WLATER ALTERMANN: Unia i biurokratyczne fanaberie europejskie z korupcją w tle

W felietonie „Życzenia na rok 2023” poruszyłem sprawę funkcjonowania ONZ. I zdaje mi się, że całkiem logicznie udowodniłem, że ONZ jest organizacją martwą i tym samym nieskuteczną, nie realizującą swych statutowych celów. Jedyne cele jak ONZ ma na celu to zachowanie i wzrost dobrobytu i dobrostanu własnych urzędników. Co prawda pojęcie „dobrostan” dotyczy dobrych warunków życia zwierząt hodowlanych, ale jest adekwatne do problemu dobrego, zasobnego i spokojnego życia urzędników tak ONZ jak i UE, więc nikogo nie obrażam, stwierdzając jedynie stan faktyczny. Teraz zajmiemy się rolą i funkcjonowaniem Unii Europejskiej.

U podstaw Unii Europejskiej legły najszczytniejsze ideały, mające zapobiec kolejnym wojnom europejskim. Przypomnijmy, że II wojna światowa wybuchła w 21 lat od zakończenia pierwszej. Obie te wojny nie były też pierwszymi wojnami na wielką skalę, toczonymi na terytorium Europy. Przyczyny były zawsze te same – próby dominacji jednych państw nad drugimi. Ale powodem podstawowym była zawsze walka o przewagi w produkcji i zbytu, czyli szeroko rozumiane rynki – europejskie i kolonialne.

Miłe złego początki

Początkiem integracji europejskiej było powołanie w 1952 roku Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, z której w 1958 roku powstała Europejska Wspólnota Gospodarcza. Unia Europejska jest zaś bezpośrednią następczynią EWG. Od czasu wejścia w życie traktatu lizbońskiego, tj. od 1 grudnia 2009, podstawę prawną funkcjonowania stanowią Traktat o Unii Europejskiej (znany także jako traktat z Maastricht) oraz Traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Obecnie Unię tworzy 27 państw.

Unia Europejska zmierza jednak w kierunku bycia nowym tworem – potężnym państwem ponadnarodowym. I tu powiedzmy od razu, że ten kierunek wyznaczają obecnie dwie siły, w łonie UE.

Pierwsza siła upaństwowienia UE – niezaspokojone ambicje Niemiec i zmęczenie Francji

Pierwsza z tych sił to Francja i Niemcy. Oba te państwa, chcą nowego tworu, w którym mogłyby dominować – w oparciu o fakt, że są to państwa najliczniejsze i najsilniejsze ekonomicznie.

Ostatnio – niedościgniony w swych makabrycznych bon motach – kanclerz Olaf Scholz powiedział, że Niemcy są już gotowe do przyjęcia na siebie przewodnictwa w Unii Europejskiej i zajęcia w niej należnego Niemcom miejsca. Pół roku wcześniej domagał się, aby Niemcy zostały stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Zdaje się, że bez przewodzenia komukolwiek Niemcy są historycznie nieszczęśliwi. Koncepcje co do roli Niemiec w świecie popsuła jednak Scholzowi wojna rosyjsko-ukraińska, a konkretnie dwuznaczna, pełna pokrętnych słów i działań postawa samego Scholza. Ta zastanawiająca moralnie i wielce dwuznaczna rola Niemiec w wojnie rosyjsko-ukraińskiej bierze się stąd, że Niemcy nie chcą dopuścić do obniżenia poziomu życia Niemców – jak stwierdził sam Scholz. Stąd wszelkie embarga i restrykcje przyjmowane są jak wspomnienie alianckiego bombardowania Hamburga czy Drezna. Przy czym dzisiejsi Niemcy jakby akceptowali własne zgodnie w II wojnie światowej, ale odwet aliantów traktują jak nieuzasadnione zbrodnie. Zaiste – historia niczego nie uczy, a megalomania Niemców nie ma granic przyzwoitości.

Co do Francji – widać, że jest zmęczona Europą, światem i samą sobą. Być może Francuzi ciągle przeżywają utratę Indochin? Zdarzało się już w przeszłości, że jacyś władcy, a nawet całe narody odczuwały zmęczenie własną władzą i popadały z nudów pod cudzą dominację.

Druga siła zjednoczenia UE – urzędnicy 

Urzędnicy Unii Europejskiej zachowują się tak, jakby UE już była państwem, a przynajmniej musiałby nim natychmiast zostać. Nawiązują przy tym do Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. To istne kuriozum. Przez kilka stuleci Cesarstwo Rzymskie było związkiem państw, owszem – ale na jego czele zawsze stał cesarz, który jednocześnie był królem najsilniejszego z państw tego tworu. Tak było począwszy od Karola Wielkiego – protoplasty Cesarstwa.

Tymczasem dzisiejsze władze Unii są tylko i jedynie władzami grupy urzędników, którzy żadną ziemią, krajem i państwem nie zarządzają. Tym samy Unia staje się władzą nadrzędną nad realnie działającymi pastwami. I to jest czysta abstrakcja na tle realnych dziejów Europy.

Zwróćmy też uwagę, że urzędnicy Unii Europejskiej coraz intensywniej działają nie na rzecz państw członkowskich, które im płacą za bycie urzędnikami, ale na rzecz przyszłego mega-państwa, które ma powstać na gruzach UE. Ułatwia to urzędnikom UE obecna struktura organizacyjna i zakres kompetencji jej organów.

Tako o sobie samej rzecze Unia

Wpadła mi właśnie w ręce broszura Unii Europejskiej z roku 2020, przeznaczona dla młodzieży, w której można przeczytać:

Parlament Europejski reprezentuje obywateli UE. Posłowie do Parlamentu Europejskiego są wybierani przez tych obywateli w wyborach bezpośrednich, które odbywają się co pięć lat… W skład Parlamentu wchodzi 750 posłów z wszystkich państw UE. Większe kraje ze względu na swoją wielkość mają więcej posłów niż mniejsze państwa… Parlament podejmuje decyzje dotyczące prawa europejskiego wspólnie z Radą. Jeżeli Parlament i Rada nie mogą osiągnąć porozumienia co do aktu prawnego, nowe przepisy nie wejdą w życie. Parlament wybiera przewodniczącego Komisji Europejskiej i zatwierdza cały zespół 27 członków Komisji – komisarzy. Parlament zatwierdza również budżet Unii Europejskiej.”

Broszura informuje również o Radzie Europejskiej: „Rada Europejska składa się z prezydentów lub premierów państw UE. Spotykają się oni przynajmniej cztery razy do roku. Ich posiedzenia nazywane są „szczytami europejskimi”. Rada Europejska ustala główne priorytety UE i ogólne kierunki polityki. Kieruje nią przewodniczący, który jest wybierany co 2,5 roku. Rada Europejska nie przyjmuje unijnych aktów prawnych. Jest to zadanie Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej.”

A taką informację w broszurze znajdziemy o Radzie Unii Europejskiej: „Rada Unii Europejskiej reprezentuje rządy państw UE. W Radzie ministrowie ze wszystkich krajów UE spotykają się, by omawiać sprawy UE i podejmować decyzje dotyczące polityki i prawa UE. To, że niektórzy ministrowie uczestniczą w posiedzeniach, zależy od tematu dyskusji. Na przykład, jeżeli posiedzenie dotyczy zanieczyszczenia powietrza, wówczas spotykają się ministrowie środowiska. Jeśli głównym tematem dyskusji jest bezrobocie, zbierają się ministrowie odpowiedzialni za zatrudnienie i sprawy społeczne.”

Taka struktura, dająca wybranym do parlamentu Europejskiego posłom, wedle klucza wielkości ludności państw członkowskich, właściwie nieograniczone możliwości zrodziła się z hipokryzji niektórych państw członkowskich, a najbardziej z zakłamania władz Niemców i Francuzów.

Hipokryzja wielkich państw

Hipokryzja w polityce to ukrywanie istotnych celów, którymi kierują się dani politycy. Chcący ukryć swoje prawdziwe intencje, zawsze dużo mówią o duchu praw, miłości między narodami, humanizmie, testamencie ojców i odpowiedzialności przed następnymi pokoleniami. Czasem hipokryci powołują się jeszcze na Boga.

Hipokryci z Niemiec, Francji i w mniejszym stopniu z Hiszpanii i Włoch, stworzyli potwora, jakim dzisiaj jest UE. Nie chcąc sami występować z własnymi pomysłami co do przyszłości Europy, wysługują się unijnymi urzędnikami.

Parlament UE jako przykrywka dla pomysłów rządów

Jeżeli ktoś uznałby moje rozumowanie za niezgodne z prawdą, to pytam: po co komu jest Parlament Europejski? Na co każdemu z 27 państw członkowskich utrzymywanie eurokratów, opłacanych nad wyraz niegodziwie wysoko. Na potwierdzenie mojej tezy, o zbyteczności Urzędników Unijnych przywołam raz jeszcze broszurę samej Unii, dla młodzieży:

„Codzienną pracę Komisji wykonuje jej personel administracyjny, eksperci, tłumacze pisemni i ustni oraz asystenci. Rekrutacją urzędników Komisji – tak jak i pracowników innych instytucji UE – zajmuje się Europejski Urząd Doboru Kadr. Urzędnicy ci są obywatelami krajów UE, wybranymi w trybie otwartych konkursów. W Komisji pracuje około 33 000 osób. Liczba ta może wydawać duża, ale w rzeczywistości jest mniejsza niż liczba pracowników administracji większości dużych miast w Europie.”

Zakłamanie autorów broszury jest równe zakłamaniu polityków największych państw składowych UE. Porównanie tej armii unijnych urzędników do urzędników metropolii europejskich jest bałamutne. Ci miejscy urzędnicy za coś konkretnie odpowiadają, choćby za miejski transport, inwestycje użyteczności publicznej, wodociągi, kanalizacje, szkoły i przedszkola, służbę zdrowia. A za co odpowiadają urzędnicy UE? Za wymyślanie kolejnych przepisów i pilnowanie, żeby realnie pracujący ludzie ich przestrzegali. Toż to samonapędzająca się maszyna biurokracji.

Byłoby to bardzo śmieszne, gdyby nie fakt, że parlamentarzyści europejscy i tysiące urzędników żyją naszym kosztem. A żyją na poziomie prawdziwie światowym. Dzisiejsza warstwa urzędników unijnych jest nową klasą próżniaczą Europy. Podobnie jak urzędnicy ONZ.

Powiedzmy jeszcze jedno. Utarło się mówić, że są jakieś „pieniądze unijne”.  Nic bardziej bałamutnego. To są nasze polskie pieniądze, tyle że w kieszeni eurokratów.

Współczesna klasa próżniacza

Pojęcie klasy próżniaczej wprowadził Thorsten Veblen na przełomie XIX i XX wieku. Określało ono zbiorowość ludzi nastawionych na ostentacyjną konsumpcję. Veblen swoje obserwacje odnosił do elity biznesu Stanów Zjednoczonych – finansistów i spekulantów giełdowych. W wydanej w 1899 roku książce Teoria klasy próżniaczej opisywał ówczesne formy ostentacyjnej konsumpcji, zajęć nieproduktywnych oraz instytucji społecznych podtrzymujących klasę próżniaczą.

Veblen urodził się za wcześnie i tym samym nie znał obecnego świata urzędników ponadnarodowych organizacji quasi państwowych. A to przecież oni – ci urzędnicy – są jak huba na drzewach. Żyją naszym kosztem, jednocześnie mając nas za nic.

Dzisiejszy Parlament UE jest swoistym Hyde Parkiem. Każdy mówi nie na temat, ale za to co chce. Szczególnie bawią mnie – a jest to mój śmiech przez łzy – tzw. postępowcy, na przykład zieloni. Nie zauważają oni wojny, nie dostrzegają też katastrofy na rynku paliw, nie przewidują, że ludzie mogą zamarzać. Oni wciąż tylko o naturze, o czystym powietrzu, wodzie i ziemi. Naprawdę piękna to działka, ale przecież Parlament Europejski działa w określonych warunkach. Można postulować zakaz produkcji mięsa, bo krowy zatruwają atmosferę, można zakazywać spalania węgla, używania energii atomowej, ropy naftowej i gazu. Można, tylko jak to się ma do życia zwykłych ludzi? Zdaje mi się, że ci postępowcy gotowi są bronić Ziemi do ostatniego człowieka.

Parlament UE do kasacji

Moim zdaniem Parlament Europejski powinien zostać zlikwidowany. Nie rozumiem bowiem jego roli, w sytuacji, gdy każde z 27 państw członkowskich ma już własny parlament. Więc mam pytanie: czy Parlament Europejski jest ponad tym 27 parlamentami?

Przyszłość Unii Europejskiej powinna być uratowana poprzez likwidację Parlamentu oraz drastyczne ograniczenie armii urzędników. Przecież z 33 tys. tych zatrudnionych w UE dałoby się sformować kilka dywizji wojska. Tu przypomnę, że jeszcze kilkanaście lat temu kilka państw, w tym Polska, mówiło o potrzebie stworzenia armii europejskiej. Wtedy ze strony Niemiec i Francji rozległ się gromki śmiech i pytanie” „A z kim to mielibyśmy walczyć?”

Przyszła UE powinna być związkiem wolnych państw, bez żadnej czapy, która wzięła się z działań „od czapy”. Wszystkie problemy zaś, które są, były i będą, powinny być rozwiązywane poprzez rozmowy i decyzje wypracowywane przez delegowanych przez rządy ambasadorów, czy też stałych przedstawicieli rządów w UE. I ci delegowani przez dane państwo urzędnicy układaliby się z pozostałymi delegatami co do odpowiednich działań.

Tak jak jest teraz, to kpina ze zdrowego rozsądku, marnotrawstwo dużych pieniędzy i chaos, powodowany przez urzędników. Albo też celowe działanie największych państw Europy. Bo taki układ jaki jest obecnie służy tylko niektórym państwom – na przykład – Francji i Niemcom. Bo mogą one chować się za plecami Unii. I mogą te państwa załatwiać swe interesy z tylnego siedzenia.

Polski ślad w Unii Europejskiej

Polska bierze aktywny udział w pracach UE, w tym Parlamentu Europejskiego. Ale też nasze partie upychają w Parlamencie Europejskim swoich ludzi, których – dla dobra partii – najlepiej jest wysłać za granicę – choćby do UE – niż mieliby siedzieć na miejscu i rozrabiać, stroić niezadowolone miny i krytykować partie-matki.

Mam podejrzenia, że wszystkie partie delegują – do wyborów z biorących miejsc – takich swoich polityków, którzy powinni zniknąć z oczu wyborców na jakiś czas. Przy czym jest to bardzo eleganckie wysłanie: za wspaniałą pensję, luksusowe mieszkania i za ogromny dodatek do polskiej emerytury. Naprawdę, od strony materialnej patrząc, wysyłani nie powinni narzekać.

Mamy zatem w Parlamencie UE co najmniej kilkoro byłych premierów i kilkoro wicepremierów, z których żadne nie jest w Brukseli w nagrodę za to, co zrobił w Polsce.

 

WALTER ALTERMANN: Dwa różne poziomy Teatru Telewizji

W ciągu ostatnich dwóch tygodni obejrzałem dwie sztuki teatralne zrealizowane przez Teatr Telewizji TVP. Pierwsza to „Szczęście Frania” Włodzimierza Perzyńskiego, w reżyserii Agnieszki Glińskiej. Sztukę z roku 2001 powtórzyno niedawno w programie TVP Kultura.

Druga ze sztuk to adaptacja klasycznej powieści „Zaklęte rewiry” Henryka Worcella, w reżyserii Adama Sanjuka z roku 2022 zaprezentowana 9 stycznia 2023 r. w TVP 1.

Co łączy obie te realizacje? Poza tym, że zostały wyemitowane przez TVP w ciągu dwóch tygodni – nic, dosłownie nic.

Włodzimierz Perzyński „Szczęście Frania”

w reżyserii Agnieszki Glińskiej,

premiera w 2001 roku

Komedia Włodzimierza Perzyńskiego jest naszą klasyką, a rolą Frania święcił już triumfy Stefan Jaracz. Krótko mówiąc ta gorzka komedia odsłania zakłamanie, pazerność i brutalność polskiego mieszczaństwa z przełomu XIX i XX wieku. Można nawet powiedzieć, że Perzyński jest okrutny, bo nie owija niczego bawełnę, wali jak młotem w zakute głowy naszej warstwy średniej. Mówi wprost – oto jacy podli i zakłamani jesteście. Im bardziej macie na ustach dobre obyczaje, honor i godność, tym bardziej jesteście wstrętni. W sumie jesteście mali i zakłamani.

Perzyński – obok Zapolskiej – jest czołowym demaskatorem w naszej literaturze. Przy tym wspaniale, lekkim piórem, subtelnie a wnikliwie kreśli charaktery postaci. Jest też mistrzem dialogu, bo jego postacie nie są „nosicielami idei”, niczego nie wygłaszają. U niego bohaterowie są zawsze z krwi i kości – naprawdę jest co grać, jak mawiają aktorzy.

Reżyser i scenografowie: Agnieszka Zawadowska i Krzysztof Benedek stworzyli wspaniały świat dla tej sztuki. Dekoracje i kostiumy są wierne epoce, ale przecież nie ma ich w nadmiarze. My widzowie mamy widzieć, że dom jest zasobny, a nawet bogaty. Kostiumy i dekoracje oddają epokę, ale przecież nie ma w tej sztuce wystawy mebli i kolekcji kostiumów. W sferze „wyglądów” jest tak jak powinno być. Scenografia służy spektaklowi, nie wyrasta ponad niego, co czasami się przecież zdarza.

Największą zasługą pani reżyser jest jednak to, że wszyscy aktorzy grają subtelnie, delikatnie i bardzo głęboko. Mamy więc w spektaklu do czynienia z bohaterami pełnymi. Mając też na względzie to co za chwilę napiszę o „Zaklętych rewirach” w reżyserii pana Adama Sajnuka, zauważę jeszcze, że pani Glińska subtelnie odczytała utwór, i pod jej ręką aktorzy zagrali prawdziwy koncert wiolinowy. Wspaniała to był uczta dla teatromana. I wypada po prostu podziękować. Zatem, dziękuję.

Mam tylko jedną uwagę, nie do twórców, ale do redakcji Teatru Telewizji. Odniosłem wrażenie, że osoba pisząca informację o spektaklu na stronie TVP, nie bardzo chyba wiedziała o czym pisze. Jeżeli – według tej osoby – „Szczęście Frania” jest „…lekką komedią miłosną”, to chyba nie widziała i nie czytała tego utworu. Albo jeszcze gorzej… widziała, czytała, ale nie pojęła. Sztuka Perzyńskiego jest bowiem okrutną analizą zakłamania i podwójnej moralności mieszczańskiej. I w dorobku polskiej dramaturgii tak jest klasyfikowana. Chyba, że TVP chodziło o „nagonienie widza” i dlatego trzeba było napisać, że utwór jest „lekki”. Poza tym, to jakby autor tej notki zaklasyfikował „Damy i huzary” i „Jestem zabójcą” Aleksandra Fredry? Albo i „Lekarza mimo woli” Moliera? No, ale tak to już u nas jest, że nawet w przypadku tak świetnego wystawienia dzieła, znajdzie się jakiś „redaktor”, który spieprzy wszystko do imentu.

Obsada: Maciej Stuhr (Franio), Joanna Szczepkowska (Lipowska), Krzysztof Stroiński (Lipowski), Aleksandra Popławska (Helena), Bartosz Opania (Otocki), Maria Maj (Mroczyńska), Agnieszka Wosińska (Langmarowa).

Henryk Worcell „Zaklęte rewiry”

scenariusz i reżyseria Adam Sajnuk

premiera 9 stycznia 2023 roku w TVP

Naprawdę trzeba mieć sporo odwagi, żeby podjąć się adaptacji i reżyserii „Zaklętych rewirów”, gdy w świadomości widzów ciągle funkcjonuje tak wybitny film, jak ten Janusza Majewskiego. Dla każdego reżysera powtórzenie tego dzieła jest naprawdę ogromnym wezwaniem. Dlatego też przysiadłem fałdów, żeby realizację tak wzniosłego zamiaru obejrzeć. Powiem od razu, że oglądanie realizacji pana Sajnuka przyszło mi z ogromnym trudem, bólem i pozostawiło mnie w głębokiej traumie.

Oto bowiem z powieści o dorastaniu, o nauce rozumienia mechanizmów rządzących światem, o tym, że świat jest migotliwy i niejednoznaczny reżyser Adam Sajnuk nie wziął nic. Poza tym, że rzecz dzieje się w restauracji. W spektaklu nie ma ani atmosfery powieści Worcella, ani też jego tak barwnych postaci. Jeżeli tak, to mam pytanie – skoro reżyser miał własny pomysł na tę sztukę, dlaczego „podpiera” się Worcellem. Trzeba było siąść i napisać swoją sztukę, dziejącą się w knajpie. Bo u pana Sajnuka nie mamy już luksusowego hotelu, nie ma świata „z najwyższej półki”, który Boryczko, główny bohater, musi zrozumieć, przyswoić i do którego musi również dorosnąć. U Worcella bohater odrzuca w finale ten świat, ale to w tej restauracji przeżył i zrozumiał tak wiele. I w sumie świat restauracji u Worcella jest światem fascynującym.

O ile chodzi o spektakl pana Sajnuka, to nie ma w nim niczego fascynującego. Niestety, świat tej powieści, widziany oczyma adaptatora i reżysera w jednym, jest wulgarny i prostacki. I tak też grają aktorzy. Gdyby tylko kilku z obsady, pomyślałbym, że reżyser nie zapanował nad aktorami. Ale nie, wszyscy grają ludzi przygłupich i hałaśliwych, a tajemnicza, dystyngowana restauracja jest czymś w rodzaju upadającego baru na dalekiej polskiej prowincji. I to gdzieś tak pod koniec PRL-u.

Sztukę otwiera bezsensowna scena, w której kelnerzy, jeden po drugim, ciskają z hukiem swoje tace do zlewozmywaka. Przecież nie ma tak głupich właścicieli, nawet przydrożnych barów, którzy trzymaliby o jeden dzień za długo takich prymitywnych „niszczycieli” ich majątku.

W realizacji pana Sajnuka nie ma też cienia dialogów, a każdy z aktorów coś tam wykrzykuje, często wprost do kamery. Niczego nie zrozumiałem, a przede wszystkim nie wiem, dlaczego ktoś zdecydował się na emisję tak strasznej rzeczy. Zdarza się, że coś nie wyjdzie, ale wtedy zamyka się taśmę w szafie z napisem „Nie ruszać do roku 2099” i jest święty spokój.

Być może zasłonę tajemnicy tego dzieła odsłania wprowadzenie do spektaklu, znowu pióra redakcji Teatru Telewizji, bo w informacji można przeczytać, że: „…spektakl nawiązuje formą do performance’u”. Mój Boże! A cóż to znaczy? Gdyby jeszcze ów redaktor napisał, że spektakl wyrasta z ducha „prymitywnego brutalizmu”, miałbym jakieś wątpliwości. A tak, nie mam żadnych – niepotrzebna, szkodliwa estetycznie realizacja TVP. Przykre, ale tak właśnie jest.

Obsada: Agata Piotrowska-Mastalerz, Marek Kossakowski, Mariusz Drężek, Mateusz Banasiuk, Mateusz Znaniecki, Sebastian Cybulski.

 

 

Nie żyje Andrzej Kociuba, wieloletni dyrektor DPT SDP w Kazimierzu Dolnym. Pogrzeb 19 stycznia w Lublinie

W wieku 73 lat, po długiej i ciężkiej chorobie, zmarł Andrzej Kociuba, wieloletni dyrektor Domu Pracy Twórczej SDP w Kazimierzu Dolnym.

Andrzej Kociuba funkcję dyrektora DPT SDP pełnił przez 17 lat, w 2021 roku przeszedł na emeryturę. Był sumiennym pracownikiem, zawsze oddany i życzliwy gościom oraz członkom naszego stowarzyszenia, którzy odwiedzali DPT w Kazimierzu.

Rodzinie i bliskim składamy wyrazy głębokiego współczucia.

 

Malował muzykę promieniem lasera – TERESA KACZOROWSKA o Stanisławie Ostoi-Kotkowskim

Mija właśnie 100 lat jak narodził się niezwykle wszechstronny artysta, twórca sztuki laserowej, nazywany Mistrzem światła, Stanisław Ostoja-Kotkowski. W Polsce mało znany, a w świecie sławny, szczególnie w Australii, gdzie rzuciły go losy wojny. Jego przełomowe, wyprzedzające epokę osiągnięcia, wpisano na Listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.

Ten wybitny malarz, rzeźbiarz, scenograf, fotografik, grafik nazywany „Mistrzem światła”, wykorzystywał w swojej niezwykłej twórczości najnowsze zdobycze techniki, wyprzedzając swoją epokę. Zamienił pędzel na promienie lasera, malował nimi muzykę i – jako pierwszy w świecie – użył efektów laserowych podczas przedstawienia teatralnego (1968) i operowego (1974), wykonując nimi scenografię. Organizował koncerty laserowe, w których zamieniał muzykę w obrazy. Wykonywał grafiki komputerowe inspirowane fraktalami i kolaże optyczne; stawiał pomniki, projektował witraże i mozaiki.

Stanisław Ostoja Kotkowski i jego kolaże, Stirling, lipiec 1982. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Stanisław Ostoja- Kotkowski (1922-1994) urodził się 28 grudnia 1922 r. w Golubiu, jako syn Stefana i Jadwigi Kotkowskich. Był spokrewniony z Witoldem Gombrowiczem – dziadek pisarza, Ignacy Gombrowicz i pradziadek artysty, Stanisław Kotkowski, byli rodzonymi braćmi. Rodzina Kotkowskich przeprowadzała się – najpierw z Golubia do Brodnicy (w 1925 r.  urodziła się tam Irena, jedyna siostra przyszłego artysty), a w 1937 r. do Przasnysza, gdzie Stefan Kotkowski objął stanowisko dyrektora banku w Komunalnej Kasie Oszczędności. Jego syn, nastolatek Staś, uczył się w latach 1937-1939 w przasnyskim gimnazjum, uzyskując w 1939 r. tzw. małą maturę.

– Od najmłodszych lat przejawiał zainteresowania artystyczne – mówi Krzysztof Gadomski, artysta plastyk z Przasnysza, współautor z żoną Agnieszką wydanej w 2006 r. publikacji „Stanisław Ostoja- Kotkowski. Mistrz światła”. – W Przasnyszu przebywał w tym czasie malarz Olgierda Vetesco, u którego w latach 1939-1945 Stanisław mógł pobierać pierwsze lekcje rysunku i malarstwa. Dało to mu podstawy warsztatowe i wiedzę z teorii sztuki.

W Przasnyszu młodzieniec działał też w Polskim Podziemiu, wspierając walkę z okupantem niemieckim. Jego ojciec, bankowiec, po udziale w kampanii wrześniowej trafił do niewoli, a potem na kilka lat do niemieckiego oflagu. Aby pomóc w utrzymaniu rodziny jego syn podjął pracę w miejscowym zakładzie mechanicznym, gdzie zdobył też prawo jazdy. Dzięki temu, a także dzięki dobrej znajomości języka niemieckiego, Stanisław został kierową niemieckiego lekarza powiatowego w Przasnyszu. Swoją pracę wykorzystywał w walce podziemnej, przewożąc łączników i broń służbowym „Adlerem”. Należał do AK, współpracował z miejscową organizacją, której przewodził Henryk Pszczółkowski. Pod koniec wojny został zabrany przez Niemców jako zakładnik, jednak podczas transportu zdołał uciec.

Trafił do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech. Tam, w 1945 r. udało mu się zdać egzaminy do ASP w Dusseldorfie, gdzie w latach 1945-1949 studiował malarstwo. Zainspirowała go twórczość Kandinsky’ego oraz …opera. „Będę malował muzykę” – napisał z Dusseldorfu w jednym z listów do matki w Przasnyszu. W Niemczech też postanowił  wybrać za swoją nową ojczyznę Australię. Wyemigrował jesienią 1949 r.

Stanisław Ostoja Kotkowski, eksperymenty łączenia dźwięku ze światłem 2, Prahran, październik 1976. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

W Australii kontynuował studia w Wiktoriańskiej Szkole Sztuk Pięknych w Melbourne, zarabiając na życie jako robotnik i malarz elewacji domów. Podczas licznych podróży po Australii zafascynowała go bogata kolorystyka i światło tego kontynentu. Zaczął poszukiwać odpowiednich farb, aby oddać  niezwykłość wyspy. Znalazł je w USA, były to polimery. W 1955 r., po osiedleniu się w Stirling koło Adelajdy, odbyła się w Royal Society of Arts, South Australia, pierwsza wystawa abstrakcyjnych obrazów Stanisława Ostoi-Kotkowskiego („Ostoja” to pierwszy człon z herbu rodu Kotkowskich, który wykorzystał do sygnowania swoich prac). Zaczął zdobywać coraz większe uznanie i wystawiać prace na kolejnych ekspozycjach, m.in. jego polimerowe dzieła wystawiono w 1965 r. w Pałacu Sztuki w Krakowie. Dwa lata później otrzymał stypendium Churchilla, dzięki czemu odwiedził Polskę, kilka krajów europejskich, a także Japonię i Stany Zjednoczone.

W latach osiemdziesiątych Ostoja zaczął tworzyć obrazy sprzężone z muzyką, przekładać dźwięk na dzieła plastyczne. Marzenie połączenia obrazu i dźwięku zrealizował w 1975 r., kiedy na uniwersytecie w Melbourne zainstalował  kompozycję z 24 płyt z emalii szklistej, wypalonej na stali. Wmontował w nią „theremin” – urządzenie, które wytwarzało muzykę przy kontakcie z ludzkim ciałem. Swoje eksperymentalne „theremity” połączone z dziełami sztuki, optycznymi kolażami prezentował na festiwalach, na budynkach, wystawiał w galeriach, budząc ogromne zainteresowanie.

Stanisław Ostoja Kotkowski, eksperymenty łączenia dźwięku ze światłem, Prahran, październik 1976. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Angażował  się również w projektowanie dekoracji scenicznych i teatralnych, stosując zaskakujące kinetyczne dekoracje świetlne, łącząc muzykę ze światłem, baletem, obrazem. W 1968 r. zastosował po raz pierwszy w świecie laser na scenie – zaprezentowana na Festiwalu Sztuki w Adelajdzie sztuka „The Veldt” Raya Bradbury’ego, z zastosowaniem wiązki laserowej, była pierwszym tego rodzaju pokazem na świecie. Później stał się twórcą opraw scenicznych wielu oper i widowisk – do 1974 r. wykonał ich, z wykorzystaniem lasera ponad 30. Uległ magii lasera. W 1982 r. Ostoja był np. autorem scenografii do „Wesela” Stanisława Wyspianskiego, które zostało wystawione w Teatrze Polskim w  Adelajdzie na 30-lecie tego teatru. W ciągu kilkunastu lat pracy scenografa tak udoskonalił swój warsztat, że zaczął  malować dekoracje sceniczne samym  światłem.

Stanisław Ostoja Kotkowski, kompozycj z emalii szklistych, 1975 r. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Cały czas parał się również innymi formami sztuki. Jest autorem licznych płaskorzeźb, rzeźb, fresków i konstrukcji świetlnych w gmachach użyteczności publicznej (w Melboume, Adelajdzie, Pert, Canberze), abstrakcyjnych kompozycji malarskich wykonanych w emalii szklistej, kolaży optycznych, grafik komputerowych, fotografii artystycznych, pokazów fotografiki kinetycznej, spektakli i koncertów laserowych. Poza urządzeniami wytwarzającymi muzykę w zetknięciu z ludzkim ciałem („thereminami”), jest też twórcą wież chromasonicznych, w tym śpiewającej wieży w Adelajdzie (1978), reagującej na ruch uliczny gamą kolorowych, pulsujących świateł,  czy kinetycznego fresku słonecznego Solaris (1986).

Ostoja był artystą wszechstronnym, niezwykle pracowitym, a jego talent i niespokojny duch zmuszały go do ciągłych poszukiwań, co czyniło go nowatorem i wizjonerem. Należał do wielu światowych towarzystw, w tym Royal Society of Art w Londynie, był laureatem mnóstwa międzynarodowych nagród. Został uhonorowany m.in. przez królową Elżbietę II najważniejszym australijskim odznaczeniem państwowym „Orderem Australii” (1992) i przez ministra kultury RP Medalem „Zasłużony dla Kultury Polskiej” (1990).

Z Polską nigdy nie zerwał kontaktów – odwiedził ją dwukrotnie, m.in. w 1991 r., kiedy zaprezentował swój koncert laserowy w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Odwiedził też wtedy Przasnysz – matkę, kolegów szkolnych, był przyjęty przez władze. Działał aktywnie w środowisku australijskiej Polonii, propagował kulturę polską na tym odległym kontynencie. Jest autorem pomnika Tadeusza Kościuszki, który stanął w 1988 r. w Cooma, ok. 80 kilometrów od Góry Kościuszki – najwyższego szczytu Australii. Wykonał też pomniki Bohaterstwa Żołnierza Polskiego, Ofiar Katynia w Adelajdzie, a także mozaikę w kościele św. Maksymiliana Kolbe w Ottoway. Prace Ostoi-Kotkowskiego można dziś oglądać w australijskich oraz zagranicznych zbiorach państwowych i prywatnych. W lutym 2008 r. archiwum jego dzieł na University of Melboume – zawierające różnorodne formy sztuki artysty, m.in. zapisy wykładów, programy, fotografie, slajdy, pokazy laserowe, modele rzeźb, rzeźby – wpisano na australijską Listę Pamięć Świata UNESCO „Memory of the Word Register of Australia”.

Po śmierci, nocą z 2 na 3 kwietnia 1994 r., spoczął w Polsce – w grobie rodzinnym na Cmentarzu Wojskowym w Warszawie na Powązkach, razem ze swoją siostrą Ireną.

– Sprowadziłam prochy Stasia z Australii do Warszawy, przy wsparciu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, bo w Australii rodziny nie założył – opowiada dbająca o pamięć wuja, mieszkająca w Warszawie jedyna córka Ireny, Liliana Adamczyk, która jest spadkobierczynią wielu jego obrazów. – Archiwum Ostoi, m.in., grafiki komputerowe, własnoręcznie wykonane albumy, artykuły o nim i książki są natomiast w Muzeum Narodowym w Warszawie, które przekazał w darze sam artysta.

Pamięć o Stanisławie Ostoi-Kotkowskim niesie też Przasnysz, gdzie do końca mieszkali i spoczywają jego rodzice. Miejscowe Muzeum Historyczne posiada cenny zbiór korespondencji i zdjęć, które przekazała matka artysty Jadwiga Kotkowska, są tez listy do jego przasnyskich kolegów, oryginalne karty pisane z całego świata oraz inne pamiątki. W Przasnyszu jedna z ulic oraz dom kultury noszą jego imię, organizowane są ogólnopolskie Festiwale „Fabryka Światła”, Przeglądy Sztuki Współczesnej im. Stanisława Ostoi- Kotkowskiego. Od 2006 r. przyznawany jest też Medal Stanisława Ostoi- Kotkowskiego w trzech kategoriach: twórca uznany, debiut, medal honorowy. Przasnysz upamiętnia też 100. urodziny Stanisława Ostoi -Kotkowskiego – w formie wystaw, warsztatów, spektakli laserowych, konkursów, testów, prelekcji  – w miejscowych placówkach kultury. Np. w sierpniu br. Miejska Biblioteka Publiczna zorganizowała spotkanie z australijskim muzykiem dr. Robinem Foxem, który inspiruje się twórczością Stanisława Ostoi–Kotkowskiego tworząc spektakle, koncerty oraz widowiska łączące laser z dźwiękiem i przenosząc widzów w sferę, w której światło oraz muzyka działają jako jedno.

Jeden z koncertów laserowych Ostoi. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Grudniowe zebranie Zarządu Głównego SDP

Przedłużenie terminu przesyłania zgłoszeń dziennikarzy do 29. Konkursu o nagrody SDP,  dyskusja na temat wsparcia działań IFJ dla niezależnych dziennikarzy i wydawnictw w Hong-Kongu, przygotowania do konferencji w styczniu na temat działań m.in. Prokuratury, Społecznego Komitetu Pamięci Jarosława Ziętary oraz CMWP SDP  w sprawie wyjaśnienia okoliczności zbrodni sprzed 30 lat, informacja o przygotowaniach do zmian współpracy EFJ i IFJ  z SDP (propozycje) oraz uruchomienie od 1 stycznia 2023 czterech miejsc noclegowych (dla członków SDP preferencyjne ceny) w budynku przy ul. Foksal 3/5   – to wiodące  tematy comiesięcznego zebrania Zarządu Głównego SDP, jakie miało miejsce 20 grudnia 2022 r.

Zebranie odbyło się w formie mieszanej, stacjonarnie oraz zdalnie dla tych członków  Zarządu, którzy nie mogli tym razem przyjechać do Warszawy.

W czasie zebrania odczytano świąteczno-noworoczny list z życzeniami wraz z podziękowaniem za wsparcie od ukraińsko-polskiego zespołu informacyjno-analitycznego „Niezależne Media Forum” , który został przesłany do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (więcej o tym TUTAJ). List podpisał Jurij Szczerbak, przewodniczący  i Anatolij Sierykow, dyrektor wykonawczy Forum.

W planie zebrania było także łączenie zdalne z Siergiejem Tomilenko, prezesem Narodowego Stowarzyszenia Dziennikarzy Ukraińskich i z Mykolą Semeną, sekretarzem generalnym tego Stowarzyszenia, którzy znajdują się w Kijowie, ale od dwóch dni ze względu na stały brak prądu  nie było z nimi łączności internetowej, odezwali się przysyłając krótką wiadomość SMS. W imieniu SDP  przekazaliśmy im życzenia z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia i zapewniliśmy o naszej solidarności z nimi oraz gotowości do dalszego świadczenia pomocy tym dziennikarzom z Ukrainy, którzy za pośrednictwem NUJU przybywają do Polski. SDP zapewnia im utrzymanie i noclegi w Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym od marca 2022 r.

Po zebraniu miało miejsce spotkanie wigilijne pracowników i stałych współpracowników  biura i Zarządu Głównego SDP.

oprac. jh

 

Kontrowersyjna fundacja „Otwarty dialog” przeciwko red. Tomaszowi Sakiewiczowi. Relacja obserwatora CMWP SDP z rozprawy

16 grudnia  w warszawskim Sądzie Okręgowym odbyła się kolejna rozprawa z powództwa Fundacji Otwarty Dialog oraz Bartosza Kramka i jego żony  Ludmiły Kozłowskiej przeciwko Tomaszowi Sakiewiczowi. Tym razem zebrani wysłuchali zeznań  Marszałek Sejmu Małgorzaty Gosiewskiej. Proces jest objęty monitoringiem CMWP SDP  jego obserwatorem jest Anna Maria Szczepaniak. 

Marszałek Sejmu, odnosząc się do kontaktów z Fundacją, wyjaśniła: „Podejmowali się różnych działań i oczywiście to ich uwiarygadniało w środowisku. Kiedy informacje o różnych powiązaniach, a przede wszystkim niejasności co do źródeł finansowania fundacji pojawiły się w przestrzeni medialnej, to współpracę z nimi ja i wielu innych polityków, działaczy i dziennikarzy stopniowo ograniczało”.

Przedmiotem sprawy są wypowiedzi medialne redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” zawierające „inkryminowane treści odnoszące się do Powodów”. Zdaniem skarżących owe „wypowiedzi naruszyły dobre osobiste Ludmiły Kozłowskiej oraz Bartosza Kramka w postaci ich dobrego imienia oraz Fundacji Otwarty Dialog w postaci jej renomy”. Chodzi m.in. o wywiad na antenie Telewizji Republika z kwietnia 2019 r., w którym red. Tomasz Sakiewicz stwierdził: „Otwarty Dialog” miał bardzo silnych zwolenników w Polsce, oni się pod tymi szatami demokratycznymi ukrywali. Myśmy ostrzegali, że tam są rosyjskie pieniądze. Jest coś bardzo niedobrego w tym, że fundacja, która angażuje się w przewrót polityczny w Polsce, bierze pieniądze od polityków z innych państw”. Z kolei antenie Polskiego Radia apelował: „Fundacja, która jest finansowana przez rosyjskie służby – a jest na to coraz więcej dowodów – nie powinna działać w Polsce, to jest łamanie prawa (…). W naszych publikacjach ujawnialiśmy przede wszystkim to, że pani Ludmiła Kozłowska i Bartosz Kramek biorą pieniądze od cieszącej się największym zaufaniem rosyjskiego rządu części przemysłu wojskowego. Zwracaliśmy również uwagę, że biorą pieniądze od rządu niemieckiego. To jest przedziwny układ, swoisty pakt Ribbentrop-Mołotow na poziomie fundacji. Mamy do czynienia z sytuacją, kiedy służby różnych państw finansują organizację angażującą się w finansowanie przewrotów w Europie Środkowej, ale zwalczającej również polski rząd”. Naczelny GP nawiązywał tym do słynnego manifestu Kramka oraz hasła „niech państwo stanie: wyłączmy rząd!”. Tymi słowami w 2017 r. mąż Kozłowskiej nawoływał otwarcie do puczu w Polsce.

W imieniu strony skarżącej stawiła się jedynie pełnomocnik Ingrid Gruszka. Na zakończenie wniosła ona o przesłuchanie Kramka oraz Kozłowskiej, która obecnie – ze względu na zakaz wjazdu do Polski – przebywa w Brukseli. Emigracja Kozłowskiej to skutek decyzji szefa Urzędu ds. Cudzoziemców, który w sierpniu 2018 r. umieścił nazwisko szefowej Fundacji Otwarty Dialog w Systemie Informacji Schengen – międzynarodowej komputerowej bazie danych, która umożliwia kontrolę obserwowanych, podejrzanych lub ściganych osób lub przedmiotów – i oznaczył ją najwyższym alertem. Choć obecnie dane Kozłowskiej nie znajdują się już w SIS, a 5 grudnia Naczelny Sąd Administracyjny uchylił niekorzystny dla niej wyrok, aktywistkę wciąż obowiązuje zakaz wjazdu na teren Polski.

Podczas kolejnej rozprawy mają być przesłuchani Ludmiła Kozłowska i Bartosz Kramek. Sąd nie wyznaczył jeszcze terminu tej rozprawy.

 Anna Maria Szczepaniak

CEZARY KRYSZTOPA: Co oni tam znowu podpisali?

 Czasem myślę, że pieniądze z KPO to chyba najgłupszy kredyt na świecie. Choć z punktu widzenia „banku” sprytnie pomyślany. Jakby większość umowy była napisana małym druczkiem, a spora część reszty atramentem sympatycznym.

Kredytobiorcy sami go sobie finansują (w sierpniu media donosiły, że Polska już spłaca odsetki od pieniędzy z KPO w ramach swoich składek do budżetu UE), a nie to nawet, że pieniądze mogą wydać tylko na cele ważne dla Brukseli (większość tych celów to kompletnie nam zbędne w kryzysie zielone dyrdymały, ale i tak, jeden Premier wie po co, je finansujemy bez gwarancji zwrotu pieniędzy, które już spłacamy), jak się okazuje pieniędzy mogą nawet pod byle pretekstem, nie powąchać. O bardzo niebezpiecznych dla suwerenności państw narodowych europodatkach i uwspólnotowieniu długu, nawet nie wspomnę.

„Sukces”

No ale znowu jesteśmy blisko „sukcesu”. Nagłówki mediów informują o tym, że „kompromis jest blisko”. Fakt, skoro już ten kredyt spłacamy i już ponieśliśmy jego koszty strategiczne, to może i jakimś „sukcesem”, że „cnotę straciliśmy, ale na rubelka jest szansa”. Pytanie, jakim znów kosztem?

No niby mamy zrealizować te nieszczęsne „kamienie milowe”. Przypominam, że jest w nich zapisane podniesienie wieku emerytalnego, opodatkowanie samochodów spalinowych, czy wręcz poniżający postulat zmiany regulaminu Sejmu. Innym warunkiem jest ponowna zmiana systemu dyscyplinowania sędziów poprzez przeniesienie go do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Siarczysty policzek został już wymierzony odważnym sędziom, którzy zechcieli zasiadać w Izbie Dyscyplinarnej SN, teraz jeszcze policzek dla tych, którzy odważyli się wejść w skład Izby Odpowiedzialności Zawodowej. A jeśli w środowisku sędziowskim jest jeszcze ktoś kto nie identyfikuje się z patologią „nadzwyczajnej kasty” ten oberwie, według nieoficjalnych doniesień medialnych, przy okazji zgody na kwestionowanie statusu sędziego. Pasmo skandalicznych wyroków z ostatnich tygodni wydawało Wam się wyjątkowym kuriozum? To zapnijcie pasy, bo zrewoltowana „nadzwyczajna kasta” dopiero się rozkręca.

Wybaczcie

Wiem, że wielu z moich czytelników nie spodoba się to co piszę. Oczywiście przebierająca nóżkami alternatywa dla tego rządu równa się rezygnacji Polski z pozycji, którą ta ma szansę osiągnąć dzięki nowej geopolitycznej układance i zaprzęgnięciu jej na nowo do niemieckiego powozu. Ale ileś „sukcesów” Mateusza Morawieckiego w polityce europejskiej pogorszyło naszą pozycję negocjacyjną. Rezygnacja z weta i akceptacja „mechanizmu warunkującego”, przed którym miał nas zabezpieczać zapis o tym, że dotyczy kwestii budżetowych, oraz enigmatyczne „gentlemen’s agreement” (a nawet w jakimś sensie te nieszczęsne bilbordy na przyczepach o miliardach euro), nałożyła nam wędzidło. A pieniędzy nie było. Akceptacja kuriozalnych „kamieni milowych” dała podstawę prawną do pozatraktatowych szantaży Brukseli, takich jak te dotyczące pozostających poza jej jurysdykcją kwestii systemu sprawiedliwości. A pieniędzy nie było. Teraz będą? Nikt się nie rwie do odpowiedzi.

Wybaczcie więc, że nie skaczę radośnie na dźwięk słowa „sukces”, a raczej zastanawiam się „co oni tam znowu podpisali”?

SDP CAFE. Edycja 2. JAN ANDRZEJ WALASEK

ODCINEK 12. Z Janem Andrzejem Walaskiem, artystą malarzem, rzeźbiarzem, rozmawia Monika Florek-Mostowska.     

Druga edycja „SDP Cafe” to przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl 15 rozmów z twórcami kultury. Dziennikarze odwiedzają ich z kamerą w domach, pracowniach w różnych miejscach Polski lub zapraszają do „kawiarenki” zaaranżowanej w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie.

Więcej informacji o spotkaniu TUTAJ.

Więcej informacji o „SDP Cafe” TUTAJ.

Projekt dofinansowany jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz Narodowego Centrum Kultury.

Partnerzy medialni:

Do Rzeczy, Sieci, wPolityce.pl, Radio Wnet, Informator Stolicy, portal Waw4free, Bez wierszówki, Forum Dziennikarzy

CMWP SDP w obronie red. Mateusza Cieślaka z portalu katowicedzis.pl skazanego z art. 212 kk

W związku z prywatnym aktem oskarżenia z art. 212 § 2 k.k. wniesionym przez oskarżyciela prywatnego przeciwko red. Mateuszowi Cieślakowi, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela w zakresie wolności słowa i apeluje o uniewinnienie oskarżonego od zarzucanego mu czynu. 

Wyrokiem z dnia 31.05.2022 r. Sąd Rejonowy Katowice – Zachód uznał oskarżonego winnym czynu polegającego na tym, że w dniu 28 października 2018 r. w Katowicach, za pomocą środków masowego komunikowania, na łamach portalu internetowego www.katowicedzis.pl, w artykule pt. „Za pieniądze pacjentów?”, zawierającym rzekomo nieprawdziwą sugestię w formie pytania: „Czy za pieniądze zadłużonego szpitala – gdzie Mariusz Wołosz jest dyrektorem – finansowana jest brudna kampania wyborcza?”, pomówił Mariusza Wołosza o finansowanie kampanii wyborczej ze środków Szpitala Miejskiego nr 2 w Mysłowicach, a zatem o takie postępowanie, które mogło poniżyć go w opinii publicznej oraz narazić na utratę zaufania potrzebnego dla zajmowanego stanowiska i prowadzonej działalności publicznej, czym wyczerpał znamiona występku z art. 212 § 2 k.k. w zw. z art. 212 § 1 k.k. i za to na podstawie art. 212 § 2 k.k. Sąd wymierzył mu karę grzywny w wymiarze 100 stawek dziennych, ustalając wysokość jednej stawki na kwotę 20 zł. Na podstawie art. 212 § 3 k.k. Sąd zasądził od oskarżonego na rzecz Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt w Bytomiu kwotę 2.000 zł tytułem nawiązki. Ponadto, Sąd zasądził od oskarżonego na rzecz Skarbu Państwa opłatę w kwocie 200 zł oraz zwrot wydatków na rzecz Mariusza Wołosza w kwocie 300 zł.

W ocenie CMWP SDP z powyższym wyrokiem nie sposób się zgodzić. Sąd I instancji dopuścił się naruszenia fundamentalnej zasady procesu karnego, jaką jest zasada domniemania niewinności i rozstrzygania wątpliwości na korzyść oskarżonego. W sprawie nie zgromadzono bowiem jakichkolwiek dowodów winy oskarżonego, wszystkie natomiast występujące w sprawie wątpliwości, rozstrzygnięto na jego niekorzyść. Jednoznacznie należy stwierdzić, że żaden z przeprowadzonych dowodów nie wykazał, aby oskarżony Mateusz Cieślak dopuścił się zarzuconych mu czynów.

Sprawa dotyczy artykułu „Za pieniądze pacjentów” opublikowanego 28 października 2018 r. na portalu katowicedzis.pl (link do artykułu: https://katowicedzis.pl/2018/10/za-pieniadze-pacjentow/) . W artykule tym red. M. Cieślak usiłował zgodnie z zasadami sztuki dziennikarskiej wyjaśnić wątpliwości dotyczące finansowania kampanii samorządowej w Bytomiu, w której czynnie uczestniczył oskarżyciel prywatny . Redaktor M. Cieślak zadał pytanie „Czy za pieniądze zadłużonego szpitala – gdzie Mariusz Wołosz jest dyrektorem – finansowana jest brudna kampania wyborcza?”, które w ocenie CMWP SDP w żadnym razie nie mogło oskarżyciela zniesławić. To, że poczuł się on urażony wyrwanymi z kontekstu fragmentami artykułu (do prywatnego aktu oskarżenia nie dołączono nawet całego artykułu, a zaledwie jego część, co Sąd I instancji pomija), to w świetle zgromadzonych dowodów i funkcji prasy w demokratycznym państwie, było to pytanie całkowicie uprawnione. Warto przy tym podkreślić, iż sformułowanie „brudna kampania wyborcza” nawet dla Sądu I instancji skazującego dziennikarza nie było kontrowersyjne, bo w toku procesu został przedstawiony obszerny materiał dowodowy wskazujący na to, że kampania wyborcza w wyborach władz samorządowych w Bytomiu prowadzona była niezwykle brutalnie.

Oskarżony o zniesławienie z art. 212 kk redaktor Mateusz Cieślak w inkryminowanym artykule przedstawił ustalenia swojego dziennikarskiego śledztwa. Wynikało z niego, iż za czasów dyrektorowania Mariusza Wołosza Szpital Miejski nr 2 w Mysłowicach ponosił straty (są wymienione – od 474 tys. zł w 2014 r. do 3,5 mln zł w 2017 r.), ale w czasie zadłużania się szpital miał agencję PR odpowiadającą za jego wizerunek. Właścicielem tej agencji był jednocześnie właściciel domeny, na której była prowadzona kampania promująca p. Mariusza Wołosza jako kandydata na prezydenta Bytomia oraz kampania brutalnie atakująca urzędującego prezydenta miasta. Z dziennikarskiej analizy wynikało, że w/w szef agencji PR mającej umowę ze szpitalem, miał również umowę na prowadzenie kampanii wyborczej dyrektora szpitala, która finansowana była ze środków publicznych, które nie powinny być przeznaczane na ten cel.

Akt oskarżenia z art. 212 kk przeciwko redaktorowi M. Cieślakowi wpłynął do sądu dokładnie rok po publikacji artykułu, w ostatnim możliwym dniu przewidzianym przez prawo.  Ze względu na to, iż rozprawy z art. 212 kk z reguły prowadzone są w trybie niejawnym, nie można ujawnić przebiegu procesu ani dowodów, jakie przedstawił w sądzie dziennikarz, który obszernie udokumentował swoje dziennikarskie śledztwo. Z całą pewnością należy stwierdzić, iż dochował on wszelkiej staranności i rzetelności dziennikarskiej pisząc swój artykuł, zwłaszcza jeśli zważy się na liczbę czynności wykonanych przez dziennikarza przed opublikowaniem spornej publikacji. Lista tych czynności z całą pewnością znajduje się w zebranym przez Sąd materiale dowodowym. Red. Cieślak przy tym nie wydawał jednoznacznych sądów, a jedynie wyraził swoje wątpliwości formułując pytanie główne artykułu „Czy za pieniądze zadłużonego szpitala – gdzie Mariusz Wołosz jest dyrektorem – finansowana jest brudna kampania wyborcza?”  Co istotne, artykuł ukazał się między I i II turą wyborów, ale po jego publikacji akt oskarżenia nie został skierowany w trybie wyborczym. Na marginesie – kuriozalne są w świetle tych faktów zeznania oskarżyciela prywatnego Mariusza Wołosza, który stwierdził, iż gdyby nie artykuł oskarżonego mógł wygrać wybory na prezydenta Bytomia w I turze, podczas gdy – przypomnijmy –  artykuł ukazał się już po I turze wyborów, a Mariusz Wołosz wybory w II turze wygrał.

CMWP pragnie zwrócić uwagę, że publikacje Mateusza Cieślaka miały charakter ocen i to nakierowanych na wyjaśnienie sprawy oraz zwrócenie na nią uwagi opinii publicznej. Zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, że „Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice.” Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: „Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania, rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pismem lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru.” Wreszcie, zgodnie z art. 54 ust. 1 Konstytucji RP, każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. W tym kontekście trafny jest podniesiony w apelacji zarzut naruszenia przepisów postępowania karnego w sposób mający wpływ na treść rozstrzygnięcia, tj. niezastosowania w tym postępowaniu art. 17 § 1 pkt 2 w sytuacji, gdy czyny zarzucone oskarżonemu dziennikarzowi nie zawierały znamion czynu zabronionego. W ocenie CMWP SDP w związku z powyższym aktualna jest przesłanka o umorzeniu postępowania przeciwko dziennikarzowi na podstawie tegoż przepisu.

Odnosząc się natomiast do kwestii, czy swoimi publikacjami red. Mateusz Cieślak nie przekroczył granic dozwolonej krytyki, należy zwrócić uwagę, że zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPCz), wolność wypowiedzi dziennikarskiej obejmuje również możliwość użycia pewnej dozy przesady lub prowokacji (sprawa Prager
i Oberschlick przeciwko Austrii
, skarga nr 15794/90). W sprawie Lingens przeciwko Austrii ETPCz wskazał m. in., że „Granice dozwolonego krytycyzmu są odpowiednio szersze w odniesieniu do polityków niż w stosunku do osób prywatnych. W przeciwieństwie do nich, politycy wystawiają się świadomie i w sposób nieunikniony na kontrolę każdego swego słowa i czynu zarówno przez dziennikarzy, jak ogół społeczeństwa i muszą w związku z tym wykazać się większym poziomem tolerancji.”. Jako przykład orzeczenia zgodnego z linią strasburską należy wskazać wyrok Sądu Najwyższego z dnia 2 czerwca 2003 r. (III KK 161/03 – LEX nr 78847) w którym SN stwierdził: „Przepis art. 10 EKPC, gwarantujący prawo do swobodnej wypowiedzi, jest w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka traktowany jako dający swobodę wszelkim rodzajom wypowiedzi wyrażających opinie i idee lub informacje, niezależnie od ich treści oraz podmiotu wypowiadającego się. Podnosi się przy tym, że głównymi aspektami tej swobody jest wolność prasy, stanowiąca warunek publicznej krytyki, jako swobodny element skutecznej demokracji.” Z kolei w postanowieniu z dnia 28 sierpnia 2003 r. (III KK 246/03 – OSNwSK 2003/1/1845) Sąd Najwyższy podniósł, że „zakres wolności słowa w sferze życia publicznego musi być szerszy niż w sferze prywatnej, zaś osoby uczestniczące w życiu publicznym muszą liczyć się z krytyką, gdyż świadomie i w sposób nieunikniony wystawiają swe słowa i działania na reakcje społeczeństwa. Krytyka jako wkład w formę debaty publicznej a zarazem kontrola osób sprawujących stanowiska publiczne jest niezbędna w demokratycznym państwie prawa”. Powyższe stwierdzenia, odnoszą się z całą pewnością do polityków (osób publicznych), co w świetle bogatego orzecznictwa sądowego implikuje konieczność liczenia się przez nich z krytyką, nawet wyrażaną w ostrej formie.

Nie można wreszcie pominąć faktu, że oskarżony dziennikarz dołożył w toku postępowania pierwszoinstancyjnego wszelkich starań, aby udowodnić prawdziwość zarzutów, które wysunął wobec dyrekcji szpitala. Wskazał, że w aktach sprawy zawarte są dowody (dokumenty, zeznania świadków) potwierdzające okoliczności, które przytoczył w swoich publikacjach. Swoje tezy oparł na oficjalnych dokumentach, na podstawie których dokonał wyliczeń. Przedstawione przez oskarżonego wyjaśnienia są w tej mierze na tyle spójne i logiczne, że trudno jest zrozumieć, dlaczego Sąd Rejonowy nie uwzględnił dowodów ewidentnie przemawiających przeciwko skazaniu. Ocena tego stanu rzeczy należy jednak do Sądu II instancji. W tym kontekście, skazanie dziennikarza wyrokiem karnym za stawianie pytania o finansowanie kampanii wyborczej oraz ujawnianie nieznanych opinii publicznej faktów jej dotyczących, jest nie tylko nie do pogodzenia z międzynarodowymi, powszechnie uznanymi standardami wolności słowa, ale wręcz podważa powagę polskiego sądownictwa. Wydawanie wyroków skazujących za tego rodzaju czyny nie powinno mieć miejsca w praworządnym państwie w XXI w. Zdumienie budzi przy tym to, iż Sąd uznał, że artykuł red. Cieślaka mógł prowadzić do utraty zaufania do Mariusza Wołosza w środowisku branżowym, wśród pacjentów, jak i potencjalnych wyborców. Tymczasem Mariusz Wołosz nie był i nie jest lekarzem, nie miał więc kontaktu z pacjentami, więc nie wiadomo, dlaczego oni mieliby darzyć go jakimkolwiek zaufaniem, które po publikacji miałby utracić. Szpital znajduje się zresztą w Mysłowicach, więc jego pacjentami są mieszkańcy tego miasta i jego okolic, a Mariusz Wołosz kandydował przecież na prezydenta Bytomia, którą to funkcję pełni zresztą do dzisiaj po wygranych wyborach w 2018 r. (można dodać – wygranych mimo publikacji red. M. Cieślaka).

Mając powyższe na uwadze, skazanie red. Mateusza Cieślaka wyrokiem karnym stanowi rażące naruszenie jego konstytucyjnych praw obywatelskich oraz wolności słowa. W tym kontekście argumentacja zawarta w akcie oskarżenia budzi poważne wątpliwości, bowiem kluczowym elementem sprawy wydaje się raczej chęć ukarania „nieprawomyślnego” dziennikarza za publikację niż rzeczywiste dążenie do wyjaśnienia stanu faktycznego i obrony dobrego imienia samorządu. CMWP SDP stoi w związku z tym na stanowisku, że wniesiony w niniejszej sprawie akt oskarżenia stanowi tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie dziennikarza do podejmowania tematyki finansowania wyborów samorządowych. Nie służy więc założonym przez ustawodawcę celom, lecz w istocie służy tłumieniu krytyki, która stanowi przecież niezbędny element państwa demokratycznego. Skutkuje to niszczeniem wolnej debaty i godzi w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa. W konsekwencji, ewentualne utrzymanie wyroku skazującego spowodowałoby tzw. efekt mrożący (który już wystąpił wskutek skazania dziennikarza w I instancji) i byłoby nie do pogodzenia z aktywnością społeczną obywateli, którzy w interesie publicznym mają prawo żądać wyjaśnień, wyświetlać kontrowersyjne sprawy, krytykować władzę i bronić w ten sposób państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

Mając powyższe na względzie, kierując się celem ochrony zagrożonych wolności i praw człowieka, CMWP SDP przedstawia niniejszą opinię i apeluje o uniewinnienie oskarżonego redaktora Mateusza Cieślaka od zarzucanego mu czynu oraz zasądzenie od oskarżyciela prywatnego na rzecz oskarżonego kosztów procesu.

dr Jolanta Hajdasz

dyrektor CMWP SDP

Warszawa, 7 grudnia 2022 r.