Oświadczenie CMWP SDP w sprawie blokady internetowej telewizji wRealu24.pl przez firmę YouTube

28 lipca internetowa telewizja wRealu24 została zablokowana przez  serwis internetowy YouTube. Telewizja ta nie może na swoim kanale przez tydzień publikować nowych treści, relacji i transmisji. Zniknęły też opublikowane przez nią filmy, które zostały uznane przez serwis za szerzące mowę nienawiści. Serwis YouTube nie wyjaśnił przyczyn zablokowania tego konta. Przekazano jedynie informację, iż w serwisie zasady określające, jakie treści są niedozwolone opisane są w tzw. Wytycznych dla Społeczności. YouTube sprawdza filmy swoich użytkowników i jeśli łamią te wytyczne, usuwa je z platformy YouTube. Telewizja wRealu24.pl, którą dotknęła aktualnie taka blokada, nie była informowana, która z jej publikacji i w jaki sposób naruszyła „wytyczne” .

 

   W ocenie CMWP SDP decyzja o usuwaniu treści z portali społecznościowych bez wskazania konkretnych przykładów naruszenia regulaminu serwisu i bez realnej możliwości odwołania się przez ich autorów narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa oraz łamie jej prawne podstawy. Ze względu na powszechność serwisu społecznościowego YouTube działanie takie ma charakter cenzury czyli kontroli publicznego przekazywania informacji, ograniczającej wolność publicznego wyrażania myśli i przekonań.

 

   YouTube to założony w lutym 2005 roku w USA serwis internetowy, który umożliwia bezpłatne umieszczanie, odtwarzanie strumieniowe, ocenianie i komentowanie filmów. Wg redakcji telewizji wRealu2.pl obecna blokada ich konta jest skutkiem publikowania przez nich tzw. niepoprawnych politycznie treści, ponieważ telewizja ta w swoich programach często porusza problematykę m.in. promocji ideologii LGBT, ataków na duchownych i na działaczy katolickich, czy prowokacji związanych z profanacją przedmiotów kultu religijnego. 28 lipca b.r. otrzymała  tzw. pierwsze ostrzeżenie. Po kolejnych dwóch YouTube ma prawo skasować cały kanał Wrealu24.pl , który dziś ma 250 tys subskrybentów.

 

   CMWP SDP przypomina iż w przeszłości wielokrotnie wskazywaliśmy na konieczność wprowadzenia zmian w polskich przepisach prawa, tak by usuwanie treści z portali społecznościowych mogło następować tylko w ściśle określonych przypadkach, oraz by Polacy mieli jasną ścieżkę odwoławczą w sporach z internetowymi koncernami po to, by mogli skutecznie dochodzić swoich praw przed sądami w naszym kraju, co w świetle obecnych przepisów jest w praktyce niemożliwe.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 30 lipca 2019

materiały uzupełniające:

 

Poparcie CMWP SDP dla petycji Ordo Iuris w sprawie ograniczenia cenzury w sieci z 15 maja 2018 r.

https://cmwp.sdp.pl/poparcie-cmwp-sdp-dla-petycji-ordo-iuris-w-sprawie-ograniczenia-cenzury-w-sieci/

 

link do strony petycyjnej:

http://www.maszwplyw.pl/internet-bez-lewicowej-cenzury-,81,k.html

 

link do założeń projektu:

http://www.ordoiuris.pl/pliki/dokumenty/Zalozenia_do_ustawy_dot_mediow_spolecznosciowych-Ordo_Iuris.pdf

LUDZIE, KTÓRZY TWORZYLI TELEWIZJĘ POLSKĄ. Arbiter elegantiarum – STEFAN TRUSZCZYŃSKI o Tadeuszu Sznuku

Poszukajmy – za Sienkiewiczem – Petroniusza. Wypatrując arbiter elegantiarum. Mogliby nim zostać tacy, jak: Jeremi Przybora, Jerzy Wasowski, Gustaw Holoubek, Karol Małcużyński – a bliżej z aktywnych –  Artur Orzech. Gdybym to ja decydował, rzekłbym: Tadeusz Sznuk. Bynajmniej nie po protekcji (choć jest zaledwie 5 dni młodszy ode mnie). Ale niech będzie po kolei.

 

   Tadeusz Maria Sznuk urodził się 76 lat temu. Był to sam środek wojny – 16 lipca 1943, czas przełomu czołgowej bitwy pod Kurskiem, masakry Polaków na Wołyniu. Syn Stanisława przyszedł na świat w Kielcach. Potem była Warszawa – XXX Liceum imienia Jana Śniadeckiego. A dalej Politechnika Warszawska – wydział elektroniki i tytuł magistra inżyniera.

 

   Gdy w najważniejszym i najmądrzejszym teleturnieju Telewizji Polskiej dopowiada „jednemu  z dziesięciu” w sprawach technicznych, brzmi to lekko, zrozumiale i przekonująco – czy to fizyka, chemia, czy matematyka. To nie jest tylko odczytanie z kartki – ściągawki. Czuje się, że prowadzący odpytywanie zawodników wszystko to naprawdę wie i rozumie. I obojętne, czy to o ciśnieniu, pierwiastkach, kątach, trójkątach, elektronice, składzie produktu spożywczego, bombie atomowej, czy sile kopa końskiego. Życzliwie uzupełnienia lakoniczną odpowiedź na pytanie. Doda, ale nigdy po to, by pomniejszyć ocenę wiedzy na ogół stremowanego gościa TVP.

 

   Skąd się taki wziął, który nie da się nie lubić, którego słucha się z uwagą, który wywołuje uśmiech po drugiej stronie ekranu?

 

   Pan Tadeusz – rzeczowy, cierpliwy na miarę wyznaczonego delikwentowi turnieju czasu. Sprawny, utrzymujący tempo i klimat szlachetnie prowadzonej zabawy. Są cechy wrodzone – to od mamusi i od tatusia. I nabyte – to już praca i aktywność. W latach 1959-1964 przyszły pan inżynier i pilot samolotowy zaczął się odrywać od myślenia o watach, woltach i częstotliwościach. I był to słusznie wybrany początek – Rozgłośnia Harcerska. Popularna, bo inna niż pozostałe radiowe stacje. Może to bardzo dobre fluidy patronki ulicy, gdzie się znajdowała redakcja – Marii Konopnickiej. Może inteligentni i pracowici koledzy, koleżanki – pomogli zdolnemu szybko połknąć nie tylko bakcyla, ale i nabyć umiejętności radiowca, dziennikarza.

 

   I tak szedł młody lektor i komentator jak burza. Rozgłośni Harcerskiej się słuchało. Słuchał i Mariusz Walter. Mistrz powierzył mu rolę lektora w programie „Świadkowie”. Nie było w nim postaci prowadzącego. Był tylko zupełnie niezwykły w tamtejszej telewizji, miękki, ale perfekcyjny głos Sznuka. Program dotyczył spraw bolesnych. Był dobrze redagowany przez Jerzego Szotkowskiego, a potem Dariusza Baliszewskiego. Miał dramatyzm pokazywanych zdjęć i filmów dokumentalnych, dobrze napisany tekst. Ale to głos Sznuka najbardziej przemawiał i utrwalał przekaz. Zazdrośni zawodowi lektorzy dziwowali się czasem, skąd ten „amator”? Telewidzowie nie mieli z tym problemu. Pan Tadeusz szybko zamieszkał w ich pamięci i domach. Oczywiście, było jeszcze kilku znakomitych lektorów (a dziś mamy już wielkie grono), ale Sznuk poszedł dalej. W Programie Trzecim Polskiego Radia, a potem w Sygnałach Dnia (w Jedynce) już nie tylko czytał cudze teksty, ale sam tworzył audycje. A potem się pokazał. Też u Waltera – w Studio 2, a także w Turniejach Miast. W Opolu stanął przed festiwalową publicznością. Zawsze sobie znakomicie dawał radę. No i potem przyszedł rzeczony teleturniej „Jeden z dziesięciu” – od 1994 roku. A więc to już ponad dwie dekady. Rekordy oglądalności. I tysiące już ludzi, którzy przeszli przez studio. Bardzo mądrych i mądrych inaczej. Nikomu Tadeusz krzywdy nie zrobił, za to piękne dziewczyny wręczały zawodnikom tony prezentów.

 

   Teraz z dawnymi kolegami spotykamy się najczęściej na pogrzebach. My – nieobecni lub obecni mało w tv – radiu. Tadzia oglądamy wszyscy i to często. Ale i z przyjemnością. Tak jak robią to również nasze żony, dzieci, a i wnuki.

 

   Teraz powspominam: Tadeusz miał zawsze ogromne powodzenie u kobiet. Mężczyzna średniego wzrostu. Szczupły. Zawsze zadbany i elegancki. Ale dopiero gdy się odezwał choć słowem, magnetyzm zaczynał działać. To jest wspomnienie z sympatią, ale niech będzie trochę uszczypliwe, by było prawdziwe.

 

   Po jednym z turniejów miast, w małym nadmorskim miasteczku, już po programie, Idol z Warszawy gaworzył sobie jeszcze prywatnie z wpatrującymi się w niego uczestnikami (noooo głównie uczestniczkami) teleturnieju. Rozmowa była beztroska, dowcipna, przerywana salwami śmiechu. I nagle jedna z pań, zbudowana solidnie, nie wytrzymała, porwała Tadzia za ręce i uciekła z nim z sali. Co było dalej? Nie wiem.

 

   W telewizji, w radio to jest właściwie normalne, że co jakiś czas sadzają na najwyższym stołku politycznie wybranego, podporządkowanego aktualnej władzy durnia. A ten zaczyna od zdejmowania z anteny, wyrzucenia z pracy dziennikarzy. I to bardzo często najlepszych.

 

   Tadeusz miał takież doświadczenia. Czasem periody tych, którzy go odsuwali, trwały krótko i wracał na swoje miejsce, na które sobie zasłużył i był tam wręcz niezastąpiony. Ludzie (normalni) się cieszyli, a Tadeusz – bez zbędnych wyjaśnień – czynił swoją powinność i wykazywał umiejętności.

 

   Wiem, bo widziałem i słyszałem (na własne uszy), że lubili go zawsze najlepsi. Słuchałem tego od pisarki-radiowca Ewy Szumańskiej, od partnerki ze Studia 2 Bożeny Walter, od Eugeniusza Pacha, od świetnego reportera Jacka Grelowskiego, nonkonformisty Mariana Bekajło i wielu innych.

 

   Ruchy kadrowe to najczęściej rezultat zmian w polityce albo i zwykłej zazdrości, a i zawiści nawet. Dziennikarze są czasem wciągani w wir wydarzeń. Czasem sami trzaskają drzwiami. Ale to jest trudne – bo pracować i zarabiać na życie trzeba. Czasem też ulegają pokusie. Sejm i Senat nią bywają. W 1989-tym Tadeusz wraz ze Zdzisławą Gucą (bardzo dobrą dziennikarką z Polskiego Radia) i Bogusławem Kaczyńskim (niezwykle popularnym znawcą bell canta) zgodzili się kandydować w wyborach parlamentarnych. Mieli być niezależni. Elokwentny pasjonat opery i przyjaciel operowych elit dał jednak w ostatniej chwili drapaka. Wycofał swoją kandydaturę, robiąc przykrą niespodziankę koleżance i koledze. Zostali z ręką w… Na ich szczęście i tak się nie dostali na Wiejską, choć Tadzio dostał w województwie warszawskim 155 tysięcy głosów. Myślę, że teraz – obojętnie z jakiej partii by wystartował – dostałby poparcie jeszcze większe. Ode mnie na pewno tak. Ale – miłośnicy Sznuka – nie bójcie się, wasz idol dostał nauczkę. I na pewno żadne szatany już go nie namówią. Tych, którzy dziś wciskają guziczek, by posłuchać turnieju prowadzonego przez Tadeusza Sznuka, jest ponoć milion, a może i dwa!

 

   Zawsze się śmieję (z sympatią!), gdy po pierwszym starciu uczestników gry słyszę naprawdę bardzo zadowolonego prowadzącego: – No i do drugiej rundy przechodzą wszyscy zawodnicy!

 

   Fajnie jest, życzliwie. Ludzie to widzą, ludzie to słyszą. I odpłacają serdecznie.

          

   Sznuk podkreśla: to tylko zabawa, jak w życiu – od szczęścia wiele zależy. Bo można dostać pytanie – „z którego kontynentu pochodzi mandarynka” albo kto napisał – „a to feler, westchnął seler”, ale również pytanie o wzór chemiczny albo problem astronomiczny.

 

   Arbiter elegantiarum? Oczywiście nie tylko, że do wręczania nagród wybiera piękne kobiety, które – niestety – przemykają zbyt szybko przez scenę. Ale poprzez wszystko, co czyni zawodowo: głos, gest, nienaganne maniery i elegancki garnitur.

 

   Durniów być może denerwuje. Popisał się niedawno taki jeden, zamieszczając w internecie fake news o rzekomym zejściu ze świata autora popularnego programu telewizyjnego. Głupich nie sieją! Bęcwałów, którzy powielili ten „news” było też trochę. Ale nic to – jak mawiał Mały Rycerz. – Żyj i Prowadź! (również programy telewizyjno-radiowe) jeszcze długo! Życzymy tego Tobie i sobie. Mało kogo wszyscy (no prawie) w Polsce lubią.

 

Stefan Truszczyński 

 

P.S. Byłbym zapomniał – Tadeusz Sznuk ma licencję pilota samolotowego. Bardzo lubi latać – szczególnie lądować. Lubi też lotników, samoloty i lotnictwo w ogóle. Zamieszkał nawet w osiedlu zbudowanym na terenie dawnego lotniska sportowego Gocław, na ulicy o lotniczej nazwie.

 

Fot. Wikipedia

 

Cywilizujemy ład medialny w sposób ewolucyjny – rozmowa z wiceministrem kultury PAWŁEM LEWANDOWSKIM

Jestem zwolennikiem zniesienia instytucji autoryzacji, ale tylko jeśli wykształcimy odpowiednią kulturę polityczną. Kiedyś dojrzejemy do standardu, obowiązującego m.in. w Stanach Zjednoczonych – mówi Paweł Lewandowski, wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego, w rozmowie z Marzanną Stychlerz-Kłucińską.

 

Nazywa Pan dziennikarzy czwartą władzą, i, zwyczajowo, potocznie tak się nas określa. Ale to teoria, czysta abstrakcja. Dziennikarz w Polsce w znanej mi perspektywie czasowej, czyli od lat 80. minionego wieku stoi na przegranej pozycji. Mamy tyle władzy, ile potrafimy sobie „wyszarpać”. Najlepszym dowodem na potwierdzenie moich słów jest zaostrzenie przez resort sprawiedliwości słynnego art. 212 kodeksu karnego (kk). Grożącego dziennikarzowi karą do dwóch lat więzienia za pisanie niewygodnej prawdy dla polityków, biznesmenów i innych wpływowych środowisk. Czy ów zapis był konsultowany z resortem kultury przed wejście w życie?

 

W gestii naszego resortu istnieją regulacje prawne dotyczących m.in. prawa prasowego, prawa autorskiego, ustawy o radiofonii i telewizji czy ustawy o zabytkach. Kodeks karny jest w dyspozycji resortu sprawiedliwości.

 

Ale art. 212 kk dotyczy bezpośrednio dziennikarzy. Od ok. trzech lat, po zlikwidowaniu Ministerstwa Skarbu, w gestii resortu kultury leży pełny nadzór nad rynkiem mediów w Polsce.

 

Niemniej procedura legislacyjna wymaga, żeby wszelkie zmiany w przepisach były poddane konsultacjom społecznym i międzyresortowym. O ile wiem, minister Zbigniew Ziobro wycofał się z zaostrzenia art. 212.

 

Małe pocieszenie.

 

Wróćmy na chwilę do teorii władzy. Istnieją w Polsce cztery filary władzy: ustawodawcza, wykonawcza, sądownicza i czwarta: media. Trzy pierwsze mają tzw. check & balance, czyli wzajemnie się kontrolują oraz mają obwarowania prawne, które skutecznie ograniczają samowolę i korupcję. Dziennikarze też są władzą, ponieważ kształtują i wpływają na opinię publiczną.

 

W polskich tytułach, być może, ale zwykle media z kapitałem zagranicznym, czyli dysponującym dużą ilością pieniędzy…

 

Ja mówię o systemowych rozwiązaniach, a nie o tym, jak to dzisiaj funkcjonuje. Systemowo, czwarta władza jest w stanie obalić trzy pozostałe. Wystarczy, że o jakimś na pierwszy rzut oka bulwersującym skandalu napisze poczytny dziennik. „Bohaterowie” takiego skandalu ponoszą śmierć cywilną. Są skończeni. I jeżeli nawet w batalii sądowej polityk lub biznesmen dowiedzie swojej niewinności, to na nic. On został zniszczony na etapie wrzawy medialnej. Zawsze tak to działa. Jeżeli oskarżymy kogoś, przykładowo, o pedofilię, to zanim on się w jakikolwiek sposób obroni, wszyscy będą go wytykać palcami. Zresztą, nawet jeśli potem udowodni, że to nieprawda, to nigdy nie zrzuci z siebie piętna.

 

Istnieje powiedzenie, że z milionem dolarów nikt jeszcze w sądzie nie wygrał…

 

Każda władza ma jakieś swoje ograniczniki. Ja rozumiem, że intencją przepisu 212 kk było jednak spowodowanie pewnej refleksji, odpowiedzialności za słowo. Możemy zrzucić wszystko na brak kultury politycznej. Niemniej, trzeba się zastanowić, jaka ta kultura faktycznie w Polsce jest?

 

Marna – by sparafrazować jedną z myśli śp. Zbigniewa Herberta.

 

W Polsce, w czasach, kiedy kształtowały się nowoczesne państwa narodowe, takich możliwości byliśmy pozbawieni. Już na początku tego procesu, po wybuchu Rewolucji Francuskiej pod koniec XVIII w. –  straciliśmy swoją państwowość. Spójrzmy prawdzie w oczy, 123 lata zaborów spowodowały, że nie mieliśmy własnego państwa. Wszystko było obce, zawsze stawaliśmy w opozycji do tego, co jest narzucone.

 

Taka jest nasza historia. Możemy się na nią obrażać, ale to działanie na jałowym biegu.

 

Dzisiaj, po 30 latach demokracji, nadal mamy problem z państwem. Wielu Polaków wciąż traktuje je jak twór obcy. Nie rozumiemy, że pojęcie państwa oznacza wspólnotę ludzi na danym terytorium, na którym mają władzę – z akcentem na wspólnotę.

 

Zgadzam się, ale w opinii mojego środowiska na przestrzeni ostatniego stulecia, prawdziwie demokratyczne państwo, z właściwie pojmowaną polską racją stanu  miewaliśmy tylko okresowo; raptem 20-lecie międzywojenne, ok. półroczne rządy śp. premiera Jana Olszewskiego, pierwsza, przerwana po dwóch latach kadencja Prawa i Sprawiedliwości i dobiegająca właśnie końca kadencja obozu Zjednoczonej Prawicy. W sumie, niecałe dwadzieścia sześć lat. Króciutko.

 

Wychodząc z tego samego przesłania, odwołuję się do kwestii kultury. Skoro nie zdołaliśmy przez te trzydzieści kilka lat wypracować odpowiedniej kultury politycznej, bywa, że nie istnieje odpowiedzialność za słowa u polityków, którzy często nie mówią prawdy. Nie ma również odpowiedzialności – in gremio – za słowo u dziennikarzy. Dlatego, my, politycy i wy, dziennikarze, jesteśmy obwarowani dookoła najrozmaitszymi regulacjami.

 

Pozwolę się nie zgodzić, definicja pomówienia nadal jest nieprecyzyjna.

 

Być może, ja rozumiem ów termin jako napisanie lub powiedzenie w mediach masowego przekazu nieprawdy, która istotnie zakłóca możliwość pełnienia określonej roli społecznej, np. polityka, urzędnika, nauczyciela, księdza… Żeby nie było wątpliwości, ja nie jestem fanem art. 212 kk. Mówię tylko, dlaczego on powstał i w dalszym ciągu funkcjonuje.

 

Kiedy art. 212 kk wchodził do obiegu prawnego, sądzę, istniało jakieś ratio legis. Należy się zastanowić, czy go pozostawić, czy nie. Gdyby przeważyły racje za, należałoby rozważyć brzmienie, w jakim kształcie powinien pozostać? I jak powinien funkcjonować?

 

Ostatecznie, kiedy ktoś napisze, że pan X jest złodziejem, a X nie został za ten czyn skazany, musi mieć prawo do obrony. Dysponować instrumentami do wykazania w sądzie, że został przez taką czy inną  redakcję zniesławiony. Jest takie przysłowie: kłamstwo okrąży ziemię dwa razy, zanim prawda założy buty.  

 

Trafne.

 

No więc ten człowiek, niesłusznie posądzony, już zawsze będzie skończony, jeżeli media lekkomyślnie, w pogoni za sensacją, nawet w dobrej wierze przekażą nieprawdę i masowo ją zakomunikują.  

 

Czy artykuł dyscyplinujący dziennikarza –  na bazie prawa prasowego, cywilnego, nie wystarczy?

 

Jeżeli byłaby tylko możliwość cywilnego dochodzenia prawdy, to polityk niesłusznie posądzony musiałby przebrnąć całą ścieżkę prawną. Kilka lat w I instancji, kolejne lata– w drugiej, i nie ma żadnej pewności, jakiego wyroku się doczeka, czy on rzeczywiście zadośćuczyni szkodzie. Jakie pieniądze są w stanie naprawić reputację? Według mnie żadne. Tak naprawdę chciałbym, żeby istniała samoregulacja. Jestem fanem samoregulacji, tworzenia rozwiązań pewnej kultury korporacyjnej. Dziennikarze też stanowią rodzaj korporacji.

 

SDP poparło swoich kolegów w kampanii wyborczej 2015 r. Pamiętam spotkanie Krzysztofa Czabańskiego w siedzibie SDP przy ul. Foksal w Warszawie. Brakowało miejsc siedzących. Pan Krzysztof solennie obiecał zadbać o spełnienie głoszonych od lat tych samych postulatów środowiska, z którego się wywodzi. Chodziło o trzy zasadnicze kwestie:  unormowanie finansowania mediów publicznych, czyli ustawę abonamentową, ustawę o dekoncentracji / repolonizacji mediów i zniesienie art. 212 kk. Koniec końców, punkt widzenia naszych koleżanek i kolegów się zmienił radykalnie, z chwilą otrzymania mandatu posła. Czy, w takiej sytuacji, środowisko dziennikarskie nie ma prawa czuć się zawiedzione?

 

Mogę zapewnić, że wszyscy posłowie i osoby zajmujące się dziś mediami działają wspólnie. Można powiedzieć, stanowimy jeden front. Pracujemy nad ucywilizowaniem rynku medialnego w Polsce. Tylko trzeba wiedzieć jedną rzecz. Zmiany nie mogą być wprowadzane w sposób rewolucyjny, tylko ewolucyjny.

 

W takim razie, po kolei. Z jakich inicjatyw regulacyjno-ustawodawczych resortu kultury jest pan najbardziej dumny w kontekście zapowiadanego przez PiS w kampanii wyborczej 2015 r. ucywilizowania ładu medialnego w Polsce?

 

Najważniejszą kwestią, jaką zdołaliśmy w tym aspekcie zrobić, to znowelizowaliśmy ustawę Prawo prasowe. Tuż po odebraniu nominacji na wiceministra kultury, kiedy jeszcze na dobre nie wprowadziłem się do swojego gabinetu, wiedziałem, że tę ustawę należy znowelizować w pierwszej kolejności, usunąć z niej wszystkie peerelowskie artefakty. Od archaizmów typu rady narodowe po kagańce na dziennikarzy, które nałożył Jaruzelski, do tamtej pory funkcjonujące.

 

Ale wspomniana ustawa nadal, mimo nowelizacji, zawiera dziwaczne zapisy.

 

Znowelizowaliśmy część dotyczącą autoryzacji. Już żaden polityk, nikt, nie będzie w stanie zablokować wywiadu z powodu braku autoryzacji… Osobiście jestem zwolennikiem zniesienia instytucji autoryzacji, ale tylko jeśli wykształcimy odpowiednią kulturę polityczną, o której mówiłem wcześniej. Kiedyś dojrzejemy do standardu, obowiązującego m.in. w Stanach Zjednoczonych.

 

Kolejna rzecz, z której pan jest dumny.

 

W tej samej ustawie Prawo prasowe zneutralizowaliśmy bat na dziennikarzy, przepraszam za kolokwializm. Przed nowelizacją prawo prasowe stanowiło, że kto nie dokona autoryzacji – podlega odpowiedzialności karnej. Zlikwidowaliśmy to. Pozostawiliśmy jedynie w gruncie rzeczy niewielką grzywnę. Wcześniej też narzędzia do dyscyplinowania dziennikarzy miał redaktor naczelny, wydawca… Mogli oni zwalniać rzetelnych dziennikarzy, jeśli nie pisali z linią gazety, czyli jeśli prawda nie pasowała do obrazka, tym gorzej dla prawdy i oczywiście tego, kto ją kolportował. Nie jestem naiwny, zdaję sobie sprawę, że nadal w gestii szefów stacji telewizyjnych, radiowych, tytułów prasowych pozostały możliwości oddziaływania na podwładnych. Ale nie ma już takiego łatwego sposobu pozbywania się niepokornych dziennikarzy, jak to miało miejsce wcześniej.

 

Pańskie idee, jeśli chodzi o zmianę mentalności Polaków –  mają szanse być zrealizowana nie w ciągu jednej, dwóch kadencji. Potrzeba raczej jednego, dwóch pokoleń. Wzorce ideologiczno-kulturowe, zapoczątkowane – umownie rzecz traktując – podczas obrad Okrągłego Stołu przekazywane są kolejnym pokoleniom. Jakie? Głównie lewicowo-liberalne. Piewcy owej ideologii z jednej strony bojkotują, co do zasady, instytucję rodziny, dobra wspólnego, wartości chrześcijańskich. Wnuk kieruje się hierarchią wartości wyznawaną nie tylko przez rodziców, ale i dziadków.

 

Niemniej cieszy, że dzisiaj, oddziaływanie nie ma tylko tytułów prasowych, które różniły się nazwą, a faktycznie pisały tak samo. Jest większy pluralizm i każdy może dotrzeć również do innych źródeł.

 

Wróćmy jednak do Pana jako osoby nadzorującej ład medialny…

 

Mam pewną wizję zadań, które pan premier Gliński zlecił mi do wykonania. Staram się wywiązywać z powierzonych mi zadań najlepiej jak potrafię. Jako pierwsze zadanie, w moim przekonaniu najważniejsze, było znowelizowanie ustawy Prawo prasowe.

 

Co dalej?

 

Aktualnie zajmuję się tzw. czyszczeniem ustawy o radiofonii i telewizji.

 

Co pan czyści?

 

Dostosowujemy ustawę do obecnych realiów. Wprowadzamy np. definicję nowych usług, Projektujemy nowy system dofinansowania mediów publicznych. Naprawiamy błąd poprzednich rządów, które doprowadziły je niemal do nędzy.

 

Trudno, żeby było inaczej, kiedy były premier rządu Donald Tusk, w pełni władz umysłowych, radził Polakom, żeby nie płacili abonamentu radiowo-telewizyjnego.

 

Słowa byłego szefa Rady Europejskiej spowodowały drastyczny spadek wpływów z abonamentu. Było to podwójne oszustwo. Z jednej strony media przestały mieć pieniądze, z drugiej – wielu ludzi jest dzisiaj zadłużonych. Obywatel, jak usłyszy od premiera, że może nie płacić, myśli że wprowadzono jakiś przepis zwalniający go z tego obowiązku. Dlatego dzisiaj w wielu przypadkach zadłużenie w płaceniu abonamentu próbują wyegzekwować komornicy. Ludzie sądzą, że to my, nasz resort czy szerzej – państwo polskie ich ściga, mimo dobrej zmiany, tymczasem to dziedzictwo poprzedników.

 

Zdecydowanie lepiej Polacy oceniają zaskarżenie przez polityków Zjednoczonej Prawicy dyrektywy ACTA2 dotyczącej praw autorskich.

 

Zdecydowanie tak, ponieważ ona poszła za daleko. Może doprowadzić do sytuacji, w której pod przykrywką walki o prawa autorskie ponadnarodowe korporacje będą ograniczać możliwości swobodnego przekazywania treści i wymianę myśli. Zmienia również zasady publikowania i monitorowania treści w Internecie oraz przerzuca pewne uprawnienia państwa na prywatne firmy, co jest w mojej ocenie niedopuszczalne.

 

Gdyby jednak głębiej się nad tym zastanowić, brak jednoczesnego uregulowania praw autorskich stanowi jakiś problem. Nie powinni ludzie korzystać za darmo z cudzego wysiłku twórczego.

 

Oczywiście, na te rozwiązania przyjdzie czas. Przeciwnicy dyrektywy ostrzegali przed cenzurą w Internecie i końcem wolności w sieci. Zwolennicy z kolei, na co zwróciła i pani uwagę – iż dla lepszej ochrony twórców konieczna jest zmiana prawa. Nie można zrobić wszystkiego od razu. Wystąpiliśmy do Trybunału Unii Europejskiej o wykreślenie z dyrektywy art. 17.3, dawnego art. 13 – jako niezgodnego z zasadami wolności, w tym wolności wypowiedzi.

 

Postarajmy się wrócić do meritum, obiecanego w kampanii 2015 r. ucywilizowania ładu medialnego w Polsce. Myślę tu o zasadniczych regulacjach prawnych, repolonizacji i dekoncentracji mediów. Sprawa z tych bardziej istnych. Media odgrywają kluczową rolę w formowaniu mentalności, postaw, potrzeb i świadomości społecznej. W dostępnych publicznie wypowiedziach pana, ministra Jarosława Sellina i premiera Piotra Glińskiego można przeczytać, że większość z tych obietnic jest właściwie gotowa. Leży przygotowana w waszych biurkach, już po analizach merytorycznych, i czekają na wolę polityczną. To prawda?

 

Trzeba pamiętać, że zmiany należy stopniować. Nie można jednego dnia zrobić rewolucji, ponieważ wówczas, w sytuacji szumu informacyjnego, nie będzie czasu na wyjaśniania Polakom istoty wprowadzanych zmian.

 

Nie zna pan pewnie jednej z maksym reżysera Alfreda Hitchcock`a , że najpierw musi być trzęsienie ziemi, a później napięcie ma tylko rosnąć. Ta wypowiedź dotyczyła dzieła filmowego, ale polityka też ma coś ze sztuki, choćby sztuki dyplomacji.

 

Nazwałbym to kwestią strategii politycznej. Jak pani zacznie sprzątać dom, tam też obowiązują pewne prawidła, od których zaczyna się porządki.

 

Idźmy dalej. Ustawodawca wyznaczył nadawcy medialnemu realizację misji publicznej, rozumianej jako dostarczanie odbiorcy treści m.in. informacyjno-publicystycznych, edukacyjnych i rozrywkowych. Skupmy się na tych ostatnich, bo najłatwiejszych w odbiorze.

 

Rozwój cyfryzacji pozwala każdemu odbierać taki rodzaj rozrywki, na jaką ma ochotę. I jaka jest w danym momencie możliwa do odbioru.

 

Nie do końca. Mówimy o mediach publicznych, na które – teoretycznie – łożą Polacy. Oni też – in gremio – maja prawo mieć pewne oczekiwania. Zatem, czy poziom rozrywki oferowany w dwóch głównych kanałach TVP pana zadowala?

 

Oprócz wspomnianych przez panią kanałów, mamy także TVP Kulturę, TVP Historię, TVP ABC, TVP Seriale, TVP Sport, telewizję na żądanie VOD, czyli ofertę skrojoną na zaspokojenie wszystkich oczekiwań.

 

Tym samym odsyła pan widzów 60 plus, bodaj najsumienniejszych płatników abonamentu, do szukania dobrej rozrywki w mediach dla nich praktycznie niedostępnych.

 

Wręcz przeciwnie. Dla każdego opracowaliśmy odpowiedni kontent. Zaproponowaliśmy widzom wiele przedstawień teatralnych, bodaj najwięcej w historii telewizji. Nie pamiętam, czy kiedyś Teatru Telewizji było więcej.

 

Od inteligentniejszego odbiorcy oczekuje pan wysiłku. Dla niego oferty, umówmy się, w telewizji publicznej w prime time, między  godz. 17:30 a 22:30 praktycznie nie ma. Poza tym, jaką oglądalność ma TVP Kultura, choćby w zestawieniu ze słupkami oglądalności w „jedynce” czy „dwójce”?

 

TVP Kultura ma przecież zasięg ogólnopolski. Nie można porównywać zasięgu stacji informacyjnej ze stacją oferującą seriale. Zresztą, Teatr Telewizji emitowany jest właśnie w Jedynce.

 

Nie rozumiemy się. Mnie zależy na tym, aby nadawca publiczny w  swoich dwóch głównych antenach podnosił poziom wykształcenia i obycia Polaków. Tylko na tych dwóch kanałach to się da zrobienia, ponieważ właśnie dociera pod strzechy. I są łatwo dostępne dla odbiorcy.

 

Jeżeli ludzie lubią bawić się na Sylwestrze z telewizyjną „Dwójką”, i lubią słuchać Zenona Martyniuka, czy mamy tych ludzi wykluczać? Na telewizję publiczną trzeba patrzeć jak na pewną całość.

 

Nie odmawiam panu prawa takiego postrzegania telewizji, w końcu jest pan konstytucyjnym ministrem nadzorującym media. Zajmowałam się tą działką przez jakiś czas. Dzięki temu poznałam funkcjonowania publicznej telewizji w USA – Public Broadcasting Service (PBS). Stacja jest na garnuszku państwa, ale realizuje hitowe wręcz produkcje misyjne. Poznałam szefową ichniego biura marketingu, gościłam ją w Polsce. Zazdrościłam jej rozmachu, z jakim amerykańskie produkcje, nawet te same, sprzedaje do stacji telewizyjnych na całym świecie. Dlatego nasz Wielki Brat zza oceanu jest wciąż tak kochany na świecie. Mimo licznych wpadek. Właśnie m.in. dlatego, że świat ogląda, za przystępną cenę american dream w programach i filmach, meblując przy okazji ludziom mózgi.

 

Rozmawiajmy zatem jak profesjonaliści. Mamy segmentację odbiorców, general audience, czyli tę największą grupę ludzi, i do nich adresowane są dwie największe stacje nadawcy publicznego. Nie możemy przecież skroić ramówki pod własne potrzeby, tylko planujemy taką ofertę, jakiej oczekują widzowie.

 

Konkretnie, „jedynkę” adresujecie do …

 

General audience, czyli najszerszej kategorii odbiorców.

 

„Dwójkę” …

 

Też do general audience, z pewną różnicą, ona ma trochę inaczej rozłożone akcenty.

 

TVP Info …

 

Jako stację informacyjną do odbiorcy zainteresowanego bieżącą informacją. Większość ludzi to general audience i oni są zainteresowani przede wszystkim serwisem informacyjnym porannym i  wieczornym. Czasami, podczas wyborów czy innych ważnych wydarzeń, ta grupa odbiorców ogląda serwisy informacyjne w godzinach popołudniowych. Ta prawidłowość dotyczy wszystkich stacji na świecie.

 

Rozumiem teraz, faktycznie, w takim myśleniu o ofercie programowej TVP SA pańskie wykształcenie socjologiczne i politologiczne jest idealne.

 

Nie będę odpowiadał na pani zaczepki. Niemniej, wracając do przerwanego wątku, z naszych analiz wynika, że politycy, dyplomaci, dziennikarze mają w ciągu dnia włączone TVP Info, TVN24 lub Polsat News.

 

Nie wprowadzono wciąż chyba niezbyt trudnej ustawy abonamentowej?

 

Najprawdopodobniej będzie to finansowanie z budżetu państwa. To była tylko kwestia decyzji. Może inne rozwiązania mają więcej zalet, ale ostatecznie, to ludzie decydują. Z badań opinii wynika, że to jest najbardziej akceptowalna przez nich forma dotowania mediów, więc wsłuchujemy się w ich głos.

 

Wspomniał pan o utworzenia Karty powinności mediów? Przyznam, że niewiele się o niej mówi?

 

Uchwaliliśmy ją w 2018 r., obecnie zakończyliśmy konsultowanie jej kształtu w procedurze konsultacji publicznych.

 

Czyli karta ta jeszcze nie obowiązuje?

 

Karta tworzy zbiór pewnych zobowiązań, które akceptuje KRRiT, i na które daje pieniądze. Daje możliwość łatwej kontroli i rozliczania pieniędzy publicznych tak przez KRRiT, jak i zwykłego obywatela. Zresztą pierwszy raz w historii, on również może wziąć udział w tworzeniu takiego dokumentu.

 

Do tej pory abonament był de facto dotacją podmiotową. Jeżeli KRRiT akceptowała przedstawione plany, wykładała oczekiwaną przez władze mediów sumę. Potem już, zwyczajowo, niejako z automatu przyjmowało się, że koszt programów był mniej więcej taki jak wycena przedstawiona KRRIT.

 

O ich jakość też się specjalnie nie upominano. Znajomy, szef jednej ze stacji TVP, opowiadał, jak swego czasu zatrudniono największą na rynku firmę consultingową. Cały sztab ludzi szukał wędrówki pieniędzy. Po kilku miesiącach firma się poddała. Sporządziła krótką notatkę: struktura instytucji jest tak skomplikowana i nieprzejrzysta, iż nie sposób prześledzić wędrówki pieniędzy, które do niej wpływają. Sami badający byli tak zaskoczeni, że zrezygnowali z wynagrodzenia. 

 

Karta powinności mediów wprowadza bardzo przejrzyste standardy obiegu publicznego pieniądza. Ponad to, jeśli chodzi o TVP, to został tam zmieniony ład korporacyjny, właśnie pod kątem obiegu pieniędzy i dzisiaj raczej nikt nie miałby problemu ze wskazaniem kierunków obiegu pieniądza.

 

Z automatu, jednym rozporządzeniem chce pan ukrócić uświęcony dziesiątkami lat niezbyt transparenty mechanizm finansowania produkcji w TVP?

 

Wejście w życie karty spowoduje, że wszyscy nadawcy publiczni, czyli TVP SA, Polskie Radio SA i lokalne rozgłośnie otrzymają środki na realizację konkretnych zadań, jej celem nie jest zmiana regulaminów i ładów wewnątrz korporacji. Choć jak wspomniałem wcześniej, następuje i tutaj pozytywna zmiana.

 

I gwarantuje pan, że międzynarodowa firma consultingowa zdoła prześledzić wędrówkę każdej złotówki?

 

Po wejściu w życiu karty KRRiT będzie sprawdzał, czy zadekretowane środki zostały przeznaczone na zaplanowane wcześniej produkcje.

 

Życzę panu powodzenia, szczerze.

 

Uważam, że jest to duża zmiana w stosunku do tego, co zastaliśmy. Od stycznia przyszłego roku wszystkie spółki medialne pozostające w gestii państwa będą musiały rozliczyć się z każdej złotówki. Ta zasada ma sens tylko wtedy, kiedy wypracujemy nowy system planowania. Bo karta będzie podpisywana raz na pięć lat.

 

Dlaczego uważa pan, że karta wszystko załatwi, i media publiczne staną się wiarygodne?

 

Dzięki niej każdy Polak będzie wiedział, ile pieniędzy publicznych przeznaczyliśmy na konkretne misyjne programy i w jaki sposób zostały one zagospodarowane.

 

Czy raporty na ten temat będą łatwo dostępne, czy wgląd w nie zostanie ograniczony tylko do polityków?

 

Szef telewizji będzie składał sprawozdania KRRiT, a w dalszej kolejności zapoznają się z nim wszyscy zainteresowani. I my, jako nadzorujący media publiczne, będziemy mieli stuprocentową pewność, że publiczne pieniądze nie są trwonione. To jest najważniejsza zmiana, jaką zdołaliśmy ustanowić obowiązującym prawem. Od 1 stycznia 2020 r. szefowie mediów publicznych muszą kartę wdrożyć w życie. KRRiT z kolei będzie zobligowana do wyrażenia aprobaty dla konkretnej oferty programowej wszystkich spółek Skarbu Państwa. Ważne dla mnie jest to, że daliśmy KRRiT realne narzędzie do kontroli programowej mediów publicznych w Polsce.

 

Zdaje pan sobie sprawę z nieco schizofrenicznej sytuacji, w jaką wplątano media publiczne. Z jednej strony mają realizować misję publiczną, a z drugiej przynosić zysk, i być z tegoż zysku rozliczane, czyli mówiąc krótko – zarabiać.

 

To nie jest żadna schizofrenia. Misja to też jest zysk. Abonament jest rodzajem rekompensaty za realizację misji. I za to, że telewizja zapewnia taki poziom programów, których telewizje komercyjne zapewniać nie chcą i nie mogą, ponieważ im się to nie opłaca. Dlatego w większości krajów Europy istnieje publiczne finansowanie telewizji.

 

Poda pan więcej szczegółów jeśli chodzi o planowane rozwiązania w ustawie o pluralizmie i dekoncentracji rynku mediów? Premier Mateusz Morawiecki wyliczył, że 80 proc. mediów jest w rękach „przeciwników politycznych”, konkretnie chodzi o media z kapitałem niemieckim. Pan z kolei w jednym z wywiadów mówił, że w Polsce powinno być jak w Niemczech (…), i opowiada się za wprowadzeniem  najlepszych wzorców jeśli chodzi o dekoncentrację. Czy uważa pan, że w Polsce sytuacja dotycząca pluralizmu mediów powinna być uregulowana jak we Francji, w Niemczech czy w Szwajcarii?

 

Od zawsze dążyłem do tego, żeby w Polsce był jak największy pluralizm, i żeby panowały jak najlepsze zasady demokracji. A władza należała do wszystkich obywateli Rzeczpospolitej.

 

Amen, chciałoby się powiedzieć.

 

Rozmawiała Marzanna Stychlerz-Kłucińska

Fot. MKiDN

 


 

Paweł Lewandowski

Rocznik 1986 r. Wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego odpowiedzialny za media, prawo autorskie, legislację oraz realizowanie nadzoru właścicielskiego nad spółkami Skarbu Państwa podległymi ministerstwu.

Ukończył politykę społeczną i gospodarczą oraz socjologię komunikacji międzykulturowej na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

W  latach 2012-2015 pracował w branży doradztwa strategicznego, w latach 2015-2016 był doradcą wicepremiera prof. Piotra Glińskiego w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, gdzie zajmował się przygotowaniem i promocją polskiej kandydatury do organizacji EXPO 2022 w Łodzi.

 

Oświadczenie CMWP SDP w sprawie decyzji Sądu Okręgowego w Warszawie

CMWP SDP z oburzeniem przyjmuje postanowienie Sądu Okręgowego w Warszawie, który 24 lipca 2019 r. nakazał wycofanie z dystrybucji dodatku do numeru 30 tygodnika „Gazeta Polska” z 24 lipca 2019 r. w postaci naklejki ,na której zostało wydrukowane hasło „strefa wolna od LGBT”. W ocenie CMWP SDP jest to naruszenie zasady wolności słowa porównywalne do cenzury prewencyjnej, ponieważ uniemożliwia dotarcie do odbiorców z komunikatem (nawet jeśli jest kontrowersyjny) będącym ważnym elementem debaty publicznej dotyczącej spraw światopoglądowych. CMWP SDP przypomina, iż cenzura prewencyjna jest konstytucyjnie zakazana i niedopuszczalna w świetle Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, co wielokrotnie potwierdzał Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Ze względu na specyfikę cyklu produkcyjnego i sprzedażowego jest to mechanizm wyjątkowo niebezpieczny dla prasy drukowanej, uderza bowiem w ekonomiczne podstawy działania wydawnictw, a przez to narusza zasadę wolności słowa. Szczególne bulwersujące jest przy tym to , iż Sąd motywuje swoją decyzję koniecznością zabezpieczenia roszczenia jednej osoby fizycznej, przez co stwarza niebezpieczny precedens zagrażający w przyszłości funkcjonowaniu w Polsce rynku wolnych mediów. W ten sposób można sparaliżować od strony ekonomicznej działalność każdego medialnego podmiotu, co w oczywisty sposób działa na ich szkodę .

 

Zdziwienie budzi przy tym tempo wydania decyzji przez Sąd Okręgowy w Warszawie, które rodzi poważne wątpliwości co do obiektywizmu Sądu w sprawie, w której istotą jest jeden z najważniejszych współczesnych sporów światopoglądowych.

 

CMWP SDP zwraca przy tym uwagę , iż działanie Sądu w rzeczywistości może okazać się przeciw skuteczne. Nagłośnienie sprawy poprzez kontrowersyjną i pospieszną decyzję przez tak ważną w demokratycznym ustroju politycznym instytucję, jaką jest sąd, powoduje, iż informacja prasowa na ten temat zamienia się w dodatkową reklamę medium, które sąd chce wycofać ze sprzedaży. Decyzja sądu staje się przez to praktycznie niewykonalna, zanim bowiem informacja o zakazie sprzedaży dotrze do sprzedawcy, produkt jakim jest tygodnik, może być już w całości wyprzedany. Ponadto postanowienie o zabezpieczeniu musi być doręczone wydawnictwu pocztą, dopiero wówczas może być wykonywane, a niezależnie od tego wydawca może złożyć od niego zażalenie do sądu wyższej instancji. W związku z tym zanim ta cała procedura zostanie przeprowadzona, przedmiotu sporu najprawdopodobniej już na rynku nie będzie. Działając w tej sposób marginalizuje się i ośmiesza zarówno ważne dla demokracji instytucje, jak i metody ich działania.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

 

Michał Ł. Jaszewski

doradca prawny SDP

Ogłoś i niech się dzieje co chce – WOJCIECH POKORA o sile emocji w dziennikarskim przekazie

Wyobraźnia ważniejsza od wiedzy – zwykł mawiać Albert Einstein. I miał w tym sporo racji, bo zdobywając wiedzę, którą posiedli inni, będziemy poruszać się w schematach przez nich stworzonych. Nie stworzymy własnych. Zatem wyobraźnia – tak, ale nikt nie odmówi Einsteinowi także wiedzy.

 

Wyobraźnia więc w teorii Einsteina nie zastępuje wiedzy, a ma ją jedynie wspomóc i uzupełnić. Musi być zachowana równowaga. W reklamie od lat funkcjonuje podobna do Einsteinowej zasada, mianowicie – emocje ważniejsze od informacji. Już dawno odkryto, że produkty lepiej się sprzedają gdy reklama gra na emocjach klientów, a nie na ich intelekcie. Mało treści, dużo emocji i jest spora szansa na zwiększenie sprzedaży. I tu już nie działa niestety zasada równowagi. Śledząc niektóre kampanie reklamowe wręcz mam wrażenie, że intelekt jest ostatnim do czego twórcy chcieliby się odwołać. I mają do tego prawo, tak targetują swoich klientów i tak do nich przemawiają. Problem pojawia się wówczas, gdy podobną zasadę przyjmują media.

 

Wywołanie emocji, podniesie sprzedaż

 

Irena Tetelowska, prowadząc swoje badania prasoznawcze, przeanalizowała w latach 50. prace PulitzeraHearsta. Opisała wówczas zasadę działania emocji w „prasie sensacyjnej”. Autorka zauważyła, że wiadomości sensacyjne „angażują nie tylko prostą ciekawość czytelnika, lecz – i to może przede wszystkim – najróżniejsze emocje: lęku, gniewu, ambicji, niepokoju istnienia, niezaspokojonych dążeń, popędu płciowego, elementów sadyzmu”. Ponadto Tetelowska zwróciła uwagę na fakt istnienia dwóch wersji sensacji prasowej – naturalnej i tworzonej. Naturalna to taka, która odnosi się do wydarzeń, które same w sobie budzą emocje i nie potrzeba im żadnych dodatkowych zabiegów dziennikarskich. Tworzone, jak można się domyślać, to te, które dzięki umiejętnemu zaprezentowaniu zaczynają wywoływać emocje.

 

Mistrzem w tej drugiej formule był wspomniany William R. Hearst. Twierdził on, że „czytelnik jest zainteresowany przede wszystkim wydarzeniami, które zawierają elementy jego własnej, prymitywnej natury. Należą do nich: 1) Czynnik samozachowawczy; 2) Miłość i rozmnażanie się; 3) Żądza i ambicja”. Dlatego najlepiej sprzedają się historie o morderstwach, wypadkach, o zdrowiu, żywieniu, seksie, miłości, skandale towarzyskie i o wszelkiego rodzaju uzależnieniach. Wiedział to już przed Hearstem James Gordon Bennett, który ukuł maksymę: „Ogłoś i niech się dzieje, co chce”. Dziś znany jest jako prekursor dziennikarstwa śledczego, jako jeden z pierwszych zaczął prześwietlać i opisywać polityków oraz ich życie prywatne. Polityka sama w sobie jest nudna, ale polityka z tłem w postaci życia polityków i ich słabości sprzedaje się doskonale. Budzi bowiem emocje. Tak narodziła się prasa bulwarowa, która przede wszystkim operuje emocjami w odróżnieniu od prasy opiniotwórczej, która ma wpływać na intelekt.

 

Manipulacja emocjami

 

Słowem roku 2015 wg Oxford Dictionary zostało „słowo” – „xD”. Tak! Należy o tym pamiętać za każdym razem, gdy zaczynamy kolejną debatę na temat stanu mediów. Nie tylko w Polsce. Gdy emotikon stał się słowem roku popularnego słownika, uzmysłowił wszystkim, że znaczenia nie ma już liczba znaków (magiczny wyznacznik powagi wielu prac naukowych i tekstów dziennikarskich), ale emocje zawarte w jak najmniejszej ich liczbie. Nie bez przyczyny popularne portale podają w nagłówku czas w jakim można przeczytać zamieszczony tekst. Czytelnicy nie chcą się trudzić. Chcą mieć świadomość, że są poinformowani, ale nie muszą zgłębiać treści. Dlatego niosący za sobą emocje obrazek, czy też ciąg znaków w sposób umowny wyrażający np. radość, może z powodzeniem zastąpić nie jeden komentarz ekspercki. Bo wyraża emocje autora, które trafiają w emocje odbiorcy i doskonale wpisują się w jego nastroje. Nie dziwi więc, że za słowo kolejnego roku, czyli 2016, Oxford Dictionary uznał „post-prawdę”. A czym jest „post-prawda” jeśli nie rozwinięciem tego, co oddawał emotikon? Słowo 2016 roku opisuje (zgodnie ze słownikową definicją) okoliczności, w których fakty nie mają znaczenia w kształtowaniu opinii publicznej, bowiem zastępuje je odwoływanie się do emocji i osobistych przekonań. Co może niepokoić to fakt, że możemy z czystym sumieniem tą definicją opisać nie zjawisko „post-prawdy”, a coraz częściej media w ogóle. Nasza debata publiczna, której „poligonem”, chyba nie „salonem”, stają się media, bazuje coraz częściej na emocjach. Gdyby było inaczej, każdy dziennikarz zapraszający do studia polityka rozmawiałaby z nim o realnych działaniach i punktach programowych i gwarantuję, że ugrupowanie bez własnego programu w takich warunkach nie osiągnęłoby progu wyborczego. Dziś jest inaczej, można nie mieć merytorycznie nic do przekazania, a bazując jedynie na emocjach budować poparcie społeczne dla swoich działań. Mało tego – na emocjach można oprzeć sens funkcjonowania w polityce, czego wyrazem był chociażby „Ruch Palikota”.

 

Można też na emocjach budować linię redakcyjną. Tu przykładów mamy aż nadto. Wystarczy zacząć od przeglądu okładek popularnych tygodników, które prześcigają się w wymyślaniu przyciągających uwagę, ale i kształtujących opinię, rysunkach czy fotomontażach, poprzez krzykliwe nagłówki, często nie oddające zupełnie treści artykułów, które zapowiadają, po dodatki w postaci książek, filmów, gadżetów, czy też naklejek. One nie tylko napędzają sprzedaż, ale są elementem wojny na emocje. I tak rozumiem głośną w ostatnich dniach naklejkę „Strefa wolna od LGBT”, czy też w drugiej wersji „Strefa wolna od ideologii LGBT”. Nie mnie oceniać, czy to dobry chwyt marketingowy i czy buduje prestiż tytułu, który ją dodaje do swojego nakładu, ale sytuuję ją mniej więcej tam, gdzie jeden z dodatków popularnego dziennika, którym była „Ewangelia Judasza”. Wypuszczenie tego typu dodatku, wraz z towarzyszącym temu szumem medialnym, ma na celu w sposób symboliczny określenie profilu ideologicznego wydawcy. I wzbudzić emocje rzecz jasna. Te dodatki to takie emotikony – opisują emocje wydawcy, trafiają w emocje czytelników i wpisują się w ich nastrój. Wierny czytelnik przywiązuje się do tytułu.

 

Oświadczenie CMWP SDP

 

Oświadczenie Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP dotyczące reakcji firmy Empik na zapowiedź wydania numeru Gazety Polskiej z naklejką „Strefa wolna od LGBT” rozpatruję w świetle powyższych faktów. Żeby dobrze zrozumieć dlaczego CMWP zareagowało w tej sprawie, należy odłożyć na chwilę emocje i przyjrzeć się faktom. Nie ma tu znaczenia, co o środowisku LGBT sądzi dyrektor Centrum czy prezes SDP i sugerowanie, że Stowarzyszenie opowiada się w sporze ideologicznym po jednej ze stron jest nieuczciwe. Spory światopoglądowe nie są kategorią, którą zajmuje się, a przede wszystkim zajmować nie może, organizacja dziennikarka i prowadzone przez nią biuro monitoringu. Znaczenie ma w tym oświadczeniu fakt, że doszło do naruszenia przepisów i zasad wolności słowa. Skoro dwa podmioty dogadują się na usługę, podpisują stosowne umowy i z tych umów się wywiązują (jeden podmiot dostarcza towar, drugi nim handluje), to jeśli umowa nie obejmuje w swoim zakresie prawa ingerencji sprzedawcy w treści nie może odmówić sprzedaży konkretnego numeru. To wykracza poza jego kompetencje. Jeśli zgodzimy się na to, że jakieś gremium nada sobie przywilej wycinania niewygodnych ich zdaniem artykułów, czy dodatków z gazet, to wrócimy szybkim krokiem do przywrócenia urzędu cenzury w naszym kraju. A tego, mam nadzieję, nikt nie chce.

 

Wojciech Pokora

NASZA SONDA. Poprawność polityczna

Empik odmówił sprzedaży „Gazety Polskiej” z naklejką „Strefa wolna od LGBT”. Co o tym sądzą dziennikarze? Ich wypowiedzi publikujemy alfabetycznie.

 

Fot. Donat Brykczyński

WOJCIECH BIEDROŃ, dziennikarz śledczy, portal wPolityce.pl:

 

Nie podoba mi się dyktat korporacyjny Empiku, ale nie zgadzam się z treścią naklejki.

 

Fot. Jacek Herok

WITOLD GADOWSKI, wiceprezes SDP, dziennikarz śledczy, tygodnik „Sieci”:

 

To tylko pretekst dla kierunku ideologicznego firmy Empik. Sieć promuje książki postkomunistów, takich jak Ryszard Kalisz czy inicjatywy LGBT Roberta Biedronia. Wszystkie książki, które budzą odrazę polskich patriotów są promowane przez Empik. Dlatego programowo nie współpracuję z tą siecią. Książki wydawane przeze mnie, nie znajdą się w ich dystrybucji.

 

PIOTR LIPIŃSKI reporter historyczny, były dziennikarz „Gazety Wyborczej”: 

 

Nie wyobrażam sobie, aby w przestrzeni publicznej – a taką jest też księgarnia – znalazła się wykluczająca część Polaków nalepka „Strefa wolna od LGBT”. Podobnie, jak nie wyobrażam sobie, aby na tramwajach znowu znalazł się napis „Nur für Deutsche”. Wlepka „Gazety Polskiej” nie ma nic wspólnego z wolnością słowa. Nie jest krytyką jakiejkolwiek ideologii ale próbą dyskryminacji ze względu na orientację seksualną.

 

Fot. Donat Brykczyński

PAWEŁ LISICKI, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”:

 

Skandal, ponieważ jest to ingerowanie przez dystrybutora w treść jednego z pism. Empik rozprowadzał pisma o nieporównywalnie większej wyrazistości i kontrowersyjności. Wydaje mi się, że Empik uległ politycznej poprawności i złamał reguły normalnego działania na rynku. Takie rzeczy nie powinny być tolerowane.

 

Fot. Wikimedia

PIOTR PYTLAKOWSKI, dziennikarz śledczy, tygodnik „Polityka”:

 

Bardziej niż do decyzji Empiku wolałbym odnieść się do akcji „Gazety Polskiej”. Gazeta dodając do swojego wydania naklejki z napisem „Strefa wolna od LGBT” powtarza akcje praktykowane przez przedwojennych polskich faszystów. Myślę o gettach ławkowych, czyli strefach na uczelniach zakazanych dla Żydów. Podobne rozwiązania wprowadzili hitlerowcy w Niemczech. Były również tramwaje tylko dla Niemców oraz dzielnice tylko dla Niemców czy tylko dla Żydów. „Strefa zakazana dla LGBT” oznacza mniej więcej to samo. Kiedy mówi się o LGBT, używa się skrótu myślącego mówiącego, że to ideologia. Nie ma ideologii LGBT, są tylko ludzie homoseksualni, którzy żyją wśród osób heteroseksualnych. Ludzie homoseksualni żyją na świecie, tak długo jak on istnieje.

 

Fot. Twitter

TOMASZ SAKIEWICZ, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”:

 

Swoją akcją chcieliśmy zaprotestować przeciwko totalitarnym praktykom ideologii LGBT. Okazuje się, że istnieje element totalitarny, jakim jest cenzura, która polega na próbie uniemożliwienia wypowiedzi, zamykaniu ust i zastraszaniu, a wreszcie na uniemożliwieniu sprzedaży gazety. Empik sprzedaje różne obrzydlistwa typu „Nie” Urbana, „Fakty i mity” oraz inne pisma, które dyskryminują i obrażają katolików. Natomiast nam nie wolno krytykować ideologii LGBT. Geneve Sieć zakazując sprzedaży naszego tygodnika złamała wszelkie normy prawne. Jeżeli nie godzimy się na powstanie nowego totalitaryzmu, powinna być powszechna reakcja na to zachowanie.

 

Fot. Polskie Radio

WIKTOR ŚWIETLIK, dyrektor Trzeciego Programu Polskiego Radia i były dyrektor CMWP SDP

 

Zablokowanie przez EMPiK dystrybucji „Gazety Polskiej” z kontrowersyjną wlepką oceniam bardzo negatywnie. Nie jestem – szczerze mówiąc – zachwycony akcją tygodnika, z którego dużą częścią redakcji i naczelnym się w końcu dobrze znam, ani to mądre, ani skuteczne. Nie zmienia to faktu, że EMPiK nie blokował chociażby dystrybucji obrażającego regularnie katolików czasopisma „Fakty i Mity”, nawet wtedy, gdy zbliżył się do niego były morderca księdza Popiełuszki. Nie blokowano tygodnika „Nie” Jerzego Urbana, czy innych agresywnych publikacji. Jak widać jednym w EMPiK-u wolno więcej, innym mniej, a wszystko zależy od strony politycznej i poprawności.   

 

Spisał: Tomasz Plaskota

 

 

Co z tą tolerancją? – pyta ksiądz redaktor MARIUSZ FRUKACZ

Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich ze zdziwieniem i zaniepokojeniem przyjęło decyzję firmy Empik o nie przyjęciu do sprzedaży wydania Gazety Polskiej z naklejką „strefa wolna od LGBT”.  Natomiast rzeczniczka Empiku poinformowała na Twitterze, iż nie ma u nich miejsca na jawną dyskryminację i na treści łamiące prawo.  I mamy znowu dyskusję na temat tolerancji, demokracji, dyskryminacji, wolności słowa itd.

 

Tolerancja w przestrzeni publicznej jako reguła bezwzględna

 

   Jest sprawą oczywistą, że każdy człowiek ma prawo do szacunku, obrony własnej godności, poszanowania własnych przekonań. Nikogo nie wolno znieważać i prześladować ze względu na takie czy inne przekonania. Jednak, jak pokazuje nam to historia III RP, w przestrzeni publicznej niejednokrotnie pod pozorem przeciwdziałania dyskryminacji w rzeczywistości promowało się i promuje określone postawy i poglądy, co z kolei prowadzi do dyskryminacji tych, którzy się z nimi nie zgadzają. Czyli z tolerancją tak naprawdę mamy kłopot i jest ona traktowana wybiórczo.

 

   Warto przypomnieć, co na temat tolerancji napisał o. Józef Maria Bocheński w jednaj z najsłynniejszych swoich książek pt. „Sto zabobonów. Krótki filozoficzny słownik zabobonów”. Ten znany filozof, światowej sławy logik napisał: „Tolerancja. Tyle co znoszenie. Nazywamy “tolerancyjnym” człowieka, który toleruje, to jest znosi innych, ich poglądy, ich sposób życia itp. Tolerancja jest wypróbowanym sposobem współżycia w łonie tego samego społeczeństwa różnych grup ludzi, różniących się pod względem światopoglądu, względnie zasadniczych tez politycznych. W tej dziedzinie tolerancja jest pożyteczną dyrektywą ustrojową. Ale z tą tolerancją związanych jest kilka zabobonów. Jeden z nich polega na pojmowaniu tolerancji jako reguły bezwzględnej, od której nie ma wyjątków. Wtedy rozumie się przez tolerancję także znoszenie kogoś, kto obraża innych, ich uczucia itp. Skądinąd niektórzy pojmują tolerancję tak szeroko, że żądają znoszenia nawet tych, którzy chcą siłą obalić tolerancyjny ustrój. Mamy wtedy do czynienia z dwoma zabobonami: żadna tolerancja nie uprawnia nikogo do obrażania innych, a tolerancja, która toleruje swoich własnych wrogów, nie może się ostać”.

 

   Wydaje się, że właśnie w całej dyskusji między Gazeta Polską i Empikiem, a także BP definicja tolerancji w ujęciu o. Bocheńskiego jest zapomnianym głosem rozsądku.

 

Tolerancja – narzędzie wojny z chrześcijaństwem

 

   Myślę, że każdy, kto dobrze obserwuje życie społeczne zauważa, że bardzo często podejmowanie dyskusji na temat środowiska LGBT, albo sprzeciw wobec działań tego środowiska kończy się oskarżeniem o brak tolerancji i złamaniem standardów demokracji. Często również tolerancja jest narzędziem do wojny z kulturą chrześcijańską.

 

   Na tzw. marszach równości środowiska LGBT obrażają uczucia religijne osób głęboko wierzących w imię tolerancji. To wszystko, moim zdaniem, jest owocem rewolucji 1968 r., związanej z początkiem marksizmu kulturowego, który już bardzo mocno wszedł w przestrzeń naszego życia społecznego. Pojawiło się nowe słownictwo, jak np. wyrażenie „zadowolenie z płci”. To nowe słownictwo jest projektem kulturowym obowiązującym już w instytucjach publicznych i instytucjach kultury, takich jak m.in.: księgarnie, teatry, kina. Dlatego równie mocno, jak wobec Gazety Polskiej,  Empik nie reaguje kiedy okładki innych gazet, książek uderzają w chrześcijaństwo. To taka wybiórcza tolerancja.

 

   Ciekawe jest to, że już od wielu lat międzynarodowe organizacje, jak ONZ czy UE, wydają się tworzyć z praw człowieka jakby nową ideologię, dążąc wręcz do ich sakralizacji. W konsekwencji można również zaobserwować tendencję do deprecjonowania tradycyjnych nośników szeroko rozumianej kultury, w skład której wchodzą religie. Zwróciły na to uwagę Lucetta ScaraffiaEugenia Roccella, autorki książki pt. „Wojna z chrześcijaństwem. ONZ i Unia Europejska jako nowa ideologia”, która ukazała się w  serii Biblioteki „Niedzieli” już w 2006 r. Książka wówczas nie została zauważona w przestrzeni debaty publicznej.

 

   W Polsce już mieliśmy i mamy do czynienia z obrażaniem uczuć religijnych chrześcijan. W latach 90-ych „Wprost” opublikowało okładkę z Matką Bożą w masce przeciwgazowej. Całkiem niedawno okładka  „Wysokich Obcasów” miała wizerunek Matki Bożej puszczającej oko, a środowiska LGBT prowokują wizerunkiem „Tęczochowskiej Matki Boskiej”.

 

   Kiedy „Wprost” wydrukowało swoją okładkę głos zabrał m. in. Jan Nowak-Jeziorański, który wówczas napisał: „W moim przekonaniu tolerancja łączy się z szacunkiem dla odmiennych przekonań, zwłaszcza religijnych. Symbole religijne, które są świętością dla ludzi wierzących, nie powinny być wyśmiewane ani karykaturowane przez ludzi o odmiennych przekonaniach religijnych. Nie byłoby większego nieszczęścia dla Polski niż rozpętywanie wojny religijnej”.

 

   Warto dodać, że m. in. z orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wynika, że członkowie wspólnot religijnych muszą tolerować i akceptować negowanie przez innych ich przekonań i praktyk religijnych. W uzasadnieniu na temat okładki „Wprost”  podkreślono wówczas, że okładka wpisywała się w debatę publiczną i odnosiła się do ważnego, z punktu widzenia społecznego, zagadnienia. Dzisiaj podobne uzasadnienie słyszymy ws. prowokacji środowisk LGBT. To ma być jedynie element debaty publicznej.

 

   Myślę, że potrzebujemy normalności i spokoju, przede wszystkim prawdy i szacunku, ale też odrzućmy dyktaturę i relatywizm poprawności politycznej.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tygodnika katolickiego „Niedziela”

Strefa wroga – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Po wałkowaniu polityczno – medialnym; aborcji, in vitro i gender, przyszła pora na nowy postęp czy jak kto woli destruktora jakim jest społeczność LGBT.

 

   Flagowy tytuł rządowy „Gazeta Polska”, wypuścił na rynek naklejki o strefach wolnych od mniejszości seksualnych. W ramach rewanżu jeden z głównych tygodników opozycyjnych „Newsweek” od nienawiści. A prześmiewczy ASZdziennik, strefę wolną od stref wolnych. Na akcje „GaPol” szybko zareagował Empik, który ogłosił bojkot. Co jest o tyle dziwne, że w tym samym salonie sprzedaje się bez problemu miesięcznik „To my kibice!”, gdzie bohaterami są chuligani „przeszkadzający” w  Marszach Równości.

 

   A tak ogólnie to stref nam przybyło. To fakt. Strefy szare, nadgraniczne, bez dzieci oraz komfortu. I marzenie prawie każdego – vipovskie. Mamy strefy wolne od czasu, od parawanów, od zagrożeń wybuchem, od broni. I kiedy wydawałoby się, że w tym sezonie królować będą doniesienia o strefach wolnych od komarów, od diesli czy 5G. To jednak nic z tego. Wszystkich przebiły i zdominowały sfery figlarne; płciowe i seksualne. Tęczowa rewolucja wygrała ze swędzeniem po ugryzieniach, ze smrodem spalin i zagrażającymi technologicznymi nowinkami.

 

   Jak dobrze pamiętam, walka o wolność do czegoś trwała od dawien dawna. Na ten przykład jeśli chodzi o palenie, wspominam dworzec kolejowy w Sędziszowie Małopolskim. Był tam bar okupowany głównie przez miejscowych, z uwagi na to, że nieliczni podróżni i tak się tam bali wejść. Znajdowała się w tym przybytku jedna sala, zarówno dla palących i niepalących. A wspólną przestrzeń oddzielała granicą… krata.

 

   Wracając do meritum, przykład z nośnika red. Tomasza Sakiewicza mógłby znaleźć godnych naśladowców. Pamięć podpowiada, co się działo onegdaj, a wyobraźnia, co może się stać w przyszłości.

 

   Medialni bohaterowie tygodnia, nie byli prekursorami z pomysłem „ograniczeń”. Przecież na zamku w Sobkowie, od lat wita gości napis: „Zakaz wstępu telewizji TVN”. A i jeszcze za komuny wychodził taki nieformalny organ naturystów „Veto”. I śmiał czelność obwieszczać całej zgorszonej Polsce, że promuje strefy/miejsca beztekstylne. Dyskryminując tekstylnych rzecz jasna.

 

   Ale inne gazety mogłyby pójść podobnym śladem:

 

   – „Daily Mail” informował, że Polacy polują na łabędzie i je zjadają. Reklama: CBD aliejus, Kanapių aliejus, Kanabidiolis hdrop.lt Wystarczy wypuścić na rynek tabliczki „Strefa wolna od Polaków” i rozwiesić nad stawami.

 

   – Magazyn motoryzacyjny „Top Gear” w swych najlepszych latach: „Strefa wolna od rowerów i przyczep kempingowych”. Wiadomo. Spowalniają ruch.

 

   – Gazeta „Hodowca bydła” czy „Hodowca trzody chlewnej”: „Strefa wolna od weganizmu,  wegetarianizmu, witarianizmu, frutarianizmu, owowegetarianizm, liquidarianizmu, sprautarianizmu”. Cokolwiek to znaczy.

 

   – „Łowiec Polski” : „Strefa wolna od grzybiarzy”. Bo wchodzi takim jeden z drugim we flanelowej koszuli z wiaderkiem na linie strzału i jeszcze przeszkadza w nagonce.

 

   – „Metal Hammer” : „Strefa wolna od punk – rocka”. No chyba, że z wyjątkiem zespołów grających metal punka. Im wybaczamy więcej.

 

   – „Cosmopolitan” : „Strefa wolna od niewyzwolonych (jeszcze) kur domowych”. Z dodatkową informacją, że odpowiednie napisy umieszczać nad zlewem, fortepianem lub przy szafce z drutami i szydełkami.

 

   – „Nasza Legia”. „Strefa wolna w szczególności od „Polonii Warszawa”, a także fanów Widzewa, ŁKS-u, Wisły, Cracovii, Lecha, Arki, Ruchu, Górnika, GKS-u, Spartaka Moskwa, Jagiellonii…”. No dobra, odpowiednia vlepka powinna przybrać rozmiary co najmniej B – 5.

 

   Swego czasu „Przekrój” miał bardzo pomysłowy dział „O czym nie piszemy”. Może by tak zamiast stref wolnych od czegoś tam, w środkach masowego, piśmienniczego przekazu, po prostu o tym nie pisać?  

 

Krzysztof Prendecki

Oświadczenie w sprawie działania firmy Empik w stosunku do Gazety Polskiej

CMWP SDP ze zdziwieniem i zaniepokojeniem przyjmuje decyzję firmy Empik o nie przyjęciu do sprzedaży wydania Gazety Polskiej  z naklejką „strefa wolna od LGBT” z uzasadnieniem, iż nie ma u nas miejsca na jawną dyskryminację i na treści łamiące prawo. 22 lipca, na dwa dni przed planowanym rozpoczęciem sprzedaży tygodnika, poinformowała o tym na portalu społecznościowym twitter rzeczniczka Empiku. Decyzja ta jest niezrozumiała w świetle prawa, zarówno polskiego, jak i unijnego, ponieważ łamie fundamentalną w ustroju demokratycznym zasadę wolności słowa. Zasada ta gwarantuje każdemu zarówno możliwość wyrażania swoich poglądów, jak i stwarza możliwość wyrażania negatywnej oceny innych poglądów, czy zachowania, co należy uwzględniać w przypadku podejmowania wszelkich działań w obszarze „polityki antydyskryminacyjnej”. W ostatnim czasie staje się to coraz bardziej istotne, ponieważ w przestrzeni publicznej niejednokrotnie pod pozorem przeciwdziałania dyskryminacji w rzeczywistości promuje się określone postawy i poglądy, co z kolei prowadzi do dyskryminacji tych, którzy się z nimi nie zgadzają.

 

   Zdumienie budzi przy tym próba realnej ingerencji firmy zajmującej się dystrybucją prasy w treści zamieszczane przez gazety, w tym wypadku przez redakcję Gazety Polskiej . Jest to praktyka niedopuszczalna. Empik jest jednym z głównych miejsc sprzedaży gazet i jednym z największych na polskim rynku sklepów internetowych, arbitralność decyzji o wycofaniu konkretnego numeru gazety ze sprzedaży oznacza więc dotkliwe straty finansowe dla redakcji, którym nie ma ona jak zapobiec ze względu na krótki czas dystrybucji prasy drukowanej ( 7 dni w przypadku tygodnika) . CMWP SDP zwraca uwagę, iż działanie takie stać się może współczesnym rodzajem cenzury prewencyjnej i w demokratycznym ustroju nigdy nie powinno mieć miejsca.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 23 lipca 2019 r.

„Spiskowiercy” i ludzie biznesu – MIROSŁAW USIDUS o teoriach spiskowych w świecie Internetu

Rząd Stanów Zjednoczonych wytępił wszystkie ptaki w 2001 r. i zastąpił je dronami inwigilującymi – twierdzą przedstawiciele ruchu „Birds Aren’t Real” (z ang. „ptaki nie istnieją naprawdę”). Ruch, niby miał być tzw. „beką” z teorii spiskowych, ale chętnie korzysta z owoców popularności szalonej teorii i sprzedaje gadżety. Sprawa sprawą, ale pecunia non olet, nieprawdaż?  

 

   W rzeczywistości kształtowanej przez Internet, sieci społecznościowe i memo-kulturę, zwanej czasem bardziej uczenie „rynkiem uwagi” (ang. „ettention economy”), przestaje mieć znaczenie, jaki mamy stosunek do teorii spiskowej, którą opisujemy – czy ją krytykujemy, demaskujemy, ośmieszamy, czy wierzymy w nią lub jesteśmy skłonni przekonywać, iż jest w niej ziarno prawdy. Ważne jest zwrócenie na siebie i na naszą publikację uwagi.  

 

   Nie jest natomiast ważne, że pisząc o „Imperium Lechitów”, czy Irlandczykach przywiezionych do Ameryki na statkach niewolniczych wymyślamy pseudohistoryczce dyrdymały dla żartu. Ważne, czy to, co piszemy, kreślimy lub nagrywamy, jest wystarczająco atrakcyjne, aby były kliki, udostępnienia, polubienia i dyskusje. Tak działa marketing  filmów Patryka Vegi i ruch antyszczepionkowców. To wszystko są ludzie, którzy doskonale rozumieją „attention economy”. Kto zrozumie tę grę, ten skorzysta, nie tylko krzewiąc teorie spiskowe, ale również teorie mające ośmieszyć teorie spiskowe, czy na przykład ruch kwestionujący istnienie prawdziwych ptaków.  

 

„Co najmniej kurczaki muszą być prawdziwe”  

 

   Lider „Birds Aren’t Real”, dwudziestolatek Peter McIndoe, mówił kilka miesięcy temu, w rozmowie z serwisem „The Daily Beast”, że całkowicie poważnie wierzy w to, że ptaki są tak naprawdę maszynami zaprojektowanymi do obserwacji i kontrolowania Amerykanów. Jednak wcześniej zarówno on sam, jak inni przywódcy ruchu przyznali, że powołali go, aby ośmieszyć i sparodiować inne teorie spiskowe. Dodatkowo chodziło tu o politykę, bo ruch na celownik wziął teorie zwolenników prawicy, nade wszystko QAnon, mówiącą o spisku lewicowych satanistycznych pedofilów, którzy walczą z Donaldem Trumpem i Ameryką.  

 

   Jednak satyryczna idea zyskała w amerykańskim Internecie pod koniec ubiegłego roku popularność samoistną. Pomógł filmik nakręcony przez znanego YouTubera PewDiePie z kilkoma milionami odsłon. A sklep internetowy zaczął przynosić dochody ze sprzedaży koszulek, kubków, itp. Niektórzy przedstawiciele spiskowej teorii, która była z założenia nieprawdziwa, zaczęli chyba rozumieć, że bardziej opłaca się krzewienie prawdziwej wiary w nieprawdziwość ptaków, niż powiedzenie: „OK., to był tylko żart. Tak naprawdę chodziło nam o satyrę z teorii spiskowych”. To może i zostałoby docenione przez wielu, ale zakończyłoby karierę teorii i… rozkręcający się biznes.  

 

   Zdaje się, że dobrze zrozumiał to McIndoe. Dlatego mówi to, co mówi. Jednak nie do wszystkich w ruchu to dotarło. Są tacy, którzy wciąż trzymają się korzeni. Np. instagramowe konto „Birds Aren’t Real NY” (nowojorski oddział) jasno komunikowało, że chodzi o parodię innych teorii spiskowych. Ale już działacze z Teksasu na Instagramie deklarowali szczerą wiarę w teorię nieistnienia ptaków, choć przyznawała, że niektórzy działacze skłaniają się na podstawie własnych doświadczeń do przyznania, że „co najmniej kurczaki muszą być prawdziwe”.  

 

Błędy poznawcze w spiskach – błędy w rozumieniu spisków  

 

   Nauka obecnie patrzy na spiskowe teorie nieco inaczej niż kiedyś, gdy z miejsca odrzucano je jako szaleństwa, niedorzeczności i groźne bzdury. Dziś badacze coraz częściej widzą w nich swoistą „normalność”, przejaw życia społecznego i psychologiczne mechanizmy, które są bardzo stare, znane i niejako rutynowe w procesach komunikacji na forum publicznym. Niektórzy eksperci nawet obawiają się, że próba zapobieżenia i radykalnego eliminowania teorii spiskowych mogłaby stanowić większe zagrożenie niż ich istnienie.  

 

   Internet zmienił sposób dystrybucji, natężenie publikacji o spiskowym charakterze, ale samo zjawisko występowało już dawno temu. Trudno jednak ocenić, czy przekonania o spiskach były kiedyś mniej czy bardziej intensywne, bo nie badano tego, lekceważąc tę sferę z miejsca, jako „stek bzdur” i „zajęcie szaleńców”. Niedawno Jan-Willem van Prooijen, psycholog z Vrije Universiteit Amsterdam i Michael Wood, profesor psychologii na brytyjskim uniwersytecie w Winchesterze, przeprowadzili badania, z których wynika, iż od co najmniej stulecia teorie spiskowe regularnie trafiają na strony amerykańskich gazet.  

 

   Inny naukowiec, Joseph Uscinski, politolog z Uniwersytetu w Miami, skatalogował ponad sto tysięcy listów do redakcji opublikowanych w „The New York Times” i „Chicago Tribune”, dochodząc do wniosku, że liczba listów zawierających domniemania istnienia konspiracji i przeróżne teorie spiskowe w ciągu ostatnich 120 lat była stała. Co oznacza, że funkcjonują od dawna w takim samym natężeniu. Ich liczba nie rosła, ani nie malała. Dopiero gdy znaczenie medialnych „gatekeeperów” spadło, wraz z rozwojem Internetu i każdy mógł nie tylko publikować ale również propagować swoje teorie w sieci, powstało wrażenie, że wiara w spiski rozkwitła dzięki Internetowi. To błąd poznawczy, jeden z takich, jakie często popełniają zwolennicy teorii spiskowych.  

 

   Innym częstym błędem jest przekonanie, że spiskowe teorie mają charakter marginalny a kultywuje je niewielka grupka „foliarzy”. Jedna z ankiet przeprowadzonych w 2014 r. w USA wykazała, że ponad połowa Amerykanów wierzy w co najmniej jeden spisek medyczny z długiej listy, na której znajdują się m. in. poglądy o szczepieniach, o których lekarze lub władze wiedzą, że są niebezpieczne, lub teorie, że amerykańska administracja leków (FDA) celowo zwalcza naturalne metody leczenia nowotworów z powodu presji ze strony przemysłu farmaceutycznego. Zdaniem Uscinskiego, który komentował te badania w mediach, jest całkiem prawdopodobne, że każdy człowiek ma swój ulubiony spisek, w który święcie wierzy.  

 

   Ciekawie pisze o spiskowych teoriach Carrie Leonard z Uniwersytetu w Lethbridge w Kanadzie. Badała dość szeroki wachlarz poglądów, które nazywa ogólnie „błędnymi przekonaniami”, wliczając do nich m. in. doświadczenia paranormalne i przekonania o oszustwach w grach hazardowych. Jej zdaniem, narodzinom spiskowych przekonań sprzyjają takie czynniki jak poczucie braku kontroli nad różnymi aspektami własnego życia, psychologiczna skłonność do myślenia paranoicznego, niezrozumienie i niewłaściwe korzystanie ze statystyk a także brak zdolności rozumowania probabilistycznego. To właśnie łączyć ma wiarę w UFO, duchy, oszukańcze mechanizmy w maszynach do gry i spiski polityczne. I to wszystko, zdaniem Leonard, łączy się wzajemnie ze sobą, czyli jeśli ktoś wierzy w zjawiska paranormalne, to z większym prawdopodobieństwem jest antyszczepionkowcem itd.  

 

   Ciekawe są także obserwacje społecznych aspektów skłonności do wiary w spiski w pracach Carrie Leonard, ale również innych badaczy. Wynika z nich, że, jeśli jesteś częścią grupy, która jest marginalizowana i czuje się pozbawiona wpływu na system polityczny, to teorie spiskowe zalęgną się w tobie z dużo większym prawdopodobieństwem niż w przedstawicielu grupy uprzywilejowanej i wpływowej. Dla polityków wynikałby stąd jasny wniosek, że zmniejszanie poziomu wykluczenia społecznego zmniejsza poziom nieufności opartej na spiskowych poglądach. Doświadczenie uczy jednak, że politycy nie chcą tego zrozumieć.  

 

   Wspomniany już Joseph Usciński po analizie spiskowej epistolografii medialnej, stanowczo zaprzecza, że skłonności do wiary w spiski przypisane są do jednej ze stron sporu politycznego. Mentalność ta nie ma zabarwienia, ani lewicowego, ani prawicowego.  Wiara w „onych” pociągających za sznurki i manipulujących krajem, jest szeroko rozpowszechniona we wszystkich częściach spektrum politycznego. Tu oczywiście można wskazać na kolejny błąd poznawczy popełniany przez publicystykę piętnującą spiskowe teorie, która zwykle wiąże je opcją przeciwną w stosunku do poglądów autorów „analiz”.      

 

   Uściński zauważył też ciekawe zjawisko, polegające na tym, że „ogromna infrastruktura teorii spiskowych” budowana przez formację polityczną, gdy jest w opozycji, natychmiast rozwiewa się po wygranych przez nią wyborach. Wszystkie teorie na temat Busha i jego administracji budowane w mediach i Internecie przez lewicę i Demokratów przez lata, zniknęły jak ręką odjął, gdy w 2008 roku wybory wygrał Obama. Zaczęło się za to budowanie „infrastruktury” po drugiej stronie.  

 

Moderatorzy Facebooka zarażeni spiskami  

 

   Mechanizmy psychologiczne mechanizmami psychologicznymi, ale raport serwisu internetowego „Verge” z lutego 2019 wskazuje, że silna ekspozycja na teorie spiskowe może zarażać nimi osoby, które do ich kontroli zostały zatrudnione. Dziennikarze odkryli, iż na niektórych moderatorach zatrudnionych przez Facebooka do usuwania obrazów szczególnie odrażających, np. obcinania głowy czy treści ukazujących zoofilię, oraz do kontroli publikacji propagujących spiski, czytane teksty i oglądane obrazy wywarły  silne piętno, ich reakcje przypominają syndrom stresu pourazowego a niekiedy widać w nich zaskakujące zmiany postaw, np. akceptację teorii spiskowych  

 

   Reporter Casey Newton opisuje przypadek jednego z moderatorów, który zaczął przekonywać wszystkich dookoła, że Ziemia jest płaska. Rozmówcy autora tekstu tłumaczą to dawką mediów społecznościowych. Jeśli użytkownika Facebooka porównać do palacza, to moderatorzy palą po dwie paczki mocnych dziennie. Duża ilość konsumowanych kontrowersyjnych treści sprawia, że stają się dobrze znane, oswajamy się z nimi a stąd już tylko krok do akceptacji.  

 

   „Im częściej to widzisz, tym to coś jest bardziej znajome, a im bardziej znajome, tym bardziej wiarygodne”, tłumaczy w „Verge” Jeff Hancock, profesor komunikacji i dyrektor Stanford Social Media Lab.  

 

 

   „Treści spiskowe zostały zaprojektowane tak, aby były przekonujące. Ludzie akceptują te teorie, ponieważ pomagają nadać sens światu, który jest przypadkowy i chaotyczny. Mogą zaoferować poczucie komfortu lub bezpieczeństwa. Widząc te teorie pojawiające się wielokrotnie na Facebooku, wydaja się nam coraz mniej obce i dziwaczne”, dodaje James Grimmelmann, profesor Cornell Law School.  

 

   Ponadto „powtarzająca się ekspozycja może sprawiać wrażenie, że teoria spiskowa jest bardziej rozpowszechniona niż jest w rzeczywistości”, uzupełnia Dominique Brossard, profesor Uniwersytetu Wisconsin-Madison.  

 

   Dochodzi do tego zjawisko psychologiczne nazywane „zarażeniem emocjonalnym”, znane z sytuacji gdy ktoś nieświadomie naśladuje wyraz twarzy lub inaczej odzwierciedla nastrój osoby, z którą rozmawia lub przebywa.  

 

   Badania grupy bardzo szczególnej, czyli moderatorów przeglądających ogromne ilości kontrowersyjnych treści społecznościowych demonstruje dość dobrze możliwy mechanizm rozpowszechniania się i popularyzacji teorii spiskowych. Jednak nie można automatycznie doświadczeń tak szczególnej grupy przekładać na resztę, zwykłych konsumentów Internetu. Wniosek płynący z publikacji „Verge” jest raczej taki, że bezkrytyczna konsumpcja takich treści w nadmiernych ilościach wystawia użytkownika na niebezpieczeństwo „zarażenia się”, niż, że używając Facebooka staniesz się w końcu „płaskoziemcem”.  

 

Lepiej zarobić niż zwalczać konspiracjonizm  

 

   Czy wyeliminowanie teorii spiskowych jest w ogóle możliwe? Wspomniany wcześniej holenderski badacz, Van Prooijen przeprowadza badania sprawdzające, czy fałszywe przekonania o spiskach można korygować, dając ludziom, którzy w nie wierzą, coś, czego im brakuje – poczucie władzy i kontroli nad własnym życiem. W eksperymentach laboratoryjnych wydaje się to działać. Upodmiotowienie ludzi, zaszczepienie im poczucia kontroli, wprowadzenie przejrzystości w działaniach – to sprawia, że atrakcyjność spiskowych teorii maleje. Jednak to, co działa w laboratorium, jest niełatwe do zastosowania w życiu, zwłaszcza, że ze spiskowymi teoriami chcą walczyć głównie ci, którzy są ich zwyczajowymi negatywnymi bohaterami: politycy, naukowcy, lekarze. To nie sprzyja wiarygodności w oczach spiskowierców.  

 

   W 2006 r. politolodzy Brendan NyhanJason Reifler opisali zjawisko zwane „backfire effect”. Wykazali, że wysiłki zmierzające do obalenia nieprawdziwych, niedokładnych informacji w dziedzinie polityki mogą sprawić, że wśród odbiorców wzrośnie przekonanie, że owe fałszywe informacje są prawdziwe. Wydaje się, że sama gorliwość w dementowaniu spiskowych teorii wzbudza podejrzliwość i działa przeciwskutecznie.  

 

   Internet oskarżany zwykle o to, że jest narzędziem do rozpowszechniania spiskowych teorii na nieznaną wcześniej skalę, może być zarazem świetnym narzędziem do ich neutralizacji. Zazwyczaj wystarczą fakty i dane, a tych w sieci nie brakuje. Jeśli osoba, której je podsuwamy, nie jest fanatykiem czy szaleńcem, to twarde fakty powinny wystarczyć do odwiedzenia jej od nieprawdziwych spiskowych wierzeń. W dodatku w sieci działają aktorzy równorzędni, czyli znajomi i życzliwi koledzy, a nie złowrogie kręgi polityków-iluminatów, międzynarodowej finansjery, lekarzy zblatowanych z demonicznym przemysłem farmaceutycznym, media i naukowcy eksperymentujący na ludziach.  

 

   W tym sensie Internet i społeczności są teoretycznie doskonałym narzędziem do obalania teorii spisku. Jednakże, jeśli ktoś tak jak np. ruch „Birds Aren’t Real” wyczuł w czymś, co miało być żartem i kpiną z innych teorii spiskowych, kuszący zapach rozgłosu i pieniędzy, to perspektywy walki z nimi nie wyglądają zbyt różowo. Wychodzi na to, że walka z „płaskoziemstwem”, „Imperium Lechitów”, „chemtrailsizmem”, „negacjonizmem lądowania na Księżycu”, jest mniej intratnym zajęciem niż propagowanie tych i dziesiątek innych teorii.  

 

Mirosław Usidus