Piszemy dla normalnych chłopaków – rozmowa z MICHAŁEM BONDYRĄ, redaktorem naczelnym miesięcznika „KnC”

Chcemy żeby te chłopaki, które teraz się formują, przy okazji KnC, wyrośli na porządnych facetów, takich z krwi i kości, którzy będą potrafili odpowiedzialnie przejść przez życie  – mówi Michał Bondyra, redaktor naczelny miesięcznika KnC. Pismo to zostało w tym roku uhonorowane nagrodą Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Rozszyfrujmy ten tajemniczy skrót KnC

„Króluj nam, Chryste!” to tradycyjne zawołanie ministranckie. Skrót powstał po to, żeby tę tradycję przedstawić w nowoczesny sposób, ale też zaintrygować. Mam wrażenie, że przez 20 lat istnienia KnC staramy się wciąż przekazywać tradycyjne wartości właśnie w taki nowoczesny sposób.

To „na dzień dobry” mamy już credo pisma.

Można chyba tak to streścić.

Ma być nowocześnie, bo odbiorca jest specyficzny?

To są młode chłopaki, nastolatki. My celujemy nie w małe dzieci, a bardziej w koniec szkoły podstawowej i liceum. I często pojawia się zarzut: dlaczego?

Podbijam pytanie…

Wybraliśmy taki przedział wiekowy, ponieważ to jest czas, kiedy chłopaki dojrzewają i odchodzą z ministrantury, a chodzi nam o to, żeby ich przytrzymać przy wartościach. Zawsze, kiedy przekonuję księży, dlaczego warto zamawiać KnC, mówię im, że największą wartością jest to, że z tych ministrantów wyrosną nawet jeśli nie księża, to ojcowie, którzy będą mieli konkretny kręgosłup moralny i którzy zaprowadzą potem swoje rodziny do kościoła.

Czyli nie formujesz pod kapłaństwo?

To też, tylko że ten odsetek kapłanów w całym społeczeństwie jest dużo mniejszy niż ojców w rodzinach. Z drugiej strony są badania, które pokazują, że 90 proc. kapłanów wywodzi się właśnie z ministrantury.

Zwykły chłopak czy święty młodzian na chmurce, unoszący się trzy metry nad ziemią?

Od początku – i to się nie zmienia – przyświeca mi myśl, żeby pokazać ministranta jako gościa, który oprócz tego, że wierzy, jest normalnym chłopakiem – gra w piłę, imprezuje. Tylko ma wartości. Chodzi raz w tygodniu w sobotę na zbiórkę i dwa razy służy do Mszy św. – i tylko te wartości wyróżniają go spośród rówieśników.

Jak duży jest to „rynek”?

Tego „rynku” w zasadzie nikt nie bada. Kiedy zaczynaliśmy, liczbę ministrantów szacowano między 200 a 300 tys. osób. W tej chwili myślę, że jest to bliżej 100-150 tys.

Mocny spadek, czyli odbicie sytuacji Kościoła w Polsce.

Sekularyzacja, zeświecczenie, brak powołań, pandemia…

Cofnijmy się o te 20 lat, do początków. Jak to możliwe, że wcześniej nie istniało pismo poświęcone stricte ministrantom?

W Polsce nie istniało. W Europie były bodajże dwa takie tytuły – konkretnie we Włoszech i w Austrii. Nie wiem nawet, czy jeszcze funkcjonują na rynku.

Taki pozytywny ferment zasiał chyba ks. Jakub Dębiec, który był w Watykanie, miał kontakty wiedeńskie i znał ministranckie magazyny. Obok mnie to zresztą chyba jedyny człowiek, który jest od początku w KnC.

Sam pomysł stworzenia pisma pochodzi natomiast od ks. Waldemara Hanasa, ówczesnego redaktora naczelnego Przewodnika Katolickiego i biskupa pomocniczego poznańskiego Grzegorza Balcerka – pierwszego po przerwie delegata KEP ds. Ministrantów.

A jak Ty się w tym znalazłeś?

To jest ciekawa historia. Dowiedziałem się, że gdzieś odbywa się coś

w rodzaju castingu na redaktora, który ma prowadzić nowe pismo. Na spotkaniu z ks. Hanasem usłyszałem, że w zanadrzu są dwa, trzy teksty, kilka mejli plus telefon i z tego trzeba zrobić pismo dla ministrantów.

To się chyba nazywa „okrągłe zero”.    

Tak, tak naprawdę nie było niczego, zupełnie jak w Białymstoku (śmiech). I co zabawniejsze, pamiętam, że pierwsza redakcja KnC była w tym samym pokoju, co Mały Przewodnik Katolicki i pół na pół dzieliliśmy komputer na konkretne godziny „od – do” z redakcją mPK.

Na dodatek Ty byłeś ekonomistą w zasadzie, nie dziennikarzem.

I to ekonomistą gospodarki żywnościowej, ale pisanie nigdy nie sprawiało mi problemów.

A może ten ekonomista był właśnie potrzebny na początek?

Śmieję się niekiedy, że ta kwestia ekonomiczna była od początku ważna. I do dzisiaj z tego korzystam, bo ekonomia mocno wiąże się z matematyką i liczeniem.

Bo żeby ogarnąć takie pismo samemu, trzeba trzymać się twardo harmonogramów i ściśle ustawiać wiele spraw.

To było takie mozolne zdobywanie rynku?

Można powiedzieć – praca organiczna. Zorganizowana „obdzwonka” po księżach: słuchajcie, chcemy zrobić nowe pismo, będzie zerowy numer, może na początek weźmiecie za darmo. I tak dalej. Setki telefonów i wyjazdów, rozmów, często twardych… I tak to się rozkręcało.

Błogosławieństwo Prymasa Polski kard. Józefa Glempa.

Musiałeś przebijać się przez kurialne bramy?

Trochę tak. Nadal zresztą tak jest, że jeżdżę po Polsce do duszpasterzy diecezjalnych i do biskupów, pokazuję KnC, przekonuję, że warto. Ale też przez takie wyjazdy, robiąc przy okazji reportaże ze wspólnot ministranckich, docieram niejako do tych „dołów”.

Od początku miałeś pomysł, jak pismo ma wyglądać?

Ja się KnC uczyłem tak naprawdę z powstawaniem tego pisma. Nie będę udawał, że wszystko od początku wiedziałem. Aczkolwiek wizja była też już na starcie nakreślona przez ks. Waldemara Hanasa – i wydyskutowana w szerszym gronie – że zrobimy dwa główne bloki tematyczne: W komżyBez komży – a więc o tym, co się dzieje w Kościele i o tym, co poza nim. Bardzo sensowny pomysł, zresztą do dzisiaj się tego podziału trzymamy.

Bez Komży, czyli?…

Sport, muzyka, chrześcijańscy raperzy, samochody, pasje, hobby, to, czym żyje każdy młody chłopak.

 KnC to jest brand? Znany w całej Polsce?

Na pewno duszpasterze znają pismo.

Docieracie do wszystkich zakątków kraju?

Tak, choć z różnym skutkiem. Czasami jest 20-30 sztuk, a czasami po kilkaset do tysiąca egzemplarzy w diecezji. Był moment, że tworzyliśmy także specjalne dodatki diecezjalne. Taki sztandarowy dodatek to KnC Płock, który do dziś dobrze funkcjonuje na poziomie tysiąca egzemplarzy.

Jaki jest obecny nakład KnC?

Nakład średnioroczny to 5200 egzemplarzy, ale są miesiące, gdy dochodzi do 7 tys. sztuk.

Cały czas musisz zabiegać o rynek, podtrzymywać kontakty?

Tak, to jest cały czas konieczne, choć teraz już częściej telefonicznie. Kiedy pytają mnie o fenomen KnC, to odpowiadam, że są nim właśnie relacje. Bo jeśli zbudujesz relacje z duszpasterzami, którym zależy, i będziesz je podtrzymywał, to oni będą przekonani, że to pismo ma sens i warto je promować u siebie.

Macie konkurencję?

Oficjalnie nie, choć trochę w te buty wchodzi Mały Gość Niedzielny, który ma kąciki dla ministrantów.

Szata graficzna – od początku miało być nowocześnie, młodzieżowo?

Przede wszystkim chcieliśmy, żeby na pierwszy rzut oka było widać, że to nie jest pismo dla „boomerów”. Szata graficzna od początku była bardzo ważna, choć z czasem bardzo się zmieniała. Najpierw posiłkowaliśmy się fachowcami, którzy już byli w składzie Przewodnika Katolickiego, a z upływem lat zyskiwałem coraz większy wpływ na jej kształt. I do dzisiaj tak jest, że to ja mam jakiś koncept okładki i się ścieramy, ale ostatecznie staje zwykle na moim (śmiech).

Pomysły na zbiórki ministranckie to też Ty?

Nie, nieprzerwanie od lat robi je wspomniany już wcześniej ks. Jakub Dębiec. Blok ministrancki W komży wspomaga też cykl Formuj się, którego autorem jest ks. Kamil Falkowski, który – uwaga! – był ministrantem i sam czytał KnC. A teraz jest księdzem i pisze do nas.

Czyli taki janczar…

(śmiech) Tak, to taki nasz wychowanek.

W tej części KnC znajdują się także teksty związane z ceremoniarzami czy w ogóle z liturgią, słowniki liturgiczne i minilekcjonarz, czyli dodatek na każdy dzień miesiąca, z czytaniami mszalnymi i psalmami. Dziś rzecz jasna wszystko jest zdigitalizaowane, ale jeśli ministrant zapomni, może sobie przed samą mszą przeczytać i się dokształcić. Wielu wciąż z tego korzysta.

A skoro już mowa o rzeczywistości cyfrowej, to w Zbiórce i w Formacji łączymy przestrzenie papierowe ze światem wirtualnym. Dołączamy do pisma QR kody, pod którymi znaleźć można konspekty na gotową zbiórkę ministrancką, łącznie z wyliczeniem czasu, ile to zajmie i w jaki sposób ją przeprowadzić. I dostaję od księży głosy, że to rzeczywiście im pomaga w formacji.

A odzew chłopaków?

Chłopaki zaczynają zwykle czytanie KnC od trzech tekstów, czyli od komiksu, humoru i sportu (śmiech).

Czyli tak, jak się dawniej czytało, normalka. Sam zaczynałem od komiksów.

Jeśli chodzi o komiks, to też ciekawa historia. Przygotowuje go dla nas unikatowo ks. Piotr Kaczmarek, kiedyś duszpasterz służby liturgicznej, dziś rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Łowiczu. Robiłem z nim kiedyś materiał na temat jego komiksowej pasji i od słowa do słowa zaprosiłem go do współpracy.

Spotkanie z Janem Pawłem II w Rzymie w 2005 roku.

Przez te dwadzieścia lat poznałeś sporo wartościowych, fajnych chłopaków?

To prawda. Chłopaków, ale i dorosłych facetów, którzy kiedyś otarli się w jakiś sposób o ministranturę. Podobnie jak znanych ludzi, którzy także byli ministrantami.

A ministrantki?

Ministrantki u nas się nie pojawiają.

Właściwie, dlaczego nie?

Z prostego powodu – o ministrantkach w diecezji decyduje biskup miejsca. A ponadto z pragmatycznego przekonania, że dziewczyny i chłopaki w tym samym wieku inaczej się rozwijają. Te pierwsze są dojrzalsze, przez co wypierają trochę chłopaków z funkcji, są bardziej odważne. No i w Kościele, póki co, kapłanami są mężczyźni, a tak jak wcześniej rozmawialiśmy, 90 proc. księży wywodzi się ze służby liturgicznej.

Ci znani na łamach KnC?

Kamil Stoch na przykład. Rozmawialiśmy tydzień przed jego pierwszym zwycięstwem w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

Był ministrantem?

Nie, ale jest lektorem i czyta lekcje. Nawet podczas zimowych Igrzysk Olimpijskich przed własnymi skokami brał wraz z innymi skoczkami udział we Mszy św. i czytał liturgię.

Kluczem dla mnie jest to, że to są ludzie wierzący, podzielający wartości KnC i którzy gdzieś mieli styczność z ministranturą.

Chcą się wypowiadać na łamach KnC?

Nie jest to takie oczywiste, ale są tacy, jak na przykład Tomasz Zubliewicz, Piotr Cyrwus, Sławomir Szmal czy Krzysztof Hołowczyc, którzy nie mają z tym problemu. Dla nich to też jest jakaś forma odwagi – mówią o wartościach i „dają twarz” w takim niszowym piśmie.

Stykasz się z młodymi chłopakami, a po latach ciekawe jest chyba „sprawdzam”.

To są niekiedy ciekawe historie. Tu od razu dodajmy, że w części KnC określanej Bez Komży jest rubryka Moje pasje, w której pojawiają się księża albo ministranci, którzy mają fajne, nietuzinkowe zainteresowania. I w niej ukazał się kiedyś materiał o 13-letnim chłopaku, który zaczynał mocno eksperymentować w kuchni i marzył o tym, żeby zostać topowym kucharzem. Po latach spotkaliśmy się i on był już wtedy szefem kuchni w Galerii Tumskiej. Ten chłopak to Mariusz Starosta, dziś także szef Wojowników Maryi.

Albo piłkarz Jakub Piotrowski, który dziś strzela bramki w reprezentacji Polski, a w turnieju o puchar KnC zdobył brązowy medal jako ministrant.

Skoro o piłce nożnej mowa…

 To ważny element integracyjny. A właściwie dwa: piłka i pielgrzymki.

Mistrzostwa Polski Liturgicznej Służby Ołtarza w Piłce Nożnej Halowej o Puchar KnC to była oddolna inicjatywa lektorów z Elbląga z ks. Pawłem Guminiakiem na czele, który jest zresztą jedynym prezesem-księdzem klubu piłkarskiego, którego drużyna gra na szczeblu centralnym. Na pierwszy turniej w 2006 roku przyjechało 48 drużyn.

Dzisiaj mamy dziewiętnastą edycję – mistrzów przyjedzie 140-tu, czyli ponad 1,5 tys. ministrantów i lektorów, w trzech kategoriach wiekowych: ministrant, lektor młodszy i lektor starszy. I to są tylko mistrzowie swoich diecezji, a w każdej diecezji od setki do nawet 1,5 tys. chłopaków gra eliminacje, żeby dostać się do turnieju finałowego Po Pucharze Tymbarku to jest chyba drugi największy taki dziki turniej w kraju. To nasze dziecko.

Wspomniałeś też o pielgrzymkach.

 Co dwa lata jako jeden z głównych partnerów działamy na rzecz ogólnopolskich Pielgrzymek Ministrantów i Lektorów. Pielgrzymowaliśmy m.in. do Częstochowy, Lichenia, Krzeszowa, Niepokalanowa, Gniezna, Gietrzwałdu czy na Święty Krzyż. W sumie wzięło w nich udział kilkadziesiąt tysięcy ministrantów z kilkudziesięciu polskich diecezji. W tym roku spotykamy się 15 czerwca w podlubelskiej Wąwolnicy.

Misja pozostaje niezmienna?

Chcemy dalej formować chłopaków. Każdemu, kto jest w tym środowisku, zależy, żeby Kościół był żywy. A żywy Kościół jest wtedy, kiedy facet nie tylko zaprowadzi rodzinę do kościoła, ale żyje na co dzień wartościami, Dekalogiem. Są zresztą takie badania amerykańskie, które pokazują, że jeśli głowa rodziny wierzy, to i rodzina jest wierząca. I to jest ważne. No i to, żeby te chłopaki, które teraz się formują, przy okazji KnC wyrośli na porządnych facetów, takich z krwi i kości, którzy będą potrafili odpowiedzialnie przejść przez życie.

A sam miesięcznik? Rynek prasy jest, jaki jest.

Rynek prasy się kurczy. To jest codzienna walka z jednej strony o to, żeby utrzymać się na rynku, a z drugiej – żeby poprzez nowe pomysły łączyć tradycję z nowoczesnością i zdobywać nowe obszary. Nawet teraz rozmawiamy z diecezjami, w których być może pojawi się dodatek do KnC.

Cały czas podkreślam, że dobre wartości trzeba świetnie opakowywać. Nie może być tandety, nie może być „kościółkowo”, czyli amatorsko, bez jakości. Pismo musi być atrakcyjne i mieć najwyższą jakość.

I to „opakowanie” zostało docenione w postaci tegorocznej nagrody specjalnej  Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. 

 Jest to dla mnie duża radość i zaszczyt. W tym roku będziemy obchodzić z żoną 20-lecie ślubu i mogę powiedzieć, że pierwszym moim dzieckiem było KnC, a dopiero później nasi synowie.

Dziękuję za to wyróżnienie w imieniu całego zespołu, który współtworzył pismo przez te dwie dekady. Przede wszystkim odbieram to jako docenienie całego dzieła, tego, że przez tyle lat mimo przeciwności losu udało się wytrwać na rynku. Bez wielkich dofinansowań, utrzymując się samemu, czasami łokciowo, walcząc codziennie o dobrą sprawę. Głęboko wierzę, że prawdziwe dzieło formacyjne przetrwa i obroni się zawsze niezależnie od zawirowań ekonomiczno-politycznych.

Rozmawiał Stanisław Muszyński

O nagrodach Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP 2024 można przeczytać TUTAJ.

 

 

 

„Dla Ciebie Polsko i dla Twojej Chwały” – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o gen. Józefie Hallerze w rocznicę śmierci

4 czerwca 1960 r. w Londynie zmarł gen. Józef Haller, dowódca II Brygady Legionów Polskich i Armii Polskiej we Francji. W wojnie polsko-bolszewickiej członek Rady Obrony Państwa oraz Generalny Inspektor Armii Ochotniczej.

Jako jeden z niewielu najwyższych rangą polskich oficerów walczył kolejno z Rosjanami, Austriakami, Niemcami, Ukraińcami i Bolszewikami. Stał się wzorem żołnierza, obywatela, społecznika i wychowawcy młodzieży. Generał Józef Haller dawał przykład osobistego męstwa, wiary i poświęcenia. Ten Honorowy Obywatel Warszawy zasłużył na upamiętnienie w stolicy.

Podstawy polskiego harcerstwa czy Polskiego Czerwonego Krzyża, które współtworzył, dały asumpt do powstania prężnie działających do dziś organizacji społecznych. To doskonały wzorzec dla młodego pokolenia Polaków, którego patriotyczny i wychowawczy rozwój stanowił zawsze dla generała istotny fragment działalności.

Ceniony w stolicy Polski, ceniony w całym kraju, niezwykle serdecznie przyjmowany przez amerykańską Polonię, dodawał otuchy żołnierzom i cywilom, inspirował duchownych i świeckich, leciwych weteranów zrywów powstańczych jak i akademicką młodzież. Zwalczał totalitaryzm nazistowski i komunistyczny. Swoją postawą przyczynił się do obrony Warszawy przed zajęciem jej przez barbarzyńskie oddziały bolszewickie w 1920 r. Po wygranej bitwie warszawskiej w Mińsku Mazowieckim przed obrazem Matki Bożej Anielskiej dziękował Bogu za otrzymane łaski i zwycięstwo.

Pomnik generała Józefa Hallera powstaje w stolicy staraniem niepodległościowych środowisk społecznych. Pomysł lokalizacji monumentu został lata temu wpisany w Plan Rewitalizacji Placu Hallera w miejscu postawionej tam tablicy pamiątkowej. Zgodnie z obowiązującą w Warszawie procedurą wniosek w sprawie wzniesienia pomnika musiał trafić do Biura Stołecznego Konserwatora Zabytków. Jak można się było spodziewać, z niechęcią wobec inicjatywy wystąpili „prascy aktywiści” – ale na szczęście nieliczni. Pomnik autorstwa artysty rzeźbiarza Stanisława Szwechowicza ma mieć całkowitą wysokość 3,90 m, w tym stojąca postać generała 2,50 m, a cokół 1,40 m. Tak swoje dzieło opisuje artysta: „Projekt pomnika przedstawia postać gen. Hallera w pozie stojącej, prawa ręka oparta na szabli. Postać ukazana w swobodnej pozie – lekko rozchylony płaszcz wojskowy z charakterystycznym futrzanym kołnierzem, pod płaszczem mundur z atrybutami odpowiednimi dla epoki. Koncepcja ukazuje wybitnego dowódcę, jakim był gen. Haller, w ujęciu pełnym siły i energii. Stąd prócz elementu wojskowego – szabli, jest gest lewej ręki i dłoni, wskazującej jakby na umiejscowione na cokole osobiste przesłanie gen. Hallera: «Dla Ciebie Polsko i dla Twojej Chwały». Ten gest lewej dłoni jest przeznaczony dla obecnych i przyszłych pokoleń, wskazując na obowiązek wielkiego oddania dla spraw Ojczyzny. Na jednej ze ścian cokołu znajdzie się tablica z czarnego granitu z tekstem «W hołdzie Polonii, która na wezwanie stawała zawsze, by bronić Ojczyzny. Dziś, tak jak kiedyś, bliska więź z Macierzą potrzebna jest Polsce, Europie i Światu. Chwała polskim Sokołom rozsianym po świecie broniącym wszędzie Ojczystego Gniazda»”.

 

Oskarżeni z 212 kk dziennikarze „Gazety Lubuskiej” uniewinnieni! W ich obronie w sprawie jako świadek zeznawała dyrektor CMWP SDP

Dziennikarze „Gazety Lubuskiej” opisujący tzw. aferę WORD w Gorzowie Wielkopolskim zostali uniewinnieni przez Sąd I instancji.  29 maja przed Sądem Rejonowym w Zielonej Górze zapadł wyrok w głośnym procesie  z art. 212 Kodeksu karnego, który dziennikarzom „Gazety Lubuskiej” wytoczyła była marszałek województwa lubuskiego, a obecnie posłanka PO i kandydatka w wyborach europejskich, Elżbieta Anna Polak. W procesie, na ławie oskarżonych zasiedli: red. Janusz Życzkowski, Robert Bagiński i Marcin Kędryna.

W lipcu 2022 roku w kilku artykułach dziennikarze opisali nieakceptowalne praktyki o charakterze mobbingu i molestowania seksualnego w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego w Gorzowie Wlkp. Dziennikarze przedstawili także bierność polityków z Platformy Obywatelskiej, którzy pełniąc najważniejsze funkcje we władzach i mając wiedzę o możliwym przestępstwie, nie podjęli zdecydowanych działań. Ich reakcja nastąpiła dopiero po publikacjach Gazety Lubuskiej.  Jedna z nich polegała na tym, że Elżbieta Polak, wtedy marszałek województwa, w specjalnym piśmie zażądała, by redakcja dziennika zakończyła współpracę z dziennikarzem, który opisywał sprawę.

W tym ostatnim wątku, redaktor naczelny GL, Janusz Życzkowski złożył zawiadomienie do prokuratury, która jednak odmówiła wszczęcia śledztwa. Wtedy sprawą zajęło się również Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.   W ocenie CMWP SDP ta decyzja narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa, która opiera się na niezależności każdej redakcji. Odmowa śledztwa w tej sprawie sankcjonuje bowiem nieformalne metody dyscyplinowania lokalnych mediów przez władze samorządowe, co jest wyjątkowo nagannym zjawiskiem – napisała dyrektor CMWP, dr Jolanta Hajdasz.

Marszałek Polak wystosowała przeciwko dziennikarzom prywatny akt oskarżenia, a prowadzenie sprawy powierzyła kancelarii prawnej prof. Marka Chmaja. Ten, zarzucił dziennikarzom, że pisząc o osobistych zaniedbaniach marszałek w wyjaśnieniu sprawy, lekceważeniu i bagatelizowaniu jej, a także próbach jej tuszowania, naruszyli „cześć zewnętrzną Marszałka Województwa Lubuskiego”. Jej dobre imię miał naruszać również fakt, że dziennikarze GL postawili jej zarzut wywierania nacisków na niezależność mediów.Wyrok zielonogórskiego Sądu Rejonowego, choć jeszcze nieprawomocny, nie potwierdził tez zawartych w akcie oskarżenia. Z 7 postawionych zarzutów karnych, po prawie dwóch latach procesu i przesłuchaniu wszystkich zainteresowanych, w tym dyrektor CMWP SDP dr. Jolanty Hajdasz, nie utrzymał się żaden.  Sędzia Sądu Rejonowego  Grzegorz Bujewicz uniewinnił wszystkich oskarżonych Janusza Życzkowskiego, Roberta Bagińskiego i Marcina Kędrynę od zarzutu pomówienia Marszałek Województwa Lubuskiego  Elżbietę Polak tj. od popełnienia przestępstwa z art. 212 § 2 k.k. w zb. z art. 212 § 1 k.k., a  kosztami procesu obciążył oskarżyciela prywatnego – Marszałka Województwa Lubuskiego.

W obronie dziennikarzy występowała publicznie dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP. Sąd Rejonowy w Zielonej Górze powołał ją na świadka w tej sprawie.

 

W czerwcu ubr. dziennikarze opisujący sprawę WORD zostali uhonorowani Nagrodą Główną WO SDPza najciekawsze, najbardziej wartościowe materiały dziennikarskie, poruszające najbardziej aktualne i najistotniejsze problemy społeczne i polityczne” m.in. za teksty pt. „Oskarżenia o mobbing i niemoralne propozycje w gorzowskim WORD”, „WORD w Gorzowie. Sprzeczne relacje, list posłanki, wyjaśnienia dyrektora”, „Lubuski wańka – wstańka. Marcin Jabłoński, ojciec chrzestny afery WORD” . Więcej TUTAJ.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Bestia z Rakowieckiej

Rotmistrz Witold Pilecki przed śmiercią 25 maja 1948 r. wypowiedział słynne słowa: „Mnie tu wykończyli. Oświęcim przy tym to była igraszka”. To przede wszystkim „zasługa” brutalnych śledczych z katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie – bestii w ludzkiej skórze. W nagrodę dostawali stanowiska, wysokie emerytury.

W związku z 76. rocznicą zamordowania naszego bohatera przypomnę jedną z głównych bestii – Eugeniusza Chimczaka. Rocznik 1921 r., ukończył Centralną Szkołę Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. Najpierw był śledczym UB w Tomaszowie Lubelskim, potem pułkownikiem w warszawskiej centrali, w bezpiece „służył” aż do… 1984 r. Do końca życia mieszkał niedaleko miejsca pracy – ul. Madalińskiego sąsiaduje z Rakowiecką.

„Sprawy szpiegowskie”

Przesłuchiwany w III RP przez prokuratora, Eugeniusz Chimczak zeznawał: „O tym, w co był zamieszany Pilecki mogłem się zorientować z wyjaśnień, jakie mi złożył. (…) Moich zwierzchników interesowały wyjątkowo ‘sprawy szpiegowskie’ a sprawa Pileckiego do takich została zaliczona”.

Chimczak mówił również, że nie miał żadnego wpływu na czas i charakter przesłuchań, bo wypełniał jedynie polecenia przełożonych. Przy okazji ujawniał jednak mechanizmy śledztwa: „Zawsze sporządzałem protokół przesłuchania, nawet, gdy podejrzany nie chciał wyjaśniać”. O co chodzi? Śledczy w protokole pisał, co chciał, nawet, gdy przesłuchiwany nie dał się złamać torturami.
Chimczak żalił się, że pracę miał ciężką, że przesłuchiwał od rana (8-9) do godzin popołudniowych (15-16), potem miał trzy-cztery godziny przerwy (aresztowani nie mieli takiego luksusu) i znowu, do 24.

8 sierpnia 1947 r. Chimczak wystąpił z wnioskiem o przedłużenie tymczasowego aresztowania wobec Pileckiego. Po co? Tu odpowiedź też jest prosta: aby mieć więcej czasu na znęcanie się. Wniosek podpisał mjr (potem ppłk) Mieczysław Dytry z Naczelnej Prokuratury Wojskowej (przedwojenny prawnik na służbie komunistów).

Podczas procesu Pilecki stwierdził: „protokoły podpisywałem przeważnie nie czytając ich, bo byłem wówczas bardzo zmęczony”. Stwierdził tak, gdyż sala sądowa też była wypełniona „śledziami”, ale nie trzeba chyba wyjaśniać, co to „zmęczenie” oznaczało i z czego wynikało. Podobnie wypowiadał się przed sądem mój Ojciec.

„Wszystko wybijemy…”

Chimczak pytany o stosowanie przymusu fizycznego i psychicznego w śledztwie pozwalał sobie nawet na dowcipy: „nie widziałem żadnych obrażeń na ciele przesłuchiwanych i o nich nie słyszałem. (…) Owszem, zostałem przez Tadeusza Płużańskiego oskarżony o znęcanie się nad nim w czasie przesłuchań, ale to nieprawda”.

Eugeniusz Chimczak torturował w trakcie przesłuchań mojego Ojca. Ale też, a może przede wszystkim, żonę Taty – Stanisławę Płużańską (oboje zostali aresztowani przez UB w pierwszych dniach maja 1947 r., kilka dni po ślubie).
Ojciec tak wspominał „swojego” oprawcę: „Metody miał szczególne. Kiedy bicie nie skutkowało, krzyczał: „My wiemy, że masz twardą d…, ale w celi obok jest twoja żona, z której wszystko wybijemy”.

W lipcu 1955 r. Tadeusz Płużański, w piśmie z więzienia we Wronkach (gdzie odbywał karę dożywotniego więzienia, po wcześniejszym skazaniu na śmierć) do Rady Państwa PRL, ujawnił szczegóły śledztwa: „Bito mnie. Czekało mnie coś gorszego. Ówczesny kierownik Wydziału Śledczego MBP płk J. Różański oświadczył mi, że oficerowie śledczy nie będą się ze mną ‘szarpali’, gdy mogą wybić z kogo innego to, co im jest potrzebne. Nie była to czcza pogróżka. W stosunku do żony mojej zastosowano system maltretowania, zalewania potokiem rynsztokowych wymysłów, deptania jej godności kobiecej. Szantażowano ją, że jeżeli nie podpisze wszystkiego, co podsuwają jej do podpisu, ja zostanę rozstrzelany. Była w ciąży. Spowodowano poronienie, które pociągnęło za sobą krwotoki (poronienie przeżyła w karcerze i nie udzielono jej żadnej pomocy lekarskiej). Doprowadzono ją do stanu krańcowego wyczerpania fizycznego i nerwowego, w którym traciła świadomość, bredziła, krzyczała, przerażona jakimiś zjawami”.

I właśnie to nienarodzone dziecko Stanisławy i Tadeusza Płużańskich, pracownik dzisiejszego Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL Jarosław Wróblewski nazwał najmłodszą ofiarą Rakowieckiej.

Za kratki nie trafił

Ponownie Ojciec spotkał Chimczaka w latach 70. na warszawskim Nowym Świecie: „Mogłem mu tylko napluć w twarz, ale tego nie zrobiłem. Nawet na to nie zasłużył”.

A tak Ojciec tłumaczył, dlaczego nie poszedł na proces „swojego” śledczego, kiedy ten był sądzony w połowie lat 90. ubiegłego wieku razem z Adamem Humerem: „Teraz miałbym go znowu oglądać? Podczas procesu ofiary musiały się tłumaczyć, przekonywać, że były bite”. Odczytano zeznania Ojca złożone w śledztwie.

Wspomniany proces zakończył się dla Chimczaka (w 1996 r.) wyrokiem siedmiu i pół roku więzienia, ale za kratki „ze względu na stan zdrowia” – podobnie jak większość sądzonych wówczas ubeków – nie trafił.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Putin boi się swoich generałów

Zdaniem analityków ostatnie zatrzymania i dymisje w rosyjskiej armii pokazują, że Władimir Putin nie ufa generałom. Podczas wojny armia zostaje wzmocniona, dlatego wzrasta też prawdopodobieństwo wojskowego zamachu stanu.

23 maja pod zarzutem korupcji aresztowano zastępcę szefa Sztabu Generalnego Rosji gen. Wadima Szamarina. Jak wynika ze śledztwa, w okresie od kwietnia 2016 r. do października 2023 r. generał otrzymał od dyrektora generalnego Permskich Zakładów Telefonicznych łapówkę w wysokości 36 mln rubli.

Tego samego dnia sąd w Moskwie aresztował także szefa wydziału zamówień obronnych Ministerstwa Obrony Rosji Władimira Wierteleckiego. Oskarżono go o nadużycie władzy publicznej przy wykonywaniu umowy państwowej, co spowodowało szkodę w wysokości 70 mln rubli. Jak wynika ze śledztwa, w 2022 roku Wierteletski przyjął niedokończone prace.

Zatrzymanie Wadyma Szamarina to kolejne aresztowanie wysokiego rangą przedstawiciela rosyjskiego dowództwa wojskowego w ciągu miesiąca. Jako pierwszy został zatrzymany wiceminister obrony Federacji Rosyjskiej Timur Iwanow, któremu postawiono zarzut przekupstwa na kwotę około 1 miliarda rubli, urzędnik został aresztowany 24 kwietnia. W połowie maja w sprawie o przekupstwo zatrzymano i aresztowano szefa departamentu personalnego Ministerstwa Obrony Rosji Jurija Kuzniecowa. 17 maja były dowódca 58. Armii Połączonej Armii, generał dywizji Iwan Popow, został aresztowany pod zarzutem oszustwa.

Wszystko to dzieje się w kontekście dymisji ministra obrony Rosji Siergieja Szojgu, którego zastąpił Andriej Biłousow. Ale jeszcze przed tym wszyscy wiedzieli, że ogromny budżet rosyjskiej armii został w dużej mierze zdefraudowany. To nie pierwszy przypadek kiedy Putin, chroniąc swoich najbliższych przyjaciół, pozwala na wszczynanie spraw karnych przeciwko osobom z drugiego, trzeciego i czwartego szczebla, którzy kradli „na zamówienie”. Wszystko wygląda dość logicznie, wojsko przyjmuje to spokojnie, Putin wzmacnia swoją władzę i wpływy w armii, a naród rosyjski wyraźnie popiera rozprawienie się ze skorumpowanymi urzędnikami.

W Rosji zwolennicy wojny bardzo się cieszą z pomysłu zwalczania złodziei i skorumpowanych urzędników w Ministerstwie Obrony. W internetowych wpisach wyrażają oni nadzieję, że sprawcy przestępstw zostaną nie tylko uwięzieni, ale wysłani na front, aby w jednostkach szturmowych krwią mogli odpokutować swoje winy.

Wielu Rosjan twierdzi też, że Putin wiedział o korupcyjnym procederze, ale prześladuje tych, którzy są przeciwko niemu. Na przykład pułkownik Igor Striełkow, który swego czasu działał na Krymie i w Donbasie, został wtrącony do więzienia po nadmiernej krytyce rosyjskiego prezydenta.

Zdaniem analityków zatrzymania i dymisje wskazują, że rosyjski przywódca nie ufa generałom. Podczas wojny armia zostaje wzmocniona, dlatego wzrasta prawdopodobieństwo wojskowego zamachu stanu. Putin boi się swoich generałów. Tymczasem Ministerstwo Obrony Rosji w dalszym ciągu publikuje fałszywe informacje o sukcesach na froncie, podczas gdy w rzeczywistości ofensywa armii rosyjskiej na Ukrainie uległa spowolnieniu.

Rosyjscy analitycy przebywający zagranicą twierdzą, że przyczyna ostatnich wydarzeń może być dwojaka. Albo w Rosji rzeczywiście nie ma już prawdziwych generałów, tylko na wysokim szczeblu w armii funkcjonuje klub łapówkarzy, albo powtarza się rok 1937, gdy Stalin za pomocą organów ścigania rozprawiał się z niewygodnymi mu osobami.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Pampersoniada odrodzona

Nowa władza już sobie wybrała medialnych decydentów. Są na próbę. Nie podskoczą. Bo ze stołka w mig zeskoczą. Tak było, jest i będzie – ktoś powie. A przecież nie powinno.

W latach 90. pampersowy nalot zniszczył Telewizję Polską. Na odchodnym ówczesny prezes Wiesław Walendziak zafundował swoim faworytom wielosetysięczne odprawy. Łaskawca. Nie bacząc na ich bardzo krótkotrwały i obniżający poziom firmy pod każdym względem wysiłek pracowniczy. Beneficjenci oczywiście chętnie zupełnie nie zasłużone pieniądze wzięli i rozpierzchli się. Pokrzyczano trochę na to marnotrastwo państwowego grosza. I tyle. Kolejna afera przykryła tamtą. Tak się zawsze dzieje. Forsy nikt nie zwrócił.

Pampers główny poszedł do rządu, gdzie się natychmiast pożarł ze swoim konkurentem (wicepremierem!). Wreszcie obraził się na… politykę i oddał się potężnemu wówczas oligarchowi. Oni łowią takich ze względu na kontakty, wiedzę państwową. Oczywiście liczą się też niekwestionowane zdolności. A ponieważ dziś coraz młodsi są rzeczywiście coraz zdolniejsi i coraz lepiej wykształceni to wymiana usług – poddaństwo całkowite za wynagrodzenie niedostępne nawet najzdolniejszym szaraczkom.

Obyśmy mieli jak najwięcej zdolnych. Byle nie zdolnych do wszystkiego. Kiedyś dziennikarstwo, przyciśnięte butem partyjnej wszechwładzy miotało się i starało, głównie w reportażach, przemycać to co było ocenzurowane, zabronione. Slalom, gra z biurem prasy KC – w tym uczestniczyli wszyscy i decydenci z różnych poziomów zarządzania i wyrobnicy – publicyści i reporterzy.

I nagle dzięki – Panu Bogu i Solidarności – wybuchła wolność słowa. I mamy ją. Tyle, że niektórym ona wcale nie jest potrzebna. Wędrują – raczej do piekła niż do nieba – poprzez niby dziennikarstwo, ale pojmowane sekciarsko i równie służalczo jak to przed 4 czerwca 1989 roku. Przedtem Pan siedział w Białym Domu (to ten, który stoi za pomnikiem generała de Gaulla). Dziś decydentów jest dwóch (bo innym się tylko wydaje). Platforma sprytem (zdolnością koalicyjną) wygrała i coraz bardziej demonstruje kanibalistyczne zasady rządzenia. Gdyby w ramach zapraszania do kraju przyjąć ludożerców natychmiast zapisaliby się do PO.

Nowa władza już sobie wybrała medialnych decydentów. Są na próbę. Nie podskoczą. Bo ze stołka w mig zeskoczą. Tak było, jest i będzie – ktoś powie. A przecież nie powinno. Dziennikarze to jednak inteligencja. I często mówią o etyce. Gdyby naprawdę w środowisku obowiązywała… pomarzyć można!

Nowi decydenci dzielą się na likwidatorów (tego co jeszcze ledwo dycha) i prezesów-redaktorów naczelnych (oczywiście też podobno bardzo zdolnych – tyle, że jeszcze nic nie zdążyli napisać ani nakręcić wspaniałych dzieł, ale gdy zarobią – na pewno to zrobią).

Wróćmy do TVP. Coś mi się jednak wydaje, że wszystko zmierza do likwidacji państwowej Telewizji Polskiej. W tajnych planach ma pozostać najwyraźniej kadłubek: rozrywka – film, teatr, evergreen szmira, sport i prognoza pogody.

Na Woronicza nowi geniusze to likwidator Daniel Gorgosz i dyrektor generalny spółki Tomasz Sygut. Dokonań nie mają. Na wspólnym zdjęciu – zamieszczonym w tygodniku „Sieci” nie wyglądają powalająco. Ale przecież to jeszcze niczego nie przesądza. Czytam o nich tekst napisany przez publicystę tygodnika Marka Pyzę. Oto dwa cytaty: o pracy – „(…) bezpośredni przełożeni się zbuntowali i oświadczyli Gorgoszowi, że nie będą dłużej poświadczać nieprawdy w dokumentach, zatwierdzając sfałszowane listy obecności”; o kłopotach z prawem – „(…) sądy obu in stwierdziły że wyrzucenie Gorgosza z pracy w TVP było uzasadnione, bo ten dopuścił się ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych i narażenia pracodawcy na szkodę majątkową”.

Barłomiej Sienkiewicz zrobił swoje. Za chwilę prawdopodobnie dostanie tłustą nagrodę. Nowi decydenci w TVP też długo nie zabawią. Ciekawe co będzie nagrodą za wyrzucanie z pracy, zupełnie bez uzasadnienia, dziesiątek ludzi. Co czuje gość, który dostaje władzę niszczenia ludziom życia w imię partyjnych rozgrywek, nie bacząc że nikt nie wie co po zburzeniu ma być zbudowane.

Konkursy na decydentów medialnych to z reguły lipa. I jeśli nawet pokazywane były w telewizji to zła jakość transmisji utrudniała ich śledzenie i zniechęcała do obserwowania. Świeżo upieczonym decydentom słoma jeszcze z butów wystaje. I zapewne uczyć się będą na błędach. Jak to u nas w zwyczaju. Władza już tak ma, że miast eksperymentować najpierw na szczurach robi to sadystycznie na ludziach.

Ostatnio darmowo dostępny cyrk publiczny to sejmowe komisje. Straszno i śmieszno. Niestety płakać się chce. Małpa z brzytwą – niebezpieczna rzecz. Mówi się, że jak facetowi coś nie idzie to się sroży i próbuje wyżywać na innych Boguducha winnych. Marszałek apeluje o złagodzenie. Ale nie bardzo mu idzie. Trzecia Droga zamienia się w peryferyjną ścieżynkę, na której łatwo w coś nieprzyjemnego wdepnąć.

TVP i TVN walczyły o widza. Teraz ta sama łapka nimi kieruje. I tak Wiertnicza to teraz prawdziwa rywalka Woronicza. Skoro obie stacje klepią to samo korzysta Polsat no i Republika. Wszystkich nie da się śledzić. Trzeba wybierać. Czy neopampersów TVP, czy coraz bardziej podtatusiałych uczniów Mariusza Waltera.

Najwłaściwiej byłoby wybrać ludzi czytając co napisali. Bo jednak żeby coś napisać najpierw trzeba coś samemu wiedzieć. Nowi likwidatorzy i prezesi dorobku nie mają. Nie wiemy co myślą o ważnych sprawach, jakie mają poglądy. Ale nominacje mają. I tak to się kręci. A dość łatwo można by było to zmienić stawiając kandydatów przed kamerami. Ważne by zwolenników PiS odpytywali Koalicjanci, a PO – np. redaktorzy Republiki.

Na władzę nie poradzę – mówi cwaniaczek złodziejaszek z filmu Machulskiego. Władza instalowała sobie zawsze własnych spowiedników, bo obcym bała się spowiadać. Zresztą kto wierzy w Boga, a kto tylko bije się w piersi koniunkturalnie – trudno być pewnym. Jest jak jest. Tylko Bozia wie.

Koty nie lubią gdy ciągnąć je za ogon. Odwracanie kota ogonem jest jednak modne. Zgrzytamy zębami, ale nie za mocno z obawy żeby nam nie wypadły. I tak kłamstwo powtarzane jest tysiąckroć. Może choć troche się przyjmie.

Gorgosz i Sygut mają kupę do zrobienia. Wylecieć z TVP – w końcu wylecą. Ciekawe czy wyniosą wówczas większe torby niż walendziakowi?

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Komunistyczni oprawcy „Orlika” z Virtuti Militari

24 maja 1945 r. w Lesie Stockim na Lubelszczyźnie oddział mjr. Mariana Bernaciaka „Orlika” stoczył zwycięską bitwę z pięciokrotnie większymi siłami NKWD, Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej. Bernaciak został zamordowany przez komunistów 24 czerwca 1946 r. we wsi Piotrówek (woj. mazowieckie). Potem szczątki polskiego żołnierza czerwoni bandyci ukryli tak, że do dziś nie można ich odnaleźć. A mordercy – właśnie za zbrodnię na Bernaciaku – mają Virtuti Militari.

Major Marian Bernaciak „Orlik” – podporucznik rezerwy Wojska Polskiego, uczestnik wojny obronnej 1939 r., aresztowany przez Sowietów, zbiegł z transportu do obozu w Kozielsku. Był legendarnym dowódcą ZWZ-AK-WiN Inspektoratu Puławy.

Kilka dekad później Marian Bernaciak musiał ustąpić miejsca Henrykowi Sternhelowi, który zabrał mu ulicę w Warszawie na Zaciszu. W przestrzeni publicznej miasta stołecznego polski niepodległościowiec przegrał z antypolskim komunistą. Podporucznik Wojska Polskiego, żołnierz Armii Krajowej i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość na Lubelszczyźnie został wyrugowany przez uczestnika wojny domowej w Hiszpanii (1936-1939) po stronie bolszewików, członka sowieckich organizacji przestępczych: Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej.

Gdyby się spotkali oko w oko w czasie wojny – zapewne komunista nie miałby szans. A w wolnej Polsce i Warszawie Sternhelowi pomógł prezydent Rafał Trzaskowski. Pomógł w 2017 r., w ramach rekomunizacji stołecznych ulic. Uczynił to mimo protestów kombatantów, wielu środowisk niepodległościowych i patriotycznych.

Sprawie „Orlika” nie pomogła petycja z 2016 r. kilkudziesięciu tysięcy osób, wielu organizacji społecznych, m.in. Fundacji „Łączka”: „Zwracamy się z apelem do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Pana Andrzeja Dudy o odebranie Orderów Virtuti Militari żołnierzom reżimu komunistycznego odznaczonym za udział w akcji przeciwko polskiemu podziemiu niepodległościowemu, w wyniku której poniósł śmierć mjr Marian Bernaciak ps. Orlik”.

Bo 24 czerwca 1946 r. „Orlika” zamordowali funkcjonariusze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (odpowiednik wojsk wewnętrznych NKWD). I to właśnie pięciu zbrodniarzy z KBW otrzymało Virtuti Militari za zlikwidowanie „bandyty” Bernaciaka.

Warto przywołać, że Order Virtuti Militari ustanowił w czerwcu 1792 r. król Stanisław August Poniatowski, aby uczcić zwycięskie starcie z Rosjanami pod Zieleńcami. Jako pierwsi odznaczeni zostali m.in. Tadeusz Kościuszko i ks. Józef Poniatowski. Virtuti zostało przywrócone w niepodległej RP w 1919 r., a w 1944 r. zawłaszczone przez komunistów.

Wiele wskazuje na to, że mordercy „Orlika” z KBW orderów Virtuti Militari – nawet pośmiertnie – nie stracą. Powód? Głowa państwa może to najwyższe polskie odznaczenie bojowe odebrać tylko po konsultacji z kapitułą orderu VM. A prezydent Andrzej Duda kapituły nie uzupełnił. Mógł to zrobić jeszcze ponad trzy lata temu, kiedy żył gen. Janusz Brochwicz-Lewiński, ps. Gryf, czy gen. Tadeusz Bieńkowicz, ps. Rączy…

Ale mjr Marian Bernaciak też szczęśliwie otrzymał Virtuti: 1 czerwca 1945 r. rozkazem nr 319 Delegata Sił Zbrojnych na Kraj. 73 lata później, 1 czerwca 2018 r., przekazania dokonał szef Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych Jan Józef Kasprzyk w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie na ręce Wandy Piotrowskiej, siostry „Orlika”.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Putin stosuje na Ukrainie taktykę znaną z Aleppo

Wystarczy obejrzeć zdjęcia zniszczonego syryjskiego Aleppo, żeby zobaczyć ten sam rosyjski „charakter pisma” w ukraińskich miastach.

Jak poinformowała niedawno agencja Ukrinform, powołując się na byłego ambasadora Turcji w Moskwie Aydina Adnana Sezgina, wojska rosyjskie na Ukrainie powtarzają taktykę działań stosowaną wcześniej w syryjskim Aleppo, w szczególności chodzi o ataki na obiekty cywilne, sprzeciw wobec misji humanitarnych i ewakuacji ludności.

„Teraz Ukraina jest świadkiem trendu ataków podobnego do tych w Syrii. Armia rosyjska strzela na oślep. W miejscach ataków rakietowych i bombardowań lotniczych nie ma obiektów wojskowych, wszystkie są terenami mieszkalnymi” – powiedział Sezgin.

Według niego taktykę Aleppo Putin stosuje także podczas zdobywania miast. „Kiedy ludzie chcą opuścić miasto w obawie przed bombardowaniami, mówi, otwórzmy korytarz humanitarny. Kiedy korytarz humanitarny jest otwierany, jest on również bombardowany” – powiedział były ambasador.

Choć coraz częściej słyszy się porównania rosyjskiej inwazji na Ukrainę z II wojną światową, „The Guardian” sugeruje zwrócenie uwagi na nowszy przykład – wojnę w Syrii. Gazeta pisze także, że Rosja stosuje tę samą taktykę na Ukrainie, a wielu rosyjskich dowódców, którzy obecnie niszczą ukraińskie miasta, zdobyło doświadczenie w walce w Syrii.

Rosja dołączyła do rzezi w Syrii w 2015 roku, stając po stronie dyktatora Bashara al-Assada. Całe miasta zostały zmiecione z powierzchni ziemi. Według grupy monitorującej Airwars w wyniku rosyjskich nalotów zginęło prawie 25 000 cywilów.

W Aleppo i Ghouta, na przedmieściach Damaszku, rosyjskie bomby spadły na szpitale, szkoły, rynki i na kolejki ludności cywilnej oczekującej na chleb. Rosyjskie lotnictwo pomogło żołnierzom Assada oblegać miasto, powodując, że mieszkańcy dosłownie umarli z głodu. Rosja i armia dyktatora strzelały do ​​ludzi próbujących ewakuować się korytarzami humanitarnymi.

Była ambasador USA przy ONZ Samantha Power dostrzegła podobieństwa między blokadą Mariupola a zniszczeniem Aleppo. „Federacja Rosyjska pokazała, że ​​jej podejście do Mariupola będzie takie samo, jak podejście rządu syryjskiego do Aleppo” – powiedziała po przybyciu do Polski z prezydentem Joe Bidenem, jak donosił ukraiński kanał telewizyjny Suspilne.

W 2008 roku syryjskie miasto Aleppo liczyło prawie 1,7 miliona mieszkańców i było uważane za drugie co do wielkości miasto w Syrii. W 2016 roku wojska rosyjskie praktycznie zniszczyły miasto poprzez bombardowania „dywanowe”, ucierpiało wiele obiektów będących pomnikami UNESCO.

„The Guardian” wyróżnia pięć kluczowych elementów „metody syryjskiej”, którą Putin stosuje obecnie na Ukrainie. Po pierwsze, jest to oblężenie miast. Siły Asada i wojska rosyjskie oblegały miasta, aby zmusić je do poddania się z powodu głodu i wyczerpania mieszkańców. Tak wyglądało oblężenie Aleppo w 2016 roku. Powstańcom najpierw odcięto dostawy, a następnie, przez sześć miesięcy, systematycznie „czyszczono” ulicę po ulicy. Przez cały ten czas miasto było chaotycznie bombardowane. W 2017 r. łącznie 4,9 mln Syryjczyków znajdowało się na obszarach objętych oblężeniem lub na terenach, do których nie mogły dotrzeć dostawy.

Na Ukrainie to samo działo się w Mariupolu. Przypuszcza się, że wojska rosyjskie planowały również oblegać Charków i Kijów, jednak siły ukraińskie nie pozwoliły im na otoczenie tych miast, kontrolując szlaki zaopatrzeniowe.

Po drugie, są to ataki na infrastrukturę cywilną. Zarówno w Syrii, jak i na Ukrainie wojska rosyjskie wybierają obiekty cywilne jako cele wojskowe. Zabraniają tego oczywiście konwencje międzynarodowe, ale jest to bardzo skuteczne, przede wszystkim jako metoda zastraszania i podważania morale społeczeństwa. Podczas ośmiomiesięcznego oblężenia Aleppo przeprowadzono co najmniej 16 ataków na szpitale. Zbombardowano także szpitale w innych syryjskich miastach. Istnieje wiele udokumentowanych przypadków, gdy to lotnictwo rosyjskie przeprowadzało ukierunkowane, celowe ataki na szpitale. Od 24 lutego ONZ udokumentowała co najmniej 43 ataki na placówki medyczne na Ukrainie. Wielu pacjentów zostało bez pomocy, jak na przykład dzieci chore na nowotwór w Czernihowie, które nie mogły nawet dostać leków przeciwbólowych.

Od 2015 r. w Syrii odnotowano także 204 ataki na rynki żywności. Syryjskie dzieci zostały zbombardowane w szkołach podczas zajęć. Po pełnoskalowym ataku Rosji na Ukrainę proces edukacyjny został zawieszony, ale w szkołach ukrywali się cywile. Na przykład, w szkole artystycznej w Mariupolu schroniło się 400 osób, kiedy zrzucono na nią bombę. W Charkowie zniszczono około pół setki szkół.

Również w Syrii Rosjanie zbombardowali obiekty dostarczające wodę, gaz i energię elektryczną. Na Ukrainie Rosjanie zaczęli wyłączać taką infrastrukturę na kilka dni przed zakrojoną na szeroką skalę inwazją: 22 lutego w wyniku ostrzału ługański TPP, będący głównym źródłem ciepła i światła w regionie, został wyłączony.

Po trzecie, jest to masowe użycie broni, które zmienia całe dzielnice mieszkalne w ruiny. Całkowitemu zniszczeniu uległo 80–90 proc. Mariupola i Wołnowachy. Liczba osób zabitych w wyniku takiego ostrzału jest ogromna, ciała leżały na ulicach. Ludzie całymi dniami nie wychodzili ze swoich piwnic. Warto obejrzeć zdjęcia zniszczonego Aleppo, żeby zobaczyć ten sam rosyjski „charakter pisma” w ukraińskich miastach. W Syrii Rosja setki razy użyła ładunków termobarycznych („bomb próżniowych”), bomb kasetowych i wyrzutni rakiet Grad.

„Trudno opisać słowami to, co Rosja zrobiła w Syrii – intensywne ataki, które zniszczyły całe dzielnice. Co najmniej 12 samolotów zbombardowało jednocześnie obszary mieszkalne, a kiedy skończyły, przyleciało na ich miejsce kolejnych 12” – mówi Fadel Abdul Ghani, szef Syryjskiej Sieci Praw Człowieka.

Rosja wykorzystuje inne kraje jako poligon doświadczalny dla nowej broni. Minister obrony pochwalił się, że w Syrii przetestowano 300 nowych rodzajów broni. Teraz władze rosyjskie twierdzą, że na Ukrainie po raz pierwszy użyto rakiet naddźwiękowych, czyli je przetestowano.

Po czwarte, jest to manipulacja korytarzami humanitarnymi. Zarówno w Syrii, jak i na Ukrainie wojsko rosyjskie zgodziło się na korytarze, a następnie w ostatniej chwili rozpoczęło ich ostrzeliwanie. Kolejki autobusów z ludźmi czekającymi na otwarcie korytarza to był typowy widok podczas wojny w Syrii. Czasami Rosjanie ogłaszali utworzenie korytarza bez ostrzeżenia lub porozumienia z organizacjami humanitarnymi, przez co obserwatorzy nie mogli monitorować trasy. Nie było też czasu na przygotowanie, więc ludzie po prostu nie zdążyli z skorzystać z możliwości ucieczki. Inną rosyjską taktyką często stosowaną w Aleppo jest wyrażanie zgody na korytarze ewakuacyjne, a następnie twierdzenie, że wszyscy otrzymali możliwość opuszczenia miasta, więc ci, którzy pozostali, to „terroryści”.

Po piąte, jest to dezinformacja. Jak dotąd Rosja nie przyznała się do zabicia ani jednego cywila w Syrii. Po inwazji na Ukrainę machina propagandowa ruszyła z pełną mocą – w Rosji zabrania się nawet używania słowa „wojna”. Znamienna była reakcja na tak oczywiste zbrodnie wojenne jak zbombardowanie szpitala położniczego w Mariupolu. Jest film, na którym rosyjski dyplomata o kamiennej twarzy, pokazując zdjęcia rannej kobiet w ciąży, twierdzi, że to aktorka, która została przebrana specjalnie na potrzeby zdjęcia. Kobieta na tym zdjęciu zmarła później w wyniku odniesionych obrażeń wraz ze swoim nienarodzonym dzieckiem.

Co dalej?

Ponieważ na pewnym etapie w Syrii użyto broni chemicznej, wielu obawia się, że to samo może się powtórzyć na Ukrainie. Wiadomo, że Bashar Assad użył sarinu podczas wojny w Syrii, ale „pod obcą banderą” – tak jakby robili to sami rebelianci. Rosja oskarża także Ukrainę o użycie broni chemicznej, choć nie ma jej na terytorium tego kraju, bo nigdy tam nie została wyprodukowana.

 

PIOTR TURLIŃSKI: Czwarte ćwiczenia pamięci – Erwin Axer

Namawiam do przeczytania niewielkiej, ale bardzo mądrej książki. Chodzi o Czwarte ćwiczenia pamięci Erwina Axera. To kolejny tom wspomnień Autora. Kim był? To Człowiek Instytucja. Jeden z najdłużej panujących w Polsce dyrektorów teatru, a konkretnie Teatru Współczesnego w Warszawie. Był wspaniałym reżyserem teatralnym, wychowawcą nowych pokoleń reżyserów oraz interesującym pisarzem.

Erwin Axer urodził się 1 stycznia 1917 roku w Wiedniu, zmarł 3 sierpnia 2012 roku w Warszawie. Urodził się w zasymilowanej rodzinie żydowskiej adwokata Maurycego Ąxera i Ernestyny Fryderyki z Schusterów. Dzieciństwo i młodość spędził we Lwowie. W 1939 ukończył studia na Wydziale Sztuki Reżyserskiej Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. Debiutował na scenie Teatru Narodowego sztuką Księżyc nad Karybami Eugena’a O’Neilla. Do wybuchu wojny  wyreżyserował jeszcze trzy dramaty.

Po 1 września 1939 r. wrócił do Lwowa, gdzie spędził trzy lata. W czasie okupacji sowieckiej, gdy czynny był Polski Teatr Dramatyczny we Lwowie, reżyserował w nim (m.in. Pannę Maliczewską Gabrieli Zapolskiej) i grał epizodyczne role. Po aresztowaniu ojca w końcu 1942 wyjechał do Warszawy.

Walczył w Powstaniu Warszawskim, po jego upadku został uwięziony w obozie jenieckim. Pracował w kamieniołomach w górach Harzu. Po wojnie wrócił do Polski. W 1946 został kierownikiem Teatru Kameralnego Domu Żołnierza w Łodzi (teatr ten po przeniesieniu do Warszawy w 1949 przemianowano na Teatr Współczesny). Kierował nim do 1981. W latach 1954 –1957 był też dyrektorem połączonych scen Teatru Współczesnego i Narodowego.

Od 1962 reżyserował regularnie za granicą – w Republice Federalnej Niemiec, Szwajcarii, Związku Radzieckim, Stanach Zjednoczonych i Holandii. Od 1972 był też stałym reżyserem-gościem wiedeńskiego .Burgtheater W 1953 otrzymał Nagrodę Państwową II stopnia, w 1960 nagrodę im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego za osiągnięcia reżyserskie w warszawskim Teatrze Współczesnym. W 1993 został laureatem nagrody Sekcji Krytyków Teatralnych Polskiego Ośrodka Międzynarodowego Instytutu Teatralnego przyznawanej w ramach nagrody im. Stanisława Ignacego Witkiewicza za popularyzację polskiej kultury teatralnej za granicą.

W latach 1949–1979, z małymi przerwami, wykładał na Wydziale Reżyserii w warszawskiejPWST. Napisał liczne eseje o teatrze oraz krótkie formy literackie, porównywane do prozy Antoniego Czechowa. Zostały one opublikowane w miesięcznikach „Dialog” i „Teatr” oraz w książkach: Listy ze sceny (1955, 1957), Sprawy teatralne (1966), Ćwiczenia pamięci (1984, 1991, 1998), Kłopoty młodości, kłopoty starości (2006), Z pamięci (2007).

Proponując dziś Czwarte ćwiczenia pamięci Axera, wydane w 2003 roku, mam nadzieję, że sięgną też Państwo do innych jego pozycji. Wspomnienia Axera są mądre i zabawne, bo przecież pierwsze nie przeczy drugiemu. Można powiedzieć więcej: mądrość bez uśmiechu jest straszna i na milę pachnie dogmatyzmem, który to dogmatyzm jest zawsze intelektualnym zapleczem i wsparciem  każdej tyranii.

Poniżej zamieszczam jedno ze wspomnieć Axera.

Przygody z Weselem

Określić „o co chodzi” w utworze dramatycznym, nie tak znów łatwo. Mylą się najwybitniejsi. Daszewski (1), racjonalista zaciekły, zmuszony do współpracy przy Wyzwoleniu, które uważał za kupę bredni, zapytał Horzycy (2), o co w końcu w tym dziele chodzi. Horzyca wydał parę nieokreślonych dźwięków, zaczął swoim zwyczajem obgryzać paznokcie, po czym stwierdził w zadumie (przez zęby oczywiście), że:

Wyzwolenie proszę pana, Wyzwolenie, hm… Wyzwolenie, Wyzwolenie jest hm… jak Hamlet

Daszewski nie dał za wygraną i dalej naciskał:

– W takim razie o czym jest Hamlet?!

Na to Horzyca, rozmarzony:

Hamlet? Któż wie, o czym jest Hamlet

 

Historia jest autentyczna.

 

W latach sześćdziesiątych, po sukcesie Artura Ui  w Leningradzie, Towstonogow (3) oświadczył, że czas na polską klasykę.

Kordian – powiedziałem, przy Kordianie asystowałem Schillerowi i sam go robiłem w Narodowym.

Gieorgij Aleksandrowicz przeczytał Kordiana i oświadczył, że nie wchodzi w rachubę.

– Dlaczego? Nasz polski nacjonalizm?

– Jaki tam polski nacjonalizm. O cara chodzi! O cara Mikołaja. Młodzież go ubóstwia. W ogóle młodzież ubóstwia carów. Wszystkich carów. Roznieśliby mi teatr, gdybym taką sztukę wystawił.

– Trudno – mówię.

– Może byście wystawili Wesele – mówi Towstonogow. – Widziałem w Warszawie u Hanuszkiewicza. Bardzo piękny spektakl. Barwny, wesoły. Kolorowe chłopskie stroje… Chłopów na naszej scenie bardzo dobrze przyjmują. Są w modzie. I cenzura będzie zadowolona, i obkom partii życzliwy. Robiliście przecież Wesele w Ameryce?

– Prawda – oświadczyłem. – Ale Amerykanie niewiele z tego zrozumieli. Wesele rozumieją tylko Polacy. I to niewielu. Korzeniewski (4) rozumie, to wiem. Jerzy Kreczmar (5), no i ja , bo mi wytłumaczyli, o co tam chodzi. A tak… nawet Boy nie rozumiał, wielki krytyk, ale plotkarz. Plotki mu wszystko przesłoniły. Reżyserzy? Reżyser nigdy sztuki nie rozumie. Ma skojarzenia, emocje, tęsknoty, pomysły… Ja też nie rozumiem. Wszystko mi objaśnia Jerzy Michałowicz Kreczmar, którego poznaliście w Warszawie.

– A za granicą co robicie? Zabieracie go też do Niemiec?  – pyta Towstonogow.

– Co to, to nie. W Niemczech bywają dramaturdzy. Umieją przeczytać sztukę i tłumaczą wszystko reżyserowi. Potem już reżyser robi co uważa za stosowne. Na własną odpowiedzialność.

–  Hm, hm… – Towstonogow na to. – Gdybym nie rozumiał sztuk albo zdał się na dramaturgów, może skończyłbym gdzieś daleko od teatru. Zamówię przekład tego Wesela i zobaczymy.

Tłumacz to była osobna sprawa. Starszy pan bardzo sympatyczny, choć z pozoru groźny. Grubachny krasnal z brodą i wąsami. Mieszkał w jednym pokoju „obszczej kwartiry”. Książki na półkach, bardzo porządnych, pod sam sufit. Żona, nauczycielka matematyki, młodsza o lat trzydzieści do czterdziestu, gotowała na końcu korytarza we wspólnej z innymi lokatorami kuchni i wnosiła coraz to nowe potrawy, które wsuwaliśmy ze smakiem. Okazało się, że wspaniały Karzeł znał biegle szesnaście języków i z szesnastu na rosyjski przekładał liryki. Od Shelleya do Leśmiana, od Alfreda de Vigny do Heinego.

– Skąd pan zna tyle języków? – pytam.

– Wszystko zawdzięczam Stalinowi – powiada Karzeł. Wysiedlili mnie na Syberię. Mieszkałem tam trzydzieści lat. Żona, moja pierwsza nieboszczka żona, raz do roku mnie odwiedzała, przywoziła książki i tak jakoś jedenastu języków się nauczyłem. Pięć znałem już z domu. Rodzice przymusili. Jestem „dwarianin”, szlachcic. Właśnie dlatego Stalin się mną zajął.

Przekład był gotów po trzech miesiącach. Na ile potrafię osądzić – znakomity. W żadnym języku takiego nie mamy. Ale Towstonogow oświadczył, że Wesele nie pójdzie. Wykluczone! Tam się powiada, że chłopi są może i potęgą, ale krajem rządzić nie mogą, bo to najważniejsze, zgubią. To kto powinien rządzić, choć się od rządzenia uchyla? Ano szlachta, inteligencja.

– Mnie ta myśl jest nawet miła – mówił Gieorgij Aleksandrowicz. – Ojca bolszewicy rozstrzelali, po matce jestem z rodu książęcego. Ale odpowiadam za teatr. U nas inteligent może być co najwyżej artystą, krytykiem, cenzorem nawet… Ale od władzy wara! To nie jego sprawa. Gdybym wystawił Wesele, znalazłbym się może niedaleko od tego waszego tłumacza. Poślemy mu zresztą tysiąc rubli. Będzie zadowolony…

Oczywiście Gieorgij Aleksandrowicz mnie przekonał. Gdyby u nas reżyserów wysyłali na Sybir, może i ja bym się nauczył czytać sztuki.

styczeń 2002

Świadkowie epok

Lubię i polecam wspomnienia mądrych i ważnych dla świata ludzi. Oczywiście nie jestem naiwny i wiem, że autorzy wspomnień, pamiętników a nawet dzienników raczej unikają samokrytyki. Jednak w tym co piszą i tak jest autentyzm ludzi i zdarzeń. Są anegdoty stokroć ważniejsze i tysiąc razy lepiej malujące obraz epoki, w której żyli, niż opasłe tomy historyków. Historycy z zasady szukają uogólnień, jednoznacznych tez. Zresztą ich tezy są z gruntu nieobiektywne, bo historycy też ludzie i mają swoje poglądy polityczne.

Erwin Axer jest świetnym przykładem, a było takich ludzi wielu, którzy po wojnie wzięli się do ciężkiej pracy. Byli realistami, nie obrażali się na swoją epokę. To dzięki ich talentom i pracy polska kultura czasów realnego socjalizmu rozwijała się, potwierdzała polskość w świecie. A my, ludzie PRL-u widzieliśmy w ich dziełach prawdę życia i krytykę systemu. I chwała im za to.

 

Przypisy redakcji:

  1. Władysław Daszewski, ur. 3 III 1902 w Warszawie, zm. 25 VII tamże – scenograf i karykaturzysta.
  2. Wilam Horzyca, właśc. Wilhelm Henryk Hořitza (ur. 28 II 1989 we Lwowie, zm. 2 III 1959 w Warszawie – polski reżyser i dyrektor teatrów, pisarz, tłumacz, krytyk teatralny, współtwórca tzw. Polskiego Teatru Monumentalnego, poseł na Sejm III kadencji w II RP.)

         3.Towstonogow Gieorgij Aleksandrowiczreżyser rosyjski – ur. 28 IX 1915, Tyflis (ob. Tbilisi), zm. 1989, Leningradzie. Od 1938 współpraca z teatrami w Tbilisi, Moskwie, od 1950 w Leningradzie; od 1956 główny reżyser Leningradzkiego Wielkiego Teatru Dramatycznego im. M. Gorkiego; od 1960 profesor Leningradzkiego Inst. Teatru, Muzyki i Kinematografii.

  1. Bohdan Korzeniewski – ur. 12 IV 1905 w Siedlcach, zm. 5 IX 1992 w Warszawie. Polski reżyser, krytyk i historyk teatru, tłumacz, pisarz i pedagog.
  2. Jerzy Kreczmar (ur. 9 X 1902 w Warszawie, zm. 24 lutego 1985 tamże) reżyser, eseista, teatrolog i pedagog. Wieloletni kierownik literacki Teatru Współczesnego w Warszawie, współpracownik Erwina Axera; dyrektor Teatru Polskiego Radia (1948–1949), dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie (1966–1968); wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego oraz PWST w Warszawie. Jest uważany za jednego z najważniejszych inscenizatorów światowej klasyki w historii polskiego teatru.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Telewizja Republika wystąpiła o przyznanie koncesji

Telewizja Republika złożyła do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wniosek o przyznanie koncesji na nadawanie na ósmym multipleksie naziemnej telewizji cyfrowej.

„Liczę na to, że największa telewizja konserwatywna w Europie Środkowej nie zostanie pominięta, jeśli chodzi o przyznanie koncesji.  Liczę na profesjonalizm i uczciwość członków KRRiT”- powiedział Tomasz Sakiewicz, prezes Telewizji Republika, portalowi Niezalezna.pl.

Wniosek o przyznanie koncesji dla Telewizji Republika kierownictwo stacji złożyło do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w piątek rano.

„Budujemy największą telewizję informacyjną w Polsce. Dlatego złożyliśmy wniosek o koncesję dla Telewizji Republika na nadawanie na ósmym multipleksie naziemnej telewizji cyfrowej. Chcemy docierać do każdego polskiego domu!”  – napisał w serwisie X Jarosław Olechowski, szef wydawców TV Republika.

opr. jka, źródła: niezalezna.pl, X