Prawda nie jest mową nienawiści – ks. MARIUSZ FRUKACZ o cenzurze w social mediach

Media społecznościowe stały się w naszych czasach naturalną przestrzenią komunikacji. Takie portale, jak YouTube, Facebook i Twitter cieszą się ogromną popularnością. Niestety, niektóre z nich stały się rajem dla lewicowych cenzorów.

 

 

Rozwój technologii cyfrowych spowodował coraz większą dostępność do treści i demokratyzację. Przez formuły multimedialności media społecznościowe zmieniły sposób myślenia i styl życia współczesnego człowieka. Łączą one w dzisiejszych czasach miliardy ludzi na całym świecie. Jak zauważa w jednym ze swoich felietonów Jan Maria Jackowski „media społecznościowe mają zatem istotny wpływ na rzeczywistość. Mogą w nich być zamieszczone treści pozytywne, dobre, ale mogą być również treści oraz przekazy negatywne, złe, które niekiedy bywają wykorzystywane do propagandy i dezinformacji, szerzenia niechęci czy nienawiści” (zobacz tutaj).

 

Znikające treści

 

Od pewnego jednak czasu portale takie jak: YouTube, Facebook i Twitter  stosują przedziwną politykę, gdzie kluczem jest pojęcie „mowa nienawiści”, które jest rozumiane w szczególny, jak się okazuje, sposób. W ostatnim czasie było kilka głośnych przypadków zablokowania treści konserwatywnych przez serwis YouTube. Przeciwko takim działaniom stanowczo protestowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. I tak m.in. portal YouTube usunął dwa odcinki programu „Wierzę” Pawła LisickiegoPiotra Miśki, emitowanego w telewizji internetowej wSensie.tv . W nagraniach wyjaśniano nauczanie Kościoła katolickiego na temat ideologii ruchu LGBT. Według pracowników serwisu miały one rzekomo szerzyć „mowę nienawiści”. Kanał został zablokowany na trzy miesiące. Z informacji podanych przez serwis wynika, że platforma YouTube przywróciła administratorowi kanału możliwość publikacji filmów, mimo że ostrzeżenia dotyczące „szerzenia mowy nienawiści” wobec katolickiego programu „Wierzę” nie zniknęły.

 

 

Blokada wSensie.tv nie jest jedyna w ostatnim czasie. Doszło m.in. do zawieszenia, a następnie zamknięcia przez YouTube kanału telewizji wRealu24.pl oraz usunięcia i zawieszenia stron Kai Godek na portalach Facebook i Twitter. Usunięte również zostało z kanału YouTube kazanie abp. Marka Jędraszewskiego. 5 sierpnia profil Radia Maryja na YouTube otrzymał tzw. pierwsze ostrzeżenie za zamieszczenie na nim homilii abp. Marka Jędraszewskiego, którą wygłosił w kościele Mariackim w Krakowie z okazji 75. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Po protestach m.in. Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich kazanie zostało przywrócone, a YouTube przyznał, że usunięcie z profilu Radia Maryja kazania abp. Marka Jędraszewskiego nastąpiło wskutek błędu. Serwis przywrócił też zablokowany wcześniej kanał Telewizji wRealu24.

 

 

Wolność słowa dla wybranych

 

„Mowa nienawiści” stała się wygodnym kryterium do usuwania niewygodnych treści. Takie można odnieść wrażenie, gdy obserwuje się to, co się dzieje w mediach społecznościowych. W mediach tych mamy bowiem do czynienia z jawnym naruszeniem wolności i siłową próbą wprowadzenia cenzury wśród obywateli. Z podobną próbą cenzury użytkownicy mediów społecznościowych zetknęli się już kilka lat temu na Facebooku. Publicysta „Niedzieli” Artur Stelmasiak komentował już w 2016 r., że w tym samym czasie, gdy kasowane były plakaty nawiązujące do polskiej historii i religii, na których zapraszano na legalną manifestację w święto niepodległości, strony facebookowe propagujące zakazany w Polsce zbrodniczy system komunistyczny miały się bardzo dobrze. Administratorom Facebooka nie przeszkadzało propagowanie faszystowskiego lub komunistycznego ustroju państwa. Warto przypomnieć, że w  art. 256 ust. 1 Kodeksu karnego czytamy: „Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.

 

Ograniczanie wolności słowa według facebookowego czy youtubowego widzimisię, może być poważnym zagrożeniem dla demokracji. „Stosowanie represji wobec wolności słowa ma jednak stałą tendencję. Z jednej strony katolickie i konserwatywne poglądy na Facebooku są rugowane, a z drugiej wartości chrześcijańskie i uczucia religijne mogą być bezustannie obrażane. Przykładem tego są profile w ohydny sposób zniesławiające św. Jana Pawła II, na które było już setki doniesień, a administratorzy Facebooka twierdzą, że jest on zgodny z ich standardami. A przecież wystarczy użyć słowa homolobby, aby znaleźć się na celowniku” – pisał Artur Stelmasiak, publicysta i komentator „Niedzieli” (zobacz tutaj).

 

 

Wydaje się, że media społecznościowe stały się rajem dla cenzorów o poglądach lewicowych. Stały się one tak naprawdę narzędziem walki o kształt polskiej wolności i demokracji. I gdybym ten mój artykuł zamieścił na którymś z portali społecznościowych, może zostałby on oceniony jako „mowa nienawiści”. Czy fakty i prawda to naprawdę „mowa nienawiści”?

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

 

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…- ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak przed laty było normalnie

Cyfrowe archiwa zastąpiły dzisiaj w większości te papierowe. Zaleta jest taka, że grzebiąc w starociach, nie pokrywamy sobie palców kurzem. No i łatwiej jest utrzymać porządek w wirtualnych teczkach za pomocą dat, tagów i tytułów. Jedno się nie zmieniło: nadal w starych tekstach, dokumentach czy fotografiach można natrafić na rzeczy ciekawe, nawet zaskakujące.

 

Szukając ostatnio czegoś całkiem innego w cyfrowych czeluściach dysków twardych mojego komputera, trafiłem na jedenaście zdjęć sprzed ponad 12 lat, umieszczonych w folderze „Debata Kaczyński-Tusk 2007”. Ta debata odbywała się 21 marca w redakcji „Faktu”, gdzie wówczas pracowałem. Prowadziłem ją wspólnie z ówczesnym redaktorem naczelnym Grzegorzem Jankowskim. Kto robił zdjęcia – nie wiem. Nazwisko nie jest zachowane w metadanych plików.

 

Debata zaplanowana była chyba – jak wskazywałyby godziny zrobienia zdjęć – na 16. Godziny zdjęć pokazują też, że Donald Tusk przyjechał trochę przed czasem, jednym samochodem. Towarzyszył mu tylko doradca do spraw wizerunku Maciej Grabowski (widać go na jednym ze zdjęć).

 

   Jarosław Kaczyński natomiast chwilę się spóźnił. Był wtedy premierem, więc wizytę poprzedziła kontrola BOR, a konwój rządowych aut przyjechał do biurowca przy Domaniewskiej (tego samego, gdzie wciąż mieści się siedziba Ringier Axel Springer) na sygnale. Był z nim Jan Dziedziczak, wtedy rzecznik rządu (także jest na jednym ze zdjęć).

 

Rozmowa odbywała się w gabinecie naczelnego, jedynie w gronie czterech osób. Na stole kwiaty, filiżanki, ciasto, woda mineralna. No i dyktafony, na wszelki wypadek aż trzy. Goście usiedli na obszernej kanapie, ale w pewnym od siebie oddaleniu. My z Grześkiem na fotelach naprzeciwko.

 

Niestety, samego tekstu debaty w swoim komputerowym archiwum nie znalazłem. Prawdopodobnie spisywać ją musiał ktoś inny – w przeciwnym wypadku miałbym ten plik u siebie.

 

Na zdjęcia z tego wydarzenia trafiłem wkrótce po tym, gdy Grzegorz Schetyna ogłosił, że jest otwarty na debatę z Jarosławem Kaczyńskim. Takiej debaty oczywiście nie będzie – to jest zapewne dla wszystkich jasne. Kaczyński jej do niczego nie potrzebuje, mniejsi gracze natychmiast zgłosiliby pretensje, że ich w niej nie ma, a gdyby byli – debata zmieniłaby się przecież w bezsensowną wymianę krótkich przytyków. Nikt zresztą dzisiaj nawet specjalnie takiej debaty liderów obozów politycznych nie potrzebuje. Zwolennicy jednych i drugich są okopani na swoich pozycjach, media elektroniczne są w większości tak mocno po jednej lub drugiej stronie, że uzgodnienie wspólnych warunków spotkania – gdyby miało być transmitowane jednocześnie na kilku antenach – wydaje się niemożliwe. Gazety są w tej konkurencji w ogóle bez szans. Nie ma zapotrzebowania, atmosfery, możliwości, a ze strony Schetyny był to tylko rutynowy i w sumie mało istotny chwyt piarowy. Za brakiem odpowiedzi ze strony PiS nie poszło standardowe pokrzykiwanie, że „Kaczyński tchórzy”, bo nawet twardzi antypisowcy nie uznaliby przecież, że o to tu chodzi.

 

Zdjęcia z debaty „Faktu” sprzed 12 lat opisać by dziś można klasycznym tekstem, rozpoczynającym kolejne filmy z cyklu „Gwiezdnych wojen”: „Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…”.

 

Co było wtedy inaczej? Dlaczego wtedy takie spotkanie było możliwe, a dzisiaj nie jest?

 

Można by o tym napisać długi esej. W największym skrócie zaś przyczyny są następujące.

 

   Po pierwsze – istniało wtedy naturalne oczekiwanie, że przywódcy najważniejszych partii się spotkają i będą rozmawiać. Tak po prostu, bez wyborczego pretekstu, bo przecież był to dopiero marzec i nikt sobie nie wyobrażał, że na jesieni dojdzie do przyspieszonych wyborów, których skutkiem będzie przejęcie władzy przez Platformę na bite osiem lat. Organizowania takich spotkań oczekiwano oczywiście od mediów.

 

   Po drugie – „Fakt” jako miejsce spotkania był do zaakceptowania dla obu stron. Dziś ten dziennik jest traktowany przez PiS jak wróg (jak zresztą właściwie każde medium niebędące jednoznacznie po stronie obecnej władzy), ale wtedy Kaczyński miał na świeżo w pamięci, że to właśnie „Fakt” (o czym pisałem jakiś czas temu na portalu SDP) rozbił monopol „Gazety Wyborczej” i choć bywał dla pierwszego rządu PiS trudny, to zarazem nie był uznawany za medium wrogie.

 

   Tusk z kolei rozumiał, że to dobry do rozmowy, neutralny grunt, a w dodatku gazeta, której ogromnej liczby czytelników nie można lekceważyć.

 

   Po trzecie – i to jest być może najważniejsze – nie był to jeszcze czas, gdy w polityce chodziło o to, żeby się pozabijać. Oczywiście nie dosłownie, ale symbolicznie. Owszem, minęły wtedy dopiero dwa lata od momentu spektakularnego upadku koncepcji PO-PiS, ale wciąż poziom wzajemnych negatywnych emocji był kilkakrotnie niższy niż dzisiaj. Co oczywiście przekładało się na media i ich sytuację w tym konflikcie.

 

Można oczywiście skończyć w tym miejscu i poprzestać na zwykłym opisie sytuacji: kiedyś było tak, teraz jest inaczej; kiedyś się dało, dzisiaj się nie da. Tak po prostu jest.

 

A jednak to byłoby niepostawienie kropki na „i”. Żeby ją postawić, trzeba napisać, że wtedy było, jak było, ale było normalniej. Stanem normalnym jest to, że niepałający do siebie sympatią, nawet niemający do siebie zaufania dwaj liderzy polityczni są w stanie spotkać się w redakcji gazety, której żaden z nich nie uważa za przyjazną sobie – i w tej redakcji rozmawiać o tym, co uważają za istotne.

 

To, co dzieje się dzisiaj – brak chęci do jakiejkolwiek rozmowy, brak oczekiwania, że do niej dojdzie, traktowanie mediów jako pasów przekaźnikowych dla partyjnych przekazów – to jest nienormalne.

A jednak jest iskra nadziei. Co ciekawe – z tego samego źródła, o którym wspominam na początku. Oto bowiem „Fakt” coraz wyraźniej powraca do swoich dawnych tradycji zderzania ze sobą różnych poglądów i dawania im pola do dyskusji. Zaproszenie do współpracy Tomasza Lisa z jednej strony, a Rafała Ziemkiewicza z drugiej jest wyłomem w jednostronnym (w wariancie awersu i rewersu) krajobrazie medialnym. Dwaj koryfeusze dwóch skrajnie różnych spojrzeń na Polskę obecni na jednych łamach – a prócz tego wielu innych ciekawych publicystów, w tym nieoczywistych. Projektowi odbudowy przez nową naczelną dziennika, Katarzynę Kozłowską, otwartej agory, jaką był przez wiele lat dział Opinii „Faktu”, bardzo kibicuję. Nie tylko dlatego, że takich miejsc jest dziś bardzo niewiele, ale też dlatego, że to przypomnienie, na czym polega debata. Oraz pokazanie, że wbrew wszystkiemu można dla niej wciąż znaleźć miejsce.

 

Łukasz Warzecha

Biznes i misja – MIŁOSZ KLUBA o pasji tworzenia nowego magazynu

Mieli pasję, po dziewięć tysięcy na inwestycje i praktycznie żadnej wiedzy o wydawaniu gazety. Zaczęli robić czasopismo. Takie, które sami chcieliby kupować. 

 

Pomysł na poświęcony „kreatywnej edukacji” magazyn pojawił się… w szkole. MarcinAleksandra Sawiccy prowadzą kilka szkół wykorzystujących metodę Montessori oraz współpracują z rodzicami, którzy swoje dzieci chcą uczyć w domu samodzielnie. Wydawane regularnie pismo początkowo miało być pomocą właśnie dla nich. Do zespołu dołączyła ekipa podcastu „Więcej niż edukacja”, poświęconego edukacji domowej. Spotkania, podczas których klarowała się wizja „Kredy” trwały kilka miesięcy. – Zależało nam, żeby było to profesjonalne czasopismo, dostępne w całej Polsce, w szerokiej dystrybucji, żeby to nie miało charakteru szkolnego biuletynu – opowiada Jan Pleti, dyrektor wydawnictwa Inspiredu.

 

Nie bez znaczenia był też fakt, że magazyn ma na siebie zarobić – i to przede wszystkim dzięki sprzedaży, a nie reklamom. – Założyliśmy, że reklam nie będzie zbyt dużo i że nie będziemy reklamowali niczego, czego sami byśmy nie polecili – mówi Rafał Marszałek, również członek zespołu „Kredy”. – Jeśli miałby się pojawić np. artykuł sponsorowany, to powinien on być wyraźnie oznaczony – dodaje Jan Pleti.

 

Więcej niż podręczniki 

 

– Chcemy pokazywać, że edukacja może być piękna, że w każdym dziecku, ale i w każdym z nas drzemie ogromny, często niewykorzystany potencjał. Pragniemy porywać ludzi do pasji, rozwijania talentów, nieustannego poszukiwania – opowiada Agnieszka Pleti, redaktor naczelna „Kredy”, współprowadząca wraz z Anną Marszałek podcast „Więcej niż edukacja”. Podtytuł „magazyn kreatywnej edukacji” miał zwracać uwagę właśnie na to, że „edukacja jest znacznie bardziej złożona niż tylko szkolne podręczniki”. – Teraz odchodzimy od tego hasła, bo za bardzo narzucało ono wielu ludziom skojarzenie z pracami kreatywnymi dla małych dzieci – przyznaje Agnieszka Pleti.

 

Jak podkreśla, redaktorów „Kredy” łączy to, że wszyscy są pasjonatami edukacji –  sami uwielbiają się uczyć, odkrywać nowe obszary wiedzy i działania. – Nakręca nas również zachwyt nad tym, co robią inni. Wszyscy kochamy innych ludzi i uwielbiamy pochylać się nad ich pasjami, talentami, często tymi prostymi, ale wymagającymi oddania serca – mówi redaktor naczelna.

 

Na własnych błędach

 

Zanim ukazał się pierwszy numer „Kredy” członkowie redakcji musieli się nauczyć właściwie wszystkiego o wydawaniu pisma. Dziś wspominają np. jak przeglądali inne czasopisma na półkach, by znaleźć takie, które im się spodobają i dowiedzieć się, co decyduje o udanym projekcie magazynowego layoutu. Po tym rozeznaniu stworzenie makiety zlecili profesjonalnemu grafikowi, dystrybucję zewnętrznej firmie (magazyn można dostać m.in. w Empiku oraz w sklepie internetowym wydawnictwa). O artykuły poprosili specjalistów z branży edukacyjnej i praktyków, poznanych m.in. przy okazji prac nad podcastem. – Zależy nam, żeby współpraca z nami była satysfakcjonująca dla piszących również pod względem finansowym. Często jednak spotykamy się z pozytywnym zaskoczeniem autorów, którzy nie spodziewali się gratyfikacji, bo piszą głównie z pasji i chęci dzielenia się swoją wiedzą – mówi Rafał Marszałek, dyrektor finansowy wydawnictwa i kierownik działu IT

 

Do tej pory ukazało się 10 wydań, poświęconych tematom takim jak książki, harcerstwo, edukacja filmowa, muzyczna czy sportowa. Były także numery poświęcone edukacji domowej i metodzie Montessori. Obecnie „Kreda” drukowana jest w nakładzie 3 tys. egzemplarzy. W miesiącu wydania sprzedaje się połowa nakładu. Resztę można kupić jako numer archiwalny (są chętni, bo teksty i tematy pozostają aktualne). Co miesiąc kilkaset sztuk sprzedaje się w wersji elektronicznej, która tak jak wydanie drukowane kosztuje 24,90 zł. – Nasze założenie było proste – płaci się za treść, a treść jest taka sama – tłumaczy Rafał Marszałek.

 

Sprzedaż jest wciąż za mała, by przychody pokryły koszty i zapewniły rezerwę na inwestycje, a w przyszłości zwrot wkładu i zysk dla inwestorów. – Na razie uczymy się na własnych błędach i za własne pieniądze – przyznaje Jan Pleti. Właściwie można to rozumieć dosłownie, bo inwestorzy to po prostu grupa siedmiu znajomych, którzy po równo (9 tys. zł) zrzucili się, by założyć własne pismo.

 

Za dużo czytania

 

Do tego, by można było spokojnie działać potrzebna byłaby sprzedaż na poziomie 5 tys. egzemplarzy. – Wierzymy, że w Polsce jest więcej niż kilka tysięcy osób, które są zainteresowane tematyką edukacji i które byłyby skłonne kupić nasz magazyn – przekonuje Jan Pleti. – Nie poddajemy się, bo „Kreda” ukazuje się dopiero od niespełna roku, a dla nas to nie tylko biznes, ale również misja – podkreśla.

 

Jan Pleti wspomina także telefoniczne rozmowy z kilkoma osobami, które po pół roku zrezygnowały z prenumeraty. – Chciałem zrozumieć, czy to był jakiś nasz błąd techniczny, czy mają może jakieś zastrzeżenia. Wyszedłem z założenia, że jeśli ktoś wydał, licząc z przesyłką, jakieś 150 zł na sześć numerów naszego magazynu, to ma prawo się wypowiedzieć – wspomina. – Okazało się, że niektórzy po prostu zapomnieli odnowić prenumeratę, ale była jedna czytelniczka, która nie kryła swojej irytacji, nie ponowiła zakupu ponieważ treści jest tak dużo, że nie starczyło jej czasu na przeczytanie wszystkich numerów – wspomina dyrektor Inspiredu.

 

Obecnie redakcja przygotowuje dla swoich czytelników obszerną ankietę, by dowiedzieć się „co najbardziej pomaga naszym czytelnikom, a co jest zbędne według nich w magazynie”.

 

Agnieszka Pleti dodaje, że nie brakuje pozytywnego feedbacku od czytelników „Kredy”.

– Piszą, że artykuły pomagają im, wprawiają w zachwyt i inspirują do działania. Prenumerują nas również biblioteki uniwersyteckie co samo w sobie jest dla nas dużym zaskoczeniem i radością – opowiada. – Szczerze powiedziawszy, to komunikat zwrotny, jaki dostajemy, przerósł nasze  oczekiwania – przyznaje.

 

Na taką opinię pracuję m.in. autorzy. – Wielu z nich to bardzo wartościowi ludzie, którzy często nie publikowali nigdzie swoich tekstów. My wyciągamy na światło dzienne prawdziwe perełki, ale takie żywe – cieszy się Agnieszka Pleti. – Piszą o życiu, o tym co dzieje się w ich rodzinach, w ich szkołach, w ich pracy i myślę, że to, co urzeka najbardziej, to właśnie ich pełne mądrości spojrzenie. No i oczywiście umiejętność podzielenia się tym z innymi – wyjaśnia.

 

Miłosz Kluba

Druga pensja – TOMASZ PLASKOTA o korupcji wśród dziennikarzy

Dziennikarzy wiele dzieli, ale powinna ich łączyć niechęć do brania łapówek, bo korupcja to zwykłe k……o – mówi Aleksander Majewski z portalu wPolityce.pl. Czy żurnaliści stosują się do tej zasady?

 

– Obawiam się, że mniejsze, większe czy największe zjawiska korupcyjne są czymś powszechnym wśród dziennikarzy. Nastąpiła degeneracja środowiska – ubolewa dziennikarz portalu wPolityce.pl i telewizji wPolsce.pl Aleksander Majewski. – Mówi się o korupcji wśród urzędników czy korupcji wśród policjantów, chociaż w ostatnich latach nie jest to już tak poważny problem jak kiedyś, ale warto zwrócić uwagę na proceder korupcyjny wśród dziennikarzy – podkreśla.

 

Korupcję bez względu na jej rodzaj bardzo trudno udowodnić. Ale ona istnieje, także w środowisku dziennikarskim. Pieniądze za przychylne teksty, albo za pomijanie pewnych tematów są przekazywane w ramach legalnych umów. Dziennikarzom zajmującym się stykiem wielkiego biznesu i polityki proponuje się luksusowe wycieczki zagraniczne czy konto w banku, z którego można sfinansować zakup domu czy samochodu. Propozycje dostosowane są do wymagań konkretnego dziennikarza. – Przez korupcję rozumiemy sytuację, w której dziennikarz za napisanie określonej treści, czasem pozytywnej, a czasem negatywnej dostaje jakąś formę wynagrodzenia – definiuje problem redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy” Paweł Lisicki.

 

Czasem z propozycjami korupcyjnymi przychodzą znajomi. Wysyłający liczy, że dzięki temu skuteczniej dotrze do adresata i łatwiej go przekona. – Miałem wiele dziwnych propozycji. Najczęściej zgłaszał się ktoś znajomy, bo jak niektórzy mówią, „tylko ch…e nagrywają kolegów”. Nikogo więc nie nagrywałem, mówiłem tylko, że nie interesują mnie żadne propozycje – mówi były dziennikarz „Pulsu Biznesu”, obecnie pisarz Mariusz Zielke.

 

Dziennikarzom najczęściej oferuje się pieniądze.

 

– Jarosław Ziętara zginął, bo odrzucił propozycję przyjęcia pieniędzy. Tak twierdzili świadkowie na procesie. Pieniądze mieli mu zaproponować ludzie, których przemytnicze biznesy tropił i opisywał – wskazuje poznański dziennikarz Krzysztof M. Kaźmierczak, który od 27 lat bada sprawę porwania i zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary. Dodaje, że nie miał żadnych propozycji korupcyjnych związanych ze sprawą Ziętary, ale otrzymywał groźby i był zastraszany. Z propozycją dodatkowego wsparcia finansowego spotkał się wielokrotnie dziennikarz śledczy Witold Gadowski. Proponowano mu określone pieniądze za napisanie artykułu na dany temat.

 

– Zwykle było to kilka lub kilkanaście tysięcy złotych za tekst – twierdzi wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i publicysta „Sieci”. – Odrzucałem jednak takie motywacje – podkreśla.

 

Jedna z anegdot ze środowiska dziennikarskiego mówi, że któryś z dziennikarzy zajmujących się ekonomią otrzymał propozycję łapówki. Kiedy usłyszał kwotę oburzony odpowiedział: „Nie będę schylał się po grosze”. Kiedy otrzymał dziesięć razy więcej, pieniądze przyjął. Ale to tylko miejska legenda.

 

Niektóre firmy i korporacje starają się dbać o to, żeby wszystkie teksty, które powstają na ich temat były pozytywne. Dbając o swoje dobre imię i walcząc o kontrakty ogromnej wartości uciekają się do łamania prawa. A dziennikarze chcąc zarobić więcej łamią i prawo, i zasady.

 

– To zdarzyło się w 1999 r. Już w pierwszym dniu pracy, kiedy zacząłem zajmować się branżą informatyczną w „Pulsie Biznesu” zgłosił się do mnie człowiek z międzynarodowej korporacji. Powiedział, że mój poprzednik był u nich na etacie, więc i mi proponuje współpracę. Za każdy tekst, w którym dobrze o nich napiszę, zaproponował mi drugą pensję. Byłem zszokowany. Od razu odmówiłem – wspomina Mariusz Zielke.

 

Propozycje korupcyjne trudno jednak udowodnić, bo wszystko robione jest w białych rękawiczkach. Nikt przecież nie przychodzi i nie mówi, że chce kogoś skorumpować. – Usłyszałem, że mają swoją gazetkę w której będą przedrukowywać moje teksty i za to będą mi wypłacać honorarium. Miałem dostawać drugie tyle co w gazecie. Wydaje mi się, że ta praktyka była powszechnie stosowana w mediach. Nie byłem wyjątkowym dziennikarzem, nikt mnie wtedy nie znał. Nie napisałem jeszcze żadnego tekstu na temat nowej branży – podkreśla autor pierwszego polskiego thillera finansowego zatytułowanego „Wyrok”. Temat korupcji w Polsce Zielke szerzej przedstawi w książce „Lobbysta”, która ukaże się we wrześniu.

 

Czasem pieniądze proponują osoby doprowadzone do ostateczności i pokrzywdzone przez los. Chociażby poszkodowani przez wymiar sprawiedliwości, czy przez banki szukają za wszelką ceną nagłośnienia swojej sprawy i walczą o sprawiedliwość. Nie jest to etyczne, ale trudno ich za to do końca winić.

 

– Osoba pokrzywdzona przez wymiar sprawiedliwości zapytała mnie, ile chciałbym pieniędzy za napisanie tekstu, w którym poruszyłbym jej problem. Zdziwiło mnie to i zapytałem dlaczego składa mi taką propozycję. Okazało się, że dziennikarze z ogólnopolskich redakcji, do których zwracała się z prośbą o pomoc, mówili, że zajmą się jej tematem. Ale mówili, że trzeba zapłacić, bo sprawa wiążę się z dodatkowymi kosztami. W końcu ta osoba trafiła do mnie i opisałem jej sprawę. Była zdziwiona, że zrobiłem swoje i nic za to nie chciałem. Oczekiwanie dodatkowej gratyfikacji jest obrzydliwe – mówi  Aleksander Majewski.

 

Dziennikarz może być urażony przekazaniem mu pieniędzy w kopercie. Może też ten fakt jakimś cudem udokumentować i narobić przychodzącemu z ofertą kłopotów. A przecież nikt ich nie chce. Można też takim zachowaniem „obrazić” dziennikarza. Lepiej więc zaproponować mu tajne konto, na przykład w banku szwajcarskim. – Mój informator, którego oceniam jako oficera polskich służb specjalnych, zaproponował mi w imieniu jednego z największych banków na świecie założenia konta w Szwajcarii. Mógłbym skorzystać z tego konta gdybym chciał sobie kupić dom, samochód czy jechać na luksusową wycieczkę – mówi Mariusz Zielke.

 

Oprócz pieniędzy pojawiają się również dobra materialne chociażby w postaci samochodów.

 

– Pod koniec lat 90. pracowałem w „Rzeczpospolitej”, wtedy jeden z szefów dużej wówczas sieci handlowej zaproponował mi napisanie historii dotyczącej jego konkurencji. Na zakończenie rozmowy powiedział mi: Jak pan to dobrze opisze, wyjedzie pan ode mnie samochodem – wspomina współprowadzący programu „Studio Polska” w TVP Info Jacek Łęski . – Drugie zdarzenie miało miejsce również w tamtym czasie. Firma Banpol kierowana przez Krzysztofa Suskiego sprzedawała różne, często zbędne rzeczy Poczcie Polskiej. Było to możliwe, ponieważ on korumpował szefów regionalnych oddziałów Poczty Polskiej. Podczas rozmowy z Suskim mówię, że jeżeli ktoś potrzebuje dwóch motocykli, a kupuje Renault Megane, to jest to nie w porządku. A on bardzo grzecznie odpowiedział mi: Panie redaktorze, jeżeli potrzebuje pan Renault Megane, nie ma żadnego problemu – śmieje się Łęski i dodaje, że nie skorzystał z propozycji przyjęcia auta. Historia Suskiego ukazała się na pierwszej stronie „Rzeczpospolitej” i od tamtej pory Łęski nie miał już propozycji korupcyjnych.

 

Pieniądze za pozytywne pisanie o nich albo na interesujące ich tematy proponują różne „instytuty”, które gromadzą samozwańczych ekspertów, a w rzeczywistości zajmują się promowaniem środowisk określonych przedsiębiorców. Niektóre z nich działają bardzo ofensywnie. Inspirują kampanie, nie zawsze bezpośrednio związane z ich celem. Służy to uwiarygadnianiu się i zdobywaniu przychylności w społeczeństwie.

 

– Zgłosił się do mnie przedstawiciel pewnego instytutu. Zaproponował pieniądze za napisanie i opublikowanie interesującego ich materiału. Pieniądze miały być przekazane na podstawie umowy o dzieło. Odmówiłem i powiedziałem, że są standardy, których trzeba przestrzegać. Reakcją był śmiech i słowa: o jakich standardach mówisz, przecież takie zachowania są na porządku dziennym. Usłyszałem, że wszyscy dziennikarze w tym kraju są po jakiejś stronie i wykonują czyjeś polecenia. Określenie się po danej stronie to jedno, ale sytuacja, w której dziennikarz podpisuje umowę z innym podmiotem niż własna redakcja czy wydawnictwo z którym współpracuje jest naganne. Propozycję złożyła mi osoba, która przedstawiała się jako dziennikarz i redaktor jednego z mediów. Nie chciałbym jednak wskazywać o kogo chodzi. Zastanawia mnie rola tego człowieka, bo z jednej strony występuje jako przedstawiciel określonego instytutu i konkretnego biznesmena, a jednocześnie, żeby było śmieszniej, przedstawia się jako dziennikarz – mówi Aleksander Majewski i podkreśla: – Mamy pomieszanie z poplątaniem. Ale niestety nikogo to specjalnie nie bulwersuje.

 

Granice w kontaktach z dziennikarzami przekraczają instytucje publiczne. Przykład? Proszę bardzo. Instytucja oferuje dziennikarzowi umowę o dzieło, żeby promował jej pozytywne działania. Efektem takiej umowy są teksty opisujące, jak wspaniale instytucja wypełnia swoją misję. Jeżeli tak jest rzeczywiście to jeszcze pół biedy. A co będzie jeżeli instytucja zacznie fatalnie działać? Dziennikarz związany z nią umową i pieniędzmi dalej będzie chwalił jej działania?

 

Czasami dziennikarza kusi się egzotyczną wycieczką lub darmowym lotem. Wielu korzysta, a później widzimy zdjęcia na portalach społecznościowych i czytamy tekst promocyjny, który nie jest oznaczony stosownym dopiskiem.

 

– Kiedy byłem łódzkim korespondentem „Rzeczpospolitej” zadzwoniła do mnie asystentka wiceprezesa lotniska Lublinek w Łodzi. Otwierano wtedy połączenie duńskiej linii Cimber na trasie Łódź – Kopenhaga. Powiedziała, że jeżeli moja relacja ukaże się na pierwszej stronie dodatku do „Rzeczpospolitej” – „Moje podróże” – to polecę do Kopenhagi. Odpowiedziałem, że nie do mnie taka propozycja – mówi redaktor naczelny portalu sdp.pl Błażej Torański. Na szczęście nie zawsze tak jest. – Byłem raz w Rzymie z łódzkimi dziennikarzami na zaproszenie linii Centralwings, taniego przewoźnika LOT. Poleciałem tylko dlatego, że nie stawiali żadnych warunków. Nie żądali tekstów. Przedsiębiorstwa mają fundusze na dobre relacje z dziennikarzami. Warto mieć dobre relacje z firmą, ale nie znaczy, że dziennikarz ma pisać laurki i teksty pod dyktando. O przyjmowaniu pieniędzy czy prezentów przez dziennikarzy nie może być mowy. To oczywiste – podkreśla Torański.

 

Podobnie widzi problem uczestnictwa w lotach sponsorowanych przez rządy czy przedsiębiorstwa Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”. – Jeżeli państwo albo instytucja organizuje wyjazd dla grupy dziennikarzy pozwalając im dotrzeć do miejsc, do których w inny sposób nie mogą dotrzeć i w warunkach wyjazdu nie ma informacji, że dziennikarz będzie musiał pisać o wyjeździe, albo że będzie zobowiązany do pisania w określony sposób, to nie jest to forma korupcji – ocenia Paweł Lisicki. – Problemem byłoby, gdyby dziennikarz po takim wyjeździe był zobowiązany napisać określone treści. Tylko, że to też nie jest korupcja, ale forma nadużycia – dodaje.

 

Nikt z dziennikarzy, którzy skorzystali z propozycji korupcyjnych w takiej czy innej formie nie przyzna się do tego. Jest również problem z udowodnieniem takich czynów, ale wiadomo, że propozycje korupcyjne trafiały na podatny grunt.

 

– Jest dość znana historia z połowy lat 90. Nie chcę podawać nazwisk, ale znam historię z pierwszej ręki. Dziennikarz pracujący w dużym tygodniku opisywał znanego biznesmena. Pewnego dnia ten dziennikarz zadzwonił do mnie i poprosił o spotkanie. Zobaczyliśmy się. Okazało się, że był już szefem biura prasowego biznesmena, którego jeszcze niedawno opisywał. Biznesmen spotkał się z nim i spytał ile zarabia. Dziennikarz powiedział, że 8-10 tysięcy złotych miesięcznie. Przedsiębiorca zaproponował mu trzy razy tyle. Spotkaliśmy się jeszcze raz, dziennikarz próbował przekonać mnie i Rafała Kasprowa, bo razem pracowaliśmy nad tematem, żebyśmy poruszyli pewien aspekt sprawy ważny dla biznesmena, dla którego zaczął pracować. Ale nas to nie interesowało – mówi Jacek Łęski. Łamanie etyki zawodowej nie zawsze popłaca. Kariera dziennikarza w roli rzecznika firmy nie trwała długo, po trzech miesiącach został zwolniony.

 

Nie wszystkie, krążące w środowisku opowieści o przyjętych przez dziennikarzy łapówkach są prawdziwe. Często służą one zdyskredytowaniu konkurenta czy podważeniu do niego zaufania. – Gdy zająłem się pisaniem o funduszach emerytalnych zaczęto rozpuszczać informacje, że za napisanie tekstu dostałem milion złotych. Później pojawiła się plotka, że dostałem nie milion złotych, ale milion dolarów. Była to kompletna bzdura – mówi Mariusz Zielke.

 

Ciężko jednoznacznie stwierdzić jak szeroki zasięg ma korupcja wśród dziennikarzy. Jeszcze trudniej złapać kogoś za rękę podczas przyjmowania korzyści. Ale fakty wskazują, że ten naganny proceder stanowi problem. Nie należy go bagatelizować. Trzeba z nim walczyć. Nie przy pomocy przepisów prawnych, ale przez trzymanie się zasad etyki. Na korupcję bez względu na jej formę nie powinno być miejsca w dziennikarstwie. – Dziennikarzy wiele dzieli, ale powinna ich łączyć niechęć do brania łapówek, bo korupcja to zwykłe k……o. To zawodowa łobuzeria, do której nie powinno dochodzić – podkreśla Aleksander Majewski.

 

Tomasz Plaskota, portal wPolityce.pl

Czy Kościołowi potrzebny jest tabloid? – zastanawia się ks. ARTUR STOPKA

Media katolickie i kościelne nie stanowią dzisiaj znaczącej siły na rynku. Czy wobec tego powinny jak najszybciej zadbać o zwiększenie swej formalnej i treściowej atrakcyjności? A może najpierw powinny zająć się szukaniem odpowiedzi na pewne pytania?

 

Gdy niemal osiem lat temu, w grudniu 2011 roku, pojawił się w Łodzi „katolicki tabloid”, rychło można było usłyszeć głosy przestrzegające, że wszechogarniająca tabloidyzacja mediów dotyka również te kojarzone z wiarą i Kościołem. Bezpłatne pismo, wydawane wtedy przez lokalne Radio Plus we współpracy z Wydziałem Duszpasterstwa Młodzieży nie zdobyło rynku. Jednak dzięki jego zaistnieniu można i trzeba było postawić pytanie, czy tabloid to odpowiednia forma środka komunikowania dla Kościoła w Polsce. A także pytanie szersze: Czy media katolickie trzeba uatrakcyjniać, czy powinny one upodabniać się do mediów świeckich, brać z nich wzór, ścigać się z nimi pod względem formy i treści? Czy w ogóle są w stanie wziąć udział w dokonujących się właśnie radykalnych przemianach?

 

Balansowanie

 

Praktyka pokazała, że w obszarze mediów tradycyjnych wzorce rodem z tabloidów nie są przychylnie przyjmowane przez polskich katolickich odbiorców. Nie ma dzisiaj tego typu udanych prób na naszym rynku i nie widać przejawów intensywnego oczekiwania na nie. Co prawda niektórzy niezwiązani z instytucjami kościelnymi wydawcy starają się zagospodarować ewentualną niszę, publikując periodyki zbliżone do tabloidów (yellow), odwołujące się do katolickich wartości i częściowo treści, jednak sukces tego typu inicjatyw jest umiarkowany, a czytelnicy nie traktują ich jako pism kościelnych.

 

Nieco inaczej ten problem wygląda w Internecie. Niektóre katolickie, a nawet ściśle kościelne serwisy balansują na granicy tabloidyzacji. Jest to widoczne szczególnie w formułowaniu tytułów nastawionych na zwiększanie klikalności, choć również dobór treści czasami pozwala dostrzec wychylenie w stronę rozrywki, sensacji i swoiście realizowanego populizmu. Pojawia się m.in. w różnych aspektach magia, akcentowanie emocji, cudowności, nadzwyczajności, wyjątkowości zdarzeń i prezentowanych osób, dopatrywanie się znaków, propagowanie wyjątkowo „skutecznych” modlitw, powierzchowne prezentacje zjawisk o charakterze charyzmatycznym itp. Tego rodzaju działania okazują się w istocie próbą zaspokojenia potrzeb religijnych potencjalnych odbiorców, a z atrakcyjnym i skutecznym głoszeniem wiary, z ewangelizacją mają w ostatecznym rozrachunku niewiele wspólnego.

 

Zabiegi

 

Wracając do katolickich i kościelnych mediów tradycyjnych można odnieść wrażenie, że przez wiele ostatnich lat problemem, który stawiały przed sobą nie było przede wszystkim uatrakcyjnienie formy przekazu i dostarczanych treści dla zdobycia nowych odbiorców. Skupiały się raczej na spełnianiu oczekiwań odbiorców dotychczasowych, aby minimalizować straty. Miały więc miejsce rozmaite zabiegi, pewne przekształcenia (np. zmiany layoutów i szat graficznych, przebudowy ramówek radiowych), jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że wynikały one niejednokrotnie nie tyle z potrzeb i żądań odbiorców, ile z pragnienia uniknięcia zdecydowanego „odstawania” od mediów świeckich odczuwanego przez właścicieli i twórców kościelnych i katolickich środków przekazu.

 

Nie jest niczym nowym sięganie w tych mediach po tematykę lifestylową. Silny nacisk na sprawy rodziny w nauczaniu Kościoła jest naturalnym bodźcem do jej wprowadzania. Problemem jednak zazwyczaj jest przypadkowy dobór podejmowanych zagadnień i niedopracowane forma, w jakiej te treści są przedstawiane odbiorcom.

 

Niezrozumienie

 

Media katolickie i kościelne nie są dzisiaj w Polsce nawet w części tak mocne, jak to miało miejsce przed wybuchem drugiej wojny światowej. Wtedy prasa katolicka stanowiła znaczący procent całego rynku i miała ogromny wpływ na kształtowanie opinii społecznej. Ograniczana przez władze w latach PRL-u po roku 1989 nie zdołała nawet w części odbudować swojej pozycji z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Nie udało się również, mimo wydawałoby się sprzyjających warunków, stworzyć w III RP silnej katolickiej radiofonii ani telewizji. W internecie serwisy katolickie również nie stanowią znaczącej siły. Nie tylko nie są w stanie podjąć rywalizacji z dużymi portalami i liczącymi się serwisami, ale niejednokrotnie po prostu walczą o przetrwanie. Reklamodawcy traktują wyznaniowe media z dużą rezerwą, a z drugiej strony one same z racji systemu wartości, którym się kierują, nakładają na siebie pod tym względem szereg ograniczeń.

 

Taka sytuacja wynika zapewne z ograniczonego zapotrzebowania na dostarczane przez nie treści, ale chyba również jest efektem niezrozumienia roli mediów we współczesnym świecie i w życiu poszczególnych ludzi u dużej części kościelnych decydentów. Na poziomie Konferencji Episkopatu Polski mimo upływu trzech dziesięcioleci wciąż nie powstała wybiegająca w przyszłość strategia medialna Kościoła katolickiego w Polsce. Wiele wskazuje na to, że rola katolickich i kościelnych mediów w naszym kraju będzie w nadchodzącym czasie systematycznie malała.

 

Pytania

 

Wydaje się, że przed katolickimi i kościelnymi mediami w Polsce stoją nie tyle pytania dotyczące uatrakcyjnienia ich formy i treści, ile zagadnienia o charakterze podstawowym, a więc pytania o sens i cel ich istnienia oraz o misję, którą powinny podjąć. Dopiero po jasnym i precyzyjnym sformułowaniu odpowiedzi nadejdzie pora na kwestie bardziej szczegółowe i formalne.

 

Szukając odpowiedzi na te najbardziej fundamentalne pytania trzeba mieć świadomość, że żyjemy w czasach, w których odbiorca mediów, zyskujących wciąż nowe możliwości techniczne i nie tylko, nieustannie i bardzo szybko się zmienia. Jest kształtowany przez środki komunikacji o ogromnej sile, które mają z Kościołem niewiele wspólnego i na które ma on ograniczony, a wręcz minimalny wpływ. To one narzucają dzisiaj nie tylko formę i treść przekazu, ale również jego szybkość, dostępność, użyteczność. Kształtują one również język, którym odbiorca się posługuje i który jest dla niego zrozumiały. Jeśli Kościół będzie chciał nadal mieć swoje media, jeśli katolicy będą chcieli je tworzyć, muszą te fakty uwzględnić.

 

Ks. Artur Stopka

Nie mylmy cenzury z polityczną poprawnością – WOJCIECH POKORA o granicy wolności słowa

„Czy w PL pedofile są częścią LGBT+, czy nie? Kto czuje się kompetentny odpowiedzieć?” – zapytał na Twitterze Redbad Klynstra-Komarnicki, aktor, prezenter telewizyjny i dziennikarz. Zapłacił za to pytanie wysoką cenę. Okrzyknięty został „homofobem” na podstawie tej łatki produkcja serialu „Król” wycofała się z propozycji, którą dla niego przygotowała. Hejt, który go spotkał spowodował, że ze współpracy zrezygnowała agencja aktorska, tłumacząc to „interesem firmy”. Nie chciała być utożsamiana z poglądami pana Klynstra-Komarnickiego.

 

Tylko, że on nie ma kontrowersyjnych poglądów. W wydanym przez niego oświadczeniu możemy przeczytać: „Mam znajomych i przyjaciół o różnych orientacjach seksualnych mieszczących się w skrócie LGBTQ+ i ich preferencje nie stanowią i nie stanowiły dla mnie nigdy kryterium oceny jakości ich człowieczeństwa. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem zaglądania przez Państwo czy Kościół do sypialni obywatela. Każdy ma prawo w swoim domu robić to, na co ma ochotę, o ile mieści się to w ramach prawa i nie narusza wolności drugiej osoby lub innej istoty, której prawa są chronione w naszej cywilizacji”. W tym kontekście warto się zastanowić, gdzie jest dzisiaj granica wolności słowa i czy w Polsce pojawia się cenzura motywowana polityczną poprawnością.

 

Słownik języka polskiego PWN definiuje poprawność polityczną jako „unikanie wypowiedzi lub działań, które mogłyby urazić jakąś mniejszość, np. etniczną, religijną lub seksualną”. Możemy sobie przecież wyobrazić, że zaistnieje jakaś grupa, która zechce w przestrzeni publicznej drwić z wartości, załóżmy katolickich, obrażając członków tej wspólnoty, jej hierarchów, nazywając duchownych dewiantami i kpiąc z ważnych dla tej grupy symboli. Wówczas, dzięki poprawności politycznej, takie działania zostaną napiętnowane społecznie i osoby, które te działania podejmują, określone zostałyby mianem „chamów” i w ten sposób traktowane.

 

Wiadomo, „cham” to osoba, która nie przestrzega zasad i jest przy tym ordynarna, zatem nie ma dla niej miejsca w towarzystwie osób dobrze wychowanych. Z takim „chamem” więcej nie będzie okazji się spotkać i nikt więcej jego tekstu nie wydrukuje, chyba że to przeprosiny. Tak przynajmniej wynika z założenia, o którym przeczytałem na stronie weekend.gazeta.pl w artykule „Poprawność polityczna znienawidzona jak gender. Dlaczego to pojęcie dla wielu stało się obelgą”. Właściwie jest to rozmowa redaktor Dominiki Buczak z profesorem Włodzimierzem Gruszczyńskim z Uniwersytetu SWPS. Redaktor stawia tezę, że termin „poprawność polityczna” przywołują w Polsce najczęściej prawicowe portale i prasa. Głównie w charakterze obelgi, na co profesor odpowiada, że to pewnie dlatego, że dla ludzi, którzy stosują się do zasad poprawności politycznej, jest to tak naturalne, że nie przychodzi im do głowy, żeby pisać artykuły o tym, że to wspaniała sprawa. Ewentualnie mogliby napisać coś o politycznej niepoprawności, ale wtedy użyliby raczej słowa „chamstwo”. Można zatem domniemywać, że wrażliwość lewicowa nie dopuszcza nawet potrzeby rozważań nad polityczną poprawnością, gdyż jest to trwały element ich postaw i wypowiedzi i jedynie „cham” nie stosuje się do tych zasad, jak to „cham”.

 

Profesor Gruszczyński definiuje w rozmowie poprawność polityczną w następujący sposób: „Mów poprawnie politycznie, czyli tak, żeby nie zrobić drugiemu krzywdy moralnej czy emocjonalnej swoimi słowami. To jedna z zasad komunikacji Grice’a: mów tak, żeby drugiej stronie było w miarę możliwości przyjemnie”. To w sumie bardzo infantylne założenie, ale skoro jedynie „cham” się do tej postawy nie stosuje, to może warto wdrożyć je w życie. Z tym że nikt tego nie robi. Przecież przytoczone przeze mnie kilka linijek wyżej działania w stosunku do katolików, to działania powszechne. Produkowanie i eksponowanie tzw. „cipomaryjek” czy obrażanie duchownych i chrześcijan, w szczególności katolików, to wręcz moda i sposób na zaistnienie w przestrzeni publicznej. Przybicie genitaliów do krzyża, czy podarcie Pisma Świętego, to przecież element wolności artystycznej, którą każdy ma prawo wyrażać jak chce. A że czasem zostanie uznany za obrazoburcę? Na tym polega sztuka. Otóż nie. Na tym polega hipokryzja, bo istnieją jednak tematy tabu, które traktowane są w sposób odmienny od religii, to m.in. tematy związane z mniejszościami seksualnymi.

 

Mamy dziś do czynienia z pewnym paradoksem. Środowiska promujące ruch LGBT+ robią wszystko, by o tym zjawisku było głośno. Organizowane są parady, w promocję ruchu zaangażowane są potężne środki finansowe, powstają odrębne działy literatury gejowskiej i lesbijskiej, proponowane są działania edukacyjne w szkołach. Z drugiej strony, publicznie zadane pytanie o rozwinięcie „plusa” znajdującego się po skrócie LGBT powoduje ostracyzm i niszczy artyście życie zawodowe. Dlaczego?

 

Wydaje się, ze nie o polityczną poprawność w tym wszystkim chodzi, bo przecież swoim pytaniem pan Klynstra-Komarnicki nikomu krzywdy moralnej czy emocjonalnej nie wyrządził. Podobnie jak redaktor Paweł Lisicki, który w programie „Wierzę” zapytał: „Dlaczego musimy umieć rozróżniać nauczanie Kościoła w kontekście ideologii LGBT od samego homoseksualizmu? Czy brak wyraźnego określania grzechu sodomii przyczynia się do utwierdzania homoseksualistów w przekonaniu, że da się go połączyć z nauczaniem Chrystusa?”. Jednak za te słowa zablokowany został kanał YouTube, w którym cykl audycji był emitowany. Z czym mamy zatem do czynienia, skoro nie o polityczną poprawność chodzi? Myślę, że z cenzurą.

 

Zacznę znowu od definicji słownikowej, żebyśmy poruszali się w tym samym zakresie pojęć. Zatem słownik PWN podaje, że cenzura to „kontrola publicznego przekazywania informacji, stanowiąca ograniczenie wolności wyrażania poglądów (tradycyjnie nazywanej wolnością słowa) oraz rozpowszechniania informacji (wolność druku)”. Każdy przejaw cenzury narusza tym samym wolność słowa. Z definicji. Słownik, ale i doświadczenie, podpowiada, że organy cenzury powoływane były zazwyczaj przez organy państwowe lub kościelne z punktu widzenia zgodności ich treści z prawem, polityką państwa, obronnością, moralnością czy zasadami wiary (stąd cenzura polityczna, wojskowa, obyczajowa, kościelna). Ale w przypadku kanału YouTube mamy do czynienia z cenzurą stosowaną przez prywatny podmiot, monopolistę, któremu pozwolono zdominować rynek przekazu video w Internecie. Zresztą, podobnie jak Facebookowi czy Twitterowi pozwolono na to samo w segmencie social media.

 

Kilka miesięcy temu grupa republikańskich senatorów wystąpiła przeciw praktykom cenzury stosowanym przez Google, Facebook i Twitter. Zasugerowali, że wymienione podmioty stosują cenzurę treści politycznych. Obawy senatorów potwierdziły się już w czerwcu br. gdy wyciekło nagranie z udziałem szefowej odpowiedzialnej za innowacje w Google. Jan Gennai, bo tak nazywa się szefowa, wypowiadała się m.in. na temat ostatnich wyborów prezydenckich w USA i zdradziła, że Google planuje tak dopasować algorytm wyszukiwarki, by wyświetlać przede wszystkim „właściwe” treści. Tak, by opinia publiczna została „właściwie” ukształtowana.

 

   W tym kontekście należy rozpatrywać działania podejmowane przez należący do Google kanał YouTube. I jak najbardziej należy protestować przeciwko przejawom cenzury, który firma ta stosuje. Dziwi mnie, że nie wszystkie środowiska, szczególnie te mające wolność, i demokrację na sztandarach, zauważają niebezpieczeństwo podejmowanych przez monopolistów działań. Jak pokazuje historia, nie każdy wróg mojego wroga jest moim przyjacielem i w sprawach tak ważnych jak wolność słowa, nie należy iść na żadne kompromisy, nawet gdy wydaje się, że przynoszą chwilowe zwycięstwo na froncie walki politycznej czy ideologicznej.

 

Wojciech Pokora

Nie przepraszam za „autystycznego Kuchcińskiego” – ŁUKASZ WARZECHA o języku

Jest taki stary rysunek Andrzeja Mleczki, z czasów słusznie już minionych. Na zebraniu jakiejś partyjnej egzekutywy mówca stojący na mównicy powiada do kolektywu: „Z dniem dzisiejszym wprowadza się następujące przysłowia i porzekadła ludowe…”.

 

   Mleczko, tworząc ten rysunek zapewne jakieś 40 lat temu, nie sądził nawet, że komentując peerelowski absurd staje się zarazem prorokiem przyszłych czasów i że w lapidarnej formie ujmuje to, czym będzie językowa poprawność polityczna. A poprawność polityczna to między innymi wielka lewicowa operacja na języku. Jak każda inżynieria społeczna – zaś lewica lubuje się w społecznej inżynierii na wszystkich polach – tak i tutaj zamiarem jest wykorzenienie tego, co naturalne i co powstało w toku ewolucji oraz zastąpienie tego językiem obłym, nic niemówiącym, przede wszystkim zaś nieoceniającym. Bo ocenianie jest złe.

 

   A także „niestygmatyzującym”. Pojęcie „stygmatyzowania” to jeden z ulubionych wytrychów lewicy. Językowa „stygmatyzacja” ma polegać na tym, że słowo, które odnosi się do jakiejś grupy osób lub cechy, jest także używane w znaczeniu pejoratywnym, ale wtedy nie dotyczy tej konkretnej grupy ludzi. I nie ma znaczenia, że takie ogólne, figuratywne, niedosłowne znaczenie kształtowało się przez dziesiątki, czasem setki lat, a używający go nie mają na myśli konkretnych ludzi czy ich cech, co jest jasne dla każdego normalnie myślącego użytkownika języka polskiego (i nie tylko polskiego). Wszystko to nieważne – takie słowo ma być tabu.

 

   W czasach studenckich kpiłem z forsowanego przez lewicowych inżynierów języka określenia „sprawny inaczej”, które miało zastąpić „inwalidę”, „kalekę” czy „niepełnosprawnego”. Żartowano wtedy, że może Murzyna należałoby nazywać „białym inaczej”, ale obawiam się, że przy dzisiejszym poziomie paranoi (to słowo też budzi już moje wątpliwości…) nie byłoby to chyba dobre wyjście. Zresztą, zdaniem niektórych, o Murzynach też już pisać i mówić nie wolno. A już broń Boże, żeby przywołać przysłowie „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść” – choć w gruncie rzeczy jest to przysłowie antyrasistowskie, u podstawy którego leży krytyczna ocena wykorzystywania czarnoskórych. Ale ono „ugruntowuje stereotypy” i „stygmatyzuje”.

 

   Oceniając krytycznie marszałka Marka Kuchcińskiego, napisałem na Twitterze: „To był od początku bardzo zły marszałek, arogancki, walczący z mediami, wręcz autystyczny”. Jak każda osoba pracująca w materii języka, rozróżniam potoczne i specjalistyczne znaczenia słów. Dla każdego, komu nie wyprano mózgu, jasne jest, że przymiotnik „autystyczny” jest tu użyty w kontekście potocznym, a nie specjalistycznym i medycznym. Oznacza tyle co „mający słaby kontakt z otoczeniem, niekomunikatywny, nadmiernie zamknięty w sobie”, a nie odnosi się do osoby dotkniętej autyzmem. Okazało się jednak, że – zdaniem jakiejś grupy ludzi – dopuściłem się śmiertelnej zniewagi ludzi cierpiących na autyzm. (Za całkowicie zbyteczne uważam zaznaczanie tutaj, że takich ludzi uważam za godnych troski i uwagi).

 

   Wiem oczywiście – znając doskonale od lat mechanizm internetowych owczych pędów – że w jakiejś części, pewnie nawet w dużej, nie stoi za tym pompowanym oburzeniem autentyczne poczucie obrazy czy zniewagi, ale bardzo częsty mechanizm napędzania w sobie poczucia moralnej wyższości. Bierzemy kogoś, kogo i tak nie lubimy, sięgamy po byle pretekst, po czym, sygnalizując nasze oburzenie, stajemy się w oczach naszych i naszej grupy moralnie lepsi. Niezależnie od tego mechanizm językowej poprawności politycznej jest realny i warto mu się przyjrzeć na tym przykładzie.

 

   Poprawność polityczna zakłada zatem, że powinniśmy przestać używać określeń, którymi ktoś może się poczuć urażony. W tym wypadku – jakaś niewielka grupa ludzi, którzy być może mają coś wspólnego z autyzmem w sensie medycznym, a może nie, tego przecież nie sposób dociec.

 

   Ponieważ jednak poczucie bycia urażonym jest czysto subiektywne, a wiele osób szuka jedynie pretekstu, żeby tę swoją rzekomą urazę okazać, tak aby pognębić przeciwnika ideowego, w praktyce oznaczałoby to nieustającą językową autocenzurę i posługiwanie się jakąś obłą nowomową. Zawsze znajdzie się bowiem ktoś, kogo jakieś określenie będzie urażać, a dla lewicowych inżynierów języka to już jest pretekst, żeby się takim słowem zająć i uznać je za niecenzuralne.

 

   Jeśli określenie „autystyczny” w sensie potocznym podobno obraża autystyków, to czy mogę o kimś w przenośni napisać, że jest ślepy i głuchy? Chyba nie, bo „stygmatyzuję” tym samym niewidomych i niesłyszących. Może zresztą powinienem raczej napisać: „widzących inaczej” i „słyszących inaczej”?

 

   Czy mogę napisać, że jakiś projekt jest „kulawy”? Też nie, bo obrażam inwalidów. Przepraszam: „sprawnych inaczej”. Nie wolno zapewne napisać, że ktoś jest bezmózgi, bo – jak wiadomo – bywa niestety, że dziecko rodzi się właśnie bez tego najważniejszego organu. Trzeba też wykluczyć słowa „kretyn” czy „skretyniały”. Nie można powiedzieć, że ktoś nie ma jaj, bo i takie schorzenie występuje. Absolutnie nie wolno pisać, że ktoś jest traktowany jak trędowaty, bo w ten sposób stygamtyzuje się osoby chorujące na trąd.

 

   Wcześniej użyłem słowa „paranoja”. Czekam tylko, aż odezwą się obrońcy cierpiących na uporczywe zaburzenia urojeniowe i pouczą mnie, że właśnie obraziłem cierpiących na tę chorobę. Trzeba będzie zmienić tytuł powieści Fiodora Dostojewskiego „Idiota”. Może na „Myślący inaczej”? No i trzeba koniecznie opracować nową wersję „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, gdzie sam główny bohater wielokrotnie powiada o sobie, że jest idiotą. Wyrzućmy jeszcze z języka określenia takie jak „bez serca” (czyli bez empatii), „bez głowy” (czyli źle pomyślany, źle przygotowany), „bezzębny” (czyli za łagodny, bez ikry), że nie wspomnę o tak godnych potępienia określeniach jak „ocyganić” czy „żydzić”.

 

   A co z „grubym nieporozumieniem”? Skasować! To przecież jawne naigrywanie się z osób – jak by tu je nazwać – nierozmiarowonormatywnych. Z tego samego powodu trzeba by się pozbyć słowa „chudpachołek”. Myślę, że łapią się również takie zwroty ze słowem „głodny” (np. „głodny sukcesu”, „głodny sławy”), bo tu z kolei mamy uderzenie w głodującą część ludzkości. Jak już cenzurować, to z rozmachem.

 

   Wzmożenie towarzystwa, które zabrało się za mój tłit, przeszło wszelkie miary. Pewna pani na Facebooku z oburzeniem pytała, gdzie można by „to” zgłosić, żeby „zrobić z tym porządek”. Nie wiem na pewno, co miała na myśli, ale wiem, że zwolennicy poprawności politycznej i lewicowej inżynierii społecznej bardzo lubią robić porządek z tym, co im nie pasuje, nie lubią za to wolności słowa. Najdziwniejsze, że do tego chóru przyłączył się były dziennikarz Bogusław Mazur, który zaczął mnie zasypywać informacjami o medycznej naturze autyzmu, co przecież nie miało tu kompletnie nic do rzeczy.

 

   Wszystkim oburzonym chciałbym powiedzieć, że jedynym lekarstwem na polityczną poprawność jest zdrowy rozsądek, także w dziedzinie języka. Dlatego nie tylko nie mam zamiaru przepraszać za użycie słowa „autystyczny” w potocznym znaczeniu, ale też nadal będę go w tym znaczeniu używał. Tak samo jak nadal będę w znaczeniu przenośnym lub potocznym używał słów „głuchy”, „ślepy”, „kulawy”, „paranoiczny”, „niedorozwinięty”. A że ktoś uparł się, aby dostrzegać w tych słowach „stygmatyzację” albo obrazę – to nie mój problem.

 

Łukasz Warzecha

Protest CMWP SDP przeciwko utrudnianiu pracy dziennikarzowi TVN

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP protestuje przeciwko utrudnianiu pracy dziennikarzom podczas wykonywania ich zawodowych obowiązków, czego przykładem jest uniemożliwienie zadania pytania szefowej Kancelarii Sejmu przez reportera telewizji TVN24.

 

Reporter „Faktów” TVN próbował zadać pytanie szefowej Kancelarii Sejmu na temat nieujawniania listy sędziów popierających kandydatów do nowej Krajowej Rady Sądownictwa. Uniemożliwiał mu to funkcjonariusz Straży Marszałkowskiej, który zastępując mu drogę i powstrzymując go rękoma przeszkadzał mu w zbliżeniu się do osoby, której reporter chciał zadać pytanie.

 

W ocenie CMWP SDP jest to naruszenie nietykalności osobistej reportera i przez to naruszenie zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju demokratycznego państwa. CMWP SDP przypomina, iż bezpieczeństwo pracy dziennikarzy relacjonujących wszelkie wydarzenia, w tym te wywołujące społeczne emocje, jest obowiązkiem przedstawicieli władzy, którzy zgodnie z obowiązującym prawem zobowiązani są do zapewnienia dziennikarzom godnych i niezagrażających ich bezpieczeństwu warunków pracy. Sytuacja, w której umundurowany przedstawiciel władzy państwowej utrudnia dziennikarzowi wykonywanie jego obowiązków jest szczególnie bulwersującym przykładem łamania tej zasady i nigdy nie powinna mieć miejsca.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 3 sierpnia 2019 r.

 

Źródło: CMWP SDP

https://cmwp.sdp.pl/protest-centrum-monitoringu-wolnosci-prasy-sdp-przeciwko-utrudnianiu-pracy-dziennikarzowi-tvn/ 

 

Gwóźdź w bucie – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA–AVIS o tym, jak media europejskie skręciły na lewo

W ciągu ostatnich 30. lat zmieniła się mapa ideologiczna europejskich mediów.  Wektor myślenia o państwie,  społeczeństwie, rodzinie,  religii przesunął  się w lewo.  Stery państw, korporacji medialnych, organizacji pozarządowych przejmowała generacja byłych dzieci – kwiatów, wtedy już produkt indoktrynacji lewicowych myślicieli jak Gramsci czy Ziżek,  kampusowych guru jak Germaine Greer i Helene Rytmann oraz  inżynierów dusz jak Soros.

 

   Oczywiście, inaczej ten proces wyglądał w Stanach Zjednoczonych –  pacyfizm,  gwałtowne przemiany obyczajowe, inaczej w Paryżu – antyrządowe manifestacje uliczne,  silny nurt związkowy, jeszcze inaczej –  radykalny,  z użyciem przemocy w Berlinie. Przejmowanie mediów w Europie i Ameryce dokonywało się w rozmaity sposób, w stylu catach-as-catch-can,  zakładania „bastionów postępu” jak Ted Turner i CNN, czy  wykupywania przez zamożniejsze grupy medialne jak Guardian  Observera. Albo jak  francuski Le Monde, niemiecki  Die Welt czy hiszpański El Pais czyniły to step by step, dokonując wrogiego przejęcia i powoli zmieniając profil pisma. I tak  na naszych oczach pejzaż  światopoglądowy  europejskich mediów  zmienia się, od pluralizmu do lewicowego monopolu.

 

   Dziś ten proces jest niemal zakończony. Spójrzmy na dramatyczny przypadek najbardziej zasłużonej korporacji  medialnej świata,  dziś  – że posłużę się tytułem dramatu Arthura Millera –  „po upadku”. Kiedy w 1956 roku rząd brytyjski wysłał swoje siły do Egiptu, by ponownie przejąć kontrolę nad Kanałem, BBC opowiedziała się przeciw polityce zagranicznej swojego kraju. Podobnie w 1982, podczas wojny o Falklandy.  Margaret Thatcher do końca miała Korporacji za złe, że ta zdeklarowała się przeciw „wojnie obronnej” Wielkiej Brytanii. O ile z dzisiejszej perspektywy BBC w przypadku Kanału Sueskiego  miała swoje racje,  kolejne plebiscyty na Wyspach Falklandzkich i wola mieszkańców przynależności do macierzy , potwierdziły  zły wybór dokonany przez Korporację potem.  Ale były to jedynie grzechy powszednie BBC.  Potem zaczęła popełniać grzechy główne, a nawet śmiertelne. 

 

   Przede wszystkim nadmierne upolitycznienie Korporacji. Za pieniądze z abonamentów – ponad 4 mld funtów rocznie – poza wszelką kontrolą, nie tylko państwa, nie tylko organizacji powołanych do  moderowania zawartości programu, ale i obywateli. Najpierw otwarta wojna z premier Thatcher, potem wspieranie laburzysty Tony Blaira, a po upublicznieniu jego Trzeciej Drogi, marszu ku centrum, walka o jego usunięcie. Blair okazał się po prostu nie dość otwarty na związkowych „czerwonych baronów”, zastąpił Marksa utopijnym socjalistą Thomasem Morrisonem i pozbył się komunistycznych logo z sierpem i młotem na czele. Oczywiście, przez cały czas wojny z kolejnymi gabinetami rządowymi BBC twierdziła, że „broni niezawisłości i etosu telewizji publicznej przed próbami przejęcia przez partie”, ale wszyscy wiedzieli, że to zwykły cynizm. BBC już w latach 80. skręciła w lewo, rozpoczęła  wojnę z chrześcijaństwem, z wartościami konserwatywnymi, i dziś, jeśli odwołuje się do Jezusa, Biblii czy pokazuje  księdza, zawsze kończy się to niewybredną kpiną.  I tak, za pieniądze z abonamentów, poza jakąkolwiek  organizacyjną  i społeczną kontrolą, powstał prywatny folwark,  kpiący sobie w żywe oczy i z państwa, i ze swoich abonamentowiczów. A mimo to w 2016 roku  nowoczesny współczujący konserwatysta David Cameron podpisał The Royal Charter, rodzaj kontraktu między państwem a BBC,  na kolejnych dziesięć lat.  Bez żadnych zastrzeżeń czy żądań.

 

   Nieco innym tropem biegły przemiany w jednym z najbardziej prestiżowych dzienników, czytywanym od 1788 roku, nakład 442 tys., The Times. Jeszcze 20-30 lat temu nieoficjalny organ partii konserwatywnej, twierdza konserwatyzmu, ostoja wartości chrześcijańskich i monarchii, od momentu zakupienia go przez australijskiego potentata medialnego, Ruperta Murdocha,  wszystkim tym być przestał. Po pierwsze, pod wpływem political correctness Times posterował w lewo, a po drugie  – w zależności od kaprysów politycznych właściciela, raz stawia na torysów, innym razem na laburzystów. Jeśli kiedyś ten dziennik był emanacją  programu brytyjskich konserwatystów, bronił interesów kraju i w polityce wewnętrznej i zagranicznej – umiarkowane welfare state, kwoty rocznego wpływu imigrantów, troska o służby publiczne – dziś czytujemy tu teksty, które mogłyby znaleźć się w lewicowym Guardianie.  Konkurent Timesa od 1885 roku, The Daily Telegraph,  nakład 635 tys., czytywany  jest  natomiast przez tych konserwatystów, którzy głosowali za Brexitem, „chcą odzyskać kontrolę nad swoim państwem, odebraną przez UE” i  stanowili te 92 tys. członków partii, którzy wynieśli Borisa Johnsona na fotel premiera.  Który zresztą jeszcze dwa tygodnie temu  miał w tym dzienniku swój komentarz za, bagatela,  280 tys. funtów rocznie. 

 

   Zaskakującej  transformacji podlega konserwatywny tabloid The Daily Mail.  Powoli staje się „konserwatywny inaczej”. Owszem, wciąż anty-imigrancki i nie pominie żadnej okazji, żeby przyłożyć Polakowi czy  Pakistańczykowi, narzeka na upadek służb publicznych, na szaleństwa politycznej poprawności – ale już podczas  ostatniego „konkursu piękności” między kandydatem wyrazistym, Borisem Johnsonem, a znacznie bardziej umiarkowanym Jeremym Huntem, postawił na tego drugiego!  I codziennie łoił Johnsonowi skórę, a że nakład Daily Maila wynosi prawie 3 mln, uderzenie było mocne. Epidemia „na lewo marsz” nie ominęła także centrowej do niedawna najstarszej gazety niedzielnej świata, „czytywanej jeszcze przez Jane Austen”, Observera.  Z tym, że na zmianie profilu pisma zaważyły stosunki własnościowe.  Niedawno Observer  został zakupiony przez grupę Guardiana (400 tys.) i jego profil zmienił się z dnia na dzień.  Z umiarkowanego, wyważonego dziennika opinii, stał się tubą swego nowego właściciela.  A dziennik Independent już od 10? 15? lat przestał być „niezależny”.

 

   Dokładnie ten sam proces  dokonuje się  w Europie kontynentalnej. I przy okazji  warto dodać, że jest to zjawisko globalne, występujące w Stanach Zjednoczonych i Australii,  Indiach oraz  Brazylii.  W latach 80. często jeździłam służbowo do Hiszpanii. W kioskach widać było komunistyczny El Mundo Obrero, „Świat pracy”, a publikowany od 1971 roku El Pais – naśladując istniejący od 1903 roku dziennik ABC – walczył o ten sam konserwatywny i pro-monarchistyczny  segment rynku. Generalnie El Pais był dziennikiem prawicowo-centrystycznym, dziś określa się jako „niezależna gazeta codzienna”, w istocie o profilu bliższym El Mundo Obrero niż ABC.    

 

   Podobny proces zanotować można we Francji. Przechwytywania kolejnych przyczółków prasowych przez lewicę – zaciągnąwszy kurtynę milczenia na L’Humanite czy, militancką lewicę,  satyryczny tygodnik Charlie Hebdo. Spójrzmy tylko, co stało się z centrowym niegdyś, najpoważniejszym francuskim dziennikiem opinii, Le Monde’em. Tym razem pozwolę sobie nawiązać do wątku „Le Monde a sprawa polska”. Kiedy eksplodował temat marszu równości w Białymstoku, w tej najbardziej opiniotwórczej francuskiej gazecie  ukazał się tekst polskiego dziennikarza z Gazety Wyborczej, który pisał: „Marsz dumy LGBT w Białymstoku, bastionie nacjonalistycznym w Polsce, przerodził się w koszmar”.  Jakub Iwaniuk informuje Francuzów  nie tylko o skali nacjonalizmu w Białymstoku, ale i o tym, jak to na pocztach brakuje prasy opozycyjnej – co jest oczywistym kłamstwem, zapominając też poinformować, że głównymi dystrybutorami są jednak EMPIK  i kioski RUCHU, gdzie prasy opozycyjnej nigdy nie brak.  I tak, wspierając się na wymyślonych danych  promuje nad Sekwaną obraz Polski – „czarnej sotni”, ksenofobicznej i faszystowskiej. A  przecież Jakub Iwaniuk nie jest w prasie francuskiej jedynym heroldem złej sławy Polski – w  Liberation pisuje Maja Zółkowska, a w Le Figaro – Maya Szymanowska. Wszyscy prezentują poglądy lewicowo-liberalne.  Identycznej  mutacji uległ Die Welt. Choć sam się określa  mianem „liberalno – konserwatywnego”, podąża za bojówką spod znaku  Zueddeutsche Zeitung  czy Frankfurter Allgemeine Zeitung, których poglądy zdążyliśmy poznać i po tragicznej śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego, po zwycięskich wyborach prezydenckich Bronisława Komorowskiego plus ostatnie komentarze na temat poczynań obecnego rządu.  

 

   Światowe media toczy ciężka choroba monokultury światopoglądowej, zabijająca pluralizm i odbierająca  co najmniej  50 proc. odbiorcom możliwość  uczestnictwa w światowym obiegu myśli, dialogu. Niszcząca demokrację i prawa człowieka, z których jednym jest prawo do posiadania  własnych poglądów, a także – co wciąż podkreślają Brytyjczycy – „własnej gazety”.  Promowanie tylko jednego, lewicowego sposobu oglądania świata, sito w rekrutacji dziennikarzy do wydawnictw i redakcji, zabiegi socjotechniczne na żywym ciele społeczeństwa – czy to przypadkiem nie deja vu z czasów słusznie minionych? A co my mamy robić z naszym Kodeksem Dziennikarskim, gdzie wciąż tkwią jak gwóźdź w bucie takie zasady jak prawda jako jedyne kryterium odniesienia, rzetelność informacyjna, oddzielanie faktów od komentarza i inne, jak widać, już archaiczne, zasady? 

                                                                                      

Elżbieta Królikowska-Avis

CMWP SDP ponownie o blokowaniu treści konserwatywnych w Internecie

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP z zaniepokojeniem odnotowuje kolejne przypadki blokowania treści konserwatywnych przez platformę społecznościową YouTube i apeluje o cofnięcie tych decyzji oraz zaniechanie takiego działania w przyszłości.

 

W ostatnim czasie doszło do kolejnych blokad treści konserwatywnych w Internecie z powodu tzw. szerzenia nienawiści. Szczególnie niezrozumiałe i przez to bulwersujące jest usunięcie przez You Tube z tego powodu odcinka programu “Wierzę” red. Pawła Lisickiego, który 28 lipca b.r. ukazał się na antenie telewizji internetowej Wsensie.tv. Odcinek poświęcony był “nauce Kościoła w kontekście ideologii LGBT”, a zdaniem serwisu „miał szerzyć mowę nienawiści”. Było to tzw. pierwsze ostrzeżenie, które skutkuje blokadą publikacji nowych treści (w tym relacji i transmisji) na tydzień. Podobne ostrzeżenie 28 lipca otrzymała telewizja internetowa wRealu24.pl, która przez to nie może na swoim kanale publikować nowych treści, relacji i transmisji. Zniknęły też opublikowane przez nią filmy, które zostały uznane przez serwis za szerzące mowę nienawiści. Wg informacji Redakcji wRealu24.pl kanał został niespodziewanie i bez wyjaśnienia odblokowany 1 sierpnia, po czym po rozpoczęciu nadawania na nim transmisji z obchodów w Warszawie 75 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, został ponownie zablokowany przez platformę YouTube. Serwis nie wyjaśnił przyczyn ponownego zablokowania tego konta. Przekazano jedynie standardową informację, iż serwis stwierdził naruszenie zasady dotyczącej szerzenia nienawiści. Telewizja wRealu24.pl, którą dotknęła ponownie taka blokada, nie była informowana, w jaki sposób naruszyła „zasadę dotyczącą szerzenia nienawiści ” podczas transmisji z przebiegu w Warszawie Godziny W i próby relacjonowania Marszu Powstania Warszawskiego.

 

CMWP SDP przypomina iż usuwanie treści z portali społecznościowych bez wskazania konkretnych przykładów naruszenia regulaminu serwisu i bez realnej możliwości odwołania się przez ich autorów narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa. Ze względu na powszechność serwisu społecznościowego YouTube działanie takie ma charakter cenzury czyli kontroli publicznego przekazywania informacji, ograniczającej wolność publicznego wyrażania myśli i przekonań.

 

CMWP SDP apeluje o cofnięcie tych decyzji oraz zaniechanie takiego działania w przyszłości.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa 2 sierpnia 2019

 

Źródło: CMWP SDP

https://cmwp.sdp.pl/cmwp-sdp-ponownie-o-blokowaniu-tresci-konserwatywnych-w-internecie/