CEZARY KRYSZTOPA: Niemiecki pan może nie wracać

Zdaje się, że okienko koniunktury geopolitycznej wokół Polski się zamyka. A przynajmniej to okienko, z którego w ciągu ostatnich miesięcy korzystaliśmy. Myślę, że warto mieć tego świadomość, złudzenia, to zwykle najgorszy doradca.

Od jakiegoś czasu obserwuję jak coraz więcej ludzi, całkiem różnych poglądów zwraca uwagę na swego rodzaju akcję promocyjną prowadzoną w tzw. „wiodących mediach”, która ma przekonać Polki, że prostytucja jest w sumie fajna, glamour i rozwija osobowość.  Jeśli dodać do tego, że te same media od lat promują pośród Polaków postawy służalcze i oparte na kompleksach, wydaje się to nawet logicznie spójne. Być może nie ma to nic wspólnego z tym, że większość tych mediów jest albo proniemiecka albo zwyczajnie należy do niemieckich koncernów, ale jest całkiem symboliczne w kontekście tego co napiszę poniżej.

Bez złudzeń

Wydaje mi się, że w historii, która mocno przyspieszyła 24 lutego 2022 roku z naszego punktu widzenia nieuchronnie kończy się pewien rozdział. Rozdział, w którym mogliśmy się łudzić, że „dla Stanów Zjednoczonych będziemy nowymi Niemcami”. Nie, nie będziemy. Jeżeli dość obeznany w tajnikach waszyngtońskich przepływów opinii, a jednocześnie przychylny Polsce amerykański analityk James Jay Carafano pisze, że dla dobra wszystkich powinniśmy się jakoś poukładać z Niemcami, a zarówno „Berlin jak i Waszyngton mają nadzieję na upadek obecnego rządu w Polsce”, to znaczy, że sytuacja jest inna. Być może było tak, że strofująca Niemcy Polska była Stanom Zjednoczonym potrzebna, żeby Niemcy zaszły w procesie zrywania z Rosją wystarczająco daleko. Nie wiem, czy słusznie, ale prawdopodobnie uznano, ze ten proces jest już wystarczająco zaawansowany i Stany Zjednoczone nie obawiają się już proniemieckiego rządu w Polsce. A i Ukraina wykazuje się ostatnio wobec Polski, większą „asertywnością” jakby była bardziej pewna swoich „niemieckich i francuskich przyjaciół”.

Czy to oznacza, ze odnieśliśmy kolejne „moralne zwycięstwo”, czyli de facto sromotną porażkę, mamy teraz opuścić ręce i się rozpłakać? No właśnie, cholera, nie. Jeśli aspirujemy do samodzielnej roli, musimy też umieć działać nie tylko na zasadzie funkcji aktywności największego sojusznika. Być może nawet, nie wiem dokładnie kiedy, będziemy obserwowali stopniowy powrót retoryki na temat „praworządności”, „zwrotu mienia” i dogmatów agresywnej religii LGBT ze strony Waszyngtonu. Nie jestem specjalistą, ale sam mam obawy, czy pomagając Ukrainie nie przekroczyliśmy granicy krytycznego uszczuplenia własnych zasobów (w sumie do końca chyba nikt nie wie ile sprzętu, również nowoczesnego, przekazaliśmy). Ale to przecież nie oznacza, że Ukrainie nie warto było pomagać.

Korzyści

Abstrahując od względów ludzkich i humanitarnych, dzięki pomocy Ukrainie uzyskaliśmy szereg korzyści. Potencjał egzystencjalnego zagrożenia ze wschodu uległ dzięki ukraińskiej armii znacznemu uszczupleniu. Morze Bałtyckie, na które tak długo spoglądaliśmy z niepokojem, niebawem może się stać prawie wewnętrznym morzem NATO. Nasi bliżsi i dalsi sąsiedzi zaczęli się w większym stopniu orientować na Polskę, która buduje realną militarną siłę. A i gospodarczo jesteśmy w dużym stopniu beneficjentami wyprowadzania produkcji z Chin. Znów, nie jestem specjalistą, ale być może ma to coś wspólnego ze świetnymi ostatnio wskaźnikami gospodarczymi podawanymi przez źródła, które trudno zakwestionować nawet najzagorzalszym czcicielom ośmiu gwiazdek.

I żeby było jasne, nie jest różowo. Ponieśliśmy ogromne koszty, czego skutki nasza „sojusznicza” Bruksela wykorzystuje żeby nas dorżnąć. Konsekwencje masowej migracji będziemy ponosili latami. Odbudowa i rozbudowa armii będzie nas kosztowała fortunę. Nasz amerykański sojusznik będzie sobie powoli przypominał język niemiecki, a Ukraińcy być może pójdą po raz kolejny sparzyć się w Berlinie i Paryżu.

Bez kompleksów

I nadal nie jest to powód żeby opuścić ręce i przyjąć proponowaną na przez „wiodące media” rolę prostytutek. Nie musimy wracać do roli wasala Niemiec. Mamy duże zabawki, a nawet coraz większe i musimy teraz nauczyć się nimi bawić. Bez kompleksów. A w tym celu musimy zachować sterowność państwa. Sukces gospodarczy jest fajny, ale jeśli w jego imię będziemy pozbywać się istotnych aspektów suwerenności (wobec pilnującej niemieckich interesów UE, ale też np. wobec WHO) ostatecznie może się okazać, ze owoce naszego gospodarczego sukcesu będą służyły nie nam, tylko naszym nowym suwerenom.

Właściwie to nie jest nawet wyłączna odpowiedzialność rządzących (choć oczywiście głównie), to nasza wspólna odpowiedzialność.

Więc nie biadolić, do roboty, historia nigdy się nie kończy.

CEZARY KRYSZTOPA: Europa powinna się odjednoczyć

Olafa Scholza znowu poniosło. Tym razem podczas wystąpienia w Parlamencie Europejskim w ramach debat o „Przyszłości Europy” zaproponował de facto, jak to celnie ujął jeden z internautów, budowę Europy Federalnej Niemiec.

Bo do tego de facto sprowadziłoby się zniesienie prawa weta w Radzie UE. Mniejsze kraje zostałyby w praktyce pozbawione prawa głosu, a oficjalny już dyrektoriat przejęłyby Niemcy i Francja. To co jest pocieszające, to to, że wystąpienie Scholza nie spotkało się z aplauzem. Choć bardzo się starał, grzmiąc na temat podniesienia skuteczności „walki o praworządność”, wpisać w parlamentarny mainstream, to bronili go w zasadzie tylko europosłowie z Niemiec i nawet nie wszyscy, bo tylko z frakcji socjalistów – jesteśmy krajem widmo, śmieją się z nas – mówił do Scholza jeden z niemieckich europosłów.

Europę toczy rak

Nie zmienia to faktu, że za ostateczne zmiażdżenie państw narodowych (no nie Niemiec przecież) wzięły się grubsze cwaniaki. W tzw. „Grupie Przyjaciół”, która ma wspierać likwidację zasady jednomyślności w Radzie UE, oprócz Niemiec i Francji są niestety również takie państwa jak Włochy i Finlandia, gdzie ostatnio wybory wygrała centroprawicowa koalicja. I choć trudno nie odnieść tu wrażenia atmosfery balu na Titanicu, to jednak z całą pewnością zdążą nas nie raz jeszcze skrzywdzić. A nawet, biorąc pod uwagę wszystkie baty, które sami włożyliśmy im do rąk, począwszy od „mechanizmu warunkowości”, a skończywszy na KPO i „kamieniach milowych”, może i zatłuc.

A jednak Unię Europejską toczy rak. Największy i jednocześnie jedyny w swoim rodzaju, jawny plan wepchnięcia w ubóstwo obywateli przez rządzących – Fit for 55, jest tutaj tylko jednym z aspektów. Likwidacja demokracji, za pośrednictwem przenoszenia prerogatyw z posiadających demokratyczną legitymację państw narodowych na nieposiadające demokratycznej legitymacji instytucje brukselskiej oligarchii, jawne zaprzęganie struktur UE do realizacji interesów niemieckich, czy strukturalna korupcja na różnych poziomach, nie budują zaufania. Wszystko to sprawia, że Europa jest coraz mniej istotnym punktem na mapach gospodarczych i geopolitycznych. To nie ma prawa działać.

Co robić?

I być może prędzej czy później, w sposób mniej czy bardziej spektakularny, odwali kitę. I być może trochę Was tu zaskoczę, ale byłoby żal. Ponieważ pewien stopień integracji europejskiej ma swoje zalety. Niby tylu to powtarza, ale kto przedstawia jakąkolwiek alternatywę wobec budowy Europy Federalnej Niemiec? Samo marudzenie, a tym bardziej owijanie się w kraju biało-czerwonymi flagami, żeby grzecznie podpisywać cyrografy w Brukseli, nie wystarczy. Ja tutaj oczywiście, choćby ze względu na ograniczoną przestrzeń, którą i tak dzięki dobremu sercu redakcji portalu SDP, regularnie przekraczam, nie przedstawię kompleksowej alternatywy. Zresztą, kompleksową alternatywą powinni się zająć eksperci.

Myślę jednak, że wolno mi się pokusić o opinię, że żeby zjednoczona Europa mogła w dostatku i spokoju przetrwać, musi być mniej zjednoczona. Bezwzględnie musi wykonać kilka kroków do tyłu. Musi wrócić do koncepcji przestrzeni gospodarczej, komplementarnej wobec potencjałów suwerennych państw narodowych i zrezygnować z ambicji bycia nowym więzieniem narodów.

Z osiągnięć integracji zachowałbym wolności przepływu ludzi, towarów, usług i kapitału. To w zupełności wystarczy żeby państwa narodowe mogły czerpać zyski ze współpracy gospodarczej. Instytucje, które zostały dotknięte gangreną Europy Federalnej Niemiec, takie jak Komisja Europejska, Parlament Europejski i Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, są do likwidacji. W ich miejsce trzeba by powołać nowe instytucje, sekretariaty koordynujące wspólne polityki i ew. trybunał rozstrzygający spory. To wszystko. Reszta tego zbędnego Bizancjum, do wora.

Tylko taki powrót do korzeni, również tych korzeni, które widzieli Ojcowie Założyciele zjednoczonej Europy, jest szansą na jej przetrwanie. W innym wypadku ten Miś sobie zgnije na świeżym powietrzu i będziemy mogli co najwyżej za jakiś czas podpisać protokół zniszczenia.

Na koniec pytanie: Czy ktoś to usłyszy? Nie.

Odszedł wieloletni członek Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP Ryszard Dobek

Z wielkim smutkiem zawiadamiamy, że 25 kwietnia 2023 r. odszedł od nas wieloletni członek Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie Ryszard Dobek.

Uroczystość pogrzebowa rozpocznie się 29 kwietnia 2023 roku o godzinie 10.30 w kościele św. Józefa przy ul. Jagiellońskiej w Olsztynie. Ceremonia pochowania odbędzie się na cmentarzu komunalnym w Dywitach.

Ryszard Dobek (ur. 1 sierpnia 1935 roku) był absolwentem zootechniki Wyższej Szkoły Rolniczej w Olsztynie. Współpracę z redakcjami zaczął w połowie lat 70. XX wieku od artykułów w tygodniu „Nasza Wieś”. W latach 1995-1997 w „Dzienniku Pojezierza” publikował cotygodniowy cykl felietonów „Wokół ambony” dotyczący zagadnień łowieckich. W 1996 roku założył kwartalnik „Myśliwiec Warmińsko-Mazurski” i był jego redaktorem naczelnym do 1999 roku.

Później współpracował z „Tygodnikiem Warmińskim”, „Tygodnikiem Pojezierza”, „Bracią Łowiecką” i „Nowym Życiem Olsztyna”, na łamach których poruszał tematykę rolnictwa, ekologii i ochrony środowiska. To także współautor „Księgi pamiątkowej” wydanej przez Koło łowieckie im. Juliana Ejsmonda w Olsztynie.

W 2019 roku wydał swoje myśliwskie wspomnienia pt. „Czar Łowów”. W swej książce Ryszard zamieścił aż 61 oryginalnych wspomnień ze swoich –  blisko 60-letnich –wypraw do kniei i na pola. Zamiłowanie do łowiectwa, a przede wszystkim uroków pola i lasu, Ryszard Dobek otrzymał w genach, bo jego dziadek i ojciec byli myśliwymi. Egzamin łowiecki zdał podczas studiów na WSR w Olsztynie, ale myśliwym został dopiero wtedy, gdy koledzy z jego zakładu pracy zorganizowali nowe koło.

W styczniu 2023 roku delegacja Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich udała się z wizytą do redaktora Ryszarda Dobka by wspólnie świętować jubileusz 20-lecia wstąpienia do stowarzyszenia.

 

Umorzona sprawa przeciwko red. Krzysztofowi Załuskiemu oskarżonemu z art 212 kk. Dziennikarz miał wsparcie CMWP SDP

17 kwietnia 2023 r. Sąd Okręgowy w Gdańsku  umorzył sprawę apelacyjną o zniesławienie z powództwa Henryka Jezierskiego,  właściciela wydawnictw motoryzacyjnych z Trójmiasta przeciwko red. Krzysztofowi Załuskiemu, dziennikarzowi oraz pisarzowi. Jest to  umorzenie warunkowe na okres jednego roku, ale nie ma mowy o skazaniu na jakąkolwiek karę trójmiejskiego dziennikarza. Zgodnie z decyzją oskarżonego dziennikarza  sprawa była objęta monitoringiem CMWP SDP  dopiero w  II instancji.   CMWP SDP  przesłało do Sądu opinię amicus curie w obronie skazanego dziennikarza 28 marca b.r. 

Sprawa toczyła się od połowy kwietnia 2021 r., po opublikowaniu 7 stycznia 2018 r. na portalu internetowym www.sdp.pl artykułu autorstwa Krzysztofa Załuskiego p.t. „Układ trójmiejski kontra repolonizacja”. Artykuł był felietonem, dotyczącym kwestii repolonizacji trójmiejskich gazet, będących ówcześnie w rękach niemieckich. Zajmował się strukturą własnościową prasy regionalnej. Znalazły się w nim dwa sformułowania dotyczące Henryka Jezierskiego, które według prywatnego oskarżyciela są nieprawdziwe, gdyż mają związek z podejrzeniem go o współpracę ze służbami bezpieczeństwa. Nazwisko Henryka Jezierskiego znalazło się tam niemal przypadkowo i nie miało znaczenia dla przedstawionego problemu. Jednak oskarżyciel prywatny, czyli Henryk Jezierski uznał, że ów tekst naruszył jego dobra osobiste. Dlatego skierował przeciwko dziennikarzowi pozew o zniesławienie w trybie art. 212 kk. Sprawę rozpatrywał  Sąd Rejonowy w Gdańsku – Południe,  II Wydział Karny, gdzie wydano nieprawomocny wyrok skazujący red. Załuskiego. Oskarżony Załuski złożył apelację do Sądu Okręgowego w Gdańsku. Od  wyroku  Sądu I instancji odwołał się także oskarżyciel.

Ponieważ sprawa toczyła się z wyłączeniem jawności, więc zgodnie z art. 364, par. 2 szczegółów  wyroku nie można podać. Wyrok nie zostanie też podany do publicznej wiadomości. Wiadomo tylko, że 17 kwietnia 2023 r. na ogłoszenie wyroku nie stawił się oskarżyciel prywatny, którym był Henryk Jezierski.

Sam wyrok składa się z kilku części. Ta najważniejsza, to że wyrok nie jest wyrokiem skazującym, bowiem jest to umorzenie warunkowe na roczny okres próbny. Jeśli red. Krzysztof Załuski zniesławiłby w publicznym materiale ponownie Henryka Jezierskiego, to sprawa powróci na wokandę. Natomiast w myśl art. 67, par. 3 kk Sąd nałożył obowiązek naprawienia szkody w formie nawiązki w wysokości 3 tys. zł, uznając, że owa kwota będzie wystarczająca jako rekompensata. Ponadto nałożył obowiązek opłaty skarbowej w wysokości 100 zł., za to uchylił koszty procesu. Co ciekawe nałożył też  opłaty na oskarżyciela Henryka Jezierskiego. Wyrok jest prawomocny.

Warto jednak przypomnieć, że do tego i kilkunastu innych procesów, w których dziennikarze zostali pozwani lub oskarżeni przez Henryka Jezierskiego nie doszłoby, gdyby Jezierski nie zechciał kandydować na członka Rady Programowej TVP Gdańsk i to niedługo po głośnej w środowisku trójmiejskim IPN-owskiej publikacji Daniela Wicentego „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym” (wydanej przez IPN w Gdańsku w 2015 r.). Na dodatek Jezierski, ubiegając się o owe członkostwo w Radzie powołał się na rekomendacje Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. Jednak Anna Dąbrowska, ówczesna prezes KSD, obecnie sekretarz Zarządu KSD zaprzeczyła, aby Stowarzyszenie udzieliło takiej rekomendacji Jezierskiemu – wynika to z zeznań procesu wytoczonego przez Jezierskiego innym dziennikarzom, m.in. Annie Dąbrowskiej. Wręcz uważała, że Jezierski samowolnie zgłosił swoją kandydaturę bez żadnych rekomendacji i bez wiedzy Stowarzyszenia. Oddział gdański  Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy  już wówczas był rozwiązany.  Oddział Gdański  KSD nie miał nigdy osobowości prawnej, więc  zgodnie z prawem rekomendację  mógł wydać wyłącznie Zarząd Główny KSD.

Na stronie 77  publikacji  Daniela Wicentego znajduje się zapis: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I-26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”.

Na podstawie tego fragmentu publikacji IPN-u powstały materiały prasowe. Niestety tak się złożyło, że dokumenty IPN-u z lat 80. XX w. zostały zmikrofilmowane, a następnie w 2010 r. spalono je wraz z mikrofilmami, dlatego też w książce Wicentego brakuje wyraźnego potwierdzenia o współpracy Jezierskiego z SB. I rzeczywiście dzisiaj, mając do dyspozycji jedynie pustą teczkę Jezierskiego niczego nie można mu udowodnić. Jednak sprawa w Trójmieście nadal jest głośna właśnie przez te procesy. Istotnym jest również to, iż data odmowy współpracy z lipca 1989 r. wiąże się z sytuacją, jaka zaistniała w Polsce po zawarciu porozumień Okrągłego Stołu i zachodzącej w naszym kraju transformacji politycznej. Był to okres, w którym „tajni współpracownicy”, czy też „kandydaci na tajnych współpracowników”  Służby Bezpieczeństwa PRL masowo wyrejestrowywali się i niszczyli swoje dokumenty. Ponadto osoby, którym przypisywano współpracę z SB, zwłaszcza po 2010 r., kiedy wszystkie dokumenty zostały zniszczone, występowały do sądu w celu uzyskania „sądowego certyfikatu niewinności”. Zdarzało się też, że osoby te próbowały udowodnić, iż nie współpracowały z SB wnioskując o taką decyzję do IPN.

Henryk Jezierski otrzymał taką decyzję z IPN o nr 1041/OP/2019, wydaną w dniu 11 maja 2019 r., w której zaznaczono, że „nie był pracownikiem, funkcjonariuszem lub żołnierzem organów bezpieczeństwa państwa”. Jednak brakuje wyraźnego stwierdzenia, które posiadają np. osoby represjonowane, że był lub nie współpracownikiem SB. Zamieszczono tam jedynie informację, że w archiwum IPN „nie zachowały się dokumenty wytworzone przez niego lub przy jego udziale w charakterze tajnego informatora lub pomocnika przy operacyjnym zdobywaniu informacji przez organy bezpieczeństwa państwa.”

Komentarz CEZAREGO KRYSZTOPY: Platformie spada, ale PiSowi nie rośnie

Niewątpliwie Platforma Obywatelska nie może zaliczyć ostatnich tygodni do udanych. Domniemany medialny start jej kampanii wyborczej, którym miał być zmasowany atak „zaprzyjaźnionych” mediów na pamięć o Janie Pawle II, który zapewne miał być formą odebrania radykalnego elektoratu Lewicy, okazał się falstartem.

Wobec tej niewątpliwej katastrofy, PO postanowiła odwołać się do tradycji, którą chwilę wcześniej usiłowali sponiewierać jej medialni przyjaciele i sparafrazowała symbolikę Poncjusza Piłata, wyjmując karty podczas głosowania w Sejmie uchwały w obronie JPII.

„Nastroje siadły”

Nieoficjalne medialne doniesienia o tym, że w Platformie „nastroje siadły”, za to w Prawie i Sprawiedliwości poszybowały, wydają się tutaj logiczną konsekwencją. Podobnie jak sondaże, które pokazują, że niezależnie od osobistych preferencji politycznych, znacznie wzrosła liczba respondentów przekonanych, że nadchodzące wybory wygra partia rządząca.

Jest jednak zjawisko, które mam wrażenie umyka analitykom. Otóż kiedy przejrzymy ostatnie sondaże, owszem zauważymy, że Platformie spada, owszem zwiększa się dzięki temu przewaga PiS. Jednocześnie jednak, notowania Prawa i Sprawiedliwości… nie rosną. Jeśli już, to nieco chimerycznie, ale rosną notowania Lewicy i Konfederacji. Pierwsza zapewne zyskuje na polaryzacji nastrojów ”papieskich”, co do drugiej teorie są różne.

PiS nie wie, w co wpaść

Wydaje mi się, że PiS znajduje się obecnie w pewnym zawieszeniu nie mogąc się zdecydować na to jak chce być postrzegany. Wizerunkowo dobrze rozegrana obrona pamięci o Janie Pawle II wskazywałaby, że jednak bardziej po stronie wartości tradycyjnych i konserwatywnych. Z kolei daleko wykraczająca poza granice zdrowego rozsądku, ale konsekwentna próba „kompromisu z Brukselą” okupiona zbyt daleko idącymi koncesjami, zdaje się iść w przeciwnym kierunku (czy ktoś wierzy w kolejne zapewnienia, że pieniądze z KPO będą pod koniec wakacji?  Czy ktoś uważa, że za te pieniądze warto poczynić ustępstwa dotykające rdzenia suwerenności, których konsekwencje będą trwały znacznie dłużej niż wystarczy pieniędzy, choćby i były?). Jakaś dziwnie fałszywa nuta w tłumaczeniu przyczyn kryzysu zbożowego, przed którym przecież Jan Krzysztof Ardanowski ostrzegał już dawno, również nie pomaga.

Mam wrażenie, że jeśli coś łączy różne segmenty elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, to jest to potrzeba obrony suwerenności i chęć podnoszenia interesu narodowego. Rozbudowa armii – super, rozwój stosunków transatlantyckich – o ile pozbawiony złudzeń – ekstra. Ale jak się do tego ma to co się dzieje na linii Warszawa – Bruksela?

Pole do popisu

Jedni twierdzą, że Konfederacji rośnie, ponieważ pożywia się na „liberałach” z Platformy, po jej niezręcznym zwrocie w lewo, inni, że rośnie ponieważ pożywia się na konającej „partii protestu” Hołowni. A ja tak sobie myślę, że i PiS pozostawia formacji Mentzena i Bosaka spore pole do – nomen omen – popisu.

Efekt dobosza, czy świąteczne wzmożenie? HUBERT BEKRYCHT: Wielkanocni dziennikarze

Jeszcze kilka dni temu atakowali papieża św. Jana Pawła II, zaledwie przed trzema tygodniami wygadywali głupoty o Kościele katolickim, wcześniej przyklaskiwali „opiłowaniu” wiernych i lżyli ludzi przed świątyniami w imię „prawa” do zabijania nienarodzonych… Teraz są otwarci na wszystkie poglądy, bo przecież Wielkanoc zbliża się dużymi krokami a ich polityczni, liberalni idole spuścili nieco na święta z tonu. Dziennikarze wielkanocni – typ tchórzliwego zająca, który uciekając wciąż załatwia się na wycieraczkach milionów polskich domów.

Przed świętami kościelnymi, nawet w bardzo antyreligijnych i antyklerykalnych periodykach i programach, naczelni unikają bezpośredniego zwarcia. Są media codziennie atakujące wiarę, które na okładce w grudniu umieszczają żłóbek a wiosną, na Wielkanoc, ukrzyżowanego Chrystusa, choć te symbole są im potrzebne, jak „wielkanocnemu zającowi, czy królikowi dzwonek”. To fakty.

„Święte” pomyłki i pomyleni

Kiedyś jedna z dziennikarek, deklarująca się jako agnostyczka, przed Wielkanocą pomyliła publicznie Wielką Środę ze Środą Popielcową. Teraz też niektórzy medialni żołónierze opozycji przekonują, że mimo ataków na świętości, są „tolerancyjni wobec wszystkich religii”. Najlepiej tych, które w praktyce nie występują w Polsce. Po co to robią owi dziennikarze wielkanocni? W tym roku na pewno ze strachu, aby nie podpaść elektoratowi swoich politycznych mocodawców z PO i dawnego SLD (podzielonego dla niepoznaki na lewicowy plankton), bo to właśnie liberałowie mają największy stres przed kampanią wyborczą do parlamentu. Mieli ruszyć ławą, wspólną listą, aby pokonać konserwę z PiS. A tu niespodzianka świadcząca o tym, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu z komunizmem razem wziętych.

Fabryki fałszu wykonują plan

Oto fabryka fake newsów rozsiana po kilku medialnych prywatnych koncernach zaczęła produkować fałszywki o Janie Pawle II. Fałszywki podobne do tych komunistycznych z archiwów bezpieki. Przypadek? Nie. I tak cały misterny plan bezpośredniego ataku na polskiego świętego skończył się jeszcze zanim się na dobre zaczął.

Efekt idiotycznych zarzutów słychać i widać. Nawet niektórzy opozycyjni parlamentarzyści przyznają, że przegrali wybory. Jeszcze co prawda słychać topiących się w ogniu wstydu ołowianych doboszy, którzy bębnią na nutę „zapisywania papieża do PiS”, ale to już końcówka tego niesławnego, fałszowanego zresztą potwornie, utworu.

Uwaga, roboty polityczne!

Czy prawica zdoła się pozbierać, aby wygrać jesienne wybory i kontynuować reformy? Nie wiem. Wiele wskazuje na to, że tak. Trzeba jednak wyzbyć się pychy, że „nie ma z kim przegrać”. Demony pewności siebie czekają tylko na odpowiednią okazję. A i święci w niebie nie zawsze będą pomagać, kiedy ich znudzi powtarzalność popełnianych błędów.

Zatem, Alleluja i do… świątyń.

A potem do rodzin.

I dopiero na końcu do stołów.

 

 Wszystkiego najlepszego w ten wielkanocny czas, Nadziei, która odmienia wszystko, pokoju i spokoju oraz zrozumienia, że Chrystus nie po to zmartwychwstał, abyśmy jeszcze raz próbowali grać w kości o jego szaty…

Współpracownicy portalu sdp.pl

 

Apelacja w sprawie red. Krzysztofa Załuskiego oskarżonego z art. 212 kk. Relacja z rozprawy

O tych procesach, zarówno cywilnych, jak i karnych, które jedna osoba wytacza dziennikarzom z Trójmiasta i nie tylko pisaliśmy już wiele razy. Henryk Jezierski, właściciel i redaktor naczelny wydawnictw motoryzacyjnych (jak się przedstawia)  tym razem z art. 212 kk oskarżył  dziennikarza oraz pisarza Krzysztofa Załuskiego.  Sprawa apelacyjna toczy się w Sądzie Okręgowym w Gdańsku, niestety objęta jest klauzula tajności, więc nie możemy podać jej szczegółów. Sprawa red. Załuskiego objęta jest monitoringiem CMWP SDP , Centrum wysłało do Sądu swoją opinię amicus curie w obronie dziennikarza. W pierwszej instancji za jedno sporne zdanie w felietonie red. Załuski został skazany na 2 tysiące złotych grzywny, 7 tysięcy zł nawiązki i zwrot kosztów procesu. Od wyroku Sądu I instancji apelację złożył zarówno oskarżyciel, jak i pozwany. 

3 kwietnia 2023 r. odbyło się pierwsze posiedzenie, na które zgłosił się oskarżyciel prywatny Henryk Jezierski, oskarżony Krzysztof Załuski oraz jego pełnomocnik mec. Wenanty Plichta. Sprawę prowadziła Sędzia Sądu Okręgowego w Gdańsku Joanna Studzienna. Do uczestnictwa w rozprawie, na podstawie art. 361 kpk została dopuszczona Maria Giedz – obserwator z ramienia Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP jako osoba wskazana przez oskarżonego, gdyż sprawa toczy się w trybie niejawnym. Oznacza to, że obserwator ma obowiązek zachować tajemnicę okoliczności ujawnionych na rozprawie, o czym mówi art. 362 kk.

Przyczyną oskarżenia jest opublikowany 7 stycznia 2018 r. na portalu internetowym www.sdp.pl felieton autorstwa Krzysztofa Załuskiego p.t. „Układ trójmiejski kontra repolonizacja”. Felieton dotyczył  struktury własnościowej prasy regionalnej, ale znalazły się w nim dwa sformułowania dotyczące H. Jezierskiego, które według prywatnego oskarżyciela są nieprawdziwe, gdyż mają związek z podejrzeniem go o współpracę ze służbami bezpieczeństwa. Podejrzenie o agenturalną przeszłość Jezierskiego Załuski oparł m.in. na głośnej w środowisku trójmiejskich dziennikarzy publikacji Daniela Wicentego „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym” (wydanej przez IPN w Gdańsku w 2015 r.) Na stronie 77 owego opracowania znajduje się zapis: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I-26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”. Wszystkie materiały z tamtego okresu zostały zmikrofilmowane, a następnie w 2010 r. spalono je wraz z mikrofilmami, dlatego też w książce Wicentego brakuje wyraźnego potwierdzenia o współpracy Jezierskiego z SB. I rzeczywiście dzisiaj, mając do dyspozycji jedynie pustą teczkę Jezierskiego niczego nie można mu udowodnić. Jednak sprawa w Trójmieście nadal jest głośna właśnie przez te procesy. Data odmowy współpracy z lipca 1989 r. wiąże się z sytuacją jaka zaistniała w Polsce po „Okrągłym Stole” i zachodzącej w naszym kraju transformacji politycznej. Był to okres, w którym „tajni współpracownicy”, czy też „kandydaci na tajnych współpracowników” masowo wyrejestrowywali się i niszczyli swoje dokumenty. Ponadto osoby, którym przypisywano współpracę z SB, zwłaszcza po 2010 r., kiedy wszystkie dokumenty zostały zniszczone, występowały do sądu w celu uzyskania „sądowego certyfikatu niewinności”. Zdarzało się też, że osoby te próbowały udowodnić, iż nie współpracowały z SB wnioskując o taką decyzję do IPN. Henryk Jezierski otrzymał taką decyzję z IPN o nr 1041/OP/2019, wydaną w dniu 11 maja 2019 r., w której zaznaczono, że „nie był pracownikiem, funkcjonariuszem lub żołnierzem organów bezpieczeństwa państwa”. Brakuje wyraźnego stwierdzenia, które posiadają np. osoby represjonowane, że był lub nie współpracownikiem SB. Zamieszczono tam jedynie informację, że w archiwum IPN „nie zachowały się dokumenty wytworzone przez niego lub przy jego udziale w charakterze tajnego informatora lub pomocnika przy operacyjnym zdobywaniu informacji przez organy bezpieczeństwa państwa.”

Zapewne nikt by się Jezierskim nie zajmował, gdyby on sam, już po IPN-owskiej publikacji nie zechciał kandydować na członka Rady Programowej TVP Gdańsk. Ubiegając się o członkostwo w Radzie powołał się na rekomendacje Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. Jednak Anna Dąbrowska, ówczesna prezes KSD, obecnie sekretarz Zarządu KSD zaprzeczyła, aby Stowarzyszenie udzieliło takiej rekomendacji Jezierskiemu – wynika to z zeznań procesu wytoczonego przez Jezierskiego innym dziennikarzom, m.in. Annie Dąbrowskiej. Red. Dąbrowska uważała, że  Henryk Jezierski samowolnie zgłosił swoją kandydaturę bez żadnych rekomendacji i bez wiedzy Stowarzyszenia. Oddział gdański stowarzyszenia już wówczas był rozwiązany, ale bezsporne jest to, że Oddział Gdański KSD takiej osobowości nie posiadał, więc  zgodnie z prawem swoją rekomendację  mógł wydać wyłącznie Zarząd Główny KSD.

Rozprawa apelacyjna tak jak sprawa w I instancji odbywa się w trybie niejawnym.

Na rozprawie 3 kwietnia b.r. Henryk Jezierski  zaatakował słownie w agresywny sposób przedstawiciela CMWP przedstawiając nieistniejący zarzut dotyczący rzekomego ukrywania przez obserwatora z CMWP SDP jego związków ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich. Zarzut jest nieistniejący, ponieważ  wysyłane standartowo przez CMWP SDP  do Sądu dokumenty zawierają szczegółowe  informacje  na ten temat oraz wszystkie dane adresowe CMWP  jako instytucji związanej z SDP.

W związku z postępowaniem odwoławczym od wyroku Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe w Gdańsku – II Wydział Karny  w sprawie przeciwko red. Krzysztofowi Załuskiemu, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przesłało do Sądu  swoją opinię, działając w charakterze amicus curiae, tj. przyjaciela sądu. Dziennikarz został skazany z art. 212 kk za rzekome zniesławienie p.Henryka Jezierskiego w felietonie opublikowanym w 2018 r. i wniósł apelację od tego wyroku. CMWP SDP wspiera go w tej sprawie i apeluje o uwolnienie dziennikarza od tego zarzutu.

Więcej o sprawie TUTAJ.

CMWP SDP w obronie red. Krzysztofa Załuskiego skazanego z art. 212 kk

W związku z postępowaniem odwoławczym od wyroku Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe w Gdańsku – II Wydział Karny  w sprawie przeciwko red. Krzysztofowi Załuskiemu, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przesłało do Sądu  swoją opinię, działając w charakterze amicus curiae, tj. przyjaciela sądu. Dziennikarz został skazany z art. 212 kk za rzekome zniesławienie p.Henryka Jezierskiego w felietonie opublikowanym w 2018 r. i wniósł apelację od tego wyroku. CMWP SDP wspiera go w tej sprawie i apeluje o uwolnienie dziennikarza od tego zarzutu. 

Przyczyną wniesienia przez Henryka Jezierskiego prywatnego aktu oskarżenia z art. 212 kk przeciwko Krzysztofowi Załuskiemu stał się artykuł p.t. „Układ trójmiejski kontra repolonizacja„, opublikowany w dn. 7 stycznia 2018 r. na portalu internetowym www.sdp.pl .  Stwierdzenia zawarte w powyższym materiale prasowym oskarżyciel prywatny uznał za zniesławiające i wniósł prywatny akt oskarżenia. W konsekwencji K. Załuski został skazany w/w wyrokiem Sądu Rejonowego Gdańsk – Południe. CMWP podjęło monitoring niniejszej sprawy w obu instancjach, w ramach przepisów prawa, co jest uzasadnione celami realizowanymi przez Centrum oraz potrzebą ochrony istotnych dóbr chronionych prawem w zakresie wolności słowa i prawa do rzetelnego procesu.

W swojej opinii CMWP zwróciło uwagę przede wszystkim na kwestię winy przypisanej oskarżonemu dziennikarzowi. W przypadku zniesławienia jedną z przesłanek sine qua non jest wina umyślna oskarżonego, bowiem przestępstwo to należy do kategorii przestępstw umyślnych tzn. jego sprawcą może być tylko ten, kto chce lub przynajmniej godzi się z tym, że druga strona zostanie zniesławiona. Przy czym winą umyślną (w zamiarze bezpośrednim lub ewentualnym) muszą być objęte wszystkie znamiona zniesławienia. W niniejszej sprawie trudno uznać te przesłanki za spełnione. Oskarżony dziennikarz napisał artykuł prasowy odnoszący się m. in. do zachowania innego dziennikarza, który bronił oskarżyciela prywatnego przed usunięciem go z rady programowej TVP3 Gdańsk, przy czym sama osoba H. Jezierskiego miała w tym artykule rolę raczej marginalną. Dziennikarz istotnie określił H. Jezierskiego jako „tajnego współpracownika bezpieki”. Jednakże inkryminowany materiał prasowy jest felietonem, a więc krótkim utworem dziennikarskim wyrażającym punkt widzenia autora na aktualne tematy społeczne. Autor wyrażał w nim jedynie swoją opinię. W dodatku oparł się na materiale wyemitowanym w dn. 27 stycznia 2017 r. przez TVP 3 Gdańsk, w którym padło m.in. zdanie: „Członkiem naszej Rady Programowej jest Henryk Jezierski – były tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa, autor antysemickich tekstów dziennikarskich”. W tym kontekście nieporozumieniem jest zawarte w uzasadnieniu wyroku Sądu Rejonowego stwierdzenie dotyczące nieużycia przez K. Załuskiego cytatu i niepoparcia jego twierdzeń stosownym źródłem. Taki zarzut byłby uzasadniony w odniesieniu do pracy naukowej, biografii lub podobnej publikacji tego rodzaju, ale nie w odniesieniu do felietonu. Mając również na uwadze, że felieton z natury rzeczy wyraża subiektywną opinię autora, wymóg udowodnienia jej prawdziwości jest niemożliwy do spełnienia i dlatego też narusza zasadę wolności wyrażania opinii, jako fundamentalną część praw chronionych na podstawie art. 10 EKPC.

W tym miejscu należy zwrócić uwagę na osobę oskarżyciela i jego działalność. Pierwsza kwestia to zarzut współpracy z SB, który Sąd Rejonowy uznał za nieudowodniony. Abstrahując od tego zarzutu (CMWP nie wypowiada się w tej materii, pozostawiając to Sądowi i ewentualnie specjalistom w dziedzinie), należy też  wskazać na doświadczenia wypływające z judykatury sądowej po 1989 r. Prowadzą one do wniosku, że niejednokrotnie osoby którym przypisywano (słusznie bądź niesłusznie) współpracę z SB, występowały do sądu motywowane nie tylko zamiarem obrony swojego interesu prawnego, ale ponadto uzyskania przy tej okazji swego rodzaju „sądowego certyfikatu” na wyciszanie wszelkiej w ogóle niewygodnej krytyki. Z taką praktyką nie można się zgodzić, bowiem czym innym jest obrona swojego dobrego imienia (do której każdy ma prawo), a czym innym – „kneblowanie” dziennikarzy na podstawie wyroków karnych.

Kolejną istotną kwestią są metody działania Henryka Jezierskiego. CMWP niejako „z urzędu” miało styczność z publikacjami wyżej wymienionego. Nie waha się on przed stosowaniem ostrego, brutalnego języka, określając osoby które uznaje za wrogów, przykładowo mianem: „mend”, „agentów”, „kreatur” itp., a także – co istotne – wysuwając zarzuty współpracy z SB. Przykłady materiałów autorstwa H. Jezierskiego są ogólnodostępne np. na poniższej stronie internetowej: https://moto.media.pl/kategoria/felietony/page/4/

Każdy kto przeprowadza tego rodzaju ataki, z istoty rzeczy musi się liczyć zarówno ze zdecydowaną, wręcz żywiołową reakcją osób z którymi wchodzi w spór, jak i opinii publicznej, której wyrazicielem jest prasa. W związku z tym również red. K. Załuski miał prawo użyć wyrazistych sformułowań i nie powinno to być oceniane jako zniesławienie, ale jako dozwolona krytyka. Jeżeli porównać styl pisania H. Jezierskiego, w niektórych przypadkach wręcz epatujący pogardą, z tekstem K. Załuskiego, staje się wyraźnie widoczne, że felieton oskarżonego dziennikarza jest bardzo wyważony w formie. Pominięcie tego aspektu przez Sąd Rejonowy spowodowało, iż stan faktyczny przyjęty ze podstawę wyroku został radykalnie uszczuplony, co miało – jak się wydaje – decydujący wpływ na skazanie oskarżonego. Tymczasem, jak wskazał Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu (ETPC): „Trybunał dokonuje ustalenia, czy władze krajowe zachowały prawidłową równowagę pomiędzy ochroną swobody wypowiedzi gwarantowaną artykułem 10 Konwencji, a ochroną dobrego imienia podmiotów, których wypowiedź dotyczy, a zatem prawa do poszanowania życia prywatnego, gwarantowanego przez artykuł 8 Konwencji” (sprawa Chauvy i in. przeciwko Francji, skarga nr 64915/91). Wydaje się, że w niniejszej sprawie Sąd Rejonowy, redukując ocenę sprawy głównie do weryfikacji możliwości udowodnienia przez dziennikarza zarzutu współpracy oskarżyciela prywatnego z SB i pomijając tym samym szereg innych, opisanych wyżej aspektów, równowagi tej nie zachował.

Kolejną istotną kwestią wymagającą podkreślenia jest fakt, że H. Jezierski jest bez wątpienia osobą publiczną, co zresztą wynika z aktu oskarżenia, w którym wyeksponowano fakty z jego zawodowej kariery. W krajowym i europejskim orzecznictwie sądowym przyjmuje się, że na gruncie prawa do krytyki osoby publiczne mają tzw. „grubszą skórę”. Dotyczy to nie tylko polityków, ale również innych osób publicznych, w tym dziennikarzy. W postanowieniu z dnia 28 sierpnia 2003 r. (III KK 246/03 – OSNwSK 2003/1/1845) Sąd Najwyższy wskazał, że „zakres wolności słowa w sferze życia publicznego musi być szerszy niż w sferze prywatnej, zaś osoby uczestniczące w życiu publicznym muszą liczyć się z krytyką, gdyż świadomie i w sposób nieunikniony wystawiają swe słowa i działania na reakcje społeczeństwa. Krytyka jako wkład w formę debaty publicznej a zarazem kontrola osób sprawujących stanowiska publiczne jest niezbędna w demokratycznym państwie prawa”. W wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z dnia 4 listopada 2014 r. (30162/10, Braun v. Polska, LEX nr 1532397) podkreślono, że wolność wypowiedzi, chroniona w art. 10 ust. 1 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, stanowi jeden z podstawowych fundamentów społeczeństwa demokratycznego. Trybunał orzekł także, że „wolność prasy obejmuje również ewentualne odwołanie się w pewnym stopniu do przesady, a nawet prowokacji” (sprawa Bladet Tromso i Stensaas przeciwko Norwegii, skarga nr 21980/93, z dn. 20 maja 1999 r., pkt 59), a nawet posługiwanie się „stwierdzeniami o nieco nieumiarkowanym charakterze” (sprawa Kuliś-Różycki przeciwko Polsce, skarga nr 27209/03, z dn. 6 października 2009 r., pkt 39). Analogicznie ujął sprawę Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 2 czerwca 2003 r. (III KK 161/03 – LEX nr 78847): „Przepis art. 10 EKPC, gwarantujący prawo do swobodnej wypowiedzi, jest w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka traktowany jako dający swobodę wszelkim rodzajom wypowiedzi wyrażających opinie i idee lub informacje, niezależnie od ich treści oraz podmiotu wypowiadającego się. Podnosi się przy tym, że głównymi aspektami tej swobody jest wolność prasy, stanowiąca warunek publicznej krytyki, jako swobodny element skutecznej demokracji.” W kontekście takiej linii orzeczniczej, przyjąć należy, że analizowanie i wyrażanie ocen osób publicznych i ich działalności leży w interesie społecznym i jest ważnym zadaniem dziennikarzy. Jest także kluczowe dla istnienia wolnego społeczeństwa, gdyż bez możliwości formułowania takich ocen opinia publiczna nie mogłaby prawidłowo funkcjonować. Mając to na względzie i rozważając niniejszą sprawę pod kątem wolności słowa, należy więc nade wszystko podkreślić, że oskarżyciel, jako osoba publiczna i dziennikarz, musiał liczyć się także z negatywnymi ocenami swojej osoby i działalności.  Zwłaszcza, że jego powołanie do rady programowej TVP3 w Gdańsku spowodowało poważną aferę w mediach. Skoro zatem wobec jednego z członków tego organu wysunięto zarzut współpracy z SB, naturalną tego konsekwencją był szereg publikacji na ten temat, w tym również felieton red. K. Załuskiego.

W tym kontekście wniesiony przeciwko red. K. Załuskiemu akt oskarżenia budzi poważne zastrzeżenia z punktu widzenia wolności słowa. CMWP zakwalifikował go jako tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), czyli strategiczny proces przeciwko partycypacji publicznej. Jest to narzędzie, które w istocie nie służy celom nakreślonym przez ustawodawcę, ale tłumieniu publicznej debaty. W związku z tym ewentualne skazanie wyrokiem karnym w II instancji dziennikarza, poruszającego tak istotną dla opinii publicznej kwestię, stanowiłoby naruszenie praw człowieka i spowodowałoby tzw. efekt mrożący (chilling effect), skutecznie odstraszając zarówno jego, jak i innych dziennikarzy do wyrażania opinii na temat osoby oskarżyciela i jego działań. Byłoby to nie do pogodzenia m. in. z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, który stanowi, że każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii; z art. 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka („Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice.”); z art. 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych („Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pismem lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru.”); a także z Konstytucją RP, która zapewnia wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji (art. 54) jak również wolność prasy i innych środków społecznego przekazu (art. 14). Powszechnie przyjmuje się, że wolna prasa jako obserwator życia publicznego („public watchdog”) jest jednym z fundamentów państwa prawa, o którym mowa w art. 2 Konstytucji RP. „Nawet orzeczenie kary grzywny może zostać uznane za rodzaj cenzury, która wpływa na ewentualne powstrzymanie się dziennikarzy od wyrażania opinii i rozpowszechniania informacji zawierających krytykę określonych osób czy zachowań” (sprawy Lingens przeciwko Austrii, skarga nr 9815/82 oraz Stoll przeciwko Szwajcarii, skarga nr 69698/01).

W związku z powyższym, kierując się potrzebą ochrony wolności słowa, CMWP przedstawia niniejszą opinię.

dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP

Michał Ł. Jaszewski, doradca prawny SDP

Opinia amicus curiae CMWP SDP jest TUTAJ.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Dyrektywa wywłaszczeniowa, czyli „Masz dom? To nie będziesz miał”

„Mieszkanie prawem nie towarem” – mówią nam oświeceni. Z drugiej jednak strony, mieszkanie ma być na życzenie oświeconej Unii Europejskiej tak drogie, żeby stać było na nie jedynie najbogatszych.

W sensie publicznym jesteśmy zajęci wieloma sprawami. Wojna, inflacja, czy nieszczególnie zabawny polityczny kabaret. Z naturalnych powodów, nie bez pewnego stresu, raczej patrzymy na wschód. A tymczasem to co się dzieje na zachodzie, wpływ na nasze życie ma nie mniejszy, a w pewnych aspektach wręcz większy.

Bełkot

Tak jest w przypadku przepisów, które przyjął ostatnio Parlament Europejski, a które to przepisy mają do 2030 roku, czyli w zasadzie już za chwilę, „znacznie zmniejszyć emisje gazów cieplarnianych i zużycie energii przez sektor budownictwa”. Otóż nowe budynki mieszkalne mają być „zeroemisyjne” do 2028 roku. Zeroemisyjne, czyli np. nie mogą niczego spalać, a jeśli chcą mieć jakieś ogrzewanie to pochodzące z energii słonecznej i pomp ciepła. Gdyby ktoś nie wiedział, to pompy ciepła potrzebują energii elektrycznej a potentatem w produkcji „zielonych źródeł energii” jest oczywiście, co za niespodzianka, nasz zachodni sąsiad.

Z już stojącymi budynkami mieszkalnymi też nie będzie łatwo, do 2030 roku mają mieć minimum klasę energetyczną „E”, a do 2033 – „D”. Co to konkretnie znaczy nie pytajcie, od lat „nie siedzę w budownictwie”, a ten bełkot po to jest bełkotliwy, żeby to dla Was czy dla mnie nie było jasne. Dość, że media specjalistyczne piszą, że „konieczna będzie poprawa charakterystyki energetycznej poprzez izolację lub ulepszenie systemu grzewczego”. Kiedy kazano ludziom wymieniać piece np. na gazowe, mieli rozumieć tyle, że „likwidujemy kopciuchy”. Teraz kiedy ludzie wyłożyli niekiedy ogromne dla nich pieniądze np. na piece gazowe, usłyszą nowe zaklęcie propagandowe na określenie ich znów zbyt mało postępowych domów – „wampiry energetyczne”. W tłumaczeniu na ludzki: koszty, koszty, koszty.

Dyrektywa wywłaszczeniowa

Kiedy politycy Konfederacji ośmielili się nazwać nowe unijne fanaberie „dyrektywą wywłaszczeniową”, oburzył się niby fact-checkingowy dzyndzelek TVN – Konkret24, który triumfalnie ogłosił, że to „fałsz”, ponieważ w przepisach nie ma niczego o wywłaszczaniu. Tymczasem właśnie do wywłaszczenia Polaków nowe przepisy mogą doprowadzić. Docelowo wszystkie budynki mają być „zeroemisyjne”. Ile dziś jest takich budynków w Polsce? Niewiele. Doprowadzenie ich do stanu „zeroemisyjności” będzie bardzo kosztowne. Ilu polskich właścicieli będzie na to stać? Zrekompensują im to „fundusze europejskie”, których nie ma i nie będzie, czy podatki współobywateli? Czy też raczej zrealizowana zostanie idea „mieszkanie prawem nie towarem” tyle, że z dopisaną małym druczkiem adnotacją – „prawem do wynajmowania od korporacji, a nie prawem do posiadania frajerze”?

To co mnie w tym wszystkim dodatkowo niepokoi to to, że nie mogę znaleźć stanowiska rządu w tej sprawie. Proces legislacyjny jeszcze się nie zakończył, na szczęście to co wymarzą sobie świry z Parlamentu Europejskiego, ciągle jeszcze przechodzi przez składająca się z szefów rządów narodowych Radę Europejską, ale u licha, na co możemy tutaj ze strony naszego rządu liczyć? Szczególnie biorąc pod uwagę to, że nowe przepisy są konsekwencją zaakceptowanego przez rząd Morawieckiego obłąkanego planu „Fit for 55” i to co premier mówił ostatnio, że „gdybyśmy chcieli zrezygnować z polityki klimatycznej UE, byłoby to jednoznaczne z wyjściem z Unii Europejskiej”.

Tak więc, ludzie, trzymajcie się za kieszenie, bo lepsze cwaniaki „chcą Waszego dobra”.

Depresja? Co to właściwie jest – rozmowa z CEZARYM GALKIEM

Chciałem pokazać, że aby zrozumieć dziecko chore na depresję trzeba wejść do jego świata. Chciałem opowiedzieć co się tam dzieje, jak to funkcjonuje, czym właściwe jest ta choroba, jak człowiek czuje się w takiej sytuacji i z czym musi sobie radzić – mówi Cezary Galek autor reportażu radiowego „Świat w mojej głowie”, laureat Nagrody SDP im. Stefana Żeromskiego, przyznawanej za publikacje o tematyce społecznej.

Depresja dotyka coraz więcej osób poniżej 18 roku życia, ostatnio sporo się o tym mówi i pisze, ale reportaży na ten temat powstaje niewiele. Dlaczego?

To jest temat trudny i mało atrakcyjny. Mogłoby się wydawać – cóż można powiedzieć o depresji, że ludzie na nią cierpią, zgoda, ale co z tego, jak to przedstawić? Aby się dowiedzieć co to właściwie jest, odczuć to, trzeba, na przykład korzystając z narzędzi jakie daje reportaż radiowy, wejść trochę w duszę człowieka, dać mu możliwość, aby opisał swój świat. Trzeba wejść do tego jego „balonu” i zobaczyć to od środka. Wtedy słuchacze mogą poznać świat, o którym najczęściej niewiele wiemy.

Trudno było dotrzeć do bohatera, który wpuściłby Pana do świata swojej choroby?

Aby to zrobić musiałem przede wszystkim przekonać do swoich intencji rodziców Nadii, bo tak ma na imię dziewczyna, która jest główną bohaterką mojego reportażu. Musiałem wejść do jej świata przez rodziców, bo to oni są kluczem do tematu. Proszę sobie wyobrazić, jest standardowa rodzina, dwie córki – starsza, młodsza – wszystko wygląda normalnie. W wieku szkolnym jedna z nich zaczyna zachowywać się dziwnie, przybiera to różne formy – smutek, rozdrażnienie, czy też huśtawka nastrojów, do tego mocno zaburzone relacje rówieśnicze. Zaczynają się problemy w nauce. Takich symptomów powoli zaczyna się zbierać coraz więcej, ale rodzice nie mają pojęcia, że to może być choroba. Oni zajęci są codziennym życiem, zarabianiem pieniędzy, dbaniem o dom i córki i dopiero gdy dochodzi do pierwszej próby samobójczej, poważnie zadają pytanie: co to właściwie jest?

Pana reportaż pokazuje właśnie tę długą drogę od pojawienia się pierwszych objawów choroby do uzyskania specjalistycznej pomocy. Mama mówi: „Nadia była szczęśliwym, wesołym dzieckiem”, w szkole też nikt nie zauważał niczego niepokojącego, nawet pierwsza terapeutka stwierdziła: „To nic takiego, przejdzie ci z wiekiem”. Dlaczego tak się dzieje?

Nie jestem lekarzem, jednak na podstawie wypowiedzi fachowców i swoich ustaleń powiem, że depresja to bardzo podstępna choroba. Daje cały szereg objawów, które mogą być spowodowane również czymś innym. Tak naprawdę rozpoznać ją może ten kto ma z tym do czynienia na co dzień, mam na myśli lekarzy czy terapeutów. Przez długi czas choroba może być utajona, rodzicom może się wydawać, że dziecko ma zły humor, gorsze dni, jest jakieś nieudolne, źle się czuje. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że depresja jest wciąż chorobą społecznie wstydliwą. Potwierdzają to rodzice bohaterki mojego reportażu, kiedy opowiadają jak traktowali ten problem ich najbliżsi, tutaj nie było wsparcia. Boimy się, iż w momencie kiedy przyznamy się, że w naszej rodzinie występuje taka choroba, to pozycja rodziny, czy pozycja dziecka w szkole, wśród rówieśników spadnie.

Tymczasem chore na depresję dziecko samotnie zmaga się, jak to określiła Nadia, z „nicością, która zżera od środka” i niestety nierzadko tym wydarzeniem „otwierającym oczy” rodzicom jest dopiero próba samobójcza.

Tak było w przypadku Nadii. Ona chyba tak naprawdę, nie chciała zrobić sobie krzywdy czy odebrać życia, to był swoisty krzyk rozpaczy.

Nadia powiedziała: „chciałam zobaczyć komu na mnie jeszcze zależy”…

Czuła brak właściwej reakcji ze strony rodziców, chociaż oni bardzo się o nią martwili, ale nie wiedzieli co to jest, tak więc ich działania szły trochę w próżnię, nie dotykały tego co było istotą problemu Nadii.

Ojciec Nadii przyznaje: „ja i moje żona błądziliśmy, nie znaliśmy tego”. Wiele osób wciąż mało wie o tej chorobie.

Problem w tym, że nadal w odczuciu społecznym depresji nie traktuje się jak poważnej choroby. A jest ona na prawdę poważna i bywa niestety także śmiertelna.

Znalezienie właściwej pomocy dla młodzieży, która ma problemy psychiczne, też nie jest chyba w Polsce takie proste?

To nie tak, że nie ma takiej pomocy. Nauczyciel w szkole, który zobaczy, że z dzieckiem coś się dzieje, np. nie ma przyjaciół, ma problemy z koncentracją, powinien zacząć działać, choćby skontaktować się ze szkolnym psychologiem. Ten zaś może skierować do poradni psychologicznej, przecież takie istnieją. Tam mogą skierować dziecko na dalsze leczenie. To wszystko jest, inne sprawa dlaczego to nie zawsze działa. Ale mój reportaż nie jest już o tym, trzeba będzie zrobić następny. Ja chciałem pokazać, że aby zrozumieć dziecko chore na depresję trzeba wejść do tego „balonu”, o którym wspomniałem na początku. Chciałem opowiedzieć co tam się dzieje, jak to funkcjonuje, czym właściwe jest ta choroba, jak człowiek czuje się w takiej sytuacji, z czym musi sobie radzić.

Jak panu udaje się skłonić bohaterów, aby mówili o sprawach, które są dla nich bardzo trudne, osobiste?

Jest kilka elementów, które muszą zagrać. Po pierwsze, trzeba mieć w sobie  ciekawość drugiego człowieka, która jest zaproszeniem do dalszej rozmowy. Po drugie jeżeli komuś proponuje się taką wycieczkę w głąb jego duszy, to trzeba być wiarygodnym, odpowiedzieć na pytanie dlaczego chcemy to robić i przekonać, że nam na tym bardzo zależy. Ale najważniejsza jest motywacja osoby, z którą chcemy rozmawiać. Myślę, że każdy człowiek ma w sobie coś takiego jak potrzeba dzielenia się z innymi, swoim emocjami, czy refleksją, która płynie z takiej czy innej decyzji, takiej czy innej sytuacji, wydarzenia. I w tym reportażu to zadziałało. Ta rodzina czuła potrzebę podzielenia się swoimi doświadczeniami. Może była to dla nich jakaś forma zadośćuczynienia za te lata, w których jakoś nie do końca potrafili zrozumieć co się dzieje z ich dzieckiem. Pięknie się otworzyli i mieli szczere intencje, aby ktoś poznał ich historię, zrozumiał i może przez to miał lżej, gdy znajdzie się w podobnej sytuacji.

Z wykształcenia jest pan między innymi muzykiem, czy to pomaga przy tworzeniu reportaży radiowych, gdzie materią przecież też jest dźwięk?

Tak, kończyłem Akademię Muzyczną w Poznaniu, później dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, ale mam również rodzinne korzenie radiowe. Mój ojciec był realizatorem dźwięku, pamiętam z dzieciństwa jak przychodziłem do radia, gdzie wszystko było jeszcze takie magiczne. Białe kitle inżynierów, mrugające światełka kontrolne bardzo zagadkowych dla mnie wtedy urządzeń technicznych. To zostało w sercu i wpływało na moją wyobraźnię. W pewnym momencie musiałem wybrać i częściowo zdradziłem muzykę dla radia, nawet wbrew mojemu tacie, który mi to odradzał. Ówczesne trudne ekonomicznie czasy zachęcały młodych ludzi raczej do „robienia” biznesu. Okazało się jednak, że muzyka odcisnęła swoje piętno. W moich reportażach jest przeze mnie komponowana i wykonywana i to nie jest muzyka zwyczajna, jak to jest nieraz, kiedy się korzysta z gotowych kompozycji. Ta muzyka wiąże się ze słowem, frazą, jest inspirowana tematem reportażu i staje się jego częścią. Wykształcenie muzyczne bardzo pomaga również w samodzielnej realizacji audycji. Jestem więc dla pracodawcy ekonomiczny, bo tak naprawdę wykonuję pracę trzech osób. To oczywiście żart.

Jest pan bardzo doświadczonym reportażystą, szefem redakcji reportażu, laureatem wielu prestiżowych krajowych i międzynarodowych nagród. Jak widzi Pan przyszłość reportażu radiowego? Radia słuchamy często w biegu, w samochodzie, w pracy, przy domowej krzątaninie, czy to dobre warunki do odbioru reportaży?

To jest trudne pytanie. Czasy się zmieniają i właściwe wszystko się zmienia, również radio. Kiedyś, jak „startowała” telewizja, to mówiono, że radio zniknie. Potem przyszła era internetu, który przejął wiele branż, choćby muzyczną. Mało kto już korzysta z tzw. kompaktów, czy mp3, muzykę najczęściej słucha się z sieci. W internecie pojawia się dużo różnej twórczości związanej z dźwiękiem, ale myślę, że reportaż radiowy ma swoją niepowtarzalną wartość i będzie funkcjonował dalej, choć trzeba przyznać, że jest to twórczość niszowa. To na pewno nie jest główna rzecz, której ludzie szukają w radiu. Jest to nisza, ale bardzo prestiżowa, w Europie są bardzo poważne konkursy dla reportażystów radiowych. Jest to trochę taka twórczość z górnej radiowej półki, dla wymagających i wrażliwych. Ale z drugiej strony reportaż jest o i dla ludzi, czyli tak naprawdę dla każdego.

Podcasty są coraz bardziej popularne, może to jest szansa na dotarcie z reportażem radiowym do szerszego grona słuchaczy?

Oczywiście, że tak. Przecież młody człowiek, który ma powiedźmy 25 lat, często nie jest już przywiązany do jakiegoś radia, ale w internecie może na taki reportaż trafić i się tym zainteresować. Mam nadzieję, że reportaż nie umrze śmiercią naturalną ulegając konkurencji, wielości mediów, wielości bodźców, które się w tych mediach pojawiają. Wierzę, że ma swoją siłę i to pozwoli, aby jeszcze przez długi czas twórcy radiowi mogli tłumaczyć świat trochę inaczej niż czynią to pozostałe media. Cała nadzieja w młodych koleżankach i kolegach radiowcach, którzy mają z czego korzystać i na pewno nie zabraknie im wrażliwości i zapału.

Rozmawiał Jacek Karolonek


Cezary Galek, reportażysta radiowy związany z Radiem Zachód w Zielonej Górze, obecnie szef redakcji reportażu w tej rozgłośni. Laureat wielu prestiżowych nagród dziennikarskich, m.in. międzynarodowych Premios Ondas i Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarzy, ogólnopolskich: Nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Nagrody Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Grand Press, Nagrody im. Melchiora Wańkowicza, Nagrody Marszałka Senatu RP. Był nominowany do nagród dziennikarskich Prix Europa oraz Parlamentu Europejskiego. Reportaże Cezarego Galka reprezentowały też polską radiofonię na prestiżowych EBU International Feature Conference w Sinai, Londynie i Cork, podczas, których prezentuje się najbardziej wartościowe europejskie produkcje radiowe w danym roku. W tym roku za reportaż „Świat w mojej głowie” otrzymał Nagrodę SDP im. Stefana Żeromskiego, przyznawaną za prace o tematyce społecznej.