Z powodu powodzi KRRiT przekaże środki z abonamentu mediom publicznym

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji postanowiła, że „w obliczu katastrofalnych skutków powodzi, która dotknęła wiele polskich rodzin, a także potrzeby wsparcia mediów publicznych, które są głównym źródłem informacji” wypłaci mediom publicznym środki z abonamentu.

W lutym br. KRRiT podjęła decyzję, że z powodu „chaosu prawnego powstałego w jednostkach publicznej radiofonii i telewizji wywołanego decyzjami Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego”, który postawił media publiczne w stan likwidacji, środki z abonamentu będą przekazywane do depozytu sądowego. Na wypłatę bezpośrednią mogły liczyć jedynie te spółki, których likwidacja została prawomocnie wpisana do Krajowego Rejestru Sądowego.

We wtorek Rada, w obliczu tragedii powodzi, która dotknęła część kraju, postanowiła zmienić tę decyzję i, jak napisała w komunikacie, „przyspieszyć wypłatę październikowej transzy środków z abonamentu za 2024 rok z przeznaczeniem przede wszystkim dla ośrodków regionalnych”. Regulator podjął również uchwałę o przekazaniu mediom nadwyżki za 2022 rok w kwocie ponad 22 milionów złotych.

„51% tej sumy otrzyma Telewizja Polska, która została zobowiązana do przekazania 70% środków dla oddziałów regionalnych telewizji. Pozostałe 49% otrzyma Polskie Radio i rozgłośnie regionalne PR. KRRiT podjęła taką decyzję w trosce o interes odbiorców poszkodowanych lub mogących być poszkodowanymi katastrofą naturalną zachodzącą w kraju” – napisała KRRiT.

W dalszej części komunikatu, Rada przypomniała o szczególnej roli mediów publicznych w sytuacjach kryzysowych. „W czasach zagrożeń, takich jak obecna powódź, media publiczne są zobowiązane dostarczać niezbędnych wiadomości o zagrożeniach, działaniach rządu, służb ratunkowych i zaleceniach dotyczących ochrony zdrowia i życia” – podkreślono.

KRRiT ponownie zaapelowała do przedstawicieli władz o zapewnienie wszystkim mediom równego dostępu do informacji, zwłaszcza w sytuacjach zagrożenia. Przypomniała, że blokowanie dziennikarzom dostępu do informacji jest niedopuszczalne i niezgodne z prawem.

Apel ten odnosi się do przypadków niewpuszczania ekipy TV Republika na posiedzenia sztabu kryzysowego, które odbywają się z udziałem premiera Donalda Tuska. Przeciwko takiemu traktowaniu dziennikarzy protestuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (TUTAJ).

opr. jka, źródło: KRRiT

MARIA GIEDZ: Rwanda, kraj czystszy, bezpieczniejszy i spokojniejszy niż państwa Europy, zwłaszcza tej zachodniej

Środek Afryki, poniżej równika, a więc południowa półkula, stosunkowo niedaleko źródeł Nilu (są trzy źródła Nilu w okolicach Kibeho, to na południu Rwandy), góry, wulkany, jeziora z ciepłymi źródłami i serdeczni ludzie, chociaż trochę jakby zalęknieni – to Rwanda, kraj mniejszy od województwa mazowieckiego (jak lubelskie), gdzie mieszka ponad 14 mln osób, z tego 60 proc. ludności zalicza się do najbiedniejszych na świecie. Mimo to są szczęśliwi, bo nie czytają gazet, gdyż ich nie ma, tylko nieliczni oglądają telewizję, częściej słuchają radia, chociaż nie każdego na nie stać.

Z dwójką miejscowych pracowników przynależnych do katolickiej misji, jeden zajmujący się pomocą ubogim, drugi dziećmi niepełnosprawnymi, wędrujemy przez dużą wieś Nyakinama położoną w północnej Rwandzie u podnóża wulkanów, odległą o 10 km od Ruhengeri – ponad 160 tysięcznego miasta, drugiego, co do wielkości w Rwandzie. Pniemy się pod górę kamienistą, a raczej wulkaniczną drogą między niewielkimi domami wzniesionymi z suszonej cegły, krytymi blachą. Oczywiście idziemy pieszo. Główną szosę, wzdłuż której stoją ceglane domy zamożniejszej ludności mamy za sobą. Tu rozpoczyna się świat biedy. Z zewnątrz wygląda to nieźle, ale… nieduże pola słodkiego ziemniaka, trzciny cukrowej, a zwłaszcza lasy bananowe nie należą do jednej rodziny, a kilkunastu. Zdarza się, że kilkanaście drzew dzieli się na trzy, cztery rodziny, tak, że jednej przypadają cztery drzewa. Czy można się za to wyżywić?

Transport na głowie

Do pewnego miejsca można dojechać samochodem, a dalej? Wszystko nosi się na głowach. Słowo „wszystko” należy rozumieć dosłownie. Tragarzami są głównie kobiety. To one niosą na głowach i to po kilka kilometrów 20-25 litrowe baniaki z wodą, cement potrzebny do budowy – o ile mają co i za co budować, kiście bananów na sprzedaż, wielkie worki z liśćmi bananowców na paszę dla zwierząt – o ile takie posiadają, kosze z ziemniakami, ubraniami, pęki bambusowych patyków na podpórkę dla roślin i wszelkie inne produkty.

Ta kobieta niosąca 25 litrów wody na głowie, idzie pod górę i wygląda jakby niosła poduszke puchową. Fot. Maria Giedz

Nie przeszkadza im ani słońce, ani deszcz, ani to, że droga jest kamienista i pod górę. A kamienie tutejsze są ostre, bo to twarda, wypalona lawa wulkaniczna raniąca stopy nawet przez grubą podeszwę. W okolicach Kigali jest nieco wygodniej, gdyż „czerwona ziemia” jest mniej kamienista, za to bardziej śliska. Kobiety wędrują nawet w klapkach typu japonki. Uśmiechają się, pozdrawiają, nie przejmując się ciężarem na głowie, jakby niosły puchową poduszkę.

Jednak, kiedy wyjmuję aparat wiele z nich odwraca się, informując, że nie chcą być fotografowane. Jeśli jestem sama, to nawet nie wyciągam aparatu, ale w towarzystwie miejscowych wiele mi wolno. Dzieciaki czasem uciekają, chowają się za drzewa, a dorośli? Zachowują się różnie. Chrześcijanie – w Rwandzie 93 proc. mieszkańców stanowią chrześcijanie, są to głównie katolicy, chociaż występują też różne wyznania protestanckie – nie mają nic przeciwko fotografowaniu. Katolicy wyróżniają się tym, że noszą na szyi różaniec, a czasem medalik. Muzułmanki zazwyczaj widać z daleka, bo noszą czadory, chustki na głowach, a czasem nawet kwef.

Biały człowiek

Słowo „Muzungu” w mentalności miejscowych funkcjonuje trochę tak, jak u nas „Murzyn”, oznacza „Biały”, ale i bogaty. Encyklopedie w ramach poprawności tłumaczą to, jako „wędrowiec”, co nie jest prawdą, bo sporo Muzungu od lat mieszka w Rwandzie i nigdzie nie wędruje. Są to w większości misjonarze. Chociaż Muzungu (turyści) przyjeżdżają też do Rwandy, aby „zostawić pieniądze”, czyli wybrać się do któregoś z parków narodowych, np. tego z gorylami, gdzie za wstęp płaci się 1500 USD, albo wejść na jeden z pięciu wulkanów. Za wejście na ten najtańszy, najmniej atrakcyjny i wyjątkowo męczący, za to trzeci, co do wysokości, czyli na wulkan Bisoke (3711 m n.p.m.) płaci się zaledwie 75 dolarów. Najwyższy Karisimbi wznosi się na 4500 m n.p.m. Oglądałam go z podejścia na Bisoke. Wszystkie są zalesione. Po owych parkach narodowych nie można chodzić samodzielnie. Idzie się z przewodnikiem i wojskiem, to dla bezpieczeństwa. Nic dziwnego, że trzeba płacić.

Wulkan Karisimbi widoczny z drogi na wulkan Bisoke. Fot. Maria Giedz

Z tego turystycznego biznesu prawie nic nie mają miejscowi. Zarabia prywatna osoba. Ponoć partycypuje w życiu miejscowych, inwestując w różne założenia, no, ale po miejscowych tego nie widać. Czasem ktoś rzuci im „na ochłapę” jakieś drobne. Celują w tym Niemcy płacący za hotele i wycieczki krocie, a „Czarnym” wciskają do ręki grosze. Nic dziwnego, że w samym turystycznym zagłębiu, gdzie „Biali” szpanują strojem, sprzętem, aparatami fotograficznymi i innymi drogimi gadżetami spotkałam tak głodne dzieci, że jak im oddałam rozgniecioną w plecaku kanapkę przygotowaną dzień przed wędrówką, połknęły w mgnieniu oka nie bacząc na jej zawartość, a tym bardziej na wygląd.

Dzieciaki uciekają przed aparatem fotograficznym, chowając sie za drzewami. Fot. Maria Giedz

W innym miejscu, jakiś człowiek prosił moich miejscowych towarzyszy wędrówki, aby go zawołali, kiedy będę przechodziła. Chciał podać mi rękę i zamienić ze mną kilka słów. Nie bardzo rozumiałam po co, ale zależało mu, aby okoliczni mieszkańcy zobaczyli go w towarzystwie Muzungu. Bo Muzungu, to nie tylko skąpi Niemcy (Rwanda była przez kilkadziesiąt lat – od 1890 r. do 1916 r. niemiecką kolonią – Niemiecka Afryka Wschodnia, dopóki nie przejęli jej Belgowie), a przede wszystkim chrześcijańscy misjonarze. Pierwsi pojawili się w 1899 r., ale na stałe osiedlili się w 1900 r. Pierwszy kościół powstał w 1901 r. W przyszłym roku Rwandyjczycy będą obchodzić 125 lecie istnienia Kościoła katolickiego na ich ziemi. Jednak większość misji świętuje 40-50-lecie. A zgromadzeń jest wiele: Franciszkanki z Lasek zajmują się ociemniałymi dziećmi, ojcowie Marianie obsługują parafie, w tym m.in. są w Kibeho, gdzie znajduje się najważniejsze sanktuarium Maryjne w Afryce – jedyne objawienia uznane przez autorytet Kościoła. Pierwsze objawienia miały miejsce w 1981 r., ale ich autentyczność uznano dopiero w 2001 r., chociaż sanktuarium powstało już w 1992 r., czyli przed okrutną wojną (ludobójstwo 1994 r.)

Nyakinama. W niedzielę przed kościołem w parafii prowadzonej przez ojców Marianów. Fot Maria Giedz

Niedaleko jednego z domów, pod bananowcem spotkałam leżącą na ziemi starą kobietę. Nie mogła wstać, nie miała siły. Nie była pijana, ani zbyt ciężko chora. Ot, zwyczajnie była bardzo głodna, nie jadła od kilku dni. Czasem ktoś z sąsiadów dzielił się z nią jedzeniem, o ile sam je posiadał. Zamierzałam pójść do sklepu i kupić jej trochę kukurydzianej mąki, aby mogła przygotować igikomę – gęsty, sycący napój (mąka z kukurydzy, sorgo i soja). Jednak do sklepu było daleko, a przed nami długa droga, więc wpisaliśmy ją na listę potrzebujących, po czym po powrocie zgłosiliśmy w centrum misyjnym, czyli gdzie? – u polskich misjonarek, Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, gdzie się zatrzymałam.

„Siostry Anioły”

Pojawiły się w Rwandzie w latach 80. ubiegłego stulecia, ale misję w Nyakinama założyły dopiero na początku lat 90. XX w., chociaż w tym roku obchodzą 40-lecie swojego istnienia w tym kraju. Za pionierkę można uznać Siostrę Agnieszkę, która po raz pierwszy na rwandyjskiej ziemi stanęła, gdy miała 25 lat. Dzisiaj siwizna pokrywa jej głowę. Z przerwami mieszka w Rwandzie 30 lat. Po kinyarwanda gada jak miejscowa, nie mówiąc o francuskim. Początkowo siostry prowadziły ośrodek zdrowia, zajmowały się też dożywianiem. Z czasem stworzyły pracownię haftu, kroju, szycia, powstała też „Adopcja Serc”, czyli głównie pomoc w edukacji dzieci (jest ich około 400).

Nyakinama. S. Agnieszka w biurze Adopcji Serc. Fot. Maria Giedz

To dzięki pracy S. Agnieszki w Nyakinama powstało przedszkole dla okolicznych dzieci. Dzisiaj do przedszkola uczęszcza ich setka. Sióstr, tych „białych” jest niewiele – obecnie trzy. Pozostałe to miejscowe – w październiku kolejne złożą śluby wieczyste. S. Agnieszka dla swoich podopiecznych właśnie buduje nowe Centrum Szkolne z przedszkolem, szkołą podstawową i zawodową (oczywiście dzięki darczyńcom). Nie są to jedyne działania Sióstr, bo przecież w Kabudze pod Kigali (stolica Rwandy) powstało hospicjum. Ponadto Siostry od Aniołów (przez miejscowych zwane Siostrami Aniołami) zajmują się biednymi rodzinami. Pomagają im w życiu codziennym, kształcą ich dzieci, a przede wszystkim pomagają w leczeniu dzieciaków. Wiele z tych dzieci cierpi na choroby kostne. Nie znam się na medycynie, ale na tej szerokości geograficznej występują jakieś bakterie atakujące układ kostny. Ma na to wpływ również ziemia wulkaniczna.

Nyakinama. Budowa Centrum Szkolnego. Fot. Maria Giedz

Dzieci te trzeba operować, więc w ramach współpracy z polskimi medykami, co któryś miesiąc przyjeżdżają ortopedzi z „Fundacji Afriquia”. Oni dzieci badają i klasyfikują do konkretnych operacji. Drobne operacje wykonują na miejscu, cięższe przypadki zabierają do Polski (zajmują się również szkoleniem miejscowych ortopedów). Tak było z dziewczynką Serafiną oraz chłopcem o imieniu Lavie. Oboje są dziećmi wyjątkowymi, radosnymi, mądrymi, uczynnymi. Serafina dobrze mówi po polsku, Lavie trochę gorzej, za to jest uzdolniony plastycznie.

Życie codzienne

Podstawowym zajęciem mieszkańców Rwandy jest rolnictwo gdyż ziemia tu jest bardzo urodzajna, ale i trudna do uprawy – wszędzie są kamienie, gdyż Rwanda to w większości góry. Spora też część społeczeństwa zajmuje się drobnym handlem. Domy, zwłaszcza na wsi buduje się z cegły suszonej. Są to parterowe budynki złożone z kilku malutkich pomieszczeń. Kuchnia i miejsce do mycia, czyli łazienka, w której ochlapuje się wodą przyniesioną na głowie, znajdują się w osobnym budynku. Wodociąg mają tylko ci mieszkający przy głównych drogach. Ubikacja, to w najlepszym wypadku wolnostojąca sławojka z dziurą w ziemi. Niektórym rodzinom, jeśli są tam dzieci z niepełnosprawnością umysłową Siostry pomagają w budowie domu. Są to maleńkie domki. Byłam w takim jednym, świeżo zbudowanym. Mieszka w nim samotna kobieta wychowująca dwójką dzieci. Jedno ze sporą ociężałością umysłową. Całym dobytkiem tej kobiety są cztery bananowce. Ona sama pracy nie ma. Czasem sąsiedzi ją do jakiejś pracy wynajmują. Do jej domu idzie się pieszo przez góry. Nie można dojechać, bo nie ma drogi. Cały dom wybudowano wnosząc materiały budowlane na głowie.

Tu nie ma maszyn. Ziemię uprawia się motyką. Fot. Maria Giedz

 

Niemal każdą pracę wykonuje się ręcznie. Fot. Maria Giedz

Rodziny są zazwyczaj wielodzietne, więc szkoły są przepełnione – widać to o poranku i po południu, kiedy dzieciaki wędrują do lub ze szkoły, a także w kościele. Dziwny to kraj. Wszędzie jest bardzo czysto. Nie używa się plastików. Powiedziałabym, że jest czyściej niż w wielu państwach Europy, zwłaszcza tej Zachodniej. Jest też spokojnie. Nikt nikogo nie zaczepia, poza dziećmi, które jak zobaczą „białego”, to albo płaczą, bojąc się, że zostaną porwane, albo machają rączkami, podbiegają i się przytulają. Zdarza się, że proszą o pieniądze, ale nie jest to nagminne jak w krajach Azji. Kolejną zaletą jest bezpieczeństwo. Wszędzie policja lub wojsko, czyli po drogach nie można jechać szybciej niż 60 km na godzinę, poza zabudowaniami 80 km/godz. Za przekroczenie prędkości płaci się dość wysoki mandat. Wypadków jest niewiele, chociaż na ulicach ogromny tłok – samochody, setki motocykli, które robią za taksówki. Wolno wieźć tylko jedną dodatkową osobę. Pełno jest też rowerów – to też często taxi rowerowe – wolno wieźć do trzech osób. Chociaż rowerami przewozi się również bagaż – kanistry z piwem, najróżniejsze deski, worki…

Właśnie skńczyły się lekcje w jednej ze szkół. Fot. Maria Giedz

W Rwandzie nie ma czegoś takiego jak Wi-Fi (w drogich hotelach, na które mnie nie stać i ważnych urzędach państwowych zapewne jest). Wszystko załatwia się przez komórkę o ile działa. Generalnie komórka jest do dzwonienia. Wiele osób ma jeszcze stare komórki, niby z internetem, ale i tak go nie odbierają. Nie ma abonamentu, tylko kupuje się kartę i doładowuje co miesiąc. Za 30 tys. franków – dolar to ok. 1340 franków, więc raz na miesiąc trzeba zapłacić dwadzieścia parę dolarów. Ludzie mało zarabiają, dlatego wielu z nich nie ma telefonu. Dzieciaki nie bawią się smartfonami, tabletami, nie siedzą z nosem w komputerze.

Tak transportuje się drewno. Fot. Maria Giedz

 

Kigali. Jak przejechać w takim tłoku? Fot. Maria Giedz

Sklepy są, ale nie ma w nich szału. Funkcjonują targowiska, gdzie sprzedaje się wszystko. Najbardziej popularne są stoiska z warzywami czy owocami, chociaż wyboru nie ma dużego. Są to głównie ziemniaki, często słodkie, banany do gotowania (smakują jak ziemniak), do jedzenia głównie żółte duże i żółte małe – podobne do chiquita. Są też banany czerwone, ale te rosną tylko w ogrodach i to w rejonie Kigali, a raczej Kabuga (miejscowość typu Konstancin pod Warszawą). Można jeszcze kupić fasolę, arachidy, dużo jest marchewki. Bywają papaje, ananasy. Papryka nie jest popularna. Pomidory, tylko jeden gatunek. Popularna jest marakuja – jest kilka odmian, żółte, fioletowe, przypominające pomidory – są bardziej kwaśne i bardziej słodkie. Można też kupić arbuzy…

Przydrożne targowisko na trasie Kigali Ruhangeri. Fot. Maria Giedz

Rwandyjczycy chleb jedzą rzadko, mięso czasem. Ich głównym posiłkiem jest mieszanka gotowanych warzyw – banany, czasem połączone z fasolą. Mnie to nie smakuje. Mają też ryby, np. tilapię. Nad jeziorem Kivu zjadłam pyszną grillowaną tilapię z frytkami z bananów. Do tego była surówka i napoje – za 6 osób zapłaciliśmy 70 tys. franków, czyli na osobę wyszło ok. 8 USD, a jedzenie było pyszne i było go dużo. W Polsce za 24 zł nie zjem obiadu w eleganckiej restauracji ze stolikami nad brzegiem ogromnego jeziora. Jedliśmy i widzieliśmy statki stojące na redzie w porcie już po stronie kongijskiej.

Na koniec warto dodać, że Rwanda to kraj bębnów i najróżniejszych grzechotek. Podczas wszystkich uroczystości używa się bębnów. W kościołach się też tańczy – czynią to zazwyczaj grupy tancerzy, którymi mogą być dziewczynki. Warto też dodać, że Rwandyjczycy są muzykalni, pięknie śpiewają. Sami dzielą się na głosy – można ich słuchać w nieskończoność.

Tańczące dziewczynki podczas Mszy św. Fot. Maria Giedz

WALTER ALTERMANN: Kłamliwe mity, największe kłamstwa XX wieku

Ostatnio bardzo wiele stacji TV emituje, dokumentalne i dokumentalizowane filmy oraz niezliczone dyskusje historyków, pod wspólnym tytułem TAJEMNICE. Owe ujawniane tajemnice w istocie niczego nie wyjaśniają, ale są atrakcyjne dla widza, czyli tak zwanej publiki, zwanej też opinią publiczną. Zważywszy to wszystko pozwalam sobie przedstawić własną listę spraw zakłamanych do cna.

Tu muszę zauważyć, że „opinia publiczna” jest również potwornym kłamstwem. Opinia publiczna jest bowiem sumą ludzkiej niewiedzy i wiedzy. Z ogromną przewagą niewiedzy. To znaczy – ludzie wiedzą tylko to, co im się przedstawi jako prawdę. Tym samym wszelkie dyskusje na temat przeszłości ograniczane są do faktów narzuconych przez politykę i usłużnych jej historyków, dziennikarzy i polityków. Emblematycznym tego przykładem są dzieje II Wojny Światowej, tak różnie przedstawiane na Wschodzie i Zachodzie.

Zwycięski Zachód

Propaganda Zachodu robiła i nadal wiele robi, żeby przedstawić wysiłek zbrojny Wielkiej Brytanii oraz USA, jako decydujący dla losów świata. Z zachodnich mediów, filmów historycznych, z powieści i doktryn historycznych ma niezbicie wynikać, że II WŚ wygrał Zachód, i że bez ofiary krwi jego żołnierzy nad całym światem zapanowaliby Niemcy i ich główni koalicjanci – Włosi i Japończycy. W propagandzie Zachodu podkreśla się także ogromną pomoc materiałową i sprzętową, jakiej USA udzielił ZSRR. Tym karmiła „opinię publiczną” najpierw zachodnia prasa, a potem filmy produkowane na Zachodzie. I tak ukształtowały one własną (zachodnią) opinię publiczną. Skutkiem tego ludzie Zachodu są święcie przekonani, że właśnie tak było, że oni i głównie oni pobili Niemców.

Generalnie – wszyscy ludzie tęsknią i łakną historii, w której ich narody przedstawiane są jako piękne, dumne i rycerskie, a przede wszystkim zwycięskie. Poczucie narodowej siły pozwala bowiem znieść ubogim obywatelom biedę i brak perspektyw.

Równie zwycięski Wschód

Najlepiej mityczne myślenie o własnym narodzie widać w stosunku Rosjan do własnego państwa. Tam duma zastępuje od wieków chleb, wolność myślenia i prawo do godnego mieszkania. A obecnie nawet dostęp do bieżącej wody, dobre drogi i podstawową opiekę medyczną.

To wyznawana przez Rosjan duma z własnego narodu nie pozwala przyznać – większości z nich –  że głównodowodzącym Armią Czerwoną w czasie II Wojny Światowej był jeden z największych w historii zbrodniarzy – Józef Stalin, czyli Josif Wissarionowicz Dżugaszwili. To właśnie lęk przed okrutną prawdą, w połączeniu z dążeniem do „spokojnego życia”, każe Rosjanom nadal czcić (coraz bardziej jawnie) Stalina.

I to samo zakłamanie pozwala obecnie rządzić Putinowi, w końcu człowiekowi ukształtowanemu przez okrutny aparat represji, stalinowskie KGB. Przypomnijmy, że to Władimir Putin wielokrotnie i całkiem serio oświadczał, że największą tragedią Rosji w XX wieku był rozpad ZSRR. Tym samy dawał do zrozumienia, że to jemu przypada obowiązek odbudowania dawnego imperium. Co, jak widzimy na Ukrainie, próbuje robić.

Ojczyźniane mity ZSRR

Oczywiście propaganda ZSRR wbiła do głów obywatelom tego państwa, że to Rosjanie i inne narody, wchodzące w skład ZSRR, pokonały Niemców. Zwróćmy tu uwagę, że dla obywateli ZSRR II WŚ była Wojną Ojczyźnianą. A ta nazwa odwołuje się właśnie do miłości ojczyzny, czyli dla Rosjan największej wartości ich bytu.

Zauważmy też, że Rosjanie jak ognia unikają nazywania rzeczy po imieniu, stwarzając najpierw na własny użytek, a potem niosąc ten mit przez świat, że do ataku Niemców na ZSRR, 22 czerwca 1941 roku, ich państwo nie miało z Niemcami nic a nic wspólnego.

Rosyjska propaganda głosiła jeszcze większe kłamstwa, sugerując, że Stalin przewidując co stać się może, ratował od 17 września 1939 roku, ziemie etnicznie ruskie (białoruskie i ukraińskie), aby chronić bratnie (?) nacje. Z rozpędu niejako do tych bratnich zaliczano także Polaków, Litwinów, Estończyków, Łotyszy, a nawet Finów.

Jednostka niczym, rocznica wszystkim

W istocie przy pokonywaniu hitlerowskich Niemiec największe ofiary ponieśli obywatele ZSRR. Stało się to głównie wskutek faktu, że Niemcy rzucili na ZSRR nieporównanie większy siły, niż miały na całym froncie zachodnim.

Równie istotną przyczyną ogromnych radzieckich strat było i to, że w ZSRR kontynuowano wielowiekową doktrynę wojenną Rosji, wedle której życie sołdata jest nic nie warte. I dlatego Armia Czerwona nie liczyła się stratami. Na przykład – gdy na zachodnim froncie do rozpoznania bojem wysyłano  co najwyżej kompanię wojska, to już Rosjanie posyłali na rozpoznanie nawet całe pułki. Czym jest rozpoznanie bojem? Jest to rzucanie do ataku własnych oddziałów, bez wsparcia własnej artylerii i czołgów, celem rozpoznania stanowisk i umocnień wroga. Dodajmy, że z każdorazowego rozpoznania bojem wracało około 15 procent żołnierzy.

Istotną zbrodnią rosyjskich dowódców było też było też „planowanie uroczystych zwycięstw”. Rzecz w tym, że rosyjskim dowódcom chodziło o uczczenie wielu rewolucyjnych rocznic oraz np.  urodzin Stalina. I dlatego sztaby planowały, że właśnie tego a tego dnia należy zdobyć dane miasto czy też przełamać jakąś linię obrony Niemców. Takie planowanie pochłonęło miliony rosyjskich istnień. Najbardziej skrajnym przypadkiem „planowania” był rozkaz o zdobyciu Berlina w dniu 1 maja 1945 roku. Nie udało się, a „nad wymiarowe” straty sięgnęły około 400.000 zabitych  radzieckich żołnierzy.

Bez słowa o pomocy USA

Jedną z największych, i najgłupszych, wojennych tajemnic ZSRR była pomoc sprzętowa i materiałowa z USA. A pomoc ta, za którą zresztą ZSRR płacił złotem, była ogromna.

Według szacunków rosyjskich historyków do Związku Sowieckiego trafiło 427 tysięcy samochodów, 22 tysiące samolotów, 13 tysięcy czołgów, 9 tysięcy traktorów, 2 tysiące lokomotyw, 11 tysięcy wagonów, 3 miliony ton benzyny lotniczej, 350 tysięcy ton materiałów wybuchowych. Aliancka (w przytłaczającej większości amerykańska) pomoc nie ograniczała się jedynie do surowców. Przez ocean płynęły także olbrzymie dostawy żywności i odzieży. Wystarczy wspomnieć o ponad 2 miliardach (to nie pomyłka) puszek mięsa, w tym słynnej tuszonki, oraz 13 milionach par skórzanych butów. Z dużym prawdopodobieństwem bez tych dostaw żołnierze Armii Czerwonej chodziliby głodni i bosi.

Ukrywanie tej pomocy przez radzieckie władze, przed własnymi obywatelami, było tragikomiczne, bo przecież wszyscy radzieccy żołnierze widzieli na froncie amerykańskie okręty, samochody, czołgi i samoloty. I wykorzystywali je w walkach. A mimo to propaganda ZSRR unikała choćby najmniejszej wzmianki o tej pomocy. Miało być, że ludzie radzieccy sami sobie wszystko wyprodukowali, i tak było w propagandzie.

W następnym odcinku zastanowimy się, kto naprawdę wywołał II Wojnę Światową. Oraz przypomnimy prawdę i kłamstwa o układzie Ribbentrop – Mołotow.

 

 

 

 

 

 

 

Nowy ranking słuchalności. Umacnia się pozycja Radia Wnet

RMF FM pozostaje liderem wśród ogólnopolskich rozgłośni radiowych – wynika z najnowszego badania Radio Track, Kantar Polska dla Komitetu Badań Radiowych. Spory wzrost słuchalności zanotowało Radio Wnet.

Słuchalność RMF FM w okresie czerwiec – sierpień 2024 wynosiła 28,8 proc. Stacja ta zanotowała spadek, w porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej, gdy miała wynik 29,6 proc.. Poprawił się natomiast rezultat drugiego w zestawieniu Radia ZET. Rozgłośnia teraz miała słuchalność na poziomie 15,1 proc., a przed rokiem 14,4 proc. Na trzecim miejscu znalazł się Program 1 Polskiego Radia, który rok do roku zanotował spadek z 5,2 proc. do 4,8 proc.

Swój wynik znacznie poprawiło Radio Wnet, które teraz miało słuchalność na poziomie 0,6 proc., a przed rokiem zaledwie 0,1 proc. Stacja ta wyprzedziła Program II Polskiego Radia i Polskie Radio 24. Słuchalność tych rozgłośni wynosiła 0,5 proc.

opr. jka, źródło: KBR

 

Sprzeciw KRRiT wobec udziału Polskiego Radia Wrocław w obchodach 100-lecia radia we Wrocławiu

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji wyraziła zdecydowany sprzeciw wobec udziału Polskiego Radia Wrocław w obchodach 100-lecia radia we Wrocławiu i wezwała do przeprosin „za kompromitujące polską radiofonię świętowanie niemieckich rocznic”.

KRRiT przypomina, że Polskie Radio Wrocław rozpoczęło nadawanie  w 1946 roku, zatem celebrowano uruchomienie niemieckiej radiostacji założonej w 1924 r., przekształconej w 1932 roku w Reichssender Breslau – tubę propagandową niemieckiego, ludobójczego systemu. Radiostacja w okresie rządów Adolfa Hitlera stanowiła narzędzie propagandy Józefa Goebbelsa, którego urzędowi bezpośrednio podlegała.

„Udział Polskiego Radia Wrocław w świętowaniu rocznicy założenia tej właśnie radiostacji jest dowodem bezmyślności, bowiem sugeruje Polakom, iż Radio we Wrocławiu jest kontynuatorem tamtej niemieckiej radiostacji.

Obchody te są także wyrazem ignorancji likwidatora polskiej spółki medialnej wobec niemieckich wpływów w Polsce, a nie troską o wspólną historię” – czytamy w oświadczeniu KRRiT, podpisanym przez jej przewodniczącego Macieja Świrskiego, zastępcę przewodniczącego dr Agnieszkę Glapiak oraz członków dr hab. prof. AKSiM Hannę Karp i Marzenę Paczuską-Tętnik.

Członkowie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wezwali odpowiedzialnych za Polskie Radio Wrocław do przeprosin Polaków za kompromitujące polską radiofonię świętowanie niemieckich rocznic.

opr. jka, źródło: KRRiT

Salon24.pl zmienił właściciela

Sławomir Jastrzębowski, właściciel spółki Web Content Media, do której należy portal Salon24.pl sprzedał jej udziały Janowi Peńsko, współwłaścicielowi agencji marketingu sportowego i-Sport. Redaktorem naczelnym serwisu pozostaje Piotr Paciorek.

„Piotr Paciorek razem z zespołem Salon24 wykonali przez ostatnie trzy lata gigantyczną pracę. Odnieśliśmy sukces, zostaliśmy zauważeni przez rynek i czytelników. Wyniki Salonu24 są imponujące, ale nadszedł czas, żeby jego prezesem i właścicielem został ktoś z nową energią, nowymi pomysłami i nowymi kompetencjami. Cieszę się, że serwis przejmuje osoba młoda i doświadczona jednocześnie, człowiek z szerokimi horyzontami i głodny sukcesu. Jan Peńsko jest w moim przekonaniu gwarantem dalszego rozwoju tego projektu” – powiedział Sławomir Jastrzębowski w serwisie Salon24.pl.

Jan Peńsko to menedżer z ponad dziesięcioletnim doświadczeniem w zarządzaniu projektami biznesowymi, jest współwłaścicielem agencji marketingu sportowego i-Sport, która opiekuje się m.in. medalistkami Igrzysk Olimpijskich w Paryżu Aleksandrą Mirosław (wspinaczka sportowa) i Klaudią Zwolińską (slalom kajakarski).

Nowy właściciel podkreśla, że Salon24.pl nie przestanie być miejscem, gdzie każdy może wyrazić swoje opinie i dzielić się przemyśleniami, jednocześnie zapowiada, że portal powalczy o pierwsze miejsce wśród serwisów, które piszą o Polsce lokalnej, samorządowej. Jan Peńsko  zamierza również dotrzeć z z publicystyką do młodzieży, korzystając z formatów, które są im bliskie i zrozumiałe, takich jak TikTok, Instagram czy Twitch.

Salon24.pl powstał w 2006 roku, a jego założycielami było małżeństwo Bogna i Igor Janke. Początkowo portal funkcjonował jako platforma blogowo-publicystyczna. W 2021 roku serwis kupił Sławomir Jastrzębowski, który przekształcił go w bardziej uniwersalne medium, z redakcją oraz tematami od polityki, sportu, aż po biznes, ekologię, zdrowie i motoryzację.

opr. jka, źródło: salon24.pl

HUBERT BEKRYCHT: Ponad 7 milionów dziennikarzy w Polsce

Nie, nie pomyliłem się. Na prawie 37 milionów mieszkańców Polski przypada ponad 7 milionów dziennikarzy. Też Polaków. Chyba. Taką wersję przyjąłem i będę się jej trzymał. A jeżeli ktoś zarzuci mi manipulację, to postraszę sądem. Tak jak ponad 7 milionów dziennikarzy robi codziennie. W sieci.

Skąd wziąłem te liczby? Jeśli każdy dzisiaj może zostać dziennikarzem, to ja mogę, jako dziennikarz – prawie emerytowany – mogę przypuszczać, że mam w Polsce 7 milionów żurnalistów. Skoro, według badania dla Wirtualnych Mediów z końca ubiegłego roku, 25 milionów użytkowników ma w Polsce Facebook, Tik-tok i Instagram razem wzięte to 27 milionów ludzi, X d. Twitter ponad 8 milionów a piąty w tym zestawieniu Pinterest ma ponad 6 milionów internetowych fanów, to wszystko jest możliwe nawet 7 milionów dziennikarzy między Bugiem a Odrą.

Dwója z rachunków

7 milionów dziennikarzy? Tak uważam. Na podstawie obserwacji oraz mojego matematycznego niedouczenia wynikającego z zaufania do statystyk i dużych liczb. Kont w serwisach społecznościowych w Polsce może być ze sto albo lepiej dwieście milionów, tego nikt nie policzy. Dodaję zatem jeszcze 55 milionów, bo mam 55 lat. Zatem 250 milionów polskich kont podzieliłem na 37, czyli orientacyjną liczbę mieszkańców naszego kraju i wychodzi mi 6 milionów 800 tysięcy. Zaokrąglam i średnio wychodzi mi 7 milionów dziennikarzy polskich. A dodam jeszcze, że 7 to moja szczęśliwa liczba…

Niby bzdura w niby prawie

Okrutne te dyrdymały napisałem, aby uzmysłowić niektórym, że jeśli regulacje prawne dotyczące mediów i zawodu dziennikarza, prawo prasowe, prawo autorskie oraz prawa pokrewne nie uregulują podstaw przepisów, to wkrótce może być w Polsce nie tylko 7, ale nawet 10 milionów dziennikarzy. Wynika to po prostu z przeświadczenia niektórych ludzi, że pisząc coś na FB, X czy innych wirtualnych tablicach marzeń, mogą być już dziennikarzami, publicystami i felietonistami. Tak na przykład uważa wielu internetowych trolli, wstawiając sobie „red.” przed imię i nazwisko, często kompensując sobie niedostatki sztuki posługiwania się piórem, czyli klawiaturą i w ogóle niedostatki mózgowia. No, ale jeśli ktoś siedzi przed migotliwym ekranem kilkanaście godzin dziennie to synapsy się wypalają. A prawo medialne w Polsce ciągle bardziej przystaje do rzeczywistości jednego z pustynnych regionów w bardzo źle rozwiniętym państwie afrykańskim.

Prawo jaruzelskie

Władze państwowe i samorządowe od 1989 roku nic nie robią, aby dziennikarstwo wyrwać z komunizmu, bo obecne prawo prasowe, z kosmetycznymi zmianami, pochodzi z roku 1984 roku a pisane było ponoć jeszcze w stanie wojennym. Leżący niesłusznie na Powązkach Jaruzelski, Kiszczak i Urban muszą w piekle naprawdę krztusić się ze śmiechu.

Już nie chodzi o wielkie konstrukcje systemowe dotyczące mediów, rzecz jest pilna, bo dotyczy istoty przekazu i odbiorców. Na Boga, jeśli może być 7 milionów dziennikarzy, bo piszą w Internecie, to może być też codziennie 7 milionów kłamstw. Nie tęsknię za cenzurą, ale prawo musi kontrolować, choćby poprzez czytelny kodeks cywilny, uprawnienia i obowiązki ludzi podających się za dziennikarzy.

Dziennikarz brzmi dum(r)nie

Aha, nie ma w polskich przepisach takiego zawodu jak dziennikarz… Wiem, co piszę, spytajcie agentów. Na początek ubezpieczeniowych. System się kurczy i parcieje, rozwali się za kilka lat, chyba, że lada dzień na konferencję prasową premiera Tuska przyjdzie 7 milionów wkurzonych polskich dziennikarzy, powiedzmy obywatelskich, którzy nie będą mieli akredytacji… I spytają na przykład owi dziennikarze, co dalej z nielegalnie przejętymi mediami publicznymi. Przejętymi przez bezprawnie intronizowane przez rząd władze. Nie każdy lubi takie konferencje prasowe z 7 milionami pytań…

                                                                 ***

Zawód dziennikarza w Polsce formalnie nie istnieje, a mnie, w związku z tym przypomniał się stary dowcip:

 

Rzecz dzieje się za komuny. Milicjant zatrzymał dwóch pijanych facetów.

– Zawód? – pyta stróż „prawa” ubzdryngolonych mężczyzn.

– Krzyżówkowicz – odpowiada z godnością jeden z pijaków,

– Ja ci dam – gniewa się milicjant dobywając pałki.

– Stop! – krzyczy drugi z pijaków – Panie władzo, my – tak jak pan – jesteśmy ofiarami systemu.

– Jak to? – zdziwił się funkcjonariusz.

– Pan nie wierzy, bo pan nie widzi, jak ja mu te kratki dorysowuje…

 

Hubert Bekrycht (X, FB)

 

Kolejne ministerstwo nie wpuściło dziennikarza TV Republika na konferencję

Telewizja Republika nie została wpuszczona na środową konferencję ministra sportu Sławomira Nitrasa. Tymczasem w lipcu sąd uznał, że podobne działania resortu kultury i dziedzictwa narodowego w stosunku do TV Republika były bezprawne i nakazał ministerstwu przeprosić stację.  

O niewpuszczeniu ekipy TV Republika na konferencję ministra sportu Sławomira Nitrasa, zorganizowaną w środę na stadionie PGE Narodowy, poinformowano na antenie stacji. Sprawę opisał również w serwisie X Jarosław Olechowski, szef wydawców TV Republika.

„Pomimo prawidłowo zgłoszonej akredytacji dziennikarze @RepublikaTV nie zostali dziś wpuszczeni na konferencję prasową ministra sportu @SlawomirNitras Urzędnicy ukrywali miejsce konferencji (jedyna informacja jaką podano, to że odbędzie się w Warszawie). Kiedy sami ustaliliśmy, że konferencja jest na Stadionie Narodowym, to ochrona nie wpuściła dziennikarzy Republiki, bo ‘nie ma ich na liście’. Tak bardzo Nitras boi się pytań niezależnych dziennikarzy. Próbuje ich uniknąć łamiąc prawo i polską konstytucję. Odpowie za to. Podobnie jak @donaldtusk

W sprawie nielegalnego tłumienia krytyki prasowej już zapadł pierwszy wyrok. Będą kolejne” – napisał Olechowski.

Chodzi o wyrok, który zapadł na początku lipca, kiedy to Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego przeprosić Telewizję Republikę za odmowę udziału dziennikarzy stacji w konferencjach prasowych resortu. W uzasadnieniu wyroku, do którego dotarł portal Niezalezna.pl, sąd  stwierdził, że nieudzielenie akredytacji TV Republika „budzi wątpliwości ze względu na art. 14 oraz art. 54 ust. 1 Konstytucji RP”.

„Każda osoba piastująca tak ważny i znaczący urząd jak kierownik danego ministerstwa, powinna dbać o rzetelność i klarowność podejmowanych przez siebie działań, również poprzez dopuszczanie przedstawicieli wszystkich mediów do udziału w organizowanych przez siebie konferencjach prasowych. Działanie przeciwne, co słusznie zauważyła powódka, może nieść cechy dyskryminacji, cenzury, braku wolności słowa i wolności wypowiedzi” – czytamy w uzasadnieniu wyroku sąd.

opr. jka, źródła: X, niezalezna.pl

 

Trzymajcie się chłopcy, zaraz będzie atak – 16. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Na zewnątrz cisza. W oddali czasami tylko pojedyncze wybuchy. Czołgi i inne pojazdy już dawno odjechały w nieznanym kierunku. Co będzie się działo w nocy, tylko Bóg wie, ja mogę tylko przypuszczać… —  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ

Bucza, ulica Jabłonska nr 203B.

Trzej bracia Konowałowie — najstarszy Serhij, średni Ołeksandr i najmłodszy Dmytro — są nazywani przez sąsiadów bohaterami. I nie bez powodu. To właśnie oni pomogli przetrwać w piwnicy ich pięciopiętrowego budynku około dwudziestu mieszkańcom, głównie starszym osobom oraz sześciorgu dzieciom.

Konowałowie, ryzykując własnym życiem, przygotowywali jedzenie na ognisku, roznosili produkty, wodę, ciepłe rzeczy… „Gdyby nie oni, już dawno bym umarła” — opowiadała później reporterom 85-letnia sąsiadka. Jednak umarł, a właściwie został zastrzelony przez Rosjan, najmłodszy z braci — 41-letni Dmytro Konowałow.

„Przeważnie siedzieliśmy w piwnicy, a do mieszkania chodziliśmy tylko po to, by naładować telefon, zdrzemnąć się i skorzystać z toalety — opowiadał jeden z ocalałych braci Konowałowów. — Nie ryzykowaliśmy wyjścia na ulicę, bo rosyjscy żołnierze mogli do nas strzelać. Nawet na podwórku było niebezpiecznie, gdy w pobliżu byli żołnierze. 4 marca, niedługo przed godziną policyjną, około 16.30–16.45, mój brat wyszedł na podwórze, by zapalić. On i 15-letni sąsiad stali w kącie budynku przy wejściu do piwnicy, które wychodziło na ulicę Jabłonską. Gdy zobaczyli, że z Jabłonskiej nadchodzą rosyjscy żołnierze, cofnęli się na podwórze. Chłopiec pobiegł do piwnicy, a mój brat usiadł na drugim stopniu od góry i palił. Żołnierze weszli zza rogu budynku na podwórze i kilkakrotnie strzelili mu w szyję, klatkę piersiową i twarz. Jeden z żołnierzy zawołał swojego kolegę «Wołodia», a drugi podszedł i sprawdził puls Dmytra. Pulsu już nie było. Zmarł na miejscu”.

Istnieje też inne świadectwo, które różni się od tego rozpowszechnionego przez prasę: „Odsłoniłam zasłonę i przez szparę zobaczyłam, jak to się stało. On (Dmytro — przyp. red.) doszedł do kąta i nagle się cofnął. Patrzę, zaczął biec, uciekał. Oni (Rosjanie — przyp. red.) go zastrzelili, upadł tutaj na schody i oni pobiegli dalej”.

Matka zmarłego, Marija Petriwna, nie widziała zabójstwa swojego syna.

„Słyszałam strzały, ale one były cały czas — opowiadała kobieta. — Latały ogniste snopy. Wychodzę, a on leży na schodach i jest zimny. Krew płynęła, wiecie, pod nim była wilgoć, aż taka rzeka”.

I choć to straszne, ciało zabitego Dmytra przez trzy dni chroniło ludzi w schronie przed okupantami. „Ludzie mówią, że nas chronił — raszyści widzieli martwe ciało i nie wchodzili do piwnicy” — opowiadali jego przymusowi współlokatorzy.

Ciało najmłodszego brata udało się pochować dopiero czwartego dnia po egzekucji. Na podwórku tego samego budynku.

„Sami go pochowaliśmy — wspominał Serhij Konowałow. — Ja, brat, matka. «Mamo, — mówimy, — rzuć łopatę», a ona płacze i kopie, płacze i kopie”.

Dopiero po wyzwoleniu Buczy ciało Dmytra zostało ekshumowane i przewiezione do kostnicy. 2 maja 2022 roku został pochowany na miejskim cmentarzu.

Bucza, ulica Jabłonska.

Czterdziestotrzyletni Zoresław Zamoyski był dziennikarzem-freelancerem i aktywistą, publikującym swoje materiały na lokalnych portalach internetowych, takich jak „Informacyjny Portal” i „Gromada Priirpienia”. Założycielka tego ostatniego, Iryna Fedoriv, pisała o Zamojskim, że „uczestniczył w sesjach lokalnych rad i relacjonował działalność organów samorządu terytorialnego w regionie Priirpienia”. Swoje artykuły wysyłał do lokalnych mediów, w tym do redakcji «Gromady Priirpienia” ».

„Pracowaliśmy w jednym pokoju — wspominał pisarz i dziennikarz Walentyn Sobczuk. — I choć ten pokój nie miał ani jednego okna (był tymczasowy), to miał wiele drzwi do informacji dzięki naszym monitorom, przez które otwierał się przed nami świat, albo nasza twórcza grupa pokazywała światu to, co widzieliśmy z perspektywy tego pokoju bez okna…”

Zoresław Zamoyski starał się nie ujawniać swoich prawdziwych poglądów politycznych, choć czasami nie potrafił się powstrzymać. Tak było 2 maja 2021 roku, kiedy to na portalach społecznościowych wyraził swoje zaniepokojenie: „Siedem lat od tragedii na Kulikowym Polu w Odessie. Sprawcy podpalenia nie zostali odnalezieni. Społeczeństwo jest nadal podzielone. Wyrazy współczucia dla rodzin i bliskich…”. W ogóle, jak donosił na Facebooku jeden z użytkowników o imieniu Wiktor Gluszczenko, Zamoyski był „klasycznym «watnikiem» i zwolennikiem «ruskiego miru»”.

Jednak wojna, jak się wydaje, zmieniła jego spojrzenie na rosyjskie „pobieżności”.

„Kiedy rozpoczęła się wojna i wybuchy nie ustępowały ani w dzień, ani w nocy, ciągle pisaliśmy ze Zoresławem na Telegramie — wspominał Walentyn Sobczuk. — Zapraszałem go wtedy do Irpienia, bo mieszkał w Buczy na Jabłonskiej. Zoresław informował, że pisze kroniki wojny”.

Zamoyski pisał: „Zacząłem prowadzić dziennik dni tej wojny. Dzisiaj wypełniłem go i uzupełniłem wpisy z poprzednich dni, począwszy od 24 lutego. Chcę w przyszłości dokładniej opisać wydarzenia tych dni”. Umieścił też w sieci własne zdjęcia z 27 lutego z ulicy Dworcowej, które dokumentowały zniszczenie kolumny wroga w Buczy.

Ostatni raz, jak donosił Walentyn Sobczuk, rozmawiał z przyjacielem 4 marca. Tego dnia Zoresław Zamoyski zapisał w swoim dzienniku na Facebooku:

„Piątkowy poranek. Strzelają od samego rana. Czasem bardzo intensywnie. Ogłoszono odwołanie alarmu przeciwlotniczego”.

„12.00, trochę się uspokoiło. Dalszy ciąg — z Bożej łaski”.

„Bombardowanie + ostrzał z Gradów. Właśnie. Boję się wychylić nos poza przedsionek piwnicy”.

„Odwołali alarm. Wkrótce nadejdzie sobota według kalendarza żydowskiego. Szabat szalom w tym trudnym czasie!”

„Czołgi na ulicy. Jak mówił dowódca fortecy «Córki kapitana»: „Trzymajcie się chłopcy, zaraz będzie atak”.

I oto jego ostatni wpis: „O 20.00 całkowita ciemność na ulicy. I brak prądu. W ciągu dnia od nadmiernego napięcia w sieci wszystkie urządzenia elektryczne diabli wzięli. Włącznie z lodówką.

Teraz w domu. Na zewnątrz cisza. W oddali czasami tylko pojedyncze wybuchy. Czołgi i inne pojazdy już dawno odjechały w nieznanym kierunku. Co będzie się działo w nocy, tylko Bóg wie, ja mogę tylko przypuszczać…”

„Jutro może się zdarzyć, że nie będzie ani internetu, ani łączności. Może na długo. Jak to mówią, żyjemy z dnia na dzień”.

Po ósmej wieczorem Zoresław Zamoyski nagle przestał się kontaktować z przyjaciółmi…

Co się stało z mężczyzną, pozostaje nieznane, ale Walentyn Sobczuk jest przekonany, że powodem jego zabójstwa były zdjęcia Zamoyskiego:

„Przeglądając ostatnio jego profil, zrozumiałem, dlaczego raszyści odebrali mu życie: najwidoczniej znaleźli na smartfonie przerażające świadectwa wojny uwiecznione na fotografiach”.

Ciało zamordowanego przez Rosjan dziennikarza zostało odnalezione dopiero w połowie kwietnia (niemalże w dniu jego urodzin — 12 kwietnia) podczas ekshumacji zbiorowego grobu na terenie cerkwi św. Andrzeja Apostoła, przy bulwarze Bohdana Chmielnickiego.

„Jego ciało znaleziono wśród setek torturowanych w Buczy — opowiadał główny rabin Ukrainy Mosze Reuwen Azman. — Widziałem jego ciało. Było przestrzelone, miało siniaki, myślę, że to były ślady tortur”.

Zoresław Zamoyski, który nie miał bliskich na Kijowszczyźnie, został pochowany na cmentarzu żydowskim w pobliżu Wasylkowa 15 kwietnia 2022 roku.

Przyjaciółka zamordowanego, Olesia Wasylec, nie mogła powstrzymać łez:

„Nie wierzę w twoją śmierć! Przeklęci okupanci! Przyjaźniliśmy się przez siedem lat, odkąd przyjechałam do Irpienia! Dlaczego, Zorik…”.

Znajoma Zoresława, Walentyna Sytnyk, napisała wtedy na Facebooku: „Żegnaj, Zorik — boży ptaszku! Otworzyłam Facebooka, żeby złożyć ci życzenia urodzinowe, a dowiedziałam się, że już cię nie ma…”

Prezydent podpisał nowelizację ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych

Prezydent RP Andrzej Duda 14 sierpnia podpisał nowelizację ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, ustawy o ochronie baz danych oraz ustawy o zbiorowym zarządzaniu prawami autorskimi i prawami pokrewnymi – poinformowała Kancelaria Prezydenta RP.

Nowelizacja m.in. wdraża do polskiego prawa unijną dyrektywę w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych na jednolitym rynku cyfrowym.

Nowe przepisy mają ułatwić dziennikarzom i wydawcom uzyskiwania wynagrodzeń od big techów za wykorzystywane przez nie treści. Umożliwią np. przeprowadzenie mediacji między wydawcami a platformami cyfrowymi w przedmiocie określenia wynagrodzenia. Organem właściwym dla przeprowadzenia tych mediacji będzie prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Jak przypomniano w komunikacie Kancelarii Prezydenta RP, w ustawie uregulowano również kwestie związane m.in. z ujednoliceniem zasad licencjowania usług reemitowania utworów oraz rozpowszechnianiem programów radiowych i telewizyjnych udostępnionych w drodze wprowadzenia bezpośredniego. Wprowadzono także dozwolony użytek na potrzeby naukowe, dydaktyczne i zachowania zbiorów, rozszerzoną licencje zbiorową, nowe prawo pokrewne dla wydawców prasy oraz nową postać dozwolonego użytku baz danych.

opr. jka, źródło: prezydent.pl