WALTER ALTERMAN pisze m.in. o byłych politykach: Stefan Niesiołowski i inne nieuleczalne przypadki

Profesor Stefan Niesiołowski ma w genach potrzebę burzenia pomników. Najpierw, jak młody człowiek, zasłynął nieudaną próbą wysadzenia pomnika Lenina w Poroninie. Teraz, po dłuższym – znaczącym – milczeniu zabrał głos i stwierdził: „Wszystkie pomniki Jana Pawła II powinny być dyskretnie usunięte. Nie da się już jego obronić.  Fakty, jakie są i jeszcze będą ujawniane, świadczą, że papież po prostu krył pedofilów. I właściwie powoli trzeba zapominać o tej postaci” – powiedział w wywiadzie dla GW.

Rozumiem, że sprawa jest poważna. Jednakże pozwolę sobie zwrócić uwagę, że Jan Paweł II, czyli Karol Wojtyła, nie żyje od roku 2005, nie może się bronić. A jest przecież w naszej polskiej obyczajowości zasada, że o zmarłych mówimy dobrze, lub wcale.

Inkwizytor ludowy (PSL)

 Wystąpienie Niesiołowskiego w sprawie pomników Jana Pawła II, niewiele odbiega od poprzednich akcji, podejmowanych przez tego polityka znanego przecież z wielkiej bezkompromisowości. Pamiętam, jak gromił komunę, różnej proweniencji lewaków i różnej maści liberałów. Pamiętam też, że jako założyciel i prominentny działacz Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego zachowywał się jak Savonarola, wypatrując wszędzie wrogów kościoła i religii. Później, już jako działacz Porozumienia Prawicy, był równie płomiennym i nieprzejednanym mówcą – zupełnie jak inkwizytorzy. Następnie Niesiołowski, przeszedłszy przez PO do PSL-Koalicja Polska, zachował przecież swój namiętny stosunek do świata.

Myślę, że w sytuacji dużych emocji przedwyborczych, ten ostatni wybryk Niesiołowskiego z całą pewnością ucieszy liderów – jakże chrześcijańskiego PSL-u – z którego to przecież list Pan Stefan był posłem. Niby to normalne, że temperamentu nie da się okiełznać, ale wstyd. Szczególny wstyd, u założyciela i działacza ZChN, partii z założenia i nazwy chrześcijańskiej.

Łóżka do spania

Przysłano mi na komórkę reklamę „łóżek do spania”. Zaniepokoiłem się, bo zdawało mi się, że łóżko zawsze służyło właśnie do spania. W odróżnieniu od tapczanu, kanapy, szezlongu i rekamiery. Na tych pozostałych też można spać, ale niewygodnie.

Doszedłem do wniosku, że jest to podła – wobec zamierzeń naszego rządu – akcja. Produkowanie bowiem łóżek służących jedynie do spania nie wspiera polityki proprokreacyjnej! Większość poczęć ludzkiego przychówku miała bowiem miejsce w łóżkach! Zatem oferowanie łóżek jedynie do spania jest działaniem antypaństwowym! Gorzej, bo ośmiesza cały program 500+.

Może też być i tak, że oferowane „łóżka do spania” są tak żałośnie słabej konstrukcji, że nie wytrzymują nawet najdelikatniejszej próby zbliżeń… dwojga różnej płci Polaków. To określenie o „dwojga różnej Polaków” wziąłem od genialnego Boya – Żeleńskiego, który poświecił „tym sprawom” wiele swych figlarnych utworów. Zresztą bez utworów figlarnych liczba urodzeń też będzie spadała. Może zatem państwo powinno wspierać finansowo świntuszących poetów?

Osoby wrażliwe

Na pasku TVP Info, 4.03.2023, przeczytałem taki komunikat: „Do 8 marca odbiorcy wrażliwi muszą złożyć wnioski o zwrot nadpłaty za ciepło”. Jako obywatel poważnie i głęboko propaństwowy rozpatrzyłem sprawę: czy jestem osobą wrażliwą… Wyszło, że tak. Wzruszam się bowiem w święta państwowe, szczególnie gdy maszerują nasi żołnierze, salutują, , niezależnie z jakiej partii pochodzi aktualny prezydent. Wojsko to wojsko! Wzruszam się przy czytaniu dobrej poezji, na dobrych filmach, wzruszam się, gdy mam do czynienia z ludzką nędzą i nieszczęściem. Zatem jestem bardzo wrażliwy i mógłbym wystąpić o zwrot pieniędzy. Siadłem więc do komputera i już chciałem napisać prośbę o zwrot pieniędzy…

Z błędu wyprowadziły mnie własne dzieci. Wytłumaczyły mi, że mimo mojej ogromnej wrażliwości, nie mam szans na żadne zwroty… Matko Jedyna, a kto to tak wymyślił, kto to tak pisze do ludzi? Zapewne jakiś urzędnik. Ale on chyba nie z Polski? Może wychował się gdzieś za granicą, wrócił do kraju przodków, znalazł gdzieś pracę wysokiej rangi i teraz raczy nas niby-polszczyzną.

Jako „odbiorca wrażliwy” tych nowoczesnych urzędowych treści nawet się wzruszyłem, ale nie było to dobre wzruszenie, bo używałem przy tym wzruszeniu wielu staropolskich słów, których używanie publiczne jest jednak zakazane.

Biden w zajętości

„Obecnie punkt zajętości Bidena to Zamek Królewski w Warszawie” – powiedział dziennikarz telewizyjny w czasie wizyty prezydenta USA w Polsce.

Skąd on – ten dziennikarz – wziął takie zdanko? Zapewne z jakiegoś urzędowego komunikatu służb chroniących prezydenta. Ale… co wolno wojewodzie to nie tobie… Obowiązkiem dziennikarza, który otrzymuje informacje od policji, straży pożarnej, pogotowia ratunkowego, wojska i innych służb jawnie-tajnych jest przetłumaczyć to na polski. Bo służbom wolno wewnętrznie mówić jakim chcą językiem – choć byłoby lepiej, gdyby i służby pisały i mówiły językiem powszechnym, codziennym.

Dziennikarz jednak ma obowiązek przekładać ów techniczny język na zwykły język, przeciętnych Polaków. Niestety coraz częściej słyszymy, że „pacjent jest zaopiekowany”, „miejsce lokalizacji obiektu zostało ustalone” lub „pacjent otrzymał pomoc adekwatną do jego stanu”.

 

HUBERT BEKRYCHT: Demokratyczne media muszą wspierać Ukrainę!

Nie, nie będzie to spis mediów i dziennikarzy dobrze lub źle relacjonujących ogromną tragedię naszych wschodnich sąsiadów. Zostawiam to medioznawcom, którzy dopiero po dekadzie będą mogli te wojenne relacje i relacje o wojnie należycie ocenić. Ważne, że chyba na zawsze upadł kolejny mit o korespondencjach wojennych. Chodzi o „bezstronność” reporterską, która w postaci poprawności politycznej niszczyła albo jeszcze niszczy media na całym. Napad Rosji na Ukrainę udowodnił, że rzetelni dziennikarze powinni opowiedzieć się po stronie obrońców suwerennego państwa napadniętego przez zwolenników dyktatury.

Zdanie to podziela, na szczęście, większość międzynarodowej społeczności dziennikarskiej. Po inwazji rosyjskiej na Ukrainę zetknąłem się jednak też z opiniami, m.in. serbskich oraz greckich dziennikarzy i naśladujących ich zachodnich żurnalistów narzekających na „mało obiektywne relacje z Ukrainy”. Czyli „bezstronne”, zawierające też „punkt widzenia Moskwy”. Było to podczas międzynarodowego kongresu dziennikarskiego, zatem bójka – na sali obrad – nie wchodziła w grę. Do cholery, wojna obronna, wojna Ukrainy z bezduszną Moskwą, nie zasługuje na „obiektywne” relacje. Bo niby jak? Dziennikarze mieliby zapytać Putina o masakry w Buczy i Irpieniu? Jakie odpowiedzi otrzymaliby tacy dziennikarze? Jeżeli zdążyliby dokończyć pytanie…

Wiadomo, ludzie w krajach, gdzie Rosja – także poprzez prawosławie w obrządku podlegającym cerkwi w Moskwie – nie ma (jeszcze) aż tak negatywnych konotacji jak w Polsce i w innych krajach dawniej okupowanych przez Sowietów, są podatni na kremlowską propagandę. Dziennikarze też.

My nie musimy. To nie tylko nasza wojna, bo jeśli – nie daj Panie Boże – Ukraina upadnie, następna będzie Polska a za nami cała Europa. To także inwazja bandytów z Kremla. Bandytów, którzy od czasów sowieckich zupełnie się nie zmienili.

Niegdyś lewicujący korespondenci wojenni wierzyli, że jeśli nie opowiedzą się po żadnej ze stron, na przykład, podczas wojen w Hiszpanii ,Afryce lub południowo-wschodniej Azji, zdołają zdać „obiektywną” relację. Wielu z nich zostało zabitych. Jedni przez jedną stronę konfliktu, drudzy przez drugą…

A gdzie, ważna dla międzynarodowej społeczności relacja? W tym przypadku z Ukrainy? Nie powstanie, jeśli nie opowiesz się po stronie Kijowa, stronie wspieranej m.in. przez NATO. No chyba, że jakiś reporter chce zaistnieć w rosyjskich lub ormiańskich, kubańskich, północnokoreańskich mediach.

To jest wojna obronna, wojna złego (Rosja) z dobrym (Ukraina), wojna diabła (Putin) z aniołami (Ukraina). Naiwne? A kto powiedział, że dziennikarze nie są naiwni?

 

Przepowiednia CEZAREGO KRYSZTOPY: Z daleka widać wiosnę

Siedzą i czekają aż PiS upadnie. Bo przecież musi upaść. Mają zaprzyjaźnione media, tresowane autorytety, celebrytów, którym nie trzeba nic tłumaczyć, a właściwie nawet nie ma sensu, bo z założenia są durni proporcjonalnie do liczby obserwujących ich na Instagramie, tak jakby ich stadna tępota była swego rodzaju biletem wstępu do raju okładek kolorowych czasopism. A przede wszystkim mają dużych kolegów, którzy gotowi są na wiele.

I umówmy się, PiS robi sporo, żeby tak się stało i te marzenia opozycji się spełniły. Długo by pisać o „Piątkach dla zwierząt”, czy kosztach „kompromisu z Brukselą”. Równie długo można by pisać o szkodliwości braku rozumnej opozycji, który rozleniwia umysłowo rządzących, ale gdyby opozycja, która w istocie sprawia wrażenie zagranicznej agentury, miała choć trochę rozumu, być może wszyscy bylibyśmy już zbieraczami szparagów (z całym szacunkiem do ciężkiej pracy).

Sztuczki

No może niezupełnie siedzą. Mają w swoim arsenale wiele sztuczek. A to, że „nowa Solidarność” czyli KOD porwie tłumy, albo, że porwie je Wałęsa, nocne przyśpiewki na plenarnej sali sejmowej, heroiczna „śmierć” Wojciecha Diduszki, codzienny spazm histerii TVN, manipulacje ocenami ratingowymi, sondażami, może jakiś „znany reżyser” umiarkowanie popularnych gniotów nakręci film, stuknięty grafoman napisze książkę, Parlament Europejski uchwali ostrą rezolucję?… Nie?

No, to może chociaż zima będzie ciężka, zabraknie gazu, zabraknie węgla. A jeśli nie zabraknie, to może chociaż węgiel nie będzie się palił, chleb będzie po 30 złotych? I furda tam, że za płotem jest wojna. Liczy się tylko to żeby „je..ć PiS”, i Kaczyńskiego, który „jest gorszy od Putina i Hitlera razem wziętych”.

Wiosna

A tu już marzec. Zima okazała się dość lekka. Z daleka już widać wiosnę. Zachodnie media piszą o nowym środku ciężkości Europy w Polsce, prezydent Stanów Zjednoczonych, jeszcze niedawno lodowato zimny wobec „konserwatywnej Polski”, odwiedza ją po raz drugi w ciągu roku. Realizowane są zakupy sprzętu dla armii. Wysoka inflacja jest faktem, ale eksperci przepowiadają w najbliższym czasie spadek. Zagadką pozostaje stan budżetu.

Ciekawe czy do jesieni do opozycji dotrze, że „je..ć PiS” nie dla wszystkich jest wyłącznym imperatywem i priorytetem?

 

Media na temat posiedzenia Komisji Kultury i Środków Przekazu o pozwach TVN przeciwko dziennikarzom

TVP Info: Komisja Kultury i Środków Przekazu o pozwach TVN-u i zamachu na wolność słowa; Wirtualne media: „Możliwość cenzury prewencyjnej. Sakiewicz starł się z posłem KO” , Press: Sejmowa komisji kultury daleka od kultury; Niezależna.pl: Mieszkowski kontra Sakiewicz, ostre starcie w Sejmie; Tysol.pl :„Czy ten cham może nas przestać obrażać?” Onet: „Awantura w Sejmie. „Cham”, „beksy” i sprawdzanie, „kto jest mężczyzną”  – to tylko niektóre tytuły relacji z burzliwych obrad sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, jaka odbyła się  7 lutego b.r. w gmachu Sejmu RP. Spotkanie relacjonowały liczne media, przede wszystkim te ogólnokrajowe. Na kanale TVP INfo na You Tube relacja z posiedzenia komisji już następnego dnia miała ponad 25 tysięcy wyświetleń. 

Tematem posiedzenia były zagrożenia wolności słowa związane z pozwami, jakie składa telewizja TVN przeciwko mediom i dziennikarzom krytykującym jej programy. Do pozwów o naruszenie dóbr osobistych TVN z żądaniem odszkodowania finansowego,  wpłat na cele charytatywne  i publikacji przeprosin w mediach  TVN dołączył ostatnio także żądanie zabezpieczenia  powództwa w postaci zakazu używania przez dziennikarzy i w pozwanych mediach zwrotów typu „TVN manipuluje”, czy „TVN kłamie”, czy „TVN publikuje fake newsy” , co jest przejawem cenzury prewencyjnej.  Zwraca na to uwagę w swoich oświadczeniach CMWP SDP. W posiedzeniu Komisji na zaproszenie organizatorów wzięła udział dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP oraz Michał Jaszewski, doradca prawny SDP.

Relacje z obrad komisji ukazały się w większości mediów relacjonujących newsowe wydarzenia tego dnia, zarówno w branżowych, jak i informacyjnych, a nawet taboidowych. Informacje ukazały sie m.in w w PAP, TVP, telewizji Republika, w Polskim Radiu, i w Radiu Maryja, w portalach i.pl, niezależna.pl, wpolityce.pl, tysol.pl, oraz onet.pl. , na temat.pl, wyborcza.pl, wprost.pl, a także press.pl i wirtualnemedia.pl .

Publikujemy poniżej linki do wybranych relacji z posiedzenia tej Komisji, jakie dostępne są w sieci oraz zamieszczamy link do pełnej relacji video z tego posiedzenia.

Relacja video z posiedzenia Komisji Kultury i Środków Przekazu jest tu:

Linki do wybranych relacji medialnych z posiedzenia Komisji Kultury i Środków Przekazu z 7.02.23:

https://www.tvp.info/66096581/czy-tvn-probuje-cenzurowac-media-relacje-dziennikarzy-w-sejmie-podczas-posiedzenia-komisji-kultury-i-srodkow-przekazu

https://www.pap.pl/aktualnosci/news%2C1532565%2Cmaciej-swirski-krrit-nie-ma-mozliwosci-monitorowania-cenzuralnej-presji-na

https://wyborcza.pl/7,75398,29440822,pis-chce-udowodnic-ze-tvn-neka-procesami-odwaznych-dziennikarzy.html

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/szef-krrit-pozew-tvn-cenzura-prewencyjn-tomasz-sakiewicz-starl-sie-z-poslem-ko

https://www.press.pl/tresc/75081,posiedzenie-sejmowej-komisji-kultury-dalekie-od-kultury

https://www.msn.com/pl-pl/wiadomosci/polska/burzliwe-obrady-komisji-kultury-i-%C5%9Brodk%C3%B3w-przekazu-tematem-pozwy-tvn-przeciwko-tvp/ar-AA17dItc

https://i.pl/burzliwe-obrady-komisji-kultury-i-srodkow-przekazu-tematem-pozwy-tvn-przeciwko-tvp/ar/c1-17271491

https://wpolityce.pl/media/633419-burzliwe-obrady-komisji-kultury-i-srodkow-przekazu

https://www.tysol.pl/a99101-wideo-czy-ten-cham-moze-nas-przestac-obrazac-awantura-posla-mieszkowskiego-i-tomasza-sakiewicza-na-komisji-sejmowej

https://tvrepublika.pl/W-Sejmie-o-wolnosci-slowa-Sakiewicz-klamstwo-to-klamstwo-po-prostu,144711.html

https://niezalezna.pl/474273-mieszkowski-kontra-sakiewicz-ostre-starcie-w-sejmie-czy-ten-cham-moze-nas-przestac-obrazac

https://www.youtube.com/watch?v=8rpHrJ72NBY

https://www.youtube.com/watch?v=9BUOh_hZm6E

https://www.wprost.pl/polityka/11086912/skandaliczne-sceny-w-sejmie-czy-ten-cham-moze-nas-przestac-obrazac.html

https://wiadomosci.wp.pl/dantejskie-sceny-podczas-sejmowej-komisji-sakiewicz-do-posla-po-zapraszam-przed-sejm-6864072085535328a

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/awantura-w-sejmie-cham-beksy-i-sprawdzanie-kto-jest-mezczyzna/nryrkt9

https://natemat.pl/467489,sakiewicz-do-posla-ko-zapraszam-przed-sejm

https://polityka.se.pl/wiadomosci/draka-w-czasie-sejmowej-komisji-dziennikarz-nazwal-posla-ko-chamem-aa-1v4X-detP-UZT5.html

https://filarybiznesu.pl/sakiewicz-wolnosc-dla-nas-nie-ma-ceny-zobacz-i-udostepnij/a19003

https://gazetaplus.pl/gwiazdor-tvp-wpadl-w-szal-na-komisji-sejmowej-wyzwal-na-walke-posla-opozycji/52828/

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,29442714,awantura-w-sejmie-nie-beczcie-jak-beksy-cholera-jasna-czy.html

https://wiesci24.pl/2023/02/07/knur-kaczynskiego-chcial-pobic-posla-opozycji-sakiewicz-jak-pan-chce-sprawdzic-kto-jest-mezczyzna-zapraszam-przed-sejm/

 

 

Tłumienie wolności słowa. Dyskusja w Sejmie o pozywaniu dziennikarzy przez TVN

 – Nie spotyka się w cywilizowanym świecie sytuacji, gdzie media walczą z innymi mediami za pośrednictwem sądów, pozwów, w których żąda się wielotysięcznych odszkodowań i które wprowadzają tylnymi schodami cenzurę prewencyjną – powiedziała dr Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, która we wtorek, 7 lutego była gościem sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu.

Tematem posiedzenie sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu było „Przedstawienie informacji na temat działań niektórych podmiotów medialnych (w tym stacji TVN) mających na celu ograniczenia wolności słowa i zastraszenie dziennikarzy”. Poruszano na nim sprawy pozwów sądowych jakie TVN wystosował m.in. wobec redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza, szefa portalu tvp.info Samuela Pereiry i redaktora naczelnego portalu niezależna.pl Grzegorza Wierzchołowskiego. Dotyczą one głównie wyrażania opinii przez tych dziennikarzy odnośnie sposobu przedstawiania przez stację z Wiertniczej sprawy katastrofy smoleńskiej. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP ostro zaprotestowało przeciwko działaniom TVN-u (pisaliśmy o tym TUTAJTUTAJ). W posiedzeniu sejmowej komisji wzięli udział dyrektor CMWP SDP i wiceprezes SDP dr Jolanta Hajdasz oraz doradca prawny SDP Michał Jaszewski. Obecnie byli również pozwani dziennikarze i przedstawiciele Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

– Zwróciliśmy się jako posłowie o takie posiedzenie, bo sytuacja jest bardzo poważna, jeśli chodzi o zagrożenie wolności słowa w Polsce. Zastraszanie dziennikarzy, nękanie procesami albo innymi akcjami, które mają zniechęcić ich do głoszenia własnej opinii. Mnożą się pozwy przeciwko dziennikarzom, w tej chwili celuje w tym stacja TVN, która wytacza procesy za wyrażanie opinii, że „TVN kłamie” – tłumaczyła rozpoczynając obrady wiceprzewodnicząca sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu posłanka PiS Joanna Lichocka.

Dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP dr Jolanta Hajdasz w swoim wystąpieniu podkreśliła, że sprawa wytaczania procesów dziennikarzom jest bardzo poważna. – Świadczy o tym, że mamy do czynienia z kryzysem wolności słowa o zupełnie innym charakterze niż słyszymy czasem z ust np. posłów opozycji czy na forum Unii Europejskiej – mówiła Jolanta Hajdasz.

Jej zdaniem pozwy TVN-u są kuriozalne. – Nie spotyka się w cywilizowanym świecie sytuacji, gdzie media walczą z innymi mediami za pośrednictwem sądów, pozwów, w których żąda się wielotysięcznych odszkodowań, przeprosin i które, co jest najbardziej bulwersujące, wprowadzają tylnymi schodami cenzurę prewencyjną – zauważyła szefowa CMWP SDP.

Tłumaczyła, że pozwy TVN-u z żądają „zabezpieczenia roszczeń” co jest cenzurą prewencyjną

– Zakazuje się dziennikarzom, którzy są pozwani, używania bardzo konkretnych sformułowań, wręcz o charakterze uniwersalnym – podkreśliła i przypomniała, że cenzura prewencyjna jest w Polsce zakazana konstytucyjnie.

Jolanta Hajdasz zwróciła uwagę, że telewizja TVN mając przecież publicystyczne możliwości polemizowania z każdą tezą wyrażoną w innych mediach, nie korzysta z tego, tylko kieruje sprawę do sądu. – Tego typu zagadnienia nie powinny rozstrzygać się na sali sądowej, od tego jest debata publiczna, od tego dziennikarz jest dziennikarzem, aby czasami przedstawiać kontrowersyjne, być może bulwersujące treści, ale na tym polega demokracja. Dziś żądając dużych sum odszkodowania, po prostu tłumi się wolność słowa – mówiła dr Hajdasz.

Zwróciła też uwagę, że wikłanie dziennikarza w żmudny i uciążliwy proces sądowy ma wywołać „efekt mrożący”, czyli zniechęcić go do podejmowania trudnych tematów.

– To wyjątkowo naganny proceder pozywania dziennikarzy o opinie, a robi to telewizja TVN – zakończyła Hajdasz.

Tomasz Sakiewicz w swoim wystąpieniu również podkreślił, że procesy wytaczane przez TVN stanową próbę wprowadzenia cenzury prewencyjnej.

– To jest zabawka, którą nie wolno się nikomu bawić. Jeśli raz to się wprowadzi, to już się tego nie wyprowadzi. Robię to też w imieniu TVN-u, którego twórcom i szefom widać zabrakło wyobraźni. Bo dzisiaj to się stosuje wobec nas, a jutro się zastosuje wobec nich i ktoś powie, że TVN-owi nie wolno krytykować Sakiewicza. Chcę, żebyście mnie krytykowali, bardzo proszę, ale uczciwie. A nawet jak nieuczciwie, nigdy nie wystąpię o to, żeby wam tego zakazać – zaznaczył redaktor naczelny „Gazety Polskiej”.

Szef portalu tvp.info Samuel Pereira zwrócił uwagę na jeszcze inne niebezpieczeństwo jakie niosą za sobą pozwy TVN-u.

– Gdyby sąd przychylił się do wniosku TVN, to wszyscy wydawcy i dziennikarze przed rozpoczęciem programu musieliby zakazać swoim gościom, żeby nie krytykowali TVN-u, bo to by mogło grozić karami finansowymi. W żądaniu wobec mnie, jako szefa portalu TVP Info, który zacytował krytyczną względem TVN wypowiedź, pojawiło się również żądanie finansowe. Gdyby sąd zrealizował wolę stacji TVN, musiałbym zapłacić 50 tys. zł – mówił Pereira.

Podczas burzliwej dyskusji jaka rozgorzała na komisji padła również kwestia zniesienia artykułu 212 kodeksu karnego, z którego najczęściej wytaczane są procesy dziennikarzom. Odniósł się do tego Michał Jaszewski.

–   Jestem doradcą prawnym SDP od 20 lat i od zawsze zwalczaliśmy artykuł  212. Zmieniali się prezesi, zarządy, a my zawsze byliśmy przeciwko art. 212. Uważaliśmy, że skazywanie dziennikarzy za wolne słowo jest szkodliwe. Nie znajdzie się innego naszego stanowiska. SDP zawsze broniło dziennikarzy pod tym względem – podkreślał Jaszewski.

Dodał, że bardzo szkodliwy jest mechanizm pozywania dziennikarz i żądania wysokich odszkodowań. – Jako SDP zawsze mówiliśmy, że jest to złe. Wielkie korporacje są w stanie zniszczyć każdego dziennikarza. To ogromne zagrożenie dla wolności słowa. Zawsze byliśmy i będziemy przeciwko takim zjawiskom – zapewnił Michał Jaszewski.

Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Maciej Świrski przyznał, że zarówno art. 212 powinien być zniesiony jak też trzeba uregulować sprawę „zabezpieczenia roszczeń”, tak aby ten mechanizm prawny nie był wykorzystywany w celach cenzury prewencyjnej.

– Ze strony posłów powinna być wykonana praca, aby cenzura prewencyjna nie była wprowadzana tylnymi drzwiami – podkreślił szef KRRiT.

opr. jka

Medialne echa konferencji CMWP SDP „Zginął, bo był dziennikarzem”

Polska Agencja Prasowa, Wiadomości TVP, Panorama, Teleexpress, Polskie Radio , TVP Info, Radio Maryja, Radio Wnet,  portal wpolityce.pl, i.pl, wirtualnemedia.pl, TVP 3 Poznań, Głos Wielkopolski –  to m.in. te media , które  relacjonowały konferencję CMWP SDP  na temat wsparcia przez Centrum apelacji Prokuratury od wyroku uniewinniającego byłego senatora Aleksandra Gawronika od zarzutu podżegania do zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary.  Konferencja „Zginął, bo był dziennikarzem”odbyła się 21 stycznia br.  w Domu Dziennikarza w Warszawie. Dzień wcześniej Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przesłało do sądu swoją krytyczną opinię o uniewinnieniu Aleksandra Gawronika ws. podżegania do zamordowania poznańskiego dziennikarza.

– Jestem przekonany, że materiał dowodowy wykazuje winę pana senatora Aleksandra Gawronika i że dopuścił się on podżegania do zabójstwa Jarosława Ziętary. Mamy dwóch bezpośrednich świadków i szereg pośrednich – podkreślił podczas konferencji SDP prokurator Piotr Kosmaty. Sposób, w jaki poznański Sąd Okręgowy zakończył 5-letni proces, nazwał blitzkriegiem, ponieważ odrzucono z góry wszystkie dowody przedstawiane przez stronę skarżącą oraz nie dano możliwości przygotowania się do wygłoszenia mów końcowych, co w praktyce uniemożliwiło ich wygłoszenie.Jak wspólnie stwierdziły osoby wypowiadające się podczas konferencji, sprzyjające szybkiemu zamknięciu procesu było to, co stało się 24 lutego 2022 roku w Ukrainie, która została zaatakowana przez Rosję, co odwróciło uwagę dziennikarzy od wyroku. – Wyrok w 5-letnim procesie zapadł po zaledwie 20 minutach obrad. To daje podstawy, aby sądzić, że był on już wcześniej przygotowany – cytował portal i.pl słowa  prokuratora Piotra Kosmatego.

W konferencji CMWP SDP wzięli udział : Jacek Ziętara, brat Jarosława Ziętary, Piotr Kosmaty, prokurator  Prokuratury Regionalnej w Krakowie, red. Krzysztof Kaźmierczak, przewodniczący Społecznego Komitetu „Wyjaśnić śmierć Jarosława Ziętary” Krzysztof Skowroński, prezes SDP, Jolanta Hajdasz, wiceprezes SDP i dyrektor CMWP SDP, Aleksandra Tabaczyńska, obserwator CMWP SDP procesów dotyczących zabójstwa Jarosława Ziętary  i Michał Jaszewski, doradca prawny SDP.

Cała konferencja dostępna jest do obejrzenia na kanale YouTube  Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich TUTAJ.

Linki do relacji w mediach z konferencji CMWP SDP „Zginął bo był dziennikarzem”  :

https://wiadomosci.tvp.pl/65785512/zginal-bo-byl-dziennikarzem

https://www.tvp.info/65771633/cmwp-sdp-krytycznie-o-uniewinnieniu-aleksandra-gawronika-ws-podzegania-do-zabojstwa-jaroslawa-zietary-

https://wpolityce.pl/media/630925-sdp-zaprasza-na-konferencje-dot-smierci-jaroslawa-zietary

https://poznan.tvp.pl/65785110/sprawa-zietary-centrum-monitoringu-wolnosci-prasy-sdp-krytycznie-o-uniewinnieniu

https://gloswielkopolski.pl/zabojstwo-jaroslawa-zietary-sdp-i-prokurator-krytycznie-o-uniewinnieniu-aleksandra-gawronika-material-dowodowy-wskazuje-na-jego/ar/c1-17221019

https://i.pl/zabojstwo-jaroslawa-zietary-sdp-i-prokurator-krytycznie-o-uniewinnieniu-aleksandra-gawronika-material-dowodowy-wskazuje-na-jego/ar/c1-17221019

https://gloswielkopolski.pl/zabojstwo-jaroslawa-zietary-sdp-i-prokurator-krytycznie-o-uniewinnieniu-aleksandra-gawronika-material-dowodowy-wskazuje-na-jego/ar/c1-17221019

https://www.radiomaryja.pl/informacje/centrum-monitoringu-wolnosci-prasy-sdp-krytycznie-o-uniewinnieniu-aleksandra-gawronika-ws-podzegania-do-zabojstwa-jaroslawa-zientary/

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/uniewinnienie-aleksander-gawronik-podzeganie-do-zabojstwa-jaroslaw-zientara-kto-za-to-odpowiada

Dr Jolanta Hajdasz, Philippe Tłokiński, Łukasz Zarzeczny, dr Krzysztof Jabłonka – Popołudnie Wnet – 20.01.2023 r.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Co się stało z obrazem Rubensa z Kalisza?

13 grudnia 1973 roku. Niedawno dostałem pracę w telewizji. Zaprotegował mnie Edward Mikołajczyk, który kompletował „nowych” w redakcji publicystyki Jerzego Ambroziewicza. Po zwolnieniu ludzi Sokorskiego szukano „bojowych” reporterów. A ja pracując wtedy już 8 lat w „Sztandarze Młodych” wykonałem kilka śledczych reportaży. Jestem już żonaty i mamy z Ewą dwie córki. Żyję ostro i pracuję non stop. Mam kilka propozycji – pracę w „Expressie Wieczornym” I „Sportowcu”. Jednak telewizja jest najbardziej kusząca, więc się cieszę. Robotę dostałem.

O godzinie 12 owego dnia dostaję cynk ze straży pożarnej, że w nocy był pożar w kościele św. Mikołaja, w Kaliszu przy ulicy Kanonicznej. To najstarszy parafialny kościół w mieście. Słynny z tego, że w ołtarzu znajduje się drogocenny i jedyny w Polsce obraz Rubensa – Zdjęcie z Krzyża. Kamery filmowej nie mam, jedynie aparat fotograficzny Pentacon. Dość dobry jak na tamte czasy. Mam też samochód. Jadę.

Na miejscu jestem po dwóch godzinach, legitymacja prasowa pomaga, pierwszy policjant z kordonu odgradzającego kościół od gromadzących się coraz liczniej Kallszan przepuszcza. Zatrzymują mnie dopiero pod drzwiami kościoła.

Milicjant wraca z cywilem, który niewyraźnie się przedstawia i wyraźnie dodaje – prokurator

– Nie wejdziecie do środka. W nocy był pożar. Spłonął cały ołtarz. I to wszystko. Do widzenia – słyszę.

Cholera! Jeszcze zobaczymy. Przypomina mi się akcja, którą przeprowadziłem niedawno w Pruszkowie. Szukałem tam złodziei w zakładach nowoczesnych obrabiarek sterowanych numerycznie – „1 maja”. Kradziono tam części i całe podzespoły. Reportaż wówczas zrobiłem. Poznajdywałem kable i silniki u okolicznych chłopów, „Sztandar” to wszystko wydrukował, trochę ciągano mnie, ale w końcu dostałem nawet nagrodę.

Łażę po mieście. Gdy się ściemniło jestem znowu pod kościołem. Wszystko pozamykane. Ale gliniarze odjechali. Na zapleczu plebani kręci się jakiś człowiek. Papieroska? Ogólna gadka-szmatka. To pomocnik kościelnego. Okazuje się, że czyta „Sztandar Młodych”. Od słowa do słowa dowiaduję się sporo. Ogień wybuchł w nocy. Mój rozmówca pobiegł po proboszcza, ale nie zastał księdza. Zbudzi, wikarego. Dzwonili na milicję i do straży. Potem podbiegł pod drzwi, ale gdy je otworzył „buchnęła taka gorąc, że musiałem drzwi zatrzasnąć z powrotem”. Za chwilę były już strażackie wozy.

„Sztandar Młodych” był moją szkołą reporterki. Uważam, że była to dobra redakcja z wieloma ciekawymi ludźmi. I wtedy i teraz uważam, że ten zespół trzymał twarz. No, może z małymi wyjątkami. Obyczaje były jednak inne. Po planowaniu numeru pojawiała się często butelka i po prostu się piło. Razem z kierownictwem, z tą częścią, która miała najwięcej do gadania. Tacy jak ja biegali po wódkę.

♦                           •                                 ♦

Oczywiście i tym razem miałem ze sobą piersiówkę. Pomocnik kościelnego dał się namówić. Po jednym, po drugim. Potem Już nie było problemów. Moja lampa błyskowa była słabiutka. Facet przytargał kable, oświetliliśmy zupełnie nieźle ołtarz. Trzymał mi lampy a ja robiłem zdjęcia jak oszalały. Oczywiście wtedy nie można było sprawdzić w aparacie na miejscu jaki był wynik działania. Film był polski, z fotonu, ale czuły. Żeby zdążyć na „Panoramę” o 21-szej, trzeba było wracać. Miałem Fiata 125, takiego jeszcze na włoskich częściach. Dałem solidnie w rurę Pod Warszawą zatrzymała mnie drogówka. – Panie, chce się pan zabić?

Mówię, że wiozę zdjęcia z pożaru do telewizji. Wtedy słowo telewizja miało moc. Jedź pan! Zaprzyjaźniona kobitka w telewizyjnej pracowni foto na Woronicza szybko wywołała negatyw i zrobiła wielkie odbitki. Napisałem tekst i pobiegłem do redakcji Panoramy. Byt to telewizyjny tygodniowy przegląd wydarzeń w kraju. Niedawno po tym programie miała miejsce draka, o której było dość głośno. Mianowicie dwaj Jackowie – Maziarski l Snopkiewicz robili sobie na antenie jaja mówiąc o sprawach gospodarczych kraju przebrani w końskie maski. „Panorama” była dość popularna. Redaktor programu wziął moje zdjęcia przedstawiające spalony ołtarz i krótki tekst informacyjny dla lektora. Popatrzył na mnie z uznaniem – Bardzo dobrze synu – powiedział. Na tym moja rola się zakończyła. Pojechałem dumny i zadowolony do domu. – Żono mówię. Siadaj i patrz.

Czołówka. Prowadzący. Polityczne ple, ple – I sekretarz to, premier tamto. Czekam w napięciu, a tu guzik. Słyszę: – Załoga fabryki kuchenek we Wronkach wykonała wspaniałe zobowiązanie, dodatkowo wyprodukowała 400 sztuk kuchenek. Krew mnie zalała i już nie słyszałem co w telewizji spiker czytał, żona się śmieje. Klepie mnie czule po ciemieniu. – Nie denerwuj się Funiek.

Skoro świt pognałem pod gabinet szefa. Stoję, czekam. Jestem naładowany. Idzie. Wielki łysy facet w rozchełstanym białym kożuchu. Kupowało się wtedy takie od ruskich oficerów z Rembertowa. Odwarknął dzień dobry i wszedł do gabinetu. Czekam dalej – Proszę. Ambroziewicz jest wyraźnie podirytowany. Taka sytuacja zawsze działa na mnie jak płachta na byka. Pomyślałem, że to koniec mojej krótkiej telewizyjnej kariery. Trudno. Widzę jednak, że naczelny choć wyraźnie zły jest jednak zmieszany. Widać, że chyba się trochę wstydzi.

– No, musiałem Pański materiał wymienić. Przyszło to zobowiązanie z Wronek.

Nawet nie patrzę na niego. Żal mi dziada. Potem gada jeszcze jakieś komunały no i jeszcze pochwałę dla mnie. Ale… niestety trzeba było tak zrobić, jak zrobił. Dowiedziałem się później, że przyjechał do telewizji i w ostatniej chwili i zdjął materiał.

O redaktorze Jerzym Ambroziewiczu wiedziałem co nieco: że jako chłopak był listonoszem w czasie Powstania Warszawskiego, że był w redakcji „Po Prostu”, że zamknął się we Wrocławiu za kordonem sanitarnym i napisał potem świetną reportażową książkę o dżumie, czy innej cholerze. Wiadomo też było, że postawił na niego Maciej Szczepański. (Potem, znacznie później, Ambroziewicz bronił Gierka do ostatka i oczywiście oberwał od Jaruzelskiego).

Słuchałem tego wszystkiego raz blady a raz czerwony na twarzy. W końcu była to jednak lekcja pokory. A złość musiałem schować do kieszeni. Szumiała mi już w głowie telewizja. Aż do 13 grudnia 1981 roku. Wtedy sam z rozmysłem trzasnąłem drzwiami mając w dorobku kilkadziesiąt filmów dokumentalnych i wiele dużych programów. Nie żałuję i żadnego się nie wstydzę.

♦                                 ♦                                 ♦

Po roku od pożaru zwołano konferencję prasową i oświadczono dziennikarzom, że śledztwo zostało zakończone. W uzasadnieniu o umorzeniu postępowania napisano: „W świetle zebranego materiału dowodowego stwierdzić należy, iż brak jest podstaw do twierdzenia, aby pożar powstał w wyniku działania przestępczego”. Zacytowałem dosłownie. I to było wszystko.

Ktoś mi doradził – nie podskakuj młody, dopiero u nas zaczynasz. Mogłem sobie w domu oglądać powiększone do dużego formatu fotogramy. Przez całe lata ogień w kościele św. Mikołaja w Kaliszu nie daje mi spokoju. Pamiętam każde słowo wypowiedziane przez wszystkich z którymi rozmawiałem. Pamiętam wielkie kilkunastometrowej długości piszczałki, które leżały na posadzce nawy. Powypadały, choć organy znajdowały się w tym wielkim kościele kilkadziesiąt metrów od ołtarza. Pytałem różnych pożarników. Mówili, że we wnętrzu musiała być bardzo wysoka temperatura. Taką wytwarza napalm.

Pytania bez odpowiedzi dotyczyły również samego ołtarza. Wysoki na kilkanaście metrów pozostał z nienaruszonymi kolumnami bocznymi. Tylko wszystko między tymi słupami zostało doszczętnie spalone lub usunięte. A więc od dołu – od mensy ołtarza – bez śladu po ramach i ich zawartości. A był to najwspanialszy i najdroższy wtedy w Polsce oryginalny Rubens. Pochodzący ze szkoły malarza, kupiony przez polskiego możnowładcę i podarowany kościołowi. Wszyscy o tym wiedzieli. Niestety również złodzieje. Czarna dziura patrząc do góry przedstawiała kompletnie wypalone wnętrze. Nie było również wyżej drugiego obrazu, ze św. Mikołajem, a także okrągłego malowidła pokrytego ornamentami, które zwieńczało ołtarz. Tak jakby ktoś dokładnie zaplanował, jak ma płonąć ogień. Pod kontrolą. Fachowo.

Jeśli ktoś wtedy temu wszystkiemu się dziwił – to po cichu. Przez lata wokół pożaru była cisza. Cenzuralny zapis. Mimo to kilka razy próbowałem wrócić do tematu. Już w latach osiemdziesiątych w okresie Solidarności i potem pod koniec lat dziewięćdziesiątych pytałem w artykułach, dlaczego nikt nie wraca do zaniedbanego śledztwa. Pisano wtedy dużo o aferach bandyckich, złodziejskich napadach. O tym, że dla zdobycia środków podejrzewane są tajemnicze służby. Wszystko się jednak kończyło na niczym. Były tylko domysły, oskarżenia i koniec.

Umierają kolejno świadkowie tamtych dni. Kiedyś popularny był taki kawał: co wyróżnia ulicę Rakowiecką w Warszawie? Otóż zaczyna się ona „Moskwą” (to było kino), potem jest MSW (następca UB), potem więzienie, trochę niepodległości (chodzi o aleje) i wreszcie pętla (tramwajowa, bo była tam takowa).

*                                *                                *

Pokoje redakcji publicystyki w latach siedemdziesiątych były na Woronicza w czteropiętrowym długim budynku na prawo od wyburzonego niedawno wieżowca z gabinetami prezesów. Na parterze w tym długim budynku po prawej stronie siedzieli ludzie Ambroziewicza – Pach, Tepli, Walter i rzut drugi Mikołajczyk, Snopkiewicz. Pokoiki zajmowali – jednak jakby nie było ci najważniejsi, bo wyrobnicy ładujący na co dzień do propagandowego pieca. Wielu z nich zawodowo było bardzo dobrych – Błachowicz, Smolińska, Grabowska, Słoniewicz, Bekajło, Grelowski, Przysiecki, Auguścik, Jurga, Szotkowski, Mokrosińska, Wieczorek, Duraj, Klimas.

Po drugiej stronie – lewej – szefował Janusz Rolicki. Tak, to ten sam co jeszcze w różnych telewizjach krytycznie gada. Robi teraz za lewicowo-centrowego nestora. Krok w krok wybijała się tam wtedy na niepodległość (oczywiście ograniczoną) Nina Terentiew. Ale o tym może innym razem. Pamiętam, że co jakiś czas pojawiała się na tym korytarzu grupa dziwnych facetów. Mroczni, raczej mało eleganccy, pięćdziesięcio-sześćdziesięciolatki. Stali chwilę pod drzwiami gabinetu Ambroziewicza i ćmili śmierdziele typu Sport i Wczasowe. Nasz szef nie palił i w jego gabinecie to było niedozwolone. Potem niektórych z tych typów widywałem na ekranach w relacjach z konferencji MSW i innych ważnych obradach. Wtedy nikt z nas – maluczkich – nawet nie pytał, kto to. Przyjeżdżali, oglądali sobie niektóre programy. Normalka.

Nie wiem czy moje drobne dziełko o pożarze w Kaliszu obejrzeli również. Ale wiedziano, że coś takiego ma być wyemitowane i to wystarczyłoby nakazać szefowi aby w trybie pilnym usunął informację. I tak się stało wtedy tuż przed emisją „Panoramy”.

Jestem już dość stary, ale gdyby szefowie IPN-u dali mi pogrzebać w materiałach kiszczakowych, tak obecnie nagłaśnianych – szarpnąłbym się jeszcze raz. Oczywiście nie mam wątpliwości, że wtedy w Kaliszu nie był to żaden przypadkowy pożar. Niby od źle izolowanych kabelków elektrycznych za ołtarzem. Wtedy w 1973 roku działałem trochę wspólnie z kolegą reporterem z „Expressu Wieczornego” szybko dogadaliśmy się i wymienialiśmy informacje. Jeśli jeszcze żyje spróbuję go odszukać. Tak samo jak księdza proboszcza, który w tragicznym dniu nagle jakoś dziwnie wyjechał na noc z Kalisza. Był to człowiek około pięćdziesięcioletni, dlatego teraz być może odszukanie nie będzie już możliwe. Ale chyba żyje jeszcze wikary. Pamiętam tego młodego księdza. Usiłowałem go również pytać, ale on tylko nerwowo poprawiał jakiś bambetle w pokoju. Zapamiętałem adapterek marki Bambino postawiony na podłodze koło mizernej kozetki.

*                                *                                *

Jeśli obraz został fachowo zdjęty, wywieziony, sprzedany – to za ile i komu? To nie było włamanie byle jakie do banku lub jubilera. Zginął skarb – Rubens. To się wtedy najwyraźniej nie liczyło, a teraz powinno. Miejmy nadzieję, że gdzieś, u kogoś obraz się znajduje.

Może w notatkach rodzimego generalissmusa bezpieki jest jakiś ślad: data 13 grudnia 73 roku, słowo Kalisz, a może nazwiska wykonawców akcji albo choć inicjały. Ktoś to musiał zrobić i szefostwo na pewno o tym wiedziało.

Czy zacznie się w końcu kiedyś śledztwo w tej sprawie? Kto wywiózł obraz, kto go kupił? Myślę, że prokurator, który mnie wyrzucił z kościoła jeszcze żyje. Był wysoki i dość gruby, ale jeszcze nie stary. Może dręczy go sumienie. Teraz gdy strachy już nie na lachy. Może.

Gdy patrzę na szefów IPN mam mieszane uczucia. Czy ci prezesi i dyrektorzy znajdą w sobie dość odwagi by sprostać zadaniom, które stoją przed nimi? Niespodziewanie Pani Babcia Kiszczakowa przyniosła im do rączek to czego nie mogli lub nie chcieli znaleźć.

Kiedyś na lotnisku przed wylotem do Gdańska – dopuszczony do pewnej komitywy z Czesławem Miłoszem (dzięki mojej przyjaźni z jego bratem Andrzejem) – wyrecytowałem wierszyk przypisywany przez żartownisiów Nobliście: „zajrzeli do kufrów, zajrzeli do waliz; do dupy nie zaglądali, a tam miałem socjalizm”. Powiem prawdę: mistrz żachnął się, wcale mu się to nie podobało. Zrobiło mi się głupio, a nawet gorzej – popełniłem błąd. Myślę sobie jednak z nadzieją, że może teraz ktoś zajrzy do kufrów i schowków, że ktoś solidnie poszuka w „drogocennych” pudłach z papierami. Ale trzeba umieć to wszystko czytać. Szukałbym daty 13 grudnia sprzed 50-laty. Może jest tam słowo Kalisz.

♦                          *                                *

Hasło FOZZ, AFERA ZŁOTO, inne – wywołują nadal emocje i lawinę artykułów. Warto zainteresować się również Rubensem z Kalisza. Na pewno stajnie Augiasza u różnych ważniaków, którzy gromadzili specyficznie pojęte zabezpieczenia, nie są jeszcze wyczyszczone. Niektórzy z nich robią wrażenie skruszonych. Niech otworzą szafy. Jaruzelski wiedział, ale nie powiedział. Kiszczak posłużył się kobietą. Żyje przecież jeszcze kilku „wybitnych ludzi honoru”. Na co czekają? Resortowe dzieci cierpią dziś za winy ojców i dziadów. Fakt, że przedtem korzystali z przywilejów i używali sobie. Potem, gdy tatuś, mamusia kończyli kiepskawo, sprzedawali co się dało i fru gdzie pieprz rośnie. Może by jednak oddać te podgniłe papierki – np. mnie.

 

 

 

Kolejny apel językowy WALTERA ALTERMANNA: Chrońmy polonistów

Niedawno rząd poinformował, że niebawem Polacy będą uczyć się angielskiego już od pierwszych klas podstawówki. Piękna myśl, żeby Polak nie stawał na obcej ziemi jako ta głuchoniema sierota.  Z wrodzonej jednak złośliwości zacząłem się zastanawiać co z językiem polskim? Przecież jeżeli nadal będziemy mówili tak marnie w języku ojców i matek naszych – dla feministek: matek i ojców – to i po angielsku nigdy dobrze się nie nauczymy. Człowiek bowiem myśli w jednym języku, najczęściej wyniesionym z domu. Zatem proponowałbym rządowi, żeby pomyślał nad wzmocnieniem pozycji języka polskiego w szkolnictwie.

Słyszałem, że w niektórych szkołach uczą już młodzież jeżdzić samochodami. Piękna idea. A coraz częściej też pojawiają się w szkołach lekcje mechatroniki, księgowości, astrofizyki, programowania komputerów… Wszystko to potrzebne i bardzo ładne, ale ośmielam się stwierdzić, że najbardziej potrzebne jest nam wzmocnienie pozycji języka polskiego.

Bo – mili technokraci – to tylko szkolny „język polski” uczy lub może uczyć, precyzji w myśleniu, kontaktowania się z ludźmi na poziomie utylitarnym i abstrakcyjnym.

Gdy moje dzieci robiły maturę, z przerażeniem odkryłem, że egzamin z języka polskiego sprowadza się – w sumie – do rozwiązywania testów. Niegdyś trzeba było umieć napisać „mikro pracę”, ale jednak trzeba było pisać. Potem jednak nasi liberałowie przyjęli „system boloński” w edukacji i mamy marnie piszące pokolenia. I słabo mówiące. Ten system boloński być może sprawdza się w krajach III świata. Ale uraczenie się nim w kraju o takiej tradycji literackiej? Zgroza. Tu przypomnę, że dawny Kongres Liberalno-Demokratyczny (jeden z poprzedników Platformy Obywatelskiej) proponował nawet państwową, obowiązkową edukację jedynie do piątej klasy szkoły podstawowej. Potem każdy miał radzić sobie sam – w szkołach prywatnych i płatnych. Czyż to nie szczyt bezczelności neoliberalnej? I nieskrywanej pogardy dla „prostaczków”?

Mam w pamięci wspaniały wiersz Andrzeja Waligórskiego „List w sprawie polonistów”. Proponuję dziś przeczytać go i zastanowić się nad tym, co mówi nam autor.

Andrzej Waligórski

List w sprawie polonistów

Polonista to nie zawód, lecz hobby,
Polonistą być – nie życzę nikomu.
Polonista po godzinach nie dorobi,
Choćby zabrał robotę do domu.

Polonista nie wędruje po mieszkaniach,
Nie odzywa się wchodząc ze dworu:
– Bardzo ładnie rozbieram zdania,
Czy jest jakieś stare zdanie do rozbioru?

Choćby szukał, racji i pretekstów
I tak zawsze pozostanie na uboczu –
Mniej się ceni analizę tekstu
Od banalnej analizy moczu…

Cera blada, na portkach łaty,
Rozmaite braki w kondycji,
Oświeceniem nie oświecisz sobie chaty,
Pozytywizm nie poprawi twej pozycji.

Poloniście sterczą chude żebra
Jak sztachety mizernego płotu,
Gdy się jeden raz u Zuzi rozebrał,
To się składał z orzeczenia i z podmiotu.

A jak inny zleciał kiedyś z ławki,
Bo był gapa wyjątkowa i niezguła,
To zostały zeń cztery przydawki,
Dwa zaimki i partykuła…

Polonista, niepoprawny romantyk,
Nie największym się cieszy mirem,
Ale ja mu – laury i akanty,
Ale ja mu – kadzidło i mirrę!

Ale ja go całuję w ramię,
Ale ja go podziwiam i cenię,
A ty przed nim na kolana, chamie,
Cały w złocie i volkswagenie!

Bo jeżeli jesteś i ja jestem,
To dlatego, że stojący na warcie
Polonista znużonym gestem
Kartki książek wertował uparcie

Za kajzera i za Hitlera,
I za cara, i za innych carów paru,
I dlatego właśnie nie umiera
Coś ważnego, co nazywa się Naród.

Więc zamieszczam na końcu listu
Ja, satyryk, błazen i ladaco,
Zdanie proste: – Kocham polonistów!
Rozwinięcie zdania: –
… bo jest za co!

 

Warto znaleźć i poczytać tomiki wierszy Andrzej Waligórskiego. To naprawdę mądra i nadal aktualna literatura.

Notka o autorze: Andrzej Waligórski – polski poeta, satyryk, dziennikarz, długoletni współpracownik Rozgłośni Polskiego Radia we Wrocławiu. Urodził się w roku 1926 w Nowym Targu, zmarł w 1992 roku we Wrocławiu.

Wielkie uznanie zdobył jako twórca tekstów piosenek, wykonywanych – między innymi – przez Tadeusza Chyłę Ballada o cysorzu i Olka Grotowskiego z Małgorzatą Zwierzchowską, a przede wszystkim przez Kabaret Elita. Sam twierdził, że jest jedynie tekściarzem. Był kierownikiem wrocławskiego radiowego magazynu rozrywkowego  Studio 202, w którym wypromował kabaret Elita, potem podjął z tym kabaretem jakże owocną współpracę.

Był też autorem cyklu felietonów radiowych Pocztówki z Karłowic oraz cyklu słuchowisk Rycerze, emitowanych w ogólnopolskim magazynie 60 minut na godzinę. To z tego cyklu słuchowisk,   parodiujących Trylogię Sienkiewicza, pochodzi piosenka Waligórskiego „Hej, szable w dłoń”.

Jego imię otrzymała jedna z ulic w południowej części Wrocławia, łącząca ulicę Sudecką z ulicą Powstańców Śląskich.  Od 1995 członkowie kabaretu Elita („Akademia Humoris Causa”) przyznają nagrodę im. Waligórskiego – „Andrzeje”.

 

 

Ostrzeżenie WALTERA ALTERMANNA: Uwaga, felieton zawiera treści anarchistyczne!

W poprzednich dwóch felietonach „Życzenia na rok 2023” poruszyłem sprawę funkcjonowania ONZ i Unii Europejskiej. Sądzę, że raczej udowodniłem, iż ONZ i UE są organizacjami pasożytniczymi.

Być może wiek XXI zostanie po wiekach nazwany erą urzędników. Bo zanosi się na to, że właśnie urzędnicy – tu rozumiem także parlamentarzystów polskich – z roku na rok stają się właścicielami świata. Wieki średnie to dominacja właścicieli ziem. Od Wielkiej Rewolucji Francuskiej mamy ciągle jeszcze dominację bankierów i przemysłowców. Ale ich czas powoli się kończy, a właścicielami świata stają się urzędnicy.

Dlatego, dla rozpoznania sytuacji, zajmiemy się polskim parlamentaryzmem, bowiem tak Sejm, jak Senat puchną od wymyślonej przez siebie, dla siebie, odpowiedzialności, puchną też od nadmiaru ludzi, którzy krętymi sposobami – trochę jawnie, trochę skrycie, pracują na ich rzecz. I nie są to prace za darmo.

Polski parlament przyszłości

Moim zdaniem trzeba czym prędzej zlikwidować Senat a liczbę posłów zmniejszyć do stu. Nie wiem, kto i kiedy mógłby to przeprowadzić, bo senatorowie i posłowie trzymają się ław parlamentarnych mocno, jakby byli do nich przyspawani, ale ta reforma przyniosłaby ogromne, niewyobrażalne dla niektórych i błogosławione dla wszystkich skutki. Wymienię je w punktach.

SENAT:

 

  1. Likwidacja Senatu byłaby krokiem miłosiernym, bo od swego zarania, w Polsce po 1989 roku, Senat nigdy nie miał wpływu na cokolwiek. Nigdy jeszcze Senat nie wniósł istotnej poprawki do jakiejkolwiek ustawy, a jak wnosił, to i tak zostawały te poprawki odrzucane przez Sejm.
  2. Ciągle słyszę, że Senat to izba refleksji i zadumy. Od refleksji jest kościół – dla niewierzących filozofowie, a od zadumy cmentarze.
  3. W Rzeczypospolitej przedrozbiorowej w Senacie zasiadali możni panowie i biskupi, i też – poza hamowaniem reform – niczego dobrego nie robili. Jedyną korzyść z istnienia Senatu mieli senatorzy, bo izba ta była istnym targowiskiem interesów – tak świeckich jak kościelnych.
  4. Likwidacja Senatu zmusiłaby posłów do lepszej pracy, bo tak jak jest obecnie, to posłowie ciągle liczą na senatorów, że ci poprawią to co posłowie spaprali.
  5. Trzeba też powiedzieć, że naprawdę nie chodzi tylko – tak przy Senacie jak i Sejmie – jedynie o te 100 osób. Każdy z senatorów ma duży sztab ludzi, którzy są na etatach, umowach o dzieło, umowach zleceniach. Jest jeszcze Kancelaria Senatu i kilka senackich służb, których praca byłaby zbyteczna. Nawet Straż Marszałkowska miałaby mniej roboty. A chodzą jeszcze słuchy, że Senat żąda osobnego, ładnego i wystawnego budynku na swe prace.
  6. Likwidacja Senatu byłaby pierwszym, ale znaczącym, krokiem do realizacji idei „oszczędnego państwa”. Bo jak na razie mamy państwo rozdmuchane, albo – lepiej powiedzieć „samo-rozdmuchujące się”.                                                                                                                                                                         SEJM:

 

  1. Ograniczenie ilości posłów do 100, uwolniłoby zdrowe siły narodu i pozwoliłoby je „rzucić na odcinki realnej pracy”. Bo tak jak jest teraz, to najwięcej czasu i energii posłowie tracą na dyskusje. A to głównie dlatego, że każda z sejmowych partii wypuszcza na bój wielu posłów, a skutkiem tego Sejm mówi, mówi i mówi. Gdyby zaś było ich jedynie 100-u, to i mówców, dyskutantów, interpelantów i tych występujących ad vocem byłoby co najmniej ponad trzy razy mniej.
  2. Teraz tych 460 posłów – podobnie jak w przypadku Senatu – to jedynie wierzchołek góry lodowej. To znaczy publicznie widzimy jedynie 460, a przecież pracuje na ich rzecz wielka armia ludzi. A podróże krajowe i zagraniczne posłów? A ich mieszkania służbowe? Dziwne, że jakoś nikt nigdy nie policzył, ile kosztuje utrzymanie i działalność Sejmu i Senatu. Zdaje mi się, że są to dane bardziej strzeżone niż stan naszej armii i wszystkich tzw. służb siłowych.
  3. Zauważę też, że każdy z posłów ma w terenie swoje lokale poselskie i sztaby ludzi – przyzwoicie opłacanych – którzy jedynie powielają to, co mówi szef danej partii. Naprawdę trudno jest twierdzić, że wszyscy z 460 posłów porządnie pracują. Poza tym kiedyś pewien dziennikarz zapytał Jana Pawła II o to, ilu ludzi pracuje w Watykanie. I wtedy Jan Paweł II powiedział: Połowa.
  4. Po reformie tych 100 posłów naprawdę musiałoby się ostro wziąć do roboty. Razem ze swoimi mniejszymi sztabami.
  5. Męczące są też kampanie wyborcze. Widzowie, słuchacze i czytelnicy muszą przez kilka miesięcy obcować z nieznanymi osobnikami, którzy „robiąc miejsca na listach” publikują swoje twarze i przemyślenia. W tym przypadku, naprawdę, im mniej tym lepiej. Dla naszego, wyborców, zdrowia spadek oferty wyborczej z 460 na 100 to znacząca ulga. A pamiętajmy, że teraz najczęściej na jednej liście wyborczej jest po 20 osób, z czego tylko jedna osoba, a i to nie zawsze, ma szanse na bycie posłem. Czyli – obecnie możemy mieć do czynienia z kilkudziesięcioma tysiącami kandydatów do Sejmu. A przy stuosobowym Sejmie liczba tych chętnych zmaleje do jakichś kilkunastu tysięcy! Jest różnica.
  6. Wszystkie telewizje i radiostacje odzyskałyby mnóstwo czasu antenowego, bo z tej setki posłów nie wszyscy garnęliby się do tych śniadań, podkurków i wieczorów dyskusyjnych. Nie mieliby na to siły i czasu.

O moim współczuciu dla młodych

Tysiące młodych ludzi pochłania dziś i spala – niczym biblijny Baal – polska polityka. Widać to po ich rozbieganych oczach, najwyraźniej tuż przed wyborami, że ci młodzi chcą znowu być radnymi, posłami, senatorami. I to u zarania ich zawodowego życia. Zamiast zdobyć zawód, sprawdzić się w nim i dopiero potem zająć się polityką, oni już, natychmiast chcą być prezesami, dyrektorami, członkami rad nadzorczych… a wszystko za państwowe pieniądze i z partyjnego nadania.

Ja rozumiem, że partie załatwiają im wysokie dochody, ładnie brzmiące tytuły i błyszczenie do kamer tv – ale oni nadal, do końca swych dni, nie będą mieli żadnego zawodu. Owszem, większość z nich skończyła jakieś studia, ale to tylko wykształcenie, a zawód zdobywa się praktyką. Zawód poseł? Przed wojną taki gość nie znalazłby panny do ożenku w żadnym dobrym domu.

Żal mi tych młodych ludzi pędzących na zatracenie się w polityce. Bo przecież są to w większości ludzie zdrowi, sprawni i pełni energii życiowej – tak fizycznej jak umysłowej. A tu budownictwo nasze cierpi na braki kadrowe, remonty dróg, miejskich ulic i tras kolejowych wloką się w nieskończoność, bo nie ma chętnych do takiej zaszczytnej i konkretnej pracy.

Czyż – o wy, młode Panie i młodzi Panowie – nie widzicie, że przyjemniej jest zostawić po sobie potomnym kawałek dobrze zrobionej jezdni i chodników, niż kilka ustaw, które ciągle trzeba poprawiać? Albo jakieś uchwały, których sens ginie w pamięci społecznej już w pół roku po ich podjęciu? I nie szkoda to zdrowia na telewizyjne awantury? Powiadam Wam, praca leczy, ale konkretna, najlepiej fizyczna.

Nareszcie z narodem

Po takich redukcjach parlamentarnych oczywiście powstanie problem zredukowanych parlamentarzystów. Podniesie się krzyk i płacz, słuchać też będzie zgrzytanie zębów – zupełnie jak w Dniu Sądu Ostatecznego.

Ale musimy pozostać na takie odruchy posłów i senatorów – choćby niedoszłych – ślepi i głusi. Jeżeli bowiem teraz przez cały czas, wszyscy oni twierdzą, że działają nie dla własnej korzyści i nie dla materialnych zysków, ale dla dobra nas wszystkich, dla dobra każdego przeciętnego Polaka, to przecież nie będą mieli powodu popadać we frustrację. Po odejściu z parlamentu zaczną pracować, jak ich kochany elektorat.

O współczuciu dla starszych

Jest też, w naszym Sejmie i Senacie spora grupa starszych mocno pań i panów, wobec których również żywię głębokie współczucie. Tych z kolei mi żal, że polityka odciągnęła ich od zawodów, zajęć, w których jako tako już się odnaleźli. Patrząc na nich, widząc jak męczą się i cierpią w poselskich ławach przychodzi mi do głowy, że mogłoby ich wszystkich uratować jedno – głęboka, ostra i wyraźna reforma polskiego parlamentu.

Polskie kampanie wyborcze – nasz Hyde Park

W kampaniach każdy mówi co mu tam ślina na język przyniesie. I mówi to bezkarnie, bo teza, że „wyborcy nas rozliczą” jest zgrabnym, ale puściutkim zwrotem. Tak naprawdę każdy z kandydatów powtarza jedynie – w skrócie – program własnej partii. Bo też żaden z kandydatów nie wierzy, że którykolwiek z widzów czy słuchaczy zrozumie i zapamięta, co on wygadywał. Tak naprawdę, kandydat ma się pokazać, żeby ludzie zapamiętali twarz i nazwisko, a potem odnaleźli go na listach wyborczych. Chodzi zatem tylko o to, żeby – niejako podprogowo – wbić się w pamięć wyborcy.

O ile chodzi o programy, to przez całe minione już ponad 33 lata od czasu upadku komuny, był tylko jeden, jedyny uczciwy kandydat na prezydenta RP, który z serca i rozumu mówił o co mu chodzi. I był w tym niezwykle wiarygodny. Myślę tu o panu Kazimierzu Piotrowiczu, wynalazcy bioenergoterapeutycznych wkładek do butów, które w cudowny sposób miały poprawiać zdrowie. Wystartował on w wyborach prezydenckich w 1995 roku wykorzystując niecnie kampanię wyborczą do reklamowania produkowanych przez siebie wkładek do butów. Owszem, był w tej kampanii bezczelny, ale przecież nie kłamał!

A większość kandydujących do Sejmu i Senatu nie potrafiłaby zrobić nawet tych wkładek. A już je sprzedać? Ho, ho! Podejrzewam, że żaden z kandydatów nie sprzedałby nawet butelki wody na Saharze. Nikogo nie obrażam, ale mam głęboką nieufność w stosunku do ludzi, którzy chcą zawodowo zajmować się polityką, nie mając uprzednio żadnego zawodu. Tu wyjaśnię, że mamy trzy pojęcia: Wykształcenie, stanowisko, zawód.

Nasza klasa polityczna

O naszej klasie politycznej, według mnie, świadczy najlepiej anegdotka, jakiej doświadczyłem 20 lat temu. Rozmawiałem wtedy z moim dawnych znajomym ze studiów, który te dwadzieścia lat temu był już bardzo poważnym samorządowcem, szczebla wojewódzkiego. W pewnym momencie, po wspominaniu przeszłości znajomy Wysoki Urzędnik zaczął narzekać na swoje zarobki, roztkliwiając się sobą – to jest swoimi zarobkami – ponad przyzwoitość. Powiedziałem mu wtedy, żeby nie przesadzał, bo ma przecież bardzo wysoką pensję.

– Pensja tak, niezła… – odparł – ale zarobku żadnego.

 

„Vakho. Czerwone wrota” –  premiera nowej książki Marka Boszko-Rudnickiego

„Vakho. Czerwone wrota” to najnowsza książka Marka Boszko-Rudnickiego, prezesa Oddziału SDP w Szczecinie. Premiera już 8 lutego.

Do lektury tej pozycji wydawnictwo zachęca słowami: „Straceńcza misja za linią frontu może zdecydować o losach wojny polsko – bolszewickiej”, a jeden z recenzentów stwierdził krótko: „Dynamiczna i bogata w wątki akcji, od początku trzyma w napięciu i intryguje, co sprawia, że trudno od niej oderwać się. Marek Boszko-Rudnicki ma wyjątkowy talent do tworzenia suspensu, ciągłego napięcia i oczekiwania.”

Powieść osadzona jest w realiach walk na Kresach nie tylko z bolszewikami, z elementami tajemnicy, thrillera i przygody. Zmagania sprzed niemal stu lat nadal są mało znane, choć bardzo przypominają te obecne na Ukrainie z całą ich zgrozą, zbrodniami i okropieństwami. Rosjanie, jak widać, ci carscy, bolszewiccy i obecni nie zmienili się. Tamta wojna, podobnie jak ta, była równie barbarzyńska, nieprzewidywalna w emocjach jej uczestników i skomplikowana w motywacji.

De facto – autor wplótł w fabułę opowieści swoich dwóch dziadków, legionistów Piłsudskiego, nie wszystko więc w książce to wynik jego pisarskiej fantazji. Gwoli wyjaśnienia, „Vakho. Czerwone wrota”, to druga pozycja cyklu. Pierwsza powieść nosi tytuł „Vakho. Wilcze szczenię” i ukazała się równolegle z wydaniem amerykańskim pt. „Vakho. The Wolf’s Cub”. Głównym bohaterem jest Janek, wychowany w dworze na dalekich Kresach przez dwóch dziadków w duchu przyszłego zrywu i walki o wolność. Jeden, to Polak, drugi to kaukaski szlachcic Vathang. Obaj za młodu walczyli z Rosjanami o wolność Imamatu Kaukaskiego przy boku Imama Szamila.

Spod pióra Marka Boszko-Rudnickiego wyszła wcześniej seria thrillerów, których bohaterem jest dziennikarz zaplątany w działania służb specjalnych – „Szpony diabła”, „Remedium 111” i „Krwawy bursztyn” oraz dwie pozycje dotyczące paleoastronautyki – „Kołowrót dziejów” i „Bękarty bogów”.

Marek Boszko-Rudnicki był gościem Krzysztofa Skowrońskiego w jednym z odcinków naszego cyklu „SDP Cafe”. Opowiadał wówczas m.in. o książce „Vakho. Wilcze szczenię”. Rozmowę można obejrzeć TUTAJ.