O piekle komunistycznej Polski pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Rakowiecka – Polska Golgota

24 listopada 1904 r. w Warszawie przy ul. Rakowieckiej władze carskie uruchomiły więzienie karne. W latach 1939-1945 służyło Niemcom. Po II wojnie światowej stało się najcięższym więzieniem politycznym Polski tzw. ludowej, symbolem rządów komunistycznych lat 1945-1989, a także uzależnienia od Związku Sowieckiego. Szczególnie do 1956 r. ginęli tu żołnierze i działacze niepodległościowi. Ich ciała zrzucano następnie do dołów śmierci za murem Powązek Wojskowych.

Ci, którzy wolną Polskę umiłowali ponad wszystko, są dziś identyfikowani po wydobyciu z bezimiennych jam grobowych na „Łączce”. W więzieniu mokotowskim byłem kilkakrotnie (na początku lat 90. z Ojcem, który spędził tu kilka lat życia). Ale nie muszę wcale wchodzić do środka, spacerować po korytarzach słynnego X Pawilonu, którym rządziła bezpieka, „zwiedzać” cel, przechodzić ciemnym, podziemnym korytarzem, w którym polskim patriotom strzelał w tył głowy Piotr Śmietański, a potem Aleksander Drej, aby poczuć, jak straszne jest to miejsce. Może to dziedziczne? Może udziela mi się więzienna trauma Ojca, któremu „oficer” Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego powiedział podczas jednego ze „spotkań”: „My wiemy, że ty masz twardą d…, ale obok mamy kogoś, z kogo wszystko wybijemy”. W celi obok siedziała żona Ojca. Ubeckie „badania” spowodowały poronienie dziecka.

Rodzima Łubianka

Dzieje Rakowieckiej odzwierciedlały historię całego kraju: powolne pogrążanie się w systemie totalitarnym, okresy odwilży, buntu, aż po powiew wolności w 1989 r. W ciągu minionego półwiecza więzienie na Rakowieckiej – najdłuższej, jak mawiano, ulicy w Warszawie – było tym, czym X Pawilon Cytadeli w okresie zaborów, czy aleja Szucha w latach okupacji niemieckiej.
„Siedzieliśmy w warunkach na tyle luksusowych, działaliśmy przy otwartej kurtynie dzięki roli mediów, że nie można było nas wykończyć, tak jak wykończono pokolenie, które walczyło o niepodległość w latach 40., 50.”. Powiedział to Czesław Bielecki, opozycjonista, architekt, polityk w filmie „Rakowiecka” w reżyserii Jolanty Kessler, opowiadającym dzieje więzienia. Współtwórca filmu – Józef Szaniawski, który na wolność wyszedł wiosną 1990 r., jako ostatni więzień polityczny PRL, określił to ponure miejsce na warszawskim Mokotowie mianem polskiej Łubianki. Przez Rakowiecką przeszły dwa pokolenia Polaków. Kiedy na mocy amnestii w 1956 r. mury katowni opuszczali więźniowie Stalina i Bieruta, ich miejsce zajmowali nowi „wrogowie ludu”. Ci z roku 1968, 1970, 1976, 1981…

Ci, co przeżyli

Jest jeszcze film Marii Dłużewskiej „Ci, co przeżyli”. Dopowiedzmy: Ci, co przeżyli Rakowiecką. Przeżyli, bo byli silni, bo mieli szczęście, bo byli zwykłymi żołnierzami. Ich dowódców zamordowano. Wśród mordujących był Jerzy Kędziora, „oficer” śledczy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – antybohater filmu Dłużewskiej. Kiedyś chwalił się: „Ponieważ bicie kijem było niewygodne, wartownicy znaleźli kawałek kabla grubości wiecznego pióra, ogumionego, z cienkim drutem wewnątrz. Tą gumą posługiwało się kilku oficerów, a później każdy zaopatrzył się w kawałek kabla”. Jednak Kędziora musiał być jeszcze bardziej pomysłowy, skoro bardzo chwalił go szef wszystkich śledczych płk Józef Różański.
Po trwającym lata procesie został w końcu – prawomocnie (co jest ewenementem) – skazany. Mimo, że przedstawiał zaświadczenia lekarskie. Mimo, że twierdził, że jego przeszłość przedawniła się, tak jak Ireneusza Kościuka – milicjanta, któremu pewnego majowego dnia nie spodobał się student Grzegorz Przemyk. Karę odbywał na warszawskiej Białołęce, ale i tak został przedterminowo zwolniony. Żyje do dziś w Warszawie.

Śledczy w gablocie

Takich Kędziorów, sprawców bezprawia, żyje jeszcze trochę. I wymiar sprawiedliwości III RP ściga ich równie „skutecznie”. Tych chodzących z podniesionym czołem po kraju, jak i tych, którzy zawczasu czmychnęli za granicę. Trzy sprawy ekstradycyjne – prokurator Heleny Wolińskiej z Wielkiej Brytanii, naczelnika stalinowskich więzień Salomona Morela z Izraela i sędziego Stefana Michnika ze Szwecji, zakończyły się totalną klapą.
Pozostaje pamięć. Józef Szaniawski, gdy „mieszkał” jeszcze na Rakowieckiej, powiedział śledczemu: „Panie pułkowniku, tu będzie kiedyś muzeum, tak jak w X Pawilonie Cytadeli, a pan będzie stał wypchany w gablocie”. W tej komunistycznej mordowni powstaje dziś Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL.
Tadeusz Płużański

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Niszczenie Polski pod sztandarem demokracji

16 listopada 1944 r. komunistyczny Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego wydał dekret „O przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa”. Jego kontynuacją był tzw. Mały Kodeks Karny (MKK). Dzięki tym i innym wprowadzonym przez siebie bezprawnie przepisom komuniści realizowali politykę nie odbudowy, ale zniszczenia Polski, a głównie rozprawy z polskimi niepodległościowcami. A wszystko pod sztandarem demokracji.

MKK przewidywał karę śmierci za 13 rodzajów „przestępstw”, m.in. udział w organizacji lub grupie o charakterze zbrojnym, posiadanie broni i amunicji, sabotaż gospodarczy, „sprzedajność obcym”, szpiegostwo. Ale wyeliminowanym ze społeczeństwa można było zostać np. za opowiadanie dowcipów o tematyce politycznej – pozwalał na to artykuł mówiący o „rozpowszechnianiu nieprawdziwych informacji”.

Do realizacji polityki represji komuniści powołali – jak zwykle bezprawnie – specjalne sądy: Wojskowe Sądy Rejonowe (WSR). Wedle wciąż niepełnych danych, w latach 1946-1955 przed sądami wojskowymi skazano ponad 80 tys. osób z czego na karę śmierci około 4 – 4,5 tys. Prawdopodobnie około 3 tys. wyroków zostało wykonanych.

Jednym z sędziów, a potem szefem stołecznego WSR – chyba najbardziej krwawego trybunału śmieci w powojennej Polsce – był Mieczysław Widaj. Sam AK-owiec skazał na śmierć ponad 100 polskich niepodległościowców. W 1956 r. wyjaśniał: „W maju [1949 r.] byłem w Warszawie, by znów zacząć od braku mieszkania, od kwaterowania na sali sądowej, tuż obok celi, do której wprowadzano więźniów aresztantów. A rozprawy odbywały się i po nocach. (…) Mnie i żonę będącą w ciąży budził gwar i tupot dochodzący z zadymionego korytarza, na który prowadziły mieszkalne drzwi. To były warunki pracy i warunki życia, jakie były mi postawione do dyspozycji. (…) mieszkałem w tak ciężkich warunkach w budynku, w którym szczury wyprawiały harce pod podłogą i po podłodze, gdy groziło, że po przyjściu na świat dziecka pieluszki będą musiały być suszone na sali rozpraw. (…) Gdy inni „po praktyce” w Wojskowym Sądzie Rejonowym odchodzili na szefów innych sądów, ja pozostawałem na czarnej robocie, nie byłem przesuwany do klasy menedżerów. (…) Mnie – a zresztą w ogóle nami – przesuwano jak pionkami po szachownicy, nie pytając nas o zdanie”.
„Wojskowe Sądy Rejonowe zostały zlikwidowane wiosną 1955 r. Faktycznie zbiegło się to z zawieszeniem stosowania stalinowskich dekretów” – pisze historyk IPN dr Rafał Leśkiewicz. – „Nie były już potrzebne, bowiem komunistom udało się skutecznie wyeliminować ‘wrogów władzy ludowej’”. Ich ofiary – wielu bohaterów oraz rodziny skazanych wówczas na śmierć lub długoletnie więzienie – żyły natomiast jeszcze przez wiele lat z piętnem bandytów.

Mały Kodeks Karny obowiązywał aż do 1969 r., kiedy komuniści wprowadzili „duży” kodeks karny. Niestety niektóre przepisy tego zbrodniczego „prawa” – zachowane w kodeksie karnym z 1997 r. – dotrwały do dziś. Np. art. 256: „Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa albo nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowych, etnicznych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość; podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.

Mimo tych wątpliwych, prawnych zapożyczeń tzw. III RP od PRL-u, coś się jednak zmieniło. Dziś szczęśliwie pod pojęciem „faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa” nie rozumie się już ustroju Polski przedwrześniowej – jak tego chcieli komuniści. Wciąż pamiętamy (mam nadzieję), jak polskiego generała Augusta Emila Fieldorfa skazywali na śmierć na szubienicy – jako „faszystę”.
Dziś – przynajmniej teoretycznie – polskie prawo szanuje dorobek wolnej, niepodległej II Rzeczpospolitej. A za państwa totalitarne uznaje się nie tylko nazistowskie Niemcy, ale także sowiecką Rosję i jej satelity, w tym komunistyczną Polskę. Piszę jednak teoretycznie, bo „nadzwyczajna kasta” sędziowska, rodem z PRL, przy pomocy Brukseli, czuwa nad właściwą wykładnią.

 

Katastrofę językową zapowiada WALETR ALTERMANN: Masakryczny generał

Relacjonujący sprawę masowego zabójstwa w USA, gdzie jeden uzbrojony szaleniec zabił około 20 osób, a 60 ranił, dziennikarz TVN mówi: „Rozgrywały się masakryczne sceny”. Osłupiałem, bo „masakryczny” jest żartobliwą kontaminacją dwóch słów: makabryczny i masakra. Tak się mówiło przed laty w środowiskach młodzieżowych o złej sztuce teatralnej, marnej książce czy nieudanym filmie. Ale żeby takim językiem mówić o prawdziwej ludzkiej śmierci i tragedii bliskich?

Dziennikarz jednak brnął dalej, bo w chwilę po tym, stojąc na tle palm w Los Angeles, mówi: „Mieszkańcy są objęci jakąkolwiek pomocą, jaką potrzebują”. I co takiemu gościowi zrobić? Kary boskiej na takiego nie ma?

Ja wiem, że TVN promuje wszystkie odmęskie feminizmy językowe, łącznie z hydrauliczynią i kierowczynią, ale żeby być aż tak postępowym, żeby wysyłać jegomościa słabo mówiącego po polsku aż do Kalifornii? Chyba, że pojechał tam w nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca – w wewnętrznym konkursie stacji – ze znajomości języka polskiego.

Generał pacyfista

Ze sporym zdumieniem przyjąłem wypowiedź generała Różańskiego, który powiedział: „Dzisiaj większość wojskowych to pacyfiści…” Tę rewelację obwieścił 26 października w TVN24.

Gdyby taką „pogłębioną refleksję” wydobył z siebie jakiś major, a niechby i pułkownik, powiedziałbym – trudno, zdarza się w najlepszej rodzinie, tym bardziej, że każda służba w mundurze jest nerwowa. Żołnierze – nawet w czasach pokoju – działają zawsze pod presją, więc zdarza się, że niektórym nerwy puszczają.

Jednakże generałowi broni Mirosławowi Różańskiemu, w niedalekiej przeszłości,  powierzano bardzo odpowiedzialne stanowiska. Był przecież w latach 2015-2017 dowódcą generalnym sił zbrojnych. A od człowieka na takim stanowisku można chyba oczekiwać, że potrafi zapanować nad własnymi emocjami, a jego przemyślenia będą dotyczyły doktryn wojennych, strategii i stanu naszych Sił Zbrojnych. Tymczasem generał Różański doszedł do wniosku, że wojny są bez sensu i należy je ignorować, odmawiając w nich udziału – bo do tego przecież sprowadza się w praktyce pacyfizm.

Mnie się zdaje, że Polacy nie oczekują od swoich generałów agresji i chorobliwej wojowniczości, ale generał-pacyfista to już przekroczenie granic. No i najważniejsze, jeżeli – jak mówi generał Różański – „Dzisiaj większość wojskowych to pacyfiści…”, to może zamiast kupować w świecie drogi sprzęt militarny, zamiast samemu podejmować się produkcji czołgów, rakiet i innych takich, należałoby zacząć zmiany w armii od poszukiwania takich generałów, którym wojna nie będzie straszna.

Komentariat

W dyskusji politycznej TVN 27 października 2023 r.. młody – to ważne, że młody – politolog stwierdza: „Obecnie cały polski komentariat zajmuje się wynikami wyborów”.

Zdumiało mnie to nowe dla mnie pojęcie „komentariat”. Sprawdziłem w słownikach z lat dziewięćdziesiątych – nie ma. Sprawdziłem w internetowym słowniku PWN – też nie ma. Ale już w Wikipedii jest, bo słownik Wikipedii po prostu – jak ludzie mówią –  nie bawi się w analizy: skąd się wzięło, czy jest sensowne i poprawne.

Skąd zatem wzięło się pojęcie „komentariatu”? Pewności nie mam, ale na 99 procent słówko to zostało przeniesione z zachodnich pracowni politologicznych. I przez naszych politologów, socjologów zostało kupione, przyswojone i szybko wdrożone.  I teraz głównie posługują się nim ludzie młodzi – jak ów przytoczony przeze mnie na początku politolog. Młodość chce być bowiem dynamiczna i aktywniejsza niż starość. No i najważniejsze – komentariat brzmi naukowo, a to już widza i słuchacza ma rzucać na klęczki.

Moim zdanie należałoby „komentariat” rozbudować, poprzez podział, co mogłoby wyglądać tak: zawodowy komentariat, amatorski komentariat, społeczny komentariat, internetowy komentariat – niby poprzednie trzy kategorie mogą działać również w internecie, ale przecież daleko nie wszystkie. I wreszcie najważniejsze z komantariatów – komentariat fałszywy, czyli działający na zlecenie poszczegółnych partii.

I tak to nam rośnie, rozszerza swój zakres działania paranoja językowa, jak perz w ogrodzie, którego zniszczyć nie sposób. Co robić? Nie używać, nie być na siłę nowoczesnym, bo komentariat, to nie akcjonariat. I mówmy po polsku. Zamiast „komentariat” mówmy: wszyscy wypowiadający się w sprawie…

Oczywiście, tak ceniona przez amatorów naszego języka Wikipedia podaje, że „masakryczny” jest slangowym określeniem czegoś wspaniałego, lub – jak kto woli – czegoś okropnego, odrażającego. I tu mam uwagę do wszystkich uczących się przy pomocy Wikipedii, czerpiących garściami wiedzę z Internetu – daleko na takiej wiedzy nie zajedziecie. Chyba, że deleguje was TVN do jakże przyjemnej Kalifornii.

Konsultacje

W kolejce do lekarza nigdy nie jest wesoło, ale w końcu spotykają się tam sami chorzy. Tym razem jednak rozbawiła mnie pani rejesteratorka, która dyrygowała kolejką. W pewnym momencie zapytała: „Kto z państwa jest kolejny na konsultacje?”

Nikt się ruszył, ani z krzeseł, ani spod ściany. Wtedy rejestratorka zmieniła zdanie i zapytała: „A kto na wizytę?” Teraz kolejka objawiła swoją kolejkową kolejność, bo na wizytę byli wszyscy.    Podjąłem sprawę i zapytałem, co znaczą te jej „konsultacje”.

– Jak to? Konsultacje to to samo co wizyta! – odparła mocno zirytowana rejestratorka.

Podziękowałem za wyjaśnienie, ale dyskusji nad znaczeniem słów nie podjąłem. Nie będę przecież dzielił się wiedzą z rejestratorką, która tego nie oczekuje. Poza tym – mogłaby mnie na przykład w ogóle skreślić z kolejki…

Niemniej zarejestrowałem, że dziwny język panoszy się obecnie nawet w przychodniach, bo każdy chce być brany za „uczonego”, nawet rejestratorki i lekarze. Sobie jednak wyjaśnijmy, że „konsultacje” to: 1. zasięganie opinii u specjalisty; 2. udzielanie rad i wyjaśnień przez specjalistę lub rzeczoznawcę; 3. narada specjalistów lub decydentów przed decyzją w jakiejś sprawie.

Oczywiście przez całe lata „konsultacja” znaczyła potocznie jakieś ustalenia między specjalistami. A ja, idąc do lekarza oczekuję informacji i pomocy, a konsultować to mogą się lekarze między sobą, w jakichś szczególnie trudnych przypadkach.

Niestety coraz więcej ludzi – już nie tylko dziennikarze i politycy – grzebie przy języku. Boże, wybacz im, albowiem nie wiedzą co czynią.

 

Poznaliśmy laureatów XVIII Festiwalu Polonijnego „Losy Polaków 2023”

Artur Owczarski za film „Cowboy Capital – Stolica Kowbojów” zdobył Grand Prix XVIII Festiwalu Polonijnego „Losy Polaków 2023”. Pierwsze miejsce w kategorii filmów fabularnych zajął „Figurant” Roberta Glińskiego. W kategorii dokumentów za najlepsze uznano filmy Rafała Brylla „Gdy Kwitną kasztany. Nasz Nazaret” oraz „Pokojówka”. Patronem festiwalu było Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

Laureatów XVIII Festiwalu Polonijnego „Losy Polaków 2023” poznaliśmy 4 listopada podczas uroczystej gali. Jury oceniało profesjonalne i amatorskie dzieła z zakresu filmu, telewizji, radia oraz Internetu. Do tegorocznej edycji konkursu zgłoszono 135 prac ukazujących życie i losy Polaków w 30 krajach świata takich jak; Argentyna, Australia, Belgia, Białoruś, Boliwia, Chile, Francja, Grecja, Gruzja, Iran, Islandia, Izrael, Japonia, Kanada, Kazachstan, Litwa, Łotwa, Meksyk, Niemcy, Norwegia, Rosja, Sudan Południowy, Szkocja, Szwecja, Uganda, Ukraina, USA, Watykan, Wielka Brytania i Polska.

Grand Prix Festiwalu otrzymał film „Cowboy Capital – Stolica Kowbojów” w reżyserii Artura Owczarskiego. Uzasadniając werdykt jury podkreśliło, że obraz ten „znakomicie pokazuje wkład polskich imigrantów w budowę Stanów Zjednoczonych i oparte o wspólne wartości braterstwo narodów amerykańskiego i polskiego, zaś afirmacja wolności, prawa o decydowaniu w samym sobie, która przenika film, stanowi o jego moralnej doniosłości i ogromnej aktualności”.

W kategorii filmów fabularnych I nagroda przypadła Robertowi Glińskiemu za film „Figurant”. Zdaniem jurorów jest to „niezwykle prawdziwy, nie tylko w sensie realiów historycznych, ale także na płaszczyźnie psychologicznej, obraz zła przenikającego totalitarny, ateistyczny system komunistyczny w Polsce”.

W kategorii „filmy dokumentalne i dokumenty inscenizowane” I nagrodę otrzymał Rafał Bryll za filmy „Gdy Kwitną kasztany. Nasz Nazaret” oraz „Pokojówka”. „Oba filmy posiadają znaczący potencjał edukacyjny oraz walor moralny i patriotyczny, z wyczuciem i kulturą pokazując dwie różne historie z okresu II wojny światowej – w pierwszym filmie historię nauczania na poziomie ogólnokształcącej szkoły średniej pod przykrywką szkoły krawieckiej polskich dziewczyn przez siostry Nazaretanki w okupowanej Warszawie, co stanowiło formę oporu wobec okupanta, pragnącego uniemożliwić polskiej młodzieży dostęp do edukacji, zaś w drugim historię polskiej więźniarki obozu koncentracyjnego na Majdanku, która opowiada przejmująco nie tylko o koszmarze, jaki zgotowali Niemcy więźniom, ale także o platonicznej miłości, którą przeżyła za drutami” – czytamy w uzasadnieniu jury.

W sumie na Festiwalu nagrodzono prace w 9 kategoriach. Pełną listę laureatów można znaleźć TUTAJ.

Festiwalu, którego celem jest promocja polskiej historii, kultury, tradycji w kraju i zagranicą, organizuje Fundacja Polska-Europa-Polonia. Więcej informacji o tym wydarzeniu można znaleźć TUTAJ.

opr. jka, źródło: Fundacja Polska-Europa-Polonia

 

Co tam Panie u Helwetów? KRZYSZTOF M. ZAŁUSKI: Szwajcaria skręca w prawo

Szwajcarzy wybrali dwuizbowy parlament – Radę Narodu i Radę Kantonów. Zgodnie z przewidywaniami, zwycięzcą po raz szósty z rzędu, okazała się konserwatywna prawica, czyli Szwajcarska Partia Ludowa. Wielkimi przegranymi są natomiast partie lewicowe i proekologiczne. Wybory pokazały, co kolejny europejski naród myśli o swojej suwerenności, o konieczności zwiększenia wydatków na walkę z globalnym ociepleniem, o Unii Europejskiej i otwieraniu granic.

Gdy myślimy o Szwajcarii, najczęściej nasza wyobraźnia podąża ku bajecznym, górskim krajobrazom, czekoladowym smakołykom i luksusowym zegarkom. Jej symbolami są także bernardyny z beczułką rumu i brązowe krowy z dzwonkami pasterskimi na szyi. Jednak tym, co naprawdę wyróżnia tę alpejską krainę, są niezwykły ustrój polityczny, historia i neutralność. Uwagę zwraca także skomplikowana procedura wyborów parlamentarnych i obligatoryjne referenda.

Szwajcaria jest krajem, którego mieszkańcy zdają się rozumieć, że prawdziwa demokracja nie polega tylko na uczestnictwie w wyborach raz na cztery lata, lecz na aktywnym i świadomym udziale obywateli w procesach decyzyjnych. Jest to więc państwo, gdzie „vox populi” jest faktycznie kluczowy, zarówno w parlamencie, jak i podczas referendów. Jest też przykładem pełnej demokracji, a nie jak w wielu tzw. „państwach demokratycznych”, fasadowej pseudodemokracji.

 Europejskość, ale z umiarem

Szwajcaria jest federacją 26 kantonów, będących do połowy XIX wieku samodzielnymi mini-państwami. Dopiero w roku 1848 Helweci z luźnego związku, postanowili przekształcić swoje państwa w federację. Obecnie Konfederacja Szwajcarska ma prawie dziewięć milionów mieszkańców, którzy nadal kultywują swoje odrębne tradycje i używają czterech języków urzędowych: niemieckiego, francuskiego, włoskiego i – w niewielkim stopniu – retoromańskiego.

Państwo to, pomimo położenia w samym sercu Europy, nie należy ani do Unii Europejskiej, ani do Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Jego mieszkańcy bowiem, swoją suwerenność traktują z najwyższym szacunkiem. Niepodległość jest tu wartością nadrzędną, co doskonale ilustruje wynik referendum z 2001 roku, w którym Helweci zdecydowanie, bo aż w 77 %, odrzucili koncepcję rozpoczęcia rozmów na temat akcesji do UE. To, co dla wielu państw jest marzeniem, dla Szwajcarów było – i jest nadal – nie do przyjęcia.

Pomimo braku formalnego członkostwa w UE, Szwajcaria utrzymuje jednak specjalne stosunki z Brukselą. Dzięki temu uczestniczy w wybranych (przez siebie) międzynarodowych projektach – jednym z nich jest Układ z Schengen. Szwajcaria angażuje się również finansowo w różne unijne działania – polityczne i gospodarcze np. poprzez partycypowanie w europejskim budżecie. Jest więc najlepszym przykładem tego, że można być poza Unią Europejską i jednocześnie pozostawać integralną częścią europejskiego krajobrazu politycznego – że istnieją sposoby współpracy i osiągania sukcesów, bez konieczności rezygnacji z suwerenności.

Stolicą Szwajcarii jest Berno. To tutaj swoje siedziby ma większość instytucji federalnych i rządowych. Miasto to jest jednak jedynie stolicą funkcjonalną, a nie formalną, jak ma to miejsce w zdecydowanej większości państw świata. Podobnie wyjątkowa jest „stolica” francuskojęzycznej Szwajcarii, nazywana niekiedy „miastem pokoju”. W Genewie działa blisko 240 zagranicznych przedstawicielstw, dziesiątki organizacji międzynarodowych oraz setki organizacji pozarządowych. Swoje siedziby mają tu m.in. agendy ONZ – Rada Praw Człowieka, Światowa Organizacja Zdrowia i Międzynarodowa Organizacja Pracy. Tutaj także mieszczą się centrale Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, Światowej Organizacji Zdrowia, Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych i UNICEF-u.

Atrakcyjność Szwajcarii podnosi jeszcze bardziej fakt, że Genewa, Zurych i Berno są centrami finansowymi Europy. To tu rezydują bankowi giganci: Union des Banques Suisses, Banque Cantonale de Genève, Raiffeisen i, upadły w tym roku, Credit Suisse… Helweci szczycą się również drugim, najwyższym w Europie wskaźnikiem siły nabywczej zarobków na mieszkańca – notabene zaraz po, będącym w unii celnej i monetarnej ze Szwajcarią, Księstwie Liechtenstein.

Nic więc chyba dziwnego, że ta niewielka alpejska republika jawi się światu jako przysłowiowy „raj na ziemi”. I że Szwajcarzy tak bardzo cenią sobie jej odrębność i wszelkie tradycje.

Fenomen demokracji oddolnej

Najważniejszą z tych tradycji jest chyba instytucja referendum – Szwajcarzy udają się do urn wyborczych aż cztery razy w ciągu roku. Podczas głosowania wypowiadają się w sprawach istotnych dla powiatu, kantonu lub całej federacji. Co więcej, wyniki tych ludowych plebiscytów są dla członków parlamentu absolutnie wiążące. Można więc śmiało powiedzieć, że demokracja bezpośrednia jest prawdziwą esencją równości obywateli, i że to właśnie dialog i kompromis pomiędzy ludem a władzą kreują sukcesy państwa.

Na szczycie piramidy szwajcarskiego systemu politycznego stoją parlament i władze kantonalne. Szwajcarski parlament, czyli Zgromadzenie Federalne, to instytucja o długiej tradycji. Składa się ona z dwóch izb: Rady Narodu i Rady Kantonów. Rada Narodu, w której zasiada 200 posłów, zwanymi również „deputowanymi Narodu”, stanowi serce szwajcarskiego ustawodawstwa. To tutaj podejmowane są najważniejsze decyzje dotyczące kraju.

Natomiast izba wyższa, czyli Rada Kantonów, złożona z 46 przedstawicieli, reprezentuje interesy konkretnych kantonów, które są podstawowymi jednostkami administracyjnymi państwa. Ciekawostką jest fakt, że z ogółu 26 kantonów, w sześciu z nich – nazywanych „półkantonami” – obywatele wybierają po jednym reprezentancie, a w pozostałych dwudziestu po dwóch. Ponadto konstytucja Szwajcarii określa czas trwania kadencji tylko posłów do Rady Narodu – wynosi on cztery lata. Co istotne, izba ta nie może zostać rozwiązana przed terminem, co jest gwarancją stabilności i ciągłości procesów ustawodawczych.

Kolejnym szwajcarskim „fenomenem demokracji” jest sam proces podejmowania decyzji politycznych – jest on całkowicie oddolny… W Szwajcarii bowiem, to wola społeczeństwa jest fundamentem, na którym opiera się cały system. Kluczową rolę odgrywa więc wspomniana już demokracja bezpośrednia. To właśnie referenda są przejawem świadomości obywateli i ich odpowiedzialności za dobro wspólne. To one są czynnikiem spajającym ten pozornie niespójny naród.

W szwajcarskim modelu decyzyjnym obowiązuje zasada dialogu, jako źródła kompromisu. Tradycja federalistyczna, stanowiąca integralną część szwajcarskiej tożsamości, nakazuje kantonom zajmować się własnymi problemami. Krytyka działań innych kantonów jest niedopuszczalna. To podejście sprzyja wzajemnemu zrozumieniu różnorodności i pluralizmu, co z kolei jest kluczowe dla tworzenia trwałych rozwiązań systemowych.

 Helweci wybierają tradycję

Wybory do organów legislacyjnych w Szwajcarii odbyły się w niedzielę, 22 października. Aż 90 proc. uprawnionych do głosowania „poszła do urn” już w sobotę – za pośrednictwem internetu. Wyniki ogłoszono w poniedziałek. W środę okazało się jednak, że głosy zostały błędnie policzone.

Z oficjalnego komunikatu Federalnego Urzędu Statystycznego w Neuchâtel wynika, że „święto demokracji” zostało zakłócone przez błąd w oprogramowaniu importującym dane z komisji. Jednocześnie Urząd zapewnił, że nowe wyliczenia nie będą miały wpływu na podział mandatów. I rzeczywiście, po korekcie obliczeń po raz szósty z rzędu wygrała narodowo-konserwatywna Szwajcarska Partia Ludowa.

Ostateczne wyniki wyborów wyglądają następująco: 27,9 proc. uprawnionych do głosowania Helwetów wybrało Szwajcarską Partię Ludową (SVP). Socjaldemokraci (SP) uzyskali 18,3 % głosów, Liberałowie (FDP) 14,3 %, Centrum (DM) 14,1 % głosów, Zieloni 9,8 %, Zieloni Liberałowie (GLP) 7,6 % zaś skrajna lewica w ogóle do parlamentu nie weszła. Frekwencja wyniosła zaledwie 44,6 proc. Czyli mniej niż przed czterema laty, gdy głosowało 45,1 proc. obywateli.

W dziewięciu kantonach konieczna będzie druga tura głosowania, która ma się odbyć 12 lub 19 listopada. Mieszkańcy m.in. Genewy, Fryburga, Valais, Ticino, Schaffhausen i Zurychu wyłonią w niej łącznie 13 członków rad. Jednak już teraz można powiedzieć, że zwycięzcami wyborów są partie prawicowe. Świętować może zwłaszcza SVP, której udało się zdobyć 9 dodatkowych mandatów w Radzie Narodu… To przesuniecie w prawo mogło być jeszcze wyraźniejsze, gdyby nie sojusz pomiędzy partiami lewicy. Ich wyborcze porozumienia ocaliły Partię Zielonych i Zielonych Liberałów przed jeszcze drastyczniejszą katastrofą. Pierwsi stracili tylko pięć mandatów zamiast siedmiu, drudzy – sześć zamiast siedmiu. Na powiązaniu list skorzystali również Socjaldemokraci, którzy dzięki nim zdobyli dodatkowe punkty. Co ważne, powiązania wyborcze są obecnie mocno krytykowane. Część ugrupowań opowiada się wręcz za ich likwidacją, ponieważ wyniki tak przeprowadzanych wyborów nie odzwierciedlają rzeczywistej woli elektoratu.

Zwycięstwo Szwajcarskiej Partii Ludowej dla większości politologów było oczywiste. Część badaczy spodziewała się nawet, że SVP osiągnie jeszcze lepszy wynik. Chociażby dlatego, że w czasach międzynarodowych kryzysów potrzeba stabilności wyborców zwykle wzrasta, a chęć na eksperymenty polityczne maleje.

Według badań przedwyborczych, szczególnie istotne dla Helwetów były trzy zagadnienia: wzrost kosztów ubezpieczeń zdrowotnych, relacje z Unią Europejską, zagrożenie ze strony imigrantów oraz zmiany klimatyczne. 22 października Szwajcarzy pokazali, że nie chcą już zwiększania wydatków na walkę z „globalnym ociepleniem”, ani tym bardziej zbliżenia z Unią. Chcą natomiast, aby politycy zajęli się rozwiązywaniem realnych problemów społecznych, a w szczególności nabrzmiewającej kwestii migrantów… Naprzeciwko tym właśnie postulatom wyszli politycy Szwajcarskiej Partii Ludowej.

 SVP jak AfD?

W Polsce szwajcarskie wybory przeszły w zasadzie bez echa. Sukces prawicy nie podobał się jednak wielu politykom europejskim. Zwłaszcza niemieckim. Lewicowo-liberalne media, komentowały to wydarzenie następująco: „Skrajna prawica na fali wzrostu. Szwajcarzy wybrali Szwajcarską Partię Ludową, która jest inspiracją dla Alternatywy dla Niemiec”.

DPA zastanawiała się także nad tym, „dlaczego ten zwrot na prawo nie wzbudza takiego poruszenia, jak wzrost popularności AfD w Niemczech?” I tłumaczyła ten stan mniej więcej tak: „Szwajcarzy doskonale znają swój nietypowy system polityczny. Dlatego zachowują spokój. Nie ma paniki, ‘zapór ogniowych’ ani histerii z powodu wzrostu siły skrajnej prawicy. To, co wywołałoby sensację w innych krajach, tutaj jest częścią systemu”.

Michael Hermann, politolog i dyrektor Instytutu Sotomo, który prowadził przedwyborcze sondaże, uważa że „Szwajcarska Partia Ludowa i Alternative für Deutschland są podobne, choć w niektórych kwestiach SVP jest jeszcze bardziej prawicowa niż AfD”. Zasadnicza różnica między nimi polega jednak na tym, że SVP jest partią rządzącą, a AfD dopiero aspiruje do władzy.

„Politycy SVP w trakcie kampanii wyborczej prezentują twarde stanowiska i atakują przeciwników, jednak jako przedstawiciele rządu zachowują się inaczej”, dodaje Hermann. „Ta podwójna gra jest ugruntowana historycznie i całkowicie przez Szwajcarów akceptowana”.

Ukazujący się w przygranicznej Konstancji „Südkurier” cytuje z kolei niemieckich politologów, którzy stoją na stanowisku, że „SVP i AfD łączą wspólne prawicowo-populistyczne poglądy, najczęściej sprowadzające się do podsycaniu niechęci wobec imigrantów, a zwłaszcza wyznawców islamu”. Oba ugrupowania, twierdzi gazeta, „sprzeciwiają się sankcjom nałożonym na Rosję przez Unię Europejską, a politycy SVP są szczególnie dumni z faktu, że w latach 90-tych skutecznie przeciwdziałali zbliżeniu Szwajcarii z UE”.

Czy rzeczywiście styl polityczny Szwajcarskiej Partii Ludowej i Alternatywy dla Niemiec ma ze sobą coś wspólnego? Takie pytanie stawia historyk z Uniwersytetu we Fryburgu, Damir Skenderovic. Jego analiza wydaje się wskazywać na pewne podobieństwa między oboma partiami. Ekspert charakteryzuje styl obu ugrupowań jako „promujący proste rozwiązania skomplikowanych problemów”. Podsuwa również klucz do zrozumienia ich retoryki – ma nim być „znajdowanie kozła ofiarnego”. Kiedy pojawiają się problemy społeczne, „SVP i AfD wskazują palcem na grupę, którą uważają za winną całej sytuacji. „To klasyczna taktyka, która pozwala im zyskać poparcie i przekonać wyborców, że wskazani winowajcy są źródłem kryzysu”.

„Ale to nie wszystko”, uważa Skenderovic. „Obie te partie, podobnie jak wiele innych prawicowych ugrupowań populistycznych, operują według podobnego schematu myślowego. Zdaniem historyka, jest to zasada „my kontra oni”. „SVP i AfD przedstawiają się jako głos ludu, reprezentujący interesy ‘dołów społecznych’, czyli ‘zwykłych obywateli’, którzy ‘czują się oszukani i zaniedbani przez skorumpowaną elitę’. Jednocześnie politycy obu partii wytykają palcem innych – obcych, przybyszów z zewnątrz, którzy stanowią zagrożenie dla narodu”.

Co powiedzieli nam Helweci?

Analiza Skenderovica nie jest wcale jednoznaczna i bynajmniej nie potwierdza tezy, jakoby SVP i AfD były partiami skrajnie prawicowymi, czy wręcz neofaszystowskimi. Przypomina natomiast antypisowską propagandę, suflowaną Polakom przez liberalną lewicę.

W rzeczywistości Szwajcarska Partia Ludowa ma korzenie ludowe, wręcz chłopskie. Jej historia sięga roku 1917, kiedy to w Zurychu narodziła się Partia Rolników. W krótkim czasie podobne ugrupowania powstały w innych kantonach. Następnie, te luźno powiązane ugrupowania, zawiązały sojusz, który okazał się na tyle silny, że w 1929 roku jeden z jego liderów, Rudolf Minger, zdobył miejsce w rządzie. Choć formalnie partia działa dopiero od roku 1936 jako Partia Rolników, Kupców i Niezależnych, to do tego czasu zdołała już zbudować solidne fundamenty. W 1971 roku SVP połączyła siły z Partiami Demokratycznymi z kantonów Glarus i Gryzonia, tworząc potężną siłę polityczną.

Ideologia SVP to mieszanka narodowego konserwatyzmu, eurosceptycyzmu i izolacjonizmu. Partia ta rzeczywiście sprzeciwia się członkostwu Szwajcarii w międzynarodowych organizacjach, takich jak Unia Europejska czy ONZ. Opowiada się też za surowszymi regulacjami dotyczącymi imigracji, prawa azylowego i kodeksu karnego. W kwestiach gospodarczych wyznaje zasady wolnorynkowe i jest zwolennikiem liberalizmu gospodarczego. Jej kierownictwo popiera m.in. prawo do posiadania broni, utrzymania neutralności państwa i silnej armii, jako narodowej gwardii. W obrębie SVP istnieje różnorodność poglądów – od frakcji centrystyczno-agrarnej po skrzydło narodowe.

Wszystkie społeczeństwa stają przed coraz trudniejszymi pytaniami. I coraz bardziej złożonymi wyzwaniami, bez względu na to, czy są to mieszkańcy bogatej Szwajcarii, czy średnio rozwiniętej Polski… Uczciwym politykom powinno zależeć na udzieleniu suwerenowi uczciwej i zrównoważonej odpowiedzi. Bo przecież decyzja o wyborze przyszłości należy do obywateli, a nie polityków.

Aby zrozumieć prawdziwe intencje sprawujących w naszym imieniu władzę, powinniśmy uważnie przyglądać się innym i temu, jak podejmują polityczne wybory. Na przykład Helwetom, którzy są pod tym względem chyba najbardziej świadomym narodem w Europie… I nie chodzi o to, żeby zamienić Polskę w drugą Szwajcarię. Lecz o to by znaleźć rozwiązania odpowiadające polskiej historii, tradycji, kulturze i tożsamości. Jednym z takich rozwiązań mogłoby być powszechne referenda. Ich wprowadzenie i upowszechnienie, znacząco wzbogaciłoby polską debatę publiczną. Mogłoby także uczynić bardziej transparentnym proces podejmowania decyzji politycznych – zarówno tych na szczeblu centralnym, jak i samorządowym.

Szwajcarska demokracja bezpośrednia, ze wszystkimi jej unikalnymi narzędziami politycznymi, mogłaby też być inspiracją dla tych polityków unijnych, którzy pragną rzeczywistych reform, a nie tylko ich symulowania.

 

Więcej aktualności na temat krajów niemieckojęzycznych na kanale autora: www.youtube.com/@DACHL

 

Na grobach dziennikarzy przy dźwiękach alarmu bombowego

Nieprzerwanie, od kilkunastu lat, trwa akcja Oddziału SDP w Rzeszowie poszukiwania za wschodnią granicą  grobów polskich dziennikarzy.

Akcja wymyślona przez Jolantę Danak Gajdę, byłą dziennikarkę Polskiego Radia w Rzeszowie nie została przerwana podczas pandemii, a tym bardziej w czasie trwającej na Ukrainie wojny.

Na samym tylko cmentarzu łyczakowskim we Lwowie odkryliśmy około 100 grobów, często zapomnianych, zarośniętych kolczastymi pnączami, częściowo zdewastowanych. Nasza praca pozwoliła na kilku nekropoliach przywrócić na nowo groby zmarłych kolegów żurnalistów z czasów poprzedzających II wojnę światową.

Tak samo jak w ubiegłym roku naszym pracom towarzyszył złowróżbny dźwięk syren obwieszczających nalot bombowy. Na szczęście tym razem rosyjskie rakiety nie doleciały do Lwowa.

W latach poprzedzających pandemię, a później wojnę, przyjeżdżało na cmentarze Lwowa, Stanisławowa, Kołomyi czy Bohorodczan około 100 przedstawicieli naszego zawodu z całej Polski.

Ostatnie cztery lata spowodowały, że na cmentarzu pojawia się zaledwie kilka osób, ale reprezentują oni godnie tych, którzy przyjechać nie mogli, lub nie przyjechali z obawy przed wojenną zawieruchą. W czasach wojny, Oddział SDP w Rzeszowie przestał organizować wyjazdy za wschodnią granicę ze względów bezpieczeństwa. Nie ma w tej chwili na Ukrainie bezpiecznego miejsca, co udowodniły ataki rakietowe nawet na małe miejscowości i prywatne zabudowania. Każdy z uczestników wyjazdu na Łyczakowską nekropolię w tym roku, tak jak i w poprzednim, sam podejmował decyzję świadom ryzyka.

Zapaliliśmy również symboliczne światełko pod krzyżami obrońców Ukrainy, których groby wyszły już daleko poza granice starego cmentarza. Zapłakane matki, narzeczone, żony i dzieci pochylone nad grobowymi portretami młodych ludzi, to widok, którego nie zapomnimy nigdy.

Odeszła BARBARA PETROZOLIN-SKOWROŃSKA. 6 listopada ostatnie pożegnanie

22 października 2023 roku, w wieku 86 lat, zmarła Barbara Petrozolin-Skowrońska, historyk, dziennikarka, redaktorka, autorka artykułów, książek i scenariuszy słuchowisk radiowych. Od wielu lat była związana ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich.  

Barbara Petrozolin-Skowrońska urodziła się 24 lipca 1937 r. w Warszawie. Wojnę i okupację przeżyła na  Saskiej Kępie, z którą była blisko związana do końca życia. Ukończyła liceum im. Marii Skłodowskiej-Curie, a później historię na Uniwersytecie Warszawskim.

Interesowała się m.in. losami polskiej inteligencji, historią prasy i dziejami Warszawy. Współpracowała z ,,Kulturą”, ,,Literaturą”, ,,Mówią wieki”, ,,Nowymi Książkami”. Pisała scenariusze słuchowisk dla Polskiego Radia. Była autorką książek, m.in. „Przed tą nocą”,  „Król Tatr z Mokotowskiej 8. Portret doktora Tytusa Chałubińskiego”. W latach 1990 – 1998 pełniła funkcję redaktorki naczelnej Encyklopedii PWN, wydała m.in. wyróżnioną licznymi nagrodami Encyklopedię Warszawy.

Barbara Petrozolin-Skowrońska /YT/

Współpracowała z Pracownią Dziejów Warszawy i Pracownią Dziejów Inteligencji Instytutu Historycznego PAN. Przez 10 lat była przewodniczącą Komisji Historycznej w Towarzystwie Przyjaciół Warszawy.

Od wielu lat działała w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, była inicjatorką wielu wydarzeń, publikowała swoje teksty na portalu sdp.pl. Zawsze uczynna, koleżeńska, skora do działania, zaangażowana i pełna oddania.

Msza Św. pogrzebowa odprawiona zostanie 6 listopada 2023 r. o godz. 12.30 w Kościele pw. św. Andrzeja Boboli, Parafia pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy, ul. Nobla 16 w  Warszawie. Pogrzeb tego samego dnia o godz. 14.30 na Cmentarzu Stare Powązki (brama druga).

 

Synowi, Krzysztofowi Skowrońskiemu i jego rodzinie w imieniu Koleżanek i Kolegów z SDP a także ZG SDP, CMWP SDP i redakcji portalu sdp.pl składamy wyrazy głębokiego współczucia.

Barbara Petrozolin-Skowrońska z synem Krzysztofem Skowrońskim 8 września 2022 r. Dom Dziennikarza na Foksal w Warszawie Fot. HB/

 

Poniżej krótkie wspomnienie od koleżanek z SDP

Wczoraj -22 X br – o godzinie 22.40 odeszła nasza wspaniała koleżanka Basia Petrozolin – Skowrońska. Znakomita dziennikarka, wybitna znawczyni historii, autorka wielu publikacji naukowych, od wielu lat należąca do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. A przede wszystkim nasza przyjaciółka, inicjatorka powstania Klubu Wierszówek. Zawsze będziemy pamiętać wspaniałe spotkania w Jej domu na Saskiej Kępie i ciekawe rozmowy. 

Jej synowi Krzysztofowi Skowrońskiemu i jego rodzinie składamy wyrazy współczucia.

Droga Basiu! Żegnamy Cię z wielkim żalem. Będziemy za Tobą tęsknić.

 

Twoje wierszówki. Ania Amanowicz, Elżbieta Królikowska- Avis, Hanna Malinowska-Wegner, Hanka Budzisz.

 

Kondolencje nadesłane przez Krajowy Związek Dziennikarzy Ukrainy (NSJU)

Drodzy polscy koledzy!

Szanowny Panie Krzysztofie Skowroński!

W imieniu Zarządu i Sekretariatu Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy wyrażamy głęboki żal z powodu śmierci Barbary Petrozolin-Skowrońskiej, która w znaczący sposób przyczyniła się do rozwoju dziennikarstwa polskiego i międzynarodowego. My, podobnie jak Wy, nasi drodzy polscy koledzy, staramy się uczyć od tak wybitnych dziennikarzy, którzy są dla nas wzorem profesjonalizmu i ludzkiej uczciwości.

Przyjmijcie, drodzy koledzy i Pan osobiście, Panie Krzysztofie Skowroński, kondolencje ze strony  ukraińskiej społeczności dziennikarskiej. W tych smutnych dniach masz nasze wsparcie, jesteśmy z Tobą, jesteśmy przy Tobie.

Wyrażamy też Państwu naszą głęboką wdzięczność za bezinteresowne wsparcie i pomoc ukraińskim dziennikarzom w czasie wojny, która nagle na nas spadła i trwa do dziś. Byliście przy nas i czuliśmy Wasze wsparcie. Dziękujemy!

W imieniu NSJU
Mykoła Semena, sekretarz NSJU

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o Czesławie Kiszczaku: Czerwony gestapowiec

19 października 1925 r. w Roczynach koło Andrychowa urodził się Czesław Kiszczak, funkcjonariusz Informacji Wojskowej, od 1973 r. szef wywiadu wojskowego, jednocześnie zastępca szefa Sztabu Generalnego WP (1978); w latach 1979–1981 szef Wojskowej Służby Wewnętrznej; od lipca 1981 do 1990 r. pełnił funkcję ministra spraw wewnętrznych.

Kiedy zmarł 5 listopada 2015 r., istniały obawy, że zostanie pochowany na Powązkach Wojskowych, spoczął jednak na cmentarzu prawosławnym. Dlaczego tam? Wiele wskazuje na to, że był Ukraińcem – mówi mi biograf Kiszczaka, dr Lech Kowalski.

Karierę zaczynał w… Austrii, gdzie w czasie II Wojny Światowej został wywieziony na przymusowe roboty. Po wkroczeniu Sowietów do Austrii, jako młody komunista i syn przedwojennego komunisty współorganizował na miejscu milicję. Po powrocie do Polski wstąpił do PPR.

Pracował w kontrwywiadzie wojskowym, nawet wśród swoich zyskując opinię gestapowca. Został wysłany do Londynu, gdzie rozpracowywał środowisko polskich emigrantów z kręgów wojskowych. Jego raporty przyczyniły się do aresztowania i procesów, pod sfingowanymi zarzutami, wielu przedwrześniowych oficerów WP.
W 1957 r. ukończył szkołę wojskową w ZSRS i jak sam podkreślał, był jednym z niewielu, którzy zdobyli wyższe wykształcenie nie mając matury. Po powrocie do PRL piął się po szczeblach kariery, aż stał się zaufanym człowiekiem Jaruzelskiego. W latach 70. na wniosek Moskwy uznającej Kiszczaka za „sterowalnego” wraca do kontrwywiadu wojskowego. W 1978 r. zostaje z-cą szefa sztabu LWP.

Czesław Kiszczak był postacią numer dwa czasów dyktatury lat 80. i prawą ręką Jaruzelskiego, który powierzył mu wszystkie resorty siłowe poza armią. Był jedną z 8 osób, które przygotowywały wprowadzenie stanu wojennego. Jak w każdej strukturze mafijnej Jaruzelski potrzebował też kogoś, kto będzie bezwzględnym wykonawcą jego rozkazów bez zadawania zbędnych pytań. Kiszczak nadawał się do tego idealnie. Szef MSW brał na siebie (i swoich ludzi) całą brudną robotę. Ilość aresztowanych, skazanych, zastraszonych, torturowanych czy wreszcie pobitych i zamordowanych świadczy o tym, że Kiszczak radził z tym sobie znakomicie.
Pod koniec lat 80 współtworzył koncepcję okrągłego stołu i „pokojowej transformacji”, która miała zapewnić komunistom miękkie lądowanie po upadku systemu. Tuż po zakończeniu obrad okrągłego stołu Jaruzelski desygnował go na premiera, ale w wyniku buntu, nawet ze strony ZSL i SD jego misja zakończyła się niepowodzeniem. Na prośbę Tadeusza Mazowieckiego objął tekę szefa MSW w jego rządzie i sprawował ją do lipca 1990 r., finalizując niszczenie akt SB i MSW, za wiedzą swoich przełożonych, w tym samego Mazowieckiego, któremu nie tylko przyznał się do tego procederu, ale oświadczył, że czyni to „dla dobra ogółu”.

Po 1989 r. Czesław Kiszczak kilkukrotnie stawał przed sądem, do więzienia jednak nigdy nie poszedł. Jego dorobek nie przeszkodził Adamowi Michnikowi okrzyknąć go „człowiekiem honoru” (z czego naczelny „Gazety Wyborczej” później się wycofał), a wielu byłym opozycjonistom stawać w obronie Kiszczaka jako architekta okrągłego stołu.

 

Apel o pomoc Polakom we Lwowie

Oddział Warszawski Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich prosi o wsparcie Polaków mieszkających we Lwowie, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji.

Na pewno wielu z Was było we Lwowie i pamięta wielką gościnność oraz uczynność naszych Rodaków. Z sentymentem wspominamy noclegi w ich domach, a także występy Kapeli Lwowskiej pod dyrekcją Edwarda Sosulskiego.

Od czasu pandemii i napaści Rosjan na Ukrainę te cudowne wyjazdy się skończyły. Dzisiaj Polacy mieszkający we Lwowie nie mają za co żyć. Pomóżmy im!

Wierzymy, że pamięć i Wasze dobre serce spowodują, że wyślecie dla nich pieniądze. Liczą się nawet najdrobniejsze kwoty wsparcia.

Chcieliśmy zaprosić Kapelę Lwowską do Warszawy, żeby nam zagrała i mogła w ten sposób zarobić pieniądze na przeżycie. Jak się później okazało, wszyscy muzycy są w wieku poborowym i nie mogą wyjechać z Ukrainy. Szef Kapeli Lwowskiej usiłował nawet zatrudnić się do pracy w polu. Niestety też bezskutecznie.

Zbiórka pieniędzy jest jedyną formą pomocy, jaką możemy zaoferować naszym Przyjaciołom. Koordynatorem akcji „Pomoc Lwowiakom” jest red. Hanna Budzisz, Wiceprezes OW SDP.

Datki możecie wpłacać na rachunek Oddziału Warszawskiego SDP: 58 1020 1156 0000 7202 0061 6961 (PKO BP S.A. Oddział 29 w Warszawie), wpisując w tytule przelewu: „Pomoc dla Lwowiaków”.

Wierzymy, że wspólnie uda nam się poprawić ich los.

Oddział Warszawski SDP

Wystawa zdjęć z wojny na Ukrainie w Paryżu

W dniach 11 – 13 października Europejska Federacja Dziennikarzy (EFJ) wraz z Krajowym Związkiem Dziennikarzy Ukrainy (NUJU) zorganizowały w stolicy Francji wystawę fotograficzną „Ukraina: Dziennikarze w strefach działań wojennych”.

Wystawa w Paryżu poświęcona jest realiom wojny rosyjsko-ukraińskiej i pracy dziennikarzy w niebezpiecznych warunkach. Ekspozycja jest częścią inicjatywy NUJU mającej na celu zorganizowanie międzynarodowego trybunału przeciwko Rosji za przestępstwa przeciwko dziennikarzom i środkom masowego przekazu.

„Od początku masowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę podczas wykonywania swoich obowiązków zawodowych zginęło 16 dziennikarzy. W sumie śmierć poniosło ponad 70 pracowników mediów, w tym zarówno dziennikarze cywilni będący ofiarami rosyjskiej agresji, jak i dziennikarze zmobilizowani do wojska. Nasza wystawa jest hołdem złożonym naszym poległym kolegom – powiedział podczas otwarcia wystawy Serhii Tomilenko, szef NUJU. – Dziennikarze na wojnie celowo pracują w nadzwyczajnych warunkach. Tylko w ciągu ostatnich kilku miesięcy doszło do trzech ataków na samochody dziennikarzy przygotowujących materiały na pierwszej linii frontu. A tydzień temu rosyjska rakieta trafiła w hotel w Charkowie, w którym mieszkali dziennikarze z różnych krajów i przedstawiciele misji międzynarodowych”.

Zdjęcia prezentowane na wystawie pokazują pracę dziennikarzy w różnych miastach i regionach Ukrainy. Na jednym ze zdjęć mieszkańcy frontowego Orichova obejmują Svitlanę Karpenko, redaktorkę lokalnej gazety „Trudova Slava”, która przyniosła im egzemplarze swojej publikacji. Na obszarach pierwszej linii frontu, gdzie często nie ma prądu i internetu, prasa drukowana staje się niemal jedynym źródłem informacji. Dzięki pomocy Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy udało się utrzymać funkcjonowanie 29 gazet lokalnych.

Na wystawie w Paryżu zaprezentowano 26 prac fotograficznych, w tym laureata Nagrody Pulitzera i World Press Photo, ukraińskiego fotografa Jewhena Małoletki, fotoreportera agencji informacyjnej Associated Press na Ukrainie Jefrema Łukackiego oraz słynnych ukraińskich fotografów Konstantin i Vlada Liberovyh oraz Yana Dobronosova.

Głównym zadaniem wystawy jest zwrócenie uwagi światowej opinii publicznej na pracę dziennikarzy w czasie wojny i konieczność karania zbrodni wojennych.

W otwarciu ukraińskiej wystawy fotograficznej uczestniczyli przedstawiciele francuskich mediów, w szczególności koledzy francuskich dziennikarzy Frédérica Leclerca-Imhoffa i Armanda Soldina, którzy zostali zamordowani na Ukrainie, szefowie francuskich związków zawodowych dziennikarzy oraz członkowie komitetu wykonawczego Europejska Federacja Dziennikarzy.

Podczas oficjalnego otwarcia wystawy jej organizatorzy pokazali film o pracy dziennikarzy w czasie wojny na Ukrainie, warunkach ich pracy oraz o tym, jak Krajowy Związek Dziennikarzy Ukrainy pomaga mediom ukraińskim i międzynarodowym w ich pracy na pierwszej linii frontu.

„NSJU zapewnia swoim kolegom udającym się w podróż służbową do szczególnie niebezpiecznych rejonów Ukrainy sprzęt ochronny – kamizelki kuloodporne, hełmy ochronne, a także apteczki taktyczne. Ponadto prowadzimy niezbędne szkolenia i edukację – zauważył Serhij Tomilenko. – A dzięki silnemu wsparciu Międzynarodowej i Europejskiej Federacji Dziennikarzy, UNESCO udało nam się uruchomić na Ukrainie sieć Dziennikarskich Centrów Solidarności, których działania mają na celu pomoc naszym kolegom, którzy ucierpieli w czasie wojny i potrzebują wsparcia.”

Guillerme Canela, kierujący Departamentem UNESCO ds. Wolności Słowa i Bezpieczeństwa Dziennikarzy, mówił o udziale tej międzynarodowej organizacji w działaniach wspierających dziennikarzy i media Ukrainy. Skoncentrował się także na roli UNESCO w walce z bezkarnością za przestępstwa popełniane na dziennikarzach.

„Ale nie da się walczyć z bezkarnością, jeśli przestępstwa nie są dokumentowane. Dlatego potrzebujemy zdjęć, dokładnych dokumentów, informacji od dziennikarzy śledczych, funkcjonariuszy organów ścigania i ekspertów w zakresie medycyny sądowej. Powinniśmy nad tym popracować już dziś” – podkreślił Guillerme Canela.

Prezes Europejskiej Federacji Dziennikarzy Maja Sever podkreśliła wagę pracy wykonanej przez odważnych ukraińskich dziennikarzy. „W świecie, w którym w różnych zakątkach globu szaleją konflikty (kiedyś byliśmy świadkami okropności rozgrywających się na Bliskim Wschodzie), Ty i Twoi koledzy, którzy wykonaliście zdjęcia prezentowane na wystawie, dbacie o to, aby cierpienia Ukraińców nie zostało zapomniane. My, jako dziennikarze całego świata, zawsze będziemy Was wspierać” – powiedziała Maja Sever. Podziękowała także ukraińskim dziennikarzom „za ich siłę, miłość i odwagę w przekazywaniu prawdy światu”.