Błaznowanie  –  ŁUKASZ WARZECHA o pustych deklaracjach szefa Rady Etyki Mediów

Bywa, że widząc w akcji jakiegoś upierdliwego i niezbyt lubianego polityka, pytamy złośliwie: „To on jeszcze żyje?!” – rzecz jasna, mając na myśli życie polityczne. Miałem tak ostatnio, usłyszawszy, że został wybrany skład Rady Etyki Mediów z Ryszardem Bańkowiczem jako przewodniczącym tejże już po raz trzeci.

 

Owszem, tu i tam czasem trafiałem na jakieś wiadomości, wskazujące, że REM może jeszcze funkcjonować, ale wydawało mi się, że to może jakieś stare informacje. No bo jaki ma sens podtrzymywanie całkowitej fikcji? A tu proszę – jednak. Żeby było śmieszniej, pamiętam, jak wiele już lat temu, gdy przewodniczącą (wydawało się wówczas, że dożywotnią) była Magdalena Bajer, REM okazywała się ciałem całkowicie jałowym i pozbawionym znaczenia. Cóż dopiero dzisiaj.

 

   Teraz jednak sytuacja jest jeszcze bardziej absurdalna: pod wzniosłą i mocno nadętą nazwą funkcjonuje twór, który rości sobie prawo do oceniania etycznego poziomu mediów i członków stowarzyszeń dziennikarskich – w tym SDP czy Stowarzyszenia Dziennikarzy Katolickich – które w żaden sposób nie uczestniczyły w jego tworzeniu, ponieważ już od jakiegoś czasu nie są uczestnikami Konferencji Mediów Polskich, pod której egidą działa REM. Jeśli przyjrzeć się, kto dzisiaj tworzy KMP, zobaczymy, że są to grona reprezentujące wyłącznie jedną stronę podzielonego medialnego środowiska. Czyli – mówiąc w pewnym uproszczeniu – połowa środowiska medialnego w Polsce podtrzymuje w formie REM byt, który rości sobie prawo do orzekania o poziomie etycznym wszystkich. W takiej postaci REM oczywiście nie ma sensu, a Karta Etyczna Mediów, uchwalona w roku 1995 przez wtedy jeszcze znacznie szersze środowisko, faktycznie obejmujące ogromną część ówczesnego świata medialnego, nie przystaje do dzisiejszej rzeczywistości w prawie takim samym stopniu jak Prawo prasowe. Nie uwzględnia na przykład istnienia nie tylko mediów społecznościowych, które bardzo mocno odmieniły świat mediów w ogóle, ale w ogóle istnienia Internetu, który stworzył całkiem nową i kierującą się specyficznymi regułami przestrzeń informacyjną.

 

Przewodniczący Ryszard Bańkowicz udzielił po wyborze wywiadu Wirtualnym Mediom, w którym złożył dość kuriozalne oświadczenie, iż żałuje, że w pracach REM nie bierze udziału SDP, ale on, Bańkowicz, zaprasza stowarzyszenie do współpracy „za pośrednictwem portalu” Wirtualne Media. Zaiste, bardzo ciekawy sposób na nawiązanie dobrych relacji. Bańkowicz powiedział też: „Najważniejszym będzie wzmocnienie i ugruntowanie świadomości, że etyka jest niezbędna w mediach. Musimy także mocniej wypromować »dziennikarza etycznego«, czyli takiego, który rzetelnie sprawdza źródła, jest wiarygodny i nie produkuje fake newsów. Zresztą redakcjom też powinno zależeć na zatrudnianiu takich dziennikarzy. Ale zdaję sobie sprawę, jak trudne będzie to zadanie, biorąc pod uwagę, że z roku na rok w mediach maleje zapotrzebowanie na prawdę”.

 

Te słowa mają mniej więcej taką wartość jak oświadczenia polityków, którzy w trakcie kampanii wychodzą do ludzi i mówią: trzeba spowodować, żeby kolejki do lekarzy były krótsze, żeby Polacy zarabiali więcej, żeby było bezpieczniej i w ogóle – żeby się ludziom lepiej żyło. Tyle że zapominają wyjaśnić, w jaki sposób zamierzają te cele osiągnąć. Jak REM, pozbawiona nie tylko jakichkolwiek realnych instrumentów wpływania na media, ale też wsparcia dużej ich części, miałaby „promować dziennikarza etycznego”? Poprzez wydawanie kolejnych oświadczeń, które nikogo nie będą obchodzić? Chyba tak, bo nic więcej zrobić nie może. Można natomiast założyć, przeglądając skład REM, że oświadczenia te będą dotyczyć głównie jednej strony medialnej sceny.

 

Dość złośliwości – choć podtrzymywanie politycznie uzasadnionej fikcji na nią zasługuje. Wszystko to bowiem nie znaczy, że nie ma potrzeby istnienia etycznego kodeksu dziennikarskiego i organu, który będzie jego przestrzegania pilnował. Ale trzeba też być realistą: zorganizowanie takiej struktury jest problematyczne nawet w krajach, gdzie podziały medialne są znacznie łagodniejsze niż w Polsce. Brytyjskie media drukowane mają dzisiaj już trzecie tego typu ciało w historii. Najpierw był to Press Council (1953-91), potem Press Complaints Commission (1991-2014), teraz Independent Press Standards Organisation. Członkami IPSO nie są jednak tak znaczące tytuły jak „Financial Times”, „The Independent” czy „Guardian”. Wszystkie wspomniane organizacje, podobnie jak polska REM, miały zawsze charakter dobrowolny i również nie dysponowały możliwością nakładania żadnego rodzaju urzędowych sankcji. Tyle że działały i wciąż działają w innych politycznych oraz medialnych warunkach niż skrajnie podzielona polska scena medialna. Inna sprawa, że wielokrotnie były krytykowane za niewłaściwe podejście do konkretnych spraw.

 

Skoro zatem tak wielkie problemy istniały w Wielkiej Brytanii, gdzie kultura polityczna jest znacznie stabilniejsza niż w Polsce, a tradycja wolnych mediów sięga daleko wstecz (np. ukazujący się dziś w skali globalnej tygodnik „The Economist” został założony w 1843 roku) – jak chcielibyśmy rozwiązać problem w Polsce, w dalece mniej sprzyjających warunkach? Jeżeli istnieje zbiór ogólnych reguł, w tym wypadku etycznych, to musi też istnieć ciało, które w konkretnych przypadkach będzie decydować, czy dana reguła została naruszona. Tu nie wymyśli się nic nowego. A jeżeli ma to być ciało osadzone na dobrowolnej podstawie, a nie wyposażone w swoje kompetencje przez państwo – co należałoby wykluczyć i uznać wręcz za groźne dla wolności słowa, zwłaszcza w obecnej sytuacji – to musiałby to być rodzaj jakiejś rady. Tu zaś oczywistym problemem jest, że bardzo trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób taką radę wyłonić w warunkach skrajnych podziałów, aby zapewnić jej zrównoważenie i sprawić, że wszyscy zainteresowani poddaliby się jej orzeczeniom. Zwłaszcza że katalog osób, o których można powiedzieć, że cieszą się autorytetem sięgającym poza własne środowisko, jest bardzo krótki.

 

Wniosek jest smutny, ale realistyczny: nie mamy dzisiaj sposobu, żeby egzekwować reguły etyki zawodowej od dziennikarzy. Gdyby zresztą chcieć potraktować to zadanie poważnie, odpowiednie ciało musiałoby codziennie wydawać po kilka oświadczeń i upominać po kilkoro dziennikarzy, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Promować dziennikarską etyką mogą jedynie poszczególne redakcje wobec swoich własnych pracowników, tyle że one same nierzadko naciskają na nieetyczne zachowania.

 

Zaś zapowiedzi pana Bańkowicza to nic innego jak, excusez le mot, zwykłe błaznowanie.

 

Łukasz Warzecha

Idealizm i dzielenie tortu – MIROSŁAW USIDUS o mediach społecznościowych

Od około półtorej dekady krąży w internetowym obiegu pomysł na jakościowy serwis publicystyczno-informacyjny, który byłby połączeniem otwartej platformy publikacji treści, artykułów, blogów, komentarzy, dyskusji, itp., społeczności i spółdzielni autorów, także z możliwością godziwej gratyfikacji finansowej. Polskie doświadczenia – Salon24, Natemat, czy OKO.press uczą, że bez takiego czy innego „zewnętrznego oparcia”, serwis taki raczej nie przetrwa.

 

Mowa o finansowym zasilaniu innym niż dochody z samego ruchu i reklam. Platformy tworzone według tego konceptu –pomijając koszty początkowe, techniczne i deweloperskie –mają zazwyczaj personel redakcyjny, oferują wynagrodzenie autorom o znanych nazwiskach, dają nawet szansę zarobić popularnym autorom „ze społeczności” (choć nie w Polsce). To wszystko kosztuje. W pierwszej fazie istnienia serwisu nie ma mowy o generowaniu przychodów wystarczających do pokrycia tych kosztów.

 

Ten stary Salon24

 

Nie znika wciąż pytanie czy ów idealistyczny koncept „mediów społecznościowych” ma szanse kiedykolwiek wyjść na swoje, trzymając się, nazwijmy to, ortodoksyjnego modelu. Spójrzmy na Salon24.pl, który obecnie nie różni się od typowego serwisu newsowego i społeczno-politycznego. W 2006 i 2007, przez dwa pierwsze lata funkcjonowania, był czymś innym, blogowiskiem, żywą i nad wyraz aktywną społecznością autorów i dyskutantów, miejscem, w którym rodziły się gwiazdy Internetu. Blogi założyli tu też znani publicyści o różnych poglądach (m.in. Rafał A. Ziemkiewicz, Jan Pospieszalski, Paweł Wroński, Janusz Rolicki, Sławomir Sierakowski), a także tysiące „zwykłych” ludzi.

 

O ile pamiętam (piszę z pamięci), Igor i Bogna Janke otrzymali dofinansowanie na stworzenie swojej platformy z funduszy europejskich. Nie chodzi mi to, by komuś coś wypominać, lecz o ukazanie zasady, o której piszę wyżej. Idealistyczna koncepcja potrzebuje finansowego zastrzyku. Tzw. zarabianie na reklamie, które z pozoru wydaje się „czystym” pieniądzem, też może wzbudzać kontrowersje, o czym Salon24 przekonał się niedawno, gdy „odkuł się nieco” reklamowo. Serwis w sierpniu 2019 roku poinformował, że w ubiegłym roku miał prawie milion złotych wpływów i 275,3 tys. zł zysku, co było wzrostem o 62,3 proc. w porównaniu do ubiegłego roku. Wow! Media jednak nie omieszkały zauważyć, że ten imponujący skok wyniku finansowego serwisu wynika w dużym stopniu z tego, że intensywnie reklamowała się w nim firma windykacyjna GetBack. I to stawia sprawę w nieco innym świetle.

 

Oparcie finansowe miał też pomyślany pierwotnie jako „otwarta platforma społecznościowa” serwis Natemat. Media i fora internetowe szeroko komentowały sprawę kontrowersji  finansowania, jakie miał portal Tomasza Lisa otrzymać z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju i pogłoski o specjalnym traktowaniu tego portalu przez ogłoszeniodawców ze spółek skarbu państwa.

 

Powtarzam, zamierzeniem tego tekstu nie jest rozliczanie i demaskowanie. Dla mojego wywodu ważne jest, że platforma społecznościowa Natemat również nie oparła swojego startu na samej jedynie wierze w społeczność autorów, jej siłę i potencjał. Serwis łączy treści redakcyjne i wpisy blogerów, będąc wciąż w pewnym sensie „platformą społecznościowo-blogową”. Wśród ponad 900 autorów są m.in. Stefan Niesiołowski, Jacek Dehnel, Tomasz Lis, Marcin Orliński, Jacek Rostowski, Krzysztof Hołowczyc, Aleksander Kwaśniewski, Krystyna Kofta, Karol Okrasa. Jednak szybki przegląd blogów wskazuje, że autorzy przeważnie są już mało aktywni, a w serwisie wyeksponowana jest strona informacyjno-publicystyczna, jak w konwencjonalnych mediach.

 

Polskie społecznościowe platformy autorsko-czytelnicze zdają się więc nieuchronnie ewoluować w kierunku bardziej konwencjonalnych modeli mediów, co widać po przykładach Salon24 i Natemat. Młodsze OKO.press trudno z kolei nazwać otwartą platformą społecznościową, skoro nie ma tam miejsca na poglądy inne niż lewicowe. Jerzy Baczyński z „Polityki” tak pisał o założeniach OKO.press w połowie 2016 roku: „Jest projektem medialnym, zarejestrowanym tytułem prasowym, ale zarazem społecznościowym medium internetowym i archiwum życia publicznego po wyborach 2015”. Nie ma mowy jednak, aby ścierali się tam bezpośrednio autorzy konserwatywni czy narodowi z socjalistami i liberałami, co było charakterystyczne dla „starego” Salonu24. W OKO.press jest po prostu tylko jedna opcja.

 

W 2018 media pisały o problemach finansowych serwisu w związku rzekomym wycofaniem się ze wsparcia zagranicznych sponsorów OKO.press, ale to chyba nieaktualne. W lipcu tego roku pojawiła się w mediach informacja, że wpływy wydawcy wzrosły do 2,6 mln zł głównie z darowizn, więc chyba mają z czego ten serwis wydawać. Nie jest on tani – utrzymanie strony kosztuje miesięcznie 194,3 tys. zł, w jej zespole pracuje ponad 20 osób. OKO.press podkreśla, że nie zamieszcza reklam, co może być rozumiane jako sugestia, że reklamy pozwoliłyby wydawać ten serwis, ale OKO chce być niezależne. Jednak przy milionie użytkowników miesięcznie i 5 milionach odsłon z reklam nie udałoby się, moim zdaniem, sfinansować reklamowo serwisu o takich miesięcznych kosztach funkcjonowania.

 

Czy zatem idealistycznie rozumiany model „otwartej platformy mediów społecznościowych” jest mrzonką? Czy można stworzyć pluralistyczne media internetowe, w których znani autorzy koegzystują z talentami pochodzącymi ze społeczności, jeśli nie na równych prawach, to przynajmniej na zasadzie inkluzyjności i szans dla amatorów, tak aby zarówno pierwsi, jak i ostatecznie drudzy mogli otrzymywać godne honorarium za swoją pracę? A sama platforma „dawałaby radę” finansowo bez dotacji, sponsorów politycznych i instytucjonalnych?

 

Medium – eksperyment, który trwa

 

Być może odpowiedź na to pytanie da obserwacja losów założonej w 2012 roku przez Evana Williamsa, jednego z twórców Twittera, platformy Medium. Piszę o tym w czasie przyszłym, bo jest to byt internetowy i biznesowy, który dochodów na razie nie przyniósł, za to wciąż dynamicznie ewoluuje i co jakiś czas przechodzi przemiany. Na pewno nie można powiedzieć, że poszedł drogą polskich platform społecznościowo-blogowych i zamienił się w klasyczny serwis internetowy z informacjami, publicystyką, redakcją, cyklem i stylem edytorskim typowym dla mass mediów.

 

To medium warto obserwować z dwóch sprzecznych ze sobą powodów. Po pierwsze, jeśli w końcu odnajdzie swoją drogę do sukcesu finansowego w wyidealizowanej formule „mediów społecznościowych” to z pewnością ustanowi benchmark i wzór, za którym pójdą inni, także w Polsce. Jeśli twórcom serwisu ostatecznie nie uda się, to powstanie kolejny pouczający rozdział w historii prób wykreowania „mediów społecznościowych z prawdziwego zdarzenia”.

 

Pierwotnym zamysłem Medium było stworzenie narzędzia do publikacji tekstów wykraczających poza limit twitterowych 140 znaków. Powstała estetycznie zaprojektowana platforma blogerska, otwarta dla wszystkich autorów, z tym, że od początku istniała pewna grupa wynagradzana za swoje treści, która mogła obejmować kolejnych twórców, na podstawie wyników czytelnictwa i poziomu angażowania społeczności.

 

W Medium pojawiały się artykuły nie odbiegające poziomem od najlepszych tytułów prasowych. Oczywiście administratorzy niekoniecznie ujawniali, że autorzy tych treści wynagradzani są podobnie jak w klasycznych mediach i na podobnym poziomie. Był to rodzaj inwestycji w tzw. „kontent”. Wysokiej jakości materiały odgrywały rolę niejako mobilizującą dziennikarzy obywatelskich i blogerów próbujących szczęścia w Medium. Po prostu nie wypadało tam zejść poniżej pewnego poziomu. Autorzy „ze społeczności” po uzyskaniu odpowiedniej popularności, też mieli szanse na wynagrodzenia.

 

Wydałoby się, że ten dyskretny, oparty na treściach na wysokim poziomie, model, jest odnalezionym wreszcie świętym Graalem internetowych mediów społecznościowych. Wszystko zdawało się tu być właściwie dostrojone, promocja jakościowych tekstów, subtelne motywatory, w tym także finansowe, rosnąca ranga Medium, w którym ukazywały się ważne materiały, np. artykuł Jeffa Bezosa na temat jego sporu z bulwarówką „National Enquirer”, głośne publikacje demaskatorskie i śledcze.

 

Medium nazywa się czasem „tekstowym YouTube’m”. Niestety, pomimo wspomnianego wyżej mechanizmu motywacyjnego, w odróżnieniu od YouTube serwis nie wykreował żadnych własnych gwiazd. Wynagradzani przez firmę znani autorzy, dziennikarze i pisarze, jeśli następował spadek czytelnictwa, mogli po prostu przestać pisać, nie tracąc swojej pozycji. Amatorzy, którzy liczyli na dużo, zwykle zniechęcali się po pewnym czasie. Nie chodzi tylko o pieniądze, choć prezentujący od początku idealistyczną wizję wolnego Medium dla każdego, Williams, zawsze dodawał do swoich wizji wizję zarobku dla autorów.

 

Od 2017 roku serwis pobiera od czytelników opłatę subskrypcyjną w wysokości pięciu dolarów miesięcznie. Williams zapewnia, że chce uniknąć reklam, stąd opłaty. Gdyby chodziło o polski serwis, to nie wróżyłbym mu powodzenia. Jednak na rynkach zachodnich taka opłata to niewiele – jeśli uda się utrzymać jakość i bogactwo treściowe serwisu, to Medium będzie ciekawą alternatywą dla konwencjonalnych internetowych serwisów.  Los platformy jest sprawą otwartą i, jak już pisałem, polecam obserwację tego projektu, jako interesującego eksperymentu. Może on zresztą potrwać jeszcze długo, bo Williams, dzięki udziałom w Twitterze, ma wielki majątek… do wydania.

 

A może krypto waluty lub udział w zyskach z reklam?

 

Internet jednak nie czeka na to, jak pójdzie Medium i szuka alternatyw. Nowe serwisy i społecznościowe platformy wciąż powstają, niektóre opierają się na dość innowacyjnych planach biznesowych, dając możliwość zarobkowania kontrybutorom. Niedawno pisałem na portalu SDP o jednym z charakterystycznych pomysłów, który ma nagradzać finansowo członków autorskiej społeczności za aktywność i ciekawe treści, czyli serwisie Steemit. Zasada działania serwisu jest podobna do amerykańskiego Reddita czy polskiego Wykopu. Jednak zamiast samej tylko satysfakcji z popularności udostępnianych treści w tym serwisie użytkownik ma szansę na gromadzenie kryptowaluty o nazwie „Steem”. Niestety stawiając na kryptowaluty musimy się liczyć z wszystkimi wadami tego rynku czyli z ogromnymi wahaniami kursu. Notowania „Steema” spadły z maksymalnego poziomu siedmiu dolarów do zaledwie złotówki, jak sprawdzałem, pisząc ten tekst.

 

Innym konceptem jest platforma HubPages. Jej członkowie („Hubbers”) zamieszczają artykuły („Hubs”). Jeśli chcą wynagrodzenia, autorzy muszą posiadać ważne konto w serwisie reklam kontekstowych AdSense. Po przekroczeniu pewnej kwoty następuje wypłata. Warto pamiętać, że członkowie społeczności zachowują wszelkie prawa własności intelektualnej i mogą usunąć swoje „Huby” w dowolnym momencie. Nie mogą jednak usunąć wszelkich postów, komentarzy i ocen, czyli form aktywności typowo społecznościowej.

 

Koncept „wolnej i otwartej społecznościowej platformy internetowej” wciąż, jak widać, powraca, w nowych wcieleniach. Dziś jednak już mało kto wierzy w trwałość modelu, w którym autorzy dostarczaliby wartościowych treści dla samej tylko idei. Wciąż jednak trwają poszukiwania formuły, w której każdy miałby szanse na swój kawałeczek tortu. Nie wykluczam, że to się w końcu uda.

 

Mirosław Usidus

Kąsaj wroga – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o związkach dziennikarzy z polityką

Polityczne zaangażowanie dziennikarzy przybrało w ostatnich latach niespotykane dotąd rozmiary. Partie sprawiają wrażenie zadowolonych z takiego stanu rzeczy. Tymczasem to właśnie politycy powinni być najmocniej przeciw.

 

Nie tylko pojedynczy dziennikarz, ale całe redakcje potrafią dziś stać w Polsce po jednej ze stron politycznej barykady. Co gorsza, nie identyfikują się przy tym z jakimś nurtem ideowym, ale wprost z konkretnym stronnictwem. Z czego to wynika? Zaryzykuję stwierdzenie, że ze słabości klasy politycznej. Przy charyzmatycznych ludziach w szeregach władzy i opozycji mediom w zupełności wystarczałoby relacjonowanie sporów i polemik oraz ich komentowanie. Zdaje się jednak, że przy słabości elit redakcje postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce i zaangażować mocniej niż dotychczas w to, co w niemieckiej CDU określa się terminem: „kąsaj wroga”. Są jednak tacy dziennikarze, którzy uczynili krok dalej i zdecydowali się na start w wyborach.

 

Czwarta władza w kolejce do pierwszej

 

Wziąwszy pod uwagę rolę mediów w demokratycznym świecie, decyzja o kandydowaniu do Sejmu czy Senatu RP powinna być połączona z jednoznaczną deklaracją odejścia z dotychczasowego zawodu. Dlaczego, skoro są politycy (w tym gronie nawet kandydaci na premiera czy prezydenta RP), którzy zajmują się dziś publicystyką? Warto pamiętać, że ci ludzie często mają problem z odnalezieniem się w świecie, w którym „telefon przestaje dzwonić”, jak to określił były premier Leszek Miller. Bez wątpienia brakuje im też obecności w mediach, do której przywykli. Możliwość komentowania rzeczywistości po zakończeniu politycznej kariery to jest jakiś pomysł na życie. Taki ruch ze strony dziennikarza stawia jednak pod znakiem zapytania cały jego dotychczasowy dorobek, bo traci to, co w tej profesji szczególnie cenne: wiarygodność. Skąd można wiedzieć, od kiedy był już bardziej politykiem niż żurnalistą? Nie tylko w tym jednak problem, który można by przecież rozpatrywać w kategoriach indywidualnych. Marcin Kowalczyk (redaktor naczelny „Dziennika Łódzkiego i „Expressu Ilustrowanego”) mówił na spotkaniu ze studentami dziennikarstwa, że jeśli chcą robić dobre medium lokalne, to nie mogą pić wódki z wójtem i jeść obiadu z proboszczem. Marek Kacprzak (prowadzący obecnie program Tłit w Telewizji WP) stwierdził, że komfort w pracy daje mu to, że z żadnym z polityków, choć wielu zna od lat, nie jest na „ty”. Czy da się zachować te standardy, będąc w środku?

 

Drugie ostrzeżenie

 

   Adam Łaszyn w książce „Media i ty.” przestrzega: „Podawanie smacznych informacji dziennikarzowi z zastrzeżeniem, że są off the record, zawsze stawia dziennikarza wobec dylematu – wykorzystać czy nie”. Podczas promocji książki uzupełnił ten wątek zdaniem odnoszącym się do bliższych i bardziej zażyłych relacji: „Nie każ dziennikarzowi wybierać między lojalnością wobec ciebie a chęcią podjęcia interesującego tematu”. Jak więc w środowisku politycznym może funkcjonować dziennikarz, który planuje powrót do zawodu po zakończeniu kadencji, albo wręcz rozważa łączenie tych profesji? Czy można mu zaufać? Czy on sam sobie może zaufać i mieć pewność, że dziennikarska żyłka nie przeważy nad politycznym instynktem samozachowawczym?

 

Co na to środowiska?

 

Politycy oczywiście nie widzą tego problemu, czego obecność dziennikarzy na listach wyborczych jest najlepszym dowodem, a jakie są opinie samych dziennikarzy? Czy jeszcze uważają, że tak nie powinno być, czy może już jest wszystko jedno? Dyrektor Instytutu Dziennikarstwa i Informacji Uniwersytetu Jana Kochanowskiego dr Tomasz Chrząstek odniósł się do tej kwestii w następujący sposób: W środowisku dziennikarskim pojawiają się głosy, że ujawnianie swoich poglądów politycznych jest OK. Już w 2011 roku Jacek Żakowski stwierdził, że w obecnej sytuacji politycznej uczciwość wobec czytelnika, widza, słuchacza wręcz nakazuje ujawnienie swoich preferencji. Zdecydowanie się z tym nie zgadzam. Zwłaszcza dziennikarz informacyjny musi zachować dystans. Wiadomo, że każdy ma swoje poglądy i dziennikarz nie jest tu wyjątkiem, jednak upust im powinno się dawać przy urnie wyborczej, a nie przed czytelnikiem czy widzem. Zdarzają się i będą się zdarzały migracje z mediów do polityki. Wystarczy prześledzić listy wyborcze z ostatnich kilku lat, by się przekonać, że polityka nęci dziennikarzy i to niezależnie od wyznawanych poglądów. Jest to jednak „droga, z której się nie wraca”. Nie umiem wskazać żadnego byłego polityka, który nagle stał się dziennikarzem niezależnym i bezstronnym. Przez zaangażowanie polityczne po prostu traci się wiarygodność.

 

Ze słowami o „bilecie w jedną stronę” zgadza się politolog dr Agnieszka Zaremba z Instytutu Polityki Międzynarodowej i Bezpieczeństwa UJK: Zarówno w dojrzałych, jak i raczkujących demokracjach media należą do instytucji kontroli, czwartej władzy – niezwykle istotnej, a nawet w niektórych warunkach ostatniej deski ratunku w procesach politycznych. Zadaniem dziennikarzy jest „przeszkadzanie władzy”, dociekanie prawdy, tropienie niejasnych powiązań politycznych i biznesowych. Dlatego kandydowanie przez dziennikarzy oceniam jako przysłowiowe przejście na drugą stronę barykady – od kontrolerów stajemy się wykonawcami władzy. Mimo że nie ma idealnie obiektywnego dziennikarstwa – wszyscy kierujemy się swoimi poglądami, to zdecydowanie rolą czwartej władzy jest rzetelne jej wykonywanie, właśnie z pozycji obiektywnej, dociekliwej kontroli. Co do zasady – wchodzenie w politykę to droga w jedną stronę.

 

Inny świat politycznego przedszkola

 

Pamiętając słowa Marcina Kowalczyka należy zauważyć, że samorząd, zwany często politycznym przedszkolem, rządzi się swoimi prawami. W ostatnich wyborach redaktor naczelny popularnego w Kielcach serwisu „Scyzoryk się otwiera” Dariusz Gacek kandydował do Rady Miasta z list komitetu wyborczego wyborców. Podobnie uczyniło kilku dziennikarzy tego portalu. Mimo dobrych wyników mandatów nie zdobyli. Obecnie redakcja znajduje się w opozycji do nowej władzy, którą niedawno wspierała. Odzyskała zaufanie czytelników. Jakie są warunki takiego powrotu?

 

Udało nam się wrócić na tory, po których „Scyzoryk” jechał wcześniej, przede wszystkim dlatego, że nikt z nas nie znalazł się w strukturach urzędu miasta. Gdyby ktoś zdobył mandat radnego lub został dyrektorem, krytyka władzy oczywiście byłaby niemożliwa. Poza tym przez te pięć lat udało nam się nawiązać bardzo bliski kontakt z czytelnikami. Codziennie dostajemy kilkadziesiąt wiadomości z prośbami o interwencję albo podjęcie jakiegoś tematu: od dziur w ulicy, po kwestie naprawdę poważne. Od decyzji o starcie uczciwie też ich o tym informowaliśmy, zarówno o pobudkach, jak i o celach. Coś się jednak zmieniło. Dziś „Scyzoryk” to w zasadzie pół medium a pół organizacja społeczna. Nie tylko opisujemy rzeczywistość, czy interweniujemy, ale sami też podejmujemy działania – tłumaczy Dariusz Gacek.

 

Na pytanie, czy wystartowałby w wyborach do Sejmu lub został stronnikiem partii politycznej, Gacek odpowiada krótko: „nie”.

 

Ciekawe, czy ktokolwiek z decydujących się na start w nadchodzących wyborach parlamentarnych postawił sobie pytanie: co będzie, jeśli się nie uda?

 

Słowo zakończenia

 

Skąd pewność, że dziennikarze w ogóle nadają się do pełnienia funkcji parlamentarzysty? W końcu ilu recenzentów nagrywa płyty, kręci filmy, występuje na scenie lub pisze powieści? Rodzima scena polityczna ma jednak w tym względzie pewien istotny deficyt. Cztery lata temu przeprowadzałem dla branżowego kwartalnika „Doradca Zawodowy” wywiad z politologiem i dziennikarzem dr. Bartłomiejem Zapałą. Zwrócił uwagę na wyjątkowo ważną rzecz. W naszym kraju nie ma nawet jednego miejsca, które uczyłoby bycia zawodowym politykiem. Żadna z dotowanych z budżetu państwa partii politycznych nie utworzyła dotąd swojej akademii. Nikt nie stawia na to, by budować w profesjonalny sposób przyszłe kadry. Istnienie młodzieżówek nie rozwiązuje tego problemu w żaden sposób. Być może z tego też wynika, że partie chętnie widzą na swoich listach i we własnym gronie dziennikarzy, których przecież powinny się bać. To też jest słabość klasy politycznej, ale ludzie mediów przez swój start jej nie poprawią.

 

Zbigniew Brzeziński

Roztropność potrzebna na już – ks. MARIUSZ FRUKACZ o obecności kapłanów w mediach

Duchowny wypowiadający się w mediach musi mieć przede wszystkim na uwadze prawdę i dobro, a nie popularność własnej osoby.

 

Obecność kapłana w mediach, w sieci, w Internecie, mediach społecznościowych czy też „ćwierkający” na Twitterze duchowni, to już dzisiaj nie jest rzecz nowa. Coraz więcej duchownych wypowiada się w mediach. W ostatnim jednak czasie powróciło pytanie: na ile duchowny może pozwolić sobie na krytykę swojego współbrata?

 

Odpowiadając na nie należy zwrócić uwagę nie tylko na wolność słowa, ale także na odpowiedzialność za słowo. Nie uważam, aby upomnienie osób duchownych przez przełożonych było jakimś strasznym naruszeniem wolności słowa. W Kościele istnieją upomnienia braterskie i pokuta, które mają na celu naprawienie błędu, a nie potępienie kogokolwiek. Kiedy myślimy o granicach krytyki, to może właśnie warto więcej miejsca poświęcić upomnieniu braterskiemu. Zakłada ono troskę o człowieka i jego sumienie. Zapobiega fałszywie pojętej tolerancji. Oczywiście upomnienie braterskie nie ma nic wspólnego z formą represji czy odwetem. Zakłada zawsze naprawę człowieka.

 

Czy deficyt cnoty roztropności?

 

Mówiąc o granicach krytyki, warto również przypomnieć o cnocie roztropności, którą zawsze trzeba się kierować w ocenie osoby lub faktu. Katechizm Kościoła Katolickiego, promulgowany przez Jana Pawła II w 1992 r., naucza: „Roztropność jest cnotą, która uzdalnia rozum praktyczny do rozeznawania w każdej okoliczności naszego prawdziwego dobra i do wyboru właściwych środków do jego pełnienia. «Człowiek rozumny na kroki swe zważa» (Prz 14, 15). «Bądźcie… roztropni i trzeźwi, abyście się mogli modlić» (1 P 4, 7). Roztropność jest «prawą zasadą działania», jak za Arystotelesem pisze św. Tomasz («Summa theologiae», II-II, 47, 2). Nie należy jej mylić ani z nieśmiałością czy strachem, ani z dwulicowością czy udawaniem. Jest nazywana «auriga virtutum»: kieruje ona innymi cnotami, wskazując im zasadę i miarę. Roztropność kieruje bezpośrednio sądem sumienia. Człowiek roztropny decyduje o swoim postępowaniu i porządkuje je, kierując się tym sądem. Dzięki tej cnocie bezbłędnie stosujemy zasady moralne do poszczególnych przypadków i przezwyciężamy wątpliwości odnośnie do dobra, które należy czynić, i zła, którego należy unikać” (n. 1806). Człowiek jest roztropny, kiedy właściwie przewiduje, dobrze rozumuje i rozważa.

 

Prawda i dobro – kryterium oceny

 

Sam jako kapłan i dziennikarz nie wyobrażam sobie życia w społeczeństwie, gdzie wolność słowa nie jest szanowana. Jednak uważam również – i taką zasadą zawsze się kieruję – że obecność kapłana w środkach społecznego przekazu nie może być wolna od odpowiedzialności. Właśnie wolność i odpowiedzialność wskazują na to, że  krytyka ma i musi mieć swoje granice.

 

Oczywiście bardzo ważne jest stanięcie w prawdzie. To właśnie prawda powinna być istotnym kryterium krytyki czy oceny działania drugiego człowieka. Jednocześnie trzeba zawsze kierować się szacunkiem do drugiego człowieka. Każdy kapłan jest kapłanem zawsze i w każdych okolicznościach. Kapłan wypowiadający się w mediach musi mieć przede wszystkim na uwadze prawdę i dobro, a nie popularność własnej osoby. Również nie chodzi o jak największą liczbę lajków. Media, np. te społecznościowe, nie są sferą prywatną aktywności duchownego. Natomiast obecność w mediach społecznościowych jest okazją do duszpasterstwa, dialogu. Jest miejscem, gdzie mogę realizować swoją misję, a nawet pasje – ale zawsze w sposób przejrzysty, wiarygodny i odpowiedzialny. Kapłan może komentować wydarzenia dziejące się we wspólnocie Kościoła, ale najpierw powinien się zapytać, na ile jego komentarz przysłuży się dobru Kościoła. Wypowiedzi kapłana muszą być zawsze roztropne i nie mogą zagrażać prawdom wiary.

 

Warto przypomnieć, że podczas 328. zebrania plenarnego, które odbyło się w Licheniu w dniach 11 – 12 czerwca 2004 r., biskupi polscy przyjęli zasady regulujące duszpasterską troskę Kościoła w Polsce o uporządkowany przekaz ewangelicznego orędzia poprzez radio i telewizję. Dokument ten można znaleźć na stronie Episkopatu pod adresem https://episkopat.pl/en/normy-konferencji-episkopatu-polski-dotyczace-wystepowania-duchownych-i-osob-zakonnych-oraz-przekazywania-nauki-chrzescijanskiej-w-audycjach-radiowych-i-telewizyjnych/  .

 

Biskupi przypomnieli w nim m.in., że „duchowni i członkowie instytutów zakonnych wypowiadający się w mediach winni cechować się wiernością nauce Ewangelii, rzetelną wiedzą, roztropnością i odpowiedzialnością za wypowiedziane słowo, troską o umiłowanie prawdy i owocny przekaz ewangelicznego orędzia. Jeśli nie są w danej dziedzinie wystarczająco kompetentni, powinni zrezygnować z występowania w mediach, zwłaszcza w kwestiach trudnych i kontrowersyjnych”.

 

Ponadto duchowni głoszący słowo Boże za pośrednictwem mediów powinni kierować się normami Kodeksu Prawa Kanonicznego (kan. 762-772), zarówno w odniesieniu do władzy przepowiadania, jak i przekazywanych treści. Zgodnie z tym kodeksem „duchowni mają szczególny obowiązek okazywania szacunku i posłuszeństwa Papieżowi oraz każdy własnemu ordynariuszowi” (kan. 273), a także pozytywny obowiązek „posługiwania się mediami dla głoszenia zbawczej prawdy Chrystusa” (kan. 822). Warto też wskazać w tym względzie na Instrukcję Kongregacji Nauki Wiary o pewnych aspektach używania społecznych środków przekazu dla szerzenia nauki o wierze z 30 marca 1992 r.

 

W podobnym kierunku idzie również  „Dyrektorium dotyczące zasad funkcjonowania w Internecie kościelnych podmiotów publicznych oraz osób duchownych Diecezji Warszawsko-Praskiej”.

 

Moim zdaniem, obecność kapłana w mediach, jego wypowiedzi w sprawach wiary i moralności oraz prowadzenie sporów ideowych to nie jest kwestia jego osobistej popularności, ale kwestia odpowiedzialności za słowo i dzieło ewangelizacji.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

 

Dziennikarz nie może być politykiem – przypomina ks. ARTUR STOPKA

Bardzo często można być posłem, radnym, pełnić jakieś funkcje w administracji publicznej i w organizacjach politycznych nie rezygnując ze swego dotychczasowego zawodu, ponieważ nie rodzi to konfliktu interesów. W odniesieniu do dziennikarzy sprawa się jednak komplikuje.

 

 

Wydawałoby się oczywiste, że takie sytuacje w ogóle nie powinny mieć miejsca, bo nawet tzw. chłopski rozum podpowiada, że niosą w sobie konflikt interesów. Wydawałoby się równie oczywiste, że jeśli jednak mimo to się zdarzają, mamy do czynienia ze zjawiskiem incydentalnym. Wystarczy jednak zajrzeć do Internetu, aby się przekonać, że wcale nie są takie rzadkie, jak należałoby się spodziewać. O co chodzi? O łączenie usankcjonowanej stanowiskiem działalności politycznej z dziennikarstwem. Wygląda na to, że nie wszyscy dostrzegają kryjące się w takim zestawieniu niebezpieczeństwo lub, jeśli dostrzegają, decydują się je ignorować.

 

 

Zarówno wykonywanie jakiejś politycznej funkcji, jak i praca dziennikarska, wymagają dużej dozy społecznego zaufania. Jedno i drugie zajęcie skutkuje oddziaływaniem na innych ludzi, nie tylko na ich poglądy, ale również na ich życie. Różnią się jednak zasadniczo. Jedno z nich ma w swoją istotę wpisaną funkcję kontrolną wobec drugiego. Jednym z bardzo ważnych zadań dziennikarzy jest patrzenie na ręce politykom. Tu nie ma wzajemności. Zadaniem polityków nie jest kontrolowanie mediów. Nawet, jeżeli wydaje im się, że liczni odbiorcy dają im do tego społeczny mandat.

 

 

W Internecie jest dostępny fragment książki Sylwii Męcfal, zatytułowanej: „Prasa lokalna w relacjach z kluczowymi aktorami społecznymi. Studia przypadków”. W pierwszym rozdziale autorka zajmuje się m. in. kwestią konfliktu interesów. Zwraca uwagę, że dziennikarze mogą być postawieni wobec różnych rodzajów konfliktów interesów: indywidualnych lub instytucjonalnych. Wskazuje też różnicę między rzeczywistym konfliktem interesów a potencjalnym. Ten drugi, to sytuacja, która przez odbiorców może być postrzegana jako konflikt interesów, jednak dziennikarz w rzeczywistości nie czerpie żadnych korzyści z zaistniałych okoliczności, a wykonuje swoją pracę zgodnie z zasadami etycznymi zawodu.

 

 

Wydawać by się więc mogło, że w przypadku tylko potencjalnej sprzeczności interesów jest wszystko ok i dziennikarz nie łamie standardów. Problem w tym, że z punktu widzenia odbiorcy rzecz wcale nie jest taka oczywista. Co więcej, ma on pełne prawo ograniczyć swoje zaufanie do dziennikarza i reprezentowanego przez niego konkretnego tytułu czy instytucji medialnej, ponieważ nie dysponuje narzędziami pozwalającymi mu weryfikować istnienie lub nieistnienie faktycznego konfliktu interesów.

 

 

Jako jeden z przykładów indywidualnego konfliktu interesów Sylwia Męcfal wskazuje łączenie dwóch ról z zawodem dziennikarza. „Pojawiają się przypadki dziennikarzy, którzy łączą dziennikarstwo z rolami politycznymi (np. z byciem posłem, radnym czy choćby kandydatem w wyborach lokalnych)” – odnotowuje. Autorka idzie jeszcze dalej i dodaje, że dziennikarze powinni zastanowić się nad etycznością swojego postępowania, kiedy godzą się, aby poprowadzić szkolenia dla biznesmenów czy polityków dotyczące wizerunku medialnego, czy wtedy, kiedy zostają rzecznikami prasowymi prywatnych firm. Obserwując sytuację w Polsce można odnieść wrażenie, że ten poziom subtelności w kwestiach etycznych nie jest powszechnie dostępny wśród pracowników i twórców mediów w naszym kraju.

 

 

Polskie prawo nie porusza tak szczegółowych kwestii, jak możliwość łączenia funkcji politycznych z wykonywaniem zawodu dziennikarza. Zajmuje się nią natomiast (nadal dość powszechnie akceptowany w różnych środowiskach) Kodeks etyki dziennikarskiej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Wśród jego pięciu punktów poświęconych konfliktowi interesów ostatni brzmi: „Angażowanie się dziennikarzy w bezpośrednią działalność polityczną i partyjną jest również przejawem konfliktu interesów i należy wykluczyć podejmowanie takich zajęć oraz pełnienie funkcji w administracji publicznej i w organizacjach politycznych”.

 

 

   Sprawa jest tu postawiona jasno i każdy, kto chciałby przestrzegać najbardziej podstawowych reguł pracy w mediach otrzymuje prostą i zrozumiałą wskazówkę. Niestety, życie pokazuje w ostatnich latach, że nie dociera ona czasami nawet do ludzi o bardzo znanych w mediach nazwiskach. Jeśli ta odporność na elementarne zasady etyczne w tak ważnej kwestii zacznie się upowszechniać, będziemy mieli w Polsce poważny problem na wielu różnych płaszczyznach. Największy problem będą mieli odbiorcy mediów, którzy nigdy nie będą wiedzieli, czy i w jakim stopniu mogą ufać konkretnej osobie tworzącej przekaz oraz reprezentowanej przez nią gazecie, stacji radiowej, kanałowi telewizyjnemu lub internetowemu serwisowi. Zamieszanie i problem z zaufaniem już jest widoczny, a może w nadchodzących latach eskalować.

 

 

Warto przy okazji zwrócić uwagę, że konflikt interesów dotyka nie tylko samych dziennikarzy, ale również wchodzących w politykę właścicieli i dysponentów mediów. Wygląda na to, że mało kto w ogóle zauważa tu jakikolwiek problem.

 

 

   Papież Franciszek w maju br. podczas spotkania z dziennikarzami z całego świata powiedział: „Wasza praca jest cenna, ponieważ przyczynia się do poszukiwania prawdy, a tylko prawda czyni nas wolnymi”. Niestety, gdy łączy się bycie politykiem z byciem dziennikarzem, prawda natychmiast staje w poważnym zagrożeniu, a często okazuje się pierwszą i najważniejszą ofiarą konfliktu interesów.

 

Artur Stopka

Zamiana ról – ŁUKASZ WARZECHA o tym, co wolno „dziennikarzowi obywatelskiemu”

Część opozycji i Towarzystwo Dziennikarskie mówią o wielkim skandalu, policja nie zajęła, jak się zdaje, oficjalnego stanowiska (ja go w każdym razie nie znalazłem). 15 sierpnia z Pikniku Antyfaszystowskiego funkcjonariusze wyprowadzili Martę Bogdanowicz, „dziennikarkę obywatelską”.

 

 

Dodać tu trzeba, że opozycyjne media, opisując tę historię, jakoś zapominają nadmienić, że piknik, jakkolwiek przebieg miał pokojowy, miał też na celu zablokowanie legalnego marszu narodowców, którego trasa miała przebiegać Nowym Światem (w ostatniej chwili została zmieniona i blokujący zostali ze swoją blokadą jak Himilsbach z angielskim) – a zatem był zgromadzeniem z gruntu nielegalnym, jak zresztą większość podobnych wydarzeń, firmowanych przez radykalną część opozycji. To ma w tej historii znaczenie.

 

 

Na zdjęciach widać, że Marta Bogdanowicz jest faktycznie prowadzona pod ramiona przez dwóch policjantów, a na szyi ma identyfikator. Na słowo musimy uwierzyć, że to coś w rodzaju legitymacji prasowej. Piszę „coś w rodzaju”, bo nie mam pojęcia, jaka redakcja może wystawić legitymację prasową „dziennikarce obywatelskiej”. Znalazłem informację, że pani Bogdanowicz robi materiały dla Video KOD, czyli, jak rozumiem, medialnej emanacji Komitetu Obrony Demokracji.

 

 

Sprawa nie jest tak prosta, jak chciałaby widzieć opozycja, ale też pokazuje zapętlenia, które są potencjalnie niebezpieczne i których nikt chyba nie chce rozwiązać, bo łatwiej łowi się ryby w mętnej wodzie.

 

 

Abstrahując od histerycznego tonu relacji opozycyjnych mediów – jako się rzekło, skrzętnie pomijających kwestię nielegalności relacjonowanej przez dziennikarkę demonstracji – można założyć, że policja nie uwzięła się akurat na opozycyjne media. Po prostu była to kolejna operacja likwidacji nielegalnego zgromadzenia, co zawsze wygląda podobnie: spokojnie i profesjonalnie działająca policja stopniowo wynosi uczestników, którzy oporu nie stawiają, ale nie chcą też odejść dobrowolnie. Oburzenie na to, że byli oni spisywani, jest również nie na miejscu – byli spisywani jako osoby tworzące nielegalne, bo nie zgłoszone zgromadzenie (i tak zresztą nie wydano by na nie pozwolenia, gdyby zostało zgłoszone później niż marsz narodowców). Policjanci potraktowali zatem Martę Bogdanowicz nie wyjątkowo, ale tak samo jak pozostałych uczestników wydarzenia. Czy mieli prawo?

 

 

I tu pojawia się niejednoznaczność. Bo, po pierwsze, jakkolwiek przedstawicieli mediów policja w ten sposób traktować nie powinna czy więcej nawet: nie wolno jej tego robić (art. 43. Prawa prasowego), to jednak nie istnieje prawna definicja dziennikarza – choć wielokrotnie wskazywano, że jej stworzenie byłoby pożyteczne. Inna sprawa, że w atmosferze ostrego konfliktu politycznego, przenoszącego się na media, trudno sobie wyobrazić wypracowanie takiej definicji w zgodzie z postulatami całego środowiska i trudno byłoby uniknąć podejrzeń, że władza chce ją sformułować w taki sposób, aby było to dla niej najwygodniejsze. Zaś kategoria „dziennikarzy obywatelskich” jest w ogóle nieczytelna, „dziennikarzem obywatelskim” może bowiem każdy mianować sam siebie i wydrukować sobie stosowny identyfikator na domowej drukarce. A już szczególnie nieczytelna staje się, gdy taki „dziennikarz obywatelski” nie oddziela całkowicie swojej roli sprawozdawcy od roli aktywisty czy działacza. Tak zaś było, na ile można stwierdzić, w tym przypadku. By jednak sprawę jeszcze bardziej skomplikować, trzeba przypomnieć, że tych ról nie umie od siebie oddzielić wielu profesjonalnych dziennikarzy, biorących udział w roli bynajmniej nie obserwatorów, a nawet nie gości czy komentatorów, w wydarzeniach, firmowanych czy to przez rządzących, czy przez opozycję. I nie jest to zdrowa sytuacja – przeciwnie, ona ogromnie szkodzi naszej profesji.

 

 

Jak zatem ocenić działanie policji w tym konkretnym przypadku? Rzecz w tym, że trudno powiedzieć. Można sobie przecież wyobrazić sytuację, w której całe nielegalne zgromadzenie oplakietkowuje się jako „dziennikarze obywatelscy” i żąda, aby policja pozostawiła je w spokoju. Z drugiej strony trzeba być wyczulonym na jakiekolwiek działania, choćby tylko potencjalnie mogące godzić w wolność mediów i słowa. Można też spytać, czy – jeśli, jak można założyć, pani Bogdanowicz mówiła policjantom, że jest dziennikarką, zagłębiali się oni w jej dokumenty czy też w ogóle nie zwracali na te słowa uwagi? A jeżeli w takim razie mieliby do czynienia nie z „dziennikarzem obywatelskim”, ale z pracownikiem normalnej, pełnoprawnej redakcji – też zadziałaliby z automatu? Tak przecież być nie powinno. Kolejne pytanie brzmi, czy pani Bogdanowicz nie stwarzała swoim zachowaniem podstaw do stwierdzenia, że nie jest jedynie obserwatorem, ale też aktywnym uczestnikiem wydarzenia – czy na przykład nie wznosiła z innymi obecnymi jakichś okrzyków? A przecież dziennikarze powinni w takich sytuacjach ze wszech miar dbać o to, żeby nie mylono ich z uczestnikami wydarzenia. Pytań i wątpliwości jest, jak widać, mnóstwo.

 

 

Trudno dostrzegać tutaj jasne i oczywiste rozwiązanie w sytuacji, gdy prawo nie nadąża za rzeczywistością. Bez stworzenia możliwie szerokiej, ale też możliwie jasnej definicji dziennikarza, takie sytuacje mogą się powtarzać. Prócz definicji dziennikarza profesjonalnego mogłaby też przecież powstać definicja „dziennikarza obywatelskiego”, również szeroka, ale oznaczająca mniejsze uprawnienia. O ile na przykład wspieram pomysł polskiego Press Clubu, aby nadać dziennikarzom wykonującym swoje obowiązki status podobny do statusu funkcjonariuszy publicznych (a więc atak na dziennikarza w trakcie pracy byłby ścigany z urzędu, niezależnie od jego skutków i rodzaju) – o tyle byłbym zdecydowanie przeciwko rozszerzaniu tego przywileju na „dziennikarzy obywatelskich”.

 

 

Tymczasem można odnieść wrażenie, że jakiekolwiek prace czy rozważania, dotyczące dopasowania prawa dotyczącego mediów do rzeczywistości, nawet w tak wąskim zakresie jak definicja dziennikarza, nikogo nie interesują.

 

 

Niezależnie od tego, sądzę, że policja powinna swoje zachowanie wyjaśnić. Choćby po to, żeby nie dawać pretekstu do oskarżeń o polityczne motywacje swoich działań.

 

 

Łukasz Warzecha

Fakty wpasowane do narracji – MIROSŁAW USIDUS o „kulturze oburzenia”, która niszczy media i wolność słowa

Płatki śniegu (snowflakes) nie spierają się, nie argumentują, nie trudzą się odpieraniem twierdzeń, z którymi się nie zgadzają. Nie umieją tego. Brak im wytrwałości lub wiedzy, albo obu tych rzeczy. Gdy temperatura dyskusji wzrasta, po prostu topią się. Uważają, że „hejt”, czyli wszystko to, z czym się nie zgadzają i czego nie akceptują, powinien zostać zakazany.

 

Termin „płatki śniegu” zrodził się z groteskowej i histerycznej kłótni studentów Yale z przedstawicielem władz uczelni na temat kostiumów halloweenowych. Cechy tej, obrażającej się natychmiastowo i „topniejącej” emocjonalnie z byle powodu formacji, opisała Claire Fox w książce „I Find That Offensive!”. Można się z tego śmiać i traktować nadwrażliwych z przymrużeniem oka, gdyby nie rosnąca w tym pokoleniu niechęć do wolności słowa w wymiarze bardziej ogólnym, w społeczeństwie, w którym funkcjonują, państwie, w którym głosują.

 

Prowadzi to w ich „kulturze oburzenia” do coraz chętniejszej akceptacji środków prawnych (a nawet siłowych) skierowanych przeciw osobom i wypowiedziom, obrażającym w ich mniemaniu, czy to mniejszości, czy inne naprawdę lub rzekomo chronione grupy oraz wartości, czy cokolwiek w końcu, co w danym momencie może przyczyniać się do topnienia „śnieżynki”. W tyle głowy trzeba mieć, że ci, tak mało odporni na opinie i poglądy inne – niż własne – ludzie, to przyszłość, bo to przeważnie młodzież szkolna czy studencka.

 

Podwykonawcy ideologicznych projektów

 

   Filozof i analityk polityki, Thomas Mitchelhill w serwisie „Medium” opublikował w marcu tego roku tekst mówiący o tym, jak ogarniająca media społecznościowe, a w ślad za nimi także tradycyjne środki przekazu „kultura oburzenia” niszczy dziennikarstwo i ogólniej mass media.

 

Dziennikarze nie próbują już docierać do obiektywnych prawd”, pisze Mitchelhill. „Platformy mediów społecznościowych, chęć pozyskiwania ruchu na stronach, kierowania uwagi, a ostatecznie pieniędzy, zamieniły dziennikarzy w podwykonawców ideologicznych projektów, opłacanych za przekształcenie informacji w narrację polityczną. Wszyscy są opętani ideologicznymi celami i gotowi zrobić wszystko, aby ‘fakty’ wpasować do narracji, której służą”.

 

Autor jako główny przykład podaje sprawę głośnej ulicznej konfrontacji młodzieży z Covington Catholic School z grupą starszych Indian. W ciągu kilku godzin, na podstawie zmontowanego filmiku, nie pokazującego całego przebiegu zajścia i kontekstu (całość materiału zmieniała wymowę wydarzeń), wszystkie liberalne media na czele z uchodzącymi za prestiżowe „The New York Times” i „Washington Post”, rzuciły się jak wygłodniałe hieny na grupę nastolatków. Odprawiano oszalały ideologiczny rytuał medialny z nieodłącznymi zarzutami „bigoterii”, „rasizmu” i „nietolerancji”. Znany pisarz Reza Aslan i celebrytka Kathy Griffin wręcz nawoływali do przemocy wobec chłopaków.

 

A teraz zapytajmy znienacka, co powie zwolennik wolności słowa na ten paroksyzm hejtu w wykonaniu mediów i środowisk lewicowych? Powie: „cóż, to ich wilcze prawo, koszty demokracji i wolności”. Uczniom wyrządzono krzywdę w oparach linczu, ale prawo do swobodnego wyrażania opinii jest wyższą wartością w demokracji niż ich samopoczucie.

 

Niestety kręgi liberalno-lewicowe nie są skłonne do wzajemności w takim rozumieniu swobody wypowiedzi. W grupach, w których ideologia lewicowa ma silny wpływ lub wręcz dominuje, np. na amerykańskich uczelniach, narasta akceptacja dla cenzury a „kultura oburzenia”, która uczyniła z mediów pędzące za posoką ofiar ogary, w sprawie uczniów katolickiej szkoły staje się podłożem pomysłów zamykania ust ludziom o odmiennych poglądach.

 

Zamknąć usta, nawet przemocą

 

Szerokim echem w USA i na świecie odbiły się badania Pew Research Center z 2015 r. wykazujące, że 40 proc. amerykańskich tzw. millenialsów, czyli osób w wieku od 18 do 34 lat, uważa, że „władze powinny uniemożliwiać ludziom wypowiadanie obraźliwych opinii na temat grup mniejszościowych”. Wciąż większość (58 proc.), choć nie przytłaczająca, uznała, że wolność słowa powinna obejmować także takie obraźliwe wypowiedzi. Niewielkie w sumie różnice pomiędzy odsetkiem zwolenników państwowej cenzury a swobody wypowiedzi, były dla wielu szokujące i wywołały falę komentarzy.

 

Z tym samych badań wynikało, że starsze pokolenia Amerykanów wyraźnie bardziej cenią wolność słowa. Po połączeniu wszystkich grup wiekowych okazało się, iż za rządową cenzurą „obraźliwych” wypowiedzi jest 28 proc. Amerykanie jako całość wciąż wyróżniają się przywiązaniem do wolności słowa na tle innych. 67 proc. z nich uznaje swobodę wypowiedzi obrażających mniejszości w miejscach publicznych. To prawie dwa razy więcej niż 35-procentową mediana z 38 krajów, które badało Pew Research Center.

 

Rosnący odsetek zwolenników cenzury „obraźliwych” wypowiedzi wśród młodszych Amerykanów zafrapował badaczy, którzy postanowili wgłębić się w zjawisko. Przez kolejne lata pojawiały się kolejne raporty z badań ankietowych, dla zwolenników wolności słowa wręcz alarmujące. Na przykład Brookings Institution opublikowała we wrześniu 2017 wyniki sondy wśród studentów mówiące o 40 procentach twierdzących, że pierwsza poprawka nie obejmuje ochroną „mowy nienawiści”. 50 proc. w tym badaniu uznało, że właściwym sposobem radzenia sobie z wypowiedziami obraźliwymi jest ich zakaz i „zamknięcie ust” osobom je wypowiadającym, zaś 19 proc. akceptuje „zamknięcie ust” za pomocą przemocy fizycznej. Media komentowały poglądy studentów na wolność słowa jako „mrożące krew w żyłach”.

 

Nie wszyscy jednak są skłonni do alarmizmu. Nie brakuje opinii, że być może zadano w ankietach niewłaściwe pytania i zmanipulowano je eksponowaniem aspektów związanych z tzw. „mową nienawiści” czy obrażaniem grup mniejszościowych. Gdy kwestię przedstawia się jako typowy konflikt wartości w społeczeństwie demokratycznym, wyniki rozkładają się nieco inaczej.

 

Instytup Gallupa w badaniu przeprowadzonym w 2016 roku dla Knight Foundation i Instytutu Newseum zadał studentom pytanie nieco bardziej złożone. Sprowadzało się ono do postawienia przed ankietowanym alternatywy – co jest jego zdaniem ważniejsze – stworzenie pozytywnego środowiska do nauki dla wszystkich studentów przez zakazanie pewnych wypowiedzi, czy też wolne wyrażanie różnych punktów widzenia, także takich, które są obraźliwe lub stronnicze w stosunku do określonych grup ludzi. Przy tak postawionym problemie, w którym wyraźniej ukazuje się konfrontację wartości – wolności vs. ochrony przed negatywnymi wypowiedziami, zakaz „pewnych wypowiedzi lub wyrażania pewnych punktów widzenia” poparło jedynie 22 proc. badanych. Może więc nie jest tak źle, tylko trzeba uczciwie wyjaśnić, jakie są konsekwencje jednej i drugiej opcji.

 

Jeśli położy się na szali „twoją wolność” i „ochronę innych przez obrażaniem” w sposób jasny i zrównoważony, to do millenialsa też zaczyna coś docierać i potrafi wyjść poza swoją „kulturę oburzenia” i bezkompromisową chęć walki z hejtem. Całkiem ładnie koreluje to z mentalnością „płatków śniegu”. Bo wprawdzie „topi” je tak łatwo „mowa nienawiści”, to jednak rząd „idący po ich wolność słowa” również gwałtownie podnosi temperaturę.

 

   Wolność słowa przestaje być abstrakcją, gdy jest odbierana „mnie” a nie komuś innemu, społeczeństwu czy nawet mediom. Wybitny amerykański prawnik Jonathan Turley, gdy przeprowadza gościnne wykłady na uczelniach, ma zwyczaj pytać studentów, czy byliby skłonni sprzedać mu swoją wolność słowa za 150 tys. dolarów. Zwykle około połowa sali podnosi rękę. Turley tłumaczy tak duży odsetek nisko ceniących swobodę wypowiedzi nie tyle cynizmem młodzieży i ich niepohamowanym materializmem, lecz brakiem zrozumienia samego pojęcia i jego abstrakcyjnością.Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił…” można by powiedzieć, trawestując wieszcza, o niedocenianej wolności słowa.

 

Oczywiste jest, że wolność słowa nigdy i nigdzie nie była absolutna. Nawet w kraju, w którym gwarantowana jest przez pierwszą poprawkę do konstytucji wprowadzono szereg ograniczeń. Np. zgodnie z orzeczeniem amerykańskiego Sądu Najwyższego w sprawie Schenck przeciwko Stanom Zjednoczonym w 1919 r., wolność wypowiedzi nie obejmuje przypadków, które stanowią „wyraźne i rzeczywiste zagrożenie” dla społeczeństwa. Na przykład, nie wolno bezkarnie krzyczeć „ogień!” w zatłoczonym teatrze, ponieważ nie wzbogaca to w żaden sposób idei dyskutowanych w społeczeństwie, zaś ryzyko ofiar obrażeń jest wysokie. Z drugiej strony zdaniem najwyższej władzy sądowniczej np. rasistowskie wystąpienia liderów Ku Klux Klanu, powinny być chronione zasadą wolności słowa, chyba że bezpośrednio podżegają do przemocy.

 

Kwestia wolności słowa w USA rozebrana została (nomen omen) w filmie „People vs. Larry Flynt” (u nas jako „Skandalista Larry Flynt”), w którym przedstawiono bój prawny pornografa o możliwość swobodnego publikowania swoich treści. Wynikający z tego obrazu tok rozumowania, opierający się na regule, że wolność dotyczy nawet „najgorszego” z obywateli i „najniższych treści” warto zawsze przypominać współczesnym miłośnikom cenzury „obraźliwych” treści. A to dlatego, że zwykle widzą oni problem jedynie w treściach o charakterze konserwatywnym i prawicowym. Ukazanie, jak działa zasada wolności słowa na przykładzie Flynta, odwrotnym politycznie, drażniącym konserwatystów, może obnażyć hipokryzję lewicowych miłośników cenzury, albo… zmusić ich do myślenia. Nie wykluczam tego.

 

Nocnik Słonimskiego

 

Przenosząc tę problematykę na polskie poletko, mógłbym skupić się na tym, co proponują lub przynajmniej zdają się proponować u nas środowiska LGBT w dziedzinie zwalczania „mowy nienawiści”, „nietolerancji” i „obrażania mniejszości” i ich do również podpartej u nas konstytucyjnie reguły wolności słowa. Z dostępnych publicznie wypowiedzi zwolenników tej formacji przebija podobna jednostronność, niekonsekwencja i wręcz hipokryzja, jaką widać w opisywanych wyżej lewicowych środowiskach uniwersyteckich w USA. Ujmując ich podwójny język w skrócie – „my korzystamy z wolności – a oni obrażają”.

 

Jednak nie bardzo mi się chce nad tym pochylać. To bardzo gorący, polityczny i kampanijny temat. Wejście w kwestię LGBT nie sprzyja rozważaniom z zachowaniem dystansu. Dlatego wolę napisać o nie mniej ciekawych przypadkach konfliktu wolności słowa recenzentów utworów i wydarzeń kulturalnych z reprezentantami naszej „kultury oburzenia” i płatkami śniegu, które nie znoszą krytyki swoich artystycznych dokonań.

 

Na przykład muzykowi i prowadzącemu telewizyjne „Koło fortuny”, Rafałowi Brzozowskiemu, nie spodobała się recenzja jego płyty. Postanowił dochodzić naruszenia swoich dóbr osobistych w sądzie. Dobra te, zdaniem artysty, naruszały dwie recenzje napisane przez dziennikarza muzycznego Pawła Walińskiego, w których recenzent o Brzozowskim pisze m. in. „jest ładny, ma ciepły głos, pisze piosenki proste, łatwe i przyjemne. Gładki jest jak galaretka i podobnie do niej oślizły”, nazywając go w innym fragmencie „beztalenciem”.

 

To sprawa nowsza. Głośniejsza była ta sprzed kilku lat, gdy w publikacji w serwisie społecznościowym Tomasz Raczek porównał film „Kac WAWA”. do „nowotworu złośliwego”. Producent nie wytrzymał i pozwał krytyka. Ta głośna swego czasu historia jest trochę „snowflejkowa” w swoim charakterze ale nie bardziej niż to, co wydarzyło się w 2012 roku, gdy reżyserka dzieła „Big love”, Barbara Białowąs, postanowiła „skonfrontować się” z recenzentem Michałem Walkiewiczem.

 

W jego recenzji filmu czytamy m. in. „Opowiedziany językiem, którym wstyd już opowiadać, prawiący banały, których nie sposób już słuchać. Stawiający w centrum nie bohaterów, ale jakieś koszmarne klisze z prasy młodzieżowej, i to tej z czasów raczkującej demokracji. (…) Finał, w którym bohaterka zwraca się bezpośrednio do widza i zachęca go, by ‘wyluzował’, jest gwoździem do trumny całego przedsięwzięcia”.

 

   Białowąs zadzwoniła do redakcji i umówiła się na spotkanie z recenzentem. W siedzibie serwisu Filmweb odbyła się rozmowa twórczyni filmu z krytykiem, w której ta pierwsza próbowała mu wyjaśnić, że się myli, bo „jego interpretacja poszła nie w tym kierunku” a „ona jest przedstawicielką postmodernizmu”. Cóż, przynajmniej Walkiewicz uniknął procesu, ale zachowanie Białowąs wpisuje się w kanon śnieżynkowych zachowań – kompletnego braku przygotowania na krytykę i niepozytywne opinie.

 

Ciekawe czy dzisiejsze płatki śniegu z artystycznymi pretensjami zniosłyby Antoniego Słonimskiego i jego złośliwe recenzje. Pisał np. (w 1934 r.) o jednym z przedstawień warszawskich – „Simona kocha Tony’ego, Andrzej Salicel kocha Simonę, Simona nie kocha Andrzeja Salicela, a Tony kocha Simonę. Potem Tony już nie kocha Simony, Simona kocha Andrzeja, a Andrzej kocha Simonę. Ta wstrząsająca tragedia serc ludzkich opowiedziana jest z lekkością i błyskotliwością, jaką odznacza się stary nocnik wyrzucony na śmietnisko. Lekkie to, ma połysk, ale usiedzieć już na tym nie sposób”. W czasach Słonimskiego w dobrym tonie było na podobną złośliwość odpowiedzieć błyskotliwie i… równie złośliwie. W śnieżynkowej „kulturze oburzenia” nie ma na to miejsca, pomijając już prosty fakt, że nikt w tym pokoleniu nie jest zdolny do wymyślenia czegoś dorównującego dowcipem i wyrafinowaną kąśliwością Słonimskiemu.

 

Jeśli wolność słowa w ogóle coś oznacza, to oznacza prawo do mówienia ludziom tego, czego nie chcą słyszeć”, powiedział kiedyś George Orwell. Jak daleko jesteśmy dziś od tej zasady? Jak daleko jesteśmy od znanej maksymy – „nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale po kres moich dni będę bronił twego prawa do ich głoszenia”, której, wbrew obiegowemu przekonaniu, autorem nie jest Wolter, lecz jego autorka jego biografi, Evelyn Beatrice Hall?

 

Trudno nie mieć wrażenia, że coraz dalej. Dziś zdaje się rodzić nowa wersja owej „wolterowskiej” maksymy – „nie zgadzam się z twoimi poglądami, więc są one hejtem, z którym walczyć ma prawo i państwo, po kres dni moich, twoich, i tego państwa”.

 

Mirosław Usidus

Podzieleni – GORAN ANDRIJANIĆ porównuje chorwackich i polskich dziennikarzy

WIDZIANE Z ZAGRZEBIA. Redaktorzy naczelni w Chorwacji lubią autorów, których mogą kontrolować i którzy są politycznie przewidywalni. Najprawdopodobniej i w Polsce szefowie gazet wolą takich dziennikarzy, ale faktem jest, że wielkość i wielorakość rynku medialnego daje polskim kolegom większe pole do manewru niż nam w Chorwacji.

 

Kiedy w zeszłym roku Stowarzyszenie Dziennikarzy Chorwackich (HND), największej organizacji zrzeszającej dziennikarzy w Chorwacji, przyznało doroczną nagrodę dziennikarce telewizyjnej Ivanie Petrović za korespondencje z Międzynarodowego Trybunału Karnego dla byłej Jugosławii, niektórzy z jej kolegów, byli tym wyborem niezadowoleni. Choć „niezadowoleni“ to stanowczo za mało powiedziane.

 

   Petrović, dziennikarka Novej TV, otrzymała nagrodę za sprawozdanie z ogłoszenia wyroku w Trybunale w Hadze dla generała chorwackich sił zbrojnych w Bośni i Hercegowinie Slobodana Praljaka, podczas którego oskarżony wypił truciznę i ostatecznie zmarł, na znak sprzeciwu wobec niesprawiedliwego – jego zdaniem – wyroku.

 

W uzasadnieniu podano, że dziennikarka otrzymała nagrodę za profesjonalne i bogate w ekskluzywne informacje sprawozdanie. Była m.in. pierwszą dziennikarką na świecie, która podała informację, że Praljak zmarł z powodu zatrucia jeszcze w sądzie, a nie – jak się twierdziło – w szpitalu.

 

Mimo to jednak aż dziesięciu członków HND nie zgodziło się z takim uzasadnieniem. Podpisali komunikat prasowy, w którym stwierdzili, że korespondencjom z Hagi brakuje „podstawowych elementów dziennikarskich”. Z tego też powodu zwrócili swoje nagrody stowarzyszeniu, które otrzymali w poprzednich latach.

 

Skąd taka niezgoda między członkami stowarzyszenia w ocenie pracy dziennikarki? To jasne, że stały za tym nie profesjonalne, ale ideologiczne powody.

 

HND jest jednym z najstarszych chorwackich stowarzyszeń w kraju, działa od 1910 roku, a swoją działalnością od 1990 roku zapisała się jako „lewicowo-liberalna” organizacja. Było to widoczne także w  kontekście nagród przyznawanych tekstom zorientowanym w tym kierunku politycznym. Nagroda przyznana dziennikarce znanej jako „konserwatywna”, której trudno zarzucić brak profesjonalizmu, była rzadkim odstępstwem od reguły. I tego wyjątku nie chcieli zaakceptować niektórzy członkowie NHD. Petrović była zwyczajnie „zbyt prawicowa”, aby mogła otrzymać taką samą nagrodę jak oni.

 

Przykład ten dobrze ilustruje, jak rzadkim zjawiskiem jest profesjonalna solidarność między chorwackimi dziennikarzami. Dziennikarze w Chorwacji nie mają poczucia wspólnoty czwartej władzy, której celem jest monitorowanie polityków bez względu na to, która partia rządzi. Zamiast tego, z pewnymi wyjątkami, skupieni są w ideologiczno-światopoglądowych frakcjach, z których każda ma swoje poczucie misji, a jest nią propagowanie określonej wizji politycznej o tym, jak ta młoda chorwacka demokracja miałaby wyglądać. Ci zaś dziennikarze, którzy mają inną wizję, nie są ich kolegami po piórze, ale nieprzyjaciółmi, których należy wyrzuć z dyskusji publicznej.

 

Jako dziennikarz pracujący w Chorwacji, ale także w Polsce wydaje mi się, że między scenami medialnymi obu państw istnieje wiele podobieństw (jak też i różnic). Jednym z podobieństw jest to, że większość dziennikarzy jest podzielona i skupiona w określonych światopoglądowo i ideologicznie grupach i coraz mniej jest tu miejsca dla tych, którzy chcą uczynić swoje dziennikarstwo choć trochę wolnym od politycznych, a pośrednio i partyjnych interesów.

 

Nie ma wątpliwości, że ten „kolektywizm” jest konsekwencją doświadczenia czasów komunizmu, kiedy dziennikarze byli – jak mawiano w byłej Jugosławii – „pracownikami społeczno-politycznymi”, a tym samym propagatorami idei politycznych. Ciężko się pozbyć starych nawyków czy to wśród Chorwatów, czy Polaków.

 

Byłoby przesadą wszystkie niedociągnięcia na scenie medialnej tłumaczyć konsekwencjami postkomunizmu, natomiast faktem jest, że w Chorwacji wciąż w dużej mierze dominują na tej scenie dziennikarze byłego reżimu lub ich światopoglądowi spadkobiercy. Mówimy przecież o państwie, w którym na przykład wiodące medium w kraju zatrudnia jako korespondentów z Watykanu, ludzi, którzy pisali o Kościele jeszcze w czasach komunistycznych, i to jasne w jaki sposób…

 

Jasne jest także, że w głównych prywatnych mediach dominuje światopogląd lewicowo-liberalny, co było najbardziej widoczne w 2013 roku, kiedy żadne z tych mediów nie poparło referendum o konstytucyjnej ochronie małżeństwa jako wspólnoty mężczyzny i kobiety. Nie zrobiły tego ani media mające status „konserwatywnych”, ani „prawicowych”.

 

Wydaje się , że mentalność postkomunistyczna dziennikarstwa, które nie potrafi działać bez politycznych ochroniarzy i które jest gotowe sprzedać swoją wolność słowa oraz służyć politycznej poprawności, nie jest zarezerwowane tylko dla „lewej” strony, ale często spotyka się je wśród „prawicowych” dziennikarzy czy tych, którzy się za takich uważają.

 

Wydaje mi się, że w Polsce ta wspomniana postkomunistyczna mentalność jest także widoczna. Mam jednak wrażenie, że także dziennikarze, którzy nawet mają formułę polityczną, bronią jej w sposób bardziej profesjonalny i elegancki moralnie niż ich chorwaccy koledzy.

 

W niedawnej rozmowie dla portalu SDP Rafał Ziemkiewicz chwali się:„Jestem jednoosobową firmą, która nazywa się >>Rafał Ziemkiewicz<<, świadczącą usługi różnym zleceniodawcom w granicach tego, na co się zgadzam. Poza tygodnikiem „Do Rzeczy”, który współzakładałem, nie ma takiego medium, z którym bym się identyfikował na sto procent. Przez te blisko 30 lat mojej aktywności udało mi się sporo ludzi przekonać do tego, że ten Ziemkiewicz to może mówi mądrze, może głupio, ale mówi co on sam uważa, nie służy żadnej partii ani żadnemu brandowi“.

 

Ziemkiwiczu i jego poglądach możemy myśleć co chcemy, ale trudno nie zgodzić się z tym, co twierdzi na temat swojej niezależności.  W Polsce jest wystarczająco wielu takich publicystów, którzy mogą się pochwalić tak ciężko zapracowanych statusem. W Chorwacji można takich policzyć na palcach jednej ręki.

 

Nawet, jeśli są gotowi pójść tą drogą, trudno jest im się przebić do głównych mediów.

 

Przed paroma miesiącami dziennik konserwatywny „Večernji list“ bez wyjaśnienia przerwał współpracę z Mato Mijiciem, młodym konserwatywnym analitykiem, który był jednym z ich najchętniej czytanych felietonistów. Ani „Večernji…“, ani Mijić, nie skomentowali tego kroku, ale jasne było, że dziennikowi nie odpowiadał styl pisania młodego analityka, nie szczędzącego słów prawdy i rządzącym, i opozycji.

 

Redaktorzy w Chorwacji lubią autorów, których mogą kontrolować i którzy są politycznie przewidywalni. Najprawdopodobniej i w Polsce naczelni wolą takich dziennikarzy, ale faktem jest, że wielkość i wielorakość rynku medialnego daje polskim kolegom większe pole do manewru niż nam w Chorwacji. To przestrzeń, w której możliwe jest unikanie takich redaktorów lub ich otwarte krytykowanie w walce o wolność dziennikarstwa.

 

Goran Andrijanić, dziennikarz chorwackiego portalu Bitno.net 

 

Tłum. Barbara Andrijanić

Presja newsa – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o stresie wśród dziennikarzy

Dziennikarz i fotoreporter należą do najbardziej stresujących zawodów świata. W badaniach wyprzedzają kadrę menadżerską i ratowników medycznych. Z czego to wynika?

 

W badaniach na temat stresu w pracy przodują Amerykanie. Wpisując w okno dialogowe wyszukiwarki hasło „most stressful jobs / profession” otrzymamy linki do wyników badań i metod ich przeprowadzenia oraz komentarzy. Dzięki corocznemu charakterowi tych analiz i publikacji łatwo można śledzić zachodzące zmiany. Jedno jednak jest pewne, w pierwszej dziesiątce znajdą się zawody medialne.

 

Tegoroczne zestawienie serwisu Career Cast[1], które szeroko komentowały media (m.in. CNBC)[2], otwiera żołnierz. Tuż za nim uplasowali się strażak i pilot. To zmiana, bo właśnie piloci najczęściej byli liderami rankingów najbardziej stresujących zawodów w poprzednich latach. Miejsce tuż za podium zajął policjant, a zaraz za nim znalazł się broadcaster, czyli reporter telewizyjny lub radiowy. Pozycja szósta należy do organizatora wydarzeń (event coordinator), a siódma do dziennikarza newsowego. Pierwszą dziesiątkę uzupełnili – specjalista ds. PR, menadżer wyższego szczebla i taksówkarz.

 

Career Cast przebadał przedstawicieli dwustu profesji. Ogólna tendencja jest zdecydowanie niekorzystna. Dwa lata temu 69% badanych zadeklarowało, że jest nadmiernie zestresowanych w pracy. W 2019 roku takiej odpowiedzi udzieliło aż 78% respondentów.

 

Co nas tak stresuje?

 

W pierwszej czwórce zawodów wymienionych w zestawieniu Career Cast (żołnierz, strażak, pilot i policjant) oczywiście najważniejszym powodem jest bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia i życia. Co jednak stresuje ludzi mediów? Tu we wskazaniach dominują dwa czynniki: presja czasu i konfrontacje z opinią publiczną, zarówno te bezpośrednie, w przypadku reportera prowadzącego rozmowy na ulicy, jak i w mediach społecznościowych.

 

W odróżnieniu od pracy menadżera, czy ratownika medycznego, aktywnych w warunkach intymnych, efekty działań dziennikarza są widoczne od razu i podlegają nieraz bardzo surowej ocenie. W mediach internetowych dochodzi do tego presja na „klikalność”, a we wszystkich (zwłaszcza w informacyjnych) wyścig o palmę pierwszeństwa. Być przed innymi to przecież znaczy: być cytowanym, być źródłem. Zapewne z tych powodów uśmiercono ostatnio przedwcześnie Adama Słodowego. Konflikt odpowiedzialności za słowo i konieczności weryfikacji danych z gonitwą za newsem i brakiem czasu na redagowanie komunikatów wyraźnie narasta.

 

Warto w tym miejscu zauważyć, że nie tak znów dawno były nie tylko godziny, ale i całe dni, w których świat medialny zamierał. W przypadku prasy codziennej sobotnie wydanie szło w piątek do druku i dziennikarze wracali do działań w niedzielę, żeby wydać gazetę na poniedziałek. Pojawiało się miejsce na głęboki oddech, refleksję, czy planowanie. Pod koniec drugiej dekady XXI wieku informacje napływają non stop. Świat pędzie w zawrotnym tempie. Podczas I Blog Forum Gdańsk guru social mediów Brian Solis mówił, że twitt „żyje” pół godziny, a dobry twitt półtorej. Redakcje aktywne na społecznościowych platformach mają więc do dostarczenia kilkadziesiąt komunikatów na dobę i to codziennie. Do tego dziennikarze rywalizują o uwagę nie tylko z innymi tytułami prasowymi, ale też z mistrzynią selfie, czy mistrzem mema.

 

Fotoreporter ma jeszcze gorzej?

 

Portal Top Resume[3] zestawił tylko pięć najbardziej stresujących zawodów. Lista w części pokrywa się z przedstawioną powyżej. Miejsce pierwsze zajmuje w niej strażak, drugie pilot, trzecie policjant, czwarte event coordinator, ale na pozycji numer pięć pojawia się fotoreporter. Ten zawód bardzo często znajduje się w wynikach zachodnich badań nad tym zagadnieniem. Fakt ten wywołał kilka lat temu ożywioną dyskusję w social mediach. Głos zabierali zwłaszcza ludzie robiący zdjęcia, nawet zawodowo, ale nie pracujący w redakcjach, bądź na ich rzecz. Byli mocno zaskoczeni, że ta profesja może wywoływać tak potężny stres. Zajrzyjmy na chwilę do uzasadnienia: „fotoreporterzy utrwalają chwile. O ile dziennikarz może coś poprawić, ulepszyć, lub uzupełnić w swojej relacji, o tyle fotografie są nie do powtórzenia”. Autorzy przywołanego materiału zwracają ponadto uwagę na miejsca pracy, do których należą również tereny konfliktów zbrojne, czy ulicznych przepychanek. Podkreślają też ryzyko aresztowania w krajach, w których nie szanuje się wolności prasy.

 

W fotoreporterskim środowisku w czasach odchodzenia od umów o pracę na rzecz samozatrudnienia mówiło się, że niektórzy gotowi są rzucać się pod gąsienice czołgów podczas defilady, byle mieć unikatowe ujęcie. W końcu zasada była prosta – nie publikujesz, nie zarabiasz. Należy też zwrócić uwagę na znaczny wzrost amatorskiej konkurencji. To już nie są czasy, kiedy oprócz samej umiejętności kadrowania, wyczucia chwili i światła, potrzebna też była wiedza na temat poprawnego wywołania filmu Fotopan HL i przygotowania odbitek. Prawie każdy ma w kieszeni urządzenie, którym zrobi zdjęcie lub nawet nagra krótki filmik. Przyjmuje się, że zawód fotoreportera będzie zanikał w związku z postępem technologicznym i, że nastąpi to szybciej, niż jednostki sztucznej inteligencji przejmą redagowanie krótkich komunikatów. To bez wątpienia też nie wpływa dobrze na samopoczucie moich dawnych kolegów po fachu. Gdy chwieje się dół piramidy potrzeb Abrahama Maslowa (poczucie bezpieczeństwa), trudno utrzymać równowagę psychiczną dzięki samorealizacji.

 

Te okropne social media

 

W XX wieku jedyne co mógł zrobić odbiorca mediów, to pokląć cicho lub głośno przed ekranem, przy radioodbiorniku lub nad płachtą gazety. Teraz jest inaczej. Każdy użytkownik dowolnej platformy społecznościowej w Internecie ma dziś prawo głosu. Prócz ewidentnych korzyści, jakie może odnieść autor z rozmowy z czytelnikami (w tym z ekspertami w omawianej dziedzinie), może spotkać się też z agresją. To niewielki wysiłek napisać nieprzychylny komentarz pod opublikowanym tekstem, a nawet „otagować” autora, chcą go zmusić do dyskusji. Przy czym od dziennikarzy wymaga się (na szczęście!) więcej. Na przykład tego, że nie puszczą im nerwy. Nie jest jednak tak, że zderzenie z wirtualną agresją zawsze spłynie po autorze, jak po kaczce woda. Mogą zdarzyć się chwile, w których straci spokojny sen, czas wolny poświęci na interakcje w sieci lub ponure rozmyślania na temat tego, co go właśnie przykrego spotkało. Biegłość w organizowaniu sobie dobrego wypoczynku i zdolność do szybkiego odreagowania to dziś istotne atuty w pracy w mediach. Brak tych umiejętności może prowadzić do wypalenia zawodowego, które WHO uznała ostatnio za chorobę.

 

Słowo na zakończenie

 

Wydaje się, że istotnymi elementami studiów lub kursów dziennikarskich powinny dziś być metody radzenia sobie ze stresem i zarządzania sobą w czasie, czyli walka z głównym stresorami. Do tego przydałaby się umiejętność organizacji dobrego wypoczynku i zdolności z zakresu dyskusji w mediach społecznościwych. Potrzebne są zatem nowe programy nauczania na nowe czasy.

 

Zbigniew Brzeziński

 


 

Wojciech Kreft, psycholog, wykładowca Wyższej Szkoły Pedagogicznej im. Janusza Korczaka w Warszawie:

 

Zmiany związane z nowymi technologiami, jakie zachodzą w świecie zawodów medialnych i wzrastający wpływ sieci społecznościowych powodują duży wzrost tempa i stresogenności pracy dziennikarzy, reporterów, fotoreporterów i wydawców. Wymagają dużo większej od przeciętnej odporności na bezpośrednią ekspozycję społeczną, ciągłe bycie on-line i podążanie za zmieniającymi się gustami różnych grup odbiorców.

 

Konieczne wydaje się, praktyczne i warsztatowe uczenie przyszłych mistrzów tych sztuk różnych technik i metod radzenia sobie ze stresem oraz zarządzania sobą w czasie. Umiejętności wyłączania się „slow down” i bycia „off-line”, techniki szybkiej regeneracji i efektywnego wypoczynku to niezbędne dla nich kompetencje.

 

 

[1] https://www.careercast.com/jobs-rated/most-stressful-jobs-2019?page=0

[2] https://www.cnbc.com/2019/03/07/the-most-stressful-jobs-in-america.html

[3] https://www.topresume.com/career-advice/top-5-most-stressful-professions

W imię pieniędzy – MIROSŁAW USIDUS o służeniu Google’a i Facebooka cenzorom, dyktatorom i zamordystom

Uprawiające cenzorską samowolkę w Polsce globalne platformy są jednocześnie posłusznymi fagasami rządów domagających się wycinania politycznie niewygodnych treści. Można by powiedzieć, że Google i Facebook są konsekwentne – walczą z gwarantowaną przez polskie prawo wolnością słowa tak samo jak… w krajach walczących z wolnością słowa. Po prostu zawsze są przeciw wolności słowa. Ja to jednak nazwę hipokryzją, bo u nas cenzurują w imię mętnych „wartości” a gdzie indziej  dla kasy, by interes się kręcił.

 

Monsanto, firma agrochemiczna, która zyskała nieco kontrowersyjną sławę za sprawą pestycydów stosowanych w rolnictwie i GMO, nie tylko włożyła w ostatnich latach wiele wysiłku w dyskredytowanie śledztw dziennikarskich w mediach, ale też dobrze płaciła Google’owi za tłumienie niewygodnych materiałów w wyszukiwarce.

 

   Carey Gillam, dziennikarka firmy Reuters, kilka lat temu napisała wiele artykułów o skutkach zdrowotnych stosowania produktów Monsanto. W ramach „zarządzania kryzysem” firma nie tylko publikowała w mediach artykuły podważające ustalenia dziennikarki, ale jak twierdzi „The Guardian” zapłaciła Google’owi sporo pieniędzy za promowanie w wyszukiwarce linków do materiałów, które kwestionują ustalenia Gillam. Niby to ciągle owo „zarządzanie kryzysem komunikacyjnym”, ale pozostaje nieprzyjemne wrażenie, że ludzie oczekujący obiektywnych wyników wyszukiwania w Internecie zostali zmanipulowani. I Google wziął za to forsę.

 

Gdy Carey  Gillam w 2017 roku przygotowywała się do wydania swojej książki pt. „Whitewash: The Story of a Weed Killer, Cancer, and the Corruption of Science”, Monsanto jak donosił „The Guardian” była w stanie pełnej mobilizacji. Przygotowała plan składający się z 23 kroków, neutralizujących wymowę faktów zgromadzonych przez Gillam. Wśród tych działań było m. in. pozycjonowanie w Google strony internetowej, przygotowanej przez krytykowaną korporację, która miała się w Google ukazywać jako  pierwszy wybór, gdy ludzie wyszukiwali nazwisko „Gillam”. A zatem ludzie szukali niewygodnych dla Monsanto informacji i dostawali stronę przygotowaną przez Monsanto. A Google na to pozwalał, bo, jak twierdzi „Guardian”, dostał za to pieniądze.

 

Stare google’owe hasło „Don’t be evil” (najlepiej chyba przetłumaczyć na „Nie czyń zła”) brzmi w tym kontekście jak złośliwy dowcip. Jednak Google wciąż na pokaz ma usta pełne frazesów i zawsze gotowa jest pouczać każdego dookoła, co jest w Internecie właściwe. I cenzurować, banować, manipulować wynikami wyszukiwania, bez mrugnięcia okiem przekonując, że reprezentuje „standardy” i etykę nigdy dotychczas w biznesie i w mediach niespotykaną.

 

Google zrobi dla was wszystko, cenzorzy i dyktatorzy

 

Piękną historią obłudy i lawiranctwa jest historia Google w Chinach. Wyszukiwarkowy potentat operując w tym kraju przestrzegał chińskiej polityki cenzury w Internecie, znanej pod hasłem „The Great Firewall of China” do marca 2010 roku. Wyniki wyszukiwania na Google.cn były filtrowane, aby nie zawierały wyników postrzeganych jako szkodliwe dla Chińskiej Republiki Ludowej. Google tłumaczył, że cenzura jest konieczna, aby powstrzymać rząd chiński przed całkowitym zablokowaniem Google’a, co miało wcześniej już miejsce w 2002 roku. Narracja Google’a była trochę jak tłumaczenia komunistów zainstalowanych przez ZSRR po II wojnie w Polsce – „lepiej, że my was uciskamy, niż mieliby to robić bezpośrednio Sowieci”.

 

Wielu chińskich użytkowników Internetu jednak nie doceniało tego niesłychanego „poświęcenia” Google’a i krytykowali „nie czyniącą zła” wyszukiwarkę za współpracę z chińskim rządem w represjonowaniu obywateli ChRL, szczególnie tych, którzy sprzeciwiają się rządowi i opowiadają się za prawami człowieka. Co więcej, postawa Google została oficjalnie potępiona i określona jako hipokryzja przez Ruch Wolnych Mediów,  Reporterów bez Granic, Human Rights Watch i Amnesty International.  W marcu 2010 r., po tym jak rozmowy z władzami chińskimi nie doprowadziły do porozumienia, firma przeniosła swoją usługę Google China do Google Hong Kong, która znajdowała się poza jurysdykcją chińskich przepisów. Według wielu raportów, strona ta jednak także jest cenzurowana.

 

Kolejny krok w tym kontredansie nastąpił w ubiegłym roku, gdy ujawniono, że Google pracuje nad specjalną wersją swojej wyszukiwarki do użytku w Chinach, która miałaby cenzurować treści zgodnie z ograniczeniami nałożonymi przez rząd chiński. Projekt ten był znany pod kryptonimem Dragonfly. Wzbudzał on oburzenie nie tylko ludzi spoza firmy ale również wielu pracowników Google’a. Ostatecznie został zawieszony. Czas pokaże, czy na zawsze, bo z Chin wciąż dochodzi do wrażliwych na dochody google’owych nozdrzy, kusząca woń wielkiego biznesu na ogromnym chińskim rynku.

 

Inny wielki rynek – indyjski – też jakoś czyni Google’a potulnym i dyspozycyjnym. W 2016 r. tamtejsze Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej ujawniło, że Google zgodziło się na cenzurowanie wyników wyszukiwania i reklamy dotyczącej badań płci dzieci nienarodzonych, co jest nielegalne w Indiach.

 

Już badanie opublikowane w 2002 r. wykazywało, że Google usuwa setki stron z niemieckiej i francuskiej wersji wyszukiwarki. Oczywiście chodziło o neonazistów, antysemitów, islamskich ekstremistów, ale też co najmniej jedną stronę internetową „fundamentalistów chrześcijańskich”. Oczywiście w Niemczech Google na żądanie rządu cenzuruje również pornografię. Cenzura polega na usuwaniu stron z wyników wyszukiwania.

 

W marcu 2018 r. Google usunął z listy wyników wyszukiwania w Szwecji stronę, po tym jak w tamtejszych mediach rozpętała się kampania krytyki przeciw Google, YouTube i Facebookowi. Prym wiodły tabloid „Expressen” i dziennik „Dagens Nyheter”. Usunięta strona zawierała akcenty antysemickie, ale również krytykowała wydawnictwo Bonnier Group i jego przemożny wpływ na opinię publiczną. Smaczku sprawie dodaje fakt, że grupa Bonnier jest właścicielem gazet, które atakowały platformy internetowe. W dodatku treści publikowane na stronie są w Szwecji całkowicie legalne. A więc Google cenzurował treści nie na podstawie przepisów prawa tylko lobbingu medialnego. Ministrowie szwedzkiego lewicowego rządu stanęli po stronie mediów domagających się pozaprawnej, politycznej cenzury i zagrozili Google’owi konsekwencjami. Google ostatecznie usunął stronę w Szwecji z wyników wyszukiwania, znajdując pretekst w postaci roszczeń dotyczących praw autorskich.

 

W kwietniu 2018 r. przedstawiciele Google wziął udział w spotkaniu z fanami cenzury politycznej z lewicowego szwedzkiego rządu w celu „omówienia roli firmy wyszukiwawczej w krajobrazie medialnym”. Google zgodził się dopracować swoje algorytmy, a także zatrudnić więcej pracowników, aby upewnić się, że „groźby i nienawiść” (hot och hat) zostaną wyeliminowane z wyszukiwarki Google i filmów na YouTube. Oczywiście są to działania w żaden sposób nie związane w orzecznictwem sądów, a Szwecja wciąż jest na czele przeróżnych rankingów w sferze wolności mediów, ale to już inna historia.

 

O podwójnych standardach należącego do Google YouTube można by długo. Przypomnijmy kilka najbardziej charakterystycznych historii. We wrześniu 2007 r. YouTube na żądanie władz egipskich zablokował konto egipskiego działacza Waela Abbasa, który zamieścił tam nagrania wideo na temat brutalności policji, nieprawidłowości w wyborach i antyrządowych demonstracji pod rządami reżimu Mubaraka. Wkrótce potem jego konto zostało przywrócone. Ale nie każdy miał takie szczęście

 

Zwłaszcza, że niedemokratyczne rządy miały prosty bat na łase na odsłony i dochody platformy. W 2006 r. Tajlandia zablokowała dostęp do YouTube po tym jak zidentyfikowano dwadzieścia „obraźliwych” filmów wideo, które nakazano usunąć. W 2007 r. turecki sędzia nakazał zablokowanie YouTube w kraju ze względu na nagrania wideo obrażające Mustafę Kemala Atatürka.  W lutym 2008 r. pakistański urząd ds. telekomunikacji zakazał działalności YouTube w tym kraju, co, nawiasem mówiąc, przypadkowo zablokowało dostęp do serwisu na całym świecie na kilka godzin. Zakaz został zniesiony po tym, jak YouTube usunął kontrowersyjne komentarze dotyczące islamu, wygłoszone przez urzędnika holenderskiego rządu!

 

Można? Można. YouTube służy i słucha cenzorów i dyktatorów. Potrzebny tylko bat.

 

W 2016 roku YouTube uruchomił specjalną zlokalizowaną pakistańską wersję swojej strony internetowej dla użytkowników w Pakistanie, na której cenzuruje treści uznane przez rząd pakistański za bluźniercze. Zasady cenzury zostały spisane w specjalnej umowie serwisu z rządem Pakistanu. W rezultacie władze tego kraju zniosły zakaz korzystania z YouTube.

 

Facebook reaguje na komendę – „służyć!”

 

Wymieniany zwykle w parze z Google’m serwis Facebook ma może trochę mniej pretensji aby być wyznacznikiem standardów etycznych. Hipokryzji przedstawicielom tej platformy jednak również nie brakuje. Gdy z gębami pełnymi frazesów o „tolerancji”, „mowie nienawiści” „zwalczaniu fake newsów” łamią zasady wolności słowa, choćby w Polsce, w krajach, w których demokracji i wolności jest tyle co kot napłakał, przyjmują postawę posłusznego pieska, który natychmiast reaguje na komendę: „Służyć!”.

 

W lipcu 2018 r. grupa kilkunastu amerykańskich kongresmanów z obu partii wysłała list do prezesa Facebooka Marka Zuckerberga (również do prezesa Google Sundara Pichai), wzywając ich do odrzucenia żądań rządu wietnamskiego dotyczących usunięcia publikacji „niesłusznych” politycznie. Wprowadzane wówczas w Wietnamie prawo nakładało na firmy internetowe, takie jak Facebook i Google, obowiązek usunięcia treści w ciągu 24 godzin od otrzymania wniosku od rządu. Amerykańscy parlamentarzyści szczególnie zaniepokojeni byli cenzurowaniem kont Wietnamczyków z amerykańskim obywatelstwem. „Jeśli rząd wietnamski zmusza wasze firmy do pomocy i podżegania do cenzury, jest to problem, który należy podnieść na szczeblach dyplomatycznych”,  pisali kongresmani. Jednak Facebook, co pokażą dalsze przykłady, nie potrzebuje obrony ze strony instytucji dyplomatycznych i demokratycznych. Po prostu jest gotów słuchać poleceń zamordystów, zwłaszcza, gdy ci dają zarobić.

 

W 2016 r. Mark Zuckerberg był cały w skowronkach na temat swoich ciepłych relacji z chińskimi liderami, w tym z przewodniczącym KPCh Xi Jinpingiem. Wielokrotnie odwiedzał ten kraj, aby spotkać się z najwyższymi oficjelami odpowiedzialnymi za Internet. Uczył się nawet mandaryńskiego. Jak informowali obecni i byli pracownicy Facebooka, sieć społecznościowa bez rozgłosu przygotowywała oprogramowanie, które służyć miało do tłumienia postów w określonych obszarach geograficznych. Chodziło głownie o Chiny, wielki rynek, gdzie sieć społeczna była (i jest) blokowana. Z tych informacji wynika, że dla wielkiego rynku w państwie środka i wielkiej forsy z tego wynikającej, Zuckerberg był gotów występować w roli podwykonawcy rygorystycznej chińskiej cenzury politycznej.

 

W Turcji, Indiach, Pakistanie i Maroku Facebook rutynowo cenzuruje komentarze na zamówienie polityczne władz. Ściśle współpracuje też z rządem Izraela. A społecznościowe grupy palestyńskie są tak represyjnie blokowane, że powstał nawet specjalny hashtag, #FbCensorsPalestine, sygnujący treści dotyczące współpracy Facebooka w rządem Izraela. Na żądanie władz Myanmaru Facebook masowo usuwał posty ofiar rzezi muzułmańskiej mniejszości etnicznej muzułmanów (znanej jako Rohingya).

 

W Europie Facebook też słucha rządów domagających się cenzurowania treści. W czerwcu 2017 r. niemiecka policja najechała dziesiątki domów osób podejrzanych o obraźliwe posty w mediach społecznościowych. Jak podawał „The New York Times”, było to połączone z rewizjami w mieszkaniach i przesłuchaniami. Na polecenie władz niemieckich Facebook usunął wtedy dziesiątki tysięcy materiałów na platformie i od tego czasu posłusznie regularnie usuwa ich coraz więcej. Podobne żądania ma rząd Wielkiej Brytanii, a Facebook słucha go i mu służy.

 

Nie nienawiść do religii, lecz nienawiść do wolności

 

   A teraz pomyślmy o pewnym kraju nad Wisłą, w którym, według niektórych opinii, zagrożona jest demokracja i praworządność, a który walczy z Google’m i Facebookiem o to, by platformy przestrzegały wolności słowa, gwarantowanej przez jego Konstytucję. Gdy YouTube wycina filmy z wypowiedziami przedstawicieli Kościoła i komentatorów na temat LGBT, to, czy robi coś dokładnie przeciwnego do swojej posłusznej islamskim duchownym polityki w Pakistanie, czy też może jest konsekwentne? I tu i tam jest przeciw wolności.

 

I w dodatku jego działania na obszarze Polski są, przynajmniej wedle mojej opinii, niezgodne z prawem. Pisałem niedawno o procesie wytoczonym Facebookowi przez Macieja Świrskiego. W interesie znacznie większej społeczności niż społeczność Facebooka, właściwie wszystkich Polaków, jest wyjaśnienie, do jakiego stopnia w kraju, w którym obowiązują konkretne przepisy prawa i Konstytucja, ludzie Marka Zuckerberga mogą sobie na swojej platformie kierować się „standardami”, które są inne niż prawo obowiązujące na terenie Rzeczypospolitej Polskiej.

 

Wcześniej komentowałem umowę, którą Ministerstwo Cyfryzacji podpisało z przedstawicielami Facebooka, otwierającą drogę polskim użytkownikom społecznościówki weryfikacji odmowy dotyczącej odwołania od decyzji o blokadzie treści na ich profilu przez tzw. „punkt kontaktowy”. Wówczas, jak zapewniali przedstawiciele resortu, Polska była pierwszym krajem, w którym coś takiego ma być możliwe.

 

Nie mam jednak przekonania czy owa umowa w jakikolwiek skuteczny sposób bronić będzie polskiego prawa i gwarantowanych w nim wolności. Mam nadzieję, że polskie władze stać na twarde postawienie sprawy, tak jak zrobiły to Indie, Turcja czy Pakistan, albo też Niemcy czy Szwecja. Tylko, że w naszym przypadku byłoby to twarde postawienie sprawy nie w imię cenzury i ograniczeń wolności, lecz w obronie wolności słowa. Zablokować Facebooka i YouTube, dopóki nie zaniechają cenzury politycznej? Dlaczego nie? Bylibyśmy pierwsi na świecie.

 

Właściwie jedynym rządem, o którym wiem, że ma podobne podejście jest administracja prezydenta Trumpa w USA. Działania w ojczyźnie gigantów internetowych będą mieć znaczenie dla wszystkich na całym świecie, pod warunkiem, że coś w ogóle tam zajdzie. Według doniesień mediów, Biały Dom opracował projekt rozporządzenia wykonawczego w celu rozwiązania problemu  cenzury politycznej i skrzywienia antyprawicowego Big Tech, które widoczne jest jak na dłoni nawet dla ślepego.

 

Jaki ostatecznie ten akt będzie miał kształt i czy  ogóle wejdzie w życie, jest niejasne. Paradoksalnie, choć intencją Trumpa jest występowanie w imię pierwszej poprawki do amerykańskiej konstytucji mówiącej o wolności słowa, narzucanie przez rząd prywatnym platformom czegokolwiek, nawet wymogu przestrzegania wolności słowa, może być uznane za naruszenie amerykańskiej konstytucji. Jest jeszcze prawo z 1996 roku o nazwie „Communication Decency Act”, która zarówno chroni platformy internetowe przed odpowiedzialnością za treści zamieszczane przez ich użytkowników, jak i upoważnia firmy do usuwania treści bez obawy przed odpowiedzialnością. To podstawa swobody Google’a i Facebooka w zarządzaniu treściami, czyli także w politycznym cenzurowaniu.

 

Pozornie wydaje się, że YouTube zablokowało homilię arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, bo nie jest islamskim mułłą. Ale, gdyby się głębiej zastanowić, to nie. Przecież w Pakistanie, gdzie YouTube Google’a „służy”, gdyby mułła będący związany z rządem nakazał wycięcie kazania innego mułły, który mu się nie podoba, to posłuszne YT by to natychmiast zrobiło.

 

Prawdziwą przyczyną jest więc tak naprawdę to, że Google, właściciel YouTube, ma całkowicie gdzieś wolność, liczy się tylko z siłą i pieniędzmi. A jedynym dylematem, jaki przeżywa, jest szukanie skutecznego sposobu ukrycia faktu, że wolność nie ma dla tych hipokrytów żadnego znaczenia. A ponieważ ma pieniądze, może zapłacić za ukrywanie tego faktu. Na szczęście coraz słabiej mu to idzie.

 

Mirosław Usidus