Poznaliśmy laureatów XXI edycji konkursu im. Władysława Grabskiego dla dziennikarzy ekonomicznych

Narodowy Bank Polski rozstrzygnął XXI edycję konkursu im. Władysława Grabskiego dla dziennikarzy ekonomicznych. W tegorocznej edycji kapituła przyznała nagrody w pięciu kategoriach, dwa wyróżnienia oraz nagrodę główną „Dziennikarz Ekonomiczny 2023 roku”

Laureaci konkursu zostali docenieni za wyjaśnianie skomplikowanych zagadnień gospodarczych i ekonomicznych w przystępny i zrozumiały sposób.

Dziennikarzem Ekonomicznym 2023 roku został Stanisław Koczot, redaktor „Gazety Bankowej”. Kapituła konkursu wyróżniła go za „całokształt pracy dziennikarskiej, doskonały warsztat dziennikarski oraz wiedzę merytoryczną”.

Poniżej pozostali laureaci XXI edycji Konkursu im. Władysława Grabskiego.

Nagrody

Kategoria Finanse osobiste i edukacja ekonomiczna: Piotr Tomczyk oraz Roman Wawrzyniak, Radio Poznań, nagroda za audycję „Co tam, Panie, w ekonomii? – Obniżka stóp procentowych NBP – decyzja ekonomiczna czy polityczna?”.

Kategoria Felieton: Gabriel Chrostowski, „Obserwator Gospodarczy”, nagroda za artykuł „Polska bankrutuje? Nie i nie zamierza!”.

Kategoria Analiza: Małgorzata Dygas, „Gazeta Bankowa”, nagroda za artykuł „Co dwie inteligencje, to nie jedna”.

Kategoria Wywiad: Artur Kiełbasiński, „Polska Cafe”, nagroda za materiał „Inwestycja, która zmieni Polskę.

Kategoria Problematyka regionalna: Arkadiusz Rogowski, „Nowiny”, nagroda za artykuł „Via Carpatia – dla PO projekt polityczny, dla PiS projekt geopolityczny”.

Wyróżnienia

Kategoria Finanse osobiste i edukacja ekonomiczna: Daria Kazuła-Pietraszak, TVP 3 Bydgoszcz, wyróżnienie za cykl programów „Młoda praca”.

Kategoria Felieton: Agata Chyłka-Wnuk, TVP 3 Bydgoszcz, wyróżnienie za materiał „Najdroższe okna w Polsce”.

NBP poinformował, że w tym roku kapituła konkursu nie przyznała nagrody oraz tytułu „Redakcja 2023 roku” za pracę zespołową ze względu na mało satysfakcjonujący poziom zgłoszonych materiałów. Nie przyznano także nagrody w kategorii konkursowej „Polityka pieniężna i stabilność finansowa”.

opr. jka, źródło: NBP

 

Jarosław Kurski rezygnuje z funkcji pierwszego wicenaczelnego „Gazety Wyborczej”

Postanowiłem, że 31 grudnia 2023 r. przekażę funkcję pierwszego zastępcy redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” jednemu z moich zastępców – poinformował Jarosław Kurski w serwisie wyborcza.pl.

Jako powód swoje decyzji Kurski podał m.in. potrzebę zmiany pokoleniowej w GW.

„Jesteśmy świadkami ważnej generacyjnej rewolucji. Na rynek pracy, w życie publiczne wkracza pokolenie, które dorastało już w świecie cyfrowym. Gdy 32 lata temu zaczynałem pracę w ‘Wyborczej’, nikt nie słyszał o internecie, a rytm pracy wyznaczał deadline dla danego numeru. Dziś ‘Wyborcza’ to serwis aktualizowany przez całą dobę siedem dni w tygodniu, a przyszłość naszego modelu biznesowego to głównie abonament cyfrowy. W czasach internetu zdominowanego przez globalne korporacje, mediów społecznościowych, sztucznej inteligencji; w czasie wyzwań technologicznych, zagrożenia propagandą i fałszywymi informacjami oraz komercjalizacją przekazu jak nigdy prawdziwe są słowa: ‘kto nie maszeruje, ten ginie’, czyli kto się nie rozwija  – przegrywa” -napisał Kurski.

Przypomniał, że „Gazetę Wyborczą” czeka niebawem wydzielenie, nadal będzie własnością Agory, ale jako jej spółka-córka.

Jarosław Kurski zamierza poświęcić się pisaniu.  „Z racji pewnego doświadczenia chciałbym to robić w ‘Wyborczej’ jako senior editor” – zaznaczył.

opr. jka, źródło: wyborcza.pl

 

 

 

94 dziennikarzy i pracowników mediów zginęło w 2023 r. 393 uwięzionych

94 dziennikarzy i pracowników mediów, w tym 9 kobiet, poniosło śmierć w 2023 roku. Najwięcej zginęło podczas konfliktu w Strefie Gazy – podała Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy (IFJ).

IFJ opublikowała dane o zabitych dziennikarzach przed Międzynarodowym Dniem Praw Człowieka obchodzonym 10 grudnia. Organizacja chce, aby społeczność międzynarodowa podjęła znacznie większe działania, w celu ochrony życia dziennikarzy i pociągnięcia sprawców do odpowiedzialności.

Najwięcej, bo aż 68 dziennikarzy zginęło podczas, rozpoczętego 7 października atakiem Hamasu, konfliktu w Strefie Gazy. IFJ podkreśla, że wojna ta jest najbardziej śmiercionośna dla ludzi mediów od 1990 roku – od czasu gdy organizacja zaczęła rejestrować śmierć dziennikarzy. Wśród ofiar najwięcej było palestyńskich dziennikarzy.

W innych miejscach na Bliskim Wschodzie IFJ odnotowała śmierć trzech pracowników mediów w Syrii.

W Europie krajem niebezpiecznym dla dziennikarzy pozostaje Ukraina. W tym roku zginęło tam trzech dziennikarzy i pracowników mediów – Ukrainiec, Rosjanin i Francuz.

W regionie Azji i Pacyfiku, dwóch dziennikarzy zostało zamordowanych w Afganistanie, tyle samo na Filipinach, po jednym w Indiach, Chinach i Bangladeszu.

IFJ odnotowała spadek liczby zabitych dziennikarzy w Amerykach Północnej i Południowej. W 2022 r. zginęło w tym regionie aż 29 dziennikarzy, a w 2023 r. siedmiu. Trzech Meksykanów, jeden Paragwajczyk, jeden Gwatemalczyk, jeden Kolumbijczyk i jeden Amerykanin zginęło podczas prowadzenia śledztw w sprawie grup zbrojnych lub defraudacji funduszy publicznych.

W Afryce, przypomina IFJ, doszło do czterech szokujących morderstw dziennikarzy. Dwa wydarzyły się w Kamerunie, a po jednym w Sudanie i Lesotho.

„W 2023 r. 94 dziennikarzy straciło życie. IFJ żąda pilnych działań na skalę światową, aby powstrzymać rozlew krwi. Gwałtowny wzrost liczby ofiar śmiertelnych, zwłaszcza w Gazie, wymaga natychmiastowej uwagi. IFJ nalega, aby stosowane było prawo międzynarodowe, w szczególności w wojnie w Gazie, gdzie dziennikarze stali się celem izraelskiej armii” – podkreśliła prezydent IFJ Dominique Pradalié. Dodała, że konieczne jest wprowadzenie nowych światowych standardów ochrony dziennikarzy i skutecznego międzynarodowego egzekwowanie prawa.

IFJ podała również, że w 2023 roku w więzieniach przebywało 393 dziennikarzy i pracowników mediów.  Na czele tej listy znajdują się Chiny i Hongkong (80 dziennikarzy za kratkami), za nimi plasują się Birma (54), Turcja (41), Rosja i okupowany Krym (40), Białoruś (35), Egipt (23), Wietnam (18), Arabia Saudyjska (11), Indie (10) i Syria (9).

opr. jka, źródło: ifj.org

 

 

Zbrodnia na zbrodni. STEFAN TRUSZCZYŃSKI wraca do sprawy filmu o Annie Walentynowicz

Film Jerzego Zalewskiego o Annie Walentynowicz musi być pokazany w TVP w godnym czasie, zapowiedziany, a także uzupełniony omówieniem studyjnym po projekcji.

Służbowi żałobnicy w czerń przywdziani lubią swoją rolę. A jeszcze bardziej kamery, które filmują ich w czasie uroczystości.  Aż dziw przeto, że ważni i dostojni nie upominają się o głowę narodowej bohaterki jaką niewątpliwie jest jedna z najdzielniejszych polskich kobiet – Anna Walentynowicz. Spoczywa w grobie cmentarza gdańskiego. Zwłoki zostały pohańbione. Są tam tylko poszarpane szczątki. Nie ma głowy. Gdy w Moskwie okazywano ciało matki synowi było nienaruszone. Gdy dokonano ekshumacji w Gdańsku odkryto dokonanie powtórnej zbrodni wobec zwłok pani Walentynowicz – zbrodni zbezczeszczenia.

Tak być nie może, tak pozostawić sprawy nie wolno. Ale mijają miesiące, a nawet już lata – a tak jest! Reżyser Jerzy Zalewski zrobił film dokumentalny  o życiu Anny Walentynowicz, o jej pracy, śmierci. Ważną, nieznaną powszechnie sekwencją jest właśnie zbrodnia moskiewska po zbrodni smoleńskiej. Telewizja Polska odmawia emisji filmu.

Jakiś tajemniczy areopag zablokował pokazanie tego niezwykle ważnego dokumentu szerokiej publiczności. Orzeczono że film jest o pół godziny za długi, że nie trzyma standardów.

Te pół godziny Telewizja Polska musi mieć na przykład na wylewające się nieustannie z ekranu teleturnieje, na poszukiwanie małoletnich talentów przez zachwyconych gwiazdorów rozrywki, na zgadywanki, na sztampę kręcenia kołem i familiadami. Jest fajnie. Młodo i wesoło. Dużo jednak gorzej jest z zapamiętywaniem – szczególnie jeśli chodzi o wiedzę o literaturze. No, ale tak to już jest przy biernym gapieniu się w lufcik.

Film Zalewskiego o niezwykłym życiu niezwykłej kobiety to prawdziwa lekcja najnowszej historii Polski.

Krótkoterminowo ważni i często bardzo nadęci drepczą w korowodach i dużo mówią. Najczęściej to, co już wszyscy wiemy. Oni jednak mówią, przemawiają, bo myślą ze wtedy są lepsi, ważniejsi, że z chwały bohatera i na nich coś spływa.

Film Jerzego Zalewskiego jest o Annie „Solidarność”, którą wraz z innymi najlepszymi współcześnie naszymi współobywateli zamordowali ruscy zbrodniarze. Ci sami, którzy mordują nadal, a wielu ważnych wpływowych to ignoruje. Film Zalewskiego musi być pokazany w TVP w godnym czasie, zapowiedziany, a także uzupełniony omówieniem studyjnym po projekcji.  To żadna łaska dysponentów czasem antenowym  Woronicza. Zróbcie to póki jeszcze możecie.  Groźny walec tuskowo-hołownianej demokracji toczy się. Zglajszachtuje i wyrówna. Będzie jeszcze więcej rozrywki, zgadywanek i bełkotu.

Panta rhei. Zwycięzcy zawsze się cieszą. A potem przychodzi im do głowy by się zemścić. Złudne nadzieje, że zamażą w ten sposób hańbę własnych przekrętów i nierozliczonych zbrodni. Tak się nigdy nie stanie. Bo takiej zbrodni jak katyńska i smoleńska w naszej historii nie było. Prawda o Katyniu długo czekała. Prawda o Smoleńsku ciągle czeka. Był raport filmowy Antoniego Macierewicza, był dokument Ewy Stankiewicz i jest, czeka ciągle na emisję film dokumentalny Jerzego Zalewskiego o Annie Walentynowicz.

Mali, tchórzliwi ludzie zważcie, że władzę – wszelką – dostaje się na czas określony. Prywatne media podlegają właścicielom. Oni robią co chcą, choć tez powinni podlegać ocenie. Telewizja Polska zawsze była od kogoś zależna. Czasem nawet bardzo, czasem trochę mniej. Chodzi o to, by ta zależność nie była bezczelna, autorytarna, a w efekcie głupia i samobójcza. Można takiej zależności uniknąć, a przynajmniej się starać. Oczywiście brutalną polityczną łapą tego się nie zrobi. Są jednak w Polsce uczciwi, mądrzy ludzie. Trzeba ich znaleźć. O przegranej bitwie mądry wódz nie rozpamiętuje klęski. Szykuje się do boju następnego. Racje trzeba udowodnić czynem. Oczywiście trzeba wierzyć i to głęboko, bo inaczej po co to wszystko było. Po co?

 

Radio Wnet szuka patronów

Pod hasłem „Wolność słuchania wymaga wspierania!” Radio Wnet, za pośrednictwem serwisu Patronite, szuka osób, które pomogą współtworzyć tę rozgłośnię.  

„Radio Wnet narodziło się 14 lat temu z idei, idei wolności mediów. Było pierwszym radiem internetowym w Polsce. Po 14 latach licznych zmagań, ale i wielu sukcesów mogą nas Państwo słuchać nie tylko w internecie, ale i w ośmiu miastach na FM-ie. Radio Wnet to też sieć studiów zagranicznych: w Wilnie, Lwowie, Tajpej, Londynie, Arizonie czy Bejrucie” – możemy przeczytać na stronie internetowej Radia Wnet.

Aby móc dalej działać i rozwijać się rozgłośnia prosi słuchaczy o wsparcie.

„Miesięczne utrzymanie radia wynosi 450 tys. złotych. Oznacza to, że potrzebujemy wsparcia 22 500 słuchaczy, które w wymiarze jednostkowym pozostanie wsparciem symbolicznym, bo wynoszącym przy najniższym progu wsparcia 20 zł miesięcznie. Natomiast w wymiarze masowym, pozwoli nam dalej realizować naszą ideę” – informuje Radio Wnet.

Patroni rozgłośni mogą liczyć na dostęp do specjalnych materiałów i różnych przywilejów. Do tej pory na wspieranie Radia Wnet zdecydowało się już ponad 1100 osób.

Więcej informacji TUTAJ.

opr. jka, źródło: wnet.fm

 

H. BEKRYCHT: O jednym takim, co dziennikarstwo ma w… „we krwi”, czyli atak na Skowrońskiego, Wnet i SDP

Jest taki portal Wirtualne Media. Jest i nic poza tym. Jego niektórzy autorzy są zupełnie wirtualni, tzn. oderwani od rzeczywistości i podatni na manipulacje oraz fałszerstwa. Bo wiele błędów, niedopowiedzeń, manipulacji drugiego stopnia (czyli powtórzeń cudzych manipulacji) jest w tym portalu. Moim zdaniem portalu medialnym tylko z nazwy. Roi się od bzdur nawet tylko w jednym artykule Jacka Kowalskiego „Przypadek Skowrońskiego: radio i polityka we krwi”. Robi to wrażenie, jakby autor brał udział w nagonce politycznej. Kowalski pisze o sobie, że „dziennikarstwo ma we krwi”. Co miał we krwi Kowalski, aby pisać tak grube bzdury, nie wiem, ale nie było to z pewnością dziennikarstwo.

Megalomania niektórych autorów WM nie jest zbyt eksponowana, bo tak dziwnie nie epatują swoimi nazwiskami w owych sensacjach i paszkwilach na innych dziennikarzy. Wyglądają owe „rewelacje” na pisane albo z uwielbieniem dla zwycięzców październikowych wyborów albo na ich „zamówienie” polityczne, czyli tak, aby skompromitować krytyków KO, TD i NL. We wspomnianym artykule, który jest po prostu brutalnym atakiem na prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, szefa Radia Wnet Krzysztofa Skowrońskiego i na SDP oraz Wnet, po seryjnych napadach w artykule Jacek Kowalski podpisuje się skromnie pod nim – jak mówią młodsi – „na samum końcu Internetu”, czyli już pod zachętą do czytania innych artykułów i logotypami sieciowych odnośników. Dlatego, tak jak WM umieścił w zbitce faktów i bzdur na temat Skowrońskiego jego zdjęcie, tak sdp.pl publikuje fotografię Jacka Kowalskiego, aby wszyscy mogli poznać człowieka, który pisze androny o prezesie SDP i miesza je z politycznym sosem. Taka sława po prostu należy się każdemu, kto odkrywa medialną Amerykę.

Kowalski: dziennikarstwo mam we krwi…

Tak pisze o sobie w nocie biograficznej autor artykułu o Skowrońskim. A na początek „petarda” Kowalskiego: „Przypadek Krzysztofa Skowrońskiego to przypadek osoby, w której żyłach płynie tyle samo miłości radia, co do polityki”. Jak dla mnie, za dużo krwi i krwiożerczości w publicystyce Kowalskiego. Takie „zarzuty” można przedstawić każdemu dziennikarzowi, który robi relacje z parlamentu czy jakiegoś ministerstwa.

Najpierw, jak w opisie każdej służby, nie jest ważne, czy tajnej, czy jawnej, następuje opis kariery Skowrońskiego, gdzie sporo pochwał wymieszano smakowicie z przypuszczeniami, niedopowiedzeniami, wtórnymi manipulacjami (drugiego stopnia) i faktami przedstawionymi „do połowy”.

Kowalski: przez niemal dekadę roku pracowałem w Agorze…

Ależ zaskoczenie w informacji o autorze pisanej przez samego autora. Prawda, że niesłychane zdziwienie? To tam pewnie pobierał nauki w pisaniu artykułów o kimś (K. Skowroński), z kim na temat wielu faktów i mitów nawet nie rozmawiał a przynajmniej nie o zawartości materiału „Przypadek Skowrońskiego…”.

Kowalski: nawiązałem romans z mediami elektronicznymi

Kochliwy ten autor. To jednak sprawa Kowalskiego. Skoro jednak ma związek z elektroniczną częścią mediów, to – moim zdaniem – autor paszkwilu na Skowrońskiego, Radio Wnet i SDP, pojęcie o radiu ma niewielkie, zbudowane pewnie na tym, że ma w domu radio.

Kowalski pisze, że w Radiu Wnet  nie ma miejsca dla osób czekających na wytyczne. Tak, jako słuchacz, potwierdzam – w przeciwieństwie do niektórych mediów elektronicznych zajmujących się mediami w Radiu Wnet nie ma miejsca na wytyczne.

I farmazon Kowalskiego kandydujący do nagrody – „dziennikarska bzdura roku”, chociaż nie, nie dziennikarska – plotkarska. „Skowroński – radiowiec i Skowroński – nieodwoływalny szef mocno ideowego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, to jakby dwie różne osoby” – napisał psychoanalityk Kowalski. Spotykam się z Krzysztofem dość często i podkreślam, że gdyby nie był dobrym dziennikarzem, nie zostałby prezesem SDP. Zatem, bzdura goni bzdurę.

Potem w artykule są insynuacje o niegospodarnym zarządzaniu SDP i politycznych wpływach, którym rzekomo podlega SDP i Radio Wnet. Proponuję, aby autor, zanim napisze te farmazony raz jeszcze, poznał dokumenty, pogadał z ludźmi „drugiej strony” sporu programowego w SDP i nade wszystko porozmawiał z bohaterem artykułu, bo określenie, że Jacek Kowalski „ma dziennikarstwo we krwi” spowoduje, że do redakcji WM będzie trzeba kupić urządzenie do badania stanu trzeźwości. Moralnej i intelektualnej.

Kowalski: dziennikarze to moi bracia w piórze, w mikrofonie, w kamerze

Oj,chyba nie. I nie chodzi mi tylko o tych, których Kowalski – jak szefa SDP i Radia Wnet –  atakuje żonglując powtórzonymi informacjami wbrew dziennikarskiemu warsztatowi. Bo taki autor, po tylu nieprecyzyjnych, plotkarskich informacjach, będzie miał opinię groteskowej niby dziennikarskiej „policji w policji” i nikt z nim gadać nie będzie chciał. Chyba, że związki zawodowe chcące odwołac szefa jakiegoś medium.

Kowalski pisze prawdę

W artykule, który – według entuzjastów powyborczej zemsty na konserwatywnych dziennikarzach – może skompromitować Skowrońskiego, Wnet i SDP,  jest jednak nieco prawdy. Kowalski, znowu powołując się na innych, opisuje jak Skowroński ciągle pali papierosy. To prawda.

Wybacz Krzysztofie, ale palisz za dużo i w ogóle powinieneś rzucić…

        Krajobraz po „zemście”

Zastanawiam się, o czym będą pisać redaktorzy Wirtualnych Mediów, jak już ich umiłowana potrójna koalicja miłości przejmie wszystkie media, z wyjątkiem tych konserwatywnych?

I nawet chciałem zwrócić się bezpośrednio do autora bzdur o Skowrońskim, Wnet i SDP, czyli do Jacka Kowalskiego, ale… nie warto.

 

Hubert Bekrycht,

red.nacz. sdp.pl,

3 grudnia 2023 r.

 

 

 

 

 

 

Redaktor golfista – STEFAN TRUSZCZYŃSKI wspomina Janusza Herburta-Hewella

Odszedł Janusz Herburt-Hewell. Dożył 78 lat. Było to ciekawe życie. Nawet bardzo. Szansę dały mu dobre geny, dobre wychowanie rodzinne, wrodzone zdolności. Wysoki wzrostem, wyróżniający się hollywoodzką urodą.

Urodził się w małej podlubelskiej miejscowości Pieńki Wozareckie, w inteligenckiej rodzinie. Dobry gust i maniery ukształtowała w nim ciotka, która poświęciła mu wiele uwagi.  Studiował prawo na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej i pracował jako asystent operatora w TVP Lublin. Uznał jednak, że Polska Ludowa da mu niewielkie szanse, więc z niej uciekł.

Wędrówkę po świecie zaczął od Niemiec Federalnych (wówczas). Imał się różnych prac i zawodów starając się dostać do mediów – prasa, radio, telewizja. Szybko się przebijał. Pomogło mu małżeństwo z niemiecką baronessą, a potem wejście w kręgi polonijne związane z Radiem Wolna Europa. W 1966 roku dostał etat w redakcji muzycznej RWE w Monachium. Tu wraz z hrabią Janem Tyszkiewiczem rozpoczął prowadzenie, jak się wkrótce okazało, bardzo popularnego programu słowno-muzycznego „Osiemnasta zero pięć”. Grali to co było najlepsze, najbardziej popularne. Mówili elegancko, ciekawie, z humorem i dobrą dykcją.

W latach 60–70. władza nie uganiała się już z ruchomymi antenami po ulicach chcąc łapać miłośników RWE. Tyszkiewicz – Hewell stali się idolami kilku pokoleń  – tych co wspominali i tych którzy marzyli dopiero o Zachodzie. Gdyby wówczas istniał Internet Janusz stałby się gwiazdą światową. Potrafił łatwo nawiązywać kontakty. Arbiter elegantiarum. Dykcja, sposób rozmowy ze słuchaczami, niski, męski głos zjednywały mu natychmiast sympatyków. Wypatrzył Janusza dyrektor RWE Jan Nowak-Jeziorański i popierał potem. Powędrował więc redaktor wraz ze swoim redaktorem naczelnym aż do Ameryki – dokładnie do Głosu Ameryki. Przepracował tam prawie ćwierć wieku wojażując z mikrofonem po świecie, obracając się wśród ludzi bogatych, ale także nadając relacje radiowe, reportaże z miejsc biedy, nędzy a nawet z miejsc konfliktów zbrojnych.

Pozyskał bogatego sponsora, też Polaka, który jako mały chłopczyk w czasie wojny uratował się z pożogi, a potem zrobił wielką karierę w USA handlując potężnymi samolotami pasażerskimi. Był to Henry de Kwiatkowski, który pamiętał skąd pochodził i odwiedził Polskę, kraj ojczysty, z liczną amerykańską rodziną w okresie karnawału Solidarności i podarował Warszawskim Wyścigom Konnym na Służewcu wspaniałego konia wyścigowego, araba, któremu nadano imię Wałęsy. (O ogierze szybko słuch zaginął …).

W Ameryce Janusz powtórnie się ożenił, tym razem z Argentynką Gracielą Brea, która urodziła mu troje dzieci: dwie córki i syna. Żołnierza Marines walczącego a potem szkolącego w Afganistanie, Iraku. Graciela była przez wiele kadencji nie tylko sekretarką ambasadorów argentyńskich w Waszyngtonie ale praktycznie najważniejszą tam osobą. Panią uroczą, świetną żoną a w dodatku bardzo się zaprzyjaźniła z Polską w czasie licznych przyjazdów do naszego Kraju.

Po roku 1989 przyjeżdżali tu po kilka razy w roku. Janusz nadal był czynnym dziennikarzem, nawet w 2008 roku zapisał się do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskim. Czyli został naszym bliskim kolegą. Nagrywał tu wywiady, reportaże, które emitowane były potem w różnych polonijnych stacjach.

Ale najważniejsza jego pasją stał się golf. Z wielkim zapałem stał się popularyzatorem tego sportu w Polsce. Mając koneksje światowe sprowadzał wybitnych golfistów i menadżerów. Konsultował budowę pól golfowych na Mazurach, w Juracie i pod Warszawą. Wydzierżawił nawet niewielkie pole na tzw. driving range w Wilanowie i tam przez prawie 30 lat prowadził naukę gry w golfa a także organizował zawody  krajowe i zagraniczne. Wielu aktorów i popularnych ludzi w Polsce tu przyjeżdżało. Odbywały się spotkania towarzyskie i sportowe. Janusz nagrał i popularyzował  zasady gry, organizował szkolenia. W środowisku golfistów cieszył się dużą popularnością i uznaniem. Janusz Herburt-Hewell był autorytetem. Był niezwykle kolorową postacią, lubianą i szanowaną. Zmarł na Florydzie 27 października 2023 roku.

Ponieważ był naszym kolegą-dziennikarzem, zawsze Polakiem a nawet gorącym patriotą, żegnamy go z wielkim żalem. Pozostanie w naszej pamięci.

 

SERHIJ KULIDA: Dokumenty Hitlera (FRAGMENT)

Zagadka fałszywych pamiętników Führera do dziś nie została rozwiązana.

25 kwietnia 1983 roku kierownictwo zachodnioniemieckiego magazynu „Stern” zaprosiło na konferencję prasową setki reporterów i dziesiątki ekip filmowych ze wszystkich mniej lub bardziej znaczących światowych mediów obiecując zaprezentować sensacyjne znalezisko.Kiedy w końcu wpuszczono na salę niecierpliwych dziennikarzy, którzy przez jakiś czas tłoczyli się na ulicy, wszyscy zobaczyli wiszące na ścianach błyszczące kartki przedstawiające kolejny numer magazynu.Krwistoczerwone litery na okładce zapowiadały publikację ekskluzywnego materiału: „Odkryto pamiętniki Hitlera”…

I wtedy do swoich kolegów wyszedł elegancki 51-letni reporter „Sterna” Gerd Heidemann – w czarnym eleganckim garniturze, niebieskiej koszuli i niebieskim krawacie z czerwonymi prążkami.

Ledwo powstrzymując uśmiech wyższości, poprawiając od czasu do czasu okulary w modnej rogowej oprawę, pokazał kilka oprawionych w skórę notatników ozdobionych czerwonymi wstążkami i woskowymi pieczęciami. Na każdym z nich wytłoczono gotyckie inicjały „A.H.”, które miały potwierdzać nazwisko autora zapisków – Adolfa Hitlera.

Zabierając głos redaktor naczelny „Sterna”, Peter Koch, ze smutkiem zauważył, że w związku z publikacją tych nieznanych wcześniej dokumentów „wiele kart niemieckiej historii trzeba będzie napisać na nowo”.Redaktor magazynu „FAZ Harpprecht” nie krył podziwu dla znaleziska: „Jeden z młodszych kolegów powiedział mi, że na łamach tego pamiętnika po raz pierwszy spotkał człowieka Adolfa Hitlera.Czyli zupełnie normalnego Niemca, takiego jak my, jednego z nas.Moja reakcja była inna.Czytając pamiętniki, ogarnął mnie zimny zachwyt.Zrozumiałem, że mam przed sobą dokument o niesłychanym znaczeniu dla historii świata”.

Tę euforię ogólnego podziwu dla wyjątkowego znaleziska niemal zepsuł angielski historyk David Irving, który zadał kilka „niestosownych” pytań dotyczących pamiętników, jednak szybko został wyrzucony z sali.

Ale tydzień później odwieczny konkurent „Sterna”, magazyn „Spiegel”, również wyraził wątpliwości co do autentyczności publikacji, pytając: „Pamiętniki Hitlera – znalezisko czy podróbka?” Po tym wybuchł  sensacyjny skandal…

Gwiazda „Sterna

Ambitny dziewiętnastoletni Gerd Heidemann dołączył do coraz bardziej popularnego magazynu w 1951 roku i wkrótce dał się poznać jako energiczny fotoreporter, jednak skłonny w imię sensacji do pewnych mistyfikacji.

„Wtedy bardzo się staraliśmy” – nie bez ironii wspominał po latach żądny przygód dziennikarz.

– „Pamiętam, że w całych Niemczech przetoczyła się fala samobójstw dzieci. Nasz wydawca Henry Nannen polecił mi zdobyć zdjęcie powieszonego dziecka. No cóż, poprosiłam młodszego brata, żeby stanął na stołku i zarzuciłam mu pętlę na szyję. Potem to zdjęcie zostało opublikowane.”

Z biegiem lat autorytet Heidemanna w tygodniku wzrósł, mówiąc w przenośni, do międzynarodowych szczytów.

Zostaje korespondentem wojennym „Sterna”, dokumentującym wszystkie mniej lub bardziej znaczące konflikty na planecie. Jednak „silnym hobby” popularnego fotoreportera był „Czarny Kontynent”. Obiektyw jego canona spokojnie rejestrował krew i śmierć, zniszczenie i ludzką rozpacz w Angoli, Gwinei i Mozambiku. Za serię fotoreportaży z wojny w Kongo Heidemann został nawet odznaczony medalem Worldpress w 1965 roku.

W poszukiwaniu „gorących” materiałów fotoreporter trafił do ogarniętej wojną Ugandy. I miał niesamowite szczęście. Korzystając z zamieszania, jakie panowało podczas szturmu na rezydencję Idi Amina, Heidemann wkradając się do biura obalonego dyktatora, ukradł stamtąd część jego archiwum i wywiózł do Niemiec Zachodnich. Wraz z dokumentami sprytny reporter chwycił rzeczy osobiste schwytanego w pośpiechu władcy Ugandy, a nawet jego… majtki. Prawdopodobnie Niemiec zamierzał sprzedać tę bieliznę jakiemuś miłośnikowi egzotycznych rarytasów. Ale śmierdząca bielizna pod każdym względem nie interesowała kolekcjonerów.

Stopniowo, oprócz swojej głównej pracy, która przynosiła satysfakcję moralną i co najważniejsze materialną, Gerd Heidemann, został wciągnięty w nową pasję – kolekcjonowanie. Zdobywaniu ciekawych przedmiotów sprzyjały częste zagraniczne wyjazdy służbowe, poza tym pozwalały mu one odkrywać talent prawdziwego detektywa. I tak na przykład odnoszący sukcesy pracownik „Sterna” znalazł w Meksyku ślady tajemniczego pisarza B. Travena.A potem opublikował cykl materiałów śledczych w sprawie hitlerowskich zbrodniarzy, którzy uciekli z leżących w gruzach Niemiec i ukrywali się przed wymiarem sprawiedliwości w różnych częściach świata,głównie w Ameryce Łacińskiej.Polowanie na byłych nazistów przyczyniło się do rozwoju osobliwej choroby u Gerda Heidemanna – „swędzenia kolekcjonerskiego”.  Odtąd głównym tematem jego hobby były akcesoria należące do Hitlera. Zrodziło się to po tym, jak podczas pobytu w Los Angeles kupił (za jedyne 350 dolarów!) osobistą odznakę partyjną Adolfa Hitlera, a następnie, już w Niemczech, odsprzedał ją aż za 20 tys. dolarów.Jednocześnie spotykał się i nawiązywał przyjacielskie kontakty w gronie weteranów III Rzeszy.W 1973 roku Gerd Heidemann był już coraz bardziej zanurzony w historii narodowego socjalizmu. Sprzedał swój dom w Hamburgu, aby kupić dawny jacht hitlerowskiego dowódcy Luftwaffe Hermanna Göringa „Karina II”.Gwiazda „Sterna” tak wyjaśniła swój nieco lekkomyślny czyn: „Myślałam, że zarobię na tym dużo pieniędzy: kupię, odrestauruję i sprzedam za znacznie wyższą cenę.Byłem wtedy rozwiedziony.Dzięki Bogu nie musiałem pytać żony.Inaczej co by się do cholery stało.Kupiłem więc jacht i popłynąłem nim do Hamburga”.

Od tego momentu statek stał się czymś w rodzaju klubu jachtowego, w którym spotykali się dawni naziści.

Zrelaksowani, oddawali się wspomnieniom minionej wojny. Rozmazując łzy na zwiotczałych policzkach i wspominając potęgę ojczyzny, wykrzykiwali „Heil Hitler” i drżącymi rękami podnosząc kieliszki sznapsa, wznosili niekończące się toasty za „naszego Führera”.

(…)

„Cieszę się, że dałem się oszukać…”

Pod koniec1979 roku Gerd Heidemann poznał, podobnego sobie, konesera artefaktów III Rzeszy Fritza Steifela. Po krótkim czasie, a mianowicie 6 stycznia 1980 r., data ta została wyraźnie utrwalona w pamięci zawodowej dziennikarza, nowy kolega pokazał mu 100-stronicowy skórzany notes pamiętnika partyjnego NSDAP z wytłoczonymi inicjałami „A.H.” na okładce. Otwierając go, Gerd Heidemann odkrył, że strony były do ​​połowy zapisane – na przemian ołówkiem i tuszem – drżącym pismem, a wpisy datowano na styczeń  – czerwiec 1935 roku.

„W tym roku widziałem Ewę tylko dwa razy” – czytał zdumiony reporter „Sterna” i nagle do Heidemanna dotarło: trzymał w rękach pamiętniki samego Adolfa Hitlera! To prawdziwa sensacja! Jeśli upubliczni to znalezisko, jego nazwisko przejdzie do historii!.. Ledwo się opanowawszy, Heidemann przewrócił stronę i nadal zapoznawał się ze styczniowymi rewelacjami Führera: „W większości przypadków musiałem odmówić wypełnienia obowiązków publicznych, ponieważ praca całkowicie mnie wyczerpała. Cierpię na bezsenność i brak apetytu.” Następnie pojawiły się notatki Hitlera z lutego 1935 roku: „Biorę dużo leków. Göringa także dokonuje swojej nadludzkiej pracy tylko dzięki narkotykom…”

Mimowolnie siadając na pobliskim krześle, Heidemann miał zamiar kontynuować czytanie, ale ten fascynujący proces został nagle przerwany przez Steifela:

– Dość, Herr Heidemann… Myślę, że jest pan przekonany, że ma pan w rękach prawdziwy pamiętnik naszego Führera.

– Skąd to masz?

– zamiast odpowiedzieć, dziennikarz zapytał zaintrygowany.

– Widzisz, przyjacielu, mam znajomego w Stuttgarcie.

Nazywa się profesor Konrad Fischer…

– A co on robi?

– Heidemann przerwał swojemu rozmówcy.

– Jaki jesteś niecierpliwy – Fritz Steifel uśmiechnął się szeroko i robiąc teatralną pauzę, zwięźle powiedział: – Więc prawie nic.

Prowadzi sklep sprzedający artefakty III Rzeszy…

Jednak doświadczony pracownik „Sterna” w dalszym ciągu zadawał pytania:

– Czy twój… Jak on ma na imię… Konrad ma inne podobne zeszyty?.

– Tak – odpowiedział kolega.

– I nie tylko notatki Hitlera, ale także jeden, niepublikowany tom „Mein Kampf”…

Słysząc to, Heidemann stracił wrodzony spokój, który już ledwo trzymał się na cienkiej nitce nerwów: – Przedstaw mnie mu… Błagam, Herr Steifel…

– OK – zgodził się i nowo poznani przyjaciele pożegnali się.

Dziennikarz bez wahania pospieszył do redakcji „Sterna”. Doświadczony korespondent dosłownie wtargnął do biura tygodnika i natychmiast opowiedział o sensacyjnym materiale. Jednak historia nadmiernie podekscytowanego Heidemanna nie zrobiła na jego przełożonym wrażenia. Wtedy fotoreporter natychmiast zwrócił się o wsparcie do Manfreda Fischera, dyrektora zarządzającego firmy, która była właścicielem magazynu.

– Świetna historia, Gerd!

– zawołał Fisher, usłyszawszy o znalezisku. – Bierzemy ją! Tak czy inaczej, zdobądź te cholerne pamiętniki! Daję ci carte blanche!

Wkrótce Gerd Heidemann pędził już ekspresówką z Hamburga do Stuttgartu…

Ku jego zaskoczeniu Konrad Fischer okazał się niskim, łysym mężczyzną.

Zapraszając gościa do środka, profesor poczęstował dziennikarza doskonałą brazylijską kawą, która jak zdradził właściciel przytulnej rezydencji mrugając potajemnie do Heidemanna, była mu nieustannie „przysyłana przez przyjaciół z SS”. Kiedy dziennikarz rozkoszował się aromatycznym napojem, pan Fischer wstając energicznie z miejsca zaprosił kolegę kolekcjonera do swego najświętszego miejsca. Wchodząc do obszernego gabinetu profesora Gerd Heidemann zastał tam, wybaczcie bluźnierstwo, prawdziwy ikonostas z różnymi wizerunkami Hitlera – obrazami, fotografiami, figurkami… Na półkach znajdowały się liczne nazistowskie nagrody, dokumenty, sztylety SS, stalowe hełmy z runami SS. A w oknach wystawiono manekiny ubrane w mundury Gestapo, Wehrmachtu i Luftwaffe. Zadziwiony taką obfitością, Gerd Heidemann zapytał Konrada Fischera, czy ma jakieś „rzeczy” na sprzedaż? Zadowolony z siebie profesor zaproponował, żeby najpierw kupił… stanik Ewy Braun. Nieco zaskoczony taką propozycją dziennikarz „Sterna” postanowił nie odmawiać. I co?.. Ma już majtki Idi Amina… Wyjątkowa kolekcja nabiera kształtów. Kiedy Heidemann chwycił przynętę, Fischer dał mu partyturę opery, rzekomo skomponowanej przez Führera w młodości. Po tym, jak transakcja zakończyła się sukcesem, właściciel rezydencji wypchanej nazistowskimi „antykami” wpadł w szał i zaproponował dziennikarzowi, jak subtelnie żartował, dokonanie zakupu „za pomocą konta w Hamburgu”. I zdjął trochę akwareli ze ściany. „Były to górskie pejzaże namalowane rzekomo przez Hitlera” – wspominał po latach Gerd Heidemann. – „Ja też je kupiłem od Konrada. Mój szef w ‘Stern’ powiedział mi: ‘Panie Heidemann, proszę być spokojnym, kiedy opublikujemy dzienniki, cena wszystkiego, co wiąże się z Hitlerem, natychmiast wzrośnie. Kupuj wszystko, łącznie ze zdjęciami – używamy ich do ilustracji.’ No to kupiłem…”

Tymczasem zadowolony z udanej transakcji Konrad Fischer zaprosił gościa do przypieczętowania znajomości.

„Przy butelce dobrego wina Konrad powiedział mi, że ma nieznane pamiętniki Hitlera” – powiedział Gerd Heidemann. – „Przewożono je rzekomo pod koniec wojny samolotem zestrzelonym nad Saksonią, przeszły przez wiele rąk zanim dotarły do jego krewnych, którzy przemycili je z NRD do Niemiec Zachodnich”.

Zaintrygowany tym, co usłyszał, dziennikarz odłożył niedokończony kieliszek szwedzkiego absolutu: – Panie Konradzie, czy mógłby pan opowiedzieć więcej o tej historii?

Niski mężczyzna, uśmiechając się do niektórych swoich myśli, wstał gwałtownie i udał się do sąsiedniego pokoju, szczelnie zamykając za sobą drzwi.

Dziesięć minut później, podczas których gość zdążył wypalić dwa papierosy ze zmiętej paczki Marlboro, w progu pojawił się Fischer, trzymając w dłoni notatnik z wytłoczonymi inicjałami „A.H”. Na pozór była to dokładna kopia pamiętnika, który Fritz Steifel pokazał Heidemannowi zaledwie kilka dni temu. Profesor usiadł, otworzył notatnik i przeczytał: – „Borman chce, żebym dał mu wszystkie moje dokumenty. Zamierza je spakować i wysłać.”

– I co to znaczy?

– zapytał pracownik Sterna, wiercąc się na krześle.

– Bo, mój niecierpliwy przyjacielu, ten zapis został wykonany przez Führera pod koniec kwietnia 45…

– Chciałem…

Konrad Fischer nie pozwolił hamburskiemu gościowi kontynuować:

– Faktem jest, że do tego czasu upadek Rzeszy stał się oczywisty nawet dla Hitlera” – profesor westchnął smutno.

– I wtedy Bormann i Goebbels stanowczo doradzili Führerowi, aby przetransportował tajne dokumenty i swoje osobiste archiwum w bezpieczniejsze miejsce – w Alpy Bawarskie…

– Do willi w Berchtesgaden – dopowiedział Heidemann.

– To absolutna racja, mój przenikliwy przyjacielu – Fisher uśmiechnął się.

– Zatem, jeśli pan pozwoli, będę kontynuował… Hitler zgodził się i jeszcze tej samej nocy dwa Junkersy-352 skierowały się do Salzburga, w pobliżu którego znajdowała się wysokogórska willa Führera. Jednak, jak ze smutkiem doniósł Hitlerowi jego osobisty pilot, generał porucznik lotnictwa Hans Baur, samolot z osobistym archiwum Führera rozbił się w pobliżu Drezna…

– Skąd znasz takie szczegóły? – fotoreporter „Sterna” z niedowierzaniem przerwał opowieść Konrada Fischera.

– Sam Baur mówił o tym.

W 1955 roku Sowieci zwolnili go z obozu na Syberii i przekazali naszym władzom…

– A co z pamiętnikami Hitlera?

Jak trafiły w wasze ręce?..

– Och, to absolutnie niesamowita historia – sięgając do stołu i nalewając sobie kieliszek wódki, profesor ponownie się roześmiał.

– Część tajnego ładunku, w tym notatki Hitlera, odkrył na miejscu katastrofy miejscowy chłop. Po namyśle ukrył znalezisko na lepsze czasy. A gdy czas mijał, słysząc, że tu, w Republice Federalnej, relikty Wielkiej Rzeszy cieszą się niesamowitą popularnością, postanowił sprzedać swoje kosztowności.

– Ale jak te dokumenty dotarły do ​​ciebie?

– Mój brat, choć może to wydawać się dziwne, weteran ruchu narodowo-socjalistycznego, został oficerem armii wschodnioniemieckiej, potwierdzając tym samym swój stopień, który piastował w Wehrmachcie.

Przyszedł więc do niego ten sam chłop, który znalazł rozbite Junkersy… To bardzo proste…

Konrad Fischer ponownie sięgnął po butelkę.

Ale w głowie wścibskiego dziennikarza zaczęły pojawiać się myśli: „Jeśli pamiętniki Hitlera naprawdę istnieją, to jest nadzieja, że ​​na podstawie jego własnych, odręcznych notatek zrozumie sens jego działań.”

– A ile takich zeszytów istnieje? – przerwał swoje myśli Heidemann.

– O ile wiem, dwadzieścia siedem – odpowiedział Fischer po namyśle i jakby przez przypadek zapytał: – Co „Stern” zamierza je przejąć?

– Zgłoszę sytuację moim przełożonym – odpowiedział niejasno dziennikarz. – Niech oni zdecydują…

 

AGNIESZKA LEGUCKA: Rosyjska „zasłona” dezinformacyjna wobec Ukrainy

Rosyjskie kampanie dezinformacyjne były podporządkowane potrzebie dyskredytacji Ukrainy i Ukraińców wobec trzech grup odbiorców: Zachodu, Globalnego Południa oraz rosyjskiego społeczeństwa.

Nie można powiedzieć, że nie przygotowywaliśmy się do wojny z Rosją. Kilka dni przed wybuchem pełnoskalowej rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie byłam w Donbasie, między innymi w „przyfrontowych” miastach – Siewierodonieck, Krematorsk i Słowiańsk. Od kilku miesięcy przy granicy z Ukrainą gromadziły się dziesiątki tysięcy rosyjskich żołnierzy. Jednak większość spotkanych osób, z którymi rozmawiałam było przekonanych, że jest to rosyjska wojna informacyjna, dzięki której uda się Rosji wywrzeć presję na rząd ukraiński lub na Zachód, aby Rosja mogła zrealizować swoje cele polityczne (np. zatrzymać rozszerzenie NATO na wschód). Mieszkańcy przekonywali mnie, że wojna kinetyczna trwa od 2014 r. w Donbasie, a z wojną psychologiczną i informacyjną Ukraińcy mierzą się od lat. Byli więc przyzwyczajeni do wojny informacyjnej, bo Ukraina była i jest nadal obiektem największych wysiłków dezinformacyjnych i propagandowych Kremla.

Na Zachodzie świadomość rosyjskiego zagrożenia przychodziła z opóźnieniem, ale w końcu zarówno w UE, jak i USA zidentyfikowano Rosję jako aktora prowadzącego wojnę informacyjną przeciwko Zachodowi. Przygotowywano się do „wojny hybrydowej” z Rosją (choć precyzyjniej jest mówić o „działaniach hybrydowych”). Jednak Mark Galleotii w książce pt Russian Political War: Moving Beyond Hybrid, Routledge, London and New York, wydanej w 2019 przekonywał, że zachodni analitycy i naukowcy nie rozumieją rosyjskiej wojny hybrydowej, bo kojarzą ją z atakiem (dez)informacyjnym, psychologicznym, zasadniczo – wielowymiarową, głównie ale przede wszystkim – pozamilitarną. Tymczasem, Rosjanie – zdaniem Galeottiego – stosują zasłonę dymną w postaci gibridnoj wojny, o której chętnie teoretyzują, ale w praktyce wydają pieniądze na dywizje, przezbrojenie i rakiety, a na uczelniach wojskowych szkolą się do stosowania środków wojskowych, a nie hybrydowych. Władimir Putin i jego otoczenie – twierdził Galeotti – wykorzystuje pojęcie hybrydowości na określenie znanej metody działania rosyjskich służb specjalnych tzw. maskirowki, czyli zaciemnienia obrazu rzeczywistości dla zmylenia przeciwnika. Galeotti powołuje się na opinię łotewskiego analityka Jānisa Bērziņša, który zauważył, że „słowo <hybrydowe> jest chwytliwe, ponieważ jest znakomitą mieszanką niczego”.

Przebudzenie na Zachodzie

Unia Europejska zaczęła podejmować wysiłki w celu zwalczania dezinformacji jeszcze w marcu 2015 roku, po aneksji Krymu przez Rosję rok wcześniej. Rada Europejska zaapelowała do Wysokiego Przedstawiciela ds. Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa o stworzenie planu działania dotyczącego strategicznej komunikacji w celu przeciwdziałania kampaniom dezinformacyjnym prowadzonym przez Rosję. W efekcie tego apelu, powołano grupę zadaniową w ramach Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych (ESDZ) nazwaną East StratCom. Grupa ta miała za zadanie monitorować, analizować i reagować na rosyjską propagandę i dezinformację. W ciągu następnych lat, w 2017 roku, utworzono dwie kolejne grupy zadaniowe StratCom: jedną dla południowego sąsiedztwa UE oraz drugą dla Bałkanów Zachodnich.

W 2018 roku Komisja Europejska, wraz z grupą ekspertów, opracowała dokument pt. „Zwalczanie dezinformacji w internecie: podejście europejskie”, w którym określiła zasady i cele walki z tym zagrożeniem. Głównym celem tego wysiłku było zwiększenie świadomości publicznej na temat dezinformacji. W 2018 roku Komisja opublikowała unijny plan działania przeciwko dezinformacji, który skupiał się na czterech priorytetowych obszarach działań: Zwiększanie zdolności instytucji UE do wykrywania, analizowania i ujawniania dezinformacji. Wzmocnienie skoordynowanej i wspólnej reakcji na dezinformację. Monitorowanie sektora prywatnego w celu zwalczania dezinformacji. Podnoszenie świadomości i zwiększanie odporności społecznej. Cały ten wysiłek miał na celu polepszenie demokracji oraz zabezpieczenie europejskich procesów wyborczych poprzez przeciwdziałanie wpływom dezinformacji i manipulacji.

Niemniej jednak, mimo dostrzeżonego zagrożenia ze strony dezinformacji rosyjskiej, UE napotykała na ograniczone zasoby, aby skutecznie przeciwdziałać temu problemowi. Początkowo grupa East StratCom składała się zaledwie z trzech osób i nie miała wydzielonego budżetu. Pomimo wykorzystywania przez Rosję aparatów dezinformacyjno-propagandowych w celu destabilizacji, ingerencji w procesy polityczne i atakowania demokratycznego systemu wartości w wielu państwach UE, brakowało jednomyślności i woli politycznej, by skutecznie temu przeciwdziałać. Niektórzy europejscy przywódcy obawiali się oskarżeń o cenzurę i łamanie wolności słowa przy próbach ograniczania działalności kanałów rosyjskiej propagandy. Brak wystarczającego przygotowania i odpowiedzi ze strony UE prowadził do tego, że w okresie od listopada 2016 r. do kwietnia 2019 r. rosyjskie ingerencje w procesy polityczne dotyczyły 16 z 20 wszystkich takich przypadków na świecie (miały miejsce m.in. w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech i Hiszpanii). Przyjęły one postać przede wszystkim kampanii dezinformacyjnych i cyberataków, m.in. włamań na strony internetowe i zmieniania ich treści, atakowania infrastruktury wyborczej czy wykradania i publikowania informacji (hack and leak) w celu manipulowania opinią publiczną. Dlatego Komisja Europejska podkreślała, że działania dezinformacyjne Federacji Rosyjskiej wyróżniały się systematycznością i długofalowością oraz imponującym zestawem narzędzi. W porównaniu z innymi państwami stosującymi dezinformację, takimi jak Chiny, Iran czy Korea Północna, Rosja wykazywała się wyjątkową determinacją w szerzeniu swoich wpływów.

Dezinformacja w trakcie wojny Rosji z Ukrainą

Od rozpoczęcia pełnoskalowej agresji Rosji w Ukrainie władzom rosyjskim nadal zależało, aby wpływać na debatę publiczną w państwach europejskich, m.in. szantażując Europejczyków użyciem broni jądrowej, wysokimi cenami energii, destabilizacją wynikającą z przedłużającego się konfliktu zbrojnego na Ukrainie (perspektywą masowej migracji, handlu bronią, wzrostu przestępczości). Celem tych działań była chęć skłonienia państw UE do osłabienia wsparcia dla Ukrainy, zasianie strachu wśród europejskich społeczeństw i elit politycznych, aby te następnie przekonały ukraińskie władze do ustępstw terytorialnych wobec Rosji. Towarzyszyły temu kampanie dezinformacyjne wymierzone w Zachód, oczerniające Ukrainę i budujące obraz Rosji jako państwa, który broni się przez „imperialnym ekspansjonizmem” USA, „zagrożeniem ze strony” NATO. Rosyjska propagadna i dezinformacja była skierowana na podważenie zasadności wprowadzania zachodnich sankcji, które rosyjskie władze chciałby ograniczyć i znieść. Dla przykładu w Niemczech trolle wykorzystywali nastroje społeczne związane z rosnącą inflacją i wzniecali dyskusje na temat sankcji, sugerując, że są one bardziej dotkliwe dla Zachodu niż dla Rosji. Prokremlowskie media przekonywały, że sankcje sprzyjają rozwojowi rosyjskiej gospodarki. Ostatnim celem rosyjskiej dezinformacji podczas konfliktu z Ukrainą jest podważanie obecnego porządku międzynarodowego i pokazywanie Rosji jako ofiary „zmowy” Zachodu, motywowanego Rusofobią.

Rosyjskie kampanie dezinformacyjne były podporządkowane potrzebie dyskredytacji Ukrainy i Ukraińców wobec trzech grup odbiorców: Zachodu, Globalnego Południa oraz rosyjskiego społeczeństwa. W retoryce rosyjskich władz i kremlowskich mediów z większą intensywnością prokremlowskie media i politycy zaczęły używać takich pojęć, jak „reżim kijowski”, „marionetki Waszyngtonu”, „faszyści” „banderowcy”, a przede wszystkim „naziści” i „neonaziści”, a nawet „sataniści”. Według badań EU East StratCom Task Force w rosyjskich prokremlowskich mediach między lutym a kwietniem 2022 r. nastąpił wzrost użycia słowa „naziści” o 290% i o ponad 500% – słowa „ludobójstwo”. Miało to z jednej strony zdehumanizować Ukraińców w oczach Rosjan, z drugiej – przekonać międzynarodową opinię publiczną, że Ukraina nie jest samodzielnym podmiotem, a jedynie instrumentem amerykańskich interesów w Europie wykorzystywanym przeciwko Rosji w międzynarodowej rywalizacji (do budowania na jej terytorium „anty-Rosji”). Ponadto propaganda rosyjska i władze FR insynuowały, że Amerykanie instalują na Ukrainie laboratoria biotechnologiczne i odpowiadają za rozsiewanie wirusów, co może zagrozić bezpieczeństwu międzynarodowemu. Treści takie Rosja przedstawiała na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ m.in. w marcu oraz październiku 2022 r.

Na podstawie kilkuletniej obserwacji rosyjskiej dezinformacji unijny zespół zadaniowy EU East StratCom Task Force opisał model wzorców oddziaływania informacyjno-psychologicznego, którego celem jest wpływanie na dyskusję na ważne tematy polityczno-społeczne w państwach demokratycznych i nazwał go mianem – „ZASŁONA” (od pierwszych liter). Została ona zastosowana przeciwko Ukrainie.

Zasłona jest wykorzystywana kontekście wojny w Ukrainie w sposób bezprecedensowy i jest to:

Zaprzeczenie, czyli poddanie w wątpliwość wszelkich dowodów na istnienie dezinformacji, które było wykorzystywane np. przy okazji podważania dowodów na zbrodnie popełnianie przez rosyjskich żołnierzy m.in. w Buczy i Irpieniu.

Aczemunizm technika odpowiadania na oskarżenie lub trudne pytanie poprzez postawienie kontroskarżenia lub podniesienie innej kwestii np. dotyczące porywania ukraińskich dzieci przez Rosję na terytoriach okupowanych odrzucając argumenty pytaniami „a czemu nie zajmujecie się żółtymi kamizelkami we Francji lub protestami powyborczymi w USA”.

Satyra, czyli użycie sarkazmu, aby umniejszyć przeciwnika np. rzeczniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Maria Zacharowa, wykorzystuje tę technikę jako podstawowy element swoich cotygodniowych przemówień. W dniach poprzedzających pełnoskalową inwazję wyśmiewała zachodnie informacje wywiadowcze wskazujące na konkretne daty jej rozpoczęcia, zaprzeczając jakimkolwiek przygotowaniom Rosji do wojny.

Łgarstwo polegający na ataku na oponentów za poglądy, których nigdy nie wyrazili np. nieuzasadnione i nieudowodnione przypisywanie osobom krytykującym  politykę Kremla sympatii faszystowskich/nazistowskich, oskarżanie o rusofobię lub bycie „agentem obcych służb specjalnych”.

Oskarżenie, czyli stosowanie zarzutów tak samo prowokacyjnych, jak bezpodstawnych np. formułowanie oskarżeń wobec państw zachodnich o przygotowanie prowokacji z użyciem broni biologicznej na Ukrainie lub tego, że na Ukrainie są biolaboratoria, w których USA prowadzą badania nad wirusami do zaatakowania Rosji.

Niuanse polegające na zalewaniu oponenta szczegółami i technikaliami np. w związku z zajęciem Zaporoskiej Elektrowni Atomowej w marcu 2022 r., kiedy Rosjanie przekonywali, że to Ukraińcy strzelali do elektrowni atomowej i podawali dużo argumentów za tym, aby uzasadnić swoje oskarżenia.

Atak. Charakteryzuje się tym, że używa się ostrego języka, aby zniechęcić oponenta (np. określanie przez kremlowskie media Ukraińców mianem „faszystów”, „banderowców”, „satanistów” a prezydenta Wołodymyra Zełeńskiego – mianem „narkomana”).

Rosja się wobec blokady informacyjnej w UE

Jednocześnie Rosja musiała się dostosować się do nowych ograniczeń w międzynarodowej przestrzeni informacyjnej. W marcu 2022 r. po zablokowaniu medium RT (dawnego Russia Today) na terytorium Unii Europejskiej propagandyści utworzyli na Telegramie specjalny kanał „Videos in different languages”, na którym umieszczano filmy dotyczące Ukrainy, co umożliwoało innym rozpowszechnianie fałszywych treści w innych mediach społecznościowych. Najczęściej udostępniano materiały na Twitterze (gdzie RT umieszczała swoje filmy w 17 językach), a także na Gettr, Gab oraz TruthSocial. Dzięki temu udawało się oczerniać stronę ukraińską za pośrednictwem kont rosyjskich ministerstw i ambasad. Największe zainteresowanie na Twitterze zyskała hiszpańskojęzyczna RT, która trafiała m.in. do społeczności latynoamerykańskiej. W kwietniu 2022 r. RT en Español była na Twitterze trzecią najczęściej udostępnianą stroną z hiszpańskojęzycznymi informacjami na temat inwazji Rosji na Ukrainę.

Z pierwszego raportu ESDZ poświęconego dezinformacji, manipulacjom i operacjom wpływu w UE z lutego 2023 r. wynikało, że Rosja przede wszystkim stara się stosować technikę aczemuizmu, niuansowaniu, atakowaniu (42% przypadków „rozpraszania uwagi” odbiorców europejskich), które były ukierunkowane m.in. na przypisywanie odpowiedzialności za wybuch wojny na Ukrainie państwom Zachodu. W 35% przypadków intencją rosyjskiej propagandy było „zniekształcanie obrazu” poprzez narzucanie własnej, niezgodnej z rzeczywistością, interpretacji przebiegu działań wojennych i przyczyn konfliktu. Manipulacje informacyjne często opierają się na fałszowaniu obrazu i materiałów video (np. deep fake z udziałem prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego).

Wnioski

Zachód nie zrozumiał na czas, że Rosja nie tylko prowadzi wojnę informacyjną, ale jest gotowa do wojny konwencjonalnej. Należy zgodzić się z Markiem Galeottim, że przygotowywaliśmy się do innej wojny z Rosją. To oczywiście nie oznacza, że w momencie pełnoskalowej agresji na Ukrainę władze rosyjskie zrezygnowały z działań hybrydowych, w tym dezinformacji. Rosja dostosowała się do zmienionej sytuacji związanej z blokadą niektórych jej mediów w UE, działa za pomocą pośredników i w pewnym sensie „zeszła do podziemia”. Konfrontacja z takim aktorem, jakim jest Rosja wymaga więc nie tylko przygotowania militarnego, ale także budowania odporności społecznej w odniesieniu do stosowanych metod przez autorytarny reżim Putinowski w sferze propagandowej i dezinformacyjnej.

Agnieszka Legucka

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Tajemnica krymskich krematoriów

Czy rosyjska armia, aby ukryć straty, spala ciała swoich żołnierzy w krematoriach w Sewastopolu i Symferopolu?

Sewastopolskie media piszą o tym, że mieszkańcy skarżą się na portalach społecznościowych na duszący dym z krematorium, które znajduje się na obrzeżach miasta.

„Z powodu smogu nie można w nocy otworzyć okien. W tej chwili działa krematorium, od którego zabudowa mieszkalna jest oddalona o 350 – 450 metrów” – czytamy  na kanale Mash na Telegramie

Dyrektor firmy „Econa”, która zarządza pracą krematorium, był zdziwiony skargami. Zapewnia, że ​​przedsiębiorstwo posiada wszystkie pozwolenia, a emisje nie przekraczają norm. Ponadto obiekt odwiedziła specjalna komisja, która nie stwierdziła żadnych uchybień. Ludzie jednak temu nie wierzą, twierdzą, że eksperci dokonali pomiarów w dzień, kiedy w krematorium nic nie było spalane. W oficjalnym komunikacie napisano, że firma Ekon ma obowiązek utylizować odpady medyczne, resztki tkanek po operacjach, przeterminowane leki oraz zwłoki zwierząt laboratoryjnych. Nie ujawniono, co tak naprawdę się tam spala. Podkreślono jedynie, że krematorium istniało od dawna. Trzeba jednak zauważyć, że przed wojną na Ukrainie, zarówno charakter pracy krematorium, jak i parametry emisji spalin były zupełnie inne. Zakład nie pracował stale, lecz okresowo, a dym nie przeszkadzał ludziom i nie budził żadnych podejrzeń.

Podobnie jest w Symferopolu. Jednym z pierwszych obiektów w mieście, który wybudowała Rosja po zajęciu Krymu, był SIZO nr 2 – nowy tymczasowy areszt dla więźniów, oprócz już istniejącego – a także krematorium we wsi Gwardyjski pod Symferopolem. A trzeba zaznaczyć, że na miejscowym cmentarzu krematorium istniało już do dawna, ale pracowało dość rzadko, bo spopielanie zmarłych nie było tutaj popularne. Skąd więc nagle wzięło się tyle zwłok, aby dwa krematoria miały pracować bez przerwy?

Okazuje się, że zagadkę można prosto rozwiązać. Jak podaje Radio Swoboda, armia rosyjska ukrywa rzeczywistą liczbę ofiar walk w obwodach zaporoskim i chersońskim i w tym celu tuż przy linii frontu rozmieściła kilka mobilnych krematoriów, gdzie pali zwłoki swoich żołnierzy. Poległych jest jednak tak dużo, że mobilne krematoria nie są w stanie sobie z tym poradzić, trzeba więc ciała wysyłać specjalnym transportem do krematoriów stacjonarnych w okolicach Symferopola i Sewastopola.

Według Jewgieniji Horyunowej, ekspertki Radia Swoboda: „Widzimy i czytamy na kanałach Telegramu, że Rosjanie rozmieścili te mobilne krematoria niedaleko linii frontu, niedaleko swoich pozycji. Co więcej, na Krymie, we wsi Czerwona Gwiazda niedaleko Gwardii, Rosjanie jeszcze przed inwazją na pełną skalę zbudowali także nowe krematorium, które dziś są używane do palenia rosyjskich żołnierzy. Aby nie pokazywać swoich wielkich strat”.

W innym materiale Radio Swoboda podaje, że wojsko rosyjskie np. w pobliżu Bachmutu i innych zaludnionych obszarów obwodu donieckiego, ponosi ciężkie straty, które stara się ukryć. I tak na przykład rosyjska 126. brygada stacjonująca na Krymie, ale walcząca pod Chersoniem, straciła większość swojego personelu – według niektórych danych ponad 75 proc.! – ale krewni ofiar nigdy nie otrzymali jasnych wyjaśnień, dokumentów dotyczących ich śmierci ani też ciał swoich bliskich.

W pobliżu Bachmutu, jak powiedział Radiu Swoboda, ukraiński rzecznik prasowy „rosyjscy okupanci stracili już więcej personelu niż podczas obu wojen czeczeńskich razem wziętych”. Oczywiste jest, że starają się ukryć te straty. „W tym celu” –  jak wyjaśnił rzecznik prasowy – „wywożą ciała swoich poległych żołnierzy na zaanektowany Krym, gdzie w obwodzie symferopolskim znajduje się krematorium…”

Podobnie wygląda sytuacja w okupowanym mieście Mariupol na wybrzeżu Morza Azowskiego. Zginęła tam duża liczba cywilów, a także wielu rosyjskich żołnierzy. Na obrzeżach miasta pojawiło się obecnie kilka dużych masowych grobów, ale i one nie pomieściły wszystkich ofiar wojny.

Jeden ze świadków powiedział korespondentowi Radia Swoboda, że „właściwie zginęła cała ludność cywilna miasta Mariupol, z tych, którzy nie zdążyli wyjechać. Myślę, że jest to liczba przerażająca. Będzie większa niż Hiroszima i Nagasaki w czasie bombardowań nuklearnych razem wzięte. Ogólnie jest to gdzieś, powiedzmy, co najmniej 100 tysięcy.” Ciała, dla których zabrakło miejsc w masowych grobach, zostały spalone w mobilnych krematoriach, albo wywiezione do Symferopola.

Prasa Sewastopola pisze, że miasto przeznaczyło już ziemię pod nowe krematorium. „Mówimy o specjalistycznym obiekcie, który powinien powstać na terenie obecnego składowiska odpadów komunalnych w Perszotravnewej Bałce. Obiekt będzie wykorzystywany do kremacji zwłok zwierząt, konfiskat weterynaryjnych i innych odpadów”. Według opublikowanych informacji budynek krematorium będzie parterowy, o powierzchni około 1500 metrów kwadratowych. Podpisano umowę na opracowanie dokumentacji projektowej z lokalną firmą. Klientem w ramach kontraktu o wartości ponad 8,8 miliona rubli. W 2024 roku to krematorium również powinno zacząć działać…