Sam tego chciałeś, Jacku Kurski – ADAM SOCHA o Mariuszu Kowalewskim

Media rozpisywały się o wywiadzie z byłym pracownikiem TVP, „dziennikarzem śledczym” Mariuszem Kowalewskim, który ukazał się na łamach tygodnika „Polityka”. Kowalewski stwierdził w nim, że praca w TVP sprowadza się do szukania haków na opozycję, a także na osoby z obozu „dobrej zmiany”, które naraziły się prezesowi Jackowi Kurskiemu. Przez dwa tygodnie – jak powiada w tym wywiadzie –  miał być śledzony szef Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański, który chciał, by „prezes TVP został zwolniony ze stanowiska”. Miano też nagrywać z ukrytej kamery I zastępcę naczelnego „Gazety Wyborczej” Jarosława Kurskiego, brata prezesa TVP. Nad posiadłością Tomasza Lisa w Konstancinie  miał latać dron.  Kowalewski twierdzi, że stracił pracę w TVP, gdyż nie chciał ujawnić prezesowi Kurskiemu, skąd miał informację, iż koordynator ds. służb specjalnych Mariusz Kamiński ma zostać odwołany (co się nie potwierdziło), a wyjawienia źródła miał się ponoć od Kurskiego domagać Kamiński.

 

Zarząd TVP wszystkiemu zaprzecza i zapowiada kroki prawne wobec redakcji „Polityki” i Kowalewskiego.

 

Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało” – pomyślałem sobie po lekturze wywiadu. Bowiem na wieść, iż TVP zatrudniło Mariusza Kowalewskiego prezes Fundacji „Debata” (wydawcy olsztyńskiego miesięcznika „Debata” i portalu debata.olsztyn.pl) Bogdan Bachmura wystosował w lipcu 2016 roku do Rady Etyki Mediów, ZG SDP oraz do prezesa TVP Jacka Kurskiego List otwarty, w którym protestował przeciwko zatrudnianiu w mediach publicznych, zwanych „narodowymi” dziennikarza, który „wielokrotnie podeptał idee służby publicznej opartej na rzetelności, uczciwości, bezstronności i obywatelskiej wrażliwości, a także na najlepszych wzorcach i standardach warsztatowych, a więc te wartości, które wyznaczają dziennikarzom telewizji publicznej sposób postępowania zawodowego”.

 

Kim jest Mariusz Kowalewski? Zaczynał karierę dziennikarską w Olsztynie, w „Gazecie Olsztyńskiej” i miejscowym oddziale „ Gazety Wyborczej”, następnie dostał etat w „Rzeczpospolitej” i właśnie tekstem w tym piśmie zasłynął. Tekst dotyczył tzw. „afery seksualnej” w olsztyńskim ratuszu. Prezydent Olsztyna Czesław Jerzy Małkowski miał molestować podległe urzędniczki a jedną z nich, z którą miał wcześniej romans, zgwałcić, gdy była w zaawansowanej ciąży. Proces w tej sprawie toczy się do dzisiaj.

 

Później jednak Mariusz Kowalewski stał się dziennikarzem od „mokrej roboty”. Zasłynął z niszczenia osób publicznych za pomocą bezpodstawnych oskarżeń i sfałszowanych dokumentów. Redakcje, które publikowały jego teksty przegrywały procesy i płaciły wysokie odszkodowania.

 

Tę czarną listę otwiera „Rzeczpospolita”, która musiała zapłacić 90 tysięcy złotych odszkodowania na cele charytatywne po przegranym procesie z posłanką Lidią Staroń (dzisiaj niezależna senator). We wrześniu 2008 roku Mariusz Kowalewski napisał, że posłanka PO wzbogaciła się o kilkaset tysięcy złotych dzięki nowelizacji Prawa Spółdzielczego, nad którą pracowała. Artykułem tym dziennikarz wpisywał się w nagonkę lobby prezesów spółdzielni mieszkaniowych przeciwko posłance, autorce nowelizacji prawa spółdzielczego, która miała przywrócić kontrolę członków spółdzielni nad ich zarządami. Sąd za nieprawdziwy uznał zarzut o uwłaszczeniu się poseł Staroń dzięki noweli Prawa Spółdzielczego. Ocenił też, że Kowalewski nie dochował należytej staranności przy gromadzeniu materiałów prasowych i nie zweryfikował prawdziwości stawianego posłance zarzutu.

 

Kolejna akcja w wykonaniu Mariusza Kowalewskiego dotyczyła obrony dr. hab. Piotra Obarka, byłego dziekana Wydziału Sztuki Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, któremu Rada Wydziału Grafiki ASP w Warszawie odebrała w 2016 roku habilitację z powodu plagiatu. Mariusz Kowalewski w tekście pt. „Zniszczyć naukowca!” na łamach tygodnika „Uważam Rze” (2.09.2013 r. za redaktora naczelnego Jana Pińskiego), twierdził, że Piotr Obarek jest ofiarą spisku, w którym uczestniczył dr hab. Marek Wroński (obecnie sekretarz Komisji Rewizyjnej SDP) i ówczesna minister nauki Barbara Kudrycka. Następnie Mariusz Kowalewski wystąpił jako świadek Piotra Obarka w procesie, który ten wytoczył koleżance z wydziału za zawiadomienie Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów o podejrzeniu popełnienia przez niego plagiatu (Piotr Obarek proces przegrał).

 

Jednocześnie dziennikarz rozpoczął akcję atakowania i dyskredytowania osób, które zaangażowały się w zdemaskowanie plagiatora lub stanęły w obronie spotwarzanej publicznie autorki zawiadomienia do Centralnej Komisji. „Rzeczpospolita” opublikowała 17 lipca 2013 roku jego tekst zatytułowany „Plagiator w resorcie Kudryckiej”, mający zdyskredytować dr. hab. Marka Wrońskiego, który od lat walczy na łamach „Forum Akademickiego” ze zjawiskiem plagiatu w nauce polskiej i również napisał o sprawie plagiatu Piotra Obarka. „Rzeczpospolita” przegrała proces z Markiem Wrońskim. Sąd apelacyjny utrzymał w lipcu 2016 roku ten wyrok w mocy. Dziennik musiał przeprosić za podanie nieprawdziwych i szkalujących informacji, iż był on podejrzany o plagiat oraz zapłacić 25 tys. złotych kary.

 

Jednak wszystkie swoje wcześniejsze teksty Mariusz Kowalewski przebił publikując 7 maja 2014 roku, na założonym w tym celu blogu pt. „Dziennikarz śledczy Mariusz Kowalewski”, sfałszowany wyrok z 1978 roku, rzekomo skazujący Ryszarda Józefa Góreckiego za współżycie z małoletnią. (Z tego co wiem, Kowalewski wcześniej proponował ten materiał kilku redakcjom, ale każda odrzuciła go, jako niewiarygodny). Publikacji towarzyszyła akcja rozrzucania na terenie Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego i do skrzynek pocztowych pracowników UWM ksero tego artykułu. Ujawnienie odrażającego przestępstwa z lat młodości rektora UWM i senator PO miało go skompromitować oraz spowodować ustąpienie ze stanowisko, które dopiero co objął po zaciętej walce wyborczej, wygranej niewielką ilością głosów.

 

Mówiło się, że za tą prowokacją stała „spółdzielnia” kilku osób z UWM, którym rektor z różnych powodów się naraził. Jak ujawniło późniejsze śledztwo, Mariusz Kowalewski w chwili publikacji miał pełną świadomość, iż wyrok jest fałszywką, a wobec Ryszarda Góreckiego nigdy nie toczyło się postępowanie karne. Twierdził, że ten „dokument” znalazł w skrzynce pocztowej.

 

Przez szereg miesięcy Kowalewski nie odbierał wezwań sądowych. Następnie, mimo wyroków sądowych, przez szereg miesięcy nie zdejmował sfałszowanego dokumentu z blogu. Sąd Okręgowy w Olsztynie (29.05.2015 roku) nakazał dziennikarzowi przeproszenie prof. Ryszarda Góreckiego, rektora UWM i senatora RP, za naruszenie jego dóbr osobistych. Sąd nie miał żadnych wątpliwości, iż dziennikarz posłużył się na swoim blogu fałszywym wyrokiem. Ten wyrok utrzymał w mocy Sąd Apelacyjny podwyższając nawiązkę na rzecz domu dziecka do 15 000 zł.

 

Również Sąd Okręgowy w Olsztynie (apelacyjny), wyrokiem z 29 października 2018 r. z art. 212 par. 2 kk, uznał iż Mariusz Kowalewski jest winny pomówienia i zniesławienia poprzez publikację sfałszowanego wyroku rzekomo skazującego Ryszarda Józefa Góreckiego za współżycie z małoletnią. Sąd stwierdził, iż Kowalewski w chwili publikacji miał wiedzę, iż wobec pokrzywdzonego Ryszarda Józefa Góreckiego w latach 70. XX wieku nie toczyło się postępowanie karne, którego dotyczył wyrok w sprawie III K 876/78 (wyrok o takiej sygnaturze dotyczył innej osoby, która została skazana za kradzież auta). Sąd wymierzył dziennikarzowi karę grzywny w wysokości 100 stawek dziennych po 40 zł każda (4 tys. złotych). Wyrok jest prawomocny.

 

Byłem zszokowany, gdy na ostatnim zjeździe SDP w Kazimierzu Dolnym koledzy delegaci (Stefan Truszczyński i Zbigniew Rytel) powitali mnie „newsem”, iż  Mariusz Kowalewski został zatrudniony w TVP Info jako kierownik działu śledczego. Natychmiast podzieliłem się tą wiadomością z delegatem, poszkodowanym przez Kowalskiego dr. hab. Markiem Wrońskim a następnie poinformowałem o tym skandalu, w swoim wystąpieniu na zjeździe, pozostałych uczestników.

 

Wyraziłem wówczas opinię, iż prezes Kurski potrzebował nie wiarygodnych, rzetelnych dziennikarzy „z kręgosłupem”, ale właśnie „fachowców od mokrej roboty”. Zatrudnienie Kowalewskiego tym bardziej było rażące, gdyż z telewizji publicznej zwolniono wówczas szereg dziennikarzy i prezenterów, którym nowe władze TVP zarzuciły „łamanie etyki i standardów dziennikarskich”.

 

Zjazd w żaden sposób nie zareagował na moją informację, nie przyjął mojego projektu uchwały krytykującej przekształcenie mediów publicznych w narzędzie tępej propagandy. Toteż jedyne co nam (pismu „Debata”) pozostało, to wystosowanie listu otwartego w tej sprawie do prezesa Jacka Kurskiego. Odpowiedzi nie było.

 

Odpowiedzi udzielił Mariusz Kowalewski wywiadem dla tygodnika „Polityka”.

 

Adam Socha

 


 

Rozmowa z Mariuszem Kowalewskim

 

Adam Socha:  Jaki był powód Twojego rozstania się z TVP?

 

Mariusz Kowalewski: Powiedziałem to  w wywiadzie z „Polityką”.

 

Chciałbym to usłyszeć od Ciebie.

 

Nie mam nic do dodania.

 

Czy w jakikolwiek sposób zaszkodził ci protest w sprawie twojego zatrudnienia w TVP, skierowany przez prezesa Fundacji „Debata” Bogdana Bachmurę do prezesa Jacka Kurskiego?

 

Nic nie zaszkodziło. Nikt na to nie zwrócił uwagi.

 

Czy podtrzymujesz zarzuty, jakie postawiłeś wobec kierownictwa TVP w wywiadzie dla „Polityki”?

 

Wszystko podtrzymuję, na wszystko mam dowody. To, co się ukazało w wywiadzie, to tylko 30 proc. tego, co powiedziałem Piotrowi Pytlakowskiemu. Wiadomo, gazeta nie jest z gumy, żeby się wszystko zmieściło.

 

Czy wobec tego zamierzasz napisać np. książkę na temat swojej pracy w TVP?

 

Jestem zapracowany i strasznie zajęty i nie mam czasu na pisanie książek.

 

Z czego teraz żyjesz?

 

Tajemnica poufności, coś robię dla jednej z dużych telewizji.

 

Czy to będzie materiał dziennikarski.

 

Coś innego. Nie jestem osoba publiczną i nie muszę o tym mówić.

 

Czy chciałbyś skomentować prawomocny wyrok w sprawie wytoczonej tobie, przez prof. Góreckiego o zniesławienie. Proces przegrałeś.

 

Nie komentuję wyroków sądów, zwłaszcza absurdalnych.

 

Rozmawiał Adam Socha

Krótkie życie bojkotów – ŁUKASZ WARZECHA o politykach wracających do telewizji

Bojkoty mediów przez partie mają już w III RP pewną historię. Platforma zdecydowała właśnie o zakończeniu bojkotu TVP. Inny podobny bojkot drugiej strony politycznej sceny skończył się kiedyś podobnie. Zero zdziwień.

 

Był rok 2008, 16 lipca. To wtedy Prawo i Sprawiedliwość zdecydowało o rozpoczęciu bojkotu TVN. Jak tłumaczył wówczas Przemysław Gosiewski, PiS dostrzegał w TVN brak obiektywizmu dziennikarskiego i nie mógł „godzić się na tego typu praktyki”. W swoim postanowieniu Prawo i Sprawiedliwość przetrwało niemal dokładnie pół roku. W styczniu 2009 Komitet Polityczny tej partii zdecydował o zakończeniu bojkotu, na wniosek Jarosława Kaczyńskiego.

 

Bojkot TVP przez Platformę Obywatelską trwał tylko trochę dłużej. Decyzję podjęła największa partia opozycji w styczniu tego roku, o zakończeniu (lub zawieszeniu na czas kampanii wyborczej) zdecydowała dopiero co.

 

W obu przypadkach motywacja do rozpoczęcia bojkotu była bardzo podobna, w zasadzie identyczna. Politycy PiS i PO mieli poczucie, że nie są odpowiednio w TVN i TVP traktowani fair, a przy okazji chcieli zademonstrować swój dystans wobec stacji ich zdaniem otwarcie stojących po stronie politycznych rywali. Ta ocena była zresztą w obu przypadkach słuszna.

 

I w obu przypadkach powstawała ta sama wątpliwość: czy bojkot przynosi więcej strat czy korzyści?

 

Abstrahując od krótkotrwałego profitu, jakim jest demonstracja polityczna – przedstawiciele bojkotującego ugrupowania zyskują podwójnie. Jeden zysk to uniknięcie dyskomfortu i związanego z nim ryzyka, które wynikają ze starcia z nieprzychylnymi, napastliwymi prowadzącymi. Drugi to pozbawienie bojkotowanej stacji możliwości urządzania najatrakcyjniejszych dla widza igrzysk dzięki zapraszaniu obu stron politycznego konfliktu. A to już poważny problem dla telewizji, bo – jakkolwiek może nam się to nie podobać – w Polsce programy publicystyczne z politykami oglądają się, gdy jest ostro, gdy jest starcie, choćby z prowadzącym. Kiedy brakuje jednej ze stron, robi się kłopot. Inna sprawa, że z tego powodu żadna z bojkotowanych stacji nie zmieniła swojego podejścia. Oczywiście w gorszym położeniu jest wówczas telewizja komercyjna, która musi walczyć o oglądalność, niż państwowa, która wypełnia polityczne zlecenia, a oglądalność jest na dalszym miejscu.

 

Lecz partie również tracą na bojkocie. Nieobecni, jak wiadomo, nie mają racji. W latach 2008 – 2009, gdy PiS bojkotował TVN, rzeczywistość nie była jeszcze tak ściśle podzielona pomiędzy polityczno-medialne bańki jak dziś, więc motywacja do zakończenia bojkotu mogła być silniejsza. Lecz nawet dzisiaj możliwość dotarcia do drugiej strony jest istotnym czynnikiem, choćby jedynym skutkiem było zasianie jakiejś wątpliwości u kilku procent odbiorców. Co więcej, ci, którzy wciąż w danym medium się pojawiają, mogą nieobecnych prezentować jako tchórzy, niemających odwagi zetrzeć się z przeciwnikiem i dlatego rejterujących. To nie wygląda dobrze, nawet jeżeli trafia głównie do i tak nieprzychylnych bojkotującym widzów.

 

Platforma, inaczej niż PiS na początku 2009 roku, podjęła decyzję o zakończeniu bojkotu na ostatnim etapie kampanii wyborczej, mając więc po temu bardzo konkretny powód. W dodatku zgrywa się to z próbą zaprezentowania innej twarzy partii poprzez wyznaczenie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej jako kandydatki na premiera. W tym kontekście dysonansem jest „rada” dr. Marka Migalskiego: „Trzeba tam iść, pluć w twarz »dziennikarzom« TVP i zwracać się bezpośrednio do wyborców”. Jeśliby w ogóle uznać to za coś więcej niż desperacką próbę zwrócenia na siebie uwagi, to sugestia Migalskiego jest słaba. Przed kamerą nie wygrywa zwykle ten, kto wykaże się większą agresją, ale ten, kto oponenta skonfunduje, celnie, ale elegancko zripostuje, kto rzuci chwytliwym bon motem. Politycy opozycji próbowali przy różnych okazjach atakować dziennikarzy, prowadzących programy w TVP. Ale to gra wyłącznie do własnego twardego elektoratu, a ten i tak TVP raczej nie ogląda. Nawet jeśli ma się naprzeciw siebie prowadzącego, który nie trzyma się reguł i którego głównym zadaniem jest maksymalnie utrudnić życie gościowi, to punktuje się, wytrzymując taką sytuację i wychodząc z niej obronną ręką. Chyba że – sam tego niegdyś doświadczyłem jako komentator właśnie w TVP, jeszcze za poprzedniej władzy – padają oskarżenia sformułowane tak bardzo wprost i tak obraźliwe, że jedyną reakcją pozostaje opuszczenie studia. To jednak powinna być ostateczność.

 

Skoro obie partie swoje bojkoty zakończyły po podobnym czasie, można uznać, że obie doszły do identycznego wniosku: per saldo, w dłuższym okresie, to się nie opłaca. Ale też żadna z nich nie miała lub nie ma spójnego i ciekawego pomysłu, jak poradzić sobie z nieprzychylnym medialnym otoczeniem.

Wolność słowa to wolność posiadania zasad i ich głoszenia – twierdzi WOJCIECH POKORA

W grudniu 2016 roku podczas 33. posiedzenia Sejmu, w trakcie trzeciego czytania ustawy budżetowej na rok 2017, posłowie „opozycji totalnej” zablokowali mównicę w sali posiedzeń Sejmu. Zapoczątkowali tym samym kryzys sejmowy, który popularnie nazwany został „puczem” bądź „ciamajdanem”. Obrady przeniesiono do Sali Kolumnowej a w sali obrad pozostali okupujący ją posłowie opozycji. W sieci pojawił się wówczas filmik, na którym widać posła PO Sławomira Nitrasa przeszukującego rzeczy pozostawione w ławach posłów PiS. Na nagraniu widać, jak poseł Nitras przegląda dokumenty, fotografuje je lub filmuje a następnie na dłuższą chwilę pochyla się nad czymś, czego nie widać w kadrze, może to być torebka, może teczka a może próbował odzyskać w tym czasie równowagę i zawiesił wzrok w pustkę, aby się uspokoić. Tego nie widać, bo jego działania filmowane są z daleka i obiekt jego zainteresowania jest zasłonięty sejmową ławą. Następnie poseł na jakiś czas pochyla się i nadal nie wiemy co robi, po czym wyciąga książkę, którą zabiera, pokazując kolegom i jakiś czas później odkłada.

 

 

Każdy, kto ma swoje biurko w pracy wie, że nikt nie ma prawa grzebać w jego prywatnych rzeczach. Nawet pracodawca. Żeby przejrzeć cudzą własność trzeba mieć ku temu podstawy. Regulują to przepisy prawa i zasady współżycia społecznego. Zgodnie z art. 111 Kodeksu pracy pracodawca powinien szanować godność i inne dobra osobiste pracownika. Zobowiązany jest on do zapewnienia warunków pracy, w których nie będzie dochodziło do naruszania dóbr osobistych pracowników. Dlatego powinni oni zostać poinformowani o regułach i sposobach kontrolowania i monitorowania. Informacje te mogą być zawarte w układach zbiorowych pracy, regulaminie pracy lub ogłoszone w inny sposób, np. za pośrednictwem informacji na tablicy ogłoszeń czy zarządzenia. Ważne jest też podanie zakresu i metod sprawdzania, aby były one adekwatne do celu kontroli.

 

 

Przepisy dotyczą pracodawcy! Nie kolegów z pracy. Kiedy pracodawca może dokonać kontroli? Na przykład podczas powtarzających się kradzieży w miejscu pracy. W orzeczeniu Sądu Najwyższego z 13 kwietnia 1972 r., I PR 153/72, zostało wskazane, że zatrudniający mogą przeprowadzać takie kontrole i jest to zgodne z prawem, pod warunkiem że regulują to przepisy zakładowe, dzięki którym pracownicy są uprzedzeni o takiej możliwości. Należy pamiętać, że sprawdzanie szafek powinno odbywać się w porozumieniu z przedstawicielem pracowników i z poszanowaniem zasad współżycia społecznego. Tyle.

 

 

Tymczasem mamy sytuację, że stanowiska pracy w Sejmie przeszukuje jeden z posłów. Grzebie w rzeczach kolegów i filmuje bądź fotografuje je. Mało tego, bierze sobie rzecz, którą po pewnym czasie odkłada? Gdybyśmy na podobnej czynności przyłapali kolegę w pracy to zapewne powiedzielibyśmy mu, że Dekalog w punkcie 7. mówi, by nie kraść, a w punkcie 10. by nie pożądać rzeczy bliźniego swego. Ci z nas, którzy orientują się w przepisach prawa, mogliby zacytować Art. 119 § 1 Kodeksu Wykroczeń, w brzmieniu:  Kto kradnie lub przywłaszcza sobie cudzą rzecz ruchomą, jeżeli jej wartość nie przekracza 500 złotych, podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny. Byłoby to działanie tylko i wyłącznie w celu upomnienia. Przecież kolega złapany został na gorącym uczynku, grzebie w naszych rzeczach.

 

 

Tak się złożyło, że  wiceprzewodniczącemu Kolegium IPN Sławomirowi Cenckiewiczowi wpadł w oczy mem, na którym ktoś w kontekście poczynań posła Nitrasa przytoczył zapis 119 artykułu kodeksu wykroczeń. I udostępnił ten mem na swoim profilu w mediach społecznościowych. Nawet sam tego nie musiał pisać, gdyż gotowiec krążył w sieci. Poseł Sławomir Nitras wytoczył wiceprzewodniczącemu Cenckiewiczowi za to proces, uznając, że ten nazwał go złodziejem. Myślę – nie wiem tego na pewno – że profesor Cenckiewicz udostępniając wpis ocenił zachowanie posła, a nie jego osobę. Nie wiem, bo nigdzie nie znalazłem wpisu, w którym nazwał posła złodziejem. Jednak sędzia Joanna Kitłowska-Moroz, uzasadniając wyrok skazujący Cenckiewicza powiedziała:

 

 

   „Co najmniej jeden z memów sugeruje, że powód jest złodziejem. Sugestia ta jest wyraźna. Umieszczenie na cudzym zdjęciu napisu z cytowaniem treści paragrafu miało osiągnąć właśnie ten konkretny cel. To nigdy nie jest żart, to nigdy nie jest satyra (…). Nie można nikogo nazywać złodziejem ani posądzać o bycie złodziejem, jeżeli nie ma dowodów na to, że ktoś jest złodziejem”.

 

 

   W sprawie głos zabrało Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, które w swoim oświadczeniu zauważa, że „wyrok Sądu Okręgowego w Szczecinie (…) nie uwzględnia specyfiki publicznych wypowiedzi w medium społecznościowym, jakim jest Twitter. Publikując na jego łamach każdy ma prawo przedstawiać – nawet skrajnie złośliwie – swój osobisty punkt widzenia. Charakterystyczna dla Twittera ograniczona do minimum objętość tekstu wymusza na użytkownikach formułowanie prostych i jednoznacznych przekazów, które mają często umowny, ironiczny charakter”.

 

 

Dalej CMWP zauważa, że „w myśl art. 10 ust. 1 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, każdy ma prawo do swobody wypowiedzi, które obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe”.

 

 

W świetle tego, co wydarzyło się na sali sejmowej podczas tzw. puczu uważam, że wyrok szczecińskiego sądu ma za zadanie uciszyć i zastraszyć krytyków posła Nitrasa, a nie sprawiedliwie osądzić kogokolwiek. Gdy widząc takie praktyki będziemy milczeć, szybko doprowadzimy do sytuacji, gdy wolność słowa będzie z definicji głoszeniem poglądów, które podobają się komuś, kto aktualnie sprawuje władzę. A zdecydowanie nie na tym powinna ona polegać w wolnym kraju.

 

 

Wojciech Pokora

Mój tata pisze i czyta – wspomnienie ALEKSANDRY RYBIŃSKIEJ

Ogłoszono właśnie X Edycję Konkursu o „Nagrodę Złotej Ryby”, z tej okazji przypominamy postać patrona tego wyróżnienia, wybitnego felietonisty Maciej Rybińskiego w osobistym wspomnieniu córki, Aleksandry.

 

To, że mam innego tatę niż inne dzieci, zauważyłam, kiedy miałam siedem lat. Nauczycielka zapytała dzieci w klasie, co robią ich ojcowie. Jeden był inżynierem i budował mosty, drugi miał fabrykę, w której produkował wędliny. W końcu przyszła kolej na mnie. Długo się zastanawiałam, nim odpowiedziałam: „Mój tata pisze i czyta”. Dzieci wybuchły śmiechem wraz z nauczycielką, która mnie poinformowała, że to nie jest zawód.

 

Bardzo się wtedy wstydziłam za tatę. Nie rozumiałam, dlaczego tak jak inni ojcowie nie wychodził do biura z teczką w ręku, by przewracać tam papierki z lewej na prawą, albo chociaż nie zamiatał ulicy, jak starszy pan, którego codziennie mijałam w drodze do szkoły. Zamiast tego siedział przy maszynie do pisania i stukał nieprzerwanie w klawisze. „Co on tam pisze?” – zastanawiałam się.

 

Głowiłam się także, skąd tata tyle wiedział. Na każde pytanie znał odpowiedź. Kiedy nie rozumiałam czegoś w szkole, wracałam do domu i pytałam go. Z wyjątkiem matematyki, nigdy się nie mylił. Czasami jeździł nawet do szkoły i pouczał moje nauczycielki. „Ta twoja wychowawczyni jest idiotką i robi wam wodę z mózgu” – mówił. Bardzo mi to imponowało. Wpajał mi od początku, że to, co mi mówią inni, nie zawsze jest prawdą. „Myśl samodzielnie” – przekonywał.

 

Tata nie szanował żadnych autorytetów, nie lubił porządku i podporządkowywania się. Było to bardzo fajne i bardzo demoralizujące. Zapewniło mi długoletnią niechęć zespołu nauczycielskiego. Ale nauczyło mnie też krytycznego myślenia. Bo tata był człowiekiem całkowicie niezależnym. Dla niego wolność była największym dobrem. Nie zmieniał poglądów w zależności od koniunktury i wysokości wynagrodzenia. Nie poddawał się presji większości i poprawności politycznej. I dzięki niemu ja też tego robić nie potrafię.

 

Nigdy nie zapomnę, jak przywiózł mojej nauczycielce w liceum w Bonn „Quo vadis?” Sienkiewicza, by się dokształciła i przestała wmawiać młodzieży, że Szczypiorski to najwspanialszy polski pisarz.

 

A jak gotował! Wciąż pamiętam metaliczny dźwięk garnków i zapachy unoszące się w naszej kuchni, kiedy wracałam ze szkoły do domu. I ojca w fartuchu podlewającego jakąś pieczeń w piekarniku. Może to była kaczka z pomarańczami, a może polędwica w cieście, którą tak lubił? To on nauczył mnie gotować. I miłości do dobrej kuchni, szczególnie francuskiej, jeszcze zanim zdążyłam ją poznać podczas moich podróży. Do dziś żałuję, że nie pomyślałam o tym, by poprosić go o przepis na zupę gulaszową, która tak mi smakowała i którą przyrządzał każdej zimy.

 

Brakuje mi też naszych wspólnych wieczorów, spędzonych na dyskusjach, czasami o zupełnie absurdalnych rzeczach. Tatę wszystko interesowało. Od stoicyzmu po latające spodki. Nasze mieszkanie zawsze było zawalone książkami. Było ich tyle, że nie mieściły się na regałach. A tata wszystkie je znał na pamięć. Czytał ciągle i wszędzie, nawet przy jedzeniu, co mamę bardzo irytowało. Podobnie jak jego zamiłowanie do bluesa, którym mnie zaraził. Potrafiliśmy godzinami słuchać płyt i zachwycać się muzyką. Mama wtedy uciekała. Leadbelly, B.B. King i Screaming Jay Hawkins w połączeniu z naszym buczeniem byli dla niej nie do zniesienia.

 

Ale najbardziej brakuje mi taty poczucia humoru. Śmiech zawsze rozlegał się w naszym domu. Tata nie tylko pisał felietony, on je opowiadał. Każdy posiłek był zakrapiany anegdotami, których znał tysiące, na każdą okazję. Przewijały się w nich różne ciekawe postacie, które kiedyś spotkał na swej drodze. Uwielbiał żydowskie szmoncesy i folklor warszawski. Czasami podczas obiadu czytał mi z opowiadań Wiecha, powodując, że ze śmiechu nie mogłam jeść.

 

Dopiero dziś zdaję sobie sprawę, jak wiele czerpałam z tych wspólnych chwil i jak wielki miał na mnie wpływ. Przez niego nie potrafię się dziś oprzeć słodyczom i uwielbiam oglądać zawody w curlingu w telewizji. Nie wspominając o zamiłowaniu do powieści Singera i tanich horrorów z wampirami i żywymi trupami. I to niekoniecznie w tej kolejności.

 

Wspomnienia tych wspólnych chwil zostaną ze mną na zawsze, tak jak taty felietony.

 

Aleksandra Rybińska, córka

 

INFORMACJA O KONKURSIE O „NAGRODĘ ZŁOTEJ RYBY”

 

 

Par excellence jako polityk – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jakiej granicy dziennikarze przekraczać nie powinni

Jacek Żakowski zbierał podpisy pod kandydaturą Pawła Kasprzaka, lidera Obywateli RP – radykalnego i awanturniczego odłamu skrajnej opozycji – do Senatu. Trwało to ledwo trochę ponad godzinę – redaktor Żakowski jest wszak człowiekiem zajętym i czas na ratowanie Polski przed dyktaturą musi dzielić na różne swoje aktywności – ale jednak. Przez moment miałem nadzieję, ujrzawszy tę informację, że był to tylko rodzaj socjologicznego eksperymentu, ale nie. Żakowski po prostu zaangażował się w kampanię opozycjonisty.

 

Napiszę teraz całkiem serio: zmartwiło mnie to, ponieważ, jakkolwiek nie zgadzam się z Jackiem Żakowskim niemal w każdej możliwej sprawie, to uważam go za publicystę o wyrazistych poglądach, ale też myślącego niezależnie. Nie chodzi o to, że zbierając podpisy pod kandydaturą Kasprzaka stał się zależny – bynajmniej – ale o to, że przekroczył granicę, której dziennikarze przekraczać nie powinni.

 

Tyle że ta granica była w ciągu ostatnich lat przekraczana już tak często i przez tak wiele osób z obu stron sporu, że nie sposób się na Żakowskiego nawet specjalnie wściekać albo pryncypialnie go krytykować. No dobrze – powiem nieskromnie, że może ja akurat mógłbym, bo mam wrażenie, że ja tej granicy nie przekroczyłem ani razu, ale też może i nie mnie oceniać.

 

Wielokrotnie pisałem na portalu SDP o różnych poziomach niedopuszczalnego zaangażowania politycznego dziennikarzy. Poszło to już tak daleko, że dawne zasady higieny profesjonalnej – rozdzielania roli dziennikarskiej od politycznej – brzmią dzisiaj jak sprzed potopu. Można przecież nawet spytać, jak oddzielać jedno od drugiego, gdy media chyba już w większości są „tożsamościowe”, czyli po prostu służą politycznemu protektorowi czy mocodawcy. Czasami to wręcz żenująco prosta wymiana – odpowiednie poglądy w zamian za kasę.

 

Mimo wszystko będę się upierał, że da się wciąż wyznaczyć linię, której nie powinno się przekraczać. Dziennikarzy informacyjnych zostawmy na boku, bo to odrębna dziedzina, w której zresztą standardy są gwałcone codziennie na potęgę. Zostańmy przy publicystach, którzy przecież nie tylko mogą, ale wręcz powinni własne poglądy posiadać. A skoro tak, to czy mogą otwarcie wspierać tę czy inną partię, tego czy innego polityka? Otóż moim zdaniem (ale zaznaczam, że są to wyłącznie moje poglądy i moje rozumienie zawodowej etyki, a nie zapisy jakiegoś powszechnie obowiązującego kodeksu) – mogą, ale pod pewnymi warunkami.

 

Po pierwsze – powinni to robić właśnie jako publicyści, a nie jako aktywiści, czyli nie tak, jak zrobił to Żakowski. Publicysta ma prawo napisać, że z tych i tych powodów ten i ten kandydat lub ugrupowanie są godni poparcia.

 

Jednak – po drugie – powinien to uzasadnić, mając za punkt wyjścia własne poglądy i konkretne zagadnienia, nie zaś na przykład bezwarunkowy kult lidera. Publicysta, który niewolniczo podąża za daną formacją, klucząc, zmieniając wraz z nią zdanie i usprawiedliwiając takie jej zachowania, które jednocześnie potępia lub potępiał u politycznej konkurencji, staje się de facto aktywistą.

 

Po trzecie – nie mam problemu z tym, że publicysta może wystąpić w panelu dyskusyjnym podczas firmowanej przez ugrupowanie polityczne imprezy, a nawet, że mógłby zostać podczas takiego wydarzenia poproszony o wystąpienie. Pod warunkiem, że to wystąpienie nie będzie miało formy wiecowej, politycznej agitki. Nie ma tu oczywiście wyraźnej granicy – ale zdrowy rozsądek pozwala odróżniać jedno od drugiego.

 

Po czwarte – nie trafiają do mnie tłumaczenia dziennikarzy, biorących udział w wiecach poparcia albo protestach, którzy twierdzą, że sytuacja jest tak poważna, że nie można stać z boku. Nie jesteśmy w stanie wojny domowej. Publicysta – a tym bardziej dziennikarz informacyjny – jest obywatelem, ale w specyficznej sytuacji. Jednym z kosztów tego zawodu jest nakaz – nieformalny, rzecz jasna – trzymania się z boku. Nie musi to dotyczyć wydarzeń, które nie mają partyjnego stempla i są organizowane przez polskie państwo (w tym także polityków w swoich państwowych, oficjalnych rolach, a więc jako prezydent, premier, minister). Lecz tam, gdzie partyjny sztandar jest widoczny, dziennikarz pojawiać się nie powinien jako uczestnik manifestacji, protestu, zgromadzenia. Nie mylić z obserwatorem. Ja sam przestałem chodzić na Marsz Niepodległości, gdy stał się on imprezą jednoznacznie identyfikowaną z Ruchem Narodowym.

 

Jasne, że wszystkie te zasady, których – mam nadzieję – udaje mi się przestrzegać, nie są precyzyjne, a życie nie jest czarno-białe. Tyle że mnóstwo kolegów i koleżanek uznało, że nie muszą już nawet starać się jakoś o nich pamiętać. Że sytuacja usprawiedliwia występowanie praktycznie w podwójnej roli – aktywisty politycznego i dziennikarza, a może nawet jeszcze gorzej: wykorzystywanie swojej dziennikarskiej pozycji dla uprawiania politycznego aktywizmu.

 

W znakomitym i nie bez powodu kultowym „Vabank” Juliusza Machulskiego w jednej z ostatnich scen Kwinto powiada: „Zresztą zamiast kraść jako dyrektor, fabrykant, sekretarz czy inny prezes lepiej już kraść par excellence jako złodziej. Tak jest chyba uczciwiej”. Nie żebym sugerował, że bycie politykiem to to samo co bycie złodziejem. Ale jeśli już kogoś tak bardzo ciągnie do politycznego aktywizmu, to lepiej, żeby się tym zajął par excellence jako polityk. Tak jest chyba uczciwiej.

 

Łukasz Warzecha

W tym roku będą dwie Nagrody Złotej Ryby

POD PATRONATEM SDP. Fundacja Macieja Rybińskiego ogłosiła X Edycję Konkursu o  „Nagrodę Złotej Ryby” dla felietonistów i autorów komentarzy satyrycznych, którzy nie przekroczyli 40 lat. Poza tym wspólnie z Fundacją Odpowiedzialność Obywatelska organizuje I edycję konkursu publicystycznego o „Nagrodę Złotej Ryby – dla Młodych”, do udziału w którym zaproszeni są uczniowie szkół ponadpodstawowych.

 

Poniżej szczegóły obu konkursów.

 

Fundacja Macieja Rybińskiego ogłasza

X Edycję Konkursu o  „Nagrodę Złotej Ryby”,

 

do którego zaprasza autorów felietonów i komentarzy satyrycznych publikowanych w prasie, radiu,  telewizji i Internecie.  Laureatem Konkursu może zostać autor, który w chwili opublikowania materiału nie przekroczył 40 lat.

 

Kapituła Konkursu będzie oceniać materiały opublikowane w tym roku do 30 września, a nadesłane do 5 października br. na adres:

[email protected] lub Kapituła Nagrody Macieja Rybińskiego, ul. Marii Rodziewiczówny 1/164, 04-187 Warszawa

 

W zgłoszeniu do konkursu należy podać: imię, nazwisko i wiek autora materiału, tytuł materiału i sam materiał, datę i miejsce publikacji, informacje kontaktowe ze zgłaszającym i autorem (adres, nr telefonu lub e-mail), krótkie uzasadnienie. Nazwiska laureatów zostaną ogłoszone 22 października 2019 r., w X rocznicę śmierci Macieja Rybińskiego na publicznej uroczystości w Warszawie.

 

Zwycięzca otrzyma statuetkę „Złotej Ryby” i nagrodę pieniężną 10 000 zł.

 

Kandydatów do nagrody mogą zgłaszać wszyscy: osoby fizyczne (w tym sami autorzy), instytucje  i organizacje, a w szczególności dziennikarze, redakcje i wydawcy prasy oraz innych mediów, krytycy literaccy, członkowie Kapituły. Wyniki Konkursu ustala Kapituła w składzie:

 

Przewodnicząca – Aleksandra Rybińska, córka Macieja Rybińskiego,  członkowie – Andrzej Krauze, Krzysztof Masłoń, Jan Pietrzak, Tomasz Sakiewicz, Marcin Wolski i Rafał Ziemkiewicz. Kapituła Konkursu zastrzega sobie prawo nieprzyznawania nagrody.

 

Konkurs jest finansowany ze środków Fundacji PZU.

 


 

Fundacja Macieja Rybińskiego we współpracy z Fundacją Odpowiedzialność Obywatelska ogłasza

I edycję konkursu publicystycznego o „Nagrodę Złotej Ryby – dla Młodych”

do którego zaprasza się uczniów szkół ponadpodstawowych.

 

Celem I edycji konkursu publicystycznego o „Nagrodę Złotej Ryby – dla Młodych”, jest upamiętnienie postaci Macieja Rybińskiego – wybitnego dziennikarza, publicysty, felietonisty.

 

By wziąć udział w Konkursie należy napisać pracę na jeden z trzech poniższych tematów, a następnie przesłać do dnia 3 października 2019 r. do godziny 24:00 na adres mailowy [email protected]. Przesłana praca powinna spełniać wymagania zawarte w Regulaminie Konkursu.

 

Tematy:

  1. Interpretacja
  • Maciej Rybiński „Przemówienia wygłoszone przez Ludwika XVI Burbona, króla Francji, dnia 17 lipca 1789 roku na Ratuszu w Paryżu”. (załącznik nr 1 do Informacji Konkursowej).
  1. Polemika
  • „Krytycy Powstania motywowani jak Hitlerowcy?” Felieton Macieja Rybińskiego z okazji 60 rocznicy PW (załącznik nr 2 do Informacji Konkursowej).
  1. Bajka – napisać własną bajkę inspirowaną bajkami Macieja Rybińskiego. Źródła:
  • Maciej Rybiński „Bajeczki Ekonomiczne”, Wydawnictwo: Zysk i S-ka, (wybrane bajki – załącznik nr 3 do Informacji Konkursowej);
  • Maciej Rybiński „Prawa Człowieka? Ja się zrzekam” Felietony opublikowane w Gazecie Polskiej w latach 2005-2009. (wybrane felietony – załącznik nr 4 do Informacji Konkursowej).

 

Nagrody

Nazwiska 3 Zwycięzców zostaną ogłoszone w dniu 15 października 2019 r. Zwycięzcy będą mogli uczestniczyć, zgodnie z postanowieniami regulaminu, na koszt Organizatorów w Gali, która odbędzie się w dniu 22 października 2019 r. w Warszawie.

 

Każdy Zwycięzca otrzyma nagrodę w postaci karty prezentowej o wartości 200 zł do księgarni internetowej. Szkoła, w której uczy się Zwycięzca, otrzyma taką kartę o wartości 800 zł.

 

Patroni medialni: SDP, wpolityce.pl, Do Rzeczy,Sieci, Radio Wnet, Blogpress

 

REGULAMIN I ZAŁĄCZNIKI

 

Flirt z „hejtem” – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o źródłach informacji w social mediach

Czy wyobrażamy sobie prawo, które reguluje, z kim dziennikarz może rozmawiać? Czy media społecznościowe to dobre miejsce do kontaktu z informatorami? Kim są „hejterzy” i „trolle”?

 

W czerwcu 2015 roku Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Kielcach wydała nakaz likwidacji hodowli bizonów w Kurozwękach, ponieważ mogły zagrażać mieszkającym setki kilometrów od świętokrzyskiego żubrom. Sprawa zdawała mi się na tyle irracjonalna, że zabrałem głos i włączyłem się w działania na rzecz ocalenia stada. W dyskusji w mediach społecznościowych pojawili się nagle zwolennicy wybicia bizonów w Polsce. Co ciekawe występowali jako ekolodzy i obrońcy praw zwierząt. Szybko też zajęli pole strony, która jest w tym sporze pokrzywdzona. W toku rozmowy na jedną z moich kolejnych uwag już nie dostałem odpowiedzi, tylko komentarz o treści: „hejter i agresor”. Zachowałem zrzut z ekranu w zbiorach ciekawostek na swój temat. Warto więc pamiętać, że kontaktując się ze mną w kwestiach bizonów z Kurozwęk, kontaktujecie się Państwo ze zdiagnozowanym „hejterem”. Nie dotyczy to jednak żadnego innego zagadnienia. Tu pojawia się kwestia podstawowa: czy owym „hejterem” się jest, czy może tylko się nim bywa? Jak rozpoznać z kim mamy do czynienia?

 

Kłopot z definicjami

 

Nie ma oficjalnych, obowiązujących definicji „trolla” i „hejtera”. Nie występują w polskim prawie, nie ma też takich profesji w „Klasyfikacji zawodów i specjalności” uaktualnianej przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Czy zatem staje się nimi każdy, kogo takim mianem się określi (np. jak ja w kwestii bizonów)?

 

Tu nie ma prostych odpowiedzi – mówi Mirosław Usidus, ekspert w dziedzinie mediów społecznościowych. – W przypadku „trolli” i „trollowania” mówimy o pojęciach bardzo starych, oczywiście z perspektywy Internetu. Zrodziły się jeszcze w świecie pierwotnych grup dyskusyjnych i komunikacji IRC (Internet Relay Chat). Użytkownikom tych archaicznych kanałów chodziło przede wszystkim o określenie pewnego typu osobowości i zachowań wyrażanych w dyskusjach, a nie postaw politycznych. Nie jest więc jeszcze „trollem” ktoś, kto ma inne poglądy, czy jest chamski. Jest być może tylko przeciwnikiem, oponentem, albo po prostu chamem. „Trollem” zostanie dopiero wtedy, gdy zacznie „trollować”, czyli dyskutować w specyficzny sposób. W świetle badań psychologicznych i socjologicznych użytkowników mediów społecznościowych można stwierdzić, że „troll” to cwany psychopata z sadystycznymi skłonnościami, który żyje dzięki temu, że na niego zwracamy uwagę. Wcale przy tym nie musi być anonimowy.

 

Wygląda więc na to, że, być może z braku wiedzy, media starają się nadać temu pojęciu nowe, jeszcze bardziej przerażające znaczenia, oderwane przy tym całkowicie od źródła (jak np. lansowany termin „farma trolli”, rozumianej jako zorganizowana grupa ludzi, biorących pieniądze za szkalowanie oponentów przy wykorzystaniu anonimowych kont). Myślę, że badania na temat motywacji samych „trolli” (oczywiście w szerszym kontekście, w końcu osoby tak określane potrafią dewastować komunikację związaną z dowolnym, z jakichś przyczyn interesujących ich, zagadnieniem) byłyby bardzo interesujące. Obserwując w mediach społecznościowych, chociażby obie strony obecnego sporu politycznego w Polsce, dochodzę do wniosku, że wielu „walczy” z przyczyn, które zapewne oceniają jako ideowe i bez wątpienia nie zgodzi się przy tym z określeniem siebie mianem „trolla”.

 

Kim więc jest „hejter”?

 

   Mirosław Usidus:W tym wypadku sprawa jest jeszcze trudniejsza. Można wprawdzie wrócić do angielskiego słowa „hate” („nienawidzić”), aby uznać za błędne dziewięćdziesiąt pięć procent użyć pojęcia „hejt” w Internecie, ale wydaje mi się, że to nie ma sensu, bo terminy „nienawiść”, „nienawidzić” oraz już właściwie polskie słowo „hejt” są odrębnymi pojęciami i chyba już nawet nie synonimami.

 

Słowa te potwierdza „Słownik języka polskiego” PWN w wersji online, w którym hasło „hejtować” pojawiło się w 2017 roku. Zdefiniowano ten termin w następujący sposób: „zamieszczać w Internecie obraźliwe lub agresywne komentarze”. Nieco inaczej rozwinięto pojęcie „hejter”: „(potoczne) osoba wyrażająca opinie pełne nienawiści, negatywności”. To słówko trafiło już w 2016 roku do „Wielkiego słownika ortograficznego” PWN pod red. E. Polańskiego.

 

Ad rem

 

Z raportu „Dziennikarze a social media 2012” przygotowanego na zlecenie Multi Communications wynika, że z mediów społecznościowych korzystało wówczas 85% żurnalistów, a 23% czyniło to w celach zawodowych. Tylko 43% uważało znalezione informacje za wiarygodne. W tym miejscu należy jednak zaznaczyć, że największą wiarygodnością i popularnością cieszyły się blogi.

 

W kolejnej fali badań „Dziennikarze i social media 2014” (Multi Communications, Instytut Monitorowania Mediów i Millward Brown) czytamy, że już 92% dziennikarzy korzystało z mediów społecznościowych. W tym okresie blogi zaczęły tracić na znaczeniu na rzecz Facebook’a i YouTube’a. Mniej więcej połowa dziennikarzy uważała znalezione treści za mało wiarygodne. Czego szukali pięć lat temu? Tematów do materiałów, tego co szczególnie interesuje użytkowników, o czym dyskutują, opinii w tym przede wszystkim komentarzy eksperckich.

 

Potwierdzają to badania Press Institute „Dziennikarze a media społecznościowe” za 2016 rok, według których 82,6% badanych korzystało z nich w celach prywatnych i zawodowych, a 4,6% deklarowało tylko te pierwsze. Z tej analizy otrzymujemy jeszcze jeden istotny rezultat. Otóż 70% badanych używało ich do nawiązywania bezpośredniego kontaktu ze źródłami informacji.

 

Czy zatem użytkownik mediów społecznościowych, nazwany lub nienazwany „hejterem”, może być źródłem informacji? Odpowiedź jest, jak wynika z badań i zdrowego rozsądku, oczywista i brzmi „tak”. Czy chcielibyśmy prawa prasowego, które reguluje, z kim dziennikarz może rozmawiać, a z kim nie i jaki kanał oraz forma komunikacji są dozwolone? Odpowiedź jest równie oczywista i brzmi „nie”.

 

A może trzeba zalegalizować „czarny PR”?

 

Ten termin stracił na popularności. Warto w tym kontekście przypomnieć, że w 2009 roku branżę Public Relations zelektryzował komunikat o założeniu pierwszej firmy, która oferowała swoim klientom rozpowszechnianie negatywnych komunikatów na temat konkurentów. Maciej Budzich, czyli popularny bloger MediaFun napisał we wstępie do tekstu na ten temat: „nie wiem, czy traktować to jako żart, prowokację, jakiś element akcji wirusowej, czy poważną propozycję”.[1] Na końcu artykułu postawił pytanie: „Czy taka oferta znajdzie klientów”? Okazało się, że nie jest to w Polsce pomysł na biznes (a przynajmniej nie na legalny…). Domena: www.czarny-pr.pl świeci dziś pustką.

 

Czy zatem „zalegalizowanie” tego typu działalności (rozpowszechnianie negatywnych komunikatów na temat konkurencji opartych o prawdziwe dane) nie byłoby po prostu czytelne? Wtedy każdy wiedziałby, z kim ma okoliczność, bez wątpliwości i złudzeń dotyczących pobudek jego działania. Co o tym sądzi branża PR?

 

To jest niewyobrażalnie złe dla świata profesjonalnej komunikacji, że są ludzie, którzy chcą pisać o innych źle i robić na tym interesy. Przewracają się zasady budowane przez lata – mówi Mariusz Pleban, prezes OneMulti, członek Rady Związku Firm Public Relations i kilkukrotny wiceprzewodniczący tego gremium. – Branża Public Relations wypracowała w Polsce przez ostatnich trzydzieści lat standardy etyczne i każdy się może z nimi zapoznać[2].

 

Co się zmieni w świecie mediów po sprawie Emilii S?

 

Nic. Dziennikarze nadal będą używali mediów społecznościowych do utrzymywania kontaktów z informatorami. Będzie też można do nich tą drogą się odezwać. To są obecnie najzwyklejsze w świecie miejsca komunikacji, które wypierają coraz bardziej dawne kanały. Dziś nie trzeba przecież spotykać się po zmroku pod mostem na obrzeżach miasta, żeby przypadkiem nie być widzianym w pobliżu „źródła”, aby go przypadkiem nie ujawnić. Jeśli dziennikarze trafią tą drogą na ciekawy i aktualny trop, który do tego potwierdzą, to nim podążą. Środowisko nadal też będzie żyło nieco obok społeczności internetowych, na przykład nie radząc sobie z używaniem terminów i pojęć. Nikomu wreszcie (mam taką nadzieję!) nie przyjdzie do głowy wpisanie do Ustawy o prawie prasowym paragrafu, z kim dziennikarz może rozmawiać, a z kim nie, albo jakim kanałem może to robić.

 

***

 

Kwestię kontaktów Emilii S, nazywanej przez część mediów „hejterką”, z dziennikarzami podnosiły ostatnio zarówno WirtualneMedia,[3] jak i Press.[4] Obie redakcje powstrzymały się przy tym od komentarzy. Cóż się dziwić, skoro według przywołanego raportu Press Institute 81,1% badanych wykorzystuje media społecznościowe do kontaktu z rozmówcami i źródłami informacji.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.mediafun.pl/czarny-pr-oficjalnie/

[2] https://zfpr.pl/kodeks-dobrych-praktyk/

[3] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/emilia-s-internautka-oczerniajaca-sedziow-z-wiceminister-sprawiedliwosci-lukasz-piebiak-ustalala-tekst-z-wojciechem-biedroniem-z-sieci

[4] https://www.press.pl/tresc/58271,jak-dziennikarze-pomagali-hejterce-emilii

27 lat temu ostatni raz widziano Jarosława Ziętarę

W niedziele, 1 września, w Poznaniu przy tablicy upamiętniającej dziennikarza Jarosława Ziętarę,  na ulicy Kolejowej 49 spotkali się ludzie mediów z Wielkopolski oraz znajomi zamordowanego. Wśród nich Krzysztof Kaźmierczak, redakcyjny kolega Jarka. Oprócz zniczy i kwiatów przygotowano też bezpłatną broszurę zawierającą kompendium historii tragicznych losów reportera,  autorstwa Kaźmierczaka.

 

27 lat temu pierwszy września przypadał we wtorek. Tego dnia, około godziny 9.00 rano po raz ostatni widziany był 24-letni, poznański dziennikarz.  Wyszedł z domu, przy ulicy Kolejowej 49 i według zeznań świadków w dwóch procesach toczących się w Sądzie Okręgowym w Poznaniu,  wsiadł do rzekomego radiowozu i odjechał. Odjechał prawdopodobnie w towarzystwie mężczyzn ubranych w mundury policji. Do redakcji Gazety Poznańskiej, w której pracował, już nigdy nie dotarł. Do dziś nie odnaleziono ciała Ziętary, nie wiadomo też kiedy dokładnie zginął, ani kto go zabił.

 

W Poznaniu znajdują się dwa miejsca upamiętniające Jarosława Ziętarę. Pierwsze to ulica jego imienia,  która znajduje się przy budynku gdzie w 1992 roku mieściła się siedziba Gazety Poznańskiej. To miejsce pracy, do którego Ziętara nie dotarł 27 lat temu. Drugą lokalizacją jest tablica przy ulicy Kolejowej 49 na poznańskim Łazarzu. Na murze kamienicy, gdzie dziennikarz wynajmował mieszkanie widnieje napis: „W tym domu mieszkał Jarosław Ziętara. Porwany 1 września 1992 r. Zginął bo był dziennikarzem”.

 

Oba te symbole upamiętnienia  powstały z inicjatywy Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary, który do dziś walczy o wyjaśnienie okoliczności śmierci reportera. Od września br., po wakacyjnej przerwie kontynuowane będą dwa procesy związane z losami Ziętary. Jeden o podżeganie do zabójstwa poznańskiego dziennikarza. O czyn ten oskarżony został były senator, twórca pierwszych kantorów wymiany walut w Polsce Aleksander Gawronik, który nie przyznaje się do winy i czuje się niesłusznie oskarżony. W drugim procesie oskarża się Mirosława R., pseudonim „Ryba”, i Dariusza L., pseudonim „Lala” o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie Ziętary. „Ryba” i „Lala” to dwaj ochroniarze z firmy Elektromis, należącej do biznesmena Mariusza Ś., którzy przebrani za policjantów, mieli porwać dziennikarza spod jego mieszkania w Poznaniu i przekazać zabójcom. W Krakowie trwa jeszcze trzecie śledztwo, które ma ustalić, kto zabił Jarosława Ziętarę.

 

Trudno dziś przesądzić czy sprawy sądowe i toczące się śledztwo wyjaśnią wszystkie niewiadome tej zbrodni. Nie wiadomo też czy udowodnią winę oskarżonym,  czy może w sposób wiarygodny oczyszczą ich z zarzutów. Czy bliscy dowiedzą się gdzie znajdują się szczątki zamordowanego dziennikarza i będą mogli po tylu latach go pochować. I dla mnie osobiście bardzo ważne pytanie: Czy Jarka można było uratować z rąk oprawców? Oba procesy od początku roku obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Na stronach SDP oraz CMWP zamieszane będą relacje z poszczególnych rozpraw.

 

Aleksandra Tabaczyńska

Nie ustąpimy ani na krok! – TOMASZ PLASKOTA o tym co polska prasa pisała w przededniu wybuchu II wojny światowej  

Jeszcze ważą się losy pokoju i wojny” – łudził w wydaniu z 30 sierpnia 1939 r. prorządzowy dziennik popołudniowy „Dobry wieczór! Kurier Czerwony” wydawany w Warszawie. Ale te słowa już nic nie znaczyły. Społeczeństwo gotowało się do wojny, która, jak przekonywała rządowa propaganda miał być szybka, łatwa i zwycięska…

 

Tragedia, która zmieniła świat miała rozpocząć się kilkadziesiąt godzin po ukazaniu się tekstu w „czerwoniaku”. „Biała wojna” nerwów, jak międzynarodowe napięcie polityczne w wyjątkowo ciepłym i słonecznym lecie 1939 r. określała polska i zagraniczna prasa kończyła się, a nadciągał najprawdziwsza i najkrwawsza w dziejach wojna.

 

Polska prasa już w lecie 1939 r. żyła zagrażającą nam wojną. Nie ma tu niestety miejsca na przegląd wszystkich polskich dzienników z tamtego okresu. Ograniczyłem się więc jedynie do kilku wybranych tytułów. Omówienie, nawet pobieżne tego co pisały tytuły prasowe w tamtym czasie byłoby rzecz wymagająca wiele miejsca i czasu. W tamtym okresie w Polsce wychodziło około 250 dzienników. Według danych statystycznych z końca 1937 r. w naszym kraju ukazywało się w sumie prawie 2500 czasopism. Już same liczby wskazują, że prasa była u schyłku II RP najsilniejszą gałęzią rynku medialnego. Nie była jednolita. Była zróżnicowana pod względem partyjnym. Duże stronnictwa polityczne, jak Obóz Narodowy, piłsudczycy, socjaliści, ludowcy dysponowali szeregiem dzienników, tygodników i periodyków. Własne czasopisma wydawały również małe organizacje polityczne. To był sposób walki o rząd dusz w społeczeństwie. Były też pisma katolickie, regionalne, lokalne.

 

Najpopularniejszym i największym dziennikiem w Polsce końca lat trzydziestych był wydawany w Krakowie „Ilustrowany Kurier Codzienny” sympatyzujący z sanacyjnym obozem rządowym. Gazeta wydawana przez koncern medialny Mariana Dąbrowskiego 30 sierpnia 1939 r. na stronie tytułowej opublikowała komunikat Polskiej Agencji Telegraficznej dotyczący kłamstw III Rzeszy o rzekomych prześladowaniach mniejszości niemieckiej w naszym kraju. Tekst opatrzono tytułem „Uroczysty protest Polski przeciw niemieckim kłamstwom, oszczerstwom i matactwom”. Poniżej zamieszczono relację z francusko-niemiecko korespondencji dyplomatycznej między premierem Edouardem Daladierem a kanclerzem Adolfem Hitlerem, którą zatytułowano: „Niemcy nie przyjmują ręki wyciągniętej do zgody”. 31 sierpnia, w ostatni dzień pokoju „IkaC” grzmiał z okładki: „Nie ustąpimy ani na krok!” cytując obszerne streszczenie przemówienia brytyjskiego premiera w Izbie Gmin. Szef brytyjskiego rządu zapewniał, że „Anglia niezłomnie i niezachwianie stoi przy Polsce”. Zapewniał, że jego kraj „pozostanie wierny swoim zobowiązaniom”. „Armia i flota Imperium Brytyjskiego stoi gotowa do zadania wrogowi pokoju ciosu decydującego”. Nie minął tydzień, a potwierdziło się szekspirowskie stwierdzenie, że to tylko „słowa, słowa, słowa”.

 

Przed wybuchem wojny nie brakło w prasie złudzeń. Jednym z przykładów jest tekst z 26 sierpnia 1939 r. „Robotnika”, organu prasowego Polskiej Partii Socjalistycznej, którego początki sięgają jeszcze czasów zaborczych.Berlińskie koła polityczne żywiły nadzieję, że sowiecko-niemiecki pakt o nieagresji wbije klin pomiędzy Londyn i Paryż, osłabi decyzję Wielkiej Brytanii i Francji, by stanąć u boku Polski, gdy Polska zostanie napadnięta” – pisał redaktor naczelny Mieczysław Niedziałkowski. Równie ważne dla autora cytowanego tekstu co oświadczenie brytyjskiego premiera Arthura Chamberlaina o wsparciu Polski w razie niemieckiej napaści było stanowisko brytyjskiego i francuskiego ruchu socjalistycznego. „W Berlinie liczono na to, że właśnie lewica brytyjsko-francuska zachwieje się, (…) Rezultat wypadł akurat odwrotny: decyzja walki wśród robotników angielskich i francuskich została jeszcze bardziej wzmocniona” – przekonywał. Marzenia o solidarności klasy robotniczej okazały się mrzonkami. Podobnie jak wiara w naszych sojuszników. Ani Francuzi, ani Brytyjczycy nie chcieli umierać za Gdańsk. Ale to nie była wina autora tego tekstu. Wierzył w to, co pisał. We wrześniu 1939 r. bronił Warszawy. Kilka miesięcy później został zamordowany przez Niemców w Palmirach w czerwcu 1940 r.

 

Złudzeń ani wątpliwości nie miał publicysta konserwatywnego „Czasu” jednego z najstarszych polskich dzienników, ukazującego się od 1848 r. w Krakowie, a od 1935 r. w Warszawie. „Znajdujemy się w chwili pełnego napięcia oczekiwania na rezultat wymiany propozycji czy zdań między kanclerzem Hitlerem i rządem angielskim. Mogą one jeszcze uratować pokój, o ile są realne, rzetelne, rzeczywiście definitywne i owiane duchem porozumienia” – pisał w tekście z 28 sierpnia 1939 r. autor kryjący się pod inicjałami A. G. Co prawda dawał czytelnikom odrobinę nadziei, że wojny da się uniknąć, ale podkreślał: „W Polsce jednak mało kto ma co do tego złudzenia, bo jak wierzyć i zaufać przeciwnikowi, który wysuwa pewne propozycje, a równocześnie koncentruje wojska na granicy, inspiruje i przeprowadza masowe akty agresji na terytorium sąsiada, nakazuje loty samolotów, terroryzuje ludność polską, podstępnie podpala majątki, stosuje najniecniejsze metod propagandy”. Wskazywał, że na porozumienie z Niemcami jest już jednak za późno: Propozycje wysuwane w tych warunkach mogą być tylko próbą przedłużenia bezkrwawej walki, próbą wygrania przeciwnika lub po prostu oszukania”. Autor odrzucał bierność, nie pozostawiał wątpliwości, że na siłę wroga, odpowiemy naszą siłą: Na wpół wyciągniętą szablę wepchniemy jednak z powrotem w pochwę tylko wtedy, jeśli nasz przeciwnik wyrzecze się metod gwałtu i uzna nasze prawa. W przeciwnym razie na bój, na krwawy bój…”

 

Niezwykle ciekawą sprawą i rzeczą, która najprawdpodobniej ani wcześniej, ani później nie miała miejsca było porozumienie wydawców prasy, które nastąpiło kilka miesięcy przed wojną. „W obliczu sytuacji, w jakiej od paru miesięcy znajduje się Państwo Polskie, cała prasa polska zrzeszona w Polskim Związku Wydawców Dzienników i Czasopism, a skupiająca w swych szeregach wszystkie odłamy i kierunki myśli politycznej – karnie podporządkowała się racji stanu Państwa i oddała swe łamy na usługi Państwa, m.in. na rozległą akcję propagandową, na rzecz Pożyczki Obrony Przeciwlotniczej, na cele dozbrojenialotniczego i na Fundusz Obrony Narodowej” – pisał na początku czerwca 1939 r. prezes Zarządu Głównego PZWDiCz Stefan Krzywoszewski do Prezesa Rady Ministrów ofiarując rządowi wsparcie medialne wszystkich organów prasowych. Dla wydawców, szczególnie krytykujących rząd nie była to decyzja łatwa. Nie zapominajmy, że II RP, szczególnie czas rządów sanacyjnych po 1926 r. to okres ostrej cenzury i walki z wolnością prasy.

 

Wrzesień 1939 r. był kresem zaledwie dwudziestoletniego bytu II RP. Był też początkiem strasznych losów naszego narodu którego tragicznymi ofiarami, świadkami i uczestnikami wojennych zdarzeń byli również dziennikarze. Wielu z nich, jak choćby cytowany w artykule redaktor naczelny PPS-owskiego „Robotnika” Mieczysław Niedziałkowski poniosło w tej wojnie największą ofiarę. Ale to już temat na kolejny artykuł.

 

Tomasz Plaskota, portal wPolityce.pl

Di-Day – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS o tym jak media wykreowały świecką świętą

Wielkimi krokami zbliża się Di-Day. I nie ma to nic wspólnego z D-Day, dniem lądowania wojsk alianckich w Normandii. 31 sierpnia, to kolejna, tym razem 22. rocznica śmierci księżnej Walii i  światowe media już ogarnęło szaleństwo.

 

Poważne dzienniki poświęcają temu wydarzeniu większą notkę lub artykuł, ale kolorowe pisma kobiece oraz tabloidy – sążniste teksty oraz galerię pięknych zdjęć, często jej nadwornego  fotografika Patricka Demarchelier. Lady Diana była przecież jedną z najczęściej fotografowanych celebrytek świata! Już od dobrych kilku lat artykuły te powiązane są z informacjami o jej synach, Williamie Harrym, oraz wnukach. Po Di-manii, Kate-manii i Maghan-manii, dobra passa brytyjskiej monarchii trwa i wciąż  karmi newsami  świat.  A w okolicach 31 sierpnia odżywają dodatkowo sentymenty i resentymenty, a temat  przewija się nie tylko przez amerykański tygodnik z życia wyższych sfer „Hello!”, ale i „Mombai Mirror”, kenijski „Daily Nation” czy  niemiecki „Bild”.

 

31 sierpnia 1997 roku  byłam już na placówce w Londynie i od momentu breaking newsa o wypadku samochodowym w paryskim tunelu d’Alma do dnia pogrzebu tydzień później,  dzieliłam czas między  telewizorem a Pałacem Kensington, domem Diany,  pod którym gromadziły się  wielkie tłumy. Wtedy to pierwszy raz widziałam – czarne na białym – jak media żerują na  ludzkich uczuciach i jak  nakręca się  emocje społeczne. Ale był to także znakomity  kurs świetnego, w sensie sprawności, dziennikarstwa.  Największe wydarzenie telewizyjne od czasów pogrzebu Winstona Churchilla w 1965 roku, w dodatku w skali świata. Pogrzeb Lady Diany oglądało 32 mln Brytyjczyków, a więc 59% ówczesnej populacji, plus widzowie w 142 innych krajach. Tak  że światowa widownia wynosiła ok. 2 mld, wtedy ok. 1/3 populacji Ziemi!  Był to w kategorii brytyjskiej telewizji wysiłek bezprecedensowy, a jeśli idzie o zasięg i skalę wydarzenia, należał on do największych w tej konkurencji w całej historii  mediów.

 

Brytyjscy reporterzy telewizyjni wydawali się być wszędzie: w Londynie, w Liverpoolu i w Brighton.  Jedynie z BBC  ponad  50 czołowych dziennikarzy, 100 kamer, 300 techników, tylko w stolicy 22 stanowisk kamerowych.  Pogrzeb komentowali najlepsi z najlepszych, m.in. David DimblebyTrevor McDonald, a już w kilka godzin po podaniu newsa z Paryża, przed oczami zszokowanych telewidzów  przesuwali się liderzy rządu Tony Blaira i  opozycji, przedstawiciele brytyjskiej arystokracji i dworu, rodziny WindsorówSpencerów,  gwiazdy show businessu, przyjaciele i nieprzyjaciele Diany. Schemat rozmów był następujący: „To wielka tragedia”  – rozpoczynał reporter. – „Tak, to ogromna tragedia”  – odpowiadali zebrani  ludzie. Ale jeszcze nic nie zapowiadało dalszego rozwoju wypadków.

 

Bo potem brytyjskie media coraz bardziej pogrążały się  w nieutulonym żalu i przez bity tydzień z trudem można było chwycić jakiś program, który nie byłby związany z  księżną Dianą. „Królowa ludzkich serc”, „Diana Pierwsza Dama globalnej wioski”, „Telewizja łączy świat w żałobie”, „Święta naszych czasów”,  to najbardziej powściągliwe określenia, jakimi posługiwali się dziennikarze oraz ich gości. A kiedy już zaczęto wspominać o beatyfikacji, los spłatał  mediom niemiłego figla, zmarła prawdziwa święta, Matka Teresa z Kalkuty. A media poświęciły jej ze trzy zdania, z których jedno brzmiało: „Matka Teresa wysoko ceniła prace charytatywną księżnej Diany”.  Wydawało się, że świat oszalał.  Ale to nie świat, lecz media lewicowo-liberalne , no i było to „szaleństwo kontrolowane”. Przecież Diana, walcząc na kły i pazury ze swoim mężem, księciem Karolem i królewskim establishmentem, stała się najcenniejszą bronią w rękach antymonarchistów, czyli właśnie liberalnej lewicy. Pozostawało wykreować Dianę na „świętą naszych czasów” i w walce o zniesienie monarchii posługiwać się jej pamięcią  jak sztandarem.

 

Przez te ostatnie 22 lata Elżbieta II przeprowadziła szereg reform, które zmieniły tę anachroniczną monarchię nie do poznania. Zaczęła płacić podatek dochodowy, choć na mocy umów z rządem nie musiała,  kobiety mogą dziedziczyć tron i  książę Walii może już ożenić się z katoliczką. Wspaniale przeprowadzone uroczystości Diamentowego Jubileuszu, popularność wnuków królewskich sprawiły, że słupki popularności monarchii, w ankiecie zrobionej na zlecenie lewicowego w końcu „Guardiana”, skoczyły do prawie 70%! Dziś prasa konserwatywna nie musi już obawiać się – jak w 1997 roku – wspierać poczynania królowej, choć  BBC, „Guardian”, „Independent”, nie mówiąc o postkomunistycznej „Morning Star”, wciąż bronią swojej agendy.

 

A więc zbliża się 31 sierpnia, Di-Day. Już od niemal miesiąca brytyjskie media nawiązują do tej tragicznej rocznicy.  Przypominają  dokumenty jak  „7 Days That Shook The Windsors”, z udziałem obu młodych książąt, WilliamaHarry’ego, którzy ze wzruszeniem opowiadają o swojej matce. O tym jak ich wychowywała, aby nie stracili kontaktu z ludźmi spoza pałacu, jaką była osobą i jaką matką, mądrą i kochającą. Inny, „The Day Britain Cried”, wyprodukowany w 20-lecie  wypadku, w którym pojawiają się ludzie z otoczenia księżnej. Oraz  pełen teorii spiskowych, zrobiony na zlecenie Mohammeda Al-Fayeda – ojca Dodiego, ostatniego boyfrienda Diany – byłego handlarza bronią i podejrzaną figurę.  Na półkach księgarskich pojawiają się znów publikacje jak „Diana and Dodi. The Truth” autorstwa Michaela Cole’a, pełne oskarżeń rodziny królewskiej o spowodowanie katastrofy w Paryżu, dostaje się także służbom, MI5  i MI6.  I oczywiście, dziesiątki artykułów, opatrzonych pięknymi zdjęciami zmarłej księżnej.  31 sierpnia, to dla światowych mediów  prawdziwy „czas żniw”.

 

Ciekawe, z perspektywy 22 lat  widać jak zmienia się tenor mediów, opowiadających o życiu i śmierci Lady Di. Mniej bezkrytycznych uwag i klajstrowania prawdy, więcej obiektywizmu. Mówi się i pisze o dramacie młodej dziewczyny z rozbitego środowiska rodzinnego i chorej na bulimię, poważnej chorobie psychicznej, która zakłóca obraz ludzi i świata. Ale także o odwadze i dzielności królowej, która „odrobiła lekcję”,  przeprowadza reformę po reformie i często mówi o Dianie – nieszczęśliwej osobie i wspaniałej matce, która wychowała synów, którzy mogą być dziś wzorcami osobowymi dla młodych Brytyjczyków. A my, widzowie BBC  World  i czytelnicy „Timesa” czy „Hello!”, jeszcze raz  przypominamy sobie jak prowadziła synów do hosteli dla bezdomnych czy hospicjów dla terminalnie chorych, aby przekazać dzieciom umiejętność współczucia dla mniej uprzywilejowanych. To nauka dobra nie tylko dla następców tronu. I o tym właśnie opowiadają brytyjskie, światowe media w okolicach 31 sierpnia. I jest to akurat wartościowy przekaz.

 

Elżbieta Królikowska-Avis