BIZNES ALERT: Konserwatywny publicysta zastrzelony w USA na oczach tysięcy ludzi

Artykuł ze strony Biznes Alert z 11 wrzesnia 2025 roku:

Charlie Kirk publicysta konserwatywny i internetowy twórca nie żyje. Zastrzelono go podczas spotkania w kampusie Utah Valley University w Orem w USA. Sprawca zbiegł.

Policja nie zatrzymała mordercy. Strzał do Kirka wywołał chaos wśród słuchających publicysty. Ameryka jest w szoki.

Śmierć otwartego konserwatysty

Informację o śmierci Kirka podał m.in. prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump, który złożył wyrazy szacunku rodzinie. „Był kochany i podziwiany przez WSZYSTKICH, a zwłaszcza przeze mnie, a teraz nie ma go już z nami. Melania i ja składamy kondolencje jego pięknej żonie Erice i rodzinie. Charlie, kochamy cię!” – Prezydent Donald J. Trump

Trump w przemówieniu publikownym na X Białego Domu oddał hołd zamorowanemu publicyście. „Wzywam wszystkich obywateli do przestrzegania amerykańskich wartości, tak drogich Charliemu Kirkowi, z powodu, których zginął. Wwolności słowa, praworządności oraz patriotycznego oddania i miłości do Boga” – podkreślił prezydent USA.

Amerykańskie media szczegółowo relacjonują tragiczne wydarzenia. Na profilu OSINTdefender napisano:

Charlie Kirk słynął z tego, że prowadził spotkania otwarte dla konserwatywnej widowni, podczas których zapraszał do rozmowy osoby o odmiennych poglądach, by debatować na tematy polityczne.

Przekonaj mnie…

Format ten był często nazywany „Prove Me Wrong” albo „Change My Mind” [przekonaj mnie – red.]. Internetowy twórca odbywał ogólnokrajową trasę „The American Comeback Tour”, a wizyta na uniwersytecie była jej częścią.

10 września, podczas jednej z debat, Kirk został postrzelony prosto w szyję. Zostało to zarejestrowane przez uczestników spotkania i szybko rozprzestrzeniło się w sieci. Mimo natychmiastowej próby reanimacji, Kirk zmarł. Policji udało się zatrzymać osobę, która mogła być powiązana ze sprawą zabójstwa. Jak informuje The New York Times, nie jest ona jednak sprawcą. Na ten moment osoba odpowiedzialna za morderstwo nie została jeszcze ujęta.

Cała sprawa jest szeroko komentowana na świecie. Od momentu tragedii imię i nazwisko Charlie Kirka pojawiły się miliony razy we wpisach na X i stanowi najczęściej wymieniane hasłem na tej platformie.

Na cześć Charlie Kirka prezydent Trump wydał rozkaz opuszczenia wszystkich flag amerykańskich na terenie Stanów Zjednoczonych do połowy masztu.

BIZNES ALERT

łoz/ hub/ X

Artykuł ze strony Biznes Alert:

https://biznesalert.pl/konserwatywny-tworca-zostal-zastrzelony-w-usa-na-oczach-tysiecy-ludzi/

W USA wrze też z innego powodu. Liberalne media zataiły brutalne zabójstwo młodej Ukrainki, bo zamordował ją czarnoskóry mężczyzna.

Artykuł ze strony Biznes Alert:

https://biznesalert.pl/liberalne-media-usa-przemilczaly-brutalne-zabojstwo-ukrainki-bo-zamordowal-ja-czarnoskory-mezczyzna/

MARCIN PASZKOWSKI: Brzmi dziwnie, wygląda dziwnie… Czyli, ZINY jako świadectwo

Na pierwszy rzut oka to anachronizm: kartki, zszywki, farba drukarska – kiedy wszystko jest już w sieci. Kto dziś chce robić zin? Odpowiedź nie jest ani sentymentalna, ani jednowymiarowa.

Od kilku lat obserwujemy w Polsce coś w rodzaju powrotu do papieru: nie masowego, mainstreamowego drukowania, lecz drobnej, lokalnej produkcji – zinów robionych metodą DIY (angielski skrót od wyrażenia „Do It Yourself”, które oznacza „Zrób to sam”), kolekcjonerskich, często limitowanych, z wyraźnym podpisem autora i społecznością wokół nich. Ziny to nie przypomnienie dawnego undergroundu na siłę, lecz świadomy wybór formy komunikacji.

Zin historyczny

Jako pierwszy polski zin wskazuje się nieraz „Notatnik Robotnika Sztuki” – niezależne pismo wydawane przez artystów związanych z elbląską Galerią El, którego pięć numerów ukazało się w latach 1972-1973. Impuls zinotwórczy w PRL-u – tu nie będzie niespodzianki – przyszedł wraz z pierwszą falą polskiego punk rocka. W 1979 roku w Warszawie, w środowisku związanym z zespołem Kryzys pojawił się fanzin „Szmata”. Krzysztof Grabowski z Dezertera wydawał „Azotox” (1983-1986) – na ostatniej stronie drugiego numeru widniało punkowe hasło: „GAZETY MANIPULUJĄ – TA TEŻ!!! MYŚL SAM”.

W analizach badawczych tamtego okresu przyjmuje się, że w latach 1978-1998 ukazywało się ok. 1275 tytułów (i prawie 3300 numerów!). Zapewne było ich więcej.

Wariaci wydawniczy

Kto to wydaje? Najczęściej ludzie, których trudno jednoznacznie opisać: twórcy, muzycy, graficy, aktywiści, a czasem całe kolektywy. Przykład najbardziej rozpoznawalny – „Chaos w Mojej Głowie”. Fanzin był wydawany w drugiej połowie lat 90-tych, by zakończyć żywot w 2001 roku. Po dekadzie jednak znalazło się kilkoro ludzi od lat związanych ze sceną hardcorepunk, którzy wznowili zina (ostatni numer „Chaos w Mojej Głowie” #31 – lato 2025, format A4 i 280 stron!). Projekt, który od lat układa się jak hybryda magazynu i kroniki sceny: duże numery, setki stron wywiadów, rysunków, reportaży.

Za zinami stoją konkretni ludzie i lokalne sieci. W przypadku „Chaosu” inicjatywa odżywała dzięki grupie związanej z Opolem i osobom, które się z niego wywodzą. Drobne inicjatywy, jak „Bunkier” (Radom) czy „Ściana Wschodnia”, pokazują z kolei jak zin potrafi być narzędziem lokalnej opowieści i wymiany.

Dlaczego druk, skoro jest internet?

Odpowiedzi zebrane z rozmów z twórcami i uczestnikami sceny powtarzają parę motywów. Po pierwsze gest. Zin jest fizycznym znakiem istnienia, przedmiotem, który można położyć na stole, schować do pudełka, wymienić na koncercie. To ważne w kulturach, które cenią rytuał: koncert → stoisko → rozmowa → sprzedaż/zamiana.

Marcin Pryt frontman zespołu 19 Wiosen zdj. ze zbiorów Autora

Po drugie estetyka i kontrola: papier pozwala na eksperyment z formatem, typografią, kolażem, ręcznymi poprawkami, wprowadza do pracy element „unikatu”.

Po trzecie zaufanie i trwałość Papier wciąż ma wartość archiwalną, trudniej go skasować niż post w mediach społecznościowych.

Wreszcie, ekonomia społeczna. Dla wielu wydawców zin to sposób na finansowanie działań (drobne sprzedane nakłady, wymiany, zrzutki) i utrzymanie niezależności od algorytmów i reklam. Te motywy powtarzają się w analizach i reportażach poświęconych renesansowi zinów w Polsce.

Ziny jako pierwowzór Internetu

Michał Chojecki, artysta wizualny, założyciel Oficyny Peryferie – pracowni drukarsko-introligatorskiej i artzinowego wydawnictwa stwierdził: „Zarówno śmierć zinów na przełomie wieków, jak i ich współczesne odrodzenie, są ściśle związane z Internetem. Pojawienie się blogów, a następnie mediów społecznościowych, bardzo szybko doprowadziło do tego, że niezależne i rozproszone treści, które były publikowane w zinach, przeniosły się do sieci. Tam zyskały możliwość o wiele łatwiejszej dystrybucji i uwolniły się z sideł fizycznego nośnika.

zdj. ze zbiorów Autora

Jednak szybko okazało się, że wolność Internetu stała się – bo ten pierwotny Internet był rzeczywiście zdecentralizowany i nieregulowany – ułudą. Przypomnijmy sobie arabską wiosnę, gdy Facebook i Twitter były narzędziami, które sprzyjały łamaniu monopoli medialnych – dzięki nim ludzie organizowali się i umawiali na protesty. Jednak niedługo później wypłynęła sprawa Cambridge Analytica, co pokazało, że tak naprawdę cyfrowe media są narzędziem kontroli, dominacji i manipulacji. Dlatego dziś dostrzegam w zinach reakcję na nieskończoność cyfrowego strumienia danych, a także tęsknotę za osadzeniem w fizycznym świecie. Ziny współcześnie mają inne znaczenie niż miały 30 lat temu, kiedy były najprostszą formą subkulturowej komunikacji. Z dzisiejszej perspektywy tak nie jest – stworzenie zina wymaga większego wysiłku, ale odgrywają one znaczącą rolę: są jak ognisko, przy którym gromadzą się ludzie, żeby pogadać i wspólnie spędzić czas”.[1]

Kultura papierowa funkcjonuje równolegle do sieci: stoiska na festiwalach i koncertach, lokalne księgarnie niezależne (tych niestety ubywa), biblioteki zinów (w 2022 r. kolekcję zinów w zbiorach Zakładu Narodowego im. Ossolińskich prezentowano na specjalnej wystawie w Browarze Mieszczańskim we Wrocławiu!), a także spotkania warsztatowe — nauka składania i powielania numeru to dziś osobny rytuał i sposób na budowanie społeczności. To nie są jedynie egzotyczne eksponaty — to żywa wymiana. Warsztaty „jak zrobić zina?” i festiwale zinowe, które przyciągają pokolenia od nastolatków po doświadczonych wydawców.

Prawo zinów

Ziny rządzą się swoimi zasadami: mały nakład, dobre relacje z dystrybucją niezależną, przemyślana sprzedaż podczas wydarzeń. Wiele projektów korzysta też z Internetu jako narzędzia promocji i sprzedaży (media społecznościowe, Bandcamp, newsletter), ale papier pozostaje produktem centralnym – medium, które daje autorowi pełnię wyrazu. Dla części ludzi zin to forma oporu wobec standaryzacji treści online; dla innych – przestrzeń do eksperymentu, gdzie błędy i surowość są wartością.

Współczesna „scena zinowa” w Polsce jest bardzo zróżnicowana i dynamiczna. Ziny, które kiedyś kojarzyły się głównie z punkową subkulturą i kserowanymi, amatorskimi wydawnictwami, dziś ewoluowały, choć nadal zachowały swój niezależny, często non-profitowy charakter. Cechuje je różnorodność form i tematyki: ziny nie są już tylko fanzinami muzycznymi. Znajdziemy wśród nich artziny (skupione na sztuce wizualnej), ziny komiksowe, literackie, feministyczne, fotograficzne, a nawet kulinarne. Tematyka jest praktycznie nieograniczona, od osobistych notatek i pamiętników, przez reportaże, po eseje i poezję.

Łatwiej, chociaż trudniej

Chociaż duch DIY (do it yourself) wciąż jest żywy, twórcy coraz częściej sięgają po profesjonalne techniki druku, takie jak risograf czy sitodruk, co nadaje zinowym publikacjom unikalny, estetyczny charakter. To sprawia, że wiele współczesnych zinów to prawdziwe małe dzieła sztuki. Doskonałym przykładem wysokiej jakości wykonania jest „Striptiz” – zin artystyczny Marcina Pryta z Łodzi (znanego też jako Henryk Ulik, M11P, Xylen Mazaki) — poety, komiksiarza, muzyka (projekty: 19 Wiosen, Tryp, MASZYNOWA), aktywnie działającego w strukturach kultury niezależnej – m.in. poprzez fundację Kosmopolitania.

zdj. ze zbiorów Autora

Przyszłość? Ziny nie będą dominować w krajobrazie medialnym, nie po to powstały. Ich siła polega na tym, że są niszowe, ale wpływowe: kultywują pamięć, pozwalają testować pomysły, przypominają, że słowo i obraz mogą istnieć także poza ekosystemem klików. Nie chodzi o rozgłos, nie chodzi o pieniądze. Ważna jest…idea!

 

Festiwale i biblioteki zinów, warsztaty i małe wydawnictwa pokazują, że papier w 2025 roku ma więcej twarzy niż kiedykolwiek – od ostrego punkowego, czy metalcore fanzinu, po artystyczne, limitowane edycje. Dziesięć lat temu w Domu Słów w Lublinie odbył się Samizdat: Lublin Zine Festival. Nomen omen 13 grudnia 2015 r. odbyła się konferencja połączona z całodniowymi warsztatami tworzenia małych autorskich publikacji artystycznych. Kserowane samizdaty jako świadomy wybór artystycznej ekspresji.

Ciągle drukują…

W Łodzi niedawno też miało miejsce wydarzenie łączące dwie inicjatywy związane z drukowaniem, niezależnym wydawaniem, działaniem kolektywnym: warszawski Drukuj Zinfest oraz łódzki Render. Podczas wspólnego wydarzenia w formule targów wydawców tworzących ziny, art magazyny, druki, niezależne publikacje, eksperymentujących z technikami, realizacjami i materiałami w ramach formuły „zrób to sam”.

zdj. ze zbiorów Autora

Dla tych, którzy chcą doświadczyć kultury w trybie „offline”, zin jest dziś jeszcze bardziej atrakcyjną alternatywą niż jeszcze dekadę temu. Ziny w Polsce AD 2025 to nie nostalgiczny powrót ani obrona przed technologią, lecz świadomy wybór formy komunikacji – fizycznej, ograniczonej, ale dzięki temu często bardziej szczerej i bliższej. Jeśli ktoś chce poczuć tę energię, niechaj idzie na zinfest, kupi numer ze stoiska, porozmawia z autorem. To najlepszy sposób, by zrozumieć, po co ktoś dziś rozdaje papier w dobie internetu. Zinowe „podziemie” w Polsce jest dowodem na to, że papier nie umarł, a ręczne, niezależne tworzenie wciąż ma się świetnie i przyciąga nowych, kreatywnych ludzi.

W dobie znikających tytułów, politycznych zawirowań na rynku prasy, istnienie i pewien rozkwit „obiegu alternatywnego” (trzeciego obiegu?), to dobra czy zła wiadomość dla dziennikarzy?

 

 

[1] Chojecki M. (2022) – Jak Zrobić Zina? Self-publishing dla artystek i artystów. Warszawa: Oficyna Peryferie.

 

Rzeczpospolita na łasce sztucznej inteligencji, czyli miłe złego początki…

Są takie decyzje redakcji, które odstręczają czytelnika od gazety. Rzeczpospolita ma być redagowana bez tradycyjnej korekty. AI będzie sprawdzał, czy w Rzepie nie popełniają błędów. Na razie tylko ortograficznych i interpunkcyjnych, ale kto wie…

Rzeczpospolita i tak jest już cieniem tego dziennika sprzed 2011 roku, kiedy to czarny charakter polskiej prasy, prorządowy wydawca (wtedy też Donald Tusk był premierem) Grzegorz Hajdarowicz przejął gazetę.

Teraz redakcja jest pozbawiona tego charakteru, który dominował kilkanaście lat temu, czyli w miarę rzetelnych informacji, dobrej publicystyki i ciekawych opinii. Nadskakujące koalicji kierownictwo zespołu samo wyeliminowało się z gry o większą liczbę czytelników. Problematyka gospodarcza nie wystarczy.

I do tego jeszcze gazeta i portal pozbyły się tradycyjnej korekty – podstawy każdego poważnego medium. Wprowadzenie do kontroli ewentualnych błędów AI oznacza dla mnie małą wiarygodność redakcji. Szczególnie, że sztuczna inteligencja w polskich wersjach programów bardzo często nie „przyjmuje do wiadomości” istnienia naszych znaków diakrytycznych.

A jeśli AI w Rzeczpospolitej się popsuje do może wywołać bardzo przykre konsekwencje w polityce. Bo może być skandal, jeśli AI nie zauważy niuansów naszej ortografii w zdaniu: „Polska nie musi robić łaski Niemcom”?

No cóż, przestaję czytać tę gazetę, może czasem zajrzę, ale tylko z zawodowego obowiązku…

Wolę już błędy człowieka niż programu komputerowego.

 

 

PROF. PIOTR GROCHMALSKI: Dusza dziennikarza jest nieśmiertelna

Z  uhonorowanym Laurem Dziennikarskim 2025 Wielkopolskiego Oddziału SDP  prof. Piotrem Grochmalskim rozmawia Stanisław Muszyński

 

Kiedyś dziennikarz frontowy, dziś renomowany ekspert od bezpieczeństwa. Byłby Pan nim, gdyby nie dziennikarstwo?

Na pewno nie. Zawsze interesowała mnie stabilność państwa. Jestem propaństwowcem. Wszystko to co dotyczy bezpieczeństwa wewnętrznego. Na własne oczy obserwowałem transformację naszego państwa, gnicie PRL-u, brak determinacji i głęboką demoralizację postkomunistycznych elit. Ich nikłą świadomość państwowości. Zarazem widziałem powstawanie nowego państwa. To był bardzo brutalny i bezwzględny proces.

Dusił się Pan w tym?

 Tak, to było poczucie wręcz braku tlenu. Zacząłem wyjeżdżać w świat. Najpierw wyprawa do Armenii po trzęsieniu ziemi. Dramatyczne wydarzenia.

Szok poznawczy?

 To był szok. Wejście i doświadczenie Rosji zupełnie innej od Związku Sowieckiego, poprzez jedną z najbardziej niezwykłych wspólnot o nieprawdopodobnej historii. Na dodatek postawioną w bardzo dramatycznej sytuacji.

Dla dziennikarza czas przełomu musiał być arcyciekawy. 

Po dziś dzień nikt tak naprawdę nie opisał tego ówczesnego rozkładu i do jakiego stopnia wpłynęło to później na pierwszy okres funkcjonowania Trzeciej RP.

Jest jakaś luka?

 Dramatyczna. Ja rozmawiałem z bohaterami tamtych wydarzeń z jednej i z drugiej strony, obserwowałem z bliska i rozpad PRL, a później to, jak z mozołem budowało się suwerenne państwo. I jak dramatyczne były losy takich ludzi, jak premier Olszewski. A także sposób, w jaki funkcjonował jego rząd. To, że główne decyzje podejmowali wychodząc z budynku, gdzieś tam pod drzewami, w zasadzie w ukryciu, bo mieli świadomość stopnia infiltracji i rozpasania rosyjskich służb.

Nowe nie zawsze było dobre…

 Widziałem potężne skundlenie wielu ludzi, to, w jaki sposób próbują się wbić w nową rzeczywistość, jak się tworzą biznesowo-mafijne układy, w jaki sposób funkcjonują służby specjalne. Układy i fortuny, które wtedy powstawały w dziwnym otoczeniu. Także to, co się działo na zapleczu, w środowisku dziennikarski. Naprawdę dojmujące doświadczenie. A ja byłem dziennikarzem pisma, które miało wówczas doskonały punkt obserwacyjny.

Ma Pan na myśli tygodnik „Wprost”?

„Wprost” było w tamtym czasie pismem, gdzie spotkała się ciekawa grupa dziennikarzy.

Mówi Pan o fortunach, szemranych powiązaniach. Trudno nie wspomnieć tu o postaci śp. Jarosława Ziętary…

Tak… Brak osądzenia i ukarania sprawców mordu na Jarku, to tak naprawdę największa klęska…

Z jednej strony byłem pod wielkim wrażeniem, że jednak zebrała się grupa dziennikarzy, która poza codziennym trybem pracy w redakcjach próbowała rozwiązać tę dramatyczną zagadkę. Ja również włożyłem w to naprawdę wiele serca. Próbowałem różnych kanałów, docierałem do ówczesnych polityków. Podobnie ojciec Jarka, którego osobiście poznałem i mogę powiedzieć, że potężnie na mnie wpłynął. To był wyjątkowo błyskotliwy, uczciwy, mądry, dobry Polak, postać naprawdę niezwykła.

Kiedyś w prywatnej rozmowie powiedział mi, że miał wiele momentów, kiedy chciał się już wyzwolić z tego ciężaru, jakim był dla niego i dla jego całej rodziny fakt, że nie mogli pochować ciała Jarka. Opowiadał mi swój sen, pojawił się w nim Jarek i powiedział: „Tato, dlaczego mi to robisz?”

Wstrząsające…

No i w zasadzie w pewnym momencie dokonał przełomu, że przestało to być elementem rozgrywania dziennikarzy przez służby. To pokazuje w jakim świecie żyliśmy i że naprawdę wtedy służby manipulowały tym procesem, wpływały na całe środowisko. Pamiętam, że po jednym z tekstów opublikowanym w „Poznaniaku” przez jednego z najważniejszych dziennikarzy, który prowadził sprawę Jarka, wytoczył nam proces ówczesny PKS.

PKS? Państwowa Komunikacja Samochodowa?

Ta sama. Potem dostałem teczkę z danymi, kto zasiada w radzie tego przedsiębiorstwa, która próbowała nas rozjechać prawnie. No i się okazało, że to praktycznie cały kwiat ubecji. To było naprawdę przerażające doświadczenie.

Rozjechali?

Skończyło się ugodą z nimi. Ale postacie, które się wtedy tam pojawiały w tle, są aktywne politycznie po dziś dzień…

Odrzucało to wszystko Pana od zawodu?

 Było wiele takich spraw. Bardzo mnie zainteresował np. człowiek, który zaistniał na „jedynce” „Gazety Wyborczej”, a który był oskarżony o to, że mataczył w procesach m.in. ks. Jerzego Popiełuszki czy Grzegorza Przemyka. Ja skorzystałem ze swoich kontaktów i dostałem dossier tego człowieka. Okazało się, że to był pułkownik SB, którego Jaruzelski ustawił w KC i on odpowiadał m.in. za „Gazetę Wyborczą”. A „Wyborcza” opublikowała na „jedynce” tekst broniący tego człowieka. Krótki, ale jednak.

Pamiętam też tekst, który opublikowaliśmy, a z którego jestem – może złe słowo dumny – ale uważam, że robiliśmy rzeczy, których nikt nie robił. Mianowicie materiał poświęcony wszystkim mordercom ks. Popiełuszki, pokazujący, co oni w momencie publikacji robili, gdzie byli. Dotarliśmy do wszystkich.

Do Grzegorza Piotrowskiego też?

Tak. I on nie chciał się początkowo zgodzić na rozmowę z nami. Okazało się, że wtedy niezgodnie z prawem siedział sobie w domu, mimo, że nadal był skazany. Takie to były czasy. I pod presją, że my to ujawnimy, zgodził się na spotkanie z nami. Od telefonu do spotkania upłynął kwadrans. To było w centrum Łodzi. Najpierw podjechał samochód, wyskoczyło kilku facetów, obszukali dziennikarza, odjechali i wtedy dopiero pojawił się on. Dla kogoś to może być dziś nieprawdopodobne, ale tak właśnie było. I to są lata 90. To jest ówczesna Rzeczpospolita, Kto nie doświadczył, ten nie zrozumie.

Pański wyjazd do Armenii, to trochę jak wyjście Hobbita za próg domu. Od tego momentu zaczęło się jeżdżenie na najtrudniejszy front dziennikarski.

 Ale to nie tylko Wschód, bo jednocześnie ciągle fascynowała mnie np. kwestia Niemiec. Widziałem pękanie muru berlińskiego, a później zjednoczenie Niemiec. Napisałem wówczas tekst, który diametralnie odbiegał od większości ówczesnych materiałów prasowych na świecie. Ja byłem przerażony tym, co tam zobaczyłem. To była fala skrajnej emocji, która aż buchnęła. Obserwowałem tłum, który naparł na podwyższenie, stojący na nim politycy zaczęli uciekać, potem obrzucono kamieniami tych, którzy weszli na górę i próbowali jakieś inne akcenty podkreślać. Bardzo ciekawe poczucie takiej nagłej niebezpiecznej potęgi. Byłem wtedy naprawdę zaniepokojony i pomyślałem sobie: „Będą w przyszłości problemy z Niemcami”.

Raczej się Pan nie pomylił…

Cóż… widzimy, w jaki sposób Niemcy podchodzą dzisiaj do nas i do reszty Europy. Ale już wtedy można było odczuć, że mierzą bardzo wysoko i że się poczuli bardzo silni.

I to jest ten jeden wektor, a z drugiej strony rzeczywiście Rosja, która w którymś momencie mnie zafascynowała. Pierwszy wyjazd na Kaukaz, te niezwykłe kościoły, nieprawdopodobna wręcz tradycja religijna. I obserwacja czegoś, co za chwilę eksploduje, czyli Nagorno-Karabach. Pękający Związek Radziecki. W Armenii zaproszono mnie na spotkanie Komunistycznej Partii Armenii. Ja mówię im, że to nie jest dobry pomysł, a oni na to: „Spokojnie, daj nam czas”.

Warto było pójść?

Okazało się, że pod płaszczykiem tego partyjnego spotkania, tworzy się tak naprawdę ruch patriotyczny i narodowy. To był tylko taka przykrywka.

Zjechałem wówczas trochę Rosję. Byłem z kolegą w żydowskim okręgu autonomicznym, rzuconym gdzieś nad Amur, w okolicach Chabarowska. Po dziś dzień ta enklawa zresztą istnieje. Poznałem także wspólnotę starowierców, funkcjonującą gdzieś głęboko w dziewiczej przyrodzie. Dzięki takim obrazom spojrzałem na Rosję zupełnie inaczej. Byłem też w więzieniu.

Przepraszam, gdzie?!

Mogłem wejść tam na chwilę i byłem chyba jednym z pierwszych dziennikarzy, którzy w tamtym okresie widzieli od środka, jak to wygląda. Rosyjscy koledzy dziennikarze ostrzegali, że postępuję bardzo nierozważnie, że to jest niebezpieczne. Ale ja korzystałem z okazji, że upadający kolos nie panuje już nad szczelnością systemu. Byłem przy tym bezczelny, dzięki czemu udawało się załatwiać pewne z pozoru niemożliwe rzeczy. Pamiętam jakie przerażenie wywołałem w lokalnych strukturach KGB, kiedy przychodziłem do nich parokrotnie z postulatem: jestem dziennikarzem z Polski i chcę rozmawiać z szefem tutejszego KGB.

Rzeczywiście, bezczelny Pan był…

I każdego dnia słyszałem grzeczną odmowę, że to jest z jakichś powodów dzisiaj niemożliwe. Oni zupełnie nie wiedzieli, co się dzieje. Co to za facet? A ja konsekwentnie dzień w dzień tam chodziłem. Któregoś dnia poszedłem na koncert zespołu rockowego „Sankt Petersburg”. Podeszło do mnie dwóch smutnych facetów w długich płaszczach ze skóry. No już bardziej typowych agentów nie można sobie wyobrazić. Jeden z nich mnie poklepał, wyciągnął kciuki do góry i mówi, że Jelcyn został wybrany. No i tak się dowiedziałem o historycznej zmianie na Kremlu.

O, to z najlepszego źródła.

Z najlepszego źródła, tak. Ale równocześnie „trzepali” moje ciuchy w hotelu, nie wiedząc naprawdę kim jestem i co mają o mnie sądzić. Poznawałem zatem Rosję w bardzo dziwnym momencie dziejowym.

Ten rozpad wisiał w powietrzu. Kotłowało się to ogromnie. Przerażeni ludzie, zastanawiający się: poleje się krew czy Sojuz rozpadnie się bezboleśnie? Pocieszałem ich, że i bezboleśnie i że się rozpadnie. Mówiłem też Rosjanom, że Ukraina od nich odejdzie.

I jak na to reagowali?

 Wzruszali ramionami. Mówili, że Litwa, Łotwa, Estonia, a poszli, paszoł won. Ale Ukraina to jak chyba na łeb upadłem, durak, niemożliwe.

Prawie udało się bezkrwawo, ale jest przecież jeszcze Czeczenia… Tam został Pan korespondentem wojennym…

To znaczy tych wszystkich wojen, które toczyły się na terenie byłego Związku Sowieckiego jest tyle, że mało ludzi sobie z tego zdaje sprawę. Tego naprawdę było dużo – w Tadżykistanie, w Kirgistanie, Osetii, Inguszetii, Gruzji czy Mołdawii. I oczywiście Nagorno-Karabach, który oglądałem z bliska.

Co Pan z tego zapamiętał?

 Pierwsze oddziały powstawały spontanicznie przed operą w Erywaniu i stamtąd autobusy jechały na granicę, żeby wspomagać walczących Ormian. No i ja z kolegą weszliśmy do takiego autobusu i pojechaliśmy nad granicę. To była absolutnie pierwsza faza konfliktu, to się dopiero zaczynało. I chodziliśmy po kołchozie, w którym jedna z ulic stanowiła granicę między Armenią a Azerbejdżanem.

Okopy, ludzie wyciągający jakieś spluwy sprzed chyba stu lat, siedzący tam i odlewający kule niczym nasi powstańcy w czasach zaborów. Niesamowicie to wyglądało.

A krajobraz po trzęsieniu ziemi w Armenii?

Pamiętam taką niezwykłą scenę. Poznaliśmy Ormianina, który podobno miał jakieś koneksje rodzinne z Polakami w którymś pokoleniu. On po tym trzęsieniu ziemi został tylko w ortalioniku, w lakierkach, w białej koszuli. Ogrzewał się przy ognisku. Któregoś dnia oprowadził nas po mieście i między innymi pokazał swoje mieszkanie w bloku dziesięciopiętrowym, który się poskładał na wysokości półtora metra. Widziałem, że bardzo to przeżywa. Podszedłem do niego, a on pokazał ślad krwi po swojej córce, która zginęła w tym miejscu…Rok później znowu tam pojechaliśmy. Nadal w centrum miasta były sterty gruzu. Ale dowiedzieliśmy się, że otwierany jest pierwszy kościół wybudowany od czasów rewolucji na terenie całego Związku Sowieckiego. Blaszak, ale jednak.

Historyczny moment.

Bez wątpienia tak. W każdym razie cały ówczesny Związek Sowiecki, Rosja i tamci ludzie wywarli we mnie jakiś trwały ślad. Zyskałem, myślę, nie tylko taką książkową wiedzę na temat Rosji.

To co Pan wtedy widział, teraz się przydaje?

Tak, bo zrozumienie pewnej dynamiki wspólnot jest bardzo istotne, żeby nie popełniać rażących błędów. Żeby mniej więcej próbować zrozumieć myślenie innych. W Rosjanach jest to potężne rozdwojenie między tym, jacy są na co dzień w kontaktach, a zarazem jak funkcjonują w ramach np. armii. Z jednej strony tacy serdeczni, wrażliwi a z drugiej bardzo brutalni i bezwzględni. Dzięki tym podróżom wiem też, jak duża jest przepaść między Rosją kontynentalną, a Rosją zauralską, syberyjską. To są inni ludzie, inna konstrukcja, inny rodzaj tożsamości. I jest dla mnie wyobrażalne, że Rosja może powstać tam jako coś odrębnego od tej części europejskiej.

Był Pan też w Afganistanie.

Afganistan, który ja widziałem, był miejscem, z którego Rosja już wyprowadzała swoje główne siły, choć Moskwa nadal wspierała reżim Nadżibullaha. I na przykład sposób zorganizowania i zbudowania systemu nadzoru w Kabulu, czyli te strefy rosyjskie, bunkry, posterunki, pozostają do dziś niezmienne. Dokładnie taką samą architekturę później widziałem w Czeczenii i to samo w tej chwili robią na Ukrainie.

Płacił Pan cenę za te wojenne wyprawy?

Rzeczywiście był taki moment, kiedy nie wiedziałem, czy wyjdę żywy. Oceniałem wtedy, że jest mniej niż połowa szansy na to, że przeżyję. Mówię o sytuacji, gdy byłem w samym centrum Groznego podczas wojny. Siedziałem w pałacu prezydenckim, czyli w epicentrum wydarzeń. Budynku bronił oddział Szamila Basajewa, w środku był także Asłan Maschadow późniejszy prezydent Czeczenii, ówczesny szef całej obrony. Od jednej strony budynek stał dosłownie bokiem do ulicy, a po drugiej stronie ulicy były oddziały rosyjskie. Całości otoczona przez kilka tysięcy żołnierzy. W pewnym momencie Rosjanie rozpoczęli kolejny szturm i rzucili dwie bomby głębinowe. Jedna z nich spadła z 8 metrów od miejsca, gdzie ja siedziałem.I naprawdę strzały były tak blisko, że myślałem, że w każdej chwili jedna ze ścian bocznych zostanie rozbita i wpadną żołnierze rosyjscy i będzie „rozwałka”.

Pojawiły się myśli ostateczne?

Byłem przekonany, że Czeczeni będą bronić tego budynku do końca. Zacząłem dialog z jednym z nich i mówię: no to co, tu zginiecie? A on na to: nie, to Ruscy, tacy idioci sądzą, że my nie szanujemy życia.

Byłem tam dosłownie do ostatniej chwili obrony pałacu, ale przez ten czas – od uderzenia bomb do wyjścia – tkwiłem jakby w jakimś międzyczasie. Sądziłem, że w tym miejscu kończy się moja droga życia. I wtedy pomyślałem, że mam ogromne zobowiązanie wobec swoich bliskich i wielki żal, że postawiłem swoje życie ponad życie rodziny. A mam kochaną żonę, kochane dzieci. To było takie doświadczenie, że chyba za bardzo stałem się egoistą. Bo wojna wciąga, naprawdę wciąga.

Wciąga?!

 Proszę mi wierzyć, że tak. W którymś momencie stwierdziłem, że nie boję się wojny i nie ma we mnie żadnej blokady przed ryzykiem. A to znaczyło, że nie jestem rozsądny. Wojna naprawdę potężnie pobudza. Ta siła emocji, te nagłe zmiany, proste rozgraniczenia: przyjaciel – wróg. To powodowało, że kiedy wracałem do domu, to coraz ciężej było mi żyć codziennością. Coraz mniej byłem w stanie zrozumieć zwykłe, codzienne problemy. Wydawały mi się jakieś niepojęte w stosunku do tych ludzi zabijanych, tych potężnych emocji i wszystkiego tego, co jest istotą wojny.

To już był silny sygnał ostrzegawczy…

Ja naprawdę wtedy wierzyłem, poza wszystkim innym, że ci dziennikarze, którzy stawiają swoje życie na szali, są dużo bardziej wiarygodni. Z tym wiązała się też kwestia upadku dziennikarstwa, którą obserwowałem. I w związku z tym istniała też jakaś potrzeba, żeby w sobie zbudować czy odbudować zawodowy etos.

Dla mnie zawód dziennikarza był i jest wielką misją. Nieprzeliczalnym na żadne pieniądze. To zresztą jakoś dziwnie łączy sprawę Jarka Ziętary z tymi dziennikarzami, którzy się zajmują wojnami.

W jakim sensie?

 Jeśli się stawia swoje życie na szali, to chce się uzyskać u ludzi jakąś większą wiarygodność, udowodnić, że jednak ten zawód jest potrzebny. Na takim absolutnie podstawowym poziomie. i jest we mnie po dzień dzisiejszy świadomość, że jednak jakiekolwiek zbratanie się dziennikarza z władzą nie jest właściwe. A władza bywa różna. Władza może też chcieć wyeliminować dziennikarza, bo jak to kiedyś napisałem, najlepszą formą cenzury jest śmierć, zabicie dziennikarza. I Jarek prawdopodobnie został zamordowany właśnie z tego powodu. A na wojnie także jedna i druga strona nie do końca chce, żeby istniała pamięć, żeby pewne wydarzenia, historie i fotografie zostały utrwalone. Bo generalnie wojny są nieludzkie.

To zostaje w człowieku?

Zostaje. To wszystko co widziałem, czego doświadczyłem, sytuacje, w których byłem na krawędzi, że albo będę żył albo nie, tego było naprawdę dużo. Na tyle dużo, że śmierć wówczas stała się dla mnie takim elementem bardzo oczywistym. Ale z drugiej strony to wszystko głęboko zostało. I to jest taki rodzaj doświadczeń, który jest nieprzekładalny na język. Nawet gdyby człowiek próbował, to chyba nie ma sensu wyjaśniać, opowiadać. To jest ta strefa, która zostaje do końca w człowieku z pewnymi wspomnieniami, doświadczeniami.

Pamiętam jedną scenę – tak tytułem puenty – siedzący, smutny Szamil Basajew. On mnie traktował jako przyjaciela, ja jego też, choć to był skomplikowany typ przyjaźni.

I on mi wtedy powiedział: „Wiesz, mam przeświadczenie, że niczego nie mam.  Wszystko, co jest ze mną, to tyle, ile w moim samochodzie. Jestem człowiekiem, który za chwilę zginie. I wiem, że tak będzie”. A kiedy już u nas, w normalnym świecie jadłem obiad w knajpie, usłyszałem komunikat, że Szamil zginął…

Mamy już w zasadzie dramatyczną puentę, ale mogę jeszcze chwilę?

Proszę…

…kondycja dziennikarstwa dziś…?

Bardzo lubiłem zajęcia ze studentami dziennikarstwa. I miałem genialnych młodych ludzi, którzy świetne teksty pisali. Ale popełniłem pewien błąd. Mianowicie dałem im do analizy teksty napisane przez człowieka i przez bota.

Ojej, niedobrze…

I oni nie wiedzieli, który tekst jest dziełem człowieka. Poczuli się zagubieni, odebrałem im pewność. Bo to co jest najbardziej dramatyczne, to fakt, że świat algorytmów i cyfr jest, póki co, całkowicie pozbawiony tego, co dla mnie jest kluczem w tym zawodzie, czyli etyki. Dziennikarz może zniszczyć, zabić słowem. Jeśli nie ma w sobie hamulca moralnego, nie ma w nim poczucia wagi zawodu, tylko wykonuje go ot tak, jak każdy inny, to jest to wyjątkowo niebezpieczne. A w tej chwili coraz więcej gazet i czasopism posługuje się botami. I coraz więcej tego typu tekstów sąsiaduje z tekstami dziennikarzy.

I to jest największe zagrożenie, że widzimy świat, który jest wyprany zupełnie z duchowości, wyprany z etyki, który zaczyna miażdżyć i niszczyć moralną perspektywę funkcjonowania dziennikarzy.

Bolesna diagnoza…

Ja już pomijam to, co się stało i dzieje się w naszej realnej rzeczywistości w Polsce, jeśli chodzi o dziennikarzy, ale w tym zawodzie naprawdę kiedyś chodziło o „Coś”. Każdy człowiek był osobną historią do napisania. I ta próżnia etyczna się rozprzestrzenienia, stanowiąc potężne zagrożenie dla tych wszystkich, którzy ten zawód traktowali i traktują nadal jako misję.

Otrzymał Pan laur Wielkopolskiego Oddziału SDP. Nadal wielu widzi w Panu dziennikarza…

No, z tego się nie wyrasta. Jeśli traktuje się ten zawód właśnie jako misję, to duszę dziennikarza ma się chyba do śmierci. Więc to zostało we mnie, chęć rozumienia, oglądania, ratowania od zapomnienia tych wszystkich ludzi, których spotykam. Przecież to jest niekończąca się historia. Każdy z nich ma coś ważnego do powiedzenia i każdy jest osobną historią. I w związku z tym ciągle jeżdżę, patrzę i zadaję sobie pytanie: kim jest ten człowiek, jaką tajemnicę nosi, co chce mi powiedzieć? To zawsze będzie fascynujące.

 

 

Prof. Piotr Grochmalski, wieloletni dziennikarz pracował m.in. w dwutygodniku „Nadodrze” i tygodniku „Wprost” W pierwszej połowie lat 90. pełnił funkcję redaktora naczelnego tygodnika „Poznaniak”. Był korespondentem wojennym „Rzeczpospolitej”, „Głosu Wielkopolskiego” i „Radia Merkury” w Afganistanie, Armenii i Czeczenii. Obecnie wykładowca akademicki i naukowiec, ekspert do spraw wojskowości i Wschodu.

 

CMWP SDP w obronie wolności słowa i wolności wypowiedzi dla biskupów

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko próbom cenzurowania homilii i wypowiedzi osób duchownych, jakie podejmuje Ministerstwo Spraw Zagranicznych poprzez skierowanie listu dyplomatycznego do Watykanu z manipulacyjnym przedstawieniem treści wystąpień religijnych dwóch biskupów w czasie tegorocznej pielgrzymki Rodziny Radia Maryja na Jasną Górę. List zawiera także groźby pod ich adresem i wnioski o ukaranie biskupów przez Stolicę Apostolską, a w swojej treści jest zaprzeczeniem rzetelnej relacji z wydarzenia, narusza zasadę rozdziału Kościoła od państwa i uderza w wolność wyznawania  religii.  List ten jest także przykładem  drastycznego naruszenia zasady wolności słowa fundamentalnej dla każdego demokratycznego państwa. 

15 lipca b.r. Ministerstwo Spraw Zagranicznych poinformowało, że ambasador Polski przy Stolicy Apostolskiej wręczył szefowi protokołu dyplomatycznego Watykanu „demarche”, czyli pismo, w którym strona polska wyraża oburzenie „niedopuszczalnymi” wypowiedziami biskupów Długosza oraz Meringa”. Ma to być reakcja na wypowiedzi hierarchów kościelnych  z dnia 11 oraz 13 lipca, które godzą w zapisy Konkordatu podpisanego 28 lipca 1993 r. między Stolicą Apostolską a RP” – czytamy w piśmie MSZ.  Ministerstwo oburza się tym, iż biskup Antoni Długosz „publicznie poparł Ruch Obrony Pogranicza Roberta Bąkiewicza”, a dwa dni później biskup Wiesław Mering stwierdził, że „rządzą nami ludzie, którzy określają się jako Niemcy”, a „jak świat jest światem– mówił w XVII wieku jeden z polskich poetów Wacław Potocki,  Niemiec nie będzie bratem Polaka”. Według MSZ takie wypowiedzi hierarchów, którzy  – cyt. działając jako przedstawiciele Konferencji Episkopatu Polski i tym samym reprezentujący Kościół katolicki, podważają dobre stosunki polsko-niemieckie, oczerniają rząd i oznaczają wyraźne poparcie dla środowisk nacjonalistycznych”.
List jest zdumiewającym przykładem nadinterpretacji i  manipulacji opartej na wyrwanych z kontekstu zdaniach. Zawiera  także  błędy merytoryczne , przykładowo nie istnieje bowiem Ruch Obrony Pogranicza (na zachodniej granicy w Polsce działa obecnie Ruch Obrony Granic), a biskupi w swoich homiliach nie reprezentują Konferencji Episkopatu Polski, błędnie podana jest także data jednego z wystąpień. Tymczasem biskupi mają prawo jak wszyscy polscy obywatele komentować sprawy publiczne i analizować działania polityków w oparciu o wartości, którymi kierują się w swoim życiu. Odbieranie im tego prawa, próba karania ich za wygłaszane publicznie treści to nieakceptowalna w demokratycznym państwie cenzura wypowiedzi publicznych, szczególnie bulwersująca przez to, że dotyczy osób, których prawo do swobody wypowiedzi w miejscach kultu religijnego gwarantuje także zasada wolności religii i wyznania, wyrażona w Konstytucji.

CMWP SDP przypomina także , iż zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, iż Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice. Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pismem lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru. Ponadto zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPCz), wolność słowa dotyczy nie tylko prawa do informacji lub opinii nieobraźliwych lub neutralnych, ale nawet tych, które są obraźliwe, szokujące lub niepokojące.

CMWP SDP podkreśla przy tym stanowczo, iż  homilia biskupa Wiesława Meringa i rozważania w czasie Apelu Jasnogórskiego  biskupa Antoniego Długosza są zgodne z powszechnie przyjętymi zasadami  wygłaszania publicznych wypowiedzi osób duchownych.  Z definicji mogą one mieć  charakter subiektywny,  wyrażają punkt widzenia autorów, którzy poruszają i komentują aktualne tematy społeczne zwracając także uwagę na negatywne (w ich ocenach) zjawiska w życiu codziennym. Jest rzeczą zdumiewającą i wyjątkowo bulwersującą, gdy w państwie prawa urzędujący minister nawołuje do  karania kogokolwiek  za opinie, które ta osoba głosi zgodnie z zasadami profesjonalizmu charakterystycznego dla swojej funkcji. Dotyczy ono także wypowiedzi kościelnych hierarchów, którzy mają prawo  przedstawiać nawet trudno akceptowalne, czy rozbieżne opinie na dany temat  i bronić w ten sposób państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP) oraz prawa każdego do wolności wypowiedzi i własnych poglądów.

                                                                                                 dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP

Warszawa, 26 lipca 2025

PREZES SDP o skazaniu RED. DUKLANOWSKIEGO: dowód na to, jak stronnicze bywają sądy w Polsce

Prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich ostro o wyroku sądu, który skazał red. Tomasza Dulanowskiego za ujawnienie tzw. afery kopertowej obciążającej  b. marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego senatora z PO:  „(… kiedy my poważnie traktujemy naszych rozmówców, ludzi, którzy z zaufaniem się do nas zwracają i publikujemy ich relacje, potem zostajemy za to karani. (…) To jest dowód na to, jak stronnicze bywają sądy w Polsce powiedziała Hajdasz Niezależnej.pl, co przekazała również TV Republika.

Portal Niezależna.pl podał szczegółowe informacje o wyroku wobec dziennikarza, b. szefa Radia Szczecin i publicystę Gazety Polskiej Tomasza Duklanowskiego. „Sąd Okręgowy w Warszawie uznał w piątek Tomasza Duklanowskiego częściowo za winnego zarzucanego mu zniesławienia (art. 212 Kk). Dziennikarz został skazany na karę grzywny w wysokości 300 stawek dziennych (o wartości 40 zł każda) oraz zobowiązany do zapłaty nawiązki w wysokości 8000 zł. Duklanowski ma ponieść także większą część kosztów procesu. Chodziło o publikacje na temat tzw. „afery kopertowej” w szpitalu Szczecin-Zdunowo. Zdaniem wielu pacjentów oraz ich rodzin, cytowanych przez dziennikarza, lekarz miał przyjmować od nich korzyści majątkowe” – napisała Niezależna.pl. Publikacje dotyczyły czasu, kiedy dyrektorem szpitala był prof. Tomasz Grodzki, późniejszy senator i marszałek Senatu.

Wyrok odbił sie szerokim echem w środowsku dziennikarskim. Zaprotestowała prezes SDP i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP Jolanta Hajdasz. „Okazuje się, że kiedy my poważnie traktujemy naszych rozmówców, ludzi, którzy z zaufaniem się do nas zwracają i publikujemy ich relacje, potem zostajemy za to karani. I to tak, żeby nam się odechciało kiedykolwiek takimi sprawami zajmować. To jest dowód na to, jak stronnicze bywają sądy w Polsce i jak wiele trzeba, żeby cokolwiek się tutaj zmieniło – podkresliła Hajdasz w rozmowie z Niezalezna.pl.

Portal przypomniał kim jest sędzia, która wydała wyrok na Duklanowskiego. „Sędzia Iwona Ramotowska, która skazała red. Tomasza Duklanowskiego, w przeszłości podpisała się pod listem poparcia dla sędziego Igora Tuleyi oraz jest członkiem organizacji zbliżonej do Iustitii – Stowarzyszenia Sędziów Apelacji Warszawskiej NIKE” – napisała Niezależna.pl.

 Prezes SDP podkreśla, że wyrok na Duklanowskim jest wyrazem Ze sprawiedliwym procesem, z poczuciem sprawiedliwości, z wolnością słowa nie ma to nic wspólnego. Ten wyrok jest tak skandaliczny, że brak mi słów, aby w parlamentarny sposób się do niego odnieść – powiedziała Hajdasz „Dziennikarz dochował należytej staranności, dziennikarz działał w interesie społecznym i został skazany. Mało tego, przecież w sprawie, której dotyczyła ta publikacja były marszałek senatu Tomasz Grodzki, były dyrektor szpitala w Szczecinie schował się za immunitetem. Nie zrzekł się go nigdy i nie pozwolił by niezależny sąd wypowiedział się na temat stawianych mu zarzutów” – dodała prezes SDP cytowana przez Niezależną.pl i TV Republika.

red. – Niezależna pl./ TV Republika

 

 

 

 

 

 

 

Walne Zgromadzenie Europejskiej Federacji Dziennikarzy w Budapeszcie o sytuacji w polskich mediach

Z inicjatywy  Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wszyscy delegaci Walnego Zgromadzenia Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EFJ), jakie obradowało w dniach 2-3 czerwca w Budapeszcie, otrzymali blisko 100 stronnicowy Raport Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w języku angielskim na temat kryzysu mediów publicznych w Polsce. Zostali też poinformowani o tym, iż SDP  uznało, iż obecny rząd w Polsce niszczy media publiczne oraz tłumi swobodne i niezależne funkcjonowanie mediów prywatnych, które prezentują opozycyjny wobec rządu punkt widzenia.   

Towarzystwo Dziennikarskie (TD)  zrzeszające  media sprzyjające rządowi Donalda Tuska złożyło własny projekt uchwały, w której delegaci EFJ apelują  do nowo wybranego prezydenta Polski o przyspieszenie uchwalenia ustawodawstwa medialnego wdrażającego reformy zgodne z Europejską Ustawą o Wolności Mediów (EMFA) UE i długoletnimi wytycznymi Rady Europy dotyczącymi wolności mediów. Delegacja  SDP głosowała przeciw tej uchwale.

link do Raportu KRRiT  w wersji angielskiej i polskiej poniżej:

Crisis_situation_of_the_public_service_media_in_Poland

Stan_kryzysowy_mediów_publicznych_w_Polsce

„Nie możemy zaakceptować uzasadnienia do tej uchwały, jest ono stronnicze i wyjątkowo tendencyjnie przedstawia  sytuację mediów w Polsce” – powiedział w imieniu delegacji SDP Mariusz Pilis, wiceprezes Stowarzyszenia i delegat na Zjazd EFJ.

Towarzystwo Dziennikarskie popiera „środki obejściowe”, czyli medialny zamach stanu

Wybory prezydenckie w Polsce oznaczają „nowe otwarcie” dla procesu legislacyjnego dotyczącego mediów. Dotychczas postęp był powolny po ustanowieniu nowego demokratycznego rządu w 2023 r. po tym, jak ustępujący prezydent zasygnalizował niechęć do zatwierdzenia nowych przepisów uchwalonych przez reformatorską większość w parlamencie. Groźba weta prezydenckiego zmusiła rząd do przyjęcia, czasami kontrowersyjnych, choć legalnych, środków obejściowych w celu powstrzymania najgorszych nadużyć ich poprzedników w dziedzinie mediów – czytamy w przygotowanej przez Towarzystwo Dziennikarskie uchwale. Na forum EFJ prezentował je Krzysztof Bobiński.

Nowe ustawodawstwo medialne musi służyć ustanowieniu pluralistycznego, bezstronnego i zrównoważonego ekosystemu medialnego w Polsce i chronić przed powrotem polityk wdrożonych w latach 2016-2023 przez poprzedni rząd kraju, który przekształcił media publiczne w bezwstydną tubę propagandową i starał się wywierać presję na media prywatne, aby uciszyły krytykę polityki partii rządzącej. Głównym celem nowego ustawodawstwa Polski musi być zakończenie ingerencji politycznej w media publiczne i zapewnienie, że relacje informacyjne i bieżące treści medialne będą wolne i niezależne od nacisków zewnętrznych. Taki reżim, w którym prawo społeczeństwa do wiedzy jest respektowane, jest niezbędny, jeśli demokracja ma zostać zachowana, a dezinformacja, zagraniczna manipulacja informacją i ingerencja w wybory mają zostać wyeliminowane – napisano w przyjętej prżez delegatów EFJ uchwale na temat sytuacji mediów w Polsce.

SDP protestuje!

Delegacja Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich konsekwentnie prostowała zawarte w projekcie nieścisłości i manipulacje, ale formuła Zjazdu Europejskiej Federacji Dziennikarzy praktycznie wyklucza dyskusję na sali plenarnej  na temat treści uchwał i ich nową redakcję. EFJ przegłosowała tę kontrowersyjną na temat Polski uchwałę.

W imieniu Towarzystwa Dziennikarskiego Krzysztof Bobiński przygotował także Apel o wsparcie przez UE  polskiego Międzynarodowego Centrum Mediów (MCAA) utworzonego na bazie „istniejącej wcześniej  białoruskojęzycznej stacji telewizyjnej Belsat TV”, pierwotnie – jak napisano – skierowanej do widzów w tym kraju.

TD nie rozumie, co to dawna TV Biełsat?

Funkcjonujące w TVP S.A. w likwidacji. MCAA nadaje obecnie w języku białoruskim, rosyjskim i ukraińskim do wschodnich sąsiadów kraju, a także w języku angielskim – czytamy w uchwale. Towarzystwo Dziennikarskie  nie uwzględniło  w swoim projekcie tego, iż  apeluje do Unii Europejskiej w imieniu polskich władz, które same swoimi działaniami stale niszczą dorobek TV Biełsat.  SDP głosowało przeciwko tej uchwale.

W sumie delegaci przyjęli blisko 30 różnego rodzaju uchwał na temat różnej  sytuacji mediów  w poszczególnych krajach w Europie.  Zjazd obradował w Budapeszcie w dniach 2-3 czerwca 2025 r. , uczestniczyło w nim blisko 120 delegatów i obserwatorów, reprezentujących 57 związków i stowarzyszeń dziennikarzy z 38 krajów. EFJ nigdy wcześniej nie odnotowało tak dużej frekwencji – poinformowali organizatorzy Zjazdu.

Wyższe składki EFJ

W trakcie Zjazdu delegaci przegłosowali zmianę sposobu naliczania składki członkowskiej EFJ. SDP było przeciw tym zmianom, gdyż są one niekorzystne dla organizacji dziennikarskich w średnich i małych krajach. W Polsce do EFJ należą trzy organizacje dziennikarskie – SDP, SDRP i TD. SDP płaci składki do EFJ od około połowy  swoich członków,  czyli dokładnie od 1202 osób, TD płaci składki od 119 osób . SDRP zgłosiło  360 członków, ale ze względu na zaległości w opłacaniu składek nie mogło uczestniczyć w tegorocznych obradach.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich  na zjeździe w Budapeszcie reprezentowali Mariusz Pilis, wiceprezes SDP (w randze delegata, z  prawem 3 głosów w imieniu SDP  w czasie obrad)  oraz  Jolanta Hajdasz , prezes SDP i Hubert Bekrycht , sekretarz generalny SDP w charakterze obserwatorów.

 

Różne perspektywy obrony mediów w Europie – w Budapeszcie rozpoczął się kongres Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (EFJ)

CMWP SDP przeciwko nierzetelności dziennikarskiej i nieuczciwej walce politycznej w mediach przed II turą wyborów

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo potępia sposób opisywania przez portal Onet rzekomej działalności sutenerskiej kandydata na prezydenta Karola Nawrockiego i apeluje do mediów oraz dziennikarzy o rzetelność i uczciwość w opisywaniu tego artykułu i reakcji na tę publikację. Moment publikacji tych insynuacji – końcówka II tury wyborów prezydenckich sprawia, że artykuł w/w portalu jest jedynie elementem wyjątkowo bulwersującej i nieuczciwej kampanii wyborczej, dlatego CMWP SDP apeluje do mediów i dziennikarzy o szczególną ostrożność przy wyjaśnianiu tego tematu.

CMWP SDP przypomina, iż materiały dziennikarskie oparte na wypowiedziach anonimowych i niewiarygodnych osób oraz brak jakichkolwiek dowodów publikowanych oskarżeń sprawiają, iż są one przede wszystkim insynuacjami naruszającymi dobra osobiste pomawianej osoby i kwalifikują się na proces zarówno cywilny jak i karny.

26 maja b.r. portal Onet na podstawie wypowiedzi anonimowych dwóch rzekomych znajomych jednemu z dwóch walczących o prezydenturę kandydatów na prezydenta opublikował artykuł, w którym zarzucił Karolowi Nawrockiemu, iż pracując jako ochroniarz w Grand Hotelu w Sopocie uczestniczył w procederze sprowadzania prostytutek dla gości. Kandydat na prezydenta nie może wyjaśnić tych zarzutów w trybie wyborczym, ponieważ materiał prasowy nie stanowi „agitacji wyborczej” w rozumieniu Kodeksu wyborczego, dlatego Karol Nawrocki mógł jedynie zapowiedzieć złożenie pozwu w trybie cywilnym o ochronę dóbr osobistych oraz prywatnego aktu oskarżenia w trybie karnym w związku z tą publikacją.

W publikacji portalu Onet szczególnie bulwersujący jest czas, w jakim ukazuje się w/w publikacja. Tekst publikowany jest zaledwie 4 dni przed ciszą wyborczą, czyli już wtedy, gdy  nie ma możliwości zweryfikowania insynuacji w niezależny sposób, nie ma bowiem możliwości sądowego przesłuchania anonimowych informatorów Onetu, ani innych osób, które mogłyby odnieść się do stawianych zarzutów. Warto przy tym przypomnieć, że właścicielem tabloidu jest niemiecko-szwajcarski  koncern Ringer Axel Springer, który swoimi publikacjami w sposób będący zaprzeczeniem zasad etycznego dziennikarstwa po raz kolejny usiłuje ingerować w bieżącą politykę w Polsce. W ten sam sposób na finiszu kampanii prezydenckiej w 2020 roku należący do tego samego koncernu tabloid Fakt tuż przed kluczowym głosowaniem zaatakował równie ohydnymi insynuacjami ubiegającego się o reelekcję prezydenta Andrzeja Dudę. Wówczas również protestowało przeciwko temu CMWP SDP.

Protest CMWP SDP przeciwko manipulacjom tabloidu Fakt na temat ułaskawienia przez Prezydenta mężczyzny, który odsiedział wyrok za pedofilię

CMWP SDP przypomina, iż wolność mediów w każdym przypadku nakłada na dziennikarzy i wydawców odpowiedzialność za treść przekazu oraz wynikające z nich konsekwencje i apeluje do mediów i dziennikarzy o rzetelność przy wyjaśnianiu insynuacji Onetu.  CMWP SDP przypomina także, iż tendencyjne przedstawianie wszelkich problemów społecznych jest manipulacją, która wprowadza w błąd odbiorców mediów. Takie działanie zagraża wolności słowa i psuje debatę publiczną. W demokratycznym kraju nigdy nie powinno mieć miejsca.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

prezes SDP

 

Warszawa, 27 maja  2025 r.

W TRYBUNALE KONSTYTUCYJNYM o koronacji Bolesława Chrobrego i władzy sądowniczej RP + GALERIA zdjęć

W demokratycznym państwie prawnym niedopuszczalne jest tworzenie jakichkolwiek norm prawnych przez organy,  którym tego rodzaju kompetencje nie zostały przekazane przez suwerena, jakim jest naród  i których naród nie może przynajmniej pośrednio kontrolować.  Samodzielne prawodawstwo w sprawach ustrojowych jest atrybutem suwerennego państwa –  napisał prezydent Andrzej Duda w liście do uczestników konferencji zorganizowanej 8 maja 2025 r. przez Prezesa Trybunału Konstytucyjnego Bogdana Święczkowskiego. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich było jednym z medialnych patronów wydarzenia. 

 
Trybunał Konstytucyjny w sposób niezależny stoi na straży ładu i porządku prawnego w Polsce. Gdy mówimy o suwerenności i trwałości  Rzeczypospolitej Polskiej  sięgamy do wydarzenia sprzed 1000 lat – do koronacji Bolesława Chrobrego –  powiedział Bogdan Święczkowski, prezes Trybunału Konstytucyjnego otwierając konferencję.

W demokratycznym państwie prawnym niedopuszczalne jest tworzenie jakichkolwiek norm prawnych przez organy,  którym tego rodzaju kompetencje nie zostały przekazane przez suwerena, jakim jest naród  i których naród nie może przynajmniej pośrednio kontrolować.  Samodzielne prawodawstwo w sprawach ustrojowych jest atrybutem suwerennego państwa –  napisał prezydent Andrzej Duda w liście do uczestników konferencji zorganizowanej 8 maja 2025 r. przez Prezesa Trybunału Konstytucyjnego Bogdana Święczkowskiego. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich było jednym z medialnych patronów wydarzenia.

Fragment listu Prezydenta RP do uczestników konferencji TK 8 maja br.

 

Trybunał Konstytucyjny w sposób niezależny stoi na straży ładu i porządku prawnego w Polsce. Gdy mówimy o suwerenności i trwałości  Rzeczypospolitej Polskiej  sięgamy do wydarzenia sprzed 1000 lat – do koronacji Bolesława Chrobrego –  powiedział Bogdan Święczkowski, prezes Trybunału Konstytucyjnego otwierając konferencję. Uczestniczyła w niej m.in. Małgorzata Manowska, pierwsza prezes Sądu Najwyższego,  prokurator Michał  Ostrowski, zastępca prokuratora generalnego, Andrzej Pozorski, zastępca Prokuratora Generalnego –Dyrektor Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu oraz wielu sędziów m.in. Trybunału Konstytucyjnego oraz sądów różnych szczebli. Szczególnymi gośćmi byli kombatanci – uczestnicy Powstania Warszawskiego Jakub Nowakowski, ps.Tomek, Henryk Piotrowski, ps. Edek i Leonard Kapiszewski, ps. Ryś. Konferencja pt. „Władza sądownicza Rzeczypospolitej Polskiej i orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w perspektywie tysiąclecia korony Państwa Polskiego”, odbyła się w siedzibie Trybunału Konstytucyjnego.
Specjalny list do organizatorów i uczestników konferencji skierował Andrzej Duda, prezydent RP. W jego imieniu ten  list odczytała minister Małgorzata Paprocka, szef Kancelarii Prezydenta RP.Dziękuję organizatorom i uczestnikom tej konferencji za aktywny udział w realizacji fundamentalnie ważnej misji, jaką jest faktyczna obrona praworządności w Polsce – napisał Andrzej Duda .
List od Prezydenta RP Andrzeja Dudy do uczestników konferencji w TK: TUTAJ
 Historyczne aspekty koronacji Bolesława Chrobrego przedstawili profesorowie Grzegorz Kucharczyk, Wojciech Polak i Mieczysław Ryba. Zjednoczenie ziem polskich pod berłem królewskim przez Bolesława Chrobrego było dowodem wielkości państwa oraz jego suwerenności. Od początków nasi władcy zorientowani byli na współpracę z papieskim Rzymem, a rola kościoła jako gwaranta nie tylko szerzenia i pogłębienia nauki ewangelicznej ale także jedności narodowej nigdy nie była podważana aż do czasów komunistycznych i do dnia dzisiejszego kiedy władze oświatowe wprost że będzie katolików opiłowywać – mówił prof. Grzegorz Kucharczyk.
 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich reprezentowała na konferencji Jolanta Hajdasz, prezes SDP.

 

                                                              **********************************
Galeria zdjęć i dokumentów: