Kumoterstwo proste, czyli, jak pisze WALTER ALTERMANN: Sociumtyzm

Takiego pojęcia jak sociumtyzm jeszcze nie ma, ale najwyższa pora wprowadzić je do obiegu. Otóż sociumtyzm jest bliski znaczeniowo nepotyzmowi, a właściwie urobiony na podobieństwo starego, dobrze znanego nepotyzmu.

Najpierw czym jest nepotyzm. Nepotyzm (z łaciny nepos – wnuk, potomek) to faworyzowanie członków rodziny przy obsadzaniu stanowisk i przydzielaniu godności, Nepotyzm istniał od zawsze i będzie istniał na zawsze.

A czym miałby być sociumtyzm? Otóż sociumtyzm jest tym  samym co nepotyzm, ale dotyczy nie rodzin, ale partnerów osób nie będących w związkach heteronormatywych. Przykład? Proszę bardzo. Oto do Parlamentu Europejskiego startują panowie Śmieszek i Biedroń. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że pan Robert Biedroń jest współprzewodniczącym partii Nowa Lewica, to jak nazwać forowanie swego partnera na te listy, jak nie nowoczesnym nepotyzmem, alias sociumtyzmem?

Bo socium po łacinie znaczy właśnie partner.

Nic nie mam przeciwko orientacji obu panów, nie mam nic i przeciw temu, że ostatnio, publicznie na scenie teatralnej w Kielcach wzięli symboliczny ślub. Ich sprawa. Jeżeli jednak dochodzi do tego, że współprzewodniczący NL wpisuje na listy swego partnera (sociuma), to mamy klasyczny przykład wspierania się w obrębie związków. Czyli mamy sociumtyzm, czyli nowoczesny nepotyzm.

Nadto, pan Śmiszek w telewizji mówił ostatni, że on startuje dlatego, bo każda partia wystawia najlepszych. Czyli dochodzi jeszcze grzech nieskromności. Naprawdę nie wypada o sobie samym mówić takie pochwały. Chyba, że walczy się w klatce i zapowiada się uśmiercenie przeciwnika. Ale nie podejrzewam pana Krzysztofa Śmiszka, żeby wyszedł na jakikolwiek (poza politycznym) ring.

Normalny nepotyzm

Gdy najpierw karierę polityczna robi ojciec, a potem jego syn. Chodzi mi tu o panów Schreiberów – Grzegorza, ojca i jego syna Krzysztofa. Powie ktoś, że wielkie talenty same przebijają się do pierwszych politycznych kręgów. Teoretycznie jest to możliwe, ale jakoś wydaje mi się to mało prawdopodobne, żeby syn nie korzystał ze wsparcia ojca.

Owszem, w nauce i sztuce znamy niezwykle uzdolnionych ludzi przez pokolenia. Ale tutaj pachnie nepotyzmem na kilometry.

Przed jakichś 30 laty laty któraś z gazet podjęła temat niepojącego zjawiska, które charakteryzowało się tym, że obok matek i ojców sędziów, pojawia się coraz większe grono ich córek i synów. I to samo dotyczył również dzieci adwokatów. Wtedy pomówieniom dał silny odpór pewien ważny sędzia. który tak odpowiedział na zarzuty: „Prawo wysysa się z mlekiem matki, nasiąka się jego atmosferą w domu”.

Pewien młody sędzia zwierzał mi się kiedyś, że sądy w Polsce są najbardziej prorodzinnymi instytucjami. Na korytarzach bowiem ciągle słyszy się ciociu i wujku. Rzecz bowiem w tym, że sądy to nie tylko sędziowie, ale cała masa urzędników, których oczywiście przyjmuje się na stanowiska bez żadnego konkursu, lub w konkursach, w których decydują wujowie, ciotki i rodzice.

I to jest bardzo ucieszny determinizm nepotów, którzy potem się dziwią, że ludzi nie cenią ani sędziów, ani adwokatów. Nie mówiąc już o politykach.

Komórki czyli powszechne śmieszności dnia codziennego

Żeby powiedzieć to wprost – śmieszności dotyczą nie tylko ludzi z pierwszych stron gazet. Całe nasze społeczeństwo bywa bardzo śmieszne. Pamiętam czasy, gdy pojawiły się w Polsce pierwsze komórki telefoniczne. Były to telefony wielkości starych telefonów, z normalnymi słuchawkami na przewodzie, który był podłączony do wielkiego pudełka telefonicznego. Od klasycznych stacjonarnych telefonów różniły się tym, że miały sporą teleskopową antenę oraz rączkę, do przenoszenia takiego ustrojstwa.

I najważniejsze! Te pierwsze urządzenia, te protokomórki były potwornie drogie, tak przy zakupie, jak przy opłacie comiesięcznego abonamentu. Wtedy to większość Polaków w ogóle nie wiedziała jeszcze w czym rzecz. Ale bogaci wiedzieli, mieli już takie komórki i lubili się z nimi pokazywać. Żeby biedotę szlag trafiał.

Pamiętam, że w typowym. niedużym sklepie spożywczym stanął w kolejce jegomość, który dzierżył w ręku takie coś. Ale nikt jakoś do niego nie dzwonił. Powstało zatem w kolejce wrażenie, że osobnik jest trochę „nie tego”. Wtedy ów pan, żeby szaraczkom wyjaśnić w czym sprawa, wybrał numer i po chwili powiedział do słuchawki –  „To kartofle też kupić?” Ale skutku popisania się przed gawiedzią nie osiągnął, bo dzicz nie wiedziała w ogóle o co chodzi.

Potem nastał czas komórek trochę nowszych, ale i tak miały wielkość połowy bagietki, tyle że potwornie ciężkiej. I również z tymi bagietkami maszerowało po ulicach, stało w kolejkach mnóstwo ludzi tocząc banalne rozmowy. I w większości byli to młodzi ludzie, ale „na stanowiskach”. Nie byli to dyrektorowie departamentów, nie byli to prezydenci miast, ot taki trzeci rząd ważności. Jednak to ciężkie i duże komórki świadczyły o ich ważności.

A potem komórki spowszedniały, stały się nawet utrapieniem i dzisiaj nikt nikomu komórką w oczy nie błyśnie. Co do tych komórek jeszcze, to stały okropnym narzędziem zniewolenia pracowniczego. Firmy dają ludziom komórki, z niedużym limitem rozmów, a potem kierownicy i dyrektorzy wydzwaniają do pracowników po nocach, ślą im jakieś głupie dyspozycje SMS-ami, czyli traktują pracowników jak niewolników na smyczy. Może wreszcie jakiś rząd zwróci uwagę, że to jest zniewolenie i wprowadzi prawo, które zakaże takiego mobbingu.

Na koniec dodam tylko, że ludzkość przez tysiąclecia rozwijała się bez komórek, a może dlatego w ogóle się rozwijała, że  nasi przodkowie komórek nie używali?

 

PRESS donosi i PRESS radzi, kiedy PRESS i ciebie zdradzi?

Ach ci nasi wrogowie. Mogliby być inni, ale wówczas nie byłoby tyle zabawy. Na przykład Press, miesięcznik i portal Press. pl, robi co może, aby „obrazić” Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Nie możecie kochani zmyślacze z Press, bo obrazić nas mogą tylko ludzie mający honor i dziennikarski pazur. Paznokcie w Press już dawno połamane, bo „dziennikarze” tej imitacji przeglądu branżowego rzucając się na SDP – organizację tysięcy dziennikarzy o różnych poglądach – nie zauważają, że honor to m.in. godność, którą trudno dostrzec w paplaninie medium zmagającym się z kryzysem we własnej redakcji.

Przypomnieć należy,  że w 2023 r. były już redaktor naczelny Press został posądzony o mobbing – skarżyło go o to m.in. na łamach Gazety Wyborczej ponad 40 osób. Słabo wyszło, bo medium, które od lat teoretycznie broniło innych mediów nie potrafiło same obronić się przed zarzutami redakcyjnej patologii. Nagrody Press też straciły w związku z tym swój prestiż. Gasnący szybko, ale jednak w środowisku libernanym i lewackim żarzący się jeszcze wyraźnie. Zmiana kierownictwa jeszcze ten „prestiż” przygasiła i spowodowała w Press nerwowe ruchy, czego objawem jest niesłabnący od miesięcy atak między innymi na Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Dlaczego? Wystarczy przejrzeć doniesienia na SDP na elektronicznych  łamach Press. Ostatnio, jak zawsze o upolityczneieniu SDP i niezadowoleniu naszych władz z awansu Polski o 10. miejsc w międzynarodowym rankingu wiarygodności medialnej podczas ubiegłorocznego,  bezprawnego ataku na media publiczne.

PRESS donosi

Poza nerwowym sytuowaniem SDP po prawej stronie polskiej scenie politycznej i sugestiami, że bezpośrednio podlegamy Jarosławowi Kaczyńskiemu, Press ma obsesję na naszym punkcie. Wiele razy tylko w ub.r. Press zajmowało się SDP. Nawet kiedy nic nie robiliśmy czujne oczy Press obserwowały, czy nie chcemy naszego kraju przyłączyć do Węgier, a już broń Boże do Stanów Zjednoczonych.

Atak Press w reakcji na naszą krytykę nierzetelenego rankingu Reporterów bez Granic (Przyzwoitości) był tyleż wściekły, co śmieszny. Bo ograniczył się do komentowania dowcipu zamieszczonego w jednym z artykułów na sdp.pl, a nie do oceny stanu faktycznego. Tym bardziej, że w ranking RBG nie wierzą już nawet duże organizacje dziennikarskiej krajów Zachodu.

Kolejnym sensacyjnym doniesieniem dotyczącym SDP była na wirtualnych łamach Press notka o tym, że „SDP utrudnia korzystanie z Domu Dziennikarza w Warszawie. SDRP protestuje”. Wybaczamy wam kochani ludzie z Press ten zgrzyt językowy w pierwszym członie tytułu i wyjaśniamy: Trzeba było wysłać autora śmiesznej notki na Foksal 3/5, aby przekonał się,  że każdy może wejść do DD, ale zamontowaliśmy monitoring, zatem trzeba przycisnąć guziczek z numerem lokalu odpowiedniej instytucji i drzwi staną otworem. No i jeszcze jedna przykra dla Press rzecz. Pisaliście o postkomunistycznym SDRP – organizacji złożonej głównie z ludzi, którzy przyklaskiwali władcom PRL w prowadzeniu przez tychże sowieckiej polityki medialnej w Polsce do 1989 r. a może i dłużej. SDRP zostało zawieszone w prawach członka Europejskiej Federacji Dziennikarzy. Za to, że SDRP nie odprowadzało składek. Może o tym też Press napisze…

PRESS radzi

Właściwie nie radzi, po prostu wie, jak wszystko w polskim dziennikarstwie powinno funkcjonować, a szczególnie w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich – ulubionym obiekcie redakcyjnej krytyki. Krytyką Press – i to nie zbyt życzliwą – objęci są również członkowie Zarządu Głównego SDP, mi.in.  prezes Krzysztof Skowroński, wiceprezes i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Jolanta Hajdasz oraz sekretarz generalny SDP i red. nacz. portalu sdp. pl Hubert Bekrycht. I tu już nie ma żadnych rad, tu są gotowe ataki, bez komentarza strony atakowanej, czyli bez „soli” dziennikarstwa – drugiej strony konfliktu.

Jeden z tytułów Press – redakcji, która sama ma problemy z szacunkiem dla swoich pracowników – głosi: „SDP wierne PiS”. A potem Press, które chyba nie uczestniczyło w opisywanym spotkaniu dziennikarzy z przedstawicielami Komisji Europejskiej komentuje: „Gdyby Jolanta Hajdasz chciała uczciwie opowiedzieć przedstawicielom KE o sytuacji mediów w naszym kraju, powinna zacząć od tego, że reprezentuje skrajnie upartyjnioną organizację” – napisano w Press. Gdyby Press chciało być uczciwe przestałoby pisać bzdury. Wystarczyło zapytać szefową CMWP o opisywane spotkanie.

Czy PRESS zdradzi? 

Pytanie nie jest trudne, ale trzeba postawić nieco inne. Czy medium poświęcone dziennikarstwu i mediom reprezentuje jeszcze dziennikarzy, czy sektor mediaworkerów i rozmaitych agencji, domów mediowych oraz reklamodawców?

Nie, Press nie reprezentuje już dziennikarzy i to nie tylko dlatego, że tak zawzięcie krytykuje dużą ich grupę zrzeszoną w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. Redakcja Press zdradziła nawet sama siebie przez lata milcząc o swoich problemach z – jak to określono – mobbingiem.

A skoro w Press tak nie lubią dowcipów, które czasem tu publikujemy to znaczy, że nie mają poczucia humoru, a to już dla dziennikarzy wręcz niebezpieczne. Postanowiliśmy pomóc…

Mark Twain redagował gazetę rolniczą i wtedy jeden z reporterów spytał go:

– Czy potrafi pan odróżnić świnię od dziennikarza?

Twain popatrzył na pytającego i odparł: – Chyba nie.

Krzysztof Ziemiec uruchomił swój kanał na YouTubie

„Otwarta Konserwa” – tak nazywa się nowy kanał na YouTubie, który uruchomił były wieloletni dziennikarz Telewizji Polskiej Krzysztof Ziemiec. W publikowanych tam programach mają się pojawiać rozmowy o ważnych sprawach: polityce, społeczeństwie, sprawach międzynarodowych, kulturze.

Jak czytamy w opisie kanału „Otwarta Konserwa” tworzona będzie przez „kolektyw doświadczonych dziennikarzy, którym równie bliskie są konserwatywne poglądy jak też otwartość na dyskusję i inny punkt widzenia” . W programach mają się pojawić rozmowy o sprawach ważnych: polityce, społeczeństwie, sprawach międzynarodowych i kulturze.

„Nie będzie tematów tabu, nie będzie rozmów  ocenzurowanych, nie będzie rozmów na kolanach, z wazeliną. Będą tylko tematy ważne i ważni goście, ci którzy mają coś po prostu ciekawego do powiedzenia” – zapowiada Krzysztof Ziemiec w materiale promującym kanał opublikowanym w mediach społecznościowych.

W pierwszym programie, który pojawił się na nowym kanale, dziennikarz mówi m.in. czy warto było pracować w TVP.

opr. jka, źródła: X,YT

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Obchodzenie Dnia Zwycięstwa w Polsce nie ma sensu

Od kilku lat Polska obchodzi Narodowy Dzień Zwycięstwa 8 maja jako oficjalne święto państwowe. Wcześniej, tak jak wszystkim podbitym przez Sowietów Europejczykom, kazano nam świętować 9 maja. Ale wprowadzona w 2015 r. przez Platformę Obywatelską zmiana zegarków – z czasu moskiewskiego na czas Greenwich – nie wystarczy. Bo kłamliwy sens tej rocznicy pozostał. Bo dalej mamy cieszyć się ze zwycięstwa, którego nie było.

Wyzwolona spod okupacji niemieckiej Polska znalazła się automatycznie pod okupacją sowiecką. Dobrze obrazuje to krążący w internecie rysunek, na którym uzbrojony Sowiet pilnuje uwięzionych za drutami Polaków, a powyżej czytamy: „Rok 1945. Koniec II wojny światowej. Polacy w obozie zwycięzców”.

Ten obóz był utrzymywany siłą przez NKWD i kolaborujące jednostki UB, KBW czy Informacji Wojskowej. W tej podróbce Polski, sowieckiej kolonii, władzę sprawowali przebierańcy pełniący obowiązki Polaków. Marionetki Moskwy, zdrajcy i zbrodniarze: od tow. Bieruta do tow. Jaruzelskiego. Od sędziego Widaja czy Michnika do sędziego Iwulskiego. Od Mariana Cimoszewicza (ojca) do Włodzimierza Cimoszewicza (syna).

W tym obozie dziesiątki tysięcy Polaków były represjonowane i mordowane. Obce, totalitarne i nielegalne (bo nigdy nie wybrane przez Polaków) rządy trwały aż do 1989 r.

No i jak tu mówić, że w maju 1945 r. Polacy odnieśli zwycięstwo, że wojna na naszych ziemiach się skończyła, skoro z czerwonym intruzem walczyli dalej polscy żołnierze – wyklęci przez komunistów Żołnierze Niezłomni. Ich samotny, toczony do połowy lat 50. bój kończył się przeważnie śmiercią lub długoletnim więzieniem oraz represjami dla wszystkich członków rodziny.

Ale wracając do owego „zwycięstwa” 1945 r. – znamienny jest fakt, że tylko w maju doszło do dwóch wygranych bitew. Pod Kuryłówką 7 maja oddziały partyzanckie Narodowej Organizacji Wojskowej odparły trzy ataki NKWD, zabijając 57 wrogów (przy stratach własnych 7). W Lesie Stockim 24 maja zwycięstwo nad o wiele większymi siłami nieprzyjaciela odnieśli AK-owcy dowodzeni przez majora Mariana Bernaciaka, ps. Orlik.

Ale również brak defilujących w Londynie 8 czerwca 1946 r. polskich żołnierzy należy traktować jako symbol nieistnienia niepodległej Polski. A dziś, po odzyskaniu niepodległości, Polska powinna się zdecydować: świętować Narodowy Dzień Zwycięstwa czy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Bo albo nastąpił czas pokoju i żołnierze wrócili do domów, albo wojna trwała dalej w idei i czynie II konspiracji niepodległościowej. Obchodzenie obu rocznic to schizofrenia.

O tej schizofrenii powinny nam przypominać również wydarzenia w Grajewie. W nocy z 8 na 9 maja 1945 r. 200 żołnierzy Jana Tabortowskiego, „Bruzdy”, majora Wojska Polskiego, żołnierza AK i WiN, wkroczyły do miasta. Przed akcją dowódca wygłosił krótką pogadankę, że wojna cały czas trwa, Sowieci chcą zniewolić Polskę, a oni, polskie wojsko, muszą pokazać światu swój sprzeciw. Sprzeciw wobec „wyzwolenia” tych terenów kilka miesięcy wcześniej, które polegało na mordach, grabieżach i gwałtach. Była to kontynuacja czerwonego barbarzyństwa, które trwało od 17 września 1939 r. do 22 czerwca 1941 r.
Polskie wojsko, po zablokowaniu dróg dojazdowych do Grajewa i zajęciu gmachów UB, MO i sowieckiej komendantury (bronionej przez kilkudziesięciu krasnoarmiejców), wypuściło z aresztów ok. 100 żołnierzy podziemia. Dla więźniów było to realne wyzwolenie. Po polskiej stronie poległ jeden partyzant. Podczas odwrotu rozbrojono jeszcze posterunek milicji w Szczuczynie i zlikwidowano punkt łączności Armii Czerwonej pod miejscowością Łojki. Kilku największych okrutników z NKWD i „polskiego” UB rozstrzelano. Milicjantów, po przysiędze, że więcej nie będą represjonowali Polaków, zwolniono. Akcja w Grajewie nie była jedyną tego dnia. W Dąbrowie Tarnowskiej ok. 40-osobowy oddział Tadeusza Musiała „Zarysa” rozbił miejscowe więzienie i uwolnił ok. 80 przetrzymywanych. Z kolei w Białymstoku ponad 100 więźniów opanowało część katowni i wydostało się na wolność.

To było prawdziwe wyzwolenie. Nie z rąk komunistów, tylko od komunistów. A ponieważ Polska w wyniku zdrady mocarstw nie została od komunistów wyzwolona, dlatego obchodzenie Dnia Zwycięstwa nie ma żadnego sensu. I drugorzędne jest to, że decyzją Platformy Obywatelskiej celebrować mamy teraz nie 9, tylko 8 maja – co najwyżej wróciliśmy niniejszym do zachodniej strefy czasowej.

Drugorzędne, czy na placu Czerwonym w Moskwie obok następcy zbrodniarza Stalina, czy na Westerplatte w towarzystwie byłych współpracowników Hitlera (Chorwacja, Litwa, Rumunia, Ukraina, Węgry). W tym drugim miejscu – gdzie rozpoczęła się II wojna światowa – oddaje się zresztą hołd ofiarom nie niemieckiej, ale „nazistowskiej” agresji, a nawet „nazistowskim” ofiarom.

Obchodzenie kolejnych rocznic 8 maja nie ma sensu, bo tego zwycięstwa w 1945 r. nie było. I nie dlatego, że formalnie II wojna światowa skończyła się dopiero 2 września, kiedy Japonia skapitulowała przed aliantami na Pacyfiku. Również nie dlatego, że Polacy – najwierniejszy sojusznik Anglosasów – nie zostali zaproszeni na paradę zwycięstwa do Londynu. Dlatego jednak, że dla Polski ta wojna w ogóle się nie skończyła. Ok. 200 tys. polskich żołnierzy nie złożyło broni i walczyło dalej – przeciwko sowieckiemu zniewoleniu – przez następnych 10 lat. W ramach ostatniego polskiego antysowieckiego i antykomunistycznego powstania.

Major Jan Tabortowski „Bruzda” zginął w walce z polskimi kolaborantami Stalina w sierpniu 1954 r. Trzy lata później los dowódcy podzielił Stanisław Marchewka, „Ryba” – ostatni oficer poakowskiego podziemia, który poległ z bronią w ręku. Przez następnych sześć lat ukrywał się już tylko Józef Franczak „Laluś”. Szczątki „Bruzdy”, które czerwoni oprawcy wrzucili do bezimiennego dołu, do dziś nie zostały odnalezione.

Ale 8 maja Grajewo obchodzi w ostatnich latach wyzwolenie od komunistów. A Instytut Pamięci Narodowej edukuje o tym, co naprawdę stało się w maju 1945 r. Dzięki takim akcjom wyzwalamy się z sowieckiej okupacji naszych umysłów. I to jest prawdziwy polski dzień zwycięstwa.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Wolne media w służbie niezależnej prokuratury

Władza chce byśmy przez długi weekend wracali do sprawy oskarżeń wobec byłego szefa Orlenu, więc wróćmy. Do zwołanej de facto przez premiera konferencji “niezależnych” prokuratorów, która miała być koronnym dowodem dla publiki. To, że nie zadano na niej kilku najważniejszych, oczywistych pytań o samą tę konferencję i model działania prokuratury w tej sprawie jest najbardziej ponurym świadectwem roli jaką dziś pełni większość mediów. 

O pardon. Z sali padło jedno trudne pytanie, łatwo się domyślić skąd. W pewnym momencie Michał Jelonek z Republiki zapytał prokuratora krajowego o inne śledztwo, w sprawie poświadczenia nieprawdy przez Bartłomieja Sienkiewicza. Prokurator krajowy Daniel Korneluk odparł, że wie, ale nie powie, bo nie może. Było to bodajże jedyne pytanie, które brzmiało tak, jakby nie przysłano go wcześniej z kancelarii premiera.

Ktoś powie, że pisowska przesada. Tylko, że chwilę wcześniej jeden z dziennikarzy, takich lepiej poinformowanych, co zawsze ma “informacje ze swoich źródeł”, radził komuś w prywatnym mejlu, by atak na Obajtka nie skupiał się na Hezbollahu – bo “tamta strona” to ośmieszy i wykorzysta – a na osobie prezesa szwajcarskiej podspółki Orlenu. Pierdoła zamiast w wiadomości prywatnej zrobiła z tego ogólną wiadomość na serwisie X. Ciekawe do kogo pisała? Pewnie nie miało to żadnego związku z bezpośrednim konsultowaniem strategii między rządem, mediami i prokuraturą. Ot, to była po prostu taka abstrakcyjna próbka dziennikarska, surrealistyczny żart ze strony faceta, który nigdy w życiu wcześniej nie żartował. Podobnie jak żartem była grupa “Wejście” wkraczająca do PAP i wzorce biorąca od twórcy stanu wojennego, w której nowy prezes, likwidator, czy jak mu tam, siebie samego uważający za dziennikarza, wprost meldował politykom i obsługującym ich prawnikom każdy swój krok. Ale i po tym pytaniu Michała Jelonka – wracając do naszej konferencji – zabrakło kolejnego pytania.

Jak to jest, że jedno, proste w sumie śledztwo – bo Sienkiewicz skłamał albo nie i wystarczy sprawdzić jaki był stan formalny by to stwierdzić – jest tak diabelnie delikatnie, tak subtelne, a zarazem tak bardzo łatwo tu kogoś skrzywdzić, że prokuratora po prostu powiedzieć nic nie może. Za to w sprawie handlu ropą naftową na największą skalę w Europie Środkowej, największej fuzji gospodarczej w naszym kraju od kilkudziesięciu lat, nad którą pracowały dziesiątki audytorów, firm prawniczych, finansistów i księgowych, jego koleżanka, prokurator generalna Małogarzata Adamajtys po prostu wychodzi i sypie oskarżeniami jak z kapelusza. Tylko po to by prokurator Korneluk stwierdził na koniec, że śledztwa są bardzo skomplikowane, a wszystko jest na etapie początkowym. Nikt nie wpadł na to, by zapytać, jak to jest, jak śledztwo jest skomplikowane i na etapie początkowym, a pani prokurator Adamajtys sypie gotowymi tezami?

Nie zadano wreszcie najważniejszego pytania. Jak to jest, że premier tuż przed majówką robi mocną medialną wrzutę, wzywa prokuratora generalnego “do roboty”, ten wysyła dwoje swoich ludzi, by się wykazali, a oni jąkają się w sprawie, o której nie mają pojęcia. Sprawie, która wygląda w związku z tym na szytą politycznie, a swoje tezy powtarzają za… mediami, czego nie kryją? Potem te same media powtarzają to mówiąc, że… prokuratura powiedziała.

Nie wiem, czy Daniel Obajtek jest winny czy niewinny, ale wiem, że tuż przed weekendem mieliśmy do czynienia z prezentacją polityczno-prokuratorsko-medialnej maszynki do mielenia ludzi. Ta maszynka ani z prawem, ani z niezależnością prokuratury, ani tym bardziej, niezależnością mediów do nie ma nic czynienia. Za to może, gdy się ją włączy, sprawnie kogoś przemielić i zniszczyć. Kogoś, kto obecnej władzy przeszkadza albo kogoś, kto po prostu zasłoni inne rzeczy, jak choćby kwestię rezygnacji z budowy CPK. Bo przecież po to ten objazdowy cyrk usłużnych prokuratorów i dziennikarzy Tusk wezwał.

 

Szef Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji zlecił windykację kary nałożonej na Radio ZET

Przewodniczący KRRiT Maciej Świrski polecił windykację od spółki Eurozet, do której należy Radio ZET, niezapłaconej kary w wysokości 476 tys. zł nałożonej przez Radę za przekaz dezinformacyjny.  

„Z powodu nieuiszczenia, pomimo upomnienia, przez spółkę Eurozet Radio kary pieniężnej w wysokości 476 000 zł poleciłem windykację od dłużnika należności niepodatkowych dla Skarbu Państwa. Kara została wymierzona za propagowanie w roku 2022 oczywistej dezinformacji, jakoby polskie służby utraciły zaufanie służb USA i dlatego Amerykanie przemycali bez wiedzy polskich służb przez terytorium Polski prezydenta Zelenskiego w jego podróży do Stanów Zjednoczonych”  – napisał przewodniczący KRRiT Maciej Świrski w serwisie X.

Sprawa dotyczy informacji podanej w grudniu 2022 roku przez reportera Radia ZET Mariusza Gierszewskiego, który miał ustalić, że amerykańskie Secret Service przewożąc przez Polskę Wołodymyra Zełenskiego w czasie jego podróży do Stanów Zjednoczonych nie zwróciło się o pomoc do naszych służb i policji.

Kara na Eurozet w wysokości 476 tys. zł została nałożona w sierpniu 2023 roku. KRRiT poinformowała wówczas, że przewodniczący Maciej Świrski, po przeprowadzeniu postępowania wszczętego z urzędu, stwierdził naruszenie przez spółkę Eurozet art. 18 ust. 1 ustawy o radiofonii i telewizji poprzez emisję przekazów sprzecznych z prawem, z polską racją stanu i poglądów sprzecznych z dobrem społecznym tj. przekazów dezinformujących opinię publiczną w sprawie okoliczności przejazdu prezydenta Ukrainy przez terytorium Polski, wyemitowanych w programie Radia ZET.

Na początku kwietnia 2024 roku szef KRRiT skierował do windykacji karę w wysokości 550 tys. zł jaką TVN miał zapłacić za emisję reportażu „Bielmo. Franciszkańska 3”. 16 kwietnia Rada poinformowała na swojej stronie internetowej, że kwota ta została wyegzekwowana przez Urząd Skarbowy.

opr. jka, źródła: X, KRRiT

 

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Wojna na Ukrainie pomaga wybielać życiorysy

Publiczne popieranie wojny na Ukrainie to w Rosji coraz powszechniejszy sposób na odkupienie swoich win dla osób, które popadły w konflikt z prawem lub naraziły się Kremlowi.   

Nie jest tajemnicą, że, Moskwa aktywnie rekrutuje więźniów na wojnę na Ukrainie. Jest to m.in. sposób na odciążenie przepełnionych więzień. Tysiące więźniów korzysta z takiej możliwości, gdyż jest to szansa na ulgę od brutalności i tortur, dość powszechnych w rosyjskich zakładach karnych. Nie odstrasza ich fakt, że Rosja tworzy z uwolnionych więźniów tzw. bataliony szturmowe, które rzuca w celu przedarcia się przez najniebezpieczniejsze rejony frontu. „Żywotność” takiego oddziału często ogranicza się do jednego, dwóch lub trzech ataków.

Niemniej jednak części uwolnionych więźniów udaje się przeżyć. Wracali oni później do swoich rodzinnych miejscowości i kontynuowali przestępczą działalność – popełniali morderstwa, rabunki. Dlatego władze rosyjskie zmieniły już zasady werbunku i przy zawieraniu umowy rekrutacyjnej decydują się nie ułaskawiać, a jedynie zwalniać pod nadzorem.

Taka metoda formowania armii zdążyła już jednak zrodzić kilka niebezpiecznych trendów w rosyjskim społeczeństwie.

Co ciekawe, nawet kobiety osadzone w zakładach karnych zaczęły wykorzystywać ten sposób wydostania się na wolność. Na przykład była szefowa rosyjskiego ministerstwa kultury Krymu Arina Nowosilska, skazana w 2022 roku na 10 lat więzienia za otrzymanie szczególnie dużej łapówki w wysokości 17 mln rubli, miesiąc temu złożyła władzom więziennym oświadczenie, że zamiast przebywać w więzieniu, wolałaby udać się na wojnę z Ukrainą. Poinformowały o tym rosyjskie środki masowego przekazu, powołując się na moskiewską Komisję Nadzoru Społecznego. Najwyraźniej Arina Nowosilska, która była także jedną z inicjatorów aneksji Krymu w 2014 roku, również ma nadzieję, że uda jej się dostać pracę nie w roli „szturmowca Z”, ale przetrwać na bezpiecznej pozycji i odzyskać wolność.

Nie jest to zaskakujące, ponieważ szereg rosyjskich „patriotów”, którzy zszargali swój wizerunek przed władzami rosyjskimi i popadli w niełaskę, próbuje wybielić swój życiorys, uczestnicząc w wojnie lub po prostu usprawiedliwiając wojnę. Jak zauważają niektóre rosyjskie media, wojna na Ukrainie stała się skuteczną pralnią dla rosyjskich pseudopatriotów, ponieważ dziś w Rosji cała sfera wizerunkowa dzieli się tylko na dwie części: albo jesteś przeciwny wojnie na Ukrainie, a wtedy jesteś wyrzutkiem i wszystkie drogi masz zamknięte, albo popierasz wojnę, a wówczas jesteś patriotą, „przyjacielem rządu” i wszystkie drogi są przed tobą otwarte. Co więcej, jeśli sam bierzesz udział w wojnie lub po prostu w jakikolwiek sposób ją wspierasz, to jesteś już bohaterem wartym wszystkich nagród i wyróżnień!

Sewastopolski serwis informacyjny ForPost donosi o typowym przypadku. W 2022 roku Rada Izby Adwokackiej pozbawiła adwokata Elmana Paszajewa statusu prawnika. Powodem było m.in. „przestępstwo dyscyplinarne Paszajewa”. Następnie udał się on na wojnę na Ukrainie. Były prawnik powiedział dziennikarzom, że od dwóch lat służy w 95. Pułku Strzelców.

Roman Bilik, solista zespołu „Bestie”, jako pierwszy rozwiązał problemy z reputacją wyjazdem na Donbas. W lutym 2022 roku potępił rozpoczęcie wojny. Kiedy jednak zabroniono mu koncertu na Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu i przerwano tournée po Rosji, muzyk zmienił stanowisko i poszedł śpiewać na „linii frontu”.

Bloger Dmitr Portniagin i jego żona zostali oskarżeni o niepłacenie podatków w wysokości ponad 124 milionów rubli oraz legalizację środków uzyskanych w sposób przestępczy. Portniagin także próbował rozwiązać swoje problemy poprzez wojnę. Zorganizował transport humanitarny na linię frontu. Z ziemianki opowiadał, że został ostrzelany i jak niebezpieczna jest teraz praca jako ochotnika w Donbasie. Ale to mu nie pomogło. 12 kwietnia bloger został zatrzymany w Rostowie nad Donem, gdy wrócił ze strefy działań wojennych.

Za przykładem Romana Bilika poszedł znany rosyjski artysta Filip Kirkorow, którego występy pod koniec ubiegłego roku zostały „odwołane” po wzięciu udziału w „nagiej” imprezie Anastazji Iwlejewej (pisałem o tym TUTAJ). Artysta został „wycięty” z noworocznych przedstawień i musicalu „Iwan Wasyliowycz zmienia wszystko”. Po tym wszystkim artysta udał się do Donbasu. W lutym Kirkorow przemawiał w szpitalu nr 2 w Gorłówce. Obdarował rannych żołnierzy prezentami, wykonał piosenkę, wygłosił płomienne przemówienie. Po tym występie Kirkorow wrócił do telewizji, a także do przewodniczenia jury programu „Maska”. Wznowiono jego działalność koncertową. Zaczął nawet żartować ze sceny, jak „wszedł do niewłaściwych drzwi”.

Inna uczestniczka „nagiej” imprezy – Dima Bilan – również na początku roku udała się do Donbasu z misją humanitarną. Według TARS dostarczyła sprzęt i datki na rzecz schroniska dla zwierząt  w Doniecku. Artystce wybaczono: 21 lutego podczas ceremonii otwarcia „Future Games” w Kazaniu wykonał rosyjski hymn państwowy. Wśród słuchaczy był prezydent Władimir Putin.

Organizatorka „nagiej” imprezy Anastazja Iwlejewa również planowała wyjazd humanitarny do Doniecka. Jednak mieszkańcy sprzeciwili się takiej próbie wybielania reputacji. Podróż Iwlejewej nie doszła do skutku. Mimo to blogerka nadal publicznie wspiera wojnę na Ukrainie.

Wielu „patriotów” w Rosji popiera takie zachowania gwiazd. Tak, bohater Rosji, szef prezydium organizacji „Oficerowie Rosji”, generał dywizji Sergiej Lipowy powiedział „ForPost”, że nie widzi nic złego w tym, że „skruszone” gwiazdy i blogerzy pomagają Donbasowi i żołnierzom. W szczególności stanął w obronie Kirkorowa: „Artysta również ryzykuje, że stamtąd nie wróci. A fakt, że Kirkorow poszedł rzekomo wybielić swoją winę, to jedna z opinii. Jest inne zdanie – wszyscy podejmują takie samo ryzyko: wolontariusze, artyści, piosenkarze i pisarze” – tłumaczył Lipowy.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Groza gdzieś „tam” i „tu”, obok

Świat, który rysuje, maluje Ewa Urniaż-Szymańska jest okrutny i brzydki. Napisałem! Ale czy rzeczywiście jest gorszy od tego, który nas otacza?

Potwory, wystraszeni, załamani ludzie, mordy rozkwaszone i łby, z których wyrastają drapieżne krzaki i drzewa. Anioł, diabeł, symboliczne szachy i pełzający łysy dziad z gołym tyłkiem. Ludzie z kikutami rąk i nóg. Kobiety lub ich fragmenty, biusty i wielkie oczy.

Zaplątani w to wszystko święci z aureolą. Jeszcze martwy ptak i twarz w krzyku jak z obrazu Muncha. Wreszcie przerażone dzieci i wyciągnięte po nich drapieżne ręce.

Symbole złego czasu. Ale po co symbole? Rzeczywistość to wszystko przerasta. Góry trupów na ukraińskim froncie, po których idą do ataku żołnierze. Jeszcze żyją. Ale bywają dni, że giną setki a nawet tysiące.

Zwłoki zwykłych napadniętych ludzi, rozrzucone na drogach, obok ich rowery i spalone samochody. Pozabijane zwierzęta. Internet jest pełen tych strasznych obrazów. Bloki mieszkalne, szkoły i szpitale rozbite bombami. Przeorane pociskami ściany i oczodoły okien. To krwawiąca Ukraina.

Jeszcze gorzej jest w Gazie. Na małym terytorium kilka milionów ludzi wyciąga ręce do świata o ratunek. Wyciągają ręce głodne dzieci. W nieopisanym bólu bezradne matki. Całe miasta zniszczone. Mężczyzna mówi, że z jego 19 osobowej rodziny został sam.

To wszystko jest realne i dziejące się tu i teraz. Nie jest straszniejsze niż najbardziej drastyczne obrazy. Przerażały obrazy hiszpańskiego malarza Goyi. Ale już nie przerażają. Tam jest po kilkunastu rozstrzeliwanych. A tu tysiące trupów, pożoga, zagłada, pustka wypalonych siedlisk ludzkich.

Jeszcze niedawno Ewa Urniaż-Szymańska może i szokowała, ale dziś tamta twórczość artystki to już prawie łagodne obrazki. Teraz jednak wzbudzą refleksję, dokąd zmierzamy? Czy potwory wyjdą z ram i zmieszają się z tłumem zwykłych ludzi na ulicy. Z ciągle beztroskim i wesołym tłumem. A może jednak ta plastyczna makabra zadziała. Coś zmieni nagle. Jak to było, ale krótko, 22 lutego przed dwoma laty.

Ktoś mnie zapyta po co piszesz o malowaniu okropności, gdy pełno ich w codziennym życiu? Po to, że na obrazach krew jest czerwona a fiolet drapieżny, że butelka dusi szyję, dławi. To za wspomnieniem stanu wojennego z 1981 roku namalowany jest „Świat mężczyzny” – z kwiatów wyłania się tors kobiety. Co na tych obrazach robi gołąb. A może to jednak – jak w tytule – orzeł albo paw.

Obrazy artystki są opisane tytułami, datowane. Są więc dokumentacją czasu, który utrwalają. To głównie czas wojny, a więc czas aktualny, gdzie meldunki z frontów, barbarzyńskie zdjęcia, przykłady antyczłowieczeństwa stają się wręcz banalne. Sztuka artystki to przewidziała i pokazuje. Jej twórczość jest ważna, bo wyrazista.

Ewa Urniaż-Szymańska – plastyczka i nauczycielka – jest absolwentką Instytutu Wychowania Artystycznego na Uniwersytecie im. Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie. Realizuje się w litografii i grafice. Jej ulubioną formą jest rysunek ołówkiem. Studia skończyła w 1982 roku. Pracuje z dziećmi i młodzieżą. Wystawia w kraju za granicą. Najczęściej w Wiedniu. Jej prace znajdują się w wielu zbiorach prywatnych. Najchętniej tworzy w zaciszu domowym, mieszka pod Warszawą.

Pani Ewa jest także pisarką, poetką. I to bardzo konkretną i sugestywną. Pisze ostro i wyraziście. Wiersze, opowiadania i bajki dla dzieci. Twórczość artystyczna i literacka uzupełniają się. Ilustruje swoje książki. Pani Ewa twardo stąpa po ziemi. Warto tej artystce poświęcić uwagę.

 

 

 

O kontrowersjach wokół kandydatów w wyborach do PE pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Do you speak..?

Przesadzona, delikatnie mówiąc, okazała się informacja o tym, że Jacka Saryusza-Wolskiego nie będzie wśród kandydatów PiS do Parlamentu Europejskiego. Kto kolportuje takie wieści, które potem znajdują się przez pół dnia w czołowych mediach tzw. głównego nurtu, ale nie tylko? Sam Saryusz-Wolski zaprzeczył tym rewelacjom i napisał na swoim profilu na „X”, że to nieprawda, że nie rezygnuje. Bo przecież PiS to nie jest ugrupowanie samobójców, ale dyskusje o obsadzie parlamentarnych list w partii opozycyjnej nie ucichły. Nie tylko zresztą po stronie opozycji.

Nie będę pastwił się nad tymi, którzy mają reprezentować prawicę. Zostawię to satyrykom. Ale z drugiej strony to nie wyborcy układają listy kandydatów, wyborcy po to zaufali jakiejś partii i dali jej mandat zaufania, aby obserwować te listy a przy kolejnym pobycie w lokalach, gdzie oddajemy głosy na naszych parlamentarnych reprezentantów wyciągnąć wnioski.

Na razie we wszystkich partiach panuje chaos. „Ci odlatują, ci zostają” – jak śpiewali kiedyś Skaldowie z Łucją Prus. Tak to już w tym PE bywa. „Kaśka przyszła, Mańka wyszła”. Buzek rezygnuje, Tusk dał Budkę, pół rządu i 40 proc. składów tzw. komisji śledczych.

Trudno to nazwać inaczej niż Wielką Emigracją KO i to nie tylko – chociaż w głównej mierze – zarobkową. Może politycy czołowej koalicyjnej partii, czyli PO, boją się, co będzie, jak ich w końcu wyborcy rozliczą? A to może przecież stać się. Kto bogatemu w „wybitnych polityków” zabroni? Nikt przecież z „szarych wyborców” do układanie list nie jest dopuszczony.

Trwa też chaos w PiS spotęgowany powrotem (który to już?) do polityki Jacka Kurskiego. Nikt z obecnych europosłów i kandydatów nie chce być na jednej liście z były szefem TVP. Dlaczego? Bo Kurski jest dobrym PR-owcem a doświadczenia ma za dziesięciu kandydatów.

Trzecia Droga z kolei zależna jest od swojej planety – matki, czyli PO. PSL i partia Hołowni chcą tak poustawiać listy w okręgach, aby mieć chociaż cień szansy na kilka – bardziej dwa niż cztery – mandaty. Lewica może, choć nie musi, jak w wyborach lokalnych, przyssać się do żywiciela, czyli znowu do PO – KO. Konfederacja zwaistuje zamieszanie w europarlamentarnej stawce, ale w niewielu miejscach na politycznej mapie Polski.

Na pewno w wyborach do PE powinny się liczyć, jak w żadnym innym politycznym przypadku, kompetencje. Banał powiecie? Banał, ale to prawda. Bzdury plotą ci, którzy opowiadają, że PE to taka nagroda za działalność polityczną w wielu partiach. Owszem tak jest, ale tak nie powinno być.

Reprezentacja KO w PE to zbiór ludzi, może z nielicznymi wyjątkami, którzy głosują w Brukseli przeciwko polskiej racji stanu. W tej rozbijackiej działalności prym wiodą oczywiście członkowie frakcji PZPR w KO – Miller, Cimoszewicz, Belka. Deklaracje przeciwko Polsce składają też ludzie z PSL i lewicy.

Jest i druga strona – PiS, a tu ostatnio mieliśmy w Brukseli kilka osób, które dało się słuchać, dało się słyszeć i zrozumieć i wszyscy wiedzieli, że  Jacek Saryusz-Wolski jest liderem tej grupy. Kompetentny, wykształcony, mądry. Sekundowali mu Patryk Jaki, Zbigniew Kuźmiuk, Anna Zalewska i Beata Kempa.

Ich konkurenci z polskiej frakcji w Europejskiej Partii Ludowej warczeli na swój własny kraj i głosowali przeciwko interesom Ojczyzny, byleby zaszkodzić PiS. No i jak się okazało to im się udało wygrać wybory parlamentarne. Pyrrusowe zwycięstwo PiS niczego obecnej opozycji nie nauczyło. Czy PiS przed wyborami jest w ślepej uliczce? Czy odważne hasła pomogą?

Kto więc będzie nas patriotów i tradycjonalistów reprezentował w UE? Dlaczego nie wyciąga się wniosków z tego co widać, słychać i czuć? Wiadomo, że w Brukseli dużo płacą. I dobrze, jeśli jest za co. Czy teraz znowu pojadą ludzie z mierną angielszczyzną? Może by pokazać jacy naprawdę są np. zapraszając do telewizyjnych programów na żywo po angielsku – jakiejkolwiek stacji. Z lewicowo-liberalnymi niech porozmawia np. Rachoń albo Wierzejski lub ktokolwiek z „Republiki, oczywiście dobrze po angielsku a z kandydatami PiS mogłaby rozmawiać np. Wysocka-Schnepf albo Olejnik (jeśli mówi in English) lub też ktokolwiek z redakcji międzynarodowej TVN. To powinien być element rywalizacji przedwyborczej kandydata. Niemoty językowe niech walczą o Sejm lub Senat.

Teraz, gdy kaskadowo przebiegają zmiany, na małych ekranach widać, że wszystkie stacje gorączkowo szukają nowych, zdolnych i predysponowanych telewizyjnie. Starych wykopano.

Wracając do głównego wątku, dlaczego teraz za granicę jako reprezentantów Polski opozycja wysyła ludzi „za zasługi”. Trzeba wysyłać najlepszych, nie za „dokonania” lecz za to co mogą zrobić dla Polski. Oczywiście, że mogą się również nie sprawdzić. Zawsze jest takie ryzyko. Jednak po weteranach dokładnie wiemy czego możemy się spodziewać. Czy sprawa lidera delegacji PiS w PE Jacka Saryusz-Wolskiego, czyli plotka o jego rezygnacji jest niebezpiecznie napiętą struną wytrzymałości? Nie sprawdzajcie, opozycjo, czy i kiedy pęknie.

 

Wojny tu żadnej nie ma – korespondencja MARII GIEDZ z Libanu

Polskie massmedia straszą ludzi wojną w Libanie. Znajomi wypytują „czy żyję?” A tu spokój, piękna pogoda, mili ludzie, smaczne jedzenie, bujna przyroda i to głównie o tej porze roku. Turystów niestety mało, bo propaganda robi swoje.

Komuś musi bardzo zależeć na tym, aby Liban przedstawiać, jako kraj ogarnięty wojną, czyli w ogniu. Na stronie polskiego MSZ-tu widnieje ostrzeżenie dla wyjeżdżających z Polski do Libanu, które można utożsamiać z zakazem podróżowania do tego kraju:

W związku z trwającym konfliktem w regionie oraz niestabilną sytuacją na południu kraju i okresową wymianą ognia, a także coraz częściej odnotowywanymi przypadkami zatrzymań obcokrajowców, w tym obywateli polskich, Ministerstwo Spraw Zagranicznych odradza wszelkie podróże do Libanu.

Sytuacja bezpieczeństwa w Libanie jest wysoce nieprzewidywalna. Nie można wykluczyć, że dojdzie do nagłej eskalacji działań zbrojnych i ewentualnych ograniczeń w ruchu lotniczym, które mogłyby spowodować trudności w opuszczeniu kraju.

Po takim „apelu” nic dziwnego, że biura podróży odwołują wyjazdy. A miejscowi tracą pracę i nadzieję na przeżycie całych rodzin. Już zastanawiają się, czy nie opuścić rodzinnej ziemi i udać się na emigrację, bo Liban przecież nie ma przemysłu, żyje głównie z turystyki. Trochę przesadzam, gdyż jest kilka cementowni, jadąc na północ w stronę Tripolisu, a także fabryk paszy, czy kamieniołomy. Ma, co prawda bogate złoża gazu, ale ich nie eksploatuje, bo nie ma, kto tego zrobić.

Zastanawiam się, czy o Polsce też nie powinno się pisać jak o Libanie. Przecież wojna na Ukrainie może w każdej chwili przenieść się do Polski, więc nikt z państw Zachodu nie powinien nawiedzać naszego kraju, jesteśmy przecież krajem niebezpiecznym. A dla przykładu, na terytorium Polski spadły ze dwie rosyjskie rakiety i nawet zabiły dwie osoby. W Libanie takich przypadków nie odnotowano, ale to Liban jest zagrożony, a Polskę uznaje się za bezpieczną. Brawo dla naszych polityków, a zwłaszcza „specjalistów” od Bliskiego Wschodu?

Zamek na wodzie. Przez krótki okres był własnością templariuszy. Fot Maria Giedz
Wodospad Afqa. Fot. Maria Giedz

Liban to nie Syria, gdzie wojna toczy się od 13 lat i to dzięki „politycznym geniuszom” obcych państw wspierających owy konflikt zbrojny. W Libanie nie ma, kto kogo wspierać, bo nie ma rządu, nie ma prezydenta, a większość kraju, to rejony chrześcijańskie. Chrześcijanie nie będą się układać ani z Rosją, ani z Turcją, ani z Iranem, a Amerykanie nie są nimi zbytnio zainteresowani. Zresztą chrześcijan, zgodnie z nową modą nikt nie będzie wspierać, poza niektórymi organizacjami, jak Pomoc Kościołowi w Potrzebie, czy Templariusze, bo i po co. Oczywiście jest stosunkowo niewielki teren opanowany przez Hezbollah wspierany przez Iran, ale ten nie wychyla się z żadnymi agresywnymi działaniami, więc i nikt go nie zaczepia, chyba, że słownie. Poza tym terenów opanowanych przez Hezbollah można nie zwiedzać, choć szkoda, bo właśnie tam w Baalbek znajdują się najwspanialsze ruiny starożytnych kultur. Drugi obszar, na południu, czyli Tyr i okolice Sydonu, gdzie od 1949 r. znajdują się obozy dla palestyńskich uchodźców też na wszelki wypadek lepiej omijać, zwłaszcza, że tam króluje Hamas, ale pozostałe są fascynujące i jaka radość dotarcia do nich!

Ile tu jeziorek! ale tylko wiosną. Potem jest sucho. Fot. Maria Giedz

Nasza mała, 12-osobowa grupka, jest zachwycona tym, co oglądamy i w czym uczestniczymy. Ośnieżone góry sięgające trzech tysięcy metrów nad poziomem morza, piaszczysto-kamieniste plaże z ciepłym morzem, w którym można się kąpać, piękne groty, niektóre do dzisiaj użytkowane, pozamieniane na kaplice i kościoły, warownie z czasów krzyżowców, a nawet pałace i okazałe rezydencje, a i o tej porze roku pełne wód wodospady, jeziorka mieniące się w słońcu, kwieciste łąki… Ciekawostek i wszelkich atrakcji turystycznych znajduje się w Libanie bez liku, mimo że kraj jest mały, niewiele większy od województwa opolskiego.

Msza św. odprawiana w cedrowym lesie. Fot. Maria Giedz

Jak wspomniałam wcześniej Liban to kraj w większości chrześcijański, więc wiele tu kościołów i miejsc pamiętających czasy nie tylko apostołów, ale i samego Jezusa, który po tych terenach wędrował i na tych terenach nauczał. W miejscu, gdzie Jego Matka, czyli Maria, Matka Boża czekała na Jezusa nasz „prywatny kapelan” odprawił Mszę Świętą. Jaka uczta duchowa! Zresztą takich doznań duchowych mieliśmy znacznie więcej. Wszystkim najbardziej utkwiła liturgia odprawiana w środku cedrowego lasu, wśród kilkusetletnich, a nawet żyjących prawie dwa tysiące lat drzew i to z widokiem na ośnieżone góry.

Msza św. w Harissie z patriarchą maronickim. Fot. Maia Giedz

Mieliśmy też możliwość uczestnictwa we Mszy Św. celebrowanej przez maronickiego patriarchę, na którą przybyło kilka tysięcy osób, głównie kobiet z najróżniejszych „kółek różańcowych”, bo to właśnie dla nich tę Mszę odprawiano. Warto tu wspomnieć, że kraj ten zamieszkuje 4,5 mln Libańczyków oraz 2,5 mln uchodźców, głównie syryjskich. Bazylika w Harissie, to taka polska Częstochowa, pękała w szwach, a mieści się w niej trzy tysiące wiernych. Podobnie było na procesji (pielgrzymce) z pustelni do grobu św. Charbela, która odbywa się 22 dnia każdego miesiąca. Nie wiem ile osób w niej uczestniczyło, ale cała trasa to długość około dwóch kilometrów i kiedy pierwsi pątnicy dochodzili do klasztoru w Annayi, to ostatni opuszczali pustelnię. Niesamowite przeżycie! W tej wędrówce z Najświętszym Sakramentem, trochę przypominającej „Boże Ciało”, biorą udział nie tylko chrześcijanie, maronici, czyli katolicy, ale i muzułmanie, oraz wyznawcy innych religii. No cóż św. Charbel, to święty na dzisiejsze czasy. Czci się go już niemal na całym świecie i stał się bardzo popularny, chociaż za życia był człowiekiem wyjątkowo skromnym. Ktoś zapyta:, dlaczego? Odpowiedź brzmi:, Bo jest skuteczny!

Pielgrzymi wędrujący z pustelni Charbela do grobu świętego. Maria Giedz

Zresztą Liban „obfituje” w świętych i błogosławionych, w Polsce stosunkowo mało znanych, ale jakże ciekawych, jak chociażby święta Rita, święty Maron, czy błogosławiony Esteban. Może, dlatego kraj ten jest chroniony przed najróżniejszego rodzaju „kataklizmami”, jak wojna, tocząca się w krajach ościennych, ale nie w Libanie. Polskie samoloty tu docierają i nie tylko polskie. W czasie całego pobytu widziałam tylko raz na niebie helikopter – medyczny, a nie wojskowy oraz pasażerskie samoloty lądujące w okolicy Bejrutu. Poza tym szum morza, no i petardy wystrzelone z okazji zaręczyn młodych ludzi.

Wśród turystów spotkałam tylko jedną grupę pielgrzymkową i to z Polski, z Krakowa. Pozostali boją się przyjechać, gdyż propaganda robi swoje. Ciekawe, komu zależy na tym, aby Liban przedstawiać w ogniu – pytał mnie Kazimierz Gajowy, polski dziennikarz mieszkający od 40 lat w tym kraju?

Jak Matka Boska Kodeńska, a to wysoko w Górach Libanu. Fot. Maria Giedz