. Dignitatis humanae, 7)”- podkreśla Katechizm Kościoła Katolickiego (n. 1738)

 

Wolność słowa i sumienie

 

Zasadniczą sprawą w kwestii wolności słowa  jest, moim zdaniem, jednak sprawa dobrze uformowanego sumienia. Kwestia sumienia dotyka niesłychanie ważnych spraw z pogranicza prawa, etyki i światopoglądu. Jest ono w każdym człowieku głosem wołającym o prawdę, głosem wołającym o granice między dobrem a złem. Warto też przypomnieć, że wolność słowa bez prawdy nie istnieje.

 

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

Taki postęp już przerabialiśmy – felieton WOJCIECHA POKORY

Sprawa pana Tomasza, któremu firma próbowała narzucić swoją ideologię, przypomina scenę z 1949 roku, gdy na Plac Litewski w Lublinie zwieziono robotników, wręczono im czerwone szturmówki i kazano śpiewać Międzynarodówkę, a za dołączenie się do tłumu śpiewającego hymn „Boże coś Polskę” karano zwolnieniem z pracy.

 

3 lipca to dla mnie, lublinianina, ważna data. Równo 70 lat temu w lubelskiej katedrze dokonał się bowiem cud. Zapłakał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Wydarzenie to, stało się początkiem kultu wizerunku Matki Boskiej Płaczącej, ale także momentem zwrotnym w relacjach państwo-Kościół.

 

Dlaczego pisze o tym wydarzeniu na branżowym portalu dziennikarzy? Z bardzo ważnego powodu. Efektem lubelskiego cudu, a może bardziej społecznej reakcji na ten cud, czyli masowych pielgrzymek do Lublina i wzmożenia życia religijnego, była m.in. szeroka akcja propagandowa ówczesnych władz. Komuniści postanowili wykorzystać okazję do tego, by przeprowadzić operację uświadamiającą wiernym Kościoła katolickiego, gdzie jest ich miejsce. Metody, które wówczas wykorzystano (w 1949 roku), mogą wydać się bardzo nowoczesne i postępowe dzisiejszemu czytelnikowi, bo pod podobnymi hasłami stosowane są i dzisiaj. Uspokoję, 70 lat temu, także nazywano je postępem.

 

Pierwszą metodą było zaprzęgnięcie do walki intelektualistów. Najlepiej katolickich, przecież nie będą Kościoła potępiać innowiercy, żeby nie wyglądało to na zewnętrzną robotę. 14 lipca 1949 roku w Teatrze Miejskim w Lublinie zorganizowane zostało zebranie „demokratycznych katolików” (nie żartuję, tak się określili, przypominam, czasy są stalinowskie), o których pisano, że jest to lubelska inteligencja, którzy to „demokraci” wyrazili zaniepokojenie wykorzystywaniem przez Kościół prostych ludzi, bowiem takie zachowanie „gorszy myślącego katolika”. Na zebraniu głos zabrali członkowie Związku Nauczycielstwa Polskiego, którzy potępili „organizatorów cudu” i pracowników KUL. Spotkanie lubelskiej inteligencji odbyło się pod hasłem: Precz z zacofaniem średniowiecznym.

 

Jednak nie tylko inteligencja potępiła zacofanie niepostępowych katolików. Wykorzystano do tego również aktyw robotniczy. Przywożono pod katedrę pracowników z fabryki obuwia, którzy mieli rzucać w tłum cegłówkami, i prowokować modlących się ludzi do rozrób. Zorganizowano „oddolny” wiec poparcia dla postępowej części społeczeństwa (czyli dla komunistycznej władzy), na który nakazano przyjść pracownikom pod groźbą zwolnienia z pracy. Na wiecu sprawdzano listę obecności i wręczono przybyłym transparenty. Wszystko po to, by ówczesne media (w tym Polska Kronika Filmowa) mogły przygotować obrazek dla reszty społeczeństwa. Hasła, które wówczas zamieszczono na wręczanych robotnikom transparentach, mogą wydać się na dziś znajome. Coraz częściej goszczą bowiem niestety na ekranach naszych telewizorów czy komputerów: Nikt nas nie cofnie do średniowiecza, Lublin nie będzie ciemnogrodem, Precz z politykierami w sutannach, Kościół do modlitwy, a nie do polityki czy też Nie pozwolimy nadużywać wiary do celów politycznych.

 

W mediach pojawiły się artykuły i reportaże, które dziś czytając, widzę obrazki rodem z naszych telewizorów. Zacytuję jeden przykład. (Cytaty przytaczam za książką Marioli Błasińskiej „Cud. W 1949 r. Lublin stał się Częstochową”). Jacek Wołowski pisał w Życiu Lubelskim – Od dwu dni siedzę w Lublinie. Gdy, stojąc dziś w tłumie przed katedrą, spytałem jakiegoś tęgawego księdza w brązowym kiltlu, z teczką w ręce, co myśli o tym, co dzieje się w Lublinie, gdy zadając to pytanie, wyciągnąłem legitymację redakcyjną i dałem mu ją do przeczytania, ksiądz zawołał: – Na kolana, grzeszniku! Zawołał to tak donośnym głosem, iż parę czarno ubranych pań stojących tuż obok ruszyło w moją stronę. Gesty ich były nieprzyjazne, (…) a patrzyły na mnie, jak wielkie kocury na małą biedną mysz(…). Znamy to? Te agresywne „baby” z różańcami atakujące grzecznych i naiwnych reporterów? Tłumy ciemnogrodzkich, opętanych wyznawców, które w różnych powodów postanawiają nienawistnie modlić się publicznie i reagują agresją na media? No to wiedzmy, że to nie wymysł XXI wieku.

 

Prowokacjom na ulicach towarzyszyły prowokacyjne tytuły w prasie.  Prowokacje nie powstrzymają pracy nad odbudową kraju podawały nagłówki „Trybuny Ludu”. Pisano o tym jak wierni i prawdziwi inteligenci powinni traktować swoją wiarę, by odróżnić się od wstecznictwa i fanatyzmu. Zaczęto także wykorzystywać usłużnych duchownych, z których już w niedługim czasie rekrutowali się tzw. księża patrioci, czyli ci, którzy zarejestrowali się w Komisji Księży przy Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Oni doskonale wiedzieli, jakimi wypowiedziami przypodobać się komunistom. Księża, którzy nie dostosowali się do wytycznych władz trafili do więzienia. Wraz z ok. 600 osobami, które wyłapano na ulicy podczas prowokowanych zamieszek lub aresztowano za fakt szerzenia informacji na temat cudu w lubelskiej katedrze.

 

A teraz współczesny wątek:

„W zeszłym miesiącu obchodziliśmy dzień IDAHOT, Międzynarodowy Dzień Przeciw Homofobii, Bifobii i Transfobii (17 maja). Z tej okazji opublikowaliśmy artykuł w naszym intranecie, prezentujący nasze wartości i stanowisko w tej kwestii, zgodnie z komunikacją Grupy Ingka. Jeden z naszych pracowników opublikował komentarz pod artykułem, wyrażając swoją opinię w sposób mogący naruszyć dobra i godność osób LGBT+ . Dodatkowo, pracownik faktycznie wykorzystał cytaty ze Starego Testamentu mówiące o śmierci, krwi w kontekście tego, jaki los powinien spotkać osoby homoseksualne”

 

Pracownik, który opublikował komentarz to pan Tomasz. Pan Tomasz jest katolikiem i głosi katolickie poglądy. Jak sam mówi w wywiadzie, którego udzielił „Naszemu Dziennikowi”, zatrudnił się w IKEI, by zajmować się tym, czego dotyczyła jego umowa o pracę, czyli sprzedażą mebli. I wywiązywał się z tego zadania najlepiej jak potrafił. Nikt nie miał zastrzeżeń do jego pracy. Jednak pewnego dnia, w jego zakładzie pracy obchodzony był „międzynarodowy dzień przeciw homofobii, bifobii i transfobii, aby walczyć o prawa lesbijek, gejów, osób biseksualnych, transpłciowych i osób o wszystkich orientacjach seksualnych i tożsamościach płciowych (LGBT+)”. Obchody tego dnia były promowane jako dzień walki z wykluczeniem. Jak mówi pan Tomek: Gdy przyszedłem w tym dniu do pracy i dowiedziałem się, co będziemy świętować, wziąłem urlop na żądanie. Nie chciałem uczestniczyć w promocji czegoś sprzecznego z wyznawanymi przeze mnie wartościami.

 

Następnego dnia władze firmy zamieściły na wewnętrznej stronie internetowej artykuł „Włączenie LGBT+ jest obowiązkiem każdego z nas”. Pan Tomasz nie poczuwał się do tego obowiązku, który stał w sprzeczności z jego poglądami. Dodał więc komentarz z cytatami z Pisma Świętego. Skoro pracodawca wprowadził do zakładu pracy swoją ideologią, pan Tomasz poczuł się w obowiązku podzielić się swoją. To nie on zmienił zasady gry i nie on wprowadził do firmy rozmowy o światopoglądzie. Jak się jednak okazało, panu Tomaszowi wolno mieć poglądy i tolerancyjny zarząd je doceni, jeśli będą one „postępowe”. A, że nie były, pan Tomasz wyleciał za drzwi.

 

W tej sprawie słusznie głos zabrało m.in. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Nie, pan Tomasz nie jest dziennikarzem, ale pan Tomasz ma prawo wyrażać swoje zdanie. I tego dotyczy stanowisko CMWP. Każdy ma prawo wyrażać swoje zdanie, szczególnie w miejscu, w którym ktoś próbuje mu narzucić swoje. Gdyby pan Tomasz spierał się z IKEĄ o kształt śrubek, i IKEA uznałaby, że forsowane przez niego pomysły zaszkodzą interesom firmy, i pan Tomek trwałby w swoim uporze, mieliby prawo za taką polemikę go zwolnić. Jednak gdy firma meblarska narzuca panu Tomkowi swoją ideologię, to przypomina to scenę rodem z 1949 roku, gdy na Plac Litewski w Lublinie zwieziono pracowników lubelskich zakładów pracy, wręczając im czerwone szturmówki i każąc śpiewać Międzynarodówkę, a za dołączenie się do śpiewającego obok tłumu hymnu „Boże coś Polskę” karząc zwolnieniem z pracy albo więzieniem. Na to zgody być nie może, bo taki postęp już przerabialiśmy.

 

Wojciech Pokora

 

 

Ćwiczenie intelektualne – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak powinny się zmieniać media publiczne

Odpowiedź na pytanie „czy zmieniać kształt mediów publicznych?” zależy – jak to jest w większości przypadków dzisiaj – od tego, po której stronie podziału politycznego jest pytany. Dotyczy to nie tylko odbiorców mediów czy polityków, ale też wielu dziennikarzy.

 

Pozwolę sobie uznać ten podział za głupi i stwierdzić, że wciąż są dziennikarze bynajmniej nie uznawani za opozycyjnych, którzy widzą, że w wielu punktach media publiczne nie funkcjonują dziś jak publiczne, ale jak partyjne, być może bardziej niż kiedykolwiek. Tymczasem płacą na nie wszyscy obywatele. Jakiś czas temu pisałem na portalu SDP (polemizując z poglądem Bronisława Wildsteina), że wprowadzanie w ten sposób kulawego pluralizmu (antyrządowe media prywatne i prorządowe państwowe za publiczne pieniądze) nie ma racji bytu. Na pytanie odpowiadam zatem: tak, media publiczne powinny się zmienić instytucjonalnie. Ale to musi być bardzo dobrze przemyślana zmiana. Taka, która zagwarantuje, że ani obecny, ani wcześniejszy stan rzeczy się nie powtórzy. Inna nie ma sensu, można ją sobie darować.

 

Jednocześnie dzisiaj rozważania na ten temat zreformowania mediów publicznych wydają się jedynie ćwiczeniem intelektualnym, bo ci, od których to zależy, nie widzą potrzeby reformy, a wszystko wskazuje na to, że pozostaną przy władzy na kolejną kadencję. Nie zmienia to faktu, że takie ćwiczenia mają swoją wartość. Kiedyś sytuacja się zmieni i dobrze mieć na ten moment przygotowaną koncepcję. Dobrze też – wychodząc z moim zdaniem oczywistej oceny, że obecny kształt mediów publicznych jest wadliwy – niejako sprawdzić się. Zobaczyć, komu zależy na czym i kto jakie rozwiązania gotowy jest poprzeć.

 

Żeby ocenić pojawiające się koncepcje, trzeba przyjąć jakieś docelowe założenia. Uważam, że takie powinny być cztery.

 

Po pierwsze – instytucjonalne odseparowanie mediów publicznych od bezpośredniego wpływu polityków. Całkowicie zrobić się tego nie da, ale można w system wmontować filtry, podobnie jak ma to miejsce w systemie niemieckim.

 

Po drugie – odizolowanie wyboru szefów mediów publicznych od woli polityków tak jak tylko się da.

 

Po trzecie – uwzględnienie, że na media publiczne składają się wszyscy obywatele, więc nie mogą one być tubą aktualnie rządzącej partii, nawet jeśli zgodzimy się, że w jakimś stopniu ich linia powinna oddawać wynik wyborów.

 

Po czwarte – media publiczne dlatego są zasilane budżetowymi pieniędzmi, żeby realizować misję, a nie po to, żeby ścigać się w komercji z mediami prywatnymi. Oglądalność nie może być tu naczelnym kryterium.

 

W ostatnim czasie pojawiły się dwie koncepcje zmian – jedna firmowana przez Platformę Obywatelską, druga będąca projektem obywatelskim. W przypadku tej pierwszej trudno nie mieć podejrzeń co do sposobu, w jaki media publiczne chciałaby potraktować partia twardej opozycji, wielokrotnie sygnalizująca, że zamierza w nich przeprowadzić bezwzględną czystkę po wzięciu władzy. Można zatem podejrzewać, że koncepcja firmowana przez PO ma na celu zwykłe odwrócenie znaków, a nie naprawienie mediów.

 

tekście na portalu Wirtualne Media, opisującym koncepcję PO, czytamy, że miałby powstać jeden duży holding radiowo-telewizyjny oraz miałaby zostać zlikwidowana Rada Mediów Narodowych. Ten ostatni punkt nie wydaje się kontrowersyjny, bo RMN to dziwaczny, zbędny twór, o którego likwidacji niedługo po jego powołaniu myślał przecież sam PiS. Zasadnicza część reformy miałaby wyglądać następująco:

 

Nowe, 15-osobowe rady medialne miałaby wybierać Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji spośród przedstawicieli sejmików wojewódzkich, lokalnych organizacji artystycznych i społecznych. Z kolei rady wyłaniałyby zarządy regionalne spółek radiowo-telewizyjnych. Nad całością czuwałaby 30-osobowa rada centralna, złożona z przedstawicieli 16 rad regionalnych oraz reprezentantów ogólnopolskich organizacji artystycznych, wyższych uczelni i NGO-sów.

 

Z kolei członkowie KRRiT mieliby być powoływani na kadencje różnej długości, tak aby dominująca w danym momencie siła polityczna nie miała nigdy pozycji bezwzględnie silniejszej.

 

Przedstawiciele PiS zarzucają projektowi PO, że partia ta chciałaby wybierania osób kontrolujących radio i telewizję ze środowisk, gdzie ma spore wpływy. To może być zarzut celny, ale nie musi. Z pewnością sposób, jaki proponuje PO, bardziej odizolowuje media publiczne od bezpośredniego wpływu polityków niż obecny system, który nie zawiera właściwie żadnego filtra. Ten aspekt przedstawiciele PiS pomijają, bo jest dla nich szczególnie niewygodny.

 

Diabeł natomiast tkwi w szczegółach. Kilka miesięcy temu opisywałem na portalu SDP system niemiecki. Tam zarządy poszczególnych regionalnych stacji (takie tworzą w Niemczech system mediów publicznych) są wybierane przez kilkudziesięcioosobowe rady, których członkowie są delegowani przez wiele różnego typu organizacji – od Kościołów, poprzez organizacje kulturalne, po różnego rodzaju stowarzyszenia i NGO-sy, ale nie przez partie. Natomiast lista organizacji, które mają prawo wysuwać swoich przedstawicieli do rad jest zawarta w landowym ustawodawstwie. Czyli wpływ polityków przejawia się na pierwszym etapie poprzez konieczność uzgodnienia w Landtagu, jakie organizacje zostaną zapisane w ustawie jako wchodzące do rady. I to jest klucz to sprawy.

 

Jeśli bowiem rady medialne miałyby być 15-osobowe, to spośród ilu i jakich kandydatów miałaby ich członków wyłaniać KRRiT? Jakim kluczem by się kierowała? Kto miałby prawo zgłaszać kandydatury? Kto zasiadałby w dwukrotnie liczniejszej radzie centralnej? Jak określić, które organizacje miałyby prawo kierowania tam swoich przedstawicieli? Bez doprecyzowania tych kwestii trudno pomysł oceniać. Jednak kredyt zaufania wobec PO w sprawach mediów publicznych – jakkolwiek krytycznie ocenialibyśmy ich obecną postać – jest, najdelikatniej mówiąc, poważnie ograniczony. Krytycy z partii rządzącej słusznie pytają, dlaczego te znakomite pomysły nie zostały opracowane i wcielone w życie w ciągu dwóch kadencji rządów PO.

 

Nieco mniej informacji jest o obywatelskim projekcie reformy, któremu patronuje były wiceminister kultury i twórca TVP Kultura Jacek Weksler, ale przy którym pracowali przedstawiciele różnych środowisk. Jest tam mowa o rozwiązaniu obecnie istniejących spółek i natychmiastowym powołaniu w ich miejsce nowych, finansowanych nie z abonamentu, a z budżetu (co właściwie już teraz ma miejsce, choć bez formalnej zmiany i na zasadzie prawnej prowizorki). TVP i radio zostałyby połączone w jeden organizm (tak jest np. w Estonii), a osobna spółka zrzeszałaby ośrodki regionalne. Na poziomie centralnym pozostawiono by jedynie cztery kanały TVP. Kodeks etyczny pracowników mediów publicznych miałby być prawnie wiążący. RMN przestałaby istnieć, a członkowie KRRiT byliby wybierani na kadencje różnej długości, odmienne niż kadencja Sejmu (podobieństwo z projektem PO). Zostałaby powołana przynajmniej 27-osobowa Rada Programowa, do której weszliby przedstawiciele środowisk artystycznych, organizacji pozarządowych, marszałków województw, rektorów uniwersytetów, RPO, która miałaby prawo wnioskować o odwołanie prezesów spółek medialnych.

 

I znów – diabeł tkwi w szczegółach. Jak ustalano by listę organizacji, mogących powoływać swoich przedstawicieli do Rady Programowej? Jak określano by, którzy członkowie KRRiT mają być powoływani na kadencję jakiej długości?

 

Mimo sceptycyzmu, który powinien się włączać z automatu, dobrze, że pomysły na zmianę są. Jest o czym rozmawiać. Problem w tym, że jedna strona sporu politycznego – a wraz z nią spora część dziennikarzy – nie widzi żadnej potrzeby dyskusji na ten temat, bo jej zdaniem jest dobrze. Pozostaje mi na końcu zawrzeć apel do władz SDP – jakkolwiek mam poczucie, że to głos wołającego na pustyni – żeby włączyć się do tej potrzebnej dyskusji poprzez debaty, konferencje, spotkania. Bo nie – dobrze nie jest, wręcz przeciwnie: jest fatalnie i widzi to każdy trzeźwo myślący dziennikarz.

 

Łukasz Warzecha

Nostalgia za wypichconym felietonem – KRZYSZTOF PRENDECKI o dziennikarstwie kulinarnym

Parafrazując autora „Fizjologii smaku”, można śmiało rzec: „Powiedz mi, co czytasz, a ja ci powiem, co jesz”.

 

30 lat minęło jak jeden dzień. Trzy dychy, tak zwanej wolnej Polski. Również okres umiejętnego wyswatania sztuki pisania, z wiedzą o kulinariach. W „Wyborczej”, natknąłem się na tekst znanej popularyzatorski zdrowego żywienia Katarzyny Bosackiej. Było tam o tym, jak się zmieniały gusta smakowe rodaków. Coś w stylu; od baru mlecznego do dania narodowego – kebaba. Chciałbym jednak coś dorzucić wspominkowego, ale nie o samym jedzeniu, nie o kucharzach, nie o konsumentach, a o miłośnikach kuchni, smakowicie posługujących się słowem. Przewodnią myślą niech będzie dialog z bajki „Dwanaście prac Asteriksa”:

 

Kapłanka z Wyspy Rozkoszy:

– Czego sobie życzysz piękny wojowniku?

Obelix:

– Jeść

– Jeść? Jesteś na wyspie rozkoszy Ze wszystkich dostępnych rozkoszy możesz wybrać co chcesz, a Ty wybrałeś jedzenie?

– No pewnie! Jedzenie to prawdziwa rozkosz”.

 

A wszystko zaczęło się od Piotra Bikonta, którego niestety nie ma już wśród nas. Był prekursorem wystawiania rekomendacji restauracjom w całej Polsce. I szydzenia z nich ile wlezie (jak było trzeba), w rubryce „Jadłem w…”.

 

Muszę to przyznać, wychowałem się kulinarnie na tych felietonach. Od czasów licealnych, jak tylko przemierzałem nasz kraj, starałem się też wdepnąć w progi polecanej knajpy. Czasem odwiedziny przeradzały się w prawdziwe uczty. Po prostu się zaszalało. Zdarzyło się mieć odłożoną kasę, na zakup kurtki na zimę. Zamiast tego popuściło się pasa i pofolgowało kieszeni np. w restauracji korsykańskiej Paese. Okrycia wierzchniego po latach bym nie pamiętał, a biesiada pozostała na długo w pamięci. I do dziś utkwiły w głowie, połechtane kubki smakowe godne Napoleona. Choćby polędwica w sosie z zielonego pieprzu czy szparagi w sosie beszamelowym.

 

Z dwie dekady temu, gdy Bikont gościnnie reżyserował w mym rodzinnym Rzeszowie, „Iwonę księżniczkę Burgunda”, trafił na pustynię kulinarną. Chwaląc jedynie miejscowy chleb z kminkiem i miejsce gdzie można się było poczuć jak w Europie, kawiarnię „Pożegnanie z Afryką”.

 

Po recenzji rzeszowskiej restauracji „Czarny kot” tarzałem się po podłodze ze śmiechu. A redaktorowi Michałowi Cichemu, felietonista musiał dać na pralnię, bo tenże przy czytaniu nie tylko się uśmiał. Rzeczony fragmencik z „Dużego Formatu” GW i tytuł aż proszący się o przeczytanie: „Gicz z kota”:

 

„Micha Filemona – to nie jest nazwa, która mogłaby mnie zachęcić do jedzenia. Nozdrzami wyobraźni natychmiast czuję przed sobą porcję kitiketa. Niby nieco lepiej brzmi „deser kocia rozkosz”, no, ale jaka ona jest, ta kocia rozkosz? Na dachu, przy kominie i do tego w marcu. Gdy jednak widzę w karcie jeszcze na dodatek „gicz cielęcą z Czarnego Kota”, zastanawiam się, czy nie złożyć doniesienia do sanepidu i Towarzystwa Przyjaciół Zwierząt, bo już sam nie wiem, czy tu karmią koty, czy kotami”.

 

W krakowskiej „Gazecie” z kolei, to Robert Makłowicz nachodził miejscowych restauratorów, aby uchronić nasze trzewia. Jakież to wszystko było autentyczne, gdy się wychwalało legendarne kiełbaski z Nyski, a smagało piórem słynnego „Wierzynka”. I tu również pojawiła się idea niesienia kaganka oświaty gastronomicznej, aby przestawić wajchę myślenia na właściwe tory jadalności. Ot choćby wtedy, kiedy wyśmiewał nonsens lokali, które reklamowały się jako „domowe jedzenie”:

 

„W domu gotują amatorzy, w barach i restauracjach powinni to czynić zawodowcy. (…) Samemu też można przykleić podeszwę, przetkać rurę czy naprawić auto, nie widać jednak reklam: „Domowe naprawianie butów”, „Przetykam rury i naprawiam krany niczym wujek Stefan”, „Tu naprawisz samochód jak u taty na działce”. Jakoś nie spotyka się szyldów: „W naszym basenie wykąpiesz się jak w gliniance”, „Piszemy podania z błędami” albo „Strzyżemy amatorsko”. Dlaczego więc zawodowi kucharze uparli się, by tak deprecjonować własną pracę?” – pytał retorycznie Makłowicz.

 

Roberta Makłowicza oczywiście rozsławiła tv, i wielu rodaków po dziś dzień jest wdzięcznych, że dzięki tym programom, zaczęli wreszcie głodnieć na niedzielnym kacu. Jednak wiele kultowych powiedzonek, zostało również utrwalonych na papierze. Ot choćby te, odnoszące się do; nazwisk („Mięso twarde jak serce Berii”), polityki międzynarodowej („Ciasto kruche jak pokój na Bliskim Wschodzie”), historii („Piana trzyma się miski jak Rosjanie Kaliningradu”), regionów („Na Śląsku gubię się zawsze. Tamtejsze oznaczenia dróg wyglądają tak, jakby za chwile miał wkroczyć Wermacht, a polscy patrioci już zdążyli poprzestawiać drogowskazy”),czy narodów („Lubię makaroniarzy, mimo iż wymyślili pizzę i fiata”).

 

Piotr Bikont ze swoim przyjacielem Robertem Makłowiczem, w licznym felietonach – listach do siebie, starali się kształtować nasze gusta i podniebienia. Na długo przed obecną rewolucją kulinarną. Jeszcze przed zalewem kulinarnych blogerów i kucharzy na wszystkich kanałach tv. Nie przejmując się modami i kulinarną poprawnością, rekomendowali opasłość w tekście „Grubi do boju!”. Przyznawali się szczerze, do spożywanych okropieństw. M.in. zjedzenia chińskiej zupy w proszku wzmocnionej łyżką spirytusu w Kolei Transsyberyjskiej (P. Bikont), czy bułki posmarowanej margaryną w „Warsie” PKP (R. Makłowicz).

 

Słynna zasada „Edemas, ut vivamus, non vivimus, ut edamus” („Jemy, aby żyć, a nie żyjemy, aby jeść”) została wpojona nam przez prekursorów gatunku, w trudnych czasach transformacji. Ok, recenzentów i felietonistów w omawianej materii smakowitości nie brakuje. Ale wydaje się, że jest to świat albo tekstów sponsorowanych albo zapisków pozbawionych niezwykle potrzebnej finezji i ironii.  Przychodząc do wyszynku, chcemy wyrazić swą radość gromkim „wow”. Myśląc o wnętrzu, obsłudze i przede wszystkim szefie kuchni. Czytając o kulinariach, powinna nam nie tyko polecieć nieodzowna ślinka, ale wypadałoby wydobyć opary humorów szczęścia, podlanych sosem intelektualnej uczty.

 

Krzysztof Prendecki

 

Gonzo, czyli słowo (nie)godne filozofa – JERZY J. PILCHOWSKI, kreśli sylwetkę Huntera S. Thompsona

Hunter S. Thompson (HST) potrafił słowami (nie)godnymi filozofa wyostrzać rozmazane, przez strach i obrzydzenie, kontury świata. Tęsknię za nim.

 

 Sposób w jaki HST pisał, a raczej sposób w jaki myślał, nazywamy gonzo. Oficjalnie, gonzo jest synonimem słowa dziwaczne. Wolę jednak bostoński slang w którym gonzo to coś co robi się większe i twardsze, gdy emocje do niego napływają. Przyjęcie takiej definicji ułatwia bowiem obserwowanie dzikiej awantury pomiędzy ludźmi, którzy uważają, że mózg HST był duży i twardy oraz sflaczałymi nadludźmi z „The New York Times”.

 

Jedno jest pewne. HST potrafił precyzyjnie i sprawiedliwie opryskać należnym mu błotem standardowy sposób myślenia: „Obiektywne dziennikarstwo jest jednym  z najważniejszych powodów tego, że pozwalamy od dawna na to aby amerykańska polityka była aż tak bardzo skorumpowana.”.

 

Równie celne, jest to co napisał o telewizji: „Telewizyjny biznes jest brzydszy od większości rzeczy. Jest normalnie postrzegany jako pewnego rodzaju okrutne i płytkie okopy broniące uczciwym dziennikarzom dostępu do pieniędzy, długi plastikowy korytarz w którym biegają złodzieje i sutenerzy, a uczciwi ludzie zdychają jak psy bez powodu.”.

 

Oh well … Pewnych spraw „bez pół litra nie razbieriosz.”. Wódka jest jednak za słaba, aby oświetlać problemy tak wielkie jak Ameryka. Tym bardziej, że alkohol to „downers”, czyli narkotyk wpędzający ludzi w depresję. HST potrzebował również „uppers” (wywołują radość  i optymizm) oraz „screamers” które pozwalają zobaczyć, że spotkani w Las Vegas picuś-glancuś i lalunia to krwiożerczy dinozaur i padlinożerna wrona.

 

Ludzie, którzy jadą przez życie na kwadratowych kołach mają jednak problem, szczególnie po kilku głębszych, z zaakceptowaniem faktu, że HST ćpał. Umówmy się, że bronić go nie będę. Niech sam się broni: „Oczywiście, moje ćpanie jest przesadzone, inaczej już dawno bym umarł.”.

 

Słowa słowami, ale mamy również oczy i widzimy, że bez ilustracji Ralpha Steadmana twórczość HST byłaby uboższa. Podstawą ich przyjaźni był podobny sposób widzenia świata. Świetnie obrazuje to fragment listu HST do RS:  „Drogi Ralfie,  Myślę kolego, że musimy to razem przeżyć. Jakiś frajer z Oregonu, ma na imię Perry, chce ufundować nam miesiąc na Hawajach, w czasie Bożego Narodzenia, i wszystko co musimy zrobić to relacjonować Honolulu Maraton dla jego miesięcznika „Bieganie”… Taaak. Wiem co myślisz, Ralfie. Kręcisz się po pracowni, w mieścinie Old Loose Court i myślisz, ‘Dlaczego ja? I dlaczego teraz? Właśnie wtedy gdy zaczynam być szanowany?’  Well … bądźmy szczerzy; każdy może być szanowany, szczególnie w Anglii. Ale nie każdy może zarabiać biegnąc jak wariat 26 mil w rozreklamowanym biegu dla maniaków który nazywa się Honolulu Maraton.”.

 

HST i Oscar Zeta Acosta (OZA) poznali się w roku 1967. Dobrze, że tak się stało. Drogi bożych szaleńców powinny się przecinać. OZA czyli dr Gonzo był dla HST czymś w rodzaju prototypu:  Południowy-zachód jest krainą zamieszkiwaną przez wiele plemion które łączy wpływ cywilizacji Azteków. Mówią na sobie Chicano. Ich stolicą jest East Los Angeles. Żyją tam według własnych praw, czyli w konflikcie z prawem napisanym na papierze. OZA był ich adwokatem. Dobrze rozumiał, że przestrzeganie sądowych procedur to dla Chicano prosta droga do więzienia. To co OZA robił na sądowych salach trudno określić inaczej niż mówieniem do sędziego: „Gonzo ci w …„ Robił to jednak w sposób kulturalny i zgodny z procedurami. W efekcie, nawet najsprytniejsi żydowscy sędziowie dostawali fiksum-dyrdum i nie byli w stanie wydawać zgodnych z procedurami wyroków. Uzupełnieniem jego wspaniałej bezczelności było (w roku 1970) kandydowanie na szeryfa hrabstwa Los Angeles. Przegrał ale zebrał setki tysięcy głosów dzięki czemu stał się „nietykalny”.

 

Koniec był niestety łatwy do przewidzenia. W roku 1974, OZA płynął yachtem z Meksyku do Kalifornii. Nie dopłynął i nikt się nigdy nie dowie czy Pacyfik połknął go z własne woli.  (Na początku lat siedemdziesiątych, wydawnictwo Straight Arrow Books opublikowało dwie napisane przez OZA książki; „The Autobiography of a Brown Buffalo” i „The Revolt of the Cockroach People”.)

 

Wróćmy na początek lat sześćdziesiątych. W roku 1965, „The Nation” zamówiło u HST tekst na temat gangu motocyklistów „Hell’s Angels” (Anioły z piekła). Tekst ten uczynił go sławnym i zaowocował ofertą napisania książki. Kilka lat później (listopad 1974), wywiadzie dla „Playboya”, tak opowiadał o pracy nad tą książką: „Oni byli trochę zaskoczenie tym, że normalnie wyglądający dziennikarz literackiego pisma z Nowego Jorku wytropił ich w obskurnym warsztacie samochodowym w przemysłowej części slamsów południowego San Francisco. Na początku, byli wytrąceni z równowagi ale po 50 lub 60 piwach znaleźliśmy wspólny język gdyż … Szaleńcy zawsze się rozpoznają.”.

 

Geneza Aniołków jest prosta. Po drugiej wojnie światowej, do domu wróciły tysiące żołnierzy. Przywieźli wewnętrzne i zewnętrzne blizny, które starali się leczyć narkotykami, bijatykami i szumem wiatru we włosach. Powstała subkultura ludzi silnych i słabych równocześnie. Pisząc tę książkę, HST nie dosypywał ani cukru, ani soli. Pisał prawdę, również o tych którzy starali się Aniołki cywilizować. Jej publikacja (w roku 1966) była wielkim sukcesem. Za zarobione pieniądze, HST kupił posiadłość w Woody Creek w stanie Kolorado. Nazwał ją „Owl Farm” (Gospodarstwo sów) i była to dla niego prawie zaciszna przystań.

 

W roku 1970, idąc śladami OZA, HST zgłasza swoją kandydaturę na szeryfa hrabstwa Pitkin. Przegrywa (minimalnie) ale, podobnie jak OZA, wygrywa pewnego rodzaju „eksterytorialność”. Pisze też tekst „The Battle of Aspen: Freak Power in the Rockies” („Bitwa o Aspen: Siła Oszołomów w Górach Skalistych”). Publikuje go w magazynie „The Rolling Stones” i tak zaczyna się wieloletnia współpraca HST z tym kultowym pismem. To jest już liga mistrzów.

Rok później, HST otrzymuje, z pisma „Sport Illustrated”, zamówienie na reportaż o organizowanym corocznie w Las Vegas wyścigu motocyklowym Mint 400. Powstaje dwuczęściowy tekst dla „The Rolling Stones”, a następnie jego sztandarowe „gonzo”, czyli książka „Fear and Loathing in Las Vegas” („Strach i obrzydzenie w Las Vegas”).

 

Pisząc tę książkę, HST trafił w dziesiątkę. „Strach i obrzydzenie” odsłoniło stan duszy amerykańskiej klasy średniej. Tak zwana nowoczesność powoduje bowiem, że biznesmeni, brokerzy giełdowi i ludzie na kierowniczych stanowiskach żyją w ciągłym stresie, czyli na adrenalinowym haju. Robi to z nich ludzi emocjonalnie niestabilnych i często popadających w depresję nazwaną też wypaleniem. Wtedy potrzebne jest „sanatorium”. Jadą wówczas do  Las Vegas, aby skoczyć w wir hazardu, picia, ćpania i seksu gdyż jak wiadomo „klin klinem”. Po kilku dniach padają na hotelowe łóżko i śpią dzień lub dwa. Krzyczą wtedy przez sen, pocą się i robią pod siebie. Jest chyba tak, że organizm postawiony nad przepaścią ratuje się wydalając gwałtownie fizyczne i psychiczne toksyny. Po takiej kuracji, jeśli nie umrą lub nie zwariują (co się często zdarza), mogą wziąć prysznic i poczuć się jak nowo narodzeni. HST opisał to wszystko stawiając siebie i dr Gonzo (czyli OAZ) w roli facetów szukających odpowiedzi na pytanie: Gdzie schowało się amerykańskie marzenie? I nie jest ważne czy (jak chcą jedni) to co napisał HST jest komedią, czy też (jak chcą inni) dramatem: „Teraz po wyjściu z windy i wejściu do kasyna, wielki tłum kłębi się ciągle dookoła stołów do gry w kości. Kim są ci ludzie? Te twarze! Skąd oni się tutaj wzięli?  Wyglądają jak karykatury sprzedawców używanych samochodów z Dallas. Ale oni naprawdę istnieją. Jezusieńku, jest ich diabelsko dużo – piszczących ciągle koło tych stołów w mieście na pustyni o czwartej trzydzieści w niedzielny poranek.”. (…).

 

„Dziwne wspomnienia w tą nerwową noc w Las Vegas. Pięć lat później? Sześć? To wygląda jak całe życie albo przynajmniej jak Ważna Era – rodzaj szczytowania, który się nie powtórzy. San Francisco w połowie lat sześćdziesiątych było wyjątkowym miejscem. Może to miało jakiś sens. Może nie, patrząc perspektywicznie … nie znamy wyjaśnienia, żadna mieszanka słów lub muzyki albo wspomnień nie podważy jednak przeświadczenia, że było się na tym skrzyżowaniu czasu i świata. Cokolwiek to znaczy … Historię trudno zrozumieć, gdyż słyszymy tyle bzdur, ale nawet nie będąc pewny co historia znaczy mamy podstawy myśleć, że od czasu do czasu energia całego pokolenia zaświeci długim i jasnym błyskiem, z powodu którego nikt w tym czasie nie rozumie – i nie zostanie nigdy wyjaśnione co się właściwie stało.”

 

Nie jest przypadkiem, że wybrałem właśnie te dwa fragmenty. W książce dzieli je tylko kilka stron. Razem, stanowią dobry przykład przeplatania strachu i obrzydzenia z nostalgią.

 

Cofnijmy się do roku 1968. Ruch hippisowski był w rozkwicie i Czerwone Pieluszki (Najsławniejsi ludzie tej „formacji ideowej” to Abbie Hoffman, Jerry Rubin i David Horowitz) wierzyły, że droga do władzy stoi przez nimi otworem. Moja ulubioną dokumentacją sposobu w jaki ci ludzie myśleli to opublikowane w książce „Do it!” (autor: Jerry Rubin) zdjęcie. Jest na tym zdjęciu grupa gołych hippisów i na każdej postaci napisano „One Vote” (Jeden Głos).  Gołą prawdą okazało się jednak to, że wybory prezydenckie w roku 1968 wygrał Richard Nixon który był cynicznym hipokrytą. Nie przeszkadzało to większości wyborców, gdyż lewicowy kontrkandydat (Hubert Horatio Humphrey) był dokładnie taki sam. Czerwone Pieluszki pomyślały wtedy, że zwycięstwo Nixona da im szansę na dorżnięcie establishmentu w następnych wyborach.

 

Nadszedł rok 1972, kandydatem Demokratów został czerwony senator George McGovern. „The Rolling Stone” wysłało HST, aby opisał kampanię wyborczą. I opisał. Powstała książka „Fear and Loathing: On the Campaign Trail ‘72”. Napisał w niej jak (upraszczając) wyglądają naćpane Czerwone Pieluszki, gdy przelatują analnie młode feministki. „W tym czasie, było mi trudno utrzymać powagę. Ci biedni, młodzi i naiwni z wodogłowiem. Czy przekażą tą dziwną wiadomość swoim rodzicom, gdy wrócą do swoich domów w Middletown, Shaker Heights i w hrabstwie Orange?  Myślę, że chyba tak. I ich rodzice mogli by napisać listy do NBC, informując iż z wiarygodnych źródeł dowiedzieli się, że Chanceller był uzależniony od LSD-25 – dostarczanego mu bez wątpienia w dużych ilościach przez komunistycznych agentów – i żądać aby został on natychmiast zdjęty z wizji i aresztowany.”.  [Wyjaśnienie: Middletown to nazwa symbolizująca prowincjonalizm. Shaker Height to nazwa sugerująca, że chodzi o miasteczko, w którym popularna jest, przechowywana często w solniczkach (shaker), kokaina. A hrabstwo Orange jest miejscem w którym lubią mieszkać razem ludzie z mafii, z biznesu i intelektualiści. A John Chancellor to znany w tym czasie dziennikarz.]

 

Takich kwiatków jest w tej książce dużo i czytelnik nie ma innego wyjścia tylko śmiać się głośno i żałośnie.  Paradoksalnie, wielu poważnych ludzi zalicza tą książka do poważnych dzieł politologicznych. I ja się z nimi zgadzam.

 

Mijały lata. HST pisał i był czytany. Ponowny wybuch świetności nadszedł jednak dopiero w roku 1980. Powstała wtedy książka „The Curse of Lono” („Przekleństwo bożka Lono”). Składa się ona z dwóch części. W pierwszej, HST opisuje maraton w Honolulu, który otworzył mu oczy na zaczynającą się erę nowej etyki: „Koncepcja zwycięstwa poprzez przegraną już zapuściła korzenie i wielu ludzi mówi, że ma to sens. Maraton w Honolulu jest doskonałym przykładem Nowej Etyki. Główna nagroda to szara koszulka dla każdego, z czterech tysięcy, kto dobiegł do mety. To była próba i przegrali tylko ci którzy odpadli.”

 

Oznacza to, że trzeba zdobyć się na ogromny wysiłek, aby zostać ubrany w szarą koszulkę i móc zaliczyć siebie do tłumu zwycięzców.

 

Uff. Poprzednim razem, niejaki Mao Zedong ubrał tłumy w jednakowe garniturki i też mówił im, że są zwycięzcami. Druga część tej książki to świat etyki hemingwayowskiej. Jest w niej list do Ralpha Steadmana:  „Drogi Ralfie, … Siedziałem na rybackim krześle w łodzi nazwanej Humdinger i walczyłem desperacko z ogromną rybą – i 17 minut później przyciągnąłem ją tak blisko łodzi, że mogłem się wychylić i roztrzaskać jej mózg jednym szaleńczym uderzeniem wojennej maczugi z Samoa. Nikt już mnie nie lekceważy, Ralfie, mogę pić z rybakami. Twarde chłopy. Spotykamy się wieczorami w barze Huggo, aby opowiadać niestworzone historyjki, pić z dużych kieliszków i śpiewać dzikie pieśni”.

 

Może już czas pomyśleć o tym czy prawda o nas ukryta jest w dzikich pieśniach czy w monotonnym klepaniu butami o asfalt?

 

Johnny Depp, przygotowując się do zagrania głównej roli w filmie „Las Vegas Parano”, spędził dużo czasu w „Owl Farm”.  HST pozwolił  mu zaglądnąć do pudeł, w których trzymał różne niedokończone teksty. Depp znalazł tam brudnopis książki, w której HST opisał czas (rok 1958), gdy pracował w San Juan, czyli w stolicy Puerto Rico. Namówił HST do opublikowania książki „The Rum Diary” („Dziennik zakrapiany rumem”) i na jej podstawie powstał film.

 

Końcówka XX wieku. HST publikuje trylogię „Gonzo papers” („Zapiski Gonzo”): „The Great Shark Hunt” („Wielkie polowanie na rekiny” – 1979), „Generation of Swine” („Pokolenie świń” – 1988) „Songs of the Doomed” („Pieśni przeklętych” – 1990)  Są w tych książkach stare, opublikowane w różnych pismach, teksty. Są też teksty i listy które nigdy wcześniej nie były publikowane. Jest co czytać. Jest z czego wyławiać myśli ostre jak żyletki.  Z tych książek wybrałem jednak tylko jeden cytat. W „Songs of  Doomed” jest rozdział „German Decade: The Rise of the Fourth Reich” („Niemiecka dekada: Początek Czwartej Rzeszy”). Zaczyna się on od słów: „Wysoki blondyn z błyskiem w niebieskich oczach wszedł do kawiarni Riviera i zaczął się rozpychać. Krzyczał  „Sieg heil!”. „Ich bin ein Barliner!”. Była północ, sobota w Greenwich Village i siedziałem przy barze, oglądając telewizyjne wiadomości – banda dzikich Niemców wdrapała się na Mur Berliński. Wielki tłum po obu stronach Bramy Brandenburskiej śpiewał „Deutschland über Alles” a inni machali dłońmi pełnymi pieniędzy. „Nareszcie wolni!” krzyczał ten człowiek. „Śmierć komunistycznym świnią! Będziemy maszerować drogą usłaną kośćmi.”. Rzeczywiście wojna się skończyła. Czerwone niebezpieczeństwo uciekło. Pełne zwycięstwo bez przelewu krwi. Połączyły się dwie części potwora. …”. 

 

Początek wieku XXI. 23 kwietnia 2003, HST bierze ślub ze swoją asystentką Anitą Bejmuk.

 

Bywa tak, że starsi panowie (posiadający bogate życie wewnętrzne) zakochują się w młodych dziewczynach. Takie małżeństwa (jeśli dziewczyna też posiada bogate życie wewnętrzne) bywają przez pewien czas udane. Tak było w tym wypadku. Ale nawet oszałamiające postępy farmakologii nie są w stanie zmienić tego, że gonzo starszych panów nie jest już tak twarde jak być powinno.

 

I nawet jeśli młoda żona rozumie to i wybacza, to jednak …  HST lubił strzelać. 20 lutego 2005 strzelił po raz ostatni. We własną głowę. W pożegnalnym liście napisał:

 

„Koniec gier. Koniec wybuchów. Koniec chodzenia. Koniec zabawy. Koniec pływania. 67. To jest 17 lat więcej niż 50. 17 więcej niż potrzebowałem i chciałem. Nuda. Jestem zawsze marudny. Brak radości – dla każdego. 67. Stajesz się chciwy. Zachowuj się jak na twój wiek przystało. Spokojnie – to nie będzie bolało.”.

 

Johnny Depp nie pozwolił mu odejść bez jeszcze większego huku. Dwudziestego sierpnia roku pańskiego 2005, przy dźwiękach piosenki Dylana („Hey! Mr Tambourin Mam, play a song for me, I’m not sleepy and there is no place I’m going to …”) prochy HST wystrzelone zostały z wielkiej armaty i wiatr historii rozwiał je nad „Owl Farm”.

 

Jerzy Jacek Plichowski

 

Fot. Wikimedia

Skandaliczne naruszenie zasady wolności słowa przez firmę IKEA

CMWP SDP  z  najwyższym niepokojem i oburzeniem przyjmuje informacje  o działaniach sieci IKEA  polegających na  zwolnieniu z pracy pracownika w związku z wyrażoną przez niego opinią w mediach społecznościowych na temat akcji propagującej ideologię LGBT. W ocenie  CMWP SDP działanie to w skandaliczny sposób  narusza konstytucyjne prawa obywatelskie wolności sumienia i wyznania (art. 53 Konstytucji RP) oraz prawo posiadania i głoszenia poglądów (art. 54 Konstytucji RP). CMWP SDP przypomina, że zgodnie z polską konstytucją oraz kodeksem karnym „nikt nie może być zmuszanym do wspierania działań, które uznaje za sprzeczne ze swoim sumieniem czy wyznawaną religią”.

 

W czerwcu 2019 r. pracownik sieci IKEA został zwolniony za to, iż w odpowiedzi na ideologiczną agitację pracodawcy  polegającą na udostępnieniu wszystkim pracownikom artykułu „Włączenie LGBT+ jest obowiązkiem każdego z nas”, na firmowym forum internetowym wyraził swoją krytyczną opinię na temat tej akcji wspierania ruchu LGBT + . W swojej opinii cytował fragmenty Pisma Świętego. Ta wypowiedź stała się przyczyną wypowiedzenia umowy o pracę temu pracownikowi. Jak informują media, osoby, które „polubiły” jego wpis na forum, zostały ukarane upomnieniem.

 

Jak wynika z całokształtu okoliczności ujawnionej sprawy, potwierdzonych m.in. przez Polską Agencję Prasową, TVP Info oraz Instytut na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, rzeczywistą przyczyną zwolnienia pracownika było wyrażenie przez niego poglądu odwołującego się do wartości katolickich. Pracownik stracił pracę mimo, iż jego praca była pozytywnie oceniana przez klientów i przełożonych. W ocenie CMWP SDP  wiele wskazuje na to, iż pracownik ten został ukarany za opublikowanie swojej opinii, co w jednoznaczny sposób narusza fundamentalną dla każdego demokratycznego państwa zasadę wolności słowa. W związku z tym CMWP SDP oświadcza, iż obejmuje monitoringiem działania wszelkich instytucji zajmujących się tą sprawą i zapowiada wsparcie pracownika firmy IKEA, który stracił pracę z powodu publicznego wyrażenia swoich poglądów religijnych, w jego sporze z pracodawcą.

 

Dr Jolanta Hajdasz

Dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 30 czerwca 2019 r.

 

Źródło: CMWP SDP

 

Łzy, które nie irytują – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o tym dlaczego reportaż radiowy wciąż ma słuchaczy

Niektórzy mówią, że reportaż radiowy to przeżytek – zazwyczaj są to ludzi, którzy w ogóle radia nie słuchają lub słuchają takiego, gdzie są wyłącznie konkursy, reklamy i muzyka.

 

Nawet nie dziwię się tym kategorycznym stwierdzeniom, bo faktycznie radiowy reportaż wydaje się być formą niedzisiejszą. Posługuje się wyłącznie dźwiękiem, a przecież dziś dominuje kultura obrazkowa. Wystarczy porównać popularność portali typu YouTube (gdzie nawet muzyka musi być opatrzona klipem lub przynajmniej ilustracją) i Sound Cloud (przeznaczonych wyłącznie do odtwarzania dźwięku). Ten pierwszy to światowy gigant. Ten drugi popularny jest przede wszystkim wśród osób zafascynowanych dźwiękiem (głównie muzyką).

 

Co więcej, reportaż jako gatunek w ogóle wydaje się być niedostosowany do dzisiejszego świata, w którym newsy przez całą dobę płyną wartkim strumieniem, bez rozróżnienia na te, które są istotne, które błahe, a które zupełnie nieprawdziwe. Jeśli korzystamy z portali społecznościowych typu Facebook, jest duże ryzyko, że zostaniemy zalani doniesieniami zarówno o najważniejszych wydarzeniach na świecie, jak i ciekawostkami bez większego znaczenia czy fake newsami.

 

Film dokumentalny bez obrazu

 

A jednak reportaż jeszcze żyje i w dodatku ma się całkiem dobrze. Może właśnie na przekór szybkiemu i często byle jakiemu dziennikarstwu? Może w świecie błyskawicznych newsów ludzie szukają wartościowych, skłaniających do refleksji opowieści, które pobudzają wyobraźnię i angażują na dłużej, niż pięć minut? Z jakichś powodów książki reporterskie sprzedają się w dużych nakładach, festiwale reportażu przyciągają sporo odbiorców (także młodych), a reportaż radiowy ciągle istnieje na antenie Polskiego Radia – chociaż trzeba przyznać, że niemalże wyłącznie tam, bo zdecydowana większość stacji radiowych już z tej formy zrezygnowała.

 

Tymczasem, jak przekonują głosy naszych słuchaczy, reportaż w radiu ciągle wywołuje emocje. „Nie wysiadałem z samochodu, dopóki nie usłyszałem, jak skończyła się ta historia”, „Jak słucham, że reportaż radiowy umiera, to chce mi się śmiać. Słuchałem ostatnio reportażu tak wzruszającego, że obawiałem się, że spowoduję wypadek, bo zwyczajnie oczy zaszły mi łzami, a prowadziłem samochód”, „Rewelacja, nie wiedziałam wcześniej, jak takie reportaże brzmią, a miałam wrażenie, jakbym oglądała film dokumentalny!” – to opinie naszych słuchaczy, które przychodzą do nas mailowo lub na nasze konta facebookowe. Nawiasem mówiąc, porównanie do filmu dokumentalnego było całkiem trafione. Katarzyna Michalak, reportażystka z Radia Lublin, często powtarza, że powinniśmy starać się nagrywać tak, jakbyśmy robili film dokumentalny, tylko że bez obrazu. Obraz ma powstać w głowie naszego słuchacza, dzięki jego własnej wyobraźni, nakarmionej przez nas dźwiękiem, słowem i muzyką. I taki obraz często powstaje. Co więcej, wywołuje emocje. Jedna z uczestniczek corocznego seminarium reportażu w Warszawie powiedziała kiedyś: „Kiedy oglądam telewizyjne reportaże, irytuje mnie płacz bohatera. Mam wrażenie, jakbym patrząc na człowieka w rozsypce uczestniczyła w czymś zbyt intymnym. Ale w reportażu te emocje pokazane są zazwyczaj subtelniej. Wystarczy usłyszeć głęboki wdech bohatera, chwilę pauzy w opowieści, przełknięcie śliny, żeby móc się wczuć w jego losy i przeżyć emocje razem z nim”.

 

Audycje młodych nie tylko dla młodych

 

Inna sprawa, że nawet w Polskim Radiu można usłyszeć głosy, że reportaż to przeżytek. Stąd pomysły, aby emitować go w środku nocy lub zastępować czymś, co należałoby uznać raczej za rozbudowany news, oraz by ograniczać czas jego emisji w programie przeznaczonym dla młodych słuchaczy. Co ciekawe, w wielu krajach europejskich myśli się o reportażu w radiu zgoła inaczej. Przez dwa lata byłam polskim reprezentantem w Komisji Dokumentalistów Europejskiej Unii Nadawców. Brałam udział w wielu międzynarodowych spotkaniach. Podczas jednego z nich przedstawiciele szwedzkiego radia publicznego prezentowali serię P3 Dokumentar. To audycje dokumentalne prezentujące najróżniejsze wydarzenia ze świata – historyczne, jak na przykład afera Watergate, i całkiem współczesne, jak zamach terrorystyczny w Sztokholmie, bądź głośne sprawy kryminalne. P3 Dokumentar trwają kilkadziesiąt minut, zazwyczaj nieco więcej niż godzinę. Wykorzystuje się w nich materiały archiwalne oraz głosy świadków lub uczestników danych wydarzeń. W Polsce zostałyby pewnie zakwalifikowane jako audycje dla starszych, wykształconych i wymagających słuchaczy. Tymczasem Szwedzi przygotowują je specjalnie dla młodych ludzi. I osiągają sukcesy. W kraju, który ma nieco ponad 10 mln obywateli, audycji P3 Dokumentar słuchają nawet… 2-3 mln z nich.

 

Podczas tych samych międzynarodowych spotkań miałam okazję się przekonać, jak wielu młodych ludzi chce zajmować się opowiadaniem historii wyłącznie za pomocą dźwięku. To właśnie dla nich przeznaczone jest stypendium imienia Ake Blomstroma, szwedzkiego dziennikarza bardzo wspierającego młodych adeptów tego zawodu. Co roku dziesiątki początkujących radiowców ubiegają się o tę międzynarodową nagrodę, umożliwiającą im roczną pracę pod okiem doświadczonych kolegów. Obecność młodych ludzi w świecie dźwiękowych opowieści da się też zauważyć wśród autorów podcastów. Wielu z nich decyduje się na publikowanie swojej twórczości w internecie. Chociaż stosują wszelkie prawidła konstruowania reportażu radiowego, cenią sobie większą niezależność i możliwość poruszania tych tematów, które najbardziej ich interesują. W praktyce często powstają „reportaże w wersji pop” – to lekkie tematy, żartobliwa narracja, bardzo dynamiczna konstrukcja, a autor często jest jednocześnie bohaterem audycji. W minionych latach na międzynarodowych konferencjach prezentowano między innymi podcast na temat roli pocałunków w naszym życiu, czy taki, w którym autor rozprawia się z kwestią własnej nadwagi. Te audycje, robione przez młodych i raczej dla młodych, mogą w przyszłości zyskiwać coraz większe znaczenie.

 

Oczywiście także wśród etatowych pracowników publicznych stacji radiowych (bo również za granicą reportaż istnieje właściwie wyłącznie tam) można znaleźć młodych ludzi. Ich audycje poruszają ważne i trudne tematy, np. Georgia Catt z BBC 4 przedstawiła jakiś czas temu świetną serię reportaży „Missing” o zaginionym mężczyźnie. Jego żona, która dopiero co urodziła mu dziecko, bardzo zaniepokojona zniknięciem partnera, zgłosiła to na policję. Wkrótce okazało się, że mężczyzna żyje i prawdopodobnie ma się całkiem dobrze. Dlaczego więc nie chce wrócić do rodziny?

 

Inna Brytyjka, Hanna Walker-Brown, pracuje z kolei w firmie producenckiej The Falling Tree. Nie tylko robi reportaże (np. historię o umieraniu jej babci i tym, co wydarzyło się w ciągu tych godzin w jej rodzinie czy opowieść o tajemniczej katastrofie morskiej sprzed lat), ale też sama tworzy do nich muzykę i efekty dźwiękowe. Wielu młodych ludzi za granicą decyduje się również na pracę freelancera, współpracując z radiem publicznym, emitując swoje produkcje na antenie innych stacji radiowych oraz zamieszczając je w internecie.

 

Nie wycinajcie reportażu

 

W Polsce jednak, poza nielicznymi wyjątkami, nie byłoby to możliwe. Stawki za reportaże są bardzo niskie, a miejsc, w których można wyemitować swoje dzieło – nie ma wiele. Mimo to radiowy reportaż interesuje młodych. Co roku studenci starają się o możliwość odbywania praktyk w Studiu Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia, niektórzy z nich zresztą zostają w radiu na stałe (na przykład nasz najmłodszy współpracownik, Antoni Rokicki). Wielu młodych ludzi bierze też udział w Konkursie im. Jacka Stwory, oferującemu laureatowi roczne stypendium i możliwość realizacji reportażu marzeń pod opieką mentorów. Ostatnio natomiast dwie młode reporterki radiowej Trójki postanowiły organizować w jednej z warszawskich kawiarni cykliczne spotkania „Tego się nie wytnie”, podczas których uczestnicy mogą słuchać reportaży i o nich dyskutować z autorami. Organizatorki piszą na stronie wydarzenia: „Wierzymy w reportaż radiowy. Jesteśmy, mimo to, że dziś to często liczba dźwięków decyduje o wypłacie, a praca nad formą przestaje mieć znaczenie. Radio staje się domeną ludzi nieczułych na dźwięk. Jeśli czujesz podobnie jak my, ale mimo wszystko jesteś, chcesz posłuchać reportaży albo porozmawiać o tym, czy jeszcze warto – przyjdź. W knajpie TO SIĘ WYTNIE na Pradze będziemy słuchać dwóch reportaży, które były emitowane na antenie Polskiego Radia. Poznamy dwóch reportażystów i dwa różne sposoby widzenia świata. Będziemy się spierać, kłócić, a czasem nawet płakać, bo tylko wtedy reportaż istnieje, kiedy nie przejdziemy obok niego obojętnie. I wtedy ma się dobrze”.

 

Pozostaje więc mieć nadzieję, że reportaż, mimo niesprzyjających czasów, nie zginie.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz