Flirt z „hejtem” – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o źródłach informacji w social mediach

Czy wyobrażamy sobie prawo, które reguluje, z kim dziennikarz może rozmawiać? Czy media społecznościowe to dobre miejsce do kontaktu z informatorami? Kim są „hejterzy” i „trolle”?

 

W czerwcu 2015 roku Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Kielcach wydała nakaz likwidacji hodowli bizonów w Kurozwękach, ponieważ mogły zagrażać mieszkającym setki kilometrów od świętokrzyskiego żubrom. Sprawa zdawała mi się na tyle irracjonalna, że zabrałem głos i włączyłem się w działania na rzecz ocalenia stada. W dyskusji w mediach społecznościowych pojawili się nagle zwolennicy wybicia bizonów w Polsce. Co ciekawe występowali jako ekolodzy i obrońcy praw zwierząt. Szybko też zajęli pole strony, która jest w tym sporze pokrzywdzona. W toku rozmowy na jedną z moich kolejnych uwag już nie dostałem odpowiedzi, tylko komentarz o treści: „hejter i agresor”. Zachowałem zrzut z ekranu w zbiorach ciekawostek na swój temat. Warto więc pamiętać, że kontaktując się ze mną w kwestiach bizonów z Kurozwęk, kontaktujecie się Państwo ze zdiagnozowanym „hejterem”. Nie dotyczy to jednak żadnego innego zagadnienia. Tu pojawia się kwestia podstawowa: czy owym „hejterem” się jest, czy może tylko się nim bywa? Jak rozpoznać z kim mamy do czynienia?

 

Kłopot z definicjami

 

Nie ma oficjalnych, obowiązujących definicji „trolla” i „hejtera”. Nie występują w polskim prawie, nie ma też takich profesji w „Klasyfikacji zawodów i specjalności” uaktualnianej przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Czy zatem staje się nimi każdy, kogo takim mianem się określi (np. jak ja w kwestii bizonów)?

 

Tu nie ma prostych odpowiedzi – mówi Mirosław Usidus, ekspert w dziedzinie mediów społecznościowych. – W przypadku „trolli” i „trollowania” mówimy o pojęciach bardzo starych, oczywiście z perspektywy Internetu. Zrodziły się jeszcze w świecie pierwotnych grup dyskusyjnych i komunikacji IRC (Internet Relay Chat). Użytkownikom tych archaicznych kanałów chodziło przede wszystkim o określenie pewnego typu osobowości i zachowań wyrażanych w dyskusjach, a nie postaw politycznych. Nie jest więc jeszcze „trollem” ktoś, kto ma inne poglądy, czy jest chamski. Jest być może tylko przeciwnikiem, oponentem, albo po prostu chamem. „Trollem” zostanie dopiero wtedy, gdy zacznie „trollować”, czyli dyskutować w specyficzny sposób. W świetle badań psychologicznych i socjologicznych użytkowników mediów społecznościowych można stwierdzić, że „troll” to cwany psychopata z sadystycznymi skłonnościami, który żyje dzięki temu, że na niego zwracamy uwagę. Wcale przy tym nie musi być anonimowy.

 

Wygląda więc na to, że, być może z braku wiedzy, media starają się nadać temu pojęciu nowe, jeszcze bardziej przerażające znaczenia, oderwane przy tym całkowicie od źródła (jak np. lansowany termin „farma trolli”, rozumianej jako zorganizowana grupa ludzi, biorących pieniądze za szkalowanie oponentów przy wykorzystaniu anonimowych kont). Myślę, że badania na temat motywacji samych „trolli” (oczywiście w szerszym kontekście, w końcu osoby tak określane potrafią dewastować komunikację związaną z dowolnym, z jakichś przyczyn interesujących ich, zagadnieniem) byłyby bardzo interesujące. Obserwując w mediach społecznościowych, chociażby obie strony obecnego sporu politycznego w Polsce, dochodzę do wniosku, że wielu „walczy” z przyczyn, które zapewne oceniają jako ideowe i bez wątpienia nie zgodzi się przy tym z określeniem siebie mianem „trolla”.

 

Kim więc jest „hejter”?

 

   Mirosław Usidus:W tym wypadku sprawa jest jeszcze trudniejsza. Można wprawdzie wrócić do angielskiego słowa „hate” („nienawidzić”), aby uznać za błędne dziewięćdziesiąt pięć procent użyć pojęcia „hejt” w Internecie, ale wydaje mi się, że to nie ma sensu, bo terminy „nienawiść”, „nienawidzić” oraz już właściwie polskie słowo „hejt” są odrębnymi pojęciami i chyba już nawet nie synonimami.

 

Słowa te potwierdza „Słownik języka polskiego” PWN w wersji online, w którym hasło „hejtować” pojawiło się w 2017 roku. Zdefiniowano ten termin w następujący sposób: „zamieszczać w Internecie obraźliwe lub agresywne komentarze”. Nieco inaczej rozwinięto pojęcie „hejter”: „(potoczne) osoba wyrażająca opinie pełne nienawiści, negatywności”. To słówko trafiło już w 2016 roku do „Wielkiego słownika ortograficznego” PWN pod red. E. Polańskiego.

 

Ad rem

 

Z raportu „Dziennikarze a social media 2012” przygotowanego na zlecenie Multi Communications wynika, że z mediów społecznościowych korzystało wówczas 85% żurnalistów, a 23% czyniło to w celach zawodowych. Tylko 43% uważało znalezione informacje za wiarygodne. W tym miejscu należy jednak zaznaczyć, że największą wiarygodnością i popularnością cieszyły się blogi.

 

W kolejnej fali badań „Dziennikarze i social media 2014” (Multi Communications, Instytut Monitorowania Mediów i Millward Brown) czytamy, że już 92% dziennikarzy korzystało z mediów społecznościowych. W tym okresie blogi zaczęły tracić na znaczeniu na rzecz Facebook’a i YouTube’a. Mniej więcej połowa dziennikarzy uważała znalezione treści za mało wiarygodne. Czego szukali pięć lat temu? Tematów do materiałów, tego co szczególnie interesuje użytkowników, o czym dyskutują, opinii w tym przede wszystkim komentarzy eksperckich.

 

Potwierdzają to badania Press Institute „Dziennikarze a media społecznościowe” za 2016 rok, według których 82,6% badanych korzystało z nich w celach prywatnych i zawodowych, a 4,6% deklarowało tylko te pierwsze. Z tej analizy otrzymujemy jeszcze jeden istotny rezultat. Otóż 70% badanych używało ich do nawiązywania bezpośredniego kontaktu ze źródłami informacji.

 

Czy zatem użytkownik mediów społecznościowych, nazwany lub nienazwany „hejterem”, może być źródłem informacji? Odpowiedź jest, jak wynika z badań i zdrowego rozsądku, oczywista i brzmi „tak”. Czy chcielibyśmy prawa prasowego, które reguluje, z kim dziennikarz może rozmawiać, a z kim nie i jaki kanał oraz forma komunikacji są dozwolone? Odpowiedź jest równie oczywista i brzmi „nie”.

 

A może trzeba zalegalizować „czarny PR”?

 

Ten termin stracił na popularności. Warto w tym kontekście przypomnieć, że w 2009 roku branżę Public Relations zelektryzował komunikat o założeniu pierwszej firmy, która oferowała swoim klientom rozpowszechnianie negatywnych komunikatów na temat konkurentów. Maciej Budzich, czyli popularny bloger MediaFun napisał we wstępie do tekstu na ten temat: „nie wiem, czy traktować to jako żart, prowokację, jakiś element akcji wirusowej, czy poważną propozycję”.[1] Na końcu artykułu postawił pytanie: „Czy taka oferta znajdzie klientów”? Okazało się, że nie jest to w Polsce pomysł na biznes (a przynajmniej nie na legalny…). Domena: www.czarny-pr.pl świeci dziś pustką.

 

Czy zatem „zalegalizowanie” tego typu działalności (rozpowszechnianie negatywnych komunikatów na temat konkurencji opartych o prawdziwe dane) nie byłoby po prostu czytelne? Wtedy każdy wiedziałby, z kim ma okoliczność, bez wątpliwości i złudzeń dotyczących pobudek jego działania. Co o tym sądzi branża PR?

 

To jest niewyobrażalnie złe dla świata profesjonalnej komunikacji, że są ludzie, którzy chcą pisać o innych źle i robić na tym interesy. Przewracają się zasady budowane przez lata – mówi Mariusz Pleban, prezes OneMulti, członek Rady Związku Firm Public Relations i kilkukrotny wiceprzewodniczący tego gremium. – Branża Public Relations wypracowała w Polsce przez ostatnich trzydzieści lat standardy etyczne i każdy się może z nimi zapoznać[2].

 

Co się zmieni w świecie mediów po sprawie Emilii S?

 

Nic. Dziennikarze nadal będą używali mediów społecznościowych do utrzymywania kontaktów z informatorami. Będzie też można do nich tą drogą się odezwać. To są obecnie najzwyklejsze w świecie miejsca komunikacji, które wypierają coraz bardziej dawne kanały. Dziś nie trzeba przecież spotykać się po zmroku pod mostem na obrzeżach miasta, żeby przypadkiem nie być widzianym w pobliżu „źródła”, aby go przypadkiem nie ujawnić. Jeśli dziennikarze trafią tą drogą na ciekawy i aktualny trop, który do tego potwierdzą, to nim podążą. Środowisko nadal też będzie żyło nieco obok społeczności internetowych, na przykład nie radząc sobie z używaniem terminów i pojęć. Nikomu wreszcie (mam taką nadzieję!) nie przyjdzie do głowy wpisanie do Ustawy o prawie prasowym paragrafu, z kim dziennikarz może rozmawiać, a z kim nie, albo jakim kanałem może to robić.

 

***

 

Kwestię kontaktów Emilii S, nazywanej przez część mediów „hejterką”, z dziennikarzami podnosiły ostatnio zarówno WirtualneMedia,[3] jak i Press.[4] Obie redakcje powstrzymały się przy tym od komentarzy. Cóż się dziwić, skoro według przywołanego raportu Press Institute 81,1% badanych wykorzystuje media społecznościowe do kontaktu z rozmówcami i źródłami informacji.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.mediafun.pl/czarny-pr-oficjalnie/

[2] https://zfpr.pl/kodeks-dobrych-praktyk/

[3] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/emilia-s-internautka-oczerniajaca-sedziow-z-wiceminister-sprawiedliwosci-lukasz-piebiak-ustalala-tekst-z-wojciechem-biedroniem-z-sieci

[4] https://www.press.pl/tresc/58271,jak-dziennikarze-pomagali-hejterce-emilii

27 lat temu ostatni raz widziano Jarosława Ziętarę

W niedziele, 1 września, w Poznaniu przy tablicy upamiętniającej dziennikarza Jarosława Ziętarę,  na ulicy Kolejowej 49 spotkali się ludzie mediów z Wielkopolski oraz znajomi zamordowanego. Wśród nich Krzysztof Kaźmierczak, redakcyjny kolega Jarka. Oprócz zniczy i kwiatów przygotowano też bezpłatną broszurę zawierającą kompendium historii tragicznych losów reportera,  autorstwa Kaźmierczaka.

 

27 lat temu pierwszy września przypadał we wtorek. Tego dnia, około godziny 9.00 rano po raz ostatni widziany był 24-letni, poznański dziennikarz.  Wyszedł z domu, przy ulicy Kolejowej 49 i według zeznań świadków w dwóch procesach toczących się w Sądzie Okręgowym w Poznaniu,  wsiadł do rzekomego radiowozu i odjechał. Odjechał prawdopodobnie w towarzystwie mężczyzn ubranych w mundury policji. Do redakcji Gazety Poznańskiej, w której pracował, już nigdy nie dotarł. Do dziś nie odnaleziono ciała Ziętary, nie wiadomo też kiedy dokładnie zginął, ani kto go zabił.

 

W Poznaniu znajdują się dwa miejsca upamiętniające Jarosława Ziętarę. Pierwsze to ulica jego imienia,  która znajduje się przy budynku gdzie w 1992 roku mieściła się siedziba Gazety Poznańskiej. To miejsce pracy, do którego Ziętara nie dotarł 27 lat temu. Drugą lokalizacją jest tablica przy ulicy Kolejowej 49 na poznańskim Łazarzu. Na murze kamienicy, gdzie dziennikarz wynajmował mieszkanie widnieje napis: „W tym domu mieszkał Jarosław Ziętara. Porwany 1 września 1992 r. Zginął bo był dziennikarzem”.

 

Oba te symbole upamiętnienia  powstały z inicjatywy Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary, który do dziś walczy o wyjaśnienie okoliczności śmierci reportera. Od września br., po wakacyjnej przerwie kontynuowane będą dwa procesy związane z losami Ziętary. Jeden o podżeganie do zabójstwa poznańskiego dziennikarza. O czyn ten oskarżony został były senator, twórca pierwszych kantorów wymiany walut w Polsce Aleksander Gawronik, który nie przyznaje się do winy i czuje się niesłusznie oskarżony. W drugim procesie oskarża się Mirosława R., pseudonim „Ryba”, i Dariusza L., pseudonim „Lala” o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie Ziętary. „Ryba” i „Lala” to dwaj ochroniarze z firmy Elektromis, należącej do biznesmena Mariusza Ś., którzy przebrani za policjantów, mieli porwać dziennikarza spod jego mieszkania w Poznaniu i przekazać zabójcom. W Krakowie trwa jeszcze trzecie śledztwo, które ma ustalić, kto zabił Jarosława Ziętarę.

 

Trudno dziś przesądzić czy sprawy sądowe i toczące się śledztwo wyjaśnią wszystkie niewiadome tej zbrodni. Nie wiadomo też czy udowodnią winę oskarżonym,  czy może w sposób wiarygodny oczyszczą ich z zarzutów. Czy bliscy dowiedzą się gdzie znajdują się szczątki zamordowanego dziennikarza i będą mogli po tylu latach go pochować. I dla mnie osobiście bardzo ważne pytanie: Czy Jarka można było uratować z rąk oprawców? Oba procesy od początku roku obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Na stronach SDP oraz CMWP zamieszane będą relacje z poszczególnych rozpraw.

 

Aleksandra Tabaczyńska

Nie ustąpimy ani na krok! – TOMASZ PLASKOTA o tym co polska prasa pisała w przededniu wybuchu II wojny światowej  

Jeszcze ważą się losy pokoju i wojny” – łudził w wydaniu z 30 sierpnia 1939 r. prorządzowy dziennik popołudniowy „Dobry wieczór! Kurier Czerwony” wydawany w Warszawie. Ale te słowa już nic nie znaczyły. Społeczeństwo gotowało się do wojny, która, jak przekonywała rządowa propaganda miał być szybka, łatwa i zwycięska…

 

Tragedia, która zmieniła świat miała rozpocząć się kilkadziesiąt godzin po ukazaniu się tekstu w „czerwoniaku”. „Biała wojna” nerwów, jak międzynarodowe napięcie polityczne w wyjątkowo ciepłym i słonecznym lecie 1939 r. określała polska i zagraniczna prasa kończyła się, a nadciągał najprawdziwsza i najkrwawsza w dziejach wojna.

 

Polska prasa już w lecie 1939 r. żyła zagrażającą nam wojną. Nie ma tu niestety miejsca na przegląd wszystkich polskich dzienników z tamtego okresu. Ograniczyłem się więc jedynie do kilku wybranych tytułów. Omówienie, nawet pobieżne tego co pisały tytuły prasowe w tamtym czasie byłoby rzecz wymagająca wiele miejsca i czasu. W tamtym okresie w Polsce wychodziło około 250 dzienników. Według danych statystycznych z końca 1937 r. w naszym kraju ukazywało się w sumie prawie 2500 czasopism. Już same liczby wskazują, że prasa była u schyłku II RP najsilniejszą gałęzią rynku medialnego. Nie była jednolita. Była zróżnicowana pod względem partyjnym. Duże stronnictwa polityczne, jak Obóz Narodowy, piłsudczycy, socjaliści, ludowcy dysponowali szeregiem dzienników, tygodników i periodyków. Własne czasopisma wydawały również małe organizacje polityczne. To był sposób walki o rząd dusz w społeczeństwie. Były też pisma katolickie, regionalne, lokalne.

 

Najpopularniejszym i największym dziennikiem w Polsce końca lat trzydziestych był wydawany w Krakowie „Ilustrowany Kurier Codzienny” sympatyzujący z sanacyjnym obozem rządowym. Gazeta wydawana przez koncern medialny Mariana Dąbrowskiego 30 sierpnia 1939 r. na stronie tytułowej opublikowała komunikat Polskiej Agencji Telegraficznej dotyczący kłamstw III Rzeszy o rzekomych prześladowaniach mniejszości niemieckiej w naszym kraju. Tekst opatrzono tytułem „Uroczysty protest Polski przeciw niemieckim kłamstwom, oszczerstwom i matactwom”. Poniżej zamieszczono relację z francusko-niemiecko korespondencji dyplomatycznej między premierem Edouardem Daladierem a kanclerzem Adolfem Hitlerem, którą zatytułowano: „Niemcy nie przyjmują ręki wyciągniętej do zgody”. 31 sierpnia, w ostatni dzień pokoju „IkaC” grzmiał z okładki: „Nie ustąpimy ani na krok!” cytując obszerne streszczenie przemówienia brytyjskiego premiera w Izbie Gmin. Szef brytyjskiego rządu zapewniał, że „Anglia niezłomnie i niezachwianie stoi przy Polsce”. Zapewniał, że jego kraj „pozostanie wierny swoim zobowiązaniom”. „Armia i flota Imperium Brytyjskiego stoi gotowa do zadania wrogowi pokoju ciosu decydującego”. Nie minął tydzień, a potwierdziło się szekspirowskie stwierdzenie, że to tylko „słowa, słowa, słowa”.

 

Przed wybuchem wojny nie brakło w prasie złudzeń. Jednym z przykładów jest tekst z 26 sierpnia 1939 r. „Robotnika”, organu prasowego Polskiej Partii Socjalistycznej, którego początki sięgają jeszcze czasów zaborczych.Berlińskie koła polityczne żywiły nadzieję, że sowiecko-niemiecki pakt o nieagresji wbije klin pomiędzy Londyn i Paryż, osłabi decyzję Wielkiej Brytanii i Francji, by stanąć u boku Polski, gdy Polska zostanie napadnięta” – pisał redaktor naczelny Mieczysław Niedziałkowski. Równie ważne dla autora cytowanego tekstu co oświadczenie brytyjskiego premiera Arthura Chamberlaina o wsparciu Polski w razie niemieckiej napaści było stanowisko brytyjskiego i francuskiego ruchu socjalistycznego. „W Berlinie liczono na to, że właśnie lewica brytyjsko-francuska zachwieje się, (…) Rezultat wypadł akurat odwrotny: decyzja walki wśród robotników angielskich i francuskich została jeszcze bardziej wzmocniona” – przekonywał. Marzenia o solidarności klasy robotniczej okazały się mrzonkami. Podobnie jak wiara w naszych sojuszników. Ani Francuzi, ani Brytyjczycy nie chcieli umierać za Gdańsk. Ale to nie była wina autora tego tekstu. Wierzył w to, co pisał. We wrześniu 1939 r. bronił Warszawy. Kilka miesięcy później został zamordowany przez Niemców w Palmirach w czerwcu 1940 r.

 

Złudzeń ani wątpliwości nie miał publicysta konserwatywnego „Czasu” jednego z najstarszych polskich dzienników, ukazującego się od 1848 r. w Krakowie, a od 1935 r. w Warszawie. „Znajdujemy się w chwili pełnego napięcia oczekiwania na rezultat wymiany propozycji czy zdań między kanclerzem Hitlerem i rządem angielskim. Mogą one jeszcze uratować pokój, o ile są realne, rzetelne, rzeczywiście definitywne i owiane duchem porozumienia” – pisał w tekście z 28 sierpnia 1939 r. autor kryjący się pod inicjałami A. G. Co prawda dawał czytelnikom odrobinę nadziei, że wojny da się uniknąć, ale podkreślał: „W Polsce jednak mało kto ma co do tego złudzenia, bo jak wierzyć i zaufać przeciwnikowi, który wysuwa pewne propozycje, a równocześnie koncentruje wojska na granicy, inspiruje i przeprowadza masowe akty agresji na terytorium sąsiada, nakazuje loty samolotów, terroryzuje ludność polską, podstępnie podpala majątki, stosuje najniecniejsze metod propagandy”. Wskazywał, że na porozumienie z Niemcami jest już jednak za późno: Propozycje wysuwane w tych warunkach mogą być tylko próbą przedłużenia bezkrwawej walki, próbą wygrania przeciwnika lub po prostu oszukania”. Autor odrzucał bierność, nie pozostawiał wątpliwości, że na siłę wroga, odpowiemy naszą siłą: Na wpół wyciągniętą szablę wepchniemy jednak z powrotem w pochwę tylko wtedy, jeśli nasz przeciwnik wyrzecze się metod gwałtu i uzna nasze prawa. W przeciwnym razie na bój, na krwawy bój…”

 

Niezwykle ciekawą sprawą i rzeczą, która najprawdpodobniej ani wcześniej, ani później nie miała miejsca było porozumienie wydawców prasy, które nastąpiło kilka miesięcy przed wojną. „W obliczu sytuacji, w jakiej od paru miesięcy znajduje się Państwo Polskie, cała prasa polska zrzeszona w Polskim Związku Wydawców Dzienników i Czasopism, a skupiająca w swych szeregach wszystkie odłamy i kierunki myśli politycznej – karnie podporządkowała się racji stanu Państwa i oddała swe łamy na usługi Państwa, m.in. na rozległą akcję propagandową, na rzecz Pożyczki Obrony Przeciwlotniczej, na cele dozbrojenialotniczego i na Fundusz Obrony Narodowej” – pisał na początku czerwca 1939 r. prezes Zarządu Głównego PZWDiCz Stefan Krzywoszewski do Prezesa Rady Ministrów ofiarując rządowi wsparcie medialne wszystkich organów prasowych. Dla wydawców, szczególnie krytykujących rząd nie była to decyzja łatwa. Nie zapominajmy, że II RP, szczególnie czas rządów sanacyjnych po 1926 r. to okres ostrej cenzury i walki z wolnością prasy.

 

Wrzesień 1939 r. był kresem zaledwie dwudziestoletniego bytu II RP. Był też początkiem strasznych losów naszego narodu którego tragicznymi ofiarami, świadkami i uczestnikami wojennych zdarzeń byli również dziennikarze. Wielu z nich, jak choćby cytowany w artykule redaktor naczelny PPS-owskiego „Robotnika” Mieczysław Niedziałkowski poniosło w tej wojnie największą ofiarę. Ale to już temat na kolejny artykuł.

 

Tomasz Plaskota, portal wPolityce.pl

Di-Day – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS o tym jak media wykreowały świecką świętą

Wielkimi krokami zbliża się Di-Day. I nie ma to nic wspólnego z D-Day, dniem lądowania wojsk alianckich w Normandii. 31 sierpnia, to kolejna, tym razem 22. rocznica śmierci księżnej Walii i  światowe media już ogarnęło szaleństwo.

 

Poważne dzienniki poświęcają temu wydarzeniu większą notkę lub artykuł, ale kolorowe pisma kobiece oraz tabloidy – sążniste teksty oraz galerię pięknych zdjęć, często jej nadwornego  fotografika Patricka Demarchelier. Lady Diana była przecież jedną z najczęściej fotografowanych celebrytek świata! Już od dobrych kilku lat artykuły te powiązane są z informacjami o jej synach, Williamie Harrym, oraz wnukach. Po Di-manii, Kate-manii i Maghan-manii, dobra passa brytyjskiej monarchii trwa i wciąż  karmi newsami  świat.  A w okolicach 31 sierpnia odżywają dodatkowo sentymenty i resentymenty, a temat  przewija się nie tylko przez amerykański tygodnik z życia wyższych sfer „Hello!”, ale i „Mombai Mirror”, kenijski „Daily Nation” czy  niemiecki „Bild”.

 

31 sierpnia 1997 roku  byłam już na placówce w Londynie i od momentu breaking newsa o wypadku samochodowym w paryskim tunelu d’Alma do dnia pogrzebu tydzień później,  dzieliłam czas między  telewizorem a Pałacem Kensington, domem Diany,  pod którym gromadziły się  wielkie tłumy. Wtedy to pierwszy raz widziałam – czarne na białym – jak media żerują na  ludzkich uczuciach i jak  nakręca się  emocje społeczne. Ale był to także znakomity  kurs świetnego, w sensie sprawności, dziennikarstwa.  Największe wydarzenie telewizyjne od czasów pogrzebu Winstona Churchilla w 1965 roku, w dodatku w skali świata. Pogrzeb Lady Diany oglądało 32 mln Brytyjczyków, a więc 59% ówczesnej populacji, plus widzowie w 142 innych krajach. Tak  że światowa widownia wynosiła ok. 2 mld, wtedy ok. 1/3 populacji Ziemi!  Był to w kategorii brytyjskiej telewizji wysiłek bezprecedensowy, a jeśli idzie o zasięg i skalę wydarzenia, należał on do największych w tej konkurencji w całej historii  mediów.

 

Brytyjscy reporterzy telewizyjni wydawali się być wszędzie: w Londynie, w Liverpoolu i w Brighton.  Jedynie z BBC  ponad  50 czołowych dziennikarzy, 100 kamer, 300 techników, tylko w stolicy 22 stanowisk kamerowych.  Pogrzeb komentowali najlepsi z najlepszych, m.in. David DimblebyTrevor McDonald, a już w kilka godzin po podaniu newsa z Paryża, przed oczami zszokowanych telewidzów  przesuwali się liderzy rządu Tony Blaira i  opozycji, przedstawiciele brytyjskiej arystokracji i dworu, rodziny WindsorówSpencerów,  gwiazdy show businessu, przyjaciele i nieprzyjaciele Diany. Schemat rozmów był następujący: „To wielka tragedia”  – rozpoczynał reporter. – „Tak, to ogromna tragedia”  – odpowiadali zebrani  ludzie. Ale jeszcze nic nie zapowiadało dalszego rozwoju wypadków.

 

Bo potem brytyjskie media coraz bardziej pogrążały się  w nieutulonym żalu i przez bity tydzień z trudem można było chwycić jakiś program, który nie byłby związany z  księżną Dianą. „Królowa ludzkich serc”, „Diana Pierwsza Dama globalnej wioski”, „Telewizja łączy świat w żałobie”, „Święta naszych czasów”,  to najbardziej powściągliwe określenia, jakimi posługiwali się dziennikarze oraz ich gości. A kiedy już zaczęto wspominać o beatyfikacji, los spłatał  mediom niemiłego figla, zmarła prawdziwa święta, Matka Teresa z Kalkuty. A media poświęciły jej ze trzy zdania, z których jedno brzmiało: „Matka Teresa wysoko ceniła prace charytatywną księżnej Diany”.  Wydawało się, że świat oszalał.  Ale to nie świat, lecz media lewicowo-liberalne , no i było to „szaleństwo kontrolowane”. Przecież Diana, walcząc na kły i pazury ze swoim mężem, księciem Karolem i królewskim establishmentem, stała się najcenniejszą bronią w rękach antymonarchistów, czyli właśnie liberalnej lewicy. Pozostawało wykreować Dianę na „świętą naszych czasów” i w walce o zniesienie monarchii posługiwać się jej pamięcią  jak sztandarem.

 

Przez te ostatnie 22 lata Elżbieta II przeprowadziła szereg reform, które zmieniły tę anachroniczną monarchię nie do poznania. Zaczęła płacić podatek dochodowy, choć na mocy umów z rządem nie musiała,  kobiety mogą dziedziczyć tron i  książę Walii może już ożenić się z katoliczką. Wspaniale przeprowadzone uroczystości Diamentowego Jubileuszu, popularność wnuków królewskich sprawiły, że słupki popularności monarchii, w ankiecie zrobionej na zlecenie lewicowego w końcu „Guardiana”, skoczyły do prawie 70%! Dziś prasa konserwatywna nie musi już obawiać się – jak w 1997 roku – wspierać poczynania królowej, choć  BBC, „Guardian”, „Independent”, nie mówiąc o postkomunistycznej „Morning Star”, wciąż bronią swojej agendy.

 

A więc zbliża się 31 sierpnia, Di-Day. Już od niemal miesiąca brytyjskie media nawiązują do tej tragicznej rocznicy.  Przypominają  dokumenty jak  „7 Days That Shook The Windsors”, z udziałem obu młodych książąt, WilliamaHarry’ego, którzy ze wzruszeniem opowiadają o swojej matce. O tym jak ich wychowywała, aby nie stracili kontaktu z ludźmi spoza pałacu, jaką była osobą i jaką matką, mądrą i kochającą. Inny, „The Day Britain Cried”, wyprodukowany w 20-lecie  wypadku, w którym pojawiają się ludzie z otoczenia księżnej. Oraz  pełen teorii spiskowych, zrobiony na zlecenie Mohammeda Al-Fayeda – ojca Dodiego, ostatniego boyfrienda Diany – byłego handlarza bronią i podejrzaną figurę.  Na półkach księgarskich pojawiają się znów publikacje jak „Diana and Dodi. The Truth” autorstwa Michaela Cole’a, pełne oskarżeń rodziny królewskiej o spowodowanie katastrofy w Paryżu, dostaje się także służbom, MI5  i MI6.  I oczywiście, dziesiątki artykułów, opatrzonych pięknymi zdjęciami zmarłej księżnej.  31 sierpnia, to dla światowych mediów  prawdziwy „czas żniw”.

 

Ciekawe, z perspektywy 22 lat  widać jak zmienia się tenor mediów, opowiadających o życiu i śmierci Lady Di. Mniej bezkrytycznych uwag i klajstrowania prawdy, więcej obiektywizmu. Mówi się i pisze o dramacie młodej dziewczyny z rozbitego środowiska rodzinnego i chorej na bulimię, poważnej chorobie psychicznej, która zakłóca obraz ludzi i świata. Ale także o odwadze i dzielności królowej, która „odrobiła lekcję”,  przeprowadza reformę po reformie i często mówi o Dianie – nieszczęśliwej osobie i wspaniałej matce, która wychowała synów, którzy mogą być dziś wzorcami osobowymi dla młodych Brytyjczyków. A my, widzowie BBC  World  i czytelnicy „Timesa” czy „Hello!”, jeszcze raz  przypominamy sobie jak prowadziła synów do hosteli dla bezdomnych czy hospicjów dla terminalnie chorych, aby przekazać dzieciom umiejętność współczucia dla mniej uprzywilejowanych. To nauka dobra nie tylko dla następców tronu. I o tym właśnie opowiadają brytyjskie, światowe media w okolicach 31 sierpnia. I jest to akurat wartościowy przekaz.

 

Elżbieta Królikowska-Avis

Błaznowanie  –  ŁUKASZ WARZECHA o pustych deklaracjach szefa Rady Etyki Mediów

Bywa, że widząc w akcji jakiegoś upierdliwego i niezbyt lubianego polityka, pytamy złośliwie: „To on jeszcze żyje?!” – rzecz jasna, mając na myśli życie polityczne. Miałem tak ostatnio, usłyszawszy, że został wybrany skład Rady Etyki Mediów z Ryszardem Bańkowiczem jako przewodniczącym tejże już po raz trzeci.

 

Owszem, tu i tam czasem trafiałem na jakieś wiadomości, wskazujące, że REM może jeszcze funkcjonować, ale wydawało mi się, że to może jakieś stare informacje. No bo jaki ma sens podtrzymywanie całkowitej fikcji? A tu proszę – jednak. Żeby było śmieszniej, pamiętam, jak wiele już lat temu, gdy przewodniczącą (wydawało się wówczas, że dożywotnią) była Magdalena Bajer, REM okazywała się ciałem całkowicie jałowym i pozbawionym znaczenia. Cóż dopiero dzisiaj.

 

   Teraz jednak sytuacja jest jeszcze bardziej absurdalna: pod wzniosłą i mocno nadętą nazwą funkcjonuje twór, który rości sobie prawo do oceniania etycznego poziomu mediów i członków stowarzyszeń dziennikarskich – w tym SDP czy Stowarzyszenia Dziennikarzy Katolickich – które w żaden sposób nie uczestniczyły w jego tworzeniu, ponieważ już od jakiegoś czasu nie są uczestnikami Konferencji Mediów Polskich, pod której egidą działa REM. Jeśli przyjrzeć się, kto dzisiaj tworzy KMP, zobaczymy, że są to grona reprezentujące wyłącznie jedną stronę podzielonego medialnego środowiska. Czyli – mówiąc w pewnym uproszczeniu – połowa środowiska medialnego w Polsce podtrzymuje w formie REM byt, który rości sobie prawo do orzekania o poziomie etycznym wszystkich. W takiej postaci REM oczywiście nie ma sensu, a Karta Etyczna Mediów, uchwalona w roku 1995 przez wtedy jeszcze znacznie szersze środowisko, faktycznie obejmujące ogromną część ówczesnego świata medialnego, nie przystaje do dzisiejszej rzeczywistości w prawie takim samym stopniu jak Prawo prasowe. Nie uwzględnia na przykład istnienia nie tylko mediów społecznościowych, które bardzo mocno odmieniły świat mediów w ogóle, ale w ogóle istnienia Internetu, który stworzył całkiem nową i kierującą się specyficznymi regułami przestrzeń informacyjną.

 

Przewodniczący Ryszard Bańkowicz udzielił po wyborze wywiadu Wirtualnym Mediom, w którym złożył dość kuriozalne oświadczenie, iż żałuje, że w pracach REM nie bierze udziału SDP, ale on, Bańkowicz, zaprasza stowarzyszenie do współpracy „za pośrednictwem portalu” Wirtualne Media. Zaiste, bardzo ciekawy sposób na nawiązanie dobrych relacji. Bańkowicz powiedział też: „Najważniejszym będzie wzmocnienie i ugruntowanie świadomości, że etyka jest niezbędna w mediach. Musimy także mocniej wypromować »dziennikarza etycznego«, czyli takiego, który rzetelnie sprawdza źródła, jest wiarygodny i nie produkuje fake newsów. Zresztą redakcjom też powinno zależeć na zatrudnianiu takich dziennikarzy. Ale zdaję sobie sprawę, jak trudne będzie to zadanie, biorąc pod uwagę, że z roku na rok w mediach maleje zapotrzebowanie na prawdę”.

 

Te słowa mają mniej więcej taką wartość jak oświadczenia polityków, którzy w trakcie kampanii wychodzą do ludzi i mówią: trzeba spowodować, żeby kolejki do lekarzy były krótsze, żeby Polacy zarabiali więcej, żeby było bezpieczniej i w ogóle – żeby się ludziom lepiej żyło. Tyle że zapominają wyjaśnić, w jaki sposób zamierzają te cele osiągnąć. Jak REM, pozbawiona nie tylko jakichkolwiek realnych instrumentów wpływania na media, ale też wsparcia dużej ich części, miałaby „promować dziennikarza etycznego”? Poprzez wydawanie kolejnych oświadczeń, które nikogo nie będą obchodzić? Chyba tak, bo nic więcej zrobić nie może. Można natomiast założyć, przeglądając skład REM, że oświadczenia te będą dotyczyć głównie jednej strony medialnej sceny.

 

Dość złośliwości – choć podtrzymywanie politycznie uzasadnionej fikcji na nią zasługuje. Wszystko to bowiem nie znaczy, że nie ma potrzeby istnienia etycznego kodeksu dziennikarskiego i organu, który będzie jego przestrzegania pilnował. Ale trzeba też być realistą: zorganizowanie takiej struktury jest problematyczne nawet w krajach, gdzie podziały medialne są znacznie łagodniejsze niż w Polsce. Brytyjskie media drukowane mają dzisiaj już trzecie tego typu ciało w historii. Najpierw był to Press Council (1953-91), potem Press Complaints Commission (1991-2014), teraz Independent Press Standards Organisation. Członkami IPSO nie są jednak tak znaczące tytuły jak „Financial Times”, „The Independent” czy „Guardian”. Wszystkie wspomniane organizacje, podobnie jak polska REM, miały zawsze charakter dobrowolny i również nie dysponowały możliwością nakładania żadnego rodzaju urzędowych sankcji. Tyle że działały i wciąż działają w innych politycznych oraz medialnych warunkach niż skrajnie podzielona polska scena medialna. Inna sprawa, że wielokrotnie były krytykowane za niewłaściwe podejście do konkretnych spraw.

 

Skoro zatem tak wielkie problemy istniały w Wielkiej Brytanii, gdzie kultura polityczna jest znacznie stabilniejsza niż w Polsce, a tradycja wolnych mediów sięga daleko wstecz (np. ukazujący się dziś w skali globalnej tygodnik „The Economist” został założony w 1843 roku) – jak chcielibyśmy rozwiązać problem w Polsce, w dalece mniej sprzyjających warunkach? Jeżeli istnieje zbiór ogólnych reguł, w tym wypadku etycznych, to musi też istnieć ciało, które w konkretnych przypadkach będzie decydować, czy dana reguła została naruszona. Tu nie wymyśli się nic nowego. A jeżeli ma to być ciało osadzone na dobrowolnej podstawie, a nie wyposażone w swoje kompetencje przez państwo – co należałoby wykluczyć i uznać wręcz za groźne dla wolności słowa, zwłaszcza w obecnej sytuacji – to musiałby to być rodzaj jakiejś rady. Tu zaś oczywistym problemem jest, że bardzo trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób taką radę wyłonić w warunkach skrajnych podziałów, aby zapewnić jej zrównoważenie i sprawić, że wszyscy zainteresowani poddaliby się jej orzeczeniom. Zwłaszcza że katalog osób, o których można powiedzieć, że cieszą się autorytetem sięgającym poza własne środowisko, jest bardzo krótki.

 

Wniosek jest smutny, ale realistyczny: nie mamy dzisiaj sposobu, żeby egzekwować reguły etyki zawodowej od dziennikarzy. Gdyby zresztą chcieć potraktować to zadanie poważnie, odpowiednie ciało musiałoby codziennie wydawać po kilka oświadczeń i upominać po kilkoro dziennikarzy, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Promować dziennikarską etyką mogą jedynie poszczególne redakcje wobec swoich własnych pracowników, tyle że one same nierzadko naciskają na nieetyczne zachowania.

 

Zaś zapowiedzi pana Bańkowicza to nic innego jak, excusez le mot, zwykłe błaznowanie.

 

Łukasz Warzecha

Idealizm i dzielenie tortu – MIROSŁAW USIDUS o mediach społecznościowych

Od około półtorej dekady krąży w internetowym obiegu pomysł na jakościowy serwis publicystyczno-informacyjny, który byłby połączeniem otwartej platformy publikacji treści, artykułów, blogów, komentarzy, dyskusji, itp., społeczności i spółdzielni autorów, także z możliwością godziwej gratyfikacji finansowej. Polskie doświadczenia – Salon24, Natemat, czy OKO.press uczą, że bez takiego czy innego „zewnętrznego oparcia”, serwis taki raczej nie przetrwa.

 

Mowa o finansowym zasilaniu innym niż dochody z samego ruchu i reklam. Platformy tworzone według tego konceptu –pomijając koszty początkowe, techniczne i deweloperskie –mają zazwyczaj personel redakcyjny, oferują wynagrodzenie autorom o znanych nazwiskach, dają nawet szansę zarobić popularnym autorom „ze społeczności” (choć nie w Polsce). To wszystko kosztuje. W pierwszej fazie istnienia serwisu nie ma mowy o generowaniu przychodów wystarczających do pokrycia tych kosztów.

 

Ten stary Salon24

 

Nie znika wciąż pytanie czy ów idealistyczny koncept „mediów społecznościowych” ma szanse kiedykolwiek wyjść na swoje, trzymając się, nazwijmy to, ortodoksyjnego modelu. Spójrzmy na Salon24.pl, który obecnie nie różni się od typowego serwisu newsowego i społeczno-politycznego. W 2006 i 2007, przez dwa pierwsze lata funkcjonowania, był czymś innym, blogowiskiem, żywą i nad wyraz aktywną społecznością autorów i dyskutantów, miejscem, w którym rodziły się gwiazdy Internetu. Blogi założyli tu też znani publicyści o różnych poglądach (m.in. Rafał A. Ziemkiewicz, Jan Pospieszalski, Paweł Wroński, Janusz Rolicki, Sławomir Sierakowski), a także tysiące „zwykłych” ludzi.

 

O ile pamiętam (piszę z pamięci), Igor i Bogna Janke otrzymali dofinansowanie na stworzenie swojej platformy z funduszy europejskich. Nie chodzi mi to, by komuś coś wypominać, lecz o ukazanie zasady, o której piszę wyżej. Idealistyczna koncepcja potrzebuje finansowego zastrzyku. Tzw. zarabianie na reklamie, które z pozoru wydaje się „czystym” pieniądzem, też może wzbudzać kontrowersje, o czym Salon24 przekonał się niedawno, gdy „odkuł się nieco” reklamowo. Serwis w sierpniu 2019 roku poinformował, że w ubiegłym roku miał prawie milion złotych wpływów i 275,3 tys. zł zysku, co było wzrostem o 62,3 proc. w porównaniu do ubiegłego roku. Wow! Media jednak nie omieszkały zauważyć, że ten imponujący skok wyniku finansowego serwisu wynika w dużym stopniu z tego, że intensywnie reklamowała się w nim firma windykacyjna GetBack. I to stawia sprawę w nieco innym świetle.

 

Oparcie finansowe miał też pomyślany pierwotnie jako „otwarta platforma społecznościowa” serwis Natemat. Media i fora internetowe szeroko komentowały sprawę kontrowersji  finansowania, jakie miał portal Tomasza Lisa otrzymać z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju i pogłoski o specjalnym traktowaniu tego portalu przez ogłoszeniodawców ze spółek skarbu państwa.

 

Powtarzam, zamierzeniem tego tekstu nie jest rozliczanie i demaskowanie. Dla mojego wywodu ważne jest, że platforma społecznościowa Natemat również nie oparła swojego startu na samej jedynie wierze w społeczność autorów, jej siłę i potencjał. Serwis łączy treści redakcyjne i wpisy blogerów, będąc wciąż w pewnym sensie „platformą społecznościowo-blogową”. Wśród ponad 900 autorów są m.in. Stefan Niesiołowski, Jacek Dehnel, Tomasz Lis, Marcin Orliński, Jacek Rostowski, Krzysztof Hołowczyc, Aleksander Kwaśniewski, Krystyna Kofta, Karol Okrasa. Jednak szybki przegląd blogów wskazuje, że autorzy przeważnie są już mało aktywni, a w serwisie wyeksponowana jest strona informacyjno-publicystyczna, jak w konwencjonalnych mediach.

 

Polskie społecznościowe platformy autorsko-czytelnicze zdają się więc nieuchronnie ewoluować w kierunku bardziej konwencjonalnych modeli mediów, co widać po przykładach Salon24 i Natemat. Młodsze OKO.press trudno z kolei nazwać otwartą platformą społecznościową, skoro nie ma tam miejsca na poglądy inne niż lewicowe. Jerzy Baczyński z „Polityki” tak pisał o założeniach OKO.press w połowie 2016 roku: „Jest projektem medialnym, zarejestrowanym tytułem prasowym, ale zarazem społecznościowym medium internetowym i archiwum życia publicznego po wyborach 2015”. Nie ma mowy jednak, aby ścierali się tam bezpośrednio autorzy konserwatywni czy narodowi z socjalistami i liberałami, co było charakterystyczne dla „starego” Salonu24. W OKO.press jest po prostu tylko jedna opcja.

 

W 2018 media pisały o problemach finansowych serwisu w związku rzekomym wycofaniem się ze wsparcia zagranicznych sponsorów OKO.press, ale to chyba nieaktualne. W lipcu tego roku pojawiła się w mediach informacja, że wpływy wydawcy wzrosły do 2,6 mln zł głównie z darowizn, więc chyba mają z czego ten serwis wydawać. Nie jest on tani – utrzymanie strony kosztuje miesięcznie 194,3 tys. zł, w jej zespole pracuje ponad 20 osób. OKO.press podkreśla, że nie zamieszcza reklam, co może być rozumiane jako sugestia, że reklamy pozwoliłyby wydawać ten serwis, ale OKO chce być niezależne. Jednak przy milionie użytkowników miesięcznie i 5 milionach odsłon z reklam nie udałoby się, moim zdaniem, sfinansować reklamowo serwisu o takich miesięcznych kosztach funkcjonowania.

 

Czy zatem idealistycznie rozumiany model „otwartej platformy mediów społecznościowych” jest mrzonką? Czy można stworzyć pluralistyczne media internetowe, w których znani autorzy koegzystują z talentami pochodzącymi ze społeczności, jeśli nie na równych prawach, to przynajmniej na zasadzie inkluzyjności i szans dla amatorów, tak aby zarówno pierwsi, jak i ostatecznie drudzy mogli otrzymywać godne honorarium za swoją pracę? A sama platforma „dawałaby radę” finansowo bez dotacji, sponsorów politycznych i instytucjonalnych?

 

Medium – eksperyment, który trwa

 

Być może odpowiedź na to pytanie da obserwacja losów założonej w 2012 roku przez Evana Williamsa, jednego z twórców Twittera, platformy Medium. Piszę o tym w czasie przyszłym, bo jest to byt internetowy i biznesowy, który dochodów na razie nie przyniósł, za to wciąż dynamicznie ewoluuje i co jakiś czas przechodzi przemiany. Na pewno nie można powiedzieć, że poszedł drogą polskich platform społecznościowo-blogowych i zamienił się w klasyczny serwis internetowy z informacjami, publicystyką, redakcją, cyklem i stylem edytorskim typowym dla mass mediów.

 

To medium warto obserwować z dwóch sprzecznych ze sobą powodów. Po pierwsze, jeśli w końcu odnajdzie swoją drogę do sukcesu finansowego w wyidealizowanej formule „mediów społecznościowych” to z pewnością ustanowi benchmark i wzór, za którym pójdą inni, także w Polsce. Jeśli twórcom serwisu ostatecznie nie uda się, to powstanie kolejny pouczający rozdział w historii prób wykreowania „mediów społecznościowych z prawdziwego zdarzenia”.

 

Pierwotnym zamysłem Medium było stworzenie narzędzia do publikacji tekstów wykraczających poza limit twitterowych 140 znaków. Powstała estetycznie zaprojektowana platforma blogerska, otwarta dla wszystkich autorów, z tym, że od początku istniała pewna grupa wynagradzana za swoje treści, która mogła obejmować kolejnych twórców, na podstawie wyników czytelnictwa i poziomu angażowania społeczności.

 

W Medium pojawiały się artykuły nie odbiegające poziomem od najlepszych tytułów prasowych. Oczywiście administratorzy niekoniecznie ujawniali, że autorzy tych treści wynagradzani są podobnie jak w klasycznych mediach i na podobnym poziomie. Był to rodzaj inwestycji w tzw. „kontent”. Wysokiej jakości materiały odgrywały rolę niejako mobilizującą dziennikarzy obywatelskich i blogerów próbujących szczęścia w Medium. Po prostu nie wypadało tam zejść poniżej pewnego poziomu. Autorzy „ze społeczności” po uzyskaniu odpowiedniej popularności, też mieli szanse na wynagrodzenia.

 

Wydałoby się, że ten dyskretny, oparty na treściach na wysokim poziomie, model, jest odnalezionym wreszcie świętym Graalem internetowych mediów społecznościowych. Wszystko zdawało się tu być właściwie dostrojone, promocja jakościowych tekstów, subtelne motywatory, w tym także finansowe, rosnąca ranga Medium, w którym ukazywały się ważne materiały, np. artykuł Jeffa Bezosa na temat jego sporu z bulwarówką „National Enquirer”, głośne publikacje demaskatorskie i śledcze.

 

Medium nazywa się czasem „tekstowym YouTube’m”. Niestety, pomimo wspomnianego wyżej mechanizmu motywacyjnego, w odróżnieniu od YouTube serwis nie wykreował żadnych własnych gwiazd. Wynagradzani przez firmę znani autorzy, dziennikarze i pisarze, jeśli następował spadek czytelnictwa, mogli po prostu przestać pisać, nie tracąc swojej pozycji. Amatorzy, którzy liczyli na dużo, zwykle zniechęcali się po pewnym czasie. Nie chodzi tylko o pieniądze, choć prezentujący od początku idealistyczną wizję wolnego Medium dla każdego, Williams, zawsze dodawał do swoich wizji wizję zarobku dla autorów.

 

Od 2017 roku serwis pobiera od czytelników opłatę subskrypcyjną w wysokości pięciu dolarów miesięcznie. Williams zapewnia, że chce uniknąć reklam, stąd opłaty. Gdyby chodziło o polski serwis, to nie wróżyłbym mu powodzenia. Jednak na rynkach zachodnich taka opłata to niewiele – jeśli uda się utrzymać jakość i bogactwo treściowe serwisu, to Medium będzie ciekawą alternatywą dla konwencjonalnych internetowych serwisów.  Los platformy jest sprawą otwartą i, jak już pisałem, polecam obserwację tego projektu, jako interesującego eksperymentu. Może on zresztą potrwać jeszcze długo, bo Williams, dzięki udziałom w Twitterze, ma wielki majątek… do wydania.

 

A może krypto waluty lub udział w zyskach z reklam?

 

Internet jednak nie czeka na to, jak pójdzie Medium i szuka alternatyw. Nowe serwisy i społecznościowe platformy wciąż powstają, niektóre opierają się na dość innowacyjnych planach biznesowych, dając możliwość zarobkowania kontrybutorom. Niedawno pisałem na portalu SDP o jednym z charakterystycznych pomysłów, który ma nagradzać finansowo członków autorskiej społeczności za aktywność i ciekawe treści, czyli serwisie Steemit. Zasada działania serwisu jest podobna do amerykańskiego Reddita czy polskiego Wykopu. Jednak zamiast samej tylko satysfakcji z popularności udostępnianych treści w tym serwisie użytkownik ma szansę na gromadzenie kryptowaluty o nazwie „Steem”. Niestety stawiając na kryptowaluty musimy się liczyć z wszystkimi wadami tego rynku czyli z ogromnymi wahaniami kursu. Notowania „Steema” spadły z maksymalnego poziomu siedmiu dolarów do zaledwie złotówki, jak sprawdzałem, pisząc ten tekst.

 

Innym konceptem jest platforma HubPages. Jej członkowie („Hubbers”) zamieszczają artykuły („Hubs”). Jeśli chcą wynagrodzenia, autorzy muszą posiadać ważne konto w serwisie reklam kontekstowych AdSense. Po przekroczeniu pewnej kwoty następuje wypłata. Warto pamiętać, że członkowie społeczności zachowują wszelkie prawa własności intelektualnej i mogą usunąć swoje „Huby” w dowolnym momencie. Nie mogą jednak usunąć wszelkich postów, komentarzy i ocen, czyli form aktywności typowo społecznościowej.

 

Koncept „wolnej i otwartej społecznościowej platformy internetowej” wciąż, jak widać, powraca, w nowych wcieleniach. Dziś jednak już mało kto wierzy w trwałość modelu, w którym autorzy dostarczaliby wartościowych treści dla samej tylko idei. Wciąż jednak trwają poszukiwania formuły, w której każdy miałby szanse na swój kawałeczek tortu. Nie wykluczam, że to się w końcu uda.

 

Mirosław Usidus

Kąsaj wroga – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o związkach dziennikarzy z polityką

Polityczne zaangażowanie dziennikarzy przybrało w ostatnich latach niespotykane dotąd rozmiary. Partie sprawiają wrażenie zadowolonych z takiego stanu rzeczy. Tymczasem to właśnie politycy powinni być najmocniej przeciw.

 

Nie tylko pojedynczy dziennikarz, ale całe redakcje potrafią dziś stać w Polsce po jednej ze stron politycznej barykady. Co gorsza, nie identyfikują się przy tym z jakimś nurtem ideowym, ale wprost z konkretnym stronnictwem. Z czego to wynika? Zaryzykuję stwierdzenie, że ze słabości klasy politycznej. Przy charyzmatycznych ludziach w szeregach władzy i opozycji mediom w zupełności wystarczałoby relacjonowanie sporów i polemik oraz ich komentowanie. Zdaje się jednak, że przy słabości elit redakcje postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce i zaangażować mocniej niż dotychczas w to, co w niemieckiej CDU określa się terminem: „kąsaj wroga”. Są jednak tacy dziennikarze, którzy uczynili krok dalej i zdecydowali się na start w wyborach.

 

Czwarta władza w kolejce do pierwszej

 

Wziąwszy pod uwagę rolę mediów w demokratycznym świecie, decyzja o kandydowaniu do Sejmu czy Senatu RP powinna być połączona z jednoznaczną deklaracją odejścia z dotychczasowego zawodu. Dlaczego, skoro są politycy (w tym gronie nawet kandydaci na premiera czy prezydenta RP), którzy zajmują się dziś publicystyką? Warto pamiętać, że ci ludzie często mają problem z odnalezieniem się w świecie, w którym „telefon przestaje dzwonić”, jak to określił były premier Leszek Miller. Bez wątpienia brakuje im też obecności w mediach, do której przywykli. Możliwość komentowania rzeczywistości po zakończeniu politycznej kariery to jest jakiś pomysł na życie. Taki ruch ze strony dziennikarza stawia jednak pod znakiem zapytania cały jego dotychczasowy dorobek, bo traci to, co w tej profesji szczególnie cenne: wiarygodność. Skąd można wiedzieć, od kiedy był już bardziej politykiem niż żurnalistą? Nie tylko w tym jednak problem, który można by przecież rozpatrywać w kategoriach indywidualnych. Marcin Kowalczyk (redaktor naczelny „Dziennika Łódzkiego i „Expressu Ilustrowanego”) mówił na spotkaniu ze studentami dziennikarstwa, że jeśli chcą robić dobre medium lokalne, to nie mogą pić wódki z wójtem i jeść obiadu z proboszczem. Marek Kacprzak (prowadzący obecnie program Tłit w Telewizji WP) stwierdził, że komfort w pracy daje mu to, że z żadnym z polityków, choć wielu zna od lat, nie jest na „ty”. Czy da się zachować te standardy, będąc w środku?

 

Drugie ostrzeżenie

 

   Adam Łaszyn w książce „Media i ty.” przestrzega: „Podawanie smacznych informacji dziennikarzowi z zastrzeżeniem, że są off the record, zawsze stawia dziennikarza wobec dylematu – wykorzystać czy nie”. Podczas promocji książki uzupełnił ten wątek zdaniem odnoszącym się do bliższych i bardziej zażyłych relacji: „Nie każ dziennikarzowi wybierać między lojalnością wobec ciebie a chęcią podjęcia interesującego tematu”. Jak więc w środowisku politycznym może funkcjonować dziennikarz, który planuje powrót do zawodu po zakończeniu kadencji, albo wręcz rozważa łączenie tych profesji? Czy można mu zaufać? Czy on sam sobie może zaufać i mieć pewność, że dziennikarska żyłka nie przeważy nad politycznym instynktem samozachowawczym?

 

Co na to środowiska?

 

Politycy oczywiście nie widzą tego problemu, czego obecność dziennikarzy na listach wyborczych jest najlepszym dowodem, a jakie są opinie samych dziennikarzy? Czy jeszcze uważają, że tak nie powinno być, czy może już jest wszystko jedno? Dyrektor Instytutu Dziennikarstwa i Informacji Uniwersytetu Jana Kochanowskiego dr Tomasz Chrząstek odniósł się do tej kwestii w następujący sposób: W środowisku dziennikarskim pojawiają się głosy, że ujawnianie swoich poglądów politycznych jest OK. Już w 2011 roku Jacek Żakowski stwierdził, że w obecnej sytuacji politycznej uczciwość wobec czytelnika, widza, słuchacza wręcz nakazuje ujawnienie swoich preferencji. Zdecydowanie się z tym nie zgadzam. Zwłaszcza dziennikarz informacyjny musi zachować dystans. Wiadomo, że każdy ma swoje poglądy i dziennikarz nie jest tu wyjątkiem, jednak upust im powinno się dawać przy urnie wyborczej, a nie przed czytelnikiem czy widzem. Zdarzają się i będą się zdarzały migracje z mediów do polityki. Wystarczy prześledzić listy wyborcze z ostatnich kilku lat, by się przekonać, że polityka nęci dziennikarzy i to niezależnie od wyznawanych poglądów. Jest to jednak „droga, z której się nie wraca”. Nie umiem wskazać żadnego byłego polityka, który nagle stał się dziennikarzem niezależnym i bezstronnym. Przez zaangażowanie polityczne po prostu traci się wiarygodność.

 

Ze słowami o „bilecie w jedną stronę” zgadza się politolog dr Agnieszka Zaremba z Instytutu Polityki Międzynarodowej i Bezpieczeństwa UJK: Zarówno w dojrzałych, jak i raczkujących demokracjach media należą do instytucji kontroli, czwartej władzy – niezwykle istotnej, a nawet w niektórych warunkach ostatniej deski ratunku w procesach politycznych. Zadaniem dziennikarzy jest „przeszkadzanie władzy”, dociekanie prawdy, tropienie niejasnych powiązań politycznych i biznesowych. Dlatego kandydowanie przez dziennikarzy oceniam jako przysłowiowe przejście na drugą stronę barykady – od kontrolerów stajemy się wykonawcami władzy. Mimo że nie ma idealnie obiektywnego dziennikarstwa – wszyscy kierujemy się swoimi poglądami, to zdecydowanie rolą czwartej władzy jest rzetelne jej wykonywanie, właśnie z pozycji obiektywnej, dociekliwej kontroli. Co do zasady – wchodzenie w politykę to droga w jedną stronę.

 

Inny świat politycznego przedszkola

 

Pamiętając słowa Marcina Kowalczyka należy zauważyć, że samorząd, zwany często politycznym przedszkolem, rządzi się swoimi prawami. W ostatnich wyborach redaktor naczelny popularnego w Kielcach serwisu „Scyzoryk się otwiera” Dariusz Gacek kandydował do Rady Miasta z list komitetu wyborczego wyborców. Podobnie uczyniło kilku dziennikarzy tego portalu. Mimo dobrych wyników mandatów nie zdobyli. Obecnie redakcja znajduje się w opozycji do nowej władzy, którą niedawno wspierała. Odzyskała zaufanie czytelników. Jakie są warunki takiego powrotu?

 

Udało nam się wrócić na tory, po których „Scyzoryk” jechał wcześniej, przede wszystkim dlatego, że nikt z nas nie znalazł się w strukturach urzędu miasta. Gdyby ktoś zdobył mandat radnego lub został dyrektorem, krytyka władzy oczywiście byłaby niemożliwa. Poza tym przez te pięć lat udało nam się nawiązać bardzo bliski kontakt z czytelnikami. Codziennie dostajemy kilkadziesiąt wiadomości z prośbami o interwencję albo podjęcie jakiegoś tematu: od dziur w ulicy, po kwestie naprawdę poważne. Od decyzji o starcie uczciwie też ich o tym informowaliśmy, zarówno o pobudkach, jak i o celach. Coś się jednak zmieniło. Dziś „Scyzoryk” to w zasadzie pół medium a pół organizacja społeczna. Nie tylko opisujemy rzeczywistość, czy interweniujemy, ale sami też podejmujemy działania – tłumaczy Dariusz Gacek.

 

Na pytanie, czy wystartowałby w wyborach do Sejmu lub został stronnikiem partii politycznej, Gacek odpowiada krótko: „nie”.

 

Ciekawe, czy ktokolwiek z decydujących się na start w nadchodzących wyborach parlamentarnych postawił sobie pytanie: co będzie, jeśli się nie uda?

 

Słowo zakończenia

 

Skąd pewność, że dziennikarze w ogóle nadają się do pełnienia funkcji parlamentarzysty? W końcu ilu recenzentów nagrywa płyty, kręci filmy, występuje na scenie lub pisze powieści? Rodzima scena polityczna ma jednak w tym względzie pewien istotny deficyt. Cztery lata temu przeprowadzałem dla branżowego kwartalnika „Doradca Zawodowy” wywiad z politologiem i dziennikarzem dr. Bartłomiejem Zapałą. Zwrócił uwagę na wyjątkowo ważną rzecz. W naszym kraju nie ma nawet jednego miejsca, które uczyłoby bycia zawodowym politykiem. Żadna z dotowanych z budżetu państwa partii politycznych nie utworzyła dotąd swojej akademii. Nikt nie stawia na to, by budować w profesjonalny sposób przyszłe kadry. Istnienie młodzieżówek nie rozwiązuje tego problemu w żaden sposób. Być może z tego też wynika, że partie chętnie widzą na swoich listach i we własnym gronie dziennikarzy, których przecież powinny się bać. To też jest słabość klasy politycznej, ale ludzie mediów przez swój start jej nie poprawią.

 

Zbigniew Brzeziński

Roztropność potrzebna na już – ks. MARIUSZ FRUKACZ o obecności kapłanów w mediach

Duchowny wypowiadający się w mediach musi mieć przede wszystkim na uwadze prawdę i dobro, a nie popularność własnej osoby.

 

Obecność kapłana w mediach, w sieci, w Internecie, mediach społecznościowych czy też „ćwierkający” na Twitterze duchowni, to już dzisiaj nie jest rzecz nowa. Coraz więcej duchownych wypowiada się w mediach. W ostatnim jednak czasie powróciło pytanie: na ile duchowny może pozwolić sobie na krytykę swojego współbrata?

 

Odpowiadając na nie należy zwrócić uwagę nie tylko na wolność słowa, ale także na odpowiedzialność za słowo. Nie uważam, aby upomnienie osób duchownych przez przełożonych było jakimś strasznym naruszeniem wolności słowa. W Kościele istnieją upomnienia braterskie i pokuta, które mają na celu naprawienie błędu, a nie potępienie kogokolwiek. Kiedy myślimy o granicach krytyki, to może właśnie warto więcej miejsca poświęcić upomnieniu braterskiemu. Zakłada ono troskę o człowieka i jego sumienie. Zapobiega fałszywie pojętej tolerancji. Oczywiście upomnienie braterskie nie ma nic wspólnego z formą represji czy odwetem. Zakłada zawsze naprawę człowieka.

 

Czy deficyt cnoty roztropności?

 

Mówiąc o granicach krytyki, warto również przypomnieć o cnocie roztropności, którą zawsze trzeba się kierować w ocenie osoby lub faktu. Katechizm Kościoła Katolickiego, promulgowany przez Jana Pawła II w 1992 r., naucza: „Roztropność jest cnotą, która uzdalnia rozum praktyczny do rozeznawania w każdej okoliczności naszego prawdziwego dobra i do wyboru właściwych środków do jego pełnienia. «Człowiek rozumny na kroki swe zważa» (Prz 14, 15). «Bądźcie… roztropni i trzeźwi, abyście się mogli modlić» (1 P 4, 7). Roztropność jest «prawą zasadą działania», jak za Arystotelesem pisze św. Tomasz («Summa theologiae», II-II, 47, 2). Nie należy jej mylić ani z nieśmiałością czy strachem, ani z dwulicowością czy udawaniem. Jest nazywana «auriga virtutum»: kieruje ona innymi cnotami, wskazując im zasadę i miarę. Roztropność kieruje bezpośrednio sądem sumienia. Człowiek roztropny decyduje o swoim postępowaniu i porządkuje je, kierując się tym sądem. Dzięki tej cnocie bezbłędnie stosujemy zasady moralne do poszczególnych przypadków i przezwyciężamy wątpliwości odnośnie do dobra, które należy czynić, i zła, którego należy unikać” (n. 1806). Człowiek jest roztropny, kiedy właściwie przewiduje, dobrze rozumuje i rozważa.

 

Prawda i dobro – kryterium oceny

 

Sam jako kapłan i dziennikarz nie wyobrażam sobie życia w społeczeństwie, gdzie wolność słowa nie jest szanowana. Jednak uważam również – i taką zasadą zawsze się kieruję – że obecność kapłana w środkach społecznego przekazu nie może być wolna od odpowiedzialności. Właśnie wolność i odpowiedzialność wskazują na to, że  krytyka ma i musi mieć swoje granice.

 

Oczywiście bardzo ważne jest stanięcie w prawdzie. To właśnie prawda powinna być istotnym kryterium krytyki czy oceny działania drugiego człowieka. Jednocześnie trzeba zawsze kierować się szacunkiem do drugiego człowieka. Każdy kapłan jest kapłanem zawsze i w każdych okolicznościach. Kapłan wypowiadający się w mediach musi mieć przede wszystkim na uwadze prawdę i dobro, a nie popularność własnej osoby. Również nie chodzi o jak największą liczbę lajków. Media, np. te społecznościowe, nie są sferą prywatną aktywności duchownego. Natomiast obecność w mediach społecznościowych jest okazją do duszpasterstwa, dialogu. Jest miejscem, gdzie mogę realizować swoją misję, a nawet pasje – ale zawsze w sposób przejrzysty, wiarygodny i odpowiedzialny. Kapłan może komentować wydarzenia dziejące się we wspólnocie Kościoła, ale najpierw powinien się zapytać, na ile jego komentarz przysłuży się dobru Kościoła. Wypowiedzi kapłana muszą być zawsze roztropne i nie mogą zagrażać prawdom wiary.

 

Warto przypomnieć, że podczas 328. zebrania plenarnego, które odbyło się w Licheniu w dniach 11 – 12 czerwca 2004 r., biskupi polscy przyjęli zasady regulujące duszpasterską troskę Kościoła w Polsce o uporządkowany przekaz ewangelicznego orędzia poprzez radio i telewizję. Dokument ten można znaleźć na stronie Episkopatu pod adresem https://episkopat.pl/en/normy-konferencji-episkopatu-polski-dotyczace-wystepowania-duchownych-i-osob-zakonnych-oraz-przekazywania-nauki-chrzescijanskiej-w-audycjach-radiowych-i-telewizyjnych/  .

 

Biskupi przypomnieli w nim m.in., że „duchowni i członkowie instytutów zakonnych wypowiadający się w mediach winni cechować się wiernością nauce Ewangelii, rzetelną wiedzą, roztropnością i odpowiedzialnością za wypowiedziane słowo, troską o umiłowanie prawdy i owocny przekaz ewangelicznego orędzia. Jeśli nie są w danej dziedzinie wystarczająco kompetentni, powinni zrezygnować z występowania w mediach, zwłaszcza w kwestiach trudnych i kontrowersyjnych”.

 

Ponadto duchowni głoszący słowo Boże za pośrednictwem mediów powinni kierować się normami Kodeksu Prawa Kanonicznego (kan. 762-772), zarówno w odniesieniu do władzy przepowiadania, jak i przekazywanych treści. Zgodnie z tym kodeksem „duchowni mają szczególny obowiązek okazywania szacunku i posłuszeństwa Papieżowi oraz każdy własnemu ordynariuszowi” (kan. 273), a także pozytywny obowiązek „posługiwania się mediami dla głoszenia zbawczej prawdy Chrystusa” (kan. 822). Warto też wskazać w tym względzie na Instrukcję Kongregacji Nauki Wiary o pewnych aspektach używania społecznych środków przekazu dla szerzenia nauki o wierze z 30 marca 1992 r.

 

W podobnym kierunku idzie również  „Dyrektorium dotyczące zasad funkcjonowania w Internecie kościelnych podmiotów publicznych oraz osób duchownych Diecezji Warszawsko-Praskiej”.

 

Moim zdaniem, obecność kapłana w mediach, jego wypowiedzi w sprawach wiary i moralności oraz prowadzenie sporów ideowych to nie jest kwestia jego osobistej popularności, ale kwestia odpowiedzialności za słowo i dzieło ewangelizacji.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

 

Dziennikarz nie może być politykiem – przypomina ks. ARTUR STOPKA

Bardzo często można być posłem, radnym, pełnić jakieś funkcje w administracji publicznej i w organizacjach politycznych nie rezygnując ze swego dotychczasowego zawodu, ponieważ nie rodzi to konfliktu interesów. W odniesieniu do dziennikarzy sprawa się jednak komplikuje.

 

 

Wydawałoby się oczywiste, że takie sytuacje w ogóle nie powinny mieć miejsca, bo nawet tzw. chłopski rozum podpowiada, że niosą w sobie konflikt interesów. Wydawałoby się równie oczywiste, że jeśli jednak mimo to się zdarzają, mamy do czynienia ze zjawiskiem incydentalnym. Wystarczy jednak zajrzeć do Internetu, aby się przekonać, że wcale nie są takie rzadkie, jak należałoby się spodziewać. O co chodzi? O łączenie usankcjonowanej stanowiskiem działalności politycznej z dziennikarstwem. Wygląda na to, że nie wszyscy dostrzegają kryjące się w takim zestawieniu niebezpieczeństwo lub, jeśli dostrzegają, decydują się je ignorować.

 

 

Zarówno wykonywanie jakiejś politycznej funkcji, jak i praca dziennikarska, wymagają dużej dozy społecznego zaufania. Jedno i drugie zajęcie skutkuje oddziaływaniem na innych ludzi, nie tylko na ich poglądy, ale również na ich życie. Różnią się jednak zasadniczo. Jedno z nich ma w swoją istotę wpisaną funkcję kontrolną wobec drugiego. Jednym z bardzo ważnych zadań dziennikarzy jest patrzenie na ręce politykom. Tu nie ma wzajemności. Zadaniem polityków nie jest kontrolowanie mediów. Nawet, jeżeli wydaje im się, że liczni odbiorcy dają im do tego społeczny mandat.

 

 

W Internecie jest dostępny fragment książki Sylwii Męcfal, zatytułowanej: „Prasa lokalna w relacjach z kluczowymi aktorami społecznymi. Studia przypadków”. W pierwszym rozdziale autorka zajmuje się m. in. kwestią konfliktu interesów. Zwraca uwagę, że dziennikarze mogą być postawieni wobec różnych rodzajów konfliktów interesów: indywidualnych lub instytucjonalnych. Wskazuje też różnicę między rzeczywistym konfliktem interesów a potencjalnym. Ten drugi, to sytuacja, która przez odbiorców może być postrzegana jako konflikt interesów, jednak dziennikarz w rzeczywistości nie czerpie żadnych korzyści z zaistniałych okoliczności, a wykonuje swoją pracę zgodnie z zasadami etycznymi zawodu.

 

 

Wydawać by się więc mogło, że w przypadku tylko potencjalnej sprzeczności interesów jest wszystko ok i dziennikarz nie łamie standardów. Problem w tym, że z punktu widzenia odbiorcy rzecz wcale nie jest taka oczywista. Co więcej, ma on pełne prawo ograniczyć swoje zaufanie do dziennikarza i reprezentowanego przez niego konkretnego tytułu czy instytucji medialnej, ponieważ nie dysponuje narzędziami pozwalającymi mu weryfikować istnienie lub nieistnienie faktycznego konfliktu interesów.

 

 

Jako jeden z przykładów indywidualnego konfliktu interesów Sylwia Męcfal wskazuje łączenie dwóch ról z zawodem dziennikarza. „Pojawiają się przypadki dziennikarzy, którzy łączą dziennikarstwo z rolami politycznymi (np. z byciem posłem, radnym czy choćby kandydatem w wyborach lokalnych)” – odnotowuje. Autorka idzie jeszcze dalej i dodaje, że dziennikarze powinni zastanowić się nad etycznością swojego postępowania, kiedy godzą się, aby poprowadzić szkolenia dla biznesmenów czy polityków dotyczące wizerunku medialnego, czy wtedy, kiedy zostają rzecznikami prasowymi prywatnych firm. Obserwując sytuację w Polsce można odnieść wrażenie, że ten poziom subtelności w kwestiach etycznych nie jest powszechnie dostępny wśród pracowników i twórców mediów w naszym kraju.

 

 

Polskie prawo nie porusza tak szczegółowych kwestii, jak możliwość łączenia funkcji politycznych z wykonywaniem zawodu dziennikarza. Zajmuje się nią natomiast (nadal dość powszechnie akceptowany w różnych środowiskach) Kodeks etyki dziennikarskiej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Wśród jego pięciu punktów poświęconych konfliktowi interesów ostatni brzmi: „Angażowanie się dziennikarzy w bezpośrednią działalność polityczną i partyjną jest również przejawem konfliktu interesów i należy wykluczyć podejmowanie takich zajęć oraz pełnienie funkcji w administracji publicznej i w organizacjach politycznych”.

 

 

   Sprawa jest tu postawiona jasno i każdy, kto chciałby przestrzegać najbardziej podstawowych reguł pracy w mediach otrzymuje prostą i zrozumiałą wskazówkę. Niestety, życie pokazuje w ostatnich latach, że nie dociera ona czasami nawet do ludzi o bardzo znanych w mediach nazwiskach. Jeśli ta odporność na elementarne zasady etyczne w tak ważnej kwestii zacznie się upowszechniać, będziemy mieli w Polsce poważny problem na wielu różnych płaszczyznach. Największy problem będą mieli odbiorcy mediów, którzy nigdy nie będą wiedzieli, czy i w jakim stopniu mogą ufać konkretnej osobie tworzącej przekaz oraz reprezentowanej przez nią gazecie, stacji radiowej, kanałowi telewizyjnemu lub internetowemu serwisowi. Zamieszanie i problem z zaufaniem już jest widoczny, a może w nadchodzących latach eskalować.

 

 

Warto przy okazji zwrócić uwagę, że konflikt interesów dotyka nie tylko samych dziennikarzy, ale również wchodzących w politykę właścicieli i dysponentów mediów. Wygląda na to, że mało kto w ogóle zauważa tu jakikolwiek problem.

 

 

   Papież Franciszek w maju br. podczas spotkania z dziennikarzami z całego świata powiedział: „Wasza praca jest cenna, ponieważ przyczynia się do poszukiwania prawdy, a tylko prawda czyni nas wolnymi”. Niestety, gdy łączy się bycie politykiem z byciem dziennikarzem, prawda natychmiast staje w poważnym zagrożeniu, a często okazuje się pierwszą i najważniejszą ofiarą konfliktu interesów.

 

Artur Stopka

Zamiana ról – ŁUKASZ WARZECHA o tym, co wolno „dziennikarzowi obywatelskiemu”

Część opozycji i Towarzystwo Dziennikarskie mówią o wielkim skandalu, policja nie zajęła, jak się zdaje, oficjalnego stanowiska (ja go w każdym razie nie znalazłem). 15 sierpnia z Pikniku Antyfaszystowskiego funkcjonariusze wyprowadzili Martę Bogdanowicz, „dziennikarkę obywatelską”.

 

 

Dodać tu trzeba, że opozycyjne media, opisując tę historię, jakoś zapominają nadmienić, że piknik, jakkolwiek przebieg miał pokojowy, miał też na celu zablokowanie legalnego marszu narodowców, którego trasa miała przebiegać Nowym Światem (w ostatniej chwili została zmieniona i blokujący zostali ze swoją blokadą jak Himilsbach z angielskim) – a zatem był zgromadzeniem z gruntu nielegalnym, jak zresztą większość podobnych wydarzeń, firmowanych przez radykalną część opozycji. To ma w tej historii znaczenie.

 

 

Na zdjęciach widać, że Marta Bogdanowicz jest faktycznie prowadzona pod ramiona przez dwóch policjantów, a na szyi ma identyfikator. Na słowo musimy uwierzyć, że to coś w rodzaju legitymacji prasowej. Piszę „coś w rodzaju”, bo nie mam pojęcia, jaka redakcja może wystawić legitymację prasową „dziennikarce obywatelskiej”. Znalazłem informację, że pani Bogdanowicz robi materiały dla Video KOD, czyli, jak rozumiem, medialnej emanacji Komitetu Obrony Demokracji.

 

 

Sprawa nie jest tak prosta, jak chciałaby widzieć opozycja, ale też pokazuje zapętlenia, które są potencjalnie niebezpieczne i których nikt chyba nie chce rozwiązać, bo łatwiej łowi się ryby w mętnej wodzie.

 

 

Abstrahując od histerycznego tonu relacji opozycyjnych mediów – jako się rzekło, skrzętnie pomijających kwestię nielegalności relacjonowanej przez dziennikarkę demonstracji – można założyć, że policja nie uwzięła się akurat na opozycyjne media. Po prostu była to kolejna operacja likwidacji nielegalnego zgromadzenia, co zawsze wygląda podobnie: spokojnie i profesjonalnie działająca policja stopniowo wynosi uczestników, którzy oporu nie stawiają, ale nie chcą też odejść dobrowolnie. Oburzenie na to, że byli oni spisywani, jest również nie na miejscu – byli spisywani jako osoby tworzące nielegalne, bo nie zgłoszone zgromadzenie (i tak zresztą nie wydano by na nie pozwolenia, gdyby zostało zgłoszone później niż marsz narodowców). Policjanci potraktowali zatem Martę Bogdanowicz nie wyjątkowo, ale tak samo jak pozostałych uczestników wydarzenia. Czy mieli prawo?

 

 

I tu pojawia się niejednoznaczność. Bo, po pierwsze, jakkolwiek przedstawicieli mediów policja w ten sposób traktować nie powinna czy więcej nawet: nie wolno jej tego robić (art. 43. Prawa prasowego), to jednak nie istnieje prawna definicja dziennikarza – choć wielokrotnie wskazywano, że jej stworzenie byłoby pożyteczne. Inna sprawa, że w atmosferze ostrego konfliktu politycznego, przenoszącego się na media, trudno sobie wyobrazić wypracowanie takiej definicji w zgodzie z postulatami całego środowiska i trudno byłoby uniknąć podejrzeń, że władza chce ją sformułować w taki sposób, aby było to dla niej najwygodniejsze. Zaś kategoria „dziennikarzy obywatelskich” jest w ogóle nieczytelna, „dziennikarzem obywatelskim” może bowiem każdy mianować sam siebie i wydrukować sobie stosowny identyfikator na domowej drukarce. A już szczególnie nieczytelna staje się, gdy taki „dziennikarz obywatelski” nie oddziela całkowicie swojej roli sprawozdawcy od roli aktywisty czy działacza. Tak zaś było, na ile można stwierdzić, w tym przypadku. By jednak sprawę jeszcze bardziej skomplikować, trzeba przypomnieć, że tych ról nie umie od siebie oddzielić wielu profesjonalnych dziennikarzy, biorących udział w roli bynajmniej nie obserwatorów, a nawet nie gości czy komentatorów, w wydarzeniach, firmowanych czy to przez rządzących, czy przez opozycję. I nie jest to zdrowa sytuacja – przeciwnie, ona ogromnie szkodzi naszej profesji.

 

 

Jak zatem ocenić działanie policji w tym konkretnym przypadku? Rzecz w tym, że trudno powiedzieć. Można sobie przecież wyobrazić sytuację, w której całe nielegalne zgromadzenie oplakietkowuje się jako „dziennikarze obywatelscy” i żąda, aby policja pozostawiła je w spokoju. Z drugiej strony trzeba być wyczulonym na jakiekolwiek działania, choćby tylko potencjalnie mogące godzić w wolność mediów i słowa. Można też spytać, czy – jeśli, jak można założyć, pani Bogdanowicz mówiła policjantom, że jest dziennikarką, zagłębiali się oni w jej dokumenty czy też w ogóle nie zwracali na te słowa uwagi? A jeżeli w takim razie mieliby do czynienia nie z „dziennikarzem obywatelskim”, ale z pracownikiem normalnej, pełnoprawnej redakcji – też zadziałaliby z automatu? Tak przecież być nie powinno. Kolejne pytanie brzmi, czy pani Bogdanowicz nie stwarzała swoim zachowaniem podstaw do stwierdzenia, że nie jest jedynie obserwatorem, ale też aktywnym uczestnikiem wydarzenia – czy na przykład nie wznosiła z innymi obecnymi jakichś okrzyków? A przecież dziennikarze powinni w takich sytuacjach ze wszech miar dbać o to, żeby nie mylono ich z uczestnikami wydarzenia. Pytań i wątpliwości jest, jak widać, mnóstwo.

 

 

Trudno dostrzegać tutaj jasne i oczywiste rozwiązanie w sytuacji, gdy prawo nie nadąża za rzeczywistością. Bez stworzenia możliwie szerokiej, ale też możliwie jasnej definicji dziennikarza, takie sytuacje mogą się powtarzać. Prócz definicji dziennikarza profesjonalnego mogłaby też przecież powstać definicja „dziennikarza obywatelskiego”, również szeroka, ale oznaczająca mniejsze uprawnienia. O ile na przykład wspieram pomysł polskiego Press Clubu, aby nadać dziennikarzom wykonującym swoje obowiązki status podobny do statusu funkcjonariuszy publicznych (a więc atak na dziennikarza w trakcie pracy byłby ścigany z urzędu, niezależnie od jego skutków i rodzaju) – o tyle byłbym zdecydowanie przeciwko rozszerzaniu tego przywileju na „dziennikarzy obywatelskich”.

 

 

Tymczasem można odnieść wrażenie, że jakiekolwiek prace czy rozważania, dotyczące dopasowania prawa dotyczącego mediów do rzeczywistości, nawet w tak wąskim zakresie jak definicja dziennikarza, nikogo nie interesują.

 

 

Niezależnie od tego, sądzę, że policja powinna swoje zachowanie wyjaśnić. Choćby po to, żeby nie dawać pretekstu do oskarżeń o polityczne motywacje swoich działań.

 

 

Łukasz Warzecha