O sprawach fundamentalnych znowu przypomina STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Piękno i głupota

Oglądajcie wyścig pokoju – Langa! Tak, wyścig Czesława Langa, bo to ten Pan zrobił i nadal robi. Dzięki niespożytej energii dziś niemal 70-letni były kolarz a teraz znakomity menadżer jest człowiekiem wielkiego sukcesu. Brawo! Bravissimo! Trasa, którą co roku on i jego współpracownicy wymyślają się zmienia po to by pokazać piękno Polski – to najwspanialsze udekorowane cudami natury obrazy naszego kraju. Taka jest Polska. Patrioci widzą to i radują się. Nigdzie za granicę się nie wybierają na stałe. Nie przejmują się głupotami, które głoszą rodzimi „Europejczycy”: – Ja nie jestem Polką – mówi młoda kobieta – ja jestem Europejką.

A bądź sobie czym chcesz – w Polsce, u Niemców, Francuzów, Hiszpanów, a nawet w muzułmańskim świecie. Na pewno jeszcze zatęsknisz i zapłaczesz. To nie żadna megalomania narodowa. Kocha się rodzinę, kocha się swój kraj, Ojczyznę. Bo stąd nasz ród, rodzice, dziadkowie, nasza historia i nasz kościół. To normalne. Kochanie inaczej jest możliwe, ale nie jest przymusowe.

Looknijmy na Anglików. Jak podchodzą do suwerenności? Nawet gdy Wielka Brytania dzieli się na krainy. Francja błysnęła na Igrzyskach Olimpijskich. I jest teraz dumna i doceniana. Gdy przemawiał szef Komitetu Organizacyjnego, kiedy na niego popatrzyliśmy i posłuchaliśmy, jasne stało się dlaczego tak wspaniale wypadły IO 33. Olimpiady. Jacy ludzie ją zorganizowali i przeprowadzili. Kiedyś Andrzej Zawada – śp. nasz znakomity taternik, alpinista, himalaista i organizator zwycięskich wypraw – powiedział mi: „Ich ken drinken, ich ken dancen, aber nigdy mit zasrancen (to tak jak teraz wszyscy gadają – kolokwialnie).

Powiedzcie mi ludzie dlaczego serwują nam przed oczy właśnie takich… byle jakich, którzy nawet na pierwszy rzut oka  pokazują kim naprawdę są? Czy to tak trudno wybrać? Przecież wielki wybór w naszym wielkim kraju jest. Wybór coraz większy. Coraz mądrzejszy, lepiej wykształcony i dorodny.

Wybory nie były przeprowadzone przez niezależne media. To partie narzucały kandydatów. Ludzie – obywatele odegrali rolę bierną, byli  zmanipulowani i ograniczeni w swoich decyzjach. TAK NIE POWINNO BYĆ. Do mediów powinni zapraszać niezależni dziennikarze. Od ich sumienia, etyki, a przede wszystkim prawdziwie zawodowych umiejętności powinno zależeć kogo się przedstawia głosującym. A wybór jest ogromny.

Wybierający to powinni być redaktorzy pracowici, fachowi. Wówczas sobie poradzą. Nigdy nie powinien tego robić dysponent polityczny, a właśnie odpowiedzialny redaktor telewizji, radia, bo one mają największy wpływ na wyniki wyborów. Oczywiście powinno się wybierać ludzi mądrych, mających coś do powiedzenia. Ględy i pyskacze niech przemawiają na partyjnych zbiegowiskach. Tamtejszy bełkot powielany ustawicznie to tylko samozadowolenie i pocieszanie się ludzi występujących w kupie z myślą, że znaczą więcej niż znaczą naprawdę. To szkodliwe i bezowocne. Ale zaślepieni tego nie widzą.

Ukaranie polityka ostracyzmem jest gorsze dla niego niż grypa a nawet niż covid. Gdyby dziennikarze współpracowali ze sobą dałoby się załatwić odmownie kłamców, cwaniaków i zwykłych złodziei. Przecież wszyscy dobrze wiemy kto jest kto. Lenie chowają się pod fotelami, bezczelni zakłócają obrady, lizusy okradają, ślinią się na widok szefów i wdzięczą obleśnie. Czego się nie robi w polityce sejmowo-senatowej. A przecież to tylko ciało ustawodawcze. Pracy tam nie widzimy. Owszem – kłótnie, blokowanie spraw ważnych i popisy, gdzie nie dominuje siła argumentu a siłą demagogii.

Piękna Polska cała. Bory, rzeki, góry. I wieś dorodna i zasobna coraz bardziej. Tylko ta Wiejska nam nie wychodzi.  Kiedyś marszałek Piłsudski rozpędził bractwo, któremu prywata i woda sodowa uderzyły do głowy. Dziś nie ma jeszcze takiego przywódcy. Myślę, że się w końcu znajdzie. I nie będzie to „Europejczyk”. Każdy z tamtych nie jest w stanie rządzić u siebie. Chcą tylko słuchać. A sojusze i suwerenność trzeba wypośrodkować.

Polacy nigdy nie powinni zbytnio ufać, że im ktoś pomoże. Jeden jest daleko, inni sami są po prostu słabi. Popatrzmy jak przymierzamy się do atomu. To co wymyślono mądrze – Centralny Port Komunikacyjny – to chcemy teraz psuć. A do tego sprawy morza, stoczni, floty handlowej, węgla, hut, czy nie widzicie marnotrawstwa, prywaty i zachłanności, ingerencji lobbystów obcych państw? Owszem, dużo wypasionych aut śmiga. Ale one zardzewieją. Tak samo jak po 20 latach słupy elektrowni wiatrowych. To zły pomysł. Mało wydajna produkcja energii. Nie ma jej gdzie magazynować. I do tego wiatry niepewne są.

Na szczęście mamy ciągle jeszcze węgiel, o który nie dbamy, tak samo jak nie dbamy o górników i oszukujemy ich nadal. Kto za to odpowie? Tych, którzy to dziś robią już nie będzie – zostaniemy z kosztami, długami, z ręką w nocniku. Beznadziejne głupie komisje sejmowe będą się zbierać, mądrale z coraz groźniejszymi minami będą pokazywać władzę. Nikt się tym oczywiście nie przejmuje, co dało się zauważyć dzięki występom śmiesznych przewodniczących komisji dochodzeniowych. Kury – jak powiedział Piłsudski – im szczać prowadzać… a nie w poselskiej ławie siedzieć.

 

 

 

 

 

Budząc się, czekasz na strzał w głowę  – 15. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Upadłem i udawałem martwego. Nie ruszałem się, bo oni jeszcze chodzili i dobijali. Było zimno i starałem się nie oddychać, żeby nie było widać pary z ust, żeby nie widzieli, że jeszcze żyję… —  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ

Bucza. Przedmieścia miasta w kierunku Irpienia.

Bracia Kurusy, 44-letni Mychajło i 35-letni Wiktor, urodzili się w Doniecku. Oboje zdobyli specjalne wykształcenie i zostali profesjonalnymi szefami kuchni.
Jesienią 2021 roku, na zaproszenie ojca Jurija, mężczyźni przeprowadzili się z tzw. „DRL” (Doniecka Republika Ludowa – nieuznawane państwo utworzone 12 maja 2014 roku przez prorosyjskich separatystów na terytorium Ukrainy – przyp. red.) do Buczy. Ich ojciec z drugą żoną, córką z tego małżeństwa i zięciem mieszkał tutaj już od ponad dziesięciu lat i chciał, aby wszystkie jego dzieci były bezpieczne.

Siostra Maria opowiadała, że starszy z braci, Mychajło, pracował w Buczy jako sushi master. W wolnym czasie, zakochany w górach, chodził na piesze wycieczki, uwielbiał też jeździć na rowerze górskim. Z kolei młodszy pasjonował się muzyką rockową i nie opuszczał koncertów ulubionych wykonawców.

„W sezonie zimowym Wiktor pracował w jednej z restauracji w Bukovelu — wspomina Maria — a pod koniec lutego 2022 roku wrócił do Buczy”. To tutaj zastała go wojna…

Bracia razem z przyjaciółmi zaczęli piec chleb dla mieszkańców, a gdy sytuacja się pogorszyła, postanowili zapisać się do kijowskiej obrony terytorialnej.

„Wieczorem 3 marca Wiktor i Mychajło spakowali rzeczy i pieszo wyruszyli do Kijowa — wspomina siostra. — Planując ucieczkę z okupowanej Buczy, wybrali drogę obok centrum handlowego ‘Żyrafa’. Chcieli dotrzeć do mostu Romanowskiego w Irpieniu. Czekaliśmy na ich telefon cały wieczór i całą noc, ale nie zadzwonili. Telefon początkowo nie odpowiadał, a 4 marca zniknął z sieci. Ojciec był bardzo zaniepokojony, miał zawał serca. Mijały dni, tygodnie, a wiadomości od Mychajła i Wiktora nadal nie było”.

Wtedy, 12 marca, rodzina Kurusów zdecydowała się na ewakuację. Na pierwszym ukraińskim punkcie kontrolnym bliscy zgłosili zaginięcie Mychajła i Wiktora…

Bracia zostali odnalezieni na początku kwietnia. W masowym grobie na terenie świątyni św. Andrzeja. Ich ciała, noszące ślady brutalnych tortur, były przeszyte kulami.

Szczątki Mychajła i Wiktora skremowano, a urny z prochami wysłano matce do Doniecka…

Maria nie może uwierzyć w to, co się stało: „To wielka strata, wielka tragedia. Od dnia, w którym braci zabrakło, nasze życie zmieniło się na zawsze. Nie ma już radości, szczególnie smutno jest w święta, kiedy tata płacze. Marzył o życiu w pobliżu swoich dzieci, a jego synowie zginęli”…

Bucza, rejon „Sklosavodska”. Ulica Jabłonska nr 144.

Autorowi tych notatek zdarzało się często bywać w czteropiętrowym budynku biura „Agrobudpostaczu”, który znajdował się pod tym adresem. W tamtych czasach ulica nosiła nazwę na cześć „płomiennego bolszewika” — Siergieja Kirowa. Kierownikiem firmy był dobry i życzliwy człowiek — Pawło Mykołajowycz Iwaszczenko. Korzystając z jego przyjaźni, od czasu do czasu zwracałem się do niego po pomoc. Gazeta „Buczańskie Nowiny”, której wówczas byłem redaktorem naczelnym, zawsze potrzebowała (jak i inne niskonakładowe wydawnictwa na Ukrainie) wsparcia finansowego. Pawło Mykołajowycz nigdy nie odmawiał. „Nasza gazeta to rzecz święta” — mówił z uśmiechem, wzywając księgowego…

Iwaszczenko, Honorowy Obywatel Buczy i Zasłużony Budowniczy Ukrainy, zmarł 12 kwietnia 2021 roku, a prawie rok później przed budynkiem jego firmy doszło do prawdziwej tragedii… Rosyjscy oprawcy rozstrzelali niewinnych ludzi. Jedyną osobą, która przeżyła tę masakrę, był 43-letni taksówkarz Iwan Skyba. To on ujawnił tę przerażającą historię…

Początek wojny Iwan spędził na ulicach Kijowa za kierownicą swojej taksówki. Nagle, jak wspominał, zadzwonił dyspozytor i powiedział, że kierownictwo pilnie wycofuje wszystkie taksówki z ulic stolicy do bazy.

Iwan był w szoku, ponieważ nie przypuszczał, że Rosjanie posuną się aż tak daleko w swoich zamiarach „denazyfikacji” Ukrainy i zaatakują duże miasta jego kraju rakietami. Przewidując możliwe trudności i niebezpieczeństwa, udał się do swojego mieszkania w Browarach, aby zabrać dokumenty. Stamtąd pojechał do Buczy, gdzie żona i czworo dzieci odwiedzali jego matkę. Na miejscu, po rodzinnej naradzie, postanowiono zostać tutaj, na spokojnej i prowincjonalnej ulicy Sklosavodskiej, przypominającej wieś. Tym bardziej, jak opowiadał Skyba, „zaczęły krążyć plotki, że Rosjanie zbliżają się do Buczy. Zaczęliśmy urządzać schrony w piwnicach, zwozić tam rzeczy”. Mimo wszystko byli pewni, że nieszczęście ich ominie, że uda się przeczekać, ponieważ spokojne miasto wydawało się takie bezpieczne…

Aby jakoś przysłużyć się Ojczyźnie, Iwan Skyba i jego przyjaciel z Buczy oraz ojciec chrzestny ich dwuletniej córki Złoty, Światosław Turowski, zapisali się do nielicznej, jeśli być szczerym, lokalnej obrony terytorialnej. Ich punkt kontrolny, zlokalizowany na ulicy Jabłonskiej, miał dość skromne wyposażenie militarne: na dziewięciu żołnierzy przypadał jeden karabin, granat i lornetka…

„Pełniliśmy dyżury na punktach kontrolnych, sprawdzaliśmy dokumenty, pilnowaliśmy, żeby ludzie nie nosili broni — wspominał Iwan Skyba. — Pomagaliśmy organizować bezpieczny wyjazd ludzi, ponieważ znaliśmy teren… Nie było strachu. Żadnego strachu. Była chęć zjednoczenia się, zebrania. Cały czas byliśmy na nogach. W wolnym czasie roznosiliśmy jedzenie po piwnicach tym, którzy tam się ukrywali, kobietom i dzieciom. Nie było czasu na strach”.

Początkowo sytuacja rzeczywiście wydawała się dość optymistyczna – 27 lutego Rosjanie ponieśli poważną porażkę na ulicy Wokzalnej, o czym dowiedział się cały świat, a 3 marca jacyś żołnierze w mundurach Sił Zbrojnych Ukrainy podnieśli flagę Ukrainy przy miejskim ratuszu w Buczy, symbolizując w ten sposób wyzwolenie miasta. Ale, jak mądrze ostrzega przysłowie, „nie mów hop zanim nie przeskoczysz”. Tego samego dnia – po południu, około obiadu – rosyjska kolumna pancerna zaczęła wkraczać do rejonu Sklosavodskiej (później śledczy SBU ustalili, że były to jednostki 104. i 234. pułku desantowo-szturmowego z Pskowa; w szczególności wojskowi z jednostek nr 32515 i nr 74268)…

„Tego dnia byłem w obronie terytorialnej na punkcie kontrolnym w Buczy, pomagałem organizować ewakuację cywilów – zeznał Iwan Skyba. – Usłyszeliśmy przez radio, że do miasta weszły rosyjskie pojazdy”.

Rozpoczęła się intensywna strzelanina, wszędzie słychać było głośne i przerażające wybuchy – Rosjanie trafili w dom przed punktem kontrolnym.

Razem z towarzyszami broni Iwan zaczął kierować samochody osobowe z przestraszonymi pasażerami w stronę ulicy Wokzalnej, która prowadziła do Irpienia. Na własne oczy widział, jak Rosjanie trafili w biały samochód osobowy renault i to, jak młoda kobieta z dziećmi nie mogła wydostać się z płonącego pojazdu. Krzyczeli strasznie…

Sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna i napięta. Postanowiono ukryć broń i przeczekać wrogą nawałnicę u 53-letniego Walerego Kotenki, który od kilku dni karmił obrońców terytorialnych, a jego dom (przy ulicy Jabłonskiej 31) znajdował się naprzeciwko punktu kontrolnego.

Po pewnym czasie do domu Walerego zapukało dwóch kolejnych bojowników – Andrij Dvornikow, który przed wojną pracował jako kurier, i Denys Rudenko. W ten sposób w domu ukryło się dziewięciu mężczyzn, wliczając gospodarza. Po naradzie zdecydowali, że w razie kontroli Rosjan powiedzą, że są ekipą budowlaną, która pracuje w Buczy i obecnie ukrywa się ze strachu przed wybuchami i strzelaniną…

„Słyszeliśmy ich i ruch sprzętu. Otoczyli nas” – relacjonował Iwan Skyba.

Musieli zachować absolutną ciszę, aby nie zwrócić uwagi wroga. Aby uspokoić żony i partnerki, pisali im optymistyczne SMS-y. Mimo to, niebezpieczeństwo odkrycia ich było bardzo poważne. Wieczorem tego dnia 39-letni Anatolij Prichidko zadzwonił do swojej żony Olgi i szeptem powiedział, że ukrywają się z przyjaciółmi i nie może długo rozmawiać, bo mogą go usłyszeć Rosjanie, którzy kręcą się po ulicy.

Noc minęła w napięciu i bezsenności. O ósmej rano 4 marca Denys Rudenko wysłał wiadomość do swojego kolegi: „Jesteśmy otoczeni. Na razie się ukrywamy. Strzelają z pojazdów opancerzonych i karabinów maszynowych. Miejscowi zostali zabici. Ich ciała leżą na ulicy. Z tego, co rozumiem, czekają na wsparcie i ruszą w kierunku Kijowa”.

Następnie Andrij Dvornikow wysłał wiadomość do swojej żony Julii: „Jesteśmy otoczeni, siedzimy tu, ale wyjdę stąd, jak tylko będzie możliwość. Usuń wszystkie wiadomości i zdjęcia z telefonu. Kocham cię”. Dokładnie o dziesiątej – jak wspomina zrozpaczona Olga Prichidko – jej mąż Anatolij wysłał lakoniczne „Nadal siedzimy”. I „to była jego ostatnia wiadomość”…

Mniej niż godzinę później do domu, wyłamując drzwi, wtargnęli rosyjscy żołnierze. Grożąc bronią, wyprowadzili jeńców na zewnątrz, gdzie panował mróz. „Rozebrali nas wszystkich, szukali tatuaży” – zeznawał Iwan Skyba. „Krzyczeli: ‘Jesteście banderowcami!’ Zabrali wszystkim telefony komórkowe”.

Po tym, co uchwyciły kamery monitoringu, nakazano jeńcom ustawić się jeden za drugim, jedną ręką trzymać osobę przed sobą, a drugą położyć na głowie. Później Skyba, przeglądając nagranie, boleśnie stwierdził: „Idę jako przedostatni…”.

W takim poniżającym szyku poprowadzono ludzi z Buczy do budynku „Agrobudpostaczu”, gdzie Rosjanie urządzili swoją siedzibę i miejsce tortur. Przy ścianie budynku biurowego mężczyźni zostali zmuszeni do klęczenia, a ich koszule i swetry podciągnięto im na głowy, po czym rozpoczęła się egzekucja. Bili ich kolbami karabinów, rękami… W tym czasie Rosjanie histerycznie krzyczeli, zachęcając się nawzajem i wściekając się od własnych gróźb: „Jesteście banderowcami! Chcieliście nas spalić koktajlami Mołotowa! Teraz my was spalimy żywcem!”. Potem, popadając w jeszcze większą furię i próbując jeszcze bardziej zastraszyć nieszczęsnych ludzi, jeden z oprawców strzelił z karabinu do 28-letniego pracownika kooperatywy Witalija Karpenki.

Po tym jeden z młodych jeńców (Iwan Skyba nie podał jego nazwiska prasie) wpadł w panikę i przyznał Rosjanom, że wszyscy zatrzymani należą do obrony terytorialnej Buczy. Teraz okupanci zupełnie oszaleli, a bicie wznowiono z nową siłą i jeszcze większą wściekłością… Zdrajcę jednak wypuszczono… (Obecnie zajmują się nim „kompetentne organy”, oskarżając o zdradę państwa).

W pewnym momencie oprawcy rozkazali Iwanowi Skybie i Andrijowi Werbowemu, który pracował w „Epicentrze” jako operator maszyny do cięcia, wstać z kolan i wprowadzili ich do budynku. To, między innymi, widział 57-letni Jurij Rażyk, który mieszkał w domu naprzeciwko „Agrobudpostaczu”.

„Kazali klęknąć pod ścianą, zaczęli kłaść cegły na moje plecy, aż upadłem” ­- boleśnie wspominał Iwan. – Skrępowali mi ręce taśmą za plecami, założyli na głowę ocynkowane wiadro. Potem mnie podnieśli i zaczęli walić po wiadrze. Jeden potężny cios trafił mnie w twarz, wybili mi zęby”. Słyszał, jak Rosjanie grozili Andrijowi Werbowemu, że postrzelą go w nogę, a potem rzeczywiście padł strzał…

(Następnego dnia, po jego egzekucji, żona Andrija, Natalia, w stanie silnego niepokoju wysłała mu wiadomość: „Gdzie jesteś? Mam Twój łańcuszek, amulet też. Chronię Cię przed wszelkim złem. Modlimy się za Ciebie. Czekamy na Twój telefon. Napisz nam chociaż dwa słowa”. Andrij Werbowy nie odpowiedział… W tym czasie już nie żył…)

W radzieckich filmach wojennych popularna była scena, w której niemiecki oddział zbierał na wiejskim placu miejscowych, aby obserwowali egzekucję partyzantów. Podobne zdarzenie miało miejsce pod „Agrobudpostaczem”, gdzie teraz rolę SS-manów pełnili Rosjanie.

Jak relacjonowała przedstawicielom Human Rights Watch nauczycielka z Buczy po wyzwoleniu miasta przez siły ukraińskie, „Rosjanie zabrali mnie i moich sąsiadów na teren, gdzie wcześniej był biurowiec „Agrobudpostaczu”. Obok budynku znajduje się parking i mały skwer. Zebrali tam ludzi, głównie kobiety, ale wśród nas było też kilku mężczyzn powyżej 50 roku życia. Było tam około 30 rosyjskich żołnierzy, a dowódca miał odznakę spadochroniarza. Mówił z akcentem z zachodniej lub środkowo-zachodniej Rosji. Wszyscy żołnierze byli chudzi i wyglądali źle.

Na placu zebrało się około 40 osób, zabrali wszystkim telefony, sprawdzili dokumenty, pytali, kto z nich należy do obrony terytorialnej lub samoobrony. Dwie kobiety poprosiły o pójście do toalety. Jedna z nich była w ciąży. Poszłam z nimi. Żołnierz pokazał nam drogę do toalety, która znajdowała się obok budynku, w którym mieścił się ich sztab. Budynek był długi. Wzdłuż ściany z drugiej strony zobaczyliśmy dużą kałużę krwi.

W pewnym momencie przyprowadzili młodego mężczyznę, potem jeszcze czterech. Żołnierze kazali im zdjąć buty i kurtki, zmusili ich do klęknięcia na poboczu drogi. Rosyjscy żołnierze zdjęli im koszulki. Jednemu z nich strzelili w tył głowy. Upadł. Kobiety zaczęły krzyczeć. Pozostali czterej mężczyźni po prostu klęczeli. Dowódca powiedział reszcie ludzi na placu: „Nie martwcie się. Jesteście normalni – a to jest brud. Jesteśmy tutaj, żeby oczyścić was z tego brudu”.

Ten moment wspomina również inna osoba obecna na skwerze przy „Agrobudpostaczu” – Lusia Moskalenko. Razem z nią była jej siostra Iryna Wolynec, która nagle zobaczyła na ziemi zakrwawionego Andrija Werbowego, swojego dawnego przyjaciela, z którym razem chodziła do przedszkola, a później siedziała w jednej ławce w szkole. „Leżał tam i cały trząsł się z zimna. – płakała Iryna. – Patrzył prosto na mnie. Patrzyliśmy sobie w oczy… To nie był strach, to była rozpacz. Byłam wtedy bardzo zdezorientowana i wydaje się, że nie mogłam zrozumieć, jak to się stało i dlaczego mój kolega leżał tam na ziemi”.

Jeszcze bardziej szokujące było to, że Iryna Wolynec zobaczyła, że wśród uwięzionych mężczyzn stał… jej syn Sławko. Jak później opowiadał chłopak, rosyjscy żołnierze złapali go na ulicy, mocno pobili i zabrali do swojego sztabu.

Zrozpaczona kobieta podbiegła do rosyjskiego oficera, prawie padła mu do stóp: – Zlitujcie się! On jest jeszcze dzieckiem…

Ku jej zaskoczeniu, oficer po chwili namysłu zgodził się, a następnie zwrócił się do tego, który zdradził swoich kolegów: – Czy on też był na posterunku?

– Nie, nie znam go – wyjąkał zdrajca.

– W porządku, dobrze – Rosjanin zwrócił się do Iryny – zabieraj swojego chłopaka… Ale żebym go więcej na ulicy nie widział, bo… Sama wiesz…

Czas mijał, a w drugiej połowie dnia, jak wspominał Iwan Skyba, dwóch z ośmiu członków obrony terytorialnej, których schwytano razem z nim, zostało już straconych. Teraz Rosjanie zastanawiali się, co zrobić z pozostałymi więźniami.

– Co z nimi zrobimy?

– Co, co… Zabić ich!.. Tylko gdzieś ich zabrać, żeby nie leżeli tutaj…

Po tym kazano więźniom wstać, a dwóch żołnierzy (Iwan wspominał, że wyglądali bardzo młodo) poprowadziło ich za róg budynku, na małe podwórko otoczone metalową siatką. Tam już leżał 37-letni Andrij Matwijczuk, członek obrony terytorialnej, który zaginął 3 marca i został później zidentyfikowany przez dziennikarzy „New York Times”. Został zabity strzałem w głowę.

Z dala od ludzkich oczu, Rosjanie zaczęli znęcać się nad Ukraińcami, ciesząc się swoją bezkarnością: – No to koniec, bando banderowców!…

Nagle Anatolij Prichidko podniósł się na nogi, próbując uciec, ale został natychmiast zastrzelony. „Pożegnaliśmy się ze sobą – opowiadał, nie powstrzymując łez, Iwan Skyba o tej chwili. – Zaczęła się chaotyczna strzelanina, i poczułem, że kula trafiła mnie w bok. Po prostu upadłem i udawałem martwego. Nie ruszałem się, bo oni jeszcze chodzili i dobijali. Było zimno i starałem się nie oddychać, żeby nie było widać pary z ust, żeby nie widzieli, że jeszcze żyję”.

Potem nastała złowroga cisza… Kiedy minęło około piętnastu minut od egzekucji, Iwan odważył się ostrożnie podnieść głowę. Na podwórzu „Agrobudpostaczu” leżały martwe ciała jego towarzyszy – Anatolija Prichidka, Andrija Matwijczuka, Andrija Werbowego, Denysa Rudenkę, Andrija Dwornikowa, Światosława Turowskiego, Walerego Kotenka i Witalija Karpenki… I wtedy Iwan zdecydował się na ucieczkę: „Byłem bez butów, więc zdjąłem buty z zabitego chłopaka, który tam leżał”.

Zostawiając krwawy ślad, Iwan doczołgał się do ogrodzenia, które oddzielało „Agrobudpostacz” od sąsiedniej posesji, i mimo bólu zdołał je przeskoczyć. Starając się być niezauważonym, przeszedł przez ogród, a po pokonaniu kilku kolejnych płotów, w końcu znalazł się w opuszczonym domu. Najwyraźniej „wyzwoliciele” już tam byli – wszystko było wywrócone do góry nogami. Widząc ten chaos, mężczyzna nagle przypomniał sobie cytat z dzielnego żołnierza Szwejka, który idealnie opisywał to, co zobaczył – Rosjanie jedli i wypróżniali się w jednym miejscu…

Mimo to Iwanowi udało się znaleźć trochę ubrań, a co najważniejsze, znalazł w łazience butelkę wody kolońskiej na bazie alkoholu, którą mógł zdezynfekować ranę. Potem zawinął się w koc i położył się na kanapie, próbując zapomnieć o tym, co się stało. Jednak jego niespokojny sen został nagle przerwany pojawieniem się Rosjan.

– Kim jesteś i co tutaj robisz? – zapytał jeden z nich, celując w niego z karabinu AKM.

— Jestem właścicielem domu… Rodzina ewakuowała się, a ja zostałem, żeby pilnować gospodarstwa — odparł pewnie Iwan.

— A co z twoją twarzą we krwi? — nie ustępował Rosjanin. — Jesteś żołnierzem? Ukrywasz się tutaj?

— Nie, no… Trafiłem pod wasz ostrzał… Trochę mnie rąbnęło…

— No dobrze — Rosjanin opuścił broń — teraz zabierzemy cię na bazę. Tam opatrzą ci ranę…

Nie było sensu dyskutować, bo mogło to tylko wzbudzić podejrzenia, więc Iwan musiał się zgodzić. Można sobie wyobrazić jego przerażenie, gdy żołnierze zabrali go z powrotem do… Jabłonskiej 144… Na szczęście, Skyba nie został rozpoznany… Gdy rosyjscy medycy obejrzeli rany i jako tako je opatrzyli, zabrali go do bunkra, w którym schroniło się około dwustu cywilów. Kilka dni później, 7 marca, ludziom pozwolono opuścić to miejsce. Najpierw wypuszczono kobiety i dzieci, potem mężczyzn. „Powiedzieli nam: 'Przyszliśmy was wyzwolić!’ — opowiada Skyba. — Coś w stylu: jesteśmy fajnymi facetami, nie chwytajcie za broń, wypuszczamy was. Myślę, że bunkier był im potrzebny, żeby schronić się przed ostrzałem.”

Nie tracąc czasu, Iwan zaczął szukać rodziny, ponieważ Rosjanie zabrali mu telefon i nie mógł dać im znać, że żyje. Szczęście uśmiechnęło się do niego, i wkrótce udało mu się znaleźć żonę i dzieci w piwnicy jednego z bloków mieszkalnych. Już się nie spodziewali, że zobaczą go żywego.

Razem z rodziną Iwana była też tam rodzina jego przyjaciela i kumpla — Światosława Turowskiego. „Ucieszyłam się, widząc kolegę, i pytam: 'Kumie, a gdzie mój mąż?’, a on mówi: 'Nie ma go.’ Tak dowiedziałam się, że go zabili” — opowiadała później, ledwo powstrzymując łzy, Swietłana Turowska.

Niepewności doświadczały również inne rodziny członków obrony terytorialnej.

„Pomóżcie znaleźć tego mężczyznę” — pisała, publikując w mediach społecznościowych zdjęcie swojego narzeczonego Witalija Karpenki, Jelena Szigan. „Rodzina jest bardzo zaniepokojona, ale nie tracimy nadziei.” A ciotka Denisa Rudenki martwiła się: „Mój siostrzeniec Denis przestał odpowiadać trzy dni temu. Czy ktoś coś wie o nim?”

W czasie, gdy rodziny były w rozpaczy, próbując dowiedzieć się czegokolwiek o swoich bliskich, rosyjscy spadochroniarze, którzy przejęli telefon Iwana Skyby (znaleziony na początku czerwca przez mieszkankę ulicy Szkłozawodskiej, w domu pod numerem 138, gdzie w czasie okupacji miasta znajdowali się najeźdźcy), radośnie dzwonili do swoich krewnych w Rosji. O tym opowiedzieli pracownicy internetowego serwisu „Ważne historie”, założonego w 2020 roku na Łotwie przez rosyjskich opozycyjnych dziennikarzy Romana Anina i Olesję Szmagun w celu publikacji dziennikarskich śledztw.

Tego dnia, 4 marca, o 16:41, 26-letni Aleksiej Wiszniewski wysłał SMS-a swojemu „kumplowi”, sierżantowi, zastępcy dowódcy plutonu z Pskowa, Nikołajowi Olesowowi: „Kolian, to Liocha. Żywy i zdrowy, napisz do Aliny” (tu zachowujemy oryginalną pisownię). „Alina” to „żona” Liochy. Radij Zaburin zadzwonił do swojej „ukochanej” — Darii, stylistki brwi z Pskowa. A Dmitrij Antannikow — do „ukochanej żonki” Walerii Maksimowej. Jednak 8 czerwca Lera była zmuszona opublikować w rosyjskiej sieci społecznościowej „VKontakte” smutny (a dokładniej, logiczny) post: „Odszedłeś z życia, ale nie z serca. Kochany, bardzo cię kocham”…

20-letni Ilja Saburow, Maksim Gruszewski i Aleksandr Popow zadzwonili do swoich „mam”, przynosząc im radosne wieści, że są żywi i zdrowi… Ale dwa tygodnie później „strzelca-operatora kompanii spadochronowo-desantowej” Popowa ukraińscy żołnierze „zdenazyfikowali” w pobliżu jednej z wiosek pod Donieckiem. A jego matka, Irina Kirijenko, mieszkająca w Krasnojarsku, napisała na Facebooku: „Tak łatwo wyobrazić sobie, że jesteś żywy, że nie mogę uwierzyć w twoją śmierć”… Całkiem poetycko, trzeba przyznać…

Skorzystał z telefonu Iwana Skiby również 29-letni „pochodzący z Kraju Ałtajskiego, żołnierz gwardii” Danił Konowałow, który przesłał dobry komunikat swoim rodzicom — Siergiejowi i Nadziei.

Jednak wkrótce rodzice Konowałowa otrzymali smutno-patriotyczne powiadomienie, które, jak sądzimy, nie do końca ich ucieszyło. Zawierało ono informację, że 21 maja 2022 roku ich syn, Danił Sergiejewicz Konowałow, „zginął śmiercią bohatera” w strefie prowadzenia „specjalnej operacji wojskowej na terytorium (sic!) byłej Ukrainy podczas szturmu na pozycje neonazistowskich formacji”…

Inny okrutnik, Michaił Gurianow, skontaktował się ze swoim wujkiem, mającym święte dla Ukraińców nazwisko — Wasilijem Szewczenką… Co dokładnie mówił swojemu krewnemu o ziemi przodków, wie tylko Bóg…

Rodzinom Iwana Skyby oraz rodziny poległego Światosława Turowskiego udało się wydostać z Buczy do Kijowa, a następnie do Lwowa. Tam, w stosunkowo spokojnym mieście, mężczyzna przeszedł badania i otrzymał zaświadczenie, że nie nadaje się do służby wojskowej i potrzebuje rehabilitacji.

Następnie mieszkańcy Buczy kierowali się do Polski. Schronienie, jak i dla jeszcze dwóch dziesiątek uchodźców, zapewnił polski emeryt ukraińskiego pochodzenia, Wojciech Okoński, który nie tylko opiekował się pogrążonymi w żalu ludźmi, ale również zbierał pomoc humanitarną i dostarczał ją ciężarówkami do Ukrainy. Iwan Skyba informował dziennikarzy, że „teraz przechodzę rehabilitację. Leczę zęby, bo Rosjanie mi je powybijali”…

Tragiczny los przyjaciół Iwana stał się znany dopiero na początku kwietnia. Wówczas do wyzwolonego miasta przybyła liczna grupa dziennikarzy z całego świata. Należy zaznaczyć, że szczególne miejsce w relacjonowaniu „rzezi w Buczy” zajęła amerykańska gazeta „New York Times”…

Z kolei Sergiej Kapliczny, kierownik firmy pogrzebowej w Buczy, opowiadał przedstawicielom organizacji praw człowieka Human Rights Watch, że po powrocie 1 kwietnia do Buczy odwiedził budynek „Agrobudpostaczi”: „Pod adresem ulica Jabłonska dom 144, zobaczyłem ciała ośmiu osób. Wszyscy zostali zastrzeleni, sześciu z nich miało związane ręce. Było tam jeszcze dziewiąte ciało — młody mężczyzna, którego znaleźliśmy wewnątrz budynku, na schodach prowadzących na drugie piętro. Początkowo nie zauważyłem żadnych ran. Ale kiedy zacząłem szukać dokumentów, rozpiąłem jego kurtkę i zrozumiałem, że został postrzelony prosto w serce”.

W tych dniach, widząc w sieci zdjęcia zamordowanych i rozpoznając wśród nich swoje dziecko, matka Andrieja Dwornikowa mogła tylko wydać bolesny okrzyk: „Boże mój! Boże mój! Mój drogi synu!”. A wspomniana Jelena Szigan, która szukała swojego narzeczonego Witalija Karpenki, lakonicznie poprosiła przyjaciół w mediach społecznościowych: „Dość poszukiwań. Znaleźliśmy go”…

Mężczyźni zostali pochowani dopiero ponad miesiąc po ich śmierci…

W tym czasie korespondenci telewizyjnych wiadomości TCN odwiedzili miejsce zbrodni popełnionej przez rosyjskie wojsko. Pani Tatiana, która pracowała w „Agrobudpostaczi” jako kucharka i która spędziła w miejscowym bunkrze beznadziejne dni, słuchając przeraźliwych serii strzałów, pokazała dziennikarzom zakątek na dziedzińcu firmy, gdzie miała miejsce egzekucja. „Tutaj rozstrzeliwali naszych obrońców terytorialnych — wskazała kobieta na zaśmiecony dziedziniec. — Później się dowiedzieliśmy. Tam, gdzie stoi świeczka, to żona ją przyniosła, zginął jej mąż. Wazon z kwiatami — to dziewczyna przyniosła. Tutaj zginął jej narzeczony”.

Z kolei Olga Prichodko niemal codziennie chodzi na grób Anatolija z dwoma filiżankami kawy — jedną dla siebie, drugą dla męża. „I kiedy nikt mnie nie słyszy — zdradza swój sekret kobieta — wołam go do siebie…”

Straszne widzenia nie opuszczają także jedynego ocalałego z tej zbrodniczej masakry dokonanej przez „braci Słowian”. Iwan Skyba przyznaje się do koszmarów nocnych, których nie może się pozbyć: „Budząc się, czekasz na strzał w głowę. Masz takie uczucie. Przychodzi jak fala…”

Kolejny fragment książki wkrótce na naszym portalu.

 

O „dziennikarzu” witanym przez Putina pisze HUBERT BEKRYCHT: Medialni obrońcy szpiega w Polsce i UE

Od wielu, wielu miesięcy wiadomo było powszechnie, że zatrzymany przez polskie służby w lutym 2022 po rosyjskiej inwazji na Ukrainę Pablo Gonzalez alias Pawel Rubcov, którego polityczne poprawne media nazywały hiszpańskim „dziennikarzem”, to nie tylko szpieg, ale i agent Kremla, najprawdopodobniej GRU. Putin powitał wymienionego po zakończeniu dokonanej wymiany innych rosyjskich szpiegów lub sympatyków Kremla na amerykańskich obywateli i obywateli państw – sojuszników USA.

Mniejsza o to, że w Polsce jeszcze kilkanaście dni temu atakowano administrację PiS (nie rządzi już pół roku), bo bez sądu przetrzymywała Gonazaleza-Rubcowa pod zarzutami szpiegostwa na rzecz Moskwy. Nota bene, nikt z politycznie poprawnych mediów nie pytał, dlaczego od grudnia ub. r., kiedy rządzi Donald Tusk nie wypuszczono Gonazaleza?

Kabel, dwa nazwiska i ETA

Po wymianie Bart Staszewski z GW wyraził zdziwienie (sic!), że „dziennikarz” z Hiszpanii 1 sierpnia, po uwolnieniu w Turcji był witany przez Putina i że jest szpiegiem. O słodka naiwności?

Profil X Bart Staszewski

 

No nie. Staszewski powinien wiedzieć, że dla mediów lewicowych i liberalnych w Polsce Gonzalez był najlepszym przekaźnikiem (synonim kabla), kiedy „złowrogi reżim PiS łamał prawo i porządek demokratyczny”.

Profil X mec. Bartosza Lewandowskiego

Przekaźnikiem, bo Rubcow, poza zapewnie innymi obowiązkami agenturalnymi raportował o sytuacji w Polsce rządzącej przez konserwatystów na Zachód, oczywiście jako „dziennikarz”.

Zdj. ze strony EFJ

Oprócz kilku mediów hiszpańskich i europejskich, z którymi podobno współpracował Goznalez-Rubcow, jego relacje bądź ich omówienia dziwnie często znajdowały dobre miejsce w zachodnich mediach.

Tekst z hiszpańskiego portalu 20minutos z 3 sierpnia 2024 r. Tytuł: „Zwolniony Pablo González żartuje z rodziną i czeka na wyniki badań lekarskich, aby wrócić do Hiszpanii”. Pod „selfie” opis wskazujący, że zdjęcie zostało zrobione w Dnieprze 2 lutego 2022 r.

Najlepszym dowodem głupoty polskich liberałów medialnych były doniesienia o aresztowaniu hiszpańskiego „reportera” tuż po napaści Moskwy na Ukrainę. Pewien politycznie poprawny dziennikarz w polskim medium dziwił się, że służby zatrzymujące Gonzaleza-Rubcowa jednym z powodów zatrzymania uczyniły posiadanie przez niego podwójnego obywatelstwa: hiszpańskiego i rosyjskiego i posiadanie dwóch paszportów. Ano uczyniły, bo w paszportach były różne imiona i nazwiska podejrzanego „hiszpańskiego” dziennikarza. Spróbujcie pojawić się na granicy Rosji, Białorusi, Indii a nawet USA, Wielkiej Brytanii lub Francji czy Niemiec z dwoma paszportami z waszym zdjęciem, ale w jednym macie napisane „Szmidt” a w drugim „Kowalski”? Oczywiście potem częściej w nawet w GW czy TVN24 zaczęto przypuszczać, że to nie jedyny powód przetrzymywania Hiszpana i Rosjanina w jednej osobie w polskim więzieniu. Ależ instynkt dziennikarski.

Środowiska liberalne nie zająknęły się, a teraz to chyba wymazują to ze swych stron internetowych (na szczęście Internet nie płonie), że Goznalez-Rubcow pojawiał się w punktach zapalnych polskiego życia społecznego i polityki podczas rządów Zjednoczonej Prawicy. Co więcej, całkiem leganie przekazywał stronnicze jak cholera relacje z „końca demokracji w Polsce”, bo „w tym kraju rządzi skrajna nacjonalistyczna prawica”.

Na początku „afery” szokujący był dialog dwóch betonowych, politycznie poprawnych, dziennikarzy mediów liberalnych na portalu społecznościowym. Jeden z nich przekonywał, że skoro Gonzalez-Rubcow jest Baskiem i mieszka w tym kraju autonomicznym Hiszpanii, to przecież… I tu osoby z chorobami serca proszone są o zaprzestania czytania tego felietonu. Otóż padł tam „argument”, że przecież możemy spodziewać się odwetu ETA. Nie przypomniano w owym dialogu, że terroryści z baskijskiej ETA, jeśli nie dogorywają w więzieniach, to na pewno grają w szachy – jeśli umieją – w jakimś baskijskim domu starców, przepraszam opieki społecznej…

Dlaczego nie wymieniono szpiega na polskiego dziennikarza Poczobuta, więźnia reżimów Łukaszenki i Putina?

 I na tym można byłoby skończyć żenujące przykłady obrony przez część tzw. mainstreamowych polskich mediów ewidentnego ruskiego „szpiona” a może nawet jeden z ważniejszych elementów moskiewskiej agentury w naszym kraju. Można by, gdyby nie istotne pytanie do rządu Tuska. Skoro już nie uwierzyliście Państwo w bzdury przekazywane przez wasze media, że Goznalez-Rubcow jest zwyczajnym dziennikarzem, to dlaczego jako aliant USA Polska nie mogła uwolnić z białoruskiego więzienia Andrzeja Poczobuta?

 

 

Kiedy Gonzalez-Rubcow był witany przez poszukiwanego listem gończym zbrodniarza wojennego Putina, z mediów hiszpańskich i zachodnich oraz z portali międzynarodowych organizacji dziennikarskich nie zniknęły – nawet nie przesunięto ich na „koniec Internetu” – uchwały, protesty i rezolucje w obronie Gonzaleza-Rubcowa „dziennikarza” uwięzionego w Polsce – teraz już to wiadomo – rosyjskiego szpiega. Dlaczego? Powód jest prosty, w przypadku mediów działających w UE to głupota połączona z butą i kompletnym nie przyjmowaniem do wiadomości faktów.

„80 procent dziennikarzy to lewicowcy” lub lewacy i liberałowie

Podczas kongresów European Federation of Journalists (EFJ) w Izmirze (2022), Hadze (2023) i Prisztinie (2024), tylko Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, organizacje  z Ukrainy oraz z krajów bałtyckich i jeszcze kilka związków krajowych przekonywały, że Gonzalez-Rubcow nie jest żadnym dziennikarzem, tylko, w najlepszym razie, współpracownikiem kremlowskich służb, a według wszelkich dostępnych informacji, po prostu szpiegiem, który mógł przyczynić się do wielu nieszczęść, nie tylko wojennych, spowodowanych przez rosyjski reżim.

Zdj. ze strony IFJ

I co? I nic. Zachód nie wierzy(ł) w nic, co mówiono w kręgach zbliżonych do NATO i w krajach o realistycznym stosunku do Moskwy. EFJ i jej starsza siostra International Federation of Journalists (IFJ) oraz wszystkie pięć afiliowanych przy EFJ organizacji i związków zawodowych w Hiszpanii i wielu innych krajach,  do końca szło w zaparte, do 1 sierpnia i pamiętnych zdjęć Putina w towarzystwie m.in. Gonzaleza-Rubcowa. Zresztą kilka z tych organizacji do tej pory nie wierzy, że hiszpańsko-baskijski „dziennikarz” jest szpiegiem i agentem Federacji Rosyjskiej. Nie wierzą nawet w słowa rzecznika Kremla Pieskowa, że wśród wymienionych w Turcji i przekazanych Rosji ludzi jest agent GRU a „tajna” charakterystyka podana przez urzędnika Putina zadziwiająco pasuje do Gonzaleza-Rubcowa.

Ze strony organizacji hiszpańskich dziennikarzy ELA
Ze strony organizacji hiszpańskich dziennikarzy CCOO

Taki stan rzeczy najlepiej określał mój nieżyjących już kolega dziennikarz, który wyjechał po stanie wojennym a na tzw. Zachodzie spędził prawie całe swoje zawodowe życie. „80 procent dziennikarzy na świecie to lewicowcy” – mawiał.

„Pokój” i „Świat”

Niektóre media hiszpańskie i wydawane w UE nie będące związane z międzynarodowymi organizacjami dziennikarskimi też nie rozumieją swojej kompromitacji i nadal powtarzają, że „nie jest jasne”, czy „reporter” Gonzalez-Rubcow jest szpiegiem i agentem Putina, czy po prostu „ma z Rosją powiązania rodzinne” bo „jego ojciec mieszka w Moskwie”.

W El Pais publicysta Óscar López-Fonsecaco napisał co prawda, że: „Hiszpański informator przetrzymywany w Polsce od prawie dwóch i pół roku, oskarżony o szpiegostwo na rzecz Kremla, został przeniesiony do Moskwy”. Należy zwrócić uwagę na określenie „informator”, wobec Gonzaleza-Rubcowa, chociaż pewnie ktoś zaraz zarzuci mi, że to złe tłumaczenie z języka hiszpańskiego… W tym samym artykule El Pais zaznacza: „Prezydent Rosji Władimir Putin osobiście powitał Gonzaleza i resztę zwolnionych przez Zachód podczas ceremonii przyjęcia na moskiewskim lotnisku. Jak wynika z notatki udostępnionej przez jego otoczenie, z Ankary (Turcja), gdzie miała miejsce wymiana, dziennikarz został „na razie” przeniesiony do Rosji, kraju jego urodzenia” – napisano w El Pais. Nic wprost, ale i tak to kolosalny postęp, kiedy to hiszpańska prasa broniła Gonzaleza-Rubcowa.

Jednak w jednym z akapitów hiszpański dziennik zwraca uwagę na relacje otoczenia „dziennikarza”: „Władze rosyjskie wykazały realne zainteresowanie znalezieniem rozwiązania tej sytuacji, podczas gdy inne skupiły się głównie na kryminalizacji Pabla Gonzáleza, zamiast go bronić i chronić jego prawa jako dziennikarza” – tak El Pais cytuje, tzw. otoczenie, czyli obrońców Gonzaleza-Rubcowa. Te inne władze, przeciwstawiane wspaniałym rosyjskim, to oczywiście władze w Warszawie i to zarówno z PiS jaki i przez ostatnie ponad pół roku z ekipy Tuska.

Najuczciwiej chyba sprawę podejrzanego o szpiegostwo Gonzaleza-Rubcowa potraktował hiszpański El Mundo.

El Mundo

Oto fragment opublikowany w dzienniku po wymianie w Turcji (tłum. z hiszp., na podstawie części wygenerowanej elektronicznie, df)

„Pieskow, bez podawania nazwisk, nawiązał do faktu, że kolejnym ze zwolnionych był agent wywiadu wojskowego (GRU). „Amerykanie próbowali wywrzeć nacisk na tego agenta GRU (…) Znaleźli tu ojca. Odbyła się rozmowa telefoniczna. Ojciec, wbrew oczekiwaniom, powiedział synowi, że wszystko u niego dobrze” – powiedział Pieskow . Pablo González ma ojca właśnie w Moskwie. Kreml unikał jednak wyjaśnienia, czy był to González. Odmówił też wyjaśnienia powodu umieszczenia na liście handlujących obywatela Hiszpanii pochodzenia rosyjskiego. „Powód umieszczenia i te szczegóły nie mogą być przedmiotem publicznej dyskusji” – odpowiedział rzecznik prezydenta na pytanie Efe dotyczące Pabla Gonzáleza” – napisał w sobotę w El Mundo korespondent z Rygi Xavier Colás.

 

Miało tu być jakieś podsumowanie gigantycznej manipulacji liberalnych i lewicowych mediów z Polski i terenu UE na temat agenta Kremla „dziennikarza” z Hiszpanii Pabla Gonzaleza alias Pawla Rubcova.

Miało być podsumowanie, ale wobec tego, co sami obrońcy Goznaleza-Rubcowa wypisyswali publicznie, po prostu nie warto…

 

(edit – po zredagowaniu zasadniczej części felietonu)

Tymczasem w Moskwie i Madrycie trwają festiwale ku czci Gonzaleza-Rubcowa. Propagandowa rosyjska stacja namiawiająca do nienawiści wobec Ukraińców wystawia szpiegowi świadectwo moralności [z X Helena Villar]:

 

https://x.com/HelenaVillarRT/status/1819395077963203034

 

Hubert Bekrycht (FB i X)

 

W poniedziałek 5 sierpnia nasz artykuł opublikował portal wPolityce.pl

https://wpolityce.pl/swiat/701382-hubert-bekrycht-medialni-obroncy-szpiega-w-polsce-i-ue 

O „zemście” na przywróconym do pracy w TVP P. Babiarzu pisze WIKTOR ŚWIETLIK: Kompromat na W. Manna

Widzieliście, jak przywroony Babiarz „wysługiwał się” PiS-owi? Zdradzę jednak rzecz gorszą. Jako PiS-owski oficer polityczny do podobnych rzeczy zmusiłem samego Wojciecha Manna. Do reklamowania własnej stacji. 

Rzadko sobie pluję w brodę tak szybko, ale czasem człowiek się prosi o nieszczęście. Ledwo zacząłem tu i ówdzie bronić niejakiego Jadczaka przed wokołogiertychowym hejtem, który na niego spadał, ten ponownie dowiódł swojego kunsztu dziennikarskiego publikując koronny dowód na upolitycznienie i pisizację Przemysława Babiarza. Jest to w największym skrócie – dziennikarstwo na jakie nie zasłużyliśmy. Mowa o doniesieniu Jadczaka, rzecz jasna.

Spokojnie, nie będę już strzępił języka na temat całej historii, bo każdy ją zna. W każdym razie, w szczycie całej afery, która trwała blisko tydzień, po kilku dniach poszukiwań, znaleziono haka na Babiarza. Otóż siedział w studiu, relacjonował skoki narciarskie i ktoś mu wniósł kartkę do studia. I on przeczytał ten przekaz, tę straszną rzecz, te koszmarne słowa będące dowodem jakiego każdy silnyrazem dziennikarz tylko szukał na potwierdzenie, bo w końcu sam z siebie znał prawdę. Babiarz powiedział na antenie TVP, że to dobrze, że transmisje ze skoków wróciły do tejże TVP i połączył to z dobrymi wynikami skoczków. Tyle.

Dzień później go “przywrócono”, więc wygrzebywany przez cztery dni kompromat wyglądał jak ostateczne przeczołganie. Ty nam narobiłeś bigosu, to teraz my damy ci popalić, zanim cię przywrócimy. Mili ludzie muszą tam teraz w tej TVP pracować, że szukali przez kilka dni i znaleźli coś takiego na kolegę. Nie wiem, czy Paweł Graś, do którego z tym zapewne pobiegli był kontent, bo znaleźli, za przeproszeniem, wyjątkowe gówno. Jakby byli poszukiwaczami złota w górskich strumieniach to umarliby z głodu.

Ale zawsze. Kompromat jest kompromat. By coś stało się kompromatem wystarczy, by ktoś to przedstawił jako kompromat. Wpisał się w nabuzowane emocje, niestety niezbyt pozytywne. Czyli w oczekiwania ludzi, którzy jak się budzą rano to nie myślą o swoich bliskich i czekającym ich dniu, tylko o Kaczyńskim i Ziobrze, a potem jest tylko z nimi gorzej. O hejterach.

Merytorycznie słowa Babiarza to czysta autopromocja. Robiłem to w licznych mediach sam z siebie, zawsze zachwalam kanał “Super Expressu” jak na nim jestem, chwalę własny kanał Dobitnie, staram się cytować teksty z Interii, gdy do niej piszę felieton. Zdradzę jednak coś jeszcze. Pan Wojciech Mann, ten Wojciech Mann, gdy byłem pisowskim dyrektorem pisowskiej Trójki, grał w reklamie tej stacji namawiając do jej słuchania. Właściwie jego głos grał, bo głos namawiał. Nie za darmo, co prawda, ale zawsze. Potem jak sobie poszedłem, panu Wojciechowi gorzej się tam poukładało i też odszedł, ale za moich czasów namawiał.

Oczywiście, nie znosił mnie zapewne, a i ja w związku z tym nadmiernie go nie kochałem, inna sprawa, że nie pałałem do niego tak żywą niechęcią, jak wielu dziennikarzy mieniących się jego wychowankami czy znajomymi, ale w Trójce taka miłość to był standard. Natomiast z mojej perspektywy pan Wojciech stanowił po prostu spory aset. Był super znanym i lubianym przez wielu dziennikarzem i mógł przyciągnąć ludzi do słuchania. Ja z jego perspektywy, byłem wówczas tylko czasowym nieszczęściem, więc czemu nie miał działać na korzyść stacji, z którą był związany? Sytuacja win-win, obaj mieliśmy z tego korzyść, obaj chcieliśmy dobrze wykonać swoją robotę, a cośmy myśleli o sobie nawzajem i jakie mamy poglądy? Jakież to ma znaczenie.

Ale nie każdy by to zrozumiał. Do roboty. Wszystko pan weźmie, co panu podrzucą, panie Jadczak? No, to jest trop. A może lepiej jednak iść czasem po rozum do głowy?

  

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Paryż zaprasza, żeby opluć

Wyobraź sobie taką sytuację: zapraszasz gości, żeby część z nich publicznie znieważyć i opluć. Przybywają w dobrej wierze nie mając pojęcia, co im gotujesz. Parodiujesz na ich oczach świętą dla nich „Ostatnią Wieczerzę” Leonarda da Vinci, osadzając w miejscu Chrystusa obiektywnie rzecz biorąc grubą lesbijkę, a zamiast apostołów ustawiasz softporno-dziwadła z małomiasteczkowego cyrku.

Podtykasz to gościom pod oczy i każesz oglądać, czy chcą czy nie chcą, chociaż zaprosiłeś ich na coś zupełnie innego. Bałamutnie kłamiesz, że to wcale nie o „Ostatnią Wieczerzę” chodzi, a jeżeli zauważą oczywisty fakt, że lesbijka jest puszysta, to masz ich (!), bo przecież zastawiłeś prymitywną, acz skuteczną pułapkę: nie wolno pod żadnym pozorem twoim znieważanym gościom powiedzieć nic o gabarytach pani, bo wtedy są faszystami, a ich nietolerancja może doprowadzić do komór gazowych. Sprytne, prawda?

Jak ofiary stają się „agresorami”

Opluwani mogą zauważać tylko to, na co oświeceni gospodarze pozwolą, a biorącą świadomy udział w bluźnierstwie ciałopozytywną osobopostacią mogą się ewentualnie zachwycać. Kto powie, że gruba, ten faszysta. Ponieważ znieważeni oczywiście czują się znieważeni, (bo jak do cholery mają się czuć?) wytaczasz przeciw nim dodatkowe działa, że niczego nie rozumieją, bo są prostakami, ignorantami i powtarzasz, że oczywiście faszystami. Ślina, która spadła na ich twarze, była bowiem śliną oświeconej tolerancji, ewidentne szydzenie z ich wiary, wcale nie było szydzeniem z tego, co dla nich najświętsze, tylko wielokontekstowym osadzonym w dziełach antycznych różnorodnym sensem, którego nie rozumieją, bo są głupi.

Tak w skrócie Francuzi potraktowali chrześcijan otwarciem Igrzysk Olimpijskich w Paryżu. Ja rozumiem, że paryska zdegenerowana bohema ma wewnętrzny palący przymus taplania się w brzydocie, eksponowania, jako odkrycie stworzeń typu baba z brodą, prymitywnego naigrywania się z sacrum, bo są to ludzie w trakcie dożywotniego dojrzewania. Natomiast nie rozumiem, kto tym kabaretowym cudakom pozwolił wystawić to obrzydliwe widowisko dla miliardów ludzi, widowisko, które powinno w zamyśle jednoczyć, pokazać szlachetne idee olimpizmu, piękno ludzkich ciał i rywalizacji.

Obsceniczne widoki na Francję

Tymczasem narażono nas między innymi na naturalistyczny widok pani z odciętą głową i szyją prosto od rzeźnika. Bynajmniej nie tylko moim zdaniem trzeba być dewiantem, żeby to wymyślić, dewiantem, żeby pozwolić to zrealizować i dewiantem, żeby się podobało. W przestrzeni publicznej, po tym obrzydliwym francuskim faulu pojawiły się pytania, czemu autorzy widowiska nie pozwolili sobie na żarty z islamu czy judaizmu? Odpowiedź wydaje się prosta: wówczas Paryż mógłby stanąć w płomieniach i kilka głów mogłoby polecieć wcale nie metaforycznie.

Tymczasem chrześcijanie już się przyzwyczaili – można ich bezkarnie obrażać. „Chciałbym, żeby chrześcijanie mieli w sobie tyle siły i determinacji co Żydzi i muzułmanie w obronie swoich wartości. Chciałbym, żeby tchórzliwa hołota przed podpaleniem kościoła, miała ten sam strach w oczach, kiedy pomyślą o konsekwencjach zadarcia z muzułmanami.” – napisał na portalu X łódzki Żyd Jarosław Papis. Też bym chciał. Jeden sponsor wycofał się z powodu obrażania chrześcijan, MKOl wydał jakiś bełkoczący komunikat, że nie chcieli, a ci którzy poczuli się obrażeni niech przyjmą przeprosiny. W sumie lepiej, żeby już chyba nic nie mówili.

Obrońcy komuny

Przy okazji my w Polsce dowiedzieliśmy się, jakie są prawdziwe wartości, których trzeba chronić. Taką wartością jest komunizm. Redaktor Przemysław Babiarz komentując otwarcie Igrzysk pozwoilił sobie na oczywistą interpretację naiwniutkiej piosenki Lenonna “Imagine”. Słysząc ją na ceremonii otwarcia red. Babiarz skomentował: “Świat bez nieba, narodów i religii. To jest wizja pokoju, który ma wszystkich ogarnąć. To jest wizja komunizmu, niestety.” TVP zareagowała prawie natychmiast zawieszając dziennikarza i argumentując owo zawieszenie kuriozalnie, a mianowicie nazywając komentarz Babiarza skandalicznym. Dlaczego argumantacja TVP była kuriozalna? Ponieważ sam Lenonn tak właśnie mówił o swojej piosence: „Imagine”, które mówi: Wyobraź sobie, że nie ma już religii, nie ma już kraju, nie ma już polityki”, jest praktycznie manifestem komunistycznym, mimo że nie jestem szczególnie komunistą i nie należę do żadnego ruchu.”

No cóż… Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie chodzi tu o żadną prawdę, ale o po prostu swoistą obronę komunizmu. Przed nami naprawdę burzliwe czasy albo Europa będzie mieć w swoim sercu chrześcijańskie wartości, które pozwoliły kwitnąć, albo nie będzie Europy, jaką znamy.

Polityczna wróżka alfabetyczna STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Za rok będziemy wybierać…

To poważna sprawa. Może i najpoważniejsza. Zastanówmy się więc rzetelnie kto ma być Prezydentem Polski. Jest jeszcze czas. Rozważcie – proszę – nazwiska mojego alfabetu wyborczego.

 

A

– jak Ardanowski, Jan Krzysztof, długo się wahał i mimo szykan tkwił wiernie, aż się zbuntował.

B

– jak Bocheński, Tobiasz, mówi – „dobre wychowanie nie oznacza braku skuteczności”, wygląda świetnie, osobiście na niego stawiam.

C

– jak Czarnek, mam do niego pretensje, ale tylko za jedną sprawę, kiedy był wojewodą lubelskim, sprawę zresztą już naprawioną, bo powtórny pochówek wyrzuconego z grobu partyzanta w Chodlu wreszcie po 2 latach uroczyście się odbył.

D

– jak „duży chłop”, np. Marek Pęk syn bojowego niegdyś rolnika i posła Bogdana, może młody się ocknie, rozrusza i będzie lepszy od ojca. Albo Jakub, Radomir Kumoch obecny ambasador w Chinach, przedtem w Szwajcarii – zna nie tylko języki europejskie ale i arabski, chiński.

E

– jak… elektroluks, czyli kto to wszystko posprząta.

F

– jak Frasyniuk, Władysław, 4 lata w ciężkim więzieniu, twardziel z sukcesem gospodarowania, szkoda, że obraził funkcjonariuszy Straży Granicznej i żołnierzy.

G

– jak Glapiński, Adam, strasznie go nienawidzą platformersi chyba dlatego, że jest dobry.

H

– jak Horała, może przynajmniej CPK powstanie zgodnie z planem pierwotnym, a nie głupio okrojony jak to zrobić chcą teraz koalicjanci obywatelscy.

I

– jak Ikonowicz, Piotr, mało kto przyjąłby bezdomnych do własnego mieszkania.

J

– jegomość solidny i mądry, zwycięzca konkursu telewizyjnego na Prezydenta Polski. Program poprowadzi red. Przemysław Babiarz.

K

– jak Kolorz, Dominik, szef związku Solidarności na Górnym Śląsku, górnik.

L

– jak Lisicki, Paweł, to wprawdzie redaktor, ale mądry, erudyta, pisarz – autor świetnych książek o Lutrze, Marii Magdalenie i trudnych relacjach polsko-żydowskich.

Ł

– jak łachudra…(edit 30.07 – dopisano na prośbę autora) … przecież takich jest pełno i niestety trafią na listę kandydatów.

M

– jak Markiewicz, Marek, wszechstronnie wykształcony, uczciwy prawnik, w sądzie wygrywa. Ma doświadczenie, bo już raz popierany przez profesora Zbigniewa Religę kandydował.

N

– jak Nowak, Andrzej, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, który tak wspaniale przypomina nam i uczy jakie były dzieje Polski, wybitny znawca problemów ruskich, rosyjskich i związkowo-radzieckich. Wspaniale byłoby, gdyby nas reprezentował.

O

-jak Obajtek, Daniel – w każdej sytuacji sobie radzi.

P

– jak Piskorski, Paweł, były prezydent Warszawy i bardzo, bardzo były przyjaciel Tomasza Siemoniaka, którego nie polecam. Pan Paweł, postać potężna i reprezentacyjna, dobrze radził sobie z problemami komunikacyjnymi w stolicy.

R

– jak Rachoń, Michał, za „Reset” – robi następne odcinki. Wreszcie mielibyśmy prezydenta naprawdę… dużego albo nawet wielkiego.

S

– jak Struzik, Adam wykształcony, skuteczny na Mazowszu, lekarz, może uzdrowi nasz kraj. Życzliwy twórcom.

SZ

– jak profesor Szwagrzyk, Krzysztof – bo z uporem walczy o godność Polaków, nie zostawi wołyńskich pomordowanych.

T

– jak… Tusk!? Donald, bo i tak się wepchnie.

U

– niech będzie Polak z USA – prof. Wiesław Binienda, bo przekona naród, że w Smoleńsku popełniono zbrodnię.

W

– jak Woźniak, Piotr, były minister „od gazu”. Zna się na fizyce i chemii, jest ceniony za granicą, nigdy się nie zgodzi na żadne „zielone łady”, wierzący, doświadczony, dobrze się prezentuje.

Z

– jak Zasada, Sobiesław, skuteczny menadżer 30 spółek, mimo 90-tki świetnie się trzyma, prawdziwy wielki sportowiec.

Ż

– jak Żaryn, Jan, profesor, mądry, patriota.

 

 

 

KRRiT opracowała raport na temat likwidacji mediów publicznych

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji przygotowała „Kalendarium likwidowania mediów publicznych w Polsce – Raport KRRiT”, który szczegółowo opisuje proces i skutki przejęcia Telewizji Polskiej i Polskiego Radia przez nowe władze.

Obszerna, licząca 200 stron, publikacja obejmuje okres od 19 grudnia 2023 roku – wówczas Sejm RP podjął uchwałę dotyczącą zmian w mediach publicznych – do 13 maja 2024 roku, kiedy to KRRiT przyjęła sprawozdanie ze swojej działalności za 2023 rok.

Raport opisuje chronologicznie, dzień po dniu, przejęcie Telewizji Polskiej i Polskiego Radia oraz rozgłośni regionalnych PR przez ministra kultury i dziedzictwa narodowego oraz likwidatorów, a także działania KRRiT i innych organów konstytucyjnych, szefów mediów publicznych i polityków w obronie mediów publicznych.

Publikacja powstał na podstawie dokumentów KRRiT, przekazów medialnych oraz wpisów w mediach społecznościowych.

Jak przypomina KRRiT na swojej stronie internetowej, w grudniu 2023 roku doszło do bezprecedensowego wydarzenia w dziejach polskiej radiofonii i telewizji. Rząd zainicjował proces likwidowania wszystkich publicznych spółek medialnych w Polsce: Telewizji Polskiej S.A., Polskiego Radia S.A. i 17 rozgłośni regionalnych Polskiego Radia oraz Polskiej Agencji Prasowej S.A.

„Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, stojąca na straży wolności mediów w Polsce,  odpowiada za ład medialny w naszym kraju. Jest zobowiązana do podejmowania działań mających na celu ochronę mediów publicznych przed bezprawnym działaniem polityków. Stąd ta wyjątkowa publikacja dotycząca działań wokół mediów publicznych od pamiętnego grudnia 2023” – napisała KRRiT.

Raport ma być aktualizowany o informacje o działaniach po 13 maja 2024

Publikację można pobrać ze strony KRRiT TUTAJ.

opr. jka, źródło: KRRiT

 

Wojciech Surmacz został prezesem wydawcy portalu BiznesAlert

Wojciech Surmacz, który do grudnia 2023 roku był szefem Polskiej Agencji Prasowej, został powołany na prezesa spółki Media Alert, wydającej portal BiznesAlert.

Biznes Alert to serwis poświęcony energetyce, infrastrukturze i bezpieczeństwu. Należy do spółki Media Alert, której właścicielem jest Instytut Jagielloński.

„Zarząd Media Alert Sp. z.o.o. z siedzibą w Warszawie zawiadamia, iż uzyskał od Instytutu Jagiellońskiego z siedzibą w Warszawie informację o powołaniu Wojciecha Surmacza przez Walne Zgromadzenie Spółki na stanowisko prezesa zarządu oraz Marcina Roszkowskiego do zarządu Media Alert Sp. z.o.o.” – napisała spółka w komunikacie.

Dalej dodano, że w związku z tymi zmianami oraz „planami dalszego rozwoju i realizacji nowych projektów medialnych, funkcję redaktora naczelnego portali wydawanych przez Media Alert Sp. z.o.o. objął Cezary Bielakowski, a jego zastępcą został Tomasz Jarosz.”.

Wojciech Surmacz do czasu postawienia Polskiej Agencji Prasowej w stan likwidacji przez nowe władze w  grudniu ubiegłego roku, był jej prezesem, a Cezary Bielakowski redaktorem naczelnym.

Rozmowa portalu sdp.pl z Wojciechem Surmaczem o bezprawnym zajęciu PAP TUTAJ.

opr. jka, źródło: BiznesAlert

O furii ulubionego dziennikarza Jaruzelskiego pisze HUBERT BEKRYCHT: Lis na śmietniku?

Rzadko krytykuję personalnie nielubianych przez siebie dziennikarzy, ale właśnie Tomasz Lis przekroczył kolejne granice. I nie chodzi tu tylko o wulgaryzmy wobec Tomasza Sakiewicza, Dawida Willdsteina oraz Jacka i Michała Karnowskich, którzy bronili Szymona Jadczaka, dziennikarza o zupełnie innych niż oni poglądach. Lis, ulubiony publicysta komunistycznego dyktatora, autora stanu wojennego Wojciecha Jaruzelskiego przypuszcza ostatnio atak na wszystkich, którzy mają inne zdanie niż on.  Teraz jednak Lis wypalił furiacko a jego słowa mają cechy nagonki. Prawdziwej. Zresztą, może u Lisa to nie furia tylko norma.

Muszę to zacytować: „K…. k….. łba nie urwie” – tak na portalu X skomentował Lis uwagi dziennikarzy (m.in. Sakiewicza, Wildsteina, i braci Karnowskich) w obronie atakowanego przez hejterów Szymona Jadczaka, który jeszcze niedawno krytykował prawicę.

Na rympał

Tomasz Lis zapomniał, a może nigdy nie widział – tylko udawał – że jest w dziennikarstwie prawdziwym formacja etyczna, co prawda w zaniku, ale jest. Znany z emocji w sprawach telewizyjnej grafiki komputerowej dziennikarz, ostatnio chory i bardzo agresywny, nie bierze jeńców.

Gdyby chodziło o ewidentną krytykę poglądów, spraw dzielących Lisa od konserwatywnych dziennikarzy, napisałbym „trudno demokracja” albo jakoś tak. Niestety, chorobą nie da się wytłumaczyć ewidentnej prowokacji wobec czołowych polskich publicystów pracujących dla prawicowych mediów. Nie chodzi o kierunek polityczny i intelektualny, ale o to, że Tomasz Lis zachęca – moim zdaniem – innych dziennikarzy z poglądami zbliżonymi do b. szefa Newsweeka do podobnych ataków. Oczywiście ataków na „pisowców” i „pisowskich publicystów”.

Nieudana misja polityczna czy kompleksy?

Lis, w opinii większości środowiska medialnego, stara się zrównać „pisowców” z wulgarnym określeniem przytoczonym na początku tego tekstu. Nie będę się zastanawiał, czy to wynika z zielonogórskich kompleksów b. szefa Faktów TVN, czy też ze stanu emocjonalnego człowieka, który zaczął tracić wpływy w kręgach ludzi z rządu Donalda Tuska. A przecież dwie dekady temu Lis miał ambicje polityczne sięgające – w jego przypadku – Pałacu Namiestnikowskiego.

Znam wiele osób z mniejszych miast niż Lis i znakomita większość nie jest znerwicowana z tego powodu (słowa te pisze człowiek urodzony w małym mieście Głownie niedaleko Łodzi), a Lis zachowuje się jak prowincjusz z filmów Feliksa Falka, tylko nie potrafi tak grać jak śp. Jerzy Stuhr w „Wodzireju”. Jeśli Lis idzie na całość i nie hamuje go już nic, to znaczy, że koalicja Tuska ma poważne kłopoty a jej medialni akolici mają wizję lądowania na śmietniku historii dziennikarstwa. I nie tylko.

Hubert Bekrycht

(FB i X)

KRRiT nie ukarze Telewizji Polskiej za program z parami LGBT

Po tym jak w styczniowym programie „Pytanie na śniadanie” w TVP2 wystąpiły dwie pary homoseksualne do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wpłynęły skargi, w których zarzucono publicznemu nadawcy m.in. propagowanie związków jednopłciowych. Regulator nie dopatrzył się jednak naruszeń prawa.  

Program, w którym wystąpiły pary homoseksualne wyemitowany został 6 stycznia, w Święto Trzech Króli. Oburzyło to niektórych prawicowych polityków oraz widzów. Do KRRiT wpłynęło sześć skarg w tej sprawie. Zarzucano w nich TVP propagowanie związków homoseksualnych, niestosowne treści w Święto Trzech Króli, negatywny wpływ na małoletnich. Jednak jak poinformował w piątek portal Wirtualnemedia.pl, Rada nie dopatrzyła się naruszeń prawa.

„Postępowanie wyjaśniające nie wykazało naruszeń, które w świetle ustawy o radiofonii i telewizji uprawniałyby do zastosowania przepisów o odpowiedzialności prawnej nadawcy” –  tłumaczyła Agnieszka Gniado z gabinetu przewodniczącego KRRiT, cytowana przez Wirtualnemedia.pl.

Dodała, że rozmowa w programie „obejmowała tematykę sytuacji par jednopłciowych Polsce w kontekście legalizacji od 1 stycznia 2024 r. jednopłciowych związków partnerskich w Estonii oraz z uwzględnieniem orzeczenia ETPC z 12 grudnia 2023 roku na temat sytuacji w Polsce. W orzeczeniu tym Europejski Trybunał Praw Człowieka potwierdził prawo par jednopłciowych do domagania się formalnego uregulowania swojego statusu w swoim kraju”

Przedstawicielka KRRiT zauważyła również, że „w dyskusji nie promowano ani nie propagowano związków jednopłciowych, a jedynie omawiano ich obecny status prawny i możliwości wspólnego pożycia, nie dokonując przy tym żadnych porównań z innymi związkami w sferze atrakcyjności tego stylu życia”.

opr. jka, źródło: Wirtualnemedia.pl