WOŁODYMYR SYDORENKO: Krymskie uczelnie kształcą „piątą kolumnę”

Niedawno na krymskim Uniwersytecie im. W. Wiernadskiego odbyła się Międzynarodowa Konferencja „Krym w światowej przestrzeni naukowej i edukacyjnej”. Poprzez tego typu wydarzenia władze okupacyjne Krymu starają się skłonić zagranicznych studentów studiujących na półwyspie do propagowania ideologii „rosyjskiego pokoju” w krajach na całym świecie.

Lokalna gazeta napisała, że ​​„dzisiaj są studentami, a jutro będą sojusznikami i ambasadorami naszej kultury na całym świecie”. A oni, jak uważają rosyjscy propagandyści, stanowią wielką siłę Tylko w tym roku na Krymie studiuje 2750 studentów z 67 krajów. Na świecie jest już ponad milion absolwentów krymskich uczelni, którzy dzięki rekrutacji rosyjskich „kuratorów” ze służb specjalnych, zamienili się w liderów ideologii Kremla i swoich krajach stają się „piątą kolumnę”.

Nikt tego faktu specjalnie nie ukrywa. Na przykład prorektor ds. polityki informacyjnej Uniwersytetu im. W. Wiernadskiego na Krymie Serhij Jurczenko wprost mówi, że: „Ważne jest przede wszystkim zapewnienie polityki zagranicznej naszego państwa, w tym w sferze edukacyjnej…”

Ołeksandr Maszchenko, kierownik wydziału ds. działalności międzynarodowej uczelni, powiedział, że oprócz Kuby, Wietnamu, Jordanii studenci z Indii, Bangladeszu, Libanu, Jemenu i innych krajów Azji i Bliskiego Wschodu studiują na Krymie. Teraz, według niego, z powodu konfrontacji Rosji z Europą i Ameryką oraz z powodu sankcji światowych, następuje reorientacja rekrutacji studentów objętych sankcjami Zachodu na Wschód. Pokazał nagranie wykonane przez absolwentkę wydziału filologicznego z Kuby, w którym słyszymy dawne nuty KGB: „Żałuję, że na Ukrainie toczą się działania wojenne. Ale wiem na pewno, że to nie lud Rosji i Ukrainy jest winny tego, ale kraj z dala od nich, który przez wiele lat starał się uniemożliwić naszemu krajowi, Kubie, życie i rozwój”. W ten sposób dobrze wykształceni absolwenci krymskiego uniwersytetu przenoszą odpowiedzialność za krwawą wojnę z Rosji na Amerykę.

Największą popularnością wśród obcokrajowców cieszą się specjalizacje medyczne. Absolwent Akademii Medycznej Krymu, Islam Mazharul z Bangladeszu, przyznał, że KGB aktywnie pracuje ze studentami, którym za współpracę płaci pieniądze pod przykrywką „stypendiów”. Mazharul stwierdził przy tym, że „popiera politykę Rosji”, podczas gdy polityka ukraińska, jego zdaniem, jest „błędna i odzwierciedla interesy innych krajów”. Oczywiste jest, że takie stanowisko zostało mu wbite do głowy właśnie na krymskim uniwersytecie.

Jak zauważył Serhij Jurczenko, studenci zagraniczni, oprócz specjalności technicznych, rekrutowani są także na kierunki czysto polityczne, takie jak filologia, historia, politologia i język rosyjski. W ten sposób większość absolwentów krymskiego uniwersytetu idzie w świat całkowicie zrusyfikowana, wyznająca rosyjską ideologię i zwerbowana przez rosyjskie służby specjalne.

Jurczenko mówi, że „Podczas lat studiów na naszych uniwersytetach studenci zagraniczni zdołają nauczyć się nie tylko języka rosyjskiego, ale także wiele dowiedzieć się o historii naszego kraju, jego kulturze, tradycjach. Ponad milion absolwentów rosyjskich uniwersytetów pracuje za granicą. To duża grupa naszych sojuszników, ambasadorów naszej kultury. A my zamierzamy pomnożyć ich liczbę”.

Ponadto prorektor Ołeksandr Maszchenko wyraźnie przyznał, że Rosja wykorzystuje studentów jako propagandzistów „rosyjskiego świata” na całym świecie i zamierza rekrutować jeszcze więcej obcokrajowców na uczelnie w tej dziedzinie. „Zgodnie z skutkami wydarzeń, które obecnie mają miejsce na Ukrainie (czyli wojny Rosji na Ukrainie – autor) zainteresowanie edukacją humanitarną w Rosji, związaną z językiem, kulturą, politologią, a nawet geografią, jeszcze nawet wzrośnie” – stwierdza.

Co więcej, wicekanclerz uniwersytetu opublikował niedawno książkę „Amerykański Krym: złudzenie widzenia”, w której nazywa prawdę o rosyjskiej polityce iluzją. Mówi na przykład o współpracy uczelni z irańskimi szkołami wyższymi i uzasadniał stanowisko Iranu, który zaopatruje Rosję w drony i rakiety.

Serhij Dodonow, przewodniczący komisji edukacyjnej krymskiego „parlamentu”, powiedział, że absolwenci z Krymu są liderami rosyjskiej polityki na Bliskim Wschodzie, w krajach Ameryki Łacińskiej, Indiach i Pakistanie. Nazwał to dziełem „dyplomacji publicznej”, bo absolwenci ze swoich krajów mają stałe kanały komunikacji z Krymem, przez które „komunikują się online ze swoimi starymi znajomymi, otrzymują informacje. Całkowicie jej ufają…” Natychmiast staje się jasne, z jakimi „starymi przyjaciółmi” byli absolwenci komunikują się i jakie informacje otrzymują.

Co więcej, Serhij Dodonow powiedział, że „Wielu absolwentów sowieckich i rosyjskich uniwersytetów zajmuje określone stanowiska w swojej ojczyźnie i jest w stanie wpływać na sytuację i politykę przy podejmowaniu decyzji”.

Przyznał też, że spośród absolwentów jego uczelni Rosja właściwie we wszystkich krajach, w których pracują, tworzy piątą kolumnę, prowadzącą działalność wywrotową.

 

Wsparcie CMWP SDP dla dziennikarza „Dziennika Polskiego” z Krakowa

W związku z otrzymanym zgłoszeniem i opisanymi w nim działaniami radnego Miasta Krakowa Łukasza Wantucha dotyczącymi planowanej publikacji Dziennika Polskiego na temat   kontrowersji i domniemanych nieprawidłowości przy przekazywaniu pomocy dla uchodźców z Ukrainy, CMWP SDP informuje, że o obejmuje sprawę publikacji  monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka w zakresie wolności słowa i prasy.

Zbierając informacje na ten temat, chcąc dochować wszelkiej staranności przed publikacją, dziennikarz (imię i nazwisko do wiadomości CMWP SDP) zadał pytania jednemu z radnych panu Łukaszowi Wantuchowi pytanie, cyt. Czy prawdą jest, że otrzymał Pan od gminy Kraków 500 tys. na pomoc dla uchodźców z Ukrainy? Jeśli tak, to czy pan rozliczył te pieniądze, na co zostały przeznaczone? Na to pytanie nie została udzielona rzeczowa odpowiedź,  w/w radny opublikował za to na portalu społecznościowym wpis, w którym w złośliwy i napastliwy sposób atakuje personalnie dziennikarza deprecjonując jego kompetencje zawodowe (cyt. zadaje idiotyczne pytania) i miejsce pracy ( cyt. był Pan kiedyś porządnym dziennikarzem, ale rozumiem, że nowa władza i właściciel wymaga).  Sposób reakcji radnego na proste dziennikarskie pytanie oraz brak merytorycznej odpowiedzi na pytanie dziennikarskie zadane w interesie społecznym są dowodem na ignorowanie przez radnego Łukasza Wantucha przepisów ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej oraz są zaprzeczeniem zasad, jakie powinny obowiązywać w relacjach polityk – dziennikarz opisanymi także w Ustawie Prawo prasowe. Działania te można i należy odczytać jako próbę zablokowania publikacji ważnej z punktu widzenia interesów społecznych mieszkańców Krakowa, w imieniu których dziennikarze mają prawo pytać o sposób dystrybucji i wydatkowanie środków publicznych. W ocenie Centrum przytoczona odpowiedź Radnego jest także próbą ograniczenia wolności słowa i niezależności Redakcji.

Zważywszy na wolnościową funkcję prasy wynikającą z Konstytucji RP oraz uregulowania Prawa prasowego, a zwłaszcza art. 6 ust. 4 pr. pras. („Nie wolno utrudniać prasie zbierania materiałów krytycznych ani w inny sposób tłumić krytyki”), należy stwierdzić, że tego rodzaju działania są niedopuszczalne i nie mają oparcia w obowiązujących przepisach prawa, gdyż są nakierowane na stłumienie krytyki prasowej.

Na tym etapie do Rady Miasta w Krakowie zostanie skierowane zawiadomienie o objęciu sprawy publikacji i działań Radnego monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka w zakresie wolności słowa i prasy.

dr Jolanta Hajdasz

dyrektor CMWP SDP

Warszawa, 27 października 2022 r.

Link do wpisu na Facebooku: TUTAJ.

KRZYSZTOF M. KAŹMIERCZAK: Sąd nad Ziętarą

Uniewinnienie byłych ochroniarzy Elektromisu oskarżonych o porwania Jarosława Ziętary było spodziewane, ale w dniu ogłoszenia wyroku na sali sądowej padły słowa, które nie powinny być tam wypowiedziane. Sąd zajął się nie tylko kwestią oceny odpowiedzialności oskarżonych, ale też dokonał osądu… ofiary.

Spodziewałem się uniewinnienia oskarżonych, bo w jakimś sensie sąd miał związane ręce wcześniejszym nieprawomocnym wyrokiem uniewinniającym Aleksandra G. oskarżonego o podżeganie do zabójstwa Jarosława Ziętary (wyrokiem, do którego doszło w skandalicznych okolicznościach w dniu napaści Rosji na Ukrainę). Jeśli przed tym samym wydziałem sądu uznano uprzednio, że nie doszło do podżegania do porwania, to oczywistym jest, że nie można było teraz skazać kogoś za zrealizowanie tego porwania. Taka jest logika prawna i procesowa. Pominę tu budzącą duże wątpliwości argumentację sądu w odniesieniu do materiału dowodowego przeciwko zasiadającym w ławie oskarżonym. Na to przyjdzie czas, gdy powstanie pisemne uzasadnienie wyroku i zapewne zostanie złożona apelacja podważająca zasadność tego wyroku. Trudno jednak przejść do porządku dziennego nad nieformalnym werdyktem sądu, który dotyczył ofiary zbrodni. W ustnym uzasadnieniu sąd stwierdził, że dziennikarski dorobek Jarosława Ziętary „był wręcz ubogi”, że publikował głównie artykuły niskiej rangi.

Tak, Jarosław Ziętara był młodym dziennikarzem, ale miał nadspodziewanie duże jak na jego wiek doświadczenie zawodowe, a w dorobku liczne poważne artykuły, w tym wiele dotyczących przestępstw i nieprawidłowości czasów transformacji ustrojowej. Pracował jako dziennikarz od początku studiów i jego kompetencje oceniano na tyle dobrze, że jeszcze jako student uzyskał etat w prestiżowym wtedy tygodniku „Wprost”, o pracy w którym marzyło wówczas wielu młodych dziennikarzy. Potem bez trudu zatrudniono go w silnym regionalnym dzienniku – „Gazecie Poznańskiej”, do pracy, w której było także wielu chętnych (sam ubiegałem się w niej o etat znacznie dłużej niż Jarek). Gdyby zebrać wszystkie artykuły Ziętary, które opublikował, by unaocznić sądowi jego dorobek, to trzeba byłoby dodać do akt procesu kolejny obszerny tom.

Sąd w uzasadnieniu uniewinnienia oskarżonych o porwanie nie ograniczył się do obniżania rangi tego co napisał Jarosław Ziętara, ale też wytknął mu, że w tygodniku „Wprost” opublikowano sprostowanie do jednego z jego artykułów. Gdyby sprostowania były miarą oceny kompetencji dziennikarskich, to trzeba byłoby zakwestionować kompetencje chyba większości dziennikarzy, w tym również wielu utytułowanych za swoje dokonania zawodowe. Argument wydrukowania sprostowania zdumiewa, tym bardziej że – w myśl prawa i orzecznictwa – jego opublikowanie samo w sobie nie rozstrzyga wcale, iż dany artykuł jest nierzetelny. A w tym konkretnym przypadku niewątpliwie Jarosław Ziętara nie dopuścił się żadnych dziennikarskich uchybień (chodzi o artykuł „Wspólnik in blanco” odsłaniający kulisy powiązań popeerelowskich i patologię działania organów ścigania; okoliczności te zostały wyjaśnione m.in. w książce „Sprawa Ziętary. Zbrodnia i klęska państwa”).

Kwestionując kompetencje Jarosława Ziętary sąd stwierdził też, że napisał pochwalny artykuł o Art. B. To również jest nieprawdą. Jego tekst miał charakter informacyjny, przedstawiał szczegółowo specyficzny sposób podejścia do biznesu właścicieli tego przedsiębiorstwa, które niedługo później stało się celem zainteresowania organów ścigania.

Co jednak najważniejsze, nawet gdyby Jarosław Ziętara nie opublikował nigdy żadnego dużej rangi artykułu (a tymczasem było ich sporo), nawet gdyby pisał wyłącznie o muzyce czy sporcie, a nie o aferach i polityce, a nawet gdyby jeszcze nic w życiu nie opublikował, to nie widzę jakichkolwiek podstaw do tego, żeby dokonywać oceny dorobku dziennikarskiego ofiary zbrodni. Jarka zamordowano nie za to co opublikował, tylko za przygotowywaną przez niego publikację, za dążenie do ujawnienia wyników jego ustaleń dziennikarskich. Nie ma wątpliwości, są na to potwierdzenia, że od jesieni 1991 roku Jarosław Ziętara zajmował się sprawą przekrętów gospodarczych na ogromną skalę, w które zamieszane były firmy znanych i majętnych wielkopolskich biznesmenów.

To, że ustalenia Ziętary nie zostały opublikowane dowodzi tylko jednego – skuteczności zleceniodawców i realizatorów zbrodni. Była ona tak zaplanowana i przeprowadzona, aby wraz ze śmiercią poznańskiego dziennikarza uzyskać gwarancję tego, że brudy, które wytropił nie zostaną ujawnione. Dlatego przez kilka dni torturowano go wymuszając od niego informacje o jego ustaleniach i przejmując zgromadzoną przez niego dokumentację.

Na koniec – to co zrobił sąd tym bardziej zdumiewa, że nie musiał on wcale zajmować się Jarosławem Ziętarą jako dziennikarzem, nie musiał wypowiadać się na temat jego dorobku. Przedmiotem procesu był przecież nie on, lecz czyn przypisywane przez prokuraturę oskarżonym. Tymczasem w Poznaniu odbył się sąd nad Jarosławem Ziętarą. Byłych ochroniarzy Elektromisu uniewinniono. Dziennikarza oceniono, zdeprecjonowano. Nie zgadzam się na to. Składam niniejszym apelację od „wyroku” na Jarka Ziętarę…

Uniewinnienie „ochroniarzy” – szczegóły ostatniej rozprawy w relacji obserwatora CMWP SDP

Winnych zabójstwa spotka w końcu sprawiedliwość, pytanie czy szybsza będzie ta ziemska, czy ta boska  – takie słowa usłyszeli czekający na Jacka Ziętarę, dziennikarze, tuż po ogłoszeniu wyroku.W środę 19 października br. Sąd Okręgowy w Poznaniu wydał wyrok uniewinniający dwóch byłych ochroniarzy nieistniejącego już holdingu Elektromis.  Mirosława R., ps. „Ryba” i Dariusza L., ps. „Lala”, oskarżono o porwanie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary. Na ostatnią rozprawę stawili się: prokurator Tomasz Dorosz, oskarżyciel posiłkowy Jacek Ziętara, brat nieżyjącego, obrońcy ochroniarzy i jeden z oskarżonych Mirosław R.. Dariusz L., osobiście był tylko na pierwszej rozprawie i nie pojawiał się przez cały czas trwania procesu, a reprezentowała go mecenas Agata Michalska-Olek.

Rozprawa rozpoczęła się od jedynej tego dnia mowy końcowej adwokata Wiesława Michalskiego, obrońcy Mirosława R. Prokurator, oskarżyciel i obrońca Dariusza L., a także sam oskarżony „Ryba”wypowiedzieli się miesiąc wcześniej. Mecenas Michalski swoją mowę rozpoczął od przywołania dramatycznej historii niesłusznie skazanego za gwałt Tomasza Komendy.

– 18 lat niesłusznie spędził w więzieniu, okazało się, że manipulowano dowodami. Działo się to pod presją mediów. Tutaj mamy podobną sytuację. Bezzasadny zarzut, presja mediów, akt oskarżenia oparty na „Baryle” i Jerzym U., byłym pracowniku SB. Prokurator powiedział o nich, że byli karani, że są z półświatka i na takich ludziach oparto akt oskarżenia przeciwko dwóm niewinnym ludziom. Mamy więc dwóch kryminalistów, którzy chcą wyłudzić od prezydenta ułaskawienie i uzyskać osobiste korzyści w swojej sprawie – dowodził adwokat. Stwierdził także, że obaj oskarżeni ochroniarze to osoby niekarane, policjanci, sportowcy, ojcowie rodzin, a R. dodatkowo jest honorowym obywatelem dwóch miast.

Zarzuty, według adwokata Michalskiego są bezpodstawne, bo prokurator nie wykazał zabójstwa. Oskarżenie opiera się na opowieści Macieja B., który swoją wiedzę miał ze słyszenia. Jeden ze świadków zeznający przed sądem Zdzisław K. twierdził, że nieumyślnego zabójstwa dokonał gangster o pseudonimie Makowiec, a obrona wykazała, że człowiek ten przyjechał do Polski dopiero w 1997 roku, gdyż wcześniej przebywał w kolonii karnej. Zwrócił także uwagę, że aby mówić o zwłokach trzeba najpierw wykazać, że popełniono morderstwo. Ustosunkował się również do wydania publikacji pt. „Kalendarium zbrodni”, w której można przeczytać sekwencję zdarzeń i „jest wszędzie rozdawana za darmo”. 90% powołanych świadków stwierdziła, że o sprawie wie tylko z mediów.

Mecenas następnie odniósł się do zeznań Jerzego U., który był świadkiem oskarżenia, a jego zeznania przed sądem zostały utajnione dla dziennikarzy. Michalski dowodził, że U. był „wyszkolonym pracownikiem Służby Bezpieczeństwa w manipulacjach, w prowokacjach, w tak zwanym białym wywiadzie, a motywem jego działania była zemsta (…) W tej sprawie ofiarami U. padli nie tylko oskarżeni, ale prokuratura i dziennikarze.”

Obrońca R. powołał się również na zeznania Beaty S., którą uznał w 100% za uczciwego świadka. S. miała zeznać, według adwokata, że widziała wychodzącego do pracy Ziętarę, który miał być dla niej widoczny na odcinku od drzwi kamienicy na ulicy Kolejowej, gdzie mieszkał aż do Kanałowej, w którą skręcił. Tak długi odcinek drogi ok. 200 metrów, na którym nic nie zaszło, dowodzi i wyklucza jednocześnie uprowadzenie.

Na koniec adwokat uznał, że oskarżony R. ma alibi bowiem jego sąsiadka zeznała, że 1 września 1992 roku, a więc w dzień uprowadzenia dziennikarza, Ryba był na rozpoczęciu roku szkolnego, gdzie Iwona M., była również ze swoim dzieckiem. Zeznania obu kobiet według mecenasa tworzą zamknięty ciąg logiczny wykazujący, że oskarżeni nie dopuścili się tego przestępstwa. W podsumowaniu swojej mowy Michalski stwierdził, że prokurator nie przedstawił sądowi żadnego wiarygodnego dowodu, że doszło do zabójstwa. Nie przedstawił nawet logicznego ciągu poszlak dowodzących, że doszło do porwania.

– Uczciwie powiem, że liczyłem nawet na to, że prokurator, po tak skrupulatnym postępowaniu, które sąd przeprowadził, wniesie sam o uniewinnienie. W prawie karnym obowiązuje zasada tłumaczenia wątpliwości na korzyść oskarżonego. W tej sprawie ta zasada nie ma zastosowania, bo tu nie ma wątpliwości, że oskarżeni są niewinni. Proszę o uniewinnienie.

Wyrok

Po zakończeniu mowy końcowej sędzia Katarzyna Obst ogłosiła przerwę. Rozprawę wznowiono o godzinie 12.00. Zapadł nieprawomocny wyrok uniewinniający obu mężczyzn od stawianych im zarzutów, kosztami postępowania sąd obciążył Skarb Państwa jednocześnie zasądzając po 9720 zł tytułem kosztów adwokackich na rzecz obu oskarżonych. Postanowienie sądu uzasadnił sędzia  Sławomir Szymański.

Na wstępie sąd wyraził swoje uznanie dla pracy, którą wykonała prokuratura. Same akta liczą 87 tomów. Zawierają one nie tylko informacje zawarte w zeznaniach świadków o ostatnich dniach życia Jarosława Ziętary, o organizacji jego pracy dziennikarskiej, sprawach prywatnych ale też wiele wątków pobocznych. Są tam również napływające anonimy, najczęściej od osób pozbawionych wolności informacje kto kiedy i gdzie miał dokonać zabójstwa czy porwania. Każda z tych wersji była weryfikowana, co powodowało ogromne koszty, a nigdzie nie znaleziono ciała czy choćby jego fragmentów.

Na wyrok uniewinniający wpłynęła ocena jedynych trzech dowodów, które w ocenie prokuratury stanowiły podstawę do przyjęcia, że oskarżeni dokonali zarzucanych im czynów. Chodzi o zeznania Jerzego U., Macieja B. i Marka Z. Sędzia wskazał, że wymienieni mężczyźni mieli problemy prawne. Na B. ciąży wyrok dożywotniego więzienia, U. był karany i ubiegał się w tym sądzie o ułaskawienie, a Z. gdy zaczynał zeznawać również odbywał karę pozbawienia wolności. Wreszcie wszyscy oni otrzymali od prokuratury propozycję, na różnym etapie zeznań, wsparcia w polepszeniu ich sytuacji prawnej. B. i U. liczyli na akt łaski, a Z. że szybciej opuści zakład karny.

– System prawny nie dyskwalifikuje wiarygodności takich zeznań. Istnieją w prawie polskim takie instytucje jak świadek koronny, mały świadek koronny, które mają torpedować solidarność przestępczą. Jednak takie relacje muszą być spójne i niesprzeczne z innymi uznanymi za wiarygodne. Tu taka sytuacja nie zachodzi.– mówił sędzia Sławomir Szymański

W dalszym ciągu uzasadnienia odniósł się też do badań wariograficznych, którym poddani byli różni świadkowie. Według biegłego każdy z zeznających miał „skrywaną wiedzę na temat porwania i zabójstwa Jarosława Ziętary”. Zwrócić należy uwagę, że takim badaniom mogą być poddawane osoby, u których ślad w ich pamięci nie został w żaden sposób odświeżony. Badania, które przeprowadzono odbyły się już po przesłuchaniach lub rozmowach z policjantami, a wpływ ma również to, że sprawa jest medialnie nagłośniona. W związku z tym należy uznać wszystkie te badania za pozbawione jakiegokolwiek znaczenia dla tego postępowania. W tym momencie sędzia przytoczył przykład Jerzego N., przełożonego Jarosława Ziętary, który również miał skrywaną wiedzę na temat sprawy i że rzekomo specjalnie nie wysłał po niego samochodu. – Jest to kompletnie nie logiczne, aby w porwanie Jarosława Ziętary miało być zaangażowane tak szerokie spektrum osób: z redakcji, bo nie przysłali samochodu, Jerzy U., który miał obserwować sam moment porwania. Jaki przestępca zdecydowałby się na zlecenie obserwacji osobie trzeciej momentu popełnienia przestępstwa.

Sąd uznał także za niewiarygodne: przeszukanie biurka dziennikarza przez przestępców, wejście Macieja B. do mieszkania Ziętary jeszcze przed porwaniem, znalezienie mikrofilmów, pobicie Ziętary, utratę przez niego aparatu fotograficznego

– Pamiętajmy o tym, że Jarosław Ziętara był osobą wcale niemajętną, nie był żadnym funkcjonariuszem jakiś tajnych służb, wtedy kiedy miało dojść do tego najścia jeszcze studiował, jeszcze nie obronił pracy magisterskiej (…) posiadanie przez taką osobę aparatu na mikrofilmy (…) jest po prostu niedorzeczne.

W dalszej części sędzia Szymański odniósł się do pracy dziennikarskiej Ziętary dotyczącej Elektromisu – Ja nie kwestionuję, że był dobrze zapowiadającym się dziennikarzem i to było jego powołanie. (…) Natomiast jego dorobek dziennikarski no siłą rzeczy, z uwagi na wiek był wręcz ubogi. Można pochwalić jeden słynny artykuł o bazie w Śremie. W pozostałym zakresie to były relacje z dużych spotkań, krótkie notki, był współautorem większych opracowań, ale nie był za nie odpowiedzialny. Zdarzyło mu się napisać artykuł we Wprost, który spowodował konieczność opublikowania sprostowania. (…)Nie jest prawdą, że brał udział w rozpracowaniu słynnej spółki Art-B, bo artykuł, który opublikował był wręcz pochwalny.

Następnie sędzia odniósł się do słów prokuratora, że dziennikarz jest niebezpieczny nie w związku z tym, jakie informacje już przekazał, ale jakie może dopiero przekazać. Sąd zgodził się z tą tezą. Jednocześni stwierdził, że nie ma żadnego punktu zaczepienia, aby stwierdzić, że Jarosław Ziętara takim materiałem dysponował. To, że pojawia się nazwa Elektromis czy nazwisko Mariusza Ś. w jego notatkach dla sądu to jest za mało, gdyż Ziętara interesował się z pewnością innymi dużymi podmiotami gospodarczymi. Wiadomo, że sympatyzował najpierw z Unią Demokratyczną potem KPN, przeprowadzał wywiady inne czynności dziennikarskie, a przecież nikt nie zarzuca, że motywem jego zniknięcia były motywy polityczne.

Na koniec sędzia przywołał zeznania Zdzisława K., tu warto przypomnieć, że świadek ten po 28 latach sam się zgłosił do sądu. Jednak wcześniej zgłosił się do redakcji Głosu Wielkopolskiego. Leczył się psychiatrycznie i jak sam twierdził te tak zwane „żółte papiery” załatwił sobie,  by uniknąć obowiązkowej służby wojskowej. Jak się okazało, pomogły mu również w latach 90. w związku ze sprawą działalności spółki Strefa Wolnocłowa, którą nazywano w mediach „przekrętem na wariata”. Sędzia stwierdził, że jego zeznania są zupełnie sprzeczne z materiałem dowodowym, podobnie jak innego świadka Janiny S. I tu również warto przypomnieć, że Janina S. to blisko 90 letnia wdowa po dziennikarzu Ekspresu Poznańskiego i Gazety Poznańskiej o pseudonimie Zbigniew Żuk. 88 letnia kobieta stwierdziła, że nie pamięta szczegółów sprawy zniknięcia Jarosława Ziętary, wcześniejsze zdarzenia też już zatarł czas, a wszystkie dokumenty, które zostały po zmarłym mężu spaliła i nie ma już do czego sięgnąć. W swych zeznania stwierdziła jednak, że mąż miał spotkać i rozmawiać z Ziętarą w redakcji 1 września 1992 roku. Sąd uznał za wiarygodne zeznania Iwony M., która potwierdziła alibi uniewinnionego Mirosława R.

Proces „ochroniarzy” toczył się od stycznia 2019 roku przed Sądem  Okręgowym w Poznaniu w sprawie uprowadzenia i pomocnictwa w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary w 1992 r. Oskarżeni to byli ochroniarze w firmie Elektromis, Mirosław R., ps. Ryba, i Dariusz L., ps. Lala.  19 października b.r. Sąd uznał, że zarówno Mirosław R., jak i Dariusz L. są niewinni. Proces „ochroniarzy” objęty był monitoringiem CMWP SDP. Jego obserwatorem była Aleksandra Tabaczyńska. Wyrok nie jest prawomocny. Prokuratura już zapowiedziała apelację od wyroku.

Pierwsza europejska konferencja anty- SLAPP. Relacja CMWP SDP

W czwartek, 20 października 2022 r. w siedzibie Rady Europy w Strasburgu odbyła się pierwsza w historii Europejska Konferencja Anty-SLAPP. Jej organizatorami były  European Centre for Press and Media Freedom (ECPMF) oraz  Coalition Against SLAPPs in Europe (CASE). Zdalnie w konferencji uczestniczyła dyrektor CMWP SDP. Z Polski do wygłoszenia prelekcji organizatorzy zaprosili jedynie red. Piotra Stasińskiego z Gazety Wyborczej.

SLAPP to skrót od angielskich słów „strategic lawsuit against participation”  oznaczający  działanie prawne mające na celu zastraszenie i uciszenie krytyków, np. dziennikarzy przez zaangażowanie ich w uciążliwy i najczęściej kosztowny  proces sądowy. Liczba spraw  kwalifikowanych jako SLAPP  w Europie rośnie  regularnie z roku na rok, przy czym wg informacji organizatorów sprawy SLAPP występują zarówno w krajach o silnych demokracjach, a także tych, w których występują obawy dotyczące praworządności. Celem konferencji było przedstawienie  europejskich  inicjatyw anty-SLAPP -owych, oraz omówienie dostępnego wsparcia finansowego i prawnego dla dziennikarzy, którzy padają ofiarą tego typu pozwów. Konferencja odbyła się pod patronatem Parlamentu Europejskiego i przy wsparciu Rady Europy.

Konferencję otworzyła Roberta Metsola, pochodząca z Malty przewodnicząca Parlamentu Europejskiego.  po niej głos zabrała Vera Jourova, wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej, Marija Pejcinovic Burić, sekretarz generalny Rady Europy oraz  Dunja Mijatović, komisarz Praw Człowieka Rady Europy. W ich ocenie SLAPP jest drugim po przemocy fizycznej największym zagrożeniem dla wolności słowa. W USA i w Kanadzie  zaczęto mówić o tym problemie już w latach 80-tych ub. wieku, a dziś obowiązują tam przepisy przeciwdziałające tej praktyce. Europa reaguje na ten problem  powoli – stwierdziła w swoim wystąpieniu Dunja Mijatović. Po zamordowaniu Daphne Caruany Galizia, dziennikarki śledczej z Malty  w 2017 r. nie dało się już ignorować tego problemu, bo szereg pozwów kierowanych przeciwko niej „odziedziczyła” jej  rodzina. Konieczne jest więc przygotowanie  europejskich i krajowych inicjatyw politycznych, społecznych i prawnych skierowanych przeciwko takim pozwom oraz wpływowi jakie SLAPP ma na dziennikarstwo – przekonywała Dunja Mijatović, komisarz Praw Człowieka Rady Europy.

Sytuację w Polsce przedstawił Piotr Stasiński z Gazety Wyborczej.  Wystąpił on w panelu dyskusyjnym,  w którym omawiano konkretne przypadki  typu SLAPP z ostatnich miesięcy (lat) oraz to, jak media radzą sobie z tymi sprawami. Dyskusję prowadził Matthew Caruana Galizia, syn zamordowanej dziennikarki z Malty, prezes Fundacji jej imienia.  Malta jest tym krajem, w którym statystycznie jest najwięcej spraw typu SLAPP przypadających na jednego mieszkańca, a zamordowana Daphne caruana Galizia był najczęściej atakowaną w ten sposób dziennikarką , przeciwko niej kierowano  najwięcej pozwów. Piotr Stasiński wyjątkowo krytycznie przedstawił sytuację w Polsce, omówił  w swoim wystąpieniu jedynie sprawy dotyczące Gazety Wyborczej, ale wg niego  nie mają one żadnego uzasadnienia , są tylko przejawem walki , jaka prowadzi Prawo i Sprawiedliwość z jego macierzystą gazetą.  W jego zdecydowana większość z pozwów  dotyczy jedynie Gazety , którą reprezentuje, a procesy te ujawniły się po 2015 r. Przez to, że wg niego sądy niższej instancji są nadal niezależne od rządzącej partii politycznej, te pozwy są zwykle oddalane, ale dla niego jest to  jednak „efekt mrożący” .

Osoby uczestniczące w konferencji zdalnie nie miały możliwości zabrania głosu w dyskusji, ani zadawania pytań prelegentom,

Streaming z konferencji jest TUTAJ.

 

Terminy wyroków ws. zabójstwa Ziętary to skandal – pisze HUBERT BEKRYCHT: Sąd kalendarzowy

Nie zamierzam podporządkować się tzw. zasadzie, że nie komentuje się wyroków sądów. Nie zgadzam się z tym. Nadto uważam, że ważne są terminy publikacji wyroków. Skandaliczne są daty ogłaszania rozstrzygnięć w niewyjaśnionej od 30 lat sprawie zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary.

Poprzedni wyrok w procesach dotyczących śmierci poznańskiego dziennikarza ogłoszono 24 lutego 2022 roku w dniu napaści Rosji na Ukrainę. Wtedy uniewinniono byłego senatora Aleksandra Gawronika. Teraz 19 października uniewinnia się ochroniarzy Elektromisu ws. uprowadzenia i pomocnictwa w zabójstwie Jarosława Ziętary, akurat w rocznicę zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki i zabójstwa Marka Rosiaka w łódzkim biurze PiS.

Co taki sędzia sobie myśli, że ludzie nie skojarzą, iż daty ogłoszenia wyroku ws. Ziętary z dniem obchodów ważnych rocznic śmierci: kapłana Solidarności zabitego przez funkcjonariuszy komunistycznej bezpieki i mordu politycznego popełnionego na pracowniku biura PiS przez byłego aktywistę PO? Polacy nie są głupi. Wydający wyrok też nie są głupi, wiedzą, że nie ukryją, nie wyciszą środowego wyroku uniewinniającego na ochroniarzy w sprawie Ziętary. Po co zatem to robią?

Czy nie w tym samym celu, co „nieznani sprawcy”, którzy zabili 22 lipca 1989 roku Anielę Piesiewicz matkę mecenasa Krzysztofa Piesiewicza, oskarżyciela posiłkowego w procesie zabójców księdza Jerzego Popiełuszko? Anielę Piesiewicz związano tak samo, jak przed śmiercią funkcjonariusze SB skrępowali duszpasterza Solidarności…

Sprawy dziennikarza z Poznania nie zakończy środowy werdykt sądu. Nikogo już nie przestraszą daty, w których są publikowane wyroki w sprawie Ziętary. Nawet jeżeli następne będą wydawane 23 sierpnia czy 17 września.

O wyroku z 19 października 2022 roku czytaj też:

https://sdp.pl/ochroniarze-z-elektromisu-zostali-uniewinnieni-ws-uprowadzenia-i-pomocnictwa-w-zabojstwie-dziennikarza-jaroslawa-zietary/

 

Duchy Mostu Krymskiego – WOŁODYMYR SYDORENKO o nasilonym działaniu rosyjskiej propagandy

Z chwilą uszkodzenia Mostu Krymskiego na okupowanym przez Rosję półwyspie wzmogło się działanie kremlowskiej propagandy, której celem jest odwrócenie uwagi od strat spowodowanych tym wydarzeniem.

W dniu wysadzenia Mostu Krymskiego władze rosyjskie chwaliły się, że zostanie on naprawiony za dwa dni, ale minęło pół miesiąca, a most nadal jest uszkodzony. Jak donosi brytyjski wywiad, w związku ze zniszczeniem Mostu Krymskiego, Rosji coraz trudniej jest zapewnić zaopatrzenie dla swojej grupy wojsk na południu Ukrainy. Przeprawa działa tylko w trybie awaryjnym, setki ciężarówek czekają w kolejce po obu stronach cieśniny.

Aby odwrócić uwagę od zniszczonego mostu, rosyjska propaganda wymyśla coraz to nowe sztuczki, aby wpłynąć na mieszkańców Krymu. Na przykład, pewnego dnia woźna pracująca na jednej z ulic Kerczu, oparta o miotłę, żałosnym głosem, krzyczała na wszystkich mężczyzn: „Dlaczego nie jesteście na froncie? Dlaczego nie uratujecie ojczyzny?” Mieszkańcy uspokajali ją zapewnieniami, że nikt nie zaatakował Rosji. Jak się później okazało, woźna wykonywała zadania zlecone jej przez rosyjskie służby specjalne.

Jeden z blogerów z Kerczu, napisał, że takie ideologiczne operacje specjalne często zdarzają się w tym mieście. Na przykład po bombardowaniu Kijowa i innych regionów Ukrainy jedna z mieszkanek mówiła, że „trzeba dalej bić, aby Zachód poczuł naszą siłę. To oni namawiali Ukrainę do bombardowania Donbasu przez osiem lat, a teraz namawiają ją do zabicia własnej ludności cywilnej. Nienawidzę Zachodu!” I można by się tylko dziwić ignorancji tej kobiety, gdyby nie jeden szczegół. Opowiadając swoje co chwilę podchodziła do nowej grupy ludzi, jak zawodowa propagandystka.

Mieszkańcy miasta byli też bardzo zaskoczeni rozumowaniem innej kobiety, która twierdziła, że most próbowały zniszczyć Stany Zjednoczone. „Potrzebują terytoriów, dlatego podbijają Ukrainę, dają jej broń, pozwalają zabijać własnych ludzi. Wiadomo przecież, że Ameryka stoi na wulkanie, dokładna data jego erupcji została już podana i musi wyprowadzić swoich ludzi ze strefy zagrożenia. Dlatego wybrali Ukrainę” – mówiła.

Ta sama kobieta nazwała zniszczenie mostu terroryzmem, ale nie chciała przyjąć argumentów innego mieszkańca, który mówiła do niej: „Cieszysz się, że Mariupol został starty z powierzchni ziemi, Charków zniszczony, dzieci zabite, dziewczyny gwałcone, że strzelano do kobiet i starców? Czy to nie terroryzm? Czy myślisz, że Ukraina i Ukraińcy po cichu zniosą rosyjskie zbrodnie, zapomną o swoich zamordowanych krewnych, porwanych do Rosji dzieciach, zniszczonych miastach, przedsiębiorstwach i zaakceptują życie, które zaaranżował im >wielki brat<?!”

Inną metodą propagandy jest organizowanie tzw. „ciotek Putina”, grup kobiet, które gromadzą się rzekomo, by robić na drutach skarpetki i rękawiczki dla żołnierzy rosyjskich „na froncie”, jak w czasie II wojny światowej, a de facto podczas takiego spotkania szerzą kłamstwa o Ukrainie i chwalą Putina.

Wśród takich propagandowych „wykładów” agentów Kremla jedno z eksponowanych miejsc zajmuje „temat polski”. Według jednego ze świadków, podczas spotkania w Kerczu „wykładowca” rzucił kłamstwo, że „polski biznes kupuje teraz na Ukrainie absolutnie wszystko – ziemię, fabryki, zboże”. Polacy rzekomo kupują produkty rolne z 50-procentową zniżką, po czym są one eksportowane do Europy i sprzedawane  po znacznie wyższych cenach. Propagandysta twierdził, że „Warszawa robi to, aby całkowicie wziąć Ukrainę w swoje ręce”. Dodał, że „władze Ukrainy specjalnie sprowokowały Rosję i zaangażowały się w konflikt zbrojny w celu uratowania „pustego skarbca”. Teraz Kijów prosi Zachód co miesiąc o 7 miliardów dolarów, zapewniając, że pomoże to krajowi przetrwać. Inni „wykładowcy” rozpowszechniali sfałszowane słowa premiera Mateusza Morawieckiego, który rzekomo miał powiedzieć, że „Unia Europejska może >eksplodować’ przez Ukrainę<”. Ten „wykładowca” mówił o jakichś niemożliwych do pogodzenia „sprzecznościach” między członkami Unii Europejskiej i domagał się, aby „Rosja i Ukraina zawarły porozumienie pokojowe teraz i na dowolnych warunkach”. Zrozumiałe jest, że Rosja zdała sobie sprawę, że przegrywa wojnę i dlatego potrzebuje „pokojowego wytchnienia”, aby zgromadzić siły i zasoby do ponownej walki.

Wszystko to są „duchy Mostu Krymskiego”, czyli operacje  rosyjskich służb specjalnych, które starają się ukryć straty spowodowane detonacją obiektu nazywanego dumą Putina. Widać, że cios w dumę dyktatora okazał się dość bolesny…

 

HUBERT BEKRYCHT: Sojowy schabowy, czyli dziennikarstwo w sieci. Manipulacji i kłamstw

Od lat czytam dzieła Koleżanek i Kolegów, na co dzień dziennikarzy tzw. szanowanych redakcji, którzy popisują się w sieci, szczególnie w portalach społecznościowych. Popisują się swoją „odwagą”, „niezależnością”, „bezkompromisowością”. Zwykle jest to pean wychwalający zjawiska związane z tzw. poprawnością polityczną i krytykujący „patopatriotyzm” oraz wyimaginowane pojęcia, takie jak „nacjonalizm” i „faszyzm”.

Z reguły to, że żurnaliści owi piszą w „społecznościach” jest na rękę niektórym redakcjom, chociaż wielu szefów dziennikarskiego przepada za tym internetowym schabowym z soi i nawet nie ukrywa, że popiera „niezależność” swojego pracownika poza redakcją. Pod warunkiem, że tak samo uważa mityczna redakcja, w rzeczywistości właściciele i sponsorzy.

Zwykle dziennikarz na Twitterze, Facebooku, Instagramie lub innym Tik Toku pisze niezbyt wiele artykułów w tygodniu a nawet w miesiącu, może jeszcze nagrywa kilka amatorskich filmików zwanych blogami wideo albo felietonami. Reszta to ich kompilacje w sieci i odpowiedzi na komentarze. Zwykle odpowiedzi znamionujące „wybitną wiedzę” i nie znoszące sprzeciwu, czyli krytyki. To nawet tysiące wpisów. Pewne i pewni siebie nowi medialni manipulatorzy sycą się swą pozycją w Internecie. Zwykle innej nie mają. Zanim za kilka lat napiszą książkę na przykład pod tytułem: „Wywiad rzeka z księdzem, który porzucił stan kapłański zanim stał się duchownym, bo uznał, że kler to zło” muszą troszkę popracować przy pisaniu swojego własnego życiorysu wybitnego dziennikarza. Pojawia się zatem pytanie, czy praca w mediach usprawiedliwia bycie bucem? Wiele osób tak uważa.

Powszechne są przypadki kierowników jeziora (przydomek nadany kiedyś nawet zdolnemu kiedyś publicyście nazywającemu siebie uparcie „prawicowym” lub „konserwatywnym”), dziennikarek wytatuowanych jak modelka prezentująca flamastry albo ludzi szerzej nie znanych a piszących tylko pochwały opozycji. No cóż, to nie grzech. Każdy tak może, jest demokracja.

Co jednak, jeśli tacy „dziennikarze” wzmacniając przekaz na przykład negatywną narrację wymierzoną w rząd piszą po prostu pierdoły? To też jeszcze nie grzech. Problem zaczyna się, kiedy – a to niestety coraz częstsze – tacy medialni celebryci manipulują lub nawet otwarcie kłamią Co wtedy? No właśnie, nic…

Tak jest niestety wszędzie na świecie, nie tylko u nas. Pandemia stała się poniekąd matką dziennikarskiego samogwałtu. Chodzi o fakty, które tylko dla podającego je medium mają wartość i ukryty przekaz, prawie zawsze negatywny dla krytykowanego zjawiska społeczno-politycznego oraz kojarzonych z nim ludzi. Potem dla takiej fabryki dezinformacji sprawa jest prosta, potrzebne są tylko jeszcze cytaty w podobnych mediach i wówczas wiadomość z sieci przedostaje się do poważnych ogólnokrajowych mediów. To znaczy nie wiadomość a fake news, czyli bzdura, fałsz, manipulacja, świństwo.

Czyli, jest „news”, jest dobrze. Kasa się zgadza, ale to nie dziennikarstwo tylko histeryczne ujadanie hien (wybaczcie kochani przedstawiciele tego gatunku). To nie żadna informacja, a pulpa dziennikarska, tytułowy medialny sojowy schabowy.  A przecież, nawet wegetarianie i weganie nie publikują na swoich portalach przepisów na potrawy z mięsa.

 

Październikowe spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP o Józefie Wybickim

Drugie po wakacjach spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP odbędzie się w środę, 5 października 2022 r., o godz. 17.00  – jak zwykle w Domu Dziennikarza, przy ulicy Foksal 3/5 w Warszawie. Gościem będzie Przemysław Rey, kurator Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie (Oddział Muzeum Narodowego w Gdańsku), który przybliży postać Józefa Wybickiego (Sejm ustanowił go patronem roku 2022) – nie tylko jako poetę i autora Mazurka Dąbrowskiego, ale też jako polityka, prawnika, generała i gorącego patriotę. Za pomocą prezentacji multimedialnej Przemysław Rey zabierze nas do Dworku Wybickiego w Będominie, w którym w roku 1747 na świat przyszedł autor hymnu, a dziś mieści się Muzeum Hymnu Narodowego.

Serdecznie zapraszam!

Teresa Kaczorowska

przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP


Przemysław Rey – absolwent Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, miłośnik historii, działa w kilku grupach rekonstrukcji historycznych, m.in. od 26 lat walczy w bitwie pod Grunwaldem. Od 2014 r. kurator Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie (Oddział Muzeum Narodowego w Gdańsku).

Apel CMWP SDP o uniewinnienie Lidii Kochanowicz-Mańk z Fundacji Lux Veritatis, nadawcy TV Trwam

W związku z wyrokiem Sądu Rejonowego Warszawa Wola  z dnia 24 marca 2022  r.  skazującym Lidię Kochanowicz-Mańk, dyrektor finansową Fundacji Lux Veritatis w procesie karnym za rzekome nieujawnienie informacji publicznej stowarzyszeniu Sieć Obywatelska Watchdog Polska oraz postępowaniem toczącym się wskutek wniesienia apelacji przez pełnomocnika pozwanej, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP informuje, że objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, w szczególności w zakresie wolności słowa. Ze względu na to, iż proces dotyczy mediów, CMWP przesłało do Sądu  opinię działając w charakterze amicus curiae.  Rozprawa apelacyjna ma się odbyć w poniedziałek 26 września b.r. w Sądzie Okręgowym w Warszawie, Wydział IX Karny Odwoławczy. 

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko skazaniu pani Lidii Kochanowicz-Mańk, dyrektor finansowej Fundacji Lux Veritatis w procesie karnym za rzekome nieujawnienie informacji publicznej stowarzyszeniu Sieć Obywatelska Watchdog Polska i apeluje o jego uchylenie.

Sąd Rejonowy Warszawa Wola skazał dyrektor finansową Fundacji Lux Veritatis , nadawcy TV Trwam  na trzy miesiące pozbawienia wolności w zawieszeniu na rok, 3 tys. zł grzywny oraz zobowiązał ją do udostępnienia informacji publicznej, o którą wnioskowało w/w stowarzyszenie. W 2016 roku skierowało ono subsydiarny akt oskarżenia przeciwko Ojcu dr. Tadeuszowi Rydzykowi CSsR, Ojcu Janowi Królowi CSsR oraz  Lidii Kochanowicz-Mańk, jako członkom zarządu Fundacji Lux Veritatis. 24 marca 2022 r. sąd uniewinnił o. Tadeusza Rydzyka i o. Jana Króla, za winną uznał jedynie p. Lidię Kochanowicz-Mańk. W ocenie CMWP SDP kara ta jest nieuzasadniona w stosunku do rzekomego przewinienia. Postępowanie karne w tej sprawie było pozbawione podstaw formalnych i merytorycznych, a wszystkie oskarżone osoby nie popełniły zarzucanego im czynu. W zakresie wymaganym prawem została udzielona odpowiedź stowarzyszeniu Watchdog, co potwierdziły wcześniejsze decyzje organów wymiaru sprawiedliwości  (prokuratury), które odmówiły wszczęcia postępowania w tej sprawie oraz umorzyły postępowanie. W tej sprawie w pierwszej i drugiej instancji wypowiedział się wcześniej także sąd administracyjny, który uznał odpowiedź udzieloną przez Fundację Lux Veritatis za prawidłową.

CMWP SDP podkreśla także, iż przyjęta przez Sieć Obywatelską Watchdog Polska główna podstawa prawna oskarżenia, tj. art. 23 Ustawy o dostępie do informacji publicznej, jest obecnie na wniosek Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego przedmiotem kontroli jej zgodności z Konstytucją RP przez Trybunał Konstytucyjny. Obecnie ustawa nie określa precyzyjnie, co jest informacją publiczną i w jakim zakresie ma ona być udzielana. Postępowanie karne, jakim poddano założycieli Fundacji Lux Veritatis, pokazuje więc jednoznacznie, iż obecne przepisy łatwo mogą być wykorzystane przeciwko konstytucyjnym prawom i wolności człowieka. Wyrok budzi zdziwienie, tym bardziej że Sieć Obywatelska Watchdog Polska nie posiada statusu podmiotu pokrzywdzonego w tej sprawie, w związku z czym złożony przez nią subsydiarny akt oskarżenia w ocenie wielu prawników w ogóle nie powinien podlegać rozpoznaniu z uwagi na brak legitymacji do jego złożenia.

CMWP SDP zwraca tym uwagę na fakt, że nie powinno dokonywać się oceny prawnokarnej działalności p. Lidii Kochanowicz-Mańk wyłącznie z punktu widzenia wersji przedstawionej przez oskarżenie, równocześnie abstrahując od realnej oceny działań oskarżyciela – stowarzyszenia Sieć Obywatelska Watchdog Polska, a także od szerszego kontekstu społecznego sprawy. Fundacja Lux Veritatis jest m.in. nadawcą TV Trwam, jedynej w Polsce katolickiej telewizji nadającej program w sposób naziemny. W ocenie CMWP atak medialny na kierownictwo fundacji – na Ojca dr. Tadeusza Rydzyka CSsR, Ojca Jana Króla CSsR i Panią Lidię Kochanowicz-Mańk oraz wytoczony im proces miał podważyć zaufanie opinii publicznej do nich i do prowadzonych przez nich medialnych przedsięwzięć. Warto dostrzec, iż stowarzyszenie, które w tak kontrowersyjny sposób zaatakowało katolickiego nadawcę, poprzez procedowanie tej sprawy uzyskało nieograniczony dostęp do przekazów w mediach z oczywistych powodów zainteresowanych opiniotwórczym medium, jakim jest TV Trwam i związane z nim równie znaczącego na polskim rynku medialnym Radia Maryja. Nie bez znaczenia jest przy tym także charyzma i popularność oskarżonych osób, znanych powszechnie w Polsce w stopniu o wiele większym niż organizacja, która ich oskarżyła o rzekome nieudzielenie informacji publicznej. Proces i wyrok w tej sprawie zapewnił organizacji Watchdog Polska nieodpłatną kampanię reklamową i promocyjną, co przekłada się na popularność chociażby w czasie zabiegania o pieniądze podatników z tzw. 1 procenta, bo stowarzyszenie Watchdog jest organizacją pożytku publicznego. Miało więc ono w prowadzeniu tego procesu także swój konkretny wymierny finansowo interes. Nie bez znaczenia dla tej sprawy jest także sposób, w jakich stowarzyszenie informuje opinię publiczną o swoich finansach przekazując wyjątkowo szczątkowo informacje o znaczących sumach uzyskiwanych przez nie od podmiotów zagranicznych. Niektóre z nich działają na arenie międzynarodowej w kontrowersyjny sposób, usiłując wpływać na bieg spraw politycznych i gospodarczych w danym kraju, trudno więc w tej sprawie nie dostrzegać i tej zadziwiającej koincydencji – Watchdog Polska wymaga od innej organizacji drobiazgowej informacji finansowej, podczas gdy swoje finanse ujawnia opinii publicznej w wyjątkowo ogólnikowy sposób.

Ze względu na udział w tej sprawie podmiotu medialnego CMWP SDP objęło tę sprawę monitoringiem i stoi na stanowisku, że wyrok ten narusza także międzynarodowe standardy wolności słowa, dlatego powinien zostać uchylony. CMWP SDP apeluje o uniewinnienie Lidii Kochanowicz-Mańk, dyrektor finansowej Fundacji Lux Veritatis, nadawcy TV Trwam.

dr Jolanta Hajdasz