CEZARY KRYSZTOPA: Skoro Tusk chce żebyśmy patrzyli na wschód, patrzmy na zachód

Tusk w swojej drogiej kurteczce na granicy, Tusk z żołnierzami, Tusk ze strażnikami granicznymi. Tusk opowiadający o „Tarczy Wschód”. Proszę, proszę, jakiego mamy obrońcę granicy. Co prawda tylko jednej, ale zawsze.

I tak, to jest ten sam Tusk, który podczas najwyższej fali operacji hybrydowej białoruskich i prawdopodobnie rosyjskich służb przeciwko Polsce mówił o polskim rządzie, że „oni robią jakichś ohydny spektakl, ohydne polowanie na te dzieci i matki”, a jego Platforma Obywatelska głosowała w Sejmie przeciwko powstaniu zapory na granicy z Białorusią. Zanim do Donalda Tuska „dotarło”, że „90 procent tych, którzy przekraczają polską granicę nielegalnie, to ludzie dysponujący rosyjskimi wizami”, mówił, że „wypowiadanie znowu tych słów, które są kompromitujące, że Polska obroni się, tak jakby ci ludzie wypowiedzieli nam wojnę. To są biedni ludzie, którzy szukają swojego miejsca na ziemi”. Otwarcie również wpisywał się w retorykę porównującą działania funkcjonariuszy państwa polskiego do działań „nazistów”- „Postawi mur i płot, i jeszcze jeden mur, i jeszcze najlepiej, żeby prąd elektryczny podłączyć pod to ogrodzenie” – perorował. A teraz proszę, dziś jest tak wielkim obrońcą granicy, że nawet swoją drogą „kryzysową” kurteczkę założył.

Tusk nie broni polskich granic

A żeby nie było tak różowo, jego administracja jednocześnie organizuje pokazy kłamliwego i obraźliwego dla polskich żołnierzy i funkcjonariuszy filmu „Zielona Granica” Agnieszki Holland w  kinach na Ukrainie. Pokazy w ramach Dni Kina Polskiego zorganizował dyrektor Instytutu Polskiego w Kijowie, Jarosław Godun, mianowany na to stanowisko przez koalicję rządzącą. Instytut jest nadzorowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Zatem, z jednej strony Donald Tusk, wprawdzie kłamliwie, ale chciałby się spektakularnie jawić jako wielki obrońca granicy z Białorusią. Tylko co z granicą z Niemcami? O zagrożeniu ze wschodu trzeba pamiętać zawsze, ale dziś to Niemcy podrzucają nam konsekwencje swych błędów politycznych w postaci tysięcy nielegalnych imigrantów. Skale procederu ujawniła na łamach Tysol.pl Aleksandra Fedorska. Granica z Białorusią nie jest w 100% bezpieczna, ale jest już chroniona. Ma swoją zaporę i oddziały wojska oraz Straży Granicznej. Tymczasem granica z Niemcami jest chroniona tylko po niemieckiej stronie, po stronie polskiej nie ma nic, państwo polskie jest tam ślepe. A będzie jeszcze gorzej. Po wejściu w życie paktu migracyjnego, któremu Tusk pozornie się sprzeciwił, ale na takim etapie żeby mu się krzywda nie stała, mówi się już o dziesiątkach tysięcy nielegalnych imigrantów, którzy wjadą do Polski z Niemiec. A to przecież nie koniec. Tusk zgodził się przecież na przyspieszenie realizacji paktu. Dlaczego tej granicy Tusk nie broni? Dlaczego nie wizytuje jej w drogiej „kryzysowej” kurteczce?

Z bardzo prostej przyczyny. Otóż Tusk nie broni polskich granic. Tusk broni tylko swojego odcinka granicy niemieckiej Unii Europejskiej. Nastroje w Niemczech się zmieniły, Niemcy nie krzyczą już „herzlich willkommen”, Niemcy teraz bardzo chcieliby się pozbyć konsekwencji swojej równie głupiej co butnej polityki. Niemiecki establishment boi się dojścia AfD do władzy. Dlatego czym prędzej wziął się za realizację antyimigranckich postulatów AfD. „Na szczęście”, dzięki Donaldowi Tuskowi mają teraz Polskę, gdzie mogą składować nie tylko toksyczne odpady. I będą „składowali”, już „składują” ku absolutnej bierności administracji niemieckiego gubernatora na Polskę.

Patrzmy na zachód

Kłamstwo jest w jakimś smutnym sensie techniką warsztatową polityki. Jednak Donald Tusk wyniósł tę sztukę na rzadko, a być może wcale niespotykane w Polsce „wyżyny”. Dlatego, nauczeni przecież wieloletnim doświadczeniem rządów tego człowieka, któremu kłamstwo przychodzi równie łatwo jak szyderczy uśmiech nad upadającymi polskimi potencjałami, za każdym razem kiedy usiłuje przyciągnąć nasza uwagę na wschodzie, tym bardziej intensywnie powinniśmy sprawdzać, co tam znowu odwalił z drugiej strony.

 

CEZARY KRYSZTOPA: 49 konkretów Tuska

Koalicja 13 grudnia obchodziła rocznicę ostatnich wyborów parlamentarnych, w wyniku których doszła do władzy i weszła w posiadanie narzędzi dzięki którym cofa Polskę w rozwoju o dziesięciolecia. No i umówmy się, nie bardzo im ta rocznica wyszła.

Symbolicznie, tego dnia właśnie, w sondażu IBRiSu dla „Wydarzeń” Polsatu, Prawo i Sprawiedliwość wróciło na fotel lidera. Wyobrażacie sobie? Najpierw Tusk wielkim wysiłkiem woli pozwolił żyć swoim przystawkom żeby móc utworzyć rząd. Potem je skonsumował żeby móc uzyskać wmarzoną „mijankę”. „Mijanka” pożyła kilka miesięcy, teraz ją stracił, a przystawki już nie odrosną.

I jeszcze..

…jakby tego było mało, Tuskowi janczarzy w sieci, pod przewodem Mdlejącego Mecenasa, dostają ostatnio srogie baty od internetowego pospolitego ruszenia na „X”. Gdyby jeszcze przegrywali z jakimiś pisowskimi kontroddziałami, ale w moim przekonaniu, a miałem okazję obserwować w sieci jak się ten ruch tworzył, to raczej ruch oddolny, tym bardziej, że PiS raczej nie jest zdolny do takiej organizacji. A jeśli mam rację, to determinacja owego ruchu może świadczyć o szybkiej zmianie nastrojów społecznych.

Jeśli dorzucić do tego, że „konwencja” Platformy Obywatelskiej została poniżająco przyćmiona nieszczególnie przełomową „konwencją” Prawa i Sprawiedliwości. Jeśli dorzucić do tego sondaże, w których Polacy wyrażają rozczarowanie rządem Tuska, a nawet sondę na Gazeta.pl, której czytelnicy miażdżąco oceniają „dokonania” jego gabinetu, to krok już tylko do stwierdzenia, że nad „liberalno-lewicowym Mojżeszem” rychło zamknie się Morze Czerwone.

To niezupełnie tak

A ja bym trochę wstrzymał konie. Bo to wszystko tak wygląda z krajowej perspektywy, która zapewne nie jest Tuskowi zupełnie obca, choćby ze względu na koalicjantów, ale nie sądzę żeby była dla niego najważniejsza. Mówi się, że nie zrealizował swoich „100 konkretów”, ale wobec swojego twardego elektoratu, jest w trakcie realizacji jedynego który traktowali poważnie – ośmiu gwiazdek. A przecież i jego twardy elektorat nie jest dla niego żadnym „suwerenem”. Jedynym „suwerenem” Tuska jest „siła zewnętrzna”, którą nas już straszył.

A wobec niej spełnił już cały szereg obietnic. W niecały rok udało mu się zniszczyć prawnie każdą przewagę konkurencyjną Polski wobec Niemiec. W zgliszczach leżą finanse publiczne, służba zdrowia, wsparcie dla najbardziej prężnych gałęzi polskiej nauki, inwestorzy uciekają z Polski, ludzie zwalniani z pracy, a system prawny przypomina nieudaną operetkę afrykańskiego bantustanu. Polska jest już prawie w pełni gotowa by stać się żerem dla upadających Niemiec, gotową do zagospodarowania masą upadłościową, wymarzonym i wyczekanym lebensraum.

Jest gorzej

A przecież nie to jest najgorsze. Żadna ze zbrodni jakie Tusk dokonuje na Polsce nie będzie tak brzemienna w skutki jak uczynienie z Polski niemieckiego śmietnika, już nie na trujące odpady, ale na konsekwencje niemieckich błędów politycznych. Najlepszą tego ilustracją są plany budowy 49 Centrów Integracji Cudzoziemców. Koalicja 13 grudnia broni się, że „za PiS powstały dwa”. Jeśli dobrze rozumiem, jedno dla uchodźców z Białorusi, a drugie dla uchodźców z Ukrainy. Ale rozumiecie co wynika ze skali różnicy pomiędzy 2 a 49? Rozumiecie jakie tsunami szykuje nam niemiecki gubernator na Polskę?

49 prawdziwych konkretów Tuska. Wraz z przyjętym paktem migracyjnym (tak, Tusk się formalnie sprzeciwił, ale na etapie kiedy nie miało to już znaczenia). To jest twarda i skuteczna realizacja zobowiązań wobec „sił zewnętrznych”, której nie da się cofnąć choćby i wielkim nakładem środków. Która na trwałe zmieni polskie społeczeństwo i sądząc z doświadczeń społeczeństw zachodniej Europy, odbierze mu poczucie bezpieczeństwa i siły witalne.

CEZARY KRYSZTOPA: Powodzianie cierpią w ciszy

Powódź się skończyła? Sądząc z jedynek największych portali tak, ale sądzę, że tysiące powodzian ma w tej sprawie inną opinię. Woda spłynęła, ale to nie koniec nieszczęścia, to jego początek.

Ludzie zostali bez dachu nad głową, kończą im się pieniądze, lub też dawno im się pieniądze skończyły. Jeśli czyjś dom ocalał, to jego ściany są mokre i do zimy bez potężnych osuszaczy, których bardzo brakuje, nie wyschną. Jeśli nie wyschną nie będą miały podczas mrozów żadnej izolacyjności termicznej. O takich „drobiazgach” jak grzyb nie wspomnę. Infrastruktura jest zniszczona, przy tym poziomie organizacji, o którym opowiadał linczowany dziś przez urzędników Tuska były Komendant Główny Państwowej Straży Pożarnej gen. Bartkowiak, nie daj Boże żeby przeszedł jakiś kolejny kataklizm.

Powodzianie cierpią w ciszy

Co się dzieje z powodzianami? A na przykład są zwalniani z pracy – Taką traumę przeżyłam… wszystko w błocie, w szlamie, a tu jeszcze listonosz wręcza wypowiedzenie. To najgorsza rzecz, ten moment. To jest załamujące doświadczenie, kiedy dobytek życia zabiera woda, zaczyna się sprzątanie, organizowanie jak tu dalej żyć, a tu jeszcze taka dobijająca wiadomość, że nie będziesz miała środków do życia – powiedziała w rozmowie z Tysol.pl pani Julia (imię zmienione na jej prośbę), która dostała wypowiedzenie z PKP Cargo.

Dzisiaj powodzianie wraz żołnierzami WOT, służbami i wolontariuszami pracują i cierpią w ciszy. Przejrzałem strony główne „wiodących mediów”. Temat powodzi i powodzian nie istnieje. Skończyły się putiniady Donalda Tuska, skończył się temat powodzi. Kierownik nie robi przedstawiania, więc nie ma o czym pisać.

Dzielny kierownik

Kierownik jest dziś zajęty czym innym. Jednego dnia „pokona” alkotubki”, następnego dnia postraszy paczkomaty. Każdego dnia rzuci swoim medialnym ogarom taki czy owaki żer, nad którym te będą deliberować w półmózgim zachwycie. Sprawa powodzi przestała się kierownikowi opłacać. „Odrobił” w oczach opinii publicznej katastrofalne słowa o tym, że „prognozy nie są przesadnie alarmujące” odstawiając cyrk, który nawet Jacek Żakowski nazwał „metodą putinowską” i trzeba mu oddać, że jak wskazują sondaże, zrobił to skutecznie. Ach jakiż z niego frant!

Tylko co z tymi ludźmi tam na południu? Tymi wybierającymi tony szlamu, tymi desperacko usiłującymi osuszyć domy, załatwić jakieś lokum dzieciom, ogarnąć im jakąś szkołę. Zastanawiającymi się jak przeżyć. Chowającymi bliskich.

Może i zachwyciłbym się sprytem kierownika, a może i zaśmiałbym się z głupoty „opinii publicznej” pasanej jak głupia krowa na ściśle wyznaczonych pastwiskach, ale kiedy myślę o tych ludziach, jakoś nie umiem.

Wszystko co mi przychodzi do głowy to stek wulgaryzmów.

Tak, to straszne. Ale trzeba żyć dalej… — 17. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

„Od razu zaczęto strzelać. Nie było żadnego ostrzegawczego strzału, żadnych rozmów… Dzieci, jak sądzę, zginęły natychmiast. Zdołałem spojrzeć na Ritę i dzieci… Leżeli już martwi. Rita coś jakby do mnie powiedziała i to było wszystko…” — publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ

5 marca 2022 roku, sobota, godzina 7.10. Bucza, ulica Lecha Kaczyńskiego, nr 3.

W 2014 roku Rosjanie, ponownie ignorując prawo międzynarodowe oraz własne zobowiązania wobec świata i Ukrainy, wtargnęli na Krym i Donbas.
„Marjinkę zbombardowali, Krasnohoriwkę zbombardowali” — żaliła się Walentyna Czikmarjowa. „Co nam było zostać? Synowie nie chcieli rosyjskich paszportów i nie chcieli do Rosji. Chcieli mieszkać tylko na Ukrainie…”

Jako pierwszy na poszukiwania „nowego świata” wyruszył Witalij Czikmarjow, starszy syn pani Walentyny. „Pojechał dużo wcześniej” — opowiadał jego młodszy brat Ołeksandr. — „I spodobała mu się Bucza”.

„Nie chciałam opuszczać Donbasu, mieszkałam tam 48 lat” — kontynuuje pani Walentyna. — „Tam sprzedaliśmy dom, tutaj kupiliśmy. Starszy syn pomógł nam go kupić”.

Witalij osiedlił się w Leśnej Buczy, a Ołeksandr, w 2018 roku, w pięknym dwupiętrowym domu z czerwonej cegły w centrum miasta, na ulicy Mykoły Muraszki 16, za cerkwią Andrzeja Pierwszego Powołanego.

„Przyjechałam tu dla dzieci, aby im pomagać” — mówi pani Walentyna. — „Ożenili się, żyli. Pojawiły się wnuki. Żyliśmy bardzo dobrze… Dobrze żyliśmy… Dzieci do szkoły, do przedszkola, a ja odbierałam starszego Matyuszę ze szkoły. I młodszego Kłymczika z przedszkola, kiedy Rita była w pracy… Oni, Ołeksandr i synowa Rita, kochali dzieci i siebie nawzajem…”

Rodzina Czikmarjowów rzeczywiście była bardzo zżyta. „Nie mogę opisać, jakie to było szczęście, że byliśmy razem” — opowiadał Witalij. „Mamy bardzo wielu kumów, przyjaciół i wszyscy są w Buczy. Na każde święta wszyscy razem, u matki. Miała duży stół, pełno dzieci. Mówiła: ‘Czego więcej potrzeba w życiu, kiedy wnuki są obok, dzieci, synowe?’…”

Ale przeklęta wojna dopadła rodzinę także w Buczy… O tragedii Czikmarjowów telewizja nakręciła poruszający dokument o prawie hellerowskim tytule „Bucza 22”, stąd świat dowiedział się o jeszcze jednym przypadku spośród wielu rosyjskich zbrodni w naszym mieście… Dzięki dziennikarzom poznano szczegóły tej straszliwej tragedii. Jednej z tysięcy..

Wojna, której wszyscy się spodziewali, ale świadomie odrzucali taką możliwość, wybuchła rankiem 24 lutego. „Nie wiedzieliśmy, co robić, co z rodzicami, dokąd uciekać” — mówi zrozpaczony Witalij. „Zostaliśmy. A po 25 lutego nie było już szans, żeby wydostać się z Leśnej Buczy. Saszko mógł wyjechać, gdyby ktoś wiedział, do czego to wszystko zmierza. Ale dokąd miałby jechać, zostawiając rodziców? Rozmawialiśmy przez telefon. Siedzieli w piwnicy. U mamy była taka solidna piwnica. A z każdym dniem było coraz gorzej”.

Według relacji Ołeksandra: „Siedzieliśmy w piwnicy przez tydzień, a może i dłużej… Kiedy było cicho, wychodziliśmy na górę… Mama była cały czas z ojcem, bo on był sparaliżowany, a nie było jak go sprowadzić do piwnicy…”.

Pani Walentyna wspomina tamte dni, nie kryjąc łez: „Matyusza siedział w piwnicy osiem dni i pisał na laptopie: ‘Bardzo kocham Ukrainę. Zaatakowali nas Rosjanie. Nienawidzę ich! Gdybym miał 18 lat, poszedłbym bronić swojej Ukrainy, ale mam tylko dziewięć lat. Ale bardzo, bardzo kocham swoją Ukrainę’. A wtedy zaczęli tak bombardować, że dzieci były przerażone, nie spały. W piwnicy było wszystko słychać…”.

Wieczorem 4 marca synowa nie wytrzymała napięcia i niepewności:

— Mamo, wyjedziemy — zwróciła się Rita do teściowej. — Wszyscy już wyjeżdżają…

Razem z Czikmarjowami Buczę postanowili opuścić ich sąsiedzi — Halina z mężem Ołegiem oraz jego matka. Przygotowali dwa samochody: Ołeksandr Czikmarjow — swojego forda, a sąsiedzi — białego dodge’a z napisem na szybie dużymi literami „DZIECI”…

„Psychicznie nie dało się już tam wytrzymać” — mówił Ołeksandr.

O siódmej rano następnego dnia, jak wspomina pani Walentyna, „rano była cisza. Pomyślałam: może już przestali strzelać. I wyjechali. Zamknęłam im bramę. Rita doszła do furtki i powiedziała: ‘Mamo, no to trzymajcie się’. A syn nic nie powiedział. Nie pożegnałam się. Byłam w takim szoku, że nawet z wnukami się nie pożegnałam. Oni w półśnie wsiedli do samochodu i odjechali. I sąsiedzi pojechali z nimi. Za kierownicą była kobieta…”.

Plan był taki: wpaść do Witalija w jego domu w Leśnej Buczy, zatankować samochody, bo prawie nie mieli paliwa, a potem wszyscy razem do Kijowa. „U nas było naprawdę źle, aż strach” — opowiadał Witalij. „Byliśmy już ubrani, spakowani”. Cały czas na telefonie.

— Włącz głośnik, żebym słyszał — powiedział Witalij do Rity, która siedziała obok Ołeksandra, prowadzącego forda, zaraz po tym, jak rodzina ruszyła spod swojego domu.

Kiedy samochód skręcił w bulwar Bohdana Chmielnickiego, Rita zameldowała:

— Wyjechaliśmy, jedziemy…

— Mów, co widzisz po lewej, co po prawej…

— Wszystko w porządku — uspokajała bratowa. — Przejeżdżamy przez „Warszawkę”.

— Co teraz widzisz? — dopytywał Witalij

— Przed nami zakład PTEM i coś stoi na drodze…

— Zatrzymajcie się!…

Nagle w słuchawce rozległ się głośny strzał i rozpaczliwy krzyk Rity:

— Ojej, trafili mnie! W nogę!…

— Zawracajcie!

Witalij usłyszał jeszcze kilka strzałów i jak jego bratowa krzyczy z bólu i przerażenia. Potem telefon ucichł…

Ołeksandr opowiadał: „Zatrzymaliśmy się, zatrzymali się też sąsiedzi” — wspominał tragiczne szczegóły tego dnia, które wydarzyły się naprzeciwko budynku PTEM w Buczy, przy ulicy Lecha Kaczyńskiego 3.

„Od razu zaczęto strzelać. Nie było żadnego ostrzegawczego strzału, żadnych rozmów… Dzieci, jak sądzę, zginęły natychmiast. Zdołałem spojrzeć na Ritę i dzieci… Leżeli już martwi. Rita coś jakby do mnie powiedziała i to było wszystko…”

Ołeh Doroszuk, którego rodzice mieszkali w pobliżu Czikmarjowych, opowiadał, że wtedy nadjechała kolumna pojazdów z literą „V” na bokach. Buczanie zjechali na bok i zatrzymali się w tzw. zatoczce, żeby przepuścić kolumnę wojskową. Zostali rozstrzelani”.

„Miałem postrzeloną nogę, jej kawałek zwisał” — wspominał niemal ze łzami Ołeksandr, przywołując ten przerażający moment. — „Upadłem na ziemię, czołgałem się w stronę drzew… Moja noga wyglądała, jakby została odstrzelona. Nie z jakiegoś pistoletu czy karabinu, ale z czegoś dużego kalibru. Ostrzelali cywilny samochód, który nie był w żaden sposób zamaskowany. Nawet nie zapytali, dokąd jedziecie, dlaczego i po co? Po prostu zaczęli strzelać. Było im wszystko jedno…”

Gdy Ołeksandr wydostał się z uszkodzonego samochodu, ten stanął w płomieniach… Martwe dzieci i jego żonę pochłonął ogień… W drugim samochodzie, jak opowiadał Ołeh Doroszuk, „zginął wujek Ołeh” (Towkacz), a jego żona, która została ranna w ramię, razem z teściową zdołały później dotrzeć do szpitala…

Po pewnym czasie na ulicy pojawili się pojedynczy przechodnie. „Podszedł do mnie mężczyzna, zobaczył mnie i zaczął ze mną rozmawiać” — opowiadał Ołeksandr. — „Znalazł w samochodzie sąsiadów jakiś koc, którym owinął mi nogę. Potem poszedł szukać pomocy. Po jakimś czasie pojawiło się jeszcze dwóch mężczyzn, dwóch młodych chłopaków. W tym momencie przejeżdżał samochód. Chłopcy zatrzymali go i położyli mnie na tylnych siedzeniach”.

Za kierownicą tego białego samochodu toyoty siedział były pracownik Prokuratury Generalnej, Walery Ranskyj. „Piątego marca, kiedy te potwory były już wszędzie, jechałem do Leśnej Buczy” — wspominał mężczyzna. — „Przede mną widzę, że w zatoczce naprzeciwko PTEM stoją dwa samochody: biały dodge i jeszcze jeden przed nim. I dwóch ludzi tam się krząta. Zahamowałem, dają jakieś znaki, żebym się zatrzymał. Zatrzymuję się, otwieram okno, a oni pytają: czy mogę zawieźć rannego do ambulatorium na Puszkina, które znajduje się na podwórzu bloku. Pytam, gdzie jest ranny? A oni mówią: ‘Tam, w parku’. Mówię: ‘Chłopcy, znajdźmy coś, jakiś prześcieradło’. I wyciągałem go przez lewe drzwi, a oni mi go podawali…”

Już po chwili, zaledwie jakieś trzysta metrów dalej, Walery Ranskyj dowiózł ciężko rannego do punktu medycznego, który przed wojną nazywał się Dziennym Ośrodkiem Opieki. „Ludzie krzyczą, że tu jest ranny” — opowiadał chirurg wojskowy, Serhij Sachacki. — „Podbiegamy… Jedyną rzeczą, którą udało mi się z niego wyciągnąć, było to, że nazywa się Saszko Czikmarjow. I że pochodzi z Doniecka… Patrzę na jego stan, zakładam opaskę uciskową, próbuję z nim rozmawiać. Mierzę ciśnienie — prawie nie ma, 60 na 0! Zakładamy kroplówkę… Nie było krążenia obwodowego. Trzymałem kroplówkę, a krew już przez nią płynęła… Dzięki Bogu, udało się dowieźć go do szpitala… Od razu trafił na salę operacyjną…” Jednak nogę trzeba było amputować aż do kolana. O tych strasznych wieściach matka Ołeksandra dowiedziała się od sąsiadki, której cudem udało się uratować przed niechybną śmiercią…

Po ewakuacji szpitala Ołeksandra przewieziono do Kijowa na dalsze leczenie.

Tymczasem zwęglone szczątki Rity Czikmarjowej oraz jej dzieci pozostawały w spalonym samochodzie na ulicy Lecha Kaczyńskiego. Jak opowiadała pani Walentyna: „Leżeli tam dwadzieścia trzy dni. Nie można ich było zabrać. Strzelanina była straszna…”.

Na odwagę, by zebrać szczątki znajomych, zdobył się Ołeh Doroszuk, który ryzykując własne życie, pełnił funkcję wolontariusza w Buczy. „Musiałem wychodzić na ulicę, bo trzeba było pomagać znajomym starszym ludziom” — opowiadał wolontariusz. —„Kilka razy mnie zatrzymali, pytali — gdzie jest biała opaska? Nie nosiłem jej, mówiłem — widzicie, mam na szyi szalik Dynamo? Jest tam biały kolor. A oni na to: dokumenty, telefon, rozbieraj się, ręce za plecy… Kiedyś wracałem do domu od rodziców. W tym czasie okupanci rabowali sklepy i biura. Zatrzymali mnie, związali ręce taśmą z tyłu, szalik owinęli wokół twarzy i też zaklejono taśmą, postawili mnie pod ścianą. Stałem tak cztery godziny”.

28 marca Ołeh Doroszuk udał się do PTEM, aby zabrać szczątki ludzi. „Poszedłem tam rano” — opowiadał mężczyzna. — „Pojawił się tam też kolejny minibus, biały volkswagen, również ostrzelany. Okazało się, że kobietę pochowano w parku, a na mogile położono tabliczkę rejestracyjną”. (Na marginesie, świadkiem tego, jak orkowie zabili pasażerów tego samochodu, był burmistrz Buczy Anatolij Fedoruk. „Byłem świadkiem rozstrzelania trzech rodzin, które jechały samochodem” — opowiadał dziennikarce „Ukraińskiej Prawdy” Ołdze Kyryłenko 8 kwietnia. — „W jednym przypadku była ranna kobieta z dzieckiem, mężczyzna błagał na rosyjskim posterunku, by ich nie zabijali, bo ona była w ciąży. Faktycznie pochował ją na skrzyżowaniu ulic Lecha Kaczyńskiego i Szewczenki… Zastrzelili ich w samochodzie, który wciąż tam stoi. Tablicę rejestracyjną mężczyzna faktycznie wykorzystał zamiast krzyża… Są informacje, że i jego też zastrzelili”).

Ołeh Doroszuk kontynuował: „Spojrzałem do samochodu i zobaczyłem, że ciała wciąż leżą w środku… Wziąłem koc, przykryłem nimi ciała sąsiadów, zamknąłem drzwi, żeby psy nie mogły się tam dostać, i poszedłem szukać pomocy. Nikogo nie znalazłem. Wróciłem. Rozłożyłem koc, wyciągnąłem ciała, wziąłem jakiś worek. Włożyłem tam czaszkę, kości. Zawiązałem w węzeł, zarzuciłem worek na ramię i poszedłem w stronę domu. Dotarłem do skrzyżowania ulicy, gdzie mieszkali, i zawołałem sąsiadów. Weszliśmy na teren kościoła, wykopaliśmy na boku mogiłę.”

O tym opowiadała inna sąsiadka, pani Nadia: „Wykopaliśmy osobny grób, pochowaliśmy ich, postawiliśmy krzyż, wszystko jak należy” — mówi mieszkanka Buczy, Nadija. Na tabliczce tego krzyża sąsiedzi zapisali: „Czikmarowie: Rita, 34 lata, Matwiej, 10 lat, Kłym, 4 lata”, oraz daty urodzin i dzień śmierci — 5 marca 2022 roku…

„Zastanawialiśmy się, czy w ogóle powiedzieć babci, że jej wnuki są tutaj pochowane” — wzdychał Ołeh Doroszuk. — „Przyznaliśmy się dopiero trzeciego lub czwartego dnia…” Pani Nadia dodaje: „Potem przyprowadziliśmy babcię i pokazaliśmy: „Waliczko, tutaj leży twoja synowa i wnuki…”.

Ołeh kontynuuje: „I zaczęła tu przychodzić każdego ranka, przynosić im ciastka albo piec naleśniki. Wiecie, jak to zawsze bywa… Codziennie rano gotowała im jedzenie, swoim wnukom…”.

Zmarłych ekshumowano 12 kwietnia, a tydzień później rodzina pochowała Ritę, Matwieja i Kłyma…

„Powiedziałem Ołeksandrowi, że trzeba żyć” — wspominał Witalij Czikkmarow. — „Tak, to straszne. Ale trzeba żyć dalej. Matka jest, ojciec jest… Będziemy musieli żyć dalej. Chłopcy chcieli mieć psa… Zdobędziemy psa… Zbudujemy budę… Trzeba go czymś odciągnąć, trzeba…”

Ale niezależnie od słów pocieszenia, takie rany emocjonalne nigdy nie zagoją się w rodzinie Czikkmarowych.

„Rita, jakby to przeczuwała” — płacze pani Walentyna. — „Siedzieliśmy pewnego wieczoru na kanapie, a ona mówi: ‘Niedługo urodziny Tarasa Szewczenki. Matwi musi nauczyć się wiersza.’ I zaczęła recytować:
'Jak umrę, to pochowajcie
Mnie na mogile
W szerokim stepie
Na mojej umiłowanej Ukrainie…’

Rita jakby przeczuwała swoją śmierć… Przeczuwała…

Nie wejdziemy do grobu zamiast wnuków i Rity. Musimy żyć dalej dla Ołeksandra, który przeżył, dla Witalija, który całe życie nas chronił… Chciał nas ocalić z Doniecka, od tamtej wojny, a trafiliśmy na tę…”

Bucza, ulica Centralna. Około 5 marca.

83-letni Wiktor Turyk, cierpiący na głuchotę, wyszedł na balkon swojego mieszkania i zobaczył na dole rosyjski czołg. Czołgista również go dostrzegł i krzyknął do starca: „Schowaj się, dziadku! Nie wolno wychodzić!” Jednak Wiktor nie rozumiał czego od niego chciano i nadal stał na miejscu. Gdy sąsiedzi, widząc, że celują w Turyka z karabinu, zaczęli krzyczeć: „Nie strzelajcie, chłopcy, on jest głuchy!” — relacjonowała sąsiadka Alla. — „Na próżno. Strzał — i Hala Turyk już wdową…”

Bucza, ulica Wodociągowa, nr 54

Władysław Wergiński, który mieszkał na ulicy Wodociągowej 54, wyszedł z mieszkania, aby wyrzucić śmieci. I już nie wrócił… Jego matka, Ludmiła, opowiadała dziennikarzom: „Nie ma go, nie ma. Zniknął mój Władysław. Serce czuje coś złego. Idę do Rosjan, błagam: 'Powiedzcie, co z nim, gdzie on jest?’ Nic nie mówią, tylko mnie przepędzają jak psa. Czekam, aż się zmienią, znowu idę: 'Szukam dziecka, zrozumcie!’ Żaden nie powiedział, choć doskonale wiedzieli, gdzie leży. Sami go przecież zastrzelili. Znalazłam go później, kiedy poszłam zebrać coś na rozpałkę. Obok leżeli Ania Kopaczkowa i Jura Martynenko…”

 

CEZARY KRYSZTOPA: Premier Tusk walczy o życie

Jeszcze w feralny piątek 13 września, kiedy mówił, że „prognozy nie są specjalnie alarmujące” sprawiał wrażenie, że ma nadzieję na weekend w Sopocie. Chwilę później nastąpił powodziowy armagedon i musiał się wziąć do roboty. Jak to ktoś zgrabnie ujął na „X”, Donald Tusk walczy o polityczne życie.

Wiemy z wieloletnich doświadczeń, że nie jest łatwo zmusić Donalda Tuska do pracy. Właściwie łatwiej uznać sprawę za z góry straconą. Tym razem jednak Donald Tusk zrozumiał, że wobec tego co się dzieje jest to jego być albo nie być. Kosztowna to nauka, za którą trzeba było zapłacić nieznaną jak dotąd liczbą ofiar, zaginionych i prawdopodobnie miliardów strat materialnych, ale najwyraźniej skuteczna.

Machina PR

Potężna machina PR poszła w ruch. „Widziałem a własne oczy, że tak wysoki standard obejmuje to konkretne miejsce. Wszędzie tu dookoła Wrocławia to po prostu, mają na tyle mają możliwości technicznych, że stać ich co najwyżej na worki i piach. Więc worki, piach i podwyższają te wały. A tutaj całe wały są wyłożone folią i agrowłókniną. I z tego co mi wiadomo, to tylko tam są zrobione w ten sposób (…)” – mówił w wywiadzie dla Tysol.pl walczący z falą powodziową we Wrocławiu wolontariusz Piotr Przybysławski.

„Tak, to była pokazówka dla Tuska. Bo właśnie tam  go tam zawieziono, żeby mu pokazać, jak to wszystko sprawnie działa w mieście. A w innych miejscach we Wrocławiu, działają sami tylko wolontariusze, ze wsparciem OSP i WOT co najwyżej” – podkreślił Przybysławski.

Nigdy dotąd nie stosowaną w cywilizowanych krajach praktykę publicznych i transmitowanych w największych telewizjach (za wyjątkiem Telewizji Republika, co jest swego rodzaju zbrodnią odmowy dostępu do informacji dla jej być może zagrożonych utratą życia widzów) sztabów kryzysowych najlepiej opisał Jacek Żakowski w neo-TVP. „Tusk sięgnął po metodę putinowską, której się w demokracjach nie stosuje. No nie ma tak, że jak jest powódź w Stanach, to prezydent siedzi i ruga urzędników publicznie i to jest transmitowane. Tak nie ma w Niemczech, w Wielkiej Brytanii, we Francji, nigdzie. To jest typowo autorytarny model zarządzania” – zwrócił uwagę Żakowski za co spotkała go fala hejtu ze strony Silnych Razem. O Jacku Żakowskim można sądzić cokolwiek, ale tutaj ma rację.

Z jednej strony ma rację, ale z drugiej najwyraźniej jest to metoda skuteczna. Nie w sensie organizacyjnym, każdy kto próbował coś zorganizować wie, że upublicznienie procesu nie pomaga. Ale w sensie PR-owym skuteczna, skoro niewielka, ale jednak, większość Polaków uznała, że Tusk, który dezinfomował nt. stanu zagrożenia „radzi sobie z powodzią”. Do tego dochodzą seryjne próby „zmiany tematu” w przestrzeni publicznej, a to odgrzewane kotlety z aferą wizową, a to jakieś wyskoki Sikorskiego, a to bobry. A jeszcze szantaże emocjonalne wobec każdego kto ośmieli się skrytykować działania wodza…

Dlaczego?

Dlaczego to wszystko? Ano dlatego, że Tusk błyskawicznie zrozumiał, że nie może jechać na weekend do Sopotu, tylko musi zawalczyć o swoje polityczne życie. I można go nie lubić, ja go na przykład nie lubię, można go uważać za zdrajcę, który nie działa w interesie Polaków, ale on jak trzeba gryzie ziemię.

W tym czasie opozycja gryzie słone paluszki.

WIKTOR ŚWIETLIK: Media z partią, partia z mediami

Od mediów dramatyzujących, wścibskich, krytykanckich, tylko jedne są gorsze. Takie, które zawsze uspokajają i bronią władzy w imię społecznej odpowiedzialności.

 Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby katastrofa na miarę Czarnobyla odbyła się w Stanach Zjednoczonych w 1986 roku. Tamtejsze media, w większości wrogie administracji Reagana, robiłyby jej jesień średniowiecza z rana, w południe i wieczorem. Przekazy byłyby nieuczciwe. Urzędnicy byliby winni wszystkiemu. A teraz wyobraźmy sobie, zresztą nie musimy, wystarczy wspomnieć lub poczytać w książce Siergieja Plokhy’ego, co było w schyłkowym Związku Radzieckim. W sumie, wielu naszym zarówno decydentom, jak i szacownym redaktorom z wiodących mediów musiałoby się podobać. Pełna odpowiedzialność. Zupełnie jak u nas podczas powodzi, osoby wzbudzające panikę, zadające trudne pytania, podejrzane o rozpowszechnianie „fake newsów”, zostałyby zatrzymane przez organa bezpieczeństwa i przesłuchane. Krytycy władzy to krytycy społeczeństwa. Mokre sny pracownika „Gazety Wyborczej”, zastępcy Adama Michnika, o zamykaniu mediów krytykujących podczas powodzi ukochanego premiera, spełniłyby się co do joty.

Sytuacja jest trudna, ale pod kontrolą. Władze są na miejscu. Ludność dotknięta przez kataklizm, ale wdzięczna. Premier w pocie czoła zajmuje się napominaniem, czasem surowym, ale zawsze z ojcowską czułością, urzędników i samorządowców by jeszcze ciężej pracowali. Działają co prawda sabotażyści, malkontenci, tłuste koty poprzedniego ustroju cieszące się w kraju lub na emigracji społecznym nieszczęściem. Ale i z nimi władza sobie poradzi, dopóki zjednoczona z nią będzie zdrowa tkanka społeczna. Nasza władza, w obliczu kryzysu, nieustannie pracuje na rzecz zabezpieczenia naszych potrzeb. To czas, abyśmy wykazali się solidarnością i wsparciem dla decyzji, które podejmuje. Każdy z nas, jako część zdrowego społeczeństwa, ma obowiązek wspierać działania rządu, który stoi na straży naszego bezpieczeństwa, w ramach którego organizuje bratnią pomoc. Pamiętajmy, że tylko razem, w jedności z władzą, możemy stawić czoła każdemu kryzysowi. Społeczeństwo z Tuskiem, Tusk ze społeczeństwem. i tak dalej. Nie trzeba tu nic nowego wymyślać. Gotowe matryce prezentują panowie w mundurach sprzed 43 lat, których nagrania są dostępne w internecie.

Alexis de Tocqueville pisał, że wolność mediów nie jest zbyt piękna, a amerykańskie gazety, które przypisywały amerykańskim prezydentom kochanki – niewolnice i domagały się linczu nielubianych polityków, go mocno oburzały. Ale, jak uznał francuski arystokrata, to krwiobieg demokracji. Bez takiej wolnej, krytykanckiej prasy, by ona nie istniała.

I właśnie to się marzy naszym medialnym oficerom politycznym, a także dzieciom i synowym autentycznych oficerów bezpieczeństwa poprzedniego ustroju, pozdrawiających nas każdego dnia ze szklanego ekranu. Marzy się, jak w PRL, ugruntowanie pseudodemokratycznej dyktatury na dziesięciolecia, a to wyklucza tolerancję dla krytyków. W takim podejściu, wykluczającym prawo do patrzenia na ręce władzy, tresowana jest już nie tylko silnarazem pychosfora mecenasa Giertycha, ale odbiorcy coraz większej ilości mediów powtarzającej jak automaty brednię, że „podczas powodzi nie wolno krytykować rządu”.

Telewizja Republika skarży KPRM do prokuratury

Prezes Telewizji Republika Tomasz Sakiewicz złożył do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez pracowników Kancelarii Premiera Rady Ministrów, którzy uniemożliwiają udział dziennikarzy stacji w posiedzeniach sztabów kryzysowych.  

O złożeniu zawiadomienia poinformował w serwisie X szef wydawców Republiki Jarosław Olechowski.

„Prezes @RepublikaTV złożył do prokuratury zawiadomienie dotyczące nielegalnych działań urzędników @KPRM_CIR którzy blokują dziennikarzom Republiki możliwość udziału w posiedzeniach sztabów kryzysowych związanych z powodzią. Republika jest drugą co do wielkości telewizją informacyjną w Polsce docierającą do milionów Widzów. Blokując naszą pracę Tusk odcina Polaków od informacji krytycznych dla ich bezpieczeństwa” – napisał.

Przestępstwo ma polegać na tłumieniu krytyki prasowej, a w związku z tym narażenie na niebezpieczeństwo utraty zdrowa lub życia osoby zamieszkujące obszary objęte stanem klęski żywiołowej.

Dziennikarze TV Republika od kilku dni nie są wpuszczani na posiedzenia sztabu kryzysowego, które odbywają się terenach dotkniętych powodzią. Wcześniej złożenie zawiadomienie o możliwości popełnienie przestępstwa w tej sprawie zapowiedział szef Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Maciej Świrski (pisaliśmy o tym TUTAJ). Protest wystosowało też Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (TUTAJ). Sprawą zainteresował się również zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich Wojciech Brzozowski, który wysłał w tej sprawie zapytanie do  wojewody dolnośląskiego Macieja Awiżenia, jako organizatora konferencji.

„Do Rzecznika wpływa wiele skarg na blokowanie wstępu dziennikarzy Telewizji Republika na konferencje prasowe i inne wydarzenia. Skarżący informują o narastającym poczuciu wykluczenia z życia społecznego przez pozbawienie ich dostępu do informacji o najważniejszych wydarzeniach w kraju, przekazywanych przez wybraną przez nich stację telewizyjną. Niektórzy takie działania organów władzy publicznej oceniają jako przejaw dyskryminacji z uwagi na światopogląd”  – napisał zastępca RPO.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Telegram w objęciach demokracji

Francuski dziennik „Liberation” triumfuje z powodu, że platforma Telegram zaczyna współpracować z francuską policją w namierzaniu, między innymi, pedofilów. Walka z pedofilią rzecz święta i tylko chyba pedofil by jej nie pochwalił, więc temat zostaje sprowadzony do jednego. Problem w tym wszystkich co kryje się za „między innymi”.

„Między innymi” oznacza, że śledztwa i „współpraca” Telegrama mają odnosić się też do innych spraw, nie związanych z pedofilią. Może to być na przykład terroryzm. Instrukcje jak skonstruować materiały wybuchowe, gdzie je kupić, czy wręcz plany zamachu. Tu też trudno mieć pretensje. Ale przecież – znając kierunki w jakich nasza europejska oaza wolności zmierza – mogą to być i inne sprawy. Propagowanie faszyzmu, mowy nienawiści, wspieranie ruchów radykalnych, a także, rzecz jasna, populizm i walka z fake newsami. A te ostatnie fronty, jak pamiętamy, zostały gremialnie otwarte przez operatorów amerykańskich serwisów społecznościowych, w których marnujemy nasze życie, na tyle skutecznie, że mogło mieć to istotny wpływ na wyniki ostatnich wyborów w USA.

Szczególne wątpliwości w dawnych czasach, kiedy na terenie Unii Europejskiej nie doceniano jeszcze tak bardzo tej szczególnej wartości, jaką jest wolność słowa, jest metoda, przy pomocy której Telegram przekonano do współpracy. Dawniej byłyby to spotkania, odwołanie się do oczywistego interesu publicznego, może udział w jakiejś wspólnej akcji promocyjnej. Tym razem sprawę załatwiono w sposób krótszy, bardzo bliski zresztą dziś rządzącym Polską, którzy zdaje się, starają się być wręcz europejskimi trendsetterami. Założyciela Telegrama Pawła Durova po prostu we Francji zatrzymano i przez kilka dni przesłuchiwano i maglowano.

Jeszcze ciekawszy jest wcześniejszy kontekst sprawy, bo wydaje się, że Durov nie zawsze był aż takim zagrożeniem dla światowego i francuskiego bezpieczeństwa. Otóż, jak wiadomo, opuścił on Rosję, aby unikać nacisków ze strony reżimu putinowskiego i wystarał się o kilka innych obywatelstw, w tym francuskie i Arabii Saudyjskiej. Co więcej, z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem zostali kolegami. Macron namawiał Durova by na stałe przeniósł swój biznes do Francji, czytaj: wspierał go politycznie. Durov odmówił, zdaje się z tych samych przyczyn, dla których wyjechał z Rosji. Jak tłumaczył, ma jednak z francuskimi organami ścigania „gorącą linię”, gdzie pomaga ścigać terrorystyczne czy pedofilskie treści. Jak tłumaczy, ściganie go za to, że coś pojawia się w serwisie mającym 900 milionów użytkowników to jakby ścigać twórców internetu, natomiast, jak twierdzi, w sytuacjach, gdy służby go informują o takich podejrzeniach, reaguje.

Jak się okazuje to nie wystarcza. Wygląda na to, że byśmy byli wszyscy bezpieczni, służby muszą nie tylko współpracować, ale kontrolować. Nie tylko po to, by wygrywać przestępców, ale przede wszystkim byśmy wszyscy byli umoszczeni w politycznych objęciach tych, co zawsze i by nikt inny nie doszedł do władzy. Jak widać walka o praworządność i demokrację „tak, jak ją rozumiemy” ma dużo szerszy kontekst niż tylko polski i nie jest to dobra wiadomość.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Była sobie konstytucja

W tle dziwacznego wjazdu do siedziby Marszu Niepodległości i trzepania laptopa nielubianego przez mainstream polityka, a także wielu innych “inb”, którymi raczy nas władza i jej medialni funkcjonariusze, wprowadzane są przepisy, które mogą tej ekipie pozwolić na zrobienie porządku z opozycyjnymi mediami.  

Donald Tusk ogłosił, że rząd przyjął projekt ustawy, ustawy umożliwiającej szefowi ABW decydowanie o tym, które treści w Internecie prezentują się jako posiadające “charakter terrorystyczny”. Na mocy decyzji szefa ABW będą one usuwane.

Właściwie, można by przyklasnąć. Ostatecznie, jeśli pojawi się instruktaż jak połączyć zapalnik z materiałem wybuchowym to należałoby go jak najszybciej usunąć. Problem w tym, że mam poważne wątpliwości, czy tylko tego będzie dotyczyć zmiana.

Najważniejszy jest jednak tryb jej wprowadzania. Ekipa Tuska powołuje się na przepisy europejskie. Tyle, że stoi ona w jaskrawej, oczywistej sprzeczności ze świętą, do niedawna, Matką KON-STY-TU-CJĄ!, która w swoim artykule 30. mówi o zakazie cenzury prewencyjnej, co miało być jednym z największych osiągnięć DE-MO-KRACJI!

Czy ktokolwiek w tej sprawie rozmawiał ze społeczeństwem, opozycją, organizacjami choćby takimi, jak SDP? Pomyślano o tym, by porozmawiać z opozycją i do konstytucji dopisać zastrzeżenie? Nie, bo i po co. Po prostu, mamy tu w Europie walkę z terrorem, więc wprowadzamy przepisy. Co prawda, niedawno pozwoliliśmy rosyjskiemu szpiegowi zapoznać się z całą metodologią, a być może także siecią rozpracowywującego go polskiego wywiadu, by triumfalnie zawiózł to Putinowi, co prawda, akcja łapania rosyjskich szpiegów, autorów podpaleń, z którymi surową rozprawę zapowiadał premier, okazała się hucpą, ale teraz to już bierzemy się na poważnie, bo w ramach “dostosowywania się do przepisów europejskich”.

Człowiek, jeśli ma w sobie choć odrobinę rozsądku, może bazować na doświadczeniu. Na jakim doświadczeniu mogę bazować? Na takim, że ta władza wpuszcza niekontrolowaną falę imigrantów, skupiona jest wyłącznie w tym obszarze na marketingu i groźnych wypowiedziach premiera. Pamiętacie jeszcze “męską rozmowę z Olafem Scholtzem, do której w ogóle nie doszło”? Miała odbywać się po tym, jak policja niemiecka wysadziła grupkę przybyszów. Policja niemiecka wysadza ich teraz bez przerwy i nikt się już nie przejmuje.

Za to ta władza w jednym jest może nie sprawna, ale przejawia godny innego tematu zapał. W cenzurowaniu, zamykaniu i traktowaniu prawa jak papieru toaletowego.

Orzeczenie Sądu Najwyższego jeśli będzie korzystne dla rządu i uderzy w PiS będzie legalne, jeśli będzie na korzyść PiS będzie wydane przez nielegalny organ. Tak jest ze wszystkim. Ekipa Donalda Tuska popełnia coraz większe nadużycia, w coraz bardziej ostentacyjny sposób gwałci prawo i jakiekolwiek zasady praworządności na gruncie krajowym, przede wszystkim w ramach zwalczania, legalnej konkurencji politycznej i wolnych mediów. I to jedyne do czego Tusk może użyć tych, wprowadzanych z oczywistym pogwałceniem polskiego prawa, zapisów.

 

 

 

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Przyćmiła mnie Barbara

Pewnie Państwo niestety wiedzą, niemniej poinformuję: ministrem edukacji jest Barbara Nowacka, lat 49. Pytanie, które stawiają nie tylko uczniowie brzmi: Czy ona naprawdę jest taka mądra, czy może świadomie kłamie i manipuluje?

Jak ktoś z zaklapowanym horyzontem, wiedzą i być może moralnością może być szefem edukacji polskiego państwa? W sumie nie wiem jak, ale to się dzieje. Może jak za starych dobrych czasów komuny (PRL) wystarczy chęć szczera oraz ideologia?

Cóż, wyrafinowanym erudytą Barbara Nowacka nie jest, co orzec można po 28 sekundach słuchania jej dowolnego wywodu. W czasie wywiadu w Polsacie o stricte politycznej imprezie Campus Polska, na której tresowany nutą nastoletni narybek przeistacza się w niezłomnych demokratorów powiedziała: “My jako Campus Polska nie dotknęliśmy ani złotówki z publicznych pieniędzy. Byli sponsorzy, byli wspierający, były samorządy. Wszystko jest jawne”.

Nie jest łatwo uwierzyć, że kobieta będąca wiele lat w polityce, którą zbłąkany powiew historyczny posadził na stanowisku ministra nie wie, iż pieniądze z samorządów, którymi obsypano partyjną imprezę Trzaskowskiego są jak najbardziej publiczne, bo pochodzą z podatków państwowych i lokalnych. Jeżeli pani Basia kochana tego nie wie, to ta niewiedza jest oczywiście dyskwalifikująca, jeżeli wie i świadomie kłamie, to jest to tym bardziej dyskwalifikujące. Niby jest jeszcze trzecie wyjście, ale sam nie wiem: może pani Nowacka uznała, że wszystkie te samorządy sypiące monetę przed wielce empatycznym Rafałem są po prostu już ich, prywatne?

W sumie jak patrzy się na dokonania choćby niejakiego Sutryka z Wrocławia zatrudnionego na stanowisku prezydenta miasta i znanego z kręcenia lodów nie waniliowych, to może i rzeczywiście te samorządy są już prywatne? Mimo szeregu afer i niejasności, w których pojawiało się nazwisko “Sutryk”, lud miasta Wrocław wybrał go na nową kadencję prezydencką. Chciałbym mieć dobre zdanie o mieszkańcach Wrocławia, ale łatwo nie jest.

Zabawne, że cała ta historia z finansowaniem z naszych pieniędzy partyjnego spędu Campus, wyszła teraz, kiedy PO z patosem morlanej wyższości gardłuje o nadużyciach PiS przy ostatnich wyborach. Część Państwowej Komisji Wyborczej uważa, że nadużycia były, część uważa, że nie było. Sprawę miałby przesądzić Sąd Najwyższy, ale jak przesądzi tak, że się Platformie nie spodoba, to Platforma weźmie i nie uzna orzeczenia sądu, gdyż publicznie obnoszą się z mottem przestępców: “Będziemy stosować prawo, tak jak je rozumiemy”. Niemniej przyzwoiciej (politycy rzadko rozumieją to słowo) byłoby z choćby z powodu Campusu mniej gardłować.

Mógłbym jeszcze napisać, że walcząca z katechezą w szkołach pani minister nie uznaje Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ nie uznaje, ale ja naprawdę głęboko wierzę, że przyjdą czasy, że będzie musiała uznać i mimo wszystko zapoznać się z asocjacjami słowa “przyzwoitość”. Poczekam, trudno.