Jacek Kurski nie jest już prezesem Telewizji Polskiej

Rada Mediów Narodowych odwołała Jacka Kurskiego z funkcji prezesa Telewizji Polskiej. Na jego miejsce powołano Mateusza Matyszkowicza, dotychczasowego członka zarządu TVP.

O odwołaniu Jacka Kurskiego poinformował w poniedziałek na Twitterze członek Rady Mediów Narodowych Robert Kwiatkowski.

„RMN właśnie odwołała Jacka Kurskiego z funkcji prezesa TVP i powołała M Matyszkowicza. Niestety bez szansy na konkurs” – napisał.

Nie wiadomo co było przyczyną tej decyzji. Odwołanie Kurskiego skomentował na Twitterze rzecznik PiS Radosław Fogiel.

„Zmiana na stanowisku prezesa TVP nie oznacza oczywiście negatywnej oceny dotychczasowej pracy. Już niedługo przed Jackiem Kurskim nowe zadania” – stwierdził.

Po południu głos zabrał były prezes TVP.

„Potwierdzam, że w wyniku decyzji mojego środowiska politycznego, w porozumieniu ze mną przestałem być Prezesem TVP. Wiem, że przede mną kolejne wyzwania. Telewizja, kt. oddałem 7 ostatnich lat jest dziś u szczytu potęgi, wspaniała jak nigdy. Z serca dziękuję Widzom i ludziom TVP” – napisał na Twitterze Jacek Kurski.

opr. jka, źródło: Twitter

 

Nie pokazujcie tego dzieciom, bo SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI pisze, że: Lesbijki stają się passé

Międzynarodowa chryja w rodzinie LGBTQitd. Ale jaka! Kłócą się między sobą. Ale jak! O sprawie poinformowała BBC na swojej stronie internetowej w artykule pod tytułem „No place for hate”, „Nie ma miejsca na nienawiść”.

Z grubsza: W Cardiff, Walia, był marsz społeczności LGBTQitd podczas, którego miał miejsce brzemienny incydent. Grupa lesbijek „Get The L Out” zaprotestowała przeciwko temu marszowi. No luuudzie. Gdzie był rząd? Kto do tego dopuścił? Jak można? Protestować przeciw LGBTQitd?

Co z tego, że lesbijki. Jak można? One, te lesbijki miały transparenty i wykrzykliwe gardła. Niosły napisy „Transaktywizm wymazuje lesbijki”, co wymaga objaśnienia, ale o tym za chwilę. Angela Wild z tej grupy lesbijek powiedziała BBC: „Wygląda na to, że pociąg do osób tej samej płci staje się teraz przestępstwem z nienawiści”. No bo tych lesbijek nie wpuszczono na ten marsz LGBTQitd. Policja ich nie wpuściła, bo się bała, że będzie dym. Czy Państwo to w ogóle rozumieją?

Bo tu się można pogubić. Jeszcze raz. Jest marsz LGBTQitd, w którym to skrócie „L” oznacza lesbijki i lesbijki protestują przeciwko temu marszowi i one nie mogą w nim wziąć udziału. Dziwne. Czemu one protestują? No właśnie, to wymaga objaśnień. Otóż według lesbijek rewolucja poszła w złym kierunku. Otóż są podobno na świecie nierzadko, podobno transeksualni mężczyźni, fizycznie wyposażeni jak mężczyźni (tu nie będę doszczegóławiał), ale rzeczy wcale nie są takie, jakie się wydają. I chociaż ci transmężczyźni mają… to nie należy z tego wyciągać bynajmniej wniosków, że to mężczyźni, bo oni sami mówią, że są kobietami i trzeba ich traktować jako kobiety, które mają pociąg do kobiet, więc są kobietami lesbijkami, chociaż są mężczyznami, ale trans, co według nich wszystko zmienia, a według nietolerancyjnych lesbijek nic.

Te nowe jakby męskie lesbijki domagają się od lesbijek tradycyjnych i konserwatywnych dopuszczenia ich do lesbijek. To znaczyłoby między innymi, że te stare lesbijki powinny odczuwać pociąg do tych wyglądających na facetów trans. A lesbijki uparte jakieś nie chcą do nich odczuwać tego pociągu. One chcą odczuwać pociąg do kobiet i chyba uważają tych trans za może jakiś oszukańców, może jakichś przebierańców, w każdym razie nie chcą się do nich pociągać. Z tego powodu nasze stare dobre lesbijki zostały nazwane „nietolerancyjnymi”.

No proszę Państwa, gorzej być nie może. „Nietolerancyjnymi”? To środowisko nie zna gorszej obelgi. Lesbijki oczywiście twierdzą, że one chcą po prostu utrzymać swoją tożsamość lesbijską, ale transmężczyźni, którzy uważają się za lesbijki uważają, że to okrutne tak ich traktować jak nielesbijki i prawdopodobnie płaczą. W tej sytuacji nie wiadomo, co to będzie, ale wygląda na to, że ruch LGBTQitd będzie musiał się pozbyć pierwszej literki „L”, bo lesbijki są nietolerancyjne. W każdym razie będę dla Państwa śledzić tę trudną dla postępu sytuację i relacjonować z całą starannością. Dziękuję za uwagę.

Fenomen w historii Polski, a jednak biała plama – relacja MARII GIEDZ z debaty w Radiu Gdańsk o Solidarności Walczącej  

„Dążenie do poznania prawdy” – takimi słowami zakończyła się debata na temat Solidarności Walczącej oddziału Trójmiasto prowadzona przez Andrzeja Urbańskiego w Radio Gdańsk, w której uczestniczyło trzech doktorów (Paweł Warot, dyr. Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku, Mateusz Smolana, dyr. Instytutu Dziedzictwa Solidarności i Adam Chmielecki, prezes Radia Gdańsk oraz członek SDP), niemal równolatków Solidarności Walczącej, osób patrzących na lata 80. XX w. z perspektywy historycznej, a nie osobistego uczestnictwa. „Dążenie do poznania prawdy” – czyżbyśmy o SW nie znali prawdy? Okazuje się, że o tej organizacji, i to często za sprawą mass mediów odpowiednio sterowanych, mamy wypaczone pojęcie.

O związku zawodowym „Solidarność” tyle się pisze, tyle się mówi, więc niemal wszyscy Polacy znają tę historię. Fakt, że ta „walcząca” nie kojarzy się najlepiej. Jej członków nazywa się „odszczepieńcami”, „utopistami” i prawie nikt się tym nie zajmuje. Do 1999 r., a więc do momentu powstania IPN-u była to przemilczana historia, luka historyczna. Dopiero od około 20 lat istnieje możliwość prowadzenia badań naukowych i ich publikowania. Składała się z niewielkiej grupy osób i działała w pełnej konspiracji, więc w porównaniu z dziesięciomilionowym, masowym Związkiem była organizacją marginalną. Mimo to jej „walka” ma kluczowe znaczenie w tworzeniu się współczesnej, po peerelowskiej Polski. Dlaczego?

Dr Adam Chmielecki, prezes Radia Gdańsk, fot. M. Giedz

Czterdzieści lat temu, a dokładnie w czerwcu 1982 r. powstała we Wrocławiu, z inicjatywy nieżyjącego już Kornela Morawieckiego, podziemna organizacja antykomunistyczna Solidarność Walcząca, działająca do 1992 r. Nie wiele o niej wiemy, a to co się o niej mówi jest w znacznym stopniu wypaczone. Radio Gdańsk, mające swoją siedzibę w miejscu kolebki „S” i gdzie „SW” posiadała bardzo silne struktury konspiracyjne, zdecydowało się, w ramach projektu edukacyjnego, kulturalnego i tożsamościowego, oddać prawdę historyczną, a przede wszystkim, w myśl jednej z podstawowej funkcji mediów, edukować młode pokolenie.

Niewinna manipulacja

– To, że o Solidarności Walczącej mówi się jako o ludziach niebezpiecznych jest sprawą propagandy służby bezpieczeństwa, milicji, resortów siłowych i aparatu prasowego, medialnego okresu komunizmu – wyjaśnia dr Mateusz Smolana. – Solą w oku była „Solidarność” jako taka, a zwłaszcza tak wyrazista Solidarność Walcząca, która postulowała drogę do niepodległości, do obalenia komunizmu. Kornel Morawiecki wielokrotnie mówił, żeby walczyć różnymi dostępnymi sposobami. Oczywiście nie miał na myśli aktów terroru. Tak na dobrą sprawę Solidarność i całe podziemie walczyli przede wszystkim słowem, poprzez druk, poprzez poligrafię, łamiąc monopol informacji. Tam ich poglądy, tępione przez komunistów, były prezentowane w sposób jednoznaczny.

Dr Mateusz Smolana, dyr. Instytutu Dziedzictwa Solidarności, fot. M. Giedz

Członkowie SW mieli poglądy radykalne, konserwatywne, co dla wielu kojarzy się z działaniem negatywnym, skrajnym, wiodącym wręcz do terroryzmu. Ale radykalizm to nie tylko terroryzm, to działanie konsekwentne, bez wchodzenia w układy. Członkowie SW byli radykalni w dobrej sprawie. Walczyli z komunistami jak z siłami ciemności. Ta organizacja nie godziła się na kompromis, chciała całkowitego odsunięcia od władzy PZPR (sprzeciwiała się rozmowom i ustaleniom przy „okrągłym stole”), chciała, aby Polska była demokracją parlamentarną na wzór państw Europy Zachodniej, ale o ustroju opartym na solidaryzmie (podstawową cechą społeczeństwa jest naturalna wspólnota interesów łącząca ludzi z wszystkich klas i warstw). Była więc negowana i ośmieszana. Niewiele o niej wiedziano, bo nie była organizacją masową, bo nie skupiała robotników, stoczniowców… Jej członkami byli ludzie techniki, inżynierowie, matematycy, fizycy, ekonomiści, ludzie z wyższym wykształceniem, członkowie Klubu Wysokogórskiego, czyli „szli do góry” z uporem, wbrew przeciwnościom, ale roztropnie bez niepotrzebnego narażania się. Ich elementem walki nie były demonstracje, a technologia. Wykorzystywali technikę.

Wspólne korzenie

– Jeśli patrzymy na historię Solidarności Walczącej, to można powiedzieć, że jest organizacją, która „wypączkowała” z „Solidarności”, z tego wielkiego masowego ruchu społecznego i Związku Zawodowego – stwierdza dr Adam Chmielecki. – Były to organizacje, które trochę się różniły. Nawet nie trochę: różniły się strukturą organizacyjną, a z tego wynikały też inne sposoby działania, inne stosowane narzędzia, ale tak naprawdę to były te same wartości: solidaryzm społeczny, solidaryzm narodowy, niezgoda na „komunę” rozumianą zarówno jako ideologia komunistyczna, jak i jako reżim, który rządził Polską i który tą ideologią i sowieckimi bagnetami się podpierał.

Czas, w którym powstała SW nie był łatwy. Związek „Solidarność” teoretycznie nie funkcjonował. Wielu jego członków przebywało w „internatach”, aresztach, więzieniach, niektórym udało się legalnie lub nielegalnie wyjechać za granicę, lub otrzymali, na skutek interwencji międzynarodowych organizacji, bilet w jedną stronę. I właśnie w takim okresie niepewnym, trudnym powstaje nowa organizacja skupiająca garstkę ludzi, szacowana na kilkaset, a może ok. 2 tys. członków.

Dr Paweł Warot, dyr. Oddziału IPN w Gdańsku, fot. M. Giedz

– Członkowie Solidarności Walczącej w połowie 1982 roku, widząc całą zgrozę stanu wojennego, to, w jaki sposób władza rozprawiła się ze Związkiem, doszli do wniosku, że trzeba zmienić metody walki – tłumaczy dr Paweł Warot. – Nie był to związek zawodowy tylko organizacja, która wybierała inne metody walki, inne metody dojścia do pełnej niepodległości. Widząc, w jaki sposób władze komunistyczne traktują robotników, Polaków, przywódcy Solidarności Walczącej uznali, że trzeba użyć bardziej ostrych metod, bo inaczej będziemy tracili kolejny cenny czas. W 1981 roku Polacy czuli, że coś się zmienia, że mają wpływ na własne państwo i nagle ten wpływ został utracony. Członkowie Solidarności Walczącej poczuli ten smak wolności, że ona może być blisko tylko wymaga pełnego zaangażowania, pełnego zdecydowania, walki.

Podobne a inne

– Kiedy mówimy o Solidarności Walczącej, odniesienia członków tej organizacji sięgały głębiej, w głąb historii Polski – podkreśla Chmielecki. – Sama nazwa Solidarność Walcząca czy graficzny symbol tej organizacji, słynna kotwica, to wprost odniesienia do Polski Walczącej, Polskiego Państwa Podziemnego w czasie II wojny światowej. To właśnie pokazuje ciągłość polskiej historii, w której uniwersalne wartości i walka o nie przewijają się cały czas.

Warto wspomnieć, że w SW podobnie jak w PW, wstępując do organizacji składało się przysięgę: „Wobec Boga i Ojczyzny przysięgam walczyć o wolną i niepodległą Rzeczpospolitą Solidarną. Poświęcać swe siły, czas, a jeśli zajdzie potrzeba swe życie dla zbudowania takiej Polski. Przysięgam walczyć o solidarność między ludźmi i narodami. Przysięgam rozwijać idee naszego ruchu, nie zdradzić go i sumiennie spełniać powierzone mi w nim zadania”

– Podobieństwa pomiędzy Solidarnością Walczącą a Polskim Państwem Podziemnym nasuwają się same – dodaje Warot. – Działalność w podziemiu, działalność skierowana na wydawanie pism podziemnych to jest ten element naszej historii, że mieliśmy do czego się odwoływać w roku 1982. To są te podobieństwa, ale nie możemy zapominać, że były to tak naprawdę dwa różne byty, dwie różne organizacje działające w różnym okresie i zrzeszające różną liczbę osób działających. Solidarność Walcząca to coś innego, coś co funkcjonowało w innym momencie historycznym, w innych warunkach. Ale też coś, co miało tę możliwość odwołania się do pięknego etosu Polskiego Państwa Podziemnego.

– Polskie Państwo Podziemne to fenomen w historii świata, a w przypadku Solidarności Walczącej odniesienia bardziej symboliczne, pokazanie pewnego kierunku, w którym zmierzamy, czyli wskazanie najważniejszego celu: niepodległości Polski – kontynuuje Chmielecki. – Organizacja Solidarności Walczącej była organizacją kadrową, konspiracyjną, nie była ruchem masowym, co stanowiło zarówno jej siłę, jak i słabość. Oczywiście były też związki z „Solidarnością”, bo ludzie Solidarności Walczącej byli też ludźmi „Solidarności”. Pierwszy pomorski przykład to Andrzej Kołodziej, dla mnie fenomen, postać ciągle nieodkryta w historii Polski. Najpierw bohater Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, później Sierpnia ‘80, lider strajków w Stoczni imienia Komuny Paryskiej, potem w MKS-ie w Stoczni Gdańskiej. A później bohater Solidarności Walczącej.

Przykładów osób oddanych idei SW jest znacznie więcej. Tylko z Trójmiasta pochodzi Ewa Kubasiewicz, która, za znalezioną przy niej ulotkę „S” w stanie wojennym (oczywiście nie chodziło tylko o tę ulotkę, ale innych dowodów nie było) otrzymała najwyższy wyrok w kraju – 10 lat więzienia i 5 lat pozbawienia praw publicznych. Marek Czachor i jego żona Magdalena Kowalska-Czachor, Karol Krementowski, Roman Zwiercan, to tylko niektórzy z „listy” członków Solidarności Walczącej przez lata podtrzymujących w polskim społeczeństwie nadzieję na odzyskanie niepodległości.

 

Protest CMWP SDP przeciwko skazaniu red. Tomasza Sakiewicza w procesie z aktywistą Bartoszem Kramkiem

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko decyzji Sądu Apelacyjnemu w Warszawie, zgodnie z którą redaktor naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz został prawomocnie ukarany w procesie o naruszenie dóbr osobistych wytoczonym mu przez aktywistę Bartosza Kramka. Dziennikarz musi zamieścić przeprosiny na drugiej stronie „Gazety Polskiej”, a także zapłacić łącznie 25 tys. zł zadośćuczynienia i ponad 3 tysiące złotych kosztów postępowania.  W ocenie CMWP SDP kara ta budzi poważne wątpliwości i nie koresponduje z powszechnie przyjętymi standardami w zakresie wolności słowa, wyrażonymi m. in. w Konstytucji i art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka oraz standardami wypracowanymi w krajowym i międzynarodowym orzecznictwie.

11 sierpnia Sąd Apelacyjny w Warszawie wydał wyrok w procesie o naruszenie dóbr osobistych, który toczył się pomiędzy aktywistą Bartoszem Kramkiem i red. Tomaszem Sakiewiczem wraz Niezależnym Wydawnictwem Polskim. Przedmiotem sporu była okładka „Gazety Polskiej” z 16 sierpnia 2017 r., na której zamieszczono fotomontaż przedstawiający żołnierzy Wehrmachtu niszczących szlaban graniczny i opatrzony tytułem „Nowa kampania wrześniowa. Znamy plany jesiennego puczu”. Jeden z niemieckich żołnierzy miał na niej twarz Bartosza Kramka – męża Ludmiły Kozłowskiej, szefowej Fundacji Otwarty Dialog, lewicowego aktywisty.

Wątpliwości CMWP budzą przede wszystkim decyzje sądów odnoszące się do kwestii dowodowych. Sąd I instancji oddalił bowiem szereg wniosków dowodowych pozwanych, w tym wnioski dotyczące przesłuchania świadków, a ponadto nie wyraził zgody na odroczenie rozprawy, zamykając ją na tym samym posiedzeniu i przesłuchując w charakterze strony wyłącznie powoda. Sąd II instancji swoją decyzją podtrzymał decyzje sądu I instancji, w efekcie czego pozwany dziennikarz miał ograniczone możliwości przedstawienia argumentów na swoją obronę, był za to przesłuchiwany przez osobę go pozywającą i jego adwokatów, a sam nie mógł nawet zadać mu żadnego pytania. Pełnomocnik pozwanych wskazał też na zastrzeżenia dotyczące bezstronności sędziego orzekającego w I instancji. W ocenie CMWP SDP ten wątek sprawy wymagał dogłębnego zbadania, czy pozwanych nie pozbawiono przez to prawa do sprawiedliwego rozpatrzenia sprawy przez niezależny, bezstronny i niezawisły sąd, co gwarantuje nam art. 45 ust. 1 Konstytucji RP, a ten aspekt sprawy został praktycznie zupełnie pominięty

Ukaranie red. Tomasza Sakiewicza oznacza, iż wymiar sprawiedliwości zignorował istotne aspekty sprawy mające wpływ na jej rozstrzygnięcie. Przede wszystkim Sąd Okręgowy i Sąd Apelacyjny nie wzięły pod uwagę charakteru kontrowersyjnej dla wielu, publicznej działalności społecznej i politycznej Bartosza Kramka. Naturalnie, ocena działań Bartosza Kramka nie należy do Sądów rozpatrujących tę sprawę, ale karanie dziennikarzy za krytykę prasową tejże działalności budzi zdumienie i w ocenie CMWP SDP narusza zasadę wolności słowa, fundamentalną dla demokratycznego państwa.  

Działalność społeczno – polityczna powoda jest powszechnie znana, a wiele jej aspektów stanowi przykład tzw. notoryjności powszechnej, co oznacza, iż są to okoliczności znane i nie wymagające dowodów. Nie ma bowiem problemu z ustaleniem np. tego, czy powód określał działania polskich służb broniących granicy państwa, jako „zbrodnicze”; czy wzywał do działań i protestów zagrażających porządkowi publicznemu w Polsce; czy wznosił hasła w stylu: „Niech państwo stanie: wyłączmy rząd!”; czy w okresie późniejszym dopuścił się niszczenia urządzeń granicznych na granicy z Białorusią itp. (pełnomocnik pozwanych wskazał, że powodowi zostały z tego powodu postawione zarzuty). Prowadzona przez pozwanych Redakcja oceniała różne działania powoda jako antypolskie i inspirowane z zewnątrz, a niezależnie od trafności takiej oceny, uzasadnia to surową krytykę wyrażoną przez nią w formie karykaturalnego fotomontażu na okładce tygodnika. Trudno bowiem zrozumieć, dlaczego – zarówno na gruncie szeroko ujmowanej judykatury, jak i w praktyce – powszechnie dopuszcza się operowanie w publicystyce i w działalności publicznej przesadą, groteską, prowokacją, często w drastycznych formach łamiących powszechnie przyjęte normy, a nie można dosadnie skrytykować osoby, która bezpośrednio lub medialnie atakuje państwo polskie. 

 Ponadto Bartosz Kramek swoimi działaniami niejednokrotnie wykraczał poza normy ogólnie przyjęte, nie unikał i nie unika kontrowersji, ale sam często prowadzi akcje epatujące przesadą czy groteską, mające prowokacyjny czy wręcz szokujący charakter. Oceny takich działań tych mogą być rozmaite, zależnie od poglądów społecznych czy politycznych, jednak wszystkie mogą być wyrażane  w przestrzeni publicznej, nawet jeśli są skrajne.  Mają do nich prawo szczególnie dziennikarze, którzy w państwach demokratycznych  są wyrazicielami opinii publicznej. Każdy, kto podejmuje radykalne działania i wypowiada radykalne poglądy, powinien liczyć się z krytyką społeczną, w tym także medialną. Powód przedstawiał obraz państwa polskiego (a także środowisk, które według niego należy zwalczać) w ostry, karykaturalny wręcz sposób. Bardzo mocno angażował się przy tym w sprawy światopoglądowe, a nawet religijne (np. rozwieszając plakaty z „tęczową Matką Boską”), stosując przy tym piętnujący i „bezalternatywny” styl wypowiedzi. Stosując takie metody powinien więc liczyć się z negatywnymi ocenami swojej działalności, w tym również z surową krytyką. Karykatura, jaką jest będąca przedmiotem sporu okładka „Gazety Polskiej”, jest formą wypowiedzi dziennikarskiej, której można przypisać co najwyżej charakter opinii, a wypowiedzi ocenne nie poddają się tożsamym rygorom weryfikacji, jak fakty.

Karanie dziennikarza za wyrażanie takiej krytycznej oceny budzi zdecydowany sprzeciw. CMWP SDP  stoi na stanowisku, iż orzeczona w tym wypadku kara dla red. Tomasza Sakiewicza stanowi tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie dziennikarzy do podejmowania istotnej oraz wywołującej społeczne emocje tematyki kontrowersyjnych organizacji pozarządowych o niejasnych źródłach finansowania. Orzeczona dla dziennikarza upokarzająca kara przepraszania kogoś za opublikowaną krytykę jego poglądów, z którymi się nie zgadza oraz w konsekwencji dotkliwa kara finansowa powoduje tzw. efekt mrożący (tzw. chilling effect), wielokrotnie opisywany na gruncie prawa polskiego, jak i międzynarodowego jako naruszający zasadę wolności słowa.  Jest to nie do pogodzenia z opartą na dążeniu do prawdy i prezentacji różnych punktów widzenia pracą dziennikarską, do której zobowiązani są wszyscy dziennikarze.  Należy przy tym podkreślić, iż w interesie społecznym mają oni prawo wyrażać publicznie swoje poglądy nawet w trudnych i kontrowersyjnych sprawach nawet w wywołujący społeczne emocje sposób, jakim może być reakcja na karykaturę .

dr Jolanta Hajdasz

dyrektor CMWP SDP

Warszawa, 18 sierpnia 2022 r.

Więziony na Białorusi dziennikarz Andrzej Poczobut ma nowe zarzuty

Przebywającemu od półtora roku w areszcie Andrzejowi Poczobutowi, dziennikarzowi i działaczowi Związku Polaków na Białorusi, postawiono nowe zarzuty –  poinformowało niezależne Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy.

„Oprócz wcześniejszego zarzutu >podżegania do wrogości< (art. 130 kodeksu karnego), Poczobut został również oskarżony o >wezwania do podjęcia środków ograniczających (sankcji) wymierzonych w bezpieczeństwo narodowe< (art. 361 kodeksu karnego)” – napisało na Telegramie Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy. Dodało, że wkrótce jego sprawa zostanie skierowana do sądu.

Andrzeja Poczobuta białoruski reżim aresztował w marcu 2021 r. Dziennikarz w ubiegłym roku został laureatem Głównej Nagrody Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, jego sylwetkę można przeczytać TUTAJ.

opr. jka, źródło: Telegram

 

 

O sprawach najważniejszych znowu pisze WALTER ALTERMAN: Czy istnieje powinność literatury?

Ojczyzna moja wolna, wolna…
Więc zrzucam z ramion płaszcz Konrada.
Ojczyzna w więzach już nie biada,
Dźwiga się, wznosi, wstaje wolna.

Na cóż mi zbędnych słów aparat,
Którymi szarpał rany twoje?!
By ciebie zbudzić, już nie stoję
Nad twoim trupem jako Marat.

Poezjo, tyżeś na kurhany
Kazała klękać, jątrząc ranę,
Wodząc przed oczy rozkochane
Delije, pasy i żupany.

I cóż mi zrobić teraz z mową,
Która, zbłąkana w tej manierze,
W pawęże bije i puklerze,
Ojczyznę wzywa: wstań na nowo!

Odrzucam oto płaszcz Konrada:
Niewola ludów nie roznieca
Płomienia zemsty! – Pusta heca!
Gdzie indziej żagiew moja pada!

Ten interesujący nas dzisiaj cytat pochodzi z wiersza „Czarna wiosna” Antoniego Słonimskiego. Wiersz powstał w roku 1919. Można powiedzieć, że tym utworem Słonimski, a także Julian Tuwim i Jan Lechoń – jako Skamandryci – witali niepodległość, żegnając jednocześnie 123 lata rozbiorowej niewoli. Skamandryci mocno weszli w polską literaturę, stali się objawieniem prawdziwej sztuki, u progu odzyskanej niepodległości.

Rozumiejąc obowiązki, jakie nieśli na barkach polscy pisarze w czasach rozbiorów, jednocześnie młodzi poeci w 1919 roku mówili: dosyć. Zapowiadali teraz literaturę o ludziach, o zwykłych człowiekowi, ale zawsze niezwykłych uczuciach, radościach, smutkach i cierpieniach. Tak rozumieli podstawową powinność literatury.

Polak – obywatel czy człowiek

O dziwo nie był to pierwszy bunt literatów wobec tzw. obowiązków obywatelskich. Przecież moderniści, twórcy Młodej Polski mieli niejako wypisane na sztandarach odejście od literatury społecznej, ich pierwszych interesował tylko człowiek. Ten człowiek był Polakiem, to oczywiste, ale przede wszystkim czującą, wrażliwą osobą ludzką.

O dziwo, można powiedzieć, że literaci Młodej Polski, a potem twórcy grupy Skamander nadali polskiej literaturze – od czasu rozbiorów – europejski charakter. Oni wprowadzili polską sztukę na powrót do Europy i świata.

Gwoli prawdy trzeba przypomnieć, że Lechoń, Tuwim i Słonimski wspaniale zdali egzamin z polskości w latach trzydziestych, po dojściu do władzy w Niemczech Hitlera, oraz w czasie wojny i okupacji. Zatem nie można powiedzieć, że ta wielka trójka polskiej międzywojennej poezji była wynarodowiona czy kosmopolityczna. Oni chcieli zagospodarować teren, sferę przynależną literaturze od zawsze. I świetnie to robili, tchnęli nowego ducha w polską poezję, dali jej nowy wymiar. Gdy jednak nad światem zawisły czarne chmury, ci sami poeci pisali wiersze, które mówiły o polskiej racji stanu.

Granice wolności literatury

Pytanie o granice „sztuki dla sztuki” zawsze było w Polsce żywe. Szczególnie wśród warstw rządzących. A ściślej biorąc wśród naszych polityków. Literatura przyciągała od zawsze i przyciąga teraz także, polityków, którzy chcieliby dla literatury programu minimum i maksimum.

Minimum polityczne dla sztuki, to żeby twórcy – głównie literaci, ale także ludzie filmu i teatru – w ogóle nie interesowali się bieżącą polityką, żeby pisali o kwiatach, motylkach, ptaszkach, o miłości – ale wyłącznie małżeńskiej. O dziwo tacy politycy oczekują realizacji programu grupy Skamander. Ale przecież skamandryci zabierali głos w sprawach społecznych, że wspomnę tylko wiersz „Do prostego człowieka” Juliana Tuwima. Z pojawieniem się internetu wielu polityków – różnej proweniencji – oczekiwałoby, że artyści nie będą się opowiadać politycznie. Ale tak dobrze nie ma. „Bujać to my, panowie szlachta…” – że zacytuję Tuwima.

Maksimum polityczne dla sztuki – jest cichym, ale namiętnym oczekiwaniem polityków, że twórcy poprą swą sztuką opcje partyjne. We współczesnych czasach, po roku 1990, takich prób artystycznej afirmacji partyjnych działań i programów było niewiele. A te które były zakończyły się kompletnym fiaskiem.

Nasza narodowa podejrzliwość

Tu trzeba wyjaśnić, że my Polacy jesteśmy narodem podejrzewającym, nieufnym i głęboko przekornym.

Ciekawą myśl w tej sprawie sformułował wybitny polski reżyser, Konrad Swinarski, który uważał się za ucznia Bertolta Brechta. I gdy jakiś dziennikarz stwierdził, że teatry Brechta i Swinarskiego są zupełnie do siebie niepodobne, Swinarski stwierdził: „Wie pan, bo Brecht tworzył dla Niemców, a ja dla Polaków. Niemcy są prości i trzeba im pewne myśli, sugestie wbijać łopatą do głowy, nam wystarczy sugestia”.

Przestrzegałbym władze, wszelkich parlamentarnych i pozaparlamentarnych partii, przed próbami – choćby próbami – ingerencji, pouczania, strofowania, wskazywania ludziom sztuki „kierunków” oraz oceny ich dzieł z punktu partyjnego widzenia. Oczywiście żaden polityk nie przyzna się do tego, że jego oceny i uwagi są partyjne. Każdy z nich będzie mówił o polskiej racji stanu, interesie narodowym, odwiecznych zasadach, itp.

Co polityka może zrobić z literatury

Poniżej przypominam wspaniały, co do formy, wiersz Gałczyńskiego. Mamy tu bowiem wyrazisty przykład na to, co dzieje się, gdy władza prosi wybitnego poetę o głos w sprawie społecznych powinności literatury. Autor się zgada – może nie mając wyjścia – i potulnie wylicza, czego to władza oczekuje od pisarzy. Wyszło tragikomicznie. Potem z wiersza powstała miła piosenka, ale nadal tchnąca groźbą, że inne książki – nie spełniające oczekiwań wymienionych w tekście Gałczyńskiego – nie są pożądane.

 

Konstanty Ildefons Gałczyński (1953)

PIOSENKA O KSIĄŻCE (Fragment)

Chcemy książki, co życiu pomaga,
bohaterów wesołych jak słońce,
takiej, żeby ją brać do plecaka
na wycieczkę nad morze szumiące.

Ćwiercią pióra się pisze na niby,
taka książka nam z serca ucieka,
niechaj pisze ją człowiek prawdziwy,
wierny brat prawdziwego człowieka –

Z książki płynie odwaga,
książka życiu pomaga,
chcemy książek
jak słońce
i piosenek
jak wiatr.

 

Ten felieton dedykuję krytykom twórczości Olgi Tokarczuk, krytykom o rozmaitych pogolądach politycznych. Nie każdemu pisarstwo noblistki musi się podobać, ale prawo do twórczości i poglądów Tokarczuk ma, tak jak każdy z nas.

 

SERHIJ KULIDA: Amerykański ekonomista, twórca MFW i BŚ Harry Dexter White był sowieckim szpiegiem

Na początku XXI wieku w Stanach Zjednoczonych ukazała się sensacyjna książka historyka Bena Steila. Autor „The Battle of Bretton Woods: John Maynard Keynes, Harry Dexter White and the Formation of a New World Order” opowiada, jak amerykański ekonomista White stworzył system, który stał się podstawą ekonomicznego ładu świata. Należy zaważyć, że ten „porządek ” nadal istnieje.

Jak napisał Neil Irwin w The Washington Post, w odpowiedzi na publikację, „sednem sprawy było raczej to, że Stany Zjednoczone przejęły od Wielkiej Brytanii globalną dominację finansową i uczyniły dolara światową walutą rezerwową”. Według dziennikarza amerykańskiej gazety, zadania tego podjął się Harry Dexter White, „wysoki rangą pracownik Departamentu Skarbu USA, który szpiegował ZSRR”, podjął się tego zadania.

Śmierć na farmie

Latem 1948 byli sowieccy agenci Elizabeth Bentley i Whittaker Chambers publicznie oskarżyli Harry’ego Dextera White’a o szpiegostwo na rzecz Związku Radzieckiego. Rankiem 13 sierpnia White wszedł do sali pełnej gapiów i reporterów, gdzie odbywały się spotkania Komisji Śledczej ds. Działań Antyamerykańskich. Przy błysku fleszy terkotem kamer filmowych White spokojnie, patrząc na członków komisji zza palisady mikrofonów podniósł prawą rękę i złożył przysięgę, zapewniając obecnych, że będzie mówił „prawdę, całą prawdę i tylko prawdę”.

„Moje przekonania są przekonaniami amerykańskimi” – powiedział oskarżony w swoich uwagach wstępnych. – Przywiązuję wielką wagę do wolności wyznania, wolności słowa, wolności myśli, wolności prasy, wolności krytyki i swobody przemieszczania się… Uważam te zasady za święte, uważam je za podstawę naszego amerykańskiego sposobu życie, a dla mnie są to realia życia, a nie tylko słowa, wpisane na papierze. Jestem gotów odpowiedzieć na wszelkie pytania” – powiedział White.

Na sali rozległy się brawa. Po raz drugi White otrzymał owację na stojąco po tym, jak pokazano mu listę podejrzanych o szpiegostwo na rzecz ZSRR. Po zapoznaniu się z dokumentem wysoko postawiony ekonomista, uśmiechając się sarkastycznie, zauważył: „Przy nazwiskach są niebieskie haczyki. Moim zdaniem, bardziej odpowiednie byłyby czerwone”.

Jednak ta ostentacyjna brawura sporo kosztowała White’a. Zaraz po złożeniu zeznań miał atak serca. Następnego dnia, po zażyciu tabletek, Harry Dexter udał się na spoczynek na swojej farmie Fitzwilliam w New Hampshire. Poczuł silny ból w klatce piersiowej. Następnego dnia miejscowi lekarze stwierdzili ciężki zawał serca. Wieczorem 16 sierpnia White zmarł, zgodnie z oficjalną wersją, z powodu przedawkowania leku na serce – naparstnicy. I gdyby nie ta tragiczna okoliczność, to z pewnością jesienią White musiałby trafić do więzienia, jako czerwony szpieg.

Schronienie lewicy

W 1885 r. liczna rodzina Józefa Weissnovitza i Sary Magilewskiej w poszukiwaniu „żydowskiego szczęścia” przeniosła się z terenów dzisiejszej Litwy, którymi wówczas władało Imperium Rosyjskie, do Bostonu. W Nowym Świecie urodził się późniejszy pomysłodawca Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który otrzymał imiona Harry Dexter. Na początku pobytu w USA rodzina przyszłego twórcy Banku Światowego nadal borykała się z biedą, przed którą uciekała z Europy do Ameryki Północnej.

Ich najmłodszy syn, dwudziestopięcioletni Harry Dexter White po wstąpieniu do armii amerykańskiej w 1917 roku, jako porucznik wyjechał do Francji na front zachodni.

Po demobilizacji został studentem Wydziału Ekonomii Uniwersytetu Columbia, następnie kontynuował naukę w Stanford, a w 1930 roku obronił doktorat na równie prestiżowym Harvardzie. Cztery lata później prof. Jacob Weiner, który pracował w Departamencie Skarbu Stanów Zjednoczonych, zasugerował, aby White zajął skromne stanowisko w tym ministerstwie. Należy zauważyć, że w tamtych latach Departament Skarbu USA był schronieniem dla osób o poglądach lewicowych. Ci urzędnicy byli pod wrażeniem industrializacji dokonanej w ZSRR, co wyraźnie pokazywało, ich zdaniem „wyższość socjalistycznego modelu gospodarki nad kapitalistycznym”. Ponadto „ofensywa komunistyczna” nastąpiła podczas kryzysu gospodarczego w Ameryce. New Deal prezydenta USA Franklina Roosevelta, który przewidywał aktywną interwencję państwa w gospodarkę, był wówczas uważany za „prawie socjalizm”. A Harry White w pełni i bardzo aktywnie przyczynił się do promocji tego kierunku.

Już w okresie powojennym Komisja Śledcza ds. Działań Antyamerykańskich stwierdziła: „Koncentracja zwolenników komunizmu w Departamencie Skarbu, a zwłaszcza w Wydziale Studiów Monetarnych, jest teraz w pełni znana. White był pierwszym dyrektorem departamentu; jego następcami byli Frank Coe i Harold Glasser. W Wydziale Studiów monetarnych byli William Ludwig Ullman, Irving Kaplan i Victor Perlo. Stwierdzono, że White, Coe, Glasser, Kaplan i Perlo są „członkami komunistycznego spisku”.

2 września 1939 r., dzień po niemieckiej inwazji na Polskę, podsekretarz stanu Roosevelta ds. bezpieczeństwa wewnętrznego, Adolph Burley, za pośrednictwem dziennikarza Isaaca Don Levine’a spotkał się z sowieckim agentem Whittakerem Chambersem. Następnie, robiąc notatki w swoim Levine napisał: „Pan White”. Z kolei Burley wysłał memorandum do prezydenta, które Roosevelt z oburzeniem odrzucił, nie wierząc, ze w jego otoczeniu mogą być szpiedzy. Prezydent USA określiła to, jako „absurd”.

Tymczasem w grudniu 1941 roku White został mianowany asystentem sekretarza skarbu Henry’ego Morgenthau Jr., uważanego za jedną z kluczowych postaci w ekipie Roosevelta. Pełniąc odpowiedzialną rolę pośrednika między Departamentem Stanu a Departamentem Spraw Zagranicznych, White nadzorował w czasie II wojny światowej nie tylko sprawy międzynarodowe, lent-lease, ale także finansowanie „delikatnych” operacji politycznych, wywiadowczych, sabotażowych mających charakter militarny. Oznaczało to, że miał najszerszy dostęp do ściśle tajnych informacji.

Plan White’a

We wrześniu 1944 roku w kanadyjskim Quebecu się konferencja pod kryptonimem OCTAGON. Przywódcom mocarstw alianckich, Rooseveltowi i Churchillowi, sekretarz skarbu USA Henry Morgenthau przedstawił „Program zapobiegania rozpętaniu przez Niemcy trzeciej wojny światowej”. W rzeczywistości dokument ten, nazwany później Planem Morgenthau, został opracowany przez Harry’ego White’a. Według tej strategii, pokonane Niemcy powinny zostać podzielone na kilka części. Ważne obszary przemysłowe, Zagłębie Ruhry i Saary, powinny zostać objęte kontrolą specjalnego organu międzynarodowego, przemysł ciężki i zbrojeniowy miały być zlikwidowane a Niemcy przekształcone w kraj rolniczy. Opisując plan Morgenthau, White zaproponował wycięcie wszystkich lasów i „zmniejszenie populacji Niemiec do 25 milionów ludzi”.

Stalin, który dowiedział się o najdrobniejszych szczegółach konferencji w Quebecu, nie zgodził się z takimi zamierzeniami USA i Wlk. Brytanii. Informacja ta wyciekła do prasy światowej. W Berlinie, minister propagandy Rzeszy Joseph Goebbels krzyczał obłędnie: „Żyd Morgenthau chce zniszczyć Niemcy zmieniając je w pole ziemniaczane!” Podobno po tych wiadomościach na moment wzrosło morale żołnierzy niemieckich. Roosevelt musiał publicznie porzucić swój plan.

W tym samym 1944 roku Harry White opracował system z Bretton Woods, przyjęty na konferencji o tej samej nazwie. Ben Steil pisze w swojej książce, że White wymyślił to międzynarodowe forum już w 1936 roku, aby uczynić z dolara uniwersalną walutę i zastąpić konkurenta – brytyjskiego funta szterlinga.

„To była świadoma próba sprowokowania po wojnie przymusowej likwidacji Imperium Brytyjskiego” – zapewnia historyk. Głównymi postulatami systemu z Bretton Woods były: możliwość pokojowego demontażu Imperium Brytyjskiego; deindustrializacja Niemiec po wojnie; zaangażowanie ZSRR w globalny sojusz ze Stanami Zjednoczonymi.

Sam Harry White w swoich notatkach napisał, że potępia hipokryzję Stanów Zjednoczonych w stosunkach z ZSRR i chwali zalety sowieckiego socjalizmu.

Jednocześnie White zaproponował utworzenie Międzynarodowego Funduszu Walutowego – banku, w którym można wziąć krótkoterminową pożyczkę „i w zamian odmówić konkurencyjnej dewaluacji – nie dewaluować swojej waluty w stosunku do dolara amerykańskiego bez naszej zgody.”

„Słaby agent”?

Od końca listopada 1945 r. White zaczął publicznie popierać poprawę stosunków ze Związkiem Radzieckim, wierząc, że głównym zadaniem powojennej dyplomacji Stanów Zjednoczonych jest to „jak wymyślić środki zdolne do zapewnienia trwałego pokoju i przyjaznych stosunków” między Ameryką a Rosją. Każdy inny problem w dziedzinie dyplomacji międzynarodowej blednie w porównaniu z tym zadaniem.

Tymczasem nad finansistą zbierały się chmury. Oficer bezpieczeństwa Departamentu Stanu przesłuchał Chambersa, który nazwał White’a ogólnie „dość słabym agentem”, który jednak przyczynił się do „znalezienia pracy w Ministerstwie Finansów dla wielu członków komunistycznego podziemia”.

7 listopada 1945 roku była sowiecka agentka Elizabeth Bentley powiedziała śledczym FBI: „Pod koniec 1942 lub na początku 1943 dowiedziałem się od sowieckich agentów Nathana Silvermastera i Ludwiga Ullmana, że ​​jedno ze źródeł dokumentów państwowych, które sfotografowali i przekazali kuratorowi NKWD to Harry Dexter White. Następnego dnia dyrektor FBI John Edgar Hoover wysłał list do doradcy wojskowego prezydenta Harry’ego Trumana, generała Harry’ego Waughana, donosząc, że „niektórzy pracownicy rządu USA przekazują informacje i dane osobom nieupoważnionym, które z kolei przekazują te informacje sowieckiemu wywiadowi”. I nazwał White’a „cennym nabytkiem podziemnej, sowieckiej siatki szpiegowskiej”.

Niczego niepodejrzewający Harry Dexter nadal pracował, jako dyrektor MFW. Ale niespodziewanie dla niego prokurator generalny Tom Clark nakazał federalnej ławie przysięgłych zbadać zarzuty Elizabeth Bentley. 19 czerwca 1947 White zrezygnował ze stanowiska. Po tym nastąpiła niekończąca się seria przesłuchań, przerwanych, które przerwała nagła śmierć White’a.

Sprawa została zamknięta…

Kryptografowie pracujący nad Projektem Venona ustalili, że Harry Dexter White został zidentyfikowany, jako źródło sowieckich informacji wywiadowczych pod kryptonimami „Prawnik”, „Richard” i „Jurist”. Raport FBI stwierdzał: „Według informacji … w odniesieniu do Prawnika, w kwietniu 1944 r. relacjonował on rozmowy między ówczesnym sekretarzem stanu Cordellem Hullem a wiceprezydentem Henrym Wallace’em. 5 sierpnia 1944 r. zameldował sowieckim szpiegom, że jest pewien zwycięstwa.” Z dokumentów wynika, że „White gotowy był na wszelkie poświęcenie dla dobra Sowietów”.

Dane Amerykanów dotyczące tożsamości White’a potwierdzają także dokumenty KGB odtajnione w 1999 roku, ale nigdy nieupublicznione. Według nich, NKWD zwerbowało w latach 1935-1936 pracownika Departamentu Skarbu USA, czyli White’a…

Teczki archiwalne sowieckiego wywiadu zawierają tajną amerykańską korespondencję „Według otrzymanych przez nas informacji „Prawnik” był kiedyś stażystą sąsiadów, (czyli agentem Agencji Wywiadu Sztabu Generalnego Armii Czerwonej – S.K.) „ – to tekst szyfrogramu z Moskwy zaadresowany do rezydenta Wasilija Zarubina z dnia 26 listopada 1941 r. „W końcu trzeba naprawdę zaangażować go w pracę i nawiązać z nim bezpośredni kontakt…” A następnego dnia nadano na Kreml informację: „Jego możliwości, dzięki bliskości Morgenthau, są bardzo duże”.

Wśród historyków panuje opinia, że ​​Harry White był aktywnym agentem wpływu. A jego pierwszym wielkim sukcesem była „prowokacja Pearl Harbor” i tekst amerykańskiego ultimatum z 26 listopada 1941 r., w którym Japonię „skuszono do oddania pierwszego strzału”.

W 1943 r. White zakłócił także negocjacje z chińskimi nacjonalistami w sprawie pożyczki w wysokości 200 milionów dolarów, co było na rękę Moskwie i chińskim komunistom. Dzięki szefowi MFW w okupowanych Niemczech, w pierwszych latach powojennych Sowieci wydrukowali znaczki pocztowe warte od 200 do 400 mln ówczesnych dolarów.

Krewni White’a i jego zachodni biografowie jednak nadal uważają ekonomistę za niewinnego. Dlatego Stephen Schlesinger pisze: „Nie ma jednoznacznej opinii o założycielu BŚ, ale wiele osób wierzy, że White próbował pomóc Związkowi Radzieckiemu, choć nie uważał tego za szpiegostwo. Robert Skidelsky, po zapoznaniu się z „bazą dowodów” doszedł do wniosku, że „połączenie naiwności i niesamowitej pewności siebie… wyjaśnia działania White’a. Niewątpliwie zdradził swój kraj, ponieważ przekazał wrogowi tajemnice narodowe.

Nie ma wątpliwości, że przekazując tajne informacje Sowietom White zdawał sobie sprawę, że sprzeniewierzył się administracji prezydenta Roosvelta, nawet, jeśli – jak chcą jego obrońcy – „nie zdawał sobie sprawy”, że zdradził swój kraj.

CMWP SDP w obronie red. Pawła Gąsiorskiego w rozprawie apelacyjnej z gminą Rędziny

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP działające jako „przyjaciel sądu” przesłało opinię amicus curiae  do Sądu Okręgowego w Częstochowie w rozprawie apelacyjnej red. Pawła Gąsiorskiego . Został on skazany  z art. 212 kk za „zniesławienie gminy Rędziny” . Pierwsza rozprawa w tej sprawie zaplanowana jest na 2 sierpnia . 

Red. Paweł Gąsiorski został skazany za  opublikowanie w 2019 r. na prowadzonym przez siebie  portalu www.gminaredziny.pl dwóch artykułów na temat wydatków i dochodów związanych z odbiorem, gospodarowaniem i transportem śmieci w Gminie Rędziny. Teksty te zostały także opublikowane  na portalu Facebook.  Według aktu oskarżenia, gmina została zniesławiona  m.in. sformułowaniem “gmina nieźle zarabia na Waszych odpadach”,  “mieszkańcy za dużo płacą za śmieci”, co  rzekomo spowodowało utratę zaufania do gminy Rędziny przez mieszkańców. Gmina nie zwróciła się do portalu o sprostowanie treści artykułu ani w części, ani w całości.  W toku postępowania sądowego Paweł Gąsiorski nie przyznał się do zarzucanego mu czynu i w tym zakresie złożył wyjaśnienia. Zgodnie z jego linią obrony, nie uchybił on wymogom art. 12 ust. 1 ustawy – Prawo prasowe, dochowując wskazanej przez ustawodawcę staranności i rzetelności. Podniósł również, że gmina nie może  być oskarżycielem prywatnym w niniejszej sprawie. Został jednak skazany wyrokiem Sądu Rejonowego w Częstochowie – Wydział XVI Karny z dnia 23 listopada 2021 r.  CMWP przedstawiło swoją opinię w postępowaniu pierwszoinstancyjnym (pismo z dnia 19 listopada 2021 r.), jednak z uwagi na wydanie wyroku skazującego, opinia ta wymagała  uzupełnienia, dlatego 27 lipca b.r. została wysłana do Sądu Okręgowego . 

CMWP SDP pragnie  jednoznacznie podkreślić , iż skazanie dziennikarza wyrokiem karnym za krytykę gospodarki śmieciowej gminy jest nie tylko nie do pogodzenia z międzynarodowymi, powszechnie uznanymi standardami wolności słowa, ale wręcz podważa powagę polskiego sądownictwa. Wydawanie wyroków skazujących za tego rodzaju czyny nie powinno mieć miejsca w praworządnym państwie w XXI w. Utrzymanie w mocy orzeczenia sądu I instancji zdecydowanie nie leżałoby więc w interesie wymiaru sprawiedliwości. Wbrew pozorom, nie leżałoby również w interesie oskarżyciela (jakkolwiek postrzegają tą kwestię jego przedstawiciele), ponieważ organ władzy, którego w praktyce nie wolno krytykować na łamach prasy, nie będzie poddany należytej kontroli społecznej. Ostatecznie, byłoby szkodliwe zarówno dla tego organu, jak i całej wspólnoty samorządowej.

Ponadto skazanie red. Pawła Gąsiorskiego wyrokiem karnym stanowi rażące naruszenie jego konstytucyjnych praw obywatelskich oraz wolności słowa. Należy podkreślić, że gmina nie skorzystała z możliwości złożenia wniosku o sprostowanie zawartych w artykułach prasowych treści, które uważa za nieprawdziwe lub nieścisłe. W tym kontekście argumentacja zawarta w akcie oskarżenia budzi poważne wątpliwości, bowiem kluczowym elementem sprawy wydaje się raczej chęć ukarania „nieprawomyślnego” dziennikarza za publikację niż rzeczywiste dążenie do wyjaśnienia stanu faktycznego i obrony dobrego imienia samorządu. CMWP SDP stoi w związku z tym na stanowisku, że wniesiony w niniejszej sprawie akt oskarżenia stanowi tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie dziennikarza do podejmowania tematyki gospodarki finansowej gminy Rędziny. Nie służy więc założonym przez ustawodawcę celom, lecz w istocie tłumieniu krytyki, która stanowi przecież niezbędny element społeczeństwa obywatelskiego. Skutkuje to niszczeniem wolnej debaty i godząc w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa. W konsekwencji, ewentualne utrzymanie wyroku skazującego spowodowałoby tzw. efekt mrożący (który już wystąpił wskutek skazania w I instancji) i byłoby nie do pogodzenia z aktywnością społeczną obywateli, którzy w interesie publicznym mają prawo żądać wyjaśnień, wyświetlać kontrowersyjne sprawy, krytykować władzę i bronić w ten sposób państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

CMWP SDP podtrzymuje w niej swoją opinię, iż trafny jest powołany w apelacji zarzut pełnomocnika oskarżonego, dotyczący braku legitymacji procesowej (formalnej) po stronie gminy. Wniesienie przez wójta w imieniu gminy prywatnego aktu oskarżenia nie spełnia przesłanki zaspokajania zbiorowych potrzeb wspólnoty lokalnej i wykracza poza ustawowe kompetencje gminy. Legitymowanym formalnie do wniesienia aktu oskarżenia mógłby być hipotetycznie wójt gminy jako osoba fizyczna i to jedynie w przypadku, gdyby jego osobiście dotyczyły zarzuty mogące wyczerpywać przesłanki zniesławienia.
Niezależnie od tego CMWP pragnie zwrócić uwagę, że publikacje Pawła Gąsiorskiego miały charakter ocen i to nakierowanych na wyjaśnienie sprawy oraz zwrócenie na nią uwagi opinii publicznej. W tym kontekście trafny jest podniesiony w apelacji zarzut obrazy przepisów prawa materialnego tj. art. 212 k.k. w związku z art. 213 § 2 k.k. poprzez jego błędne zastosowanie, polegające na przyjęciu, że pomówienie w rozumieniu przepisu art. 212 k.k. może mieć charakter wypowiedzi ocennej, a nie tylko wypowiedzi o faktach. Skoro bowiem Sąd Rejonowy przyznał, iż kwestionowanie „prawidłowości zaliczenia określonych kosztów na poczet kosztów związanych z realizacją gospodarki odpadami” jest oceną dziennikarza, logicznym tego następstwem powinno być jego uniewinnienie, nie zaś skazanie.

Odnosząc się natomiast do kwestii, czy swoimi publikacjami red. Paweł Gąsiorski nie przekroczył granic dozwolonej krytyki, należy zwrócić uwagę, że zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPCz), wolność wypowiedzi dziennikarskiej obejmuje również możliwość użycia pewnej dozy przesady lub prowokacji (sprawa Prager
i Oberschlick przeciwko Austrii
, skarga nr 15794/90).  Powyższe stwierdzenia, odnoszące się do polityków (osób publicznych), należy tym bardziej i to w znacznie szerszym stopniu odnosić do publicznych osób prawnych – jednostek samorządu terytorialnego, które z istoty rzeczy nie mogą być przedmiotem „zniesławienia” w takim znaczeniu, jak osoby fizyczne,
co wynika zarówno z ich formalnego charakteru (osoba prawna jest konstrukcją prawną, a nie realnie żyjącą osobą), jak i z ich publicznego charakteru, co w świetle bogatego orzecznictwa sądowego implikuje konieczność liczenia się z krytyką, nawet wyrażaną w ostrej formie.

Nie można wreszcie pominąć faktu, że oskarżony dziennikarz dołożył w toku postępowania pierwszoinstancyjnego wszelkich starań, aby udowodnić prawdziwość zarzutów, które wysunął wobec gospodarki odpadami prowadzonej przez Gminę Rędziny. Wskazał, że w aktach sprawy zawarte są dowody (dokumenty, zeznania świadków) potwierdzające okoliczności, które przytoczył w swoich publikacjach. Swoje tezy oparł na oficjalnych dokumentach otrzymanych z Urzędu Gminy, na podstawie których dokonał wyliczeń. Przedstawione przez oskarżonego wyjaśnienia są w tej mierze na tyle spójne i logiczne, że trudno jest zrozumieć, dlaczego Sąd Rejonowy nie uwzględnił dowodów ewidentnie przemawiających przeciwko skazaniu. Ocena tego stanu rzeczy należy jednak do Sądu II instancji.

Opinię amicus curiae w niniejszej sprawie podpisali  dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP oraz Michał Ł. Jaszewski, doradca ds. prawnych SDP.

Pełny tekst opinii amicus curiae CMWP SDP w niniejszej sprawie jest TUTAJ.

Dziennikarka Biełsatu skazana na 8 lat więzienia. Zarzucono jej „zdradę stanu”

Sąd w Homlu skazał Kaciarynę Andrejewą na 8 lat pozbawienia wolności – informuje telewizja Biełsat. Białoruski reżim oskarżył ją o „zdradę stanu”.

Wyrok zapadł w środę, 13 lipca. Proces 28-letniej dziennikarki Biełsatu Kaciaryny Andrejewej toczył się za zamkniętymi drzwiami, a sprawa została utajniona (pisaliśmy o tym TUTAJ).  Jak możemy przeczytać na stronie telewizji Biełsat, adwokat Andrejewej został przez Komitet Śledczy zmuszony do podpisania zobowiązania o nieujawnianiu informacji i nie wolno mu było podawać żadnych okoliczności procesu nawet bliskim oskarżonej.

Według jednego z podległych reżimowi w Mińsku kanałów w Telegramie, rzekoma „zdrada stanu” zarzucana dziennikarce dotyczyła „ujawnienia tajemnic państwowych Republiki Białorusi obcemu państwu, organizacji międzynarodowej lub zagranicznej albo ich przedstawicielom”. Ten sam kanał podał, że łączny okres pozbawienia wolności wyniesie 8 lat i 3 miesiące.

To już kolejny wyrok dla Kaciaryny Andrejewej, która wraz z Darią Czulcową została zatrzymana 15 listopada 2020 roku, po brutalnej pacyfikacji akcji upamiętnienia pobitego na śmierć Ramana Bandarenki. Dziennikarki relacjonowały te wydarzenia. 18 lutego 2021 roku sąd skazał je na dwa lata kolonii karnej za „organizację zamieszek” i blokowanie komunikacji miejskiej. Obie trafiły do kolonii karnej w Homlu. Wliczając czas spędzony w areszcie powinny wyjść na wolność 5 września 2022 roku.

opr.jka, źródło: belsat.eu

 

O sprawiedliwość pyta SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Pamięta Pan sprawę Tuska, Panie mecenasie?

4 lipca tego roku adwokat i były (?) polityk Roman Giertych umieścił na Twitterze wpis: „Julii P. grozi 10 lat więzienia za realizację orzeczeń na zamówienie”. Interesujące. Coś mi ten wpis przypomniał. Otóż ten sam adwokat 16 października 2014 roku twierdził przed warszawskim sądem z całą stanowczością, że nie wolno mówić i pisać o nikim, nawet o osobie publicznej, że grozi jej kara więzienia, skoro nie ma postawionego zarzutu ani nie ma aktu oskarżenia w jej sprawie. Tyle, że reprezentował wtedy interesy Tuska, młodego Tuska, Michała, zresztą ku mojemu zdziwieniu z powodzeniem.

Gdyby w Polsce istniały precedensy, mecenas Roman Giertych przegrałby teraz z „Julią P.”, czyli z prezes Trybunału Konstytucyjnego Julią Przyłębską, proces o ochronę dóbr osobistych. Gdyby. To ciekawa sprawa, więc pozwolę sobie ją przypomnieć.

Jak działały sądy i sędziowie za czasów premiera Tuska przed ogłoszeniem „doktryny Neumanna”? Amber Gold zostało założone w styczniu 2009 roku. Było głównym udziałowcem linii lotniczych OLT Express. Prezesem i właścicielem piramidy finansowej był pomysłodawca linii lotniczych OLT Express i wielokrotnie karany oszust Marcin Plichta. Dla OLT pracował między innymi syn Donalda Tuska, Michał, który podpisał z nią umowę na usługi doradcze i menedżerskie. Maile do OLT wysyłał ze skrzynki Józefa Bąka.

Michał Tusk pracując dla OLT zatrudnił się w gdańskim Porcie Lotniczym im. Lecha Wałęsy. Według Marcina Plichty młody Tusk „przyniósł OLT konkretną informację o tym, ile Port Lotniczy w Gdańsku bierze od konkurencji, a konkretnie od Wizz Air, za obsłużenie jednego pasażera”. W 2012 roku, kiedy sprawa podwójnej pracy w konkurujących ze sobą firmach wyszła na jaw „Gazeta Polska Codziennie” przeprowadziła wywiad z prezesem stowarzyszenia „Stop korupcji” Tomaszem Kwiatkiem, który stwierdził, że „jest podejrzenie, że Michał Tusk dopuścił się dwóch poważnych przestępstw”. Chodziło mu o sprzedaż konkurencji danych o wysokości opłat lotniczych gdańskiego portu lotniczego i o działanie na szkodę majątkową Portu Lotniczego Gdańsk.

Stowarzyszenie złożyło do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przez Michała Tuska przestępstwa. Gazeta, którą w 2012 roku kierowałem omawiając sprawę napisała o wywiadzie z Tomaszem Kwiatkiem dając tytuł „Michałowi Tuskowi grozi 10 lat więzienia”. Tusk junior wytoczył mi proces o naruszenie dóbr osobistych, zażądał 30 tysięcy złotych i przeprosin. Reprezentował go adwokat Roman Giertych, który argumentował wówczas w pozwie i na Sali sądowej, że nie można pod żadnym pozorem pisać, iż komuś grozi więzienie, jeśli nie ma postawionych zarzutów, bądź nie ma aktu oskarżenia, czy wyroku. Reprezentujący mnie mecenas Artur Wdowczyk argumentował, że – według niego – w takich przypadkach media mają prawo pisać o grożącej karze, jeśli prokuratura będzie prowadzić bądź prowadzi śledztwo. W październiku 2014 roku, kiedy w łódzkiej prokuraturze toczy się śledztwo w sprawie zawiadomienia stowarzyszenia „Stop Korupcji”, sędzia Bogdan Wolski z Sądu Okręgowego w Warszawie wydaje wyrok w cywilnej sprawie. Mecenas Giertych triumfuje, sędzia Wolski grzmi: „Artykuł jednoznacznie sugerował, że Michałowi Tuskowi grozi 10 lat pozbawienia wolności. Sformułowanie zarzutu popełnienia przestępstwa zawsze narusza dobra osobiste. „SE” mógłby uwolnić się od odpowiedzialności, gdyby dał dowód prawdy. Na przykład podałby, że jest wyrok skazujący czy, że do sądu wpłynął akt oskarżenia. Ale nie dał”.

Według wyroku miałem przeprosić Michała Tuska i zapłacić mu 30 tysięcy złotych. Apelacja zmniejszyła zadośćuczynienie do 5 tysięcy, ale przeprosiny zostają, a efekt mrożący zostaje osiągnięty: NIE WOLNO PISAĆ, ŻE KOMUŚ GROZI WIĘZIENIE, JEŚLI NIE MA ZARZUTÓW, AKTU OSKARZENIA, BĄDŹ WYROKU.

To oczywiście bzdura, nie wolno tak pisać i mówić w przypadku Michała Tuska, ta zasada codziennie bez konsekwencji łamana jest w przypadku innych osób. Cztery lata po wyroku cywilnym łódzka prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie domniemanej korupcji. Prokurator Krzysztof Kopania informował, że przekazywane przez Michała Tuska dane nie miały charakteru poufnego i nie były tajemnicą przedsiębiorstwa. Michał Tusk wystawiał za nie faktury na 7 tysięcy złotych. Ostatnią wypłatę z OLT przelano mu już po rozwiązaniu spółki OLT, co było niezgodne z prawem.

Kończąc, Roman Giertych w 2014 w sprawie Michała Tuska: „Nie można pisać, że komuś grozi kara pozbawienia wolności, jeśli nie ma postawionych zarzutów, bądź wyroku”. Roman Giertych 2022: „Julii P. grozi 10 lat więzienia za realizację orzeczeń na zamówienie”.

Dziękuję za uwagę.