HUBERT BEKRYCHT: Demontaż państwa urodził medialne żywe trupy

Kiedyś wydawało mi się, że byłem świadkiem końca komunizmu. Także medialnego. Nie zorientowano się wtedy, że ciotka komuna urodzi potajemnie tyle bękartów. Także medialnych. Nic nie wskazywało, że czerwoni przeżyją. Także medialnie. A jednak…

Nigdy nie widziałem jeszcze tylu usprawiedliwień ze strony konserwatystów. Chodzi o zaniedbania medialne. Też. Trudno będzie to wszystko naprawić. Te skutki dosyć lekkiego traktowania środków masowego przekazu okazały się fundamentalnymi podczas kradzieży mediów publicznych w grudniu 2023 r. Bezprawne przejęcie przez rząd TVP, Polskiego Radia i Polskiej Agencji Prasowej, spowodowało, co było do udowodnienia, nielegalne powołanie ich marionetkowych władz.

Teraz naprawdę mediami głównego nurtu, także komercyjnymi, rządzi ośrodek specjalnie nawet mało zakamuflowany. Jak się nazywają te aleje w centrum Warszawy? Niestety coraz częściej ofiarami opresyjnego systemu padają media konserwatywne. Wlaczą dzielnie i oby do zwycięstwa. Logiki nad głupotą. Prawdy nad manipulacją. Polsce za trzeciego rządu D. Tuska bliżej chyba jest do sytemu medialnego wzorowanego najprawdopodobniej na jakimś kraju południowoamerykańskim z lat 60. ubiegłego wieku.

Żywe trupy mediów publicznych i komercyjnych – po przyjęciu setek dodatkowych frajerów wierzących, że to stała robota – rozpoczęły systematyczne przemalowywanie znaków graficznych i programów (to w mediach państwowych) i zapraszanie co naiwniejszych przedstawicieli opozycji oraz symetrystów do tak samo jak kilka lat temu stronniczych propagandówek (to prywatne ośrodki medialne).

Pojawiają się iskierki nadziei. Są nowe konserwatywne media, m.in TV Republika i telewizja wPolse24, powstaje też wiele innych instytucji z prawicowym przekazem.To oczywiście będzie długi proces. Sukces TV Republiki stanowi jednak ostry alarm dla rządowych speców od naciągania ludzi na tani polityczny kit.

Powietrze medialne mainstreamu zaczyna powoli cuchnąć. To woń tchórzostwa i niekompetencji – zombi zaczynają się rozkładać, choć jeszcze wściekle atakują. Bezprawna, ubiegłoroczna szarża brutalnych ochorniarzy i grupy „Wejście” na TVP, PR i PAP to fakt. Nie zaprzeczają temu nawet zwolennicy obecnej koalicji. Medialną masakrę wolności słowa z grudnia ub. r. powinien upamiętnić w jej rocznicę każdy normalny dziennikarz w Polsce. Może dołączą do niej inni? Rewolucja medialna? Nie liczmy na to. Trzeba pracować i robić swoje, bez strachu. Wtedy rozwiązania radykalne przestaną być potrzebne.

 

Współtwórca Biełsatu Aleksy Dzikawicki odchodzi z Telewizji Polskiej

Aleksy Dzikawicki, od marca pełniący obowiązki dyrektora-redaktora naczelnego Biełsatu, złożył wniosek o rozwiązanie umowy o pracę z Telewizją Polską.

Dzikawicki był współtwórcą telewizji Biełsat,  pracował jako szef Redakcji Informacji, a później zastępca dyrektor-redaktor naczelnej Agnieszki Romaszewskiej. Po jej skandalicznym zwolnieniu przez likwidatora TVP w marcu tego roku został pełniącym obowiązki dyrektora-redaktora naczelnego Biełsatu.

Jak czytamy na stronie belsat.eu jako powód swojej decyzji Dzikawicki „podał to, że powierzono mu likwidację Biełsatu jako samodzielnej jednostki w ramach TVP. Będąc zaś jednym z założycieli stacji, w której pracował przez 18 lat, nie zamierza się jednak na to godzić i wybiera wcześniejsze zwolnienie.”

Kierownictwo TVP w likwidacji zadecydowało, że Biełsat zostanie włączony w strukturę powstającego Ośrodka Mediów dla Zagranicy, a na czele jego redakcji stanie Alina Koushyk, była członkini gabinetu Swiatłany Cichanouskiej na wygnaniu (pisaliśmy o tym TUTAJ).

„Kończy się moja praca w Biełsat, telewizji która współtworzyłem i w której przez lata pełniłem funkcje szefa Redakcji Informacji, później zastępcy Agnieszka Romaszewska, a od marca – pełniącego obowiązki Dyrektora-Redaktora Naczelnego. Poświęciłem temu wspaniałemu projektowi 18 lat swojego życia, pracowałem z cudownymi ludźmi. Wszystkim im za te lata z całego serca dziękuję i życzę wielu sukcesów” – napisał Dzikawicki na swoim profilu na Facebooku.

Dalej poinformował, że złożył wniosek o rozwiązanie umowy o prace za porozumieniem stron..

„Nie mam do nikogo żalu za to, że nie powierzono mi dalszego kierowania od teraz już białoruską Redakcją Ośrodka mediów dla zagranicy, tylko za styl w jakim to zostało zrobione. Byłbym hipokrytą, gdybym nie napisał tu, że jednak nie oczekiwałem takiego zachowania przede wszystkim od ekipy pani Cichanouskiej, do której zawsze odnosiłem się z szacunkiem i wspierałem na miarę swoich skromnych możliwości. Napisałem, między innymi, też konkretnym osobom z Gabinetu o tym osobiście” – podkreślił Dzikawicki.

red., źródła: belsat.eu, Facebook

Odpowiedź prezes EFJ Mai Sever na oświadczenie prezes SDP Jolanty Hajdasz po stanowisku EFJ ws. wyborów w USA

W związku z oświadczeniem  prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Poslskich i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP Jolanty Hajdasz z 7 listopada br. i komentarzem sekretarza generalnego SDP Hubert Bekrychta, gdzie znalazły się słowa krytyki i deklaracja odmiennej opinii wobec stanowiska Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EFJ) w sprawie – wyrażonej w notatce prasowej Federacji – powinności środowiska dziennikarskiego po wyborze Donalda Trampa na prezydenta USA, zamieszczamy odpowiedź prezes EFJ Mai Sever.

Oto oświadczenie szefowej EFJ Mai Sever:

EFJ ponawia apel o lepszą ochronę dziennikarzy w Europie. Europejska Federacja Dziennikarzy (EFJ) przyjęła do wiadomości krytykę wyrażoną przez kilku przedstawicieli SDP, a w szczególności jej nową przewodniczącą, Jolantę Hajdasz, po opublikowaniu naszego komunikatu prasowego z 7 listopada wzywającego Europę do zapewnienia lepszej ochrony dziennikarzom.

Jako organizacja reprezentująca 73 stowarzyszenia i związki dziennikarzy w 44 krajach europejskich, w tym w Polsce, EFJ musi działać w kontekście wielu opinii. Uważamy, żeta debata idei jest zdrowa, o ile nie przeradza się w obelgi. Federacja taka jak nasza musi dopuszczać wewnętrzną debatę i traktować ją jako wartość dodaną. Jednak Federacja, aby być skuteczną, absolutnie nie może ograniczyć swojej roli do stania się najniższym wspólnym mianownikiem wszystkich swoich afiliantów.

Nikt nie może zaprzeczyć wrogiemu kontekstowi, z jakim zmaga się dziennikarstwo w Europie. Wszystkie badania naukowe (w tym raporty Media Pluralism Monitor) i wszystkie instrumenty monitorujące naruszenia wolności prasy (w tym MFRR i Platformy Rady Europy) odnotowują pogorszenie sytuacji.

Podobnie jak wiele innych organizacji dziennikarzy (w tym dziennikarzy amerykańskich –  National Writers Union lub związki zawodowe dziennikarzy w Danii i Szwecji), EFJ uważa, że sojusz nowo wybranego prezydenta USA i szefa portalu społecznościowego X, który nieustannie prowadzi kampanię na rzecz „śmierci mediów”, stwarza sytuację zwiększonego zagrożenia dla prasy.

Stoimy na stanowisku, że Donald J. Trump i Elon Musk, poprzez swoje ataki na dziennikarzy, stanowią poważne zagrożenie dla wolnego dziennikarstwa, co może mieć daleko idące konsekwencje dla wolności prasy i demokracji w Europie.

Nie chodzi nam o zajęcie stanowiska politycznego, ale o obronę podstawowych wartości, które dotyczą wszystkich dziennikarzy. Niedopuszczalne jest, aby przywódcy polityczni, niezależnie od ich partii politycznej lub kraju, stosowali retorykę, która zastrasza lub kryminalizuje dziennikarzy. To nie jest polityczny sprzeciw, ale fundamentalna kwestia, która leży w zakresie naszej odpowiedzialności za ochronę wolności prasy i bezpieczeństwa naszych kolegów. W tym kontekście apelujemy do instytucji europejskich o ochronę zawodu. To stanowisko jest całkowicie pozbawione zabarwienia politycznego: EFJ nie wyraża tutaj żadnego stanowiska politycznego; wzywa do obrony zawodu przed wszelkimi atakami, bez względu na to, skąd one pochodzą.

Nasz komunikat prasowy z 7 listopada jest jasny:

Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, w Europie i wszędzie na świecie, zawód musi stanowczo stanąć w obronie silnej prasy, która może swobodnie relacjonować fakty i pociągać władzę do odpowiedzialności w sposób gwarantujący dziennikarzom bezpieczeństwo i ochronę zawodową.

Europejska Federacja Dziennikarzy i jej filie dołączają do wszystkich zaangażowanych w obronę dziennikarstwa jako kamienia węgielnego demokracji.Jesteśmy przekonani, że SDP w pełni podziela ten cel z EFJ i wszystkimi jej filiami.

Jak wiadomo, EFJ nie omieszkała potępić ostatnich naruszeń wolności prasy w Polsce i będzie to nadal czynić. Uważamy, że ważniejsze jest uzgodnienie tego, co istotne, niż zagubienie się w sporach.

 

Maja Sever, prezes EFJ

 

Poniżej przypominamy oświadczenie prezes SDP Jolanty Hajdasz z 7 listopada w odpowiedzi o stanowisko EFJ z tego samego dnia z relacji prasowej Federacji. To stanowisko EFJ, jej szefowa przytacza w ostatniej części opublikowanego powyżej oświadczenia Mai Sever.

Oto oświadczenie szefowej SDP Jolanty Hajdasz  z 7 listopada ze wstępem na portalu SDP:

Międzynarodowa organizacja Europejska Federacja Dziennikarzy (European Federation of Jounalists) EFJ wydała komunikat, w którym ostro skrytykowała wybranego 47. prezydenta USA Donalda Trumpa i właściciela platformy społecznościowej „X” Elona Muska. Jolanta Hajdasz prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, które jest członkiem EFJ, powiedziała, że reakcja władz tej federacji jest trudna do zaakceptowania.

 

EFJ w 46 krajach Starego Kontynentu zrzesza 74 organizacje dziennikarskie i związki zawodowe. Ostatnio, po zjeździe w Prisztinie w maju 2024 r. niektóre organizacji, w tym Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, zgłaszały zastrzeżenia co do kierunku działań EFJ, który – zdaniem niektórych delegatów – sprzęgnięty jest z ogólnymi zasadami poprawności politycznej w UE i kierunkami rozwoju Europy narzucanymi przez liberalne władze Komisji Europejskiej. Wcześniej po kongresach w Izmirze w 2022 r. i w Hadze w 2023 r. podobne zastrzeżenia również zgłaszali przedstawiciele SDP.

 

W wydanym 7 listopada i przesłanym do SDP po południu tego dnia oświadczeniu EFJ napisano m.in.:

„Antyprasowa retoryka Trumpa skłoniła już wielu jego wielbicieli na całym świecie i w Europie do odwetu na mediach. Z Donaldem J. Trumpem z powrotem w Białym Domu poczują się jeszcze bardziej upoważnieni do nękania prasy. Zwycięstwo pana Trumpa nie tylko rzuca wyzwanie amerykańskiemu dziennikarstwu, ale także dziennikarstwu europejskiemu — powiedział sekretarz generalny EFJ Ricardo Gutiérrez” – poinformowano w komunikacie.

Dla prezes SDP Jolanty Hajdasz zachowanie władz EFJ wobec wyborów w USA jest bardzo dziwne.

Reakcja EFJ na demokratyczny wybór prezydenta USA jest dla mnie zdumiewająca i trudna do zaakceptowania – podkreśliła w rozmowie z portalem sdp.pl Hajdasz

W dokumencie sygnowanym przez władze EFJ znalazły się przykłady, na czym – zdaniem przedstawicieli organizacji ma polegać zagrożenie stwarzane przez Trumpa dla europejskich mediów:

„Donald J. Trump wezwał do uwięzienia i zgwałcenia dziennikarzy za nieujawnianie swoich źródeł. Tydzień temu, na jednym ze swoich wieców, fantazjował o masowej strzelaninie dziennikarzy. A tuż po wyborach, Elon Musk, właściciel portalu społecznościowego X, który był aktywny w amerykańskiej polityce jako głośny i finansowy zwolennik Donalda J. Trumpa, powiedział, że tradycyjne media są martwe, twierdząc, że „większość tradycyjnych mediów bezlitośnie kłamała opinię publiczną””.

Jolanta Hajdasz uważa, że EFJ przesadnie odczytuje intencje prezydenta Trumpa i Elona Muska.

Organizacja przestrzega przed rzekomym zagrożeniem, jakim  dla wolności mediów ma być Donald Trump, na dowód tego cytuje wyrwane z kontekstu jego wypowiedzi oraz opisuje wydarzenia nadinterpretując je i  nadając im nieistniejący kontekst  np. pisząc że „D. Trump chciał strzelać do dziennikarzy mediów masowych” albo wzywał „do masowego uwięzienia dziennikarzy (ang. „he fantasized about a mass shooting of journalists”, „Donald J. Trump has called for journalists to be imprisoned and raped for not revealing their sources”) – wskazała prezes SDP.

„EFJ publikuje swoje oświadczenie „w imieniu wszystkich dziennikarzy „, choć przecież osoby wypowiadające się w naszym imieniu zdają sobie sprawę z tego, iż w każdym kraju są także inni dziennikarze, którzy nie mają tak krytycznych ocen prezydenta Donalda Trumpa i jego współpracowników np. Elona Muska na temat mainstreamowego dziennikarstwa” – dodała.   „Szkoda, że przy okazji tegorocznych wyborów EFJ nie dostrzega manipulacji i błędów, jakie coraz częściej popełniają media tradycyjne, które nie kryją swoich sympatii politycznych i nie potrafią, a raczej nie chcą rzetelnie przedstawiać programów wyborczych osób, które mają inne poglądy niż ich własne” – zwróciła uwagę.

 

Prezes SDP zwróciła się bezpośrednio do władz EFJ:

„Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich apeluje do koleżanek i kolegów z EFJ o powstrzymanie się od emocjonalnych ocen i bezpodstawnej krytyki nowo wybranego prezydenta USA, szczególnie jeśli robi to w imieniu wszystkich dziennikarzy należących do EFJ.   Gdy odłoży się na bok emocje, łatwiej jest pogodzić się z tym, że demokracja wymaga akceptacji decyzji wyborców także wtedy, gdy wybory wygrywają ci, których nie popieracie i nie rozumiecie” – zaakcentowała Jolanta Hajdasz.

 

Prezes SDP JOLANTA HAJDASZ: Reakcja EFJ na wybór prezydenta USA jest dla mnie trudna do zaakceptowania

 

Komentarz w sprawie oświadczenia EFJ opublikował także 7 listopada sekretarz generalny SDP Hubert Bekrycht:

 

Tytuł: EFJ umiera – walczy z USA zamiast bronić dziennikarzy np. w Polsce

Komentarz sekretarza generalnego SDP Huberta Bekrychta na ataki władz Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EFJ) wymierzone w Donalda Trumpa i Elona Muska

EFJ tuż po ponownym wyborze Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych przypuściła na niego bezprzykładny atak. Wydano nie poparte konkretnymi przykładami, naszpikowane zdaniami wyjętymi z kontekstu oświadczenie EFJ. To deklaracja czysto polityczna, ale nie dyplomatyczną, bowiem władze Federacji okładają Donalda Trumpa i właściciela platformy X Elona Muska prymitywną pałką medialną. W rezolucji EFJ znalazły się sformułowania poniżej jakiejkolwiek formy oficjalnego komunikatu – obraźliwe wyrażenia, manipulacje i kłamstwa. Jak dzieci z piaskownicy obrażają się i tupią nogami włodarze EFJ – dają wyraz frustracji, że Trump i Musk nie mogą być poddani prawodawstwu UE, bo wtedy zbiliby ich grabkami albo szpadelkiem, a najlepiej – tak zrozumiałem deklarację EFJ – aby Europa i media europejskie bojkotowały USA i ich technologie medialne, czyli kiedy prezydentem będzie Trump platforma X powinna być w Europie zakazana. Jak w państwach totalitarnych.

Przedstawiciele EFJ wydali wojnę administracji najpotężniejszego kraju na świecie niezbyt dobrze chyba rozumiejąc co napisali w oświadczeniu. W XIX wieku, ba nawet pod koniec XX wieku takie dokumenty prowadziły do prawdziwych wojen. Takich z realnymi strzałami, czołgami, flotą wojenną, lotnictwem, żołnierzami wyposażonymi w ostrą amunicję i – przede wszystkim – do wojen z realną śmiercią i ludzkim nieszczęściem. Nieodpowiedzialność czy złe tłumaczenie a może jedno i drugie?

Pisali to Chorwatka i Belg, którzy jako podróżujące po Europie władze EFJ wydawałoby się, że dużo lepiej muszą posługiwać się angielszczyzną niż ja, a piszący te słowa ma już swoje lat i wiele z gramatyki angielskiej zapomniał. Nie zapominałem jednak słów. Czasem się mieszają, ale od czego są słowniki. Nie zapomniałem też uniwersalnego języka przekazu – niezależnie od tego czy jest to język polski, angielski, chiński, czy szwedzki, włoski, hebrajski, arabski a nawet język liczącego 7 osób plemienia afrykańskiego, którego nazwy nikt nie pamięta. Przekaz nie może zawierać waty słownej, przekaz powinien być konkretny, przekaz dziennikarski EFJ zaś musi być konkretny do kwadratu a nie wypowiadający powszechnie znane politycznie poprawne bzdury, w które nie wierzą nawet wielbiciele EFJ – politycy Unii Europejskiej. Tym bardziej, że przedstawiciele centrali EFJ są miłośnikami liberalnych polityków Unii Europejskiej, bo EFJ protestuje zawsze chętnie tam, gdzie zagrożone są media, które atakują demokratycznie wybrane, ale konserwatywne władze krajów w UE, zresztą poza UE, jak dowodzi przykład USA, też…

 

Śródtytuł: Nie w moim imieniu!

 

O tym przekazie zapomnieli jednak obrażający Trumpa i jego miliony wyborców przedstawiciele EFJ przywołujący fakty, które kompromitują także mnie, bo jako członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich – organizacji zrzeszonej w EFJ – nie zgadzam się z takim tandetnym wykorzystywaniem polityki przez przedstawicieli stowarzyszeń i zawodowych związków dziennikarskich w Europie. Miejmy inne poglądy, na przykład ci ludzie we władzach EFJ niech mają poglądy bliższe liberalno-lewicowej Komisji Europejskiej, ale pozwólcie nam, którzy doświadczyliśmy już w tej części Europy komunizmu mieć bardziej konserwatywne opinie na tematy społeczne i polityczne. Na tym polega demokracja.

„Wybór Trumpa powinien skłonić Europę do lepszej ochrony dziennikarzy” – to tytuł rezolucji, oświadczenia, stanowiska, informacji, czyli nie wiadomo czego, dokumentu sygnowanego przez władze EFJ. A co z Polską i SDP? Czy nie zasłużyliśmy na odpowiedź EFJ na nasze protesty przeciwko bezprawnemu niszczeniu mediów publicznych przez obecny polski rząd? Jakie macie, Koleżanki i Koledzy, prawo krytykować media w USA, skoro ignorujecie bezprawie medialne, które zgotowała w Polsce obecna administracja państwowa? Czy dlatego ignorujecie zdanie SDP, bo ten polski rząd jest liberalny a jego obecni członkowie, z premierem włącznie, atakowali bezceremonialnie jeszcze niedawno Trumpa? Kiedy władze EFJ zamierzają odpowiedzieć na protesty w sprawie manipulacji z ostatniego kongresu w Prisztinie w maju 2024 roku, kiedy to dosłownie zastąpiono projekt uchwały SDP innym projektem z kłamstwami i oszczerstwami a naszą poprawkę do innego dokumentu Komitet Sterujący EFJ i sekretarz generalny EFJ Ricardo Gutiérrez potraktowali jak cenzorzy. Wykreślono istotną datę dotyczącą bezprawnego zwalniania i szykanowania w Polsce setek dziennikarzy po bezprawnym, siłowym przejęciu mediów publicznych i represjach wobec innych mediów po 19 grudnia 2023 r. Co powiecie zwalnianym dyscyplinarnie przez rząd z mediów ludziom, ktorych nazwiska Wam nic nie mówią, bo to dziennikarze konserwatywni, np. Romaszewska, Przełomiec, Adamczyk, Tulicki, Gursztyn, Pereira i ja oraz wielu, wielu innych? Abyśmy sobie poszli do Trumpa, Muska, czy do diabła?

Tym bardziej, że straszycie nie mając pojęcia, że są ludzie o innych podglądach, na przykłąd konserwatywnych,  a może tych poglądów po prostu nie akceptujecie?

 

„Żaden dziennikarz nie powinien być obojętny na wybór Donalda J. Trumpa na 47. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jego związek z dziennikarstwem i podejście do sprawowania władzy będą miały globalne konsekwencje. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, w Europie i wszędzie na świecie, zawód musi stanowczo stanąć w obronie silnej prasy, która może swobodnie relacjonować fakty i bezpiecznie pociągać władzę do odpowiedzialności”.

Na ironię zakrawa fakt, że domagając się prawdy, ostatnie zdanie tego akapitu oświadczenia  EFJ jest bezczelnym kłamstwem:

„Europejska Federacja Dziennikarzy (EFJ) i jej filie dołączają do wszystkich tych, którzy są zobowiązani do obrony dziennikarstwa jako kamienia węgielnego demokracji”

Które file? Pytam szefową EFJ Maję Sever – bo m.in. jej myśli są przytaczane w oświadczeniu. Czy jesteśmy filią, czy istotną częścią EFJ? SDP to największa polska organizacja dziennikarska licząca ponad 3 tysiące członków SDP. My, włądze SDP, nie podpisaliśmy się pod tym oświadczeniem EFJ. Jak mogliście tak szybko zebrać opinie setek ludzi w ponad 40 krajach Starego Kontynentu? Przecież duża część z nas pracowała relacjonując wybory w USA, nie zdążyliśmy się dobrze wyspać a władze EFJ już mają stanowisko druzgocące Trumpa. Chyba, że napisaliście to stanowisko przed wyborami, a to już byłoby fałszerstwo. Zresztą, najpierw są konsultacje! Pamiętacie Statut EFJ?

Organizacja – jak określa siebie EFJ – walcząca z cenzurą sama ocenzurowała i zdlekceważyłą opinię chociażby SDP. A może jeszcze innych organizacji zrzeszonych w Federacji. Cenzura EFJ polega w tym przypadku na tym, że nie ma jeszcze naszego zdania w sprawie, w której wydaliście oświadczenie powołując się na „filie”.

Przestaliście być dziennikarzami? Bo piszecie bzdury i niesprawdzone informacje nie powołując się zresztą na źródła. Kolejna część oświadczenia:

„Donald J. Trump wezwał do uwięzienia i zgwałcenia dziennikarzy za nieujawnianie swoich źródeł. Tydzień temu, na jednym ze swoich wieców, fantazjował o masowej strzelaninie dziennikarzy. A tuż po wyborach, Elon Musk, właściciel portalu społecznościowego X, który był aktywny w amerykańskiej polityce jako głośny i finansowy zwolennik Donalda J. Trumpa, powiedział, że tradycyjne media są martwe, twierdząc, że „większość tradycyjnych mediów bezlitośnie kłamała opinię publiczną”.

Gdyby, któreś z Was napisało coś takiego jako zwykły dziennikarz, o ile redakcja pozwoliłaby na powielanie takich bzdur, adwokaci Trumpa i Muska zmiażdżyliby Was, bo nic w tych słowach nie polega na prawdzie, w najlepszym razie to nacechowana politykierstwem manipulacja i dezinformacja, o której tyle piszecie i – jak mówicie – demaskujecie każdy jej przejaw.

Kolejne bzdury, jakie piszecie kompromitują nas tylko na świecie. Europa nie jest zaściankiem, nie jest też pępkiem świata. Najwyższy czas się obudzić. Oto kolejne zdania oświadczenia EFJ:

 

Napisaliście między innymi: „Antyprasowa retoryka Trumpa skłoniła już wielu jego wielbicieli na całym świecie i w Europie do odwetu na mediach. Z Donaldem J. Trumpem z powrotem w Białym Domu poczują się jeszcze bardziej upoważnieni do nękania prasy. Zwycięstwo pana Trumpa nie tylko rzuca wyzwanie amerykańskiemu dziennikarstwu, ale także dziennikarstwu europejskiemu” — powiedział sekretarz generalny EFJ Ricardo Gutiérrez.

Na Boga Ricarrdo, Ty nie masz w sobie genu samokrytycyzmu? W całej Europie, w trakcie kolejnej kadencji liberalno-lewicowej Komisji Europejskiej, za przyczyną idiotycznych przepisów monopolowych padają w krajach UE redakcje, tysiące dziennikarzy przez ostatnie kilkanaście lat poszło na bruk a Ty, zamiast walczyć o europejskie, w tym polskie, media z Ursulą van den Leyen, podżegasz do konfliktu z medialnym kapitałem USA. Oni mogą zainwestować w umierającej gospodarczo Europie. Europa nie podbije ekonomicznie ani Stanów Zjednoczonych ani żadnego istotnego finansowo kraju.

Dla Was w EFJ istotna jest tylko spiskowa teoria o przejęciu mediów przez Trumpa i Muska, bo piszecie w stanowisku:

„Najbardziej niepokojącym elementem (…) jest zmowa między prezydentem największej potęgi świata a najbogatszym człowiekiem na świecie, Elonem Muskiem, który ma przerażającą zdolność kontrolowania opinii publicznej za pośrednictwem sieci społecznościowych”.

Naprawdę Koleżanki i Koledzy z władz EFJ nie boicie się śmieszności? Walą się systemy medialne w Unii Europejskiej, której rządowi sprzyjacie, bo mają Wasze poglądy, a Wy tego nie zauważacie.?

Proszę Was wyśpijcie się po tej amerykańskiej kampanii i napiszcie inne oświadczenie, bo tego ani ja nie zaakceptuję ani – jak mi się wydaje – władze SDP nie poprą.

 

Hubert Bekrycht  – dziennikarz, sekretarz generalny SDP

Moje poglądy na powyższy temat nie są w żaden sposób związane z oficjalnym stanowiskiem władz SDP

EFJ umiera – walczy z USA zamiast bronić dziennikarzy np. w Polsce

 

Zamiast zakończenia:

 

Niestety, EFJ powtórzyło – w opublikowanym 14 listopada przez portal SDP oświadczeniu prezes Mai Sever – główne tezy swojego stanowiska z 7 listopada – w skrócie, władze Federacji uważają, że wybór Trumpa i rola Muska w kampanii stanowią zagrożenie dla europejskiego dziennikarstwa.

My we władzach SDP nadal nie zgadzamy się z takim przekazem EFJ. Po prostu SDP widzi zagrożenie dla europejskiego dziennikarstwa zupełnie gdzie indziej niż w USA – ono, naszym zdaniem, czai się np. w działaniach opresyjnych działaniach polskiego rządu wobec mediów publicznych i represjach wobec mediów konserwatywnych po 13 grudnia 2023 r.

Mamy inne poglądy na wybór Trumpa i rolę Muska, który jest właścicielem platformy X. Trudno. Ważne, że władze EFJ i SDP ze sobą rozmawiają. I w SDP mamy nadzieję, że proponowane przez obie strony częstsze kontakty zapobiegną dalszym różnicom zdań w tak fundamentalnych kwestiach jak wolność słowa. W SDP i EFJ dbamy o nią, bo szanując tę najwyższą dziennikarską wartość rozmawiamy o trudnych dla naszego środowiska problemach.

 

red. sdp.pl

 

 

 

 

KRRiT: Media publiczne bez kart powinności; mogą stracić koncesje – likwidacja mediów publicznych wyklucza misję

Media publiczne w likwidacji mają coraz większe problemy. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji (KRRiT) nie podpisze z nimi porozumienia w sprawie „Kart powinności” -napisał portal Biznes Alert.

Popełnilibyśmy przestępstwo, gdybyśmy zgodzili się na podpisanie takich uchwał – powiedział przewodniczący KRRiT Maciej Świrski.

Na posiedzeniu 13 listopada 2024 r. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji jednogłośnie odmówiła upoważnienia przewodniczącego Macieja Świrskiego do zawarcia porozumienia w sprawie ustalenia „Kart powinności mediów publicznych” na lata 2025 – 2029. To było już drugie posiedzenie Rady, poświęcone temu tematowi – informuje Biznes Alert.
– Popełnilibyśmy przestępstwo, gdybyśmy zgodzili się na podpisanie takich uchwał – podkreślił Maciej Świrski w specjalnym komentarzu na platformie „X” .

Decyzja KRRiT oznacza dla mediów publicznych poważne problemy. „Karty powinności mediów publicznych” są dla nich obowiązkowe. Zawierają nie tylko zobowiązania programowe. Kluczowa jest tam prognoza finansowania (udział środków własnych i publicznych, w tym z abonamentu RTV i rekompensaty). Dzięki kartom nadawcy publiczni mogą uniknąć konieczności ubiegania się o przedłużenie lub udzielenie koncesji. Bez nich mogą stracić wszystko.

„Pomimo pozytywnej oceny sposobów wypełniania zadań misyjnych zawartych w Kartach, Krajowa Rada uznała, że podobnie jak w 2019 r. przedstawione szacunkowe koszty realizacji tych powinności uniemożliwiają ich sfinansowanie z dostępnych środków publicznych” – czytamy w komunikacie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Według Krajowej Rady podpisanie na 5 lat „Kart powinności” jest niemożliwe również dlatego, że budżet państwa jest projektowany na 1 rok. Wg. KRRiT w każdym roku obowiązywania „Kart powinności” na lata 2025 – 2029, analogicznie do obecnej, trudnej sytuacji finansowej  wystąpią znaczne niedobory pieniędzy dla mediów publicznych.

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji stoi również na stanowisku, że ustalenie Kart Powinności na lata 2025-2029 stoi w sprzeczności z celami procesu likwidacji, którym zostały objęte spółki mediów publicznych.

Przypomnijmy, że w grudniu zeszłego roku, ówczesny minister kultury Bartłomiej Sienkiewicz, łamiąc obowiązujące prawo, postanowił siłowo przejąć kontrolę nad mediami publicznymi w Polsce. W ramach akcji „Wejście” do spółek tych wtargnęli nielegalni zarządcy w asyście tzw. silnych ludzi (funkcjonariusze służb specjalnych, po godzinach, dorabiający w agencji ochrony) – podaje Biznes Alert

Napastnicy przejęli kontrolę nad wszystkimi spółkami mediów publicznych poza Polską Agencją Prasową – przypomina portal BA.

Tylko zarząd PAP nie uległ presji Bartłomieja Sienkiewicza i zmusił go do wycofania „silnych ludzi” z siedziby spółki oraz stosowanie się do przepisów KSH. Wiązało się to z postawieniem w stan likwidacji wszystkich mediów publicznych w Polsce. Zalicza się do nich: TVP, Polska Agencja Prasowa, Polskie Radio oraz 17 radiowych rozgłośni regionalnych.

oprac. red na podstawie Biznes Alert

Agnieszka Romaszewska-Guzy odznaczona przez Prezydenta RP

Prezydent RP Andrzej Duda z okazji Narodowego Święta Niepodległości wręczył odznaczenia państwowe osobom zasłużonym w służbie państwu i społeczeństwu. W gronie tym znalazła się dziennikarka Agnieszka Romaszewska-Guzy.

Twórczyni i była dyrektorka telewizji Biełsat odznaczona została Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne zasługi dla rozwoju niezależnego dziennikarstwa i wolnych mediów, za osiągnięcia w propagowaniu wartości demokratycznych oraz wkład w budowanie społeczeństwa obywatelskiego”

Przypomnijmy, że Agnieszka Romaszewska-Guzy w tym roku otrzymała również Laur SDP, wyróżnienie, które jest wyrazem najwyższego uznania dla dziennikarzy wyróżniających się wyjątkowym profesjonalizmem, dokonaniami, dorobkiem, a także postawą etyczną.

red.

Mordowali w Święto Niepodległości – TERESA KACZOROWSKA o pomorskim Katyniu

O zbrodni w Lasach Piaśnickich dowiedziałam się dopiero kilka lat temu. Jest ona mało znana w dyskursie narodowym, mimo iż Niemcy już na początku II wojny światowej zamordowali tam 12-14 tysięcy polskiej i kaszubskiej inteligencji oraz ofiar akcji „eutanazji” T4.  Jednym z najbardziej tragicznych dni było święto Niepodległości Polski, 11 Listopada 1939 roku…

Miejsce zbrodni w pobliżu Wejherowa jak żywo przypomina lasy w Katyniu, Miednoje czy Charkowie. Doły śmierci, gdzie grzebano ofiary, są  tak samo rozrzucone w lesie, pośród smukłych, wonnych sosen i tak samo porażają okrucieństwem człowieka, jego barbarzyństwem. Tyle że unicestwienia inteligencji polskiej podczas zbrodni katyńskiej dokonali nasi sąsiedzi ze wschodu – Sowieci, zaś na Pomorzu sąsiedzi z zachodu – Niemcy. Obydwaj okupanci z obydwu stron kraju mordowali Polaków niemal w tym samym czasie – wiosną 1940 roku. Patrząc na ogrom zbrodni trudno wydobyć z siebie głos, stąd w piaśnickim lesie panuje głęboka cisza. Choć… niektórzy zbierają tam grzyby.

Autorka przy Pomnik ofiar w Piaśnicy,

Początek okupacji

Oddziały Wehrmachtu wkroczyły do Wejherowa i Pucka 9 września, a do Gdyni 14 września  1939 r. Od pierwszych dni wojny na Kaszubach i Pomorzu Gdańskim hitlerowcy wprowadzili niebywały terror. Już podczas kampanii wrześniowej zamordowali setki mieszkańców Wybrzeża, aresztowali masowo działaczy polonijnych oraz pracowników polskich instytucji państwowych, przeprowadzali indywidualne i zbiorowe egzekucje. Walki obronne na polskim Wybrzeżu zakończyły się 2 października 1939 r., wraz z kapitulacją obrońców Półwyspu Helskiego.

Na świeżo zajętych terenach jednostki Wehrmachtu, SS i policji niemieckiej przeprowadziły jeszcze większe obławy i  masowe aresztowania. Dotyczyło to wszystkich zdolnych do służby wojskowej Polaków i Żydów w wieku od 17 do 45 lat, przedstawicieli polskiej inteligencji i duchowieństwa oraz Polaków uznanych za „wrogo nastawionych do Niemców”. Zatrzymywano ich na podstawie przygotowanych przed wojną list. Tysiące osadzono w aresztach, poddawano torturom, wielu wywieziono na roboty przymusowe. Masowe aresztowania dotknęły również powiat morski, zwłaszcza Puck i Wejherowo.

Intelligenzaktion czyli „Sprzątanie polskiej inteligencji”

Nasilony po zakończeniu kampanii wrześniowej niemiecki terror wymierzony był przede wszystkim w przedstawicieli polskiej inteligencji, czy też – w szerszym ujęciu – w Polaków o rozbudowanej świadomości narodowej. To tę grupę Hitler obarczał winą za politykę polonizacyjną na ziemiach zachodnich w przedwojennej Rzeczypospolitej i uważał za najpoważniejszą przeszkodę do szybkiego zniemczenia Pomorza. Zaliczano do niej przede wszystkim księży katolickich, nauczycieli, lekarzy, dentystów, weterynarzy, oficerów w stanie spoczynku, urzędników, kupców, posiadaczy ziemskich, prawników, pisarzy, dziennikarzy, pracowników służb mundurowych, absolwentów szkół wyższych i średnich, jak również członków organizacji i stowarzyszeń krzewiących polskość. Do końca listopada 1939 r. z powiatu morskiego: Gdyni, Pucka, Wejherowa i pozostałych miejscowości aresztowano kilka tysięcy, trzymano ich w przepełnionych więzieniach, poddawano ciężkim przesłuchaniom, wielu zamordowano.

Aresztowani gdynianie, wrzesień 1939 r. Reprodukcja ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni

Działania władz okupacyjnych aktywnie wspierała mniejszość niemiecka zamieszkująca przedwojenne terytorium Polski. Wielu z nich wstąpiło w szeregi tzw. Selbstschutzu paramilitarnej formacji o charakterze policyjnym utworzonej przez Niemców na okupowanych ziemiach polskich. Członkowie Selbstschutzu byli dla Polaków szczególnie niebezpieczni ze względu na doskonałą znajomość lokalnych stosunków i uwarunkowań społecznych. Volksdeutsche Selbstschutzu korzystali z okazji do uregulowania zadawnionych sąsiedzkich sporów i porachunków, często zagarniali mienie należące do aresztowanych i mordowanych Polaków. Do rozprawy z Polakami podjudzał miejscowych Niemców gdański gaulejter NSDP, Albert Foster, który w przemówieniu w hotelu Prusińskiego w Wejherowie wzywał do mordów słowami: „musimy tych zawszonych Polaków wytępić począwszy od kołyski […] w ręce wasze oddaję los Polaków, możecie z nimi robić, co chcecie!” Zgromadzony na ulicy tłum odpowiedział okrzykami: „Niech zginą psy polskie!” „Śmierć Polakom!”.

Oddział Selbstschutzu działający na Pomorzu w 1939 r. Fot. IPN Gdańsk

Historycy oceniają, że w ramach tzw. akcji „Inteligencja” (Intelligenzaktion), prowadzonej na okupowanych terenach Pomorza między wrześniem 1939 a kwietniem 1940 r., Niemcy zamordowali nawet do 60 tys. przedstawicieli polskiej elity społecznej i politycznej, pacjentów szpitali psychiatrycznych, Żydów oraz osób przywiezionych z głębi Rzeszy. Największym i najbardziej znanym miejscem kaźni ludności Pomorza stały się Lasy Piaśnickie w pobliżu Wejherowa.

Ludobójstwo w Lasach Piaśnickich

Lasy Piaśnickie, to część Puszczy Darżbulskiej, na zachód od szosy wiodącej z Wejherowa do Krokowej, w pobliżu kaszubskich wsi Wielka Piaśnica i Mała Piaśnica. Prawdopodobnie pod koniec września 1939 r. okupanci niemieccy podjęli decyzję, aby leśny obszar o powierzchni ok. 250 ha, położony w odległości ok. 10 kilometrów od Wejherowa, wykorzystać jako miejsce masowych egzekucji.

Akcję ludobójstwa w Lasach Piaśnickich, aby „sprzątnąć polską inteligencję”, rozpoczęto pod koniec października 1939 r. Dla więźniów z Pomorza Gdańskiego i Kaszub ostatnim etapem przed rozstrzelaniem w Piaśnicy było zazwyczaj więzienie w Wejherowie, do którego dowożono ich z lokalnych więzień i obozów. Czasem skazańców przywożono na miejsce kaźni wprost z więzienia w Pucku lub z obozów dla internowanych w Gdyni i Gdańsku. Z kolei transporty z Rzeszy docierały do Wejherowa koleją, „wagonami specjalnymi”. Feliks Kreft – telegrafista na stacji kolejowej w Wejherowie – zeznał po wojnie, że między końcem października 1939 r. a kwietniem 1940 r. do Wejherowa przybywało tygodniowo osiem takich wagonów. Na miejsce kaźni dowożono skazańców, nierzadko ze związanymi rękoma, autobusami lub krytymi samochodami ciężarowymi, którym towarzyszyły motocykle i samochody osobowe przewożące eskortę oraz członków plutonu egzekucyjnego.

Masowe doły śmierci przygotowywali w lesie przed egzekucją specjalnie zatrudnieni niemieccy rolnicy z pobliskich wsi, zaś w okresie od 1 do 13 listopada 1939 r. – 40-osobowa grupa Polaków, więźniów obozu  w gdańskim Nowym Porcie. Grupę tę ochrzczono w obozie mianem „Komanda Wniebowstąpienia” (niem. Himmelfahrtskommando). Odizolowano ją od pozostałych więźniów i 14 listopada 1939 r. rozstrzelano w Piaśnicy. Z kolei  pluton egzekucyjny (40–60 osób), odpowiedzialny za transport i likwidację ofiar, stanowili esesmani z Gdańska lub ze specjalnego oddziału Wachsturmbann „Eimann” oraz członkowie lokalnego Selbstschutzu.

Oddział SS w Wejherowie. Fot. pracownia fotograficzna Foto Hans Waldemar Engler Neustadt Westpreussen. Archiwum IPN

Prawdopodobnie ofiary zmuszano, aby przed śmiercią rozebrały się do bielizny. Następnie w grupach po 5–6 osób prowadzono je nad krawędzie zbiorowych mogił, gdzie mordowano strzałem w tył głowy, w pozycji stojącej lub klęczącej. Rannych dobijał dowódca plutonu egzekucyjnego. Pozostałe ofiary zazwyczaj oczekiwały na swoją kolej w odległości ok. 200 metrów. Egzekucje odbywały się w dzień, jak i w nocy (w świetle reflektorów samochodowych). W ciągu jednego dnia członkowie Wachsturmbann „Eimann”, zazwyczaj pod wpływem alkoholu, rozstrzeliwali ok. 150 dowiezionych ludzi. Niektórych rannych dobijano ciosami kolb karabinowych, zdarzały się także przypadki grzebania rannych żywcem. Przed egzekucjami – co potwierdzają zeznania świadków oraz wyniki oględzin odnalezionych zwłok – Niemcy torturowali skazańców. Niektóre relacje mówią o bestialskim zabijaniu małych dzieci poprzez rozbijanie ich główek o pnie drzew, w których odnajdywano później dziecięce zęby i włosy. Po zakończeniu egzekucji opróżnione samochody odwoziły do Wejherowa ubrania zamordowanych i przekazywały je nazistowskiej opiece społecznej.

Jednym z najbardziej tragicznych dni w lasach piaśnickich był 11 listopada 1939 r. – w dniu polskiego Święta Niepodległości strzałem w tył głowy zamordowano nad dołami Piaśnicy 314 osób. W gronie ofiar znalazło się m.in. 120 mieszkańców Gdyni, 34 duchownych z terenów powiatu morskiego (w tym siostra Alicja Jadwiga Kotowska, przełożona Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstanek w Wejherowie oraz dziewięciu jezuitów z Gdyni), grupa cywilnych obrońców Gdyni, grupka dzieci żydowskich; rozstrzelano tego dnia też licznych kupców, rzemieślników, nauczycieli, lekarzy, sędziów i urzędników z terenów powiatu morskiego. Egzekucja trwała od wczesnych godzin porannych do godziny 11:00. Mężczyzn i kobiety prowadzono nad doły śmierci piątkami. Niektórzy z grzebanych w dołach jeszcze żyli…

Grób s. Jadwigi Kotowskiej. Fot. Teresa Kaczorowska
W Piąsnicy zamordowano dziewięciu jezuitów z Gdyni. Dziś ich postaci stoją w ołtarzu leśnej kaplicy w Piaśnicy. Fot. Teresa Kaczorowska

Niemcy starali się zachować w tajemnicy zbrodnie dokonywane w Piaśnicy. Rodziny zamordowanych informowano, że ich bliscy wyjechali do Generalnego Gubernatorstwa, bądź ich los nie jest znany. Teren lasów wokół Piaśnicy otoczony był zawsze licznymi posterunkami policji, aby zapobiec ewentualnym ucieczkom skazańców i strzec miejsca zbrodni przed niepowołanymi świadkami. Przy wejściach do lasu ustawiono tablice z ostrzeżeniem: „kto pójdzie dalej zostanie bez ostrzeżenia rozstrzelany”. Na czas egzekucji zwalniano do domów wszystkich polskich robotników leśnych. Mimo to ludność polska, która obserwowała liczne transporty więźniów i słyszała dochodzące z lasu odgłosy strzałów, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co dzieje się w Piaśnicy. Egzekucje polskich więźniów politycznych zakończyły się w pierwszej dekadzie grudnia 1939 r. Akcja eksterminacyjna prowadzona była jednak w Lasach Piaśnickich aż do wiosny 1940 r. (mordowano wtedy osoby przywiezione z terenów III Rzeszy).

Zacieranie śladów zbrodni

 Wiosną 1940 r. – wkrótce po zakończeniu akcji eksterminacyjnej w Piaśnicy – Niemcy przystąpili do maskowania miejsca zbrodni, sadząc krzewy i drzewa na miejscu masowych dołów śmierci. A w drugiej połowie 1944 r., w związku ze zbliżaniem się Armii Czerwonej, zaczęli w Piaśnicy niszczyć wszelkie ślady zbrodni. W tym celu wyznaczono grupę 36 więźniów KL Stutthof, których zmuszano do rozkopywania grobów oraz wydobywania ciał ofiar, które następnie palono na leśnych paleniskach. Przez kilka tygodni swąd palonych ciał stale dochodził do pobliskich wsi. Niemcy ponownie zakazali wówczas okolicznej ludności wstępu do lasu. Po siedmiu tygodniach, kiedy „praca” była już zakończona, esesmani zamordowali wszystkich członków komanda i spalili ich ciała. Później oprawcy zatrudniali do maskowania śladów niemieckich rolników z okolicznych wiosek.

Ze względu na akcję zacierania śladów zbrodni, jak również z powodu zniszczenia lub wywiezienia dokumentacji, wciąż nie jest znana dokładna liczba ofiar zbrodni piaśnickiej. Historycy szacują, że w Lasach Piaśnickich Niemcy zamordowali od 12 – 14 tys. mężczyzn, kobiet i dzieci: przedstawicieli polskiej elity politycznej i intelektualnej, rodziny polskie, czeskie i niemieckie przywiezione z głębi III Rzeszy oraz pacjenci niemieckich szpitali psychiatrycznych, których mordowano w ramach akcji T4 rozpoczętej pod koniec 1939 r. zarówno na terenie III Rzeszy, jak i na okupowanych ziemiach polskich.

Grób pomnik poświęcony dzieciomz amordowanymw Piaśnicy. Fot. Teresa Kaczorowska

Ekshumacje i śledztwo w Polsce Ludowej

Jeszcze podczas okupacji, mimo niemieckiego terroru, mieszkańcy okolicznych wsi podejmowali próby uczczenia pamięci zamordowanych. Niemiecka policja nie raz donosiła, że nieznane osoby stawiały w lesie piaśnickim wieńce i palące się świece.

Po wojnie, 4 sierpnia 1945 r., Polski Związek Zachodni i zarząd miejski w Wejherowie zorganizowały pierwszą pielgrzymkę do Piaśnicy. Wzięło w niej udział około 30 tys. osób. Kolejne wielotysięczne manifestacje w Lesie Piaśnickim odbyły się 22 września 1946 r. oraz 31 sierpnia 1947 r., kiedy to nastąpiło poświęcenie miejsc egzekucji.

Po zakończeniu działań wojennych, z inicjatywy Polskiego Związku Zachodniego, w Piaśnicy były prowadzone ekshumacje (7–22 października 1946 ). Spośród 35 zbiorowych mogił, o których istnieniu wspominali świadkowie, udało się odnaleźć pozostałości trzydziestu. Dokładnie przebadano tylko 26 grobów. Przebadane mogiły miały rozmiary od 5,4 do 12,8 metra długości, od 2,6 do 5 metrów szerokości i od 2,5 do 3,9 metra głębokości. Odnaleziono także ślady po dwóch paleniskach. Jedynie w dwóch mogiłach udało się jednak odnaleźć zachowane w całości zwłoki 305 ofiar, w tym pięciu kobiet. W pozostałych odnaleziono wyłącznie szczątki ludzkie, resztki ubrań oraz różne drobne przedmioty. Po ekshumacji niektóre zidentyfikowane zwłoki rodziny zabrały i pochowały na parafialnych cmentarzach.

W Polsce Ludowej prace badawcze oraz starania o upamiętnienie zbrodni w Piaśnicy napotykały na liczne przeszkody ze strony władz. Wynikało to z faktu, iż ofiary Piaśnicy (inteligencja, duchowieństwo, pacjenci niemieckich szpitali psychiatrycznych) nie mieściły się w oficjalnym kanonie ówczesnej polityki historycznej. Prowadzono co prawda śledztwo w sprawie zbrodni, przesłuchano kilkuset świadków, przeprowadzono kilka kwerend archiwalnych oraz wytypowano podejrzanych, ale śledztwo zostało po kilku latach umorzone. W 2011 r. Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Gdańsku podjęła decyzję o wznowieniu śledztwa „w sprawie masowych zabójstw obywateli polskich dokonanych jesienią 1939 r. w Piaśnicy koło Wejherowa”, które trwa do dziś. Piaśnica oraz dokonana tam zbrodnia pozostają jednak nadal mało znane ogółowi Polaków.

Odpowiedzialność sprawców

Niektórzy sprawcy zbrodni w Piaśnicy zginęli w trakcie wojny lub zmarli wkrótce po jej zakończeniu. Większość uniknęła kary, jak np. Gustaw Bamberger – okupacyjny wiceburmistrz Wejherowa, uczestnik „selekcji” w tamtejszym więzieniu  – piastował po wojnie funkcję wiceburmistrza Hanoweru.

Niektórych jednak skazano. Alberta Forstera, gauleitera NSDAP i namiestnika Rzeszy w Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie, skazano w 1948 r. na karę śmierci (wyrok wykonano 28 lutego 1952 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie). Także esesmana Richarda Hilderandta – dowódcę SS i Policji  w Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie w latach 1939–1943 skazano na karę śmierci w Bydgoszczy (wyrok wykonano 10 marca 1951 r.). Również esesman z Gdańska, uczestnik brutalnych przesłuchań i „selekcji” na egzekucje do Piaśnicy, przeprowadzanych jesienią 1939 r. w wejherowskim więzieniu Herbert Teuffel został przez sąd okręgowy w Gdyni skazany na karę śmierci (wyrok wykonano w 1948 r.).

Albert Forster. Fot. ze zbiorów Archiwum Diecezyjnego w Pelplinie

W latach 1962–1968 w Hanowerze toczył się proces Kurta Eimanna, oskarżonego o udział w eksterminacji psychicznie chorych w ramach akcji T4. Były dowódca Wachsturmbann „Eimann” przyznał się do zamordowania w Piaśnicy 1200 pacjentów niemieckich szpitali psychiatrycznych. Został uznany za winnego udziału w zbiorowym morderstwie na 1200 osobach oraz za winnego pojedynczych mordów na 10 osobach. Otrzymał wyrok czterech lat pozbawienia wolności, z czego odsiedział jednak zaledwie dwa. Sądzony w tym samym procesie zastępca Wyższego Dowódcy SS i Policji w Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie SS-Oberführer Georg Ebrecht został skazany na karę trzech lat pozbawienia wolności, lecz zaliczono mu w poczet kary internowanie po 1945 i uznano karę za odbytą.

Pamięć

We wrześniu 1955 r., z inicjatywy lokalnej społeczności oraz Polskiego Związku Zachodniego, na miejscu zbrodni postawiono Pomnik Ofiar Piaśnicy projektu Aleksandra Wieckiego. Po 1989 r. umieszczono tam urny z ziemią zebraną w Dachau i Katyniu i w pobliżu pomnika zainstalowano tablice z dokładną lokalizacją 26 zbiorowych mogił, które otoczono opieką. Z czasem w obrębie miejsca pamięci zaczęto także wznosić rzeźby lub pomniki, które upamiętniały indywidualne ofiary lub grupy ofiar (np. zamordowane dzieci, leśników, nauczycieli, kupców itp.).

Obecnie tym niezwykłym miejscem pamięci opiekują się organizacje społeczne: w tym utworzony w 1989 r. Społeczny Komitet Opieki nad Mogiłami Piaśnicy oraz Stowarzyszenie Rodzina Piaśnicka, powstałe w 1996 r. przy parafii Chrystusa Króla w Wejherowie. W opiekę nad grobami Piaśnicy zaangażowany jest też Urząd Gminy Wejherowo oraz inne pomorskie instytucje i placówki edukacyjne, m.in. Szkoła Podstawowa nr 8 w Wejherowie im. Martyrologii Piaśnicy.

Lasy Piaśnickie, nazywane „Kaszubską Golgotą”, stały się symbolem martyrologii mieszkańców Pomorza i Kaszub w czasie II wojny światowej. Odbywają się w nich co roku uroczystości upamiętniające ofiary zbrodni, połączone z patriotyczną manifestacją. W Wejherowie i okolicy powstają liczne trwałe znaki pamięci poświęcone ofiarom zbrodni: tablice, epitafia, kaplice, pomniki, rzeźby.

W gronie beatyfikowanych 13 czerwca 1999 r. przez papieża Jana Pawła II  znalazła się zamordowana w Piaśnicy siostra Alicja Kotowska. W Lesie Piaśnickim, 3 października 2010 r., odsłonięto nową kaplicę–mauzoleum, pełniącą jednocześnie funkcję pomnika. Na słupach podobnych do pni ułożonych w stos zostały wytłoczone nazwiska zidentyfikowanych ofiar zbrodni piaśnickiej.

W grudniu 2015 r. powołano do życia Muzeum Piaśnickie w Wejherowie, jako oddział Muzeum Stutthof w Sztutowie. Jego siedziba mieści się w dawnej wilii dra Franciszka Panka, w której w czasie okupacji była placówka Gestapo oraz sztab powiatowego Selbstchutzu.

Muzeum Piaśnickie w Wejherowie. Fot. Teresa Kaczorowska

Ponadto, 6 października 2023 r., dworcowi kolejowemu w Wejherowie nadano nazwę „Męczenników Piaśnickich”. Na budynku dworca odsłonięto również pamiątkową tablicę. Od 2018 r., we wrześniu, organizowany jest w Wejherowie „Motocyklowy Rajd Piaśnicki”.  Zbrodnia w Piaśnicy ma też swoje odbicie w licznych dziełach kultury. Odniesienia do zbrodni w Piaśnicy są dziś obecne w utworach literackich, filmach, komiksach, utworach muzycznych.

Warto dodać, że Piaśnica – największe po obozie koncentracyjnym Stutthof  miejsce kaźni ludności polskiej na Pomorzu w okresie II wojny światowe, nazywane „pomorskim Katyniem” lub „Kaszubską Golgotą” – była też dla niemieckich nazistów jednym z największych poligonów doświadczalnych w przeprowadzaniu masowych zbrodni.

Listopad to czas szczególnej refleksji i modlitwy za zmarłych. Cieszy fakt, że Polacy wciąż pamiętają o ofiarach zbrodni w Piaśnicy i oddają im hołd – rozsiane w sosnowym lesie groby są dziś zadbane, z licznymi kwiatami i światłami pamięci.

 

 

Odszedł orędownik prawdy o Obławie Augustowskiej – TERESA KACZOROWSKA wspomina ks. Stanisława Wysockiego

W czwartek, 7 listopada 2024 r., pod ciężkiej chorobie, odszedł do Domu Ojca, w wieku 86 lat, ks. prałat Stanisław Wysocki z Suwałk (ur. 1 marca 1938 r.). Największy społeczny orędownik prawdy o największej powojennej komunistycznej zbrodni w Polsce, jaką była w lipcu 1945 r. Obława Augustowska. Stracił w niej ojca i dwie starsze siostry, działaczy polskiego ruchu oporu.

Poznałam ks. prałata Stanisława Wysockiego ponad 10 lat temu, kiedy zaczynałam pracę badawczo-reporterską nad tematem Obława Augustowska. I współpracowałam z Nim – jako prezesem Związku Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej 1945 Roku – do końca Jego dni. Owocem są cztery moje książki, a także piąta wydana w j. angielskim („The Augustów Roundup of July 1945”, McFarland, USA 2023). I była to współpraca niezwykle kreatywna, twórcza, inspirująca do podejmowania nowych wyzwań, aby ocalić odchodzącą w zapomnienie największą powojenną zbrodnię komunistyczną, jaką jest Obława Augustowska. I dążyć do jej wyjaśnienia.

Z całą pewnością mogę powiedzieć, że gdyby nie ks. pralat Stanisław Wysoki nie zgłębiałabym tak mocno tego tematu, nie powstałyby moje książki, nie odbyłabym wielu spotkań autorskich i  nie wygłosiłabym tylu prelekcji o Obławie Augustowskiej. Bo to Jego oddanie tej Sprawie, bezkompromisowość, Jego dusza społecznikowska, polska, aby wyjaśnić tę zbrodnię, oddać hołd Ofiarom Obławy Augustowskiej, w tym zamordowanym w tej zbrodni Jego ojcu i dwóm siostrom, powoli wciągały  mnie w ten temat, któremu poświęciłam ostatnie ponad dziesięć lat.

Cieszę, że ks. Stanisław doczekał się swojej monografii mego autorstwa pt. „Obława Augustowska w oczach świadka” (Warszawa 2024). Książka ta rodziła się w bólach, przez kilka lat, ale została wydana w czerwcu tego roku. Pokazałam w niej ks. prałata Stanisława Wysockiego jako niezłomnego Polaka, świadka historii, budowniczego piękna kilku kościołów i sześciu ważnych pomników (w tym czterech w hołdzie ofiarom Obławy Augustowskiej), charyzmatycznego duszpasterza Kościoła Młodych i pierwszego kapelana NSZZ „Solidarności” w Łomży, a później oddanego proboszcza kilku parafii w płn. Polsce, kapelana akowców i sybiraków, a przede wszystkim jako największego społecznego orędownika wyjaśnienia Obławy Augustowskiej. Cieszę się, że ks. prałat Wysocki zdążył moją książkę poznać i mi podziękować.

Bo ks. Wysocki umiał zawsze  i za wszystko dziękować! Potrafił być wdzięczny, zachęcać do działania, doceniać za pracę na rzecz prawdziwych wartości, jakimi były dla Niego „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Był to człowiek niezwykłej szlachetności i skromności, a zarazem ogromnej odwagi, pracowitości i konsekwencji działania. Jestem wdzięczna Bogu, że mogłam Go poznać i współpracować na rzecz Obławy Augustowskiej.

Pożegnałam Go jeszcze w Dzień Wszystkich Świętych, 1 listopada 2024 r., w mieszkaniu jego siostrzenicy lekarki Basi, na jednym z osiedli w Suwałkach, gdzie dożywał swoich ostatnich dni pomiędzy przerwami w szpitalach. Trudno już Mu było wydobyć głos, ale poznał mnie i powiedział cicho: „Pani Tereniuś, ja jestem już namaszczony…”. I pocałował mnie w rękę…

A ja podziękowałam Jemu za obecność w moim życiu, za modlitwy za mnie, za umacnianie mnie w życiowych trudnościach, za troskę w każdym dniu o Polskę!

Spoczywaj w pokoju drogi Księże Prałacie i oręduj dalej w naszej Sprawie! Szczęść Boże!

Ks. prałat Stanisław Wysocki z Teresą Kaczorowską.

Donald Tusk przyłapany na kłamstwie przez dziennikarkę Tygodnika Solidarność i Tysol pl.

Skandal podczas konferencji prasowej premiera Donalda Tuska. Agnieszka Rutke z TS i Tysol.pl zadała premierowi Tuskowi niewygodne pytanie. Nie spodobało się to służbom prasowym rządu. No i się zaczęło…

Oddajmy głos redakcji dziennikarki, której udało się zadać Donaldowi Tuskowi pytanie o to jak wyobraża sobie współpracę z administracją wybranego na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, skoro całkiem niedawno premier polskiego rządu sugerował, że 47. prezydent USA jest… rosyjskim agentem.

„Na dzisiejszej[7 listopada – red. sdp.pl] konferencji prasowej Monika Rutke, dziennikarka „Tygodnika Solidarność” i Tysol.pl, zapytała Donalda Tuska o jego opinię na temat prezydenta elekta USA, przypomniała zwłaszcza zarzuty obecnego premiera o rzekome kontakty Donalda Trumpa z rosyjską agenturą” – napisano w czwartek po południu na Tysol.pl

Redakcja szczegółowo opisuje incydent:

„Zapytany o to, jak chce prowadzić politykę zagraniczną ze Stanami Zjednoczonymi pod wodzą Donalda Trumpa, biorąc pod uwagę jego wcześniejsze sugestie rzekomej „rosyjskiej agenturalności” Trumpa oraz wypowiedzi ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, czy „kierownika ambasady w USA” Bogdana Klicha, Tusk… zaczął mówić o wypowiedzi… Mariusza Błaszczaka. Dopytany przez Monikę Rutkę zaprzeczył swoim wypowiedziom sprzed kilku miesięcy. – Nie, tego typu sugestii nigdy nie zgłaszałem” – podał Tysol. pl

Portal opublikował też fragment oświadczenia dziennikarki z opisem rozmowy Rutke z ważną urzędniczką premiera. „Jednocześnie jednak miało miejsce spięcie pomiędzy naszą dziennikarką a podsekretarz stanu w KPRM Agnieszką Rucińską” – pisze redakcja przytaczając słowa swojej reporterki:

„W tym momencie pani Agnieszka Rucińska poinformowała mnie, że „złamałam zasadę” (nie mam pojęcia jaką, ale prawdopodobnie tym, że doprecyzowałam pytanie), i oznajmiła, że „kończymy współpracę” – tak dokładnie brzmiały słowa Agnieszki Rucińskiej W mediach społecznościowych napisałam, interpretując te słowa, że dotyczyły one niezapraszania mnie na konferencje PDT. W rzeczywistości były to słowa o „końcu współpracy” – czymkolwiek ona jest. Być może ta interpretacja była zbyt pochopna, jednak mam w pamięci sytuację, gdy dziennikarze TV Republika nie byli wpuszczani na konferencje Bartłomieja Sienkiewicza czy na konferencję sztabu kryzysowego Donalda Tuska w związku z powodzią”– napisała Rutka w oświadczeniu.

A taką wersję wydarzeń podała Agnieszka Rucińska w Onecie:

„Nic takiego nie miało miejsca. (…) Powiedziałam redaktor Rutke jedynie to, że nie będę więcej się z nią umawiała na możliwość zadawania pytań, skoro nie chciała zrozumieć, że nas ograniczał czas, za chwilę mieliśmy wylot samolotu i naprawdę nie był to ani moment, ani miejsce na dokrzykiwanie dodatkowych pytań po tym, jak premier na jej pierwsze pytanie już odpowiedział” – zapewniła Agnieszka Rucińska w rozmowie z Onetem.

Redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność” Michał Ossowski i redaktor naczelny portalu Tysol.pl Cezary Krysztopa  wydali wspólne oświadczenie z żądaniem dymisji Agnieszki Rucińskiej.

W całości publikujemy je  TUTAJ

 

KOMENTARZ

Nie wiem, czy jest coś bardziej poruszającego niż nieporadne kłamstwo polityka w ważnej sprawie?

Nie wiem, czy dziennikarskie porównanie tego, co mówił premier Tusk o tym, że służby specjalne USA potwierdziły, to, iż prezydent Trump jest rosyjskim agentem, spowodują u szefa Rady Ministrów jakiekolwiek przemyślenia?

Nie wiem, czy inni dziennikarze dopuszczani do konferencji prasowych rządu wyciągną wnioski z pytań dziennikarki TS i Tysola i zaczną zadawać podobne, szczególnie te demaskujące mistyfikację nazywaną rządem koalicji PO, TD i NL?

Nie wiem, ile razy trzeba zadać trudne pytanie premierowi, aby zrozumiał?

Nie wiem, co trzeba zrobić, żeby po zrozumieniu trudnego pytania, premier odpowidział inaczej niż krytykując PiS?

Przypuszczam jednak, że premier Tusk nie przeprosi ani swoich wyborców ani prezydenta Trumpa ani Moniki Rutke. W tej sytuacji wszyscy możemy zadawać pytania premierowi Tuskowi i ministrom. Pocztą elektoniczną. Aż do końca urzędowania tego rządu. Co to da, nic, ale z takimi pytaniami na skrzynce mailowej nie da się na tym komputerze grać w kulki ani w kółko i krzyżyk. Liczę oczywiście na sumienie ministrów i premiera…

Hubert Bekrycht

 

 

Listopadowe spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP. Gościem Michał Chudoliński

Gościem listopadowego spotkania Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, które odbędzie  się w środę, 6 listopada 2024 r., o godz. 17.00, w Domu Dziennikarza, przy ulicy Foksal 3/5 w Warszawie, będzie Michał Chudoliński (rocznik 1988)krytyk komiksowy i filmowy, dziennikarz (członek SDP), który zaprezentuje swoją nową książkę pt. „Mroczny rycerz Gotham”. Spotkanie poprowadzi tym razem Przemysław Mazur – historyk, redaktor portalu Paradoks (paradoks.net.pl) poświęconego mediom o tematyce fantastycznej.

Serdecznie zapraszam na to ciekawe spotkanie!

dr Teresa Kaczorowska,

przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP


Michał Chudoliński (rocznik 1988)krytyk komiksowy i filmowy, dziennikarz (członek SDP) 88. Prowadzi w Collegium Civitas zajęcia z zakresu amerykańskiej kultury masowej – ze szczególnym uwzględnieniem komiksów. Pomysłodawca i redaktor prowadzący bloga „Gotham w deszczu”. Współpracował z „Polityką”, „Nową Fantastyką”, Polskim Radiem, Agencją Kreacji Filmu i Seriali Telewizji Polskiej oraz magazynem „Charaktery”. Polski korespondent ogólnoświatowego magazynu „The Comics Journal”. Współzałożyciel i członek rady nadzorczej Polskiej Fundacji Fantastyki Naukowej.

 „Mroczny Rycerz Gotham” to zbiór esejów, z których dowiecie się o genezie powstania ikony amerykańskiej popkultury – Batmana, a także o najważniejszych tekstach związanych z obszarem mitologii DC Comics. W książce zarówno komiksy, jak i filmy poddane zostały dogłębnej analizie, prowadzonej zwłaszcza przez pryzmat aparatu poznawczego socjologii dewiacji. To również spojrzenie na postać Batmana w dobie politycznej poprawności, pozwalające na odkrycie, w jaki sposób progresywizm zmienia wymowę jednego z najbardziej znanych bohaterów literackich i transmedialnych.

Książka wzbogaciła niepomiernie moją wiedzę na temat postaci symbolicznej nie tylko dla świata komiksu, popkultury, czy kultury w ogóle. (…) studium poświęcone nie tyle Batmanowi, a – w swej istocie – współczesnemu człowiekowi, który, niczym zakapturzony mściciel, ukrywa swą wielowymiarową tożsamość pod maską tajemnicy czekającej na odkrycie.

dr hab. Piotr Kletowski, prof. UJ, Instytut Bliskiego i Dalekiego Wschodu

Pan Michał Chudoliński jest znakomitym znawcą kultury popularnej, w tym komiksu. Ujął mnie swoją pracowitością i wiedzą na ten temat. Media związane z kulturą i uczelnie powinny to wykorzystać.

prof. Jacek Dąbała, medioznawca, Instytut Dziennikarstwa, Mediów i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim

 

HUBERT BEKRYCHT: Newsshit, czyli zaoczny wyrok na księdza i urzędniczki

Kloaczne wpisy zawodowych hejterów nie są tak dotkliwe dla uwolnionych z aresztu księdza Michała Olszewskiego i dwóch urzędniczek jak skandaliczne tytuły w mediach rządowych. Są one specjalnie eksponowane, aby upokorzyć więźniów politycznych Donalda Tuska i Adama Bodnara.

Mediami rządowymi nazywam nie tylko nielegalnie przejęte przez rząd media publiczne w grudniu 2023 r., kiedy to bezprawnie wprowadzono marionetkowe władze w TVP, PR i PAP, ale i media przychylne od lat obecnej koalicji liberałów, ludowców i lewicy. To one w czasie 7-miesięcznego aresztu księdza i urzędniczek już ich osądziły. Do upokorzeń i tortur, które zastosowali bodnarowcy doszły jeszcze razy rozdawane przez rozgrzanych „dziennikarzy” wychwalających rząd 13 grudnia i nowego ministra resortu „sprawiedliwości”. Przyjęto za pewnik, że ksiądz i dwie urzędniczki są przestępcami. Jakie przestępstwo im się zarzuca? Nie do końca wiadomo, bo prokuratorzy, tuż przed końcem terminu tymczasowego aresztowania dodawali jeszcze kolejne zarzuty… Aż do 25 października 2024 roku.

Newsshit

Pewne jest jedno, w prawie polskim, nazywanym nawet teraz cywilizowanym, obowiązuje zasada, że to sąd orzeka o ewentualnej winie. Nie prokuratorzy. Nie usłużne obecnej władzy media. Nie ludzie na forach internetowych wspomaganych przez niektórych koalicyjnych polityków. Prawdziwą jednak porażką demokracji jest to, że argumenty obrony w mediach prorządowych nie istnieją.

Skandalem absolutnym – pominę emocjonalne określenia cisnące się na usta – są ataki na aresztowanych i kpiny z księdza oraz dwóch kobiet. Nie ma takiego systemu etycznego usprawiedliwiającego to, co napisał na platformie X tygodnik Newsweek, który na internetowym profilu poprzedził swój artykuł o wyjściu z aresztu księdza określeniem: „Ks. Olszewski opuścił areszt. Na głowie brak śladów po cierniowej koronie”. I tak to tu zostawię prosząc wszystkich o zapamiętanie tego wpisu, być może kiedyś odważnie ujawni się autor schowany za logo tygodnika.

…i inni

W Polskim Radiu 24 europoseł Michał Szczerba z KO powiedział, że ciekaw jest, skąd wpłacający kaucję mają tyle pieniędzy. „Może jest to łapówka za milczenie tego księdza” – błysnął Szczerba. Oczywiście dziennikarka prowadząca rozmowę nie zapytała skąd takie sugestie naczelnego śledczego formacji rządzącej.

Lewicowy portal Oko press nie bawi się w „subtelności” cytatów politycznych. Umieszcza grafikę z paskiem na oczach księdza Olszewskiego i obok niego publikuje zdjęcie Zbigniewa Ziobro. Myślimy teraz obrazkiem, zatem Oko press – zdaniem wielu odbiorców – chce przekazać, że obaj są przestępcami.

Rzeczpospolita ma najwięcej błota na rękach, bo jej redaktorzy sugerują, że kaucja za księdza i urzędniczki przepadnie…Znowu sugestia winy. Szanowany niegdyś tytuł sięga dna. I to nie tylko dziennikarskiego dna, ale Atradycyjnie ktoś puka od spodu. To Gazeta Wyborcza. W „artykule” o wyjściu na wolność księdza Michała Olszewskiego, Urszuli Dobejko i Karoliny Kucharskiej, GW napisała, że duchowny był witany „grupę osób wspierających go mimo zarzutów, które na nim ciążą”.

Zapamiętajmy te tytuły i te słowa.

 

Wcześniej, 13 października 2024 r. podczas Zjazdu delegatów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, przyjęto uchwałę ws. księdza Olszewskiego i dwóch urzędniczek a nowa prezes SDP dr Jolanta Hajdasz napisała do więzionego jeszcze wówczas duchownego list z poparciem naszego środowiska.

List Jolanty Hajdasz prezes SDP do księdza Michała Olszewskiego