Oświadczenie CMWP SDP w sprawie decyzji Sądu Okręgowego w Warszawie

CMWP SDP z oburzeniem przyjmuje postanowienie Sądu Okręgowego w Warszawie, który 24 lipca 2019 r. nakazał wycofanie z dystrybucji dodatku do numeru 30 tygodnika „Gazeta Polska” z 24 lipca 2019 r. w postaci naklejki ,na której zostało wydrukowane hasło „strefa wolna od LGBT”. W ocenie CMWP SDP jest to naruszenie zasady wolności słowa porównywalne do cenzury prewencyjnej, ponieważ uniemożliwia dotarcie do odbiorców z komunikatem (nawet jeśli jest kontrowersyjny) będącym ważnym elementem debaty publicznej dotyczącej spraw światopoglądowych. CMWP SDP przypomina, iż cenzura prewencyjna jest konstytucyjnie zakazana i niedopuszczalna w świetle Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, co wielokrotnie potwierdzał Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Ze względu na specyfikę cyklu produkcyjnego i sprzedażowego jest to mechanizm wyjątkowo niebezpieczny dla prasy drukowanej, uderza bowiem w ekonomiczne podstawy działania wydawnictw, a przez to narusza zasadę wolności słowa. Szczególne bulwersujące jest przy tym to , iż Sąd motywuje swoją decyzję koniecznością zabezpieczenia roszczenia jednej osoby fizycznej, przez co stwarza niebezpieczny precedens zagrażający w przyszłości funkcjonowaniu w Polsce rynku wolnych mediów. W ten sposób można sparaliżować od strony ekonomicznej działalność każdego medialnego podmiotu, co w oczywisty sposób działa na ich szkodę .

 

Zdziwienie budzi przy tym tempo wydania decyzji przez Sąd Okręgowy w Warszawie, które rodzi poważne wątpliwości co do obiektywizmu Sądu w sprawie, w której istotą jest jeden z najważniejszych współczesnych sporów światopoglądowych.

 

CMWP SDP zwraca przy tym uwagę , iż działanie Sądu w rzeczywistości może okazać się przeciw skuteczne. Nagłośnienie sprawy poprzez kontrowersyjną i pospieszną decyzję przez tak ważną w demokratycznym ustroju politycznym instytucję, jaką jest sąd, powoduje, iż informacja prasowa na ten temat zamienia się w dodatkową reklamę medium, które sąd chce wycofać ze sprzedaży. Decyzja sądu staje się przez to praktycznie niewykonalna, zanim bowiem informacja o zakazie sprzedaży dotrze do sprzedawcy, produkt jakim jest tygodnik, może być już w całości wyprzedany. Ponadto postanowienie o zabezpieczeniu musi być doręczone wydawnictwu pocztą, dopiero wówczas może być wykonywane, a niezależnie od tego wydawca może złożyć od niego zażalenie do sądu wyższej instancji. W związku z tym zanim ta cała procedura zostanie przeprowadzona, przedmiotu sporu najprawdopodobniej już na rynku nie będzie. Działając w tej sposób marginalizuje się i ośmiesza zarówno ważne dla demokracji instytucje, jak i metody ich działania.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

 

Michał Ł. Jaszewski

doradca prawny SDP

Ogłoś i niech się dzieje co chce – WOJCIECH POKORA o sile emocji w dziennikarskim przekazie

Wyobraźnia ważniejsza od wiedzy – zwykł mawiać Albert Einstein. I miał w tym sporo racji, bo zdobywając wiedzę, którą posiedli inni, będziemy poruszać się w schematach przez nich stworzonych. Nie stworzymy własnych. Zatem wyobraźnia – tak, ale nikt nie odmówi Einsteinowi także wiedzy.

 

Wyobraźnia więc w teorii Einsteina nie zastępuje wiedzy, a ma ją jedynie wspomóc i uzupełnić. Musi być zachowana równowaga. W reklamie od lat funkcjonuje podobna do Einsteinowej zasada, mianowicie – emocje ważniejsze od informacji. Już dawno odkryto, że produkty lepiej się sprzedają gdy reklama gra na emocjach klientów, a nie na ich intelekcie. Mało treści, dużo emocji i jest spora szansa na zwiększenie sprzedaży. I tu już nie działa niestety zasada równowagi. Śledząc niektóre kampanie reklamowe wręcz mam wrażenie, że intelekt jest ostatnim do czego twórcy chcieliby się odwołać. I mają do tego prawo, tak targetują swoich klientów i tak do nich przemawiają. Problem pojawia się wówczas, gdy podobną zasadę przyjmują media.

 

Wywołanie emocji, podniesie sprzedaż

 

Irena Tetelowska, prowadząc swoje badania prasoznawcze, przeanalizowała w latach 50. prace PulitzeraHearsta. Opisała wówczas zasadę działania emocji w „prasie sensacyjnej”. Autorka zauważyła, że wiadomości sensacyjne „angażują nie tylko prostą ciekawość czytelnika, lecz – i to może przede wszystkim – najróżniejsze emocje: lęku, gniewu, ambicji, niepokoju istnienia, niezaspokojonych dążeń, popędu płciowego, elementów sadyzmu”. Ponadto Tetelowska zwróciła uwagę na fakt istnienia dwóch wersji sensacji prasowej – naturalnej i tworzonej. Naturalna to taka, która odnosi się do wydarzeń, które same w sobie budzą emocje i nie potrzeba im żadnych dodatkowych zabiegów dziennikarskich. Tworzone, jak można się domyślać, to te, które dzięki umiejętnemu zaprezentowaniu zaczynają wywoływać emocje.

 

Mistrzem w tej drugiej formule był wspomniany William R. Hearst. Twierdził on, że „czytelnik jest zainteresowany przede wszystkim wydarzeniami, które zawierają elementy jego własnej, prymitywnej natury. Należą do nich: 1) Czynnik samozachowawczy; 2) Miłość i rozmnażanie się; 3) Żądza i ambicja”. Dlatego najlepiej sprzedają się historie o morderstwach, wypadkach, o zdrowiu, żywieniu, seksie, miłości, skandale towarzyskie i o wszelkiego rodzaju uzależnieniach. Wiedział to już przed Hearstem James Gordon Bennett, który ukuł maksymę: „Ogłoś i niech się dzieje, co chce”. Dziś znany jest jako prekursor dziennikarstwa śledczego, jako jeden z pierwszych zaczął prześwietlać i opisywać polityków oraz ich życie prywatne. Polityka sama w sobie jest nudna, ale polityka z tłem w postaci życia polityków i ich słabości sprzedaje się doskonale. Budzi bowiem emocje. Tak narodziła się prasa bulwarowa, która przede wszystkim operuje emocjami w odróżnieniu od prasy opiniotwórczej, która ma wpływać na intelekt.

 

Manipulacja emocjami

 

Słowem roku 2015 wg Oxford Dictionary zostało „słowo” – „xD”. Tak! Należy o tym pamiętać za każdym razem, gdy zaczynamy kolejną debatę na temat stanu mediów. Nie tylko w Polsce. Gdy emotikon stał się słowem roku popularnego słownika, uzmysłowił wszystkim, że znaczenia nie ma już liczba znaków (magiczny wyznacznik powagi wielu prac naukowych i tekstów dziennikarskich), ale emocje zawarte w jak najmniejszej ich liczbie. Nie bez przyczyny popularne portale podają w nagłówku czas w jakim można przeczytać zamieszczony tekst. Czytelnicy nie chcą się trudzić. Chcą mieć świadomość, że są poinformowani, ale nie muszą zgłębiać treści. Dlatego niosący za sobą emocje obrazek, czy też ciąg znaków w sposób umowny wyrażający np. radość, może z powodzeniem zastąpić nie jeden komentarz ekspercki. Bo wyraża emocje autora, które trafiają w emocje odbiorcy i doskonale wpisują się w jego nastroje. Nie dziwi więc, że za słowo kolejnego roku, czyli 2016, Oxford Dictionary uznał „post-prawdę”. A czym jest „post-prawda” jeśli nie rozwinięciem tego, co oddawał emotikon? Słowo 2016 roku opisuje (zgodnie ze słownikową definicją) okoliczności, w których fakty nie mają znaczenia w kształtowaniu opinii publicznej, bowiem zastępuje je odwoływanie się do emocji i osobistych przekonań. Co może niepokoić to fakt, że możemy z czystym sumieniem tą definicją opisać nie zjawisko „post-prawdy”, a coraz częściej media w ogóle. Nasza debata publiczna, której „poligonem”, chyba nie „salonem”, stają się media, bazuje coraz częściej na emocjach. Gdyby było inaczej, każdy dziennikarz zapraszający do studia polityka rozmawiałaby z nim o realnych działaniach i punktach programowych i gwarantuję, że ugrupowanie bez własnego programu w takich warunkach nie osiągnęłoby progu wyborczego. Dziś jest inaczej, można nie mieć merytorycznie nic do przekazania, a bazując jedynie na emocjach budować poparcie społeczne dla swoich działań. Mało tego – na emocjach można oprzeć sens funkcjonowania w polityce, czego wyrazem był chociażby „Ruch Palikota”.

 

Można też na emocjach budować linię redakcyjną. Tu przykładów mamy aż nadto. Wystarczy zacząć od przeglądu okładek popularnych tygodników, które prześcigają się w wymyślaniu przyciągających uwagę, ale i kształtujących opinię, rysunkach czy fotomontażach, poprzez krzykliwe nagłówki, często nie oddające zupełnie treści artykułów, które zapowiadają, po dodatki w postaci książek, filmów, gadżetów, czy też naklejek. One nie tylko napędzają sprzedaż, ale są elementem wojny na emocje. I tak rozumiem głośną w ostatnich dniach naklejkę „Strefa wolna od LGBT”, czy też w drugiej wersji „Strefa wolna od ideologii LGBT”. Nie mnie oceniać, czy to dobry chwyt marketingowy i czy buduje prestiż tytułu, który ją dodaje do swojego nakładu, ale sytuuję ją mniej więcej tam, gdzie jeden z dodatków popularnego dziennika, którym była „Ewangelia Judasza”. Wypuszczenie tego typu dodatku, wraz z towarzyszącym temu szumem medialnym, ma na celu w sposób symboliczny określenie profilu ideologicznego wydawcy. I wzbudzić emocje rzecz jasna. Te dodatki to takie emotikony – opisują emocje wydawcy, trafiają w emocje czytelników i wpisują się w ich nastrój. Wierny czytelnik przywiązuje się do tytułu.

 

Oświadczenie CMWP SDP

 

Oświadczenie Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP dotyczące reakcji firmy Empik na zapowiedź wydania numeru Gazety Polskiej z naklejką „Strefa wolna od LGBT” rozpatruję w świetle powyższych faktów. Żeby dobrze zrozumieć dlaczego CMWP zareagowało w tej sprawie, należy odłożyć na chwilę emocje i przyjrzeć się faktom. Nie ma tu znaczenia, co o środowisku LGBT sądzi dyrektor Centrum czy prezes SDP i sugerowanie, że Stowarzyszenie opowiada się w sporze ideologicznym po jednej ze stron jest nieuczciwe. Spory światopoglądowe nie są kategorią, którą zajmuje się, a przede wszystkim zajmować nie może, organizacja dziennikarka i prowadzone przez nią biuro monitoringu. Znaczenie ma w tym oświadczeniu fakt, że doszło do naruszenia przepisów i zasad wolności słowa. Skoro dwa podmioty dogadują się na usługę, podpisują stosowne umowy i z tych umów się wywiązują (jeden podmiot dostarcza towar, drugi nim handluje), to jeśli umowa nie obejmuje w swoim zakresie prawa ingerencji sprzedawcy w treści nie może odmówić sprzedaży konkretnego numeru. To wykracza poza jego kompetencje. Jeśli zgodzimy się na to, że jakieś gremium nada sobie przywilej wycinania niewygodnych ich zdaniem artykułów, czy dodatków z gazet, to wrócimy szybkim krokiem do przywrócenia urzędu cenzury w naszym kraju. A tego, mam nadzieję, nikt nie chce.

 

Wojciech Pokora

NASZA SONDA. Poprawność polityczna

Empik odmówił sprzedaży „Gazety Polskiej” z naklejką „Strefa wolna od LGBT”. Co o tym sądzą dziennikarze? Ich wypowiedzi publikujemy alfabetycznie.

 

Fot. Donat Brykczyński

WOJCIECH BIEDROŃ, dziennikarz śledczy, portal wPolityce.pl:

 

Nie podoba mi się dyktat korporacyjny Empiku, ale nie zgadzam się z treścią naklejki.

 

Fot. Jacek Herok

WITOLD GADOWSKI, wiceprezes SDP, dziennikarz śledczy, tygodnik „Sieci”:

 

To tylko pretekst dla kierunku ideologicznego firmy Empik. Sieć promuje książki postkomunistów, takich jak Ryszard Kalisz czy inicjatywy LGBT Roberta Biedronia. Wszystkie książki, które budzą odrazę polskich patriotów są promowane przez Empik. Dlatego programowo nie współpracuję z tą siecią. Książki wydawane przeze mnie, nie znajdą się w ich dystrybucji.

 

PIOTR LIPIŃSKI reporter historyczny, były dziennikarz „Gazety Wyborczej”: 

 

Nie wyobrażam sobie, aby w przestrzeni publicznej – a taką jest też księgarnia – znalazła się wykluczająca część Polaków nalepka „Strefa wolna od LGBT”. Podobnie, jak nie wyobrażam sobie, aby na tramwajach znowu znalazł się napis „Nur für Deutsche”. Wlepka „Gazety Polskiej” nie ma nic wspólnego z wolnością słowa. Nie jest krytyką jakiejkolwiek ideologii ale próbą dyskryminacji ze względu na orientację seksualną.

 

Fot. Donat Brykczyński

PAWEŁ LISICKI, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”:

 

Skandal, ponieważ jest to ingerowanie przez dystrybutora w treść jednego z pism. Empik rozprowadzał pisma o nieporównywalnie większej wyrazistości i kontrowersyjności. Wydaje mi się, że Empik uległ politycznej poprawności i złamał reguły normalnego działania na rynku. Takie rzeczy nie powinny być tolerowane.

 

Fot. Wikimedia

PIOTR PYTLAKOWSKI, dziennikarz śledczy, tygodnik „Polityka”:

 

Bardziej niż do decyzji Empiku wolałbym odnieść się do akcji „Gazety Polskiej”. Gazeta dodając do swojego wydania naklejki z napisem „Strefa wolna od LGBT” powtarza akcje praktykowane przez przedwojennych polskich faszystów. Myślę o gettach ławkowych, czyli strefach na uczelniach zakazanych dla Żydów. Podobne rozwiązania wprowadzili hitlerowcy w Niemczech. Były również tramwaje tylko dla Niemców oraz dzielnice tylko dla Niemców czy tylko dla Żydów. „Strefa zakazana dla LGBT” oznacza mniej więcej to samo. Kiedy mówi się o LGBT, używa się skrótu myślącego mówiącego, że to ideologia. Nie ma ideologii LGBT, są tylko ludzie homoseksualni, którzy żyją wśród osób heteroseksualnych. Ludzie homoseksualni żyją na świecie, tak długo jak on istnieje.

 

Fot. Twitter

TOMASZ SAKIEWICZ, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”:

 

Swoją akcją chcieliśmy zaprotestować przeciwko totalitarnym praktykom ideologii LGBT. Okazuje się, że istnieje element totalitarny, jakim jest cenzura, która polega na próbie uniemożliwienia wypowiedzi, zamykaniu ust i zastraszaniu, a wreszcie na uniemożliwieniu sprzedaży gazety. Empik sprzedaje różne obrzydlistwa typu „Nie” Urbana, „Fakty i mity” oraz inne pisma, które dyskryminują i obrażają katolików. Natomiast nam nie wolno krytykować ideologii LGBT. Geneve Sieć zakazując sprzedaży naszego tygodnika złamała wszelkie normy prawne. Jeżeli nie godzimy się na powstanie nowego totalitaryzmu, powinna być powszechna reakcja na to zachowanie.

 

Fot. Polskie Radio

WIKTOR ŚWIETLIK, dyrektor Trzeciego Programu Polskiego Radia i były dyrektor CMWP SDP

 

Zablokowanie przez EMPiK dystrybucji „Gazety Polskiej” z kontrowersyjną wlepką oceniam bardzo negatywnie. Nie jestem – szczerze mówiąc – zachwycony akcją tygodnika, z którego dużą częścią redakcji i naczelnym się w końcu dobrze znam, ani to mądre, ani skuteczne. Nie zmienia to faktu, że EMPiK nie blokował chociażby dystrybucji obrażającego regularnie katolików czasopisma „Fakty i Mity”, nawet wtedy, gdy zbliżył się do niego były morderca księdza Popiełuszki. Nie blokowano tygodnika „Nie” Jerzego Urbana, czy innych agresywnych publikacji. Jak widać jednym w EMPiK-u wolno więcej, innym mniej, a wszystko zależy od strony politycznej i poprawności.   

 

Spisał: Tomasz Plaskota

 

 

Co z tą tolerancją? – pyta ksiądz redaktor MARIUSZ FRUKACZ

Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich ze zdziwieniem i zaniepokojeniem przyjęło decyzję firmy Empik o nie przyjęciu do sprzedaży wydania Gazety Polskiej z naklejką „strefa wolna od LGBT”.  Natomiast rzeczniczka Empiku poinformowała na Twitterze, iż nie ma u nich miejsca na jawną dyskryminację i na treści łamiące prawo.  I mamy znowu dyskusję na temat tolerancji, demokracji, dyskryminacji, wolności słowa itd.

 

Tolerancja w przestrzeni publicznej jako reguła bezwzględna

 

   Jest sprawą oczywistą, że każdy człowiek ma prawo do szacunku, obrony własnej godności, poszanowania własnych przekonań. Nikogo nie wolno znieważać i prześladować ze względu na takie czy inne przekonania. Jednak, jak pokazuje nam to historia III RP, w przestrzeni publicznej niejednokrotnie pod pozorem przeciwdziałania dyskryminacji w rzeczywistości promowało się i promuje określone postawy i poglądy, co z kolei prowadzi do dyskryminacji tych, którzy się z nimi nie zgadzają. Czyli z tolerancją tak naprawdę mamy kłopot i jest ona traktowana wybiórczo.

 

   Warto przypomnieć, co na temat tolerancji napisał o. Józef Maria Bocheński w jednaj z najsłynniejszych swoich książek pt. „Sto zabobonów. Krótki filozoficzny słownik zabobonów”. Ten znany filozof, światowej sławy logik napisał: „Tolerancja. Tyle co znoszenie. Nazywamy “tolerancyjnym” człowieka, który toleruje, to jest znosi innych, ich poglądy, ich sposób życia itp. Tolerancja jest wypróbowanym sposobem współżycia w łonie tego samego społeczeństwa różnych grup ludzi, różniących się pod względem światopoglądu, względnie zasadniczych tez politycznych. W tej dziedzinie tolerancja jest pożyteczną dyrektywą ustrojową. Ale z tą tolerancją związanych jest kilka zabobonów. Jeden z nich polega na pojmowaniu tolerancji jako reguły bezwzględnej, od której nie ma wyjątków. Wtedy rozumie się przez tolerancję także znoszenie kogoś, kto obraża innych, ich uczucia itp. Skądinąd niektórzy pojmują tolerancję tak szeroko, że żądają znoszenia nawet tych, którzy chcą siłą obalić tolerancyjny ustrój. Mamy wtedy do czynienia z dwoma zabobonami: żadna tolerancja nie uprawnia nikogo do obrażania innych, a tolerancja, która toleruje swoich własnych wrogów, nie może się ostać”.

 

   Wydaje się, że właśnie w całej dyskusji między Gazeta Polską i Empikiem, a także BP definicja tolerancji w ujęciu o. Bocheńskiego jest zapomnianym głosem rozsądku.

 

Tolerancja – narzędzie wojny z chrześcijaństwem

 

   Myślę, że każdy, kto dobrze obserwuje życie społeczne zauważa, że bardzo często podejmowanie dyskusji na temat środowiska LGBT, albo sprzeciw wobec działań tego środowiska kończy się oskarżeniem o brak tolerancji i złamaniem standardów demokracji. Często również tolerancja jest narzędziem do wojny z kulturą chrześcijańską.

 

   Na tzw. marszach równości środowiska LGBT obrażają uczucia religijne osób głęboko wierzących w imię tolerancji. To wszystko, moim zdaniem, jest owocem rewolucji 1968 r., związanej z początkiem marksizmu kulturowego, który już bardzo mocno wszedł w przestrzeń naszego życia społecznego. Pojawiło się nowe słownictwo, jak np. wyrażenie „zadowolenie z płci”. To nowe słownictwo jest projektem kulturowym obowiązującym już w instytucjach publicznych i instytucjach kultury, takich jak m.in.: księgarnie, teatry, kina. Dlatego równie mocno, jak wobec Gazety Polskiej,  Empik nie reaguje kiedy okładki innych gazet, książek uderzają w chrześcijaństwo. To taka wybiórcza tolerancja.

 

   Ciekawe jest to, że już od wielu lat międzynarodowe organizacje, jak ONZ czy UE, wydają się tworzyć z praw człowieka jakby nową ideologię, dążąc wręcz do ich sakralizacji. W konsekwencji można również zaobserwować tendencję do deprecjonowania tradycyjnych nośników szeroko rozumianej kultury, w skład której wchodzą religie. Zwróciły na to uwagę Lucetta ScaraffiaEugenia Roccella, autorki książki pt. „Wojna z chrześcijaństwem. ONZ i Unia Europejska jako nowa ideologia”, która ukazała się w  serii Biblioteki „Niedzieli” już w 2006 r. Książka wówczas nie została zauważona w przestrzeni debaty publicznej.

 

   W Polsce już mieliśmy i mamy do czynienia z obrażaniem uczuć religijnych chrześcijan. W latach 90-ych „Wprost” opublikowało okładkę z Matką Bożą w masce przeciwgazowej. Całkiem niedawno okładka  „Wysokich Obcasów” miała wizerunek Matki Bożej puszczającej oko, a środowiska LGBT prowokują wizerunkiem „Tęczochowskiej Matki Boskiej”.

 

   Kiedy „Wprost” wydrukowało swoją okładkę głos zabrał m. in. Jan Nowak-Jeziorański, który wówczas napisał: „W moim przekonaniu tolerancja łączy się z szacunkiem dla odmiennych przekonań, zwłaszcza religijnych. Symbole religijne, które są świętością dla ludzi wierzących, nie powinny być wyśmiewane ani karykaturowane przez ludzi o odmiennych przekonaniach religijnych. Nie byłoby większego nieszczęścia dla Polski niż rozpętywanie wojny religijnej”.

 

   Warto dodać, że m. in. z orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wynika, że członkowie wspólnot religijnych muszą tolerować i akceptować negowanie przez innych ich przekonań i praktyk religijnych. W uzasadnieniu na temat okładki „Wprost”  podkreślono wówczas, że okładka wpisywała się w debatę publiczną i odnosiła się do ważnego, z punktu widzenia społecznego, zagadnienia. Dzisiaj podobne uzasadnienie słyszymy ws. prowokacji środowisk LGBT. To ma być jedynie element debaty publicznej.

 

   Myślę, że potrzebujemy normalności i spokoju, przede wszystkim prawdy i szacunku, ale też odrzućmy dyktaturę i relatywizm poprawności politycznej.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tygodnika katolickiego „Niedziela”

Strefa wroga – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Po wałkowaniu polityczno – medialnym; aborcji, in vitro i gender, przyszła pora na nowy postęp czy jak kto woli destruktora jakim jest społeczność LGBT.

 

   Flagowy tytuł rządowy „Gazeta Polska”, wypuścił na rynek naklejki o strefach wolnych od mniejszości seksualnych. W ramach rewanżu jeden z głównych tygodników opozycyjnych „Newsweek” od nienawiści. A prześmiewczy ASZdziennik, strefę wolną od stref wolnych. Na akcje „GaPol” szybko zareagował Empik, który ogłosił bojkot. Co jest o tyle dziwne, że w tym samym salonie sprzedaje się bez problemu miesięcznik „To my kibice!”, gdzie bohaterami są chuligani „przeszkadzający” w  Marszach Równości.

 

   A tak ogólnie to stref nam przybyło. To fakt. Strefy szare, nadgraniczne, bez dzieci oraz komfortu. I marzenie prawie każdego – vipovskie. Mamy strefy wolne od czasu, od parawanów, od zagrożeń wybuchem, od broni. I kiedy wydawałoby się, że w tym sezonie królować będą doniesienia o strefach wolnych od komarów, od diesli czy 5G. To jednak nic z tego. Wszystkich przebiły i zdominowały sfery figlarne; płciowe i seksualne. Tęczowa rewolucja wygrała ze swędzeniem po ugryzieniach, ze smrodem spalin i zagrażającymi technologicznymi nowinkami.

 

   Jak dobrze pamiętam, walka o wolność do czegoś trwała od dawien dawna. Na ten przykład jeśli chodzi o palenie, wspominam dworzec kolejowy w Sędziszowie Małopolskim. Był tam bar okupowany głównie przez miejscowych, z uwagi na to, że nieliczni podróżni i tak się tam bali wejść. Znajdowała się w tym przybytku jedna sala, zarówno dla palących i niepalących. A wspólną przestrzeń oddzielała granicą… krata.

 

   Wracając do meritum, przykład z nośnika red. Tomasza Sakiewicza mógłby znaleźć godnych naśladowców. Pamięć podpowiada, co się działo onegdaj, a wyobraźnia, co może się stać w przyszłości.

 

   Medialni bohaterowie tygodnia, nie byli prekursorami z pomysłem „ograniczeń”. Przecież na zamku w Sobkowie, od lat wita gości napis: „Zakaz wstępu telewizji TVN”. A i jeszcze za komuny wychodził taki nieformalny organ naturystów „Veto”. I śmiał czelność obwieszczać całej zgorszonej Polsce, że promuje strefy/miejsca beztekstylne. Dyskryminując tekstylnych rzecz jasna.

 

   Ale inne gazety mogłyby pójść podobnym śladem:

 

   – „Daily Mail” informował, że Polacy polują na łabędzie i je zjadają. Reklama: CBD aliejus, Kanapių aliejus, Kanabidiolis hdrop.lt Wystarczy wypuścić na rynek tabliczki „Strefa wolna od Polaków” i rozwiesić nad stawami.

 

   – Magazyn motoryzacyjny „Top Gear” w swych najlepszych latach: „Strefa wolna od rowerów i przyczep kempingowych”. Wiadomo. Spowalniają ruch.

 

   – Gazeta „Hodowca bydła” czy „Hodowca trzody chlewnej”: „Strefa wolna od weganizmu,  wegetarianizmu, witarianizmu, frutarianizmu, owowegetarianizm, liquidarianizmu, sprautarianizmu”. Cokolwiek to znaczy.

 

   – „Łowiec Polski” : „Strefa wolna od grzybiarzy”. Bo wchodzi takim jeden z drugim we flanelowej koszuli z wiaderkiem na linie strzału i jeszcze przeszkadza w nagonce.

 

   – „Metal Hammer” : „Strefa wolna od punk – rocka”. No chyba, że z wyjątkiem zespołów grających metal punka. Im wybaczamy więcej.

 

   – „Cosmopolitan” : „Strefa wolna od niewyzwolonych (jeszcze) kur domowych”. Z dodatkową informacją, że odpowiednie napisy umieszczać nad zlewem, fortepianem lub przy szafce z drutami i szydełkami.

 

   – „Nasza Legia”. „Strefa wolna w szczególności od „Polonii Warszawa”, a także fanów Widzewa, ŁKS-u, Wisły, Cracovii, Lecha, Arki, Ruchu, Górnika, GKS-u, Spartaka Moskwa, Jagiellonii…”. No dobra, odpowiednia vlepka powinna przybrać rozmiary co najmniej B – 5.

 

   Swego czasu „Przekrój” miał bardzo pomysłowy dział „O czym nie piszemy”. Może by tak zamiast stref wolnych od czegoś tam, w środkach masowego, piśmienniczego przekazu, po prostu o tym nie pisać?  

 

Krzysztof Prendecki

Oświadczenie w sprawie działania firmy Empik w stosunku do Gazety Polskiej

CMWP SDP ze zdziwieniem i zaniepokojeniem przyjmuje decyzję firmy Empik o nie przyjęciu do sprzedaży wydania Gazety Polskiej  z naklejką „strefa wolna od LGBT” z uzasadnieniem, iż nie ma u nas miejsca na jawną dyskryminację i na treści łamiące prawo. 22 lipca, na dwa dni przed planowanym rozpoczęciem sprzedaży tygodnika, poinformowała o tym na portalu społecznościowym twitter rzeczniczka Empiku. Decyzja ta jest niezrozumiała w świetle prawa, zarówno polskiego, jak i unijnego, ponieważ łamie fundamentalną w ustroju demokratycznym zasadę wolności słowa. Zasada ta gwarantuje każdemu zarówno możliwość wyrażania swoich poglądów, jak i stwarza możliwość wyrażania negatywnej oceny innych poglądów, czy zachowania, co należy uwzględniać w przypadku podejmowania wszelkich działań w obszarze „polityki antydyskryminacyjnej”. W ostatnim czasie staje się to coraz bardziej istotne, ponieważ w przestrzeni publicznej niejednokrotnie pod pozorem przeciwdziałania dyskryminacji w rzeczywistości promuje się określone postawy i poglądy, co z kolei prowadzi do dyskryminacji tych, którzy się z nimi nie zgadzają.

 

   Zdumienie budzi przy tym próba realnej ingerencji firmy zajmującej się dystrybucją prasy w treści zamieszczane przez gazety, w tym wypadku przez redakcję Gazety Polskiej . Jest to praktyka niedopuszczalna. Empik jest jednym z głównych miejsc sprzedaży gazet i jednym z największych na polskim rynku sklepów internetowych, arbitralność decyzji o wycofaniu konkretnego numeru gazety ze sprzedaży oznacza więc dotkliwe straty finansowe dla redakcji, którym nie ma ona jak zapobiec ze względu na krótki czas dystrybucji prasy drukowanej ( 7 dni w przypadku tygodnika) . CMWP SDP zwraca uwagę, iż działanie takie stać się może współczesnym rodzajem cenzury prewencyjnej i w demokratycznym ustroju nigdy nie powinno mieć miejsca.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 23 lipca 2019 r.

„Spiskowiercy” i ludzie biznesu – MIROSŁAW USIDUS o teoriach spiskowych w świecie Internetu

Rząd Stanów Zjednoczonych wytępił wszystkie ptaki w 2001 r. i zastąpił je dronami inwigilującymi – twierdzą przedstawiciele ruchu „Birds Aren’t Real” (z ang. „ptaki nie istnieją naprawdę”). Ruch, niby miał być tzw. „beką” z teorii spiskowych, ale chętnie korzysta z owoców popularności szalonej teorii i sprzedaje gadżety. Sprawa sprawą, ale pecunia non olet, nieprawdaż?  

 

   W rzeczywistości kształtowanej przez Internet, sieci społecznościowe i memo-kulturę, zwanej czasem bardziej uczenie „rynkiem uwagi” (ang. „ettention economy”), przestaje mieć znaczenie, jaki mamy stosunek do teorii spiskowej, którą opisujemy – czy ją krytykujemy, demaskujemy, ośmieszamy, czy wierzymy w nią lub jesteśmy skłonni przekonywać, iż jest w niej ziarno prawdy. Ważne jest zwrócenie na siebie i na naszą publikację uwagi.  

 

   Nie jest natomiast ważne, że pisząc o „Imperium Lechitów”, czy Irlandczykach przywiezionych do Ameryki na statkach niewolniczych wymyślamy pseudohistoryczce dyrdymały dla żartu. Ważne, czy to, co piszemy, kreślimy lub nagrywamy, jest wystarczająco atrakcyjne, aby były kliki, udostępnienia, polubienia i dyskusje. Tak działa marketing  filmów Patryka Vegi i ruch antyszczepionkowców. To wszystko są ludzie, którzy doskonale rozumieją „attention economy”. Kto zrozumie tę grę, ten skorzysta, nie tylko krzewiąc teorie spiskowe, ale również teorie mające ośmieszyć teorie spiskowe, czy na przykład ruch kwestionujący istnienie prawdziwych ptaków.  

 

„Co najmniej kurczaki muszą być prawdziwe”  

 

   Lider „Birds Aren’t Real”, dwudziestolatek Peter McIndoe, mówił kilka miesięcy temu, w rozmowie z serwisem „The Daily Beast”, że całkowicie poważnie wierzy w to, że ptaki są tak naprawdę maszynami zaprojektowanymi do obserwacji i kontrolowania Amerykanów. Jednak wcześniej zarówno on sam, jak inni przywódcy ruchu przyznali, że powołali go, aby ośmieszyć i sparodiować inne teorie spiskowe. Dodatkowo chodziło tu o politykę, bo ruch na celownik wziął teorie zwolenników prawicy, nade wszystko QAnon, mówiącą o spisku lewicowych satanistycznych pedofilów, którzy walczą z Donaldem Trumpem i Ameryką.  

 

   Jednak satyryczna idea zyskała w amerykańskim Internecie pod koniec ubiegłego roku popularność samoistną. Pomógł filmik nakręcony przez znanego YouTubera PewDiePie z kilkoma milionami odsłon. A sklep internetowy zaczął przynosić dochody ze sprzedaży koszulek, kubków, itp. Niektórzy przedstawiciele spiskowej teorii, która była z założenia nieprawdziwa, zaczęli chyba rozumieć, że bardziej opłaca się krzewienie prawdziwej wiary w nieprawdziwość ptaków, niż powiedzenie: „OK., to był tylko żart. Tak naprawdę chodziło nam o satyrę z teorii spiskowych”. To może i zostałoby docenione przez wielu, ale zakończyłoby karierę teorii i… rozkręcający się biznes.  

 

   Zdaje się, że dobrze zrozumiał to McIndoe. Dlatego mówi to, co mówi. Jednak nie do wszystkich w ruchu to dotarło. Są tacy, którzy wciąż trzymają się korzeni. Np. instagramowe konto „Birds Aren’t Real NY” (nowojorski oddział) jasno komunikowało, że chodzi o parodię innych teorii spiskowych. Ale już działacze z Teksasu na Instagramie deklarowali szczerą wiarę w teorię nieistnienia ptaków, choć przyznawała, że niektórzy działacze skłaniają się na podstawie własnych doświadczeń do przyznania, że „co najmniej kurczaki muszą być prawdziwe”.  

 

Błędy poznawcze w spiskach – błędy w rozumieniu spisków  

 

   Nauka obecnie patrzy na spiskowe teorie nieco inaczej niż kiedyś, gdy z miejsca odrzucano je jako szaleństwa, niedorzeczności i groźne bzdury. Dziś badacze coraz częściej widzą w nich swoistą „normalność”, przejaw życia społecznego i psychologiczne mechanizmy, które są bardzo stare, znane i niejako rutynowe w procesach komunikacji na forum publicznym. Niektórzy eksperci nawet obawiają się, że próba zapobieżenia i radykalnego eliminowania teorii spiskowych mogłaby stanowić większe zagrożenie niż ich istnienie.  

 

   Internet zmienił sposób dystrybucji, natężenie publikacji o spiskowym charakterze, ale samo zjawisko występowało już dawno temu. Trudno jednak ocenić, czy przekonania o spiskach były kiedyś mniej czy bardziej intensywne, bo nie badano tego, lekceważąc tę sferę z miejsca, jako „stek bzdur” i „zajęcie szaleńców”. Niedawno Jan-Willem van Prooijen, psycholog z Vrije Universiteit Amsterdam i Michael Wood, profesor psychologii na brytyjskim uniwersytecie w Winchesterze, przeprowadzili badania, z których wynika, iż od co najmniej stulecia teorie spiskowe regularnie trafiają na strony amerykańskich gazet.  

 

   Inny naukowiec, Joseph Uscinski, politolog z Uniwersytetu w Miami, skatalogował ponad sto tysięcy listów do redakcji opublikowanych w „The New York Times” i „Chicago Tribune”, dochodząc do wniosku, że liczba listów zawierających domniemania istnienia konspiracji i przeróżne teorie spiskowe w ciągu ostatnich 120 lat była stała. Co oznacza, że funkcjonują od dawna w takim samym natężeniu. Ich liczba nie rosła, ani nie malała. Dopiero gdy znaczenie medialnych „gatekeeperów” spadło, wraz z rozwojem Internetu i każdy mógł nie tylko publikować ale również propagować swoje teorie w sieci, powstało wrażenie, że wiara w spiski rozkwitła dzięki Internetowi. To błąd poznawczy, jeden z takich, jakie często popełniają zwolennicy teorii spiskowych.  

 

   Innym częstym błędem jest przekonanie, że spiskowe teorie mają charakter marginalny a kultywuje je niewielka grupka „foliarzy”. Jedna z ankiet przeprowadzonych w 2014 r. w USA wykazała, że ponad połowa Amerykanów wierzy w co najmniej jeden spisek medyczny z długiej listy, na której znajdują się m. in. poglądy o szczepieniach, o których lekarze lub władze wiedzą, że są niebezpieczne, lub teorie, że amerykańska administracja leków (FDA) celowo zwalcza naturalne metody leczenia nowotworów z powodu presji ze strony przemysłu farmaceutycznego. Zdaniem Uscinskiego, który komentował te badania w mediach, jest całkiem prawdopodobne, że każdy człowiek ma swój ulubiony spisek, w który święcie wierzy.  

 

   Ciekawie pisze o spiskowych teoriach Carrie Leonard z Uniwersytetu w Lethbridge w Kanadzie. Badała dość szeroki wachlarz poglądów, które nazywa ogólnie „błędnymi przekonaniami”, wliczając do nich m. in. doświadczenia paranormalne i przekonania o oszustwach w grach hazardowych. Jej zdaniem, narodzinom spiskowych przekonań sprzyjają takie czynniki jak poczucie braku kontroli nad różnymi aspektami własnego życia, psychologiczna skłonność do myślenia paranoicznego, niezrozumienie i niewłaściwe korzystanie ze statystyk a także brak zdolności rozumowania probabilistycznego. To właśnie łączyć ma wiarę w UFO, duchy, oszukańcze mechanizmy w maszynach do gry i spiski polityczne. I to wszystko, zdaniem Leonard, łączy się wzajemnie ze sobą, czyli jeśli ktoś wierzy w zjawiska paranormalne, to z większym prawdopodobieństwem jest antyszczepionkowcem itd.  

 

   Ciekawe są także obserwacje społecznych aspektów skłonności do wiary w spiski w pracach Carrie Leonard, ale również innych badaczy. Wynika z nich, że, jeśli jesteś częścią grupy, która jest marginalizowana i czuje się pozbawiona wpływu na system polityczny, to teorie spiskowe zalęgną się w tobie z dużo większym prawdopodobieństwem niż w przedstawicielu grupy uprzywilejowanej i wpływowej. Dla polityków wynikałby stąd jasny wniosek, że zmniejszanie poziomu wykluczenia społecznego zmniejsza poziom nieufności opartej na spiskowych poglądach. Doświadczenie uczy jednak, że politycy nie chcą tego zrozumieć.  

 

   Wspomniany już Joseph Usciński po analizie spiskowej epistolografii medialnej, stanowczo zaprzecza, że skłonności do wiary w spiski przypisane są do jednej ze stron sporu politycznego. Mentalność ta nie ma zabarwienia, ani lewicowego, ani prawicowego.  Wiara w „onych” pociągających za sznurki i manipulujących krajem, jest szeroko rozpowszechniona we wszystkich częściach spektrum politycznego. Tu oczywiście można wskazać na kolejny błąd poznawczy popełniany przez publicystykę piętnującą spiskowe teorie, która zwykle wiąże je opcją przeciwną w stosunku do poglądów autorów „analiz”.      

 

   Uściński zauważył też ciekawe zjawisko, polegające na tym, że „ogromna infrastruktura teorii spiskowych” budowana przez formację polityczną, gdy jest w opozycji, natychmiast rozwiewa się po wygranych przez nią wyborach. Wszystkie teorie na temat Busha i jego administracji budowane w mediach i Internecie przez lewicę i Demokratów przez lata, zniknęły jak ręką odjął, gdy w 2008 roku wybory wygrał Obama. Zaczęło się za to budowanie „infrastruktury” po drugiej stronie.  

 

Moderatorzy Facebooka zarażeni spiskami  

 

   Mechanizmy psychologiczne mechanizmami psychologicznymi, ale raport serwisu internetowego „Verge” z lutego 2019 wskazuje, że silna ekspozycja na teorie spiskowe może zarażać nimi osoby, które do ich kontroli zostały zatrudnione. Dziennikarze odkryli, iż na niektórych moderatorach zatrudnionych przez Facebooka do usuwania obrazów szczególnie odrażających, np. obcinania głowy czy treści ukazujących zoofilię, oraz do kontroli publikacji propagujących spiski, czytane teksty i oglądane obrazy wywarły  silne piętno, ich reakcje przypominają syndrom stresu pourazowego a niekiedy widać w nich zaskakujące zmiany postaw, np. akceptację teorii spiskowych  

 

   Reporter Casey Newton opisuje przypadek jednego z moderatorów, który zaczął przekonywać wszystkich dookoła, że Ziemia jest płaska. Rozmówcy autora tekstu tłumaczą to dawką mediów społecznościowych. Jeśli użytkownika Facebooka porównać do palacza, to moderatorzy palą po dwie paczki mocnych dziennie. Duża ilość konsumowanych kontrowersyjnych treści sprawia, że stają się dobrze znane, oswajamy się z nimi a stąd już tylko krok do akceptacji.  

 

   „Im częściej to widzisz, tym to coś jest bardziej znajome, a im bardziej znajome, tym bardziej wiarygodne”, tłumaczy w „Verge” Jeff Hancock, profesor komunikacji i dyrektor Stanford Social Media Lab.  

 

 

   „Treści spiskowe zostały zaprojektowane tak, aby były przekonujące. Ludzie akceptują te teorie, ponieważ pomagają nadać sens światu, który jest przypadkowy i chaotyczny. Mogą zaoferować poczucie komfortu lub bezpieczeństwa. Widząc te teorie pojawiające się wielokrotnie na Facebooku, wydaja się nam coraz mniej obce i dziwaczne”, dodaje James Grimmelmann, profesor Cornell Law School.  

 

   Ponadto „powtarzająca się ekspozycja może sprawiać wrażenie, że teoria spiskowa jest bardziej rozpowszechniona niż jest w rzeczywistości”, uzupełnia Dominique Brossard, profesor Uniwersytetu Wisconsin-Madison.  

 

   Dochodzi do tego zjawisko psychologiczne nazywane „zarażeniem emocjonalnym”, znane z sytuacji gdy ktoś nieświadomie naśladuje wyraz twarzy lub inaczej odzwierciedla nastrój osoby, z którą rozmawia lub przebywa.  

 

   Badania grupy bardzo szczególnej, czyli moderatorów przeglądających ogromne ilości kontrowersyjnych treści społecznościowych demonstruje dość dobrze możliwy mechanizm rozpowszechniania się i popularyzacji teorii spiskowych. Jednak nie można automatycznie doświadczeń tak szczególnej grupy przekładać na resztę, zwykłych konsumentów Internetu. Wniosek płynący z publikacji „Verge” jest raczej taki, że bezkrytyczna konsumpcja takich treści w nadmiernych ilościach wystawia użytkownika na niebezpieczeństwo „zarażenia się”, niż, że używając Facebooka staniesz się w końcu „płaskoziemcem”.  

 

Lepiej zarobić niż zwalczać konspiracjonizm  

 

   Czy wyeliminowanie teorii spiskowych jest w ogóle możliwe? Wspomniany wcześniej holenderski badacz, Van Prooijen przeprowadza badania sprawdzające, czy fałszywe przekonania o spiskach można korygować, dając ludziom, którzy w nie wierzą, coś, czego im brakuje – poczucie władzy i kontroli nad własnym życiem. W eksperymentach laboratoryjnych wydaje się to działać. Upodmiotowienie ludzi, zaszczepienie im poczucia kontroli, wprowadzenie przejrzystości w działaniach – to sprawia, że atrakcyjność spiskowych teorii maleje. Jednak to, co działa w laboratorium, jest niełatwe do zastosowania w życiu, zwłaszcza, że ze spiskowymi teoriami chcą walczyć głównie ci, którzy są ich zwyczajowymi negatywnymi bohaterami: politycy, naukowcy, lekarze. To nie sprzyja wiarygodności w oczach spiskowierców.  

 

   W 2006 r. politolodzy Brendan NyhanJason Reifler opisali zjawisko zwane „backfire effect”. Wykazali, że wysiłki zmierzające do obalenia nieprawdziwych, niedokładnych informacji w dziedzinie polityki mogą sprawić, że wśród odbiorców wzrośnie przekonanie, że owe fałszywe informacje są prawdziwe. Wydaje się, że sama gorliwość w dementowaniu spiskowych teorii wzbudza podejrzliwość i działa przeciwskutecznie.  

 

   Internet oskarżany zwykle o to, że jest narzędziem do rozpowszechniania spiskowych teorii na nieznaną wcześniej skalę, może być zarazem świetnym narzędziem do ich neutralizacji. Zazwyczaj wystarczą fakty i dane, a tych w sieci nie brakuje. Jeśli osoba, której je podsuwamy, nie jest fanatykiem czy szaleńcem, to twarde fakty powinny wystarczyć do odwiedzenia jej od nieprawdziwych spiskowych wierzeń. W dodatku w sieci działają aktorzy równorzędni, czyli znajomi i życzliwi koledzy, a nie złowrogie kręgi polityków-iluminatów, międzynarodowej finansjery, lekarzy zblatowanych z demonicznym przemysłem farmaceutycznym, media i naukowcy eksperymentujący na ludziach.  

 

   W tym sensie Internet i społeczności są teoretycznie doskonałym narzędziem do obalania teorii spisku. Jednakże, jeśli ktoś tak jak np. ruch „Birds Aren’t Real” wyczuł w czymś, co miało być żartem i kpiną z innych teorii spiskowych, kuszący zapach rozgłosu i pieniędzy, to perspektywy walki z nimi nie wyglądają zbyt różowo. Wychodzi na to, że walka z „płaskoziemstwem”, „Imperium Lechitów”, „chemtrailsizmem”, „negacjonizmem lądowania na Księżycu”, jest mniej intratnym zajęciem niż propagowanie tych i dziesiątek innych teorii.  

 

Mirosław Usidus

Adam Słodowy jak Mark Twain – ŁUKASZ WARZECHA o fałszywej informacji o śmierci twórcy kultowego programu telewizyjnego

Przyznaję – też dałem się nabrać. Pamiętałem dobrze z dzieciństwa te niesamowite konstrukcje, które podobno dawało się zbudować samemu. Choć ja nigdy nawet nie spróbowałem. No i oczywiście pamiętałem słynny wskaźnik – czarną strzałkę ze srebrnym grotem, którą konstruktor wskazywał kluczowe miejsca swoich projektów.

 

   Poruszyła mnie zatem wiadomość o śmierci Adama Słodowego, którą znalazłem na portalu bodaj Radia Zet. Szybko zerknąłem w agregator wiadomości, gdzie zobaczyłem, że o odejściu pana Słodowego pisze kilka innych dużych serwisów. Wrzuciłem więc wspomnianą wiadomość na Twittera ze słowami żalu oraz krótkim wspomnieniem. I na jakiś czas przestałem zaglądać do Internetu.

 

   Jakież było moje zaskoczenie po kilku godzinach, gdy okazało się, że wiadomość była nieprawdziwa. W przeciwieństwie do sytuacji, gdy nazwa ta jest używana wobec niewygodnych opinii albo politycznie kłopotliwych informacji, w tym wypadku mieliśmy do czynienia z klasyczną fałszywką informacyjną (zwaną „fejkniusem”, ja jednak wolę spolszczoną nazwę).

 

   Kilka osób napisało do mnie, że nie dochowałem należytej staranności, dzieląc się smutną informacją na Twitterze, ja jednak nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie jestem dziennikarzem informacyjnym, nie jest moim zadaniem weryfikowanie informacji u źródła. W tym wypadku byłem zresztą zwykłym odbiorcą wiadomości. I zachowałem się jak każdy rozsądnie krytyczny odbiorca. Dokładnie tak, jak instruowaliśmy studentów w czasie spotkań na temat fałszywek informacyjnych, które organizowane były w ciągu około roku na różnych uniwersytetach w Polsce (Kraków, Gdańsk, Poznań, Warszawa) przy udziale „Polityka Insight”, miesięcznika „Press” i Facebooka. Po wstępnej dyskusji panelowej z gośćmi szkolenia, przechodziliśmy do warsztatów, podczas których studenci mieli zidentyfikować fałszywe wiadomości w zbiorze, zawierającym kilkanaście wymieszanych informacji (zwykle im się to udawało). Następnie przechodziliśmy do zaleceń, które formułowali uczestnicy zajęć przy naszej pomocy.

 

   W tym przypadku spełniona wydawała się większość warunków, by uznać informację za prawdziwą, choć – przyznaję – nie wszystkie. Przede wszystkim informacja pojawiła się we wszystkich wiodących, poważnych mediach. Jak prześledził bardzo dobry serwis Konkret24 (afiliowany przy portalu TVN24.pl), pierwotnie pojawiła się na portalu Interia, który tłumaczył potem, że uzyskał ją od dwóch niezależnych źródeł, których jednak nie zidentyfikował. Bezkrytycznie powtórzyły ją za nim inne portale i powstał efekt masy.

 

   Po drugie – informacja dotyczyła osoby realnej i w dodatku była – z całą ogromną moją sympatią dla pana Adama Słodowego, w końcu człowieka już starszego (oby żył 200 lat!) – prawdopodobna. To wyłączyło czujność.

 

   Po trzecie – trudno było wyobrazić sobie powód, dla którego ktoś miałby fałszować tę akurat informację. O ile mechanizm maksymalnego sceptycyzmu włącza mi się automatycznie przy niepewnych, dziwnych wiadomościach, dotyczących polityki, gwiazd (jeśli takie przypadkiem przeczytam) lub jakichś dziwnych sytuacji życiowych, jeśli te ostatnie pojawiają się w miejscach, którym może zależeć na łowieniu kliknięć – o tyle tutaj trudno było wyobrazić sobie motyw. 

 

   Post factum przyznaję jednak, że jako odbiorca mogłem być bardziej krytyczny. Mogłem na przykład zwrócić uwagę na to, że w żadnej z informacji nie ma powołania się na nikogo z rodziny, współpracowników, przyjaciół. Jedynie na inne źródła wiadomości. To powinno budzić podejrzenia. Trudno jednak było wyobrazić sobie, żeby bezmyślnemu instynktowi stadnemu uległy wszystkie duże organizacje medialne. A jednak.

 

   W wielu redakcjach prawdopodobnie myślano podobnie, jak myślałem ja: skoro tamci podali, to przecież musieli to sprawdzić i nie mogli sobie pozwolić na pomyłkę. A skoro tak, to i my podajemy, bo przecież nie możemy tej informacji nie mieć, skoro mają ją już wszyscy inni. Tyle że na takie myślenie może sobie pozwolić odbiorca, ale nie powinni sobie na nie pozwolić dziennikarze, zajmujący się obróbką informacji. Tymczasem w tę pułapkę wpadł nawet PAP! A przecież kto jak kto, ale Polska Agencja Prasowa właśnie tego typu wieści powinna szczególnie drobiazgowo weryfikować, będąc dla innych redakcji pierwotnym źródłem wiedzy. Na usprawiedliwienie – choć słabe – można jedynie napisać, że w przypadku Adama Słodowego nie mówimy o osobie publicznej (już nie), a więc zdobycie informacji u źródła (rodziny, przyjaciół) faktycznie mogło być niełatwe.

 

   Tu wracam do wspomnianego wcześniej Konkretu24, kierowanego przez Beatę Biel. To chyba jedyna (pewności nie mam, ale o żadnym innym nie wiem) redakcja, afiliowana przy innym medium, której zadaniem jest wyłącznie weryfikowanie informacji, często krążących uparcie po sieci i bezkrytycznie powielanych przez kolejnych internautów, a czasami i redakcje. Konkret24 wykonuje w gruncie rzeczy pracę, którą powinna wykonywać każda redakcja. Ale jest to praca wymagająca czasu i wysiłku, czasami nie tylko kwerendy internetowej, ale też uzyskania informacji od różnych podmiotów. Warto Konkret24 odwiedzać regularnie – czasem można się zdziwić, widząc, że coś, co od dawna uważało się za fakt, jest zmyśleniem.

 

   W tej sprawie przykre jest, że to, co w mediach powinno być standardem, dziś jest domeną jedynie specjalnie w tym celu stworzonych serwisów. Z czego pośrednio wynika, że w innych redakcjach do weryfikacji faktów podchodzi się… powiedzmy: luźniej.

 

   A pan Adam – cóż, mógłby powtórzyć za Markiem Twainem, który znalazł w gazecie własny nekrolog: „Pogłoski o mojej śmierci były przesadzone”.

 

Łukasz Warzecha

Wiadomo, co zrobią ze zwycięstwem –  ADAM SOCHA jeszcze o polemice wywołanej felietonem Roberta Mazurka

„Wygraliście. Zastanówcie się raczej, co z tym zwycięstwem zrobicie?” – tym pytaniem zakończył Robert Mazurek swój felieton pt. „Danucie Holeckiej i Jackowi Kurskiemu do sztambucha”, odnosząc się do gwałtownych ataków na jego osobę, wywołanych „Listem otwartym do Danuty Holeckiej” opublikowanym  tydzień wcześniej w swoim stałym felietonie w „Plusie Minusie”.

 

 Znam odpowiedź na pytanie Mazurka, ale nim ją udzielę, najpierw zapytam, dlaczego „List” Mazurka wywołał taką furię w gronie prorządowych publicystów, do niedawna koleżanek i kolegów Mazurka z tych samych redakcji? Przecież od momentu przejętych blitzkriegiem mediów publicznych i przekształceniem ich w narzędzia propagandy partyjnej non stop media antyrządowe opisują i potępiają to zjawisko oraz tworzą listy hańby z nazwiskami najgorliwszych wykonawców. Są dwa tego powody.

 

   Ci, którzy atakują Jacka Kurskiego, Danutę Holecką, braci Karnowskich nie są wiarygodni, gdyż za poprzednich rządów robili dokładnie to samo, a więc „przygadywał kocioł garnkowi”. Toteż im gwałtowniej na Czerskiej i Wiertniczej atakują „TVP Info”, „wPolityce.pl” itd., tym w oczach liderów PiS-u i elektoratu rządzącej partii zyskują. Ich wiarygodność z każdym atakiem Lisa, Olejnik, Żakowskiego, Czuchnowskiego itd., tylko się umacnia.

 

   Drugi powód to WIARYGODNOŚĆ Roberta Mazurka w oczach „ludu PiS-owskiego”, a przede wszystkim szacunek i podziw liderów PiS-u, którzy pamiętają, iż to dzięki m.in. takim publicystom, jak Mazurkowi zawdzięczają m.in. dojście do władzy. Robert Mazurek z racji wyjątkowego talentu mógł być gwiazdą największych i najpotężniejszych mediów III RP, tak jak Wojciech Czuchnowski, który zaczynał swoją karierę od konserwatywnego „Czasu Krakowskiego”, by stać się czołowym pistoletem Czerskiej. Robert Mazurek wybrał wierność wyznawanym wartościom i przez wiele lat egzystował w niszy medialnej. Stał się szybko najwybitniejszym publicystą prawej strony, demaskując i zdzierając maski zakłamanym rządzącym III RP politykom. Robił to przy tym w sposób arcyinteligentny, dowcipny i błyskotliwy. Osiągnął w tym mistrzostwo.

 

   Ośmieszał także gwiazdy medialne salonów III RP. Przypomnę tylko jego akcję częstowania ciepłą wódką czołowego propagandzisty TVP za czasów „Brunatnego Roberta” (to też określenie Mazurka, które stało się obiegowe, tak jak nazwanie TVP pod rządami układu post magdalenkowego „Telewizją białoruską z oddziałem w Warszawie”).

 

   To dlatego jego „List otwarty do Danuty Holeckiej” tak wkurzył niedawnych kolegów Roberta Mazurka, a zwłaszcza ta fraza mistrza felietonu: „W tępej propagandzie sukcesu jesteście gierkowscy, w nagonkach na opozycję gomułkowscy, a w estetyce jaruzelscy. Tyle, że za Jaruzela było klarowniej, bo oni przynajmniej występowali w mundurach, a wam ich nie sprawiono”.

 

   Robert Mazurek od samego początku krytykuje, jak to określił „paździerzową TVP” pod rządami Jacka Kurskiego, ale dopiero to zdanie przypiekło ”salon medialny IV RP” do żywego. Dlatego, że te porównania do niedawna  mogły odnosić się tylko i wyłącznie do dziennikarzy z „lewej strony Wisły”, że posłużę się poetyką Mateusza Matyszkowicza, wiceprezesa TVP z jego polemiki z „listem Mazurka”. „Jak można porównać nas do propagandzistów gomułkowsko-jaruzelskich, skoro to my właśnie przez tyle lat z takimi propagandzistami walczyliśmy!” – zdają się pytać zdumieni i obrażeni.

 

   Prorządowe pióra, które rzuciły się na Mazurka nie podjęły polemiki z podstawowym jego pytaniem-stwierdzeniem: dlaczego w publicznej telewizji robicie partyjną propagandę? Zamiast polemiki uciekli się do ataków ad personam, insynuując, jak Danuta Holecka, że to pewnie zazdrość go zżera, że to nie on jest telewizyjną gwiazdą, czy jak szef TAI Jarosław Olechowski, „subtelnie” starał się go zdyskredytować przypominając, komuż to Mazurek się wysługuje: „Panie Mazurek, kto Panu kazał napisać te wynurzenia spod śmietnika (wiadomo do czego nawiązuję) szef Niemiec czy szef z czerwonoarmijnym rodowodem?”.

 

   Podstawowa różnica pomiędzy jego niedawnymi koleżankami i kolegami, z którymi ramię w ramię walczył z postkomunizmem, a którzy go teraz zaatakowali polega na tym, że Robert Mazurek pozostał wierny misji dziennikarskiej, zachował niezależność i wolność. Tak się składa, że dzisiaj może być wolny i niezależny na antenie RMF FM, w „Plusie i Minusie” oraz w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, a nie w tygodniku „Sieci” czy na portalu „wPolityce”. Tygodnik „Sieci” czytałem już tylko dla rubryki „Mazurka i Zalewskiego”, reszta autorów stała się do bólu przewidywalna, pisząc „po linii i na bazie”.

 

   Dla mnie najistotniejszy głos w tym chórze potępiającym Roberta Mazurka zabrał Michał Karnowski, który najlepiej wyraził, o co tu chodzi: „mając na karku tak brutalnych medialnych przeciwników, trzeba znaleźć w sobie siłę do walki. Nie do zniesmaczenia, nie do mlaśnięcia z odrazą, ale do twardej, codziennej walki o obronę demokratycznego werdyktu”.

 

   Michał Karnowski napisał, ni mniej ni więcej, że w miarę, jak obóz PiS-u powiększa swoje zwycięstwo, walka z obozem III RP zaostrza się. Rozumiem traumę braci Karnowskich i innych dziennikarzy z prawicowych, niszowych mediów, którzy zostali przez Jacka Żakowskiego, w apogeum rządów Donalda Tuska, skazani na wymarcie.

 

   Robert Mazurek też to rozumie, ale chciał uprzytomnić, że rewolucja się dokonała, przeciwnik został rozgromiony i trzeba wrócić do cywilizowanych form walki.

 

   Mazurek wcielił się tutaj w rolę Dantona z genialnego filmu Andrzeja Wajdy, który stara się zatrzymać krwawy terror, uzmysłowić Robespierrowi, że zwyciężył i trzeba zatrzymać gilotynę, bo ci, którzy ją uruchomili też w końcu na nią trafią.

 

   To samo mówi Mazurek: „wygraliście. Zastanówcie się raczej, co z tym zwycięstwem zrobicie?”

 

   Łukasz Warzecha, też jeden z nielicznych już publicystów, którzy wybrali niezależność, broni na portalu sdp.pl Roberta Mazurka i proponuje zorganizowanie debaty o tym, „jak wyglądają informacje i publicystyka w TVP”?

 

   Szanowny panie Łukaszu, nie będzie żadnej debaty. Prezes Jacek Kurski udowodnił prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu, że obrał słuszną metodę a elektorat PiS-u przez tyle lat upokarzany jest zachwycony i dopinguje dziennikarzy TVP do spuszczania codziennie twardego, brutalnego łomotu „wrogom Polski”.

 

   I teraz odpowiadam na pytanie Roberta Mazurka: „co z tym zwycięstwem zrobicie?” Na pytanie już odpowiedział marszałek senatu Stanisław Karczewski. Po zwycięskich wyborach parlamentarnych na jesieni, a szykuje się wielkie zwycięstwo, zostanie przeprowadzona operacja pt. „dekoncentracja mediów”. Na czym będzie polegała, wiemy z Węgier, gdzie oligarchowie, którzy zawdzięczają swoje majątki Orbanowi powołali holding medialny i wykupili udziały w mediach opozycyjnych od dotychczasowych, zagranicznych właścicieli. W Polsce po jesiennych wyborach błyskawicznie zostanie przyjęta ustawa, na mocy której w mediach kapitał zagraniczny nie będzie mógł mieć więcej udziałów ponad określony mniejszościowy poziom. Właściciele zagraniczni będą musieli więc odsprzedać udziały, które kupi holding kredytowany np. przez PKO BP. Bo tak naprawdę nie tyle chodzi o to, by inne państwa nie miały wpływu na opinię publiczną w Polsce, co o to, by rządzącą partię uwolnić od kontroli niezależnych mediów. Że o to chodzi pokazała histeryczna reakcja braci Karnowskich, gdy właściciel Zetki nie im sprzedał radio a  Agorze, wszak kapitałowi polskiemu. 

 

   Mateusz Matyszkowicz, wiceprezes TVP pyta: „Gdyby świat wyglądał tak, jak opisuje go Robert Mazurek to, czy mógłby napisać taki list otwarty – wejść w otwartą, publiczną polemikę z dziennikarką Telewizji Publicznej?”

 

   Dzisiaj jeszcze może polemizować, ale po dekoncentracji mediów może to już być niemożliwe.

 

Adam Socha

Tygodnik dla czytających – ks. ARTUR STOPKA o przyczynach wzrastającej popularności „Tygodnika Powszechnego”

Gdy ogromna większość gazet i czasopism notuje w Polsce systematyczne spadki nakładów, krakowski „Tygodnik Powszechny” wbrew trendowi ma coraz więcej czytelników. Warto popatrzeć, jak to się dzieje.

 

Żyje jeszcze sporo Polaków, którzy pamiętają, jakim fenomenem był „Tygodnik Powszechny” przed rokiem 1989, w czasach PRL-u. Jak po kolejne numery pisma biegało się po Mszy św. do zakrystii. Jak wielu duchownych nie tylko chętnie pomagało w kolportażu, ale również za punkt honoru uważało znajomość treści poszczególnych numerów. „Tygodnik Powszechny” był ważnym elementem sfery wolności, jaką wówczas dla znaczącej części społeczeństwa stanowił Kościół. Czasopismo było też liczącym się głosem wspólnoty polskich katolików na temat otaczającej ich rzeczywistości, także tej kościelnej.

 

List od Papieża

 

Po roku 1989 zapanowało powszechne przekonanie, że „Tygodnik” popełnił poważny błąd, angażując się politycznie po jednej, bardzo konkretnej stronie. Od pisma gwałtownie odwrócili się polscy duchowni. Jego tytuł stał się dla niejednego z nich synonimem kreciej roboty w Kościele. Ci, którzy zaczęli „Tygodnikowi Powszechnemu” nie najlepiej życzyć otrzymali poważny argument w postaci listu papieża Jana Pawła II do redaktora naczelnego, Jerzego Turowicza, z okazji pięćdziesięciolecia pisma. Jedyny Polak na Stolicy Piotrowej pisał z nieskrywanym zatroskaniem.

 

Powołując się na swoją wizytę w Ojczyźnie w roku 1991 stwierdził, że odzyskanie wolności zbiegło się paradoksalnie ze wzmożonym atakiem sił lewicy laickiej i ugrupowań liberalnych na Kościół, na Episkopat, a także na Papieża. Wyliczywszy, że po 1989 roku mnożyły się oskarżenia czy pomówienia o klerykalizm, o rzekomą chęć rządzenia Polską ze strony Kościoła, czy też o hamowanie emancypacji politycznej polskiego społeczeństwa, Jan Paweł II stwierdził, że oddziaływanie tych wpływów odczuwało się jakoś także w „Tygodniku Powszechnym”. „W tym trudnym momencie Kościół w «Tygodniku» nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd prawo oczekiwać; „nie czuł się dość miłowany” – jak kiedyś powiedziałem. Dzisiaj piszę o tym z bólem, gdyż los «Tygodnika Powszechnego» i jego przyszłość bardzo leżą mi na sercu” – czytamy w liście Następcy św. Piotra.

 

Wyrok?

 

Te papieskie słowa mogły dla pisma oznaczać wyrok. Nie brakło takich, którzy zaczęli odliczać dni i godziny do momentu, w którym czasopismo straci prawo używania w tytule określenia „katolickie” i po prostu upadnie z braku czytelników. Przeliczyli się. Po rozmaitych perturbacjach (w tym również właścicielskich) „Tygodnik Powszechny” wciąż się ukazuje. Co więcej wciąż ma w tytule sformułowanie „Katolickie pismo społeczno-kulturalne”. I od kilku lat jego nakład nie spada, jak to ma miejsce w odniesieniu do zdecydowanej większości czasopism na polskim rynku, lecz stopniowo, krok po kroku rośnie. Stał się więc ewenementem, idącym z uporem wbrew trendom.

 

Jak to możliwe? Łukasz Warzecha analizując w ubiegłym roku na łamach portalu SDP  sukces sprzedaży „Tygodnika Powszechnego” wskazał przede wszystkim na dwie kwestie – lojalność czytelników i nieoczywistość. Wyjaśniając tę drugą, stwierdził: „«Tygodnik Powszechny» daje swoim czytelnikom jakieś zaskoczenie, pobudzenie do myślenia, zamiast wyłącznie potwierdzania ich własnych poglądów”.

 

Kwestia zaufania

 

Jest w tej diagnozie sporo racji. Warto zwrócić uwagę, że obydwie wskazane przez Warzechę przyczyny sukcesu TP wzajemnie się uzupełniają. Lojalność, o której mówi, jest czymś innym niż powszechne dziś wśród odbiorców w Polsce przywiązanie do konkretnych tytułów, stacji radiowych i telewizyjnych, serwisów internetowych, wynikające z ich charakteru „tożsamościowego”. W czasach, gdy ten rodzaj mediów dominuje na rynku, „Tygodnik Powszechny” stawia swoim czytelnikom wymóg nie identyfikacji z prezentowanymi na łamach poglądami, ale zaufania do redakcji, że warto poznać przygotowane przez nią treści.

 

Na kwestię zaufania zwracał zresztą uwagę sam zespół TP w materiałach promocyjnych. Odbiorca nie musi zgadzać się z tym, co czyta. Dzięki lekturze dowiaduje się, co myślą inni, w jaki sposób widzą konkretne sprawy i interpretują zjawiska oraz wydarzenia. Czytelnik TP w pewnym sensie „musi” być otwarty na dialog. Okazuje się, że w ostatnich kilku latach liczba tego rodzaju odbiorców powoli rośnie, a redakcja potrafiła tę niszę zauważyć i skutecznie zagospodarować.

 

Autorytety

 

W „Tygodniku Powszechnym” dokonała się pokoleniowa zmiana. Jednak wciąż można dostrzec w kształtowaniu pisma szacunek, a raczej przywiązywanie znaczenia do kwestii autorytetu. Nie sposób zignorować wartości, jaką dla wizerunku i odbioru tego pisma ma postać ks. Adama Bonieckiego. Nakładane na niego przez władze zgromadzenia, do którego należy, zakazy wypowiadania się dla mediów czynią wyjątek tylko dla krakowskiego czasopisma. Paradoksalnie dla części odbiorców, w tym sporego grona katolików, czynią one poglądy i opinie ks. Bonieckiego bardziej wartościowymi i godnymi poznania. Redakcja konsekwentnie buduje swój wizerunek na autorytecie byłego generała marianów. Ale nie tylko na jego autorytecie.

 

Dwa lata temu Jerzy Sadecki na łamach miesięcznika „Press” w obszernym tekście poświęconym zauważalnemu sukcesowi krakowskiego pisma zwrócił uwagę, że przywiązywanie wagi do autorytetów widać także np. w doborze felietonistów. „Każdy z nich ma swoich fanów” – odnotował. Określenie „fanów” wydaje się tutaj nie do końca precyzyjne. Dla określonych grup odbiorców konkretni autorzy pojawiający się na łamach tygodnika są czymś więcej niż idolami. Są właśnie autorytetami.

 

Wiśniewski i Woś

 

TP wypracował sobie w ostatnich latach opinię czasopisma odważnego. To w nim pojawiają się np. niewygodne nie tylko dla części polskich katolickich hierarchów, ale również dla wielu księży i wiernych świeckich teksty o. Ludwika Wiśniewskiego. Niezależnie od tego, czy odbiorcy się z nimi zgadzają czy nie, są to ważne głosy w debacie o Kościele w Polsce, które raczej nie mają szans ukazać się w jakimkolwiek innym piśmie opatrzonym przymiotnikiem „katolicki” w naszym kraju.

 

Ale opinia „odważnego” dotyczy nie tylko tematyki kościelnej. Kilkakrotnie zdarzyło się, że na łamach „Tygodnika Powszechnego” publikowane były teksty znanych autorów, których publikacji odmówiły inne renomowane periodyki. Znaczącym ruchem było również zatrudnienie znanego i budzącego kontrowersje publicysty Rafała Wosia, z którym tygodnik „Polityka” nie przedłużył umowy. Tego typu działania również kształtują wizerunek pisma.

 

Dawniej „inteligent”

 

We wspomnianym już tekście w „Press” redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” Piotr Mucharski w pewnym sensie definiuje docelową grupę odbiorców redagowanego przez niego pisma: „To ważne określenie tożsamościowe: jestem człowiekiem czytającym. Skoro czytam, to nawet gdy z czymś się nie zgadzam, nie powiem, że ten myślący inaczej jest debilem. Dziś określenie «człowiek czytający» to jak dawniej «inteligent»”.

 

Trudno powiedzieć, czy nakład i sprzedaż TP w najbliższych latach będą nadal rosły, czy też okaże się, że osiągnął on maksimum możliwości. Jego sukces wynika przede wszystkim z jednego: istnieje w Polsce zapotrzebowanie na tego typu pismo i redakcja efektywnie je zaspokaja. Potrzebuje go konkretna, wcale nie mała, jak na dzisiejsze warunki i okoliczności, grupa ludzi.

 

Ks. Artur Stopka