Jestem grzeczny dla grzecznych – rozmowa z RAFAŁEM A. ZIEMKIEWICZEM, publicystą i pisarzem

Wolne media konają, bo kona demokracja. A przynajmniej jest w bardzo głębokim kryzysie. Każda republika opiera się bowiem na wolności dyskursu. A tzw. demokracja liberalna podchodzi do wolności słowa w taki sam sposób, jak „demokracja ludowa” w PRL-u– mówi Rafał Ziemkiewicz w rozmowie z Robertem Azembskim.  

 

Interia zerwała z tobą współpracę po felietonie „Murem za Klepacką – przeciwko nowemu zamordyzmowi”, tym, w którym padają ostre sformułowania pod adresem środowisk LGBT. Gdy procedowano w zeszłym roku nowelizację ustawy o IPN puściłeś twitta o „paru chciwych parchach”. Z kolei za twoje porównanie praktyk firmy Volkswagen do gazowania przez Niemców ludzi w obozach koncentracyjnych, TVP publicznie przepraszało, odcinało się też od antysemityzmu. A kilka lat temu szybko pożegnano się z tobą w Onecie, gdy prowokowałeś mówiąc o wykorzystaniu seksualnym pijanej kobiety. Było takich „wkrętek” pewnie co najmniej drugie tyle. Żałujesz?  

 

„Niczego nie żałuję”, powtórzę to za Edith Piaff. Choć czasem dociera do mnie, że mogłem kogoś zranić, urazić, zrobić jakąś krzywdę. Trudno, jestem gruboskórny. W tym zawodzie nie można inaczej, bo zjedliby cię żywcem. Kiedy się ma zadanie tropić i piętnować draństwa, czasem trzeba użyć mocnego słowa, a nie być „ę, ą”, eleganckim, nawet merytorycznym, ale przez nikogo nie słyszanym. Ja, jak to śpiewał kiedyś Jarema Stępowski, „jestem grzeczny dla grzecznych”, nigdy nie ubliżam pierwszy – ale jak trzeba, to potrafię mieć „niewyparzoną gębę”. Powiem nawet, że to jedna z tych moich cech, które w sobie pielęgnuję. Ta „niewyparzoność” jest w jakimś sensie kontrolowana, bo nie przekraczam sobie samemu wyznaczonych granic. Miałem wiele procesów, ale zdarzyło mi się przegrać tylko raz, i tam akurat nie szło o sformułowanie, tylko o zdarzenie, które opisałem za prasą – więc chyba mogę twierdzić, że łączę tę swoją „niewyparzoną gębę” z jakimś, co najmniej minimalnym, profesjonalizmem.  

 

Ostatnio jednak przeprosiłeś. W portalu Interia napisałeś: „W dzisiejszym tekście użyłem cytatu z Józefa Mackiewicza: „do komunistów trzeba strzelać” i choć o „strzelaniu” do LGBT napisałem w cudzysłowie, pojawiła się obawa, iż cytat ten – zwłaszcza wpuszczony w medialny „głuchy telefon”, pomijający odautorskie zastrzeżenia – może zostać odebrany w sposób dosłowny”. Jakie „odautorskie zastrzeżenia”? Po co w ogóle się tłumaczyłeś, wyszło nieco mętnie?  

 

Uznałem, że warto się z tych słów wycofać, bo jeszcze weźmie je sobie do serca jakiś kretyn i rzeczywiście zacznie strzelać. Facet, który zamordował żonę Romana Polańskiego tłumaczył, że znalazł nakaz tego mordu w tekstach z „Białego Albumu” Beatlesów; a z kolei John Lennon został potem zamordowany przez psychofana zainspirowanego powieścią J.D. Salingera „Buszujący w zbożu”. Stwierdziłem, że jak odpuszczę z tym strzelaniem i użyję innych słów, to korona z głowy mi nie spadnie. Chodziło w końcu o to, że agresywna ideologia wyznawana przez środowiska LGTB jest czystym złem i świadomie, podstępnie stosowanym kłamstwem, więc należy ją zdecydowanie odrzucić, a nie z nią grzecznie „negocjować”. I ten przekaz do czytelnika i tak dotarł.  

 

Ale przeprosiłeś. Zmiękła ci rura.  

 

Nazywaj to jak chcesz. Włączył mi się w myśleniu swego rodzaju „program rezerwowy”, ewaluacja po fakcie – przypomniałem sobie o śp. Dariuszu Rosiaku, czy śp. Pawle Kulczaku, zamordowanych przez ludzi naładowanych politycznymi emocjami – a tekst funkcjonuje jednak w jakichś społecznych kontekstach. Zauważ, te przeprosiny zamieściłem już po tym, jak Interia podjęła decyzję o zakończeniu współpracy. Nie jestem tak zakochany we własnym pisaniu, by trzymać się kurczowo każdej literki i upierać, że „com napisał, napisałem” i już. I zawsze podkreślam, że nie oczekuję tego, by ludzie ślepo mi wierzyli, przeciwnie, mówię, sprawdźcie to sami, zweryfikujcie. Jest tak i tak, bo to, to i tamto – a  nie dlatego, że ja mówię, że jest tak i tak. Zawsze wkurzał mnie ten sposób myślenia, który chciała narzucić „michnikowszczyzna”: tego pana wykreowaliśmy na autorytet, to to, co on powie jako „autorytet” jest święte.  

 

Nie uznajesz autorytetów?  

 

Uznaję, ale najpierw sam je muszę zweryfikować. Jeśli sprawdzenie wypadnie pozytywnie, jeśli zorientuję się że mam do czynienia z osobą, która temat zgłębiła, to mogę jej wtedy zaufać i nawet przyznać: „tak, to jest autorytet”.  

 

Chyba ciężko być dziennikarzem w dzisiejszych realiach, gdy nie tylko brakuje miejsca na debatę, ale nawet od publicystów oczekuje się przyjęcia „służebnej roli” wobec wydawców, poruszających się w nakreślonych im przez polityczną poprawność ramach?  

 

Ja akurat zawsze byłem bardzo specyficznym dziennikarzem. Właściwie raczej pisarzem, kimś, kto „pisze publicystykę”. Stara się pokazać przyczyny i skutki jakiegoś zjawiska, powiązać fakty ze sobą. Odnosząc się do twojego pytania o stan dziennikarstwa w ogóle, powiedzmy sobie wprost: wolne media konają. Konają, bo kona demokracja. A przynajmniej jest w bardzo głębokim kryzysie. Każda republika opiera się bowiem na wolności dyskursu. A tzw. demokracja liberalna podchodzi do wolności słowa w taki sam sposób, jak w PRL-u „demokracja ludowa”, o której mówiliśmy, że tak się ma do demokracji bezprzymiotnikowej, jak krzesło elektryczne do zwykłego. W jaki sposób znaleźć pole do dyskursu, gdy praktycznie każde medium jest na pasku swoich sponsorów? W USA nazwali to „brand journalism”, u nas mówi się o dziennikarstwie „tożsamościowym”. Sprowadza się wszystko do tego, że produkowany przez ciebie „kontent” ma służyć lansowaniu tego „brandu”, który określają politycy albo jakaś grupa biznesowa. Takim brandem może być np. ekologia – ludzi straszy się wciskając kit o globalnym ociepleniu, aby stojący za brandem dostawcy odpowiednich technologii mogli je łatwiej sprzedawać. Brandem może też być oczywiście partia polityczna, tak jak Platforma Obywatelska dla TVN i „Gazety Wyborczej”, albo PiS dla stanowiących drugą stronę świętej wojny mediów państwowych.  

 

Demokracja kona, bo umierają wolne media?  

 

Nie, odwrotnie. Wolne media umierają, ponieważ jest problem z demokracją, która tworzyła popyt na swobodne wyrażanie myśli. To, co się dzieje dziś w świecie zachodnich „demokracji liberalnych” jest takim samym „putinizmem” jak system rosyjski – tylko w Rosji nie dba się o pozory, a na Zachodzie obłuda jest bogiem. Istotą sprawy jest potężna przewaga komunikacyjna władzy nad obywatelami, pozwalająca profilować ich myślenie, sterować nastrojami, na przykład naprzemiennie wzbudzać histerię albo apatię. W takiej sytuacji głosowanie staje się tylko rytuałem zatwierdzającym ustalenia podjęte w jakichś węższych, oligarchicznych kręgach i przekazane polityce i mediom „do wykonu”. Przyczyny degeneracji systemu leżą w sferze ekonomicznej – zanikła klasa średnia. Już Arystoteles to odkrył, że demokracja dobrze funkcjonuje, gdy opiera się na licznej grupie ludzi  niezależnych materialnie i zdolnych kontrolować swe polis. Gdy ta klasa średnia jest liczniejsza i od grupy oligarchów, i od plebsu, którym oligarchowie mogą łatwo manipulować – republika jest bezpieczna. A teraz tak nie jest. Dziś jest tak, że jak coś się nie spodoba oligarsze stojącemu za danym medium, jeśli coś się nie spodoba np. reklamodawcy, to dziennikarz wylatuje na zbity pysk. Wystarczy czasem jeden telefon.  

 

No właśnie. Witolda Gadowskiego zwolniono z Polskiego Radia. Elizę Michalik z „Superstacji”. Metody kneblowania opinii na szerszą skalę są jednak bardziej finezyjne. Na przykład niektórych dziennikarzy, szczególnie tych, których poglądy uznawane są za zbyt skrajne, ignoruje się – nie zaprasza, nie cytuje w mainstreamowych mediach itp. Nie boisz się, że po którejś z twoich wypowiedzi „po bandzie” i ciebie też coś podobnego spotka?  

 

Bać to się nie boję, ale liczę się z tym. Na szczęście córki mam już odchowane, nazbierałem trochę oszczędności, mam to i owo w nieruchomościach, słowem, zaznaję błogosławieństwa materialnej niezależności. Już na początku lat 90. XX wieku, chyba o ile pamiętam w 1994 roku, po zakończeniu współpracy z „Gazetą Polską”, podjąłem taką decyzję, by nie pracować na etacie, tylko funkcjonować jako wolny strzelec. I to się, jak dotąd, sprawdza. Jestem jednoosobową firmą, która nazywa się „Rafał Ziemkiewicz”, świadczącą usługi różnym zleceniodawcom w granicach tego, na co się zgadzam. Poza tygodnikiem „Do Rzeczy”, który współzakładałem, nie ma takiego medium, z którym bym się identyfikował na sto procent. Przez te blisko 30 lat mojej aktywności udało mi się sporo ludzi przekonać do tego, że ten Ziemkiewicz to może mówi mądrze, może głupio, ale mówi co on sam uważa, nie służy żadnej partii ani żadnemu brandowi. Są, owszem, ludzie, którzy uważają mnie na przykład za pisowca i bezkrytycznie kochają z tego powodu, że występuję w TVP. Ale i są ludzie, którzy mnie z tego powodu już „odgórnie” nienawidzą – swoją drogą, szkoda mi ich, dużo tracą. A ja po prostu mówię co uważam, ponieważ jedyne, co mnie chroni przed wszelkimi próbami zniszczenia ostracyzmem, wyrugowania, zamilczenia na śmierć, a przez trzy dekady sporo takich prób już było, jest ten kapitał zaufania, który zgromadziłem. Czyli czytelnicy, którzy kupują moje książki, klikają i zauważalnie podnoszą oglądalność programu, gdy ja się w nim pojawiam. Rozumiesz, wierność sobie to w moim wypadku nawet nie kwestia etyki, tylko zdrowego rozsądku. „I to jest moja droga”, że się znowu posłużę cytatem ze sławnej piosenki, i takiej drogi się  trzymam.  

 

Rozmawiał Robert Azembski  


 

Rafał Aleksander Ziemkiewicz

Rocznik 1964. Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Dziennikarz, publicysta, komentator polityczny i ekonomiczny, pisarz SF. Karierę publicysty rozpoczął jako felietonista „Najwyższego Czasu!”. Pracował w „Gazecie Polskiej”, po odejściu z redakcji został niezależnym publicystą. W swoje karierze publikował m.in. we „Wprost”, w „Newsweeku Polska”, „Przewodniku Katolickim”, „Rzeczpospolitej”, „Uważam Rze”. Współtworzył tygodnik „Do Rzeczy”.     

Skarpetki noszone trzy dni z rzędu – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS o tym, jak brytyjskie media wybierają premiera

Dwa kraje, Polska i Wielka Brytania, i dwa systemy wyłaniania premierów. Tam jest to zawsze lider ugrupowania, które wygrało wybory powszechne, w Polsce – niekoniecznie. Na Wyspach dotąd obowiązuje zasada: zwycięskie ugrupowanie bierze wszystko i w dość skomplikowanym procesie, wyłania ze swoich szeregów szefa partii i zarazem premiera. A królowa wybór akceptuje i powierza mu misję utworzenia rządu. 

 

Po rezygnacji Theresy May nie zdecydowano się na wybory parlamentarne – zapewne konserwatyści uznali, i słusznie, że nie byłoby to dla nich bezpieczne rozwiązanie. Więc obowiązuje inna, krótsza procedura. Najpierw z grupy kandydatów posłowie torysi wyłaniają finałową dwójkę, a potem 160 tys. członków partii, korespondencyjnie, dokonują ostatecznego wyboru szefa partii i zarazem premiera.  W głosowaniu w Izbie Gmin Boris Johnson otrzymał 160 głosów, a jego rywal Jeremy Hunt – 77. Teraz  odbywają spotkania w terenie, 22 lipca zakończenie głosowania, a 23 ogłoszenie wyników.  Trzeba dodać, że choć  Boris Johnson pozostaje na prowadzeniu, jego przewaga do Jeremy Hunta maleje. Jest oskarżany o brak szacunku dla rodziny – liczne romanse pozamałżeńskie, skutkiem czego jego wieloletnia żona Marina Wheeler  wyrzuciła  go z domu i wniosła pozew o rozwód – a teraz burzliwe kłótnie z nową partnerką Carrie SymondsJeremy Hunt od lat pozostaje w stabilnym związku z żoną Chinką. Interesujące, że cała kampania wyborcza obu delikwentów tylko w małym stopniu dotyczy programu, a znacznie częściej – zarzutów charakterologicznych i obyczajowych. W Wielkiej Brytanii, kolebce demokracji!

 

Jak  tamtejsze media kreślą sylwetkę Borisa Johnsona? Oczywiście, w lewicowych BBC, komercyjnej ITV, Guardianie, Independencie przedstawiany jest jako figura śmieszna i groteskowa, z burzą blond włosów, w niechlujnym garniturze i „asyryjskich”, nabytych w British Museum,  skarpetach, noszonych trzy dni z rzędu.  Twardogłowy entuzjasta Brexitu, który oczywiście pogrąży brytyjską gospodarkę w wieloletni kryzys i skłóci ją z całym światem. Portret Jeremy Hunta wygląda znacznie lepiej. Choć brytyjska opozycja z liderem Jeremym Corbynem na czele, oraz ich media,  wciąż  namawiają do rozpisania wyborów, mając nadzieję, że w tym totalnym chaosie i kompromitacji torysów, zdołają coś ugrać, a może nawet zastąpić ich na Downing Street.  Ale, ostatecznie, wspierają  Hunta. Brytyjska prasa konserwatywna jest mocno podzielona. The Daily Telegraph promuje Borisa Johnsona, Times stoi w rozkroku ze wskazaniem na Hunta, ale już prawicowy tabloid Daily Mail – najwyraźniej niszczy  zdeklarowanego pro-brexitowca Johnsona i stawia na jego umiarkowanego rywala. Spróbujmy prześledzić, jak wygląda  sytuacja na podstawie niezwykle popularnej i opiniotwórczej gazety – 3 mln egzemplarzy dziennie! – The Daily Maila.

 

Wprawdzie inteligentny i dawał sobie radę jako mer Londynu, ale kapryśmy i kontrowersyjny. A kiedy nabroi, znika jak Yellow Submarine” – nawiązuje do filmu Beatlesów  Daily Mail.  „Operuje okrągłymi hasłami i przejawia nadmierny optymizm, za którym nie podążają fakty – Churchill także był optymistą, ale robił wszystko, by realizować swoje plany. I był odważny nie tylko w słowach, ale i w czynach” – pisze tabloid.  Jak to należy odczytywać?  Że dla tej gazety  Boris Johnson jest zbyt wyrazisty programowo – ostatnie jego hasło „do or die!”, doprowadzić do Brexitu  do 31 pażdziernika lub umrzeć, najwyraźniej przestraszyło Daily Maila.  No i mnóstwo zarzutów obyczajowych. Jeden z czołowych  publicystów Daily Maila Stephen Glover pisze: „Czy ta hałaśliwa, nieprecyzyjnie wyrażająca się, wykrętna, okropnie wyglądająca figura, to naprawdę nasza jedyna narodowa nadzieja?” Glover  twierdzi, że Zjednoczone Królestwo potrzebuje kandydata, który stoi obiema nogami na ziemi, bo wiele jest do stracenia. Pomyślność gospodarki,  szansa na zarządzanie państwem bez ingerencji  Unii.  „Potrzebny jest polityk mądry  – pisze – odważny, z wizją właściwej drogi, który będzie trzymał marksizm z daleka od Downing Street. Patrząc na ostatnie dni kampanii, nie wierzę, aby to był Boris Johnson” – kończy Glover. I tu  akurat  ma  racje. Były mer Londynu jest nieprzewidywalny, odważny, lecz niekonsekwentny, bez wizji przyszłego państwa, a czy będzie trzymał lewicę z dala od rządzenia – oto jest pytanie.

 

Daily Mail cytuje także wiele innych negatywnych opinii o Johnsonie.  Przede wszystkim jego rywala Jeremy Hunta, który mówi: ”Nie interesuję się jego prywatnym życiem, ale te wieczne ucieczki przed mediami! Wygląda na to, że chce dostać się na Downing Street 10 tylnymi drzwiami!” Rzeczywiście, kiedy  ma jakieś kłopoty, znika jak „żółta łódż podwodna” i nie udziela wywiadów. A to nie zjawił  się na debatę kandydatów w Channel 4,  to znów pominął podobną w Sky News, odmawia innym.  Są i inne zarzuty, oto list byłego labourzystowskiego premiera, Gordona Browna: „BoJo jest sierżantem, rekrutującym ludzi do Narodowej Partii Szkocji i największym ryzykiem stabilizacji Wielkiej Brytanii od 312 lat” czyli  podpisania umowy o unii angielsko-szkockiej.  Z kolei kolega partyjny  Johnsona, minister handlu zagranicznego Liam Fox, doradza, żeby  unikał  incydentów jak  wielka kłótnia kochanków – którą sąsiedzi – labourzyści nagrali  i przesłali do Guardiana – „bo to wprowadza niepotrzebne zakłócenia kampanii i kierowanie dyskusji publicznej na boczny tor”.  Wierny donator partii konserwatywnej, John Griffin, 4 mln funtów, domaga się wyjaśnień, i  tylko wierni  sojusznicy jak kolega partyjny Jacob Rees – Mogg tłumaczą, że „nawet kandydat na premiera ma prawo do życia prywatnego” i  atakują sąsiadów, którzy upublicznili awanturę, nazywając ich „podglądaczami –  wojskiem Corbyna”.  Jednak dla wyborców  jest to sygnał, jak bardzo zmienił się stosunek torysów do spraw obyczajowych.

 

Media lewicowo-liberalne atakują Borisa Johnsona za to że „ma słaby team wyborczy”, „w tym żadnej kobiety”, że w 2018 roku tylko na wystąpieniach, artykułach do prasy  i tantiemach z książek  zarobił 1 mln funtów, jakby to był jakiś grzech, oraz że „zaskoczył przeciwnika radykalnym hasłem 'do or die’”, jakby nie miał do tego prawa. Chociaż najkrótszy program Johnsona wcale nie jest  radykalny, wręcz przeciwnie. „Przeprowadzić Brexit do Haloween, przeformatować partię jako nowoczesny progresywny konserwatyzm i być gotowym do pobicia opozycji Jeremy Corbyna”.  W istocie czym takie memento różni się od tego Theresy May? A jednak brytyjskie media wolą „Borysa Johnsona w wersji soft”, Jeremy Hunta, i robią wszystko, żeby to on zwyciężył w wyścigu wyborczym.

 

Kim jest ów przeciwnik, którego promują nie tylko brytyjskie media lewicowe, ale i spora część konserwatywnych? Były minister zdrowia, którego osiągnięć nikt nie może sobie przypomnieć oraz aktualny szef dyplomacji,  z podobnymi dokonaniami. Bezbarwny, pozbawiony charyzmy, najpierw zwolennik, a teraz  przeciwnik Brexitu, i gdyby jakimś cudem udało się go przepchnąć, byłaby to powtórka z Theresy May.  Podobno nie odrzuca możliwości opuszczenia Unii bez dealu, ale „byłaby to ostateczność”, i dopuszcza możliwość kolejnego przełożenia terminu rozwodu. Tak więc przyjazne mu media pełne są sympatycznych i uśmiechniętych fotek  Hunta, a to z wielką rybą na targu, a to popijającego  truskawkowy milkshake, a to kupującego orchidee dla swojej żony. „Wciąż tej samej!” zaznaczają lewicowi dziennikarze, znani przecież z przyjaznego stosunku do życia na kocią łapę  oraz  rozwodów.  A w międzyczasie kandydat rzuca dość niezborne hasła jak „obiecuję większy budżet na obronę, aby zatrzymać rosyjskie zagrożenie i pokazać, że nasz kraj wciąż jest militarną potęgą”.  Albo, zupełnie od Sasa –„odrzucam obniżenie kwoty imigrantów Theresy May do kilkudziesięciu tysięcy rocznie. Nie możemy stać się Little England”. Ciekawe, skąd weźmie fundusze na armię, skoro na Wyspy wciąż napływa ok. 280 tys. imigrantów rocznie, a „Little England”, tytuł sitcomu, to satyra na wszystko, co jeszcze do niedawna uchodziło za „prawdziwie angielskie”.  Jeremy Hunt, to także najbogatszy minister gabinetu Theresy May, ale lewicowe media jakoś nie mają mu tego za złe, a  uboższemu Johnsonowi – mają. Nawet tego, że wciąż powtarza: ”być biznesmenem, który osiągnął sukces, to rzecz pozytywna i wzorzec dla innych”. Tylko jakoś cicho o konserwatywnych wartościach, chrześcijańskich, o których torysi wspominali jeszcze za czasów Margaret ThatcherJohna Majora.

 

Jak bardzo zdeterminowany i zarazem cyniczny jest w istocie Jeremy Hunt, niech świadczy fakt, że po raz pierwszy od 40 lat opowiedział publicznie o tragedii, która zdarzyła się w jego rodzinie. Kiedy miał 2 lata i był kąpany razem  z paromiesięczną siostrą, dziewczynka utonęła. I teraz, ocieplając wizerunek, sięgnął po tamto zdarzenie. Opowiada też, że jego ulubionym filmem jest „Titanic”, „choć bardzo żal mu  jego pasażerów”, jako dziecko lubił bawić się kolejką, „pije wino, ale w sposób umiarkowany”. Nudy na pudy. A jego najbardziej zabawnym zawołaniem jest „call me Jeremy Stunt!”, gra słów Hunt i stunt, czyli  Mr Spryciarz.  Ma rację dziennikarz Henry Deeds, który pisze: ”były minister zdrowia przypomina sympatycznego pediatrę z lizakiem w kieszeni, który nagle podciąga rękawy i zaczyna boksować … powietrze”. Program dziurawy jak szwajcarski ementaler, „przeprowadzić Brexit,  pozytywny, otwarty i międzynarodowy”. Co to u diaska znaczy, nie był uprzejmy powiedzieć.

 

Tak więc i media lewicowo-liberalne i przynajmniej połowa konserwatywnych stawiają na kandydata umiarkowanego, Jeremy Hunta. Niby mają do tego prawo, ale kiedy przypomnimy sobie, że magnata medialnego Ruperta Murdocha nazywa się „producentem premierów”, rzecz wydaje się poważniejsza. Murdoch ze swoim Timesem (300 tys. nakładu) i  Sunem  (3 mln) pomógł wygrać  Johnowi Majorowi, potem, kiedy zmienił preferencje partyjne, Tony Blairowi, a następnie znowu konserwatyście Davidowi Cameronowi. A dziś w sukurs przychodzi mu lewica i Daily Mail z kolejnymi 3 mln nakładu. Nie wydaje się, żeby kiedykolwiek doszło do Brexitu a  torysi znowu powrócili do dawnych wartości. Rewolucja w brytyjskiej polityce się dokonała i nawet część konserwatywnych mediów strzeże, żeby nic złego jej się nie stało.

 

Elżbieta Królikowska-Avis

 

 

 

 

Chocholi taniec  – ŁUKASZ WARZECHA o głośnej polemice Roberta Mazurka z Danutą Holecką

Syzyfowa praca kontra chocholi taniec. Tak to mniej więcej wygląda. Syzyfem jest w tym wypadku Robert Mazurek, ale w tej roli występowało już kilku innych ważnych publicystów obozu konserwatywnego: Piotr Zaremba, Bronisław Wildstein, ja również.

 

Chocholi taniec wykonują Danuta Holecka, Jarosław Olechowski, Michał Karnowski i inni obrońcy status quo w TVP, a głównie w „Wiadomościach” (bo jednak pamiętajmy, że TVP to nie same „Wiadomości” i publicystyka).

 

Felietonowego listu Roberta Mazurka do Danuty Holeckiej nie będę streszczał – kto chce, znajdzie go na stronach „Rzeczpospolitej”. List w typowo Mazurkowej formie mówi o tym, co widzi każdy, kto nie ma klapek na oczach i o czym wspomniani przeze mnie publicyści pisali nieraz: że „Wiadomości” forsują w skrajnie prymitywny sposób nieznośnie wręcz nachalną propagandę nie ideologiczną nawet, ale wprost partyjną. Sądzę, że co do prawdziwości tej diagnozy nie ma w ogóle dyskusji. Warto zauważyć, że odtańcowujący chochole figury nawet z tym nie polemizują – używają innej argumentacji, o czym za chwilę. Sądzę, że doskonale rozumieją, co się w „Wiadomościach” dzieje. I Olechowski, i Holecka wiedzą, że to nie jest program informacyjny w ścisłym tego słowa znaczeniu. A może nawet w nieścisłym.

 

Nie będę opisywał tego, co i jak pokazują „Wiadomości”. Pobieżna kwerenda mediów społecznościowych pozwala odnaleźć multum opinii osób o poglądach konserwatywnych, w tym wyborców PiS, którzy stwierdzają, że sztandarowego programu „informacyjnego” TVP po prostu nie trawią. Że on ich obraża. Że w zupełnie jawny sposób chce z nich zrobić głupków. To piszą całkiem przypadkowi widzowie. A może raczej – w większości byli widzowie.

 

Robert Mazurek w swoim liście nie zwrócił uwagi na jedną jeszcze istotną rzecz, przeciwstawiając „Wiadomości” „Faktom”: że na „Wiadomości” składają się wszyscy obywatele. A to jednak rzecz kluczowa. Nie znaczy to, że pochwalać albo nawet akceptować można robienie tępej propagandy za prywatne pieniądze (choć akurat za prywatne ona bywa znacznie subtelniejsza). Jest to jednak inny kaliber niż opłacanie skrajnie nieobiektywnego i wykrzywionego przekazu pieniędzmi publicznymi.

 

Dlaczego Mazurek napisał swój list do Holeckiej? Prawdopodobnie dlatego, że mu się przelało. I ja to rozumiem – tym, którzy chcieliby traktować dziennikarstwo poważnie, musi się przelewać, gdy oglądają „Wiadomości”.

 

Jakich odpowiedzi doczekał się Mazurek?

 

Odpowiedziała mu Danuta Holecka. Odpowiedź wygląda, jakby została skopiowana z jakiegoś przekazu dnia, powielanego od kilku lat w obronie publicystyki w TVP: „Nie rozumiem dlaczego rozbicie przez »Wiadomości« TVP informacyjnego kartelu, który w III RP decydował o przekazach dnia, wywołuje w Tobie aż taką frustrację. Pierwszy raz od lat Polacy mają szansę zobaczyć rzeczywistość, która nie jest autoryzowana na Czerskiej. To chyba dobrze, że tak jest, nie uważasz?”. Trudno nawet z tym polemizować, bo te kilka zdań opartych jest na oczywistym chwycie erystycznym: Holecka pomija istotę sprawy, nie próbuje nawet przekonywać, że „Wiadomości” nie są programem informacyjnym tylko z nazwy, za to stwierdza, że w ten sposób rozbito „informacyjny kartel”. Oczywiste jest, że można go było rozbić, robiąc po prostu profesjonalny i rzetelny program informacyjny, a nie lustrzane odbicie „Faktów”, tyle że znacznie bardziej prymitywne w środkach.

 

Dalej Holecka: „Podkreślasz, że tak łatwo jest uderzać i atakować »Wiadomości«, ale Ty nie lubisz »śpiewać w chórze«. Wielokrotnie krytykowałeś »dziennikarstwo stadne«, więc co takiego się stało, że właśnie to robisz? Ustawiasz się z tłumem innych w pozycji cenzora i arbitra tego, co jest w mediach publicznych właściwe, a co nie. Zaczynasz mówić tym samym głosem, co Agnieszka Kublik i Tomasz Lis, którzy przez lata mieli absolutny monopol na tzw. prawdę. Czy tak bardzo chcesz zostać przytulony przez ten salonowy establishment, że musisz się im przypodobać?”.

 

Znam ten szantaż doskonale: nie można skrytykować niczego, co robią publiczne media, bo wtedy automatycznie „staje się po drugiej stronie”. No i oczywiście standardowe sugestie, że chce się być „przytulonym przez establishment”. Sam spotykałem się i spotykam z takimi zarzutami wiele razy. Gdybym miał się nimi przejmować, musiałbym nieustannie dostosowywać swoje opinie do tego, co mówi jedna lub druga strona sporu.

 

Dalej: „Bo znam Cię i nie wierzę, że jesteś tak małostkowy i pamiętliwy, że wciąż żywisz urazę, o to, że jednak nie pracujesz dla TVP”. Oczywiście – wszyscy krytycy TVP robią to z zazdrości i zawiści. Mali ludzie.

 

Czy ten tekst to Twoja inicjatywa, czy zapotrzebowanie na niego zostało ustalone w czasie kolejnego spotkania przy słynnym śmietniku? Robercie, ile listów otwartych napisałeś do mediów i dziennikarzy, którzy przez lata byli twarzami przemysłu pogardy?”. Czyli: „Dla kogo pracujesz i kto ci zapłacił” oraz „a co robiłeś, kiedy…?”.

 

Jedno można powiedzieć na pewno: odpowiedź Holeckiej trzyma standardowy poziom przekazu programu, któremu szefuje.

 

Teraz będzie dłuższy cytat z tekstu Michała Karnowskiego. Osoby wrażliwe na specyficznie pompatyczny styl z góry przepraszam.

 

„Warto jednak obserwując te ataki pamiętać, że gdyby nie te tak atakowane punkty oporu wobec medialnych walców III RP, już dawno mielibyśmy powtórkę z roku 2007. Wtedy dobre dla Polski rządy rozwalono bezwzględną nawałnicą. A potem było zaszczuwanie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wreszcie Smoleńsk i hańba posmoleńskiej pogardy.

Tamte lekcje (i wiele innych, od 1989 i 1992 roku począwszy) na szczęście zostały przez obóz propolski zapamiętane. Zrozumiano, że bitwa o kształt Polski wymaga przeciwstawienia się hordom orków pałujących wszystko, co święte dla Polaków, w sposób bardziej zdecydowany niż obrotowe felietony w przejętej pod śmietnikiem gazecie. Przyjęto do wiadomości, że mając na karku tak brutalnych medialnych przeciwników, trzeba znaleźć w sobie siłę do walki. Nie do zniesmaczenia, nie do mlaśnięcia z odrazą, ale do twardej, codziennej walki o obronę demokratycznego werdyktu. O elementarny pluralizm, który dziś – na poziomie całego rynku – jest pełen, co w III RP stanowi duże novum. […]

I rozumiem, że wielu nie chce brać w wojnie z orkami udziału. Bo oberwać można, bo nieprzyjemnie, bo dzieci prześladują (co podpowiadał gawiedzi Jacek Żakowski już w roku 2016). Widzę te wybory, te przejścia do przedpokojów Salonu III RP i naprawdę rozumiem, żalu nie mam”.

 

Mamy tu wszystko to, co niektórzy, najbardziej korzystający z obecnego układu, próbują uparcie powtarzać. A więc nazywanie siebie samych „obozem propolskim” (Mazurek, Zaremba, ja sam to najwyraźniej nie jest obóz „propolski”, a może nawet wprost antypolski), maksymalnie wzmożenie, forsowanie poglądu, że trwa wojna, więc nie sposób myśleć o jakichś tam standardach. Słusznym wolno wszystko. No i wreszcie diagnozę, że każdy, kto się nie zgadza na maksymalne medialne przegięcie, ślini się w „przedpokojach” III RP. Pisałem już wielokrotnie, ale powtórzę: to są metody Adama Michnika, którymi naczelny „Gazety Wyborczej” starał się kiedyś – z sukcesem – zdyskredytować swoich oponentów w taki sposób, żeby w ogóle nie trzeba było z nimi podejmować polemiki.

 

Karnowski sięga też po przykład amerykańskiej Fox News. Przykład w oczywisty sposób niecelny, i to podwójnie. Po pierwsze – bo Fox News to stacja prywatna. Po drugie – bo Fox News nie wspiera Donalda Trumpa bezwarunkowo, a w kwestiach niektórych jego zachowań wobec dziennikarzy wobec prezydenta USA opozycyjnych była absolutnie krytyczna. Fox News to na pewno stacja prorepublikańska, lecz z całą pewnością nie telewizyjny biuletyn administracji Trumpa.

 

Można mieć do tekstu Mazurka różne zastrzeżenia, można twierdzić, że passus o ubieraniu w mundury jest zbyt ostry. Nie zmienia to faktu, że Mazurek pisze o realnym problemie, a repliki nawet istnienia tegoż problemu nie kwestionują. Ich wydźwięk jest taki, że „owszem, przeginamy i przeginać będziemy, bo my walczymy dla Polski, a wy nie, więc tak musi być”.

 

Wierzę, że nie musi. Pozostaje mi jedynie – co robiłem tu już kilkakrotnie – zaproponować, żeby zorganizować w końcu debatę o tym, jak wyglądają informacje i publicystyka w TVP. Nie wiem, jak Mazurek, ale ja w takiej debacie chętnie wezmę udział, broniąc swojego poglądu – o ile swojego gotowi będą publicznie bronić Karnowski, Holecka, Olechowski.

 

Łukasz Warzecha

Propaganda nie może zastąpić dziennikarstwa – WOJCIECH POKORA o manipulacji „Więzi” i „Gazety Wyborczej”

15 lipca 1410 roku doszło do jednej z ważniejszych bitew w dziejach naszego kraju. Oto, jak ogłosił Zygmunt Luksemburski, „wrogowie Chrystusowego Krzyża” sprzymierzeni ze schizmatykami (prawosławni Rusini), poganami (Litwini i Żmudzini), a także innowierczymi „saracenami” (Tatarzy) pokonali przedstawicieli chrześcijańskiego Zachodu, którzy stali w jednym szeregu z rycerzami Zakonu Najświętszej Marii Panny, potocznie zwanymi „Krzyżakami”. Nie, to nie jest zabieg publicystyczny, tak w propagandzie przedstawiono bohaterów bitwy pod Grunwaldem. Siła tej propagandy była tak duża, że jeszcze dwa lata po bitwie Zygmunt Luksemburski szukał chętnych do antypolskiej krucjaty.

 

Wojna propagandowa nie jest wymysłem XXI wieku i niestety, jej pierwszą ofiarą jest prawda. Od razu po przegranej bitwie, Krzyżacy rozesłali na europejskie dwory poselstwa, informując, że oto chrześcijański świat przegrywa z barbarzyńcami i potrzebna jest natychmiastowa pomoc z zewnątrz, by ocalić honor Kościoła. Zapewne zabieg ten by się powiódł, gdyby nie dyplomatyczne działania Jagiełły i udział polskiej delegacji na Soborze w Konstancji, gdzie ostatecznie udowodniono kłamstwo agresorom. To nic, że mieliśmy bezsprzecznie rację i zwyciężyliśmy w boju. Bez sprawnej dyplomacji pod wodzą Pawła Włodkowica (i nieco bardziej dyskusyjnej Mikołaja Trąby), zostalibyśmy wykluczeni z obszaru tzw. cywilizacji zachodniej.

 

Niestety ziarno raz zasiane będzie rosło, gdy trafi na podatny grunt. Do dziś w debacie pobrzmiewają echa krzyżackiej propagandy i zdarza się, że ktoś użyje „średniowiecznych” argumentów w całkiem współczesnej debacie. Jak kilka lat temu reżyser Janusz Kijowski, zabierając głos w debacie o sensie polskich powstań i patriotyzmie, zapytał: co jest porywającego w fetowaniu bitwy średniowiecznej, gdzie azjatycka dzicz starła się z cywilizacją zachodnią? Co za sens wydawania milionów na bitwę pod Grunwaldem?

 

Kłamstwo jako element wojny, dziś nazywanej hybrydową, towarzyszy nam zatem od wieków. I na wieki zaszczepia wirusa wątpliwości. Elementy tej wojny dostrzegamy w większości konfliktów, w które uwikłana była Polska, szczególnie gdy zależało na osłabieniu jej pozycji w Europie. Tomasz Łysiak pisał w jednym z felietonów o tym, jak Rosjanie w XIX wieku rozpętali propagandową wojnę o wizerunek Polski we Francji i Anglii. Zajęli się tym urzędnicy III Wydziału Osobistej Kancelarii Cesarskiej (czyli rosyjskiego wywiadu) instalując w środowiskach emigracyjnych agentów i prowokatorów. Jednym z nich był Julian Bałaszewicz vel Albert Potocki, który pisując pod pseudonimami do rożnych gazet, prowadził sam ze sobą polemiki skłócające środowiska niepodległościowe. To on uczynił w oczach Zachodu szaleńcem Ludwika Mierosławskiego, co zresztą w opinii o Mierosławskim pobrzmiewa do dziś, bo taka łatka przywarła do niego na stałe – nierealistycznego wariata. Co ważniejsze, rosyjski aparat władzy przećwiczył walkę propagandową wykazując jej skuteczność. Dziś ją tylko rozwija i doskonali. Nie wymyśla niczego na nowo.

 

Należy pamiętać, że Kościół niemal za każdym razem padał ofiarą tej samej wojny propagandowej, na równi z naszą państwowością. Walka ta uwidoczniła się szczególnie w okresie komunizmu. To wówczas przekonywano o istnieniu ciemnogrodu i Kościoła postępowego, z którym trzymać powinna intelektualna elita kraju. Wówczas zaprzęgano literatów do wyrażania poparcia do antykościelnych działań, jak w lutym 1953 roku, gdy księża oczekiwali w celach śmierci na wykonanie wyroku, a grupa literatów krakowskich, wśród których była m.in. Wisława Szymborska, podpisała i przekazała władzom rezolucję mającą potwierdzić poparcie społeczne dla „procesu krakowskiego„. Wówczas też stworzono twór zwany „księżmi patriotami”, którzy dla kariery i stanowisk występowali przeciw hierarchii kościelnej.

 

Nie mogę w innym kontekście rozpatrywać ostatnich wybryków redaktorów „Więzi” i „Gazety Wyborczej”, którzy publikują „ewangeliczny list biskupów w sprawie osób LGBT i praw pracowniczych”. Fałszywka ma zwieść czytelników, którzy nie doczytają tekstu do końca (a w przypadku Gazety Wyborczej, nie wykupią dostępu do płatnego serwisu), by dowiedzieć się, że „tekst powstał w reakcji na oświadczenie Rady Konferencji Episkopatu Polski ds. Apostolstwa Świeckich z 5 lipca 2019 r.” i „w rzeczywistości nie jest to list polskich biskupów, ale tekst napisany przez Bartosza Bartosika, który życzyłby sobie i wszystkim, aby dokumenty polskich hierarchów kościelnych zawierały treści bardziej ewangeliczne, a mniej publicystyczne”.

 

Czemu służy taka publikacja? Zdaniem mecenasa Jerzego Kwaśniewskiego, prezesa Instytutu Ordo Iuris – fałszywka przypomina poziom carskiej Ochrany piszącej „Protokoły mędrców Syjonu”. To mocne oskarżenie, bowiem „Protokoły...” służyły za pretekst i uzasadnienie antysemityzmu na początku XX wieku. Chcę wierzyć, że wybryk wymienionych redakcji, to element „zabawy intelektualnej”, która w żadnym wypadku nie jest dopuszczalna, ale która nie ma jednak na celu uzasadnianie antychrześcijańskich wystąpień. Wpisuje się raczej w szerszy kontekst swoistego „kulturkampfu” i podporządkowywaniu Kościoła doraźnym działaniom politycznym, ale daleko mu do nawoływania do fizycznej eliminacji jego członków.

 

Jednak przyzwolenie na tego typu zabiegi, szczególnie na wykorzystywanie do tego prasy, zasługuje na potępienie i do tego będę zachęcał Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Media nie służą bowiem do „urabiania” postaw obywateli do poglądów ich pracowników i powinny w pierwszej kolejności trzymać się standardów, a nie wyznaczonej przez jakieś redakcyjne kolegium misji. Kłamstwo i manipulacja nigdy nie mogą być elementem pracy dziennikarza, ani misją jakiejkolwiek redakcji. Bez względu na cel i idee, którym mają niby służyć.

 

Wojciech Pokora

Sięganie pod dno – ŁUKASZ WARZECHA o sondażu, z którego wynika, że Polacy nie mają zaufania do mediów

IPSOS jak co roku zbadał zaufanie do mediów. Sondaże przeprowadzono w 27 krajach (w Europie są to m.in. Belgia, Francja, Niemcy, Wielka Brytania czy Węgry, poza Europą – Kanada, USA, Malezja, Meksyk, Rosja, Peru czy Arabia Saudyjska). Wyniki dotyczące Polski są alarmujące.

 

Nie mamy tutaj do czynienia z raportem w stylu tych o wolności mediów, o których dwukrotnie w ostatnim czasie pisałem na portalu SDP. To nie jest badanie oparte w jakimkolwiek stopniu na subiektywnej ocenie wyselekcjonowanych ekspertów lub obserwatorów, od dawna współpracujących z daną organizacją i dość dowolnie dobierających sobie rozmówców lub dostrzegających tylko to, co chcą dostrzec. To klasyczne badanie opinii publicznej prowadzony w sieci, a następnie doważane w taki sposób, żeby próba była możliwie reprezentatywna dla całości społeczeństwa. Nie dotyczy to wszystkich badanych krajów, ale Polski – tak. Próba to prawie 20 tys. respondentów z 27 państw. Mówimy zatem o sondażu, który z dużym prawdopodobieństwem oddaje faktyczny stan zaufania do mediów.

 

Pytania podzielono w większości na dotyczące trzech źródeł informacji: gazet (w tym tygodników), radia i telewizji oraz internetu. Są też pytania dotyczące osób, które odbiorcy znają z sieci lub osobiście, ale te tutaj pomijam.

 

Bardzo wysoki jest u nas poziom nieufności wobec gazet. Ufa im 29 proc. badanych, nie ufa aż 65 proc. (sumuję tu odpowiedzi „bardzo” i „raczej” po obu stronach, reszta to odpowiedzi „nie wiem”). Gorzej jest tylko w Serbii.  I to w sytuacji, gdy w instynktownym przekonaniu zapewne większości środowiska dziennikarskiego to właśnie prasa drukowana powinna być ostoją wiarygodności w porównaniu na przykład z Internetem. W końcu słowo pisane zostaje, można je najłatwiej zweryfikować. Średnia dla 27 państw wynosi odpowiednio 47 i 48 proc. Spora grupa respondentów wskazała też, że ich zaufanie do gazet zmalało w ciągu ostatnich pięciu lat: 43 proc. Wzrost zaufania wskazało jedynie 8 proc. Większość z mających wyrobione zdanie Polaków uważa, że gazety prezentują znaczną lub dużą liczbę fałszywek informacyjnych (fake news): 47 proc. wobec 41 będących przeciwnego zdania.

 

Niezwykle ważne jest pytanie o to, czy zdaniem badanych dane źródło informacji ma dobre intencje, przekazując wiadomości. Dla gazet ten wynik w przypadku Polski to ledwo 30 proc. Gorzej jest, co ciekawe, Na Węgrzech (24 proc.) i w Serbii (18 proc.).

 

Jeszcze gorzej jest w przypadku radia i telewizji (bez podziału na publiczne i prywatne). Zaufaniem darzy je tylko 27 proc. odbiorców, nie ufa 67 proc. O spadku zaufania w ciągu pięciu lat mówi 48 proc. badanych, o wzroście – 10 proc. O przewadze fałszywek jest przekonanych aż 53 proc. badanych wobec zaledwie 37 mających odmienne zdanie. W dobre intencje wierzy natomiast więcej Polaków niż w przypadku gazet – 33 proc.

 

Wiarygodniejszy od obu tradycyjnych źródeł okazuje się internet: 31 proc. zaufania wobec 62 proc. nieufności. Tu w ciągu pięciu lat zaufanie zmalało u 36 proc. respondentów, a wzrosło u 11 proc. Natomiast w przypadku internetu najwyższy spośród trzech źródeł informacji jest odsetek przekonanych, że mamy tam do czynienia ze znaczną liczbą fałszywek: 56 proc. wobec 33 proc. Wskazania na dobre intencje to 36 proc.

 

Internet wygrywa też w zestawieniu źródeł informacji, najlepiej „obsługujących” odbiorców. Na gazety wskazało w Polsce (odpowiedzi „bardzo” i „raczej”) 45 proc., na radio i telewizję – 47 proc., zaś na internet – 56 proc.

 

No i wreszcie to, co wydaje się w polskim kontekście być może najistotniejsze, bo najpełniej maluje problem: ocena publicznych mediów. Odpowiedzi na pytanie, czy polski publiczny nadawca zapewnia odbiorcom to, czego oczekują, twierdząco odpowiada 32 proc., przecząco – 31 proc., a 37 proc. nie ma zdania.

 

Zaskakująco wypada odpowiedź na pytanie, czy publiczni nadawcy są zbędni (obsolete). Polska wylądowała tu na drugim po Rosji miejscu z 45 proc. odpowiedzi twierdzących wobec 26 proc. przeczących i 29 bez opinii. Zdecydowana większość mających opinię uważa, że nadawca publiczny nie oferuje programu wysokiej jakości: to równo 50 proc. wobec 27 proc. będących odwrotnego zdania oraz 24 bez opinii. I wreszcie pytanie, w odpowiedzi na które Polska zdecydowanie się wybija: „Czy uważasz, że publiczny nadawca różni się od prywatnych?”. Zsumowane odpowiedzi „tak” i „raczej tak” dają w Polsce aż 68 proc. Odpowiedzi „nie” i „raczej nie” – ledwie 10 proc. Druga w kolejności jest Rosja, gdzie odpowiedź twierdząca to 59 proc. Dla porównania – w Wielkiej Brytanii to 38 proc., we Francji – 32 proc., w Niemczech – 52 proc. Średnia ze wszystkich badanych krajów to 47 proc. na „tak” i 15 proc. na „nie”.

 

Co to wszystko znaczy? W największym skrócie – tyle, że media notują w Polsce dramatyczny zjazd, gdy idzie o rolę, jaką sami sobie lubimy przypisywać – kontrolerów życia publicznego, szukających prawdy w imieniu odbiorców i pokazujących ją im. Olbrzymi poziom nieufności wobec wszystkich rodzajów mediów w Polsce powinien być sygnałem alarmowym. Sondaż IPSOS-u nie daje nam odpowiedzi na pytanie, dlaczego zaufanie jest tak niskie, ale można spróbować na nie odpowiedzieć.

 

Częściowo wskazywałem już na możliwe przyczyny w swoich tekstach na portalu SDP. Jako że ogromna część mediów bierze udział w politycznej – ba, czysto partyjnej grze, nazywając to obłudnie „tożsamością”, ich odbiorcy z obu stron sporu są szczęśliwi, że ich poglądy są potwierdzane, lecz zarazem zdają sobie sprawę, że to tylko gra w dwa ognie, spektakl i udawanie. Że tak naprawdę media, które lubią, tylko udają, że są mediami, a tak naprawdę są partyjnymi przybudówkami. Ponieważ pytania w sondażu dotyczą ogólnie zaufania do mediów danego typu, bez podziału, rzecz jasna, na media z punktu widzenia pytanego „słuszne” i „wraże”, można założyć, że odpowiedzi są wypadkową tego, czy dany respondent miał w danym momencie bardziej na myśli te „słuszne” – wtedy odpowiadał, że zaufanie ma – czy bardziej te wraże – wtedy odpowiadał, że zaufania nie ma. Ciekawy, choć chyba mało zaskakujący rezultat przyniosłoby badanie, w którym media oraz respondentów podzielono by według ich sympatii politycznych.

 

W badaniu IPSOS mamy tego namiastkę w pytaniach o to, czy publiczni nadawcy różnią się od prywatnych oraz o to, czy publiczny nadawca jest zbędny. Przytłaczająca większość odpowiedzi „tak” w pierwszym przypadku zawiera zapewne i tych, którzy pytani o szczegółową ocenę powiedzieliby, że owszem, różnią się, bo pokazują szczerą, propolską prawdę, a nie kłamstwa, jak prywatna „szczujnia”; i tych, którzy oceniają, że media publiczne to odrażająca propaganda za publiczne pieniądze, inaczej niż rzetelne i uczciwe media prywatne. Obie grupy łączy paradoksalnie przekonanie o różnicy między mediami prywatnymi a publicznymi. Te niemal 70 proc. jest miarą polskiej polaryzacji w ogóle, a także polaryzacji konkretnie w mediach.

 

Z kolei aż 45 proc. twierdzących, że publiczni nadawcy są zbędni, wobec 26 proc. będących odwrotnego zdania, nie daje się w pełni wytłumaczyć nawet podziałem politycznym. Można by przecież założyć, że niezbędności mediów publicznych będą bronić zwolennicy PiS, a o ich zbędności będą przekonani przeciwnicy partii rządzącej. Tymczasem widać, że liczba broniących mediów publicznych jest wyraźnie mniejsza niż elektorat PiS, a liczba uważających, że mogłoby ich nie być – wyraźnie wyższa niż elektorat twardej opozycji. Wytłumaczenia można szukać jedynie w tym, jak Polacy o różnych sympatiach partyjnych oceniają jakość publicznych mediów.

 

Można zatem powtórzyć pytanie, które wielokrotnie tutaj już stawiałem: co jeszcze musi się stać z polskimi mediami, jakiego dna lub jak głęboko pod dno muszą sięgnąć w swojej dyspozycyjności, jak mocno muszą podbijać bębenek tym, którzy trzymają rękę na kasie, państwowej lub prywatnej, żebyśmy zauważyli, że podcinamy gałąź, na której sami siedzimy? I od razu mogę sobie odpowiedzieć: nie ma chyba takiej granicy. Mimo jasnych i niebudzących wątpliwości syndromów głębokiego kryzysu, wynikającego z aliansu mediów z polityką, nie widać woli, aby o tym problemie choćby porozmawiać. A już zwłaszcza porozmawiać inaczej niż zgodnie ze z góry przyjętymi rolami w politycznej kłótni.

 

Łukasz Warzecha

Syndrom oblężonej twierdzy – ks. ARTUR STOPKA o komunikacji w Kościele

Problem komunikacji w Kościele katolickim w Polsce potrzebuje pilnych i dobrych rozwiązań. Najpierw jednak musi zostać szeroko uświadomiony i zrozumiany.

 

Niektórzy eksperci i publicyści już od dłuższego czasu przebąkiwali, że Kościół katolicki w Polsce ma problemy w sferze komunikacyjnej. Wskazywali, że w pewnych kwestiach jego przekaz jest niespójny, a brak wewnętrznego dialogu powoduje dezorientację i narastające podziały wśród wiernych. Sugerowali i przewidywali, że na dłuższą metę zaowocuje to poważnym uszczerbkiem wizerunku Kościoła jako instytucji oraz przyniesie szkody wspólnocie. Nie były to jednak głosy na tyle silne, aby zaowocować jakimiś konkretnymi działaniami. Dominowało przekonanie, że pozycja Kościoła w Polsce jest wystarczająco mocna, a aktywność w sferze komunikacyjnej na tyle sprawna i sprawdzona, że nie są potrzebne jakieś znaczące zmiany. Triumf święciła zasada: „Po co ruszać coś, co jakoś funkcjonuje?”.

 

Własna agenda

 

Zarówno w komunikacji „ze światem zewnętrznym”, jak i wewnątrz Kościoła, wobec pojawiających się problemów stosowano więc niemal wyłącznie specyficzny rodzaj komunikacji reaktywnej, który – jak się okazało – skutkował utwierdzaniem zarówno wśród licznych duchownych różnego szczebla, a także sporej części wiernych świeckich, syndromu oblężonej twierdzy. Kościół w Polsce nie podjął próby wprowadzenia do społecznej debaty własnej agendy tematów. Nie bez powodu w maju br. w wywiadzie dla „Do Rzeczy” Tomasz Terlikowski mówił: „Polski katolicyzm potrzebuje silnego zaplecza intelektualnego. Tak, żeby to on wyznaczał agendę, a nie był odpowiedzią na agendę wyznaczaną przez przeciwników Kościoła. Zamiast się wdawać w kolejne wojenki, należy wreszcie pewne tematy zacząć dyktować”. Znany publicysta przyznał, że do tego faktycznie konieczne są media i silne instytucje. Zwrócił też uwagę, że w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia Kościołowi w jednej kwestii udało się odnieść sukces właśnie dzięki temu, że to on wyznaczył temat. Chodzi o prawną ochronę życia ludzkiego. Jednak łatwo zauważyć, że od tamtych czasów Kościół w naszym kraju znajduje się głównie w komunikacyjnej defensywie, a gdy próbuje przejąć inicjatywę (jak np. w sprawie korytarzy humanitarnych dla imigrantów), ponosi spektakularną klęskę.

 

Zgodnie z przysłowiem „Na pochyłe drzewo każda koza skacze”, słabość komunikacyjną Kościoła w Polsce zaczęto na różne sposoby wykorzystywać. Można powiedzieć, że w ostatnich kilkunastu miesiącach nastąpiło apogeum tego rodzaju zjawisk.

 

Punkt kulminacyjny i test

 

Pod pewnymi względami punktem kulminacyjnym okazał się film fabularny Wojciecha Smarzowskiego „Kler”. Reżyser kojarzony z ostrymi i bezkompromisowymi portretami różnych grup polskiego społeczeństwa, stworzył nie tylko sugestywny obraz duchowieństwa katolickiego. Przy okazji upowszechnił i utrwalił wiele schematów myślowych dotyczących Kościoła, jego funkcjonowania i miejsca w aktualnej rzeczywistości naszego kraju. Wielomilionowa widownia dzieła Smarzowskiego (dla niektórych będąca zaskoczeniem) pokazała, że istnieje w Polsce spore zapotrzebowanie na pewien sposób mówienia o Kościele i pokazywania go, zwłaszcza w wymiarze instytucjonalnym. Z drugiej strony ujawnił kompletną bezradność komunikacyjną Kościoła wobec tego typu przekazu o nim samym. Nie pojawiły się nawet próby potraktowania cieszącego się ogromną oglądalnością filmu jako okazji do podjęcia szerokiej debaty o Kościele w naszej Ojczyźnie, o jego aktualnej sytuacji, o tym, jaką rolę odgrywa, a jakie są wobec niego oczekiwania.

 

Jak można było przewidzieć, faktycznym testem możliwości komunikacyjnych Kościoła w Polsce stała się sprawa nadużyć seksualnych duchownych wobec nieletnich. Okazały się one znikome. W rezultacie doszło do kilku bardzo bolesnych wpadek. Co najmniej dwie z nich jeszcze długo będą stanowiły poważne obciążenie dla wszelkich wysiłków komunikacyjnych Kościoła na tym polu. Pierwsza to wypowiedź abp. Józefa Michalika z roku 2013 o „lgnących dzieciach”. Druga to konferencja prasowa z marca br., podczas której prezentowane były i komentowane przez wysokich przedstawicieli Konferencji Episkopatu Polski wyniki kwerendy diecezjalnej w kwestii nadużyć księży. Zarówno pierwsza, jak i druga są dowodem zupełnego braku nie tylko strategii komunikacyjnej w Kościele w Polsce, ale nawet doraźnych rozwiązań umożliwiających zbudowanie skutecznego przekazu w jednej, konkretnej, bardzo istotnej sprawie.

 

Zaledwie dni

 

Na takim tle pojawił się w maju film braci Tomasza i Marka SekielskichTylko nie mów nikomu”. Sprawnie zrealizowana produkcja umieszczona w bezpłatnym dostępie w Internecie szybko uzyskała dziesiątki milionów odsłon. Okazała się odporna na próby zignorowania jej przez niektórych przedstawicieli episkopatu, których skrajnym przykładem jest przede wszystkim brak wypowiedzi choćby jednego biskupa przed kamerą. Co więcej, wywołała refleksję nad kwestiami komunikacyjnymi w Kościele w Polsce. Jej praktycznym skutkiem okazało się przede wszystkim „Słowo biskupów do wiernych” zatytułowane „Wrażliwość i odpowiedzialność”. Dokument taki miał się pojawić już wiele miesięcy wcześniej, jednak wciąż jego przyjęcie przez episkopat okazywało się niemożliwe. Po filmie Sekielskich redagowanie listu zostało sfinalizowane wciągu zaledwie dni.

 

W pewnym sensie efektem filmu „Tylko nie mów nikomu” jest też przebieg konferencji prasowej w związku z wizytą w Polsce abp. Charles Scicluny, będącego w Kościele powszechnym „twarzą” walki z nadużyciami seksualnymi duchownych wobec nieletnich. Spotkanie z dziennikarzami poprowadził tym razem nie rzecznik KEP, lecz koordynator medialny Centrum Ochrony Dziecka ks. Piotr Studnicki. Po udostępnieniu filmu mówił on m. in. „Chcemy w systemie usprawnić komunikację Kościoła, postawić nacisk na lepszy przepływ informacji. Film braci Sekielskich pokazał, że często ksiądz jest usunięty z kapłaństwa, a podaje się za kapłana. Nieraz brakuje płynnej komunikacji z wiernymi”.

 

Rachunek sumienia

 

Kwestie komunikacji poruszył również w czerwcowym wywiadzie dla Katolickiej Agencji Informacyjnej o. Adam Żak, stojący na czele COD. Zwrócił uwagę, że potrzebna jest równowaga, żeby nie rozwiązywać kryzysu tylko na sposób komunikacyjny, lecz realnie, tak, „żeby komunikacja miała co zakomunikować”. Dodał, że sprawa komunikacji, to jedna z wielkich bolączek ostatnich lat, mówiąc zarówno o komunikacji ze społeczeństwem, jak i o tej z wiernymi. „Swoją drogą, media katolickie też powinny zrobić sobie rachunek sumienia, bo oportunistycznym sposobem działania przyczyniały się do tego, że dziś wierni stoją pod rynną, już nawet nie pod deszczem. Ale komunikacja nie ma stwarzać faktów, tylko o nich informować” – zauważył.

 

O tym, że zaczyna się zrozumienie dla znaczenia komunikacji w Kościele świadczyć też może obecność znanej dziennikarki Pauliny Guzik na szkoleniu dla diecezjalnych i zakonnych delegatów ds. ochrony dzieci i młodzieży we Wrocławiu.

 

Wciąż jednak mamy do czynienia z działaniami incydentalnymi, związanymi tylko z jedną trudną kwestią, z jaką musi się mierzyć Kościół w Polsce i raczej z symptomami, że problem komunikacji wreszcie dociera do świadomości przynajmniej niektórych. Dają one mimo wszystko nadzieję na strategiczne i systemowe rozwiązania w przyszłości. Pytanie – w jak odległej przyszłości.

 

Ks. Artur Stopka

Nie chodzi o tort, tylko o przepis na tort – MIROSŁAW USIDUS o wojnie jaka toczy się o reklamę

Myślicie, że to Google i Facebook wymyśliły targetowane behawioralne, spersonalizowane i podawane podług profilu użytkownika reklamy? Nie. Wymyśliliśmy to w 1996 roku my, członkowie zespołu „Rzeczpospolitej Online”. I nie tylko my, ale także wielu innych ludzi z wielu innych dużych firm medialnych, którzy we wczesnych latach Internetu próbowali znaleźć sposób na biznes w sieci.

 

Odwiedzający serwis gazety miał mieć swój profil, rejestrowaną historię odwiedzin, znane nam zainteresowania i na tej podstawie miały być mu serwowane treści, personalizowana strona wraz oczywiście z precyzyjnie  wycelowanymi reklamami. Dziś, powiecie, to oczywiste. Tak działają najpopularniejsze serwisy społecznościowe, tak działają wyszukiwarki. A wtedy? W latach 90-tych? Też to było oczywiste dla osób, które poznały Internet, rozumiejąc, na czym polega, co oferuje i jak można go wykorzystać.

 

Więc geniusze z Google czy Facebooka wcale nie wymyślili modeli reklamowych i biznesowych, które teraz tak suto monetyzują. O nie. Wymyślili inne rzeczy, bardziej ze sfery techniki i programowania, ale nie o tym jest ten tekst. Dlaczego więc, choć przyszli do Internetu później niż znakomita większość firm z branży „starych mediów” i nie mieli pomysłów rewolucyjnie lepszych od prekursorów takich jak my w latach 90-tych w „Rzepie” czy wielu innych przedstawicieli prasy, to oni ostatecznie zdominowali i właśnie teraz już zmonopolizowali rynek reklamy w Internecie?

 

Odpowiedź na to pytanie, jeśli czyta się różnych branżowych analityków, wydaje się znana, ale wciąż jedynie częściowo. Ma się wrażenie, że wciąż powstaje. Wciąż poszukujemy pełnego wyjaśnienia, jak to się stało, że tradycyjne środki masowego przekazu nie potrafiły odtworzyć w sieci niezwykle lukratywnego biznesu, dzięki któremu kwitły jeszcze kilka dekad temu.

 

Spadek i próby nadrabiania

 

Obecnie już z pewnością nie kwitną, choć dla polskiego rynku dane na temat wpływów z reklamy w prasie nie zawsze są klarowne, bo rządzą w dużym stopniu czynniki polityczne. Jaśniej to wygląda na nieco normalniejszym rynku. W latach 2008-2015 przychody z reklam prasowych w USA spadły o 61 proc. i to wydaje się bliższe rzeczywistości także w innych krajach, gdy o reklamach decyduje wyłącznie rynek.

 

Spadek dochodów reklamowych wydawnictwa od wielu lat próbują nadrobić sprzedażą subskrypcji, płatnych dostępów do treści, e-wydań i wielu podobnych rozwiązań nawiązujących do dawnej sprzedaży egzemplarzowej.

 

Badania przeprowadzone przez American Press Institute w 2016 r. wskazują, że tzw. paywalle, czyli zamykanie treści serwisów internetowych w modelach prenumeraty cyfrowej i pokrewnych form subskrypcji, stały się w amerykańskiej prasie normą. Spośród 98 amerykańskich gazet o nakładzie powyżej 50 tys. egzemplarzy, 77 stosowało jakiś model prenumeraty online. 80 proc. z tych przypadku to tzw. „miękkie paywalle”, czyli prenumerata z określonym limitem darmowych artykułów dla czytelnika, po przekroczeniu którego użytkownik jest kierowany na stronę subskrypcji. Podobne rozwiązanie stosuje u nas np. internetowa „Gazeta Wyborcza”.

 

Za przykład sukcesu takiego modelu podaje się najczęściej internetowy serwis „New York Times”, który obecnie ma od 2,5 do 3 mln płacących subskrybentów, zaś sprzedaż prenumerat internetowych w 2017 roku stanowiła 60 proc. przychodów wydawnictwa. Ten sam model został przyjęty przez „Washington Post” i „Wall Street Journal”, które zwykle również mówią o sukcesie.

 

Nawet jeśli przyjąć za dobrą monetę korpo-optymizm kierownictwa tych znanych marek prasowych, to co z innymi tytułami i pozostałymi mediami w Internecie? Przecież nie chodzi o to, aby jako tako radziły sobie tylko nieliczne, najbardziej znane tytuły. Media lokalne, tematyczne, skupiające się na niszach, niegdyś zasilane przyzwoicie przez reklamy, nie mają siły by rywalizować z gigantami Internetu, zwłaszcza, że Google i Facebook najskuteczniej przejmują reklamę do węższych grup i skupiającą się na specjalistycznych potrzebach, o czym będzie jeszcze niżej mowa.

 

Wezwanie do podzielenia się zyskiem

 

Prognozy przychodów reklamowych na 2019 rok trzech potentatów internetowego świata – Google’a, Facebook i Amazon Media Group – to 245 miliardów dolarów. Jak wskazują eksperci, nie są to żadne dodatkowe pieniądze, które te firmy kreują. Te przychody to nic innego jak tlen wyssany przez gigantów ze środowiska, w którym radzić sobie mają wszystkie inne media. Słabsi duszą się i zamierają.

 

Eksperci brytyjscy szacują, że aż 90 proc. wszystkich nowych wydatków na reklamę cyfrową w tym kraju trafia do oligopolu z Doliny Krzemowej. Całkiem podobnie, z niewielkimi tylko różnicami ilościowymi a nie jakościowymi, jest w wielu krajach zachodnich. Na całym świecie, same tylko Facebook i Google mają już w rękach 18 proc. całego rynku reklamy, czyli tortu obejmującego spektrum wszystkich mediów od papieru po TV. Przewiduje się, że liczba ta będzie rosła. Jednocześnie, firmy te, nie płacąc lokalnie podatków, nic nie dają finansom kraju, który umożliwia im działanie.

 

Oczywiście Europa próbuje z tym walczyć. Google został niedawno ukarany grzywną w wysokości 1,5 mld euro za tłumienie konkurencji w reklamie. Jak zauważył Hegarty, „Google zarabia prawie 9 miliardów dolarów w kwartał, więc stać ich na grzywnę 1,5 miliarda euro.” Należy to chyba odczytywać jako zachętę, aby karać Google’a jeszcze dotkliwiej, aby zrozumiał, że powinien się podzielić z europejską branżą reklamową.

 

A ma się czym dzielić, podobnie jak inni potentaci. W ciągu dekady giganci internetowi – Google, Amazon i Facebook w USA, a także Alibaba, Tencent i Baidu w Chinach przeobrazili się w najbogatsze, najpotężniejsze firmy na świecie. Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie panuje powszechna zgoda co do tego, że tzw. Big Tech  przejmuje kontrolę nie tylko nad prywatnymi danymi użytkowników, ale nad rynkiem reklamy, na którym owe przepastne zasoby kontrolowanych przez Big Tech mają kluczowe znaczenie.

 

Jednocześnie aktywiści walki o prywatność wskazują na niejasność co do tego, w jaki sposób największe firmy z branży platformowo-technologicznej definiują i gromadzą dane oraz sprzedają je osobom trzecim. Może szczegóły techniczne zarządzania naszą prywatnością przez te korporacje są niejasne, ale całkiem jasne jest, że ich ogromne dochody reklamowe biorą się głównie z tego, że dysponują tymi danymi.

 

Być może wydawcy walczący o kawał tortu reklamowego, jaki ma dzięki naszym danym Google, powinni skupić się na tej kwestii, na zmianie sposobu zarządzania danych o użytkownikach Internetu, a nie na pieniądzach. Gdyby mediom przyszło do głowy, że można użyć swoich wciąż istniejących wpływów, aby doprowadzić do utworzenia zabezpieczonego, publicznego repozytorium danych prywatnych internautów, do którego dostęp po uzyskaniu odpowiedniej licencji mieliby wszyscy, to Google i Facebook śpiewałyby inaczej.

 

Na razie jednak przedstawiciele mass mediów wolą domagać się wypłaty. Według danych News Media Alliance, branżowej organizacji zrzeszającej wydawców gazet w USA, w 2018 roku treści pochodzące od tych wydawców w wyszukiwarce oraz na platformie Google News przyniosły Google 4,7 mld dolarów, czyli prawie tyle samo, ile połączone przychody reklamowe wszystkich amerykańskich wydawców w ciągu roku (5,1 mld).  Media domagają się udziału w tych krociowych zyskach. Pomoże im w tym być może administracja rządowa USA. Przedstawiciele Google krytykują dane NMA, wskazując, że wyszukiwarka nie wyświetla reklam przy zapytaniach o informacje.

 

W spór wydawców z Google włączył się rząd USA  i Senat USA. Komisja Sprawiedliwości Kongresu USA rozpoczęła dochodzenie, które ma zbadać, czy Big Tech nie wykorzystuje swojej dominującej pozycji wobec firm medialnych. Wątpię czy Google, które generalnie stoi na stanowisku, że nie ma za co płacić a wydawcy zyskują na wyświetlaniu linków do ich treści w wyszukiwarce, a na pewno nie tracą, będzie chciało się dzielić pieniędzmi z reklam. Wydaje się, że bardziej prawdopodobne jest, iż zastosuje „wariant hiszpański” czyli usunie treści domagających się pieniędzy wydawców z wyszukiwarki, dowodząc firmom medialnym, jakie to oznacza dla nich straty.

 

Argumentacja Google raczej w mediach do nikogo nie trafia. Ma się wrażenie, że przedstawiciele tej branży pogrążają się w desperacji, stąd zapewne coraz bardziej natarczywe żądania finansowe wobec Google i Facebooka. Pisałem kilka miesięcy temu o fali zwolnień w środkach masowego przekazu, nie tylko w tych „starych”, ale również internetowych. Jak zauważył na Twitterze Matthew Gertz, z organizacji non-profit Media Matters, głębokie cięcia w mediach mają miejsce w czasie dobrej koniunktury gospodarczej. „Gdy przyjdzie następna recesja, nastąpi katastrofa dla branży informacyjnej”, napisał.

 

Głośno wyraz swojemu niezadowoleniu dawali z powodu zwolnień przede wszystkim pracownicy HuffPost, zwracając publicznie uwagę, że największe cięcia dotyczą ludzi zajmujących się takimi tematami jak problemy społeczne i zdrowie publiczne. Wyeliminowano też całkowicie sekcje opinii i komentarzy. Zach Carter, jeden z reporterów HuffPost, napisał: „Google i Facebook zjadają tę branżę żywcem i zabierają wraz z nią amerykańską demokrację”. Opinia ta jest powszechniejsza i nie dotyczy tylko przychodów reklamowych, których potentaci pozbawiają wydawców, zarówno tym dawnych, jak i nowszych, takich właśnie jak HuffPost czy Buzzfeed. Dotyczy także wielu innych aspektów funkcjonowania rynku medialnego.

 

Sprzeciw młodych

 

Są też inne zjawiska, niekorzystne dla mediów żyjących tradycyjnie z reklamy (czyli np. serwisów internetowych). Młodsi konsumenci coraz chętniej przestawiają się na usługi i serwisy finansowane przez użytkowników (takie jak Netflix czy Spotify) przez systemy subskrypcji, odrzucając tradycyjny model reklamowy. Młodzież stosuje adblocki na masową skalę. Oznacza to jednak nie tyle chęć „oszukania” wydawców, jak to niektórzy chcieliby widzieć, lecz całkowite odrzucenie tego modelu. Jeśli wydawca każe wyłączyć mechanizm blokujący reklamy, aby użytkownik mógł przejść do treści, młodzi najczęściej rezygnują z jego usługi. Na rachunku zysków i strat wygrywa omijanie reklam.

 

Reklamowy model mediów internetowych był w dużym stopniu powieleniem starszego mechanizmu finansowania tradycyjnych mediów. Gazeta kosztowała grosze, bo wydawcy zarabiali na ogłoszeniach. Telewizja czy radio były za darmo, ale trzeba było ścierpieć reklamy. Teksty na portalu można było przeczytać, ale najpierw trzeba było znieść irytujące banery. Z czasem reklama w Internecie stawała się coraz bardziej inwazyjna i namolna. Pamiętam sytuacje, gdy już nie sposób było dostrzec tekstu zza wyskakujących okienek animacji i filmików. Trudno, a czasem w ogóle nie można było ich zamknąć, zanim się nie „odegrały”. Zauważalne też było, że  polscy wydawcy w porównaniu z zachodnimi byli znacznie bardziej irytujący.

 

Napędzane rozhulaną, inwazyjną reklamą modele, na których w Polsce oparły się Onet, WP.pl, Interia, Gazeta.pl, wydają się obecnie skazane na porażkę. Modele nie same portale, bo nie można wykluczyć, że znajdą inne sposoby na monetyzację działalności, ale reklamowe eldorado kończy się, bo użytkownicy zbuntowali się przeciw reklamom.

 

Młodym, wbrew utrwalonym przekonaniom, wcale nie przeszkadzają za to systemy subskrypcyjne, choć wśród treści, za które gotowi są płacić, nie ma artykułów, reportaży, publicystyki, czyli tego co tradycyjnie oferują media. W Spotify można pozbyć się przerywników reklamowych za niewielką opłatą. W Netfliksie, płacąc miesięczną opłatę, ogląda się ile dusza zapragnie. Takie modele użytkownikom odpowiadają. Wydawałoby się, że wystarczy wprowadzić ten model i dla gazet i serwisów informacyjnych online. Niestety, to tak nie działa, o czym pisałem też niedawno.

 

Koniec świata reklamy i marek – początek świata informacji

 

Jest też problem z samą reklamą. Nie tylko bowiem stare modele tworzenia i sprzedawania mediów przestały działać, ale również sama reklama, z której środki masowego przekazu tak dobrze żyły, przeżywa swoja małą apokalipsę.

 

W starym świecie, przed Facebookiem i Google, nie było skutecznego i taniego przede wszystkim sposobu na dotarcie do osób poszukujących produktów i usług niszowych. Firmy, które odniosły sukces oferowały produkty kierowane do szerokich kręgów ludzi i reklamowane  były z myślą o masowym odbiorcy, setkach tysięcy, milionach ludzi na raz. Firmy, które prowadziły udane kampanie reklamowe za pośrednictwem mediów poprzedniej epoki to zwykle były wielkie sieci restauracji (jak McDonalds), marki samochodowe, wielkie hipermarkety, firmy ubezpieczeniowe, lub masowe dobra konsumpcyjne pod markami zarządzanymi przez wielkie korporacje.

 

Wejście w erę nowoczesności, gdy Internet przewrócił tradycyjny model handlu detalicznego ze sklepami i znanymi masowo markami, anihiluje dystans między kupującym a sprzedającym i likwiduje przeróżne bariery geograficzne. Internet dał kupującym i sprzedającym bezprecedensowy dostęp do siebie nawzajem. Dziś firma oferująca specyficzną, niszową rzecz – np. Bevel, która produkuje zestaw produktów do golenia specjalnie dla czarnych mężczyzn – ma szansę, jeśli umie wykorzystać narzędzia internetowe, dotrzeć do wszystkich swoich klientów, których jest niemało, jak się okazuje. W dawnym świecie reklamowanie tego specyficznego produktu dla wielkich firm i sieci handlowych było nieopłacalne, zbyt kosztowne w przeliczeniu na sprzedany egzemplarz. Internet obniża ten rachunek i sprawia, że marketing mniej typowych produktów jest opłacalny.

 

Sprzedaż i opłacalność nożykom do golenia dla czarnoskórych zapewniają narzędzia i reklamy Google oraz Facebooka. Koszt dotarcia do potencjalnego klienta za pomocą oferowanych przez te firmy narzędzi marketingowych i reklamowych jest niewysoki, zważywszy możliwość remarketingu i utrzymywania klienta za pomocą rozlicznych narzędzi komunikacyjnych, które oferuje Internet.

 

Coraz większa precyzja w przetwarzaniu danych doprowadzić może w końcu do powstania świata, w którym pojedynczy konsument może mieć szybki dostęp do dóbr, które odpowiadają jego biologicznym, a nie konsumpcyjnym potrzebom. To świat bez marek, bez brandów, ponieważ w rzeczywistości, opiera się na informacji a nie na reklamie, pojęcie „zaufania do marki” nie istnieje. Konsument poinformowany kupować będzie tańszy z dwóch identycznych towarów. Będzie wiedział, że substancja czynna w leku to ibuprofen, a Dolgit, Ibuprom, Ibum czy Nurofen to tylko twory marketingowe. Podejmie świadomy wybór, w jakiej formie i opakowaniu chce ów ibuprofen kupić.

 

Im szybciej media ten nowy świat zrozumieją, im szybciej przestaną walczyć o powrót „starych dobrych czasów”, także jeśli chodzi o reklamy, tym lepiej dla nich. Gra się nie toczy o „udział w zyskach Google”, bo Google zyskami raczej nie będzie chciał się dzielić. Gra idzie o informacje i dane. I to, tak naprawdę, a nie dochody reklamowe, zmonopolizowały obecnie giganty Internetu. A ponieważ wcale nie jest powiedziane, że informacje i dane prywatne użytkowników mają i powinny być kontrolowane tylko przez Google i Facebooka, jest jeszcze o co powalczyć.

 

Mirosław Usidus

Informować i formować –  rozmowa z ks. dr. JAROSŁAWEM GRABOWSKIM, redaktorem naczelnym „Niedzieli”

Nasz tygodnik ma opisywać zwyczajną i pełną pasji pracę duszpasterską księży i świeckich. W czasach nagonki na Kościół i nieżyczliwości wobec wspólnoty wierzących „Niedziela” ma pokazywać ewangeliczne zaangażowanie ludzi Kościoła, którzy niosą Chrystusa wszystkim – mówi ks. dr Jarosław Grabowski w rozmowie z ks. Mariuszem Frukaczem.

 

Od 1 kwietnia 2019 r. „Niedziela” ma nowego redaktora naczelnego. Jakie zmiany zdaniem księdza są konieczne, aby ten katolicki tygodnik jeszcze bardziej był obecny w przestrzeni życia publicznego, a co warto zachować z dotychczasowej „Niedzieli”?

 

Chciałbym, aby 93-letnia „Niedziela”, tak bardzo zasłużona dla Kościoła i naszej ojczyzny, nie pozostała „prasową jubilatką”, lecz przekształciła się w ciekawe i oryginalne czasopismo. Nie chodzi jedynie o jej modyfikację, czy drobny retusz, ale o nowy i przekonywujący styl dostosowany do odbioru przez współczesnego człowieka. „Niedziela” zawsze pozostanie solidną marką, ale nawet najbardziej rozpoznawalne marki wprowadzają nowe wersje. „Niedziela” kojarzona jest jako pismo wartości, przywiązania do tradycji i historii. To bardzo ważny znak rozpoznawczy. Jednak wierność tradycji musi się ciągle dynamicznie ścierać z nowym dniem. „Niedziela” wymaga więc adaptacji i usprawnienia. Innowacja „Niedzieli” może uczynić z niej interesujące i przejrzyste pismo zarówno informacyjne, jak i formacyjne.

 

A jak pogodzić funkcję informacyjną i formacyjną mediów?

 

 W moim przekonaniu tygodnik katolicki musi postawić na formację, na religijny rozwój człowieka. Musi stawiać czoło powierzchowności wiary i wzrastającej ignorancji religijnej, której konsekwencją jest negowanie prawd wiary i zasad moralnych. Ma wyjaśniać i uzasadniać naukę Kościoła, odpowiadając zarówno na proste, jak i wymagające pytania… W tym celu powinien pokazywać wzorce wzięte z życia, by udowodnić, że można żyć zgodnie z zasadami wiary w dzisiejszych czasach.

 

Ważnym narzędziem komunikacji i przekazywania dobrych treści są w „Niedzieli” dodatki diecezjalne. „Niedziela” to wydanie ogólnopolskie i aż 19 wydań lokalnych. Jaką ksiądz widzi możliwość rozszerzenia tej oferty?

 

Uważam lokalne wydania za niezastąpiony i niewystarczająco wykorzystany potencjał „Niedzieli”. Dzięki nim nasz tygodnik staje się bliższy ludziom, może opisywać Kościół „pierwszego frontu”, czyli taki, jaki jest w rzeczywistości: zaangażowany, aktywny. Pokazywać jego prawdziwe oblicze, co pozwala unikać stereotypów… Niewątpliwie będziemy dążyli też do poszerzenia zakresu naszego oddziaływania na kolejne diecezje, licząc na zrozumienie i życzliwość księży biskupów.

 

Jaką rolę według Księdza powinny spełniać współczesne media katolickie?

 

Podstawowym zadaniem katolickich mediów jest umacnianie w wierze konkretnej grupy odbiorców kierujących się w życiu tymi samymi zasadami. Media katolickie powinny „uzupełniać się w wierności tożsamości chrześcijańskiej”, o czym często przypomina abp Wacław Depo. One zobowiązane są do wierności Ewangelii i nauce Kościoła. Media katolickie muszą sięgać głębiej i dalej. Skupiać się na wyjaśnianiu i pogłębieniu zjawisk, zawsze w duchu i prawdzie; podawać do wiadomości to, co inni odrzucają.

 

Rynek mediów jest przestrzenią bardzo wymagającą. Trzeba znaleźć drogę, którą idzie niewielu, wtedy jest szansa, by zaskarbić sobie uwagę czytelnika…

 

W moim przekonaniu tygodnik katolicki, jako narzędzie ewangelizacyjne Kościoła, musi głosić naukę Chrystusa językiem zrozumiałym i przekonywującym. Nie wystarczy mówić słusznie, trzeba jeszcze mówić zrozumiale. Przekaz religijny powinien szukać takiego języka, który nada siłę orędziu Ewangelii. Jeśli dodatkowo połączymy słowo z obrazem, przekazywane treści staną się jeszcze bardziej zrozumiałe. Dlatego moim zdaniem, drogą, której „Niedziela” powinna się trzymać, jest przedstawianie prawdziwego obrazu Kościoła, opisywanie jego życia, które jest dynamiczne, szczególnie na poziomie lokalnym, w parafiach i w licznych wspólnotach. Nasz tygodnik ma opisywać zwyczajną i pełną pasji pracę duszpasterską księży i katolików świeckich. W czasach histerycznej nagonki na Kościół i skrajnej nieżyczliwości wobec wspólnoty wierzących „Niedziela” ma pokazywać ewangeliczne zaangażowanie ludzi Kościoła, którzy niosą Chrystusa wszystkim. Kościół jest po to, żeby ewangelizować. „Niedziela” ma więc promować liczne i różnorodne formy ewangelizacji.

 

Jak ocenia Ksiądz środki, narzędzia medialne, z których Kościół korzysta? Czy może potrzeba jeszcze innych sposobów, aby dotrzeć z Ewangelią do współczesnego człowieka?

 

By dotrzeć do współczesnego czytelnika nie wystarczy sam papier. Główne medialne uderzenie odbywa się dziś w Internecie, w którym „Niedziela” już jest obecna. Mocna i czytelna obecność tygodnika w przestrzeni bez granic, jaką jest Internet, a szczególnie w mediach społecznościowych, które stały się już głównym kanałem wymiany informacji, jest konieczna i bezdyskusyjna. Patrzę więc na „Niedzielę”, jak na zasłużoną i mądrą jubilatkę, która rezolutnie wchodzi ze swoim doświadczeniem w nowe media i jest nie tylko widoczna, ale i aktywna w sieci. Ale tak na marginesie – myślę, że prasa drukowana tak szybko nie zniknie, choć mocno wchodzi w e-przestrzeń. Kościół także coraz mocniej wchodzi w e-przestrzeń i świetnie tam sobie radzi. Moim zdaniem w świecie wielopoziomowej komunikacji Kościół musi z jeszcze większym zaangażowaniem wykorzystywać Internet do głoszenia Ewangelii. Przecież dziś trudno sobie wyobrazić przekaz słowa jedynie w wersji drukowanej.

 

Myślę, że jest pragnieniem nowego redaktora naczelnego, aby „Niedziela” stała się pismem coraz bardziej opiniotwórczym. Jakie są w związku z tym zamierzenia księdza? Jaka zdaniem księdza ma być „Niedziela”?

 

Zależy mi, żeby „Niedziela” była nowa, ciekawa i wierna. Powinna przyjąć nowy styl i nowy język. „Niedziela” ma być ciekawa czyli inspirująca i nieszablonowa. Ma dawać świadectwo naszej chrześcijańskiej sprawności, której osią działania są zawsze ewangeliczne wartości. I wreszcie wierna nauce Chrystusa i Jego Kościoła. Charakter katolickiego pisma, tak jak chrześcijańska tożsamość, wyraża się zawsze w wierności Chrystusowi i Jego Ewangelii. Z pewnością moim podstawowym zamiarem jest umocnienie i zdynamizowanie rozpoznawalnej marki jaką jest „Niedziela”, pisma o charakterze zarówno opiniotwórczym jak i formacyjnym. Do tego potrzebny jest zespół redaktorów rzetelnych, twórczych i otwartych skupionych wokół łączących ich wspólnych celów. Grupa profesjonalistów, którzy nie obawiają się nowości i wyzwań, które niesie współczesność.

 

Rozmawiał: ks. Mariusz Frukacz

 


 

Ks. Jarosław Grabowski

Urodził się 30 września 1969 w Częstochowie. Święcenia kapłańskie przyjął w 1994. Po roku pracy duszpasterskiej w Krzepicach został skierowany na studia specjalistyczne do Rzymu. W 2000 uzyskał stopień doktora teologii (specjalność teologia dogmatyczna) na Papieskim Uniwersytecie św. Tomasza z Akwinu „Angelicum” w Rzymie. Jest wykładowcą dogmatyki i ekumenizmu w Wyższym Seminarium Duchownym Archidiecezji Częstochowskiej i Diecezji Sosnowieckiej. W latach 2003-2009 był diecezjalnym duszpasterzem nauczycieli. Od 2003 jest moderatorem kręgu rodzin Domowego Kościoła. W latach 2004-2014 zaangażował się w pracę naukowo-dydaktyczną w Szkole Wyższej im. B. Jańskiego w Krakowie. Od 2009 jest kierownikiem Referatu Dialogu ekumenicznego, międzyreligijnego, z niewierzącymi Kurii Metropolitalnej w Częstochowie. W latach 2011-2014 publikował na łamach „Niedzieli”. Jest autorem książek: „Przewodnik dla pytających o wiarę” (2015), „O Bogu po ludzku. Przewodnik dla poszukujących” (2016). Jego pasją jest głoszenie wiary językiem zrozumiałym. Ma zamiłowanie do morza i nurkowania.

Oczekiwana zamiana miejsc – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Ciekawostką ogórkowego sezonu, było pojawienie się w Polskim Radiu 24 Beaty Szydło. Dziennikarzem przepytującym okazał się …kolega partyjny Zdzisław Krasnodębski.

 

I to jest bardzo dobra wiadomość. Tzw. upartyjnienie mediów z otwartą przyłbicą. A nie udawanie i silenie się na obiektywność zza naramiennika. Jeśli można odtajniać deklarację swojej agenturalnej przeszłości lub składać zeznania majątkowe, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby ukazać całemu krajowi, co siedzi w mętnej dziennikarsko – politycznej głowie.

 

Dajmy sobie już spokój z ta niezależnością. Przed laty red. Jacek Żakowski postulował, aby program pierwszy TVP dać partii rządzącej, a program drugi opozycji. Można idąc typ tropem, podzielić też  radio. Jedynka dla PiS-u, trójka dla PO, program czwarty dla opozycji pozaparlamentarnej, a  dwójka dla PSL. A co, podobno nie chcą być kojarzeni, że to partia chłopska. Niech się ukulturalniają. A Polskie Radio 24 niech wprowadzi zasadę niezawisłości, w każdy dzień tygodnia dla wybranej partii. Albo niech i cały tydzień, tak jak tydzień grecki w znanym dyskoncie.

 

Dziennikarzy się odpowiednio dobierze, a jak nie będą chcieli, to dyżurni politycy odpowiednio ich zastąpią. Można też wprowadzić zasadę, aby było jeszcze bardziej obiektywnie, że niech przesłuchują przyjaciele. Wiadomo, że w każdej partii zajadłych wrogów nie brakuje. Rozrysować grafik tak, aby skakali sobie do gardeł sami swoi. Tacy, co to sobie miejsca wchodzące do Parlamentu wygryzają. Przy braku „kizi-mizi” zabawa gwarantowana. Oglądalność i słuchalność też.

 

W sumie to trudno zrozumieć pojawiające się głosy oburzenia. Przecież to czy przepytuje usłużny dziennikarz grillujący nielubianego przeciwnika czy zrobi to gracz polityczny, nie ma większego znaczenia. Są setki tysięcy rodaków, którzy uwielbiają oglądać naparzankę w debacie publicznej. Skoro redaktorzy zapraszają redaktorów na podsumowania tygodnia, to dlaczegóż dyskryminować działaczy politycznych. W sumie to można pójść jeszcze dalej i politycy będą robić wywiady z dziennikarzami.

 

Takie pary nasuwają się same. Na pierwszy ogień: Krystyna Pawłowicz kontra Tomasz Lis. Posłanka na wygodnym fotelu, redaktor na łożu fakira. Na żywca. W prime time. Zamiast walk MMA. I te miliony przed odbiornikami…

 

Krzysztof Prendecki

Informacja Biura Zarządu SDP na temat aktualnej sytuacji Domu Dziennikarza

W związku z powtarzającymi się pytaniami naszych członków oraz dziennikarzy na temat sytuacji Domu Dziennikarza publikujemy aktualną informację na ten temat:

 

SDP niezmiennie stoi na stanowisku, że właściciel gruntu, tj. m.st. Warszawa,  ma prawny obowiązek przedłużenia użytkowania wieczystego na kolejny okres. Jedyną dopuszczalną podstawą odmowy takiego przedłużenia jest, zgodnie z art. 236 § 2 Kodeksu cywilnego, ważny interes społeczny. Chodzi o sytuacje, gdy grunt jest potrzebny dla realizacji inwestycji celu publicznego, np. budowy drogi, co w stosunku do nieruchomości przy ul. Foksal 3/5 w sposób oczywisty nie ma miejsca. M.st. Warszawa zaproponowało Stowarzyszeniu dzierżawę nieruchomości, jednak wyrażenie zgody na zawarcie takiej umowy oznaczałoby faktyczną rezygnację przez SDP z żądania przedłużenia użytkowania wieczystego, tym bardziej że zastępca burmistrza Dzielnicy Śródmieście w toku spotkania z przedstawicielami SDP wyraźnie wskazał, że zaniechanie dochodzenia przez Stowarzyszenie przedłużenia użytkowania wieczystego jest oczekiwane przez Miasto, jako warunek polubownego uregulowania praw SDP do nieruchomości. Na takie oczekiwanie władze Stowarzyszenia nie mogły przystać, bowiem byłoby to działanie niegospodarne i niecelowe. Oznaczałoby rezygnację z prawa użytkowania wieczystego nieruchomości, a więc w istocie jej własności, na rzecz nietrwałych i ograniczonych praw dzierżawcy. Byłoby to skrajnie niekorzystne dla Stowarzyszenia w aspekcie możliwości bieżącego funkcjonowania, ale także oznaczało zgodę na faktyczne bezprawne wywłaszczenie SDP z nieruchomości przez Miasto.

 

Aktualnie SDP korzysta z budynku przy ul. Foksal, co nie jest kwestionowane przez jakikolwiek podmiot. Podstawą korzystania przez SDP z budynku jest roszczenie o przedłużenie użytkowania wieczystego, którego zasadność oznacza, zgodnie ze stanowiskiem wyrażonym w orzecznictwie Sądu Najwyższego, że prawo to trwa nieprzerwanie pomimo upływu okresu, na jaki zostało ustanowione.

 

Jak informowaliśmy na konferencji 20 lutego b.r. złożyliśmy w styczniu 2019 r. do Sądu powództwo w związku z brakiem decyzji  m.st. Warszawy o przedłużeniu umowy użytkowania wieczystego Domu Dziennikarza Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich.

 

Sprawa jest na etapie wymiany pism procesowych. Termin rozprawy nie został jeszcze wyznaczony. M.st. Warszawa wniosło odpowiedź na pozew, która została przez sąd zwrócona z uwagi na wniesienie jej po terminie. Z pisma tego wynika jednak, że Miasto odmawia przedłużenia użytkowania wieczystego nieruchomości przy ul. Foksal 3/5, gdyż za ważny interes społeczny uzasadniający taką odmowę uznaje roszczenia reprywatyzacyjne zgłoszone do nieruchomości. Stanowisko to nie ma, w ocenie SDP, uzasadnionych podstaw prawnych. Na chwilę obecną w obrocie prawnym pozostaje decyzja    odmawiająca uwzględnienia roszczeń dawnych właścicieli, która nie została skutecznie podważona. Roszczenia te są więc w istocie nieistniejącymi. Ich uwzględnienie w naturze jest, zdaniem SDP, prawnie niemożliwe, tym bardziej że brak jest prawidłowego wniosku dekretowego. Jak jednak wynika ze stanowiska Miasta, oczekuje ono włączenia do postępowania dysponentów roszczeń reprywatyzacyjnych, co również nie znajduje w ocenie SDP, jakiegokolwiek uzasadnienia prawnego, w tym procesowego. Dysponentami tymi są osoby, którym – jak się okazało –  Antoni de Bourbon sprzedał swoje roszczenia. Nasze zawiadomienie do prokuratury ws. roszczeń reprywatyzacyjnych jest nadal rozpatrywane w prokuraturze, czekamy na jego rezultat. Podważamy prawa własności p. Antonio de Bourbon Obojga Sycylii do Domu Dziennikarza, który po wojnie był budowany przez dziennikarzy, także w czynach społecznych i który zawsze służył całemu naszemu środowisku. SDP dąży do tego, by  Dom zachował swój dotychczasowy charakter – miejsca spotkań i działalności ludzi mediów, którzy mogą tu prezentować swoje prace, np. książki, filmy, nagrania fonograficzne, czy fotografie. Chcemy, by nasze środowisko miało miejsce, gdzie zawsze można odbyć konferencję, czy zorganizować dyskusję. Na pewno te formę naszej działalności można będzie jeszcze poprawić i udoskonalić, jeśli tylko szczęśliwie dla dziennikarzy  zakończy się nasza batalia o  prawo do przedłużenia użytkowania naszego Domu Dziennikarza.