MARIA GIEDZ: Po co nam Centralny Port Komunikacyjny?

Znaczny procent Polaków niemal wszystko kupuje w Internecie i bardzo się denerwuje, jeśli zakupionego produktu nie otrzyma niemal natychmiast. Tylko, że to wymaga rozbudowy sieci komunikacyjnej: drogi, tory kolejowe, lotniska, a nawet porty. I tu zaczyna się problem.

Kiedy w czasach PRL-u udawało mi się wyjechać na Zachód spotkanych tam osoby, które prosiły abym opowiedziała o życiu w Polsce. Zdarzało się, że mi nie wierzono, miano wątpliwości co do rzetelności moich opowieści, tłumacząc, że są nielogiczne. Wówczas proponowałam, aby stanęli na głowie i spojrzeli na świat do góry nogami. Nadal nie rozumieli, dlaczego nie potrafimy naszego życia uporządkować, zaplanować i po kolei wszystko realizować. Bo na przykład w takiej Holandii czy Belgii wiadomo było, że kiedy się człowiek urodzi, to w takim a takim wieku pójdzie do przedszkola, szkoły, rozpocznie pracę… a nawet przewidywano datę jego śmierci. Każdemu człowiekowi niemal zaprogramowywano czas na odpoczynek, jedzenie, zamążpójście (ostatnio małżeństwo przestało być modne) – aż do znudzenia, żadnej spontaniczności. Ale to gwarantowało spokój, rozwój, dobrobyt. A w Polsce życie toczyło się na żywioł i było uzależnione od kaprysu „wielkiego brata” lub jego służb. Większość osób nie wyjeżdżała daleko, a jeśli już to byli przekonani, że podróż musi trwać długo, być męcząca i bardzo kosztowna, żeby było co sąsiadom, dzieciom, a nawet wnukom opowiadać. Moje podróże, a raczej „rajdy autostopem” po Europie, zarówno jedni jak i drudzy uznawali za fanaberie i niepoważne, więc trudno takiej wierzyć.

Czasy się jednak zmieniły i co prawda nie jesteśmy jeszcze tak zaprogramowani, jak m.in. wspomniani wyżej dawniej Holendrzy, ale podróże stały się normalnością. Wyjeżdżamy coraz częściej i to coraz dalej. Jednocześnie mamy coraz mniej czasu na to podróżowanie. Chętnie więc korzystamy z najszybszych środków lokomocji jakimi są samoloty, rezygnując z poczciwych koni, a nawet pociągów, bo zależy nam na jak najszybszym dotarciu do celu. Często też podróże łączymy z biznesem i nie delektujemy się samym podróżowaniem. A jeśli nawet nie mamy czasu na owo podróżowanie, bo jakoś dziwnie się dzieje, że doba co prawda nadal ma 24 godziny, ale stała się zdecydowanie krótsza, to chcemy, aby najróżniejsze towary absolutnie niezbędne do naszego funkcjonowania, docierały do nas jak najszybciej. I w tym cały ambaras, że w naszym kraju nie mamy zbyt dobrze rozwiniętej sieci komunikacyjnej. Lotniska są małe i pękają w szwach, bo i pasażerów jest coraz więcej, nie mówiąc o przesyłkach cargo. I tu nie chodzi tylko o przewóz węgla, stali, samochodów, maszyn… Przecież znaczny procent Polaków niemal wszystko kupuje w Internecie i bardzo się denerwuje, jeśli zakupionego produktu nie otrzyma niemal natychmiast. Tylko, że to wymaga rozbudowy sieci komunikacyjnej: drogi, tory kolejowe, lotniska, a nawet porty. I tu zaczyna się problem.

Pomysł na zbudowanie Centralnego Portu Komunikacyjnego nie wszystkim się podoba. Zwłaszcza, że w niedalekim Berlinie, a nawet nieco dalszym Frankfurcie czy Monachium „mamy” duże lotniska. Po co więc wydawać pieniądze, które można przeznaczyć na podwyżki dla nauczycieli, powiększanie przedszkoli, budowę żłobków, domów dziecka, placówek zdrowia dla niepełnosprawnych… Na dodatek trzeba wywłaszczyć rolników i zniszczyć urodzajną ziemię. Niech robią to Niemcy, a my między pomidorami, ziemniakami, zbożem i innymi warzywo-owocami postawimy wiatraki i więcej na tym zyskamy. Na dodatek znów będzie można było sobie popodróżować, a tak, jeśli się uprzemy i będziemy wydawać pieniądze na niepotrzebne CPK, to ci z Zachodu obrażą się na nas i zamkną granice. To byłaby tragedia, powrót do życia za „żelazną kurtyną”!!!

Osobiście kilkakrotnie latałam z Berlina i jakoś nie ciągnie mnie do kolejnych przesiadek w tamtym porcie. Z Gdańska autobusem jedzie się długo i niezbyt wygodnie, chociaż ma to i dobrą stronę, bo jak się jest zmęczonym, to można się wyspać. Pociągiem podróżuje się wygodniej, tylko, że z przesiadką. Z Gdyni mam bezpośredni pociąg do Berlina. Jednak muszę dojechać do Gdyni, czyli najpierw autobus, potem SKM-ka. Dalekobieżny z Gdyni nie dojeżdża do lotniska, więc też muszę się przesiąść. Lepiej wybrać „dolot”, jednak należy pamiętać o odebraniu bagażu w Berlinie, gdyż z małego lotniska na duże, mimo zapewnień pracowników w Rębiechowie, bagaż nie zawsze trafia. Kiedyś tak spędziłam dwa tygodnie w Regionie Kurdystanu podczas Ramadanu przy czterdziestoparostopniowym upale w dżinsach, butach trekkingowych, koszuli flanelowej i polarze. Była to autentyczna pokuta postna, tylko nie moja, więc nie wiem, dlaczego tak pokutowałam. No ale jaka chwała dla Allacha? Gdyby nie kurdyjscy przyjaciele to pewnie bym się ugotowała. Na dodatek mój plecak miał sporo „szczęścia”, gdyż odwiedził więcej portów lotniczych niż ja, no i dotarł na lotnisko w Sulajmaniji, a nie do Erbilu, dokąd miałam bilet docelowy. Dzień przed Świętem Ramadanu musiałam więc pokonać 200 km, aby odzyskać swój bagaż. Dzięki kurdyjskim przyjaciołom „pognaliśmy” na skróty, czyli przez Kirkuk, ja przy okazji nielegalnie – nie miałam irackiej wizy – zwiedziłam ważne dla Kurdów miasto. Na sulejmanijskie lotnisko dotarliśmy w ostatniej chwili przed trzydniowymi uroczystościami. Uf!, udało mi się odzyskać moje letnie ubrania, kosmetyki, prezenty…

Co do Berlina, to mam jeszcze inne spostrzeżenia. Otóż lotniska są dwa, leżą obok siebie i niby są połączone, ale przemieszczenie się z jednego na drugie zajmuje nieco czasu. Idzie się wzdłuż ulicy, ciągnie się za sobą bagaż, bo nie ma zwyczaju pożyczania wózka na jednym lotnisku i oddawania na drugim. Są po drodze schody, ale też można skorzystać z podjazdów dla niepełnosprawnych. Kiedy już się dotrze na to duże, międzynarodowe lotnisko, to nie jest tak źle. Tanie jedzenie, głównie słynne niemieckie kiełbaski, można kupić w budach na zewnątrz i skonsumować na stojąco. Co prawda wewnątrz hali znajduje się kilka restauracji, ale są drogie i trudno wpychać się do nich z bagażem. Poza tym kilkugodzinny czas oczekiwania na samolot warto wypełnić jakimiś czynnościami, gdyż nie da się długo siedzieć na chłodnej posadzce albo niewygodnym krześle, no chyba że weźmie się ze sobą karimatę, ale kto by o niej pamiętał! Warto też dodać, że lotnisko berlińskie obsługuje przede wszystkim ruch pasażerski. Nie ma tam zbyt dużo miejsca na towary, inaczej mówiąc nie jest lotniskiem hubowym, a to huby przynoszą gros dochodów portom lotniczym. Lotniska hubowe znajdują się we Frankfurcie i Monachium, a to trochę daleko dla takich państw jak Rumunia, Mołdawia, kraje nadbałtyckie… W Polsce byłoby im wygodniej przeładowywać towary, ale dlaczego mają zarabiać Polacy?

Frankfurt i Monachium to też duże lotniska pasażerskie. Polacy często z nich korzystają, zwłaszcza jeśli wybierają przewoźników niemieckich. Kiedyś też tak latałam, ale ostatnio, o ile to możliwe, wybieram polskie linie, bo wcale nie są takie drogie, zwłaszcza na dalekich trasach. Niestety nie do wszystkich miejsc można tymi liniami dotrzeć, gdyż Okęcie jest zbyt małe i nie jest w stanie uruchomić więcej połączeń. Nic dziwnego, że lata się „Niemcem”. I tak niedawno ktoś z moich znajomych postanowił odwiedzić baskijskie miasto Bilbao, aby zapoznać się z tamtejszym fenomenem społeczno-ekonomiczno-kulturowym, czyli rewitalizacją upadającego miast, które odżyło dzięki budowie supernowoczesnego muzeum sztuki współczesnej (Muzeum Guggenheima projektu Franka O. Gehry’ego). Był to wypad na weekend, ale został przedłużony na koszt niemieckiego lotniczego przewoźnika prawie o tydzień. Tylko się cieszyć, bo gdyby osoba ta poleciała rejsem bezpośrednim z centrum Polski musiała by wracać po trzech dniach do domu i nie odczułaby satysfakcji z długiego podróżowania. Dlaczego? Otóż w trasie podróży znajdowała się przesiadka na lotnisku w Monachium, które, jak się okazało, nie jest przygotowane na duże opady śniegów. A jesień tegoroczna przerodziła się w zimę, która zaskoczyła Niemców. Dawno nie mieli u siebie tyle śniegu, więc nie potrafili odśnieżyć lotniska nie tylko w kilka godzin, w jeden dzień, ale nawet w trzy dni. W Polsce taka sytuacja może się zdarzyć, ale trwałaby dość krótko. No cóż, Niemcy, to Niemcy, na nich można polegać!

Wróćmy jednak do spornego politycznie pomysłu budowy CPK w centrum Polski. Poprzednia ekipa rządowa wymyśliła, że pomiędzy Warszawą a Łodzią, w odległości ok. 40 km na zachód od centrum Warszawy, w gminie Baranów powstanie duża inwestycja łącząca transport lotniczy, kolejowy i drogowy nazwana Centralnym Portem Komunikacyjnym. Zakończenie owej budowy zaplanowano na rok 2028. Co prawda oficjalnej uroczystości otwarcia jeszcze nie było, ale prace już trwają i pojawili się inwestorzy. No, ale… wokół całej inwestycji toczy się ożywiona dyskusja wzbudzająca sporo kontrowersji, a właściwie trwa spór, w którym twierdzenie, że CPK to ogromna szansa dla rozwoju gospodarczego Polski nowej władzy, czyli członków „rządu 13 grudnia” nie przekonuje. Padają jedynie stwierdzenia, że CPK nie będzie i koniec. No czasem dodają, że województwo mazowieckie, a zwłaszcza ziemie położone pomiędzy Warszawą a Łodzia, to grunty orne i szkoda ich pod budowę dużej inwestycji. Ponadto tereny te zamieszkuje ludność zasiedziała od pokoleń. Trudno jest ich więc przesiedlać. Jedynie, co na tym terenie można z „nowoczesnych” inwestycji zrobić, to postawić wiatraki sprawdzane już w Niemczech, co najmniej przez cztery lata. Roślinom to nie przeszkadza, a i w każdej zagrodzie będzie prąd. Pasażerowie, jeśli nie znajdzie się dla nich miejsce na Okęciu, to mogą pojechać do Modlina albo do Radomia – i ile radochy będzie z takiego podróżowania? Przecież CPK to polska megalomania wynikająca z naszych kompleksów.

– CPK jest projektem zsynchronizowanym i idealnie komplementarnym z planami narodowego przewoźnika, niezbędnym wręcz dla niego, bo polskie linie lotnicze LOT nie będą miały szansy się rozwinąć, jeżeli nie będą miały lotniska, gdzie mogą zaoferować dużą siatkę połączeń – mówił poseł Marcin Horała, były już Pełnomocnik Rządu do spraw CPK podczas panelu III Forum Morskiego w Radio Gdańsk.

Oczywiście z CPK łączy się konieczność przebudowy całego systemu transportowego Polski, no ale po co nam to? Przez niemal 200 lat społeczeństwa niemal na całym świecie uważały, że do rozwoju danego kraju przyczynia się budowa kolei i że to pociągi przewożące najróżniejsze towary, również ludzi są drogą do cywilizacji przyszłości. Niestety w Polsce po transformacji politycznej odkryto, że kolej to przeżytek i zaczęto „zwijać tory”. Towary przekładano na samochody, bo te są bardziej mobilne, wszędzie dojadą, a że zapychają drogi – kto by się tym przejmował? Dopiero kilka lat temu odkryto, że kolej jest tańsza, wygodniejsza. A CPK to – jak zapewniał Ireneusz Merchel, prezes zarządu PKP, również podczas III Forum Morskiego RG – blisko 2 tys. nowych projektowanych linii i ponad 4600 kilometrów tzw. inwestycji towarzyszących. I tu nie chodzi tylko o ruch pasażerski, a przede wszystkim towarowy. Wreszcie byłaby szansa zrealizowania wieloletnie akcji „tiry na tory”. Odbudowa torów jest niezbędna do rozwoju polskich portów, tylko po co? I tak kółko się zamyka. Skoro CPK nie będzie, to nie będzie nowych dróg, nowych linii kolejowych i nie będzie dużych portów. Za to wszystko będzie po staremu i o to chodzi.

 

Sejmowa uchwała ws. mediów publicznych. Zarząd PAP broni dobrego imienia spółki

Zarząd Polskiej Agencji Prasowej, w związku z projektem sejmowej uchwały dotyczącej mediów publicznych, wystosował wezwanie do zaprzestania naruszeń dóbr osobistych spółki. Pismo w tej sprawie zostało wysłane do Sejmu, Kancelarii Prezydenta, Ministerstwa Kultury oraz Rady Mediów Narodowych.

We wtorek w Sejm zajmował się projektem uchwały w sprawie przywrócenia ładu prawnego oraz bezstronności i rzetelności mediów publicznych oraz PAP (pisaliśmy o tym TUTAJ).

W reakcji na projekt uchwały sejmowej zarząd PAP wysłał pismo wzywające do zaprzestania naruszeń dóbr osobistych spółki.

„Działając w imieniu Polskiej Agencji Prasowej S.A., niniejszym wzywam autorów wyżej wymienionej uchwały do zaprzestania naruszeń dóbr osobistych Polskiej Agencji Prasowej w postaci dobrego imienia i renomy, poprzez wprowadzanie obywateli w błąd i publikowanie nieprawdziwych oraz niczym niepotwierdzonych informacji na temat rzekomych nieprawidłowości w działaniu Spółki, a w szczególności braku ładu prawnego oraz braku bezstronności i rzetelności” – czytamy w wezwaniu.

Podkreślono, że projekt uchwały „zawiera nieprawdziwe, szykanujące informacje, naruszające dobra osobiste Polskiej Agencji Prasowej S.A.”.

Zwrócono uwagę, iż PAP jest „podmiotem niezależnym politycznie”, a „Spółka nie prowadzi propagandy i nie wspiera konkretnych partii politycznych. Przekaz informacyjny PAP S.A. stanowi jedynie fakty dotyczące każdego ze środowisk politycznych, społecznych, gospodarczych, ekonomicznych czy kulturowych” – napisano w piśmie.

opr. jka, źródło: pap.pl

CEZARY KRYSZTOPA: O czym mamy się nie dowiedzieć?

Mam dojmujące uczucie deja vu. Nie wiem, jakiego konkretnie błędu Matrixa jest to efektem, ale gwałtownie wracają co mnie wszystkie odczucia jakie wywoływała obserwacja polityki w latach 2007-2014. Kto to również robił w tamtych latach pamięta metody prowadzenia polityki zakulisowej. Czego mieliśmy nie dostrzegać? Likwidacji projektu amerykańskiej tarczy antyrakietowej i resetu z Rosją (jeszcze później, konsekwencji i śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej, ale to się akurat nie udało).

Naszą uwagę miały odwracać, a to rzekome „kastrowanie pedofilów”, a to wycie obłąkanego bydła wokół ludzi broniących Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, a to wybryki zakały polskiego parlamentaryzmu „świńskiego ryja” Janusza Palikota. Podczas gdy rozmontowywano podstawy polskiego bezpieczeństwa, obowiązywała narracja miłości (brzmi znajomo?) i obowiązująca „zaprzyjaźnione media” zasada, że „co złego to nie Donald”, ostatecznie o niczym nie wiedział, ale „teraz się wściekł i wszystko będzie dobrze”.

Zbiegi okoliczności

W ostatnich dniach pierwszy flashback miałem po małpim zachowaniu posła Platformy Jakuba Rutnickiego, który na oczach Marszałka Sejmu Szymona Hołowni, zarzekającego się, że niczego nie widzi, szarpał posła Suwerennej Polski Jacka Ozdobę. Chwilę później „zaprzyjaźnione media” zaczęły mnie zapewniać, że „Donald się wściekł” z powodu Afery Wiatrakowej. No i teraz ten Braun.

Ja nie mam oczywiście żadnych dowodów, nic mi nie wiadomo o tym, żeby jego wybryk polegający na zgaszeniu chanukowej menory gaśnicą w Sejmie, miał być z kimkolwiek uzgadniany, ale trudno mi się opędzić od wrażenia, jaki to fortunny dla Donalda Tuska zbieg okoliczności. Nikt już nie mówi o Aferze Wiatrakowej, nikt nie chce zadawać pytań o puste jak bęben Rolling Stones’ów, expose, nikt właściwie nie pamięta, co tam orzekł Sąd Najwyższy w sprawie odpowiedzialnego za lot do smoleńska koleżki Donalda Tuska Tomasza Arabskiego.

To, że przy okazji jest to zbiegiem okoliczności niesłychanie fortunnym dla niemieckiej propagandy, która boryka się z realnym wzrostem antysemityzmu w Niemczech, rosyjskiej propagandy poszukującej argumentów do „denazyfikacji” Polski i na dokładkę propagandy środowisk żydowskich usiłujących ściągnąć z Polaków nienależny haracz, to już doprawdy, w tej sytuacji, didaskalia.

Co ma nam umknąć?

Najistotniejszym pytaniem, nie jest bowiem pytanie o to, co widać, niezależnie od tego jak bardzo są w rzeczywistości powiązane powyższe elementy. Najistotniejszym pytaniem wydaje się raczej pytanie o to, czego nie widać? Pytanie o to, na co nie mamy zwrócić uwagi.

Tak więc, Donaldzie Tusku, przebywający obecnie na szczycie UE w Brukseli, na którym być może zdecyduje się przyszłość polskiej suwerenności, o czym tak naprawdę mamy się nie dowiedzieć? Co ma nam umknąć?

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jaruzelski nie zniszczył „Solidarności”

13 grudnia 1981 r. towarzysz Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Chciał rozbić „Solidarność”. To mu się jednak nie udało, czego dowodem jest raport, zatytułowany „Ocena działalności struktur nielegalnych”, przygotowany przez Biuro Studiów SB z 15 października 1987 r. Materiał, niegdyś ściśle tajny, wymienia 284 takie struktury.

Biuro Studiów SB, które zostało powołane jeszcze w stanie wojennym – w 1982 r. do rozpracowywania opozycji, było elitarną jednostką specjalną, posiadającą status samodzielnego departamentu MSW. Przy opracowaniu dokumentu Służba Bezpieczeństwa miała jednak kłopot:

„Niniejszy raport zawiera po raz pierwszy dokładne dane na temat stopnia operacyjnej kontroli i rozpracowania struktur nielegalnych. Z tego powodu nie jest możliwe porównanie tych danych z analogicznymi wcześniejszymi informacjami”.

Wzrost poparcia

„Ustalono, że w 11 województwach – warszawskim, wrocławskim, gdańskim, krakowskim, katowickim, szczecińskim, poznańskim, łódzkim, toruńskim, bydgoskim i lubelskim – funkcjonują całkowicie zorganizowane struktury nielegalne. (…) Najbardziej zagrożonymi przez działalność nielegalną ośrodkami są wciąż Warszawa i Wrocław z 30 strukturami, Kraków i Szczecin z 19 oraz Gdańsk z 17. W tych kluczowych punktach działało 41 % wszystkich istniejących struktur nielegalnych”.

Według raportu większość, tj. 100 „nielegalnych struktur” (35 % wszystkich rozpoznanych) podlega Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej (TKK NSZZ Solidarność została powołana 22.IV.1982, jako struktura skupiająca ukrywających się przedstawicieli czterech najważniejszych Regionów: Mazowsza, Dolnego Śląska, Gdańska i Małopolski), 44 (16 %) – „deklarują swe związki z ugrupowaniami o charakterze partii politycznych, organizacji społecznych i ośrodków duszpasterskich”, 25 (9 %) „identyfikuje się z ‘Solidarnością Walczącą’ (organizacją kierował, skonfliktowany z głównymi politykami „S”, Kornel Morawiecki. Po 1986 r. „SW” była najbardziej inwigilowaną, ale najmniej rozpracowaną strukturą podziemnej Solidarności).

„Wewnątrz tego systemu kierowniczego TKK inspirowała nurt działalności konspiracyjnej, podczas gdy TR [Tymczasowa Rada Solidarności powstała w 1986 r. Wkrótce, podobnie jak TKK, została rozwiązana. W miejsce obu struktur powołano Krajową Komisję Wykonawczą NSZZ Solidarność] zajmowała się nurtem jawnym. Miarodajny dla obu nurtów był, jako znak firmowy, L. Wałęsa”.

SB-ecki raport podaje, że najwięcej „nielegalnych struktur” istniało w miastach. „Aktyw kierowniczy” skupiał się głównie we Wrocławiu, Warszawie, Szczecinie i Gdańsku. Ogółem tworzyło go 1260 osób.

Główna forma działalności: „kolportaż publikacji nielegalnych”. Były też „próby wywierania nacisku na centralne i lokalne organy państwa, (…) przy czym w większości przypadków chodzi o petycje i apele skierowane do organów państwowych”.

„Wedle naszej wiedzy, tylko 44 strukturom udało się ‘przeszmuglować’ swych przedstawicieli do rad zakładowych bądź zarejestrowanych związków zawodowych”.

Miejsce działalności: „struktury nielegalne przedkładają dla swych spotkań mieszkania prywatne, co oferuje dogodne możliwości dla kontroli operacyjnej. (…) zebrania najważniejszych opozycjonistów i działaczy szczebla kierowniczego przeważnie odbywają się w obiektach sakralnych”.

„Najbardziej rozbudowane kontakty istnieją z Francją, Szwecją, Belgią i RFN”.

Co budziło niepokój towarzyszy komunistów?:

„Wyraźnie wrosła liczba osób, które w różny sposób udzielają wsparcia strukturom nielegalnym”. W kwietniu br. jednostki służbowe MSW rejestrowały 10.454 osoby, które sympatyzowały z opozycją, podczas, gdy obecnie znanych jest 26.735 sympatyków (najwięcej osób mieszkało w Gdańsku, we Wrocławiu, w Krakowie, Lublinie i Warszawie)”.

„obecnie najbardziej zagrożona jest inteligencja (28 %), następnie robotnicy i młodzież (po 23 %), studenci (21 %) i chłopi (5 %).

Jakie były efekty inwigilacji opozycji?

Raport podaje, że 27 struktur (zaledwie 10 % wszystkich) „jest całkowicie pod kontrolą operacyjną, tzn. Służba Bezpieczeństwa ma możliwość sterowania ich działalnością”, 239 (84 %) „jest w pewien sposób operacyjnie kontrolowanych [czyli raczej w niewielkim stopniu], reszta – 18 struktur, pozostaje „poza celowo w nie wymierzoną kontrolą operacyjną”.

„przeprowadzone operacyjne rozmowy profilaktyczne (w okresie kwiecień-październik 1987 było ich 2374) mogą wywierać w niewielkim stopniu wpływ na działaczy opozycji, prowadzą za to nierzadko do ujawnienia naszych zainteresowań i metod; zastosowane represje administracyjnoprawne (dokument wymienia rozprawy przed kolegiami ds. wykroczeń, kary dyscyplinarne w pracy, obcięcie płac i zwolnienia) nie przynoszą oczekiwanego efektu”.

W tym miejscu pojawia się konkluzja najważniejsza, przyznanie się do własnej słabości: „nie istnieje możliwość likwidacji struktur nielegalnych w ramach jakiejś ogólnokrajowej akcji naszego organu”.

Niewielkie efekty inwigilacji wynikały też z mniejszego zaangażowania SB w rozpracowywanie podziemia. Raport podkreśla, że w porównaniu z wcześniejszymi miesiącami „zmniejszyła się liczba źródeł informacji” – „TW” (tajnych współpracowników) i „KO” (kontakt operacyjny), „spadł także poziom użycia techniki operacyjnej”.

Do rozpracowania kilku tysięcy działaczy podziemia na terenie całego kraju wykorzystywano w październiku 1987 r. 1.707 agentów, podczas, gdy cała sieć MSW liczyła w latach 80., według różnych szacunków, od 50 do 100 tys. „osobowych źródeł informacji”.

Jakie działania planowano na przyszłość?

Raport wymienia kilka punktów:

„- paraliżowanie wrogich inicjatyw opozycji politycznej, przy czym należy wykorzystywać wszelkie przejawy niepowodzenia wewnątrz jej organizacji;

– stała infiltracja kierowniczych gremiów opozycji przez TW celem dezinformacji, złamania ich jedności i zwartości, jak również paraliżu ich inicjatyw;

– udoskonalenie metod pracy operacyjnej, podniesienie operacyjnego charakteru zastosowanych środków na wyższy poziom”.

Od początku stanu wojennego, aż do rozpoczęcia rozmów okrągłego stołu SB nie udało się rozpracować podziemnych struktur Solidarności. Niektóre regiony były lepiej zinfiltrowane, inne gorzej, wielu przywódców opozycji trafiło do więzień, ale aparat bezpieczeństwa nie był w stanie objąć całego, szerokiego spektrum antykomunistycznej działalności. Paradoksalnie okazało się to również szkodliwe dla wielu członków podziemia. W Magdalence, przy okrągłym stole, a potem w niepodległej III RP pierwsze skrzypce grali i nadal grają w głównej mierze „znani” działacze Solidarności.

 

O przemyśle fałszerstw i manipulacji w mediach pisze JOLANTA HAJDASZ: Druga strona medalu

Po dwóch latach pisania o migracji i kryzysie na granicy nie mam wątpliwości, że wytwarzamy fałszywą wiedzę – przyznała dziennikarka Gazety Wyborczej Małgorzata Tomczak na swoich macierzystych łamach, ale to tylko wstęp do jej ekspiacyjnego materiału. Koniecznie chcę zwrócić Waszą uwagę na tę publikację, bo ona jest  dla mnie koronnym dowodem na to, z jak wielkimi manipulacjami na temat sytuacji na polsko -białoruskiej granicy mieliśmy i zapewne mamy nadal do czynienia, jak perfidnymi kłamstwami była i  jest oszukiwana opinia publiczna, na temat sytuacji na tej granicy. Perfidia w tym wypadku polega także na tym , że publikacje te dotyczą  spraw fundamentalnych takich jak w tym wypadku  bezpieczeństwo naszych granic, czyli bezpieczeństwo naszego państwa i nas wszystkich.

Po dwóch latach pisania o migracji i kryzysie na granicy nie mam wątpliwości, że jesteśmy w procesie wytwarzania fałszywej wiedzy. Jej elementami są zwykłe fake newsy, jak historia Eileen; liczne przeinaczenia na poziomie samych faktów, ich przyczyn czy interpretacji; uparte pokazywanie wybranych fragmentów rzeczywistości i zupełne pomijanie innych – napisała Małgorzata Tomczak. I jeszcze jeden cytat: Celem ludzi na szlakach migracyjnych i wspierających ich aktywistów nie jest przedstawianie szerokiego obrazu rzeczywistości, niuansów, ambiwalencji i zadawanie trudnych pytań. Migranci chcą przetrwać podróż i dotrzeć do celu. Aktywiści chcą im w tym pomóc, a ich rolą w szerszej perspektywie jest też rzecznictwo, kształtowanie postaw, „tworzenie zmiany”. Środkiem do tych celów jest zbieranie poparcia i fund-raising, który w branży humanitarnej często opiera się na dramatycznych obrazach i wywoływaniu silnych emocji. – pisze dziennikarka.

Dobrze się stało, że o swoich manipulacjach informuje jedna z tych osób,  która do tej pory kłamała, czy manipulowała, ale koniecznie warto zauważyć, że przyznaje się do winy i zmienia tak radykalnie zdanie dopiero teraz, ponad miesiąc po wyborach, w których przecież bardzo ważną rolę odgrywały zagadnienia dotyczące  kryzysu migracyjnego w Europie, w Polsce i oczywiście na granicy polsko -białoruskiej. Teraz okazało się, że media mainstraamowe, tak bardzo przeciwne rządowi Zjednoczonej Prawicy, tworzyły przez ponad dwa lata  własny obraz sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, który całkowicie odbiegał od rzeczywistości. W ich przekazie nie dochodziło do błędów redaktorskich  To nie były pomyłki, które są naturalną częścią życia dziennikarskiego. To było kreowanie wydarzeń, zmyślanie faktów, opisywanie nieistniejących ludzi i ich dramatów, które nie miały miejsca, a także przeinaczanie tego, co działo się w rzeczywistości. Co więcej, celowo przemilczano fakty, które mogłyby podważać ich narrację. Mamy więc do czynienia z całkowitym zaprzeczeniem rzetelności i uczciwości dziennikarskiej.

Kolejny ważny fragment artykułu: Aktywistów pracujących na granicy i piszących o niej dziennikarzy łączy poczucie przynależności do szeroko rozumianej bańki lewicowo-liberalnej, chęć przeciwstawienia się narracji rządu i prawicowych mediów czy postrzeganie siebie jako osoby wrażliwej, otwartej i „chcącej zrobić coś dobrego”. Chcemy jak najbardziej odróżnić się od brunatnej TVP, zająć słuszne miejsce w pojedynku dobra i zła. Pisząc o granicy, spotykamy się z aktywistami, śpimy w ich domach, chodzimy na interwencje i siłą rzeczy zacieśniamy koleżeńskie relacje.(…) Mnie te miękkie mechanizmy wpływu pokonały. Przez dwa lata słuchania, czym jest „etyczne dziennikarstwo”, czytania przeróżnych „ściąg dla dziennikarzy – jak pisać mądrze” i dziesiątkach mniej lub bardziej subtelnych sugestii, co napisać „trzeba”; „czego nie wolno”; lub „o czym będzie można mówić dopiero, jak się wszystko skończy”, dokonywałam różnych mikrowyborów, które sprawiły, że dziś uważam swoje teksty za w dużej mierze nieprawdziwe – napisała Małgorzata Tomczyk.

W jaki sposób opisywano sytuację na granicy polsko – białoruskiej ? Skupiano się np. na przedstawieniu historii rodzin, kobiet i dzieci, których – jak teraz przyznała publicystka Gazety Wyborczej – tam prawie nie było. Marginalizowano przy tym obecność samotnych mężczyzn w sile wieku. Celowo pomijano fakt, że migranci dostawali się na granicę po zapłaceniu astronomicznych sum pieniędzy – co wskazywałoby, że są to osoby zamożne, a nie słabe, chore, poszkodowane w wyniku wojen i konfliktów. Nawet ta „Gazeta Wyborcza” piórem swojej publicystki przyznała, że to media prawicowe opisywały wydarzenia na granicy bliżej prawdy, bo świadczy o tym statystyka. Migranci w przeważającej liczbie pochodzą z krajów, które nie są zagrożone wojną. Kobiety i dzieci pojawiają się na granicy wyjątkowo rzadko. Tymczasem wbrew tym faktom przeciwną narrację cementują dwie duże publikacje –  książka Mikołaja Grynberga „Jezus umarł w Polsce”  i jeszcze bardziej film Agnieszki Holland  „Zielona Granica” – przyznała to sama publicystka Wyborczej.

A przecież tytuły te funkcjonują w debacie publicznej jako niemal dokumentalne zapisy sytuacji na granicy, a w rzeczywistości ukazują tylko jej niewielki, przefiltrowany odcinek i unikają zadawania prawdziwych pytań. Skali kłamstw dopełnia informacja o wymyślaniu historii osób, które miały być poszkodowane w wyniku działań naszych żołnierzy czy funkcjonariuszy Straży Granicznej. W grudniu 2021 roku cała Polska żyła historią 4-letniej dziewczynki o imieniu Eileen z Iraku, której rodzice zostali wypchnięci z powrotem na Białoruś przez polskie służby graniczne, a ona sama miała się błąkać w lesie na granicy. W jej poszukiwania zaangażowały się służby państwowe, interweniował Rzecznik Praw Obywatelskich. To po takiej jak ta historii posłowie Platformy Obywatelskiej czy Lewicy krzyczeli z trybuny sejmowej w stronę funkcjonariuszy Straży Granicznej słowo „mordercy”, a wtórowali im celebryci znani z ekranów mainstreamowych telewizji. Dzisiaj dowiadujemy się, że cała ta historia była zmyślona, że w ogóle nie istniała taka dziewczynka. Nie wiemy o żadnym udokumentowanym przypadku śmierci dziecka na polskiej granicy – zaznaczyła publicystka Wyborczej. Czy ktoś powie dzisiaj chociaż „przepraszam” oszukanym czytelnikom  czy wyborcom, którzy w odruchu serca utożsamiali się z tymi, którzy opisywali sytuację na naszej granicy jako pasmo udręki biednych uchodźców z krajów, gdzie są prześladowani, których jak się teraz okazuje  – tam  faktycznie prawie nie ma. Ci ludzie nierzadko w geście solidarności zagłosowali na ugrupowania, które np. potępiały działania Straży Granicznej, choć są one jedynym racjonalnym działaniem w obecnej sytuacji na granicy. Zamiast uchodźców z Syrii czy Jordanii  na granicę trafiają raczej bogaci uciekinierzy z Iraku, Albanii a nawet Turcji, którzy chcą się przedostać na Zachód. Wiedzą, że nie mają prawie żadnych szans składając legalnie wnioski o azyl polityczny, bo w ich krajach praktycznie nic im nie grozi. Za wszelką cenę wspomagani przez  państwo białoruskie czy Rosję forsują od dwóch lat naszą granicę nielegalnie, Ale tego nie chciały napisać żadne lewicowe czy liberalne media, łącznie z Wyborczą, która kreowała tę fałszywą narrację podkreślam ponad dwa lata.

Publicystka , której pozwolono to teraz opisać przyznaje także wprost że przez dwa lata była obiektem nacisków, gdy pisała o imigrantach na granicy polsko-białoruskiej. Były prośby o pominięcie pewnych faktów i delikatne dodanie innych, zasugerowanie czegoś, by polepszyć wymowę tekstu: Czy nie mogłabym wyciąć zdania, że migrant był zamożny i zapłacił 12 tysięcy euro za podróż?  Ta właśnie dziennikarka oceniła również, że obraz wykreowany przez Agnieszkę Holland w filmie „Zielona granica” ma niewiele wspólnego z prawdą. To ważne, bo przecież ten film był  i jest nadal szeroko  promowany za granicą, był nawet nagrodzony na tegorocznym festiwalu w Watykanie  i nie przypominam sobie by ktokolwiek np. polski ambasador w Watykanie  zaprotestował publicznie przeciwko kreowaniu tak fałszywego obrazu sytuacji na polsko – białoruskiej granicy. Jest to złamanie wszelkich zasad etyki dziennikarskiej i dziennikarskiego profesjonalizmu.  System medialny jest kluczowy dla budowania bezpieczeństwa państwa. Nie mieliśmy do czynienia z jednostkowymi przypadkami, ale całym przemysłem produkowania nieprawdziwych informacji, które uderzały w dobre imię Polski oraz naszych służb. Tej sprawy nie można więc zostawić. Zadaniem odpowiednich służb jest prześledzenie tego jak te informacje się rozchodziły, na jaką skalę itp. Należy też podjąć próbę ich realnego sprostowania – zwłaszcza poza granicami Polski. Będzie to bardzo trudne zadanie, ale trzeba próbować je podjąć. Z szacunku dla Prawdy o faktach które miały miejsce i mają nadal na naszej wschodniej granicy. A swoją drogą co na to  środowisko dziennikarskie, czy naprawdę uważamy: „Polacy, nic się nie stało”?

Linki źródłowe :

GW

BIP

PIOTR TURLIŃSKI wraca do źródeł: Egon Erwin Kisch – Klasycy dziennikarstwa

Polecam a właściwie przypominam książkę, będącą antologią najciekawszych tekstów dziennikarskich. Rzecz nosi tytuł „Klasycy dziennikarstwa. Arcydzieła sztuki dziennikarskiej. Wybór i układ Egona Erwina Kischa”. Jest cenna, ale to antologia nie najnowsza, bowiem wydano ją, w roku 1959 r.

„Jest to jedna z tych rzadkich książek, które się smakuje latami, a ona wciąż pełna aromatu jak piwnica wypełniona szlachetnym trunkami” – pisze w wstępie Edmund Osmańczyk. I trudno się z nim nie zgodzić. Dalej Edmund Osmańczyk pisze tak: „Rozczytuję się w Klasykach dziennikarstwa od lat z górą trzydziestu, trzykrotnie tracąc w niespokojnych okresach Kaemmerowskie berlińskie wydanie z 1923 roku i odzyskując je na nowo, oczywiście płacąc coraz wyższą cenę mądrym antykwariuszom, którzy znają wartość tej buntowniczej księgi, spalonej na stosie w 1933 roku.”

Jednym z dziennikarzy, który odwoływał się do dorobku i metody pracy Kischa był Ryszard Kapuściński. W „Szkole z klasą” tak pisał o Kischu: „Pamiętam lekcję polskiego w moim liceum. Nad Warszawą właśnie przeszła burza. Nauczyciel poprosił, żebyśmy o niej napisali. To zadanie rozbudziło we mnie tkwiącą gdzieś w ukryciu ciekawość świata, potrzebę zrozumienia jego mechanizmów. Zacząłem się zastanawiać, skąd ta burza, jak to w ogóle się dzieje, że nagle wybucha, jak przebiegała, jakie były jej konsekwencje dla miasta i jego mieszkańców. Niby proste zadanie, ale to często właśnie tak się zaczyna – wszyscy mamy w sobie ciekawość świata. Czasami mniejszą, czasami większą, zwykle nieuświadomioną – ona przejawia się w naszych rozmowach, naszych kontaktach z innymi ludźmi. Ale dziennikarz to ktoś, kto tę ciekawość postanowił w sobie rozwijać, kto świadomie uczynił z niej swoje narzędzie. Często coś, co się nam przydarzyło, jakaś osobista przygoda, może w nas tę ukrytą ciekawość rozbudzić. Mistrz reportażu Egon Erwin Kisch został wysłany przez swoją redakcję, żeby opisać pożar młyna w Pradze. Zobaczył, że dookoła pogorzeliska jest już mnóstwo dziennikarzy. Pomyślał, że już właściwie nic nowego nie jest w stanie dodać do tego, co napiszą. Zaczął więc pisać o żebrakach, których napotkał wokół pogorzeliska. Opisał ich twarze, ich świat – oni mieszkali w spalonym młynie, który właśnie uległ zniszczeniu. Powstał fascynujący reportaż, a Egon Kisch został reporterem.”

Kim był Kisch?

Urodził się w Pradze w roku 1885, zmarł tamże w 1948. Rodzinnemu miastu poświęcił znaczną część swej twórczości. Pochodził z bogatej praskiej żydowskiej rodziny kupca sukiennego Hermanna Kischa. Naprawdę nazywał się Egon Kisch, a drugie imię Erwin, przyjął jako pseudonim literacki. Znał oczywiście czeski, ale pisał po niemiecku.

Odebrał dobre wykształcenie, studiował na  uniwersytecie praskim, a także na politechnice. Wstąpił jako jednoroczny ochotnik do wojska, ale większą część służby spędził w aresztach żandarmerii. Był naturą niespokojną, niełatwo się podporządkowywał. O czasie spędzony w armii Cesarsko-Królewskiej tak pisał: „Fanatycy wolności, przeciwnicy autorytetów, marzący o równości, pełni nienawiści wobec tchórzy, karierowiczów i militaryzmu, chociaż nie z przekonań politycznych, ani uświadamianych sobie przyczyn społecznych (…) Dali mi wiele ze swojej cennej nienawiści wobec uprzywilejowanego społeczeństwa i szczerze im za to dziękuję”. 

Całe życie Egona Erwina Kischa to jedna wielka awantura. Nie sposób tu opisać skandali, w które się mieszał, które opisywał, i których ciemne tła wywlekał na światło dzienne. Dość powiedzieć, że w okresie międzywojennym zdobył europejską sławę i uznanie swą nieustępliwością, śledzeniem wielkich afer i skandali, bezwzględnością wobec zakłamania możnych tego świata. Tego niespokojnego ducha Kischa znajdziemy także w wyborze klasyki dziennikarstwa, którego dokonał na użytek omawianej teraz publikacji.

Artykuły klasyków dziennikarstwa

Dobór tekstów z pewnością zaskakuje. I chyba o takie wrażenie – jak we wszystkim – chodziło Kischowi. Za teksty dziennikarskie uznał on bowiem historyczne relacje, opinie, głosy w dyskusjach oraz recenzje sztuki. I większość z tych tekstów jest bardzo daleka od tzw. obiektywności. Kischowi chodziło też o ukazanie prawdy, że dziennikarstwo stoi bardzo blisko przy literaturze. Dla przykładu i zachęcenia do lektury, przytoczę tylko 30 tytułów, bo sumie książka zawiera 100 tekstów dziennikarskich:

Marcin Luter – List o sztuce przekładu, 1530 r.

Blaise Pascal – Stosunek jezuitów do zbrodni, 1655 r.

Janathan Swift – Czwarty list kupca sukiennego, 1712 r.

Jean Paul Marat – Kauzyperdy i kanceliści na urzędach, 1790 r.

Generał Bonaparte – Relacja z 18 Brumaire’a, 1799 r.

Heinrich von Kleist – Podręcznik żurnalistyki francuskiej, 1810 r.

Giuseppe Mazzini – Manifest młodych Włoch, 1831 r.

Karol Marks i Fryderyk Engels – Upadek Wiednia, 1848 r.

Wiktor Hugo – O parlamentaryzmie, 1852 r.

Fiodor M. Dostojewski – Jeszcze raz o tym, że wcześniej czy później Konstantynopol musi należeć do nas, 1877 r.

Z własnego podwórka

Heinrich von Kleist – Pierwsze tchnienie wolności niemieckiej, 1809 r.

Armand Carrel – Policja niszczy nasze prasy drukarskie, 1830 r.

Teodor Hertz – Żydowska gazeta, 1897 r.

Kronika lokalna i korespondencja zagraniczna

Pliniusz Młodszy – Relacja o trzęsieniu ziemi w Pompei – 79 r. n.e.

Melchior Grimm – Wypadek uliczny, 1787 r.

Karol Dickens – Karetka więzienna, ok. 1840 r.

Emil Zola – Kostnica, 1868 r.

Sąd idzie

Wolter – Z powodu Calasa i Sirvena, 1766 r.

Emil Zola – Oskarżam!, 1896 r.

Felieton

Daniel Defoe – Przeciwko rozpuście, 1729 r.

E.T.A. Hoffmann – Z narożnego okienka kuzyna. 1821 r.

Jan Neruda – Z notatek reportera miejskiego, 1870 r.

Krytyka – Teatr

Gotthold Ephraim Lessing – Przedstawienie Miss Sary Sampson, 1767 r.

Theodor Fontane – Przed wschodem słońca, 1889 r.

Krytyka – Muzyka

Henryk Heine – Koncert Paganiniego, 1836, r.

Ryszard Wagner – List muzyka niemieckiego z Paryża, 1841 r.

Krytyka – Plastyka

Johann Wolfgang Goethe – O Wieczerzy Leonarda  da Vinci w Mediolanie, 1817 r.

Richard Muther – Czego chce dziś malarstwo, 1900 r.

Krytyka – Literatura

Ludwig Börne – O Kronikach dziennych i rocznych z lat 1789-1806 Goethego, 1820 r.

Franciszek Mehring – Heine i jego pomnik, 1894 r.

„Chory człowiek Europy”

Spośród wybranych przez Kischa dzieł sztuki dziennikarskiej nie zabrakło głosu Rosjanina, a jest nim nie byle kto, bo Fiodor Dostojewski, który był wielkim pisarzem, ale czy był równie wielkim publicystą? Żeby się przekonać, jak w meandrach propaństwowego myślenia mogą się zagubić nawet wielcy artyści, gdy bezwarunkowo staną po stronie państwa – warto przeczytać artykuł Dostojewskiego z roku 1877 – „Jeszcze raz o tym, że wcześniej czy później Konstantynopol musi należeć do nas”. Oto fragmenty tego artykułu:

Kościół wschodni, jego przełożeni i ekumeniczny patriarcha przez całe te cztery stulecia, kiedy ich Kościół był ujarzmiony, żyli w zgodzie z Rosją i między sobą – w sprawach wiary; to znaczy nie było wielkich niepokojów ani herezji, ani schizmy. Jednakże obecne stulecie, a zwłaszcza ostatnie dwudziestolecie po wielkiej wojnie na Wschodzie, przeniknięte jest jakby zgniłym zapachem rozkładającego się trupa, przeczuciem śmierci i rozkładu „chorego człowieka” oraz zagłady jego państwa to główne i jedyne wrażenie. (jako „chorego człowieka Europy” Dostojewski rozumiał imperium Tureckie – przypis mój)

Oczywiście ostateczne wyzwolenie może przynieść ujarzmionym krajom tylko Rosja, ta sama Rosja, która również teraz, również w chwili obecnej, kiedy wszyscy mówią o Wschodzie, sama jedna broni ich w Europie, podczas gdy wszystkie inne narody i państwa oświeconego świata europejskiego byłyby, rzecz jasna, zadowolone, gdyby tych uciskanych narodów Wschodu w ogóle na świecie nie było. Ale niestety cała inteligencja wschodniej Rai (obywatele niemuzułmańscy, a więc chrześcijanie i Żydzi – uwaga wydawcy), mimo wzywania Rosji na pomoc, boi się jej, być może, nie mniej niż Turków: „Rosja nas co prawda wyzwoli od Turków, ale połknie nas tak samo jak ˃chory człowiek˂ i nie da się rozwinąć naszym narodom” – taka jest niezmiennie ich idea, zatruwająca wszystkie ich nadzieje! A ponadto rozgorzała między nimi i szerzy się coraz bardziej rywalizacja narodowościowa; zaczęła się, gdy tylko zaświecił im pierwszy promień oświecenia. Stosunkowo niedawno grecko-bułgarski spór kościelny był kościelnym tylko z pozoru, bo w gruncie rzeczy był to spór narodowościowy, co jest poniekąd proroctwem na przyszłość.

(,,,) A ty nagle podnosi się krzyk, (i to nie tylko w Europie, ale wśród naszych znakomitych  umysłów politycznych), że gdyby Turcja jako państwo umarła, Konstantynopol może odrodzić się tylko jako miasto ˃międzynarodowe˂, tj. jakieś neutralne, wspólne, wolne miasto, tak aby nie mogło stać się ono przedmiotem sporów. Nie można było wpaść na bardziej opaczny pomysł.

Tu następuje apokaliptyczny opis mniemanej przyszłości Bałkanów – po przegranej i upadku Turcji  – Dostojewski wieszczy rozpad wschodniego kościoła, krwawych i niekończących się waśnie między małymi narodami, co finalnie doprowadzi te narody do wpadnięcia w ręce Anglii. Kończąc Dostojewski pisze:

(…) Jest rzeczą jasną, że zapobiec temu wszystkiemu w porę można tylko wówczas, gdy Rosja będzie stanowcza w kwestii wschodniej i zdecydowanie będzie się trzymała wielkich tradycji naszej dawnej, wielowiekowej polityki rosyjskiej. Żadnej Europie nie powinniśmy w tej sprawie ustąpić w niczym i pod żadnym warunkiem, albowiem jest to dla nas sprawa życia i śmierci. Konstantynopol musi wcześniej czy później należeć do nas… Zyskamy nie tylko wspaniały port, nie tylko dostęp do mórz i oceanów. Nasz Konstantynopol połączy Rosję tak mocno z rozwiązaniem tej fatalnej sprawy, i da nie tylko zjednoczenie i odrodzenie Słowian. Nasze zadanie jest głębsze, nieskończenie głębsze…   

Gdy dzisiaj Zachód zaskoczony jest myślą polityczną współczesnej Rosji, gdy jest przerażony najazdem Rosji na Ukrainę, gdy Rosja grozi wszystkim właściwie państwom wschodniej flanki NATO i Unii Europejskiej, wytłumaczenie tych faktów znajdziemy – między innymi – w dziennikarskich artykułach samego Dostojewskiego. Są przerażające, ale prawdziwie przedstawiają myślenie Wielkorusów.

Warto

Ściśle biorąc, Kisch zamieszcza w swym wyborze, dzieła, z których większość niekoniecznie mogłaby być uznana za dzieła dziennikarskie, nawet jeżeli były publikowane w prasie. Jednak Kisch zalicza do „wyrobów dziennikarskich” formy głównie publicystyczne. Zakładał bowiem, że wszelkie upublicznione tendencje polityczne, są dziennikarskiej proweniencji.

W efekcie otrzymujemy lekturę pełną pasji i oddania ideom, lub też z pasją tępiące przeciwników politycznych. Dodam, że każdy z artykułów poprzedzony jest rzetelnym i obszernym słowem wprowadzającym w problem, w epokę. Naprawdę warto przeczytać ów zbiór wybitnych tekstów – oczywiście uprzednio odwiedziwszy dobre biblioteki, żeby książkę znaleźć. Naprawdę warto, choćby po to, żeby wyjść z błędnego myślenia, że świat i dziennikarstwo narodziły się dopiero wraz z naszym przyjściem na ten łez padół. Co jest – niestety – grzechem pierworodnym młodości. Także tej dziennikarskiej młodości.

 

O piekle komunistycznej Polski pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Rakowiecka – Polska Golgota

24 listopada 1904 r. w Warszawie przy ul. Rakowieckiej władze carskie uruchomiły więzienie karne. W latach 1939-1945 służyło Niemcom. Po II wojnie światowej stało się najcięższym więzieniem politycznym Polski tzw. ludowej, symbolem rządów komunistycznych lat 1945-1989, a także uzależnienia od Związku Sowieckiego. Szczególnie do 1956 r. ginęli tu żołnierze i działacze niepodległościowi. Ich ciała zrzucano następnie do dołów śmierci za murem Powązek Wojskowych.

Ci, którzy wolną Polskę umiłowali ponad wszystko, są dziś identyfikowani po wydobyciu z bezimiennych jam grobowych na „Łączce”. W więzieniu mokotowskim byłem kilkakrotnie (na początku lat 90. z Ojcem, który spędził tu kilka lat życia). Ale nie muszę wcale wchodzić do środka, spacerować po korytarzach słynnego X Pawilonu, którym rządziła bezpieka, „zwiedzać” cel, przechodzić ciemnym, podziemnym korytarzem, w którym polskim patriotom strzelał w tył głowy Piotr Śmietański, a potem Aleksander Drej, aby poczuć, jak straszne jest to miejsce. Może to dziedziczne? Może udziela mi się więzienna trauma Ojca, któremu „oficer” Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego powiedział podczas jednego ze „spotkań”: „My wiemy, że ty masz twardą d…, ale obok mamy kogoś, z kogo wszystko wybijemy”. W celi obok siedziała żona Ojca. Ubeckie „badania” spowodowały poronienie dziecka.

Rodzima Łubianka

Dzieje Rakowieckiej odzwierciedlały historię całego kraju: powolne pogrążanie się w systemie totalitarnym, okresy odwilży, buntu, aż po powiew wolności w 1989 r. W ciągu minionego półwiecza więzienie na Rakowieckiej – najdłuższej, jak mawiano, ulicy w Warszawie – było tym, czym X Pawilon Cytadeli w okresie zaborów, czy aleja Szucha w latach okupacji niemieckiej.
„Siedzieliśmy w warunkach na tyle luksusowych, działaliśmy przy otwartej kurtynie dzięki roli mediów, że nie można było nas wykończyć, tak jak wykończono pokolenie, które walczyło o niepodległość w latach 40., 50.”. Powiedział to Czesław Bielecki, opozycjonista, architekt, polityk w filmie „Rakowiecka” w reżyserii Jolanty Kessler, opowiadającym dzieje więzienia. Współtwórca filmu – Józef Szaniawski, który na wolność wyszedł wiosną 1990 r., jako ostatni więzień polityczny PRL, określił to ponure miejsce na warszawskim Mokotowie mianem polskiej Łubianki. Przez Rakowiecką przeszły dwa pokolenia Polaków. Kiedy na mocy amnestii w 1956 r. mury katowni opuszczali więźniowie Stalina i Bieruta, ich miejsce zajmowali nowi „wrogowie ludu”. Ci z roku 1968, 1970, 1976, 1981…

Ci, co przeżyli

Jest jeszcze film Marii Dłużewskiej „Ci, co przeżyli”. Dopowiedzmy: Ci, co przeżyli Rakowiecką. Przeżyli, bo byli silni, bo mieli szczęście, bo byli zwykłymi żołnierzami. Ich dowódców zamordowano. Wśród mordujących był Jerzy Kędziora, „oficer” śledczy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – antybohater filmu Dłużewskiej. Kiedyś chwalił się: „Ponieważ bicie kijem było niewygodne, wartownicy znaleźli kawałek kabla grubości wiecznego pióra, ogumionego, z cienkim drutem wewnątrz. Tą gumą posługiwało się kilku oficerów, a później każdy zaopatrzył się w kawałek kabla”. Jednak Kędziora musiał być jeszcze bardziej pomysłowy, skoro bardzo chwalił go szef wszystkich śledczych płk Józef Różański.
Po trwającym lata procesie został w końcu – prawomocnie (co jest ewenementem) – skazany. Mimo, że przedstawiał zaświadczenia lekarskie. Mimo, że twierdził, że jego przeszłość przedawniła się, tak jak Ireneusza Kościuka – milicjanta, któremu pewnego majowego dnia nie spodobał się student Grzegorz Przemyk. Karę odbywał na warszawskiej Białołęce, ale i tak został przedterminowo zwolniony. Żyje do dziś w Warszawie.

Śledczy w gablocie

Takich Kędziorów, sprawców bezprawia, żyje jeszcze trochę. I wymiar sprawiedliwości III RP ściga ich równie „skutecznie”. Tych chodzących z podniesionym czołem po kraju, jak i tych, którzy zawczasu czmychnęli za granicę. Trzy sprawy ekstradycyjne – prokurator Heleny Wolińskiej z Wielkiej Brytanii, naczelnika stalinowskich więzień Salomona Morela z Izraela i sędziego Stefana Michnika ze Szwecji, zakończyły się totalną klapą.
Pozostaje pamięć. Józef Szaniawski, gdy „mieszkał” jeszcze na Rakowieckiej, powiedział śledczemu: „Panie pułkowniku, tu będzie kiedyś muzeum, tak jak w X Pawilonie Cytadeli, a pan będzie stał wypchany w gablocie”. W tej komunistycznej mordowni powstaje dziś Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL.
Tadeusz Płużański

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Niszczenie Polski pod sztandarem demokracji

16 listopada 1944 r. komunistyczny Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego wydał dekret „O przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa”. Jego kontynuacją był tzw. Mały Kodeks Karny (MKK). Dzięki tym i innym wprowadzonym przez siebie bezprawnie przepisom komuniści realizowali politykę nie odbudowy, ale zniszczenia Polski, a głównie rozprawy z polskimi niepodległościowcami. A wszystko pod sztandarem demokracji.

MKK przewidywał karę śmierci za 13 rodzajów „przestępstw”, m.in. udział w organizacji lub grupie o charakterze zbrojnym, posiadanie broni i amunicji, sabotaż gospodarczy, „sprzedajność obcym”, szpiegostwo. Ale wyeliminowanym ze społeczeństwa można było zostać np. za opowiadanie dowcipów o tematyce politycznej – pozwalał na to artykuł mówiący o „rozpowszechnianiu nieprawdziwych informacji”.

Do realizacji polityki represji komuniści powołali – jak zwykle bezprawnie – specjalne sądy: Wojskowe Sądy Rejonowe (WSR). Wedle wciąż niepełnych danych, w latach 1946-1955 przed sądami wojskowymi skazano ponad 80 tys. osób z czego na karę śmierci około 4 – 4,5 tys. Prawdopodobnie około 3 tys. wyroków zostało wykonanych.

Jednym z sędziów, a potem szefem stołecznego WSR – chyba najbardziej krwawego trybunału śmieci w powojennej Polsce – był Mieczysław Widaj. Sam AK-owiec skazał na śmierć ponad 100 polskich niepodległościowców. W 1956 r. wyjaśniał: „W maju [1949 r.] byłem w Warszawie, by znów zacząć od braku mieszkania, od kwaterowania na sali sądowej, tuż obok celi, do której wprowadzano więźniów aresztantów. A rozprawy odbywały się i po nocach. (…) Mnie i żonę będącą w ciąży budził gwar i tupot dochodzący z zadymionego korytarza, na który prowadziły mieszkalne drzwi. To były warunki pracy i warunki życia, jakie były mi postawione do dyspozycji. (…) mieszkałem w tak ciężkich warunkach w budynku, w którym szczury wyprawiały harce pod podłogą i po podłodze, gdy groziło, że po przyjściu na świat dziecka pieluszki będą musiały być suszone na sali rozpraw. (…) Gdy inni „po praktyce” w Wojskowym Sądzie Rejonowym odchodzili na szefów innych sądów, ja pozostawałem na czarnej robocie, nie byłem przesuwany do klasy menedżerów. (…) Mnie – a zresztą w ogóle nami – przesuwano jak pionkami po szachownicy, nie pytając nas o zdanie”.
„Wojskowe Sądy Rejonowe zostały zlikwidowane wiosną 1955 r. Faktycznie zbiegło się to z zawieszeniem stosowania stalinowskich dekretów” – pisze historyk IPN dr Rafał Leśkiewicz. – „Nie były już potrzebne, bowiem komunistom udało się skutecznie wyeliminować ‘wrogów władzy ludowej’”. Ich ofiary – wielu bohaterów oraz rodziny skazanych wówczas na śmierć lub długoletnie więzienie – żyły natomiast jeszcze przez wiele lat z piętnem bandytów.

Mały Kodeks Karny obowiązywał aż do 1969 r., kiedy komuniści wprowadzili „duży” kodeks karny. Niestety niektóre przepisy tego zbrodniczego „prawa” – zachowane w kodeksie karnym z 1997 r. – dotrwały do dziś. Np. art. 256: „Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa albo nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowych, etnicznych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość; podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.

Mimo tych wątpliwych, prawnych zapożyczeń tzw. III RP od PRL-u, coś się jednak zmieniło. Dziś szczęśliwie pod pojęciem „faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa” nie rozumie się już ustroju Polski przedwrześniowej – jak tego chcieli komuniści. Wciąż pamiętamy (mam nadzieję), jak polskiego generała Augusta Emila Fieldorfa skazywali na śmierć na szubienicy – jako „faszystę”.
Dziś – przynajmniej teoretycznie – polskie prawo szanuje dorobek wolnej, niepodległej II Rzeczpospolitej. A za państwa totalitarne uznaje się nie tylko nazistowskie Niemcy, ale także sowiecką Rosję i jej satelity, w tym komunistyczną Polskę. Piszę jednak teoretycznie, bo „nadzwyczajna kasta” sędziowska, rodem z PRL, przy pomocy Brukseli, czuwa nad właściwą wykładnią.

 

Katastrofę językową zapowiada WALETR ALTERMANN: Masakryczny generał

Relacjonujący sprawę masowego zabójstwa w USA, gdzie jeden uzbrojony szaleniec zabił około 20 osób, a 60 ranił, dziennikarz TVN mówi: „Rozgrywały się masakryczne sceny”. Osłupiałem, bo „masakryczny” jest żartobliwą kontaminacją dwóch słów: makabryczny i masakra. Tak się mówiło przed laty w środowiskach młodzieżowych o złej sztuce teatralnej, marnej książce czy nieudanym filmie. Ale żeby takim językiem mówić o prawdziwej ludzkiej śmierci i tragedii bliskich?

Dziennikarz jednak brnął dalej, bo w chwilę po tym, stojąc na tle palm w Los Angeles, mówi: „Mieszkańcy są objęci jakąkolwiek pomocą, jaką potrzebują”. I co takiemu gościowi zrobić? Kary boskiej na takiego nie ma?

Ja wiem, że TVN promuje wszystkie odmęskie feminizmy językowe, łącznie z hydrauliczynią i kierowczynią, ale żeby być aż tak postępowym, żeby wysyłać jegomościa słabo mówiącego po polsku aż do Kalifornii? Chyba, że pojechał tam w nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca – w wewnętrznym konkursie stacji – ze znajomości języka polskiego.

Generał pacyfista

Ze sporym zdumieniem przyjąłem wypowiedź generała Różańskiego, który powiedział: „Dzisiaj większość wojskowych to pacyfiści…” Tę rewelację obwieścił 26 października w TVN24.

Gdyby taką „pogłębioną refleksję” wydobył z siebie jakiś major, a niechby i pułkownik, powiedziałbym – trudno, zdarza się w najlepszej rodzinie, tym bardziej, że każda służba w mundurze jest nerwowa. Żołnierze – nawet w czasach pokoju – działają zawsze pod presją, więc zdarza się, że niektórym nerwy puszczają.

Jednakże generałowi broni Mirosławowi Różańskiemu, w niedalekiej przeszłości,  powierzano bardzo odpowiedzialne stanowiska. Był przecież w latach 2015-2017 dowódcą generalnym sił zbrojnych. A od człowieka na takim stanowisku można chyba oczekiwać, że potrafi zapanować nad własnymi emocjami, a jego przemyślenia będą dotyczyły doktryn wojennych, strategii i stanu naszych Sił Zbrojnych. Tymczasem generał Różański doszedł do wniosku, że wojny są bez sensu i należy je ignorować, odmawiając w nich udziału – bo do tego przecież sprowadza się w praktyce pacyfizm.

Mnie się zdaje, że Polacy nie oczekują od swoich generałów agresji i chorobliwej wojowniczości, ale generał-pacyfista to już przekroczenie granic. No i najważniejsze, jeżeli – jak mówi generał Różański – „Dzisiaj większość wojskowych to pacyfiści…”, to może zamiast kupować w świecie drogi sprzęt militarny, zamiast samemu podejmować się produkcji czołgów, rakiet i innych takich, należałoby zacząć zmiany w armii od poszukiwania takich generałów, którym wojna nie będzie straszna.

Komentariat

W dyskusji politycznej TVN 27 października 2023 r.. młody – to ważne, że młody – politolog stwierdza: „Obecnie cały polski komentariat zajmuje się wynikami wyborów”.

Zdumiało mnie to nowe dla mnie pojęcie „komentariat”. Sprawdziłem w słownikach z lat dziewięćdziesiątych – nie ma. Sprawdziłem w internetowym słowniku PWN – też nie ma. Ale już w Wikipedii jest, bo słownik Wikipedii po prostu – jak ludzie mówią –  nie bawi się w analizy: skąd się wzięło, czy jest sensowne i poprawne.

Skąd zatem wzięło się pojęcie „komentariatu”? Pewności nie mam, ale na 99 procent słówko to zostało przeniesione z zachodnich pracowni politologicznych. I przez naszych politologów, socjologów zostało kupione, przyswojone i szybko wdrożone.  I teraz głównie posługują się nim ludzie młodzi – jak ów przytoczony przeze mnie na początku politolog. Młodość chce być bowiem dynamiczna i aktywniejsza niż starość. No i najważniejsze – komentariat brzmi naukowo, a to już widza i słuchacza ma rzucać na klęczki.

Moim zdanie należałoby „komentariat” rozbudować, poprzez podział, co mogłoby wyglądać tak: zawodowy komentariat, amatorski komentariat, społeczny komentariat, internetowy komentariat – niby poprzednie trzy kategorie mogą działać również w internecie, ale przecież daleko nie wszystkie. I wreszcie najważniejsze z komantariatów – komentariat fałszywy, czyli działający na zlecenie poszczegółnych partii.

I tak to nam rośnie, rozszerza swój zakres działania paranoja językowa, jak perz w ogrodzie, którego zniszczyć nie sposób. Co robić? Nie używać, nie być na siłę nowoczesnym, bo komentariat, to nie akcjonariat. I mówmy po polsku. Zamiast „komentariat” mówmy: wszyscy wypowiadający się w sprawie…

Oczywiście, tak ceniona przez amatorów naszego języka Wikipedia podaje, że „masakryczny” jest slangowym określeniem czegoś wspaniałego, lub – jak kto woli – czegoś okropnego, odrażającego. I tu mam uwagę do wszystkich uczących się przy pomocy Wikipedii, czerpiących garściami wiedzę z Internetu – daleko na takiej wiedzy nie zajedziecie. Chyba, że deleguje was TVN do jakże przyjemnej Kalifornii.

Konsultacje

W kolejce do lekarza nigdy nie jest wesoło, ale w końcu spotykają się tam sami chorzy. Tym razem jednak rozbawiła mnie pani rejesteratorka, która dyrygowała kolejką. W pewnym momencie zapytała: „Kto z państwa jest kolejny na konsultacje?”

Nikt się ruszył, ani z krzeseł, ani spod ściany. Wtedy rejestratorka zmieniła zdanie i zapytała: „A kto na wizytę?” Teraz kolejka objawiła swoją kolejkową kolejność, bo na wizytę byli wszyscy.    Podjąłem sprawę i zapytałem, co znaczą te jej „konsultacje”.

– Jak to? Konsultacje to to samo co wizyta! – odparła mocno zirytowana rejestratorka.

Podziękowałem za wyjaśnienie, ale dyskusji nad znaczeniem słów nie podjąłem. Nie będę przecież dzielił się wiedzą z rejestratorką, która tego nie oczekuje. Poza tym – mogłaby mnie na przykład w ogóle skreślić z kolejki…

Niemniej zarejestrowałem, że dziwny język panoszy się obecnie nawet w przychodniach, bo każdy chce być brany za „uczonego”, nawet rejestratorki i lekarze. Sobie jednak wyjaśnijmy, że „konsultacje” to: 1. zasięganie opinii u specjalisty; 2. udzielanie rad i wyjaśnień przez specjalistę lub rzeczoznawcę; 3. narada specjalistów lub decydentów przed decyzją w jakiejś sprawie.

Oczywiście przez całe lata „konsultacja” znaczyła potocznie jakieś ustalenia między specjalistami. A ja, idąc do lekarza oczekuję informacji i pomocy, a konsultować to mogą się lekarze między sobą, w jakichś szczególnie trudnych przypadkach.

Niestety coraz więcej ludzi – już nie tylko dziennikarze i politycy – grzebie przy języku. Boże, wybacz im, albowiem nie wiedzą co czynią.

 

Poznaliśmy laureatów XVIII Festiwalu Polonijnego „Losy Polaków 2023”

Artur Owczarski za film „Cowboy Capital – Stolica Kowbojów” zdobył Grand Prix XVIII Festiwalu Polonijnego „Losy Polaków 2023”. Pierwsze miejsce w kategorii filmów fabularnych zajął „Figurant” Roberta Glińskiego. W kategorii dokumentów za najlepsze uznano filmy Rafała Brylla „Gdy Kwitną kasztany. Nasz Nazaret” oraz „Pokojówka”. Patronem festiwalu było Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

Laureatów XVIII Festiwalu Polonijnego „Losy Polaków 2023” poznaliśmy 4 listopada podczas uroczystej gali. Jury oceniało profesjonalne i amatorskie dzieła z zakresu filmu, telewizji, radia oraz Internetu. Do tegorocznej edycji konkursu zgłoszono 135 prac ukazujących życie i losy Polaków w 30 krajach świata takich jak; Argentyna, Australia, Belgia, Białoruś, Boliwia, Chile, Francja, Grecja, Gruzja, Iran, Islandia, Izrael, Japonia, Kanada, Kazachstan, Litwa, Łotwa, Meksyk, Niemcy, Norwegia, Rosja, Sudan Południowy, Szkocja, Szwecja, Uganda, Ukraina, USA, Watykan, Wielka Brytania i Polska.

Grand Prix Festiwalu otrzymał film „Cowboy Capital – Stolica Kowbojów” w reżyserii Artura Owczarskiego. Uzasadniając werdykt jury podkreśliło, że obraz ten „znakomicie pokazuje wkład polskich imigrantów w budowę Stanów Zjednoczonych i oparte o wspólne wartości braterstwo narodów amerykańskiego i polskiego, zaś afirmacja wolności, prawa o decydowaniu w samym sobie, która przenika film, stanowi o jego moralnej doniosłości i ogromnej aktualności”.

W kategorii filmów fabularnych I nagroda przypadła Robertowi Glińskiemu za film „Figurant”. Zdaniem jurorów jest to „niezwykle prawdziwy, nie tylko w sensie realiów historycznych, ale także na płaszczyźnie psychologicznej, obraz zła przenikającego totalitarny, ateistyczny system komunistyczny w Polsce”.

W kategorii „filmy dokumentalne i dokumenty inscenizowane” I nagrodę otrzymał Rafał Bryll za filmy „Gdy Kwitną kasztany. Nasz Nazaret” oraz „Pokojówka”. „Oba filmy posiadają znaczący potencjał edukacyjny oraz walor moralny i patriotyczny, z wyczuciem i kulturą pokazując dwie różne historie z okresu II wojny światowej – w pierwszym filmie historię nauczania na poziomie ogólnokształcącej szkoły średniej pod przykrywką szkoły krawieckiej polskich dziewczyn przez siostry Nazaretanki w okupowanej Warszawie, co stanowiło formę oporu wobec okupanta, pragnącego uniemożliwić polskiej młodzieży dostęp do edukacji, zaś w drugim historię polskiej więźniarki obozu koncentracyjnego na Majdanku, która opowiada przejmująco nie tylko o koszmarze, jaki zgotowali Niemcy więźniom, ale także o platonicznej miłości, którą przeżyła za drutami” – czytamy w uzasadnieniu jury.

W sumie na Festiwalu nagrodzono prace w 9 kategoriach. Pełną listę laureatów można znaleźć TUTAJ.

Festiwalu, którego celem jest promocja polskiej historii, kultury, tradycji w kraju i zagranicą, organizuje Fundacja Polska-Europa-Polonia. Więcej informacji o tym wydarzeniu można znaleźć TUTAJ.

opr. jka, źródło: Fundacja Polska-Europa-Polonia