Medialne echa konferencji CMWP SDP „Zginął, bo był dziennikarzem”

Polska Agencja Prasowa, Wiadomości TVP, Panorama, Teleexpress, Polskie Radio , TVP Info, Radio Maryja, Radio Wnet,  portal wpolityce.pl, i.pl, wirtualnemedia.pl, TVP 3 Poznań, Głos Wielkopolski –  to m.in. te media , które  relacjonowały konferencję CMWP SDP  na temat wsparcia przez Centrum apelacji Prokuratury od wyroku uniewinniającego byłego senatora Aleksandra Gawronika od zarzutu podżegania do zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary.  Konferencja „Zginął, bo był dziennikarzem”odbyła się 21 stycznia br.  w Domu Dziennikarza w Warszawie. Dzień wcześniej Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przesłało do sądu swoją krytyczną opinię o uniewinnieniu Aleksandra Gawronika ws. podżegania do zamordowania poznańskiego dziennikarza.

– Jestem przekonany, że materiał dowodowy wykazuje winę pana senatora Aleksandra Gawronika i że dopuścił się on podżegania do zabójstwa Jarosława Ziętary. Mamy dwóch bezpośrednich świadków i szereg pośrednich – podkreślił podczas konferencji SDP prokurator Piotr Kosmaty. Sposób, w jaki poznański Sąd Okręgowy zakończył 5-letni proces, nazwał blitzkriegiem, ponieważ odrzucono z góry wszystkie dowody przedstawiane przez stronę skarżącą oraz nie dano możliwości przygotowania się do wygłoszenia mów końcowych, co w praktyce uniemożliwiło ich wygłoszenie.Jak wspólnie stwierdziły osoby wypowiadające się podczas konferencji, sprzyjające szybkiemu zamknięciu procesu było to, co stało się 24 lutego 2022 roku w Ukrainie, która została zaatakowana przez Rosję, co odwróciło uwagę dziennikarzy od wyroku. – Wyrok w 5-letnim procesie zapadł po zaledwie 20 minutach obrad. To daje podstawy, aby sądzić, że był on już wcześniej przygotowany – cytował portal i.pl słowa  prokuratora Piotra Kosmatego.

W konferencji CMWP SDP wzięli udział : Jacek Ziętara, brat Jarosława Ziętary, Piotr Kosmaty, prokurator  Prokuratury Regionalnej w Krakowie, red. Krzysztof Kaźmierczak, przewodniczący Społecznego Komitetu „Wyjaśnić śmierć Jarosława Ziętary” Krzysztof Skowroński, prezes SDP, Jolanta Hajdasz, wiceprezes SDP i dyrektor CMWP SDP, Aleksandra Tabaczyńska, obserwator CMWP SDP procesów dotyczących zabójstwa Jarosława Ziętary  i Michał Jaszewski, doradca prawny SDP.

Cała konferencja dostępna jest do obejrzenia na kanale YouTube  Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich TUTAJ.

Linki do relacji w mediach z konferencji CMWP SDP „Zginął bo był dziennikarzem”  :

https://wiadomosci.tvp.pl/65785512/zginal-bo-byl-dziennikarzem

https://www.tvp.info/65771633/cmwp-sdp-krytycznie-o-uniewinnieniu-aleksandra-gawronika-ws-podzegania-do-zabojstwa-jaroslawa-zietary-

https://wpolityce.pl/media/630925-sdp-zaprasza-na-konferencje-dot-smierci-jaroslawa-zietary

https://poznan.tvp.pl/65785110/sprawa-zietary-centrum-monitoringu-wolnosci-prasy-sdp-krytycznie-o-uniewinnieniu

https://gloswielkopolski.pl/zabojstwo-jaroslawa-zietary-sdp-i-prokurator-krytycznie-o-uniewinnieniu-aleksandra-gawronika-material-dowodowy-wskazuje-na-jego/ar/c1-17221019

https://i.pl/zabojstwo-jaroslawa-zietary-sdp-i-prokurator-krytycznie-o-uniewinnieniu-aleksandra-gawronika-material-dowodowy-wskazuje-na-jego/ar/c1-17221019

https://gloswielkopolski.pl/zabojstwo-jaroslawa-zietary-sdp-i-prokurator-krytycznie-o-uniewinnieniu-aleksandra-gawronika-material-dowodowy-wskazuje-na-jego/ar/c1-17221019

https://www.radiomaryja.pl/informacje/centrum-monitoringu-wolnosci-prasy-sdp-krytycznie-o-uniewinnieniu-aleksandra-gawronika-ws-podzegania-do-zabojstwa-jaroslawa-zientary/

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/uniewinnienie-aleksander-gawronik-podzeganie-do-zabojstwa-jaroslaw-zientara-kto-za-to-odpowiada

Dr Jolanta Hajdasz, Philippe Tłokiński, Łukasz Zarzeczny, dr Krzysztof Jabłonka – Popołudnie Wnet – 20.01.2023 r.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Co się stało z obrazem Rubensa z Kalisza?

13 grudnia 1973 roku. Niedawno dostałem pracę w telewizji. Zaprotegował mnie Edward Mikołajczyk, który kompletował „nowych” w redakcji publicystyki Jerzego Ambroziewicza. Po zwolnieniu ludzi Sokorskiego szukano „bojowych” reporterów. A ja pracując wtedy już 8 lat w „Sztandarze Młodych” wykonałem kilka śledczych reportaży. Jestem już żonaty i mamy z Ewą dwie córki. Żyję ostro i pracuję non stop. Mam kilka propozycji – pracę w „Expressie Wieczornym” I „Sportowcu”. Jednak telewizja jest najbardziej kusząca, więc się cieszę. Robotę dostałem.

O godzinie 12 owego dnia dostaję cynk ze straży pożarnej, że w nocy był pożar w kościele św. Mikołaja, w Kaliszu przy ulicy Kanonicznej. To najstarszy parafialny kościół w mieście. Słynny z tego, że w ołtarzu znajduje się drogocenny i jedyny w Polsce obraz Rubensa – Zdjęcie z Krzyża. Kamery filmowej nie mam, jedynie aparat fotograficzny Pentacon. Dość dobry jak na tamte czasy. Mam też samochód. Jadę.

Na miejscu jestem po dwóch godzinach, legitymacja prasowa pomaga, pierwszy policjant z kordonu odgradzającego kościół od gromadzących się coraz liczniej Kallszan przepuszcza. Zatrzymują mnie dopiero pod drzwiami kościoła.

Milicjant wraca z cywilem, który niewyraźnie się przedstawia i wyraźnie dodaje – prokurator

– Nie wejdziecie do środka. W nocy był pożar. Spłonął cały ołtarz. I to wszystko. Do widzenia – słyszę.

Cholera! Jeszcze zobaczymy. Przypomina mi się akcja, którą przeprowadziłem niedawno w Pruszkowie. Szukałem tam złodziei w zakładach nowoczesnych obrabiarek sterowanych numerycznie – „1 maja”. Kradziono tam części i całe podzespoły. Reportaż wówczas zrobiłem. Poznajdywałem kable i silniki u okolicznych chłopów, „Sztandar” to wszystko wydrukował, trochę ciągano mnie, ale w końcu dostałem nawet nagrodę.

Łażę po mieście. Gdy się ściemniło jestem znowu pod kościołem. Wszystko pozamykane. Ale gliniarze odjechali. Na zapleczu plebani kręci się jakiś człowiek. Papieroska? Ogólna gadka-szmatka. To pomocnik kościelnego. Okazuje się, że czyta „Sztandar Młodych”. Od słowa do słowa dowiaduję się sporo. Ogień wybuchł w nocy. Mój rozmówca pobiegł po proboszcza, ale nie zastał księdza. Zbudzi, wikarego. Dzwonili na milicję i do straży. Potem podbiegł pod drzwi, ale gdy je otworzył „buchnęła taka gorąc, że musiałem drzwi zatrzasnąć z powrotem”. Za chwilę były już strażackie wozy.

„Sztandar Młodych” był moją szkołą reporterki. Uważam, że była to dobra redakcja z wieloma ciekawymi ludźmi. I wtedy i teraz uważam, że ten zespół trzymał twarz. No, może z małymi wyjątkami. Obyczaje były jednak inne. Po planowaniu numeru pojawiała się często butelka i po prostu się piło. Razem z kierownictwem, z tą częścią, która miała najwięcej do gadania. Tacy jak ja biegali po wódkę.

♦                           •                                 ♦

Oczywiście i tym razem miałem ze sobą piersiówkę. Pomocnik kościelnego dał się namówić. Po jednym, po drugim. Potem Już nie było problemów. Moja lampa błyskowa była słabiutka. Facet przytargał kable, oświetliliśmy zupełnie nieźle ołtarz. Trzymał mi lampy a ja robiłem zdjęcia jak oszalały. Oczywiście wtedy nie można było sprawdzić w aparacie na miejscu jaki był wynik działania. Film był polski, z fotonu, ale czuły. Żeby zdążyć na „Panoramę” o 21-szej, trzeba było wracać. Miałem Fiata 125, takiego jeszcze na włoskich częściach. Dałem solidnie w rurę Pod Warszawą zatrzymała mnie drogówka. – Panie, chce się pan zabić?

Mówię, że wiozę zdjęcia z pożaru do telewizji. Wtedy słowo telewizja miało moc. Jedź pan! Zaprzyjaźniona kobitka w telewizyjnej pracowni foto na Woronicza szybko wywołała negatyw i zrobiła wielkie odbitki. Napisałem tekst i pobiegłem do redakcji Panoramy. Byt to telewizyjny tygodniowy przegląd wydarzeń w kraju. Niedawno po tym programie miała miejsce draka, o której było dość głośno. Mianowicie dwaj Jackowie – Maziarski l Snopkiewicz robili sobie na antenie jaja mówiąc o sprawach gospodarczych kraju przebrani w końskie maski. „Panorama” była dość popularna. Redaktor programu wziął moje zdjęcia przedstawiające spalony ołtarz i krótki tekst informacyjny dla lektora. Popatrzył na mnie z uznaniem – Bardzo dobrze synu – powiedział. Na tym moja rola się zakończyła. Pojechałem dumny i zadowolony do domu. – Żono mówię. Siadaj i patrz.

Czołówka. Prowadzący. Polityczne ple, ple – I sekretarz to, premier tamto. Czekam w napięciu, a tu guzik. Słyszę: – Załoga fabryki kuchenek we Wronkach wykonała wspaniałe zobowiązanie, dodatkowo wyprodukowała 400 sztuk kuchenek. Krew mnie zalała i już nie słyszałem co w telewizji spiker czytał, żona się śmieje. Klepie mnie czule po ciemieniu. – Nie denerwuj się Funiek.

Skoro świt pognałem pod gabinet szefa. Stoję, czekam. Jestem naładowany. Idzie. Wielki łysy facet w rozchełstanym białym kożuchu. Kupowało się wtedy takie od ruskich oficerów z Rembertowa. Odwarknął dzień dobry i wszedł do gabinetu. Czekam dalej – Proszę. Ambroziewicz jest wyraźnie podirytowany. Taka sytuacja zawsze działa na mnie jak płachta na byka. Pomyślałem, że to koniec mojej krótkiej telewizyjnej kariery. Trudno. Widzę jednak, że naczelny choć wyraźnie zły jest jednak zmieszany. Widać, że chyba się trochę wstydzi.

– No, musiałem Pański materiał wymienić. Przyszło to zobowiązanie z Wronek.

Nawet nie patrzę na niego. Żal mi dziada. Potem gada jeszcze jakieś komunały no i jeszcze pochwałę dla mnie. Ale… niestety trzeba było tak zrobić, jak zrobił. Dowiedziałem się później, że przyjechał do telewizji i w ostatniej chwili i zdjął materiał.

O redaktorze Jerzym Ambroziewiczu wiedziałem co nieco: że jako chłopak był listonoszem w czasie Powstania Warszawskiego, że był w redakcji „Po Prostu”, że zamknął się we Wrocławiu za kordonem sanitarnym i napisał potem świetną reportażową książkę o dżumie, czy innej cholerze. Wiadomo też było, że postawił na niego Maciej Szczepański. (Potem, znacznie później, Ambroziewicz bronił Gierka do ostatka i oczywiście oberwał od Jaruzelskiego).

Słuchałem tego wszystkiego raz blady a raz czerwony na twarzy. W końcu była to jednak lekcja pokory. A złość musiałem schować do kieszeni. Szumiała mi już w głowie telewizja. Aż do 13 grudnia 1981 roku. Wtedy sam z rozmysłem trzasnąłem drzwiami mając w dorobku kilkadziesiąt filmów dokumentalnych i wiele dużych programów. Nie żałuję i żadnego się nie wstydzę.

♦                                 ♦                                 ♦

Po roku od pożaru zwołano konferencję prasową i oświadczono dziennikarzom, że śledztwo zostało zakończone. W uzasadnieniu o umorzeniu postępowania napisano: „W świetle zebranego materiału dowodowego stwierdzić należy, iż brak jest podstaw do twierdzenia, aby pożar powstał w wyniku działania przestępczego”. Zacytowałem dosłownie. I to było wszystko.

Ktoś mi doradził – nie podskakuj młody, dopiero u nas zaczynasz. Mogłem sobie w domu oglądać powiększone do dużego formatu fotogramy. Przez całe lata ogień w kościele św. Mikołaja w Kaliszu nie daje mi spokoju. Pamiętam każde słowo wypowiedziane przez wszystkich z którymi rozmawiałem. Pamiętam wielkie kilkunastometrowej długości piszczałki, które leżały na posadzce nawy. Powypadały, choć organy znajdowały się w tym wielkim kościele kilkadziesiąt metrów od ołtarza. Pytałem różnych pożarników. Mówili, że we wnętrzu musiała być bardzo wysoka temperatura. Taką wytwarza napalm.

Pytania bez odpowiedzi dotyczyły również samego ołtarza. Wysoki na kilkanaście metrów pozostał z nienaruszonymi kolumnami bocznymi. Tylko wszystko między tymi słupami zostało doszczętnie spalone lub usunięte. A więc od dołu – od mensy ołtarza – bez śladu po ramach i ich zawartości. A był to najwspanialszy i najdroższy wtedy w Polsce oryginalny Rubens. Pochodzący ze szkoły malarza, kupiony przez polskiego możnowładcę i podarowany kościołowi. Wszyscy o tym wiedzieli. Niestety również złodzieje. Czarna dziura patrząc do góry przedstawiała kompletnie wypalone wnętrze. Nie było również wyżej drugiego obrazu, ze św. Mikołajem, a także okrągłego malowidła pokrytego ornamentami, które zwieńczało ołtarz. Tak jakby ktoś dokładnie zaplanował, jak ma płonąć ogień. Pod kontrolą. Fachowo.

Jeśli ktoś wtedy temu wszystkiemu się dziwił – to po cichu. Przez lata wokół pożaru była cisza. Cenzuralny zapis. Mimo to kilka razy próbowałem wrócić do tematu. Już w latach osiemdziesiątych w okresie Solidarności i potem pod koniec lat dziewięćdziesiątych pytałem w artykułach, dlaczego nikt nie wraca do zaniedbanego śledztwa. Pisano wtedy dużo o aferach bandyckich, złodziejskich napadach. O tym, że dla zdobycia środków podejrzewane są tajemnicze służby. Wszystko się jednak kończyło na niczym. Były tylko domysły, oskarżenia i koniec.

Umierają kolejno świadkowie tamtych dni. Kiedyś popularny był taki kawał: co wyróżnia ulicę Rakowiecką w Warszawie? Otóż zaczyna się ona „Moskwą” (to było kino), potem jest MSW (następca UB), potem więzienie, trochę niepodległości (chodzi o aleje) i wreszcie pętla (tramwajowa, bo była tam takowa).

*                                *                                *

Pokoje redakcji publicystyki w latach siedemdziesiątych były na Woronicza w czteropiętrowym długim budynku na prawo od wyburzonego niedawno wieżowca z gabinetami prezesów. Na parterze w tym długim budynku po prawej stronie siedzieli ludzie Ambroziewicza – Pach, Tepli, Walter i rzut drugi Mikołajczyk, Snopkiewicz. Pokoiki zajmowali – jednak jakby nie było ci najważniejsi, bo wyrobnicy ładujący na co dzień do propagandowego pieca. Wielu z nich zawodowo było bardzo dobrych – Błachowicz, Smolińska, Grabowska, Słoniewicz, Bekajło, Grelowski, Przysiecki, Auguścik, Jurga, Szotkowski, Mokrosińska, Wieczorek, Duraj, Klimas.

Po drugiej stronie – lewej – szefował Janusz Rolicki. Tak, to ten sam co jeszcze w różnych telewizjach krytycznie gada. Robi teraz za lewicowo-centrowego nestora. Krok w krok wybijała się tam wtedy na niepodległość (oczywiście ograniczoną) Nina Terentiew. Ale o tym może innym razem. Pamiętam, że co jakiś czas pojawiała się na tym korytarzu grupa dziwnych facetów. Mroczni, raczej mało eleganccy, pięćdziesięcio-sześćdziesięciolatki. Stali chwilę pod drzwiami gabinetu Ambroziewicza i ćmili śmierdziele typu Sport i Wczasowe. Nasz szef nie palił i w jego gabinecie to było niedozwolone. Potem niektórych z tych typów widywałem na ekranach w relacjach z konferencji MSW i innych ważnych obradach. Wtedy nikt z nas – maluczkich – nawet nie pytał, kto to. Przyjeżdżali, oglądali sobie niektóre programy. Normalka.

Nie wiem czy moje drobne dziełko o pożarze w Kaliszu obejrzeli również. Ale wiedziano, że coś takiego ma być wyemitowane i to wystarczyłoby nakazać szefowi aby w trybie pilnym usunął informację. I tak się stało wtedy tuż przed emisją „Panoramy”.

Jestem już dość stary, ale gdyby szefowie IPN-u dali mi pogrzebać w materiałach kiszczakowych, tak obecnie nagłaśnianych – szarpnąłbym się jeszcze raz. Oczywiście nie mam wątpliwości, że wtedy w Kaliszu nie był to żaden przypadkowy pożar. Niby od źle izolowanych kabelków elektrycznych za ołtarzem. Wtedy w 1973 roku działałem trochę wspólnie z kolegą reporterem z „Expressu Wieczornego” szybko dogadaliśmy się i wymienialiśmy informacje. Jeśli jeszcze żyje spróbuję go odszukać. Tak samo jak księdza proboszcza, który w tragicznym dniu nagle jakoś dziwnie wyjechał na noc z Kalisza. Był to człowiek około pięćdziesięcioletni, dlatego teraz być może odszukanie nie będzie już możliwe. Ale chyba żyje jeszcze wikary. Pamiętam tego młodego księdza. Usiłowałem go również pytać, ale on tylko nerwowo poprawiał jakiś bambetle w pokoju. Zapamiętałem adapterek marki Bambino postawiony na podłodze koło mizernej kozetki.

*                                *                                *

Jeśli obraz został fachowo zdjęty, wywieziony, sprzedany – to za ile i komu? To nie było włamanie byle jakie do banku lub jubilera. Zginął skarb – Rubens. To się wtedy najwyraźniej nie liczyło, a teraz powinno. Miejmy nadzieję, że gdzieś, u kogoś obraz się znajduje.

Może w notatkach rodzimego generalissmusa bezpieki jest jakiś ślad: data 13 grudnia 73 roku, słowo Kalisz, a może nazwiska wykonawców akcji albo choć inicjały. Ktoś to musiał zrobić i szefostwo na pewno o tym wiedziało.

Czy zacznie się w końcu kiedyś śledztwo w tej sprawie? Kto wywiózł obraz, kto go kupił? Myślę, że prokurator, który mnie wyrzucił z kościoła jeszcze żyje. Był wysoki i dość gruby, ale jeszcze nie stary. Może dręczy go sumienie. Teraz gdy strachy już nie na lachy. Może.

Gdy patrzę na szefów IPN mam mieszane uczucia. Czy ci prezesi i dyrektorzy znajdą w sobie dość odwagi by sprostać zadaniom, które stoją przed nimi? Niespodziewanie Pani Babcia Kiszczakowa przyniosła im do rączek to czego nie mogli lub nie chcieli znaleźć.

Kiedyś na lotnisku przed wylotem do Gdańska – dopuszczony do pewnej komitywy z Czesławem Miłoszem (dzięki mojej przyjaźni z jego bratem Andrzejem) – wyrecytowałem wierszyk przypisywany przez żartownisiów Nobliście: „zajrzeli do kufrów, zajrzeli do waliz; do dupy nie zaglądali, a tam miałem socjalizm”. Powiem prawdę: mistrz żachnął się, wcale mu się to nie podobało. Zrobiło mi się głupio, a nawet gorzej – popełniłem błąd. Myślę sobie jednak z nadzieją, że może teraz ktoś zajrzy do kufrów i schowków, że ktoś solidnie poszuka w „drogocennych” pudłach z papierami. Ale trzeba umieć to wszystko czytać. Szukałbym daty 13 grudnia sprzed 50-laty. Może jest tam słowo Kalisz.

♦                          *                                *

Hasło FOZZ, AFERA ZŁOTO, inne – wywołują nadal emocje i lawinę artykułów. Warto zainteresować się również Rubensem z Kalisza. Na pewno stajnie Augiasza u różnych ważniaków, którzy gromadzili specyficznie pojęte zabezpieczenia, nie są jeszcze wyczyszczone. Niektórzy z nich robią wrażenie skruszonych. Niech otworzą szafy. Jaruzelski wiedział, ale nie powiedział. Kiszczak posłużył się kobietą. Żyje przecież jeszcze kilku „wybitnych ludzi honoru”. Na co czekają? Resortowe dzieci cierpią dziś za winy ojców i dziadów. Fakt, że przedtem korzystali z przywilejów i używali sobie. Potem, gdy tatuś, mamusia kończyli kiepskawo, sprzedawali co się dało i fru gdzie pieprz rośnie. Może by jednak oddać te podgniłe papierki – np. mnie.

 

 

 

Kolejny apel językowy WALTERA ALTERMANNA: Chrońmy polonistów

Niedawno rząd poinformował, że niebawem Polacy będą uczyć się angielskiego już od pierwszych klas podstawówki. Piękna myśl, żeby Polak nie stawał na obcej ziemi jako ta głuchoniema sierota.  Z wrodzonej jednak złośliwości zacząłem się zastanawiać co z językiem polskim? Przecież jeżeli nadal będziemy mówili tak marnie w języku ojców i matek naszych – dla feministek: matek i ojców – to i po angielsku nigdy dobrze się nie nauczymy. Człowiek bowiem myśli w jednym języku, najczęściej wyniesionym z domu. Zatem proponowałbym rządowi, żeby pomyślał nad wzmocnieniem pozycji języka polskiego w szkolnictwie.

Słyszałem, że w niektórych szkołach uczą już młodzież jeżdzić samochodami. Piękna idea. A coraz częściej też pojawiają się w szkołach lekcje mechatroniki, księgowości, astrofizyki, programowania komputerów… Wszystko to potrzebne i bardzo ładne, ale ośmielam się stwierdzić, że najbardziej potrzebne jest nam wzmocnienie pozycji języka polskiego.

Bo – mili technokraci – to tylko szkolny „język polski” uczy lub może uczyć, precyzji w myśleniu, kontaktowania się z ludźmi na poziomie utylitarnym i abstrakcyjnym.

Gdy moje dzieci robiły maturę, z przerażeniem odkryłem, że egzamin z języka polskiego sprowadza się – w sumie – do rozwiązywania testów. Niegdyś trzeba było umieć napisać „mikro pracę”, ale jednak trzeba było pisać. Potem jednak nasi liberałowie przyjęli „system boloński” w edukacji i mamy marnie piszące pokolenia. I słabo mówiące. Ten system boloński być może sprawdza się w krajach III świata. Ale uraczenie się nim w kraju o takiej tradycji literackiej? Zgroza. Tu przypomnę, że dawny Kongres Liberalno-Demokratyczny (jeden z poprzedników Platformy Obywatelskiej) proponował nawet państwową, obowiązkową edukację jedynie do piątej klasy szkoły podstawowej. Potem każdy miał radzić sobie sam – w szkołach prywatnych i płatnych. Czyż to nie szczyt bezczelności neoliberalnej? I nieskrywanej pogardy dla „prostaczków”?

Mam w pamięci wspaniały wiersz Andrzeja Waligórskiego „List w sprawie polonistów”. Proponuję dziś przeczytać go i zastanowić się nad tym, co mówi nam autor.

Andrzej Waligórski

List w sprawie polonistów

Polonista to nie zawód, lecz hobby,
Polonistą być – nie życzę nikomu.
Polonista po godzinach nie dorobi,
Choćby zabrał robotę do domu.

Polonista nie wędruje po mieszkaniach,
Nie odzywa się wchodząc ze dworu:
– Bardzo ładnie rozbieram zdania,
Czy jest jakieś stare zdanie do rozbioru?

Choćby szukał, racji i pretekstów
I tak zawsze pozostanie na uboczu –
Mniej się ceni analizę tekstu
Od banalnej analizy moczu…

Cera blada, na portkach łaty,
Rozmaite braki w kondycji,
Oświeceniem nie oświecisz sobie chaty,
Pozytywizm nie poprawi twej pozycji.

Poloniście sterczą chude żebra
Jak sztachety mizernego płotu,
Gdy się jeden raz u Zuzi rozebrał,
To się składał z orzeczenia i z podmiotu.

A jak inny zleciał kiedyś z ławki,
Bo był gapa wyjątkowa i niezguła,
To zostały zeń cztery przydawki,
Dwa zaimki i partykuła…

Polonista, niepoprawny romantyk,
Nie największym się cieszy mirem,
Ale ja mu – laury i akanty,
Ale ja mu – kadzidło i mirrę!

Ale ja go całuję w ramię,
Ale ja go podziwiam i cenię,
A ty przed nim na kolana, chamie,
Cały w złocie i volkswagenie!

Bo jeżeli jesteś i ja jestem,
To dlatego, że stojący na warcie
Polonista znużonym gestem
Kartki książek wertował uparcie

Za kajzera i za Hitlera,
I za cara, i za innych carów paru,
I dlatego właśnie nie umiera
Coś ważnego, co nazywa się Naród.

Więc zamieszczam na końcu listu
Ja, satyryk, błazen i ladaco,
Zdanie proste: – Kocham polonistów!
Rozwinięcie zdania: –
… bo jest za co!

 

Warto znaleźć i poczytać tomiki wierszy Andrzej Waligórskiego. To naprawdę mądra i nadal aktualna literatura.

Notka o autorze: Andrzej Waligórski – polski poeta, satyryk, dziennikarz, długoletni współpracownik Rozgłośni Polskiego Radia we Wrocławiu. Urodził się w roku 1926 w Nowym Targu, zmarł w 1992 roku we Wrocławiu.

Wielkie uznanie zdobył jako twórca tekstów piosenek, wykonywanych – między innymi – przez Tadeusza Chyłę Ballada o cysorzu i Olka Grotowskiego z Małgorzatą Zwierzchowską, a przede wszystkim przez Kabaret Elita. Sam twierdził, że jest jedynie tekściarzem. Był kierownikiem wrocławskiego radiowego magazynu rozrywkowego  Studio 202, w którym wypromował kabaret Elita, potem podjął z tym kabaretem jakże owocną współpracę.

Był też autorem cyklu felietonów radiowych Pocztówki z Karłowic oraz cyklu słuchowisk Rycerze, emitowanych w ogólnopolskim magazynie 60 minut na godzinę. To z tego cyklu słuchowisk,   parodiujących Trylogię Sienkiewicza, pochodzi piosenka Waligórskiego „Hej, szable w dłoń”.

Jego imię otrzymała jedna z ulic w południowej części Wrocławia, łącząca ulicę Sudecką z ulicą Powstańców Śląskich.  Od 1995 członkowie kabaretu Elita („Akademia Humoris Causa”) przyznają nagrodę im. Waligórskiego – „Andrzeje”.

 

 

Ostrzeżenie WALTERA ALTERMANNA: Uwaga, felieton zawiera treści anarchistyczne!

W poprzednich dwóch felietonach „Życzenia na rok 2023” poruszyłem sprawę funkcjonowania ONZ i Unii Europejskiej. Sądzę, że raczej udowodniłem, iż ONZ i UE są organizacjami pasożytniczymi.

Być może wiek XXI zostanie po wiekach nazwany erą urzędników. Bo zanosi się na to, że właśnie urzędnicy – tu rozumiem także parlamentarzystów polskich – z roku na rok stają się właścicielami świata. Wieki średnie to dominacja właścicieli ziem. Od Wielkiej Rewolucji Francuskiej mamy ciągle jeszcze dominację bankierów i przemysłowców. Ale ich czas powoli się kończy, a właścicielami świata stają się urzędnicy.

Dlatego, dla rozpoznania sytuacji, zajmiemy się polskim parlamentaryzmem, bowiem tak Sejm, jak Senat puchną od wymyślonej przez siebie, dla siebie, odpowiedzialności, puchną też od nadmiaru ludzi, którzy krętymi sposobami – trochę jawnie, trochę skrycie, pracują na ich rzecz. I nie są to prace za darmo.

Polski parlament przyszłości

Moim zdaniem trzeba czym prędzej zlikwidować Senat a liczbę posłów zmniejszyć do stu. Nie wiem, kto i kiedy mógłby to przeprowadzić, bo senatorowie i posłowie trzymają się ław parlamentarnych mocno, jakby byli do nich przyspawani, ale ta reforma przyniosłaby ogromne, niewyobrażalne dla niektórych i błogosławione dla wszystkich skutki. Wymienię je w punktach.

SENAT:

 

  1. Likwidacja Senatu byłaby krokiem miłosiernym, bo od swego zarania, w Polsce po 1989 roku, Senat nigdy nie miał wpływu na cokolwiek. Nigdy jeszcze Senat nie wniósł istotnej poprawki do jakiejkolwiek ustawy, a jak wnosił, to i tak zostawały te poprawki odrzucane przez Sejm.
  2. Ciągle słyszę, że Senat to izba refleksji i zadumy. Od refleksji jest kościół – dla niewierzących filozofowie, a od zadumy cmentarze.
  3. W Rzeczypospolitej przedrozbiorowej w Senacie zasiadali możni panowie i biskupi, i też – poza hamowaniem reform – niczego dobrego nie robili. Jedyną korzyść z istnienia Senatu mieli senatorzy, bo izba ta była istnym targowiskiem interesów – tak świeckich jak kościelnych.
  4. Likwidacja Senatu zmusiłaby posłów do lepszej pracy, bo tak jak jest obecnie, to posłowie ciągle liczą na senatorów, że ci poprawią to co posłowie spaprali.
  5. Trzeba też powiedzieć, że naprawdę nie chodzi tylko – tak przy Senacie jak i Sejmie – jedynie o te 100 osób. Każdy z senatorów ma duży sztab ludzi, którzy są na etatach, umowach o dzieło, umowach zleceniach. Jest jeszcze Kancelaria Senatu i kilka senackich służb, których praca byłaby zbyteczna. Nawet Straż Marszałkowska miałaby mniej roboty. A chodzą jeszcze słuchy, że Senat żąda osobnego, ładnego i wystawnego budynku na swe prace.
  6. Likwidacja Senatu byłaby pierwszym, ale znaczącym, krokiem do realizacji idei „oszczędnego państwa”. Bo jak na razie mamy państwo rozdmuchane, albo – lepiej powiedzieć „samo-rozdmuchujące się”.                                                                                                                                                                         SEJM:

 

  1. Ograniczenie ilości posłów do 100, uwolniłoby zdrowe siły narodu i pozwoliłoby je „rzucić na odcinki realnej pracy”. Bo tak jak jest teraz, to najwięcej czasu i energii posłowie tracą na dyskusje. A to głównie dlatego, że każda z sejmowych partii wypuszcza na bój wielu posłów, a skutkiem tego Sejm mówi, mówi i mówi. Gdyby zaś było ich jedynie 100-u, to i mówców, dyskutantów, interpelantów i tych występujących ad vocem byłoby co najmniej ponad trzy razy mniej.
  2. Teraz tych 460 posłów – podobnie jak w przypadku Senatu – to jedynie wierzchołek góry lodowej. To znaczy publicznie widzimy jedynie 460, a przecież pracuje na ich rzecz wielka armia ludzi. A podróże krajowe i zagraniczne posłów? A ich mieszkania służbowe? Dziwne, że jakoś nikt nigdy nie policzył, ile kosztuje utrzymanie i działalność Sejmu i Senatu. Zdaje mi się, że są to dane bardziej strzeżone niż stan naszej armii i wszystkich tzw. służb siłowych.
  3. Zauważę też, że każdy z posłów ma w terenie swoje lokale poselskie i sztaby ludzi – przyzwoicie opłacanych – którzy jedynie powielają to, co mówi szef danej partii. Naprawdę trudno jest twierdzić, że wszyscy z 460 posłów porządnie pracują. Poza tym kiedyś pewien dziennikarz zapytał Jana Pawła II o to, ilu ludzi pracuje w Watykanie. I wtedy Jan Paweł II powiedział: Połowa.
  4. Po reformie tych 100 posłów naprawdę musiałoby się ostro wziąć do roboty. Razem ze swoimi mniejszymi sztabami.
  5. Męczące są też kampanie wyborcze. Widzowie, słuchacze i czytelnicy muszą przez kilka miesięcy obcować z nieznanymi osobnikami, którzy „robiąc miejsca na listach” publikują swoje twarze i przemyślenia. W tym przypadku, naprawdę, im mniej tym lepiej. Dla naszego, wyborców, zdrowia spadek oferty wyborczej z 460 na 100 to znacząca ulga. A pamiętajmy, że teraz najczęściej na jednej liście wyborczej jest po 20 osób, z czego tylko jedna osoba, a i to nie zawsze, ma szanse na bycie posłem. Czyli – obecnie możemy mieć do czynienia z kilkudziesięcioma tysiącami kandydatów do Sejmu. A przy stuosobowym Sejmie liczba tych chętnych zmaleje do jakichś kilkunastu tysięcy! Jest różnica.
  6. Wszystkie telewizje i radiostacje odzyskałyby mnóstwo czasu antenowego, bo z tej setki posłów nie wszyscy garnęliby się do tych śniadań, podkurków i wieczorów dyskusyjnych. Nie mieliby na to siły i czasu.

O moim współczuciu dla młodych

Tysiące młodych ludzi pochłania dziś i spala – niczym biblijny Baal – polska polityka. Widać to po ich rozbieganych oczach, najwyraźniej tuż przed wyborami, że ci młodzi chcą znowu być radnymi, posłami, senatorami. I to u zarania ich zawodowego życia. Zamiast zdobyć zawód, sprawdzić się w nim i dopiero potem zająć się polityką, oni już, natychmiast chcą być prezesami, dyrektorami, członkami rad nadzorczych… a wszystko za państwowe pieniądze i z partyjnego nadania.

Ja rozumiem, że partie załatwiają im wysokie dochody, ładnie brzmiące tytuły i błyszczenie do kamer tv – ale oni nadal, do końca swych dni, nie będą mieli żadnego zawodu. Owszem, większość z nich skończyła jakieś studia, ale to tylko wykształcenie, a zawód zdobywa się praktyką. Zawód poseł? Przed wojną taki gość nie znalazłby panny do ożenku w żadnym dobrym domu.

Żal mi tych młodych ludzi pędzących na zatracenie się w polityce. Bo przecież są to w większości ludzie zdrowi, sprawni i pełni energii życiowej – tak fizycznej jak umysłowej. A tu budownictwo nasze cierpi na braki kadrowe, remonty dróg, miejskich ulic i tras kolejowych wloką się w nieskończoność, bo nie ma chętnych do takiej zaszczytnej i konkretnej pracy.

Czyż – o wy, młode Panie i młodzi Panowie – nie widzicie, że przyjemniej jest zostawić po sobie potomnym kawałek dobrze zrobionej jezdni i chodników, niż kilka ustaw, które ciągle trzeba poprawiać? Albo jakieś uchwały, których sens ginie w pamięci społecznej już w pół roku po ich podjęciu? I nie szkoda to zdrowia na telewizyjne awantury? Powiadam Wam, praca leczy, ale konkretna, najlepiej fizyczna.

Nareszcie z narodem

Po takich redukcjach parlamentarnych oczywiście powstanie problem zredukowanych parlamentarzystów. Podniesie się krzyk i płacz, słuchać też będzie zgrzytanie zębów – zupełnie jak w Dniu Sądu Ostatecznego.

Ale musimy pozostać na takie odruchy posłów i senatorów – choćby niedoszłych – ślepi i głusi. Jeżeli bowiem teraz przez cały czas, wszyscy oni twierdzą, że działają nie dla własnej korzyści i nie dla materialnych zysków, ale dla dobra nas wszystkich, dla dobra każdego przeciętnego Polaka, to przecież nie będą mieli powodu popadać we frustrację. Po odejściu z parlamentu zaczną pracować, jak ich kochany elektorat.

O współczuciu dla starszych

Jest też, w naszym Sejmie i Senacie spora grupa starszych mocno pań i panów, wobec których również żywię głębokie współczucie. Tych z kolei mi żal, że polityka odciągnęła ich od zawodów, zajęć, w których jako tako już się odnaleźli. Patrząc na nich, widząc jak męczą się i cierpią w poselskich ławach przychodzi mi do głowy, że mogłoby ich wszystkich uratować jedno – głęboka, ostra i wyraźna reforma polskiego parlamentu.

Polskie kampanie wyborcze – nasz Hyde Park

W kampaniach każdy mówi co mu tam ślina na język przyniesie. I mówi to bezkarnie, bo teza, że „wyborcy nas rozliczą” jest zgrabnym, ale puściutkim zwrotem. Tak naprawdę każdy z kandydatów powtarza jedynie – w skrócie – program własnej partii. Bo też żaden z kandydatów nie wierzy, że którykolwiek z widzów czy słuchaczy zrozumie i zapamięta, co on wygadywał. Tak naprawdę, kandydat ma się pokazać, żeby ludzie zapamiętali twarz i nazwisko, a potem odnaleźli go na listach wyborczych. Chodzi zatem tylko o to, żeby – niejako podprogowo – wbić się w pamięć wyborcy.

O ile chodzi o programy, to przez całe minione już ponad 33 lata od czasu upadku komuny, był tylko jeden, jedyny uczciwy kandydat na prezydenta RP, który z serca i rozumu mówił o co mu chodzi. I był w tym niezwykle wiarygodny. Myślę tu o panu Kazimierzu Piotrowiczu, wynalazcy bioenergoterapeutycznych wkładek do butów, które w cudowny sposób miały poprawiać zdrowie. Wystartował on w wyborach prezydenckich w 1995 roku wykorzystując niecnie kampanię wyborczą do reklamowania produkowanych przez siebie wkładek do butów. Owszem, był w tej kampanii bezczelny, ale przecież nie kłamał!

A większość kandydujących do Sejmu i Senatu nie potrafiłaby zrobić nawet tych wkładek. A już je sprzedać? Ho, ho! Podejrzewam, że żaden z kandydatów nie sprzedałby nawet butelki wody na Saharze. Nikogo nie obrażam, ale mam głęboką nieufność w stosunku do ludzi, którzy chcą zawodowo zajmować się polityką, nie mając uprzednio żadnego zawodu. Tu wyjaśnię, że mamy trzy pojęcia: Wykształcenie, stanowisko, zawód.

Nasza klasa polityczna

O naszej klasie politycznej, według mnie, świadczy najlepiej anegdotka, jakiej doświadczyłem 20 lat temu. Rozmawiałem wtedy z moim dawnych znajomym ze studiów, który te dwadzieścia lat temu był już bardzo poważnym samorządowcem, szczebla wojewódzkiego. W pewnym momencie, po wspominaniu przeszłości znajomy Wysoki Urzędnik zaczął narzekać na swoje zarobki, roztkliwiając się sobą – to jest swoimi zarobkami – ponad przyzwoitość. Powiedziałem mu wtedy, żeby nie przesadzał, bo ma przecież bardzo wysoką pensję.

– Pensja tak, niezła… – odparł – ale zarobku żadnego.

 

„Vakho. Czerwone wrota” –  premiera nowej książki Marka Boszko-Rudnickiego

„Vakho. Czerwone wrota” to najnowsza książka Marka Boszko-Rudnickiego, prezesa Oddziału SDP w Szczecinie. Premiera już 8 lutego.

Do lektury tej pozycji wydawnictwo zachęca słowami: „Straceńcza misja za linią frontu może zdecydować o losach wojny polsko – bolszewickiej”, a jeden z recenzentów stwierdził krótko: „Dynamiczna i bogata w wątki akcji, od początku trzyma w napięciu i intryguje, co sprawia, że trudno od niej oderwać się. Marek Boszko-Rudnicki ma wyjątkowy talent do tworzenia suspensu, ciągłego napięcia i oczekiwania.”

Powieść osadzona jest w realiach walk na Kresach nie tylko z bolszewikami, z elementami tajemnicy, thrillera i przygody. Zmagania sprzed niemal stu lat nadal są mało znane, choć bardzo przypominają te obecne na Ukrainie z całą ich zgrozą, zbrodniami i okropieństwami. Rosjanie, jak widać, ci carscy, bolszewiccy i obecni nie zmienili się. Tamta wojna, podobnie jak ta, była równie barbarzyńska, nieprzewidywalna w emocjach jej uczestników i skomplikowana w motywacji.

De facto – autor wplótł w fabułę opowieści swoich dwóch dziadków, legionistów Piłsudskiego, nie wszystko więc w książce to wynik jego pisarskiej fantazji. Gwoli wyjaśnienia, „Vakho. Czerwone wrota”, to druga pozycja cyklu. Pierwsza powieść nosi tytuł „Vakho. Wilcze szczenię” i ukazała się równolegle z wydaniem amerykańskim pt. „Vakho. The Wolf’s Cub”. Głównym bohaterem jest Janek, wychowany w dworze na dalekich Kresach przez dwóch dziadków w duchu przyszłego zrywu i walki o wolność. Jeden, to Polak, drugi to kaukaski szlachcic Vathang. Obaj za młodu walczyli z Rosjanami o wolność Imamatu Kaukaskiego przy boku Imama Szamila.

Spod pióra Marka Boszko-Rudnickiego wyszła wcześniej seria thrillerów, których bohaterem jest dziennikarz zaplątany w działania służb specjalnych – „Szpony diabła”, „Remedium 111” i „Krwawy bursztyn” oraz dwie pozycje dotyczące paleoastronautyki – „Kołowrót dziejów” i „Bękarty bogów”.

Marek Boszko-Rudnicki był gościem Krzysztofa Skowrońskiego w jednym z odcinków naszego cyklu „SDP Cafe”. Opowiadał wówczas m.in. o książce „Vakho. Wilcze szczenię”. Rozmowę można obejrzeć TUTAJ.   

 

WLATER ALTERMANN: Unia i biurokratyczne fanaberie europejskie z korupcją w tle

W felietonie „Życzenia na rok 2023” poruszyłem sprawę funkcjonowania ONZ. I zdaje mi się, że całkiem logicznie udowodniłem, że ONZ jest organizacją martwą i tym samym nieskuteczną, nie realizującą swych statutowych celów. Jedyne cele jak ONZ ma na celu to zachowanie i wzrost dobrobytu i dobrostanu własnych urzędników. Co prawda pojęcie „dobrostan” dotyczy dobrych warunków życia zwierząt hodowlanych, ale jest adekwatne do problemu dobrego, zasobnego i spokojnego życia urzędników tak ONZ jak i UE, więc nikogo nie obrażam, stwierdzając jedynie stan faktyczny. Teraz zajmiemy się rolą i funkcjonowaniem Unii Europejskiej.

U podstaw Unii Europejskiej legły najszczytniejsze ideały, mające zapobiec kolejnym wojnom europejskim. Przypomnijmy, że II wojna światowa wybuchła w 21 lat od zakończenia pierwszej. Obie te wojny nie były też pierwszymi wojnami na wielką skalę, toczonymi na terytorium Europy. Przyczyny były zawsze te same – próby dominacji jednych państw nad drugimi. Ale powodem podstawowym była zawsze walka o przewagi w produkcji i zbytu, czyli szeroko rozumiane rynki – europejskie i kolonialne.

Miłe złego początki

Początkiem integracji europejskiej było powołanie w 1952 roku Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, z której w 1958 roku powstała Europejska Wspólnota Gospodarcza. Unia Europejska jest zaś bezpośrednią następczynią EWG. Od czasu wejścia w życie traktatu lizbońskiego, tj. od 1 grudnia 2009, podstawę prawną funkcjonowania stanowią Traktat o Unii Europejskiej (znany także jako traktat z Maastricht) oraz Traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Obecnie Unię tworzy 27 państw.

Unia Europejska zmierza jednak w kierunku bycia nowym tworem – potężnym państwem ponadnarodowym. I tu powiedzmy od razu, że ten kierunek wyznaczają obecnie dwie siły, w łonie UE.

Pierwsza siła upaństwowienia UE – niezaspokojone ambicje Niemiec i zmęczenie Francji

Pierwsza z tych sił to Francja i Niemcy. Oba te państwa, chcą nowego tworu, w którym mogłyby dominować – w oparciu o fakt, że są to państwa najliczniejsze i najsilniejsze ekonomicznie.

Ostatnio – niedościgniony w swych makabrycznych bon motach – kanclerz Olaf Scholz powiedział, że Niemcy są już gotowe do przyjęcia na siebie przewodnictwa w Unii Europejskiej i zajęcia w niej należnego Niemcom miejsca. Pół roku wcześniej domagał się, aby Niemcy zostały stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Zdaje się, że bez przewodzenia komukolwiek Niemcy są historycznie nieszczęśliwi. Koncepcje co do roli Niemiec w świecie popsuła jednak Scholzowi wojna rosyjsko-ukraińska, a konkretnie dwuznaczna, pełna pokrętnych słów i działań postawa samego Scholza. Ta zastanawiająca moralnie i wielce dwuznaczna rola Niemiec w wojnie rosyjsko-ukraińskiej bierze się stąd, że Niemcy nie chcą dopuścić do obniżenia poziomu życia Niemców – jak stwierdził sam Scholz. Stąd wszelkie embarga i restrykcje przyjmowane są jak wspomnienie alianckiego bombardowania Hamburga czy Drezna. Przy czym dzisiejsi Niemcy jakby akceptowali własne zgodnie w II wojnie światowej, ale odwet aliantów traktują jak nieuzasadnione zbrodnie. Zaiste – historia niczego nie uczy, a megalomania Niemców nie ma granic przyzwoitości.

Co do Francji – widać, że jest zmęczona Europą, światem i samą sobą. Być może Francuzi ciągle przeżywają utratę Indochin? Zdarzało się już w przeszłości, że jacyś władcy, a nawet całe narody odczuwały zmęczenie własną władzą i popadały z nudów pod cudzą dominację.

Druga siła zjednoczenia UE – urzędnicy 

Urzędnicy Unii Europejskiej zachowują się tak, jakby UE już była państwem, a przynajmniej musiałby nim natychmiast zostać. Nawiązują przy tym do Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. To istne kuriozum. Przez kilka stuleci Cesarstwo Rzymskie było związkiem państw, owszem – ale na jego czele zawsze stał cesarz, który jednocześnie był królem najsilniejszego z państw tego tworu. Tak było począwszy od Karola Wielkiego – protoplasty Cesarstwa.

Tymczasem dzisiejsze władze Unii są tylko i jedynie władzami grupy urzędników, którzy żadną ziemią, krajem i państwem nie zarządzają. Tym samy Unia staje się władzą nadrzędną nad realnie działającymi pastwami. I to jest czysta abstrakcja na tle realnych dziejów Europy.

Zwróćmy też uwagę, że urzędnicy Unii Europejskiej coraz intensywniej działają nie na rzecz państw członkowskich, które im płacą za bycie urzędnikami, ale na rzecz przyszłego mega-państwa, które ma powstać na gruzach UE. Ułatwia to urzędnikom UE obecna struktura organizacyjna i zakres kompetencji jej organów.

Tako o sobie samej rzecze Unia

Wpadła mi właśnie w ręce broszura Unii Europejskiej z roku 2020, przeznaczona dla młodzieży, w której można przeczytać:

Parlament Europejski reprezentuje obywateli UE. Posłowie do Parlamentu Europejskiego są wybierani przez tych obywateli w wyborach bezpośrednich, które odbywają się co pięć lat… W skład Parlamentu wchodzi 750 posłów z wszystkich państw UE. Większe kraje ze względu na swoją wielkość mają więcej posłów niż mniejsze państwa… Parlament podejmuje decyzje dotyczące prawa europejskiego wspólnie z Radą. Jeżeli Parlament i Rada nie mogą osiągnąć porozumienia co do aktu prawnego, nowe przepisy nie wejdą w życie. Parlament wybiera przewodniczącego Komisji Europejskiej i zatwierdza cały zespół 27 członków Komisji – komisarzy. Parlament zatwierdza również budżet Unii Europejskiej.”

Broszura informuje również o Radzie Europejskiej: „Rada Europejska składa się z prezydentów lub premierów państw UE. Spotykają się oni przynajmniej cztery razy do roku. Ich posiedzenia nazywane są „szczytami europejskimi”. Rada Europejska ustala główne priorytety UE i ogólne kierunki polityki. Kieruje nią przewodniczący, który jest wybierany co 2,5 roku. Rada Europejska nie przyjmuje unijnych aktów prawnych. Jest to zadanie Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej.”

A taką informację w broszurze znajdziemy o Radzie Unii Europejskiej: „Rada Unii Europejskiej reprezentuje rządy państw UE. W Radzie ministrowie ze wszystkich krajów UE spotykają się, by omawiać sprawy UE i podejmować decyzje dotyczące polityki i prawa UE. To, że niektórzy ministrowie uczestniczą w posiedzeniach, zależy od tematu dyskusji. Na przykład, jeżeli posiedzenie dotyczy zanieczyszczenia powietrza, wówczas spotykają się ministrowie środowiska. Jeśli głównym tematem dyskusji jest bezrobocie, zbierają się ministrowie odpowiedzialni za zatrudnienie i sprawy społeczne.”

Taka struktura, dająca wybranym do parlamentu Europejskiego posłom, wedle klucza wielkości ludności państw członkowskich, właściwie nieograniczone możliwości zrodziła się z hipokryzji niektórych państw członkowskich, a najbardziej z zakłamania władz Niemców i Francuzów.

Hipokryzja wielkich państw

Hipokryzja w polityce to ukrywanie istotnych celów, którymi kierują się dani politycy. Chcący ukryć swoje prawdziwe intencje, zawsze dużo mówią o duchu praw, miłości między narodami, humanizmie, testamencie ojców i odpowiedzialności przed następnymi pokoleniami. Czasem hipokryci powołują się jeszcze na Boga.

Hipokryci z Niemiec, Francji i w mniejszym stopniu z Hiszpanii i Włoch, stworzyli potwora, jakim dzisiaj jest UE. Nie chcąc sami występować z własnymi pomysłami co do przyszłości Europy, wysługują się unijnymi urzędnikami.

Parlament UE jako przykrywka dla pomysłów rządów

Jeżeli ktoś uznałby moje rozumowanie za niezgodne z prawdą, to pytam: po co komu jest Parlament Europejski? Na co każdemu z 27 państw członkowskich utrzymywanie eurokratów, opłacanych nad wyraz niegodziwie wysoko. Na potwierdzenie mojej tezy, o zbyteczności Urzędników Unijnych przywołam raz jeszcze broszurę samej Unii, dla młodzieży:

„Codzienną pracę Komisji wykonuje jej personel administracyjny, eksperci, tłumacze pisemni i ustni oraz asystenci. Rekrutacją urzędników Komisji – tak jak i pracowników innych instytucji UE – zajmuje się Europejski Urząd Doboru Kadr. Urzędnicy ci są obywatelami krajów UE, wybranymi w trybie otwartych konkursów. W Komisji pracuje około 33 000 osób. Liczba ta może wydawać duża, ale w rzeczywistości jest mniejsza niż liczba pracowników administracji większości dużych miast w Europie.”

Zakłamanie autorów broszury jest równe zakłamaniu polityków największych państw składowych UE. Porównanie tej armii unijnych urzędników do urzędników metropolii europejskich jest bałamutne. Ci miejscy urzędnicy za coś konkretnie odpowiadają, choćby za miejski transport, inwestycje użyteczności publicznej, wodociągi, kanalizacje, szkoły i przedszkola, służbę zdrowia. A za co odpowiadają urzędnicy UE? Za wymyślanie kolejnych przepisów i pilnowanie, żeby realnie pracujący ludzie ich przestrzegali. Toż to samonapędzająca się maszyna biurokracji.

Byłoby to bardzo śmieszne, gdyby nie fakt, że parlamentarzyści europejscy i tysiące urzędników żyją naszym kosztem. A żyją na poziomie prawdziwie światowym. Dzisiejsza warstwa urzędników unijnych jest nową klasą próżniaczą Europy. Podobnie jak urzędnicy ONZ.

Powiedzmy jeszcze jedno. Utarło się mówić, że są jakieś „pieniądze unijne”.  Nic bardziej bałamutnego. To są nasze polskie pieniądze, tyle że w kieszeni eurokratów.

Współczesna klasa próżniacza

Pojęcie klasy próżniaczej wprowadził Thorsten Veblen na przełomie XIX i XX wieku. Określało ono zbiorowość ludzi nastawionych na ostentacyjną konsumpcję. Veblen swoje obserwacje odnosił do elity biznesu Stanów Zjednoczonych – finansistów i spekulantów giełdowych. W wydanej w 1899 roku książce Teoria klasy próżniaczej opisywał ówczesne formy ostentacyjnej konsumpcji, zajęć nieproduktywnych oraz instytucji społecznych podtrzymujących klasę próżniaczą.

Veblen urodził się za wcześnie i tym samym nie znał obecnego świata urzędników ponadnarodowych organizacji quasi państwowych. A to przecież oni – ci urzędnicy – są jak huba na drzewach. Żyją naszym kosztem, jednocześnie mając nas za nic.

Dzisiejszy Parlament UE jest swoistym Hyde Parkiem. Każdy mówi nie na temat, ale za to co chce. Szczególnie bawią mnie – a jest to mój śmiech przez łzy – tzw. postępowcy, na przykład zieloni. Nie zauważają oni wojny, nie dostrzegają też katastrofy na rynku paliw, nie przewidują, że ludzie mogą zamarzać. Oni wciąż tylko o naturze, o czystym powietrzu, wodzie i ziemi. Naprawdę piękna to działka, ale przecież Parlament Europejski działa w określonych warunkach. Można postulować zakaz produkcji mięsa, bo krowy zatruwają atmosferę, można zakazywać spalania węgla, używania energii atomowej, ropy naftowej i gazu. Można, tylko jak to się ma do życia zwykłych ludzi? Zdaje mi się, że ci postępowcy gotowi są bronić Ziemi do ostatniego człowieka.

Parlament UE do kasacji

Moim zdaniem Parlament Europejski powinien zostać zlikwidowany. Nie rozumiem bowiem jego roli, w sytuacji, gdy każde z 27 państw członkowskich ma już własny parlament. Więc mam pytanie: czy Parlament Europejski jest ponad tym 27 parlamentami?

Przyszłość Unii Europejskiej powinna być uratowana poprzez likwidację Parlamentu oraz drastyczne ograniczenie armii urzędników. Przecież z 33 tys. tych zatrudnionych w UE dałoby się sformować kilka dywizji wojska. Tu przypomnę, że jeszcze kilkanaście lat temu kilka państw, w tym Polska, mówiło o potrzebie stworzenia armii europejskiej. Wtedy ze strony Niemiec i Francji rozległ się gromki śmiech i pytanie” „A z kim to mielibyśmy walczyć?”

Przyszła UE powinna być związkiem wolnych państw, bez żadnej czapy, która wzięła się z działań „od czapy”. Wszystkie problemy zaś, które są, były i będą, powinny być rozwiązywane poprzez rozmowy i decyzje wypracowywane przez delegowanych przez rządy ambasadorów, czy też stałych przedstawicieli rządów w UE. I ci delegowani przez dane państwo urzędnicy układaliby się z pozostałymi delegatami co do odpowiednich działań.

Tak jak jest teraz, to kpina ze zdrowego rozsądku, marnotrawstwo dużych pieniędzy i chaos, powodowany przez urzędników. Albo też celowe działanie największych państw Europy. Bo taki układ jaki jest obecnie służy tylko niektórym państwom – na przykład – Francji i Niemcom. Bo mogą one chować się za plecami Unii. I mogą te państwa załatwiać swe interesy z tylnego siedzenia.

Polski ślad w Unii Europejskiej

Polska bierze aktywny udział w pracach UE, w tym Parlamentu Europejskiego. Ale też nasze partie upychają w Parlamencie Europejskim swoich ludzi, których – dla dobra partii – najlepiej jest wysłać za granicę – choćby do UE – niż mieliby siedzieć na miejscu i rozrabiać, stroić niezadowolone miny i krytykować partie-matki.

Mam podejrzenia, że wszystkie partie delegują – do wyborów z biorących miejsc – takich swoich polityków, którzy powinni zniknąć z oczu wyborców na jakiś czas. Przy czym jest to bardzo eleganckie wysłanie: za wspaniałą pensję, luksusowe mieszkania i za ogromny dodatek do polskiej emerytury. Naprawdę, od strony materialnej patrząc, wysyłani nie powinni narzekać.

Mamy zatem w Parlamencie UE co najmniej kilkoro byłych premierów i kilkoro wicepremierów, z których żadne nie jest w Brukseli w nagrodę za to, co zrobił w Polsce.

 

WALTER ALTERMANN: Dwa różne poziomy Teatru Telewizji

W ciągu ostatnich dwóch tygodni obejrzałem dwie sztuki teatralne zrealizowane przez Teatr Telewizji TVP. Pierwsza to „Szczęście Frania” Włodzimierza Perzyńskiego, w reżyserii Agnieszki Glińskiej. Sztukę z roku 2001 powtórzyno niedawno w programie TVP Kultura.

Druga ze sztuk to adaptacja klasycznej powieści „Zaklęte rewiry” Henryka Worcella, w reżyserii Adama Sanjuka z roku 2022 zaprezentowana 9 stycznia 2023 r. w TVP 1.

Co łączy obie te realizacje? Poza tym, że zostały wyemitowane przez TVP w ciągu dwóch tygodni – nic, dosłownie nic.

Włodzimierz Perzyński „Szczęście Frania”

w reżyserii Agnieszki Glińskiej,

premiera w 2001 roku

Komedia Włodzimierza Perzyńskiego jest naszą klasyką, a rolą Frania święcił już triumfy Stefan Jaracz. Krótko mówiąc ta gorzka komedia odsłania zakłamanie, pazerność i brutalność polskiego mieszczaństwa z przełomu XIX i XX wieku. Można nawet powiedzieć, że Perzyński jest okrutny, bo nie owija niczego bawełnę, wali jak młotem w zakute głowy naszej warstwy średniej. Mówi wprost – oto jacy podli i zakłamani jesteście. Im bardziej macie na ustach dobre obyczaje, honor i godność, tym bardziej jesteście wstrętni. W sumie jesteście mali i zakłamani.

Perzyński – obok Zapolskiej – jest czołowym demaskatorem w naszej literaturze. Przy tym wspaniale, lekkim piórem, subtelnie a wnikliwie kreśli charaktery postaci. Jest też mistrzem dialogu, bo jego postacie nie są „nosicielami idei”, niczego nie wygłaszają. U niego bohaterowie są zawsze z krwi i kości – naprawdę jest co grać, jak mawiają aktorzy.

Reżyser i scenografowie: Agnieszka Zawadowska i Krzysztof Benedek stworzyli wspaniały świat dla tej sztuki. Dekoracje i kostiumy są wierne epoce, ale przecież nie ma ich w nadmiarze. My widzowie mamy widzieć, że dom jest zasobny, a nawet bogaty. Kostiumy i dekoracje oddają epokę, ale przecież nie ma w tej sztuce wystawy mebli i kolekcji kostiumów. W sferze „wyglądów” jest tak jak powinno być. Scenografia służy spektaklowi, nie wyrasta ponad niego, co czasami się przecież zdarza.

Największą zasługą pani reżyser jest jednak to, że wszyscy aktorzy grają subtelnie, delikatnie i bardzo głęboko. Mamy więc w spektaklu do czynienia z bohaterami pełnymi. Mając też na względzie to co za chwilę napiszę o „Zaklętych rewirach” w reżyserii pana Adama Sajnuka, zauważę jeszcze, że pani Glińska subtelnie odczytała utwór, i pod jej ręką aktorzy zagrali prawdziwy koncert wiolinowy. Wspaniała to był uczta dla teatromana. I wypada po prostu podziękować. Zatem, dziękuję.

Mam tylko jedną uwagę, nie do twórców, ale do redakcji Teatru Telewizji. Odniosłem wrażenie, że osoba pisząca informację o spektaklu na stronie TVP, nie bardzo chyba wiedziała o czym pisze. Jeżeli – według tej osoby – „Szczęście Frania” jest „…lekką komedią miłosną”, to chyba nie widziała i nie czytała tego utworu. Albo jeszcze gorzej… widziała, czytała, ale nie pojęła. Sztuka Perzyńskiego jest bowiem okrutną analizą zakłamania i podwójnej moralności mieszczańskiej. I w dorobku polskiej dramaturgii tak jest klasyfikowana. Chyba, że TVP chodziło o „nagonienie widza” i dlatego trzeba było napisać, że utwór jest „lekki”. Poza tym, to jakby autor tej notki zaklasyfikował „Damy i huzary” i „Jestem zabójcą” Aleksandra Fredry? Albo i „Lekarza mimo woli” Moliera? No, ale tak to już u nas jest, że nawet w przypadku tak świetnego wystawienia dzieła, znajdzie się jakiś „redaktor”, który spieprzy wszystko do imentu.

Obsada: Maciej Stuhr (Franio), Joanna Szczepkowska (Lipowska), Krzysztof Stroiński (Lipowski), Aleksandra Popławska (Helena), Bartosz Opania (Otocki), Maria Maj (Mroczyńska), Agnieszka Wosińska (Langmarowa).

Henryk Worcell „Zaklęte rewiry”

scenariusz i reżyseria Adam Sajnuk

premiera 9 stycznia 2023 roku w TVP

Naprawdę trzeba mieć sporo odwagi, żeby podjąć się adaptacji i reżyserii „Zaklętych rewirów”, gdy w świadomości widzów ciągle funkcjonuje tak wybitny film, jak ten Janusza Majewskiego. Dla każdego reżysera powtórzenie tego dzieła jest naprawdę ogromnym wezwaniem. Dlatego też przysiadłem fałdów, żeby realizację tak wzniosłego zamiaru obejrzeć. Powiem od razu, że oglądanie realizacji pana Sajnuka przyszło mi z ogromnym trudem, bólem i pozostawiło mnie w głębokiej traumie.

Oto bowiem z powieści o dorastaniu, o nauce rozumienia mechanizmów rządzących światem, o tym, że świat jest migotliwy i niejednoznaczny reżyser Adam Sajnuk nie wziął nic. Poza tym, że rzecz dzieje się w restauracji. W spektaklu nie ma ani atmosfery powieści Worcella, ani też jego tak barwnych postaci. Jeżeli tak, to mam pytanie – skoro reżyser miał własny pomysł na tę sztukę, dlaczego „podpiera” się Worcellem. Trzeba było siąść i napisać swoją sztukę, dziejącą się w knajpie. Bo u pana Sajnuka nie mamy już luksusowego hotelu, nie ma świata „z najwyższej półki”, który Boryczko, główny bohater, musi zrozumieć, przyswoić i do którego musi również dorosnąć. U Worcella bohater odrzuca w finale ten świat, ale to w tej restauracji przeżył i zrozumiał tak wiele. I w sumie świat restauracji u Worcella jest światem fascynującym.

O ile chodzi o spektakl pana Sajnuka, to nie ma w nim niczego fascynującego. Niestety, świat tej powieści, widziany oczyma adaptatora i reżysera w jednym, jest wulgarny i prostacki. I tak też grają aktorzy. Gdyby tylko kilku z obsady, pomyślałbym, że reżyser nie zapanował nad aktorami. Ale nie, wszyscy grają ludzi przygłupich i hałaśliwych, a tajemnicza, dystyngowana restauracja jest czymś w rodzaju upadającego baru na dalekiej polskiej prowincji. I to gdzieś tak pod koniec PRL-u.

Sztukę otwiera bezsensowna scena, w której kelnerzy, jeden po drugim, ciskają z hukiem swoje tace do zlewozmywaka. Przecież nie ma tak głupich właścicieli, nawet przydrożnych barów, którzy trzymaliby o jeden dzień za długo takich prymitywnych „niszczycieli” ich majątku.

W realizacji pana Sajnuka nie ma też cienia dialogów, a każdy z aktorów coś tam wykrzykuje, często wprost do kamery. Niczego nie zrozumiałem, a przede wszystkim nie wiem, dlaczego ktoś zdecydował się na emisję tak strasznej rzeczy. Zdarza się, że coś nie wyjdzie, ale wtedy zamyka się taśmę w szafie z napisem „Nie ruszać do roku 2099” i jest święty spokój.

Być może zasłonę tajemnicy tego dzieła odsłania wprowadzenie do spektaklu, znowu pióra redakcji Teatru Telewizji, bo w informacji można przeczytać, że: „…spektakl nawiązuje formą do performance’u”. Mój Boże! A cóż to znaczy? Gdyby jeszcze ów redaktor napisał, że spektakl wyrasta z ducha „prymitywnego brutalizmu”, miałbym jakieś wątpliwości. A tak, nie mam żadnych – niepotrzebna, szkodliwa estetycznie realizacja TVP. Przykre, ale tak właśnie jest.

Obsada: Agata Piotrowska-Mastalerz, Marek Kossakowski, Mariusz Drężek, Mateusz Banasiuk, Mateusz Znaniecki, Sebastian Cybulski.

 

 

Nie żyje Andrzej Kociuba, wieloletni dyrektor DPT SDP w Kazimierzu Dolnym. Pogrzeb 19 stycznia w Lublinie

W wieku 73 lat, po długiej i ciężkiej chorobie, zmarł Andrzej Kociuba, wieloletni dyrektor Domu Pracy Twórczej SDP w Kazimierzu Dolnym.

Andrzej Kociuba funkcję dyrektora DPT SDP pełnił przez 17 lat, w 2021 roku przeszedł na emeryturę. Był sumiennym pracownikiem, zawsze oddany i życzliwy gościom oraz członkom naszego stowarzyszenia, którzy odwiedzali DPT w Kazimierzu.

Rodzinie i bliskim składamy wyrazy głębokiego współczucia.

 

Malował muzykę promieniem lasera – TERESA KACZOROWSKA o Stanisławie Ostoi-Kotkowskim

Mija właśnie 100 lat jak narodził się niezwykle wszechstronny artysta, twórca sztuki laserowej, nazywany Mistrzem światła, Stanisław Ostoja-Kotkowski. W Polsce mało znany, a w świecie sławny, szczególnie w Australii, gdzie rzuciły go losy wojny. Jego przełomowe, wyprzedzające epokę osiągnięcia, wpisano na Listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.

Ten wybitny malarz, rzeźbiarz, scenograf, fotografik, grafik nazywany „Mistrzem światła”, wykorzystywał w swojej niezwykłej twórczości najnowsze zdobycze techniki, wyprzedzając swoją epokę. Zamienił pędzel na promienie lasera, malował nimi muzykę i – jako pierwszy w świecie – użył efektów laserowych podczas przedstawienia teatralnego (1968) i operowego (1974), wykonując nimi scenografię. Organizował koncerty laserowe, w których zamieniał muzykę w obrazy. Wykonywał grafiki komputerowe inspirowane fraktalami i kolaże optyczne; stawiał pomniki, projektował witraże i mozaiki.

Stanisław Ostoja Kotkowski i jego kolaże, Stirling, lipiec 1982. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Stanisław Ostoja- Kotkowski (1922-1994) urodził się 28 grudnia 1922 r. w Golubiu, jako syn Stefana i Jadwigi Kotkowskich. Był spokrewniony z Witoldem Gombrowiczem – dziadek pisarza, Ignacy Gombrowicz i pradziadek artysty, Stanisław Kotkowski, byli rodzonymi braćmi. Rodzina Kotkowskich przeprowadzała się – najpierw z Golubia do Brodnicy (w 1925 r.  urodziła się tam Irena, jedyna siostra przyszłego artysty), a w 1937 r. do Przasnysza, gdzie Stefan Kotkowski objął stanowisko dyrektora banku w Komunalnej Kasie Oszczędności. Jego syn, nastolatek Staś, uczył się w latach 1937-1939 w przasnyskim gimnazjum, uzyskując w 1939 r. tzw. małą maturę.

– Od najmłodszych lat przejawiał zainteresowania artystyczne – mówi Krzysztof Gadomski, artysta plastyk z Przasnysza, współautor z żoną Agnieszką wydanej w 2006 r. publikacji „Stanisław Ostoja- Kotkowski. Mistrz światła”. – W Przasnyszu przebywał w tym czasie malarz Olgierda Vetesco, u którego w latach 1939-1945 Stanisław mógł pobierać pierwsze lekcje rysunku i malarstwa. Dało to mu podstawy warsztatowe i wiedzę z teorii sztuki.

W Przasnyszu młodzieniec działał też w Polskim Podziemiu, wspierając walkę z okupantem niemieckim. Jego ojciec, bankowiec, po udziale w kampanii wrześniowej trafił do niewoli, a potem na kilka lat do niemieckiego oflagu. Aby pomóc w utrzymaniu rodziny jego syn podjął pracę w miejscowym zakładzie mechanicznym, gdzie zdobył też prawo jazdy. Dzięki temu, a także dzięki dobrej znajomości języka niemieckiego, Stanisław został kierową niemieckiego lekarza powiatowego w Przasnyszu. Swoją pracę wykorzystywał w walce podziemnej, przewożąc łączników i broń służbowym „Adlerem”. Należał do AK, współpracował z miejscową organizacją, której przewodził Henryk Pszczółkowski. Pod koniec wojny został zabrany przez Niemców jako zakładnik, jednak podczas transportu zdołał uciec.

Trafił do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech. Tam, w 1945 r. udało mu się zdać egzaminy do ASP w Dusseldorfie, gdzie w latach 1945-1949 studiował malarstwo. Zainspirowała go twórczość Kandinsky’ego oraz …opera. „Będę malował muzykę” – napisał z Dusseldorfu w jednym z listów do matki w Przasnyszu. W Niemczech też postanowił  wybrać za swoją nową ojczyznę Australię. Wyemigrował jesienią 1949 r.

Stanisław Ostoja Kotkowski, eksperymenty łączenia dźwięku ze światłem 2, Prahran, październik 1976. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

W Australii kontynuował studia w Wiktoriańskiej Szkole Sztuk Pięknych w Melbourne, zarabiając na życie jako robotnik i malarz elewacji domów. Podczas licznych podróży po Australii zafascynowała go bogata kolorystyka i światło tego kontynentu. Zaczął poszukiwać odpowiednich farb, aby oddać  niezwykłość wyspy. Znalazł je w USA, były to polimery. W 1955 r., po osiedleniu się w Stirling koło Adelajdy, odbyła się w Royal Society of Arts, South Australia, pierwsza wystawa abstrakcyjnych obrazów Stanisława Ostoi-Kotkowskiego („Ostoja” to pierwszy człon z herbu rodu Kotkowskich, który wykorzystał do sygnowania swoich prac). Zaczął zdobywać coraz większe uznanie i wystawiać prace na kolejnych ekspozycjach, m.in. jego polimerowe dzieła wystawiono w 1965 r. w Pałacu Sztuki w Krakowie. Dwa lata później otrzymał stypendium Churchilla, dzięki czemu odwiedził Polskę, kilka krajów europejskich, a także Japonię i Stany Zjednoczone.

W latach osiemdziesiątych Ostoja zaczął tworzyć obrazy sprzężone z muzyką, przekładać dźwięk na dzieła plastyczne. Marzenie połączenia obrazu i dźwięku zrealizował w 1975 r., kiedy na uniwersytecie w Melbourne zainstalował  kompozycję z 24 płyt z emalii szklistej, wypalonej na stali. Wmontował w nią „theremin” – urządzenie, które wytwarzało muzykę przy kontakcie z ludzkim ciałem. Swoje eksperymentalne „theremity” połączone z dziełami sztuki, optycznymi kolażami prezentował na festiwalach, na budynkach, wystawiał w galeriach, budząc ogromne zainteresowanie.

Stanisław Ostoja Kotkowski, eksperymenty łączenia dźwięku ze światłem, Prahran, październik 1976. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Angażował  się również w projektowanie dekoracji scenicznych i teatralnych, stosując zaskakujące kinetyczne dekoracje świetlne, łącząc muzykę ze światłem, baletem, obrazem. W 1968 r. zastosował po raz pierwszy w świecie laser na scenie – zaprezentowana na Festiwalu Sztuki w Adelajdzie sztuka „The Veldt” Raya Bradbury’ego, z zastosowaniem wiązki laserowej, była pierwszym tego rodzaju pokazem na świecie. Później stał się twórcą opraw scenicznych wielu oper i widowisk – do 1974 r. wykonał ich, z wykorzystaniem lasera ponad 30. Uległ magii lasera. W 1982 r. Ostoja był np. autorem scenografii do „Wesela” Stanisława Wyspianskiego, które zostało wystawione w Teatrze Polskim w  Adelajdzie na 30-lecie tego teatru. W ciągu kilkunastu lat pracy scenografa tak udoskonalił swój warsztat, że zaczął  malować dekoracje sceniczne samym  światłem.

Stanisław Ostoja Kotkowski, kompozycj z emalii szklistych, 1975 r. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Cały czas parał się również innymi formami sztuki. Jest autorem licznych płaskorzeźb, rzeźb, fresków i konstrukcji świetlnych w gmachach użyteczności publicznej (w Melboume, Adelajdzie, Pert, Canberze), abstrakcyjnych kompozycji malarskich wykonanych w emalii szklistej, kolaży optycznych, grafik komputerowych, fotografii artystycznych, pokazów fotografiki kinetycznej, spektakli i koncertów laserowych. Poza urządzeniami wytwarzającymi muzykę w zetknięciu z ludzkim ciałem („thereminami”), jest też twórcą wież chromasonicznych, w tym śpiewającej wieży w Adelajdzie (1978), reagującej na ruch uliczny gamą kolorowych, pulsujących świateł,  czy kinetycznego fresku słonecznego Solaris (1986).

Ostoja był artystą wszechstronnym, niezwykle pracowitym, a jego talent i niespokojny duch zmuszały go do ciągłych poszukiwań, co czyniło go nowatorem i wizjonerem. Należał do wielu światowych towarzystw, w tym Royal Society of Art w Londynie, był laureatem mnóstwa międzynarodowych nagród. Został uhonorowany m.in. przez królową Elżbietę II najważniejszym australijskim odznaczeniem państwowym „Orderem Australii” (1992) i przez ministra kultury RP Medalem „Zasłużony dla Kultury Polskiej” (1990).

Z Polską nigdy nie zerwał kontaktów – odwiedził ją dwukrotnie, m.in. w 1991 r., kiedy zaprezentował swój koncert laserowy w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Odwiedził też wtedy Przasnysz – matkę, kolegów szkolnych, był przyjęty przez władze. Działał aktywnie w środowisku australijskiej Polonii, propagował kulturę polską na tym odległym kontynencie. Jest autorem pomnika Tadeusza Kościuszki, który stanął w 1988 r. w Cooma, ok. 80 kilometrów od Góry Kościuszki – najwyższego szczytu Australii. Wykonał też pomniki Bohaterstwa Żołnierza Polskiego, Ofiar Katynia w Adelajdzie, a także mozaikę w kościele św. Maksymiliana Kolbe w Ottoway. Prace Ostoi-Kotkowskiego można dziś oglądać w australijskich oraz zagranicznych zbiorach państwowych i prywatnych. W lutym 2008 r. archiwum jego dzieł na University of Melboume – zawierające różnorodne formy sztuki artysty, m.in. zapisy wykładów, programy, fotografie, slajdy, pokazy laserowe, modele rzeźb, rzeźby – wpisano na australijską Listę Pamięć Świata UNESCO „Memory of the Word Register of Australia”.

Po śmierci, nocą z 2 na 3 kwietnia 1994 r., spoczął w Polsce – w grobie rodzinnym na Cmentarzu Wojskowym w Warszawie na Powązkach, razem ze swoją siostrą Ireną.

– Sprowadziłam prochy Stasia z Australii do Warszawy, przy wsparciu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, bo w Australii rodziny nie założył – opowiada dbająca o pamięć wuja, mieszkająca w Warszawie jedyna córka Ireny, Liliana Adamczyk, która jest spadkobierczynią wielu jego obrazów. – Archiwum Ostoi, m.in., grafiki komputerowe, własnoręcznie wykonane albumy, artykuły o nim i książki są natomiast w Muzeum Narodowym w Warszawie, które przekazał w darze sam artysta.

Pamięć o Stanisławie Ostoi-Kotkowskim niesie też Przasnysz, gdzie do końca mieszkali i spoczywają jego rodzice. Miejscowe Muzeum Historyczne posiada cenny zbiór korespondencji i zdjęć, które przekazała matka artysty Jadwiga Kotkowska, są tez listy do jego przasnyskich kolegów, oryginalne karty pisane z całego świata oraz inne pamiątki. W Przasnyszu jedna z ulic oraz dom kultury noszą jego imię, organizowane są ogólnopolskie Festiwale „Fabryka Światła”, Przeglądy Sztuki Współczesnej im. Stanisława Ostoi- Kotkowskiego. Od 2006 r. przyznawany jest też Medal Stanisława Ostoi- Kotkowskiego w trzech kategoriach: twórca uznany, debiut, medal honorowy. Przasnysz upamiętnia też 100. urodziny Stanisława Ostoi -Kotkowskiego – w formie wystaw, warsztatów, spektakli laserowych, konkursów, testów, prelekcji  – w miejscowych placówkach kultury. Np. w sierpniu br. Miejska Biblioteka Publiczna zorganizowała spotkanie z australijskim muzykiem dr. Robinem Foxem, który inspiruje się twórczością Stanisława Ostoi–Kotkowskiego tworząc spektakle, koncerty oraz widowiska łączące laser z dźwiękiem i przenosząc widzów w sferę, w której światło oraz muzyka działają jako jedno.

Jeden z koncertów laserowych Ostoi. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Grudniowe zebranie Zarządu Głównego SDP

Przedłużenie terminu przesyłania zgłoszeń dziennikarzy do 29. Konkursu o nagrody SDP,  dyskusja na temat wsparcia działań IFJ dla niezależnych dziennikarzy i wydawnictw w Hong-Kongu, przygotowania do konferencji w styczniu na temat działań m.in. Prokuratury, Społecznego Komitetu Pamięci Jarosława Ziętary oraz CMWP SDP  w sprawie wyjaśnienia okoliczności zbrodni sprzed 30 lat, informacja o przygotowaniach do zmian współpracy EFJ i IFJ  z SDP (propozycje) oraz uruchomienie od 1 stycznia 2023 czterech miejsc noclegowych (dla członków SDP preferencyjne ceny) w budynku przy ul. Foksal 3/5   – to wiodące  tematy comiesięcznego zebrania Zarządu Głównego SDP, jakie miało miejsce 20 grudnia 2022 r.

Zebranie odbyło się w formie mieszanej, stacjonarnie oraz zdalnie dla tych członków  Zarządu, którzy nie mogli tym razem przyjechać do Warszawy.

W czasie zebrania odczytano świąteczno-noworoczny list z życzeniami wraz z podziękowaniem za wsparcie od ukraińsko-polskiego zespołu informacyjno-analitycznego „Niezależne Media Forum” , który został przesłany do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (więcej o tym TUTAJ). List podpisał Jurij Szczerbak, przewodniczący  i Anatolij Sierykow, dyrektor wykonawczy Forum.

W planie zebrania było także łączenie zdalne z Siergiejem Tomilenko, prezesem Narodowego Stowarzyszenia Dziennikarzy Ukraińskich i z Mykolą Semeną, sekretarzem generalnym tego Stowarzyszenia, którzy znajdują się w Kijowie, ale od dwóch dni ze względu na stały brak prądu  nie było z nimi łączności internetowej, odezwali się przysyłając krótką wiadomość SMS. W imieniu SDP  przekazaliśmy im życzenia z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia i zapewniliśmy o naszej solidarności z nimi oraz gotowości do dalszego świadczenia pomocy tym dziennikarzom z Ukrainy, którzy za pośrednictwem NUJU przybywają do Polski. SDP zapewnia im utrzymanie i noclegi w Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym od marca 2022 r.

Po zebraniu miało miejsce spotkanie wigilijne pracowników i stałych współpracowników  biura i Zarządu Głównego SDP.

oprac. jh