HUBERT BEKRYCHT: Prowokacje medialnych komunistów mentalnych

W Przeglądzie, takiej tygodnikowej odmianie Trybuny Ludu, ukazały się elukubracje, w których towarzysze z periodyku mogącego ubiegać się o nagrodę im. Pawła Morozowa atakują Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Tym razem miecz klasowej czujności wymierzono w Fundację Solidarności Dziennikarskiej.

Nie zamierzam tłumaczyć, że nie ma w artykule w Przeglądzie sprzed dwóch tygodni odrobiny rzetelności dziennikarskiej. I nie tylko w sprawie FSD, bo to oczywiste. Błędy, z których powodu których każda redakcja spaliłaby się ze wstydu tutaj – stanowiąc standard wspomnianej publikacji – nawet nie rażą, bo to specjalność pism sławiących PRL-owską przeszłość naszego kraju. Razi co innego. Nagonka. Ktoś powie, że to nic dziwnego, ale dla mnie 35 lat po teoretycznym upadku komunizmu politycznego skandalem jest robienie użytku z insynuacji, manipulacji, treści przypominających pomówienia z czasów stalinowskich, czyli tworzenie komunizmu mentalnego, a raczej pieczołowite pielęgnowanie tej podłej narracji (zresztą tę listę wypełnią bez trudu prawnicy). Proszę o wybaczenie wrażliwszych Czytelników, ale w śródtytułach będę stosował język komuszej nowomowy, bo w przypadku tego „artykułu” tak trzeba. Dlaczego? Aby zrozumieć perfidię przekazu organu, który bez trudu mógłby stanąć w szranki plebiscytu na ulubione pismo sierot po PRL.

Z czyjej inspiracji?

Właśnie, po co towarzystwu wydającemu Przegląd publikacja na temat Fundacji Solidarności Dziennikarskiej? „Artykuł” ukazał się 14 października, już po zjeździe Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, na którym wybrano nowe władze. Na stanowisku prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego już 12 października zastąpiła Jolanta Hajdasz, ale nawet 17 października na FB Przeglądu prezesem SDP był jeszcze Skowroński.

Postkomunistyczny a nawet komunistyczny czas zatrzymał się? A może chciano zapobiec wyborowi Hajdasz na prezesa i Skowrońskiego do Zarządu Głównego SDP? Tutaj też wypalono kulą w płot.

Z dziennikarskiego obowiązku przypomnę, że 12 września, dwa dni przed publikacją omawianego organu, podczas zjazdu SDP, wystąpienie bardzo podobne do „rewelacji” Przeglądu (protokół z obrad można sprawdzić – łącznie z kolejnością nazwisk członków społecznej Rady FSD) miała redaktor Krystyna Mokrosińska.

Oczywiście dziwny zbieg okoliczności, ale na pewno to przypadek. Oszczerczego artykułu nie mogła inspirować osoba powszechnie szanowana w wielu środowiskach dziennikarskich – honorowa prezes SDP. Nie, bo nie. I koniec dyskusji, bo jeszcze kilka osób z oddziału warszawskiego SDP, moja prywatna opozycja (dziękuję kochani, że jesteście) posądzi mnie, że nadal „obrażam” Mokrosińską. Poprzednio ponoć obraziłem ją rymowanką w publikacji o zjeździe statutowym, który prezes honorowa próbowała zdestabilizować oddając mandat delegata. Nie wycofuję się i z wierszyka (brak poczucia humoru jest dla mnie równoznaczny z upadkiem mitu personalnego) i z pytania, dlaczego Krystyna Mokrosińska w ogóle została w SDP? Przecież nie dlatego, aby pisać pisma do KRS w sprawie „wad” nowego Statutu ostatecznie zarejestrowanego pod koniec lipca br.? Nie uwierzę też w to, że redaktor Mokrosińska sabotuje działalność władz SDP. Może po prostu ma złych doradców?

A propos, obrońcą prezes honorowej jest szef oddziału warszawskiego Zbigniew Rytel (też nie ma poczucia humoru i wzywał mnie do „przeprosin” Mokrosińskiej). Ale odrzućmy różnice, uwaga, będę teraz bronił szefa OW SDP. Zbyszek został haniebnie potraktowany przez Przegląd. Na zdjęciu przy „artykule” o sugerowanych „przekrętach” w FSD, Rytel siedzi po lewej stronie nielegalnie odwołanego szefa Rady Mediów Narodowych Krzysztofa Czabańskiego i wieloletniego prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego, czyli – wedle przeglądowej prowokacji – Rytel to też „zbój” medialny „zamieszany” w „przekręty” FSD i podpisany jeszcze jako członek Zarządu Głównego SDP, a przecież wszyscy wiedzą, że Zbyszek trzy lata temu przegrał wybory do władz centralnych naszego stowarzyszenia i teraz już nie startował.

Wstydź się Przeglądzie!

Zbyszku, gdybyś potrzebował pomocy prawnej w procesie z Przeglądem, pomogą Ci prawnicy SDP i Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Tylko daj znak, że chcesz te skojarzenia odrzucić przed sądem.

Wicie, rozumicie

Teraz troszkę poważniej, bo ze szmacianej prowokacji Przeglądu można się tylko śmiać.

Błędy, kłamstwa i manipulacje mające połączyć FSD i SDP z innymi instytucjami państwowymi, których jeszcze nie osądzono, ale działały w latach 2015 – 2023 albo nawet i 2024 mają odciągnąć uwagę od stopniowego zawłaszczania bezprawnie przejętych przez rząd pod koniec ub. r. publicznych mediów i niszczenia innych redakcji, które krytykują koalicję sprawującą władzę w Polsce od grudnia 2023 r.

Wywody umieszczone w Przeglądzie dotyczą de facto nie FSD a innych podmiotów, które w sposób legalny wspomagały fundatora, czyli SDP a zatem ich jedynym „przewinieniem” była działalność za rządów PiS. A ponieważ jest teraz moda na polowanie na PiS to i ruszyła nagonka na SDP, czyli – zdaniem inspiratorów „artykułu” – organizacji wspierającej PiS a PiS wspomagał SDP. Tylko chodzi o finanse i muszą być na to dowody a tych po prostu nie ma. A nawet gdyby ktoś je sfabrykował trzeba udowodnić, że są poza prawem a na to redakcja nie ma intelektualnej siły, bo przekazuje tekst z błędami! Merytorycznymi. Pomijam już nazwiska, daty, tytuły czy stanowiska.

Zgadnijcie po co jednak te bzdury publikuje Przegląd? Przecież, na Boga, nie dla kilku tysięcy czytelników, dla których czas się zatrzymał w stanie wojennym. Ten „artykuł” jest po to, aby „skompromitować” SDP i FSD. No i wymyślono mało sprytnie kilka pogłosek, pomówień (raj dla prawników). Podlano to sosem donosu z matrycy im. Pawika Morozowa i hulaj dusza… Ale piekło jest. Dlaczego zatem „dziennikarze” Przeglądu wybrali wieczne potępienie?

Może dlatego, że wieloletni naczelny przeglądu Jerzy Domański (przez chwilę był nawet prezesem PZPN, co tłumaczy początek upadku polskiego futbolu w latach 1989 – 90) jest szefem postkomunistycznego Stowarzyszenia Dziennikarzy RP (za junty Jaruzelskiego SD PRL) – obecnie stowarzyszenia zawieszonego w prawach członka międzynarodowej organizacji dziennikarskiej EFJ. Może dlatego w Przeglądzie nie boją się piekła, bo w głowach dawnych reżimowych dziennikarzy, sympatyków wicepremiera Jagielskiego i samego dyktatora Jaruzelskiego, pojawił się chaos i pytanie. Ważne: jak żyć? Jak, skoro SDP ma ponad 3 tys. członków a SdRP, któremu lideruje wpływowy redaktor Przeglądu ma tylko kilkuset członków i to wedle własnych danych postkomunistycznej organizacji dziennikarskiej…

Wielkość Gomułki, czyli „stoimy nad przepaścią…”

Skąd w periodyku, który umieszcza oczywiste brednie i manipulacje na temat SDP i FSD takie przekonanie o słuszności „kierunków”.

Jak wiadomo baza musi mieć nadbudowę. Z uporem godnym lepszej sprawy Przegląd lansuje w październiku postać komunistycznego aparatczyka Andrzeja Werblana, któremu dorabia się gębę przyjemnego lewicowego intelektualisty – publicysty w tygodniku założonym przez Jerzego Urbana.

Skąd taka głupota w Przeglądzie, że cytują zdanie Werblana o Władysławie Gomułce? Redakcja chwali się tym na FB i cytuje byłego partyjnego ideologa: „Wielkość Gomułki polega na tym, że potrafił poprawnie odczytać interes narodu” – tako rzekł obchodzący 30 października 100 lat Andrzej Werblan, któremu władze Przeglądu składają z tej okazji życzenia.

Inna rzeczywistość? Tak, zważywszy, że redakcja Przeglądu nie zadała Werblanowi pytania o legendarne „odczytywanie interesu narodu” w postaci masakry robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 r., do czego doprowadziła obłędna ekonomiczna polityka „Wiesława” i wpierani przez niego mordercy w polskich mundurach, którymi sterowali Jaruzelski i Kiszczak.

Może dlatego tych pytań brak, że redakcja i naczelny zajęci są reanimacją medialnego trupa Przeglądu. Nikt im nie powiedział, że ze śmiercią takiego złego formatu się nie wygra? Nic im nie pomoże próba lizusowskiego „wystawiania” SDP władzom rządowym, bo medialni bankruci mogą tyle, co guru Przeglądu Jerzy Domański. A on chyba nie zdaje sobie sprawy, że jego czas jako propagandysty rządów postkomunistycznych minął. Teraz rządzą liberałowie i farbowani lewicowcy. Mają lepszych „specjalistów” od propagandy.

Nie wiadomo, kto wpadł na kiepski pomysł zachęcenia czytelników do lektury felietonu Domańskiego o jednym z polityków opozycji w sposób bardzo ryzykowny. Bowiem redaktor Jerzy Domański na fejsbukowym profilu tygodnika uśmiecha się ze zdjęcia a przy emanującej pewnością siebie twarzy umieszczono, chyba dla żartu, napis: „Przyzwoici ludzie nie nadążają za kolejnymi woltami tej kanalii”.

Dla żartu?

 

 

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wybrało władze na kolejną kadencję. Prezesem Jolanta Hajdasz (RELACJA I UCHWAŁY)

Dr Jolanta Hajdasz została nowym prezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Krzysztof Skowroński po 13 latach kierowania największą i najstarszą organizacją dziennikarską w Polsce nie kandydował na kolejną kadencję.  – SDP ma szansę być ostoją wartości, etosu naszego zawodu. Dla mnie najistotniejsze będzie, aby ocalić niezależne, profesjonalne  dziennikarstwo – powiedziała Jolanta Hajdasz.

Nowe władze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wybrał Zjazd Sprawozdawczo-Wyborczy delegatów, który odbywał się w dniach 12 – 13 października w Domu Pracy Twórczej SDP w Kazimierzu Dolnym. Najpierw jego uczestnicy wysłuchali sprawozdania z działalności Zarządu Głównego w mijającej kadencji 2021 – 2024, które przedstawił prezes Krzysztof Skowroński.

Cztery kadencje: romantyczna, euforyczna, pandemiczna i…

– Po raz czwarty przedstawiam takie sprawozdanie – podkreślił na wstępie Krzysztof Skowroński. – Pierwszą kadencję nazwałem romantyczną, drugą euforyczną, trzecią pandemiczną, dla czwartej nie mam nazwy, choć była najtrudniejsza.

Zwrócił uwagę, że w tym czasie SDP musiało się zmierzyć z wyzwaniami jakie postawiła rosyjska agresja na Ukrainę. Stowarzyszenie od początku wojny za naszą wschodnią granicą włączyło się w pomoc dla Ukrainy, najpierw dla dziennikarzy z tego kraju, później udostępniło Dom Pracy Twórczej dla dzieci z Mariupola.

– SDP było też takim pomostem dla międzynarodowych organizacji dziennikarskich w organizowaniu pomocy dla Ukrainy – dodał Skowroński.

Przypomniał też, że to SDP, zaraz po 24 lutym 2022 roku, zwróciło się do międzynarodowych organizacji dziennikarskich z apelem o wykluczenie z tych gremiów rosyjskich organizacji.

Dalej Krzysztof Skowroński mówił o innych cennych inicjatywach, jakie udało się zrealizować w mijającej kadencji, np. cyklu wywiadów z ludźmi kultury „SDP Cafe”, w który zaangażowane zostały oddziały SDP czy projekcie Stop Fake PL, którego celem było przeciwdziałanie dezinformacji.

Ustępujący prezes SDP podkreślił, że najważniejszą i najbardziej aktywną komórką Stowarzyszenia jest Centrum Monitoringu Wolności Prasy.

Dyrektor CMWP SDP dr Jolanta Hajdasz przypomniała, że Centrum zajmuje się sprawami dziennikarzy, którzy mają kłopoty w związku z wykonywaniem swojego zawodu oraz zabiera publicznie głos, gdy naruszane są zasady wolności słowa. W mijającej kadencji CMWP wydało ponad 80 oświadczeń oraz stanowisk i objęło pomocą prawną ponad 70 dziennikarzy.

– Wszystkie nasze działania są jawne i transparentne, a żaden dziennikarz nie odchodzi bez wsparcia – podkreśliła Jolanta Hajdasz.

Szczegółowe sprawozdanie z działalności CMWP SDP można znaleźć TUTAJ.

Na zakończenie swojego sprawozdania Krzysztof Skowroński powiedział, że hasłem nowych władz SDP powinno być obrona dziennikarzy i wolności słowa.

Główna Komisja Rewizyjna pozytywnie oceniła działalność zarządu w sferach gospodarczej oraz statutowej i rekomendowała delegatom udzielenie absolutorium ustępującym władzom. Przewodniczący GKR Janusz Wikowski podkreślił, że SDP ma płynność finansową i potencjał gospodarczy do dalszego działania i realizowanie swoich celów statutowych.

Podczas dyskusji delegatów nad sprawozdaniem ZG padły m.in. głosy krytyki, że SDP sprzyja jednej stronie politycznego sporu. Odpierając te zarzuty Krzysztof Skowroński podkreślił, że Stowarzyszenie jest otwarte dla wszystkich dziennikarzy. – Każdy dziennikarz, który się zgłosi zostaje przyjęty i może później kandydować do władz. SDP nie jest zamknięte dla nikogo. SDP nie jest upolitycznione, nie jest zależne od żadnej partii politycznej. To, że myśl konserwatywna wygrała, to jest decyzja poszczególnych zjazdów SDP – wyjaśniał ustępujący prezes.

Delegaci zdecydowaną większością głosu udzielili absolutorium władzom SDP kadencji 2021 – 2024. Za głosowało 90 delegatów, 13 było przeciwnych, a pięciu wstrzymało się od głosu.

Krzysztof Skowroński zdecydował, że nie będzie ponownie ubiegał się o funkcję prezesa SDP. Uczestnicy Zjazdu owacjami podziękowali mu za 13 lat kierowania Stowarzyszeniem. Wręczono kwiaty i pamiątkowy portret.

Ocalić niezależne, profesjonalne  dziennikarstwo

Punktem kulminacyjnym pierwszego dnia Zjazdu był wybór prezesa SDP. Na tę funkcję zgłoszono tylko jedną kandydaturę – Jolantę Hajdasz, dotychczasową wiceprezes Stowarzyszenia i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

Kandydatka prezentując się przed głosowaniem podkreśliła, że praktycznie całe swoje zawodowe życie związana jest z SDP. Wspomniała, że jako studentka uczestniczyła w zjeździe reaktywacyjnym SDP w 1989 roku, zaraz potem wstąpiła w szeregi tej organizacji.

– Kolejny punkt zwrotny dla mnie to był rok 2011, kiedy po raz pierwszy zostałam wybrana do Zarządu Głównego SDP.  Tak jak Krzysztof Skowroński, jestem cztery kadencje w zarządzie SDP. Dwie kadencje temu zostałam wiceprezesem, a w 2017 roku dyrektorem Centrum Monitoringu Wolności Prasy – mówiła Jolanta Hajdasz.

Zaznaczyła, że tak jak dotychczas, zamierza łączyć pracę w zarządzie SDP z funkcją dyrektora CMWP.  Wyjaśniła, że ścisły kontakt Zarządu Głównego z Centrum jest potrzebny. – Nie możemy być odrębną instytucją – stwierdziła Jolanta Hajdasz. – Nie boję się ani nadmiaru pracy, ani odpowiedzialności. Nie chcę tego rozdzielać, przynajmniej do czasu, gdy będę mogła Centrum przekazać osobie, która będzie kontynuować to co nam udało się wspólnie zrobić.

Kandydatka na prezesa SDP przedstawiła swój program na najbliższe lata. – To obrona wolności słowa i obrona dziennikarzy. Jesteśmy w bardzo trudnym punkcie, zwrotnym wręcz dla naszego środowiska. Z jednej strony napór internetu, mediów społecznościowych, zupełnie innego dziennikarstwa niż dziennikarstwo tradycyjne, a z drugiej polaryzacja polityczna, która wpływa na nas naprawdę coraz mocniej i powoduje, że bardzo trudno budować wspólny mianownik dla nas i pogodzić się z tymi, którzy po prostu w fundamentalnych sprawach się z nami nie zgadzają – mówiła Jolanta Hajdasz.

Przyznała, że nie będzie to łatwe działanie. – Ale widzimy jakie są zagrożenia dla tej wolności słowa w ostatnich latach i to SDP ma szansę być taką ostoją wartości, etosu naszego zawodu – stwierdziła.

Dodała, że SDP jest główną reprezentacją dziennikarzy w Polsce na forum międzynarodowym. – Na umocnienie naszej pozycji chciałabym pracować – zadeklarowała.

Jolanta Hajdasz powiedziała, że jej marzeniem jest, aby w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie powstała biblioteka i czytelnia dotycząca historii dziennikarstwa w Polsce. Zapowiedziała również, że zadba o stabilizację finansową Stowarzyszenia.

– Dla mnie najistotniejsze będzie, aby ocalić niezależne, profesjonalne  dziennikarstwo i aby służyć jak umiem najlepiej – zakończyła swoje wystąpienie kandydatka na prezesa SDP.

Jolantę Hajdasz uzyskała poparcie zdecydowanej większości delegatów, za głosowało 91 osób, 17 przeciwko, trzy wstrzymały się.

Nowe władze na cztery lata

W dalszej części obrad wybrano członków Zarządu Głównego. W gronie tym znaleźli się: Hubert Bekrycht, Paweł Gąsiorski, Maria Giedz, Krzysztof Gurba,  Michał Karnowski, Andrzej Klimczak, Wanda Nadobnik, Mariusz Pilis, Anna Popek, Krzysztof Skowroński,  Aleksandra Tabaczyńska, Janusz Życzkowski. Siedem z tych osób (Hubert Bekrycht, Maria Giedz, Andrzej Klimczak, Wanda Nadobnik, Mariusz Pilis, Krzysztof Skowroński i Aleksandra Tabaczyńska) w Zarządzie Głównym SDP będą już kolejną kadencję.

W skład Głównej Komisji Rewizyjnej weszli natomiast: Łukasz Brodzik, Zbigniew Natkański, Wojciech Pokora, Grzegorz Radzicki i Janusz Wikowski. GKR szybko zwołała zebranie i na przewodniczącego wybrała Janusza Wikowskiego, a na jego zastępcę Zbigniewa Natkańskiego. Sekretarzem został  Łukasz Brodzik.

Naczelny Sąd Dziennikarski nowej kadencji pracować będzie w składzie: Miłosz Kluba, Józef Kowalski, Krzysztof Kurkiewicz, Grzegorz Mika, Anna Pakuła-Sacharczuk, Monika Pietraszkiewicz, Barbara Ziółkowska.

Do Komisji Interwencyjnej wybrano: Magdalenę Drohomirecką, Teresę Koziatek, Sonię Kwaśny, Jana Poniatowskiego i Krystynę Różańską-Gorgolewską. Rzecznikiem Dyscyplinarnym został Wojciech Reszczyński.

Zgodnie z nowym statutem, przyjętym przez Zjazd Delegatów w marcu tego roku, kadencja nowych władz SDP będzie trwała cztery lata, a nie tak jak dotychczas, trzy.

Drugi dzień Zjazdu pod znakiem uchwał

Drugiego dnia Zjazdu delegaci przyjęli pięć uchwał dotyczących ważnych spraw m.in. bezprawnego przejęcia mediów publicznych, blokowania dostępu do informacji, czy niepokojącego wzrostu liczby procesów typu SLAP, nękających dziennikarzy.  Poniżej prezentujemy pełne treści uchwał.

Uchwały Zjazdu Sprawozdawczo-Wyborczego Delegatów SDP w dniach 12 – 13 października

Uchwała nr 1

Zjazd delegatów SDP w Kazimierzu Dolnym 12 – 13.10.2024  podtrzymuje swoją negatywną ocenę działań podejmowanych przez rząd Donalda Tuska wobec środowisk dziennikarskich, w tym jednoznacznie krytyczną ocenę bezprawnego siłowego przejęcia mediów publicznych w grudniu 2023 r. Konsekwencją tych pozaprawnych działań jest zapaść programowa i finansowa tych mediów, a ich efektem dramatyczny spadek liczby odbiorców tych mediów. Działania te prowadzą do systematycznie pogłębiającej się marginalizacji TVP S.A, Polskiego Radia, PAP oraz 17 rozgłośni regionalnych Polskiego Radia na rynku mediów w Polsce. Skutkiem tego jest brak równowagi i pluralizmu w polskim systemie medialnym, czego przejawem jest stałe i systematyczne eliminowanie treści konserwatywnych, prawicowych oraz katolickich z przestrzeni publicznej. Jaskrawym przykładem działań rządu przeciwko mediom jest także próba wyeliminowania z rynku medialnego środków komunikowania niezależnych od rządu, czego przykładem są ataki rządzących polityków i ich zaplecza medialnego na środowisko związane z katolickim Radiem Maryja, TV Republika oraz inne media, w których można dzisiaj przedstawiać krytyczny wobec rządzących punkt widzenia.

Zjazd Delegatów SDP kategorycznie  domaga się od partii tworzących rząd Donalda Tuska zaprzestania działań niszczących pluralizm i niezależność medialną w Polsce oraz apeluje do Prezydenta RP i pozostałych instytucji odpowiedzialnych za ład medialny w Polsce  o natychmiastowe podjęcie działań w celu ochrony wolności mediów w naszym kraju. 

Uchwała nr 2

Uchwała Zjazdu delegatów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w sprawie ks. Michała Olszewskiego

Odwołując się do solidarności zawodowej i międzyludzkiej oraz do poczucia sprawiedliwości, my Delegaci Sprawozdawczo – Wyborczego Zjazdu Delegatów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wyrażamy stanowczy sprzeciw wobec przetrzymywana w areszcie śledczym założyciela Radia Profeto księdza Michała Olszewskiego.

 Domagamy się:

– natychmiastowego zwolnienia księdza Michała Olszewskiego oraz dwóch urzędniczek zatrzymanych w związku z domniemaniem nieprawidłowości w pozyskiwaniu środków z Funduszu Sprawiedliwości

– umożliwienie księdzu Michałowi Olszewskiemu oraz Paniom Karolinie i Urszuli – urzędniczkom Ministerstwa Sprawiedliwości – odpowiadania z wolnej stopy – pełnej jawności prowadzonych w tej sprawie rozpraw sądowych

 Wzywamy:

Środowisko dziennikarskie do przestrzegania zasad etyki zawodowej, czyli zaprzestania publikacji szerzących pomówienia i godzących w dobre imię wspomnianych osób.

LIST PREZES SDP DO KS. MICHAŁA OLSZEWSKIEGO TUTAJ.

Uchwała nr 3

Uchwała przeciwko rządowej blokadzie dostępu do informacji

Zjazd Delegatów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich obradujący w Kazimierzu Dolnym 12 – 13 października 2024 roku dziękuje Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy i Europejskiej Federacji Dziennikarzy (IFJ/EFJ) za poparcie protestu SDP przeciwko zakazowi wstępu dla dziennikarzy TV Republika na rządowe konferencje prasowe.

Zakaz miał szczególnie symboliczne znaczenie podczas katastrofalnej powodzi, która dotknęła wielu mieszkańców Polski we wrześniu br. Rządowy zakaz wstępu na konferencje prasowe, czy posiedzenia sztabów kryzysowych, stanowił zagrożenie dla osób żyjących na terenach dotkniętych tą klęską żywiołową.

Działania ograniczające równy dostęp do informacji dla wszystkich polskich mediów są cenzurowaniem przekazów dziennikarskich istotnych dla wolności słowa w Polsce.

Uchwała nr 4

Zjazd Delegatów SDP zwraca się do międzynarodowych federacji dziennikarskich z prośbą o pomoc w wyjaśnieniu okoliczności śmierci ukraińskiej dziennikarki Wiktorii Roszczyny, która była wzięta do niewoli, jako jeniec wojenny. W czasie konwojowania jej przez Rosjan z Taganrogu do Moskwy nastąpił tajemniczy zgon dziennikarki. Wiktoria Roszczyna była przewidywana do wymiany jeńców wojennych.

Uchwała nr 5

Uchwała Zjazdu delegatów SDP w obronie dziennikarzy

 Zjazd Delegatów SDP z najwyższym zaniepokojeniem obserwuje rosnącą w Polsce liczbę procesów przeciwko dziennikarzom i mediom, w tym dziennikarzom i mediom konserwatywnym i katolickim. Procesy te stają się w Polsce skutecznym narzędziem tłumienia debaty publicznej. Wykorzystywane są zarówno przez władze, jak i przez korporacje. Pozwy te i akty oskarżenia trafiają do sądów zarówno cywilnych, jak i karnych. Ich celem nie jest wyjaśnienie danej sprawy i dążenie do prawdy, ale uprzykrzenie życia dziennikarzom poprzez uwikłanie ich w długą, kosztowną i skomplikowaną procedurę prawną. Celem tego działania jest wywołanie tzw. efektu mrożącego, czyli zniechęcenie dziennikarzy do zajmowania się trudnymi sprawami społecznymi, także tymi które wywołują spory i kontrowersje.

Jest to nie do pogodzenia z funkcjami, jakie w państwie prawa powinny pełnić wolne media.  Przyczynia się to do niszczenia wolnej debaty, godząc w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa. Apelujemy do rządzących i osób odpowiedzialnych za ład medialny oraz do wymiaru sprawiedliwości w Polsce o podjęcie działań zmierzających do zapobieżenia tym szkodliwym praktykom.

 

GALERIA ZDJĘĆ ZE ZJAZDU TUTAJ.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Groźby pani Kingi

Co sprytniejsi manipulatorzy, szczególnie ci, którzy dziś rządzą, dawno odkryli, że w Polsce ludzie łatwo się oburzają nie na to, co trzeba. Sprawa telefonu Kingi Gajewskiej do Tomasza Krzyżaka jest świetnym przykładem.

Właściwie to z reakcji medialnych można by stworzyć show pod tytułem „jak ona przeklina”. „To nie przystoi politykowi przeklinać w rozmowie z dziennikarzem”, „cóż za rynsztokowe słownictwo”, „co za kultura” – to ton wiodących komentarzy. Problem jednak zupełnie nie leży w przeklinaniu. Właściwie to samo przeklinanie mógłbym śmiało pani Kindze przebaczyć. Sam nie jestem święty. Któż czasem sobie nie przeklnie, a sytuacja sprawia, że dama może być wzburzona. Problem leży zupełnie gdzie indziej i dopełnia kryminalną epopeję państwa Myrchów. Można by rzec, że jest wisienką na torcie i iluż ekspertyz by nie wydano, ileż profesorowie Chmajowie i inni klienci ekipy Tuska opinii robiących dziś za konstytucję, by nie popełnili, to mamy do czynienia z kolejnym przestępstwem, domniemanym dodam, bo za czasów demokracji walczącej człowiek się musi zabezpieczać.

Otóż do Tomasza Krzyżaka nie zadzwoniła szefowa kuchni ze stołówki, że zginął widelec, nie zadzwonił sąsiad, że śmieci nie segreguje, a zadzwoniła ważna, znana polityk reprezentująca rządzącą ekipę. Nie dość tego pani Gajewska jest żoną urzędującego wiceministra sprawiedliwości. Mówiąc krótko, jest to małżeństwo polityków związanych z władzą ustawodawczą i wykonawczą, nie dość tego, z tym elementem władzy wykonawczej, który jest odpowiedzialny za działania aparatu ścigania. Gajewska nie zaproponowała, że chce Krzyżakowi coś wyjaśnić bo on się myli. Nie zaproponowała spotkania, choćby i przerywała nieładnymi słowami, bo tak jej się zdarza – w takim, nazwijmy to, obajtkowym stylu.

Gajewska do Krzyżaka zadzwoniła sztorcując go za krytyczną wobec siebie i swojego męża postawę, starając się wpłynąć na jej zmianę. Życzenia, by spotkało go to co ją z żony wiceministra sprawiedliwości brzmią bardzo konkretnie. Wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby takie telefony za czasów rządów PiS do dziennikarzy „Rzeczpospolitej” zaczęła wykonywać Patrycja Kotecka. Mielibyśmy protesty Reporterów bez Granic, interpelacje w Parlamencie Europejskim i zaniepokojenie Departamentu Stanu? Może nie aż tak, ale dym byłby konkretny.

Reasumując. King Gajewska moim zdaniem popełniła przestępstwo. Co prawda nie z Prawa karnego, ale Prawa prasowego, nie jestem pewien czy doktor Myrcha wie o tym, że na jego podstawie także można zostać skazanym. Prawo prasowe zawiera artykuł (44) o utrudnianiu krytyki prasowej, gdzie karą jest grzywna albo ograniczenie wolności. Niestety dla małżeństwa tygodnia to raczej nie ten artykuł. Albo nie tylko ten. Bo artykuł 43. mówi o groźbie bezprawnej. Czy życzenie ze strony polityk ekipy rządzącej, znajomej lidera formacji i żony wiceministra sprawiedliwości, by coś „pana spotkało”, jest mało zawoalowaną groźbą czy nie? Jak Państwo uważacie? Jeśli tak, to jest to właśnie groźba bezprawna. Jak się nie zamkniesz to cię coś spotka, a mamy możliwości.

Oczywiście dziś pani Kingi żaden sąd nie skaże, a już na pewno nie w sposób poważny. Ale dziś nie trwa wiecznie. I oby w Polsce nie trwało.

TERESA KACZOROWSKA: Gombrowicz w Buenos Aires

Wybuch II wojny światowej spowodował pozostanie Witolda Gombrowicza w Argentynie. Warto w ogłoszonym 2024 Roku Witolda M. Gombrowicza przypomnieć rozterki pisarza sprzed 75 laty, 24-letni pobyt w Buenos Aires i jego ulubione miejsca.

Marian Witold Gombrowicz (1904-1969) – powieściopisarz, nowelista i dramaturg – po podróżach w 1938 r. do Rzymu i Wiednia, przewidywał rychły wybuch II wojny światowej oraz zniszczenie Polski. Był już wówczas w kraju dość znany – rozgłos w kołach literackich zapewniła mu szczególnie powieść Ferdydurke (1938), w Warszawie ogłosił też sztukę Iwona, księżniczka Burgunda (1938) oraz opublikował, pod pseudonimem Zdzisław Niewieski, powieść w odcinkach Opętani (1939). Zasłynął też ze spotkań młodych literatów w warszawskich kawiarniach Ziemiańska i Zodiak, gdzie zapisał się w pamięci jako XX-wieczny Sokrates, ale też jako wyniosły i nonszalancki pozer. Według Jerzego Andrzejewskiego, literata, który go nie znosił (z wzajemnością), Gombrowicz realizował teorię nieustannego ataku, konfrontacji i gry, która stała się jego drugą naturą.

W tej atmosferze Gombrowicz otrzymał od przedsiębiorstwa Gdynia-America Line propozycję podróży do Buenos Aires nowym statkiem „Chrobry”. Inicjatorem zaproszenia był Jerzy Giedroyć z Ministerstwa Przemysłu i Handlu (późniejszy redaktor paryskiej „Kultury” i wydawca, w tym pism Gombrowicza, który u progu wojny decydująco wpłynął na losy autora Ferdydurke). Na bilet – w obydwie strony – dziewiczym rejsem polskiego transatlantyku, Gombrowicz zarobił drukowaniem w odcinkach powieści Opętani. Wypłynął z Gdyni do Bueons Aires 29 lipca 1939 r.

***

Gombrowicz znalazł się na pokładzie „Chrobrego” obok kilku literatów i notabli, m.in. pisarza Czesława Straszewicza, ministra Władysława Mazurkiewicza, senatora Jana Rembielińskiego. Przypłynęli do Buenos Aires 20 sierpnia 1939 r. Gombrowicz pisał w drugiej powieści Trans-Atlantyk:

„Dwudziestego pierwszego sierpnia 1939 roku ja na statku Chrobry do Buenos Aires przybijałem. Żegluga z Gdyni do Buenos Aires nadzwyczaj rozkoszna… i nawet niechętnie mnie się na ląd wysiadało, bo przez dni dwadzieścia człowiek między Niebem i wodą, niczego nie pamiętny, w powietrzu skąpany, w fali roztopiony i wiatrem przewiany. Ze mną Czesław Straszewicz, towarzysz mój, kajutę dzielił, bo obaj jako Literatki żal się Boże mało co opierzone na tę pierwszą nowego okrętu podróż zaproszeni zostaliśmy; oprócz niego Rembieliński senator, Mazurkiewicz minister i wiele nowych osób….”

Statek stał w porcie do 25 sierpnia. Przez pięć dni, na jego pokładzie, a także w Buenos Aires, odbywały się oficjalne przyjęcia i koktajle. Uczestniczył w nich także Gombrowicz, choć przede wszystkim „zapuszczał się w miasto”. Jego pierwsze kroki w argentyńskiej stolicy prowadziły od basenów portowych, gdzie stał „Chrobry” (dziś Terminal nr 3), „przez plac Retiro, na którym wieża stoi przez Anglików zbudowana”, obok trzech dworców Retiro kolei podmiejskiej, trzydziestopiętrowego Casa Cavanagh – najwyższego wówczas budynku Buenos Aires – stojącego na stoku parkowego wzgórza. I dalej na wąską i długą, główną handlową ulicę miasta – Floridę, już wówczas deptak, gdzie były „sklepy Luksusowe, nadzwyczajna Artykułów, towarów obfitość i publiczności kwiat dystyngowanej” – pisze jako narrator Trans-Atlantyku.

Dworzec Retiro. Fot. Teresa Kaczorowska

Buenos Aires, wówczas metropolia bogata i światowa, trzykrotnie większa od Warszawy, musiała zrobić na pisarzu duże wrażenie. Zwłaszcza, że spotykał tam rodaków i poznał przedstawicieli polskiej ambasady. Mówiło się wtedy o nadchodzącej wojnie, choć nie wiedziano jeszcze, że „Chrobry” nie wróci już do kraju, a popłynie do Anglii, będzie uczestniczył w bitwie o Narwik i zostanie zatopiony przez Niemców. Pisarz wiedział, że jako żołnierz byłby katastrofą i nie sprosta patriotycznym obowiązkom. I kiedy już odwiązywano liny, kiedy „Chrobry” odbijał od brzegu, Gombrowicz zstąpił z walizkami na ląd i oddalił się, długo się za siebie nie oglądając. O swoim zamiarze wspomniał jedynie swemu towarzyszowi z kajuty Czesławowi, ale i jemu „…całej prawdy nie chciałem wyjawić, ani też innym Rodakom i Swojakom moim… bo chyba by mnie za nią żywcem na stosie palono, końmi albo kleszczami rozrywano, a od czci i wiary odsądzano”. Dopiero, kiedy był już od brzegu daleko, gdy polski okręt już odpływał, Gombrowicz przystanął, spojrzał na niego i wyklinać zaczął:

„A płyńcież  wy, płyńcież Rodacy do Narodu swego! Płyńcież wy do Narodu waszego świętego chyba Przeklętego! Płyńcież do Stwora tego św. Ciemnego, co od wieków zdycha, a zdechnąć nie może! Płyńcież do Cudaka waszego św., od Natury całej przeklętego, co wciąż się rodzi, a przecież wciąż Nieurodzony! Płyńcież, płyńcież, żeby on wam ani Żyć, ani Zdechnąć nie pozwalał, a na zawsze was między Bytem a Niebytem trzymał. Płyńcież do Ślamazary waszy św. żeby was ona dali ślimaczyła!” (Trans-Atlantyk, Ślub (ze wstępem Józefa Wittlina i komentarzem autora), Instytut Literacki, Paryż 1953, s. 37).

Decyzją tą naraził się rodakom w kraju oraz kręgom emigracji polskiej w Buenos Aires. Do dziś Polacy w Argentynie uważają, że stchórzył i nie zachował się patriotycznie, nie chcąc bronić ojczyzny, która została najechana przez Niemców i Rosjan we wrześniu 1939 r. Natomiast większość badaczy twierdzi, że „Gombrowicz ratował siebie jako niepodległą osobowość twórczą”.

Pozostając na emigracji Gombrowicz miał w kieszeni 96 dolarów, co mogło w Argentynie wystarczyć najwyżej na dwa miesiące. Zgłosił się więc o pomoc do polskiej ambasady, która wypłacała mu do 1943 r. niewielkie zapomogi – 100 pesos miesięcznie. Wspomagali go też Polacy z emigracji, ale tylko niektórzy, bo jako pisarz nie był w Argentynie znany, a jego ton i sposób bycia były ekscentryczne i nieprzystające do konwencji wychodźstwa polskiego.

Gombrowicz należał do ludzi zupełnie niezdolnych do podjęcia pracy fizycznej. Potrafił jedynie szukać pomocy u sponsorów, dawców zapomóg czy stypendiów (osób, instytucji, fundacji). Prośbami o interwencje w tej sprawie i narzekaniami na niepowodzenia wypełnione są jego listy w latach wojennych do Józefa Wittlina w USA, czy Jerzego Giedroycia. Nie potrafiąc samodzielnie się utrzymać, znalazł się w fatalnej sytuacji materialnej – właściwie żył jak kloszard. Mieszkał w małych hotelikach, lichych pensjonacikach, podłej noclegowni conventillo El Palomar, często nie płacąc rachunków. Głównie w centrum miasta, w okolicach ruchliwej ulicy Corrientes, krzyżującej się z ulicą-deptakiem Florida. Przez pierwsze 8 lat nic nie pisał.

Argentyńczycy pozwalali mu czasami zarobić artykułami w prasie. Najpoważniejszy tekst Gombrowicza – Sztuka i nuda („El arte y aburrimiento”) – ukazał się w kwietniu 1944 r. w poważnym dzienniku „La Nacion”. Ubogi emigrant próbował też wydawać prowokacyjne pismo-pamflet „Aurora”, gdzie atakował nawet Borgesa (bo „jałowy, nudny i… nazbyt Borgesowski”). Wszystko to nie pokrywało jednak nawet niewygórowanych potrzeb bytowych. Niekiedy w pierwszych latach w Buenos Aires Gombrowicz wygłaszał prelekcje, jak na przykład w Teatro del Pueblo, gdzie 28 sierpnia 1940 r. miał pierwszy odczyt. Zakończył się on jednak skandalem, a Gombrowicz pozostał wśród Polonii na zawsze jako antypolski i nieczytany. Aż do publikacji w „Kulturze” – pomógł znowu Giedroyć. Ale Witoldo de Gombrowicz wyzwalał się już wtedy z polskości i wyprowadzał „Polaków z niewoli kształtu polskiego ducha”, wykutego przez wieki…

Teatr Gran Rex przy ul. Corrientes, gdzie w teatralnej kawiarni Gombrowicz grywał namiętnie w szachy (na pieniądze). Przy kawiarnianych stoikach Rexa, kilkunastu młodych południowych Amerykanów przełożyło na j. hiszpański Ferdydurke (Fot. Teresa Kaczorowska).

 Jedyne pieniądze, jakie Gombrowicz umiał zarobić w Buenos Aires, to wygrywać w szachy. Grał na pieniądze z bywalcami Cafe Rex. Kawiarnia z salą szachową mieściła się na górze Teatru Gran Rex przy ulicy Corrientes, a prowadził ją polski mistrz szachów Paulino Frydman. Frydman miał szlachetne serce. Opiekował się Gombrowiczem, podkarmiał go, doskonalił w grze w szachy, wysłał dla zdrowia w kordobańskie góry, pomagał mu zmniejszyć chroniczne suchoty sakiewki. Teatr Gran Rex był przez 19 lat drugim domem pisarza znad Wisły. Pomiędzy namiętnymi partiami szachów, pijał kawę (mnóstwo), prowadził z młodymi literatami platońskie dyskusje – nigdy nudne, nigdy pospolite, nigdy zwykłe, „z całą żarliwością duszy” – bezlitośnie zdzierając maski ludzkie. Siadywał zwykle przy tym samym stoliku, pod wielkimi oknami, z niezapomnianym widokiem na Avenidę de Corrientes i Obelisk biały.

Teatr Gran Rex był szczęśliwy też i dla Ferdydurke. Przy kawiarnianych stoikach Rexa, kilkunastu młodych południowych Amerykanów dokonało niezwykłej, wspólnej pracy przekładu dzieła Gombrowicza na język hiszpański (pod okiem „sądu ostatecznego” w osobie oddanego Pinery – „Szefa Południowo-Amerykańskiego Ferdydurkizmu”). W atmosferze absurdu, w hałasie, ssąc łapczywie dym nikotyny, przy bilardzie i szachach, ogarnięci trwałym duchem ferdydurkizmu, dniami i nocami, przyjaciele Gombrowicza poszukiwali dla słowa polskiego latynoskich odcieni najwłaściwszych. Nie omijając gombrowiczowskiej groteski, ironii, podtekstów;  eufonii, kadencji, rytmu… Hrabia – autor  wspomagał  ich błyskotliwie, ale pseudohiszpańskim, gdyż nie znał jeszcze dobrze języka.

Hiszpańskojęzyczna pochwalna pieśń młodości  – Ferdydurke – ukazała się 26 kwietnia 1947 r., dzięki fundatorce hrabinie Cecilii Benedit de Debenedetti, która jako jedna z niewielu, uwierzyła w geniusz ubogiego emigranta. Ale argentyński establishment zlekceważył „Pana Gombrowicza” – przekonanego o epokowym znaczeniu książki swojej. Zignorowali go i czytelnicy. Dziwaczny, nieznany, nowatorski pisarz z krańców starej Europy nie wdarł się za swego życia w serca i umysły Argentyńczyków (ani polskiej emigracji w Buenos Aires). Został „mętnym anarchistą z drugiej ręki…”. (W. Gombrowicz, Dziennik 1953-1956, s. 214). Naprawił to czas.  Dziś legenda Rexa trwa, mimo iż Cafe jest zamknięta, ale Teatro Gran Rex lśni nadal przy Corrientes swoim blaskiem.

***

Drugim ulubionym miejscem spotkań Gombrowicza w Buenos Aires z młodymi literatami była kawiarnia La Fragata, też przy Corrientes. I tutaj Gombro brylował wśród utalentowanych argentyńskich chłopców. Miażdżył wielu w dyskusjach i „sprowadzał do osoby”. I w tej kawiarni panowała niezobowiązująca aura wielkiej zgrywy, absurdalny humor, blaga, młodość umysłu i ducha. I rozmowy przy artystycznym stole – długie, fascynujące o tym co w literaturze, co w filozofii… Otwarte na  żart, prowokację, nagły skok myśli. Zabawy niezgorsze, zbijające z pantałyku, wytrącające, „ni z pierza, ni z mięsa”, niewydarzone… Oficjalna literacka Argentyna słyszeć o „Gombro”  nie chciała, więc zapłodnił młodych jej synów – wchodzących na scenę artystów (nie tylko z Buenos, ale z Tandilu, Santiago, etc.), bo młodość winna być przeniknięta starszością…. Jego akolici są do dziś naznaczeni czarem Gombrowicza – na poły erotycznym, na poły intelektualnym. Pierwszym uczniem zazdrosny o to miano Gomez („wierna Goma”), platonicznie w Gombrowiczu zakochany. A najwięcej portretów Mistrza wykonał  jego drogi Betelu.

Dawna La Fragata to dziś restauracja Petalo (Płatek), przy Corrientes 499. W Petalo podają doskonałą pizzę z cebulą, argentyńskim serem i ziołami, zimne białe wino „Lopez” i wodę „Villavicencio”. Upał i gwar są jak za Gombrowicza…

***

Jednymi z nielicznych przyjaciół Gombrowicz w Buenos Aires byli Maria i Karol Świeczewscy.  Pisarz bywał na ich domu na legendarnych niedzielnych obiadach, uczestniczył w dyskusjach, wyjeżdżał też z gospodarzami kilka razy na wakacje, m.in. do Miramar, Cordoby, Mar del Platy. Świeczewscy zwykle wynajmowali dom, a  on miał pokój na górze. Miałam jeszcze okazję poznać Marię Świeczewską wędrując śladami Gombrowicza w Buenos Aires. Była miłośniczką przyrody i kultury południowoamerykańskiej, podróżniczką i kolekcjonerką. Wyszła za mąż po raz drugi, za Leonarda Wanke, lekarza rodem ze Lwowa (98 lat), ale nadal podejmowała gości obiadami (w tym mnie). W domu Świeczewskich Gombrowicz prowadził wykłady z filozofii dla pań („oświecał tępe głowy”…). Jak opowiadała Maria Świeczewska, otaczały go zawsze półkolem, przynosiły ciasteczka, płacąc wykładowcy za wykład do „czapki”.

Gombrowicz prowadził też ze Świeczewskimi interesy. Wytwarzali wspólnie popularne plastykowe figurki, m.in. narodowej Madonny Argentyny – Matki Boskiej z Luhano. Świeczewscy wykonywali je na zakupionej przez Gombrowicza automatycznej wtryskiwarce plastiku, zaś dochody z tej produkcji odbierał fundator wtryskiwarki. Maria Świeczewska przyznała, że pieniądze przekazywała Gombrowiczowi jeszcze długo po zaprzestaniu tej produkcji, aby pomóc pisarzowi w utrzymaniu się (mój wywiad z Marią Świeczewską ukazał się w „Rzeczpospolitej” 25 lipca 2009)

Maria Świeczewska, jak inni nieliczni znajomi i goście pisarza (m.in. Jarosław Iwaszkiewicz), bywała u Gombrowicza w Banco Polaco (filia PKO), przy calle Tucuman 462 (w bankowej dzielnicy Buenos Aires, niedaleko narożnika Floridy, gdzie przy pomocy przyjaciół został tam zatrudniony przez osiem lat (1947-1955). Dzięki tej pracy warunki bytowe Gombrowicza ustabilizowały się. Ale jako bankowiec był nieszczęśliwy i mało przydatny. Nigdy nie przeniknął tajników cyfr. Izolował się od bankowej tłuszczy, mimo iż patrzyli na niego przez palce, jak na rozpieszczonego chłopczyka. Nieustannie przypominał, że się marnuje i męczy. Że cierpi, że ma na karku literaturę, najbardziej mu ważką… Nikt jednak w Banco Polaco utworów Gombrowicza nie czytał, ani mu wierzył. Bo wywyższał się, wychwalał, warcholił, palił za dużo, stroił w lustrze miny i grymasy. Zawsze w masce, zawsze z drwiną.

Ulubiona przez pisarza Florida, handlowa ulica-deptak Buenos Aires. Fot. Teresa Kaczorowska

Gombrowicz dbał, aby nie zostać „Urzędniczkiem zarżniętym siedmioma godzinami urzędolenia”. Jak wyznał, parał się w Banco Polaco „prawie wyłącznie literaturą”. Redagował bankowy biuletyn – a w nim rozważania o duszy argentyńskiej i słowiańskiej oraz tezy co to „przepaścistość słowiańsko-polska”. Napisał Ślub, sarmacko-argentyński Trans-Atlantyk (bez sukcesu w Argentynie, choć na hiszpański przełożone) i rozpoczął w 1953 r. pisany aż do śmierci Dziennik (rosół na smaku rzeczywistości).

W Banco Polaco Gombrowicz odczuł ostracyzm argentyńskich rodaków. Został „reżimowcem(Banco Polaco było agendą władzy w PRL). Ale jednak Gombrowicz nie zaprzedał duszy nowej politycznej wierze. Mimo podziwu dla Sartre’a (choć „wolał nie być do nikogo podobny”), mimo obiecywanych od Iwaszkiewicza awansów, mimo wydawania w tym czasie nad Wisłą swoich książek.

W Banco Polaco, po braku sukcesów literackich w Argentynie, Gombrowicz zmienił kierunek samotnego dryfowania – postawił na współpracę z Giedroyciem i „Kulturą”, na literaturę emigracji. Trans-Atlantyk – według niego „utwór najbardziej patriotyczny i najodważniejszy”, ale też: „Cudactwo i dziwactwo wyssane z palca” – razem ze Ślubem zostały wydane jako pierwszy tom słynnej „Biblioteki Kultury”, przez Instytut Literacki (Paryż 1953). Ten pierwszy tom słynnej „Biblioteki Kultury”, a także pozostałe wszystkie pisma „Jaśnie panicza”, znalazłam pod Buenos Aires, w domu oo. Bernardynów w Martin Coronado, siedzibie Polskiej Misji Katolickiej.

Dziś w kamienicy przy calle Tucuman 462 (w bankowej dzielnicy Buenos Aires, niedaleko narożnika Floridy), zamiast Banco Polaco funkcjonuje inna instytucja.

***

Gombrowicz lubił nie tylko bywać w kawiarniach, ale także dużo chodzić (szczególnie nocą) oraz pływać tramwajem wodnym (lancas collectiva) po Tigre –  rozlanych wodach Parany (zanim złączy się z wodami Urugwaju w potężną Rio de la Plata). Pisał, że pruł nie raz „wody kanału, szerokiego jak Aleje Ujazdowskie, cichego, jak Łazienki, ciszą drzew zielonych, wielkich, splątanych u góry tak gęsto iż prawie tworzą szpaler”  (W. Gombrowicz, Wędrówki po Argentynie, s. 207). Podziwiał erupcję tropikalnej zieleni i kolory – bardziej czyste i szlachetne jak na starym kontynencie. Wyprawiał się na Tigre z przyjaciółmi i niejednokrotnie na lancas collectiva. I było mu tutaj niebiesko, przyjemnie i zabawnie.

Gombrowicz lubił pływać tramwajem wodnym (lancas collectiva) po Tigre – rozlanych wodach Parany. Fot. Teresa Kaczorowska

Wraz ze stabilizacją zawodową i zatrudnieniem w Banco Polaco, Gombrowicz znalazł w 1945 r. stałe mieszkanie. Było to jeden, ale obszerny pokój, pełen książek i płyt, w czystym i niedrogim domu Frau Schultze, przy calle Venezuela 615, nieopodal ulubionych ulic Corrientes i Floridy. Kiedy w 1955 r. zwolnił się z Banco Polaco, wiódł tu aż do wyjazdu na stary kontynent prawdziwy żywot literata. Pierwszym owocem wolności była Pornografia. Zaraz potem niedokończona Historia, Wędrówki po Argentynie, potem  Operetka, większość Dziennika, gdzie pragnął bronić swojej osoby „wyrobić jej miejsce wśród ludzi”. I początek Kosmosu, głośnego już we Francji. Bywali tutaj Świeczewscy, Grodziccy, Grocholscy, Lubomirscy… Nawet hrabina Cecylia Benedit de Debenedetti, Nowińscy, mistrz Frydman, młode bractwo jego, Kubańczycy i perła, kamień drogi – Zosia… I goście z Warszawy, Wisłocki, czy Wajda. Przez lat siedem miał ukochanego sąsiada „Russo” – młodego filozofa Alejandra Russovicha, jak on niepowtarzalnego partnera dysput, lektur i spotkań,  nie tylko intelektualnych, dziś profesora („wcielenie argentyńskiej genialnej antygenialności”).

Wraz ze stabilizacją zawodową i zatrudnieniem w Banco Polaco, Gombrowicz znalazł w 1945 r. stałe mieszkanie. Było to jeden, ale obszerny pokój w domu Frau Schultze, przy calle Venezuela 615, nieopodal ulubionych ulic Corrientes i Floridy. Fot. Teresa Kaczorowska

Po drodze do Banco Polaco, dwieście metrów dalej, lubił Witoldo wstępować na poranną kawę, rogaliki i na lekturę „La Razon” do Café El Querandi na rogu ulic Peru i Moreno. Dużo palił, szczególnie tabakę z fajki Dunhill. Rozsławił  Café El Querandi za sprawą „ręki kelnera”, która stała się centrum kosmosu, siedliskiem ad hoc utworzonego sacrum, ucieczką przed diabelstwem świata. Dziś w kawiarni Café El Querandi jest elegancko i drogo. Tańczy się, podziwia słynne argentyńskie tanga. Ale wciąż brzmi tu słynna jego fraza:

„Gdy kelner podszedł by pytać, czego sobie życzę, ręka mu zwisała, cicha, skulona, sekretna – i niezatrudniona –  aż nie wiedząc o czym myśleć pomyślałem o jakimś krzaku, któremu kiedyś przypatrywałem się na jakiejś stacji, z okna pociągu. Ta ręka napadła mnie w ciszy, jaka między nami się wytworzyła… Kropka. Koniec.”

Stosunki Gombrowicza z Polonią były bardzo skomplikowane. Pisarz przyznał, że „…ani przez moment Polski nie kochałem”…(W. Gombrowicz, Dziennik 1961-1966, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, s. 101). Uważał, że rodaków trzeba oduczyć patosu, banału, fałszu. I Polacy odpłacali mu się tym samym… Ale niektórzy pomagali.

 ***

Witold Gombrowicz pokochał Argentynę, choć 24 lata (1939-1963), jakie spędził w tym kraju nie były dla niego łatwe. Najpierw stoczył się na samo dno egzystencji i doznał skrajnej nędzy (pierwsze osiem lat). Potem zyskał pewną stabilizację finansową – dzięki pracy w Banco Polaco (1947-55) oraz literacką (przez osiem ostatnich lat 1955-63 funkcjonował już jako wolny literat). Nigdy jednak nie wyzbył się poczucia tymczasowości i życia „pomiędzy”. Za to w Argentynie czuł się wyzwolony – z konwenansów, obowiązków narodowych, polskości, podwójnej wstydliwej seksualności – co na pewno pomogło mu w kreatorskiej potencji twórczej, dzięki czemu powstały jego najcenniejsze utwory.

Sam pisarz swoje argentyńskie życie na przestrzeni 24 lat oceniał, że

„( …) były to trzy okresy, po osiem lat każdy, pierwszy okres – nędza, bohema, beztroska, próżniactwo,, drugi okres – siedem i pół lat w banku, życie urzędnicze, trzeci okres – egzystencja skromna, ale niezależna, wzrastający prestiż literacki”.

Mówił też o głównych wątkach swojego pobytu: zdrowie, finanse, literatura (W. Gombrowicz,  Dziennik 1961-1966, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, s. 95).

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Bohater „Rój” odnaleziony na „Łączce”?

Istnieje bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że szczątki pana sierżanta Mieczysława Dziemieszkiewicza ps. Rój, zostały przez nas odnalezione na „Łączce” — poinformował prof. Krzysztof Szwagrzyk, zastępca prezesa IPN.

13 kwietnia 1951 r., zginął w walce otoczony w gospodarstwie Burkackich we wsi Szyszki zaledwie 26-letni sierżant Mieczysław Dziemieszkiewicz, ps. „Rój”. Wraz z podwładnym Bronisławem Gniazdowskim, ps. „Mazur” próbował przedrzeć się przez obławę złożoną z ok. 270-osobowej grupy operacyjnej Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, wspieranych przez funkcjonariuszy UB, MO i samolot. Ciała zamordowanych komuniści wystawili na widok publiczny, a zwłoki „Roja” pociągnęli za swoim samochodem.

Dlaczego „Łączka”?

Zwłoki „Roja” ubeccy oprawcy prawdopodobnie zabrali do Pułtuska, a następnie do Warszawy. Czemu tam? W więzieniu przy ul. Rakowieckiej identyfikowała je matka. „To nie jest mój syn. Nigdy go nie znajdziecie” – miała powiedzieć czerwonym katom. Stefania Dziemieszkiewicz rozpoznała sprofanowane zwłoki syna, ale nie chciała dać satysfakcji komunistom. Oprawcy zrzucili go do bezimiennego dołu na warszawskiej „Łączce”, nieopodal szczątków zamordowanego kilka miesięcy wcześniej mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”.

Zemsta na komunistach

Mieczysław Dziemieszkiewicz urodził się 25 stycznia 1925 r. w Zagrobach, w patriotycznej rodzinie, jako syn Adama i Stefanii ze Świerczewskich. W materiałach UB o ojcu czytamy, że „walczył w szeregach białogwardzistów przeciwko Armii Czerwonej”. W 1939 r. Mieczysław ukończył szkołę powszechną w Różanie.

Podczas niemieckiej okupacji uczestniczył w kursach tajnego nauczania w Makowie Mazowieckim, pracował również w niemieckim przedsiębiorstwie przewozowym. Był za młody, aby walczyć, ale w ramach Narodowych Sił Zbrojnych przewoził materiały konspiracyjne, które przekazywał mu starszy brat, porucznik Roman Dziemieszkiewicz, „Adam”, „Pogoda”, komendant Powiatu Narodowych Sił Zbrojnych Ciechanów.

Wiosną 1945 r. Mieczysław został wcielony do tzw. ludowego Wojska Polskiego, z przydziałem do 1. zapasowego pułku piechoty w Warszawie. Z tej podporządkowanej komunistom armii zdezerterował na wiadomość o śmierci starszego brata – „Pogodę” Sowieci zamordowali w listopadzie 1945 r. „Rój” pozostawał pod wielkim wpływem brata. Teraz poprzysiągł sobie krwawą zemstę na komunistach.

Średnia wieku 26 lat

Mieczysław Dziemieszkiewicz zbiegł na teren powiatu ciechanowskiego. Wkrótce został żołnierzem Narodowych Sił Zbrojnych/Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, wstępując do oddziału ppor. Mariana Kraśniewskiego „Burzy” działającego w ramach XVI Okręgu NZW (Północne Mazowsze). Wtedy przybrał pseudonim „Rój”. Już jako 20-latek, decyzją dowódcy NSZ został odznaczony Krzyżem Walecznych. To jeden z dowodów jego bohaterstwa graniczącego z brawurą.

„Rój” pełnił początkowo funkcję łącznika między Komendą Okręgu a Komendą Powiatu. Od 1946 r. był dowódcą oddziału Pogotowia Akcji Specjalnej NZW na terenie powiatu ciechanowskiego. Dziemieszkiewicz stworzył go na polecenie swojego przełożonego – dowódcy kompanii Mariana Koźniewskiego „Waltera”, w odpowiedzi na dokonywanie przez bezpiekę masowych aresztowań w Ciechanowie i okolicy. Gdy inni byli zmuszani do rozwiązywania oddziałów zbrojnych i zaprzestania walki, on rozwijał działalność konspiracyjną i bojową. Jego oddział, liczący przeciętnie 15-20 żołnierzy, działał zazwyczaj podzielony na trzy samodzielne patrole partyzanckie „Pilota”, „Tygrysa” i „Kaźmierczuka”. Średnia wieku wynosiła 26 lat.

Jaroszewicz wyjechał wcześniej

20 maja 1947 r. „Rój” objął funkcję komendanta Powiatu „Ciężki”-„Wisła” (pow. Ciechanów, część pow. Płońsk i Mława). W 1948 r., w uznaniu wybitnych zdolności dowódczych, awansowany do stopnia starszego sierżanta. Dowodził kilkudziesięcioma akcjami przeciw przedstawicielom „ludowej” władzy, przede wszystkim funkcjonariuszom komunistycznej partii, aparatu terroru, agenturze. Brał także udział w rozbiciu ubeckiego więzienia w Pułtusku (25/26 listopada 1946 r.) i uwolnieniu 65 przetrzymywanych tam kolegów. Kolejną akcją miało być wzięcie do niewoli gen. Piotra Jaroszewicza (politruka LWP, późniejszego premiera PRL), za którego chciał zażądać zwolnienia więźniów politycznych z powiatu ciechanowskiego. Przebywający u krewnych w powiecie garwolińskim Jaroszewicz wyjechał jednak wcześniej do Warszawy i zasadzka zakończyła się niepowodzeniem.

Nierówny bój

W czasie walki stoczonej 25 czerwca 1948 r. pod miejscowością Kadzidło Komenda Okręgu Północne Mazowsze NZW została rozbita. Dziemieszkiewicz podjął się zadania odbudowy struktur podporządkowując sobie kilka patroli Pogotowia Akcji Specjalnej, liczących w sumie ok. 30-40 żołnierzy. Ostatecznie, w lipcu 1948 r., powołał samodzielną Komendę Powiatową NZW Kryptonim „Wisła” i został jej komendantem.

Powołał również sekcje: Propagandy i Informacji, Uzbrojenia, Wywiadu i Kontrwywiadu, Sanitarną. Do legendy przeszedł bój jednego z takich patroli PAS, pod dowództwem Edwarda Dobrzyńskiego pseudonim „Orzyc”, kiedy 2 marca 1949 r. pod Gostkowem 8 żołnierzy NZW przez kilka godzin walczyło z grupą operacyjną KBW, liczącą… 984 żołnierzy. Walczyli do końca – 7 zginęło (4 spłonęło żywcem), 1 ciężko ranny został wzięty do niewoli.

„Słowo Boże wśród pogan”

Ale domeną Mieczysława Dziemieszkiewicza nie była tylko zbrojna walka partyzancka. Znaczną część jego działalności pochłaniała akcja propagandowa. I tak 6 listopada 1949 r. w miejscowości Gołotczyzna nieopodal Ciechanowa „Rój” zatrzymał pociąg osobowy, jego żołnierze rozdali antykomunistyczne ulotki, a sam dowódca wygłosił do pasażerów antysowieckie przemówienie. Następnie dokonano egzekucji na jadących pociągiem stalinowskich funkcjonariuszach. Akcja była bezpośrednio związana z równą, 32. rocznicą rewolucji październikowej. Podobnie było 28 sierpnia 1950 r. w Pomiechówku niedaleko Warszawy. Oddział „Roja” zatrzymał pociąg, w walce zginęło 4 funkcjonariuszy MO i Straży Ochrony Kolei, a Dziemieszkiewicz zwołał antykomunistyczny wiec. Ponownie wygłosił patriotyczne przemówienie dla miejscowej ludności. Takich akcji było znacznie więcej.

„Rój” podtrzymywał też wśród swoich żołnierzy wysokie morale. W jednym z zachowanych wystąpień, 28 maja 1950 r., zwracał się do swoich podwładnych: „Koledzy, nie zrażajmy się tym, że giną co dnia najlepsi synowie Ojczyzny. Nic to. Giną za wiarę i Polskę, a z krwi ich wyrośnie Wielka Chrześcijańska Polska tylko dla prawdziwych Polaków.” Dalej podkreślał: „Koledzy, każdy z Was musi być dobrym żołnierzem, dowódcą i kolegą, bo gdy przyjdzie chwila, że zginie Wasz dowódca, nie hamujcie pracy, a szerzcie Narodową Organizację jako Apostołowie, głosząc słowo Boże wśród pogan”.

Za wybitne zasługi

Żołnierze szanowali swojego dowódcę. Podziwiano jego odwagę, ale też głęboką religijność (każdy dzień zaczynał od wydania rozkazu o modlitwie; partyzanci oprócz naszywek „Śmierć wrogom Ojczyzny” nosili ryngrafy z Matką Bożą, zwalczali też ludzi odpowiedzialnych za walkę z Kościołem).

Promieniował ideowością, patriotyzmem, wiernością zasadom, które streszczają się w słynnej polskiej triadzie: Bóg, Honor, Ojczyzna. Cechy te okazały się szczególnie istotne, aby utrzymać wiarę w sens walki w momencie, kiedy jasne się stało, że III wojna światowa nie wybuchnie, a partyzantom przyjdzie zapewne oddać ich młode życie. Ale jedyną alternatywą były dla nich tortury i niechybna śmierć w ubeckiej katowni.

Oczywiście komunistyczna propaganda robiła z niego bandytę, krwawego watażkę i pijaka, mordującego niewinnych ludzi, w rzeczywistości zdrajców. Przypisywano mu zbrodnie, których nigdy nie popełnił (jak np. zastrzelenie kilkuletniego dziecka). Tak jak Marian E. Kofman: „Nie drgnęła nawet ręka faszystom ‘Roja’ kiedy serią z automatu pozbawili życia 63-letniego uczciwego i spokojnego człowieka, zasłużonego wychowawcę i pedagoga”.

Patrole NZW podległe Dziemieszkiewiczowi walczyły do końca, przeprowadzając przede wszystkim akcje likwidacyjne. Do śmierci „Roja” przyczyniła się jego narzeczona Alina Burkacka. Bezpieka aresztowała rodziców dziewczyny i szantażem zmusiła ją do wydania żołnierza.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Tusk wydaje dekret. Jak Bierut

W nomen omen powodzi złych informacji wiele może nam umknąć. Zdążyliśmy się również przyzwyczaić do nowej hierarchii aktów prawnych w tym co nam zostało po Polsce, w ramach której najwyższe prawo stanowi wściekłość Donalda, nieco niżej stoją komunikaty Bodnara, paski TVN, a potem opinie „autorytetów prawnych” i na szarym końcu uchwały Sejmu. Furda tam konstytucja czy ustawy.

Ale pojawił się też zupełnie nowy element. Pojawił się tuż po orzeczeniu Izby Karnej Sądu Najwyższego, która orzekła, że Prokuratorem Krajowy jest nadal Dariusz Barski, a nie bodnarowiec Dariusz Korneluk. Tam się w ogóle pojawiło wiele ciekawych elementów, bo Izba Karna do chwili wydania tego wyroku była przez „administrację” Tuska uznawana, a jej orzeczenia honorowane. Ba, sam Dariusz Korneluk mówił w wywiadzie, że „Sprawa umocowania Prokuratura Krajowego zostanie definitywnie – jak sądzę – zakończona w Sądzie Najwyższym z końcem września”. Więcej, na rozprawie prokuratorzy Bodnara byli w przepisowych togach i zwracali się do sędziów Sądu Najwyższego per „Wysoki Sądzie”. A i tak, po wydaniu wyroku nie po myśli Bodnara i Tuska, sędziowie Sądu Najwyższego zostali „neosędziami” (chociaż mają za sobą po 20 – 30 lat orzekania), a ich wyrok stał się nie wartym honorowania.

Nowy element

Ale to wszystko już wiemy. Mam jednak wrażenie, że umyka nam zupełnie nowy element w narracji Koalicji 13 grudnia, a co za tym idzie w erzacu systemu prawnego, który nam funduje – Osobiście widziałem dekret, w którym premier powołał Dariusza Korneluka na wniosek prokuratora generalnego na jego pierwszego zastępcę, czyli prokuratora krajowego – mówił na briefingu prasowym „rozwiewając wątpliwości” neo-rzecznik neo-Prokuratury Krajowej Przemysław Nowak. Nie wierzyłem własnym uszom. Byli też tacy, którzy mnie przekonywali, że raczej się przejęzyczył, że to nie możliwe, ale nie, sam Korneluk w wywiadzie dla neo-TVP Info powtórzył – dysponuję dekretem Prezesa Rady Ministrów, który powierzył mi pełnienie obowiązków Prokuratora Krajowego w marcu bieżącego roku – no powierzył – ktoś powie – ale o co chodzi?

Otóż proszę Państwa w obowiązującym systemie prawnym w Polsce NIE ISTNIEJE POJĘCIE DEKRETU. Z małym wyjątkiem, rozporządzenia z mocą ustawy ma prawo wydawać Prezydent RP wyłącznie podczas obowiązywania stanu wojennego. I to tylko  w przypadku jeśli nie może zebrać się Sejm. Oczywiście nie jestem prawnikiem, niech mnie ktoś poprawi, ale zapytałem profesora prawa Krystynę Pawłowicz. – Konstytucja RP z 1997 roku nie przewiduje możliwości wydawania aktów prawnych o nazwie „dekret” przez żaden organ – odpowiedziała.

Jak Bierut

Czy Państwo rozumieją powagę sytuacji? Dekretów nie ma w polskim prawie. Dekrety są narzędziem dyktatorów. W Polsce ostatnio dekrety wydawał bodaj Bierut. A najbliższe nam geograficznie państwo, w którym rządzi się przy pomocy dekretów to Rosja, w której dekretami posługuje się Władimir Putin. Kto dał Tuskowi prawo wydawania dekretów?

Być może mówiący o „metodzie putinowskiej” Jacek Żakowski miał o wiele więcej racji niż by sam sądził.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Towarzyszka Senyszyn przegrała proces z rodzinami Żołnierzy Wyklętych

Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Wyklętych wygrało w sądzie proces z Joanną Senyszyn. Ma nas przeprosić i skasować wpisy obrażające Żołnierzy Wyklętych. Pozew złożyliśmy w kwietniu 2019 r., wspierani przez Redutę Dobrego Imienia Macieja Świrskiego.

Wtedy też uzasadniałem: „Sytuacja zmusiła nas do reakcji. Towarzyszka Senyszyn wielokrotnie w sposób kłamliwy i skandaliczny wypowiadała się o członkach naszych rodzin, którzy nierzadko w walce o wolność i suwerenność Polski poświęcali życie. Mimo wielu ostrzeżeń nie zaprzestała swoich ataków, a nawet się nasilały”.

Przedmiotem pozwu było 13 postów, które ówczesna posłanka lewicy zamieszczała od 2014 r. na swoim profilu na Twitterze. W jednym z nich Senyszyn pisała: „Wyklęci to nie żołnierze, a bandy wyrzutków społecznych, nierobów i frustratów czekających na III WŚ. Zamordowali 5 tys. cywilów, w tym 187 dzieci, grabili, gwałcili, torturowali, zastraszali Polaków odbudowujących kraj. Ich święto to jawna kpina z obywateli RP. Będzie zniesione”.

Jak informowała nasza pełnomocniczka, adwokat Monika Brzozowska-Pasieka, domagaliśmy się od Joanny Senyszyn usunięcia wpisów, umieszczenia przeprosin na jej profilu w mediach społecznościowych oraz wpłaty zadośćuczynienia w wysokości 100 tys. zł na rzecz stowarzyszenia (wywalczyliśmy 10 tysięcy).

Rok temu, we wrześniu 2023 r., Sąd Okręgowy w Gdańsku przesłuchał czterech członków rodzin Żołnierzy Wyklętych:

Ja zeznawałem jako syn porucznika Tadeusza Ludwika Płużańskiego, ochotnika wojny obronnej 1939 r., żołnierza Tajnej Armii Polskiej, w latach 1940-1945 więźnia niemieckiego KL Stutthof, po wojnie oficera wywiadu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie gen. Władysława Andersa i bliskiego współpracownika rtm Witolda Pileckiego, skazanego przez komunistów na karę śmierci.
Podkreślałem, że pozwana jest osobą publiczną i jej wpisy miały duże zasięgi oraz wpływ na opinię publiczną, a Senyszyn stanowi wzorzec dla jej środowiska politycznego. Nieprzypadkowo wpisy pojawiały się w okolicach 1 marca, Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, aby zohydzić polskich niepodległościowców, a Senyszyn powiela komunistyczną propagandę, na podstawie której byli represjonowani i mordowani. Uzasadniałem, że poczułem się dotknięty i obrażony tymi wpisami, bo pozwana, atakując Żołnierzy Wyklętych atakowała mojego ojca.

Później zeznawała Maryla Ścibor-Marchocka, córka Stanisława Pełko Ścibor–Marchockiego, który działał w podziemiu antykomunistycznym na terenie Żuław i Pomorza Gdańskiego, aresztowanego w 1949 r., więźnia komunistycznych katowni.

„W momencie, kiedy słyszałam wypowiedzi pani Senyszyn, to było jak uderzenie w twarz” – mówiła Ścibor-Marchocka. Porównała wypowiedzi profesor Senyszyn do języka, którym posługiwali się oprawcy, którzy przesłuchiwali m.in. jej ojca.
„W dzieciństwie słyszałam, że jestem córką bandyty, więc to dla mnie jest jak powtórzenie tego, co wtedy przeżyłam. Wpisy Senyszyn są dla mnie bolesne i obraźliwe”.

Świadek podkreśliła, że zasięg wypowiedzi pozwanej, jako osoby publicznej, jako parlamentarzysty, powodował, że znów bardzo wiele osób mówiło: „A może jednak twój ojciec był bandytą?”.

Trzecią zeznającą była Aleksandra Moroń, córka st. sierż. Tadeusza Przewoźnika ps. „Kuba” oraz bratanica zastępcy kpt. Henryka Flamego, kpt. Jana Przewoźnika ps. „Ryś”, który w wieku 21 lat zginął w ubeckiej operacji „Lawina”.

Moroń podkreślała, że Senyszyn nazywa Żołnierzy Wyklętych bandytami, a oni byli bohaterami: „Z wielki ubolewaniem czytam wpisy pani Senyszyn, która ma wyższe wykształcenie, tytuł profesorski” – stwierdziła.

Ostatni zeznawał Zbigniew Człowiekowski, syn Kazimierza Człowiekowskiego ps. „Niemsta”, członka Narodowej Organizacji Wojskowej i Armii Krajowej, więźnia sowieckich łagrów, zabitego w 1954 r. w zasadzce zorganizowanej przez funkcjonariuszy UB w Krośnie.

„Dla mnie to były osobiste zranienia” – ocenił wpisy Senyszyn.

Miesiąc później, w październiku 2023 r. zeznania złożył Dariusz Żurek, syn Jana Żurka, ps. „Czarny”, oraz Maria Wanat, córka Kazimierza Człowiekowskiego.

Dariusz Żurek wskazał, że po ponad trzydziestu latach wolnej Polski kwestie dotyczące Żołnierzy Wyklętych zostały wyjaśnione, a ich wkład w walkę o Polskę powinien zostać doceniony.

Żurek przedstawił postać ojca, który w styczniu 1940 r. został wywieziony na przymusowe roboty do Niemiec. Po powrocie do ojczyzny widział zbrodnie dokonywane przez żołnierzy sowieckich (morderstwa, gwałty, kradzieże), dlatego zaangażował się w walkę z okupantem sowieckim i prawdopodobnie w lutym 1946 r. wstąpił do oddziału, którym dowodził Stanisław Panek, ps. „Rudy”.

Oddział rozbijał posterunki Milicji Obywatelskiej i likwidował konfidentów oraz szczególnie niebezpiecznych „utrwalaczy” władzy ludowej. Dokonywane były również rekwizycje w urzędach i spółdzielniach. Doszło do bardzo spektakularnych akcji przeciw Sowietom, jak akcja „Czastary” (zatrzymanie pociągu i rozstrzelanie jadących nim żołnierzy sowieckich), akcja pod Ochędzynem (zatrzymanie kolumny samochodów sowieckich i zarekwirowanie przez partyzantów gotówki).

Powód zeznał, że Jan Żurek został aresztowany w Chobaninie, po donosie konfidenta, oraz że przeszedł ciężkie śledztwo. Uniknął grożącej mu kary śmierci i został skazany na karę 12 lat więzienia. Ostatecznie orzeczeniem Zgromadzenia Sędziów Najwyższego Sądu Wojskowego został zwolniony w lutym 1955 r. po zaliczeniu siedmiu lat i dwóch miesięcy więzienia.

Na pytanie strony pozwanej, czy Żołnierze Wyklęci dopuszczali się pospolitych przestępstw, powód odpowiedział, że w świetle ówczesnego prawa wszelkie wystąpienia przeciwko władzy były przestępstwem.

Kolejne zeznania złożyła Maria Wanat, córka wspomnianego Kazimierza Człowiekowskiego, ps. „Niemsta”, która mówiła: „Opinie Joanny Senyszyn osobiście bardzo mnie dotknęły, ponieważ jestem córką Żołnierza Wyklętego, który walczył w czasie okupacji o Polskę, o naszą wolność, a po wojnie został zamordowany przez UB (w 1954 r.). Podanie do wiadomości, że wszyscy Żołnierze Wyklęci mordowali, gwałcili, zabijali dzieci, kobiety, jest wysoce niewłaściwe”.

Powódka wskazała również, że jest w posiadaniu 36 teczek opracowanych przez funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, które opisują antypaństwową działalność Kazimierza Człowiekowskiego, a także wskazują, iż społeczeństwo Podkarpacia pomagało Żołnierzom Wyklętym.

Maria Wanat wspominała o swoich dramatycznych doświadczeniach, m.in. prześladowaniach czy przesłuchiwaniach przez funkcjonariuszy, którzy starali się wymusić na niej podanie informacji, gdzie ukrywa się jej ojciec. Mówiła, że jej rodzina była represjonowana, oraz że przez lata była nazywana córką bandyty.
Podkreślała, że mocno przeżyła zapoznanie się z wpisami Joanny Senyszyn, że nie zostało w nich podane nazwisko konkretnej osoby, tylko uogólnienie, że wszyscy Żołnierze Wyklęci to złodzieje, bandyci, nieroby, którzy mają być na śmietnisku. „To mnie najbardziej boli, bo przez lata starano się w szkołach przedstawiać Żołnierzy Wyklętych, tych, którzy walczyli za ojczyznę, jako popiół, a komunistów jako błyszczący diament. Historia pokazała, że to nieprawda: Żołnierze Wyklęci nie są popiołem – mówiła Maria Wanat.

WIKTOR ŚWIETLIK: Powódź nieopowiedziana w mediach

Kiedyś dziennikarze byli cyniczni, dziś są ideowi. Kiedyś przy okazji powodzi zastanawiano się jak zrobić ten temat ciekawiej, bardziej poruszająco niż inni. Dziś trwa walka między wiernymi obrońcami kochanego premiera a tymi, którzy mają za misję mu dowalić i do tego się sprowadza przekaz o powodzi. Wolę tamtych cyników.    

Zniszczenia robią wrażenie, ale jadąc do Lądka-Zdrój, miasta ostatecznie zniszczonego po tym jak ruszyła na nie woda z zerwanej tamy spodziewałem się zniszczeń. Pierwszą refleksję jaką miałem to taka, że miasto wcale nie wygląda dużo lepiej niż niejedna miejscowość ukraińska po wojnie. Tam zniszczenia są często punktowe, tak jak w Charkowie, gdzie po prostu pośród większości potężnych, mrocznych postsowieckich kamienic – mrówkowców, które nie zostały naruszone, co najwyżej wypadły szyby, czasem znajdują się ruiny. Tu poniszczone są całe sektory. Cała dolina rzeki. Oczywiście, nieliczne, drewniane niepodpiwniczone z reguły, domy runęły całe. A to, że wiele budynków wciąż stoi niech nas nie zmyli. Nie będą się nadawały do niczego. Donald Tusk z Jerzym Owsiakiem i swoimi rodzinami będą na ich miejscu budowali lepszą Polskę. Przynajmniej dla siebie. Zaskoczyło mnie jednak zupełnie coś innego.

Kilka dni po fali na miejscu jest sporo żołnierzy WOT, tego pogardzanego przez obecnie rządzących „parawojska Macierewicza”, jest policja, są sprzątający robotnicy budowlani, są mieszkańcy, ci co zostali, smutnie patrzący na to, co było jeszcze niedawno ich miastem. Spodziewałem się jednak jakiś uwijających się wolontariuszy, samochodów organizacji humanitarnych i przede wszystkim zainstalowanych tam na stałe w tym czasie mediów. Nie ma ich. I widać to w przekazie. Wszędzie te same zdjęcia.  Pomimo, że to dwie godziny od Wrocławia, a drogi są przejezdne. Zrobić to łatwo. Ale nikt nie chce. Ta powódź jest nieopowiedziana w mediach. Mamy tylko sztaby kryzysowe. Grożącego Tuska. A także krytyków sztabów kryzysowych i wrogów tego grożącego Tuska w innych mediach.

Uderzająca jest różnica między tą powodzią, a tą sprzed 27 lat. Co prawda, wtedy zalało część Wrocławia, Opola, teraz kilka malutkich miasteczek i ich okolicę. Ale wtedy nie było internetu, tych wszystkich kanałów, telewizja była wielokrotnie droższa. A – niezależnie od propagandy – mieliśmy nieustanne story. Śledziliśmy kolejne dni, postępy żywiołu, przeżywaliśmy powódź z powodzianami i wolontariuszami na wałach. Ktoś dostał potem World Press Foto, po latach nakręcono serial, nieco ideologiczny, mocno zakłamany, ale sprawnie zrobiony. Do Wrocławia i Opola pojechała cała medialna Polska. Zapytajcie, któregokolwiek reportera telewizyjnego z tamtego czasu, „czy był na powodzi”. Wszyscy prawie byli. Tu mamy zamiast tego nieustanną dyskusję, czy to dobrze pytać rząd o liczbę ofiar czy źle, czy to dobrze, że premier robił ustawki czy źle, czy opozycja… i tak dalej.

Trochę smutne, trochę straszne. W 1997 roku tak zwana wolna Polska miała 8 lat. Dziś ma 35. Widać ani ta wolność, ani normalne wolne media się nie sprawdziły i wracamy do starych, dobrych czasów, gdzie o tym, jak informować o zimie stulecia lub wybuchu Rotundy, decydowały Komitet Centralny albo Służba Bezpieczeństwa. Szczególnie ze względu na spore tradycje tej ostatniej w kształtowaniu dawnego i obecnego ładu medialnego w Polsce, koordynację działań powodziowych i popowodziowych proponowałbym powierzyć panu posłowi Bogusławowi Wołoszańskiemu.

Walce o wolną Ojczyznę poświęcił życie – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o Hieronimie Dekutowskim

Urodził się 24 września 1918 r. w Dzikowie (obecnie część Tarnobrzega). Harcerz drużyny im. Jana Henryka Dąbrowskiego, członek Sodalicji Mariańskiej. Podczas wojny obronnej 1939 r. był ochotnikiem, 17 września przekroczył granicę z Węgrami i został internowany. Z obozu jednak uciekł i przedostał się do Francji, gdzie walczył z Niemcami w ramach Polskich Sił Zbrojnych, ewakuowany następnie do Anglii. W marcu 1943 r., zaprzysiężony jako cichociemny, przyjął pseudonim „Zapora” i „Odra” (używał głównie tego pierwszego).

W nocy z 16 na 17 września 1943 r., w ramach operacji o kryptonimie „Neon 1”, Hieronim Dekutowski został zrzucony do Polski na placówkę „Garnek” 103 (okolice Wyszkowa). Lot z Anglii halifaksem BB-378 „D”, należącym do Dywizjonu RAF trwał 12 godzin i 30 minut (poprzednia próba z 9/10 września nie udała się z powodu niskich chmur i braku paliwa w samolocie; część halifaksów z polskimi skoczkami zestrzelili Niemcy).

Początkowo Dekutowski dowodził oddziałem AK w Inspektoracie Zamość, broniąc ludność Zamojszczyzny przed wysiedleniami. W styczniu 1944 r. mianowany szefem Kedywu AK w Inspektoracie Lublin – Puławy.

 Nazywali go „Starym”

Władysław Siła-Nowicki tak go zapamiętał: „Wkrótce zyskał opinię wybitnego dowódcy. Cechowała go odwaga, szybkość decyzji, a jednocześnie ostrożność i ogromne poczucie odpowiedzialności za ludzi. Znakomicie wyszkolony w posługiwaniu się bronią ręczną i maszynową, niepozorny, ale obdarzony wielkim czarem osobistym, umiał być wymagający i utrzymywał żelazną dyscyplinę w podległych mu oddziałach, co w połączeniu z umiarem i troską o każdego żołnierza zapewniało mu u podkomendnych ogromny mir. Nazywali go »Starym«, choć nie miał jeszcze trzydziestu lat”.

200-osobowy oddział „Zapory” przeprowadził 83 akcje bojowe i dywersyjne. Brał udział w akcji „Burza” na Lubelszczyźnie, po czym bezskutecznie próbował przedrzeć się na pomoc walczącej Warszawie.

Wdzięczność ubeka

Po wejściu Sowietów Dekutowski nie ujawnił się. Poszukiwany przez NKWD i UB, ukrywał się na dawnych AK-owskich kwaterach. Dlaczego nie złożył broni?

Bohdan Urbankowski w książce „Czerwona msza” napisał: „Zaczęło się od tego, że czterej żołnierze »Zapory«, mieszkający w okolicach Chodla, zostali zaproszeni na tamtejszy posterunek. Dowódca posterunku MO/UB, Abram Tauber, był uratowanym przez jednego z nich Żydem, kilkakrotnie znajdował przytulisko w melinach »Zaporczyków«, po wejściu Rosjan został szefem UB w Chodlu. AK-owcy mogli spodziewać się jakiejś wdzięczności, tymczasem Tauber kazał ich wszystkich powiązać i własnoręcznie, jednego po drugim, zastrzelił. W odwecie Dekutowski rozbił posterunek w Chodlu. Data tego ataku – noc 5/6 lutego 1945 – oznacza początek Powstania Antysowieckiego na tych terenach”.

Wkroczenie do Polski nowego okupanta oznaczało masowe represje i mordy na Polakach, szczególnie żołnierzach AK. Jeśli uniknęli wywózki na Sybir, trafiali do katowni UB na Zamku Lubelskim (tam, prócz innych morderców, działał m.in. ścigany do swej śmierci bezskutecznie przez Instytut Pamięci Narodowej Salomon Morel). „Zapora” nie mógł stać z boku. Walce o wolną Ojczyznę poświęcił nawet prywatne życie. Ukochanej narzeczonej powiedział:
„Idę do lasu, nie wiem, czy przeżyję, nie możemy być razem”. W odpowiedzi na komunistyczny terror stworzył poakowski oddział samoobrony (liczący, podobnie jak w czasie niemieckiej okupacji, ok. 200 osób).

„Trzęśli” Lubelszczyzną

Dlaczego „Zaporczycy” byli dla bezpieki szczególnie niebezpieczni? Władysław Siła-Nowicki: „Około dwustu-dwustu pięćdziesięciu ludzi o wysokim poziomie ideowym, dobrze uzbrojonych i wyszkolonych, utrzymywanych w dyscyplinie, »trzęsło« połową województwa. Stan ten przypominał pewne okresy powstania styczniowego, gdy władza państwowa ustabilizowana była jedynie w dużych ośrodkach, zaś w terenie istniała tylko iluzorycznie. Oczywiście partyzantka opierała się na pomocy miejscowej ludności ogromnej większości wsi, udzielającej ofiarnie poparcia, kwater i informacji”.

„Zapora” rozbił wiele placówek MO i UB. Schwytanym komunistom na ogół wymierzał kary chłosty, a następnie puszczał ich wolno. Jeśli zabijał, to nie za samą przynależność do PPR czy bezpieki, ale za wyjątkowo szkodliwą działalność, choć wielu UB-eków też oszczędził.

Odbijał też więzienia, wypuszczając aresztowanych. Jego oddział był przygotowany do akcji na Zamek Lubelski, a nawet na areszt na Rakowieckiej w Warszawie, ale w obu przypadkach znaleźli się kapusie, którzy donieśli o tych planach UB.

Dzięki posiadaniu zdobycznych samochodów ciężarowych „Zaporczycy” potrafili przeprowadzić w ciągu doby kilka akcji na terenie dwóch, a nawet trzech powiatów i błyskawicznie „odskoczyć”. W biały dzień wjeżdżali do miasteczek Lubelszczyzny, rozbijali posterunki MO i uwalniali przetrzymywanych w więzieniach AK-owców. Ze względów bezpieczeństwa ciągle zmieniali kwatery, nigdy nie stacjonowali dwa razy z rzędu w tej samej wiosce.

Post scriptum

Major Hieronim Dekutowski został aresztowany 16 września 1947 r. podczas próby przedostania się na Zachód, wskutek zdrady. Po trwającym rok, ciężkim śledztwie w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie, 15 listopada 1948 r. został skazany, razem z towarzyszami broni, na kilkakrotną karę śmierci. Wyrok wykonano 7 marca 1949 r.

Przez długie lata PRL-u opluwany, doceniany jedynie na Zachodzie. Rząd Rzeczypospolitej Polskiej na wychodźstwie przyznał pośmiertnie mjr. Dekutowskiemu Srebrny Krzyż Virtuti Militari. W 1989 r. awansowany do stopnia pułkownika Polskich Sił Zbrojnych. W kraju, na przywrócenie należnej mu pamięci, trzeba było jeszcze trochę poczekać. Dopiero w maju 1994 r. – na wniosek Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej – „Zapora” został całkowicie zrehabilitowany. Sąd Wojewódzki w Warszawie uznał, że Hieronim Dekutowski i skazani razem z nim jego podkomendni prowadzili działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego. W uzasadnieniu napisano m.in.: „Żołnierze AK działający później w organizacji WiN byli zmuszeni do przeciwstawienia się zbrojnej masowej eksterminacji, poprzez walkę zarówno z oddziałami NKWD, jak i wspierającymi je formacjami polskimi, tj. milicją, UB i tzw. Wojskami Wewnętrznymi. Była to walka potrzebna i celowa, polegająca na odbijaniu jeńców lub zapobieganiu morderstwom i aresztowaniom. Sąd Najwyższy określa to obecnie w swoim orzecznictwie jako prawo do zbiorowej obrony koniecznej. Nie ulega wątpliwości, że właśnie taki charakter miały działania zbrojne oddziału »Zapory«”.

Szczątki majora Hieronima Dekutowskiego zostały ekshumowane w 2012 r. na „Łączce” cmentarza na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

„Kto ma Jezusa ma wszystko”. Korespondencja MARII GIEDZ z Rwandy

Kiedy w Polsce, a dokładnie na jej południowo-zachodnich krańcach, rozgrywa się tragedia, tu w Rwandzie ludzie, którzy mają 1,5-2 dolarów na dzienne utrzymanie całej kilkuosobowej rodziny, mówią, że deszcz jest błogosławieństwem Boga i Jego dobrodziejstwem. Padający deszcz jest odetchnieniem dla wszystkich, można w tym czasie nie pracować, uciąć sobie drzemkę, a rośliny same będą rosnąć i głód przestanie doskwierać ludziom. Na informację o wodzie, która niszczy, zabiera ludziom dobytek, a nawet życie, Rwandyjczycy odpowiadają, że „kto ma Jezusa, ma wszystko”, a zło – również ta niszcząca woda – jest efektem „wielkiego brzucha”, czyli ludzkiego egoizmu.

Te mądrości prostych Afrykańczyków dają wiele do myślenia. A cytując o. Bartka, jednego z polskich misjonarzy ze Zgromadzenia Karmelitów Bosych, pracującego w Rwandzie, a dokładnie w Gahunga tuż pod wygasłymi wulkanami, można powiedzieć za nim że: „Czarownicy robią wiele złego wśród ludzi, szczególnie przez sianie nienawiści. Nie zaczarowują ludzi, ale ich czarują, zarabiając ładne pieniądze.” Tłumacząc to na nasze oznacza, że zalane domy i całe miasta w Polsce, to efekt złego gospodarowania wodą, braku myślenia i przewidywania. Afrykańczycy też mają problemy z myśleniem o przyszłości, gdyż żyją dniem dzisiejszym, ale nie sprzeciwiają się naturze. Wiedzą, że jeśli odbierze się kurom ich koguta i da innego, to jajka już nigdy nie będą takie same. Zresztą każde jajko jest inne, chociaż politycy twierdzą, że skoro jest okrągłe, to jest takie samo.

Ta kobieta kilka razy dziennie przychodzi z córką aby nabrać wodę z potoku potrzebną do picia, mycia, sprzątania. Fot. Maria Giedz

Nie można powiedzieć, że w Rwandzie nie ma powodzi, gdyż co roku pod koniec pory deszczowej, czyli pod koniec maja woda zbiera swoje żniwo. Kiedy ziemia nasiąknie wodą dochodzi do tragedii. Od lawin błotnych giną całe rodziny i ich domostwa. Jednak to nie znaczy, że wody trzeba się bać, trzeba tylko zapobiegać jej niesfornym zachowaniom. Tutaj, kiedy pada, kiedy jest burza, to cała ziemia jest zalana, to tak, jakby ktoś wylewał z wiadra wodę. A jednak, jeśli jednego roku rzeka wyleje, to w porze suchej pogłębia się jej koryto, buduje mury ochronne, wzmacnia kamiennymi tarasami, aby już w następnym sezonie nie wylała, aby nie podmyła drogi… Podobnie jest z domami. Rząd każe stawiać je na kamiennych podmurówkach głęboko wkopanych w ziemię, ale nie wszystkich na to stać. Przenoszą się więc coraz wyżej, budując byle co. Nic dziwnego, że w czasie ulewy obsuwający się stok zasypuje wszystkich. Trudno, trzeba się z tym pogodzić, tak Bóg chciał – N’Imana (Bóg to sprawił) i nikt się taką sytuacją nie stresuje. Chociaż tutejsze mass media istnieją w formie szczątkowej, to informacje o tragediach, m.in. o skutkach działalności niesfornej wody rozchodzą się bardzo szybko i to nie, jak za dawnych czasów, za sprawą bębnów, bo te używa się dzisiaj głównie do uświetniania najróżniejszych uroczystości, ale za pośrednictwem „ludzkich języków”. W radio mogą mówić, albo i nie, a ludzie i tak wiedzą swoje i nikt tej wiedzy nie zatrzyma.

Nie wiem, czy to przekona Polaków, ale Rwandyjczycy mają inną filozofię życia, zwłaszcza, że są przekonani, iż Bóg ukochał sobie Rwandę. Otóż po całym dniu ciężkiej pracy, kiedy to Imana (Rwandyjczycy od zawsze wierzyli w jednego Boga, nazywając go Imana, a kiedy pojawili się chrześcijańscy misjonarze Imana zastąpili Bogiem biblijnym, chociaż często w mowie potocznej nazywają Go Imana) w ciągu dnia obchodzi cały świat, sprawdzając jaka jest sytuacja w różnych jego krainach, na noc powraca do Rwandy do krainy wulkanów. Tu odpoczywa. Czy można się więc bać, stresować, żyjąc, a raczej śpiąc w towarzystwie Boga?

Rozdawanie darów

Ingabire ma 19 lat. Mieszka z młodszą niepełnosprawną siostrą. Zostawiła ją w domu, gdyż dzisiaj zeszła do Nyakinama, do centrum Adopcji Medycznej, gdzie raz na trzy miesiące rozdawane są dary dla rodzin z osobami niepełnosprawnymi. Nie poznałam jej siostry, nie dotarłam do ich domu, gdyż znajduje się wysoko w górach.

Nyakinama to teoretycznie mała wioska zamieszkana przez jakieś 40 tysięcy osób (Powierzchnia Rwandy jest co prawda nieduża, wielkości województwa lubelskiego, ale zamieszkuje ją 14 mln osób). Z tego około 9 tysięcy przynależy do parafii katolickiej, a pozostali? Religii tu jest wiele, głównie są to najróżniejsze sekty. Ponoć jest to najmniejsza katolicka parafia w całej diecezji, tak przynajmniej uważa o. Marek, polski misjonarz ze Zgromadzenia Księży Marianów. Niemniej właśnie w Nyakinama przy parafii działa centrum Adopcji Medycznej, pomagające osobom niepełnosprawnym, utworzone przez Zgromadzenie Sióstr od Aniołów. W rzeczywistości jest to pomoc Stowarzyszenia Ruchu Maitri w Gdańsku za pośrednictwem misjonarek z Nyakinama, czyli Sióstr od Aniołów.

Rozdawanie darów, każdemu po równo. Fot. Maria Giedz

Pomocą objęto 74 rodziny. Na 40 tys. mieszkańców to niewiele, ale wszystkim nie da się pomóc. Co trzy miesiące owe rodziny otrzymują od Sióstr „dary”. Na każdą rodzinę przypadają 3 kg suszonych małych rybek, 3 kg mąki z orzeszków arachidowych, 15 kg mąki kukurydzianej i tyle samo mieszanki złożonej z mąki soi, sorgo i kukurydzy (przygotowuje się z tego smaczny i pożywny napój igikoma). Do tego dochodzą trzy sztaple mydła (5 kostek w jednej sztapli) i 3 pojemniki z kremem na suchą skórę. Osobom patrzącym z boku może się wydawać, że to niewiele, ale dla tych ludzi, często samotnych matek wychowujących gromadkę dzieci, w tym jedno niepełnosprawne jest to bardzo dużo. Siostry pomagają głównie tym, którzy bez owej pomocy mieliby trudności z przeżyciem.

Każdemu przypada po 3 kg mąki z araszidów i 3 kg suszonych ryb. Fot. Maria Giedz

Odwiedziłam kilka domów, w których mieszkają niepełnosprawne dzieci. Są to zazwyczaj lepianki wykonane z suszonej cegły. Często nie ma tam elektryczności, wody, a nawet mebli. Za podłogę służy kamienista wulkaniczna ziemia, a za łóżko złożona na kilka razy gruba folia, pod którą leżą suche liście z bananowców, albo najróżniejsze trawy.

Jak już wspomniałam domu Ingabire nie widziałam, ale widziałam jej radość w oczach, kiedy otrzymywała owe dary. Zapakowała je precyzyjnie. Wcisnęła do dużego worka i do plecaka. Worek, ważący 36 kilo, przy pomocy drugiej kobiety położyła sobie na głowie. Na ramiona zarzuciła plecak i z trochę wymuszonym uśmiechem, a może grymasem od dźwiganego ciężaru, ale szczęśliwa wyruszyła w powrotną drogę do domu. Szła w plastykowych klapkach. Miała do pokonania trzy godziny marszu pod górę, bez możliwości dojazdu, bo droga do jej domu była wąska, kamienista i dosyć stroma. Zresztą nie miała pieniędzy na zapłacenie za motto-taxi. Jednak nie bała się trudności, bo chronił ją różaniec na nadgarstku i spory krzyżyk z Ukrzyżowanym Jezusem na szyi. Kiedy życzyłam jej szczęśliwej drogi, uśmiechnęła się, podziękowała i dodała Jezu aragukunda (Jezus cię kocha).

Tego worka nie da się samodzielnie podnieść i włożyć na głowę. Fot. Maria Giedz

Jakieś półtorej godziny po jej odejściu rozpętała się burza. Z nieba lała się woda, waliły pioruny. Myślami byłam z Ingabire. Mam nadzieję, że się gdzieś schroniła, że deszcz nie rozmókł mąki, że ktoś pomógł zdjąć jej ciężar z głowy i ponownie włożyć, chociaż tego dnia burza skończyła się już po zmroku. Czy Ingabire szczęśliwie dotarła do domu?

Przeżyć za 1,5 dolara

Nie udało mi się odwiedzić wszystkich 74 rodzin. Dotarłam zaledwie do kilku. Jednak tylko w jednej rodzinie czuło się nieco wyższy standard niż u pozostałych. Mieli cztery pomieszczenia mieszkalne, kuchnię z kamiennym paleniskiem oraz czystą toaletę z dziurą w ziemi. Wszędzie było bardzo czysto. Zapytałam ich o wodę. Odpowiedzieli, że przynoszą ją „na głowie” z daleka. W obejściu mieli też dwie kozy, ucieszyłam się więc, że mają dla dzieci mleko. Roześmiali się. W Rwandzie nikt kóz nie doi. Mleko może być tylko od krowy. Kozy są zbyt małe. Nie uzbierałoby się dziennie nawet filiżanki. Ta rodzina przynależy do Kościoła anglikańskiego. Składa się z obojga rodziców i czwórki dzieci. To najmłodsze, kilkumiesięczne, o imieniu Donatilla, od razu przylgnęło do mnie. Wsadzono mi je na kolana, gdyż bez lęku wyciągało rączki. Dwójka starszego rodzeństwa była w szkole prowadzonej przez Kościół anglikański. Trzyletni Brawe nie chodzi. Na obu nogach ma pozakładane protezy, niestety już zbyt krótkie. Trzeba je wymienić. Siostra Agnieszka ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, przełożona afrykańskiej misji w Rwandzie już o tym myśli, ale protezy dla chłopca są bardzo drogie. Zadałam więc rodzicom chłopca pytanie, dlaczego nie zwrócą się o pomoc do anglikanów, przecież są w anglikańskiej wspólnocie. Odpowiedzieli mi, że w Rwandzie tylko katolicy ludziom pomagają, nawet jeśli przynależą do innego Kościoła.

Anglikańska rodzina z 3-letnim Brawe i kilkumiesięczną Donatillą w ogrodzie z bananowcam. Fot. Maria Giedz

Centrum Adopcji Medycznej nie dzieli ludzi. Obejmuje pomocą wszystkich potrzebujących.

Matka 6-letniego Bonego w niedużym salonie urządziła sklepik, w którym sprzedaje własnoręcznie wyciśnięty sok z bananów potrzebny do produkcji piwa. Fot. Maria Giedz

W większości domów, które odwiedziłam kuchnia składa się z kilku kamieni służących za palenisko. Na przykład mama 6-letniego Bone, który uległ wypadkowi, gotuje przed domem, bo nawet kuchni nie ma. Aby się umyć, czy skorzystać z toalety idzie do sąsiadów. Jej syn nie mówi, nie chodzi. Jego ojciec uciekł przed odpowiedzialnością, zostawiając syna i żonę. Matka Bonego w niedużym salonie urządziła sklepik, w którym sprzedaje własnoręcznie wyciśnięty sok z bananów potrzebny do produkcji piwa. Banany kupuje na targu, potem na podwórku u sąsiadów, w dużej dzieży przeciska banany przez gęstą, zrobioną z drewnianych żerdzi drabinkę. Później je jeszcze ugniata, przecedza, wlewa do kanistrów. Nie ma żadnych maszyn, wyciskarek, czy innych urządzeń. Tu w Rwandzie wszystko robi się ręcznie, niezależnie od tego czy jest to praca na roli, czy budowa drogi, domu… W sezonie urodzaju na banany kobiecie tej udaje się zarobić 50 tys. franków, czyli ok. 37 dolarów, a poza sezonem? Wychodzi na to, że w najlepszym przypadku ma na dzienne utrzymanie dla siebie i syna nieco więcej niż dolar. Chłopiec nie ma przed sobą żadnej przyszłości. Być może pomogłyby leki, ale są drogie, trzeba je sprowadzać. Poza tym winien przejść kilka operacji, a w Rwandzie nie ma takiego szpitala, który mógłby go zoperować.

Kolejny dom i kolejna tragedia 

Sandrine ma 18 lat. Mieszka ze starą matką i starszym bratem. To on jest jedynym żywicielem rodziny. Sam nie może się ożenić, bo nie ma na to pieniędzy. Ich ojciec zmarł wiele lat temu. Ich dom składa się z dwóch pokoi i przedsionka szumnie zwanego salonem. Żyją właściwie po ciemku, bo nie mają ani światła, ani wody. Za to mają świnię, kozę i trzy kury. Żeby doładować telefon chodzą do sąsiadów mieszkających przy głównej drodze, czyli muszą przejść ponad kilometr. Matka Sandrine pochwaliła się, że ma malutką latarkę na baterię, którą w nocy może oświetlić pomieszczenie. Sandrine całe dnie spędza leżąc na ziemi. Czasem matka sadza ją na inwalidzki wózek, ale i tak nigdzie jej nie zawiezie, bo wszędzie są duże kamienie. Dziewczyna, nie dosyć, że jest cała powykręcana, to też nie mówi, tylko słyszy. Nikt nawet nie myśli o jej leczeniu, bo gdzie i za co?

18-letnia Sandrine z matką mieszka w domu, w którym nie ma ani wody, ani elektryczności. Fot. Maria Giedz

Już przestałam liczyć, która to rodzina i który dom. W jednym z nich zastałam ojca z synem. Właściwie to nie był dom, tylko jakaś naprędce sklecona z kamieni i suszonych cegieł komórka, przykryta blachą, przez którą widać niebo. Rodzina ta składa się z pięciu osób. Dwójka małych dzieci była w szkole, matka pracowała u sąsiadów na polu. Spotkałam ją kilka dni później, gdy przyszła do centrum Adopcji Medycznej po dary. Sama podeszła do mnie i się przywitała. Długo nie mogłam zrozumieć kim jest, ale Leonidas, pracownik centrum przypomniał mi kilkunastoletniego niepełnosprawnego umysłowo chłopca o imieniu Jan de Dieu. To on, jako jedyny nie był życzliwy obcym. Kiedy zobaczył białą kobietę, jedynym jego gestem była prośba o pieniądze. Długo nie mógł zrozumieć, że nie można tak nachalnie prosić o datek. Jego ojciec pracuje tylko przy domu, bo ktoś musi się opiekować silnym i agresywnym chłopakiem.

Pytam miejscowych, jak sobie z tym wszystkim radzicie, a oni odpowiadają:, „kto ma Jezusa, ma wszystko” – to wystarczy im do szczęścia. Wychodzę na drogę i widzę ciężarówkę z napisem na chlapaczu: „Jezu ufam Tobie”. Na innej udało mi się sfotografować: „Jezus Miłosierny”. Ciekawy to kraj!!!

Jezus Miłosierny-napis na chlapaczu ciężarówki. Fot. Maria Giedz