Zastanawiamy się, ale rzadko o tym piszemy – MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Co autor miał na myśli?

W moich szkolnych latach interpretacja utworu literackiego, najczęściej wiersza, często sprowadzała się do rozważań: „Co poeta miał na myśli?”. Na szczęście szybko ten sposób analizy i interpretacji został zakwestionowany, a nawet obśmiany. Już bowiem w szkole średniej dowiedziałem się, że o tym co poeta myślał pisząc wiersz wie tylko sam poeta, a najpewniej Pan Bóg, który wie wszystko.

 Zważywszy, że większość poetów przerabianych (jak się wtedy zwykło mówić) w szkołach już nie żyła, szybko doszliśmy do wniosku, że nie należy wykluczyć myślenia w czasie aktu twórczego o przysłowiowej d. Maryni ewentualnie Maryli, co jednemu z Poetów najpewniej się zdarzało. Choć oczywiście, i na szczęście, zdarzały się wyjątki potwierdzające słuszność czytania literatury w zgodzie z metodą co autor miał na myśli.

NFR czy NRF (RFN)?

Stanisław Lem opublikował, w czasach PRL-u naturalnie, opowiadanie, w którym pojawia się domniemanie o istnieniu w głębiach kosmosu, pośród wielu zamieszkałych planet, także takiej, której mieszkańcy osiągnęli najwyższy poziom. Pod każdym względem: cywilizacyjnym, społecznym, ekonomicznym. Jakoż okazało się, że istnieje taka planeta. W przeciwieństwie do zwykłych, kulistych, ma kształt regularnej bryły o sześciu ścianach. A na krawędziach literki NFR, skrót oznaczający, iż jest to rzeczywiście ta wyjątkowa planeta, która osiągnęła Najwyższą Fazę Rozwoju.

Nie muszę dodawać, jak szybko odkryto, iż litery oznaczające skrót wskazujący na stopień rozwoju planety przypominają skrót nazwy pewnego państwa. Ideologicznie nam obcego, ale jakże podziwianego. NRF (RFN) – Niemiecka Republika Federalna (Republika Federalna Niemiec), jedno z dwóch państw niemieckich, jakie istniały przez wiele powojennych lat. Drugim była Niemiecka Republika Demokratyczna – NRD, bliski nasz sąsiad, przyjaciel, sojusznik w ramach Układu Warszawskiego i Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej (RWPG).

Dla większości jednak szczytem luksusu, dobrobytu, cywilizacyjnych osiągnięć, wolności, po prostu najzwyklejszych tęsknot za lepszym życiem, pozostawała jednak NRF. Choć obca, pełna odwetowców, ziomkostw i podżegaczy wojennych, za to wabiąca wszelkimi dobrami, nie tylko luksusowymi. Doskonale więc rozumieliśmy, jakie oko puścił do czytelników Lem i bardzo nas cieszyło, że tak samo postrzegamy świat. No i czytamy to co napisał zgodnie z jego intencjami. Społeczna szkodliwość interpretacji literatury w kategorii co autor miał na myśli jest znikoma. Ale na  odrębnym etapie interpretacji, w każdym razie w odniesieniu do innych, pozaliterackich wytworów ludzkiego ducha, już tak.

Pomroczność poetycka

Pamiętam z licznych szkoleń, narad, nawet zwykłych sytuacji zawierania umów, kiedy okazywało się, że prawo – tak jak je zapisano w artykułach, paragrafach, w ustawach – wcale nie musi znaczyć tego, co zapisano. Zawsze, kiedy zapisy dostawali do interpretacji uczeni w prawie okazywało się, że czarne wcale nie musi być czarne. Okazywało się też, że trzeba brać pod uwagę coś tak kuriozalnie brzmiącego, nieprecyzyjnego, w dodatku kojarzącego się z owym „co autor miał na myśli”, jak intencje ustawodawcy. Oraz żebyśmy my, prawni laicy, nie próbowali rozumieć prawa zgodnie z zapisem. Od tego są specjaliści. Oczywiście wysoko płatni, przy czym utarło się, że im więcej dostawali, tym byli lepsi.

O czym przekonujemy się na każdym etapie dziejów najnowszych. Mało kto pewnie pamięta słynną „falandyzację” prawa, ale o „pomroczności jasnej” każdy musiał słyszeć. Mogłoby się wydawać, że szczęśliwie osiągnęliśmy, jako społeczeństwo i państwo, wyższą fazę rozwoju (choć jeszcze nie NFR!), więc nie z nami te prymitywne numerki.

Ale nie! Choć żyjemy w państwie prawa, co z lubością podkreślają na każdym miejscu i o każdej porze politycy różnych opcji, to okazuje się, że jednak interpretacja jest najważniejsza. Prawo, owszem, tak. Tak jak rozumiemy (i stosujemy!) je my. Czyli de facto oni. Póki co, bo MY jesteśmy w pamiętaniu wierni.

 

 

Msza święta w intencji ofiarodawców wspierających Polaków we Lwowie

4 sierpnia br. o godzinie 8.00 w katedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny we Lwowie odbędzie się Msza święta za osoby, które wsparły pieniężnie lwowskich Polaków. „Będzie to msza za ich zdrowie oraz podziękowanie za dobre serca i życzliwe dusze”-  powiedział Edward Sosulski, szef Kapeli Lwowskiej, który zamówił mszę.

Zapraszamy wszystkich hojnych wspomagających Polonię Lwowską do włączenia się duchowo w przebieg uroczystości.

I prosimy o dalszą pomoc dla naszych biedujących rodaków we Lwowie.

Hanna Budzisz

 

CEZARY KRYSZTOPA: Gorliwi wykonawcy doktryny Klausa Bachmanna

Nie po to III RP została zbudowana na bezkarności ubeków żeby dzisiaj nie korzystać z ich know how. I nie po to „skrzywdzeni” ubecy organizowali za rządów demonstracje wspierające obecnie rządzących żeby dziś nie iść po swoje.

Chyba nie ma dnia, żeby czy to prof. Sławomir Cenckiewicz, czy były szef Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych Jan Kasprzyk nie informowali o akcesji do różnych organów i spółeczek osób prowadzących w latach ubiegłych tzw. „reset” z Rosją, byłych szkoleniowców ORMO, oficerów Ludowego Wojska Polskiego chwalących się zwalczaniem podziemia niepodległościowego, byłych kapitanów peerelowskiej Wojskowej Służby Wewnętrznej, czy byłych Tajnych Współpracowników Służby Bezpieczeństwa. I tak sobie myślę, że w zalewie informacji złych, bardzo złych i tych mających odwrócić nasza uwagę, jest to daleko niedoceniany aspekt rządów Koalicji 13 grudnia.

Doktryna Klausa Bachmanna

– (…) jeśli nowy rząd naprawdę chce rządzić, musi skierować całą siłę państwa policyjnego, które PiS zbudował przeciwko PiS i prezydentowi – pisał Berliner Zeitung o potencjalnym jeszcze wtedy rządzie Donalda Tuska niemiecki publicysta Klaus Bachmann – Nad Wisłą rozpoczyna się dość unikalny na skalę światową eksperyment, który może być nauką dla wielu innych krajów: demokratycznie wybrana koalicja partii demokratycznych próbuje uczynić kraj ponownie demokratycznym przy użyciu metod niedemokratycznych – pisał ten sam Bachmann w tym samym Berliner Zeitung na chwilę przed powołaniem rządu Koalicji 13 Grudnia. Myślę, że zbieżność wytycznych niemieckiego publicysty z efektami późniejszej ich realizacji przez Donalda Tuska i jego ludzi, upoważnia do tego, żeby te instrukcje nazwać zbiorczo „Doktryną Klausa Bachmanna”.

Oczywiście nie istnieją żadne wiarygodne, pełne dane na temat udziału czy wsparcia ludzi służb komunistycznego reżimu dla rządów Koalicji 13 Grudnia. Ale choćby z relacji „wiodących mediów” wynika, że odszkodowania, które zostały już przyznane przez „nadzwyczajną kastę” pójdą w miliardy złotych. Przy czym warto wiedzieć, że „krzywda” smutnych panów (i pań) polegała na obniżeniu ich wysokich emerytur do poziomu ŚREDNIEJ emerytury, o czym np. mój śp. Tata, wieloletni nauczyciel, mógł tylko pomarzyć, podobnie jak mogą i mogły tylko pomarzyć liczne ofiary smutnych panów (i pań). Warto również wiedzieć, że mówimy tu o ludziach, którzy za PRL nie musieli odprowadzać składek na ZUS, więc tak wtedy jak i teraz na ich emerytury składają się również ich ofiary. Wydaje mi się więc, że można śmiało założyć szerokie zadowolenie i poparcie w tym środowisku dla rządów Koalicji 13 Grudnia.

Profesjonalne know how

Najwyraźniej Doktryna Klausa Bachmanna spotyka się tu chyba nie tylko z profesjonalnym know how, ale również z głębokim przekonaniem o skuteczności podobnych metod co – biorąc pod uwagę nie tylko milczenie dotychczas głośnych zagranicznych „obrońców demokracji w Polsce”, ale także, cóż, bezradność opozycji –  jest najwyraźniej przekonaniem słusznym. Mało tego, spotyka się również z entuzjazmem szerokiego elektoratu Koalicji 13 grudnia, który spazmował kiedy policja wynosiła delikatnie plujące Babcie Kasie, ale poci się z podniecenia na wieść o tym, że wobec księdza czy byłych urzędniczek ministerstwa sprawiedliwości stosuje się metody z katalogu stalinowskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

I ma to doskonałą podbudowę propagandową. Politycy koalicji 13 grudnia, a za nimi „asy wolnego dziennikarstwa” sugerują jakoby ksiądz miał sobie przywłaszczyć jakieś pieniądze, podczas gdy w ogóle nie ma takiego zarzutu, zarzuty generalnie są dość mgliste i trudno zrozumiałe dla kogoś kto nie jest prawnikiem. Czy, że został zatrzymany „w towarzystwie kobiety” co w zasadzie nie zostało potwierdzone niczym. Ktoś kto choć trochę zna historię PRL ma prawo zadawać sobie pytanie o podobieństwo tych metod do metod stosowanych przez komunistów wobec księży, jak podrzucanie bł. ks. Jerzemu Popiełuszce ulotek i materiałów wybuchowych, czy artykułów takich jak „Garsoniera Popiełuszki” czy „Seanse nienawiści” autorstwa Jerzego Urbana, dla wielu i dziś przecież, nawet po śmierci, „autorytetu” i „zabawnego, kontrkulturowego staruszka”.

Jak już wspomniałem, nie dysponuję pełną, ani nawet szczególnie pogłębioną wiedzą na temat współpracy mniej i bardziej emerytowanych „smutnych panów” (i pań) w realizacji przez Donalda Tuska i jego ekipy założeń Doktryny Kalusa Bachmanna, ale obawiam się, że efekty tej współpracy będziemy mogli obserwować coraz częściej. Pod warunkiem oczywiście, że ktoś będzie miał oczy do patrzenia, a uszy do słuchania. Oczy i uszy względnie nie zalepione trującymi produktami przemysłu przykrywkowego.

 

 

Relacja z rozprawy profesorów UW przeciw dziennikarzom Strefy Wolnego Słowa. Sprawa objęta monitoringiem CMWP SDP

W Sądzie Okręgowym w Warszawie 4 lipca odbyła  kolejna rozprawa z powództwa siedmiu profesorów Uniwersytetu Warszawskiego: Moniki Płatek, Jolanty Urbanik, Eleonory Zielińskiej, Jacka Jagielskiego, Wojciecha Jerzego Kocota, Jakuba Urbanika i Mirosława Wyrzykowskiego przeciwko red. Tomaszowi Sakiewiczowi, Maciejowi Maroszowi oraz Niezależnemu Wydawnictwu Polskiemu Sp. z o.o. Sprawa dotyczy  artykułu „Jądro postkomunizmu, czyli wydział prawa Uniwersytetu Warszawskiego”, który 27 lutego 2019 r. ukazał się na łamach tygodnika Gazeta Polska. Posiedzenie odbyło się w trybie zdalnym.

Prawnicy wydziału prawa Uniwersytetu Warszawskiego uważają się za elitę prawniczą i ubierają się dziś w piórka obrońców demokracji, praworządności i państwa prawa, tymczasem sami bardzo często mają związki z systemem komunistycznym i nierzadko ochoczo go współtworzyli – napisał we wstępie  do artykułu jego autor Maciej Marosz. W dalszej części autor artykułu wymienia konkretne osoby charakteryzując ich działalność w czasach PRL-u i  opisując ich związki z przedstawicielami ówczesnej władzy np. przynależność do PZPR.

Osoby, które opisane zostały w artykule skierowały  do sądu pozew  o naruszenie dóbr osobistych (art. 24 kodeksu cywilnego). Podczas czwartkowej rozprawy doszło do przesłuchania Macieja Marosza oraz dwojga profesorów.

Jako pierwszy zeznania złożył prof. Mirosław Wyrzykowski. Obecny profesor Uniwersytetu Warszawskiego wyraził swoje oburzenie się z powodu wiązania jego nazwiska z systemem komunistycznym: Ja nie miałem żadnego związku z komunizmem: ani z ideologią komunistyczną, ani z praktyką komunistyczną, dlatego że jako członek Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej miałem do czynienia z sytuacją, w której realizowany był pewien program o charakterze oczywiście politycznym, ale o charakterze społecznym, o charakterze ekonomicznym. Była to mieszanka różnego rodzaju idei i poglądów, spośród których najbliższe mi były te, które związane były ze sprawiedliwością społeczną, równością wobec prawa, pomocą tym, którzy potrzebują – i tak wyobrażałem sobie wówczas i dzisiaj – z perspektywy prawie 45 lat od wystąpienia z PZPR – podtrzymuję swój pogląd (…)”.

Pełnomocnik strony pozwanej mec. Andrzej Lew-Mirskiego przytoczył fakt prowadzenia zajęć dydaktycznych  przez prof.  Wyrzykowskiego w Wyższej Szkole Oficerskiej w Legionowie już przed okresem transformacji ustrojowej. Szkoła ta przez wiele lat uważana była za główny ośrodek szkolenia Urzędu Bezpieczeństwa, a następnie Służb Bezpieczeństwa. Jak podaje Grzegorz Wołk, badacz dziejów opozycji politycznej oraz aparatu represji w PRL, ośrodek ten kształcił „funkcjonariuszy SB z metod pracy operacyjnej, śledzenia, prowadzenia obserwacji, zakładania podsłuchów czy prowadzenia przesłuchania” (link poniżej z cytatem na ten temat).  Wykładowca, pytany przez Lew-Mirskiego o słuszność swojej pracy w szkole o sowieckim rodowodzie, odpowiedział  krótko: ani duma, ani wstyd, potwierdzając tym samym fakt swojej pracy w tej Szkole Oficerskiej.

W trakcie przesłuchania red. Tomasz Sakiewicz dopytywał Mirosława Wyrzykowskiego, dlaczego opisując swoją ścieżkę naukową, pominął pewien fakt dotyczący pracy w urzędzie „stworzonym przez reżim Jaruzelskiego w celu zamazywania rzeczywistości”. Na pytanie naczelnego GP „Panie profesorze, czy prawdą jest, że pracował pan w instytucji, która dzisiaj być może brzmi dumnie i godnie, ale w przeszłości miała być może trochę inne znaczenie, a mianowicie w biurze Rzecznika Praw Obywatelskich prof. Ewy Łętowskiej?”, profesor odpowiedział bez wahania: „Tak i jestem z tego dumny”.

W dalszej kolejności swoje zeznania złożyła prof. Eleonora Zielińska. Współautorka pozwu uznała, iż stwierdzenie o prezentowaniu przez nią idei komunistycznych teraz, gdy jest wykładowcą akademickim, stanowi informację poniżającą, zaś artykuł szkaluje ją w środowisku. Tak to odebrałam i według moich przekonań zdyskredytowano mnie w oczach studentów – powiedziała Eleonora  Zielińska.  Zwróciła także uwagę, iż musiała „tłumaczyć się” z informacji zawartych w artykule, zaś trwający już od lat proces negatywnie odbił się na jej stanie zdrowia.

Jako ostatni został przesłuchany Maciej Marosz. Pytany o motywacje popełnienia artykułu Autor tłumaczył: Po okresie komunizmu nie było realnych, rzeczywistych rozliczeń tej epoki, która wiązała się z oczywistymi złymi konsekwencjami. Te konsekwencje niesione są dalej w naszą teraźniejszość i przyszłość. Według byłego dziennikarza rozliczenia te objęły jedynie część osób uczestniczących w działalności przestępczej komunizmu: Celem moim była próba pokazania w świetle dziennym przemilczanych informacji, a osoby, które uznały dotąd, że wzięły prysznic po komunizmie i już mogą funkcjonować jako demokratyczni przedstawiciele prawa albo nawet  tacy, którzy mogą wręcz pouczać nas o prawie i demokracji – aby te osoby miały szansę zrehabilitować się i wyjaśnić, co miało miejsce, dlaczego wstąpiły do PZPR, dlaczego były w Wyższej Szkole Oficerskiej, dlaczego funkcjonowały w organach, które podtrzymywały życie tego totalitarnego systemu mordującego ludzi, który odebrał Polsce tlen na 45 lat. Ten artykuł miał być próbą wyciągnięcia ręki do takich osób, które nie zdołały się z tego rozliczyć”.

Po rozprawie zwróciliśmy się do pozwanych z prośbą o odniesienie się do sprawy.

Tomasz Sakiewicz uważa, że autorzy pozwu obawiają się przypominania ich przeszłości oraz wskazywania powiązań poprzedniej działalności z dzisiejszymi poglądami. „Naukowcy z wydziału prawa [Uniwersytetu Warszawskiego – przyp. red.] czują się urażeni tym, że opisaliśmy ich drogi życiowe, które naszym zdaniem mogą sugerować ich postawy społeczne, polityczne czy pewien rodzaj zachowań, które generują w życiu publicznym” – twierdzi naczelny Gazety Polskiej. „Tekst ma charakter czysto poglądowy – nie miał na celu piętnowania kogokolwiek czy wskazywania jakiegoś szczególnego zła, ale miał pokazać, że pewne drogi życiowe jednak mogą doprowadzić do późniejszych wyborów – i tylko tyle”.

Maciej Marosz nie ma wątpliwości, że ten proces to standardowa próba przywołania do porządku dziennikarzy, którzy odważyli się naświetlić przeszłość ludzi mających związki z postkomunizmem:  Za to ma być jak zawsze surowa kara – zastraszenie ujawniających niewygodne fakty i zrujnowanie ich finansowo – mówi Maciej Marosz. Zdaniem pozwanego sprawa ma jeszcze drugie dno i zwraca uwagę, że pozew został wniesiony przez grupę pracowników akademickich: Ci profesorowie demonstracyjnie pokazują, że nie musieli nigdy i nadal nie muszą z nikim dyskutować na forum o swojej przeszłości i wspieraniu postkomunizmu. Otwartość na debatę to istota akademii. Ale nie dla wspomnianych profesorów. Zamiast debaty, której publikacja miała być początkiem, chcą oni wykorzystać swoją przewagę w tym, że są ludźmi z establishmentu prawniczego i mogą swoich adwersarzy uciszyć przy pomocy sprzyjających im sądów. Maciej Marosz uważa, że autorzy pozwu – będąc pewni swego – pominęli w piśmie procesowym wiele logicznych argumentów: dlatego na sali sądowej usiłują wmówić całemu światu, że tekst można opacznie zinterpretować, by odczytać to, czego w tym tekście w istocie nie ma. To dość prymitywny chwyt erystyczny przez zredukowanie czyjejś tezy do absurdu. Obliczony na to, by pozwani nie mogli się bronić, bo jak można się bronić przed wymyślonymi zarzutami traktowanymi z całą powagą? – mówi Maciej Marosz. Wg niego decyzja sądu będzie miała szersze znaczenie dla wolności słowa i równego traktowania wszystkich obywateli: To jeden z takich procesów, w którym wyrok pokaże, czy w ogóle może być jeszcze mowa o wolności słowa w Polsce i czy jest ona dla wszystkich –  powiedział Maciej Marosz

Termin kolejnego posiedzenia wyznaczono na 10 grudnia br. Na ten dzień zaplanowano przesłuchanie m. in. Tomasza Sakiewicza oraz kolejnego profesora ze strony powodowej. Rozprawa odbędzie się już w trybie stacjonarnym

 Anna Maria Szczepaniak

G. Wołk, Esbecki uniwersytet, https://ipn.gov.pl/pl/historia-z-ipn/152869,Grzegorz-Wolk-Esbecki-uniwersytet.html [data dostępu: 9.07.2024].

Nowa książka Teresy Kaczorowskiej, przewodniczącej Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, o Obławie Augustowskiej

Ukazała się długo oczekiwana kolejna książka Teresy Kaczorowskiej, przewodniczącej Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, o Obławie Augustowskiej.

Tym razem autorka pokazuje tę największej powojenną zbrodnię komunistyczną poprzez los największego społecznego orędownika pamięci o tej tragedii, ks. prałata Stanisława Wysockiego z Suwałk, który jako  dziecko w wieku 7 lat stracił w Obławie ojca i dwie siostry. Przepadli oni bez wieści…. Nie wiadomo nawet gdzie zakopano ich ciała…

Pierwsze spotkania z autorką książki „Obława Augustowska w oczach świadka” zaplanowano na Suwalszczyźnie:

10 lipca, godz. 17.00 – Muzeum Okręgowe w Suwałkach

 

11 lipca, godz. 17.00  – Muzeum Kresów Rzeczypospolitej Obojga Narodów
w Sejnach (przy bazylice)

12 lipca, godz. 11.00 – Uroczystość w Gibach

 

Zapraszamy!


Z RECENZJI

prof. Jan Żaryn

„Naród to rodzina rodzin” – mówił bł. Kardynał Stefan Wyszyński. Biografia ks. prałata Stanisława Wysockiego autorstwa pani Teresy  Kaczorowskiej stanowi ważny przyczynek do poznania historii nie tylko Kościoła katolickiego w trudnych latach komunizmu w Polsce, ale przede wszystkim do zdefiniowania niezwykłości polskiego kapłaństwa. Jest ono  bowiem ściśle związane z dbałością i wolą upamiętnienia w przestrzeni  publicznej i w pamięci Narodu, ważnych i na ogół tragicznych wydarzeń z  historii Polski, takich jak Obława Augustowska z lipca 1945 r. Posługa  duszpasterska ks. prałata, jego zaangażowanie jako budowniczego  kościołów, itd. także zasługują na szacunek, ale szczególnie istotnym w  Jego biografii kapłańskiej jest zaangażowanie na rzecz wsparcia polskich  rodzin, dotkniętych najpierw traumą Obławy Augustowskiej z lipca 1945  r., a następnie traumą niepamięci.  Ks. prałat dzięki swojemu  zaangażowaniu społecznemu wpisał te rodziny oraz ich historie do  depozytu polskości, przyczynił się do wychowania Polaków w duchu pamięci  o ofiarach Obławy Augustowskiej. Kapłaństwo ks. prałata stanowi w tym  zakresie kontynuację najlepszych wzorców kapłaństwa polskiego ostatniego  stulecia – Jana Pawła II, czy szczególnie Prymasa Tysiąclecia ks.  kardynała Stefana Wyszyńskiego.

prof. zw. dr hab. Piotr Jaroszyński

Książka, którą oddajemy w ręce Czytelnika, wprowadza nas w świat Obławy  Augustowskiej, świat świadomych siebie Polaków, którzy za polskość stali  się ofiarami, a zarazem w świat morderców, których zadaniem było  przeprowadzenie na Polakach zbrodni doskonałej, doskonalszej niż Katyń.  Jednak my, spadkobiercy tamtych idei, nie możemy tego puścić płazem, musimy odzyskiwać ofiarę po ofierze, szczegół po szczególe, aż  odnajdziemy wszystkich, by godnie ich pochować i złożyć im należny hołd.

 Postacią, która w sposób niewyobrażalny przysłużyła się odzyskiwaniu pamięci o ofiarach Obławy Augustowskiej, jest. ks. prałat Stanisław Wysocki. Zaangażowanie to płynęło nie tylko z racji patriotycznych, ale również głęboko osobistych: najbliżsi ks. prałata (dwie siostry i tata) zostali porwani na rozkaz sowieckich oprawców i zaginęli bez wieści. Ale ks. prałat Stanisław Wysocki podejmując trud poszukiwań, nie zemsty szukał, a prawdy. Ta idea przyświecała też Autorce tej książki:  przeprowadziła rozległą kwerendę, docierając do nieznanych źródeł i do  zapomnianych osób. To ważny wkład w odzyskanie prawdy o ludobójczej  Obławie Augustowskiej. Książka bez wątpienia cenna, warta  upowszechnienia, napisana komunikatywnym językiem.


Teresa Kaczorowska –  dr nauk humanistycznych, badaczka historii najnowszej, reporterka, poetka. Jest autorką blisko 20 książek, w tym ostatnich: „Obława Augustowska” (Warszawa 2015) wydanej też w j. angielskim pt. „The Augustów Roundup of July 1945” (USA 2023), „Dziewczyny Obławy Augustowskiej” (Warszawa 2017) i „Było ich 27” (Warszawa 2020) oraz wielu artykułów prasowych i prac naukowych.  Uczestniczka licznych spotkań autorskich i konferencji, w kraju i na  świecie. Uhonorowana m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski  „Polonia Restituta” (2010), Medalem Stulecia Odzyskanej Niepodległości  (2021), Brązowym i Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze „Gloria Artis” (2014, 2023). Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego  2023 r.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Królewiec – miasto królów, a nie mordercy Kalinina

4 lipca 1946 r. władze sowieckie przemianowały Królewiec, dawną stolicę Prus Książęcych, będących lennem Polski, na miasto mordercy komunistycznego Michaiła Kalinina – Kaliningrad. Od 9 maja 2023 r. rosyjskie miasto Kaliningrad nosi polską nazwę – Królewiec.

Decyzję podjęła rządowa Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami Rzeczypospolitej Polskiej. „Fakt nazwania dużego miasta położonego blisko granic Polski imieniem M.I. Kalinina, zbrodniarza współodpowiedzialnego m.in. za decyzję o masowym wymordowaniu Polaków (zbrodnia katyńska), ma w Polsce emocjonalny, negatywny charakter” – brzmiało uzasadnienie decyzji. Komisja podkreśliła również, że „każde państwo ma prawo używania w swoim języku tradycyjnych nazw stanowiących jego dziedzictwo kulturowe, nie może być natomiast zmuszane do stosowania w swoim języku nazw przez nie nieakceptowalnych”.

Kim był Michaił Kalinin? Ten przez całe swoje dorosłe życie bolszewik urodził się 19 listopada 1875 r. we wsi Górna Trójca guberni twerskiej w rodzinie prostych chłopów. Brak podstawowej wiedzy i ogłady nie przeszkodziły mu trafić na szczyt sowieckiego państwa (co w przypadku bolszewików nie powinno nas dziwić), ale w jego przypadku stało się to niemal unikalnym atutem – jako jeden z nielicznych liderów kom-partii pochodził ze wsi. A przecież władza czerwonych miała być robotniczo-chłopska. Poza tym Kalinin był potrzebny Stalinowi, który właśnie ze względu na niskie loty Michaiła bez problemu nim manipulował i wykorzystywał go do wykonywania swojej woli. Jeszcze ważniejsze było to, że prostolinijność Kalinina przekuwała się na brak aspiracji politycznych i jako taki nie stanowił on dla Józefa Wissarionowicza zagrożenia.

Już w 1919 r. Kalinin został przewodniczącym Ogólnorosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego Rad Rosyjskiej FSRR, która to nazwa niewiele komukolwiek powie, ale oznacza formalną głowę państwa. W 1938 r. konstytucja sowiecka zmieniła nazwę urzędu Kalinina na przewodniczącego Prezydium Rady Najwyższej ZSRR. W rzeczywistości była to funkcja czysto reprezentacyjna, co musi śmieszyć szczególnie w kontekście cech Kalinina. I nawet koledzy bolszewicy nazywali go wszechzwiązkowym starostą. A wódz mógł być tylko jeden – Stalin. Do śmiechu jednak – szczególnie nam, Polakom – nie jest. Bo inna funkcja Kalinina była tyleż fasadowa, co już sprawcza. W 1919 r. został zastępcą członka realnego gremium kierowniczego: Biura Politycznego Komitetu Centralnego WKP(b), a w 1925 r. członkiem tej grupy bandytów pełną gębą. I tu współodpowiadał za czystki lat trzydziestych, w tym ludobójstwo katyńskie. Do czasów Putina w Rosji trwała dyskusja o powrocie Kaliningradu do historycznej nazwy Królewiec. Tym bardziej że to za sprawą takich bandytów jak Michaił Kalinin od 1945 r. miasto było rujnowane. I teraz przynajmniej dla nas, Polaków, nazywa się Królewiec.

Odeszła Kaja Bogomilska, wieloletnia członkini Oddziału Warszawskiego SDP

Z głębokim żalem zawiadamiamy, że odeszła Kaja Bogomilska, zasłużona dziennikarka, wieloletnia Członkini Oddziału Warszawskiego SDP.

Od 1981 roku z zaangażowaniem uczestniczyła w życiu Oddziału Warszawskiego SDP. Brała udział w spotkaniach, zebraniach i Zjazdach Wyborczych w Kazimierzu Dolnym. Chętnie dzieliła się swoim spojrzeniem na rzeczywistość, wymieniała doświadczeniami z pozostałymi dziennikarzami.

Od 1973 roku współpracowała z PAP, potem pisała do „Na Przełaj”. W stanie wojennym została nielegalnie wyweryfikowana z zawodu.

W 1984 roku rozpoczęła współpracę z miesięcznikiem „Cepelia”. Była również nauczycielką w szkołach społecznych. Od 1992 roku współpracowała m.in. z „Gazetą Polską Codziennie”, „Tygodnikiem Centrum”, „Nowym Światem”, „Expressem Wieczornym”, „Światem Kobiety”, „Gazetą Polską”, „Gazetą Sołecką”. Od 1999 roku pisała głównie do Tygodnika „Nasza Polska”.

Na co dzień posługiwała się nienaganną polszczyzną, potrafiła się również porozumieć w trzech językach obcych.

Będzie nam Jej brakowało, ale dobre wspomnienia o Kai pozostaną pozostaną na zawsze w naszych sercach.

Źródło: sdpwarszawa.pl

 

Filmowe życie ministry – MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Tańcząca z lekturami

W mediach pokazała się rozmowa z Barbarą Nowacką, prezentowaną w roli ministra lub ministry edukacji. Pierwsze skojarzenie, jakie automatycznie niemal się nasuwa, kieruje w stronę filmu o ponętnym tytule „Pani mister tańczy”, nakręconego w 1937 roku przez Juliusza Gardana. Tytułowa pani minister z tamtego obrazu ma siostrę bliźniaczkę, aktorkę kabaretową. Jej sceniczne popisy i popularność oczywiście idą na konto poważnej pani minister stojącej na czele Ministerstwa Ochrony Moralności Publicznej.  

 Obie role odtwarzała gwiazda przedwojennego polskiego kina, kabaretu i estrady, Tola Mankiewiczówna. Jej filmowe perypetie oczywiście dobrze się skończyły, wyjaśniły się też nieporozumienia wywołane podobieństwem sióstr zajmujących tak różne pozycje w zawodowej hierarchii. Wystarczyły niespełna dwie godziny filmowego seansu. 

 To dygresja, ale bardzo na czasie. Zastanawiam się bowiem, ile trzeba będzie czekać na odkręcenie tego, co proponuje aktualna pani minister. Nie od spraw moralności, ale oświecenia, czyli edukacji. A także komu? czemu? potrzebne są proponowane, a właściwie już zadekretowane zmiany, choćby w liście lektur, jakie młodzież powinna w czasie lat nauki poznać. Wiem, to temat rzeka. Sam przeżyłem wiele różnych zmian, pamiętam też, co zwykł powtarzać studentom jeden z wykładowców, kiedy jeszcze byłem na pierwszym roku polonistyki. Otóż mówił on, jeszcze przed Marcem 68, że żadna reforma edukacji w Polsce nie trwała dłużej niż pięć lat. I nawet jeśli z dzisiejszej perspektywy gołym okiem widać, że okresy te bywają dłuższe, to z reguły nie przekraczają dwóch kolejnych kadencji sejmowej większości. Czyli lat ośmiu.  

 Stąd u każdego z jakim takim doświadczeniem życiowym i dostatecznie długą perspektywą musi pojawić się zaskoczenie (?): po co to wszystko, jeśli za niewiele lat wahadło wychyli się w drugą stronę albo zwyczajnie powróci do stanu sprzed aktualnej reformy. Zastanawiam się zwłaszcza, dlaczego nagle Jarosław Marek Rymkiewicz, poeta wybitny, hołubiony i popularyzowany a także honorowany przez środowisko „Gazety Wyborczej” – jest przecież laureatem Nagrody Literackiej Nike w 2003 za tomik poezji „Zachód słońca w Milanówku”, stał się „niejakim Rymkiewiczem”. Dla którego wstęp na listy lektur polecanych młodzieży został wzbroniony. Jest on bowiem „poetą sekty smoleńskiej” – jak można wyczytać z wypowiedzi aktualnej „pani ministry”. Cokolwiek to znaczy. Bo np. jeśli wszystko, co napisał po katastrofie smoleńskiej jest zaliczane do „poezji sekty smoleńskiej”, a w związku z tym dla wszystkich innych (nie-smoleńskich) sekciarzy jest be, to może wystarczyło zostawić wybór jego wierszy sprzed 10 kwietnia 2010 roku? Gdyby oczywiście była wola…  

 Tu jeszcze jedna dygresja. Jestem sporo od „pani ministry” starszy i pamiętam, jak omijano w PRL-u cenzorski zapis na Miłosza, przynajmniej w jakiejś części. Nie drukowano jego nowych wierszy, które pisał na emigracji, ale przedwojenne, a nawet te z tomu „Ocalenie” (Warszawa 1945) można była znaleźć w różnych antologiach. Kto chciał, a jeszcze trafił na dobrego polonistę, mógł je czytać. Podobnie zresztą uważa niejaka pani Nowacka: „To, że kogoś nie ma na liście lektur, nie znaczy, że go nie można czytać.” Bo z listy lektur wyrzucono nie tylko Jarosława Marka Rymkiewicza, jeśli więc tylko jemu poświęcam miejsce, to z przyczyn poniekąd patriotycznych. Mógłbym dodać: lokalno-patriotycznych dla jego wyjątkowych łódzkich konotacji. Bo to Łódź była dla niego miejscem nauki i pierwszych dokonań artystycznych. Tu zdał maturę, a następnie ukończył polonistykę na Uniwersytecie Łódzkim, gdzie też czas pewien pracował jako asystent. Wchodził w skład zespołu redakcyjnego tygodnika „Odgłosy”, był też, krótko wprawdzie, kierownikiem literackim Teatru Ziemi Łódzkiej. Debiutował jako poeta tomikiem „Konwencje”, opublikowanym przez Wydawnictwo Łódzkie w 1957. Ta sama oficyna wydała jego drugi tom poezji „Człowiek z głową jastrzębia” (1960) oraz dramaty: „Król Mięsopust” i „Porwanie Europy” w jednym tomie w 1977 roku. Wreszcie w Łodzi został laureatem Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima w 2015 roku.  

 Nic dodać, poza tym, że najczęściej o tym, co młodzież powinna czytać, a przynajmniej wiedzieć o ważnych, znaczących osobach i dziełach, z reguły decyduje ktoś: rodzic, nauczyciel, wychowawca, wykładowca, profesor, nad którymi jednak są ministrowie i ministry. Wyznaczają kierunki, opracowują programy, wskazują nazwiska, tytuły warte poznania albo skazane na niebyt. Dlatego jeśli się o nich – autorach i dziełach – nie mówi, nie ma ich w programie ani na liście lektur, to jakby ich nie było. I nie trzeba wielkiej przenikliwości, by stwierdzić, że większość z tych, co dziś chodzą do szkół, nigdy do raz „przerobionych”, a tym bardziej „nieprzerobionych” lektur nie wróci. Niezależnie od okoliczności, od takich czy innych decyzji administracyjnych, jedna kwestia nie ulega wątpliwości. Rymkiewicz ma swoje miejsce w kanonie polskiej literatury jako wybitny poeta, prozaik, eseista, dramaturg, tłumacz, znawca twórczości polskich romantyków z Mickiewiczem na czele.  

 Pani ministra zaś – językoznawcy formę tę wywodzą od łacińskiego słowa minister, które oznacza sługę, pomocnika – doskonale znalazła się w roli posłusznej wykonawczyni politycznych poleceń. Na pewno nie jest to rola warta pamięci następnych pokoleń. 

  

Zmarła redaktor-lodziarka z wrocławskiego ZOO. BARBARĘ PIETKIEWICZ-TRZECIAK wspomina Stefan Truszczyński

W sobotę, 29 czerwca w wieku 78 lat odeszła Barbara Trzeciak-Pietkiewicz, dziennikarka radiowa i telewizyjna, działaczka opozycji w PRL.

Barbara Pietkiewicz-Trzeciak pracowała we wrocławskiej Telewizji Polskiej. 13 grudnia 1981 roku tak jak setki innych dziennikarzy została brutalnie wyrzucona z pracy. Grzechem była przynależność do „Solidarności”.

Ludzie telewizji, radia, prasy poszli na bruk. Po prostu won! Hunta przejęła władzę. Opowiadali się za nią wpatrzeni w Jaruzelskiego koniunkturaliści.

Naród przeżył szok. Ale to było dawno i wspomnienia o tamtych latach zacierają się. Warto jednak  jeszcze raz przypomnieć takich dziennikarzy jak Barbara. Bardzo zdolna, ambitna i popularna na Dolnym Śląsku. Ta popularność wzrosła jeszcze gdy ludzie dowiedzieli się, że redaktorka z telewizji nie załamała się.  Przeciwnie, nadal działa w „Solidarności i podziemnych mediach. Naprawdę wielki szacunek wywołała jej decyzja by zarabiać na życie jako lodziarka na terenie wrocławskiego ZOO. Ktoś się nie przestraszył i umożliwił jej pracę zarobkową. Ludzie walili do ZOO i kupowali lody od Basi. Tak było.

Ludzie uczciwi po 13 grudnia lekko nie mieli, ale przetrwali aż do czerwca 89 roku. Zahartowani i optymistyczni ruszyli do pracy w swoich zawodach po ośmiu latach przerwy.

Barbara Trzeciak szła jak burza – była redaktorką w telewizji, autorką programów, robiła wywiady z najważniejszymi ludźmi w kraju. Wróciła do swojej ukochanej Telewizji Polskiej i pełniła tam ważne funkcje. Potem budowała informacyjny Polsat. (Teraz zarządza tym działem red. Dorota Gawryluk). Ta wspaniała kobieta była bardzo dzielna i wytrwała. Niestety w życiu prywatnym walczyła nie do końca z sukcesem. Boleśnie przeżyła śmierć syna, o życie którego walczyła przez kilka lat. Potem doznała wylewu i już nie mogła wrócić do pracy. Zmarła w domu opieki kilka dni temu.

Współpracowałem z Barbarą w „Studio Solidarność”, które obejmowało ok. stu dziennikarzy w całej Polsce. To byli ludzie którzy doczekali roku 89 i w miarę uczciwych wyborów oraz rządów prawa. Zrobiliśmy setki programów co miało znaczenie dla wyborczego wyniku 4 czerwca.

Basiu – żegnamy Cię serdecznie już w coraz mniejszym gronie.

Koleżanki, koledzy ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i mediów, w których tak intensywnie Barbara Pietkiewicz-Trzeciak działała. Bardzo dobrze pracowałaś przez wiele lat. Cześć Twojej Pamięci.

 

 

Uczestnicząc w manipulacji trzeba brać pod uwagę, to co napisał STEFAN TRUSZCZYŃSKI: „19:30” idzie złym tropem

Sztandarowy program informacyjny rządowej telewizji podąża w złym kierunku. Pierwszy przykład: spis przekroczenia kosztów przy budowie przekopu wiślanego. A przekop to sukces. Dzięki konsekwencji i dobrej organizacji prac przekop, podobnie jak tunel w Świnoujściu i inwestycje portowe w Gdyni zostały wykonane wzorowo.

Wytoczone zarzuty NIK (Marian Banaś!), że za drogo, że przekroczono planowane koszty. I tak to klepie usługowe, niestety, „19:30”. Ani słowa, że zwiększono zakres robót, ani słowa, że ten szef obecny NIK, który oskarża, sam – jak powiedział w Radiu Wnet b. minister gospodarki morskiej Marek Gróbarczyk – podpisał zgodę na finansowanie zwiększone, gdy był za to odpowiedzialny jako minister finansów. Chamska hucpa. Byle oskarżać PiS. Walka partyjna nadal trwa.

Ale dlaczego „nowe” media z nowymi młodziutkimi, ładnymi twarzyczkami w tym uczestniczą? Czy nie zdają sobie sprawy, że na starcie tracą nadzieję na wiarygodność. Jeśli już mają pomóc swoim dysponentom to nich robią to inteligentnie a nie kłamliwie z pominięciem podstawowych zasad dziennikarskich. To znaczy zawsze trzeba dać głos stronie oskarżonej.

Tego uczą na studiach, to abc zawodu. Panie Czyż chce pan zdobyć popularność i uznanie? To proszę zachowywać się profesjonalnie. Ma Pan jeszcze szanse. To się naprawdę opłaca. Oczywiście na dłuższą metę!

Poprzednia ekipa „Wiadomości” sama sobie zgotowała opinię propagandzistów. Oczywiście mogło być inaczej, bo słuszne pryncypia polityki PiS nadal pozostają aktualne: nasza suwerenność, pozbycie się wpływów Rosji, systematyczne uniezależnienie Polski od Niemiec, sprawa zbrodni smoleńskiej i wyjaśnienie wielu afer – w tym oczywistych politycznych zabójstw.

Te sprawy, programy muszą prowadzić ludzie wiarygodni. I tacy są w Polsce. Niestety wielu z nich żre się i walczy ze zwolennikami tych samych idei, a występującymi w innych partyjnych barwach.

Jak łatwo się zapomina, że była bratobójcza walka między PiS a Suwerenną Polską, że było to niezwykle szkodliwe. Gowin, którego wyeliminowała sprytna akcja Bielana. Odsunięcie ministra Ardanowskiego, pomysły futerkowe i inne to nie były przecież mądre posunięcia.

Ale dość! Teraz mamy wybrać prezydenta. To niesłychanie ważna sprawa. Czy prezes Kaczyński postąpi tak jak z kandydaturą do Unii – Saryusza-Wolskiego? Czy wręcz obrażać będzie dalej takich sojuszników jak profesor Wiesław Binienda, którego poproszono o pomoc, a potem nawet nie podziękowano za wielki wysiłek w samodzielnie prowadzonym śledztwie smoleńskim, za pracę przy udowadnianiu zbrodni. Kto to wszystko robi? Krasnoludki?

Z szacunkiem i zachowaniem godności, ale pewni ludzie z polityki muszą odejść. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Przykładem sztuczny twór – Trzecia Droga Hołowni. Kamysz znika w sposób naturalny, ponieważ nie ma nic do zaproponowania. Jak daleko zajdzie Konfederacja, która idzie do przodu, ale – jak mówi sama – celowo wolnym krokiem? To ciekawi ludzie. I ładnie i mądrze mówią, ale liczenie, że opanują prawą stroną całkowicie jest złudne.

W tym „perspektywicznym” celowo wolnym marszu prędzej się zestarzeją, znudzą wyborcom, niż osiągną konkretną politycznie ważną pozycję. Czas nie płynie. Wszystko gna, panie Bosak. Wrzaski Braunowe, tak jak Korwinowe czy Palikotowe to skrajności zajmujące uwagę tylko przez moment. Popatrzcie na wesz na grzebieniu. Też skacze, miota się, ale i tak w końcu się ją w łeb pacnie.

Polska to nasz kraj. Zniszczono dorobek powojennych pokoleń, zmuszono do wyjazdu za chlebem ludzi tu za ciężkie pieniądze wykształconych. Ale gdy rozejrzymy się – dzięki wstąpieniu do Unii, dzięki naszym zdolnym i wykształconym pokoleniom osiągnęliśmy wiele. Teraz, niestety, dwuplemienność narodowa to radość sąsiadów. Żeby już nie mieli wrogów – konkurentów. Dziś jedna siła coraz bardziej chce zniszczyć drugą. Ta bratobójcza walka, takie „na złość mamie odmrożę sobie uszy”.

Najlepiej byłoby zmienić cały polityczny garnitur. Ale to zakotwiczone bractwo. Nie widzi zupełnie, że już nie nadąża. Krzyczeliśmy „Balcerowicz musi odejść”. I nie ma go choć długo bredził. A ten co krzyczał najbardziej zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Jest w ojczyźnie wiele rachunków krzywd. „Obca dłoń ich nie przekreśli”! Kto to ma wbić Polakom do głów? I jak to zrobić?