CEZARY KRYSZTOPA: Premier Tusk walczy o życie

Jeszcze w feralny piątek 13 września, kiedy mówił, że „prognozy nie są specjalnie alarmujące” sprawiał wrażenie, że ma nadzieję na weekend w Sopocie. Chwilę później nastąpił powodziowy armagedon i musiał się wziąć do roboty. Jak to ktoś zgrabnie ujął na „X”, Donald Tusk walczy o polityczne życie.

Wiemy z wieloletnich doświadczeń, że nie jest łatwo zmusić Donalda Tuska do pracy. Właściwie łatwiej uznać sprawę za z góry straconą. Tym razem jednak Donald Tusk zrozumiał, że wobec tego co się dzieje jest to jego być albo nie być. Kosztowna to nauka, za którą trzeba było zapłacić nieznaną jak dotąd liczbą ofiar, zaginionych i prawdopodobnie miliardów strat materialnych, ale najwyraźniej skuteczna.

Machina PR

Potężna machina PR poszła w ruch. „Widziałem a własne oczy, że tak wysoki standard obejmuje to konkretne miejsce. Wszędzie tu dookoła Wrocławia to po prostu, mają na tyle mają możliwości technicznych, że stać ich co najwyżej na worki i piach. Więc worki, piach i podwyższają te wały. A tutaj całe wały są wyłożone folią i agrowłókniną. I z tego co mi wiadomo, to tylko tam są zrobione w ten sposób (…)” – mówił w wywiadzie dla Tysol.pl walczący z falą powodziową we Wrocławiu wolontariusz Piotr Przybysławski.

„Tak, to była pokazówka dla Tuska. Bo właśnie tam  go tam zawieziono, żeby mu pokazać, jak to wszystko sprawnie działa w mieście. A w innych miejscach we Wrocławiu, działają sami tylko wolontariusze, ze wsparciem OSP i WOT co najwyżej” – podkreślił Przybysławski.

Nigdy dotąd nie stosowaną w cywilizowanych krajach praktykę publicznych i transmitowanych w największych telewizjach (za wyjątkiem Telewizji Republika, co jest swego rodzaju zbrodnią odmowy dostępu do informacji dla jej być może zagrożonych utratą życia widzów) sztabów kryzysowych najlepiej opisał Jacek Żakowski w neo-TVP. „Tusk sięgnął po metodę putinowską, której się w demokracjach nie stosuje. No nie ma tak, że jak jest powódź w Stanach, to prezydent siedzi i ruga urzędników publicznie i to jest transmitowane. Tak nie ma w Niemczech, w Wielkiej Brytanii, we Francji, nigdzie. To jest typowo autorytarny model zarządzania” – zwrócił uwagę Żakowski za co spotkała go fala hejtu ze strony Silnych Razem. O Jacku Żakowskim można sądzić cokolwiek, ale tutaj ma rację.

Z jednej strony ma rację, ale z drugiej najwyraźniej jest to metoda skuteczna. Nie w sensie organizacyjnym, każdy kto próbował coś zorganizować wie, że upublicznienie procesu nie pomaga. Ale w sensie PR-owym skuteczna, skoro niewielka, ale jednak, większość Polaków uznała, że Tusk, który dezinfomował nt. stanu zagrożenia „radzi sobie z powodzią”. Do tego dochodzą seryjne próby „zmiany tematu” w przestrzeni publicznej, a to odgrzewane kotlety z aferą wizową, a to jakieś wyskoki Sikorskiego, a to bobry. A jeszcze szantaże emocjonalne wobec każdego kto ośmieli się skrytykować działania wodza…

Dlaczego?

Dlaczego to wszystko? Ano dlatego, że Tusk błyskawicznie zrozumiał, że nie może jechać na weekend do Sopotu, tylko musi zawalczyć o swoje polityczne życie. I można go nie lubić, ja go na przykład nie lubię, można go uważać za zdrajcę, który nie działa w interesie Polaków, ale on jak trzeba gryzie ziemię.

W tym czasie opozycja gryzie słone paluszki.

WIKTOR ŚWIETLIK: Media z partią, partia z mediami

Od mediów dramatyzujących, wścibskich, krytykanckich, tylko jedne są gorsze. Takie, które zawsze uspokajają i bronią władzy w imię społecznej odpowiedzialności.

 Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby katastrofa na miarę Czarnobyla odbyła się w Stanach Zjednoczonych w 1986 roku. Tamtejsze media, w większości wrogie administracji Reagana, robiłyby jej jesień średniowiecza z rana, w południe i wieczorem. Przekazy byłyby nieuczciwe. Urzędnicy byliby winni wszystkiemu. A teraz wyobraźmy sobie, zresztą nie musimy, wystarczy wspomnieć lub poczytać w książce Siergieja Plokhy’ego, co było w schyłkowym Związku Radzieckim. W sumie, wielu naszym zarówno decydentom, jak i szacownym redaktorom z wiodących mediów musiałoby się podobać. Pełna odpowiedzialność. Zupełnie jak u nas podczas powodzi, osoby wzbudzające panikę, zadające trudne pytania, podejrzane o rozpowszechnianie „fake newsów”, zostałyby zatrzymane przez organa bezpieczeństwa i przesłuchane. Krytycy władzy to krytycy społeczeństwa. Mokre sny pracownika „Gazety Wyborczej”, zastępcy Adama Michnika, o zamykaniu mediów krytykujących podczas powodzi ukochanego premiera, spełniłyby się co do joty.

Sytuacja jest trudna, ale pod kontrolą. Władze są na miejscu. Ludność dotknięta przez kataklizm, ale wdzięczna. Premier w pocie czoła zajmuje się napominaniem, czasem surowym, ale zawsze z ojcowską czułością, urzędników i samorządowców by jeszcze ciężej pracowali. Działają co prawda sabotażyści, malkontenci, tłuste koty poprzedniego ustroju cieszące się w kraju lub na emigracji społecznym nieszczęściem. Ale i z nimi władza sobie poradzi, dopóki zjednoczona z nią będzie zdrowa tkanka społeczna. Nasza władza, w obliczu kryzysu, nieustannie pracuje na rzecz zabezpieczenia naszych potrzeb. To czas, abyśmy wykazali się solidarnością i wsparciem dla decyzji, które podejmuje. Każdy z nas, jako część zdrowego społeczeństwa, ma obowiązek wspierać działania rządu, który stoi na straży naszego bezpieczeństwa, w ramach którego organizuje bratnią pomoc. Pamiętajmy, że tylko razem, w jedności z władzą, możemy stawić czoła każdemu kryzysowi. Społeczeństwo z Tuskiem, Tusk ze społeczeństwem. i tak dalej. Nie trzeba tu nic nowego wymyślać. Gotowe matryce prezentują panowie w mundurach sprzed 43 lat, których nagrania są dostępne w internecie.

Alexis de Tocqueville pisał, że wolność mediów nie jest zbyt piękna, a amerykańskie gazety, które przypisywały amerykańskim prezydentom kochanki – niewolnice i domagały się linczu nielubianych polityków, go mocno oburzały. Ale, jak uznał francuski arystokrata, to krwiobieg demokracji. Bez takiej wolnej, krytykanckiej prasy, by ona nie istniała.

I właśnie to się marzy naszym medialnym oficerom politycznym, a także dzieciom i synowym autentycznych oficerów bezpieczeństwa poprzedniego ustroju, pozdrawiających nas każdego dnia ze szklanego ekranu. Marzy się, jak w PRL, ugruntowanie pseudodemokratycznej dyktatury na dziesięciolecia, a to wyklucza tolerancję dla krytyków. W takim podejściu, wykluczającym prawo do patrzenia na ręce władzy, tresowana jest już nie tylko silnarazem pychosfora mecenasa Giertycha, ale odbiorcy coraz większej ilości mediów powtarzającej jak automaty brednię, że „podczas powodzi nie wolno krytykować rządu”.

Telewizja Republika skarży KPRM do prokuratury

Prezes Telewizji Republika Tomasz Sakiewicz złożył do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez pracowników Kancelarii Premiera Rady Ministrów, którzy uniemożliwiają udział dziennikarzy stacji w posiedzeniach sztabów kryzysowych.  

O złożeniu zawiadomienia poinformował w serwisie X szef wydawców Republiki Jarosław Olechowski.

„Prezes @RepublikaTV złożył do prokuratury zawiadomienie dotyczące nielegalnych działań urzędników @KPRM_CIR którzy blokują dziennikarzom Republiki możliwość udziału w posiedzeniach sztabów kryzysowych związanych z powodzią. Republika jest drugą co do wielkości telewizją informacyjną w Polsce docierającą do milionów Widzów. Blokując naszą pracę Tusk odcina Polaków od informacji krytycznych dla ich bezpieczeństwa” – napisał.

Przestępstwo ma polegać na tłumieniu krytyki prasowej, a w związku z tym narażenie na niebezpieczeństwo utraty zdrowa lub życia osoby zamieszkujące obszary objęte stanem klęski żywiołowej.

Dziennikarze TV Republika od kilku dni nie są wpuszczani na posiedzenia sztabu kryzysowego, które odbywają się terenach dotkniętych powodzią. Wcześniej złożenie zawiadomienie o możliwości popełnienie przestępstwa w tej sprawie zapowiedział szef Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Maciej Świrski (pisaliśmy o tym TUTAJ). Protest wystosowało też Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (TUTAJ). Sprawą zainteresował się również zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich Wojciech Brzozowski, który wysłał w tej sprawie zapytanie do  wojewody dolnośląskiego Macieja Awiżenia, jako organizatora konferencji.

„Do Rzecznika wpływa wiele skarg na blokowanie wstępu dziennikarzy Telewizji Republika na konferencje prasowe i inne wydarzenia. Skarżący informują o narastającym poczuciu wykluczenia z życia społecznego przez pozbawienie ich dostępu do informacji o najważniejszych wydarzeniach w kraju, przekazywanych przez wybraną przez nich stację telewizyjną. Niektórzy takie działania organów władzy publicznej oceniają jako przejaw dyskryminacji z uwagi na światopogląd”  – napisał zastępca RPO.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Telegram w objęciach demokracji

Francuski dziennik „Liberation” triumfuje z powodu, że platforma Telegram zaczyna współpracować z francuską policją w namierzaniu, między innymi, pedofilów. Walka z pedofilią rzecz święta i tylko chyba pedofil by jej nie pochwalił, więc temat zostaje sprowadzony do jednego. Problem w tym wszystkich co kryje się za „między innymi”.

„Między innymi” oznacza, że śledztwa i „współpraca” Telegrama mają odnosić się też do innych spraw, nie związanych z pedofilią. Może to być na przykład terroryzm. Instrukcje jak skonstruować materiały wybuchowe, gdzie je kupić, czy wręcz plany zamachu. Tu też trudno mieć pretensje. Ale przecież – znając kierunki w jakich nasza europejska oaza wolności zmierza – mogą to być i inne sprawy. Propagowanie faszyzmu, mowy nienawiści, wspieranie ruchów radykalnych, a także, rzecz jasna, populizm i walka z fake newsami. A te ostatnie fronty, jak pamiętamy, zostały gremialnie otwarte przez operatorów amerykańskich serwisów społecznościowych, w których marnujemy nasze życie, na tyle skutecznie, że mogło mieć to istotny wpływ na wyniki ostatnich wyborów w USA.

Szczególne wątpliwości w dawnych czasach, kiedy na terenie Unii Europejskiej nie doceniano jeszcze tak bardzo tej szczególnej wartości, jaką jest wolność słowa, jest metoda, przy pomocy której Telegram przekonano do współpracy. Dawniej byłyby to spotkania, odwołanie się do oczywistego interesu publicznego, może udział w jakiejś wspólnej akcji promocyjnej. Tym razem sprawę załatwiono w sposób krótszy, bardzo bliski zresztą dziś rządzącym Polską, którzy zdaje się, starają się być wręcz europejskimi trendsetterami. Założyciela Telegrama Pawła Durova po prostu we Francji zatrzymano i przez kilka dni przesłuchiwano i maglowano.

Jeszcze ciekawszy jest wcześniejszy kontekst sprawy, bo wydaje się, że Durov nie zawsze był aż takim zagrożeniem dla światowego i francuskiego bezpieczeństwa. Otóż, jak wiadomo, opuścił on Rosję, aby unikać nacisków ze strony reżimu putinowskiego i wystarał się o kilka innych obywatelstw, w tym francuskie i Arabii Saudyjskiej. Co więcej, z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem zostali kolegami. Macron namawiał Durova by na stałe przeniósł swój biznes do Francji, czytaj: wspierał go politycznie. Durov odmówił, zdaje się z tych samych przyczyn, dla których wyjechał z Rosji. Jak tłumaczył, ma jednak z francuskimi organami ścigania „gorącą linię”, gdzie pomaga ścigać terrorystyczne czy pedofilskie treści. Jak tłumaczy, ściganie go za to, że coś pojawia się w serwisie mającym 900 milionów użytkowników to jakby ścigać twórców internetu, natomiast, jak twierdzi, w sytuacjach, gdy służby go informują o takich podejrzeniach, reaguje.

Jak się okazuje to nie wystarcza. Wygląda na to, że byśmy byli wszyscy bezpieczni, służby muszą nie tylko współpracować, ale kontrolować. Nie tylko po to, by wygrywać przestępców, ale przede wszystkim byśmy wszyscy byli umoszczeni w politycznych objęciach tych, co zawsze i by nikt inny nie doszedł do władzy. Jak widać walka o praworządność i demokrację „tak, jak ją rozumiemy” ma dużo szerszy kontekst niż tylko polski i nie jest to dobra wiadomość.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Była sobie konstytucja

W tle dziwacznego wjazdu do siedziby Marszu Niepodległości i trzepania laptopa nielubianego przez mainstream polityka, a także wielu innych “inb”, którymi raczy nas władza i jej medialni funkcjonariusze, wprowadzane są przepisy, które mogą tej ekipie pozwolić na zrobienie porządku z opozycyjnymi mediami.  

Donald Tusk ogłosił, że rząd przyjął projekt ustawy, ustawy umożliwiającej szefowi ABW decydowanie o tym, które treści w Internecie prezentują się jako posiadające “charakter terrorystyczny”. Na mocy decyzji szefa ABW będą one usuwane.

Właściwie, można by przyklasnąć. Ostatecznie, jeśli pojawi się instruktaż jak połączyć zapalnik z materiałem wybuchowym to należałoby go jak najszybciej usunąć. Problem w tym, że mam poważne wątpliwości, czy tylko tego będzie dotyczyć zmiana.

Najważniejszy jest jednak tryb jej wprowadzania. Ekipa Tuska powołuje się na przepisy europejskie. Tyle, że stoi ona w jaskrawej, oczywistej sprzeczności ze świętą, do niedawna, Matką KON-STY-TU-CJĄ!, która w swoim artykule 30. mówi o zakazie cenzury prewencyjnej, co miało być jednym z największych osiągnięć DE-MO-KRACJI!

Czy ktokolwiek w tej sprawie rozmawiał ze społeczeństwem, opozycją, organizacjami choćby takimi, jak SDP? Pomyślano o tym, by porozmawiać z opozycją i do konstytucji dopisać zastrzeżenie? Nie, bo i po co. Po prostu, mamy tu w Europie walkę z terrorem, więc wprowadzamy przepisy. Co prawda, niedawno pozwoliliśmy rosyjskiemu szpiegowi zapoznać się z całą metodologią, a być może także siecią rozpracowywującego go polskiego wywiadu, by triumfalnie zawiózł to Putinowi, co prawda, akcja łapania rosyjskich szpiegów, autorów podpaleń, z którymi surową rozprawę zapowiadał premier, okazała się hucpą, ale teraz to już bierzemy się na poważnie, bo w ramach “dostosowywania się do przepisów europejskich”.

Człowiek, jeśli ma w sobie choć odrobinę rozsądku, może bazować na doświadczeniu. Na jakim doświadczeniu mogę bazować? Na takim, że ta władza wpuszcza niekontrolowaną falę imigrantów, skupiona jest wyłącznie w tym obszarze na marketingu i groźnych wypowiedziach premiera. Pamiętacie jeszcze “męską rozmowę z Olafem Scholtzem, do której w ogóle nie doszło”? Miała odbywać się po tym, jak policja niemiecka wysadziła grupkę przybyszów. Policja niemiecka wysadza ich teraz bez przerwy i nikt się już nie przejmuje.

Za to ta władza w jednym jest może nie sprawna, ale przejawia godny innego tematu zapał. W cenzurowaniu, zamykaniu i traktowaniu prawa jak papieru toaletowego.

Orzeczenie Sądu Najwyższego jeśli będzie korzystne dla rządu i uderzy w PiS będzie legalne, jeśli będzie na korzyść PiS będzie wydane przez nielegalny organ. Tak jest ze wszystkim. Ekipa Donalda Tuska popełnia coraz większe nadużycia, w coraz bardziej ostentacyjny sposób gwałci prawo i jakiekolwiek zasady praworządności na gruncie krajowym, przede wszystkim w ramach zwalczania, legalnej konkurencji politycznej i wolnych mediów. I to jedyne do czego Tusk może użyć tych, wprowadzanych z oczywistym pogwałceniem polskiego prawa, zapisów.

 

 

 

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Przyćmiła mnie Barbara

Pewnie Państwo niestety wiedzą, niemniej poinformuję: ministrem edukacji jest Barbara Nowacka, lat 49. Pytanie, które stawiają nie tylko uczniowie brzmi: Czy ona naprawdę jest taka mądra, czy może świadomie kłamie i manipuluje?

Jak ktoś z zaklapowanym horyzontem, wiedzą i być może moralnością może być szefem edukacji polskiego państwa? W sumie nie wiem jak, ale to się dzieje. Może jak za starych dobrych czasów komuny (PRL) wystarczy chęć szczera oraz ideologia?

Cóż, wyrafinowanym erudytą Barbara Nowacka nie jest, co orzec można po 28 sekundach słuchania jej dowolnego wywodu. W czasie wywiadu w Polsacie o stricte politycznej imprezie Campus Polska, na której tresowany nutą nastoletni narybek przeistacza się w niezłomnych demokratorów powiedziała: “My jako Campus Polska nie dotknęliśmy ani złotówki z publicznych pieniędzy. Byli sponsorzy, byli wspierający, były samorządy. Wszystko jest jawne”.

Nie jest łatwo uwierzyć, że kobieta będąca wiele lat w polityce, którą zbłąkany powiew historyczny posadził na stanowisku ministra nie wie, iż pieniądze z samorządów, którymi obsypano partyjną imprezę Trzaskowskiego są jak najbardziej publiczne, bo pochodzą z podatków państwowych i lokalnych. Jeżeli pani Basia kochana tego nie wie, to ta niewiedza jest oczywiście dyskwalifikująca, jeżeli wie i świadomie kłamie, to jest to tym bardziej dyskwalifikujące. Niby jest jeszcze trzecie wyjście, ale sam nie wiem: może pani Nowacka uznała, że wszystkie te samorządy sypiące monetę przed wielce empatycznym Rafałem są po prostu już ich, prywatne?

W sumie jak patrzy się na dokonania choćby niejakiego Sutryka z Wrocławia zatrudnionego na stanowisku prezydenta miasta i znanego z kręcenia lodów nie waniliowych, to może i rzeczywiście te samorządy są już prywatne? Mimo szeregu afer i niejasności, w których pojawiało się nazwisko “Sutryk”, lud miasta Wrocław wybrał go na nową kadencję prezydencką. Chciałbym mieć dobre zdanie o mieszkańcach Wrocławia, ale łatwo nie jest.

Zabawne, że cała ta historia z finansowaniem z naszych pieniędzy partyjnego spędu Campus, wyszła teraz, kiedy PO z patosem morlanej wyższości gardłuje o nadużyciach PiS przy ostatnich wyborach. Część Państwowej Komisji Wyborczej uważa, że nadużycia były, część uważa, że nie było. Sprawę miałby przesądzić Sąd Najwyższy, ale jak przesądzi tak, że się Platformie nie spodoba, to Platforma weźmie i nie uzna orzeczenia sądu, gdyż publicznie obnoszą się z mottem przestępców: “Będziemy stosować prawo, tak jak je rozumiemy”. Niemniej przyzwoiciej (politycy rzadko rozumieją to słowo) byłoby z choćby z powodu Campusu mniej gardłować.

Mógłbym jeszcze napisać, że walcząca z katechezą w szkołach pani minister nie uznaje Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ nie uznaje, ale ja naprawdę głęboko wierzę, że przyjdą czasy, że będzie musiała uznać i mimo wszystko zapoznać się z asocjacjami słowa “przyzwoitość”. Poczekam, trudno.

WIKTOR ŚWIETLIK: Utrwalacze władzy Tuska

Jeśli komuś wydawałoby się, że nasi rodzimi obrońcy demokracji, miłośnicy praworządności, zwolennicy Europy, i wszystkiego, co było, „żeby było jak dawniej” po uzyskaniu władzy i podzieleniu miejsc przy upragnionym żłobie, zatrzymają się, to się mylił. Władza i jej media weszły w stan „utrwalania”, całkiem jak w latach 40-tych.  

Dość charakterystyczne, że w czasach, gdy PiS i wykorzystywał (czasem nader niemądrze) media publiczne, a także był w stanie zapewniać reklamy jakimś sprzyjającym mu mediom prywatnym, tamta strona podnosiła straszliwy jazgot po tytułem: róbcie sobie to za swoje. Po odzyskaniu TVP i zamontowaniu tam funkcjonariatu medialnego z nieocenioną w swojej bezstronności i refleksyjności panią Schnepf na czele, wydawałoby się, że ci, którzy chcą sobie coś innego oglądać, mają spokój. Mają swoje telewizje i podcasty w niezależnym od rządu serwisie streamingowym. Z miejsca, kolejnym etapem było – dość typowe zresztą dla Czerskiej, staliniaki dobijanie rannych przeciwników wyniosły z domów – uderzanie w reklamodawców, z których większość z miejsca się kajała, że śmiała dać także grosz na mającą milionową oglądalność Republikę. Potem zaczęła się, już mniej skuteczna, walka z Krzysztofem Stanowskim, który zresztą starał się salonowi nadmiernie nie podpaść, ale miewał inne zdanie, a do tego przede wszystkim należał do innego konglomeratu medialnego.

To dobijanie przeciwnika na każdym kroku, życie jego życiem powodowane chyba brakiem własnych wartości, poglądów i celów uderza jeszcze bardziej w przypadku odebrania przez PKW PiS funduszy na funkcjonowanie. Po wczorajszej decyzji PKW w Internecie z miejsca zaczęto organizować zbiórkę na opozycję. Wydawałoby  się, że do tego już się doczepić nie da. Koalicja Obywatelska, jej najbardziej tępi,  najbardziej zaangażowani funkcjonariusze wszelkiej maści i media, są dziś wrośnięci w miliardy budżetowe, eurofundusze, fundusze norweskie, wszelką możliwą kasę na wspieranie demokracji, walkę z praworządnością, o wolność słowa i inne ewidentne oksymorony. W tej sytuacji wydawałoby się, że jeśli ludzie chcą wesprzeć swoją i tak już skutecznie utopioną partię, to mogą. W sytuacji, w której przypomnijmy pikniki wojskowe były kampanią wyborczą, a kampania wyborcza prowadzona przez Owsiaka nie. Jak to działa, wyłożyła zresztą wyraźnie pani Barbara Nowacka. Minister, nomen men, edukacji  wyjaśniła, że platformerski Campus Polska nie korzysta ze środków publicznych tylko… z samorządowych.

I co? I kiedy wydawało się, że już jest pozamiatane, że PiS odcięty, że praworządność i demokracja kwitną, jak u Michników w domu we wczesnych latach 50. wykryto jeszcze jedno zagrożenie. Te właśnie wpłaty. Wielińscy i Giertychowie Tuska ruszyli do kolejnego boju ze swoim najbardziej żelaznym orężem. Podwójnym standardem. Oto partiom nie wolno zbierać. Tusk mógł zbierać, Hołownia mógł zbierać na Youtubie, a PiS nie wolno.

W gruncie rzeczy, mając taką sytuację, jaką ma dziś rząd i jego medialna sfora, czyli carte blanche, poparcie dla przestępstw ze strony Berlina i ustawione w większości sądy (wyroków tych nieustawionych po prostu się nie respektuje tłumacząc to ich nielegalnością) spokojnie można wszystko. Aż do czasu, kiedy komuś z bezradności puszczą nerwy. A rewolucje nie zawsze w końcu muszą być pokojowe.

Alarm nadmorski podnosi STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Gdynia tonie!

Wkrótce na ulicach pięknej polskiej Gdyni pojawią się plakaty z napisem: „Szczurku wróć!”. Wróć, bo skłócona obecna władza topi miasto.

Zarządzał 26 lat. To oczywiście bardzo długo. W kolejnych wyborach głosowały na niego dominujące ilości mieszkańców. Bił pod tym względem rekordy kraju. Wojciech Szczurek szedł jak morska burza od wyborów do wyborów w Trójmieście. Ani śp. Adamowicz z Gdańska, ani Karnowski z Sopotu nie mogli się z nim równać, zresztą nawet w kraju inni prezydenci miast popularnością nie sięgali mu do pięt.

Prezydent Gdyni pełniąc przez wiele lat funkcję przewodnika miasta był na pewno postacią niezwykłą. To taki wzór jak metr z Sevres – solidarnościowe korzenie, dobrze wykorzystany okres samorządowego terminowania u charyzmatycznej działaczki „Solidarności” stanu wojennego a potem prezydent Gdyni Franciszki Cegielskiej, pracowitość, partnerskie ralcje z mieszkańcami, skromność, również w kwestii mieszkaniowej. Unikanie blichtru i puszenia się na oficjalnych uroczystościach. Gdy dowiadywał się, że będą to pompy z udziałem prezydentów Trójmiasta – nie uczestniczył – po prostu.

Po odzyskaniu suwerenności kraju w 1989 roku Gdynia mogła być porównywana do Gdyni międzywojennej, choć to może byłaby przesada. Bo tamta eksplozja inwestycyjna pod wodzą Eugeniusza Kwiatkowskiego i współpracowników nigdzie w Polsce już się nie powtórzyła.

Na to miasto powstałe z morza – dzięki pracowitości autochtonów i tych, którzy przyjechali tu za chlebem – wybrano znakomite miejsce z głębokim dostępem Bałtyku poprzez Zatokę. W rekordowym tempie zbudowano port i miasto. Wieczna chwała budowniczym.

Szkoła Morska, Dworzec Morski, dworzec kolejowy, sąd, poczta, kościołym budynki dowództwa Marynarki Wojennej, Urzędu Morskiego, wielkich organizacji przemysłowych, linii oceanicznych, banków, wreszcie ogromne magazyny portowe, bunkry obronne, falochrony – to wszystko w Gdyni ma smak, urok, praktyczną przydatność.

Potem była germańska zemta na Gdynianach za to, że ośmielili się stawić gospodarczo czoła hanzatyckiemu Gdańskowi – zbrodnia na Kaszubach w Piaśnicy, wielotysięczna wywózka Gdynian.

Po roku 1945 odradza się polska Gdynia. Wydobyte zostają trupy niemieckich okrętów, rozminowane drogi wodne i baseny portowe, na nabrzeżach wstają dźwigi. Wracają do swojego ukochanego miasta Gdynianie.

Jeszcze nie wiedzą, że czeka ich w grudniu 1981 jaruzelsko-kiszczakowa zbrodnia na stoczniowcach i portowcach za to, że protestowali przeciwko wyzyskowi ludzi pracy. Noc stanu wojennego. I radość 4 czerwca 1989 roku.

Duch do działania odrodził się ze zdwojoną energią. Polska wychwalała ludzi morza  – stoczniowców, portowców, „kolebkę” Solidarności, ale wkrótce ją i gospodarkę morską zniszczyła – przez nieudolność i zakłamanie. Elity władzy oddały władzę za… uwłaszczenie i wyczekiwaną unię z wymarzonym zachodem. Tak było.

Po ruskiej zależności byliśmy suwerenni. W Gdyni też zostaliśmy samorządni. Ale sprzedano statki handlowe (PLO miało ich 174, teraz ma dwa!) i zamknęliśmy, zredukowaliśmy stocznie.

W Gdyni wybrano dobrze – energiczną i popieraną przez mieszkańców prezydent Franciszkę Cegielską, a po niej właśnie Wojciecha Szczurka – wkrótce wieloletnią samorządową gwiazdę. I tak było przez ćwierć wieku.

Nie wszystko jednak się udało. Np. ambitne i wydawało się realne plany posiadania własnego lotniska pasażerskiego. Był i jest wspaniały, dogodny i bardzo bezpieczny teren pod Gdynią na płaskowyżu oksywskim. Ale samotna samorządowa władza nie podołała w walce z biurokracją centralną i europejską. Stłumiono gdyńskie ambicje.

Nie odbudowano także utraconej wskutek poleceń Unii Europejskiej wielkiej, nowoczesnej i ogromnie wydajnej stoczni (samochodowce, gazowce). Pracowała dla Polski, nadano jej nazwę Komuny Paryskiej, nazwę zmieniono – na „Gdynię”. Miastu Gdynia i jej mieszkańcom podcięto korzenie – z 16 tysięcy stoczniowców ocalało tylko kilka tysięcy w zakładzie produkującym jedynie segmenty statków. Ale dobre i to. Bo inne wielkie stocznie zlikwidowano.

Błędy robiło też miasto. W śródmieściu ambitni i zaradni deweloperzy nadmiernie zagęścili przestrzeń miejską, nie poradzono sobie z problemem parkingów. Gdynianie uznali, że Szczurek się wypalił! I zamknął w ratuszu niczym w wieży z kości słoniowej.

Fakt, że nic nie zrobiono i to prawie przez 40 lat z rozwalonym ośrodkiem rekreacyjno-basenowym. Redłowska Polanka. Zniszczono obiekt i zostawiono piaszczyste wyrobisko w miejscu, które każde miasto uznałoby za dar natury. Bo otoczone leśnymi drzewami. Przy wspanialej leśnej dolinie. Było tu wielkie i popularne niegdyś kąpielisko nad skarpą brzegową tuż na zatoką, sięgające plaży i wody.

To mój najpoważniejszy zarzut wobec byłego prezydenta Gdynia – Szczurka.

        ***

Ostatecznie wybory przebiegały pod dyktando ludzi, którzy obiecali koalicję. Koalicję właśnie przeciwko długoletniemu prezydentowi. I wygrali. Wybrali młodą, ładną ale zupełnie niedoświadczoną w samorządowych bojach radczynię prawą Aleksandrę Kosiorek.

Sukces? Guzik prawda, bo zaraz przyszła klęska – komitet nowej prezydent Gdyni, mimo że nazywał się „Dialog” nie został poparty w głosowaniu na radnych.

I zaczęło się. Z ławek rezerwowych podnieśli ludzie, którym wcale nie chodzi o miasto. Im chodzi o prywatę. Mijają miesiące, pat trwa. Widomym znakiem jest nie dogadanie się radnych w sprawie wyboru wiceprezydentów. Nastąpiły kłótnie o stanowiska, m.in. skarbnika i inne intratne posady. Wprawdzie jeszcze się w ratuszu nie biją, ale wzajemnie blokują.

Prezydent ma jednego doświadczonego samorządowca, który w poprzedniej Radzie Miasta był jej przewodniczącym. Pozbył się go Szczurek. Kosiorek na nim się oparła i wybory wygrała. Ostatnio Zygmunt Zmuda-Trzebiatowski przez kilka miesięcy był felietonistą pisząc na łamach Dziennika Bałtyckiego. Objawił się jako błyskotliwe pióro i rzeczowy znawca problemów miejskich, samorządowych. Pan Zygmunt uznał jednak, że wystarczy mu rola doradcy prezydenta miasta. Nie ma najwyraźniej większych ambicji. Albo też czai się i czeka, bo rzeczywiście mógłby być prezydentem miasta. Na razie siedzi w małym pokoiku i nie wychyla się, gdy inni podgryzają si e wzajemnie.

Tymczasem z poprzednio utajnionymi ambicjami, objawił się teraz inny radny Tadeusz Aziewicz (znany działacz PO). I on i forowany przez niego syn Dominik to główni antagoniści prezydent Gdyni. Obejrzałem ostatnio wywiad w Telewizji Gdańskiej z młodym Aziewiczem. Dziennikarz lokalny dał przykład wasalskiego poddaństwa. Jedyne czego dowiedzieliśmy się to, że nowa prezydent ma otwarte drzwi dla mieszkańców a za Szczurka tak nie było. Wzajemne uśmiechy osłodziły ten antyprogram – nic o sprawach budowlanych, a zanosi się na dalszą, znaczącą rozbudowę osiedli mieszkaniowych, nic o stoczniach, nic o Polance Redłowskiej, nic o problemach komunikacyjnych o wleczącej się budowie tzw. „czerwonej drogi”.

Jeśli walka radnych zmieni się w permanentny bojkot wzajemnych propozycji, jeśli szczuć będą na siebie i najwyraźniej kultywować zasadę im gorzej tym lepiej dążąc do obalenia kobiety, którą wybrali – miasto straci impet rozwoju, stanie się terenem zaminowanym politycznie i społecznie.  Gdynia zacznie tonąć. Tak, tonąć, choć nie w morzu, ale przez głupich ludzi.

Może ratunek jest w deweloperach gdyńskich – na czele Andrzejem Boczkiem, który wybudował wiele wspaniałych domów w ostatnich dziesięcioleciach. Może to on zajmie się Redłowską Polanką. Ponadto zainteresowali się tym wołającym o pomstę do nieba zaniedbaniem oligarchowie – Krauze i Solorz. Redłowska Polanka czeka na zmiłowanie prawie już pół wieku.

Presydent Aleksandra Kosiorek zaczęła dobrze. Spotkała się m.in. z piłkarzami Arki Gdynia, na boisku. Ładnie się przedstawiła i obiecała nawet, że obiekt sportowy Redłowska Polanka odbuduje. To trochę porwanie się z motyką na słońce. Gdynia choć ciągle bogata sama sobie nie da rady.

Dobroczyńcy z innych miast na pewno nie myślą o Gdyni. Jak zwykle takie obiecanki – cacanki to tylko po to by jeszcze zarobić. Gdyni strzec muszą Gdynianie. Ślady tego pozostały na wzgórzach nad właśnie Polanką Redłowską w postaci czterech ogromnych dział dalekosiężnych zainstalowanych przed wybuchem wojny. Te działa to fantastyczne zabytki, ale jedno już spadło ze skarpy i leży u podnóża wzgórza. Hańba, bo leży od kilkudziesięciu lat.

Od pewnego czasu przebąkuje się o budowie w Gdyni portu kontenerowego. To gigantycznie przedsięwzięcie miałoby wyjść poza główki portowych falochronów w Zatokę. Byłaby to konkurencja dla wielkiego hubu kontenerowego powstającego w Gdańsku. Zamierzenie porównać można do dokonań 20-lecia międzywojennego. Brawo! Ale czy przy obecnych tendencjach antyinwestycyjnych w kraju będzie zrealizowane? Jest to zadanie na wielką ogólnokrajową inwestycję. Musi jednak towarzyszyć temu troska samorządowców zjednoczonych a nie skłóconych.

Nadzieje wzbudza to co zrobiono w sprawie inwestycji portowych dokonanych w ostatnich latach. To sukces zarządzających Urzędem Morskim i dyrektorów portu w Gdyni. Kolejny po Przekopie Wiślanym, a także po wybudowaniu tunelu w Świnoujściu.

Można było. Ale niestety jest obawa, czy to sie nie skończyło? Nie ważne teraz kto chwali się przy końcówce inwestycji tymi dokonaniami. Niech się chwali. Nawet tym co zrobili inni. Najważniejsze, że budowy powstały.

Zwracam się więc do radnych w Gdyni. Poskromcie swoje ambicje. 242 tysiące mieszkańców wam zaufało. Daliście się wybrać kokietując, że utworzycie koalicję. Dajcie więc poparcie nowej prezydent albo przywołajcie z powrotem Szczurka, nad którym zlitowano się w Sopocie dając mu około 2 tysięce złotych miesięcznie jako doradcy inwestycyjnemu miasta.

Śmieszno i straszno: i tu polecę za Brzechwą nawiązując do jego wierszyka ze sławnym cytatem, kiedy to kapusta mówi:

 

„Moi drodzy, po co kłótnie,

Po co wasze swary głupie,

Wnet i tak zginiemy w zupie!”

 

 

 

Niezwykła rada WIKTORA ŚWIETLIKA: Nie okradaj Niemca!

Wydaje mi się, że nawet komuniści późnego PRL niszczyli ludzi, czasem nawet zabijali, wtedy, kiedy uważali, że muszą, a nie dla czystej przyjemności krzywdzenia, by rekompensować sobie jakieś własne deficyty. To ostatnie można uznać za wyróżnik tej ekipy, a także wspierającego ją systemu medialnego. Mówiąc jego językiem – jej funkcjonariuszy. Sprawa Michała Kuczmierowskiego, byłego szefa Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych (RARS), jest tego kolejnym dowodem.

Wedle Arystotelesa, zarówno efekt tragiczny, jak i komediowy muszą być tworzone poprzez zaskoczenie i zdziwienie, które już w ogóle leży u podstaw jakiejkolwiek ludzkiej działalności intelektualnej. Niestety, najwyraźniej nie jestem do niej z reguły zdolny, bo coraz mniej mnie już dziwi. Chociaż? Zarówno premierowi Tuskowi, jak i jego medialnej obsłudze to się udało.

Nie zdziwił mnie po pierwsze więc portal podający Donaldowi Tuskowi piłkę w sprawie „wielkich afer w zbrojeniówce”. Afery i ogłoszona publicznie przez Tuska kradzież przez Morawieckiego 12 miliardów złotych, którą wykrył dziennikarz ten, co zawsze, specjalista od „porażających” podsłuchów Obajtka i innych sensacji, po których zawsze premier wypuszcza bojowe tweety. Rzeczywiście, z perspektywy mediów z niemieckim kapitałem, jak również tego szefa rządu, zainwestowanie takiej kwoty w polski przemysł zbrojeniowy, może wyglądać jak kradzież. Jest to kolejna próba kradzieży Niemcom ich Europy. Panowania nad nią także w obszarze produkcji amunicji.

Historia Michała Kuczmierowskiego, nazywanego przez funkcjonariuszy medialnych z upodobaniem Michałem K. jednak zaskoczyła mnie. Zaskoczyło mnie to, jak nisko może stoczyć się aparat sprawiedliwości, ile jeszcze poziomów dna może przebić Adam Bodnar, którego kiedyś ostatecznie trochę znałem, jak można być zwyczajnie podłym wobec faceta, którego się ostatecznie nie zna, i który po prostu się nawinął, bo był blisko Morawieckiego.

Tu uczciwe zastrzeżenie. Niniejszy felieton ma charakter po części osobisty, bo Kuczmierowskiego najzwyczajniej w świecie swojego czasu dość dobrze znałem. Jest uczciwym człowiekiem i państwowcem, czyli tym typem, za którym zapewne Platforma nie przepada. Czy to oznacza, że jego decyzje podejmowane w okresie pandemii i wojny na Ukrainie mają nie podlegać ocenie, kontroli, prześwietlaniu? Absolutnie powinny. Skala umów z Pawłem Szopą, właścicielem firmy „Red is Bad” prosi się o kontrolę. Choć i to prosi się o pamięć o innej skali – czyli dzisiejszej destrukcji państwa. Tę skalę wyznacza chociażby dzisiejszy demontaż usług kurierskich Orlenu, czego oczywistym beneficjentem jest Rafał Brzoska, właściciel InPostu. Jest duży prywatny biznes, który monopolizuje rynek i jest państwo, które wlazło mu w szkodę.

Nie ma tu ani wojny, ani zerwania łańcuchów dostaw, ani problemu czasu. Nie ma żadnej celowości, ani interesu publicznego. To wszystko dotyczyło Kuczmierowskiego i Morawieckiego, którzy musieli decydować w warunkach nowych i w sumie ekstremalnych. Do tego pod naciskiem zagranicznych partnerów, którzy zresztą z upodobaniem dziś kibicują odbudowie w Polsce demokracji w modelu mieszanym: azersko-kazachskim.

Ten model staje się już nie upodobaniem Tuska, a im głębiej w las deprawacji, tym bardziej jest on konieczny. Tusk władzę musi utrzymać, by jego następcy nie zrobili z nim tego, co on robi swoim poprzednikom. Dlatego – i tu jednak zaczyna się już jednak moje zdziwienie perfidią tej ekipy – nagle ogłoszono, że Kuczmierowski się ukrywa. Przez wiele miesięcy można było go wezwać na przesłuchanie. Dodatkowo, partner RARS, czyli właśnie Paweł Szopa, odpowiada z wolnej stopy. I cóż? Wyczekano aż Kuczmierowski pojedzie na wakacje, jak to ludzie mają w zwyczaju latem, i ogłoszono, przy zgodnym wyciu paramedialnej, prorządowej kloaki, że jest ścigany listem gończym, bo uciekł za granicę. Oczywiście teraz Kuczmierowski nawet nie ma jak w normalny sposób się zgłosić, bo z miejsca podczas powrotu zostanie triumfalnie schwytany, przy czym znajdą się zupełnie przypadkowo, kamery TVN i odrodzonej TVP, a redaktor Schnepf z domu Wysocka, w rozmowie z Romanem Giertychem pochyli się nad transparentnością życia publicznego i rozmaitymi ważnymi standardami, które oboje uosabiają.

Pozostaje jedno. Mieć nadzieję, że przyszłość, która jest w końcu niezbadana, i tę ekipę zaskoczy. Mam nadzieję, że będzie miała twarz Mariusza Kamińskiego. Sądzę, że Kuczmierowski, bez względu jakby potoczyły się jego losy, będzie miał zawsze poczucie, że podejmował decyzje kierując się interesem państwa. Tuskowi nie pozostanie wówczas już nic, zresztą już dziś wiele nie ma poza rządzą władzy i pieniędzy, którymi tacy jak on, nigdy nie są w stanie się zapchać, a tego głodu nie da się uśmierzyć nawet nieustannym poniżaniem innych.

 

 

   

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP w obronie red. Pawła Gąsiorskiego

CMWP SDP  informuje iż obejmuje monitoringiem sprawę red. Pawła Gąsiorskiego , jaka toczy się przeciwko niemu przed Sądem  Rejonowym w Częstochowie  z powództwa radnego gminy Rędziny, Jana Polewiaka. Paweł Gąsiorski jest oskarżony za anonimowe komentarze, jakie zostały opublikowane na prowadzonym przez niego portalu internetowym,  mimo iż  radny nawet nie wnioskował do niego o ich sprostowanie ani usunięcie. 

Paweł Gąsiorski, dziennikarz i redaktor naczelny portalu informacyjnego gminaredziny.pl został oskarżony o oczernianie radnego, ponieważ między 13 , a 30 marca 2024 r. pod artykułami opublikowanymi na tym portalu ukazały się komentarze dotyczące p. Jana Polewiaka, ówczesnego kandydata na radnego  gminy Rędziny, a aktualnie radnego tej gminy. W reakcji na te komentarze Jan Polewiak złożył ustną skargę  na Komisariacie Policji w Kłomnicach, w której przytoczył treść w/w komentarzy i wskazał pseudonimy osób, które je zamieściły.  Wniósł także o ustalenie tożsamości autorów tych komentarzy i wyciągnięcie wobec nich konsekwencji, uznał bowiem iż oczerniają oni  jego osobę za pośrednictwem Internetu.

W reakcji na tę skargę w Sądzie Rejonowym w Częstochowie toczy się sprawa przeciwko red. Pawłowi Gąsiorskiemu. W ocenie CMWP SDP  ogranicza to prawa redaktora Pawła Gąsiorskiego jako dziennikarza i publicysty, co skutkować może także ograniczeniem jego działalności jako wydawcy lokalnych mediów. Konsekwencją tej sprawy może być także tzw. efekt mrążący czyli oddziaływanie tej sprawy na innych wydawców i dziennikarzy prasy lokalnej, dla których uwikłanie w żmudną i kosztowną procedurę sądową jest wyjątkowo dokuczliwą okolicznością która zniechęci ich do zajmowania się sprawami lokalnymi i swobody ich przedstawiania z obawy przed ryzykiem skazania za  publikację komentarzy cudzego autorstwa.

Zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych
i bez względu na granice państwowe. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, że „Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice.” Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: „Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów,
bez względu na granice państwowe, ustnie, pismem lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru.
” Zgodnie z art. 54 ust. 1 Konstytucji RP, każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.

Ponadto, zgodnie z ugruntowanym orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPCz) oraz poglądami doktryny prawniczej, granice dopuszczalnej krytyki są szersze w stosunku do polityków i ich działań publicznych niż wobec osób prywatnych. „Politycy świadomie i w sposób nieunikniony wystawiają się na ostrą kontrolę i reakcję na każde wypowiedziane słowo i wszystko, co robią dziś i co robili w przeszłości, ze strony zarówno dziennikarzy, jak i ogółu. Muszą więc być bardziej tolerancyjni (…) Pełnienie funkcji publicznej albo aspirowanie do stanowiska politycznego z konieczności wystawia jednostkę na widok innych obywateli, w tym w sferach należących do życia prywatnego. Działania prywatne osób publicznych nie mogą więc być za takie uważane, jeśli są potencjalnie istotne ze względu na ich rolę na scenie politycznej lub społecznej oraz związany z tym interes ogółu w uzyskaniu informacji na ich temat” (Marek A. Nowicki, [w:] Wokół Konwencji Europejskiej. Komentarz do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, wyd. VII, publ. 2017 oraz cytowane tam orzecznictwo). Zostało to wyeksponowane także w krajowej judykaturze. Na przykład w postanowieniu z dnia 28 sierpnia 2003  r. (III KK 246/03 – OSNwSK 2003/1/1845) Sąd Najwyższy wskazał: „zakres wolności słowa w sferze życia publicznego musi być szerszy niż w sferze prywatnej, zaś osoby uczestniczące w życiu publicznym muszą liczyć się z krytyką, gdyż świadomie i w sposób nieunikniony wystawiają swe słowa i działania na reakcje społeczeństwa. Krytyka jako wkład w formę debaty publicznej a zarazem kontrola osób sprawujących stanowiska publiczne jest niezbędna w demokratycznym państwie prawa”.

Oczekiwanie, by w dobie wszechobecnego Internetu i dominujących w życiu publicznym mediach  cyfrowych w komentarzach pod  dziennikarskimi publikacjami  nie poruszano tematów w dosadny, czy nawet  kontrowersyjny sposób  tylko dlatego, że dziennikarz nie może w chwili publikacji przedstawić czytelnikom „twardego” dowodu na jakąś okoliczność, jest mylne i kłóci się z wypracowanymi w Europie standardami wolności słowa. W wyroku z dnia  2 czerwca 2003  r. (III KK 161/03 – publ. LEX nr 78847) Sąd Najwyższy trafnie podkreślił: „Przepis art. 10 EKPC, gwarantujący prawo do swobodnej wypowiedzi, jest w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka traktowany jako dający swobodę wszelkim rodzajom wypowiedzi wyrażających opinie i idee lub informacje, niezależnie od ich treści oraz podmiotu wypowiadającego się. Podnosi się przy tym, że głównymi aspektami tej swobody jest wolność prasy, stanowiąca warunek publicznej krytyki, jako swobodny element skutecznej demokracji. Stąd też orzecznictwo ETPC przyjmuje, iż swoboda dziennikarska obejmuje też możliwość posłużenia się przesadą, a nawet prowokacją.” Ponadto jak wskazano w doktrynie prawniczej, w nawiązaniu do orzecznictwa strasburskiego: „(…) od dziennikarza nie można w zasadzie wymagać odroczenia publikacji informacji w kwestiach ogólnego interesu bez poważnych, nieodpartych racji, które by za tym przemawiały. Podobnie nie można pogodzić z rolą mediów informowania o faktach albo opiniach i ideach, które są w danym momencie aktualne, ogólnego wymagania, aby dziennikarze dystansowali się systematycznie i formalnie od przytaczanych przez nich treści mogących obrażać i prowokować osoby trzecie lub oznaczać zamach na ich honor” (Marek A. Nowicki, ibidem).

Należy z całą mocą podkreślić, że osoby publiczne, a zwłaszcza funkcjonariusze publiczni (np. radni) powinni szczególnie dbać o to, aby dla opinii publicznej być jak  „żona Cezara” – czyli być osobami bez zarzutu. Jeżeli ich postępowanie budzi wątpliwości i nie jest dla społeczności lokalnej transparentne (abstrahując od trafności takich przypuszczeń lub ocen), we własnym interesie powinni dążyć do wyjaśnienia sytuacji np. poprzez  prośbę o publikację swojej odpowiedzi na publikację np. komentarzy czy nawet pisemnego wniosku  o sprostowanie publikacji, co nie miało miejsca w w/o sprawie. Możliwość zamieszczania komentarzy przez czytelników artykułów publikowanych na portalach internetowych  jest obecnie absolutnie uzasadniona ze względu na funkcję kontrolną, jaką w demokratycznym kraju pełnią środki masowego komunikowania w stosunku do innych podmiotów działających w przestrzeni publicznej i co równie istotne, jest zgodne ze sztuką dziennikarską. W tym wypadku więc oskarżanie  red. Pawła Gąsiorskiego za cudze komentarze  jest w ocenie CMWP SDP  naruszeniem zasady wolności słowa demokratycznego państwa i jest zbyt daleko idącą interpretacją prawnej ochrony dóbr osobistych funkcjonariusza publicznego.

Podsumowując powyższe rozważania i oceniając całokształt sprawy przez pryzmat wolności słowa, CMWP stoi na stanowisku, że wniesiony w niniejszej sprawie akt oskarżenia można uznać za tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie prawa  red. Pawła Gąsiorskiego  do niezależnej od polityków działalności dziennikarskiej i publicystycznej.  W tym kontekście jego ewentualne  skazanie stanowiłoby naruszenie praw człowieka i obywatela i spowodowałoby tzw. efekt mrożący, skutecznie odstraszając innych do wyrażania opinii na różne tematy dotyczące społeczności lokalnej. W tym kontekście nie da się tej sprawy pogodzić ze społeczną funkcją wolnych mediów, które są obserwatorem życia publicznego i mają stać na straży państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

Powyższa opinia została przesłana do Sądu Rejonowego w Częstochowie jako opinia Amicus curiae („Przyjaciela Sądu”) .