Publicystyczna prowokacja, czy fakt? CEZARY KRYSZTOPA: Łatwo z Polakami

Miałem pisać o sprawie tzw. „Lex Tusk” (nazywam tę ustawę w ten sposób z innych powodów niż wszyscy, ale o tym niżej), ale okazało się to tylko jednym z objawów szerszego zjawiska, więc szerzej. Otóż, gdyby ktoś nie wiedział, mamy niedaleko za granicą wojnę. Taką prawdziwą. Z czołgami, samolotami i śmiercią. Agresorem w tej wojnie jest Rosja, która nauczyła nas w historii wielokrotnie, jak potrafi być wobec nas okrutna i bezwzględna.

Tym razem również regularnie straszy nas obrazami płonących polskich miast i krwi płynącej polskimi ulicami. I z całą pewnością używa, tak jak i wcześniej używała, swoich wpływów, żeby oddzyiaływać na sytuację w Polsce, na przykład podnosząc temperaturę sporów, żeby rozbić Polaków i ich determinację, która szczególnie ostatnio Kreml uwiera. I jak Polacy reagują?

Barachło, Lex Tusk

A na przykład, natychmiast kiedy tylko pod Bydgoszczą spada jakieś nieuzbrojone ruskie barachło, które według nieoficjalnych informacji, wiadomo było, że jest nieuzbrojone, jego lot był kontrolowany, a sprawy nie nagłaśniano, właśnie po to żeby uniknąć histerii, „wiodące media”, przypadkiem proniemieckie, albo zwyczajnie należące do niemieckich koncernów, natychmiast odpalają histerię i żądania dymisji. Mało? No to jeszcze minister Błaszczak wskazuje konkretnego podwładnego. Nic tylko na Polskę barachło zrzucać. W końcu zabraknie nam generałów.

Albo to tzw. „Lex Tusk”. Bo to jest „Lex Tusk”, ja nie wiem, dlaczego „wiodącym mediom”, kiedy się mówi o wpływach rosyjskich w Polsce, przychodzi zaraz na myśl Tusk, ale wiem, że to Tusk w październiku zeszłego roku wzywał Prawo i Sprawiedliwość do powołania komisji śledczej ws. rosyjskich wpływów, kiedy miał nadzieję, że choć każdy w miarę uczciwy intelektualnie, widzi, że to absurd, to uda mu się przykleić PiS-owi „prorosyjskość”. Więc ojcem tej komisji, tego prawa jest Donald Tusk, który swoim ze swoim dzisiejszym labiedzeniem, jest śmieszny. A histeria, którą rozpętał razem ze, znowu, proniemieckimi, lub wręcz należącymi do niemieckich koncernów mediami, uderza w pozycję polityczną Polski, w trudnym dla niej, również ze względu na rosyjskie wpływy na całym Zachodzie, momencie.

Osobną sprawą jest jakość samego projektu. Nie jestem prawnikiem, ale czytałem analizę Ordo Iuris i choć sam pomysł na badanie wpływów rosyjskich w Polsce uważam, za celowy, to naprawdę ktoś się powinien poważnie zastanowić. Podobno autorami ustawy są ludzie Premiera. Po doświadczeniach z Polskim Ładem czy kamieniami milowymi, bym się nie zdziwił.

Braun, spot

Mało? No to jeszcze Grzegorz Braun. Znany prowokator, „badacz Holocaustu”, za którego sprawą pół świata powtarza niepotwierdzony żadnymi badaniami fake news o tym, że „Polacy zabili 200 tysięcy Żydów”, Jan Grabowski, został użyty do prowokacji przeciwko Polakom w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie. Miał nas pouczać o „polskim narastającym problemie z historią Holocaustu”, tak jakby sam nie był tego problemu uosobieniem. I co w tym wszystkim robi Grzegorz Braun? Korzysta z metod lewackich jaczejek rozbijających wykłady i jak na zamówienie Grabowskiego i jego mocodawców, rozbija wykład Grabowskiego, przydając mu glorii ofiary, dając pożywkę antypolskim tubom propagandowym i potwierdzając ich tezy na temat Polaków.

Nadal mało? No to jeszcze PiS publikuje spot „w odpowiedzi” na durnego tweeta Lisa, w którym kojarzy marsz Tuska z Auschwitz i wywołuje oburzenie na całym świecie., jakby chciało powiedzieć – „Co? Nie da się bardziej przepalić tematu niż zrobił to Lis pisząc o komorach dla Dudy i Kaczyńskiego? Potrzymaj mi piwo!” i podgrzewając emocje zmobilizować jak największą liczbę uczestników marszu Tuska, tak aby stał się możliwie największym sukcesem frekwencyjnym.

Łączmy kropki

Jeszcze tylko brakuje, żeby na Pałacu im. Stalina w Warszawie wylądowali kosmici i zrobili na to wszystko kosmiczną kupę, bo praca polegająca na prowokowaniu Polaków, to jest jakaś bułka z masłem i tu chyba nie trzeba żadnych wielkich wpływów.

Wszystko to się dzieje w sytuacji, w której z jednej strony odchodzący niemiecki ambasador Thomas Bagger, ostrzega nas, że temat reparacji, to „otwieranie puszki Pandory” (tak, znamy groźby nt. „zwrotu ziem zachodnich”, które „powinny nam wystarczyć”) a mniej więcej w tym samym czasie przewodniczący rosyjskiej Dumy mówi, że „Polska powinna zwrócić ziemie zachodnie”. Taki zbieg okoliczności.

Mam więc taki postulat – może nieco mniej angażujmy się w nadmiarowe reakcje na prowokacje, a bardziej, skoro już aspirujemy do roli regionalnego mocarstwa, skupmy się na łączeniu kropek?

Konsultacje OBWE przed wyborami w Polsce z udziałem CMWP SDP

Trwają konsultacje Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie  na temat  nadchodzących wyborów parlamentarnych w Polsce, aktualnie dyskutowana jest przede wszystkim  kwestia, czy  na te wybory OBWE powinna wysłać swoich obserwatorów.  29 maja b.r. przedstawiciele Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE spotkali się z Jolantą Hajdasz, dyr. CMWP SDP w celu poznania opinii SDP i CMWP SDP na ten temat.  OBWE reprezentowali doradcy wyborczy OBWE Hamadziripi Munyikwa oraz Vladimir Misev. Spotkanie odbyło się w trybie online. 

W  rozmowie z przedstawicielami OBWE Jolanta Hajdasz zapewniła, iż Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich będzie monitorować przebieg wyborów do parlamentu w Polsce w 2023 r., tak jak robiło to do tej pory, reagując publicznie na nieprawidłowości w działaniach mediów, czy z udziałem mediów, które zostaną przez CMWP SDP zauważone i które mogą mieć negatywny przebieg na proces wyborczy.  W ocenie CMWP SDP nie jest zagrożony przebieg wyborów w naszym kraju,  ale Centrum nie  widzi przeszkód, by były one nadzorowane przez obserwatorów OBWE, jeśli jest taka wola tej organizacji. Ze swej strony zapewniamy, iż jesteśmy gotowi do współpracy z przedstawicielami OBWE i udzielimy im pomocy i wsparcia, jeśli będzie taka potrzeba – powiedziała Jolanta Hajdasz.

W ocenie CMWP SDP kampania wyborcza w Polsce już trwa i będzie ostra, mocno konfrontacyjna z powodu silnej polaryzacji politycznej. Będzie to miało swoje odzwierciedlenie w mediach. Widać to  już teraz po materiałach publikowanych w mediach, szczególnie w telewizji i oczywiście w mediach społecznościowych. Media prywatne , szczególnie te z kapitałem zagranicznym, ale nie tylko,  popierają przeważnie opozycję. One mają zdecydowanie największe audytorium, największe nakłady prasy drukowanej i zasięgi w internecie . Porównywalne liczby odbiorców mają tylko media publiczne, dlatego dobrze jest, że prezentują one także oficjalne stanowisko rządu i rządzącej partii, którego nie ma w mediach prywatnych. Opozycja w mojej ocenie już teraz  przygotowuje opinię publiczną na swoją ewentualną przegraną – publikując np. materiały prasowe o realnej możliwości sfałszowania wyborów przez rządzącą partię, ale  nie są to materiały wiarygodne, ani rzetelne – powiedziała Jolanta Hajdasz. Dyrektor CMWP SDP była pytana także o procesy typu SLAPP prowadzone przeciwko dziennikarzom, w tym także  o procesy kierowane przeciwko dziennikarzom mediów publicznych.

Decyzja OBWE na temat wyborów w Polsce ma być podjęta  w ciągu najbliższego miesiąca.

OBWE powstała 1 stycznia 1995 w wyniku przekształcenia Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie w organizację. Biuro Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka (d. Biuro Wolnych Wyborów; ODIHR) to  instytucja odpowiedzialna za działania w zakresie wymiaru ludzkiego OBWE (prawa człowieka, praworządność, demokratyzacja, obserwacja wyborów, tolerancja i nie-dyskryminacja). Siedzibą Biura jest Warszawa. Biuro odpowiada za kontakt m.in. z Radą Europy i organizacjami pozarządowymi.

 

Protest CMWP SDP przeciwko skazaniu red. Magdaleny Ogórek i red. Rafała Ziemkiewicza

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko skazaniu przez Sąd Okręgowy w Warszawie redaktor Magdaleny Ogórek i redaktora Rafała Ziemkiewicza za słowa użyte w 2019 r. w telewizyjnej audycji satyrycznej „W tyle wizji” emitowanej w TVP Info. Dziennikarze zostali skazani z art. 212 kk. i zgodnie z wyrokiem sądu mają zapłacić po dziesięć tysięcy złotych grzywny za rzekome zniesławienie psychoterapeutki i aktywistki Elżbiety Podleśnej. Wyrok jest prawomocny. CMWP SDP zapowiada wsparcie dziennikarzy, jeśli zdecydują się złożyć wniosek o kasację wyroku do Sądu Najwyższego.

Sąd Okręgowy w Warszawie 24 maja br. uznał red. Magdalenę Ogórek i red. Rafała Ziemkiewicza za winnych rzekomego pomówienia psychoterapeutki i aktywistki społecznej Elżbiety Podleśnej. Była ona jedną z osób, które zaatakowały publicystkę TVP Info red. Magdalenę Ogórek podczas wyjścia z siedziby stacji przy Placu Powstańców Warszawy 2 lutego 2019 r. po zakończonym programie „Minęła 20” w TVP Info. Red. M. Ogórek była jego współautorką i współprowadzącą. Napastnicy ubliżali dziennikarce TVP i usiłowali uniemożliwić jej odjazd sprzed biurowca kładąc się jezdni i blokując przejazd jej samochodu. Dziennikarze omawiając ten incydent kolejnego dnia w emitowanym na żywo satyrycznym programie „W tyle wizji” skrytykowali m.in. zachowanie psychoterapeutki, która brała udział w tym zdarzeniu. Sąd drugiej instancji (SO w Warszawie) utrzymał w mocy wyrok Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia z grudnia ub. roku skazujący dziennikarzy. Sąd stwierdził w nim, iż red. Magdalena Ogórek i red. Rafał Ziemkiewicz przekroczyli granice dozwolonej krytyki, a ich zamiarem było ośmieszenie psychoterapeutki Elżbiety Podleśnej i innych osób biorących udział w protestach antyrządowych.

W ocenie CMWP SDP wyrok ten narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa, której podstawą jest swoboda wypowiedzi dziennikarza. Wymiar sprawiedliwości zignorował bowiem istotne aspekty sprawy mające wpływ na jej rozstrzygnięcie. Przede wszystkim Sąd nie wziął pod uwagę charakteru programu, w jakim doszło do rzekomego zniesławienia aktywistki i psychoterapeutki. To audycja satyryczna, emitowana na żywo, w której dziennikarze komentują spontanicznie najnowsze i najbardziej interesujące z ich punktu widzenia zdarzenia, a ich wypowiedzi ze względu na charakter programu są utrzymane w lekkim tonie i wyrażają ich subiektywny punkt widzenia często wykorzystując przy tym elementy ironii. W ocenie CMWP SDP inkryminowane wypowiedzi red. Ogórek i red. Ziemkiewicza spełniały to kryterium gatunkowe satyrycznej audycji telewizyjnej emitowanej na żywo. Warto przy tym zauważyć, iż poddane krytyce publiczne zachowanie aktywistki społecznej i psychoterapeutki w ocenie wielu osób jest kontrowersyjne, a nawet niezgodne z zasadami współżycia społecznego. Oczywistym jest, że ocena działań Elżbiety Podleśnej nie należy do Sądów rozpatrujących tę sprawę, ale karanie dziennikarzy za satyryczną krytykę prasową tejże publicznej działalności budzi zdecydowany sprzeciw. Jest rzeczą zdumiewającą i wyjątkowo bulwersującą, gdy w państwie prawa dziennikarz zostaje karnie skazany za ironiczne opinie, które głosi zgodnie z zasadami profesjonalizmu dziennikarskiego. Z racji wykonywanego zawodu ma on prawo do oceny i krytyki w mediach osób działających publicznie, a taką osobą staje się przecież także psychoterapeutka, która w czynny sposób bierze udział w publicznych protestach.

Skazanie dziennikarzy w procesie karnym skutkuje także niszczeniem wolnej debaty i godzi w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa. CMWP SDP przypomina, iż zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, iż Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice. Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pismem lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru. Ponadto zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPCz), wolność słowa dotyczy nie tylko prawa do informacji lub opinii nieobraźliwych lub neutralnych, ale nawet tych, które są obraźliwe, szokujące lub niepokojące.

CMWP SDP stoi ponadto na stanowisku, iż orzeczona w tym wypadku dla redaktor Magdaleny Ogórek i redaktora Rafała Ziemkiewicza kara pieniężna to tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcja procesowa nakierowana na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie zarówno redaktorów M.Ogórek i R. Ziemkiewicza, jak i innych dziennikarzy, do podejmowania w mediach istotnej oraz wywołującej społeczne emocje tematyki politycznych konfliktów, ich przyczyn i przebiegu. Skazanie dziennikarzy powoduje bowiem tzw. efekt mrożący (tzw. chilling effect) dla całego dziennikarskiego środowiska, wielokrotnie negatywnie opisywany na gruncie prawa polskiego, jak i międzynarodowego. Jest to nie do pogodzenia z opartą na dążeniu do prawdy i prezentacji różnych punktów widzenia pracą publicysty, której istotą jest m.in. odwaga w poruszaniu trudnych, a nawet kontrowersyjnych tematów oraz ocena faktów, osób i ich działalności. Warto przy tym podkreślić, iż jest rzeczą powszechnie znaną, iż metody działań aktywistów społecznych takich jak Elżbieta Podleśna wywołują społeczne emocje, więc tym bardziej działając w interesie społecznym dziennikarze mają prawo wyrażać publicznie różne poglądy i opinie na ich temat, także w satyryczny i ironiczny sposób.

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa 25 maja 2023

CEZARY KRYSZTOPA: Niemiecki pan może nie wracać

Zdaje się, że okienko koniunktury geopolitycznej wokół Polski się zamyka. A przynajmniej to okienko, z którego w ciągu ostatnich miesięcy korzystaliśmy. Myślę, że warto mieć tego świadomość, złudzenia, to zwykle najgorszy doradca.

Od jakiegoś czasu obserwuję jak coraz więcej ludzi, całkiem różnych poglądów zwraca uwagę na swego rodzaju akcję promocyjną prowadzoną w tzw. „wiodących mediach”, która ma przekonać Polki, że prostytucja jest w sumie fajna, glamour i rozwija osobowość.  Jeśli dodać do tego, że te same media od lat promują pośród Polaków postawy służalcze i oparte na kompleksach, wydaje się to nawet logicznie spójne. Być może nie ma to nic wspólnego z tym, że większość tych mediów jest albo proniemiecka albo zwyczajnie należy do niemieckich koncernów, ale jest całkiem symboliczne w kontekście tego co napiszę poniżej.

Bez złudzeń

Wydaje mi się, że w historii, która mocno przyspieszyła 24 lutego 2022 roku z naszego punktu widzenia nieuchronnie kończy się pewien rozdział. Rozdział, w którym mogliśmy się łudzić, że „dla Stanów Zjednoczonych będziemy nowymi Niemcami”. Nie, nie będziemy. Jeżeli dość obeznany w tajnikach waszyngtońskich przepływów opinii, a jednocześnie przychylny Polsce amerykański analityk James Jay Carafano pisze, że dla dobra wszystkich powinniśmy się jakoś poukładać z Niemcami, a zarówno „Berlin jak i Waszyngton mają nadzieję na upadek obecnego rządu w Polsce”, to znaczy, że sytuacja jest inna. Być może było tak, że strofująca Niemcy Polska była Stanom Zjednoczonym potrzebna, żeby Niemcy zaszły w procesie zrywania z Rosją wystarczająco daleko. Nie wiem, czy słusznie, ale prawdopodobnie uznano, ze ten proces jest już wystarczająco zaawansowany i Stany Zjednoczone nie obawiają się już proniemieckiego rządu w Polsce. A i Ukraina wykazuje się ostatnio wobec Polski, większą „asertywnością” jakby była bardziej pewna swoich „niemieckich i francuskich przyjaciół”.

Czy to oznacza, ze odnieśliśmy kolejne „moralne zwycięstwo”, czyli de facto sromotną porażkę, mamy teraz opuścić ręce i się rozpłakać? No właśnie, cholera, nie. Jeśli aspirujemy do samodzielnej roli, musimy też umieć działać nie tylko na zasadzie funkcji aktywności największego sojusznika. Być może nawet, nie wiem dokładnie kiedy, będziemy obserwowali stopniowy powrót retoryki na temat „praworządności”, „zwrotu mienia” i dogmatów agresywnej religii LGBT ze strony Waszyngtonu. Nie jestem specjalistą, ale sam mam obawy, czy pomagając Ukrainie nie przekroczyliśmy granicy krytycznego uszczuplenia własnych zasobów (w sumie do końca chyba nikt nie wie ile sprzętu, również nowoczesnego, przekazaliśmy). Ale to przecież nie oznacza, że Ukrainie nie warto było pomagać.

Korzyści

Abstrahując od względów ludzkich i humanitarnych, dzięki pomocy Ukrainie uzyskaliśmy szereg korzyści. Potencjał egzystencjalnego zagrożenia ze wschodu uległ dzięki ukraińskiej armii znacznemu uszczupleniu. Morze Bałtyckie, na które tak długo spoglądaliśmy z niepokojem, niebawem może się stać prawie wewnętrznym morzem NATO. Nasi bliżsi i dalsi sąsiedzi zaczęli się w większym stopniu orientować na Polskę, która buduje realną militarną siłę. A i gospodarczo jesteśmy w dużym stopniu beneficjentami wyprowadzania produkcji z Chin. Znów, nie jestem specjalistą, ale być może ma to coś wspólnego ze świetnymi ostatnio wskaźnikami gospodarczymi podawanymi przez źródła, które trudno zakwestionować nawet najzagorzalszym czcicielom ośmiu gwiazdek.

I żeby było jasne, nie jest różowo. Ponieśliśmy ogromne koszty, czego skutki nasza „sojusznicza” Bruksela wykorzystuje żeby nas dorżnąć. Konsekwencje masowej migracji będziemy ponosili latami. Odbudowa i rozbudowa armii będzie nas kosztowała fortunę. Nasz amerykański sojusznik będzie sobie powoli przypominał język niemiecki, a Ukraińcy być może pójdą po raz kolejny sparzyć się w Berlinie i Paryżu.

Bez kompleksów

I nadal nie jest to powód żeby opuścić ręce i przyjąć proponowaną na przez „wiodące media” rolę prostytutek. Nie musimy wracać do roli wasala Niemiec. Mamy duże zabawki, a nawet coraz większe i musimy teraz nauczyć się nimi bawić. Bez kompleksów. A w tym celu musimy zachować sterowność państwa. Sukces gospodarczy jest fajny, ale jeśli w jego imię będziemy pozbywać się istotnych aspektów suwerenności (wobec pilnującej niemieckich interesów UE, ale też np. wobec WHO) ostatecznie może się okazać, ze owoce naszego gospodarczego sukcesu będą służyły nie nam, tylko naszym nowym suwerenom.

Właściwie to nie jest nawet wyłączna odpowiedzialność rządzących (choć oczywiście głównie), to nasza wspólna odpowiedzialność.

Więc nie biadolić, do roboty, historia nigdy się nie kończy.

CEZARY KRYSZTOPA: Europa powinna się odjednoczyć

Olafa Scholza znowu poniosło. Tym razem podczas wystąpienia w Parlamencie Europejskim w ramach debat o „Przyszłości Europy” zaproponował de facto, jak to celnie ujął jeden z internautów, budowę Europy Federalnej Niemiec.

Bo do tego de facto sprowadziłoby się zniesienie prawa weta w Radzie UE. Mniejsze kraje zostałyby w praktyce pozbawione prawa głosu, a oficjalny już dyrektoriat przejęłyby Niemcy i Francja. To co jest pocieszające, to to, że wystąpienie Scholza nie spotkało się z aplauzem. Choć bardzo się starał, grzmiąc na temat podniesienia skuteczności „walki o praworządność”, wpisać w parlamentarny mainstream, to bronili go w zasadzie tylko europosłowie z Niemiec i nawet nie wszyscy, bo tylko z frakcji socjalistów – jesteśmy krajem widmo, śmieją się z nas – mówił do Scholza jeden z niemieckich europosłów.

Europę toczy rak

Nie zmienia to faktu, że za ostateczne zmiażdżenie państw narodowych (no nie Niemiec przecież) wzięły się grubsze cwaniaki. W tzw. „Grupie Przyjaciół”, która ma wspierać likwidację zasady jednomyślności w Radzie UE, oprócz Niemiec i Francji są niestety również takie państwa jak Włochy i Finlandia, gdzie ostatnio wybory wygrała centroprawicowa koalicja. I choć trudno nie odnieść tu wrażenia atmosfery balu na Titanicu, to jednak z całą pewnością zdążą nas nie raz jeszcze skrzywdzić. A nawet, biorąc pod uwagę wszystkie baty, które sami włożyliśmy im do rąk, począwszy od „mechanizmu warunkowości”, a skończywszy na KPO i „kamieniach milowych”, może i zatłuc.

A jednak Unię Europejską toczy rak. Największy i jednocześnie jedyny w swoim rodzaju, jawny plan wepchnięcia w ubóstwo obywateli przez rządzących – Fit for 55, jest tutaj tylko jednym z aspektów. Likwidacja demokracji, za pośrednictwem przenoszenia prerogatyw z posiadających demokratyczną legitymację państw narodowych na nieposiadające demokratycznej legitymacji instytucje brukselskiej oligarchii, jawne zaprzęganie struktur UE do realizacji interesów niemieckich, czy strukturalna korupcja na różnych poziomach, nie budują zaufania. Wszystko to sprawia, że Europa jest coraz mniej istotnym punktem na mapach gospodarczych i geopolitycznych. To nie ma prawa działać.

Co robić?

I być może prędzej czy później, w sposób mniej czy bardziej spektakularny, odwali kitę. I być może trochę Was tu zaskoczę, ale byłoby żal. Ponieważ pewien stopień integracji europejskiej ma swoje zalety. Niby tylu to powtarza, ale kto przedstawia jakąkolwiek alternatywę wobec budowy Europy Federalnej Niemiec? Samo marudzenie, a tym bardziej owijanie się w kraju biało-czerwonymi flagami, żeby grzecznie podpisywać cyrografy w Brukseli, nie wystarczy. Ja tutaj oczywiście, choćby ze względu na ograniczoną przestrzeń, którą i tak dzięki dobremu sercu redakcji portalu SDP, regularnie przekraczam, nie przedstawię kompleksowej alternatywy. Zresztą, kompleksową alternatywą powinni się zająć eksperci.

Myślę jednak, że wolno mi się pokusić o opinię, że żeby zjednoczona Europa mogła w dostatku i spokoju przetrwać, musi być mniej zjednoczona. Bezwzględnie musi wykonać kilka kroków do tyłu. Musi wrócić do koncepcji przestrzeni gospodarczej, komplementarnej wobec potencjałów suwerennych państw narodowych i zrezygnować z ambicji bycia nowym więzieniem narodów.

Z osiągnięć integracji zachowałbym wolności przepływu ludzi, towarów, usług i kapitału. To w zupełności wystarczy żeby państwa narodowe mogły czerpać zyski ze współpracy gospodarczej. Instytucje, które zostały dotknięte gangreną Europy Federalnej Niemiec, takie jak Komisja Europejska, Parlament Europejski i Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, są do likwidacji. W ich miejsce trzeba by powołać nowe instytucje, sekretariaty koordynujące wspólne polityki i ew. trybunał rozstrzygający spory. To wszystko. Reszta tego zbędnego Bizancjum, do wora.

Tylko taki powrót do korzeni, również tych korzeni, które widzieli Ojcowie Założyciele zjednoczonej Europy, jest szansą na jej przetrwanie. W innym wypadku ten Miś sobie zgnije na świeżym powietrzu i będziemy mogli co najwyżej za jakiś czas podpisać protokół zniszczenia.

Na koniec pytanie: Czy ktoś to usłyszy? Nie.

Odszedł wieloletni członek Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP Ryszard Dobek

Z wielkim smutkiem zawiadamiamy, że 25 kwietnia 2023 r. odszedł od nas wieloletni członek Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie Ryszard Dobek.

Uroczystość pogrzebowa rozpocznie się 29 kwietnia 2023 roku o godzinie 10.30 w kościele św. Józefa przy ul. Jagiellońskiej w Olsztynie. Ceremonia pochowania odbędzie się na cmentarzu komunalnym w Dywitach.

Ryszard Dobek (ur. 1 sierpnia 1935 roku) był absolwentem zootechniki Wyższej Szkoły Rolniczej w Olsztynie. Współpracę z redakcjami zaczął w połowie lat 70. XX wieku od artykułów w tygodniu „Nasza Wieś”. W latach 1995-1997 w „Dzienniku Pojezierza” publikował cotygodniowy cykl felietonów „Wokół ambony” dotyczący zagadnień łowieckich. W 1996 roku założył kwartalnik „Myśliwiec Warmińsko-Mazurski” i był jego redaktorem naczelnym do 1999 roku.

Później współpracował z „Tygodnikiem Warmińskim”, „Tygodnikiem Pojezierza”, „Bracią Łowiecką” i „Nowym Życiem Olsztyna”, na łamach których poruszał tematykę rolnictwa, ekologii i ochrony środowiska. To także współautor „Księgi pamiątkowej” wydanej przez Koło łowieckie im. Juliana Ejsmonda w Olsztynie.

W 2019 roku wydał swoje myśliwskie wspomnienia pt. „Czar Łowów”. W swej książce Ryszard zamieścił aż 61 oryginalnych wspomnień ze swoich –  blisko 60-letnich –wypraw do kniei i na pola. Zamiłowanie do łowiectwa, a przede wszystkim uroków pola i lasu, Ryszard Dobek otrzymał w genach, bo jego dziadek i ojciec byli myśliwymi. Egzamin łowiecki zdał podczas studiów na WSR w Olsztynie, ale myśliwym został dopiero wtedy, gdy koledzy z jego zakładu pracy zorganizowali nowe koło.

W styczniu 2023 roku delegacja Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich udała się z wizytą do redaktora Ryszarda Dobka by wspólnie świętować jubileusz 20-lecia wstąpienia do stowarzyszenia.

 

Umorzona sprawa przeciwko red. Krzysztofowi Załuskiemu oskarżonemu z art 212 kk. Dziennikarz miał wsparcie CMWP SDP

17 kwietnia 2023 r. Sąd Okręgowy w Gdańsku  umorzył sprawę apelacyjną o zniesławienie z powództwa Henryka Jezierskiego,  właściciela wydawnictw motoryzacyjnych z Trójmiasta przeciwko red. Krzysztofowi Załuskiemu, dziennikarzowi oraz pisarzowi. Jest to  umorzenie warunkowe na okres jednego roku, ale nie ma mowy o skazaniu na jakąkolwiek karę trójmiejskiego dziennikarza. Zgodnie z decyzją oskarżonego dziennikarza  sprawa była objęta monitoringiem CMWP SDP  dopiero w  II instancji.   CMWP SDP  przesłało do Sądu opinię amicus curie w obronie skazanego dziennikarza 28 marca b.r. 

Sprawa toczyła się od połowy kwietnia 2021 r., po opublikowaniu 7 stycznia 2018 r. na portalu internetowym www.sdp.pl artykułu autorstwa Krzysztofa Załuskiego p.t. „Układ trójmiejski kontra repolonizacja”. Artykuł był felietonem, dotyczącym kwestii repolonizacji trójmiejskich gazet, będących ówcześnie w rękach niemieckich. Zajmował się strukturą własnościową prasy regionalnej. Znalazły się w nim dwa sformułowania dotyczące Henryka Jezierskiego, które według prywatnego oskarżyciela są nieprawdziwe, gdyż mają związek z podejrzeniem go o współpracę ze służbami bezpieczeństwa. Nazwisko Henryka Jezierskiego znalazło się tam niemal przypadkowo i nie miało znaczenia dla przedstawionego problemu. Jednak oskarżyciel prywatny, czyli Henryk Jezierski uznał, że ów tekst naruszył jego dobra osobiste. Dlatego skierował przeciwko dziennikarzowi pozew o zniesławienie w trybie art. 212 kk. Sprawę rozpatrywał  Sąd Rejonowy w Gdańsku – Południe,  II Wydział Karny, gdzie wydano nieprawomocny wyrok skazujący red. Załuskiego. Oskarżony Załuski złożył apelację do Sądu Okręgowego w Gdańsku. Od  wyroku  Sądu I instancji odwołał się także oskarżyciel.

Ponieważ sprawa toczyła się z wyłączeniem jawności, więc zgodnie z art. 364, par. 2 szczegółów  wyroku nie można podać. Wyrok nie zostanie też podany do publicznej wiadomości. Wiadomo tylko, że 17 kwietnia 2023 r. na ogłoszenie wyroku nie stawił się oskarżyciel prywatny, którym był Henryk Jezierski.

Sam wyrok składa się z kilku części. Ta najważniejsza, to że wyrok nie jest wyrokiem skazującym, bowiem jest to umorzenie warunkowe na roczny okres próbny. Jeśli red. Krzysztof Załuski zniesławiłby w publicznym materiale ponownie Henryka Jezierskiego, to sprawa powróci na wokandę. Natomiast w myśl art. 67, par. 3 kk Sąd nałożył obowiązek naprawienia szkody w formie nawiązki w wysokości 3 tys. zł, uznając, że owa kwota będzie wystarczająca jako rekompensata. Ponadto nałożył obowiązek opłaty skarbowej w wysokości 100 zł., za to uchylił koszty procesu. Co ciekawe nałożył też  opłaty na oskarżyciela Henryka Jezierskiego. Wyrok jest prawomocny.

Warto jednak przypomnieć, że do tego i kilkunastu innych procesów, w których dziennikarze zostali pozwani lub oskarżeni przez Henryka Jezierskiego nie doszłoby, gdyby Jezierski nie zechciał kandydować na członka Rady Programowej TVP Gdańsk i to niedługo po głośnej w środowisku trójmiejskim IPN-owskiej publikacji Daniela Wicentego „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym” (wydanej przez IPN w Gdańsku w 2015 r.). Na dodatek Jezierski, ubiegając się o owe członkostwo w Radzie powołał się na rekomendacje Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. Jednak Anna Dąbrowska, ówczesna prezes KSD, obecnie sekretarz Zarządu KSD zaprzeczyła, aby Stowarzyszenie udzieliło takiej rekomendacji Jezierskiemu – wynika to z zeznań procesu wytoczonego przez Jezierskiego innym dziennikarzom, m.in. Annie Dąbrowskiej. Wręcz uważała, że Jezierski samowolnie zgłosił swoją kandydaturę bez żadnych rekomendacji i bez wiedzy Stowarzyszenia. Oddział gdański  Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy  już wówczas był rozwiązany.  Oddział Gdański  KSD nie miał nigdy osobowości prawnej, więc  zgodnie z prawem rekomendację  mógł wydać wyłącznie Zarząd Główny KSD.

Na stronie 77  publikacji  Daniela Wicentego znajduje się zapis: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I-26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”.

Na podstawie tego fragmentu publikacji IPN-u powstały materiały prasowe. Niestety tak się złożyło, że dokumenty IPN-u z lat 80. XX w. zostały zmikrofilmowane, a następnie w 2010 r. spalono je wraz z mikrofilmami, dlatego też w książce Wicentego brakuje wyraźnego potwierdzenia o współpracy Jezierskiego z SB. I rzeczywiście dzisiaj, mając do dyspozycji jedynie pustą teczkę Jezierskiego niczego nie można mu udowodnić. Jednak sprawa w Trójmieście nadal jest głośna właśnie przez te procesy. Istotnym jest również to, iż data odmowy współpracy z lipca 1989 r. wiąże się z sytuacją, jaka zaistniała w Polsce po zawarciu porozumień Okrągłego Stołu i zachodzącej w naszym kraju transformacji politycznej. Był to okres, w którym „tajni współpracownicy”, czy też „kandydaci na tajnych współpracowników”  Służby Bezpieczeństwa PRL masowo wyrejestrowywali się i niszczyli swoje dokumenty. Ponadto osoby, którym przypisywano współpracę z SB, zwłaszcza po 2010 r., kiedy wszystkie dokumenty zostały zniszczone, występowały do sądu w celu uzyskania „sądowego certyfikatu niewinności”. Zdarzało się też, że osoby te próbowały udowodnić, iż nie współpracowały z SB wnioskując o taką decyzję do IPN.

Henryk Jezierski otrzymał taką decyzję z IPN o nr 1041/OP/2019, wydaną w dniu 11 maja 2019 r., w której zaznaczono, że „nie był pracownikiem, funkcjonariuszem lub żołnierzem organów bezpieczeństwa państwa”. Jednak brakuje wyraźnego stwierdzenia, które posiadają np. osoby represjonowane, że był lub nie współpracownikiem SB. Zamieszczono tam jedynie informację, że w archiwum IPN „nie zachowały się dokumenty wytworzone przez niego lub przy jego udziale w charakterze tajnego informatora lub pomocnika przy operacyjnym zdobywaniu informacji przez organy bezpieczeństwa państwa.”

Komentarz CEZAREGO KRYSZTOPY: Platformie spada, ale PiSowi nie rośnie

Niewątpliwie Platforma Obywatelska nie może zaliczyć ostatnich tygodni do udanych. Domniemany medialny start jej kampanii wyborczej, którym miał być zmasowany atak „zaprzyjaźnionych” mediów na pamięć o Janie Pawle II, który zapewne miał być formą odebrania radykalnego elektoratu Lewicy, okazał się falstartem.

Wobec tej niewątpliwej katastrofy, PO postanowiła odwołać się do tradycji, którą chwilę wcześniej usiłowali sponiewierać jej medialni przyjaciele i sparafrazowała symbolikę Poncjusza Piłata, wyjmując karty podczas głosowania w Sejmie uchwały w obronie JPII.

„Nastroje siadły”

Nieoficjalne medialne doniesienia o tym, że w Platformie „nastroje siadły”, za to w Prawie i Sprawiedliwości poszybowały, wydają się tutaj logiczną konsekwencją. Podobnie jak sondaże, które pokazują, że niezależnie od osobistych preferencji politycznych, znacznie wzrosła liczba respondentów przekonanych, że nadchodzące wybory wygra partia rządząca.

Jest jednak zjawisko, które mam wrażenie umyka analitykom. Otóż kiedy przejrzymy ostatnie sondaże, owszem zauważymy, że Platformie spada, owszem zwiększa się dzięki temu przewaga PiS. Jednocześnie jednak, notowania Prawa i Sprawiedliwości… nie rosną. Jeśli już, to nieco chimerycznie, ale rosną notowania Lewicy i Konfederacji. Pierwsza zapewne zyskuje na polaryzacji nastrojów ”papieskich”, co do drugiej teorie są różne.

PiS nie wie, w co wpaść

Wydaje mi się, że PiS znajduje się obecnie w pewnym zawieszeniu nie mogąc się zdecydować na to jak chce być postrzegany. Wizerunkowo dobrze rozegrana obrona pamięci o Janie Pawle II wskazywałaby, że jednak bardziej po stronie wartości tradycyjnych i konserwatywnych. Z kolei daleko wykraczająca poza granice zdrowego rozsądku, ale konsekwentna próba „kompromisu z Brukselą” okupiona zbyt daleko idącymi koncesjami, zdaje się iść w przeciwnym kierunku (czy ktoś wierzy w kolejne zapewnienia, że pieniądze z KPO będą pod koniec wakacji?  Czy ktoś uważa, że za te pieniądze warto poczynić ustępstwa dotykające rdzenia suwerenności, których konsekwencje będą trwały znacznie dłużej niż wystarczy pieniędzy, choćby i były?). Jakaś dziwnie fałszywa nuta w tłumaczeniu przyczyn kryzysu zbożowego, przed którym przecież Jan Krzysztof Ardanowski ostrzegał już dawno, również nie pomaga.

Mam wrażenie, że jeśli coś łączy różne segmenty elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, to jest to potrzeba obrony suwerenności i chęć podnoszenia interesu narodowego. Rozbudowa armii – super, rozwój stosunków transatlantyckich – o ile pozbawiony złudzeń – ekstra. Ale jak się do tego ma to co się dzieje na linii Warszawa – Bruksela?

Pole do popisu

Jedni twierdzą, że Konfederacji rośnie, ponieważ pożywia się na „liberałach” z Platformy, po jej niezręcznym zwrocie w lewo, inni, że rośnie ponieważ pożywia się na konającej „partii protestu” Hołowni. A ja tak sobie myślę, że i PiS pozostawia formacji Mentzena i Bosaka spore pole do – nomen omen – popisu.

Efekt dobosza, czy świąteczne wzmożenie? HUBERT BEKRYCHT: Wielkanocni dziennikarze

Jeszcze kilka dni temu atakowali papieża św. Jana Pawła II, zaledwie przed trzema tygodniami wygadywali głupoty o Kościele katolickim, wcześniej przyklaskiwali „opiłowaniu” wiernych i lżyli ludzi przed świątyniami w imię „prawa” do zabijania nienarodzonych… Teraz są otwarci na wszystkie poglądy, bo przecież Wielkanoc zbliża się dużymi krokami a ich polityczni, liberalni idole spuścili nieco na święta z tonu. Dziennikarze wielkanocni – typ tchórzliwego zająca, który uciekając wciąż załatwia się na wycieraczkach milionów polskich domów.

Przed świętami kościelnymi, nawet w bardzo antyreligijnych i antyklerykalnych periodykach i programach, naczelni unikają bezpośredniego zwarcia. Są media codziennie atakujące wiarę, które na okładce w grudniu umieszczają żłóbek a wiosną, na Wielkanoc, ukrzyżowanego Chrystusa, choć te symbole są im potrzebne, jak „wielkanocnemu zającowi, czy królikowi dzwonek”. To fakty.

„Święte” pomyłki i pomyleni

Kiedyś jedna z dziennikarek, deklarująca się jako agnostyczka, przed Wielkanocą pomyliła publicznie Wielką Środę ze Środą Popielcową. Teraz też niektórzy medialni żołónierze opozycji przekonują, że mimo ataków na świętości, są „tolerancyjni wobec wszystkich religii”. Najlepiej tych, które w praktyce nie występują w Polsce. Po co to robią owi dziennikarze wielkanocni? W tym roku na pewno ze strachu, aby nie podpaść elektoratowi swoich politycznych mocodawców z PO i dawnego SLD (podzielonego dla niepoznaki na lewicowy plankton), bo to właśnie liberałowie mają największy stres przed kampanią wyborczą do parlamentu. Mieli ruszyć ławą, wspólną listą, aby pokonać konserwę z PiS. A tu niespodzianka świadcząca o tym, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu z komunizmem razem wziętych.

Fabryki fałszu wykonują plan

Oto fabryka fake newsów rozsiana po kilku medialnych prywatnych koncernach zaczęła produkować fałszywki o Janie Pawle II. Fałszywki podobne do tych komunistycznych z archiwów bezpieki. Przypadek? Nie. I tak cały misterny plan bezpośredniego ataku na polskiego świętego skończył się jeszcze zanim się na dobre zaczął.

Efekt idiotycznych zarzutów słychać i widać. Nawet niektórzy opozycyjni parlamentarzyści przyznają, że przegrali wybory. Jeszcze co prawda słychać topiących się w ogniu wstydu ołowianych doboszy, którzy bębnią na nutę „zapisywania papieża do PiS”, ale to już końcówka tego niesławnego, fałszowanego zresztą potwornie, utworu.

Uwaga, roboty polityczne!

Czy prawica zdoła się pozbierać, aby wygrać jesienne wybory i kontynuować reformy? Nie wiem. Wiele wskazuje na to, że tak. Trzeba jednak wyzbyć się pychy, że „nie ma z kim przegrać”. Demony pewności siebie czekają tylko na odpowiednią okazję. A i święci w niebie nie zawsze będą pomagać, kiedy ich znudzi powtarzalność popełnianych błędów.

Zatem, Alleluja i do… świątyń.

A potem do rodzin.

I dopiero na końcu do stołów.

 

 Wszystkiego najlepszego w ten wielkanocny czas, Nadziei, która odmienia wszystko, pokoju i spokoju oraz zrozumienia, że Chrystus nie po to zmartwychwstał, abyśmy jeszcze raz próbowali grać w kości o jego szaty…

Współpracownicy portalu sdp.pl

 

Apelacja w sprawie red. Krzysztofa Załuskiego oskarżonego z art. 212 kk. Relacja z rozprawy

O tych procesach, zarówno cywilnych, jak i karnych, które jedna osoba wytacza dziennikarzom z Trójmiasta i nie tylko pisaliśmy już wiele razy. Henryk Jezierski, właściciel i redaktor naczelny wydawnictw motoryzacyjnych (jak się przedstawia)  tym razem z art. 212 kk oskarżył  dziennikarza oraz pisarza Krzysztofa Załuskiego.  Sprawa apelacyjna toczy się w Sądzie Okręgowym w Gdańsku, niestety objęta jest klauzula tajności, więc nie możemy podać jej szczegółów. Sprawa red. Załuskiego objęta jest monitoringiem CMWP SDP , Centrum wysłało do Sądu swoją opinię amicus curie w obronie dziennikarza. W pierwszej instancji za jedno sporne zdanie w felietonie red. Załuski został skazany na 2 tysiące złotych grzywny, 7 tysięcy zł nawiązki i zwrot kosztów procesu. Od wyroku Sądu I instancji apelację złożył zarówno oskarżyciel, jak i pozwany. 

3 kwietnia 2023 r. odbyło się pierwsze posiedzenie, na które zgłosił się oskarżyciel prywatny Henryk Jezierski, oskarżony Krzysztof Załuski oraz jego pełnomocnik mec. Wenanty Plichta. Sprawę prowadziła Sędzia Sądu Okręgowego w Gdańsku Joanna Studzienna. Do uczestnictwa w rozprawie, na podstawie art. 361 kpk została dopuszczona Maria Giedz – obserwator z ramienia Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP jako osoba wskazana przez oskarżonego, gdyż sprawa toczy się w trybie niejawnym. Oznacza to, że obserwator ma obowiązek zachować tajemnicę okoliczności ujawnionych na rozprawie, o czym mówi art. 362 kk.

Przyczyną oskarżenia jest opublikowany 7 stycznia 2018 r. na portalu internetowym www.sdp.pl felieton autorstwa Krzysztofa Załuskiego p.t. „Układ trójmiejski kontra repolonizacja”. Felieton dotyczył  struktury własnościowej prasy regionalnej, ale znalazły się w nim dwa sformułowania dotyczące H. Jezierskiego, które według prywatnego oskarżyciela są nieprawdziwe, gdyż mają związek z podejrzeniem go o współpracę ze służbami bezpieczeństwa. Podejrzenie o agenturalną przeszłość Jezierskiego Załuski oparł m.in. na głośnej w środowisku trójmiejskich dziennikarzy publikacji Daniela Wicentego „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym” (wydanej przez IPN w Gdańsku w 2015 r.) Na stronie 77 owego opracowania znajduje się zapis: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I-26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”. Wszystkie materiały z tamtego okresu zostały zmikrofilmowane, a następnie w 2010 r. spalono je wraz z mikrofilmami, dlatego też w książce Wicentego brakuje wyraźnego potwierdzenia o współpracy Jezierskiego z SB. I rzeczywiście dzisiaj, mając do dyspozycji jedynie pustą teczkę Jezierskiego niczego nie można mu udowodnić. Jednak sprawa w Trójmieście nadal jest głośna właśnie przez te procesy. Data odmowy współpracy z lipca 1989 r. wiąże się z sytuacją jaka zaistniała w Polsce po „Okrągłym Stole” i zachodzącej w naszym kraju transformacji politycznej. Był to okres, w którym „tajni współpracownicy”, czy też „kandydaci na tajnych współpracowników” masowo wyrejestrowywali się i niszczyli swoje dokumenty. Ponadto osoby, którym przypisywano współpracę z SB, zwłaszcza po 2010 r., kiedy wszystkie dokumenty zostały zniszczone, występowały do sądu w celu uzyskania „sądowego certyfikatu niewinności”. Zdarzało się też, że osoby te próbowały udowodnić, iż nie współpracowały z SB wnioskując o taką decyzję do IPN. Henryk Jezierski otrzymał taką decyzję z IPN o nr 1041/OP/2019, wydaną w dniu 11 maja 2019 r., w której zaznaczono, że „nie był pracownikiem, funkcjonariuszem lub żołnierzem organów bezpieczeństwa państwa”. Brakuje wyraźnego stwierdzenia, które posiadają np. osoby represjonowane, że był lub nie współpracownikiem SB. Zamieszczono tam jedynie informację, że w archiwum IPN „nie zachowały się dokumenty wytworzone przez niego lub przy jego udziale w charakterze tajnego informatora lub pomocnika przy operacyjnym zdobywaniu informacji przez organy bezpieczeństwa państwa.”

Zapewne nikt by się Jezierskim nie zajmował, gdyby on sam, już po IPN-owskiej publikacji nie zechciał kandydować na członka Rady Programowej TVP Gdańsk. Ubiegając się o członkostwo w Radzie powołał się na rekomendacje Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. Jednak Anna Dąbrowska, ówczesna prezes KSD, obecnie sekretarz Zarządu KSD zaprzeczyła, aby Stowarzyszenie udzieliło takiej rekomendacji Jezierskiemu – wynika to z zeznań procesu wytoczonego przez Jezierskiego innym dziennikarzom, m.in. Annie Dąbrowskiej. Red. Dąbrowska uważała, że  Henryk Jezierski samowolnie zgłosił swoją kandydaturę bez żadnych rekomendacji i bez wiedzy Stowarzyszenia. Oddział gdański stowarzyszenia już wówczas był rozwiązany, ale bezsporne jest to, że Oddział Gdański KSD takiej osobowości nie posiadał, więc  zgodnie z prawem swoją rekomendację  mógł wydać wyłącznie Zarząd Główny KSD.

Rozprawa apelacyjna tak jak sprawa w I instancji odbywa się w trybie niejawnym.

Na rozprawie 3 kwietnia b.r. Henryk Jezierski  zaatakował słownie w agresywny sposób przedstawiciela CMWP przedstawiając nieistniejący zarzut dotyczący rzekomego ukrywania przez obserwatora z CMWP SDP jego związków ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich. Zarzut jest nieistniejący, ponieważ  wysyłane standartowo przez CMWP SDP  do Sądu dokumenty zawierają szczegółowe  informacje  na ten temat oraz wszystkie dane adresowe CMWP  jako instytucji związanej z SDP.

W związku z postępowaniem odwoławczym od wyroku Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe w Gdańsku – II Wydział Karny  w sprawie przeciwko red. Krzysztofowi Załuskiemu, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przesłało do Sądu  swoją opinię, działając w charakterze amicus curiae, tj. przyjaciela sądu. Dziennikarz został skazany z art. 212 kk za rzekome zniesławienie p.Henryka Jezierskiego w felietonie opublikowanym w 2018 r. i wniósł apelację od tego wyroku. CMWP SDP wspiera go w tej sprawie i apeluje o uwolnienie dziennikarza od tego zarzutu.

Więcej o sprawie TUTAJ.