Tak uczciwie mówiąc, kiedy myślę o popieraniu jakiegokolwiek postulatu aktorów i różnych innych artystów to raczej zapalają mi się wszystkie możliwe bezpieczniki. Ale ta akurat batalia dotyczy też dziennikarzy, a i polskiej gospodarki.
Kiedy widzę sędziwego już cokolwiek Daniela Olbrychskiego, jak między banalnym moralizmem, a obrażaniem dziennikarki, apeluje do narodu, to już nawet nie chce mi się śmiać i ironizować. Żenada i kolejne poziomy dna, które przebijało w ostatnim czasie to środowisko, sprawia, że już nawet na niektóre stare role, które do niedawna uwielbiałem, nie mogę patrzeć. Środowisko uwielbiające od 35 lat odmieniać słowo tolerancja, a mające tę główną cechę, że każdy, kto choć trochę się w nim wychyla, choć trochę jest inny, albo nawet niedostatecznie głośno pieje w chórkach tworzonych przez różnych wujów i dzidzia pernik ciotki rewolucji, jest bezwzględnie tępiony. Środowisko, które nie zająknęło się ani słowem w sprawie kolejnych nadużyć tej władzy, wyrzucania tysięcy ludzi na bruk, choćby ostatniej historii naszego kolegi Huberta Bekrychta zwolnionego dyscyplinarnie z PAP ewidentnie ze względu na działalność społeczną i poglądy. Kon-sty-tuc-ja! Właśnie wolność słowa w sposób jasny gwarantuje, a nie to, jak kto przykombinuje przy obsadzaniu KRS lub Trybunału Konstytucyjnego.
A jednak w jednej sprawie aktorzy mają rację, a nawet koszmarny dziadunio pan Daniel ma rację. Aktorom i twórcom należą się tantiemy od platform streamingowych, jak psu buda. Wydawało się, że nie mają na to większych szans. A to dlatego, że kochana władza, wasza kochana władza Drodzy Twórcy, wybierałaby między interesem was, czyli kiepskich często, pożal się Boże, ale jednak obywateli własnego kraju, a interesem globalnych graczy. Wielkich operatorów z doliny krzemowej i innych podobnych miejsc. I wyobraźcie sobie, że kapitał, który one stanowią ma narodowość. I tam są politycy, którzy też chronią interesy swoich, czyli jak najbardziej eksploatacyjnego modelu działania tych przedsiębiorstw w krajach trzecich. I teraz ambasador z tego kraju, ten który ma tak samo, jak miał jego tata, polskie nazwisko, jest taki fajny i cool, i popierał tę władzę podczas wyborów, i wszyscy mają z nim zdjęcie, no więc ten ambasador powiedziałby delikatnie naszemu premierowi, że te tantiemy to średni pomysł. Ciekawe kogo pan premier posłuchałby, pana Daniela czy pana ambasadora?
Sprawa w szerszym kontekście, który miejmy nadzieję nadejdzie, nie dotyczy tylko aktorów. Dotyczy dokumentalistów, a także w jakimś stopniu dziennikarzy. Nie miałaby szans, gdyby nie, uwaga, uwaga, tym razem pochwalę wyjątkowo Unię, faktycznie dwie dyrektywy unijne. Akurat w tym jednym przypadku cicha gospodarcza wojna Niemiec i Francji na coś się przydała. Do prawa autorskiego wprowadzane są zmiany.
Na tyle stać zresztą Unię, która nie jest w stanie wyprodukować dużego medium społecznościowego, platformy streamingowej, nawet Telegram powstawał gdzieś między Rosją, a Turcją. Na terenie Unii nie powstało nic nawet na tę miarę. Nawet aplikacja randkowa. Nic. Nawet Korea Północna, korzystając z zamknięcia kraju, stworzenia z niego swoistego intranetu wypracowała ponoć lepsze narzędzia niż jakiekolwiek z państw unijnych. Białoruś miała bardziej progresywny sektor IT, który zaczął się zadomawiać częściowo w Polsce, ale został nienawistnie potraktowany ostatnio przez polskiego premiera.
Cóż, ale nawet jak Europa zdycha z braku kreatywności to dobrze, że jakieś tam pieniądze, które zgarnęli ci bardziej kreatywni, zostaną komuś uczciwie wypłacone i trafią do polskiej gospodarki. Choć dobrze by było przede wszystkim, aby te koncerny zapłaciły wreszcie w Polsce podatki. A także, aby zrobiły to dużo solidniej niż niemieckie koncerny medialne… Ale o to raczej żaden aktor się nie upomni. Za to jakby coś, jakby ktoś chciał to przeprocedować, będzie zbiorowy protest song w obronie wolności słowa.
W gmachu głównym Sejmu w środę 26 czerwca odbyło się otwarcie Wystawy Wyszehradzkiej dokumentującej historię i współczesność Grupy Wyszehradzkiej, jednego z trzech najszybciej rozwijających się w ostatnich dekadach regionu świata. Jej organizatorem jest Instytut Współpracy Polsko – Węgierskiej im. Wacława Felczaka, współpracujący od dawna ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich i z CMWP SDP.
W uroczystym otwarciu wzięli udział ambasadorowie Czech, Słowacji i Węgier oraz członkowie Polsko – Węgierskiej Grupy Parlamentarnej. Wystawa została zorganizowana z okazji rozpoczynającej się 1 lipca polskiej prezydencji w Grupie V4 . Jej inicjatorem był dyrektor Maciej Szymanowski, który w ubiegłym tygodniu został nagle i bez podania przyczyny odwołany z tej funkcji przez premiera Donalda Tuska. W ubiegłym roku CMWP SDP oraz Instytut Współpracy Polsko Węgierskiej im. W. Felczaka zorganizowały wspólną konferencję na temat wolności słowa w krajach Europy Środkowej.
Grupa Wyszehradzka (V4) jest nieformalną regionalną formą współpracy czterech państw Środkowej Europy – Polski, Czech, Słowacji i Węgier, które łączy nie tylko sąsiedztwo i podobne uwarunkowania geopolityczne, ale przede wszystkim wspólna historia, tradycja, kultura oraz wartości.
Chłop orze i zbiera w pocie czoła. Ale najwięcej zarabia pośrednik. Producentów łupie się podatkami, a to przecież oni ryzykują, wkładają własne pieniądze, podejmują działalność gospodarczą, zatrudniają ludzi do pracy.
– Plasterkami ich powycinamy – zdecydował minister od mediów i wyjechał do Brukseli.
I tak się dzieje. Idą szeregiem na rzeź choć nowa władza następców nie przygotowała. Telewizja, radio, a teraz PAP. Nikt z nikim nie rozmawia. Nikt nie patrzy ile człowiek – dziennikarz przepracował lat. Związki zawodowe, stowarzyszenia zawodowe – nikt z ich głosem się nie liczy.
PiS, który ciągle jeszcze wierzy, że zwyciężą demokratyczne zasady gry, PiS, któremu w sposób bezczelny i bezsensowny wmawia się kolaboranctwo z Moskwą – czeka.
Ciekawe z czego mają żyć ci wyrzuceni bezpodstawnie i brutalnie. Jakie sądy, jacy sędziowie mają rozpatrywać ich słuszne pretensje. Bardak ogólny za chwilę osiągnie niebywały poziom. I będzie wszystko jedno kto co mówi i obiecuje. Ludzie po prostu przestaną słuchać kogokolwiek.
Władza z tego co zrobiła w – prawie, rolnictwie, mediach, „zielonym ładzie”, atomistyce, lotnictwie cywilnym, zakupach czołgowych, bredniach o wschodnim murze obronnym – się nie wygrzebie.
Tzw. decydenci najchętniej spieprzyliby na plaże. Pieniądze na życie wygodne sobie zapewnili. Teraz tylko położyć się na złotym, ciepłym piasku np. w Chałupach i drzemać z szumem bałtyckich fal w uszach. Złodzieje balcerowiczowscy pozbawili nas własności środków produkcji. Obywatelka ministra Nowacka chce nam odgryźć kawałek historii Polski – Pileckiego, Eugeniusza Kwiatkowskiego, COP i Gdynię. Ze zdesperowanych rolników, przewoźników transportowych władza śmieje się w kułak – a ujeżdżajcie sobie Polskę wzdłuż i wszerz. Przyjeżdżajcie do stolicy z krańców kraju. Teraz na ulicach jest dość luźno, pusto bo coraz więcej wypasionych bryk wyjeżdża z miasta.
Biedne, naiwne chłopaki skomlicie u pańskiej klamki. A przecież głosowaliście na tę władzę. Najwięcej głosów dostał pan Budka, ponad 300 tysięcy. Widziały gały co brały!
Po przyjęciu do Unii Ukraina stanie się zagrożeniem dla polskiego rolnictwa, a nasze płody rolne będą magazynowane w niemieckich silosach. Zysk zawsze odnotowują pośrednicy. Nie tylko zagraniczni, bo i krajowi. Nie baczą co ważne dla producentów. Są bezkarni. Podano do publicznej wiadomości, że aż 500 podmiotów nielegalnie sprowadziło miliony ton zboża z Ukrainy i Rosji. Ale nie dowiedzieliśmy się kto to był, kto nadal to robi. Ministrowi rolnictwa, który podał w pierwszych dniach urzędowania tę informację zamknięto twarz a potem odebrano stanowisko. Jacy ludzie zrobili przekręt – nie wiemy. Zresztą przekręt ten trwa nadal. Magazynów na ukraińskie zboże nie buduje się i nie zanosi się, że będą budowane. Podobnie jest ze sprowadzanym do Polski węglem. Przy gdyńskim nabrzeżu węglowym i porcie północnym w Gdańsku raz po raz pojawiają się jakieś tajemnicze jednostki przywożące do Polski węgiel – 500, tysiąc ton. Kto zawiaduje tym biznesem?
Nie ma nadal rzetelnej informacji reporterskiej. Obrazki pokazujące transporty zboża, transporty węgla nie istnieją w telewizji.
Chłop orze i zbiera w pocie czoła. Ale najwięcej zarabia pośrednik. Producentów łupie się podatkami, a to przecież oni ryzykują, wkładają własne pieniądze, podejmują działalność gospodarczą, zatrudniają ludzi do pracy. Winduje się składkę zdrowotną. Władza testuje jak długo klasa średnia wytrzyma. Natomiast hasło „raje podatkowe” to święta krowa zmowy międzynarodowej. Polska w tej zmowie uczestniczy. Kolejne rządy w tej sprawie nic nie zrobiły i nie robią. Podporządkowują się kapitałowi międzynarodowemu.
Węzeł gordyjsci – splot niemocy i niedołęstwa. Coraz większy bełkot prawniczy, „tumiwisizm” i obojętność.
Quo vadis Polonio?
Brukselskim korytarzem w Unii Europejskiej wędrują w jedną stronę rządek euroentuzjastów, a w drugą stronę ludzie, którzy chcą Polski bronić. Z jednej strony prowadzi Budka, a drugą Szydło. Mijają się i nawet nie patrzą na siebie. Ale za chwilę na sali plenarnej zawarczą. Obie nienawistne strony będą dawały popis przed Europą. Oni nie będą współpracować. Oni tam będą kontynuować walkę podjętą w Polsce. Do żadnej współpracy nie dojdzie. Będzie rzeczywiście tak to powiedział jeden z proroków platformerskich „… i kamieni kupa”.
Jak ten lot ku przepaści opanować? Jak zatrzymać niszczenie Polski w kraju i za granicą?
Anita Gargas za dokument „Operacja Baxis”, wyemitowany w TVP, została laureatką pierwszej Nagrody Watergate za dziennikarstwo śledcze w 30. Edycji Konkursu Nagrody SDP.
Ponad sto lat temu pierwszy, wielki komik filmowy Will Rogers stwierdził, że dziennikarze zaczęli na serio brać komików, a śmiać się z polityków. Do Polski najwyraźniej ta tendencja w ciągu wieku nie dotarła i może dlatego wciąż – przy okazji każdego kryzysu rządu – z automatyzmem godnym zabawkowej papugi załadowanej alkaicznymi bateriami, część mediów nieustannie powtarza, że „Tusk się wściekł”.
Ze wściekłym premierem Tuskiem miałem do czynienia po raz pierwszy w obrazku i to kiedy tylko tworzyła się Platforma Obywatelska. Jestem jednym ze szczęściarzy, którzy widzieli komiks opowiadający o początkach partii Tuska. Wówczas uznano tę publikację za zbyt nachalną i tandetną, więc wysłano całą na przemiał, ale kilka egzemplarzy szczęśliwie potem krążyło. Dziś byłaby ona zresztą zbyt subtelna i wyrafinowana, jak na obecną propagandę, co jest koronnym dowodem, że zjawisko opisane kiedyś przez pana Darwina niekoniecznie dotyczy świata naszej polityki, ani jej wykonawców, ani kibiców. Zresztą przyczyną unicestwienia wiekopomnego komiksu mogło być i to, że sławił ono braterską przyjaźń trzech tenorów Tuska, Płażyńskiego i Olechowskiego, a od czasów rzymskich wiadomo, że jak jest trzech gości u władzy to dwóch musi zginąć.
Wracając do meritum i odtwarzając z pamięci po ponad 20 latach. W komiksie tym była scena, że idzie Tusk nocą przez Trójmiasto i nagle dzwoni komórka. Wtedy jeszcze nie smartfon. Tusk odbiera i dowiaduje się, że przez politykę rządu ceny znowu wzrosły i bezrobocie także. Wściekły pan Donald ciska telefonem o ziemię i idzie nocą przez miasto planując jak zrobi porządek. Oto Tusk się wściekł po raz pierwszy! Może nie licząc jakiejś agresji domowej, o której potem opowiedziała pani Małgorzata, a potem przestała mówić, co zupełnie przypadkowo skorelowane jest z przepisaniem na nią dużej części majątku byłego i obecnego premiera.
Od tej pory przyzwyczailiśmy się. Szczególnie za poprzednich rządów, w opozycji Tuska też trochę i za tych rządów mieliśmy eskalację. To zdanie stało się memem symbolizującym „złego premiera stającego w obronie ludu”. Takiego Gomułkę, gdy słyszy o aferach gospodarczych. Ojca narodu, słodkiego dla wnusiów, a groźnego dla wewnętrznego wroga. Niby wszyscy już wiedzą, że to mem, lipa, szablon, który budzi śmiech i politowanie, gdy premier Tusk znowu „wścieka się” rozwiązując problemy, które sam stworzył, a mimo to, a to „Newsweek”, a to „Wyborcza”, a to inna „Rzeczpospolita”, z przejęciem informują, że znowu dowiedziały się, iż premier się wściekł. Przed wyborami premier nieustannie chodził wściekły, bo tyle było problemów do rozwiązania w kraju i tyle zbrodni poprzedników do rozliczenia. Ostatni atak owego medialnego wścieknięcia („Newsweek” i „Rzeczpospolita”) zaliczył, gdy „dowiedział się” o niedopatrzeniach w wojsku i zażądał wyjaśnień, czy jakiegoś tam projektu nawet od nieszczęsnego ministra Kosiniaka-Kamysza. Zaraz po wyborach premierowi zresztą przeszło i już się nie wściekał.
Wydawałoby się, że już się nie da więcej. Że pisać o wściekłym Tusku, mogą już co najwyżej tacy jak ja, ludzie pozbawieni szacunku do naczelnych organów państwa, a także ich narracji. Określenie „Tusk się wściekł” stało się najpierw memem, a potem już nawet sucharem.
I wtedy niemiecka policja przywiozła nam kilku Afgańczyków. I Tusk… Była chwila czekania, napięcia. „Newsweek”, Onet, „Fakt” wytrzymały, dała radę „Rzeczpospolita”, dała „Polityka” i „Tygodnik Powszechny”. Chłopcy w TVN twardzi jak stal. Ale premier coraz gniewniejszy. Pojedzie do tego Scholtza! Pogadają jak mężczyźni! Nie może tak być! Musi ktoś zacząć. No kto pierwszy? Jest! „Gazeta Wyborcza”. Semper fidelis, bez poczucia obciachu od trzech pokoleń. Tak trzymać chłopaki, dziewczyny i osoby innych płci. Ufff. Niby złe emocje, niby wściekłość, ale wiadomo, że człowiek pewnie czuje się w tym, do czego się przyzwyczaił. Tusk wściekły, świat bezpieczny. Żeby tylko naszemu premierowi żyłka nie poszła, ani żadnemu z funkcjonariuszy propagandy z Czerskiej bądź innej ulicy.
Nie od dziś wiadomo, że Niemcy traktują Polskę jak wielkie wysypisko. Zresztą, historia naszych kontaktów z zachodnimi sąsiadami generalnie nie nastraja do nadmiernej sympatii. A jednak fakt, że ludzi traktują tak samo jak śmieci, mimo wszystko szokuje.
Na nielegalnych wysypiskach w Polsce leżą co najmniej dziesiątki tysięcy ton nielegalnie wwiezionych do Polski śmieci. Jeszcze za rządów PiS usiłowano coś z tym zrobić. Teraz, umówmy się, determinacja w tym zakresie mocno spadła. Gdzieś tam jeszcze ktoś bąka o jakichś formalnościach, ale o przypadkach zabrania niemieckich śmieci z Polski do Niemiec, poprawcie mnie jeśli się mylę, jakoś nie słyszałem.
Wysypisko
Nasi wielcy „przyjaciele” i „sojusznicy” traktują Polskę jak wielkie niemieckie wysypisko. Zainstalowali nam w charakterze premiera niemieckojęzycznego kierownika wysypiska i realizując ideę Lebensraum, usiłują „uszczęśliwić” nas nie tylko toksycznymi odpadami, ale również skutkami swoich błędnych i agresywnie realizowanych polityk.
I tak na przykład Niemcy umyślili sobie, że zmuszą cały świat do klimatycznej transformacji, na której technologie będą mieli monopol. Niestety świat nie tylko nie potraktował poważnie tej niemieckiej ambicji, ale co gorsza, Chińczycy powiedzieli – chcecie tego klimatycznego badziewia? Ależ nie ma sprawy, produkujemy nawet flagi Wolnego Tybetu, więc wyprodukujemy wam również to klimatyczne badziewie – I tak Niemcy zostali z klimatycznym badziewiem jak Himilsbach z angielskim. Ale od czego kierownik niemieckiego wysypiska na terenach polskich! Się da Polaczkom do uchwalenia taką ustawę żeby w Polsce weszło więcej wiatraków i Polaczki kupią. Ostatecznie da im się parę miliardów z KPO, które sami sobie sfinansowali, żeby mieli za co.
Albo Niemcy nie mają co zrobić ze starymi samochodami elektrycznymi? Wiecie jak ten badziew się trudno utylizuje? No niewiele ma to wspólnego z ekologią. No, ale od czego kierownik niemieckiego wysypiska na terenach polskich! Się da Polaczkom jakąś dopłatę z ich własnych podatków, to kupią od Niemca żeby nie musiał się martwić.
Z czym to się kojarzy?
Jednak bodaj najbardziej efektywne niemieckie wysypisko na terenach polskich wydaje się być w zakresie utylizacji skutków niemieckiej polityki Herzlich Willkommen. Zresztą, od początku miało być tak, ze Niemcy biorą tych „lepszych” imigrantów, a reszta trafia do krajów podległych Niemcom w ramach Unii Europejskiej Narodu Niemieckiego. Wtedy nie wyszło. Trzeba było wylać hektolitry pomyj na tych, którzy nie chcieli ponosić konsekwencji niemieckich marzeń. A ostatecznie i tak, dzięki kierownikowi niemieckiego wysypiska na terenach polskich, migranci którymi niemiecki pan już się znudził, trafią do Polski.
I tylko ta straszna analogia. Niemcy traktujący ludzi dokładnie tak samo jak śmieci (według relacji samych imigrantów, niemiecka Straż Graniczna traktuje ich tak jak niemieckie media kłamały na temat polskiej Straży Granicznej, niezwykle brutalnie). No z czym mi się to kojarzy, z czym mi się to kojarzy?!
Piszę ten felieton we wtorek 18 czerwca, czyli po meczu Polska – Holandia. Mecz przegraliśmy 2:1, ale na pewno na Euro 2024 zagramy jeszcze dwa. A potem jak Bóg da. Jak zawsze.
Lubie piłkę nożną, nie będąc jednak zaciekłym kibicem nożnej – tak klubowej, jak reprezentacyjnej. Piłka nożna jest ze swej natury bardzo widowiskowa, na stadionach gromadzi tysiące ludzi, co daje bardzo interesującą atmosferę i szanse na ekscytujące przeżycia.
Nasze klubowe rozgrywki od ponad pół wieku nie są fascynujące, ale też ich poziom plasuje nasze ligę w końcówce Europy. Podobnie zresztą jest z naszą reprezentacją. Po wspaniałych sukcesach z czasów trenerów Górskiego i Piechniczka nie mieliśmy żadnych istotnych osiągnięć. Naszą reprezentację cechowała przykra przeciętność, brak ambicji władz PZPN, trenerów i oczywiście piłkarzy.
Zadziwiające jest w tym wszystkim to, że kibice bez przerwy i niezmiennie kochają reprezentację i przeżywają jej kolejne klęski. Trochę jest to miłość masochistyczna. Zresztą my Polacy lubimy sobie pocierpieć, bo czyni to nas wyjątkowymi. Tak uważamy i będziemy tej zasady bronić do kolejnej klęski.
Polski Związek Piłki Nożnej
Działacze, a po prawdzie suto opłacani pracownicy PZPN, przez lata przechodzą poprzedników i samych siebie, że zaskoczyć kolejną aberracją. Pamiętam, jak chyba za czasów prezesa Grzegorza Laty, PZPN zaskoczył Polaków próbą wprowadzenia nowego logotypu reprezentacji. Było to coś, co przypominało połączenie herbowego orła, piłki i kilku kresek totalnej abstrakcji. Gdy wybuchła afera, PZPN tłumaczył się, że właściwie to on jest organizacją prywatną, że owszem reprezentują oni Polskę, ale nie tak do końca.
Pamiętam również jakieś szalone zawirowania w sprawach dysponowania społecznymi pieniędzmi przez działaczy. Spowodowało to ingerencję władz rządowych, które wymusiły zmiany personalne we władzach PZPN. Wtedy to okazało się, że PZPN jest od lat opanowany przez „leśnych dziadków”, czyli startych, sprawdzonych działaczy, którzy bardziej dbali własne przychody niż o dobro polskiej piłki nożnej. Prawica widziała w tym nawet kontynuację starego układu z PRL-u. Prawda jednak była bardzo prościutka – PZPN został opanowany przez facetów dobrze się znających i umiejących dzielić się władzą, czyli pieniędzmi. Normalna szajka.
Trenerzy
Od lat panowało też we władzach PZPN przekonanie, że reprezentacja gra słabo, bo mamy marnych trenerów. Dalsze ciąg logiczny był taki – skoro zachód Europy gra od nas lepiej, to trzeba wziąć z zachodu trenerów. I ruszył zagraniczny zaciąg, za wielkie, niewyobrażalne dla polskich trenerów pieniądze. I co? Ano nic.
Pierwszym zagranicznym zbawcą naszej reprezentacji miał być Holender Leo Benhakker. Prasa witała go jak zbawcę, jak poprzednio witano w Polsce generała Józefa Hallera, gdy w 1919 roku na czele Błękitnej Armii przybył z Francji.
Holender nic nie osiągną, tyle, że nam naubliżał i ponarzekał. Generalnie – był zdziwiony bałaganem w zarządzaniu polska reprezentacją. Po Holendrze zatrudniono polskich trenerów: Stefana Majewskiego, Franciszka Smudę, Waldemara Fornalika, Adama Nawałkę i Jerzego Brzęczka. Niewiele osiągnęli, ot standard, żeby jakoś się przeczołgać do kolejnych mistrzostw świata i Europy. I żeby po rozegraniu trzech wstępnych meczy wrócić. Niektórym z tych trenerów to się udało, innym nie.
Jedynie Jerzy Brzęczek miał szansę osiągnąć coś więcej. Ale gdy kierowana przez niego reprezentacja zakwalifikowała się do kolejnych mistrzostw, zwolniono go, a na jego miejsce zatrudniono Portugalczyka Paulo Sousę. Odejście Brzęczka tłumaczono fakte, że w kadrze był konflikt, co się tłumaczy tak, że kliku piłkarzy nie lubiło go. W normalny kraju wyrzuca się z kadry rozrabiaczy, facetów o przerośniętym ego, a trener zostaje.
Sousa też niczego nie osiągnął, choć szumu wokół siebie robił dużo, zasłynął tym, że po prostu z Polski uciekł, bo w Brazylii obiecano mu w piłce klubowej większe pieniądze. Czy ktoś z PZPN odpowiedział za zaangażowanie takiego pajaca? A skądże.Potem byli trenerami: Czesław Michniewicz i Portugalczyka Fernando Santosa.
Michał Probierz
Obecnie trenerem reprezentacji jest Michał Probierz, trener doświadczony, z klubowymi sukcesami. Jako jeden z niewielu polskich trenerów lubi i wymaga od zawodników, żeby grali do przodu. To nie żart, bo większość trenerów z zagranicy (naszych też) próbowała z naszą reprezentacja zrobić coś magicznego, coś czego nie robi nikt na świecie.
Nasi mieli grać obronnie czym przebiegle mieli usypiać czujność przeciwników, po czym nagle, bez uprzedzenia, mieli robić dwa, trzy rajdy do przodu i strzelać bramki. Jedyny problem był w tym, że zanim przeciwnicy dali się nam uśpić, to już strzelali na dwie, trzy bramki. Przez sen.
Mecz z Holandią, świetnym zespołem, udowodnił, że możemy grać jak inni. Walczyć, szybko biegać i strzelać. Przegraliśmy, ale Probierz udowodnił, że nasi piłkarze nie są gorsi. Probierz miał też trochę „szczęścia”, że kilku „wielkich” złapało kontuzje i musiał ich zastąpić młodymi, szybkimi.
Ręce precz od pana Michał
Być może znowu nie wyjdziemy z grupy, może tak być. I wtedy znowu nastąpi coś, co następuje u nas zawsze. PZPN nie przedłuży kontraktu z Probierzem i zacznie szukać nowego zbawcy. Dlatego uprzedzam i mówię już teraz. Zostawcie pana Michała w spokoju. Dajcie mu czas. Dajcie też czas młodym szybkim.
Starszych piłkarzy należy uhonorować, odznaczyć, urządzić im mecze pożegnalne i „z żywymi naprzód iść”.
Chcemy żeby te chłopaki, które teraz się formują, przy okazji KnC, wyrośli na porządnych facetów, takich z krwi i kości, którzy będą potrafili odpowiedzialnie przejść przez życie – mówi Michał Bondyra, redaktor naczelny miesięcznika KnC. Pismo to zostało w tym roku uhonorowane nagrodą Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Rozszyfrujmy ten tajemniczy skrót KnC…
„Króluj nam, Chryste!” to tradycyjne zawołanie ministranckie. Skrót powstał po to, żeby tę tradycję przedstawić w nowoczesny sposób, ale też zaintrygować. Mam wrażenie, że przez 20 lat istnienia KnC staramy się wciąż przekazywać tradycyjne wartości właśnie w taki nowoczesny sposób.
To „na dzień dobry” mamy już credo pisma.
Można chyba tak to streścić.
Ma być nowocześnie, bo odbiorca jest specyficzny?
To są młode chłopaki, nastolatki. My celujemy nie w małe dzieci, a bardziej w koniec szkoły podstawowej i liceum. I często pojawia się zarzut: dlaczego?
Podbijam pytanie…
Wybraliśmy taki przedział wiekowy, ponieważ to jest czas, kiedy chłopaki dojrzewają i odchodzą z ministrantury, a chodzi nam o to, żeby ich przytrzymać przy wartościach. Zawsze, kiedy przekonuję księży, dlaczego warto zamawiać KnC, mówię im, że największą wartością jest to, że z tych ministrantów wyrosną nawet jeśli nie księża, to ojcowie, którzy będą mieli konkretny kręgosłup moralny i którzy zaprowadzą potem swoje rodziny do kościoła.
Czyli nie formujesz pod kapłaństwo?
To też, tylko że ten odsetek kapłanów w całym społeczeństwie jest dużo mniejszy niż ojców w rodzinach. Z drugiej strony są badania, które pokazują, że 90 proc. kapłanów wywodzi się właśnie z ministrantury.
Zwykły chłopak czy święty młodzian na chmurce, unoszący się trzy metry nad ziemią?
Od początku – i to się nie zmienia – przyświeca mi myśl, żeby pokazać ministranta jako gościa, który oprócz tego, że wierzy, jest normalnym chłopakiem – gra w piłę, imprezuje. Tylko ma wartości. Chodzi raz w tygodniu w sobotę na zbiórkę i dwa razy służy do Mszy św. – i tylko te wartości wyróżniają go spośród rówieśników.
Jak duży jest to „rynek”?
Tego „rynku” w zasadzie nikt nie bada. Kiedy zaczynaliśmy, liczbę ministrantów szacowano między 200 a 300 tys. osób. W tej chwili myślę, że jest to bliżej 100-150 tys.
Mocny spadek, czyli odbicie sytuacji Kościoła w Polsce.
Sekularyzacja, zeświecczenie, brak powołań, pandemia…
Cofnijmy się o te 20 lat, do początków.Jak to możliwe, że wcześniej nie istniało pismo poświęcone stricte ministrantom?
W Polsce nie istniało. W Europie były bodajże dwa takie tytuły – konkretnie we Włoszech i w Austrii. Nie wiem nawet, czy jeszcze funkcjonują na rynku.
Taki pozytywny ferment zasiał chyba ks. Jakub Dębiec, który był w Watykanie, miał kontakty wiedeńskie i znał ministranckie magazyny. Obok mnie to zresztą chyba jedyny człowiek, który jest od początku w KnC.
Sam pomysł stworzenia pisma pochodzi natomiast od ks. Waldemara Hanasa, ówczesnego redaktora naczelnego Przewodnika Katolickiego i biskupa pomocniczego poznańskiego Grzegorza Balcerka – pierwszego po przerwie delegata KEP ds. Ministrantów.
A jak Ty się w tym znalazłeś?
To jest ciekawa historia. Dowiedziałem się, że gdzieś odbywa się coś
w rodzaju castingu na redaktora, który ma prowadzić nowe pismo. Na spotkaniu z ks. Hanasem usłyszałem, że w zanadrzu są dwa, trzy teksty, kilka mejli plus telefon i z tego trzeba zrobić pismo dla ministrantów.
To się chyba nazywa „okrągłe zero”.
Tak, tak naprawdę nie było niczego, zupełnie jak w Białymstoku (śmiech). I co zabawniejsze, pamiętam, że pierwsza redakcja KnC była w tym samym pokoju, co Mały Przewodnik Katolicki i pół na pół dzieliliśmy komputer na konkretne godziny „od – do” z redakcją mPK.
Na dodatek Ty byłeś ekonomistą w zasadzie, nie dziennikarzem.
I to ekonomistą gospodarki żywnościowej, ale pisanie nigdy nie sprawiało mi problemów.
A może ten ekonomista był właśnie potrzebny na początek?
Śmieję się niekiedy, że ta kwestia ekonomiczna była od początku ważna. I do dzisiaj z tego korzystam, bo ekonomia mocno wiąże się z matematyką i liczeniem.
Bo żeby ogarnąć takie pismo samemu, trzeba trzymać się twardo harmonogramów i ściśle ustawiać wiele spraw.
To było takie mozolne zdobywanie rynku?
Można powiedzieć – praca organiczna. Zorganizowana „obdzwonka” po księżach: słuchajcie, chcemy zrobić nowe pismo, będzie zerowy numer, może na początek weźmiecie za darmo. I tak dalej. Setki telefonów i wyjazdów, rozmów, często twardych… I tak to się rozkręcało.
Błogosławieństwo Prymasa Polski kard. Józefa Glempa.
Musiałeś przebijać się przez kurialne bramy?
Trochę tak. Nadal zresztą tak jest, że jeżdżę po Polsce do duszpasterzy diecezjalnych i do biskupów, pokazuję KnC, przekonuję, że warto. Ale też przez takie wyjazdy, robiąc przy okazji reportaże ze wspólnot ministranckich, docieram niejako do tych „dołów”.
Od początku miałeś pomysł, jak pismo ma wyglądać?
Ja się KnC uczyłem tak naprawdę z powstawaniem tego pisma. Nie będę udawał, że wszystko od początku wiedziałem. Aczkolwiek wizja była też już na starcie nakreślona przez ks. Waldemara Hanasa – i wydyskutowana w szerszym gronie – że zrobimy dwa główne bloki tematyczne: W komży i Bez komży – a więc o tym, co się dzieje w Kościele i o tym, co poza nim. Bardzo sensowny pomysł, zresztą do dzisiaj się tego podziału trzymamy.
Bez Komży, czyli?…
Sport, muzyka, chrześcijańscy raperzy, samochody, pasje, hobby, to, czym żyje każdy młody chłopak.
KnC to jest brand? Znany w całej Polsce?
Na pewno duszpasterze znają pismo.
Docieracie do wszystkich zakątków kraju?
Tak, choć z różnym skutkiem. Czasami jest 20-30 sztuk, a czasami po kilkaset do tysiąca egzemplarzy w diecezji. Był moment, że tworzyliśmy także specjalne dodatki diecezjalne. Taki sztandarowy dodatek to KnC Płock, który do dziś dobrze funkcjonuje na poziomie tysiąca egzemplarzy.
Jaki jest obecnynakład KnC?
Nakład średnioroczny to 5200 egzemplarzy, ale są miesiące, gdy dochodzi do 7 tys. sztuk.
Cały czas musisz zabiegać o rynek, podtrzymywać kontakty?
Tak, to jest cały czas konieczne, choć teraz już częściej telefonicznie. Kiedy pytają mnie o fenomen KnC, to odpowiadam, że są nim właśnie relacje. Bo jeśli zbudujesz relacje z duszpasterzami, którym zależy, i będziesz je podtrzymywał, to oni będą przekonani, że to pismo ma sens i warto je promować u siebie.
Macie konkurencję?
Oficjalnie nie, choć trochę w te buty wchodzi Mały Gość Niedzielny, który ma kąciki dla ministrantów.
Szata graficzna – od początku miało być nowocześnie, młodzieżowo?
Przede wszystkim chcieliśmy, żeby na pierwszy rzut oka było widać, że to nie jest pismo dla „boomerów”. Szata graficzna od początku była bardzo ważna, choć z czasem bardzo się zmieniała. Najpierw posiłkowaliśmy się fachowcami, którzy już byli w składzie Przewodnika Katolickiego, a z upływem lat zyskiwałem coraz większy wpływ na jej kształt. I do dzisiaj tak jest, że to ja mam jakiś koncept okładki i się ścieramy, ale ostatecznie staje zwykle na moim (śmiech).
Pomysły na zbiórki ministranckie to też Ty?
Nie, nieprzerwanie od lat robi je wspomniany już wcześniej ks. Jakub Dębiec. Blok ministrancki W komży wspomaga też cykl Formuj się, którego autorem jest ks. Kamil Falkowski, który – uwaga! – był ministrantem i sam czytał KnC. A teraz jest księdzem i pisze do nas.
Czyli taki janczar…
(śmiech) Tak, to taki nasz wychowanek.
W tej części KnC znajdują się także teksty związane z ceremoniarzami czy w ogóle z liturgią, słowniki liturgiczne i minilekcjonarz, czyli dodatek na każdy dzień miesiąca, z czytaniami mszalnymi i psalmami. Dziś rzecz jasna wszystko jest zdigitalizaowane, ale jeśli ministrant zapomni, może sobie przed samą mszą przeczytać i się dokształcić. Wielu wciąż z tego korzysta.
A skoro już mowa o rzeczywistości cyfrowej, to w Zbiórce i w Formacji łączymy przestrzenie papierowe ze światem wirtualnym. Dołączamy do pisma QR kody, pod którymi znaleźć można konspekty na gotową zbiórkę ministrancką, łącznie z wyliczeniem czasu, ile to zajmie i w jaki sposób ją przeprowadzić. I dostaję od księży głosy, że to rzeczywiście im pomaga w formacji.
A odzew chłopaków?
Chłopaki zaczynają zwykle czytanie KnC od trzech tekstów, czyli od komiksu, humoru i sportu (śmiech).
Czyli tak, jak się dawniej czytało, normalka. Sam zaczynałem od komiksów.
Jeśli chodzi o komiks, to też ciekawa historia. Przygotowuje go dla nas unikatowo ks. Piotr Kaczmarek, kiedyś duszpasterz służby liturgicznej, dziś rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Łowiczu. Robiłem z nim kiedyś materiał na temat jego komiksowej pasji i od słowa do słowa zaprosiłem go do współpracy.
Spotkanie z Janem Pawłem II w Rzymie w 2005 roku.
Przez te dwadzieścia lat poznałeś sporo wartościowych, fajnych chłopaków?
To prawda. Chłopaków, ale i dorosłych facetów, którzy kiedyś otarli się w jakiś sposób o ministranturę. Podobnie jak znanych ludzi, którzy także byli ministrantami.
A ministrantki?
Ministrantki u nas się nie pojawiają.
Właściwie, dlaczego nie?
Z prostego powodu – o ministrantkach w diecezji decyduje biskup miejsca. A ponadto z pragmatycznego przekonania, że dziewczyny i chłopaki w tym samym wieku inaczej się rozwijają. Te pierwsze są dojrzalsze, przez co wypierają trochę chłopaków z funkcji, są bardziej odważne. No i w Kościele, póki co, kapłanami są mężczyźni, a tak jak wcześniej rozmawialiśmy, 90 proc. księży wywodzi się ze służby liturgicznej.
Ci znani na łamach KnC?
Kamil Stoch na przykład. Rozmawialiśmy tydzień przed jego pierwszym zwycięstwem w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.
Był ministrantem?
Nie, ale jest lektorem i czyta lekcje. Nawet podczas zimowych Igrzysk Olimpijskich przed własnymi skokami brał wraz z innymi skoczkami udział we Mszy św. i czytał liturgię.
Kluczem dla mnie jest to, że to są ludzie wierzący, podzielający wartości KnC i którzy gdzieś mieli styczność z ministranturą.
Chcą się wypowiadać na łamach KnC?
Nie jest to takie oczywiste, ale są tacy, jak na przykład Tomasz Zubliewicz, Piotr Cyrwus, Sławomir Szmal czy Krzysztof Hołowczyc, którzy nie mają z tym problemu. Dla nich to też jest jakaś forma odwagi – mówią o wartościach i „dają twarz” w takim niszowym piśmie.
Stykasz się z młodymi chłopakami, a po latach ciekawe jest chyba „sprawdzam”.
To są niekiedy ciekawe historie. Tu od razu dodajmy, że w części KnC określanej Bez Komży jest rubryka Moje pasje, w której pojawiają się księża albo ministranci, którzy mają fajne, nietuzinkowe zainteresowania. I w niej ukazał się kiedyś materiał o 13-letnim chłopaku, który zaczynał mocno eksperymentować w kuchni i marzył o tym, żeby zostać topowym kucharzem. Po latach spotkaliśmy się i on był już wtedy szefem kuchni w Galerii Tumskiej. Ten chłopak to Mariusz Starosta, dziś także szef Wojowników Maryi.
Albo piłkarz Jakub Piotrowski, który dziś strzela bramki w reprezentacji Polski, a w turnieju o puchar KnC zdobył brązowy medal jako ministrant.
Skoro o piłce nożnej mowa…
To ważny element integracyjny. A właściwie dwa: piłka i pielgrzymki.
Mistrzostwa Polski Liturgicznej Służby Ołtarza w Piłce Nożnej Halowej o Puchar KnC to była oddolna inicjatywa lektorów z Elbląga z ks. Pawłem Guminiakiem na czele, który jest zresztą jedynym prezesem-księdzem klubu piłkarskiego, którego drużyna gra na szczeblu centralnym. Na pierwszy turniej w 2006 roku przyjechało 48 drużyn.
Dzisiaj mamy dziewiętnastą edycję – mistrzów przyjedzie 140-tu, czyli ponad 1,5 tys. ministrantów i lektorów, w trzech kategoriach wiekowych: ministrant, lektor młodszy i lektor starszy. I to są tylko mistrzowie swoich diecezji, a w każdej diecezji od setki do nawet 1,5 tys. chłopaków gra eliminacje, żeby dostać się do turnieju finałowego Po Pucharze Tymbarku to jest chyba drugi największy taki dziki turniej w kraju. To nasze dziecko.
Wspomniałeś też o pielgrzymkach.
Co dwa lata jako jeden z głównych partnerów działamy na rzecz ogólnopolskich Pielgrzymek Ministrantów i Lektorów. Pielgrzymowaliśmy m.in. do Częstochowy, Lichenia, Krzeszowa, Niepokalanowa, Gniezna, Gietrzwałdu czy na Święty Krzyż. W sumie wzięło w nich udział kilkadziesiąt tysięcy ministrantów z kilkudziesięciu polskich diecezji. W tym roku spotykamy się 15 czerwca w podlubelskiej Wąwolnicy.
Misja pozostaje niezmienna?
Chcemy dalej formować chłopaków. Każdemu, kto jest w tym środowisku, zależy, żeby Kościół był żywy. A żywy Kościół jest wtedy, kiedy facet nie tylko zaprowadzi rodzinę do kościoła, ale żyje na co dzień wartościami, Dekalogiem. Są zresztą takie badania amerykańskie, które pokazują, że jeśli głowa rodziny wierzy, to i rodzina jest wierząca. I to jest ważne. No i to, żeby te chłopaki, które teraz się formują, przy okazji KnC wyrośli na porządnych facetów, takich z krwi i kości, którzy będą potrafili odpowiedzialnie przejść przez życie.
A sam miesięcznik? Rynek prasy jest, jaki jest.
Rynek prasy się kurczy. To jest codzienna walka z jednej strony o to, żeby utrzymać się na rynku, a z drugiej – żeby poprzez nowe pomysły łączyć tradycję z nowoczesnością i zdobywać nowe obszary. Nawet teraz rozmawiamy z diecezjami, w których być może pojawi się dodatek do KnC.
Cały czas podkreślam, że dobre wartości trzeba świetnie opakowywać. Nie może być tandety, nie może być „kościółkowo”, czyli amatorsko, bez jakości. Pismo musi być atrakcyjne i mieć najwyższą jakość.
I to „opakowanie” zostało docenione w postaci tegorocznej nagrody specjalnej Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Jest to dla mnie duża radość i zaszczyt. W tym roku będziemy obchodzić z żoną 20-lecie ślubu i mogę powiedzieć, że pierwszym moim dzieckiem było KnC, a dopiero później nasi synowie.
Dziękuję za to wyróżnienie w imieniu całego zespołu, który współtworzył pismo przez te dwie dekady. Przede wszystkim odbieram to jako docenienie całego dzieła, tego, że przez tyle lat mimo przeciwności losu udało się wytrwać na rynku. Bez wielkich dofinansowań, utrzymując się samemu, czasami łokciowo, walcząc codziennie o dobrą sprawę. Głęboko wierzę, że prawdziwe dzieło formacyjne przetrwa i obroni się zawsze niezależnie od zawirowań ekonomiczno-politycznych.
Rozmawiał Stanisław Muszyński
O nagrodachLaur Wielkopolskiego Oddziału SDP 2024 można przeczytać TUTAJ.
4 czerwca 1960 r. w Londynie zmarł gen. Józef Haller, dowódca II Brygady Legionów Polskich i Armii Polskiej we Francji. W wojnie polsko-bolszewickiej członek Rady Obrony Państwa oraz Generalny Inspektor Armii Ochotniczej.
Jako jeden z niewielu najwyższych rangą polskich oficerów walczył kolejno z Rosjanami, Austriakami, Niemcami, Ukraińcami i Bolszewikami. Stał się wzorem żołnierza, obywatela, społecznika i wychowawcy młodzieży. Generał Józef Haller dawał przykład osobistego męstwa, wiary i poświęcenia. Ten Honorowy Obywatel Warszawy zasłużył na upamiętnienie w stolicy.
Podstawy polskiego harcerstwa czy Polskiego Czerwonego Krzyża, które współtworzył, dały asumpt do powstania prężnie działających do dziś organizacji społecznych. To doskonały wzorzec dla młodego pokolenia Polaków, którego patriotyczny i wychowawczy rozwój stanowił zawsze dla generała istotny fragment działalności.
Ceniony w stolicy Polski, ceniony w całym kraju, niezwykle serdecznie przyjmowany przez amerykańską Polonię, dodawał otuchy żołnierzom i cywilom, inspirował duchownych i świeckich, leciwych weteranów zrywów powstańczych jak i akademicką młodzież. Zwalczał totalitaryzm nazistowski i komunistyczny. Swoją postawą przyczynił się do obrony Warszawy przed zajęciem jej przez barbarzyńskie oddziały bolszewickie w 1920 r. Po wygranej bitwie warszawskiej w Mińsku Mazowieckim przed obrazem Matki Bożej Anielskiej dziękował Bogu za otrzymane łaski i zwycięstwo.
Pomnik generała Józefa Hallera powstaje w stolicy staraniem niepodległościowych środowisk społecznych. Pomysł lokalizacji monumentu został lata temu wpisany w Plan Rewitalizacji Placu Hallera w miejscu postawionej tam tablicy pamiątkowej. Zgodnie z obowiązującą w Warszawie procedurą wniosek w sprawie wzniesienia pomnika musiał trafić do Biura Stołecznego Konserwatora Zabytków. Jak można się było spodziewać, z niechęcią wobec inicjatywy wystąpili „prascy aktywiści” – ale na szczęście nieliczni. Pomnik autorstwa artysty rzeźbiarza Stanisława Szwechowicza ma mieć całkowitą wysokość 3,90 m, w tym stojąca postać generała 2,50 m, a cokół 1,40 m. Tak swoje dzieło opisuje artysta: „Projekt pomnika przedstawia postać gen. Hallera w pozie stojącej, prawa ręka oparta na szabli. Postać ukazana w swobodnej pozie – lekko rozchylony płaszcz wojskowy z charakterystycznym futrzanym kołnierzem, pod płaszczem mundur z atrybutami odpowiednimi dla epoki. Koncepcja ukazuje wybitnego dowódcę, jakim był gen. Haller, w ujęciu pełnym siły i energii. Stąd prócz elementu wojskowego – szabli, jest gest lewej ręki i dłoni, wskazującej jakby na umiejscowione na cokole osobiste przesłanie gen. Hallera: «Dla Ciebie Polsko i dla Twojej Chwały». Ten gest lewej dłoni jest przeznaczony dla obecnych i przyszłych pokoleń, wskazując na obowiązek wielkiego oddania dla spraw Ojczyzny. Na jednej ze ścian cokołu znajdzie się tablica z czarnego granitu z tekstem «W hołdzie Polonii, która na wezwanie stawała zawsze, by bronić Ojczyzny. Dziś, tak jak kiedyś, bliska więź z Macierzą potrzebna jest Polsce, Europie i Światu. Chwała polskim Sokołom rozsianym po świecie broniącym wszędzie Ojczystego Gniazda»”.
Dziennikarze „Gazety Lubuskiej” opisujący tzw. aferę WORD w Gorzowie Wielkopolskim zostali uniewinnieni przez Sąd I instancji. 29 maja przed Sądem Rejonowym w Zielonej Górze zapadł wyrok w głośnym procesie z art. 212 Kodeksu karnego, który dziennikarzom „Gazety Lubuskiej” wytoczyła była marszałek województwa lubuskiego, a obecnie posłanka PO i kandydatka w wyborach europejskich, Elżbieta Anna Polak. W procesie, na ławie oskarżonych zasiedli: red. Janusz Życzkowski, Robert Bagiński i Marcin Kędryna.
W lipcu 2022 roku w kilku artykułach dziennikarze opisali nieakceptowalne praktyki o charakterze mobbingu i molestowania seksualnego w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego w Gorzowie Wlkp. Dziennikarze przedstawili także bierność polityków z Platformy Obywatelskiej, którzy pełniąc najważniejsze funkcje we władzach i mając wiedzę o możliwym przestępstwie, nie podjęli zdecydowanych działań. Ich reakcja nastąpiła dopiero po publikacjach Gazety Lubuskiej. Jedna z nich polegała na tym, że Elżbieta Polak, wtedy marszałek województwa, w specjalnym piśmie zażądała, by redakcja dziennika zakończyła współpracę z dziennikarzem, który opisywał sprawę.
W tym ostatnim wątku, redaktor naczelny GL, Janusz Życzkowski złożył zawiadomienie do prokuratury, która jednak odmówiła wszczęcia śledztwa. Wtedy sprawą zajęło się również Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. – W ocenie CMWP SDP ta decyzja narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa, która opiera się na niezależności każdej redakcji. Odmowa śledztwa w tej sprawie sankcjonuje bowiem nieformalne metody dyscyplinowania lokalnych mediów przez władze samorządowe, co jest wyjątkowo nagannym zjawiskiem – napisała dyrektor CMWP, dr Jolanta Hajdasz.
Marszałek Polak wystosowała przeciwko dziennikarzom prywatny akt oskarżenia, a prowadzenie sprawy powierzyła kancelarii prawnej prof. Marka Chmaja. Ten, zarzucił dziennikarzom, że pisząc o osobistych zaniedbaniach marszałek w wyjaśnieniu sprawy, lekceważeniu i bagatelizowaniu jej, a także próbach jej tuszowania, naruszyli „cześć zewnętrzną Marszałka Województwa Lubuskiego”. Jej dobre imię miał naruszać również fakt, że dziennikarze GL postawili jej zarzut wywierania nacisków na niezależność mediów.Wyrok zielonogórskiego Sądu Rejonowego, choć jeszcze nieprawomocny, nie potwierdził tez zawartych w akcie oskarżenia. Z 7 postawionych zarzutów karnych, po prawie dwóch latach procesu i przesłuchaniu wszystkich zainteresowanych, w tym dyrektor CMWP SDP dr. Jolanty Hajdasz, nie utrzymał się żaden. Sędzia Sądu Rejonowego Grzegorz Bujewicz uniewinnił wszystkich oskarżonych Janusza Życzkowskiego, Roberta Bagińskiego i Marcina Kędrynę od zarzutu pomówienia Marszałek Województwa Lubuskiego Elżbietę Polak tj. od popełnienia przestępstwa z art. 212 § 2 k.k. w zb. z art. 212 § 1 k.k., a kosztami procesu obciążył oskarżyciela prywatnego – Marszałka Województwa Lubuskiego.
W obronie dziennikarzy występowała publicznie dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP. Sąd Rejonowy w Zielonej Górze powołał ją na świadka w tej sprawie.
W czerwcu ubr. dziennikarze opisujący sprawę WORD zostali uhonorowani Nagrodą Główną WO SDP „za najciekawsze, najbardziej wartościowe materiały dziennikarskie, poruszające najbardziej aktualne i najistotniejsze problemy społeczne i polityczne” m.in. za teksty pt. „Oskarżenia o mobbing i niemoralne propozycje w gorzowskim WORD”, „WORD w Gorzowie. Sprzeczne relacje, list posłanki, wyjaśnienia dyrektora”, „Lubuski wańka – wstańka. Marcin Jabłoński, ojciec chrzestny afery WORD” . Więcej TUTAJ.