Wychowywać do życia. SDP na jubileuszu szkół Katolickiego Stowarzyszenia Wychowawców

Dziennikarze z Wielkopolskiego Oddziału SDP wzięli udział w uroczystości podwójnego jubileuszu dwóch poznańskich szkół prowadzonych przez Katolickie Stowarzyszenie Wychowawców. Były to XX-lecie Publicznej Szkoły Podstawowej im. Natalii Tułasiewicz oraz V-lecie Publicznego Liceum Ogólnokształcącego im. Kardynała Augusta Hlonda.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich objęło jubileusz patronatem medialnym. Podczas uroczystości odczytany został list gratulacyjny, skierowany do społeczności szkolnej przez Jolantę Hajdasz, prezes SDP, w którym czytamy:

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich z radością objęło swoim patronatem te uroczystości. Problematyka spraw dotyczących wychowania młodego pokolenia w kontekście zmian prawnych i programowych w edukacji szkolnej planowanych w najbliższym czasie jest nam szczególnie bliska, więc z pełnym przekonaniem postaramy się wesprzeć nie tylko tak zacny Jubileusz, ale i Państwa działania w tej materii.

Całej społeczności szkolnej życzę dalszych sukcesów w kolejnych latach. Ufam, że postacie patronów i przesłanie ich życia znacząco wpłynie na młodzież szkolną, a w konsekwencji na całe społeczeństwo.

Dyrektorem obu szkół, obchodzących swój jubileusz, jest red. Barbara Ziółkowska, która dziennikarską misję służenia prawdzie wzbogaciła misją wychowania młodych ludzi w prawdzie. Warto dodać, że mimo licznych obowiązków zawodowych, bardzo aktywnie pracuje i wspiera SDP zarówno na szczeblu władz Stowarzyszenia jak i Oddziału.

Obchody rozpoczęła, msza św. z udziałem młodzieży, a następnie sesja naukowa poświęcona wyzwaniom polskiego szkolnictwa w europejskim obszarze edukacji oraz postawie patronów szkół: Kardynała Augusta Hlonda i bł. Natalii Tułasiewicz wobec młodzieży i procesu nauczania.

Na uroczystościach Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich: reprezentowali red. Krystyna Różańska-Gorgolewska, wiceprezes Wielkopolskiego Oddziału SDP, red. Grażyna Wrońska, red. Andrzej Karpiński, który zaprojektował, na prośbę dyrektor placówki, tarcze szkolne, a także red. Aleksandra Tabaczyńska, skarbnik SDP.

 

 

Rekordowy wzrost słuchalności Radia Wnet w Warszawie

Średni dobowy udział w czasie słuchania Radia Wnet w Warszawie w okresie od maja do października 2024 roku wyniósł 3 proc. W porównaniu do tego samego okresu ubiegłego roku stacja ta zanotowała bardzo duży wzrost, wówczas jej wynik wyniósł 0,6 proc.

Jak wynika z najnowszych danych Radio Track, Kantar Polska SA, udostępnionych przez Komitet Badań Radiowych, Radio Wnet w stolicy wyprzedziło m.in. takie rozgłośnie jak: Radio Złote Przeboje, Program 3 Polskiego Radia, Radio Maryja, Radio Kolor, Rock Radio, czy Polskie Radio 24.

Najchętniej słuchaną stacją w Warszawie jest Radio ZET, którego udział w czasie słuchania wyniósł 16,5 proc., rok wcześniej było to 15,4 proc.

red., źródło: KBR

Czy medialna śmieszność polityków to już głopota? Pyta HUBERT BEKRYCHT: Poseł PO-leciał: „premiera można pytać o wszystko”

Czy politycy są mało rozgarnięci? Niektórzy może tak, ale nie wierzyłem, że na szczeblu ogólnopolskim w samej miłującej demokrację PO jest poseł, który przyleciał z kosmosu. I po jednym z programów telewizyjnych poleciał tam znowu.

Otóż poseł Maciej Tomczykiewicz z PO – powiedział w Polsacie, że teraz jest normalnie i można premierowi Tuskowi zadać każde pytanie. Nie, nie na imieninach Grzegorza, ale na konferencji prasowej. Sławomir Jastrzębowski z TV Republika, gdzie 18 listopada przypomniano sprawę, przekonuje, że wszystko z posłem jest OK, tylko niedawno Tomaczykiewicza odhibernowano – tłumaczył publicysta.

Ludzie stamtąd i rząd

Sukcesem – jak dodał Jastrzębowski – zakończyła się opracja odmrażania posła. Chociaż… W Polsacie posłeł PO plótł głupoty o tym, że na konferencjach prasowych Tuska każdy może zadać dowolne pytanie, ale to zapewnie efekt hibernacji. Skąd wiem? W programie „Przyjaciele Republiki” Jastrzębowski nie znęcał się nad parlamentarzystą. Przypomniano występ Polsacie i to, że od miesięcy dziennikarze TV Republika nie są przez służby KPRM wpuszczani na spotkania przedstawicieli rządu z reporterami. Tomczykiewicz – jak mówił, chyba nie udając – nic nie słyszał o Agnieszce Rutce z Tygodnika Solidarnośc i Tysola pl, która po pytała premiera o to, jak  – w obliczu wcześniejszych swoich wypowiedzi o tym, że Trump jest rosyjskim agentem – Tusk sobie wyrobraża teraz relacje z USA? Tusk zapewnił, że nic takiego nie mówił. Ale zdania nawet małe dzieci słyszały, a poseł partii rządzącej nie słyszał. Słusznie zatem redaktor Jastrzębowski mniema, że Tomczykiewicz został wyjęty z komory hibernacyjnej w dużym pośpiechu.

Szybkie odmrażanie szkodzi

To pewne. Otóż Hibernatus Tomaczykiwicz nie ma pojęcia, iż Tusk posądził o rosyjską agenturalności 45.  a wkrótce 47. prezydenta USA, zdradę Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Nie wiem, czy premier się dobrze czuje, ale pogoń Tuska w tym kierunku narracji, czyli zaprzeczanie faktom, jest dla niego bardzo niebezpieczne. Dla Polski też.

A premier RP twierdzi, że nie mówił nic złego o Trumpie i co mu, Bracia Amerykanie, zrobicie? Nie mówił, chociaż w Internecie codziennie ogląda to i słucha kilka milionów ludzi na całym świecie. Kto bogatemu i pewnemu siebie Donaldowi Tuskowi zabroni kpić z podatników? Z tego lekceważenia ludzi przez koalicję PO, TD i NL, ich wyborcy zdadzą sobie sprawe wkrótce.

Tomczykiewicz zaś nie zrozumiał i chyba nadal nie rozumie, że redaktor Rutce po konferencji groziła urzędniczka z KPRM, która chce zakończyć współpracę z dziennikarką TS i Tysola.

Sprawdzajcie, bo jesteście sprawdzani

I właściwie możnabyłoby tu skończyć ten felieton. Gdyby „podbić” jego słowa kluczowe, czynniki wpływające na jego powodzenie w sieci skoczyłyby jak Roman Giertych na demostracji KOD. Tyle tylko, że nie warto, bo za nasze pieniądze rządowe służby prasowe – których liczebność przekroczyła stan biura prasowego Urzędu Miasta Łodzi – albo przykryją sprawę albo przekażą że Tusk mówi prawdę o swoich dobrych intencjach wobec Trumpa albo, że Tomaczykiewicz był na lekach lub, co  – jak piszą obserwatorzy polityczni – najbardziej prawdopodobne, zwrócą się do władz Polsatu o usnięcie ze strony stacji programu z wypowiedziami posła PO.

Ja w to nie wierzę. To znaczy nie wierzę, że Polsat to zrobi, ale sprawdzę… I zachowam kopię. Takie to czasy, że bez dużej pojemności mobilnego dysku trwardego praca dziennikarza nie ma sensu.

Czy media mogą dobrze funkcjonować bez niepodległości? HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarstwo niesuwerenne

Dawno, dawno temu – to banał, ale może trzeba o tym przypominać – gazety były redagowane także na obszarach, które nie miały niepodległości lub tej suwerenności, jako państwa, nie odzyskały. Więcej, z postępem techniki media były najlepszym, poza wojną, narzędziem na rzecz odzyskania bytu państwowego. Przykłady można mnożyć, ale wystarczy podać jeden – Polska. Nie będzie to jednak felieton o prasie sprzed 1918 roku…

Niestety, zamiast zagłębiać się w arcyciekawe meandry polskich gazet codziennych i periodyków z okresu odzyskiwania niepodległości Polski, trzeba dzisiaj się zastanowić, czy polskie media działają tak jak powinny funkcjonować w krajach suwerennych? Otóż, moim zdaniem, większość niestety nie działa w ten sposób. Zdecydowanie ponad 75 proc. portali, gazet, rozgłośni i telewizji to działające w Polsce hybrydy udające wolność słowa, tuszujące swoją wewnętrzną cenzurę i manipulujące odbiorcami. Manipulacja w tym przypadku to bardzo eleganckie określenie kłamstwa – kreowane na potrzeby propagandy politycznej poprawności.

Jest tak źle, że może być tylko lepiej?

Nie trzeba chyba przypominać, że większość mediów na świecie – także te w sercu Unii Europejskiej, w Polsce – promują idee liberalne, lewicowe i lewackie, jeśli to w ogóle są idee. Co gorsza, nie ma u nas od końca ubiegłego roku dotychczasowego pluralizmu medialnego. To znaczy, że w głównym nurcie mediów nie można już znaleźć takich rozwiązań jak w latach 2016 – 2023, gdzie konserwatywne były media publiczne i w mniejszym stopniu prywatne, bo rząd któremu podlegają media państwowe był konserwatywny. A dużych prywatnych mediach, sprzyjających opozycyjnym wobec rządu liberałom, lewicowcom i lewakom, dominowały poglądy zupełnie inne, często określane jako właśnie politycznie poprawne.

Bałagan? Nie. Należało tylko wprowadzić zupełnie nowe prawnie nowoczesne regulacje medialne, aby uprościć i uczynić przejrzystym wybór szefów mediów publicznych na styku Rady Mediów Narodowych i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Te instytucje często były wobec siebie dziwne zależne, ale też zupełnie oddzielne. Polityka…

Błędy konserwatywne

Zjednoczona Prawica miała na reformę medialną dwie kadencje. Dzisiaj nie czas na nieustanne okładanie medialną pałką polityków konserwatywnych, choć to oni popełnili w tej materii sporo błędów. Tylko, że trzeba o tych błędach pamiętać, aby nie powtarzać ich w przyszłości a nie ciągle rozdrapywać rany. Przede wszystkim należy wbić do głów polityków nie tylko prawicy, że media publiczne, jeśli mają przetrwać, nie mogą być instrumentalnie wykorzystywane przez partie rządzące. I tu pojawia się pewna sprzeczność. Bowiem rzecz jednak w tym, że media publiczne są państwowe, rządowe, de facto zarządzane przez nominatów Rady Ministrów.

Trudno rozwiązać ten problem, ale naprawdę da się. Wiem coś o tym, bo pracowałem w telewizji publicznej w tamtym czasie. Przyznać jednak należy, że zmiany w mediach publicznych w latach 2016 – 2023 były najkorzystniejsze dla odbiorców od 1989 r. Poprawiono przekaz społeczny i wzmocniono stronę techniczną. Przyjęto do pracy wiele nowych osób, które nie chciały powielać „wzorców” swoich nowych koleżanek i kolegów zatrudnionych jeszcze w PRL. Pojawiło się wiele nowych programów, których już nie ma, ale wkrótce będą się o nie upominać odbiorcy. Także ci, którzy byli niechętni mediom publicznym za rządów konserwatystów. Co zatem się stało, że dzisiejsze tzw. środki masowego przekazu są narażona na całkowitą utratę niepodległości i zwijanie się jako instytucje państwowe?

Medialny zamach stanu 19/20 grudnia 2023 r.

Często słyszę uwagi, że nazywanie wydarzeń rozpoczętych przez rząd Donalda Tuska 19 grudnia 2023 roku medialnym zamachem stanu jest nadużyciem. Wielu dziennikarzy straciło pracę za taką, barwną, nacechowaną publicystyką, interpretację bezprawnego przejęcia przez rząd utworzony 13 grudnia mediów publicznych. Dlaczego? Bo to był medialny zamach stanu i rząd chce to zakrzyczeć bredniami o „zbrodniach PiS”. Bo ten proces zamachu stanu w mediach nadal pełza w postaci fikcyjnej likwidacji TVP, PR i PAP i powołania, także nielegalnie, marionetkowych członków władz tych instytucji.

Czymże jest siłowe przejęcie mediów jak nie zamachem stanu? To jasne, że zwycięska ekipa parlamentarna może decydować o mediach państwowych – publicznych, ale zmiana ich zarządów to nie zmiana koszuli, kurtki lub samochodu. Pozostańmy przy porównaniu motoryzacyjnym – pojazd elektryczny, czyli zawodny, modny w UE liberalny i lewacki napęd mediów publicznych powinien być wprowadzony zgodnie z prawem i obyczajem. A przecież było to bezprawie przypominające w grudniu ub. roku napad na bank. Napad zbirów, którzy chcieli jak najszybciej się wzbogacić. Polityka to nie praca przy układaniu kwietnych dywanów, ale – na Boga – to też nie wbijanie noża w plecy. Nie było odpowiedniego prawa, trzeba było je uchwalić. Rząd 13 grudnia pod wodzą premiera Tuska miał i ma (nie wiadomo jak długo jeszcze) większość parlamentarną i nie umiał tego zrobić? Nie umiał, czyli to nie jest dobra polityczna koalicja.

I ostatnie argumenty na bandytyzm, nie tylko polityczny, obecnie rządzącej ekipy. Medialny zamach stanu to fakt, bowiem jego cechą zawsze jest wyłączanie nadajników, tak aby dezinformować społeczeństwo, wprowadzać je w błąd albo świadomie podburzać do rozruchów. Najlepiej w Święta Bożego Narodzenia. To nie scenariusz puczu politycznego i medialnego w krajach afrykańskich, południowoamerykańskich, czy azjatyckich. To był scenariusz medialnego zamachu w Polsce.

Uderzono nie tylko w media publiczne zwalniając i zastraszając setki dziennikarzy. Złamano też wszelkie zasady stosując nielegalne metody wobec innych środków przekazu. Represje rządu Tuska dotyczą od prawie roku konserwatywnych mediów. Władze urządziły nagonkę m.in. na: TV Republika, media Gazety Polskiej, Tygodnik Solidarność, Tysol pl., telewizję wPolsce24 i inne media Fratrii oraz Do Rzeczy i Orle Pióro, TV Trwam, czy Radio Maryja lub Radio Wnet – przepraszam, że nie wymieniam wszystkich, ale byłaby to bardzo długa lista.

Utrata niepodległości medialnej

Pomijając żenujący fakt, że prawie prezydent wszystkiego i Warszawy, czyli Rafał Trzaskowski i rząd jego partii PO, szykanują organizatorów i uczestników Marszu Niepodległością, to coraz więcej mediów działających w Polsce traci suwerenność. Dlaczego zestawiam te fakty obok siebie? Bo najpierw odbiera się ludziom wolność zgromadzeń, wolność sława a potem wmawia się im, że mogą z tych wolności korzystać, ale tylko w mediach, które popiera rząd, czyli według prawa, jak je rozumie formacja premiera Tuska.

Nie chcę stygmatyzować Polaków wybierających na przykład TVN, TVP zamiast TV Republika i telewizji wPolsce 24 czy TV Trwam. Nie ma sensu. Należy tylko, o czym ten rząd nie chce pamiętać, dać wszystkim równy dostęp do wszystkich mediów, nie prześladować tych, których dziennikarze mają inne niż rząd poglądy społeczne. I błagam, nie zawracajcie mi proszę uwagi, że dziennikarstwo to „bezwzględny obiektywizm”. Tysiąc raz powtarzałem i powtórzę tysiąc pierwszy raz: nie ma obiektywizmu dziennikarskiego, jest tylko rzetelność. Nie tylko medialna. Poza tym, należy wystrzegać się jak ognia komentarza w programach stricte informacyjnych. No chyba, że serwis podzielono na część z wiadomościami i panel publicystyczny. Poza tym, jeśli się nie łamie prawa, można promować linię redakcji. Jakie regulacje zabezpieczą takie rozwiązania, które na początku lat 90. Były, w większości mediów, obowiązujące bez zapisów prawa? Nie wiem, ale od tego są politycy wszystkich partii. W końcu za to im płacimy. A te zasady dotyczą wszystkich wydawców i tych liberalnych z domieszką lewacką i tych konserwatywnych.

Niepodległość medialna, tak jak ją tutaj nazwałem, to w gruncie rzeczy bardzo prosta droga do demokracji. Niestety demokracja jest w agonii, takoż i niepodległość w mediach całego świata. Bo jest różnica, czy medium nadaje na koniec programu Odę do radości czy Mazurka Dąbrowskiego.

 

NIE CHCE CI SIĘ DUŻO CZYTAĆ, SPRAWDŹ W SKRÓCIE, CO TAM PANIE W SDP.PL?

Internet to doskonałe narzędzie, sdp.pl ma na stronie przynajmniej kilkaset wspaniałych artykułów, felietonów, fotografii i rysunków a także informacji ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Wszystkich nie sposób zmnieścić na głownej stronie, trzeba poszukać, kliknąć po prostu niżej albo w odpowiednią ikonę, link, znak graficzny.

Dla zapracowanych lub odpoczywających mamy niespodziankę, spróbujemy publikować kilka wpisów w jednym. Spróbujcie!

A oto nasz propozycje teraz:

Hubert Bekrycht wyjątkowo nie przynudza. ;-).  O poważnym problemie suwerenności mediów w przystępnej formie:

Czy media mogą dobrze funkcjonować bez niepodległości? HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarstwo niesuwerenne

Europejska Federacji Dziennikarzy nie jest, delikatnie to ujmując instytucją idealną. 7 listpada 2024 r. jednak – moim zdaniem – przesadzili. W informacji na stronie EFJ przestrzgli europejskie dziennikarstwo przez zwycięzcą wyboró prezedenckich w USA Donaldem Trumpem i Elonem Muskiem, właścielem X, d. Twitter. Zdanim władz EFJ Trump z Muskiem stłamszą medialną demokrację na Starym Kontynencie. Ciekawe, że EFJ nie upomina się o sytuację po medialnym zamachu stanu w grudniu 2023 r., kiedy to rząd nielegalnie przejął media publiczne i bezprawnie powołał marionetkowe zarządy TVP, Polskiego Radia i Polskiej Agencji Prasowej, trzy instytucje w liwidacji. Rząd zachowuje się też tak jak zły szeryf na Dzikim Zachodzie i sam sobie zadaje pytania na konferencjach prasowych ustami usłużnych dzienniakrzy z neo mediów publicznych i  komercyjnych środków masowego przekazu przyjaznychkoalicji PO, TD i NL. Wyrzuca się z pracy dziennikarzy krytykujących rządzących. Nadto, ludzie Donalda Tuska nie waha się szykanować media konserwatywne. 

Nasza szefowa, prezes SDP i dyrektor CMWP dr Jolanta Hajdasz, skrytykowała „wypowiedzienie wojny medialne USA  – ich przyszłemu prezydentowi i wływowemu właścicielowi jednej z największych platform społecznościowych. Była bardzo taktowna – mówiła dyplomatycznie o „zdziwieniu” taką postawą i przypomnieniu, że w Polsce nie myślą wyłącznie kategoriami liberalnymi i lewicowymi, są u nasz także dziennikarze konserwatywni, zatem wypowiedzi EFJ atakujące Trumpa i Muska, należy traktować jako głoś tylko części środowiska EFJ, do której to organizacji należy SDP. W EFJ się chyba obrazili, że prezes SDP przypomniała im o wolności słowa i już tydzień prowadzimy korespondencję z elitą dziennikarskich elit w Europie. 

Odpowiedź prezes EFJ Mai Sever na oświadczenie prezes SDP Jolanty Hajdasz po stanowisku EFJ ws. wyborów w USA

Co byłoby, gdyby ten serial powstał dekadę wcześniej. Nie wiadomo, czy wszyscy winni największych zbrodni w aferze tzw. Łowców skór stanęliby przed sądem? Na pewno jednak nkie byłoby ich tylko pięciu…

ŁOWCY SKÓR: serial, który powstał za późno…

 

Nielegalnie przejęte prawie rok temu przez rząd media publiczne są w poważnym kłopocie:

KRRiT: Media publiczne bez kart powinności; mogą stracić koncesje – likwidacja mediów publicznych wyklucza misję

 

I na koniec…, czyli last not least… czy jakoś tak.

To będzie hit miesiąca, może kwartału, a może nawet roku. Premier z amnezją? Nie. Donald Tusk przyłapany na kłamstwie przez dziennikarkę Tygodnika Solidarność i Tysol pl. Monikę Rutke, czyli o tym dlaczego odradzamy pytać premiera o cokolwiek, nawet o godzinę.

Szczególnie polecamy komentarz Huberta Bekrychta na końcu publikacji.

Donald Tusk przyłapany na kłamstwie przez dziennikarkę Tygodnika Solidarność i Tysol pl.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wyklęty przez komunistów – Niezłomny Kukliński

7  listopada 1981 r. Z Polski ewakuowany został wraz z rodziną Ryszard Kukliński, oficer Sztabu Generalnego LWP, który przekazał CIA informacje o planach wprowadzenia w Polsce stanu wojennego, a także inne tajemnice Układu Warszawskiego. W 1984 r. Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Kuklińskiego – nazywanego pierwszym oficerem Polski w NATO – zaocznie za „dezercję i zdradę” na karę śmierci.

Misja Kuklińskiego to dalszy ciąg walki Polaków z okupantami o wolność waszą i naszą. Kolejna odsłona powstań narodowych, szczególnie wojny 1920 r., walki podjętej 1 i 17 września 1939 r., potem prowadzonej na wszystkich frontach II wojny światowej, w końcu kontynuowanej przez Żołnierzy Wyklętych/Niezłomnych. Kukliński też został przez komunistów wyklęty, a do końca pozostał niezłomny.

Misja pułkownika, dziś generała Kuklińskiego wpisuje się w dalszą wojnę Polaków z Sowietami i ich miejscowymi sługusami. Po stłumieniu ostatniego polskiego powstania: powstania Żołnierzy Wyklętych/Niezłomnych mamy poznański czerwiec 1956 r., rok 1976, wybuch i karnawał Solidarności, przerwany wprowadzeniem stanu wojennego. Nieprzypadkowo płk Kukliński został potem honorowym członkiem Światowego Związku Żołnierzy AK i „Solidarności”.

Walczyli samotnie

Żołnierze Wyklęci/Niezłomni nie uznawali Armii Czerwonej za wyzwolicieli. Walczyli w latach 1944-1954, a właściwie – żeby być precyzyjnym – w latach 1939-1963. Przecież większość z nich poszła na wojnę w tragicznym wrześniu, a ostatni zginął w walce w 1963 r. Szczególnie pod koniec swojej misji walczyli samotnie. Ryzykowali nie tylko życiem własnym, ale i rodzin. I pułkownikowi w odstępie kilku miesięcy czerwoni zabili obu synów. Ale nawet ostatni żołnierz II konspiracji niepodległościowej: Józef Franczak „Lalek” nie jest ostatnim. Kukliński zaczął współpracę z Amerykanami niecałe 10 lat później: w 1972 r. Współpracował kolejne 10 lat – z PRL-u uciekł 7 listopada 1981 r., dokładnie w rocznicę bolszewickiej rewolucji.

Nawet Kukliński nie jest de facto ostatnim polskim Niezłomnym. Bo przecież był jeszcze Jan Paweł II, ks. Popiełuszko i wielu innych. Ktoś powie: nie walczyli z bronią w ręku. Jednak Wyklęci/Niezłomni to nie tylko ci, którzy prowadzili walkę partyzancką – jak „Łupaszka” czy „Zapora”. Witold Pilecki czy Emil Fieldorf nie dowodzili oddziałami. Rotmistrz prowadził działalność polityczną, wywiadowczą. Generał chciał nawet rozpocząć normalne, cywilne życie. Ale tu chodzi o coś innego: nie o formę walki, ale jej o cel. A tym – w każdym wypadku – był antykomunizm i odzyskanie wolności i niepodległości. Niezłomność to postawa.

Byłby zdrajcą…

To, co łączy Żołnierzy Wyklętych/Niezłomnych i Kuklińskiego to represje, jakie spadły na niego ze strony imperium zła. Ze względu na istotę jego misji, na to, jak bardzo zaszkodził czerwonym i pokrzyżował ich plany, chcieli go zlikwidować, jak zlikwidowali wcześniej Pileckiego czy Fieldorfa.Ścigany, ostatecznie skazany zaocznie na karę śmierci w 1984 r. Ale też na degradację i konfiskatę mienia – jak inni Wyklęci/Niezłomni.

Ale komuna nie tylko fizycznie ich wyeliminowała. Czerwoni oprawcy dokonali kolejnej zbrodni: zabicia pamięci o nich, czyli właśnie wyklęcia. Jeśli mówiono o nich, to wyłącznie jako o bandytach i zdrajcach. Tak samo jak później o Kuklińskim. I byłby faktycznie zdrajcą, gdyby wiedzy, jaką miał o III wojnie światowej, nie przekazał wolnemu światu.

Kłamstwo

W III RP (PRL-bis) trwało dalsze systemowe dezawuowanie Kuklińskiego. W najlepsze panoszyło się kłamstwo komunistyczno-urbanowe, które przeniosło się głównie na łamy „GW”. Dla tego środowiska Jaruzelski i Kiszczak to autorytety, „ludzie honoru”, a Kukliński – odwrotnie. Jak konkretnie wygląda to kłamstwo ws. płk. Kuklińskiego? Że do Amerykanów nie zgłosił się sam, ale został zwerbowany. Że jego rola jest przeceniana, bo wcale nie miał dostępu do tajemnic (inaczej mówią o nim sami Sowieci, z marszałkiem Wiktorem Kulikowem, głównodowodzącym Układu Warszawskiego na czele). W końcu, że był podwójnym agentem, i że o planach stanu wojennego nie poinformował opozycji.

A co mówił o tym sam Kukliński: „Ujawnienie przeze mnie planów uderzenia nie mogło ich w żadnym stopniu udaremnić lub choćby opóźnić. Mogło je tylko przyśpieszyć”. Kukliński zauważał, że „jeśliby Solidarność uwierzyła w to ostrzeżenie, wówczas niemal na pewno doszłoby do natychmiastowego ogłoszenia strajku generalnego, a w konsekwencji do zorganizowanego oporu w setkach fabryk, zakładów pracy i uczelni. Wiedziałem, że w takiej sytuacji… musiałoby nastąpić uderzenie sił pancernych, przede wszystkim czołgów; że wreszcie przy ewentualnym powszechnym oporze ludności, sił polskich byłoby za mało i na pewno do akcji wkroczyłyby również pozostające w strategicznych rezerwach dywizje radzieckie”.

Efekt kłamstw o Kuklińskim jest taki, że do dziś pierwszy oficer Polski w NATO budzi kontrowersje, nawet w szeroko pojętym obozie niepodległościowym. Wciąż więcej Polaków lepiej ocenia Jaruzelskiego niż Kuklińskiego. Ale III RP to też plusy. 25 maja 1995 r. wyrok na Kuklińskiego został uchylony. Rok później niestety ponownie podjęto śledztwo i rozesłano listy gończe. To pochodna okrągłostołowego klimatu i złego prawa. Ostatecznie śledztwo umorzono dopiero w 1997 r.

 

„Pielgrzymka czy szopka?”

W maju 1998 r. Ryszard Kukliński pierwszy i ostatni raz odwiedził Polskę. To, jak o wizycie pisały media prawicowe i lewicowe, świadczy o podziale w naszym kraju – podziale na homo sovieticus i niepodległościowców. „Gazeta Polska” relacjonowała: „Przyjechał do Polski człowiek wielki, bohater, jakiego nie było od lat, człowiek, który uratował nie tylko Europę, ale i być może świat przed zagładą nuklearną”. A w ówczesnym „Życiu” Jacek Trznadel napisał: „Pokazał, że jako człowiek jest osobowością dużego formatu. Żadnych zbędnych gestów i patetycznych słów, jeśli nie zaliczyć do nich, widocznych dla tłumów, odruchów wzruszenia”.

Inaczej Jarosław Kurski i Paweł Smoleński w tekście w „GW” pod znamiennym tytułem „Pielgrzymka czy szopka?”: „Gdyby zasady traktować dosłownie, bez oglądania się na meandry polskiej historii, pułkownik Kukliński zdradził”.
Tak jak w wypadku innych Wyklętych/Niezłomnych oprawcy – ludzie, którzy tropili Kuklińskiego i skazali go, nie ponieśli żadnej kary. A tym razem była to „elita” PRL-u lat 80-tych: Jaruzelski, Siwicki, Kiszczak. Bo czerwona junta, gdyby tylko mogła, bez wahania wykonałaby wyrok. I to Jaruzelski, a nie Kukliński, złamał przysięgę wojskową. W końcu też wypowiadał słowa: „Przysięgam Narodowi Polskiemu”.

Uhonorowany?

III RP nie chciała go nie tylko uniewinnić, ale też uszanować. Bo gdy w krakowskim parku Jordana powstało popiersie pułkownika, zaczęło być oblewane farbą i obsmarowywane przez „GW”. Z kolei warszawska Izba Pamięci Pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, zagrożona zamknięciem przez prezydent Gronkiewicz-Waltz, została uratowana dzięki sprzeciwowi wielu środowisk patriotycznych. Owszem, powstają ulice, place, ronda jego imienia (najważniejsze są szkoły), ale Ryszard Kukliński zasłużył na pomniki w całej Polsce.

Dobrze, że powstał film „Jack Strong”. I tu Kukliński ma przewagę – inni Wyklęci/Niezłomni wciąż czekają na filmy o sobie. Dobrze, że Kukliński został pochowany na Powązkach Wojskowych. Stało się to 19 czerwca 2004 r., kiedy – osobistą decyzją prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego – urna z prochami bohatera Polski i Ameryki spoczęła na samym początku Alei Zasłużonych. I tu rzecz charakterystyczna: na pogrzebie nie było nikogo z najwyższych władz III RP. Ale właściwie jak tu się dziwić, skoro prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, a premierem Marek Belka.
Ryszard Kukliński miał to szczęście, że nie został zakatowany gdzieś w kazamatach UB, Informacji Wojskowej czy NKWD i wrzucony do bezimiennego dołu śmierci. Wtedy – tak jak inni Żołnierze Wyklęci/Niezłomni – nie miałby swojego grobu.

Wygrywa z Jaruzelskim

Spór o pułkownika, dziś generała Kuklińskiego jest sporem o 45 lat naszej historii. O to, czy PRL była państwem polskim, czy niesuwerennym bytem, zależnym od ZSRS, którym rządziła z nadania i w interesie Kremla grupa uzurpatorów? I spór będzie wracał dopóty, dopóki nie doczekamy się jednoznacznej oceny PRL jako narzuconej siłą sowieckiej okupacji i nie rozliczymy winnych tamtych zbrodni. A najpierw nie nazwiemy rzeczy po imieniu. Bo w normalnym państwie to nie zdrajca i namiestnik okupanta byłby honorowany, ale człowiek, który z komuną walczył z narażeniem życia. Szczęśliwie szala przechyla się na stronę Kuklińskiego. On wygrywa walkę z Jaruzelskim. Tak jak Żołnierze Wyklęci/Niezłomni wygrywają ze swoimi oprawcami.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Kołysanka dla Bezosa

To rzecz będąca tajemnicą poliszynela amerykańskich BigTechów rządzących dziś światem, że Jeff Bezos od kilku dni cierpi na bezsenność. Został oskarżony przez “Gazetę Wyborczą” o cenzurę. “Czytelnicy nie wierzą w bezstronność” – krytycznie zamartwia się pismo Adama Michnika, a Bezos przełyka łzy w milczeniu pomny swoich grzechów i wykroczeń przeciwko wolności słowa.

Jeśli nie wierzycie w rozpacz Bezosa zapytajcie Tomasza Piątka, albo niejakiego Rzeczkowskiego lub Boczka, albo zajrzyjcie do branżowego pisma Press. Uwzględniając wiarygodność powyższych i zdolność docierania do tajnych, w ogóle nie wyssanych z palca informacji, na pewno i to potwierdzą.

Płacz i wina twórcy Amazona, jego zbrodnia i kara, są zresztą oczywiste. Bezos dokonał aktu makabrycznej, straszliwej cenzury, która w Polsce nikomu, a szczególnie wydawcy “Gazety Wyborczej”, nigdy nie przyszłaby do głowy. Nie pozwolił naczelnemu należącego do siebie dziennika “Washington Post” pisma na wprowadzanie jawnej i ewidentnej cenzury politycznej wobec swoich dziennikarzy i publicystów we własnej gazecie i zamieniania jej w biuletyn partyjny. Robert Kegan, naczelny gazety, nie może wzorem wielu swoich poprzedników opublikować “odredakcyjnego”, manifestu poparcie dla Kamali Harris, w związku z czym ostentacyjnie się zwolnił. A przecież taki manifest tyle spraw by załatwiał.

Po pierwsze, przykra sprawa, bo wtedy nie trzeba ręcznie nastawiać każdego redaktora, publicysty, reportera. Nie trzeba się głowić, jak tłumaczyć wpadki Harris. I jak z każdego wydarzenia robić wpadkę Trumpa. Nie trzeba także się martwić, jak nawiedzeńcom pełnym wpojonych mitów o “bestronności” i “uczciwości” tłumaczyć, że świat tak nie działa. Dla Roberta Kagana osobiście, sprawa miałaby jeszcze jedno znaczenie. Ostatecznie, popierając, co by nie gadać, dość intelektualnie nienachalną, za to skrajnie lewicową kandydatkę, zamanifestowałby swoją skruchę za dziesiątki lat krzewienia poglądów neokonserwatywnych, także w dziedzinie moralności i tradycji, które miały być siłą Ameryki. Popierając Harris manifestacyjnie, z całym oddaniem, bez refleksji, stałby się na nowo pełnoprawną częścią politycznego, medialnego i naukowego establiszmentu zajętego nieustanną walką z nieistniejącym od 80 lat faszyzmem.

Bezos wszystko to zepsuł, za to w “Washington Post” opublikował swoje wyjaśnienie, z którego wynika, choć napisał to delikatnie, że coraz toporniejsza propganda szkodziła biznesowi: “Chociaż nie promuję własnych interesów, nie pozwolę również, aby ta gazeta pozostała na autopilocie i stopniowo popadała w nieistotność — wyprzedzona przez niebadane podcasty i szpile w mediach społecznościowych — nie bez walki.” Bezos także przypomniał, że w corocznych badaniach opinii publicznej dotyczących zaufania i reputacji dziennikarze i media regularnie plasują się bardzo nisko, często tuż nad Kongresem, jednak w tegorocznej ankiecie Gallupa udało im się spaść poniżej Kongresu.

Bezosa powinni przywieźć do Polski na przeszkolenie. Gdyby zapoznał się z niejaką panią Schnepf-Wysocką i jej twórczością, a także jej dorobkiem rodzinnym zobaczyłby, że można spaść dużo niżej. Nie tylko w ankiecie Gallupa, ale jako gatunek.

 

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Prowokacje medialnych komunistów mentalnych

W Przeglądzie, takiej tygodnikowej odmianie Trybuny Ludu, ukazały się elukubracje, w których towarzysze z periodyku mogącego ubiegać się o nagrodę im. Pawła Morozowa atakują Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Tym razem miecz klasowej czujności wymierzono w Fundację Solidarności Dziennikarskiej.

Nie zamierzam tłumaczyć, że nie ma w artykule w Przeglądzie sprzed dwóch tygodni odrobiny rzetelności dziennikarskiej. I nie tylko w sprawie FSD, bo to oczywiste. Błędy, z których powodu których każda redakcja spaliłaby się ze wstydu tutaj – stanowiąc standard wspomnianej publikacji – nawet nie rażą, bo to specjalność pism sławiących PRL-owską przeszłość naszego kraju. Razi co innego. Nagonka. Ktoś powie, że to nic dziwnego, ale dla mnie 35 lat po teoretycznym upadku komunizmu politycznego skandalem jest robienie użytku z insynuacji, manipulacji, treści przypominających pomówienia z czasów stalinowskich, czyli tworzenie komunizmu mentalnego, a raczej pieczołowite pielęgnowanie tej podłej narracji (zresztą tę listę wypełnią bez trudu prawnicy). Proszę o wybaczenie wrażliwszych Czytelników, ale w śródtytułach będę stosował język komuszej nowomowy, bo w przypadku tego „artykułu” tak trzeba. Dlaczego? Aby zrozumieć perfidię przekazu organu, który bez trudu mógłby stanąć w szranki plebiscytu na ulubione pismo sierot po PRL.

Z czyjej inspiracji?

Właśnie, po co towarzystwu wydającemu Przegląd publikacja na temat Fundacji Solidarności Dziennikarskiej? „Artykuł” ukazał się 14 października, już po zjeździe Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, na którym wybrano nowe władze. Na stanowisku prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego już 12 października zastąpiła Jolanta Hajdasz, ale nawet 17 października na FB Przeglądu prezesem SDP był jeszcze Skowroński.

Postkomunistyczny a nawet komunistyczny czas zatrzymał się? A może chciano zapobiec wyborowi Hajdasz na prezesa i Skowrońskiego do Zarządu Głównego SDP? Tutaj też wypalono kulą w płot.

Z dziennikarskiego obowiązku przypomnę, że 12 września, dwa dni przed publikacją omawianego organu, podczas zjazdu SDP, wystąpienie bardzo podobne do „rewelacji” Przeglądu (protokół z obrad można sprawdzić – łącznie z kolejnością nazwisk członków społecznej Rady FSD) miała redaktor Krystyna Mokrosińska.

Oczywiście dziwny zbieg okoliczności, ale na pewno to przypadek. Oszczerczego artykułu nie mogła inspirować osoba powszechnie szanowana w wielu środowiskach dziennikarskich – honorowa prezes SDP. Nie, bo nie. I koniec dyskusji, bo jeszcze kilka osób z oddziału warszawskiego SDP, moja prywatna opozycja (dziękuję kochani, że jesteście) posądzi mnie, że nadal „obrażam” Mokrosińską. Poprzednio ponoć obraziłem ją rymowanką w publikacji o zjeździe statutowym, który prezes honorowa próbowała zdestabilizować oddając mandat delegata. Nie wycofuję się i z wierszyka (brak poczucia humoru jest dla mnie równoznaczny z upadkiem mitu personalnego) i z pytania, dlaczego Krystyna Mokrosińska w ogóle została w SDP? Przecież nie dlatego, aby pisać pisma do KRS w sprawie „wad” nowego Statutu ostatecznie zarejestrowanego pod koniec lipca br.? Nie uwierzę też w to, że redaktor Mokrosińska sabotuje działalność władz SDP. Może po prostu ma złych doradców?

A propos, obrońcą prezes honorowej jest szef oddziału warszawskiego Zbigniew Rytel (też nie ma poczucia humoru i wzywał mnie do „przeprosin” Mokrosińskiej). Ale odrzućmy różnice, uwaga, będę teraz bronił szefa OW SDP. Zbyszek został haniebnie potraktowany przez Przegląd. Na zdjęciu przy „artykule” o sugerowanych „przekrętach” w FSD, Rytel siedzi po lewej stronie nielegalnie odwołanego szefa Rady Mediów Narodowych Krzysztofa Czabańskiego i wieloletniego prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego, czyli – wedle przeglądowej prowokacji – Rytel to też „zbój” medialny „zamieszany” w „przekręty” FSD i podpisany jeszcze jako członek Zarządu Głównego SDP, a przecież wszyscy wiedzą, że Zbyszek trzy lata temu przegrał wybory do władz centralnych naszego stowarzyszenia i teraz już nie startował.

Wstydź się Przeglądzie!

Zbyszku, gdybyś potrzebował pomocy prawnej w procesie z Przeglądem, pomogą Ci prawnicy SDP i Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Tylko daj znak, że chcesz te skojarzenia odrzucić przed sądem.

Wicie, rozumicie

Teraz troszkę poważniej, bo ze szmacianej prowokacji Przeglądu można się tylko śmiać.

Błędy, kłamstwa i manipulacje mające połączyć FSD i SDP z innymi instytucjami państwowymi, których jeszcze nie osądzono, ale działały w latach 2015 – 2023 albo nawet i 2024 mają odciągnąć uwagę od stopniowego zawłaszczania bezprawnie przejętych przez rząd pod koniec ub. r. publicznych mediów i niszczenia innych redakcji, które krytykują koalicję sprawującą władzę w Polsce od grudnia 2023 r.

Wywody umieszczone w Przeglądzie dotyczą de facto nie FSD a innych podmiotów, które w sposób legalny wspomagały fundatora, czyli SDP a zatem ich jedynym „przewinieniem” była działalność za rządów PiS. A ponieważ jest teraz moda na polowanie na PiS to i ruszyła nagonka na SDP, czyli – zdaniem inspiratorów „artykułu” – organizacji wspierającej PiS a PiS wspomagał SDP. Tylko chodzi o finanse i muszą być na to dowody a tych po prostu nie ma. A nawet gdyby ktoś je sfabrykował trzeba udowodnić, że są poza prawem a na to redakcja nie ma intelektualnej siły, bo przekazuje tekst z błędami! Merytorycznymi. Pomijam już nazwiska, daty, tytuły czy stanowiska.

Zgadnijcie po co jednak te bzdury publikuje Przegląd? Przecież, na Boga, nie dla kilku tysięcy czytelników, dla których czas się zatrzymał w stanie wojennym. Ten „artykuł” jest po to, aby „skompromitować” SDP i FSD. No i wymyślono mało sprytnie kilka pogłosek, pomówień (raj dla prawników). Podlano to sosem donosu z matrycy im. Pawika Morozowa i hulaj dusza… Ale piekło jest. Dlaczego zatem „dziennikarze” Przeglądu wybrali wieczne potępienie?

Może dlatego, że wieloletni naczelny przeglądu Jerzy Domański (przez chwilę był nawet prezesem PZPN, co tłumaczy początek upadku polskiego futbolu w latach 1989 – 90) jest szefem postkomunistycznego Stowarzyszenia Dziennikarzy RP (za junty Jaruzelskiego SD PRL) – obecnie stowarzyszenia zawieszonego w prawach członka międzynarodowej organizacji dziennikarskiej EFJ. Może dlatego w Przeglądzie nie boją się piekła, bo w głowach dawnych reżimowych dziennikarzy, sympatyków wicepremiera Jagielskiego i samego dyktatora Jaruzelskiego, pojawił się chaos i pytanie. Ważne: jak żyć? Jak, skoro SDP ma ponad 3 tys. członków a SdRP, któremu lideruje wpływowy redaktor Przeglądu ma tylko kilkuset członków i to wedle własnych danych postkomunistycznej organizacji dziennikarskiej…

Wielkość Gomułki, czyli „stoimy nad przepaścią…”

Skąd w periodyku, który umieszcza oczywiste brednie i manipulacje na temat SDP i FSD takie przekonanie o słuszności „kierunków”.

Jak wiadomo baza musi mieć nadbudowę. Z uporem godnym lepszej sprawy Przegląd lansuje w październiku postać komunistycznego aparatczyka Andrzeja Werblana, któremu dorabia się gębę przyjemnego lewicowego intelektualisty – publicysty w tygodniku założonym przez Jerzego Urbana.

Skąd taka głupota w Przeglądzie, że cytują zdanie Werblana o Władysławie Gomułce? Redakcja chwali się tym na FB i cytuje byłego partyjnego ideologa: „Wielkość Gomułki polega na tym, że potrafił poprawnie odczytać interes narodu” – tako rzekł obchodzący 30 października 100 lat Andrzej Werblan, któremu władze Przeglądu składają z tej okazji życzenia.

Inna rzeczywistość? Tak, zważywszy, że redakcja Przeglądu nie zadała Werblanowi pytania o legendarne „odczytywanie interesu narodu” w postaci masakry robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 r., do czego doprowadziła obłędna ekonomiczna polityka „Wiesława” i wpierani przez niego mordercy w polskich mundurach, którymi sterowali Jaruzelski i Kiszczak.

Może dlatego tych pytań brak, że redakcja i naczelny zajęci są reanimacją medialnego trupa Przeglądu. Nikt im nie powiedział, że ze śmiercią takiego złego formatu się nie wygra? Nic im nie pomoże próba lizusowskiego „wystawiania” SDP władzom rządowym, bo medialni bankruci mogą tyle, co guru Przeglądu Jerzy Domański. A on chyba nie zdaje sobie sprawy, że jego czas jako propagandysty rządów postkomunistycznych minął. Teraz rządzą liberałowie i farbowani lewicowcy. Mają lepszych „specjalistów” od propagandy.

Nie wiadomo, kto wpadł na kiepski pomysł zachęcenia czytelników do lektury felietonu Domańskiego o jednym z polityków opozycji w sposób bardzo ryzykowny. Bowiem redaktor Jerzy Domański na fejsbukowym profilu tygodnika uśmiecha się ze zdjęcia a przy emanującej pewnością siebie twarzy umieszczono, chyba dla żartu, napis: „Przyzwoici ludzie nie nadążają za kolejnymi woltami tej kanalii”.

Dla żartu?

 

 

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wybrało władze na kolejną kadencję. Prezesem Jolanta Hajdasz (RELACJA I UCHWAŁY)

Dr Jolanta Hajdasz została nowym prezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Krzysztof Skowroński po 13 latach kierowania największą i najstarszą organizacją dziennikarską w Polsce nie kandydował na kolejną kadencję.  – SDP ma szansę być ostoją wartości, etosu naszego zawodu. Dla mnie najistotniejsze będzie, aby ocalić niezależne, profesjonalne  dziennikarstwo – powiedziała Jolanta Hajdasz.

Nowe władze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wybrał Zjazd Sprawozdawczo-Wyborczy delegatów, który odbywał się w dniach 12 – 13 października w Domu Pracy Twórczej SDP w Kazimierzu Dolnym. Najpierw jego uczestnicy wysłuchali sprawozdania z działalności Zarządu Głównego w mijającej kadencji 2021 – 2024, które przedstawił prezes Krzysztof Skowroński.

Cztery kadencje: romantyczna, euforyczna, pandemiczna i…

– Po raz czwarty przedstawiam takie sprawozdanie – podkreślił na wstępie Krzysztof Skowroński. – Pierwszą kadencję nazwałem romantyczną, drugą euforyczną, trzecią pandemiczną, dla czwartej nie mam nazwy, choć była najtrudniejsza.

Zwrócił uwagę, że w tym czasie SDP musiało się zmierzyć z wyzwaniami jakie postawiła rosyjska agresja na Ukrainę. Stowarzyszenie od początku wojny za naszą wschodnią granicą włączyło się w pomoc dla Ukrainy, najpierw dla dziennikarzy z tego kraju, później udostępniło Dom Pracy Twórczej dla dzieci z Mariupola.

– SDP było też takim pomostem dla międzynarodowych organizacji dziennikarskich w organizowaniu pomocy dla Ukrainy – dodał Skowroński.

Przypomniał też, że to SDP, zaraz po 24 lutym 2022 roku, zwróciło się do międzynarodowych organizacji dziennikarskich z apelem o wykluczenie z tych gremiów rosyjskich organizacji.

Dalej Krzysztof Skowroński mówił o innych cennych inicjatywach, jakie udało się zrealizować w mijającej kadencji, np. cyklu wywiadów z ludźmi kultury „SDP Cafe”, w który zaangażowane zostały oddziały SDP czy projekcie Stop Fake PL, którego celem było przeciwdziałanie dezinformacji.

Ustępujący prezes SDP podkreślił, że najważniejszą i najbardziej aktywną komórką Stowarzyszenia jest Centrum Monitoringu Wolności Prasy.

Dyrektor CMWP SDP dr Jolanta Hajdasz przypomniała, że Centrum zajmuje się sprawami dziennikarzy, którzy mają kłopoty w związku z wykonywaniem swojego zawodu oraz zabiera publicznie głos, gdy naruszane są zasady wolności słowa. W mijającej kadencji CMWP wydało ponad 80 oświadczeń oraz stanowisk i objęło pomocą prawną ponad 70 dziennikarzy.

– Wszystkie nasze działania są jawne i transparentne, a żaden dziennikarz nie odchodzi bez wsparcia – podkreśliła Jolanta Hajdasz.

Szczegółowe sprawozdanie z działalności CMWP SDP można znaleźć TUTAJ.

Na zakończenie swojego sprawozdania Krzysztof Skowroński powiedział, że hasłem nowych władz SDP powinno być obrona dziennikarzy i wolności słowa.

Główna Komisja Rewizyjna pozytywnie oceniła działalność zarządu w sferach gospodarczej oraz statutowej i rekomendowała delegatom udzielenie absolutorium ustępującym władzom. Przewodniczący GKR Janusz Wikowski podkreślił, że SDP ma płynność finansową i potencjał gospodarczy do dalszego działania i realizowanie swoich celów statutowych.

Podczas dyskusji delegatów nad sprawozdaniem ZG padły m.in. głosy krytyki, że SDP sprzyja jednej stronie politycznego sporu. Odpierając te zarzuty Krzysztof Skowroński podkreślił, że Stowarzyszenie jest otwarte dla wszystkich dziennikarzy. – Każdy dziennikarz, który się zgłosi zostaje przyjęty i może później kandydować do władz. SDP nie jest zamknięte dla nikogo. SDP nie jest upolitycznione, nie jest zależne od żadnej partii politycznej. To, że myśl konserwatywna wygrała, to jest decyzja poszczególnych zjazdów SDP – wyjaśniał ustępujący prezes.

Delegaci zdecydowaną większością głosu udzielili absolutorium władzom SDP kadencji 2021 – 2024. Za głosowało 90 delegatów, 13 było przeciwnych, a pięciu wstrzymało się od głosu.

Krzysztof Skowroński zdecydował, że nie będzie ponownie ubiegał się o funkcję prezesa SDP. Uczestnicy Zjazdu owacjami podziękowali mu za 13 lat kierowania Stowarzyszeniem. Wręczono kwiaty i pamiątkowy portret.

Ocalić niezależne, profesjonalne  dziennikarstwo

Punktem kulminacyjnym pierwszego dnia Zjazdu był wybór prezesa SDP. Na tę funkcję zgłoszono tylko jedną kandydaturę – Jolantę Hajdasz, dotychczasową wiceprezes Stowarzyszenia i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

Kandydatka prezentując się przed głosowaniem podkreśliła, że praktycznie całe swoje zawodowe życie związana jest z SDP. Wspomniała, że jako studentka uczestniczyła w zjeździe reaktywacyjnym SDP w 1989 roku, zaraz potem wstąpiła w szeregi tej organizacji.

– Kolejny punkt zwrotny dla mnie to był rok 2011, kiedy po raz pierwszy zostałam wybrana do Zarządu Głównego SDP.  Tak jak Krzysztof Skowroński, jestem cztery kadencje w zarządzie SDP. Dwie kadencje temu zostałam wiceprezesem, a w 2017 roku dyrektorem Centrum Monitoringu Wolności Prasy – mówiła Jolanta Hajdasz.

Zaznaczyła, że tak jak dotychczas, zamierza łączyć pracę w zarządzie SDP z funkcją dyrektora CMWP.  Wyjaśniła, że ścisły kontakt Zarządu Głównego z Centrum jest potrzebny. – Nie możemy być odrębną instytucją – stwierdziła Jolanta Hajdasz. – Nie boję się ani nadmiaru pracy, ani odpowiedzialności. Nie chcę tego rozdzielać, przynajmniej do czasu, gdy będę mogła Centrum przekazać osobie, która będzie kontynuować to co nam udało się wspólnie zrobić.

Kandydatka na prezesa SDP przedstawiła swój program na najbliższe lata. – To obrona wolności słowa i obrona dziennikarzy. Jesteśmy w bardzo trudnym punkcie, zwrotnym wręcz dla naszego środowiska. Z jednej strony napór internetu, mediów społecznościowych, zupełnie innego dziennikarstwa niż dziennikarstwo tradycyjne, a z drugiej polaryzacja polityczna, która wpływa na nas naprawdę coraz mocniej i powoduje, że bardzo trudno budować wspólny mianownik dla nas i pogodzić się z tymi, którzy po prostu w fundamentalnych sprawach się z nami nie zgadzają – mówiła Jolanta Hajdasz.

Przyznała, że nie będzie to łatwe działanie. – Ale widzimy jakie są zagrożenia dla tej wolności słowa w ostatnich latach i to SDP ma szansę być taką ostoją wartości, etosu naszego zawodu – stwierdziła.

Dodała, że SDP jest główną reprezentacją dziennikarzy w Polsce na forum międzynarodowym. – Na umocnienie naszej pozycji chciałabym pracować – zadeklarowała.

Jolanta Hajdasz powiedziała, że jej marzeniem jest, aby w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie powstała biblioteka i czytelnia dotycząca historii dziennikarstwa w Polsce. Zapowiedziała również, że zadba o stabilizację finansową Stowarzyszenia.

– Dla mnie najistotniejsze będzie, aby ocalić niezależne, profesjonalne  dziennikarstwo i aby służyć jak umiem najlepiej – zakończyła swoje wystąpienie kandydatka na prezesa SDP.

Jolantę Hajdasz uzyskała poparcie zdecydowanej większości delegatów, za głosowało 91 osób, 17 przeciwko, trzy wstrzymały się.

Nowe władze na cztery lata

W dalszej części obrad wybrano członków Zarządu Głównego. W gronie tym znaleźli się: Hubert Bekrycht, Paweł Gąsiorski, Maria Giedz, Krzysztof Gurba,  Michał Karnowski, Andrzej Klimczak, Wanda Nadobnik, Mariusz Pilis, Anna Popek, Krzysztof Skowroński,  Aleksandra Tabaczyńska, Janusz Życzkowski. Siedem z tych osób (Hubert Bekrycht, Maria Giedz, Andrzej Klimczak, Wanda Nadobnik, Mariusz Pilis, Krzysztof Skowroński i Aleksandra Tabaczyńska) w Zarządzie Głównym SDP będą już kolejną kadencję.

W skład Głównej Komisji Rewizyjnej weszli natomiast: Łukasz Brodzik, Zbigniew Natkański, Wojciech Pokora, Grzegorz Radzicki i Janusz Wikowski. GKR szybko zwołała zebranie i na przewodniczącego wybrała Janusza Wikowskiego, a na jego zastępcę Zbigniewa Natkańskiego. Sekretarzem został  Łukasz Brodzik.

Naczelny Sąd Dziennikarski nowej kadencji pracować będzie w składzie: Miłosz Kluba, Józef Kowalski, Krzysztof Kurkiewicz, Grzegorz Mika, Anna Pakuła-Sacharczuk, Monika Pietraszkiewicz, Barbara Ziółkowska.

Do Komisji Interwencyjnej wybrano: Magdalenę Drohomirecką, Teresę Koziatek, Sonię Kwaśny, Jana Poniatowskiego i Krystynę Różańską-Gorgolewską. Rzecznikiem Dyscyplinarnym został Wojciech Reszczyński.

Zgodnie z nowym statutem, przyjętym przez Zjazd Delegatów w marcu tego roku, kadencja nowych władz SDP będzie trwała cztery lata, a nie tak jak dotychczas, trzy.

Drugi dzień Zjazdu pod znakiem uchwał

Drugiego dnia Zjazdu delegaci przyjęli pięć uchwał dotyczących ważnych spraw m.in. bezprawnego przejęcia mediów publicznych, blokowania dostępu do informacji, czy niepokojącego wzrostu liczby procesów typu SLAP, nękających dziennikarzy.  Poniżej prezentujemy pełne treści uchwał.

Uchwały Zjazdu Sprawozdawczo-Wyborczego Delegatów SDP w dniach 12 – 13 października

Uchwała nr 1

Zjazd delegatów SDP w Kazimierzu Dolnym 12 – 13.10.2024  podtrzymuje swoją negatywną ocenę działań podejmowanych przez rząd Donalda Tuska wobec środowisk dziennikarskich, w tym jednoznacznie krytyczną ocenę bezprawnego siłowego przejęcia mediów publicznych w grudniu 2023 r. Konsekwencją tych pozaprawnych działań jest zapaść programowa i finansowa tych mediów, a ich efektem dramatyczny spadek liczby odbiorców tych mediów. Działania te prowadzą do systematycznie pogłębiającej się marginalizacji TVP S.A, Polskiego Radia, PAP oraz 17 rozgłośni regionalnych Polskiego Radia na rynku mediów w Polsce. Skutkiem tego jest brak równowagi i pluralizmu w polskim systemie medialnym, czego przejawem jest stałe i systematyczne eliminowanie treści konserwatywnych, prawicowych oraz katolickich z przestrzeni publicznej. Jaskrawym przykładem działań rządu przeciwko mediom jest także próba wyeliminowania z rynku medialnego środków komunikowania niezależnych od rządu, czego przykładem są ataki rządzących polityków i ich zaplecza medialnego na środowisko związane z katolickim Radiem Maryja, TV Republika oraz inne media, w których można dzisiaj przedstawiać krytyczny wobec rządzących punkt widzenia.

Zjazd Delegatów SDP kategorycznie  domaga się od partii tworzących rząd Donalda Tuska zaprzestania działań niszczących pluralizm i niezależność medialną w Polsce oraz apeluje do Prezydenta RP i pozostałych instytucji odpowiedzialnych za ład medialny w Polsce  o natychmiastowe podjęcie działań w celu ochrony wolności mediów w naszym kraju. 

Uchwała nr 2

Uchwała Zjazdu delegatów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w sprawie ks. Michała Olszewskiego

Odwołując się do solidarności zawodowej i międzyludzkiej oraz do poczucia sprawiedliwości, my Delegaci Sprawozdawczo – Wyborczego Zjazdu Delegatów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wyrażamy stanowczy sprzeciw wobec przetrzymywana w areszcie śledczym założyciela Radia Profeto księdza Michała Olszewskiego.

 Domagamy się:

– natychmiastowego zwolnienia księdza Michała Olszewskiego oraz dwóch urzędniczek zatrzymanych w związku z domniemaniem nieprawidłowości w pozyskiwaniu środków z Funduszu Sprawiedliwości

– umożliwienie księdzu Michałowi Olszewskiemu oraz Paniom Karolinie i Urszuli – urzędniczkom Ministerstwa Sprawiedliwości – odpowiadania z wolnej stopy – pełnej jawności prowadzonych w tej sprawie rozpraw sądowych

 Wzywamy:

Środowisko dziennikarskie do przestrzegania zasad etyki zawodowej, czyli zaprzestania publikacji szerzących pomówienia i godzących w dobre imię wspomnianych osób.

LIST PREZES SDP DO KS. MICHAŁA OLSZEWSKIEGO TUTAJ.

Uchwała nr 3

Uchwała przeciwko rządowej blokadzie dostępu do informacji

Zjazd Delegatów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich obradujący w Kazimierzu Dolnym 12 – 13 października 2024 roku dziękuje Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy i Europejskiej Federacji Dziennikarzy (IFJ/EFJ) za poparcie protestu SDP przeciwko zakazowi wstępu dla dziennikarzy TV Republika na rządowe konferencje prasowe.

Zakaz miał szczególnie symboliczne znaczenie podczas katastrofalnej powodzi, która dotknęła wielu mieszkańców Polski we wrześniu br. Rządowy zakaz wstępu na konferencje prasowe, czy posiedzenia sztabów kryzysowych, stanowił zagrożenie dla osób żyjących na terenach dotkniętych tą klęską żywiołową.

Działania ograniczające równy dostęp do informacji dla wszystkich polskich mediów są cenzurowaniem przekazów dziennikarskich istotnych dla wolności słowa w Polsce.

Uchwała nr 4

Zjazd Delegatów SDP zwraca się do międzynarodowych federacji dziennikarskich z prośbą o pomoc w wyjaśnieniu okoliczności śmierci ukraińskiej dziennikarki Wiktorii Roszczyny, która była wzięta do niewoli, jako jeniec wojenny. W czasie konwojowania jej przez Rosjan z Taganrogu do Moskwy nastąpił tajemniczy zgon dziennikarki. Wiktoria Roszczyna była przewidywana do wymiany jeńców wojennych.

Uchwała nr 5

Uchwała Zjazdu delegatów SDP w obronie dziennikarzy

 Zjazd Delegatów SDP z najwyższym zaniepokojeniem obserwuje rosnącą w Polsce liczbę procesów przeciwko dziennikarzom i mediom, w tym dziennikarzom i mediom konserwatywnym i katolickim. Procesy te stają się w Polsce skutecznym narzędziem tłumienia debaty publicznej. Wykorzystywane są zarówno przez władze, jak i przez korporacje. Pozwy te i akty oskarżenia trafiają do sądów zarówno cywilnych, jak i karnych. Ich celem nie jest wyjaśnienie danej sprawy i dążenie do prawdy, ale uprzykrzenie życia dziennikarzom poprzez uwikłanie ich w długą, kosztowną i skomplikowaną procedurę prawną. Celem tego działania jest wywołanie tzw. efektu mrożącego, czyli zniechęcenie dziennikarzy do zajmowania się trudnymi sprawami społecznymi, także tymi które wywołują spory i kontrowersje.

Jest to nie do pogodzenia z funkcjami, jakie w państwie prawa powinny pełnić wolne media.  Przyczynia się to do niszczenia wolnej debaty, godząc w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa. Apelujemy do rządzących i osób odpowiedzialnych za ład medialny oraz do wymiaru sprawiedliwości w Polsce o podjęcie działań zmierzających do zapobieżenia tym szkodliwym praktykom.

 

GALERIA ZDJĘĆ ZE ZJAZDU TUTAJ.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Groźby pani Kingi

Co sprytniejsi manipulatorzy, szczególnie ci, którzy dziś rządzą, dawno odkryli, że w Polsce ludzie łatwo się oburzają nie na to, co trzeba. Sprawa telefonu Kingi Gajewskiej do Tomasza Krzyżaka jest świetnym przykładem.

Właściwie to z reakcji medialnych można by stworzyć show pod tytułem „jak ona przeklina”. „To nie przystoi politykowi przeklinać w rozmowie z dziennikarzem”, „cóż za rynsztokowe słownictwo”, „co za kultura” – to ton wiodących komentarzy. Problem jednak zupełnie nie leży w przeklinaniu. Właściwie to samo przeklinanie mógłbym śmiało pani Kindze przebaczyć. Sam nie jestem święty. Któż czasem sobie nie przeklnie, a sytuacja sprawia, że dama może być wzburzona. Problem leży zupełnie gdzie indziej i dopełnia kryminalną epopeję państwa Myrchów. Można by rzec, że jest wisienką na torcie i iluż ekspertyz by nie wydano, ileż profesorowie Chmajowie i inni klienci ekipy Tuska opinii robiących dziś za konstytucję, by nie popełnili, to mamy do czynienia z kolejnym przestępstwem, domniemanym dodam, bo za czasów demokracji walczącej człowiek się musi zabezpieczać.

Otóż do Tomasza Krzyżaka nie zadzwoniła szefowa kuchni ze stołówki, że zginął widelec, nie zadzwonił sąsiad, że śmieci nie segreguje, a zadzwoniła ważna, znana polityk reprezentująca rządzącą ekipę. Nie dość tego pani Gajewska jest żoną urzędującego wiceministra sprawiedliwości. Mówiąc krótko, jest to małżeństwo polityków związanych z władzą ustawodawczą i wykonawczą, nie dość tego, z tym elementem władzy wykonawczej, który jest odpowiedzialny za działania aparatu ścigania. Gajewska nie zaproponowała, że chce Krzyżakowi coś wyjaśnić bo on się myli. Nie zaproponowała spotkania, choćby i przerywała nieładnymi słowami, bo tak jej się zdarza – w takim, nazwijmy to, obajtkowym stylu.

Gajewska do Krzyżaka zadzwoniła sztorcując go za krytyczną wobec siebie i swojego męża postawę, starając się wpłynąć na jej zmianę. Życzenia, by spotkało go to co ją z żony wiceministra sprawiedliwości brzmią bardzo konkretnie. Wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby takie telefony za czasów rządów PiS do dziennikarzy „Rzeczpospolitej” zaczęła wykonywać Patrycja Kotecka. Mielibyśmy protesty Reporterów bez Granic, interpelacje w Parlamencie Europejskim i zaniepokojenie Departamentu Stanu? Może nie aż tak, ale dym byłby konkretny.

Reasumując. King Gajewska moim zdaniem popełniła przestępstwo. Co prawda nie z Prawa karnego, ale Prawa prasowego, nie jestem pewien czy doktor Myrcha wie o tym, że na jego podstawie także można zostać skazanym. Prawo prasowe zawiera artykuł (44) o utrudnianiu krytyki prasowej, gdzie karą jest grzywna albo ograniczenie wolności. Niestety dla małżeństwa tygodnia to raczej nie ten artykuł. Albo nie tylko ten. Bo artykuł 43. mówi o groźbie bezprawnej. Czy życzenie ze strony polityk ekipy rządzącej, znajomej lidera formacji i żony wiceministra sprawiedliwości, by coś „pana spotkało”, jest mało zawoalowaną groźbą czy nie? Jak Państwo uważacie? Jeśli tak, to jest to właśnie groźba bezprawna. Jak się nie zamkniesz to cię coś spotka, a mamy możliwości.

Oczywiście dziś pani Kingi żaden sąd nie skaże, a już na pewno nie w sposób poważny. Ale dziś nie trwa wiecznie. I oby w Polsce nie trwało.