Sięganie pod dno – ŁUKASZ WARZECHA o sondażu, z którego wynika, że Polacy nie mają zaufania do mediów

IPSOS jak co roku zbadał zaufanie do mediów. Sondaże przeprowadzono w 27 krajach (w Europie są to m.in. Belgia, Francja, Niemcy, Wielka Brytania czy Węgry, poza Europą – Kanada, USA, Malezja, Meksyk, Rosja, Peru czy Arabia Saudyjska). Wyniki dotyczące Polski są alarmujące.

 

Nie mamy tutaj do czynienia z raportem w stylu tych o wolności mediów, o których dwukrotnie w ostatnim czasie pisałem na portalu SDP. To nie jest badanie oparte w jakimkolwiek stopniu na subiektywnej ocenie wyselekcjonowanych ekspertów lub obserwatorów, od dawna współpracujących z daną organizacją i dość dowolnie dobierających sobie rozmówców lub dostrzegających tylko to, co chcą dostrzec. To klasyczne badanie opinii publicznej prowadzony w sieci, a następnie doważane w taki sposób, żeby próba była możliwie reprezentatywna dla całości społeczeństwa. Nie dotyczy to wszystkich badanych krajów, ale Polski – tak. Próba to prawie 20 tys. respondentów z 27 państw. Mówimy zatem o sondażu, który z dużym prawdopodobieństwem oddaje faktyczny stan zaufania do mediów.

 

Pytania podzielono w większości na dotyczące trzech źródeł informacji: gazet (w tym tygodników), radia i telewizji oraz internetu. Są też pytania dotyczące osób, które odbiorcy znają z sieci lub osobiście, ale te tutaj pomijam.

 

Bardzo wysoki jest u nas poziom nieufności wobec gazet. Ufa im 29 proc. badanych, nie ufa aż 65 proc. (sumuję tu odpowiedzi „bardzo” i „raczej” po obu stronach, reszta to odpowiedzi „nie wiem”). Gorzej jest tylko w Serbii.  I to w sytuacji, gdy w instynktownym przekonaniu zapewne większości środowiska dziennikarskiego to właśnie prasa drukowana powinna być ostoją wiarygodności w porównaniu na przykład z Internetem. W końcu słowo pisane zostaje, można je najłatwiej zweryfikować. Średnia dla 27 państw wynosi odpowiednio 47 i 48 proc. Spora grupa respondentów wskazała też, że ich zaufanie do gazet zmalało w ciągu ostatnich pięciu lat: 43 proc. Wzrost zaufania wskazało jedynie 8 proc. Większość z mających wyrobione zdanie Polaków uważa, że gazety prezentują znaczną lub dużą liczbę fałszywek informacyjnych (fake news): 47 proc. wobec 41 będących przeciwnego zdania.

 

Niezwykle ważne jest pytanie o to, czy zdaniem badanych dane źródło informacji ma dobre intencje, przekazując wiadomości. Dla gazet ten wynik w przypadku Polski to ledwo 30 proc. Gorzej jest, co ciekawe, Na Węgrzech (24 proc.) i w Serbii (18 proc.).

 

Jeszcze gorzej jest w przypadku radia i telewizji (bez podziału na publiczne i prywatne). Zaufaniem darzy je tylko 27 proc. odbiorców, nie ufa 67 proc. O spadku zaufania w ciągu pięciu lat mówi 48 proc. badanych, o wzroście – 10 proc. O przewadze fałszywek jest przekonanych aż 53 proc. badanych wobec zaledwie 37 mających odmienne zdanie. W dobre intencje wierzy natomiast więcej Polaków niż w przypadku gazet – 33 proc.

 

Wiarygodniejszy od obu tradycyjnych źródeł okazuje się internet: 31 proc. zaufania wobec 62 proc. nieufności. Tu w ciągu pięciu lat zaufanie zmalało u 36 proc. respondentów, a wzrosło u 11 proc. Natomiast w przypadku internetu najwyższy spośród trzech źródeł informacji jest odsetek przekonanych, że mamy tam do czynienia ze znaczną liczbą fałszywek: 56 proc. wobec 33 proc. Wskazania na dobre intencje to 36 proc.

 

Internet wygrywa też w zestawieniu źródeł informacji, najlepiej „obsługujących” odbiorców. Na gazety wskazało w Polsce (odpowiedzi „bardzo” i „raczej”) 45 proc., na radio i telewizję – 47 proc., zaś na internet – 56 proc.

 

No i wreszcie to, co wydaje się w polskim kontekście być może najistotniejsze, bo najpełniej maluje problem: ocena publicznych mediów. Odpowiedzi na pytanie, czy polski publiczny nadawca zapewnia odbiorcom to, czego oczekują, twierdząco odpowiada 32 proc., przecząco – 31 proc., a 37 proc. nie ma zdania.

 

Zaskakująco wypada odpowiedź na pytanie, czy publiczni nadawcy są zbędni (obsolete). Polska wylądowała tu na drugim po Rosji miejscu z 45 proc. odpowiedzi twierdzących wobec 26 proc. przeczących i 29 bez opinii. Zdecydowana większość mających opinię uważa, że nadawca publiczny nie oferuje programu wysokiej jakości: to równo 50 proc. wobec 27 proc. będących odwrotnego zdania oraz 24 bez opinii. I wreszcie pytanie, w odpowiedzi na które Polska zdecydowanie się wybija: „Czy uważasz, że publiczny nadawca różni się od prywatnych?”. Zsumowane odpowiedzi „tak” i „raczej tak” dają w Polsce aż 68 proc. Odpowiedzi „nie” i „raczej nie” – ledwie 10 proc. Druga w kolejności jest Rosja, gdzie odpowiedź twierdząca to 59 proc. Dla porównania – w Wielkiej Brytanii to 38 proc., we Francji – 32 proc., w Niemczech – 52 proc. Średnia ze wszystkich badanych krajów to 47 proc. na „tak” i 15 proc. na „nie”.

 

Co to wszystko znaczy? W największym skrócie – tyle, że media notują w Polsce dramatyczny zjazd, gdy idzie o rolę, jaką sami sobie lubimy przypisywać – kontrolerów życia publicznego, szukających prawdy w imieniu odbiorców i pokazujących ją im. Olbrzymi poziom nieufności wobec wszystkich rodzajów mediów w Polsce powinien być sygnałem alarmowym. Sondaż IPSOS-u nie daje nam odpowiedzi na pytanie, dlaczego zaufanie jest tak niskie, ale można spróbować na nie odpowiedzieć.

 

Częściowo wskazywałem już na możliwe przyczyny w swoich tekstach na portalu SDP. Jako że ogromna część mediów bierze udział w politycznej – ba, czysto partyjnej grze, nazywając to obłudnie „tożsamością”, ich odbiorcy z obu stron sporu są szczęśliwi, że ich poglądy są potwierdzane, lecz zarazem zdają sobie sprawę, że to tylko gra w dwa ognie, spektakl i udawanie. Że tak naprawdę media, które lubią, tylko udają, że są mediami, a tak naprawdę są partyjnymi przybudówkami. Ponieważ pytania w sondażu dotyczą ogólnie zaufania do mediów danego typu, bez podziału, rzecz jasna, na media z punktu widzenia pytanego „słuszne” i „wraże”, można założyć, że odpowiedzi są wypadkową tego, czy dany respondent miał w danym momencie bardziej na myśli te „słuszne” – wtedy odpowiadał, że zaufanie ma – czy bardziej te wraże – wtedy odpowiadał, że zaufania nie ma. Ciekawy, choć chyba mało zaskakujący rezultat przyniosłoby badanie, w którym media oraz respondentów podzielono by według ich sympatii politycznych.

 

W badaniu IPSOS mamy tego namiastkę w pytaniach o to, czy publiczni nadawcy różnią się od prywatnych oraz o to, czy publiczny nadawca jest zbędny. Przytłaczająca większość odpowiedzi „tak” w pierwszym przypadku zawiera zapewne i tych, którzy pytani o szczegółową ocenę powiedzieliby, że owszem, różnią się, bo pokazują szczerą, propolską prawdę, a nie kłamstwa, jak prywatna „szczujnia”; i tych, którzy oceniają, że media publiczne to odrażająca propaganda za publiczne pieniądze, inaczej niż rzetelne i uczciwe media prywatne. Obie grupy łączy paradoksalnie przekonanie o różnicy między mediami prywatnymi a publicznymi. Te niemal 70 proc. jest miarą polskiej polaryzacji w ogóle, a także polaryzacji konkretnie w mediach.

 

Z kolei aż 45 proc. twierdzących, że publiczni nadawcy są zbędni, wobec 26 proc. będących odwrotnego zdania, nie daje się w pełni wytłumaczyć nawet podziałem politycznym. Można by przecież założyć, że niezbędności mediów publicznych będą bronić zwolennicy PiS, a o ich zbędności będą przekonani przeciwnicy partii rządzącej. Tymczasem widać, że liczba broniących mediów publicznych jest wyraźnie mniejsza niż elektorat PiS, a liczba uważających, że mogłoby ich nie być – wyraźnie wyższa niż elektorat twardej opozycji. Wytłumaczenia można szukać jedynie w tym, jak Polacy o różnych sympatiach partyjnych oceniają jakość publicznych mediów.

 

Można zatem powtórzyć pytanie, które wielokrotnie tutaj już stawiałem: co jeszcze musi się stać z polskimi mediami, jakiego dna lub jak głęboko pod dno muszą sięgnąć w swojej dyspozycyjności, jak mocno muszą podbijać bębenek tym, którzy trzymają rękę na kasie, państwowej lub prywatnej, żebyśmy zauważyli, że podcinamy gałąź, na której sami siedzimy? I od razu mogę sobie odpowiedzieć: nie ma chyba takiej granicy. Mimo jasnych i niebudzących wątpliwości syndromów głębokiego kryzysu, wynikającego z aliansu mediów z polityką, nie widać woli, aby o tym problemie choćby porozmawiać. A już zwłaszcza porozmawiać inaczej niż zgodnie ze z góry przyjętymi rolami w politycznej kłótni.

 

Łukasz Warzecha

Syndrom oblężonej twierdzy – ks. ARTUR STOPKA o komunikacji w Kościele

Problem komunikacji w Kościele katolickim w Polsce potrzebuje pilnych i dobrych rozwiązań. Najpierw jednak musi zostać szeroko uświadomiony i zrozumiany.

 

Niektórzy eksperci i publicyści już od dłuższego czasu przebąkiwali, że Kościół katolicki w Polsce ma problemy w sferze komunikacyjnej. Wskazywali, że w pewnych kwestiach jego przekaz jest niespójny, a brak wewnętrznego dialogu powoduje dezorientację i narastające podziały wśród wiernych. Sugerowali i przewidywali, że na dłuższą metę zaowocuje to poważnym uszczerbkiem wizerunku Kościoła jako instytucji oraz przyniesie szkody wspólnocie. Nie były to jednak głosy na tyle silne, aby zaowocować jakimiś konkretnymi działaniami. Dominowało przekonanie, że pozycja Kościoła w Polsce jest wystarczająco mocna, a aktywność w sferze komunikacyjnej na tyle sprawna i sprawdzona, że nie są potrzebne jakieś znaczące zmiany. Triumf święciła zasada: „Po co ruszać coś, co jakoś funkcjonuje?”.

 

Własna agenda

 

Zarówno w komunikacji „ze światem zewnętrznym”, jak i wewnątrz Kościoła, wobec pojawiających się problemów stosowano więc niemal wyłącznie specyficzny rodzaj komunikacji reaktywnej, który – jak się okazało – skutkował utwierdzaniem zarówno wśród licznych duchownych różnego szczebla, a także sporej części wiernych świeckich, syndromu oblężonej twierdzy. Kościół w Polsce nie podjął próby wprowadzenia do społecznej debaty własnej agendy tematów. Nie bez powodu w maju br. w wywiadzie dla „Do Rzeczy” Tomasz Terlikowski mówił: „Polski katolicyzm potrzebuje silnego zaplecza intelektualnego. Tak, żeby to on wyznaczał agendę, a nie był odpowiedzią na agendę wyznaczaną przez przeciwników Kościoła. Zamiast się wdawać w kolejne wojenki, należy wreszcie pewne tematy zacząć dyktować”. Znany publicysta przyznał, że do tego faktycznie konieczne są media i silne instytucje. Zwrócił też uwagę, że w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia Kościołowi w jednej kwestii udało się odnieść sukces właśnie dzięki temu, że to on wyznaczył temat. Chodzi o prawną ochronę życia ludzkiego. Jednak łatwo zauważyć, że od tamtych czasów Kościół w naszym kraju znajduje się głównie w komunikacyjnej defensywie, a gdy próbuje przejąć inicjatywę (jak np. w sprawie korytarzy humanitarnych dla imigrantów), ponosi spektakularną klęskę.

 

Zgodnie z przysłowiem „Na pochyłe drzewo każda koza skacze”, słabość komunikacyjną Kościoła w Polsce zaczęto na różne sposoby wykorzystywać. Można powiedzieć, że w ostatnich kilkunastu miesiącach nastąpiło apogeum tego rodzaju zjawisk.

 

Punkt kulminacyjny i test

 

Pod pewnymi względami punktem kulminacyjnym okazał się film fabularny Wojciecha Smarzowskiego „Kler”. Reżyser kojarzony z ostrymi i bezkompromisowymi portretami różnych grup polskiego społeczeństwa, stworzył nie tylko sugestywny obraz duchowieństwa katolickiego. Przy okazji upowszechnił i utrwalił wiele schematów myślowych dotyczących Kościoła, jego funkcjonowania i miejsca w aktualnej rzeczywistości naszego kraju. Wielomilionowa widownia dzieła Smarzowskiego (dla niektórych będąca zaskoczeniem) pokazała, że istnieje w Polsce spore zapotrzebowanie na pewien sposób mówienia o Kościele i pokazywania go, zwłaszcza w wymiarze instytucjonalnym. Z drugiej strony ujawnił kompletną bezradność komunikacyjną Kościoła wobec tego typu przekazu o nim samym. Nie pojawiły się nawet próby potraktowania cieszącego się ogromną oglądalnością filmu jako okazji do podjęcia szerokiej debaty o Kościele w naszej Ojczyźnie, o jego aktualnej sytuacji, o tym, jaką rolę odgrywa, a jakie są wobec niego oczekiwania.

 

Jak można było przewidzieć, faktycznym testem możliwości komunikacyjnych Kościoła w Polsce stała się sprawa nadużyć seksualnych duchownych wobec nieletnich. Okazały się one znikome. W rezultacie doszło do kilku bardzo bolesnych wpadek. Co najmniej dwie z nich jeszcze długo będą stanowiły poważne obciążenie dla wszelkich wysiłków komunikacyjnych Kościoła na tym polu. Pierwsza to wypowiedź abp. Józefa Michalika z roku 2013 o „lgnących dzieciach”. Druga to konferencja prasowa z marca br., podczas której prezentowane były i komentowane przez wysokich przedstawicieli Konferencji Episkopatu Polski wyniki kwerendy diecezjalnej w kwestii nadużyć księży. Zarówno pierwsza, jak i druga są dowodem zupełnego braku nie tylko strategii komunikacyjnej w Kościele w Polsce, ale nawet doraźnych rozwiązań umożliwiających zbudowanie skutecznego przekazu w jednej, konkretnej, bardzo istotnej sprawie.

 

Zaledwie dni

 

Na takim tle pojawił się w maju film braci Tomasza i Marka SekielskichTylko nie mów nikomu”. Sprawnie zrealizowana produkcja umieszczona w bezpłatnym dostępie w Internecie szybko uzyskała dziesiątki milionów odsłon. Okazała się odporna na próby zignorowania jej przez niektórych przedstawicieli episkopatu, których skrajnym przykładem jest przede wszystkim brak wypowiedzi choćby jednego biskupa przed kamerą. Co więcej, wywołała refleksję nad kwestiami komunikacyjnymi w Kościele w Polsce. Jej praktycznym skutkiem okazało się przede wszystkim „Słowo biskupów do wiernych” zatytułowane „Wrażliwość i odpowiedzialność”. Dokument taki miał się pojawić już wiele miesięcy wcześniej, jednak wciąż jego przyjęcie przez episkopat okazywało się niemożliwe. Po filmie Sekielskich redagowanie listu zostało sfinalizowane wciągu zaledwie dni.

 

W pewnym sensie efektem filmu „Tylko nie mów nikomu” jest też przebieg konferencji prasowej w związku z wizytą w Polsce abp. Charles Scicluny, będącego w Kościele powszechnym „twarzą” walki z nadużyciami seksualnymi duchownych wobec nieletnich. Spotkanie z dziennikarzami poprowadził tym razem nie rzecznik KEP, lecz koordynator medialny Centrum Ochrony Dziecka ks. Piotr Studnicki. Po udostępnieniu filmu mówił on m. in. „Chcemy w systemie usprawnić komunikację Kościoła, postawić nacisk na lepszy przepływ informacji. Film braci Sekielskich pokazał, że często ksiądz jest usunięty z kapłaństwa, a podaje się za kapłana. Nieraz brakuje płynnej komunikacji z wiernymi”.

 

Rachunek sumienia

 

Kwestie komunikacji poruszył również w czerwcowym wywiadzie dla Katolickiej Agencji Informacyjnej o. Adam Żak, stojący na czele COD. Zwrócił uwagę, że potrzebna jest równowaga, żeby nie rozwiązywać kryzysu tylko na sposób komunikacyjny, lecz realnie, tak, „żeby komunikacja miała co zakomunikować”. Dodał, że sprawa komunikacji, to jedna z wielkich bolączek ostatnich lat, mówiąc zarówno o komunikacji ze społeczeństwem, jak i o tej z wiernymi. „Swoją drogą, media katolickie też powinny zrobić sobie rachunek sumienia, bo oportunistycznym sposobem działania przyczyniały się do tego, że dziś wierni stoją pod rynną, już nawet nie pod deszczem. Ale komunikacja nie ma stwarzać faktów, tylko o nich informować” – zauważył.

 

O tym, że zaczyna się zrozumienie dla znaczenia komunikacji w Kościele świadczyć też może obecność znanej dziennikarki Pauliny Guzik na szkoleniu dla diecezjalnych i zakonnych delegatów ds. ochrony dzieci i młodzieży we Wrocławiu.

 

Wciąż jednak mamy do czynienia z działaniami incydentalnymi, związanymi tylko z jedną trudną kwestią, z jaką musi się mierzyć Kościół w Polsce i raczej z symptomami, że problem komunikacji wreszcie dociera do świadomości przynajmniej niektórych. Dają one mimo wszystko nadzieję na strategiczne i systemowe rozwiązania w przyszłości. Pytanie – w jak odległej przyszłości.

 

Ks. Artur Stopka

Nie chodzi o tort, tylko o przepis na tort – MIROSŁAW USIDUS o wojnie jaka toczy się o reklamę

Myślicie, że to Google i Facebook wymyśliły targetowane behawioralne, spersonalizowane i podawane podług profilu użytkownika reklamy? Nie. Wymyśliliśmy to w 1996 roku my, członkowie zespołu „Rzeczpospolitej Online”. I nie tylko my, ale także wielu innych ludzi z wielu innych dużych firm medialnych, którzy we wczesnych latach Internetu próbowali znaleźć sposób na biznes w sieci.

 

Odwiedzający serwis gazety miał mieć swój profil, rejestrowaną historię odwiedzin, znane nam zainteresowania i na tej podstawie miały być mu serwowane treści, personalizowana strona wraz oczywiście z precyzyjnie  wycelowanymi reklamami. Dziś, powiecie, to oczywiste. Tak działają najpopularniejsze serwisy społecznościowe, tak działają wyszukiwarki. A wtedy? W latach 90-tych? Też to było oczywiste dla osób, które poznały Internet, rozumiejąc, na czym polega, co oferuje i jak można go wykorzystać.

 

Więc geniusze z Google czy Facebooka wcale nie wymyślili modeli reklamowych i biznesowych, które teraz tak suto monetyzują. O nie. Wymyślili inne rzeczy, bardziej ze sfery techniki i programowania, ale nie o tym jest ten tekst. Dlaczego więc, choć przyszli do Internetu później niż znakomita większość firm z branży „starych mediów” i nie mieli pomysłów rewolucyjnie lepszych od prekursorów takich jak my w latach 90-tych w „Rzepie” czy wielu innych przedstawicieli prasy, to oni ostatecznie zdominowali i właśnie teraz już zmonopolizowali rynek reklamy w Internecie?

 

Odpowiedź na to pytanie, jeśli czyta się różnych branżowych analityków, wydaje się znana, ale wciąż jedynie częściowo. Ma się wrażenie, że wciąż powstaje. Wciąż poszukujemy pełnego wyjaśnienia, jak to się stało, że tradycyjne środki masowego przekazu nie potrafiły odtworzyć w sieci niezwykle lukratywnego biznesu, dzięki któremu kwitły jeszcze kilka dekad temu.

 

Spadek i próby nadrabiania

 

Obecnie już z pewnością nie kwitną, choć dla polskiego rynku dane na temat wpływów z reklamy w prasie nie zawsze są klarowne, bo rządzą w dużym stopniu czynniki polityczne. Jaśniej to wygląda na nieco normalniejszym rynku. W latach 2008-2015 przychody z reklam prasowych w USA spadły o 61 proc. i to wydaje się bliższe rzeczywistości także w innych krajach, gdy o reklamach decyduje wyłącznie rynek.

 

Spadek dochodów reklamowych wydawnictwa od wielu lat próbują nadrobić sprzedażą subskrypcji, płatnych dostępów do treści, e-wydań i wielu podobnych rozwiązań nawiązujących do dawnej sprzedaży egzemplarzowej.

 

Badania przeprowadzone przez American Press Institute w 2016 r. wskazują, że tzw. paywalle, czyli zamykanie treści serwisów internetowych w modelach prenumeraty cyfrowej i pokrewnych form subskrypcji, stały się w amerykańskiej prasie normą. Spośród 98 amerykańskich gazet o nakładzie powyżej 50 tys. egzemplarzy, 77 stosowało jakiś model prenumeraty online. 80 proc. z tych przypadku to tzw. „miękkie paywalle”, czyli prenumerata z określonym limitem darmowych artykułów dla czytelnika, po przekroczeniu którego użytkownik jest kierowany na stronę subskrypcji. Podobne rozwiązanie stosuje u nas np. internetowa „Gazeta Wyborcza”.

 

Za przykład sukcesu takiego modelu podaje się najczęściej internetowy serwis „New York Times”, który obecnie ma od 2,5 do 3 mln płacących subskrybentów, zaś sprzedaż prenumerat internetowych w 2017 roku stanowiła 60 proc. przychodów wydawnictwa. Ten sam model został przyjęty przez „Washington Post” i „Wall Street Journal”, które zwykle również mówią o sukcesie.

 

Nawet jeśli przyjąć za dobrą monetę korpo-optymizm kierownictwa tych znanych marek prasowych, to co z innymi tytułami i pozostałymi mediami w Internecie? Przecież nie chodzi o to, aby jako tako radziły sobie tylko nieliczne, najbardziej znane tytuły. Media lokalne, tematyczne, skupiające się na niszach, niegdyś zasilane przyzwoicie przez reklamy, nie mają siły by rywalizować z gigantami Internetu, zwłaszcza, że Google i Facebook najskuteczniej przejmują reklamę do węższych grup i skupiającą się na specjalistycznych potrzebach, o czym będzie jeszcze niżej mowa.

 

Wezwanie do podzielenia się zyskiem

 

Prognozy przychodów reklamowych na 2019 rok trzech potentatów internetowego świata – Google’a, Facebook i Amazon Media Group – to 245 miliardów dolarów. Jak wskazują eksperci, nie są to żadne dodatkowe pieniądze, które te firmy kreują. Te przychody to nic innego jak tlen wyssany przez gigantów ze środowiska, w którym radzić sobie mają wszystkie inne media. Słabsi duszą się i zamierają.

 

Eksperci brytyjscy szacują, że aż 90 proc. wszystkich nowych wydatków na reklamę cyfrową w tym kraju trafia do oligopolu z Doliny Krzemowej. Całkiem podobnie, z niewielkimi tylko różnicami ilościowymi a nie jakościowymi, jest w wielu krajach zachodnich. Na całym świecie, same tylko Facebook i Google mają już w rękach 18 proc. całego rynku reklamy, czyli tortu obejmującego spektrum wszystkich mediów od papieru po TV. Przewiduje się, że liczba ta będzie rosła. Jednocześnie, firmy te, nie płacąc lokalnie podatków, nic nie dają finansom kraju, który umożliwia im działanie.

 

Oczywiście Europa próbuje z tym walczyć. Google został niedawno ukarany grzywną w wysokości 1,5 mld euro za tłumienie konkurencji w reklamie. Jak zauważył Hegarty, „Google zarabia prawie 9 miliardów dolarów w kwartał, więc stać ich na grzywnę 1,5 miliarda euro.” Należy to chyba odczytywać jako zachętę, aby karać Google’a jeszcze dotkliwiej, aby zrozumiał, że powinien się podzielić z europejską branżą reklamową.

 

A ma się czym dzielić, podobnie jak inni potentaci. W ciągu dekady giganci internetowi – Google, Amazon i Facebook w USA, a także Alibaba, Tencent i Baidu w Chinach przeobrazili się w najbogatsze, najpotężniejsze firmy na świecie. Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie panuje powszechna zgoda co do tego, że tzw. Big Tech  przejmuje kontrolę nie tylko nad prywatnymi danymi użytkowników, ale nad rynkiem reklamy, na którym owe przepastne zasoby kontrolowanych przez Big Tech mają kluczowe znaczenie.

 

Jednocześnie aktywiści walki o prywatność wskazują na niejasność co do tego, w jaki sposób największe firmy z branży platformowo-technologicznej definiują i gromadzą dane oraz sprzedają je osobom trzecim. Może szczegóły techniczne zarządzania naszą prywatnością przez te korporacje są niejasne, ale całkiem jasne jest, że ich ogromne dochody reklamowe biorą się głównie z tego, że dysponują tymi danymi.

 

Być może wydawcy walczący o kawał tortu reklamowego, jaki ma dzięki naszym danym Google, powinni skupić się na tej kwestii, na zmianie sposobu zarządzania danych o użytkownikach Internetu, a nie na pieniądzach. Gdyby mediom przyszło do głowy, że można użyć swoich wciąż istniejących wpływów, aby doprowadzić do utworzenia zabezpieczonego, publicznego repozytorium danych prywatnych internautów, do którego dostęp po uzyskaniu odpowiedniej licencji mieliby wszyscy, to Google i Facebook śpiewałyby inaczej.

 

Na razie jednak przedstawiciele mass mediów wolą domagać się wypłaty. Według danych News Media Alliance, branżowej organizacji zrzeszającej wydawców gazet w USA, w 2018 roku treści pochodzące od tych wydawców w wyszukiwarce oraz na platformie Google News przyniosły Google 4,7 mld dolarów, czyli prawie tyle samo, ile połączone przychody reklamowe wszystkich amerykańskich wydawców w ciągu roku (5,1 mld).  Media domagają się udziału w tych krociowych zyskach. Pomoże im w tym być może administracja rządowa USA. Przedstawiciele Google krytykują dane NMA, wskazując, że wyszukiwarka nie wyświetla reklam przy zapytaniach o informacje.

 

W spór wydawców z Google włączył się rząd USA  i Senat USA. Komisja Sprawiedliwości Kongresu USA rozpoczęła dochodzenie, które ma zbadać, czy Big Tech nie wykorzystuje swojej dominującej pozycji wobec firm medialnych. Wątpię czy Google, które generalnie stoi na stanowisku, że nie ma za co płacić a wydawcy zyskują na wyświetlaniu linków do ich treści w wyszukiwarce, a na pewno nie tracą, będzie chciało się dzielić pieniędzmi z reklam. Wydaje się, że bardziej prawdopodobne jest, iż zastosuje „wariant hiszpański” czyli usunie treści domagających się pieniędzy wydawców z wyszukiwarki, dowodząc firmom medialnym, jakie to oznacza dla nich straty.

 

Argumentacja Google raczej w mediach do nikogo nie trafia. Ma się wrażenie, że przedstawiciele tej branży pogrążają się w desperacji, stąd zapewne coraz bardziej natarczywe żądania finansowe wobec Google i Facebooka. Pisałem kilka miesięcy temu o fali zwolnień w środkach masowego przekazu, nie tylko w tych „starych”, ale również internetowych. Jak zauważył na Twitterze Matthew Gertz, z organizacji non-profit Media Matters, głębokie cięcia w mediach mają miejsce w czasie dobrej koniunktury gospodarczej. „Gdy przyjdzie następna recesja, nastąpi katastrofa dla branży informacyjnej”, napisał.

 

Głośno wyraz swojemu niezadowoleniu dawali z powodu zwolnień przede wszystkim pracownicy HuffPost, zwracając publicznie uwagę, że największe cięcia dotyczą ludzi zajmujących się takimi tematami jak problemy społeczne i zdrowie publiczne. Wyeliminowano też całkowicie sekcje opinii i komentarzy. Zach Carter, jeden z reporterów HuffPost, napisał: „Google i Facebook zjadają tę branżę żywcem i zabierają wraz z nią amerykańską demokrację”. Opinia ta jest powszechniejsza i nie dotyczy tylko przychodów reklamowych, których potentaci pozbawiają wydawców, zarówno tym dawnych, jak i nowszych, takich właśnie jak HuffPost czy Buzzfeed. Dotyczy także wielu innych aspektów funkcjonowania rynku medialnego.

 

Sprzeciw młodych

 

Są też inne zjawiska, niekorzystne dla mediów żyjących tradycyjnie z reklamy (czyli np. serwisów internetowych). Młodsi konsumenci coraz chętniej przestawiają się na usługi i serwisy finansowane przez użytkowników (takie jak Netflix czy Spotify) przez systemy subskrypcji, odrzucając tradycyjny model reklamowy. Młodzież stosuje adblocki na masową skalę. Oznacza to jednak nie tyle chęć „oszukania” wydawców, jak to niektórzy chcieliby widzieć, lecz całkowite odrzucenie tego modelu. Jeśli wydawca każe wyłączyć mechanizm blokujący reklamy, aby użytkownik mógł przejść do treści, młodzi najczęściej rezygnują z jego usługi. Na rachunku zysków i strat wygrywa omijanie reklam.

 

Reklamowy model mediów internetowych był w dużym stopniu powieleniem starszego mechanizmu finansowania tradycyjnych mediów. Gazeta kosztowała grosze, bo wydawcy zarabiali na ogłoszeniach. Telewizja czy radio były za darmo, ale trzeba było ścierpieć reklamy. Teksty na portalu można było przeczytać, ale najpierw trzeba było znieść irytujące banery. Z czasem reklama w Internecie stawała się coraz bardziej inwazyjna i namolna. Pamiętam sytuacje, gdy już nie sposób było dostrzec tekstu zza wyskakujących okienek animacji i filmików. Trudno, a czasem w ogóle nie można było ich zamknąć, zanim się nie „odegrały”. Zauważalne też było, że  polscy wydawcy w porównaniu z zachodnimi byli znacznie bardziej irytujący.

 

Napędzane rozhulaną, inwazyjną reklamą modele, na których w Polsce oparły się Onet, WP.pl, Interia, Gazeta.pl, wydają się obecnie skazane na porażkę. Modele nie same portale, bo nie można wykluczyć, że znajdą inne sposoby na monetyzację działalności, ale reklamowe eldorado kończy się, bo użytkownicy zbuntowali się przeciw reklamom.

 

Młodym, wbrew utrwalonym przekonaniom, wcale nie przeszkadzają za to systemy subskrypcyjne, choć wśród treści, za które gotowi są płacić, nie ma artykułów, reportaży, publicystyki, czyli tego co tradycyjnie oferują media. W Spotify można pozbyć się przerywników reklamowych za niewielką opłatą. W Netfliksie, płacąc miesięczną opłatę, ogląda się ile dusza zapragnie. Takie modele użytkownikom odpowiadają. Wydawałoby się, że wystarczy wprowadzić ten model i dla gazet i serwisów informacyjnych online. Niestety, to tak nie działa, o czym pisałem też niedawno.

 

Koniec świata reklamy i marek – początek świata informacji

 

Jest też problem z samą reklamą. Nie tylko bowiem stare modele tworzenia i sprzedawania mediów przestały działać, ale również sama reklama, z której środki masowego przekazu tak dobrze żyły, przeżywa swoja małą apokalipsę.

 

W starym świecie, przed Facebookiem i Google, nie było skutecznego i taniego przede wszystkim sposobu na dotarcie do osób poszukujących produktów i usług niszowych. Firmy, które odniosły sukces oferowały produkty kierowane do szerokich kręgów ludzi i reklamowane  były z myślą o masowym odbiorcy, setkach tysięcy, milionach ludzi na raz. Firmy, które prowadziły udane kampanie reklamowe za pośrednictwem mediów poprzedniej epoki to zwykle były wielkie sieci restauracji (jak McDonalds), marki samochodowe, wielkie hipermarkety, firmy ubezpieczeniowe, lub masowe dobra konsumpcyjne pod markami zarządzanymi przez wielkie korporacje.

 

Wejście w erę nowoczesności, gdy Internet przewrócił tradycyjny model handlu detalicznego ze sklepami i znanymi masowo markami, anihiluje dystans między kupującym a sprzedającym i likwiduje przeróżne bariery geograficzne. Internet dał kupującym i sprzedającym bezprecedensowy dostęp do siebie nawzajem. Dziś firma oferująca specyficzną, niszową rzecz – np. Bevel, która produkuje zestaw produktów do golenia specjalnie dla czarnych mężczyzn – ma szansę, jeśli umie wykorzystać narzędzia internetowe, dotrzeć do wszystkich swoich klientów, których jest niemało, jak się okazuje. W dawnym świecie reklamowanie tego specyficznego produktu dla wielkich firm i sieci handlowych było nieopłacalne, zbyt kosztowne w przeliczeniu na sprzedany egzemplarz. Internet obniża ten rachunek i sprawia, że marketing mniej typowych produktów jest opłacalny.

 

Sprzedaż i opłacalność nożykom do golenia dla czarnoskórych zapewniają narzędzia i reklamy Google oraz Facebooka. Koszt dotarcia do potencjalnego klienta za pomocą oferowanych przez te firmy narzędzi marketingowych i reklamowych jest niewysoki, zważywszy możliwość remarketingu i utrzymywania klienta za pomocą rozlicznych narzędzi komunikacyjnych, które oferuje Internet.

 

Coraz większa precyzja w przetwarzaniu danych doprowadzić może w końcu do powstania świata, w którym pojedynczy konsument może mieć szybki dostęp do dóbr, które odpowiadają jego biologicznym, a nie konsumpcyjnym potrzebom. To świat bez marek, bez brandów, ponieważ w rzeczywistości, opiera się na informacji a nie na reklamie, pojęcie „zaufania do marki” nie istnieje. Konsument poinformowany kupować będzie tańszy z dwóch identycznych towarów. Będzie wiedział, że substancja czynna w leku to ibuprofen, a Dolgit, Ibuprom, Ibum czy Nurofen to tylko twory marketingowe. Podejmie świadomy wybór, w jakiej formie i opakowaniu chce ów ibuprofen kupić.

 

Im szybciej media ten nowy świat zrozumieją, im szybciej przestaną walczyć o powrót „starych dobrych czasów”, także jeśli chodzi o reklamy, tym lepiej dla nich. Gra się nie toczy o „udział w zyskach Google”, bo Google zyskami raczej nie będzie chciał się dzielić. Gra idzie o informacje i dane. I to, tak naprawdę, a nie dochody reklamowe, zmonopolizowały obecnie giganty Internetu. A ponieważ wcale nie jest powiedziane, że informacje i dane prywatne użytkowników mają i powinny być kontrolowane tylko przez Google i Facebooka, jest jeszcze o co powalczyć.

 

Mirosław Usidus

Informować i formować –  rozmowa z ks. dr. JAROSŁAWEM GRABOWSKIM, redaktorem naczelnym „Niedzieli”

Nasz tygodnik ma opisywać zwyczajną i pełną pasji pracę duszpasterską księży i świeckich. W czasach nagonki na Kościół i nieżyczliwości wobec wspólnoty wierzących „Niedziela” ma pokazywać ewangeliczne zaangażowanie ludzi Kościoła, którzy niosą Chrystusa wszystkim – mówi ks. dr Jarosław Grabowski w rozmowie z ks. Mariuszem Frukaczem.

 

Od 1 kwietnia 2019 r. „Niedziela” ma nowego redaktora naczelnego. Jakie zmiany zdaniem księdza są konieczne, aby ten katolicki tygodnik jeszcze bardziej był obecny w przestrzeni życia publicznego, a co warto zachować z dotychczasowej „Niedzieli”?

 

Chciałbym, aby 93-letnia „Niedziela”, tak bardzo zasłużona dla Kościoła i naszej ojczyzny, nie pozostała „prasową jubilatką”, lecz przekształciła się w ciekawe i oryginalne czasopismo. Nie chodzi jedynie o jej modyfikację, czy drobny retusz, ale o nowy i przekonywujący styl dostosowany do odbioru przez współczesnego człowieka. „Niedziela” zawsze pozostanie solidną marką, ale nawet najbardziej rozpoznawalne marki wprowadzają nowe wersje. „Niedziela” kojarzona jest jako pismo wartości, przywiązania do tradycji i historii. To bardzo ważny znak rozpoznawczy. Jednak wierność tradycji musi się ciągle dynamicznie ścierać z nowym dniem. „Niedziela” wymaga więc adaptacji i usprawnienia. Innowacja „Niedzieli” może uczynić z niej interesujące i przejrzyste pismo zarówno informacyjne, jak i formacyjne.

 

A jak pogodzić funkcję informacyjną i formacyjną mediów?

 

 W moim przekonaniu tygodnik katolicki musi postawić na formację, na religijny rozwój człowieka. Musi stawiać czoło powierzchowności wiary i wzrastającej ignorancji religijnej, której konsekwencją jest negowanie prawd wiary i zasad moralnych. Ma wyjaśniać i uzasadniać naukę Kościoła, odpowiadając zarówno na proste, jak i wymagające pytania… W tym celu powinien pokazywać wzorce wzięte z życia, by udowodnić, że można żyć zgodnie z zasadami wiary w dzisiejszych czasach.

 

Ważnym narzędziem komunikacji i przekazywania dobrych treści są w „Niedzieli” dodatki diecezjalne. „Niedziela” to wydanie ogólnopolskie i aż 19 wydań lokalnych. Jaką ksiądz widzi możliwość rozszerzenia tej oferty?

 

Uważam lokalne wydania za niezastąpiony i niewystarczająco wykorzystany potencjał „Niedzieli”. Dzięki nim nasz tygodnik staje się bliższy ludziom, może opisywać Kościół „pierwszego frontu”, czyli taki, jaki jest w rzeczywistości: zaangażowany, aktywny. Pokazywać jego prawdziwe oblicze, co pozwala unikać stereotypów… Niewątpliwie będziemy dążyli też do poszerzenia zakresu naszego oddziaływania na kolejne diecezje, licząc na zrozumienie i życzliwość księży biskupów.

 

Jaką rolę według Księdza powinny spełniać współczesne media katolickie?

 

Podstawowym zadaniem katolickich mediów jest umacnianie w wierze konkretnej grupy odbiorców kierujących się w życiu tymi samymi zasadami. Media katolickie powinny „uzupełniać się w wierności tożsamości chrześcijańskiej”, o czym często przypomina abp Wacław Depo. One zobowiązane są do wierności Ewangelii i nauce Kościoła. Media katolickie muszą sięgać głębiej i dalej. Skupiać się na wyjaśnianiu i pogłębieniu zjawisk, zawsze w duchu i prawdzie; podawać do wiadomości to, co inni odrzucają.

 

Rynek mediów jest przestrzenią bardzo wymagającą. Trzeba znaleźć drogę, którą idzie niewielu, wtedy jest szansa, by zaskarbić sobie uwagę czytelnika…

 

W moim przekonaniu tygodnik katolicki, jako narzędzie ewangelizacyjne Kościoła, musi głosić naukę Chrystusa językiem zrozumiałym i przekonywującym. Nie wystarczy mówić słusznie, trzeba jeszcze mówić zrozumiale. Przekaz religijny powinien szukać takiego języka, który nada siłę orędziu Ewangelii. Jeśli dodatkowo połączymy słowo z obrazem, przekazywane treści staną się jeszcze bardziej zrozumiałe. Dlatego moim zdaniem, drogą, której „Niedziela” powinna się trzymać, jest przedstawianie prawdziwego obrazu Kościoła, opisywanie jego życia, które jest dynamiczne, szczególnie na poziomie lokalnym, w parafiach i w licznych wspólnotach. Nasz tygodnik ma opisywać zwyczajną i pełną pasji pracę duszpasterską księży i katolików świeckich. W czasach histerycznej nagonki na Kościół i skrajnej nieżyczliwości wobec wspólnoty wierzących „Niedziela” ma pokazywać ewangeliczne zaangażowanie ludzi Kościoła, którzy niosą Chrystusa wszystkim. Kościół jest po to, żeby ewangelizować. „Niedziela” ma więc promować liczne i różnorodne formy ewangelizacji.

 

Jak ocenia Ksiądz środki, narzędzia medialne, z których Kościół korzysta? Czy może potrzeba jeszcze innych sposobów, aby dotrzeć z Ewangelią do współczesnego człowieka?

 

By dotrzeć do współczesnego czytelnika nie wystarczy sam papier. Główne medialne uderzenie odbywa się dziś w Internecie, w którym „Niedziela” już jest obecna. Mocna i czytelna obecność tygodnika w przestrzeni bez granic, jaką jest Internet, a szczególnie w mediach społecznościowych, które stały się już głównym kanałem wymiany informacji, jest konieczna i bezdyskusyjna. Patrzę więc na „Niedzielę”, jak na zasłużoną i mądrą jubilatkę, która rezolutnie wchodzi ze swoim doświadczeniem w nowe media i jest nie tylko widoczna, ale i aktywna w sieci. Ale tak na marginesie – myślę, że prasa drukowana tak szybko nie zniknie, choć mocno wchodzi w e-przestrzeń. Kościół także coraz mocniej wchodzi w e-przestrzeń i świetnie tam sobie radzi. Moim zdaniem w świecie wielopoziomowej komunikacji Kościół musi z jeszcze większym zaangażowaniem wykorzystywać Internet do głoszenia Ewangelii. Przecież dziś trudno sobie wyobrazić przekaz słowa jedynie w wersji drukowanej.

 

Myślę, że jest pragnieniem nowego redaktora naczelnego, aby „Niedziela” stała się pismem coraz bardziej opiniotwórczym. Jakie są w związku z tym zamierzenia księdza? Jaka zdaniem księdza ma być „Niedziela”?

 

Zależy mi, żeby „Niedziela” była nowa, ciekawa i wierna. Powinna przyjąć nowy styl i nowy język. „Niedziela” ma być ciekawa czyli inspirująca i nieszablonowa. Ma dawać świadectwo naszej chrześcijańskiej sprawności, której osią działania są zawsze ewangeliczne wartości. I wreszcie wierna nauce Chrystusa i Jego Kościoła. Charakter katolickiego pisma, tak jak chrześcijańska tożsamość, wyraża się zawsze w wierności Chrystusowi i Jego Ewangelii. Z pewnością moim podstawowym zamiarem jest umocnienie i zdynamizowanie rozpoznawalnej marki jaką jest „Niedziela”, pisma o charakterze zarówno opiniotwórczym jak i formacyjnym. Do tego potrzebny jest zespół redaktorów rzetelnych, twórczych i otwartych skupionych wokół łączących ich wspólnych celów. Grupa profesjonalistów, którzy nie obawiają się nowości i wyzwań, które niesie współczesność.

 

Rozmawiał: ks. Mariusz Frukacz

 


 

Ks. Jarosław Grabowski

Urodził się 30 września 1969 w Częstochowie. Święcenia kapłańskie przyjął w 1994. Po roku pracy duszpasterskiej w Krzepicach został skierowany na studia specjalistyczne do Rzymu. W 2000 uzyskał stopień doktora teologii (specjalność teologia dogmatyczna) na Papieskim Uniwersytecie św. Tomasza z Akwinu „Angelicum” w Rzymie. Jest wykładowcą dogmatyki i ekumenizmu w Wyższym Seminarium Duchownym Archidiecezji Częstochowskiej i Diecezji Sosnowieckiej. W latach 2003-2009 był diecezjalnym duszpasterzem nauczycieli. Od 2003 jest moderatorem kręgu rodzin Domowego Kościoła. W latach 2004-2014 zaangażował się w pracę naukowo-dydaktyczną w Szkole Wyższej im. B. Jańskiego w Krakowie. Od 2009 jest kierownikiem Referatu Dialogu ekumenicznego, międzyreligijnego, z niewierzącymi Kurii Metropolitalnej w Częstochowie. W latach 2011-2014 publikował na łamach „Niedzieli”. Jest autorem książek: „Przewodnik dla pytających o wiarę” (2015), „O Bogu po ludzku. Przewodnik dla poszukujących” (2016). Jego pasją jest głoszenie wiary językiem zrozumiałym. Ma zamiłowanie do morza i nurkowania.

Oczekiwana zamiana miejsc – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Ciekawostką ogórkowego sezonu, było pojawienie się w Polskim Radiu 24 Beaty Szydło. Dziennikarzem przepytującym okazał się …kolega partyjny Zdzisław Krasnodębski.

 

I to jest bardzo dobra wiadomość. Tzw. upartyjnienie mediów z otwartą przyłbicą. A nie udawanie i silenie się na obiektywność zza naramiennika. Jeśli można odtajniać deklarację swojej agenturalnej przeszłości lub składać zeznania majątkowe, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby ukazać całemu krajowi, co siedzi w mętnej dziennikarsko – politycznej głowie.

 

Dajmy sobie już spokój z ta niezależnością. Przed laty red. Jacek Żakowski postulował, aby program pierwszy TVP dać partii rządzącej, a program drugi opozycji. Można idąc typ tropem, podzielić też  radio. Jedynka dla PiS-u, trójka dla PO, program czwarty dla opozycji pozaparlamentarnej, a  dwójka dla PSL. A co, podobno nie chcą być kojarzeni, że to partia chłopska. Niech się ukulturalniają. A Polskie Radio 24 niech wprowadzi zasadę niezawisłości, w każdy dzień tygodnia dla wybranej partii. Albo niech i cały tydzień, tak jak tydzień grecki w znanym dyskoncie.

 

Dziennikarzy się odpowiednio dobierze, a jak nie będą chcieli, to dyżurni politycy odpowiednio ich zastąpią. Można też wprowadzić zasadę, aby było jeszcze bardziej obiektywnie, że niech przesłuchują przyjaciele. Wiadomo, że w każdej partii zajadłych wrogów nie brakuje. Rozrysować grafik tak, aby skakali sobie do gardeł sami swoi. Tacy, co to sobie miejsca wchodzące do Parlamentu wygryzają. Przy braku „kizi-mizi” zabawa gwarantowana. Oglądalność i słuchalność też.

 

W sumie to trudno zrozumieć pojawiające się głosy oburzenia. Przecież to czy przepytuje usłużny dziennikarz grillujący nielubianego przeciwnika czy zrobi to gracz polityczny, nie ma większego znaczenia. Są setki tysięcy rodaków, którzy uwielbiają oglądać naparzankę w debacie publicznej. Skoro redaktorzy zapraszają redaktorów na podsumowania tygodnia, to dlaczegóż dyskryminować działaczy politycznych. W sumie to można pójść jeszcze dalej i politycy będą robić wywiady z dziennikarzami.

 

Takie pary nasuwają się same. Na pierwszy ogień: Krystyna Pawłowicz kontra Tomasz Lis. Posłanka na wygodnym fotelu, redaktor na łożu fakira. Na żywca. W prime time. Zamiast walk MMA. I te miliony przed odbiornikami…

 

Krzysztof Prendecki

Informacja Biura Zarządu SDP na temat aktualnej sytuacji Domu Dziennikarza

W związku z powtarzającymi się pytaniami naszych członków oraz dziennikarzy na temat sytuacji Domu Dziennikarza publikujemy aktualną informację na ten temat:

 

SDP niezmiennie stoi na stanowisku, że właściciel gruntu, tj. m.st. Warszawa,  ma prawny obowiązek przedłużenia użytkowania wieczystego na kolejny okres. Jedyną dopuszczalną podstawą odmowy takiego przedłużenia jest, zgodnie z art. 236 § 2 Kodeksu cywilnego, ważny interes społeczny. Chodzi o sytuacje, gdy grunt jest potrzebny dla realizacji inwestycji celu publicznego, np. budowy drogi, co w stosunku do nieruchomości przy ul. Foksal 3/5 w sposób oczywisty nie ma miejsca. M.st. Warszawa zaproponowało Stowarzyszeniu dzierżawę nieruchomości, jednak wyrażenie zgody na zawarcie takiej umowy oznaczałoby faktyczną rezygnację przez SDP z żądania przedłużenia użytkowania wieczystego, tym bardziej że zastępca burmistrza Dzielnicy Śródmieście w toku spotkania z przedstawicielami SDP wyraźnie wskazał, że zaniechanie dochodzenia przez Stowarzyszenie przedłużenia użytkowania wieczystego jest oczekiwane przez Miasto, jako warunek polubownego uregulowania praw SDP do nieruchomości. Na takie oczekiwanie władze Stowarzyszenia nie mogły przystać, bowiem byłoby to działanie niegospodarne i niecelowe. Oznaczałoby rezygnację z prawa użytkowania wieczystego nieruchomości, a więc w istocie jej własności, na rzecz nietrwałych i ograniczonych praw dzierżawcy. Byłoby to skrajnie niekorzystne dla Stowarzyszenia w aspekcie możliwości bieżącego funkcjonowania, ale także oznaczało zgodę na faktyczne bezprawne wywłaszczenie SDP z nieruchomości przez Miasto.

 

Aktualnie SDP korzysta z budynku przy ul. Foksal, co nie jest kwestionowane przez jakikolwiek podmiot. Podstawą korzystania przez SDP z budynku jest roszczenie o przedłużenie użytkowania wieczystego, którego zasadność oznacza, zgodnie ze stanowiskiem wyrażonym w orzecznictwie Sądu Najwyższego, że prawo to trwa nieprzerwanie pomimo upływu okresu, na jaki zostało ustanowione.

 

Jak informowaliśmy na konferencji 20 lutego b.r. złożyliśmy w styczniu 2019 r. do Sądu powództwo w związku z brakiem decyzji  m.st. Warszawy o przedłużeniu umowy użytkowania wieczystego Domu Dziennikarza Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich.

 

Sprawa jest na etapie wymiany pism procesowych. Termin rozprawy nie został jeszcze wyznaczony. M.st. Warszawa wniosło odpowiedź na pozew, która została przez sąd zwrócona z uwagi na wniesienie jej po terminie. Z pisma tego wynika jednak, że Miasto odmawia przedłużenia użytkowania wieczystego nieruchomości przy ul. Foksal 3/5, gdyż za ważny interes społeczny uzasadniający taką odmowę uznaje roszczenia reprywatyzacyjne zgłoszone do nieruchomości. Stanowisko to nie ma, w ocenie SDP, uzasadnionych podstaw prawnych. Na chwilę obecną w obrocie prawnym pozostaje decyzja    odmawiająca uwzględnienia roszczeń dawnych właścicieli, która nie została skutecznie podważona. Roszczenia te są więc w istocie nieistniejącymi. Ich uwzględnienie w naturze jest, zdaniem SDP, prawnie niemożliwe, tym bardziej że brak jest prawidłowego wniosku dekretowego. Jak jednak wynika ze stanowiska Miasta, oczekuje ono włączenia do postępowania dysponentów roszczeń reprywatyzacyjnych, co również nie znajduje w ocenie SDP, jakiegokolwiek uzasadnienia prawnego, w tym procesowego. Dysponentami tymi są osoby, którym – jak się okazało –  Antoni de Bourbon sprzedał swoje roszczenia. Nasze zawiadomienie do prokuratury ws. roszczeń reprywatyzacyjnych jest nadal rozpatrywane w prokuraturze, czekamy na jego rezultat. Podważamy prawa własności p. Antonio de Bourbon Obojga Sycylii do Domu Dziennikarza, który po wojnie był budowany przez dziennikarzy, także w czynach społecznych i który zawsze służył całemu naszemu środowisku. SDP dąży do tego, by  Dom zachował swój dotychczasowy charakter – miejsca spotkań i działalności ludzi mediów, którzy mogą tu prezentować swoje prace, np. książki, filmy, nagrania fonograficzne, czy fotografie. Chcemy, by nasze środowisko miało miejsce, gdzie zawsze można odbyć konferencję, czy zorganizować dyskusję. Na pewno te formę naszej działalności można będzie jeszcze poprawić i udoskonalić, jeśli tylko szczęśliwie dla dziennikarzy  zakończy się nasza batalia o  prawo do przedłużenia użytkowania naszego Domu Dziennikarza.

 

 

 

Dziennikarz z Lidzbarka Warmińskiego wygrał proces z wydawcą „Gazety Olsztyńskiej”

Andrzej Pieślak, dziennikarz obywatelski z Lidzbarka Warmińskiego został uniewinniony w apelacji od zarzutu zniesławienia wydawcy „Gazety Olsztyńskiej”. Wyrok Sądu Okręgowego w Olsztynie jest prawomocny i niezaskarżalny.

 

Pieślak odwołał się od wyroku Sądu Rejonowego w Olsztynie, który 16 kwietnia 2018 roku,  umorzył karę na roczny okres próby oraz wymierzył karę grzywny w kwocie 500 złotych. Dziennikarz nie pogodził się z tym wyrokiem z uwagi na jego „efekt mrożący”. W apelacji napisał, że ogranicza on jego konstytucyjne prawo do wolności słowa, gdyż w obawie przed złamaniem okresu próby będzie musiał cenzurować swoje publikacje.

 

Dziennikarz został skazany z art. 212 par. 2 kk o zniesławienie poprzez zamieszczenie w październiku 2018 r. na portalu naszlidzbark.pl, na forum dyskusyjnym komentarzy określających „Gazetę Olsztyńską” jako „gadzinówkę niemieckiej propagandy”, a tygodnik „Gazeta Lidzbarska” – „szmatą lidzbarską” (oba tytuły prasowe wydawane są przez Grupę WM sp. z o.o., której głównym udziałowcem jest obywatel RFN F.X. Hirtreiter, właściciel F.X. Hirtreiter GMBH). Oskarżenie prywatne wniosła Grupa WM sp. z.o.o.

 

Sędzia Sądu Okręgowego w Olsztynie Leszek Wojgienica, który rozpatrywał apelację w uzasadnieniu ustnym odwołał się do wolności dziennikarskiej zawartej w  art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, która jest rozumiana przez Europejski Trybunał Praw Człowieka bardzo szeroko, i do bogatego orzecznictwa Trybunału rozpatrującego skargi dziennikarzy na wyroki skazujące, tłumiące swobodę wypowiedzi w demokratycznym państwie prawa.

 

– Wolność dziennikarska nie może obejmować wyłącznie informacji, poglądów odbieranych jako nieszkodliwe lub obojętne, ale także takie, które obrażają, oburzają, wprowadzają niepokój w państwie albo jakiejś grupie społeczeństwa – przypomniał sędzia Wojgienica. – Takie są wymagania pluralizmu, tolerancji, otwartości, bez których demokratyczne państwo prawa nie istnieje. Czy to znaczy, że wolno kogoś obrażać? Nie. We wszystkich wyrokach ETPC mamy ścisły podział na opinie i fakty, bowiem „istnienie faktów można wykazać a prawdziwość sądów ocennych nie podlega dowodzeniu”. Wymóg ocenienia prawdziwości sądów ocennych jest wymogiem niemożliwym do spełnienia i sam w sobie narusza wolność wypowiedzi, która stanowi podstawę państwa prawa, zapewnioną przez art. 10., czyli jeśli ja oceniam, że jakaś tam gazeta to dno, coś co chce się wypluć, wymiotować, kiedy to czytam, to ja mam do tego pełne prawo.

 

– Tam gdzie jest ocena – państwo nie może ingerować. Może ingerować, tam, gdzie jest podany fakt – przypomniał sędzia. – Jak słusznie zauważył pełnomocnik oskarżyciela prywatnego, z faktem to tutaj do czynienia nie mamy.

 

– Gdy pierwszy raz zerknąłem na wyrok I instancji aż zakrzyknąłem ze zdziwienia – mówił sędzia Wojgienica w 20-minutowym ustnym uzasadnieniu. – Nie wiem dlaczego sąd sprowadził określenie „gadzinówka” do okresu okupacji? Sąd nie analizuje tego w kontekście zwrotu „gadzinówka niemieckiej propagandy”. Czy to jest wypowiedź pomawiająca? Uważam, że ona nikogo nie znieważa. To jest poza sporem. Tu jest zastosowany skrót myślowy. W okresie, gdy Polska była pod okupacją istniała taka prasa. Pan prawdopodobnie miał na myśli, że jest to prasa w rękach niemieckich z uwagi na kapitał i ona chroni określone interesy i ten interes może być sprzeczny z polską racja stanu. Czy pan ma prawo do takiej oceny? Tak. Czy pan nadużył wolności opiniowania? W żadnym wypadku! Wolność opiniowania  wg Trybunału jest bardzo nieograniczona. Wyrok stwierdzający, że to było coś bezprawnego, co nie mieściło się w granicach wolności słowa, nie jest normalny.

 

– Natomiast określenie „szmata” jest czynem znieważającym. Tylko że w polskim ustawodawstwie podmiotem zdatnym do bycia znieważonym może być tylko osoba fizyczna, w przeciwieństwie do art 212 kk gdzie szeroki wachlarz podmiotów może być uprawniony.

 

– To sformułowanie jest średnio ostre – ocenił sędzia. – Ja bym znalazł ostrzejsze, które by też nie wykraczały poza granice wyznaczone przez art. 10. Gazeta wchodzi na rynek i ma opinię brukowca, szmatławca. Podejdę do kiosku i powiem proszę mi dać tego „szmatławca”. Czy takie opinie mają rzeczywiście taki wpływ na czytelnika, by spowodować tym brak zaufania do wykonywania czynności? Krytykowi, który napisał że ten film jest kiepski, to chłam, producent filmu może  zarzucać, że z powodu tej oceny nikt filmu nie obejrzy. Ale zdolności do robienia filmów nie traci się na skutek krytycznej opinii na temat konkretnego filmu, tak jak do wydawania gazety.

 

Sędzia zgodził się z oskarżonym, że wyrok I instancji – warunkowe umorzenie – stwarzał „efekt mrożący”. Jeśli znowu będę kogoś krytykował to postępowanie zostanie wznowione i nie mogę już liczyć na umorzenie.

 

– Ja nie widzę w w tym sformułowaniu „gadzinówka niemieckiej propagandy” w ogóle nośnika zniesławienia, a w szmacie widzę jedynie znieważenie – podsumował sędzia Wojgienica.

 

Andrzej Pieślak po ogłoszeniu wyroku nie krył radości, tym bardziej, że tak jak w I instancji, tak i w apelacji występował sam, bez pełnomocnika prawnego, bowiem adwokat, który często broni pro bono olsztyńskich dziennikarzy uznał, że w tym przypadku Andrzej Pieślak nie wygra.

 

Dziennikarz od 2011 roku redaguje niekomercyjny portal obywatelski, zajmujący się głównie sprawowaniem funkcji kontrolnej wobec władzy samorządowej Lidzbarka Warmińskiego. Z tego powodu miał już kilkanaście procesów wytoczonych przez burmistrza i starostę. Poza jednym wszystkie wygrał.

 

Adam Socha

 

Staram się nie ulegać emocjom – rozmowa z TOMASZEM KRZYŻAKIEM, laureatem nagrody „Ślad” im. bpa Jana Chrapka

Piszę o sprawach, które dzieją się na styku Kościoła i państwa. To nie są sprawy łatwe, a jednak się udaje. Niektórzy biskupi twierdzą, że mam jakąś rzadką intuicję w pisaniu nie tylko o Kościele  –  mówi Tomasz Krzyżak, dziennikarz, kierownik działu krajowego „Rzeczpospolitej” w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Gratuluję otrzymania tegorocznej nagrody „Ślad” im. biskupa Jana Chrapka. Czym jest dla pana ta nagroda?

 

Wielkim, niezasłużonym wyróżnieniem, ale jednocześnie zobowiązaniem i motywacją do jeszcze cięższej pracy. Zwłaszcza, że nagroda przyszła do mnie w dość trudnym momencie.

 

Został pan nagrodzony za konkretny tekst czy za całość pracy dziennikarskiej?

 

To wyróżnienie za całą moją dotychczasową pracę. Kapituła w uzasadnieniu napisała, że trafia ona do mnie za „niezależność i odwagę w podejmowaniu tematów trudnych, w tym dotyczących Kościoła i religii, oraz formułowanie opinii w sposób, który nikogo nie obrażając, zmusza do refleksji i debaty publicznej”. W tym uzasadnieniu niejako wyznaczono mi zadania na przyszłość…

 

Pracuje pan jako dziennikarz od dwudziestu pięciu lat. Przez ten czas w dziennikarstwie bardzo wiele się zmieniło.

 

Bardzo dużo. Kiedy zaczynałem pracę wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Dzisiaj każdy może być dziennikarzem. Wystarczy, że ma dostęp do mediów społecznościowych. Podaje informację i w jakimś sensie staje się dziennikarzem. Powiedziałem na początku, że nagroda przychodzi do mnie w trudnym momencie. Wynika to z pewnego namysłu nad kondycją dziennikarstwa w naszym kraju. Podobnie jak w otaczającym nas świecie nieustannie prowadzimy wyścig z czasem, bezrefleksyjnie podajmy informacje w świat, często nawet ich nie weryfikując. Nie godzę się z tym. I byłem już blisko podjęcia decyzji o odłożeniu pióra na bok. Ale Kapituła „Śladu” teraz to zweryfikowała i chyba będę musiał swoje plany zmienić (śmiech). Swój zawód traktuję jako misję i od dawna staram się uprawiać dziennikarstwo rozumiejące albo tłumaczące. Na ile potrafię usiłuję tłumaczyć czytelnikom o co chodzi w otaczającym nas świecie. Przedstawiam ludziom zjawiska, które dzieją się wokół nich. Oczywście, że prezentuję im swój własny punkt widzenia. Zajmuję się tematyką społeczną i kościelną, piszę o sprawach, które dzieją się na styku Kościoła i państwa. To nie są sprawy łatwe, a jednak się udaje. Niektórzy biskupi twierdzą, że mam jakąś rzadką intuicję w pisaniu nie tylko o Kościele.

 

Podczas wręczania nagrody mówił pan, że w swojej pracy kieruje się dobrem wspólnym. Ten termin często pojawia się w wypowiedziach dziennikarzy i polityków. Co pan rozumie pod tym pojęciem?

 

Wszyscy na różne przypadki odmieniają to sformułowanie Ujmowanie tego terminu będzie zróznicowanie w zależności od światopoglądu, wyznawanych wartości, oceny przeszłości i teraźniejszości. Są jednak pewne wspólne elementy, które pozwalają na powstanie pomiędzy nami, członkami tego samego społeczeństwa, szansy na porozumienie. Nawet jeżeli pod terminem dobro wspólne pojmujemy zupełnie inne rzeczy. W ostatnich latach tak mocno się podzieliliśmy, że nie jesteśmy w stanie ze sobą rozmawiać. Dlatego w moim dziennikarstwie staram się zachęcać do podjęcia na nowo dialogu z drugim człowiekiem, do wysłuchania jego argumentów i być może do przyjęcia części jego argumentów i zaczerpnięcia z jego pomysłów. Chciałbym, żebyśmy nie zamykali się od razu przed drugim człowiekiem, dlatego, że jest z partii X albo partii Y, albo dlatego, że jest związany ze środowiskiem Z.

 

Jaki jest pański sposób na opisywanie tematów na styku Kościoła i państwa?

 

Prosty, polega na używaniu wrażliwości, refleksji i kontrolowaniu emocji. Bardzo często włącza mi się mechanizm kontrolny. Nie jestem typem dziennikarza, który komentuje wszystko na gorąco. Staram się tego nie robić. Nie jest to łatwe. Często dopada mnie pokusa żeby coś ocenić na szybko, ale wtedy włącza mi się ten mechanizm kontrolny, który mówi: „zaczekaj chwilę, zastanów się nad problemem i pomyśl czy rzeczywiście jest tak, jak to oceniasz w tym momencie”. Staram się rozpatrywać sytuacje na wielu poziomach, bo nigdy nie jest tak, że coś jest czarno-białe. Zawsze występuje poziom szarości. Opisując jakiś temat należy uwzględnić wszystkie składające się na niego składniki, elementy i aspekty. Teraz głośnym tematem jest wykorzystywanie seksualne małoletnich przez duchownych. Temat bardzo emocjonalny. Nic, nawet pieniądze nie działa tak na ludzi jak krzywda dziecka. Jednak trzeba do tego tematu podchodzić spokojnie, bez ulegania emocjom, chociaż one siłą rzeczy zawsze się pojawiają. Widać to w komentarzach, kiedy stawia się pytanie dlaczego ksiądz, którego 15 lat temu przyłapano na czynach pedofilskich nie został ukarany.

 

To zasadnicze pytanie.

 

Tak, ale trzeba w odpowiedzi na nie uwzględniać obowiązujące wówczas cywilne i kanoniczne prawodawstwo. Trzeba sprawdzić czy rzeczywiście na duchownego nie nałożono żadnej kary. Ale należy również zastanowić się czy po 15 latach jest sens wracania do sprawy? Mam na myśli ocenę na gruncie prawnym. A może ten człowiek został ukarany i nie pełni żadnych funkcji? Co zrobić z takim człowiekiem? Czy wyrzucenie go teraz z kapłaństwa przyniosłoby więcej pożytku czy strat? Nad tym wszystkim należy się zastanawiać i wyważyć racje. Jeśli weźmiemy jakąś sprawę sprzed lat, to musimy wiedzieć, że Kościół nie dysponował wówczas takimi narzędziami jak ma dziś. Był można powiedzieć na początku drogi walki z wykorzystywaniem seksualnym, uczył się. W kontekście pedofilii często przywołuje się sprawę Tylawy. Pojawia się pytanie dlaczego ten ksiądz wciąż jest księdzem? Dziś prawdopodobnie zostałby wyrzucony z szeregów kapłańskich, ale wtedy sprawę rozwiązywano na podstawie wówczas obowiązujących wytycznych. I jak się wydaje, załatwiono ją dobrze. Dzisiaj sprawa jest na nowo odgrzebywana, więc trzeba ludziom ją na nowo tłumaczyć.

 

Pogdybajmy. To nie Tomasz Sekielski, ale Tomasz Krzyżak robi film pod tytułem „Tylko nie mów nikomu”. Co w pańskim filmie się pojawia, a co pan pomija?

 

Zacznę od tego, że jest to film ważny i w każdym seminarium duchownym powinno się go pokazywać. Jest to także dobry materiał szkoleniowy dla delegatów poszczególnych biskupów i prowincji zakonnych, który pokazuje jakich błedów należy unikać. Ja zrobiłbym ten film nieco inaczej. Zabrakło mi w nim pewnego ciągu dalszego pokazanych spraw, bo wiele z nich na długo przed emisją miała swój finał. Rozumiem, że te tłumaczenia rozciągnęłyby film i osłabiłyby jego wymowę, ale… Weźmy przykład księdza, który został wyrzucony ze stanu kapłańskiego i pojawił się w innej diecezji i tam prowadził pracę duszpasterską. Tam prawdopodobnie zadziałała źle pojmowana solidarność między księżmi. Ale z tego co wiem arcybiskup gnieźnieński dowiedział się o tym na długo przed premierą filmu i podjął stosowne kroki. Człowiek ten zniknął z parafii, a wobec winnych wyciągnięto jakieś konsekwencje. Tymczasem z filmu Sekielskich się tego nie dowiadujemy. Widz zostaje z przeświadczeniem, że teoretycznie kapłana wyrzucono ze stanu kapłańskiego, ale biskupi się dogadali i dalej go kryją. Wyrzucono go z diecezji toruńskiej, a znalazł się w diecezji gnieźnieńskiej. Wiemy, że było inaczej. Brakuje mi takich dopowiedzeń w filmie.

 

Czego jeszcze brakuje w dokumencie Tomasza Sekielskiego?

 

Przedstawiono na przykład przypadek księdza z Warszawy, który odsiedział wyrok w więzieniu i ma dożywotni zakaz kontaktów z dziećmi, ale pojechał głosić rekolekcje. Mamy scenę, w której bohater filmu usiłuje dostać się do siedziby metropolity warszawskiego. Ktoś mu wreszcie otwiera i mówi, że kardynał będzie za dwa tygodnie. Widz zostaje z przekazem, że nikt nie chciał wyjaśnić problemu. Scena jest kręcona na dziedzińcu warszawskiej kurii po zapadnięciu zmroku. Przecież każdy przytomny człowiek wie, że o tej porze kuria już nie pracuje. Brakuje mi sceny, w której np. Tomasz Sekielski przychodzi w godzinach urzędowania kurii i przekazuje informacje na temat wspomnianego kapłana. Nie wiem jaka byłaby wówczas reakcja, być może taka sama, ale jestem jej ciekaw.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota

Fot. Rzeczpospolita

 


Tomasz Krzyżak

Dziennikarz, publicysta, kierownik działu krajowego „Rzeczpospolitej”. Pracował m.in. w „Życiu Warszawy”, „Wprost” i „Ozonie”. W 2012 r. otrzymał nagrodę „Feniks” Stowarzyszenia Wydawców Katolickich w kategorii edytorstwo za biografię św. Maksymiliana M. Kolbego. Autor biografii abp. Józefa Michalika „Nie mam nic do stracenia” (2015) oraz „Biografii z charakterem” poświęconej Wandzie Półtawskiej (2017).

Łódzki Oddział SDP nagrodził dziennikarzy

Tomasz Nowak z TVP Łódź został Dziennikarzem Roku 2017/2018 w corocznym konkursie Łódzkiego Oddziału SDP. Jury pod przewodnictwem Zbigniewa Natkańskiego nagrodziło go „za konsekwentne zajmowanie się łódzka historią w roku 100-lecia niepodległości, czego ukoronowaniem jest reportaż >Strajk łódzkich studentów< pochodzący z cyklu >Łódzkie drogi do wolności<”. Laureatowi przypadła nagroda 3 tys. zł.

 

II miejsce i 1500 zł otrzymała Katarzyna Pawlina z TVP Łódź, autorka reportażu „Obserwator lampy”. Jury przyznało jej nagrodę za umiejętność wyjątkowo subtelnego i taktownego opowiadania o ludzkim dramacie.

 

III miejsce i 500 zł przypadło Agacie Zielińskiej z Radia Łódź, autorce audycji „Esencja życia”. Nagroda została przyznana za pełną ciepła rozmowę z człowiekiem, który przedkłada dobro cudzego dziecka nad własną karierę.

 

W konkursie rozdano też wyróżnienia. Romie Leszczyńskiej z Polskiego Radia za reportaż „ Widzew parzy herbatę w wodzie po pierogach, ŁKS nie lepszy”, Kamili Litman z Radia Łódź za program „Obrazy mojej młodości” oraz Katarzynie Pełce-Wolsztajn z TVP Łódź za „Pamięć dzieci wojny”.

 

Zwycięzcą VI Konkursu im. Krzysztofa Michalskiego na najlepszego korespondenta regionalnego, dziennikarza mediów lokalnych został  Piotr Krysztofiak z Radia Łódź, autor audycji „Sowy z Głowna”. Nagrodę przyznano za umiejętność wyszukiwania niebanalnych tematów, które stają się inspiracją dla innych.

 

Nagrody ufundowali: Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich oraz Radio Łódź.

 

tor

Fot. Sebastian Szwajkowski/Radio Łódź

Wolność słowa bez prawdy nie istnieje – zauważa ks. MARIUSZ FRUKACZ

Sytuacja ze zwolnieniem pracownika sieci IKEA to nie pierwszy i nie jedyny przypadek łamania zasady wolności słowa. Wydaje się, że mamy z tym problem tam, gdzie do głosu dochodzi poprawność polityczna i poglądy skrajnie lewicowe.

 

Zasada wolności słowa, wyrażanie własnych opinii i poglądów, jest jedną z najważniejszych zasad państwa demokratycznego i uznawane jest za standard norm cywilizacyjnych. To przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności, praw człowieka i obywatela. Wolność osoby, a więc także jej wolność wypowiadania się, nie jest nieograniczona. Kończy się ona tam, gdzie zaczyna się wolność drugiej osoby. Nikogo nie wolno pomawiać, fałszywie oskarżać, oceniać i zawsze należy głosić prawdę.

 

Sprawa pracownika sieci IKEA

 

W ostatnim czasie w Polsce podjęta została dyskusja nad wolnością słowa i poglądów w związku ze zwolnieniem pracownika sieci IKEA. W czerwcu 2019 r. pracownik tej sieci został zwolniony za to, że w odpowiedzi na ideologiczną agitację pracodawcy, polegającą na udostępnieniu wszystkim pracownikom artykułu „Włączenie LGBT+ jest obowiązkiem każdego z nas” na firmowym forum internetowym, wyraził swoją krytyczną opinię na temat akcji wspierania ruchu LGBT + . Pracownik sieci IKEA w swojej opinii cytował fragmenty Pisma Świętego. Ta wypowiedź stała się przyczyną wypowiedzenia mu umowy o pracę.

 

Do sytuacji odniosło się również Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, które w swoim stanowisku podkreśliło, że „z  najwyższym niepokojem i oburzeniem przyjmuje informacje  o działaniach sieci IKEA  polegających na  zwolnieniu z pracy pracownika w związku z wyrażoną przez niego opinią w mediach społecznościowych na temat akcji propagującej ideologię LGBT. W ocenie  CMWP SDP działanie to w skandaliczny sposób  narusza konstytucyjne prawa obywatelskie wolności sumienia i wyznania (art. 53 Konstytucji RP) oraz prawo posiadania i głoszenia poglądów (art. 54 Konstytucji RP). CMWP SDP przypomina, że zgodnie z polską konstytucją oraz kodeksem karnym »nikt nie może być zmuszanym do wspierania działań, które uznaje za sprzeczne ze swoim sumieniem czy wyznawaną religią«”.

 

Do sprawy odniósł się także sam poszkodowany – pan Tomasz, który w swoim oświadczeniu napisał m.in.: „Mój wpis był reakcją na indoktrynację, której jako pracownik byłem od lat poddawany w miejscu pracy. Narzucany pracownikom IKEA stosunek do postulatów ruchu LGBT radykalnie różni się od nauczania Kościoła katolickiego wypływającego z Pisma Świętego. Jako katolik nie mogę uczestniczyć w propagowaniu ideologii sprzecznej z moją wiarą ani akceptować sytuacji, w której pracodawca zmusza mnie do zmiany mojego światopoglądu. Zawierając z IKEA umowę o pracę, zobowiązałem się do jak najlepszego wykonywania moich obowiązków pracowniczych jako sprzedawcy mebli kuchennych. Z umowy jednak w żaden sposób nie wynikało, że wśród moich obowiązków, jako pracownika sklepu IKEA, ma leżeć reprezentowanie ideologii jej właściciela. Niestety, z przykrością zauważyłem, że IKEA oraz część dziennikarzy wbrew faktom przedstawiają mnie jako osobę nawołującą do przemocy i nienawiści wobec innych pracowników. Posunięto się wręcz do tez tak absurdalnych jak przypisywanie mi chęci fizycznej agresji wobec osób o skłonnościach homoseksualnych. Jest to oczywista nieprawda, która godzi w moje dobre imię. Szanuję każdego człowieka niezależnie od koloru skóry, narodowości, wyznania czy jego sfery prywatnej (np. seksualnej). W swojej codziennej pracy absolutnie nigdy nie przejawiałem braku szacunku wobec koleżanek i kolegów, którzy nie podzielali ważnych dla mnie wartości oraz prowadzili styl życia niezgodny z zasadami klasycznej etyki i nauczania katolickiego” (zob. https://www.niedziela.pl/artykul/43809)

 

Problem w Europie

 

Sytuacja ze zwolnieniem pracownika sieci IKEA to nie pierwszy i nie jedyny przypadek łamania zasady wolności słowa i głoszenia własnych poglądów. Wydaje się, że mamy z tym problem tam, gdzie do głosu dochodzi poprawność polityczna i poglądy skrajnie lewicowe. Dobitnym tego przykładem jest zwolnienie w 2007 r. chrześcijańskiej stewardessy linii lotniczych British Airways, która nie chciała zrezygnować z noszenia na szyi krzyżyka zawieszonego na łańcuszku. I dopiero po czterech miesiącach sporu pracownicy British Airways uzyskali zgodę na noszenie symboli religijnych – krzyżyków, muzułmańskich chust czy sikhijskich turbanów.

 

Okazuje się, że również we Francji prywatne przedsiębiorstwo może zabronić pracownikom noszenia symboli religijnych. Takie stanowisko wynika z wewnętrznego regulaminu prywatnego przedsiębiorstwa, które zakazuje noszenia w miejscu pracy widocznych symboli politycznych, filozoficznych lub religijnych.

 

W 2012 r. przez polskie media przetoczyła się dyskusja, gdy nowe wewnętrzne rozporządzenie dla personelu pokładowego Polskich Linii Lotniczych LOT – w jednym z dokumentów zatytułowanych „Zasady obsługi pokładowej”, który zawierał rozdział pt. „Umundurowanie”, w podrozdziale „Biżuteria” – zawierało zapis: „Niedozwolone jest noszenie w widocznym miejscu biżuterii obrazującej symbole religijne”. Sprawę opisywał wówczas m.in. „Nasz Dziennik”. Potem jednak Polskie Linie Lotnicze LOT, szanując przywiązanie do tradycji i wrażliwość Polaków, usunęły kontrowersyjne wytyczne zabraniające personelowi pokładowemu noszenia w widocznym miejscu biżuterii obrazującej symbole religijne (zob. https://www.gosc.pl/doc/1076612.LOT-usuwa-kontrowersyjny-zapis-ws-symboli-religijnych)

W Europie trwa wojna kulturowa, wojna z tradycyjnymi wartościami. Dziennikarze i politycy, zwłaszcza lewicowi, zmuszają odbiorców do przyjęcia ich poglądów. Dzieje się to także w przedsiębiorstwach, w miejscach pracy. W kulturze Zachodu toczy się ostra walka o kształt duchowy naszej cywilizacji.

 

Godność człowieka, wolność i wolność słowa

 

Warto przypomnieć, że wolność słowa jest pochodną godności człowieka, a nie odwrotnie. „Człowiek słusznie wysoko ceni sobie wolność i żarliwie o nią zabiega: słusznie pragnie, i powinien, formować i kierować swoją wolną inicjatywą, swoim życiem osobistym i społecznym, biorąc za nie osobistą odpowiedzialność. Rzeczywiście, wolność nie tylko pozwala człowiekowi odpowiednio zmieniać stan rzeczy znajdujących się na zewnątrz niego, ale także za sprawą wyborów, zgodnych z prawdziwym dobrem, wpływa na jego wzrastanie jako osoby: tym sposobem człowiek rodzi samego siebie, jest ojcem swojego istnienia, buduje porządek społeczny”– czytamy w „Kompendium Nauki Społecznej Kościoła” (n. 135)

 

Wśród praw pracowników Kompendium Nauki Społecznej Kościoła  wskazuje na prawo do zachowania i wyrażania własnej osobowości w miejscu pracy, „przy czym w żaden sposób nie może być naruszona wolność sumienia pracownika czy jego godność”. (zobacz cały dokument (http://www.vatican.va/roman_curia/pontifical_councils/justpeace/documents/rc_pc_justpeace_doc_20060526_compendio-dott-soc_pl.html)

 

„Wolność wypełnia się w relacjach międzyludzkich. Każda osoba ludzka, stworzona na obraz Boży, ma prawo naturalne, by była uznana za istotę wolną i odpowiedzialną. Wszyscy są zobowiązani do szacunku wobec każdego. Prawo do korzystania z wolności jest nieodłącznym wymogiem godności osoby ludzkiej, zwłaszcza w dziedzinie moralności i religii (por. Sobór Watykański II, dekl. Dignitatis humanae, 2). Prawo to powinno być uznane przez władze świeckie oraz chronione w granicach dobra wspólnego i porządku publicznego (por. Sobór Watykański II, dekl. Dignitatis humanae, 7)”- podkreśla Katechizm Kościoła Katolickiego (n. 1738)

 

Wolność słowa i sumienie

 

Zasadniczą sprawą w kwestii wolności słowa  jest, moim zdaniem, jednak sprawa dobrze uformowanego sumienia. Kwestia sumienia dotyka niesłychanie ważnych spraw z pogranicza prawa, etyki i światopoglądu. Jest ono w każdym człowieku głosem wołającym o prawdę, głosem wołającym o granice między dobrem a złem. Warto też przypomnieć, że wolność słowa bez prawdy nie istnieje.

 

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.