Po zamachu na słowackiego premiera: „To wy – dziennikarze – jesteście tymi, którzy siali tę nienawiść”

Premier Robert Fico ciężko ranny po zamachu w Handlovej w zachodniej części Słowacji. Przetransportowano go do Bańskiej Bystrzycy. Kilka godzin trwała operacja. Do premiera Fico strzelał 71-letni zamachowiec, poeta Juraj Cintula (tożsamość sprawcy podała słowacka telewizja TE3), który – jak piszą słowackie media – był kilka lat temu widziany na wiecu paramilitarnej organizacji. Szef słowackiego MSW Matusz Szutaj Esztok, po zamachu na premiera powiedział: „To wy – dziennikarze – jesteście tymi, którzy siali tę nienawiść”.

Robert Fico po raz trzeci pełni funkcję premiera Słowacji. Polityk był członkiem partii komunistycznej a potem postkomunistyczne a następnie założył SMER, ugrupowanie nazywane na Słowacji nacjonalistyczną lewicą. Fico nie był zwolennikiem pomocy Ukraińcom a niektórzy zarzucają mu sprzyjanie Putinowi i poparcie dla polityki nieprzychylnej

Słowaccy politycy związani z rządem Fico uważają, że za zamach odpowiedzialni są ludzie dzielący społeczeństwo a strzały do premiera to skutek nagonki politycznej, m.in. w mediach i mediach społecznościowych. „Pierwsze informacje mówią o jasnej politycznej motywacji. Stoimy u progu wojny domowej. Proszę, przestańmy – mówił  szef MSW Słowacji Matusz Szutaj Esztok.

„To wy – dziennikarze – jesteście tymi, którzy siali tę nienawiść. Teraz to wy musicie wykorzystać swoje możliwości, by sytuację w kraju uspokoić” – tak w PAP przetłumaczono słowa ministra Esztoka na konferencji prasowej w szpitalu, gdzie operowano rannego premiera Fico.

WALTER ALTERMANN: Ortaliony czyli zwodniczy szelest Zachodu

Gdzieś tak w połowie lat 60-tych cała Polska, jak jeden mąż i jedna żona, chodziła w ortalionach. Co to było? Był to nieprzemakalne płaszcze. Ortalion był cienkim plastikiem i miał wszystkie wady plastiku: łatwo się rozdzierał, przepalał od papierosa a nici którymi te płaszcze zszywano rozdzierały materiał, skutkiem czego kieszenie się odrywały. Dlaczego taki sznyt wówczas zapanował? Pewnie dlatego, że rodacy spragnieni byli namiastki, choćby szelestu Zachodu, bo ortalionowe płaszcze potwornie szeleściły, jakby ktoś miął gazetę w kulkę.

Oczywiście ortaliony można było kupić jedynie u prywaciarzy. Co prawda „odzieżownictwo państwowe” również zaczęło szyć ortalionowe płaszcze, ale później, kiedy moda na nie już minęła.

Te ortaliony nie były tanie. Dobrej klasy ortalion kosztował pensję początkującego nauczyciela, a marniejszy połowę pensji. Ale mimo to szły jak woda.

Przy okazji – mówię o nauczycielskim wynagrodzeniu, bo zawsze było ono i jest nędzne. Swoją drogą – dlaczego w kraju, który ma tak szczytne hasła wynoszące pod niebiosa edukację, jak „Takie będą Rzeczpospolite jak ich młodzieży chowanie”, dlaczego w takim kraju nauczyciele pracują za takie małe pieniądze? Czyżby rodakom nie zależało na edukacji swych dzieci? A może dlatego, że bogaci posyłają potomstwo do szkół prywatnych i nie przejmują się już losem typowego Polaka? A to bogaci w końcu sprawują władzę. Naprawdę, są już u nas szkoły podstawowe, w których nauka kosztuje 10.000 zł miesięcznie.

Z nauczycielami nie jest śmiesznie. Natomiast z ortalionami było bardzo uciesznie.

Non irony

Inną potwornością tamtych czasów były koszule non iron. Pojawiły się nagle, gwałtownie opanowały kraj, ale pod dwóch-trzech latach równie gwałtownie zniknęły. Były to koszule z plastiku, o porażającej wręcz bieli. W świetle lamp fluorescencyjnych świeciły aż miło. Reklamowano je jako niewymagające poważnego prania i prasowania. Wystarczyło je uprać w letniej wodzie z proszkiem, misce, spłukać i rozwiesić.

I była to prawda. Jednak okropną ich wadą było to, że skóra pod tą koszula w ogóle nie oddychała. Może byłyby dobre na poty, ale do noszenia już nie. A jednak ludzkość kupowała je masowo. Niestety gdzieś po roku koszule nonironowe żółkły bezpowrotnie. I na szczęście non irony odeszły w zapomnienie.

Buty na półcentymetrowej podeszwie

Ortaliony i non irony nikomu nie szkodziły, świadczyły jedynie o braku gustu i owczym pędzie, natomiast męskie półbuty na cieniutkiej, półcentymetrowej podeszwie, owszem. W połowie lat 60-tych młodzież oszalała na punkcie butów w szpic i na cieniutkiej gumowej podeszwie. Kto miał takie buty liczył się w młodzieżowym towarzystwie. I nikt ze szczęśliwców, którzy „u prywaciarzy” za ciężkie pieniądze nabywali te atrakcje, ani słowem nie zająknął się o potwornej niewygodzie tego obuwia. A chodzenie w nich było koszmarem, bo czuć było pod stopami każdy kamyczek, każdą nierówność trotuaru. I rzecz najgorsza, palce nóg były tak skrępowane, że zachodziły jedne na drugie. Ale młodzież polska cierpiała – w imię mody i postępu głupoty.

Buty szpicówki na szczęście przeminęły i obecnie mamy już modę luzu. Skutkiem czego pół Polski chodzi w dresach, jak by wszyscy coś tam ćwiczyli. A gdy chodzi o buty, to oczywiście królują adidasy – nie jako marka, ale jako klasyka gatunku. Faktem jest, że adidasy i dresy są wygodne, ale o jakimkolwiek stylu i zachowaniu minimum klasy, nie ma mowy.

Spodnie dzwony i spodnie rurki

Z mojej młodości pamiętam jeszcze przejściową dominację spodni dzwonów i spodni rurek. Spodnie dzwony to lata 70-te. Żeby „dzwony” mogły być uznane za dzwony klasyczne, musiały być szczupłe i opięte od pasa do kolan, Natomiast od kolan aż do butów musiały się gwałtownie rozszerzać, tak, żeby na końcu mieć jakieś 40 cm szerokości (po złożeniu) i żeby buty się pod nimi zupełnie chowały. Proweniencja dzwonów była oczywista – miały przypominać spodnie marynarzy. Skąd się to wzięło? Nie wiadomo. Skąd taka nagła miłość Polaków do marynarki wojennej? Też nie wiadomo, ale było śmiesznie.

Potem zapanowały i są modne do dzisiaj rurki. Początek spodni rurek to lata 80-te i późniejsze. Każdy młodzian, chcący być modnym, musiał te rurki mieć. Ich fason przypomina trochę projekt oszczędnego krawca, który stara się zużyć jak najmniej materiału. Rurki opinają całe męskie nogi i kończą się jakieś 5-8 cm na butami. Skutkiem czego osoba nosząca rurki wydaje się być wyższa.

Mankamentem rurek jest to, że odsłaniają kostki nóg i część łydek. Dlaczego to mankament? Bo męska noga najczęściej bywa toporna, jakby ciosał ją pijany góral z Czarnego Dunajca. Kobiece nogi bywają dziełem biegłych snycerzy, ale męskie nie.

Skarpetki, czyli nasza groza

I tu dochodzimy do skarpetek, które są naszym poważnym problemem. Polak nie zwraca żadnej uwagi na skarpetki, zakłada byle co, byle izolowało podłoże i jest zadowolony. I mamy taki widok, patrząc od dołu: buty, najczęściej zakurzone, potem kawałek skarpetek, ledwo co wystających z butów, następnie goła łydka i spodnie rurki. Okropność.

Tymczasem w cywilizowanych krajach i w modzie dyplomatów, męska skarpetka musi zasłaniać łydki tak, żeby nawet przy założeniu nogi na nogę nie straszyć otoczenia gołymi nogami. U nas znaleźć długie skarpetki jest niepodobieństwem. Bo skoro nikt ich nie szuka, to sklepy nie zamawiają.

Jest jeszcze gorzej, bo część mężczyzn chodzi bez skarpetek. Co uruchamia wyobraźnię widza o wszelkich możliwych bakteriach i grzybach wesoło rozwijających w obuwiu i na stopach golasa.

Koszulki polo i t-shirty

Z początkiem epoki Gierka zapanowała u nas moda na koszulki polo. Jakoś tak to zbiegło się ze światową modą. Jak sama nazwa wskazuje koszulki polo wzięły się od grających w polo – najdroższą chyba dyscyplinę sportu. Jest faktem, że były wygodne. Oczywiście niektórzy przesadzali i uznając je za tak eleganckie, że nosili je do garniturów, zamiast klasycznych koszul.

Ale i z obecnymi t-shirtami jest podobnie, widywałem poważnych (zdawałoby się) mężczyzn, na półoficjalnych spotkaniach w t-shirtach.

Kary za nieznajomość podstawowych zasad elegancji nie ma. I dobrze, niech tam już każdy kompromituje się na własna odpowiedzialność.

Skąd bierze się moda?

Moda bierze się zawsze z wojska i sportu. Co oczywiście w Anglii dość mocno się pokrywa i bywa tożsame. Bo tamtejsze elity chlubią się służbą w wojsku i lubią pokazywać się w paradnych mundurach. Tamtejsi oficerowie, żeby jakoś zachować linię, od wieków jeżdżą konno, uprawiają polo, rugby i inne sporty.

Szeregowi nie muszą uprawiać żadnych sportów, bo wykonują ciężką, solidną pracę na służbie, skutkiem czego i tak są szczupli.

A u nas? Brzuchaty oficer to norma. Co jest bardzo śmieszne, choć nie do końca.

 

 

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: G – jak SGGW? Rozgrywki naukowe

Gmach jak się patrzy. A do tego jeszcze latufundia. Tradycja wspaniała. Tytuł zobowiązujący: Szkoła Główna (Główna!) i to Gospodarstwa Wiejskiego. Czyli tego co najbardziej polskie. Było, jest i mam nadzieję będzie. Bo ziemi, Ojczyzny, Chłopi za granicę nie wywiozą. Choć wszystko inne, jak dowodzi historia ostatnich 30 lat – ukraść, zmarnować można.

Pracował na uczelni 20 lat. Zawsze tłumy studentów waliły na jego wykład. Mówi o Sokratesie, poprzednikach i następcach. A więc o źródle mądrości naszej. O źródle do którego się przyznajemy i hołubimy w sobie, znając istotę bardziej lub mniej raczej.

Doktor (z prawdziwym tytułem naukowym, solidnie zapracowanym), Andrzej Korczak został przez macierzystą uczelnię, której poświęcił lata pracy, wyrzucony jak zużyta ścierka. Zabrali pokój asystenta, w którym mieszkał i pracował przez lata. Podczas brutalnej eksmisji poginęły przedmioty pamiątkowe i urządzenia elektroniczne. Zginęły wartościowe książki. Teraz sprawy będą się ciągnęły latami w sądzie. Potentat – SGGW – domaga się jeszcze 64 000 zł za użytkowanie pomieszczenia.

Wstyd i hańba. SGGW – to również w jakimś stopniu połączenie z ludowcami, czyli partią chłopską. A ta teraz przy władzy. Tak więc panie premierze i inni panowie spod zielonego znaku może byście się zainteresowali losem człowieka, który był i jest bardzo przydatny przy uczeniu przyszłych wysoko kwalifikowanych rolników, agronomów i inżynierów agrokultury. Ponieważ na wydziale humanistycznym uczelni rolniczej uczył, kształcił, dawał wiedzę również potrzebną współczesnemu inteligentowi – wiedzę humanistyczną.

Ze strachu

Dlaczego po latach dobrej współpracy zaczęto na SGGW szykanować pana Korczaka? Z zazdrości i ze strachu.

Doktor zwrócił się do swoich przyłożonych z informacją że chcę zrobić habilitację. I tego mu… zabroniono! Niesłychane. Zrobiła to jego przełożona. Najprawdopodobniej ze strachu przed konkurencją i ewentualną rywalizacją o stanowisko dziekana. Zabroniła! Więc zgłosił się do Polskiej Akademii Nauk. Oczywiście zgodzono się na to, by zrobił w PAN wyższy stopień naukowy – doktora habilitowanego w swojej specjalności.

SGGW zamiast pogratulować, podwyższyć pensję, wyrzuciła go z przysługującemu asystentowi lokalu. Tak sobie, po bandycku, na bruk. A konkretnie do kontenera. Protesty nie pomogły. Przyszła ekipa komornicza i mimo panujących jeszcze śniegów wyrzucono człowieka i jego dorobek w błoto.

Okazuje się że to w Warszawie normalka – niedawno dowiedzieliśmy się że prorektor w Akademii Medycyny Uniwersyteckiej też została zaatakowana niespodziewaną karą, bo odważyła się wystartować w uczelnianych wyborach przeciwko rektorowi. Pytam więc – czy dziwota, że polskie uczelnie w rankingach światowych schodzą na miejsca w kolejnej setce?

Wracając do sprawy doktora Korczaka. Mamy przed sobą gruby segregator dokumentów. Ciągnie się to wszystko od kilku lat. Zarabiają prawnicy i redaktorzy. Tylko jak nieporuszona skała stoi sobie – szacowny gmach przy zbiegu Alei Niepodległości i Rakowieckiej. Skrzypią przejeżdżające tramwaje, mkną pod ziemią wagony metra. Ale nic to! Władze uczelni udają, że nic się nie stało. Głupota?

Mówią mi: oj, poprzedni rektor to dbał o ludzi. Mówią studentki 3-4 roku:

– To najbardziej lubiany i kontaktowy nauczyciel. Zawsze na jego wykładach są tłumy. Czytam pochwalne wpisy. Nic to!

Obywatelka – Dziekan rządzi niezawiśle. Pozbyła się kolegi, któremu wiele zawdzięczała.

Co dalej?

Dr Korczak jest naukowcem kochającym swoją historyczno-filozoficzną specjalizacją. Ma bogaty dorobek w publikacjach, również w językach obcych. Wydawał na różnych zagranicznych uczelniach. Tu – u siebie – spotkał się z podłością i obojętnością. Władzo, przyjrzyj się sprawie.

Mamy nowe władze resortowe. Bardzo proszę wyznaczyć uczciwą osobę do wnikliwego przyjrzenia się temu naukowemu bandytyzmowi. Panie ministrze szkolnictwa wyższego, niech pan nie zwleka.

W polskim szkolnictwie wyższym – jak się teraz dowiadujemy – wyrosła mafia sprzedająca dyplomy wyższych uczelni. Dziesiątki tysięcy dyplomów. Brały je nieroby i tumany, by powiesić nad biurkiem prezesowskim lub dyrektorskim. Herszt bandy przyznał się, pokajał i robi teraz za świadka koronnego. Chce uniknąć kary. Czy tak samo ma być na zasłużonej warszawskiej uczelni?

W ciągu moich długich lat pracy (60!) wielokrotnie stykałem się z profesorami SGGW. Zawsze po tych rozmowach wychodziłem wspaniale podbudowany i wręcz dumny, że przynajmniej na ” zielonej” uczelni są godne kadry.

Nauka na przyszłośc…

Sprawa doktora Korczaka to dzwon alarmowy. Trzeba to wszystko zbadać i naprawić.

Fachowcom trzeba płacić. I to dobrze. Dobrych trzeba hołubić i szanować. Od tego są nie tylko rektorzy, senaty uczelniane ale i głos studencki powinienem zabrzmieć. A na każdej uczelni wszyscy, aż po ciecia, doskonale wiedzą who is who!

Wielka, wspaniała (przynajmniej „na oko”) uczelnia, ogromne kampusy i pola własnościowe nad Wisłą dzierżawione i ładnie uprawiane. Jej tysiące polskich i zagranicznych studentów. Dlaczego nie ma tu miejsca dla jednego dobrze przygotowanego człowieka nauki, który teraz wędrować musi po kraju żeby zarobić na życie? Życie humanisty, których tak bardzo potrzebujemy w rozpasanym i nadgniłym świecie.

Sokrates mówił, że szczęście człowieka może być dwojakie – wewnętrzne i zewnętrzne. Te pierwsze zawsze można znaleźć w sobie – poprzez dobrą pracę, pożyteczność osobistą w społeczeństwie. A to drugie – to bogactwo, zasobność, dobytek.

Kto jest kim – to przedstawiciele nauki powinni dostrzec.

Profesor Józef Wieczorek od lat walczący o naprawę polskiej nauki na swoim „Blogu Akademickiego Nonkomformisty” pisze o książce wydanej przed 50-ciu laty „Historia naturalna polskiego naukowca” i cytuje: „…pasożytów nauki, tj. karierowiczów, którzy nie mają kwalifikacji do uprawiania zawodu naukowca, a tytuły naukowe zdobyli dzięki względom pozanaukowym, można zapytać, czemu w wyniku transformacji, licznych reform domeny akademickiej w tej materii tak naprawdę nic się nie zmieniło?”.

 

 

Kumoterstwo proste, czyli, jak pisze WALTER ALTERMANN: Sociumtyzm

Takiego pojęcia jak sociumtyzm jeszcze nie ma, ale najwyższa pora wprowadzić je do obiegu. Otóż sociumtyzm jest bliski znaczeniowo nepotyzmowi, a właściwie urobiony na podobieństwo starego, dobrze znanego nepotyzmu.

Najpierw czym jest nepotyzm. Nepotyzm (z łaciny nepos – wnuk, potomek) to faworyzowanie członków rodziny przy obsadzaniu stanowisk i przydzielaniu godności, Nepotyzm istniał od zawsze i będzie istniał na zawsze.

A czym miałby być sociumtyzm? Otóż sociumtyzm jest tym  samym co nepotyzm, ale dotyczy nie rodzin, ale partnerów osób nie będących w związkach heteronormatywych. Przykład? Proszę bardzo. Oto do Parlamentu Europejskiego startują panowie Śmieszek i Biedroń. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że pan Robert Biedroń jest współprzewodniczącym partii Nowa Lewica, to jak nazwać forowanie swego partnera na te listy, jak nie nowoczesnym nepotyzmem, alias sociumtyzmem?

Bo socium po łacinie znaczy właśnie partner.

Nic nie mam przeciwko orientacji obu panów, nie mam nic i przeciw temu, że ostatnio, publicznie na scenie teatralnej w Kielcach wzięli symboliczny ślub. Ich sprawa. Jeżeli jednak dochodzi do tego, że współprzewodniczący NL wpisuje na listy swego partnera (sociuma), to mamy klasyczny przykład wspierania się w obrębie związków. Czyli mamy sociumtyzm, czyli nowoczesny nepotyzm.

Nadto, pan Śmiszek w telewizji mówił ostatni, że on startuje dlatego, bo każda partia wystawia najlepszych. Czyli dochodzi jeszcze grzech nieskromności. Naprawdę nie wypada o sobie samym mówić takie pochwały. Chyba, że walczy się w klatce i zapowiada się uśmiercenie przeciwnika. Ale nie podejrzewam pana Krzysztofa Śmiszka, żeby wyszedł na jakikolwiek (poza politycznym) ring.

Normalny nepotyzm

Gdy najpierw karierę polityczna robi ojciec, a potem jego syn. Chodzi mi tu o panów Schreiberów – Grzegorza, ojca i jego syna Krzysztofa. Powie ktoś, że wielkie talenty same przebijają się do pierwszych politycznych kręgów. Teoretycznie jest to możliwe, ale jakoś wydaje mi się to mało prawdopodobne, żeby syn nie korzystał ze wsparcia ojca.

Owszem, w nauce i sztuce znamy niezwykle uzdolnionych ludzi przez pokolenia. Ale tutaj pachnie nepotyzmem na kilometry.

Przed jakichś 30 laty laty któraś z gazet podjęła temat niepojącego zjawiska, które charakteryzowało się tym, że obok matek i ojców sędziów, pojawia się coraz większe grono ich córek i synów. I to samo dotyczył również dzieci adwokatów. Wtedy pomówieniom dał silny odpór pewien ważny sędzia. który tak odpowiedział na zarzuty: „Prawo wysysa się z mlekiem matki, nasiąka się jego atmosferą w domu”.

Pewien młody sędzia zwierzał mi się kiedyś, że sądy w Polsce są najbardziej prorodzinnymi instytucjami. Na korytarzach bowiem ciągle słyszy się ciociu i wujku. Rzecz bowiem w tym, że sądy to nie tylko sędziowie, ale cała masa urzędników, których oczywiście przyjmuje się na stanowiska bez żadnego konkursu, lub w konkursach, w których decydują wujowie, ciotki i rodzice.

I to jest bardzo ucieszny determinizm nepotów, którzy potem się dziwią, że ludzi nie cenią ani sędziów, ani adwokatów. Nie mówiąc już o politykach.

Komórki czyli powszechne śmieszności dnia codziennego

Żeby powiedzieć to wprost – śmieszności dotyczą nie tylko ludzi z pierwszych stron gazet. Całe nasze społeczeństwo bywa bardzo śmieszne. Pamiętam czasy, gdy pojawiły się w Polsce pierwsze komórki telefoniczne. Były to telefony wielkości starych telefonów, z normalnymi słuchawkami na przewodzie, który był podłączony do wielkiego pudełka telefonicznego. Od klasycznych stacjonarnych telefonów różniły się tym, że miały sporą teleskopową antenę oraz rączkę, do przenoszenia takiego ustrojstwa.

I najważniejsze! Te pierwsze urządzenia, te protokomórki były potwornie drogie, tak przy zakupie, jak przy opłacie comiesięcznego abonamentu. Wtedy to większość Polaków w ogóle nie wiedziała jeszcze w czym rzecz. Ale bogaci wiedzieli, mieli już takie komórki i lubili się z nimi pokazywać. Żeby biedotę szlag trafiał.

Pamiętam, że w typowym. niedużym sklepie spożywczym stanął w kolejce jegomość, który dzierżył w ręku takie coś. Ale nikt jakoś do niego nie dzwonił. Powstało zatem w kolejce wrażenie, że osobnik jest trochę „nie tego”. Wtedy ów pan, żeby szaraczkom wyjaśnić w czym sprawa, wybrał numer i po chwili powiedział do słuchawki –  „To kartofle też kupić?” Ale skutku popisania się przed gawiedzią nie osiągnął, bo dzicz nie wiedziała w ogóle o co chodzi.

Potem nastał czas komórek trochę nowszych, ale i tak miały wielkość połowy bagietki, tyle że potwornie ciężkiej. I również z tymi bagietkami maszerowało po ulicach, stało w kolejkach mnóstwo ludzi tocząc banalne rozmowy. I w większości byli to młodzi ludzie, ale „na stanowiskach”. Nie byli to dyrektorowie departamentów, nie byli to prezydenci miast, ot taki trzeci rząd ważności. Jednak to ciężkie i duże komórki świadczyły o ich ważności.

A potem komórki spowszedniały, stały się nawet utrapieniem i dzisiaj nikt nikomu komórką w oczy nie błyśnie. Co do tych komórek jeszcze, to stały okropnym narzędziem zniewolenia pracowniczego. Firmy dają ludziom komórki, z niedużym limitem rozmów, a potem kierownicy i dyrektorzy wydzwaniają do pracowników po nocach, ślą im jakieś głupie dyspozycje SMS-ami, czyli traktują pracowników jak niewolników na smyczy. Może wreszcie jakiś rząd zwróci uwagę, że to jest zniewolenie i wprowadzi prawo, które zakaże takiego mobbingu.

Na koniec dodam tylko, że ludzkość przez tysiąclecia rozwijała się bez komórek, a może dlatego w ogóle się rozwijała, że  nasi przodkowie komórek nie używali?

 

PRESS donosi i PRESS radzi, kiedy PRESS i ciebie zdradzi?

Ach ci nasi wrogowie. Mogliby być inni, ale wówczas nie byłoby tyle zabawy. Na przykład Press, miesięcznik i portal Press. pl, robi co może, aby „obrazić” Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Nie możecie kochani zmyślacze z Press, bo obrazić nas mogą tylko ludzie mający honor i dziennikarski pazur. Paznokcie w Press już dawno połamane, bo „dziennikarze” tej imitacji przeglądu branżowego rzucając się na SDP – organizację tysięcy dziennikarzy o różnych poglądach – nie zauważają, że honor to m.in. godność, którą trudno dostrzec w paplaninie medium zmagającym się z kryzysem we własnej redakcji.

Przypomnieć należy,  że w 2023 r. były już redaktor naczelny Press został posądzony o mobbing – skarżyło go o to m.in. na łamach Gazety Wyborczej ponad 40 osób. Słabo wyszło, bo medium, które od lat teoretycznie broniło innych mediów nie potrafiło same obronić się przed zarzutami redakcyjnej patologii. Nagrody Press też straciły w związku z tym swój prestiż. Gasnący szybko, ale jednak w środowisku libernanym i lewackim żarzący się jeszcze wyraźnie. Zmiana kierownictwa jeszcze ten „prestiż” przygasiła i spowodowała w Press nerwowe ruchy, czego objawem jest niesłabnący od miesięcy atak między innymi na Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Dlaczego? Wystarczy przejrzeć doniesienia na SDP na elektronicznych  łamach Press. Ostatnio, jak zawsze o upolityczneieniu SDP i niezadowoleniu naszych władz z awansu Polski o 10. miejsc w międzynarodowym rankingu wiarygodności medialnej podczas ubiegłorocznego,  bezprawnego ataku na media publiczne.

PRESS donosi

Poza nerwowym sytuowaniem SDP po prawej stronie polskiej scenie politycznej i sugestiami, że bezpośrednio podlegamy Jarosławowi Kaczyńskiemu, Press ma obsesję na naszym punkcie. Wiele razy tylko w ub.r. Press zajmowało się SDP. Nawet kiedy nic nie robiliśmy czujne oczy Press obserwowały, czy nie chcemy naszego kraju przyłączyć do Węgier, a już broń Boże do Stanów Zjednoczonych.

Atak Press w reakcji na naszą krytykę nierzetelenego rankingu Reporterów bez Granic (Przyzwoitości) był tyleż wściekły, co śmieszny. Bo ograniczył się do komentowania dowcipu zamieszczonego w jednym z artykułów na sdp.pl, a nie do oceny stanu faktycznego. Tym bardziej, że w ranking RBG nie wierzą już nawet duże organizacje dziennikarskiej krajów Zachodu.

Kolejnym sensacyjnym doniesieniem dotyczącym SDP była na wirtualnych łamach Press notka o tym, że „SDP utrudnia korzystanie z Domu Dziennikarza w Warszawie. SDRP protestuje”. Wybaczamy wam kochani ludzie z Press ten zgrzyt językowy w pierwszym członie tytułu i wyjaśniamy: Trzeba było wysłać autora śmiesznej notki na Foksal 3/5, aby przekonał się,  że każdy może wejść do DD, ale zamontowaliśmy monitoring, zatem trzeba przycisnąć guziczek z numerem lokalu odpowiedniej instytucji i drzwi staną otworem. No i jeszcze jedna przykra dla Press rzecz. Pisaliście o postkomunistycznym SDRP – organizacji złożonej głównie z ludzi, którzy przyklaskiwali władcom PRL w prowadzeniu przez tychże sowieckiej polityki medialnej w Polsce do 1989 r. a może i dłużej. SDRP zostało zawieszone w prawach członka Europejskiej Federacji Dziennikarzy. Za to, że SDRP nie odprowadzało składek. Może o tym też Press napisze…

PRESS radzi

Właściwie nie radzi, po prostu wie, jak wszystko w polskim dziennikarstwie powinno funkcjonować, a szczególnie w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich – ulubionym obiekcie redakcyjnej krytyki. Krytyką Press – i to nie zbyt życzliwą – objęci są również członkowie Zarządu Głównego SDP, mi.in.  prezes Krzysztof Skowroński, wiceprezes i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Jolanta Hajdasz oraz sekretarz generalny SDP i red. nacz. portalu sdp. pl Hubert Bekrycht. I tu już nie ma żadnych rad, tu są gotowe ataki, bez komentarza strony atakowanej, czyli bez „soli” dziennikarstwa – drugiej strony konfliktu.

Jeden z tytułów Press – redakcji, która sama ma problemy z szacunkiem dla swoich pracowników – głosi: „SDP wierne PiS”. A potem Press, które chyba nie uczestniczyło w opisywanym spotkaniu dziennikarzy z przedstawicielami Komisji Europejskiej komentuje: „Gdyby Jolanta Hajdasz chciała uczciwie opowiedzieć przedstawicielom KE o sytuacji mediów w naszym kraju, powinna zacząć od tego, że reprezentuje skrajnie upartyjnioną organizację” – napisano w Press. Gdyby Press chciało być uczciwe przestałoby pisać bzdury. Wystarczyło zapytać szefową CMWP o opisywane spotkanie.

Czy PRESS zdradzi? 

Pytanie nie jest trudne, ale trzeba postawić nieco inne. Czy medium poświęcone dziennikarstwu i mediom reprezentuje jeszcze dziennikarzy, czy sektor mediaworkerów i rozmaitych agencji, domów mediowych oraz reklamodawców?

Nie, Press nie reprezentuje już dziennikarzy i to nie tylko dlatego, że tak zawzięcie krytykuje dużą ich grupę zrzeszoną w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. Redakcja Press zdradziła nawet sama siebie przez lata milcząc o swoich problemach z – jak to określono – mobbingiem.

A skoro w Press tak nie lubią dowcipów, które czasem tu publikujemy to znaczy, że nie mają poczucia humoru, a to już dla dziennikarzy wręcz niebezpieczne. Postanowiliśmy pomóc…

Mark Twain redagował gazetę rolniczą i wtedy jeden z reporterów spytał go:

– Czy potrafi pan odróżnić świnię od dziennikarza?

Twain popatrzył na pytającego i odparł: – Chyba nie.

Krzysztof Ziemiec uruchomił swój kanał na YouTubie

„Otwarta Konserwa” – tak nazywa się nowy kanał na YouTubie, który uruchomił były wieloletni dziennikarz Telewizji Polskiej Krzysztof Ziemiec. W publikowanych tam programach mają się pojawiać rozmowy o ważnych sprawach: polityce, społeczeństwie, sprawach międzynarodowych, kulturze.

Jak czytamy w opisie kanału „Otwarta Konserwa” tworzona będzie przez „kolektyw doświadczonych dziennikarzy, którym równie bliskie są konserwatywne poglądy jak też otwartość na dyskusję i inny punkt widzenia” . W programach mają się pojawić rozmowy o sprawach ważnych: polityce, społeczeństwie, sprawach międzynarodowych i kulturze.

„Nie będzie tematów tabu, nie będzie rozmów  ocenzurowanych, nie będzie rozmów na kolanach, z wazeliną. Będą tylko tematy ważne i ważni goście, ci którzy mają coś po prostu ciekawego do powiedzenia” – zapowiada Krzysztof Ziemiec w materiale promującym kanał opublikowanym w mediach społecznościowych.

W pierwszym programie, który pojawił się na nowym kanale, dziennikarz mówi m.in. czy warto było pracować w TVP.

opr. jka, źródła: X,YT

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Obchodzenie Dnia Zwycięstwa w Polsce nie ma sensu

Od kilku lat Polska obchodzi Narodowy Dzień Zwycięstwa 8 maja jako oficjalne święto państwowe. Wcześniej, tak jak wszystkim podbitym przez Sowietów Europejczykom, kazano nam świętować 9 maja. Ale wprowadzona w 2015 r. przez Platformę Obywatelską zmiana zegarków – z czasu moskiewskiego na czas Greenwich – nie wystarczy. Bo kłamliwy sens tej rocznicy pozostał. Bo dalej mamy cieszyć się ze zwycięstwa, którego nie było.

Wyzwolona spod okupacji niemieckiej Polska znalazła się automatycznie pod okupacją sowiecką. Dobrze obrazuje to krążący w internecie rysunek, na którym uzbrojony Sowiet pilnuje uwięzionych za drutami Polaków, a powyżej czytamy: „Rok 1945. Koniec II wojny światowej. Polacy w obozie zwycięzców”.

Ten obóz był utrzymywany siłą przez NKWD i kolaborujące jednostki UB, KBW czy Informacji Wojskowej. W tej podróbce Polski, sowieckiej kolonii, władzę sprawowali przebierańcy pełniący obowiązki Polaków. Marionetki Moskwy, zdrajcy i zbrodniarze: od tow. Bieruta do tow. Jaruzelskiego. Od sędziego Widaja czy Michnika do sędziego Iwulskiego. Od Mariana Cimoszewicza (ojca) do Włodzimierza Cimoszewicza (syna).

W tym obozie dziesiątki tysięcy Polaków były represjonowane i mordowane. Obce, totalitarne i nielegalne (bo nigdy nie wybrane przez Polaków) rządy trwały aż do 1989 r.

No i jak tu mówić, że w maju 1945 r. Polacy odnieśli zwycięstwo, że wojna na naszych ziemiach się skończyła, skoro z czerwonym intruzem walczyli dalej polscy żołnierze – wyklęci przez komunistów Żołnierze Niezłomni. Ich samotny, toczony do połowy lat 50. bój kończył się przeważnie śmiercią lub długoletnim więzieniem oraz represjami dla wszystkich członków rodziny.

Ale wracając do owego „zwycięstwa” 1945 r. – znamienny jest fakt, że tylko w maju doszło do dwóch wygranych bitew. Pod Kuryłówką 7 maja oddziały partyzanckie Narodowej Organizacji Wojskowej odparły trzy ataki NKWD, zabijając 57 wrogów (przy stratach własnych 7). W Lesie Stockim 24 maja zwycięstwo nad o wiele większymi siłami nieprzyjaciela odnieśli AK-owcy dowodzeni przez majora Mariana Bernaciaka, ps. Orlik.

Ale również brak defilujących w Londynie 8 czerwca 1946 r. polskich żołnierzy należy traktować jako symbol nieistnienia niepodległej Polski. A dziś, po odzyskaniu niepodległości, Polska powinna się zdecydować: świętować Narodowy Dzień Zwycięstwa czy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Bo albo nastąpił czas pokoju i żołnierze wrócili do domów, albo wojna trwała dalej w idei i czynie II konspiracji niepodległościowej. Obchodzenie obu rocznic to schizofrenia.

O tej schizofrenii powinny nam przypominać również wydarzenia w Grajewie. W nocy z 8 na 9 maja 1945 r. 200 żołnierzy Jana Tabortowskiego, „Bruzdy”, majora Wojska Polskiego, żołnierza AK i WiN, wkroczyły do miasta. Przed akcją dowódca wygłosił krótką pogadankę, że wojna cały czas trwa, Sowieci chcą zniewolić Polskę, a oni, polskie wojsko, muszą pokazać światu swój sprzeciw. Sprzeciw wobec „wyzwolenia” tych terenów kilka miesięcy wcześniej, które polegało na mordach, grabieżach i gwałtach. Była to kontynuacja czerwonego barbarzyństwa, które trwało od 17 września 1939 r. do 22 czerwca 1941 r.
Polskie wojsko, po zablokowaniu dróg dojazdowych do Grajewa i zajęciu gmachów UB, MO i sowieckiej komendantury (bronionej przez kilkudziesięciu krasnoarmiejców), wypuściło z aresztów ok. 100 żołnierzy podziemia. Dla więźniów było to realne wyzwolenie. Po polskiej stronie poległ jeden partyzant. Podczas odwrotu rozbrojono jeszcze posterunek milicji w Szczuczynie i zlikwidowano punkt łączności Armii Czerwonej pod miejscowością Łojki. Kilku największych okrutników z NKWD i „polskiego” UB rozstrzelano. Milicjantów, po przysiędze, że więcej nie będą represjonowali Polaków, zwolniono. Akcja w Grajewie nie była jedyną tego dnia. W Dąbrowie Tarnowskiej ok. 40-osobowy oddział Tadeusza Musiała „Zarysa” rozbił miejscowe więzienie i uwolnił ok. 80 przetrzymywanych. Z kolei w Białymstoku ponad 100 więźniów opanowało część katowni i wydostało się na wolność.

To było prawdziwe wyzwolenie. Nie z rąk komunistów, tylko od komunistów. A ponieważ Polska w wyniku zdrady mocarstw nie została od komunistów wyzwolona, dlatego obchodzenie Dnia Zwycięstwa nie ma żadnego sensu. I drugorzędne jest to, że decyzją Platformy Obywatelskiej celebrować mamy teraz nie 9, tylko 8 maja – co najwyżej wróciliśmy niniejszym do zachodniej strefy czasowej.

Drugorzędne, czy na placu Czerwonym w Moskwie obok następcy zbrodniarza Stalina, czy na Westerplatte w towarzystwie byłych współpracowników Hitlera (Chorwacja, Litwa, Rumunia, Ukraina, Węgry). W tym drugim miejscu – gdzie rozpoczęła się II wojna światowa – oddaje się zresztą hołd ofiarom nie niemieckiej, ale „nazistowskiej” agresji, a nawet „nazistowskim” ofiarom.

Obchodzenie kolejnych rocznic 8 maja nie ma sensu, bo tego zwycięstwa w 1945 r. nie było. I nie dlatego, że formalnie II wojna światowa skończyła się dopiero 2 września, kiedy Japonia skapitulowała przed aliantami na Pacyfiku. Również nie dlatego, że Polacy – najwierniejszy sojusznik Anglosasów – nie zostali zaproszeni na paradę zwycięstwa do Londynu. Dlatego jednak, że dla Polski ta wojna w ogóle się nie skończyła. Ok. 200 tys. polskich żołnierzy nie złożyło broni i walczyło dalej – przeciwko sowieckiemu zniewoleniu – przez następnych 10 lat. W ramach ostatniego polskiego antysowieckiego i antykomunistycznego powstania.

Major Jan Tabortowski „Bruzda” zginął w walce z polskimi kolaborantami Stalina w sierpniu 1954 r. Trzy lata później los dowódcy podzielił Stanisław Marchewka, „Ryba” – ostatni oficer poakowskiego podziemia, który poległ z bronią w ręku. Przez następnych sześć lat ukrywał się już tylko Józef Franczak „Laluś”. Szczątki „Bruzdy”, które czerwoni oprawcy wrzucili do bezimiennego dołu, do dziś nie zostały odnalezione.

Ale 8 maja Grajewo obchodzi w ostatnich latach wyzwolenie od komunistów. A Instytut Pamięci Narodowej edukuje o tym, co naprawdę stało się w maju 1945 r. Dzięki takim akcjom wyzwalamy się z sowieckiej okupacji naszych umysłów. I to jest prawdziwy polski dzień zwycięstwa.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Wolne media w służbie niezależnej prokuratury

Władza chce byśmy przez długi weekend wracali do sprawy oskarżeń wobec byłego szefa Orlenu, więc wróćmy. Do zwołanej de facto przez premiera konferencji “niezależnych” prokuratorów, która miała być koronnym dowodem dla publiki. To, że nie zadano na niej kilku najważniejszych, oczywistych pytań o samą tę konferencję i model działania prokuratury w tej sprawie jest najbardziej ponurym świadectwem roli jaką dziś pełni większość mediów. 

O pardon. Z sali padło jedno trudne pytanie, łatwo się domyślić skąd. W pewnym momencie Michał Jelonek z Republiki zapytał prokuratora krajowego o inne śledztwo, w sprawie poświadczenia nieprawdy przez Bartłomieja Sienkiewicza. Prokurator krajowy Daniel Korneluk odparł, że wie, ale nie powie, bo nie może. Było to bodajże jedyne pytanie, które brzmiało tak, jakby nie przysłano go wcześniej z kancelarii premiera.

Ktoś powie, że pisowska przesada. Tylko, że chwilę wcześniej jeden z dziennikarzy, takich lepiej poinformowanych, co zawsze ma “informacje ze swoich źródeł”, radził komuś w prywatnym mejlu, by atak na Obajtka nie skupiał się na Hezbollahu – bo “tamta strona” to ośmieszy i wykorzysta – a na osobie prezesa szwajcarskiej podspółki Orlenu. Pierdoła zamiast w wiadomości prywatnej zrobiła z tego ogólną wiadomość na serwisie X. Ciekawe do kogo pisała? Pewnie nie miało to żadnego związku z bezpośrednim konsultowaniem strategii między rządem, mediami i prokuraturą. Ot, to była po prostu taka abstrakcyjna próbka dziennikarska, surrealistyczny żart ze strony faceta, który nigdy w życiu wcześniej nie żartował. Podobnie jak żartem była grupa “Wejście” wkraczająca do PAP i wzorce biorąca od twórcy stanu wojennego, w której nowy prezes, likwidator, czy jak mu tam, siebie samego uważający za dziennikarza, wprost meldował politykom i obsługującym ich prawnikom każdy swój krok. Ale i po tym pytaniu Michała Jelonka – wracając do naszej konferencji – zabrakło kolejnego pytania.

Jak to jest, że jedno, proste w sumie śledztwo – bo Sienkiewicz skłamał albo nie i wystarczy sprawdzić jaki był stan formalny by to stwierdzić – jest tak diabelnie delikatnie, tak subtelne, a zarazem tak bardzo łatwo tu kogoś skrzywdzić, że prokuratora po prostu powiedzieć nic nie może. Za to w sprawie handlu ropą naftową na największą skalę w Europie Środkowej, największej fuzji gospodarczej w naszym kraju od kilkudziesięciu lat, nad którą pracowały dziesiątki audytorów, firm prawniczych, finansistów i księgowych, jego koleżanka, prokurator generalna Małogarzata Adamajtys po prostu wychodzi i sypie oskarżeniami jak z kapelusza. Tylko po to by prokurator Korneluk stwierdził na koniec, że śledztwa są bardzo skomplikowane, a wszystko jest na etapie początkowym. Nikt nie wpadł na to, by zapytać, jak to jest, jak śledztwo jest skomplikowane i na etapie początkowym, a pani prokurator Adamajtys sypie gotowymi tezami?

Nie zadano wreszcie najważniejszego pytania. Jak to jest, że premier tuż przed majówką robi mocną medialną wrzutę, wzywa prokuratora generalnego “do roboty”, ten wysyła dwoje swoich ludzi, by się wykazali, a oni jąkają się w sprawie, o której nie mają pojęcia. Sprawie, która wygląda w związku z tym na szytą politycznie, a swoje tezy powtarzają za… mediami, czego nie kryją? Potem te same media powtarzają to mówiąc, że… prokuratura powiedziała.

Nie wiem, czy Daniel Obajtek jest winny czy niewinny, ale wiem, że tuż przed weekendem mieliśmy do czynienia z prezentacją polityczno-prokuratorsko-medialnej maszynki do mielenia ludzi. Ta maszynka ani z prawem, ani z niezależnością prokuratury, ani tym bardziej, niezależnością mediów do nie ma nic czynienia. Za to może, gdy się ją włączy, sprawnie kogoś przemielić i zniszczyć. Kogoś, kto obecnej władzy przeszkadza albo kogoś, kto po prostu zasłoni inne rzeczy, jak choćby kwestię rezygnacji z budowy CPK. Bo przecież po to ten objazdowy cyrk usłużnych prokuratorów i dziennikarzy Tusk wezwał.

 

Szef Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji zlecił windykację kary nałożonej na Radio ZET

Przewodniczący KRRiT Maciej Świrski polecił windykację od spółki Eurozet, do której należy Radio ZET, niezapłaconej kary w wysokości 476 tys. zł nałożonej przez Radę za przekaz dezinformacyjny.  

„Z powodu nieuiszczenia, pomimo upomnienia, przez spółkę Eurozet Radio kary pieniężnej w wysokości 476 000 zł poleciłem windykację od dłużnika należności niepodatkowych dla Skarbu Państwa. Kara została wymierzona za propagowanie w roku 2022 oczywistej dezinformacji, jakoby polskie służby utraciły zaufanie służb USA i dlatego Amerykanie przemycali bez wiedzy polskich służb przez terytorium Polski prezydenta Zelenskiego w jego podróży do Stanów Zjednoczonych”  – napisał przewodniczący KRRiT Maciej Świrski w serwisie X.

Sprawa dotyczy informacji podanej w grudniu 2022 roku przez reportera Radia ZET Mariusza Gierszewskiego, który miał ustalić, że amerykańskie Secret Service przewożąc przez Polskę Wołodymyra Zełenskiego w czasie jego podróży do Stanów Zjednoczonych nie zwróciło się o pomoc do naszych służb i policji.

Kara na Eurozet w wysokości 476 tys. zł została nałożona w sierpniu 2023 roku. KRRiT poinformowała wówczas, że przewodniczący Maciej Świrski, po przeprowadzeniu postępowania wszczętego z urzędu, stwierdził naruszenie przez spółkę Eurozet art. 18 ust. 1 ustawy o radiofonii i telewizji poprzez emisję przekazów sprzecznych z prawem, z polską racją stanu i poglądów sprzecznych z dobrem społecznym tj. przekazów dezinformujących opinię publiczną w sprawie okoliczności przejazdu prezydenta Ukrainy przez terytorium Polski, wyemitowanych w programie Radia ZET.

Na początku kwietnia 2024 roku szef KRRiT skierował do windykacji karę w wysokości 550 tys. zł jaką TVN miał zapłacić za emisję reportażu „Bielmo. Franciszkańska 3”. 16 kwietnia Rada poinformowała na swojej stronie internetowej, że kwota ta została wyegzekwowana przez Urząd Skarbowy.

opr. jka, źródła: X, KRRiT

 

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Wojna na Ukrainie pomaga wybielać życiorysy

Publiczne popieranie wojny na Ukrainie to w Rosji coraz powszechniejszy sposób na odkupienie swoich win dla osób, które popadły w konflikt z prawem lub naraziły się Kremlowi.   

Nie jest tajemnicą, że, Moskwa aktywnie rekrutuje więźniów na wojnę na Ukrainie. Jest to m.in. sposób na odciążenie przepełnionych więzień. Tysiące więźniów korzysta z takiej możliwości, gdyż jest to szansa na ulgę od brutalności i tortur, dość powszechnych w rosyjskich zakładach karnych. Nie odstrasza ich fakt, że Rosja tworzy z uwolnionych więźniów tzw. bataliony szturmowe, które rzuca w celu przedarcia się przez najniebezpieczniejsze rejony frontu. „Żywotność” takiego oddziału często ogranicza się do jednego, dwóch lub trzech ataków.

Niemniej jednak części uwolnionych więźniów udaje się przeżyć. Wracali oni później do swoich rodzinnych miejscowości i kontynuowali przestępczą działalność – popełniali morderstwa, rabunki. Dlatego władze rosyjskie zmieniły już zasady werbunku i przy zawieraniu umowy rekrutacyjnej decydują się nie ułaskawiać, a jedynie zwalniać pod nadzorem.

Taka metoda formowania armii zdążyła już jednak zrodzić kilka niebezpiecznych trendów w rosyjskim społeczeństwie.

Co ciekawe, nawet kobiety osadzone w zakładach karnych zaczęły wykorzystywać ten sposób wydostania się na wolność. Na przykład była szefowa rosyjskiego ministerstwa kultury Krymu Arina Nowosilska, skazana w 2022 roku na 10 lat więzienia za otrzymanie szczególnie dużej łapówki w wysokości 17 mln rubli, miesiąc temu złożyła władzom więziennym oświadczenie, że zamiast przebywać w więzieniu, wolałaby udać się na wojnę z Ukrainą. Poinformowały o tym rosyjskie środki masowego przekazu, powołując się na moskiewską Komisję Nadzoru Społecznego. Najwyraźniej Arina Nowosilska, która była także jedną z inicjatorów aneksji Krymu w 2014 roku, również ma nadzieję, że uda jej się dostać pracę nie w roli „szturmowca Z”, ale przetrwać na bezpiecznej pozycji i odzyskać wolność.

Nie jest to zaskakujące, ponieważ szereg rosyjskich „patriotów”, którzy zszargali swój wizerunek przed władzami rosyjskimi i popadli w niełaskę, próbuje wybielić swój życiorys, uczestnicząc w wojnie lub po prostu usprawiedliwiając wojnę. Jak zauważają niektóre rosyjskie media, wojna na Ukrainie stała się skuteczną pralnią dla rosyjskich pseudopatriotów, ponieważ dziś w Rosji cała sfera wizerunkowa dzieli się tylko na dwie części: albo jesteś przeciwny wojnie na Ukrainie, a wtedy jesteś wyrzutkiem i wszystkie drogi masz zamknięte, albo popierasz wojnę, a wówczas jesteś patriotą, „przyjacielem rządu” i wszystkie drogi są przed tobą otwarte. Co więcej, jeśli sam bierzesz udział w wojnie lub po prostu w jakikolwiek sposób ją wspierasz, to jesteś już bohaterem wartym wszystkich nagród i wyróżnień!

Sewastopolski serwis informacyjny ForPost donosi o typowym przypadku. W 2022 roku Rada Izby Adwokackiej pozbawiła adwokata Elmana Paszajewa statusu prawnika. Powodem było m.in. „przestępstwo dyscyplinarne Paszajewa”. Następnie udał się on na wojnę na Ukrainie. Były prawnik powiedział dziennikarzom, że od dwóch lat służy w 95. Pułku Strzelców.

Roman Bilik, solista zespołu „Bestie”, jako pierwszy rozwiązał problemy z reputacją wyjazdem na Donbas. W lutym 2022 roku potępił rozpoczęcie wojny. Kiedy jednak zabroniono mu koncertu na Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu i przerwano tournée po Rosji, muzyk zmienił stanowisko i poszedł śpiewać na „linii frontu”.

Bloger Dmitr Portniagin i jego żona zostali oskarżeni o niepłacenie podatków w wysokości ponad 124 milionów rubli oraz legalizację środków uzyskanych w sposób przestępczy. Portniagin także próbował rozwiązać swoje problemy poprzez wojnę. Zorganizował transport humanitarny na linię frontu. Z ziemianki opowiadał, że został ostrzelany i jak niebezpieczna jest teraz praca jako ochotnika w Donbasie. Ale to mu nie pomogło. 12 kwietnia bloger został zatrzymany w Rostowie nad Donem, gdy wrócił ze strefy działań wojennych.

Za przykładem Romana Bilika poszedł znany rosyjski artysta Filip Kirkorow, którego występy pod koniec ubiegłego roku zostały „odwołane” po wzięciu udziału w „nagiej” imprezie Anastazji Iwlejewej (pisałem o tym TUTAJ). Artysta został „wycięty” z noworocznych przedstawień i musicalu „Iwan Wasyliowycz zmienia wszystko”. Po tym wszystkim artysta udał się do Donbasu. W lutym Kirkorow przemawiał w szpitalu nr 2 w Gorłówce. Obdarował rannych żołnierzy prezentami, wykonał piosenkę, wygłosił płomienne przemówienie. Po tym występie Kirkorow wrócił do telewizji, a także do przewodniczenia jury programu „Maska”. Wznowiono jego działalność koncertową. Zaczął nawet żartować ze sceny, jak „wszedł do niewłaściwych drzwi”.

Inna uczestniczka „nagiej” imprezy – Dima Bilan – również na początku roku udała się do Donbasu z misją humanitarną. Według TARS dostarczyła sprzęt i datki na rzecz schroniska dla zwierząt  w Doniecku. Artystce wybaczono: 21 lutego podczas ceremonii otwarcia „Future Games” w Kazaniu wykonał rosyjski hymn państwowy. Wśród słuchaczy był prezydent Władimir Putin.

Organizatorka „nagiej” imprezy Anastazja Iwlejewa również planowała wyjazd humanitarny do Doniecka. Jednak mieszkańcy sprzeciwili się takiej próbie wybielania reputacji. Podróż Iwlejewej nie doszła do skutku. Mimo to blogerka nadal publicznie wspiera wojnę na Ukrainie.

Wielu „patriotów” w Rosji popiera takie zachowania gwiazd. Tak, bohater Rosji, szef prezydium organizacji „Oficerowie Rosji”, generał dywizji Sergiej Lipowy powiedział „ForPost”, że nie widzi nic złego w tym, że „skruszone” gwiazdy i blogerzy pomagają Donbasowi i żołnierzom. W szczególności stanął w obronie Kirkorowa: „Artysta również ryzykuje, że stamtąd nie wróci. A fakt, że Kirkorow poszedł rzekomo wybielić swoją winę, to jedna z opinii. Jest inne zdanie – wszyscy podejmują takie samo ryzyko: wolontariusze, artyści, piosenkarze i pisarze” – tłumaczył Lipowy.