JULIUSZ SIKORSKI: Świat wg Kremla, czy mantry rosyjskiej propagandy i dezinformacji wojennej

Rosja swój arsenał walki informacyjnej rozbudowuje co najmniej od kilkunastu lat. Warto zauważyć, że do dezinformacyjnej machiny na stałe wprzęgła własną służbę dyplomatyczną oraz państwowe media, których przedstawiciele bez zażenowania podporządkowują upowszechniany przekaz oficjalnym cynicznym, kłamliwym i pełnych hipokryzji narracjom.

W bazie narracji dezinformacyjnych East Strat Com, zespołu zadaniowego Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych, unijnej służby dyplomatycznej, na koniec sierpnia 2023 było 15775 odnotowanych wprost fałszywych lub zmanipulowanych przekazów. Bazę zaczęto tworzyć pod koniec 2015 roku zaś jej powstanie wynikało z przekonania, iż oto europejska Wspólnota znalazła się w ogniu szkodliwych informacyjnych przekazów. Przekazów, których nadrzędne cele określają generowanie chaosu w społeczeństwach państw adresatów, ale także pomiędzy państwami adresatami. Wszak stara rzymska zasada divide et impera wciąż stanowić może skuteczne narzędzie walki z przeciwnikami, bo przecież skłóconymi społeczeństwami i ich rządami łatwiej rozgrywać własne interesy.

Owej bezradności wobec kłamliwych doniesień towarzyszyła także bezradność w obliczu hybrydowej agresji jednego państwa wobec innego niepodległego europejskiego bytu. Po bezprawnej aneksji Krymu, na kolejne bezprecedensowe ingerencje w wewnętrzne sprawy obcych państw, nie trzeba było długo czekać. I choć trudno jednoznacznie oszacować efektywność informacyjnej agresji wobec Wielkie Brytanii (referendum ws Brexit) i USA (wybory prezydenckie) w 2016, to badacze są zasadniczo zgodni, iż działania bezpośrednie i zlecone Federacji Rosyjskiej stanowiły naruszenie integralności demokratycznych procesów tych państw. Wszystko w imię swoiście pojmowanej odbudowy własnej mocarstwowości.

Te blisko 16 tys. dezinformacyjnych doniesień nie ilustruje w pełni problemu, ale gdy uświadomimy sobie, iż potencjał dotarcia z manipulacyjną narracją liczony być może w milionach, a nawet w setkach milionów, budzić powinno to w nas przerażenie.

Współczesna przestrzeń oddziaływania informacyjnego, tzw. infosfera, obejmuje całe spektrum obszarów i narzędzi komunikowania, ale to internet jest podstawowym źródłem informacji, a więc i główną przestrzenią dezinformacji. Dość powiedzieć, że przeciętny mieszkaniec naszej planety spędza na przeglądaniu jego zasobów średnio blisko 2,5 godziny dziennie, choć statystyczny Japończyk czyni to, rzec można, zaledwie około 50 minut dziennie, to już Nigeryjczyk, ponad 4 godziny dziennie spędza na przeglądaniu sieci. Co ciekawe to właśnie w Nigerii obawy związane z zagrożeniami wynikającymi z rozpowszechniania mylących informacji są największe, przekraczają 72% dorosłych użytkowników. Niewiele mniejsze obawy z tym związane towarzyszą Kenijczykom i mieszkańcom RPA. W zestawieniu, które obejmuje 47 państw świata, aż 24 z nich to kraje europejskie, ale co interesujące nie ma wśród nich Ukrainy, co zdaje się świadczyć, iż władze i społeczeństwo tego kraju odrobiło lekcję z dezinformacji. Średnio jednak już ponad połowa (53,9%) użytkowników internetu deklaruje takie obawy.

Obecnie niemal 65% populacji świata korzysta z Internetu, i aż niemal 60% z portali społecznościowych, które jak wynika z licznych już badań w czasie pandemii stały się dla wielu podstawowym źródłem informacji, dodajmy w dużym zakresie niezweryfikowanych. I choć wielkie platformy pod presją sukcesywnie choć najczęściej nieudolnie i zbyt mało efektywnie próbują ograniczać szerzoną za ich pośrednictwem dezinformacją, to dezinformatorzy znajdują nowe sposoby skutecznego przekazu, a to poprzez linki w postach, a to manipulując wynikami wyszukiwarek, a to poprzez źródła pośredniczące (proxy source), w tym także influenserów i  polityków mniej lub bardziej świadomie wpisujących się w narracje dezinformacyjne, a to przez doppelganger (tzw. strony sobowtóry), czy fikcyjny fact checking.

Ale nawet jeśli ktoś nie jest użytkownikiem internetu, to zapewne zna kogoś, kto doniesie mu sensacyjną wiadomość, choć niekoniecznie prawdziwą.

To wszystko sprawia, że żyjemy w świecie splątania informacyjnego, w którym nic nie jest pewne, poza tym, że nic nie jest pewne i że są tacy, którzy starają się to wykorzystywać do własnych niecnych celów. W wymiarze geopolitycznym przoduje w tym, w naszym regionie, oczywiście Rosja, ale nie powinniśmy zapominać o aktywności w tym zakresie takich państw, jak chociażby Chiny, Iran i Korea Północna.

Rosja swój arsenał walki informacyjnej rozbudowuje co najmniej od kilkunastu lat. Warto zauważyć jednak, iż do dezinformacyjnej machiny na stałe wprzęgła własną służbę dyplomatyczną oraz państwowe media, których przedstawiciele bez zażenowania podporządkowują upowszechniany przekaz oficjalnym cynicznym, kłamliwym i pełnych hipokryzji narracjom. Tzw. ekosystem rosyjskiej propagandy i dezinformacji jest oczywiście bardziej złożony, ale instrumentalizowanie instytucji publicznych, podmiotów przynajmniej z założenia zaufania społecznego, manipulujących odbiorcami, uznać należy za wyjątkowo haniebne, choć oczywiście nie jest ten problem obcy zachodnich demokracjom, te jednak generalnie podejmują wysiłki, by się tym nadużyciom przeciwstawiać. Gdy jednak w grę wchodzą wielkie ambicje, którym nie dorównuje potencjał lub umiejętność jego rozwoju, pojawia się mało wyszukane cwaniactwo, bezczelność i awanturnictwo, które w dobie informacyjnej musi zostać obudowane odpowiednim opisem. Nie od dziś w bowiem wiadomo, iż to jak postrzegamy świat ma realne konsekwencje w rzeczywistości.

Rozpad Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich i bloku wschodniego, a w konsekwencji utrata kontroli nad częścią dotychczasowej strefy wpływu, ostatecznie wykreowane w Rosji jako jej wielkie upokorzenie, legły u podstaw koncepcji odzyskania pozycji mocarstwowej, tj. należnego jej, jak się dość powszechnie uważa w Rosji, miejsca w świecie. Tęsknota ta wraz z kreacja Zachodu jako wyimaginowanego cywilizacyjnego zagrożenia dla własnej kultury stały się mantrą beneficjentów systemu stworzonego przez Putina i jego środowisko. Służy zresztą także utrzymaniu stworzonego reżimu. Za emanację owego niebezpieczeństwa uznano tam rozszerzanie struktur terytorialnych NATO oraz kolorowe rewolucje w Gruzji i Ukrainie wyrażające społeczne dążenia do demokratyzacji i westernizacji. W obu wspomnianych przypadkach Rosja uznając, iż staje w obliczu potencjalnego pogłębiania lub nawet trwałego uszczuplenia strefy własnych wpływów posunęła się do fizycznej agresji.

Jednak w przypadku agresji wobec Ukrainy, po doświadczeniach gruzińskich, znacznie większe znaczenie przypisano działaniom pozamilitarnym, które w ramach tzw. wojny hybrydowej dużą wagę przywiązują również do oddziaływania informacyjnego. Kierowane było ono niejako do kilku grup odbiorców, przede wszystkim na zewnętrz i do wewnątrz, ale istniała jeszcze trzecia grupa znajdująca się niejako po środku, na granicy oby stref. Tą granicę stanowiła Ukraina właśnie, której kulturowa bliskość oraz znaczna liczba (< 17%) zamieszkujących jej obszar etnicznych Rosjan sprawiały, iż stanowiła ona potencjalnie przynajmniej łatwiejszy cel.

Oczywiście to pewne uproszczenie nie oddaje złożoności sprawy. Pamiętać musimy o tym, iż technologie informacyjne pozwalają docierać do odbiorców różnorodnych doniesień, ci zaś najczęściej kierowani ograniczeniami własnej percepcji, wynikającymi chociażby z oszczędności poznawczej, wybierają spośród nich te, które utwierdzają ich w dotychczasowych przekonaniach, a te mogą być przecież odległe od fatycznego stanu rzeczy. Dość powiedzieć, że z prowadzonych na całym świecie badań wynika, iż około połowy populacji wierzy teorie spiskowe.

Rosyjskie kampanie informacyjne wobec Ukrainy mają już dość długą tradycję. Wiktora Janukowycza wspierano nie tylko w wygranych przez niego wyborach w 2010, ale także wcześniejszych, których obnażone manipulacje stały się katalizatorem społecznych protestów zwanych „pomarańczową rewolucją”. Jego przegrana i ucieczka z kolei sprowokowały Rosję do aneksji Krymu, najpierw, zaś kilkanaście tygodni później stymulowała proklamacje dwóch separatystycznych republik na wschodzie Ukrainy.

Jak wspomniano na wstępie europejska baza dezinformacyjna prowadzona przez East StratCom nie obejmuje okresu sprzed 2015. Zresztą ten rok, ale i kilka kolejnych lat, to okres rozbudowy potencjału zespołu, co oczywiście musiało mieć przełożenie na efektywność jego pracy. Przyjąć jednak możemy, iż w przededniu wyborów europejskich w 2019 były one wystarczająco dojrzałe, a doświadczenie brytyjskie i amerykańskie tylko to dojrzewanie przyspieszyły. Wielkie obawy o zachowanie ich integralności, a co za tym idzie i wysiłki podjęte by jej nie naruszono sprawiły, iż Rosji nie udało się istotnie wpłynąć na procesy demokratyczne w Unii. Dość powiedzieć, że we wspomnianej bazie dezinformacyjnej odnotowanych zostało nieco ponad 40 doniesień dezinformacyjnych. Jednak już rok później, nie tylko europejska Wspólnota, ale i cały świat stanął wobec totalnego wyzwania, także informacyjnego. Pandemia i towarzysząca jej infodemia, dezinformacyjnie podsycana przez Rosję, wyrażona jest w owej bazie ponad tysiącem doniesień, uwzględniających również podsycane kontrowersje wokół szczepionek. Bezprecedensowo przebijają je jednak narracje dezinformacyjne dotyczące wojny w Ukrainie. Na przestrzeni ośmiu ostatnich lat odnotowano tam blisko 2,5 tysiąca fałszywych bądź zmanipulowanych doniesień, z których niemal połowa wygenerowana została na przestrzeni minionego i obecnego roku. Jednak ogółem narracji dezinformacyjnych na temat samej tylko Ukrainy w bazie jest ponad 5 tys.

Musimy mieć jednak świadomość, iż w tej mnogiej liczbie doniesień rezonuje zaledwie kilka metanarracji, których różnorodne odsłony mają zakorzeniać się w świadomości odbiorców coraz głębiej. I nawet jeśli pojawiają się w nich nowe quasifakty, to i tak ich rola sprowadza się najczęściej do potwierdzania już wprowadzonych i funkcjonujących w przestrzeni informacyjnej kłamliwych bądź mylących tez lub takich którym nadrzędnym zadaniem jest odciągnięcie uwagi od rzeczywistych problemów.

Źródło: obliczenia własne na podstawie danych zgromadzonych w bazie EUvsDisifino, stan na 29.8.2023.

 

Niemniej jednak wspomniane dane znakomicie odzwierciedlają intensyfikacje przygotowań do napaści. Szczególnie widać to w roku poprzedzających kolejną po 2014 napaść, gdy na przełomie marca i kwietnia 2021 wielkiej koncentracji rosyjskiego wojska i sprzętu przy granicy z Ukrainą towarzyszyła informacyjna ofensywa temu przecząca. Narracje te zresztą podsycano przez kolejnej miesiące mimo, iż fakty doniesieniom tym ewidentnie przeczyły. Mało tego permanentnie podkreślany brak agresywnych zamiarów oraz oskarżenia o ich posiadanie wobec separatystycznych republik przez rzekomo neonazistowską Ukrainę, popychaną do wojny przez rzekomo rusofobiczne USA i NATO, które wykorzystują ją jedynie do realizacji własnych celów. Takie przedstawienie sprawy miało kreować w świadomości obywateli Federacji Ukrainę jako wroga, co uznać należy za fiasko koncepcji jednego narodu, w łonie samych Ukraińców miało pogłębiać wewnętrzne podziały, zaś dla opinii międzynarodowej stanowić dobitne uzasadnienie rosyjskich działań.

Źródło: obliczenia własne na podstawie danych zgromadzonych w bazie EUvsDisifino, stan na 29.8.2023.

 

Kreację Rosji jako ofiary zachodniego wyrachowania wzmacniano przekazami o jakoby złamanych zobowiązaniach do nierozszerzania NATO, których nikt nigdy Rosji nie składał. Tymi bezpodstawnymi oskarżeniami Kreml próbuje rozmywać własną porażającą hipokryzję i bezczelne łamie traktatów i układów międzynarodowych, w tym także tych, w których dał Ukrainie gwarancje bezpieczeństwa. Zamiast tego pogłębiając kreację schizofrenicznej rzeczywistości rosyjski MSZ wystąpił z propozycją podpisania dwóch dokumentów mających Federacji Rosyjskiej, która czuje się oblężona przez swoich wrogów, zapewnić bezpieczeństwo. Ta quasi pokojowa inicjatywa bez zażenowania wykorzystywana w rosyjskich narracjach jako najlepszy dowód koncyliacyjnych intencji, w istocie artykułował groźby pod adresem NATO, które w odpowiedzi zaproponowało rozmowy. Rzecz jasna, w obliczu kompletnego braku woli i roszczeniowej postawy rosyjskich przedstawicieli, nie mogły one przynieś deeskalacji napięcia, które jak chcieliby prokremlowscy propagandyści stanowiło pokłosie obrony rosyjskich interesów, ochrony rosyjskojęzycznej ludności przez masowymi mordami, czy stosowanie przez Ukrainę broni chemicznej w na terytoriach samozwańczych republik.

Wszystkie wspomniane uprzednio narracje Putin powtarzał w uporem maniaka w orędziach i wystąpieniach, poczynając od tego wygłoszonego w dniu napaści, 24 lutego. Zakrzywiając rzeczywistość nazwał ją wówczas „operacją specjalną” w obronie Rosji oraz powołanych pod jej auspicjami separatystycznych republik przed „neonazistowskim reżimem” szykującym atak bronią biologiczną tworzoną w amerykańskich laboratoriach w Ukrainie. Prokremlowscy propagandyści szli jednak znacznie dalej twierdząc, iż Zachód dozbraja ją w broń atomową, co bez wątpienia usprawiedliwiać miało buńczuczne groźby użycia takiej borni w obronie własnych interesów zagrożonych rzecz jasna przez ekspansję NATO, UE i USA.

Szybka odpowiedzieć Zachodu na tę bezpardonową agresję, w postaci kolejnych pakietów sankcji wobec Federacji Rosyjskiej, których celem było i jest osłabienie jej potencjału ekonomicznego, a przez to ograniczenie możliwości finansowania wojny, sprawiają jej coraz większe faktyczne trudności. Ponieważ Rosja jest ważnym producentem żywności i nawozów sztucznych z objętych embargami sektorów wyłączono te, których blokady generować mogłyby kryzys głodu. Rosyjska propaganda jednak, a w ślad za nią i chińska, uczyniły z nich przyczynę światowego niedoboru i wzrostu cen żywności, choć sama stosuje na nie cła. W istocie jednak, w obliczu fiaska rosyjskiego „blitzkriegu” i w konsekwencji celowych działań uderzających w ukraińskie rolnictwo, będące także ważnym światowym producentem zbóż, w tym efekcie blokady ich eksportu (o co zresztą oskarżała Ukrainę), Rosja z premedytacją postawiła świat w obliczu kolejnego kryzysu destabilizując światowe rynki żywności. Swoimi narracjami zaś permanentnie obarcza odpowiedzialnością za ten stan rzeczy Ukrainę, a podsycając strach przed głodem próbuje osłabiać globalne wsparcie dla niej.

Na tej kanwie kreowane są także rozmaite zarzuty wobec Ukrainy kierowane do dotychczasowych odbiorców produkowanych przez nią zbóż, ale także szerzej, do państw zmagających się z problemem głodu, oraz samego Zachodu, o wykorzystywanie ich w rozliczeniach za zakup broni. Przy tej okazji także Zachód i szczególnie UE są wmontowywane w narracje obarczające je winą za ten kryzys. Do samych Ukraińców zaś adresowano narracje grożące powtórką wielkiego głodu z początku lat 30. minionego stulecia, który pochłoną, jak się szacuje około 6 milionów ofiar, a który zgotował Ukraińcom Stalin, o czym oczywiście kremlowskich doniesieniach się już nie wspomina. Z kolei dla odbiorców wewnętrznych w Rosji, choć dotąd konsekwentnie, mu zaprzeczano, kreowano narracje, w których rosyjska blokada portów czarnomorskich udaremnia powtórkę z historii, do której zmierzają władze w Kijowie.

Jednocześnie okrucieństwa wojny i bestialskie rosyjskie ataki na infrastrukturę i ludność cywilną przez aparat propagandowo-dezinformacyjny Kremla są z reguły negowane i wykorzystywane do obarczania winą za nie sił ukraińskich, którym zarzuca się nieudolność. Sprzyjają temu nieszczęśliwe wypadki, jak ten, gdy jeden z ukraińskich pocisków spadł na terytorium Polski zabijając dwie osoby. Zbudowane na ten niwie narracje kreować miały w Polsce nastroje antyukraińskie, ale wykorzystywane były również szerzej do zniechęcania Zachodu do zaopatrywania Ukrainy w broń.

Wbrew faktom Rosja nieustanie kreując się na obrońcę tradycyjnych wartości i świata bez nazizmu stymulowanego przez Zachód zdaje się dowodzić, iż do konfliktu została sprowokowana przez jej osaczanie, a także w obliczu dziejącego się na ludności rosyjskiej w Ukrainie ludobójstwa. Mało tego zmierza do sakralizacji swoich bestialskich działań, czyniąc z nich niemal chrześcijańską krucjatę przeciw szerzącym się siłom zła, które pchają świat także w objęcia kryzysu żywnościowego i energetycznego w imię własnych partykularnych interesów, co szczególnie uderza w najbiedniejsze regiony świata. Sama Rosja stojąc w obliczu nielegalnych sankcji radzi sobie doskonale, jednak destabilizują one światową gospodarkę i istotnie pogarszają standard życia ludzi na świecie. Rosja w obronie świata tradycyjnych wartości faktycznie walczy z zachodnim imperializmem, który rękami sztucznego państwowego tworu jakim jest Ukraina próbuje ją unicestwić. Jej ziemie zresztą stanowią historyczne dziedzictwo się Rosji.

Cyniczny i bezbożny Zachód w swoich dążeniach gotów jest do użycia wszelkich środków, w tym niekonwencjonalnych produkowanych w tajnych laboratoriach w Ukrainie, zatem użycie przez Rosję w obronie własnej broni atomowej jest jak najbardziej uzasadnione, a tym bardziej rozmieszczenie jej na terytorium sojusznika, Białorusi. Taki konflikt zakończyć może jedynie absolutne zwycięstwo Rosji lub wojna światowa, Owa konfrontacja niesie jednak światu nadzieję na nowy lepszy porządek.

W całej tej masie niedorzeczności zwrócić należy uwagę choćby na jedną wyjątkowo perfidną, oskarżenia Ukraińców o nazim, czy neonazizm, których popularność w Ukrainie była niszowa, a których zwalczanie ma stanowić usprawiedliwienie rosyjskiego bestialstwa wojennego. W istocie jednak, sam Putin jest przecież orędownikiem nacjonalizmu, fetując „Nocne wilki”, obnoszący się z symbolami nazistowskimi przestępczy gang motocyklowy, czy wspierając realizację własnej polityki na prywatnej armii, którą dowodził neonazista o niezwykle wymownym pseudonimie „Wagner”.

Mimo ogromnego zaangażowania instytucjonalnego, społecznego i finansowego, rosyjskiej wizji świata społeczeństwa zachodnie się opierają. Choć ich postawy w poszczególnych państwach są zróżnicowane, to jednak w połowie roku generalnie 2/3 Europejczyków i Amerykanów popierało zakup sprzętu wojskowego dla Ukrainy. Niemal tyle samo tych ostatnich wspierało idee odzyskania przez Ukrainę całego utraconego terytorium, nawet jeśli konflikt będzie się przedłużał. Ponadto według najnowszych sondaży Eurobarometru 72% Europejczyków popiera nałożone na Rosję sankcje gospodarcze, 88% uważa, że należy zapewnić pomoc humanitarną osobom dotkniętym wojną, zaś 86% akceptuje przyjęcie uchodźców wojennych w UE.

Z kolei w samej Rosji, jak podaje w raporcie z 20 lipca Public Opinion Monitoring Unit, dostrzegalne zaczyna być zmęczenie konfliktem. Spada liczba zwolenników jego kontynuacji, teraz to zaledwie co czwarty badany, a większość Rosjan (53%) uważa, iż należy podjąć negocjacje pokojowe.

To krzepiące doniesienia. Nie powinniśmy jednak zasypiać gruszek w popiele. Dezinformacyjna hydra nie śpi.

Juliusz Sikorski

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

 

ANDRZEJ SZABACIUK: Okultyzm, magia i „desatanizacja” Ukrainy w rosyjskiej propagandzie wojennej

Demonizowanie i dehumanizacja przeciwnika oraz przypisywanie mu posługiwania się czarną magią czy wyznawanie satanizmu mają na celu usprawiedliwienie brutalnych ataków wymierzonych w ludność cywilną i w kluczowe obiekty infrastruktury krytycznej.

 

 Rosyjska propaganda i demonizacja Ukrainy po 2014 r.

Jednym z kluczowych elementów rosyjskiej propagandy jest jej wymiar aksjologiczny. Uległ on wyraźnemu wzmocnieniu wraz z rosyjską agresją na Ukrainę w 2014 r. i towarzyszyły mu liczne antyzachodnie wypowiedzi czołowych polityków rosyjskich. Eksponowanie moralnej wyższości nad „zepsutym Zachodem” i rzekomo kontrolowaną przez niego Ukrainą było ważnym elementem usprawiedliwiania rosyjskiej agresji. Jak przez stulecia, pretekstem do ekspansywnych działań Rosji na zachodnich kresach imperium była obrona ludności „odwiecznie ruskiej i prawosławnej” oraz roztoczenie opieki nad obszarami „prawdziwie ruskimi”. Walka „Świętej Rusi” z zdemoralizowanym i „zepsutym Zachodem” jest przedstawiana jako jedna z kluczowych misji Rosji, rzekomej obrończyni „prawdziwego chrześcijaństwa”. Dodajmy, że zajmuje ona także ważne miejsce w publicznych wystąpieniach Władimira Putina czy patriarchy Cyryla po 24 lutego 2022 r.

Dehumanizacja Ukraińców i armii ukraińskiej wpisuje się w ową retorykę. Po rosyjskim ataku z 2014 r. oskarżeniom o wsparcie przez Zachód „neonazistowskiego przewrotu” w Ukrainie towarzyszyły sugestie o pielęgnowaniu kultów neopogańskich oraz praktykowaniu czarnej magii. Dotyczyło to przede wszystkim demonizowanego przez rosyjskie media państwowe ochotniczego pułku Azow. Przykładowo w prasie pojawiały się informacje, że w 2014 r. w Mariupolu bojownicy tego pułku oddawali cześć posągowi słowiańskiego bóstwa Perkuna oraz innym pogańskim bożkom. W okresie starań o uznanie autokefalii Cerkwi Prawosławnej Ukrainy rosyjskie media oskarżały „pogański pułk” Azow o szerzenie antyprawosławnych nastrojów w Ukrainie i wspieranie „raskolników”, chcących usamodzielnić się od patriarchatu moskiewskiego.

Klasycznym przykładem pozycjonowania prozachodnich Ukraińców jako osób prześladujących chrześcijan była informacja o rzekomym „ukrzyżowaniu” chłopczyka-separatysty w Słowiańsku, rozpowszechniona w lipcu 2014 r. na Pierwszym Kanale rosyjskiej telewizji państwowej. Historia okazała się całkowicie wymyślona, a głównym celem jej propagowania było potęgowanie nastrojów separatystycznych wśród rosyjskojęzycznych Ukraińców, wzrost nastrojów antyukraińskich w Rosji, oraz wzmocnienie poparcia społecznego dla neoimperialnej polityki Rosji w Ukrainie.

Należy podkreślić, że nie była to jedyna tego typu historia. W kwietniu 2015 r. w internecie pojawił się film, na którym rzekomi „azowcy” mieli ukrzyżować i spalić na krzyżu separatystę. Film ten był rozpowszechniany na masową skalę również po 24 lutego 2022 r.

 Okultyzm i magia w czasie wojny

Wraz początkiem nowej fazy rosyjskiej wielopłaszczyznowej agresji przeciwko Ukrainie temat demonicznej aktywności wojsk ukraińskich powrócił z nową siłą. Już na początku rosyjskiej inwazji kremlowska propaganda szerzyła fałszywe informacje o stosowaniu diabolicznych praktyk przez Ukraińców. Po raz kolejny jednym z głównych obiektów ataków stał się pułk Azow. „Komsomolskaja Prawda” 27 kwietnia 2022 r. opublikowała artykuł szkalujący członków pułku Azow. Znany, rosyjski, prokremlowski historyk Aleksiej Koczetkow – autor pracy „Czarne słońce. Historia neonazistowskiego ruchu Azow” – twierdził, że „azowcy”, podobnie jak inni europejscy neonaziści, są ruchem antychrześcijańskim, kultywującym pogaństwo połączone z „niemieckim okultyzmem”, co w jego opinii oznacza de facto kultywowanie satanizmu, w tym rytuałów krwi czy nawet ofiar z ludzi. Prokremlowski „ekspert” uważał również, że można obecnie postawić znak równości między „ukraiństwem”[1] i „współczesnym nazizmem”.

Szeroko rozpowszechniany artykuł stanowił element szerszej akcji propagandowej, której celem było dyskredytowanie i demonizowanie obrońców Ukrainy. Oskarżenia takie kierowano także pod adresem samego prezydenta Zełenskiego. Znana południowoafrykańska korespondentka wojenna Lara Logan, która relacjonowała wojnę przeciwko Ukrainie m.in. dla amerykańskiej stacji Fox News, na antenie tej stacji sugerowała, że Zełenski wystąpił w „Tańcu z gwiazdami”, w skórzanym stroju w rytm satanistycznej, okultystycznej muzyki, co miało dyskredytować go jako polityka. Jej oskarżenia pod adresem Ukrainy i jej przywódców szeroko rozpowszechniały rosyjskie media państwowe i profile społecznościowe władz Federacji Rosyjskiej. Konsekwencją tej kontrowersyjnej wypowiedzi było zwolnienie korespondentki przez Fox News.

Duży rozgłos zyskała informacja rozpowszechniana przez rządową agencję informacyjną RIA Novosti z 4 maja 2022 r. o znalezieniu w okolicach sztabu wojsk ukraińskich nieopodal miejscowości Trechizbienka w obwodzie ługańskim śladów świadczących o praktykowaniu czarnej magii. W ten sposób, według rosyjskich propagandystów, Ukraińcy chcieli rzekomo wzmocnić siłę własnej broni lub prosić o zwiększenie jej dostaw. Poza symbolami związanymi z okultyzmem, wykonywano także jakoby znaki ludzką krwią. 3 czerwca 2022 r. ta sama agencja informowała, że na „oswobodzonych” przez rosyjską armię terytoriach Ukrainy znaleziono dowody na odprawianie satanistycznych i okultystycznych rytuałów przez pułki ochotnicze z wykorzystaniem m.in. maski z twarzą szatana.

 Desatanizacja Ukrainy

Propaganda rosyjska podkreślała również związki Ukraińców z satanizmem. W marcu 2022 r. propaganda kremlowska popularyzowała informację, że po stronie Ukrainy walczą amerykańskie jednostki specjalne tworzące Czołową Grupę Zwiadowczą (Forward Observations Group), której członkowie wyznają satanizm. 15 kwietnia 2022 r. rosyjskie media państwowe szeroko rozpowszechniały informację, że rosyjską agresję na Ukrainę potępił amerykański Kościół Szatana, który zadeklarował gotowość niesienia pomocy członkom swojej wspólnoty w Ukrainie.

We wrześniu, wraz z sukcesami kontrofensywy ukraińskiej i poważnymi porażkami wojsk rosyjskich, część polityków rosyjskich coraz głośniej mówiła o potrzebie „desatanizacji” Ukrainy. Jako pierwszy w tym duchu wypowiadał się sam Władimir Putin w orędziu do narodu z 30 września br. z okazji aneksji Donbasu i obwodów chersońskiego i zaporoskiego. W emocjonalnej mowie obwiniał Zachód o wywołanie wojny na Ukrainie, oskarżał go o eskalację konfliktu, ręczne sterowanie władzami Ukrainy oraz demoralizację, poprzez odrzucenie podmiotowości człowieka, wiary i tradycyjnych wartości, co jest „otwartym satanizmem”. W ten sposób sugerował, że za wojskami ukraińskimi stoi zdemoralizowany, antychrześcijański Zachód.  24 października br. w analogiczny sposób wypowiadał się Ramzan Kadyrow, głowa Republiki Czeczeńskiej. W konsekwencji poważnych strat poniesionych przez lojalne przywódcy Czeczenii oddziały wzywał do „starcia z powierzchni ziemi” ukraińskich miast, przeciwstawienia się Zachodowi, który chce zmusić Rosjan do uległości, „abyśmy się stali niewolnikami tych szatanów”.  Podkreślał, że mamy do czynienia nie z „operacją specjalną”, a z wojną chrześcijan, muzułmanów z satanizmem w celu ochrony religii i wartości rodzinnych.

W podobnym tonie wypowiadał się asystent sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Aleksiej Pawłow, który 25 października br. stwierdził, że Ukraina przeistoczyła się w „totalną hipersektę”, w efekcie jej obywatele odwrócili się od prawosławnych wartości, dlatego konieczna jest „desatanizacja” Ukrainy. W tym samym dniu Aleksandr Dugin w czasie XXIV Ogólnoświatowego Rosyjskiego Zgromadzenia Ludowego – w otoczeniu czołowych rosyjskich polityków i duchownych, w tym głowy Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej – nawiązując do słów W. Putina twierdził, że obecnie mamy do czynienia z wojną „nieba przeciwko piekłu”, starciem „aniołów i diabłów”, a przeciwko Rosji walczą siły „absolutnego światowego historycznego zła”, z „otwarcie satanistyczną, antyludzką cywilizacją”. Myśl Putina rozwinął również patriarcha Cyryl w swojej mowie z 26 października br., określając globalizację jako zamysł szatana, a prezydenta W. Putina, „jawnie świadczącego o swoje wierze”, stawiając jako przykład lidera państwa, który sprzeciwia się tendencjom globalizacyjnym i forsowaniu małżeństw jednopłciowych, eutanazji i eksperymentów genetycznych.

W okresie masowych przeszukiwań w obiektach UCP PM w listopadzie i grudniu, kanał telewizyjny „Zwiezda” 16 grudnia 2022 r. przygotował materiał o satanizmie w Ukrainie i sugerował, że wojna z Ukrainą była wywołana przez służby specjalne „ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Polski, Kanady, państwa bałtyckich oraz Niemiec i stała się laboratorium skrajnie prawicowego terroryzmu, w którym tysiące nazistowskich satanistów z 35 krajów przygotowuje się do globalnej wojny o triumf nowego porządku świata”.

Ukraińska Cerkiew i satanizm

Kolejna fala oskarżeń Ukrainy o satanizm pojawiła się w kontekście dyskusji na temat delegalizacji Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego i sporu wokół statusu Ławry Peczerskiej w Kijowie. Przeciwników Cerkwi pozostającej w więzi kanonicznej z Moskwą określano jako faszystów, raskolników i satanistów. 29 marca 2023 r., tj. w dzień, do którego przedstawiciele UCP PM mieli opuścić budynki Ławry Peczerskiej, Rada Federacji wystąpiła z pismem krytykującym władze Ukrainy za prześladowanie ludności prawosławnej, które rozesłano do różnych podmiotów broniących praw człowieka na całym świecie. Przewodnicząca Rady Walentina Matwijenko stwierdziła: „Organizacje międzynarodowe nie mogą milczeć. Cały prawosławny świat musi walczyć z tym ateizmem, z tym satanizmem, który ma miejsce na Ukrainie”. Do krytyki przyłączyli się także przedstawiciele innych wyznań lojalnych wobec Kremla. 28 marca 2023 r. Przewodniczący Rady Muftich Rosji Rawil Gajnetdin stwierdził: „To, co dzieje się teraz na Ukrainie z Ławrą Peczerską, jest prawdziwą walką satanistów z Cerkwią prawosławną”.

31 marca 2023 r. Ria Novosti poinformowała, że przedstawiciele UCP PM oświadczyli, że wśród osób zgromadzonych w Ławrze Peczerskiej i domagających się przepędzenia z niej duchownych UCP PM są sataniści. 1 kwietnia 2023 r. na Pierwszym Kanale Sewastopolskim politolog Iwan Skorikow stwierdził, że Ukraina promuje ideę satanizmu, zgodnie z którą wiara w Boga i Chrystusa powinna być zastąpiona wiarą w państwo, w bezbożną ideę Ukrainy, odrzucającą wszystko co ruskie i prawosławne.

Szerokim echem w rosyjskich mediach odbiło się dopuszczenie przedstawicieli Cerkwi Prawosławnej Ukrainy do odprawiania nabożeństw wielkanocnych w Ławrze. 9 kwietnia w programie rosyjskiego propagandysty Dmitrija Kisielowa na Pierwszym Kanale państwowej telewizji rosyjskiej relacjonowano, jak wierzący kanonicznej Cerkwi muszą się modlić rzekomo w niegodnych warunkach, często przebywając na zewnątrz, a „raskolnicy” odprawiają nabożeństwa w głównych świątyniach kompleksu. W kontekście tej relacji podnoszono problem rzekomej satanizacji społeczeństwa ukraińskiego, co obrazowano materiałem analizującym „pogańskie” tatuaże przesłuchiwanych ukraińskich jeńców wojennych oraz komentując ich wypowiedzi na tematy neopogańskich wierzeń czy ofiar składanych pogańskim bożkom.

12 kwietnia 2023 r. na portalu Bloknot pojawił się artykuł o amerykańskich satanistach, którym jakoby udało się przywołać szatana. Podkreślano, że kościół szatana wspiera finansowo „banderowską Ukrainę”, a wśród osób atakujących promoskiewskie cerkwie prawosławne są neonaziści i sataniści. W artykule w gazecie „Wzgliad” z 14 kwietnia 2023 r. pisarz Dmitrij Gruniuszkin przytaczał przykłady tajemniczych przypadków śmierci osób, które atakowały prawosławnych broniących dostępu do Cerkwi wiernych UCP PM, w tym do Ławry Peczerskiej, sugerując, że przyczyną takiego zachowania oraz przedwczesnych zgonów był satanizm, który mógł skutkować „karą Bożą”. Z tego względu, w jego opinii, nasuwa się refleksja, że na Ukrainę poza rakietami Kalibr należy wystrzeliwać także pociski wypełnione wodą święconą.

Komentarze oskarżające władze Ukrainy o satanizm pojawiały się dość często w rosyjskich mediach państwowych. 19 czerwca 2023 r. rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa stwierdziła, że wyświęcenie ikony z wizerunkiem S. Bandery i R. Szuchewycza jest satanizmem. 8 lipca 2023 r. ukazał się artykuł w „Komsomolskiej Prawdzie” o podpaleniu kaplicy przy źródełku w miejscowości Budziatycze w obwodzie wołyńskim, i uszkodzeniu w pożarze ikony Matki Boskiej, co autor artykułu Aleksndr Griszin łączył z polityką wyznaniową władz Ukrainy, którą określił jako „całkowity triumf satanizmu”, przejawiający się w prześladowaniu „kanonicznej” Cerkwi prawosławnej. 28 lipca 2023 r. znany rosyjski działacz z Krymu Siergiej Aksionow stwierdził, że „sataniści okupują Ukrainę”.

Jak informuje portal Meduza, w przeddzień kolejnej rocznicy chrztu Rusi 28 lipca 2023 r., administracja prezydenta Federacji Rosyjskiej rozesłała do państwowych mediów instrukcję, jak należy prezentować ten jubileusz opinii publicznej. Znalazły się tam takie fragmenty: „Dzisiaj nasz kraj walczy z nowym satanistycznym reżimem. Reżim w Kijowie celowo niszczy prawosławie na terytorium Ukrainy, wywierając bezpośredni nacisk na duchownych i odbierając cerkwie. […] Nazistowscy sataniści okopali się w świętym rosyjskim mieście Kijowie, gdzie Rosja została ochrzczona. Rosja broni wiary prawosławnej i rozbija neonazistów czczących okultystyczne idee Hitlera i Bandery”.

Wnioski

Akcentowanie przez propagandę rosyjską w coraz większej mierze aksjologicznego charakteru wojny przeciwko Ukrainie jest próbą zmobilizowania społeczeństwa rosyjskiego do walki nie tylko z Ukrainą, ale również z zepsuciem, które jakoby chce Rosji narzucić Zachód, dążąc do rozpadu i przejęcia rosyjskich zasobów naturalnych. Uciekanie się do tego typu wybiegów propagandowych jest konsekwencją niewielkiej skuteczności narracji o walce z faszystami na Ukrainie oraz problemów związanych z niskim morale rosyjskiej armii, chaosem organizacyjnym i problemami związanymi z tzw. „częściową mobilizacją”.

Demonizowanie i dehumanizacja przeciwnika i przypisywanie mu posługiwania się czarną magią i wyznawanie satanizmu mają na celu usprawiedliwienie brutalnych ataków wymierzonych w ludność cywilną i w kluczowe obiekty infrastruktury krytycznej, które pozbawiły dostępu do energii elektrycznej, ogrzewania, bieżącej wody czy łączności telefonicznej miliony osób.

W pewnym sensie jest to również próba usprawiedliwienia rosyjskich porażek w czasie walk w Ukrainie, poprzez sugestie, że za Ukraińcami stoją siły nieczyste czy światowy spisek globalistów, który dąży do zniszczenia Rosji. W tej fundamentalistycznej retoryce nie ma miejsca na realny kompromis czy negocjacje z Ukrainą. Zło należy pokonać, wykorzystując wszelkie dostępne metody.

Dodajmy, że w tej narracji jednym z przejawów tego zła jest Cerkiew Prawosławna Ukrainy, której zwolenników określa się jako „raskolników”, neonazistów czy satanistów. W Ukrainie może funkcjonować tylko jedna Cerkiew kanoniczna, lojalna Patriarchatowi Moskiewskiemu, a wszelkie próby ograniczania jej wolności wywołają gniew Boży.

Andrzej Szabaciuk

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

[1] Termin ten wywodzi się z dziewiętnastowiecznej propagandy rosyjskiej. W ten sposób władze carskie określały zwolenników niepodległości Ukrainy. Stronnicy separacji od trójjedynego narodu ruskiego byli piętnowani i prześladowani przez rosyjską policję polityczną. Wspierany był ruch „małoruski”, traktujący Ukrainę jako część imperium rosyjskiego.

Koniec katowickiego „Sportu”. Dziennik ukazywał się od 1945 roku

Spółka Gremi Media z końcem listopada postanowiła zamknąć regionalny dziennik „Sport”.

Jak informuje Gremi Media (wydawca m.in. „Rzeczpospolitej”) decyzja o zakończeniu wydawania dziennika „Sport” wynika z dokładnych analiz rentowności i oceny kierunku rozwoju firmy.

„Spółka w odpowiedzi na oczekiwania i potrzeby swoich czytelników skupia się na rozwoju kluczowych obszarów swojej działalności oraz inwestycji w rozwój mediów cyfrowych. Najwyższej jakości dziennikarstwo sportowe z najświeższymi informacjami z Polski i ze świata nadal będzie dostępne zarówno w dziale sport dziennika >Rzeczpospolita<, jak i w serwisie rp.pl” – czytamy w komunikacie.

„Sport” wydawany był w Katowicach od 1945 roku, spółka Gremi Media przejęła tytuł w 2021 roku.

opr. jka, źródło: Gremi Media

Czy będzie to gadanie do obrazu? STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Dobre rady

Troskliwy doradca Pana Prezydenta Andrzeja Dudy Pan Waldemar Pawlak radzi: Nie wiesz pan komu powierzyć powołanie rządu – to proszę.Czy zwalić decyzję na sejm, można to zrobić, naprawdę! Ręczą za to moi prawnicy.

Rzeczywiście, trudno zazdrościć Prezydentowi. Wybierze Morawieckiego – podniesie się jazgot narodzonej po 15 października koalicji czworga.

Wybierze Tuska – pęknie polskie serce a potem ludzie naprawdę wyjdą na ulice z biało-czerwonymi flagami i rondlami w ręku. Wróci sierpień 80 roku. Bo nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, a rusek nas straszył.

Pan Prezydent Duda może stracić wszystko co zyskał w ciągu dwóch kadencji. Nie tylko już nie może być wybrany na kolejne pięć lat, ale nawet nie wiadomo gdzie sobie pójdzie. Będzie bardzo biedny, zagubiony, a wkrótce i zapomniany. Nie idź tą drogą Prezydencie.

I znowu będzie o Pawlaku, który uważa tak naprawdę Kosiniaka-Kamysza za gorszego od siebie! Pawlakowe dobre rady to łabędzi śpiew. Pa-de-de. Wiadomo, większość tzw. koalicji obywatelskiej,. nawet gdy obudzą się z letargu konfederaci to przewaga tych, którzy i tak później się nie dogadają. Nie można się skrobać i klęczeć ze złożonymi dłońmi jednocześnie.

 

Nie można kochać Polski i Niemców zarazem. Nie można obronić kraju pomysłami Siemoniaka. Tak jak nie można jej obronić dopuszczając by obcy traktowali nasz kraj jak dziwkę do wynajęcia.
Europo – tyś sztucznym tworem, zakłamanym i skorumpowanym. Pogardzającym ludami za Odrą.

Nie masz wstydu, nie masz sprawnej armii, a nawet kompatybilnego wojska (tragedia w Sarajewie gdzie dowodził holenderski generał). Za chwilę okaże się, że kasa twoja jest pusta a nabotoksowane usta obiecują i nie dotrzymują. Możliwość obrony przed zagładą czerwonych zagonów ze wschodu i czarno-brązowych tłumów od południa i wschodu – ułudna. Obiecanki cacanki 39 roku przypominają trzeźwo myślącym jak było i jak być może. Przypomina się holokaust Żydów – staje znów przed oczami statek z uciekającymi ludźmi brutalnie odepchnięty od amerykańskiego brzegu.

Świetny ponoć Mosad nie uchronił dziesiątków tysięcy już zabitych przed zbrodniczym atakiem. Ludzie giną gdy wybierają złych, nieporadnych, tchórzliwych przywódców. Trwa parada kukiełek. Pacynki i marionetki na proscenium.
Zróbmy sobie zestawienie, nawet na te kilka miesięcy, do czasu gdy pan Donald znowu pojedzie do Brukseli – tym razem już na pełną kadencję. Są dwie możliwości. Albo będą w tym rządzie może i ładno-zdolni ale zupełnie niedoświadczeni albo doświadczeni ale znudzeni i bez pomysłów drzemać będą tak jak prof. Władysław-Bartoszewski na zebraniach rady nadzorczej LOT-u albo jak najwyższy (ale tylko wzrostem). Mikke z przedrostkiem Korwin zagłuszający w sejmie przemówienia kolegów chrapaniem.

 

Pax między chrześcijanami, ateistami i agnostykami. Lepsi są filosemici od filogermanów i rusofilów. Idąc tym tropem nie wiem jak sklasyfikować łysych wobec rudych. Czy zarządzić obowiązkowe golenie głów czy tylko nimi potrzasnąć.
Co więc robić?

Aniele Stróżu naszej prawie 40-milionowej społeczności – powiedz! Tak to już jest, że jak trwoga to do Boga. Listę porad można rozwijać, bo wiele głupoty się zakorzeniło, a jeszcze więcej grozi. Dobre rady pana Pawlaka można by skwitować również dobrą radą dla pana Kosiniaka-Kamysza: nie wierz zbytnio swojemu przewodniczącemu Rady Naczelnej. Pan Pawlak po prostu wynudził się na ugorze i teraz chciałby robić come back. Np. wskoczyć na stołek Orlenu. Ale byśmy mieli wówczas pożar.

Decydent ma problem. PiS wygrał wybory. Człowiek wybranej partii powinien zaproponować koalicję do rządzenia. Jaka ona będzie to przecież ciągle nie wiadomo. Trwają rozmowy. Niby Tuskowi ludzie dogadują się ale jedni drugimi gardzą albo uważają za głupszych. Facet w czerwonym sweterku deklaruje wierność wyrobnikom. Nie może powiedzieć – klasie robotniczej – bo byłoby to jawnie po komunistycznemu. Jako najbardziej tolerancyjny zlał się z tęczowymi a teraz wierci się w tym związku. Porąbane to wszystko i niespójne. Jeśli nawet sklecono by ten domek z kart wyborczych – szybko rozleci się na zimowym wietrze.

Co zagraża wolności mediów w Polsce? Debata na temat Raportu Instytutu na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris z udziałem CMWP SDP

Cenzura treści zauważalna przede wszystkim w mediach społecznościowych, jednostronność przekazu czy dezinformacja – to jedne z głównych zagrożeń dla wolności słowa, jakie obserwujemy w ostatnich latach w mediach w Polsce. Zagrożenia te zostały wskazane, przeanalizowane i opisane w Raporcie Instytutu Ordo Iuris pt. Funkcjonowanie mediów w Polsce. Zagrożenia dla pluralizmu i wolności mediów.   Na temat tej publikacji oraz o aktualnej  sytuacji rynku medialnego w Polsce dyskutowali uczestnicy debaty zorganizowanej przez Instytut 26 października w Collegium Intermarium w Warszawie. W spotkaniu  wzięli udział red. Rafał Ziemkiewicz, red. Łukasz Warzecha , autorzy Raportu oraz dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP.  

Uczestnicy wskazali na to, jak rynek medialny w Polsce kształtował się w ostatnich latach. Zwrócili też uwagę na problemy, z jakimi muszą się mierzyć media, szczególnie w obliczu prawdopodobnych zmian na scenie politycznej. Dr Jolanta Hajdasz wskazała na konieczność pogłębionej refleksji nad zagadnieniami poruszonymi w Raporcie. – Bardzo dobrze się stało, że Instytut przygotował ten raport. Chciałam podziękować za to, że staracie się zgromadzić konkretne dane dotyczące funkcjonowania mediów w Polsce. Na pewno tej refleksji jest za mało. Na głównych uniwersytetach jest ona tak jednostronna, że nie oddaje tego, co, tak naprawdę dzieje się w sferze mediów – wskazała dr Hajdasz. Goście poruszyli też m.in. temat cenzury w środkach masowego przekazu. Łukasz Warzecha zwrócił uwagę na to, jak daleko posuwają się globalne korporacje w ograniczaniu wolności wypowiedzi w Internecie. – Mechanizm cenzorski, wypływający od podmiotów będących właścicielami platform internetowych, jest kompletnie nieprzejrzysty. Tam cenzura działa na zasadzie procesu Józefa K. Nie wiadomo dlaczego, nie wiadomo kiedy, często nie sposób się odwołać. W niektórych przypadkach podmiot nie ma nawet przedstawicielstwa w Polsce – zaznaczył publicysta. Jeden z autorów raportu – dr Marcin Niedbała zwrócił natomiast uwagę na udział służb państwowych w procesach cenzorskich.- Służby specjalne uzurpują sobie coraz więcej prawa do cenzurowania Internetu i chronienia społeczeństwa przed dezinformacją. Problem w tym, że, chroniąc społeczeństwo przed dezinformacją, często traktują opinię publiczną jak dzieci, które nie potrafią odróżnić prawdy od fałszu. Skutkiem ubocznym jest to, że nie dociera do nas wiele informacji, które nie wymagały cenzury, a jedynie były w niektórych przypadkach niekorzystne – podkreślił analityk Ordo Iuris. W odpowiedzi na te stwierdzenia dr Jolanta Hajdasz podkreśliła, iż póki co zdarzenia te mają charakter incydentalny i generalnie nie wpływały  na poziom wolności słowa w Polsce. Przez ostatnie 8 lat cieszyliśmy się wyjątkową wolnością mediów i wolnością słowa, w przestrzeni publicznej poruszano zdecydowaną większość ważnych i spornych problemów dotyczących polityki, kultury , gospodarki… To ogromna wartość – powiedziała Jolanta Hajdasz

Red. Rafał Ziemkiewicz podkreślił z kolei, że media w coraz większym stopniu są zależne od władzy, a w coraz mniejszym ją kontrolują. – Demokracja liberalna, czyli system, który wyewoluował na Zachodzie i który dla nas jest punktem odniesienia, nie funkcjonuje dobrze. Jest tak między innymi dlatego, że zawiódł mechanizm kontrolny, który zapewniały media. Nazywając media czwartą władzą, przewartościowujemy je – zauważył dziennikarz.

Debatę prowadził Łukasz Bernaciński – członek Zarządu Ordo Iuris i współautor publikacji.

Link do debaty TUTAJ.

Link do Raportu jest TUTAJ

Tekst i zdjęcia: ordoiuris.pl

Wsparcie CMWP SDP dla „Listu otwartego dziennikarzy w obronie wolności słowa”

Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP podpisała się pod „Listem otwartym dziennikarzy w obronie wolności słowa”, jaki został opublikowany przez dziennikarzy i publicystów na portalu wpolityce.pl. Sygnatariusze listu protestują przeciwko zapowiadanym przez środowiska polityczne i medialne skupione wokół Donalda Tuska działaniom skierowanym przeciwko mediom i nie opartym na poszanowania prawa. List może podpisać każdy dziennikarz, pisać w tej sprawie można na adres [email protected]. , w  tytule trzeba wpisać „list w obronie wolności słowa”. 

Pełna treść listu:

Głupota czy sabotaż – zastanawia się HUBERT BEKRYCHT: Nowe karpie w radiowej Trójce

Do większości mieszkańców bliższych i dalszych okolic Turowa, którzy głosowali na partie chcące zamknąć tamtejszą elektrownie i kopalnię odcinając rejon od miejsc pracy i redukując produkcję energii elektrycznej w kraju oraz do młodych, którzy wybrali ugrupowania postulujące odebranie młodzieży przywilejów fiskalnych, dołączył dziennikarz Wojciech Dorosz z radiowej Trójki. Jest on jedynym znanym mi na całym świecie szefem organizacji dziennikarskiej – medialnej i zwiazkowcem postulującym zwolnienia m.in. dziennikarzy w swojej firmie. I właśnie dlatego Dorosz przypomina karpia, który domaga się przyspieszenia świąt Bożego Narodzenia. Karpia – nich mi ryby wybaczą – politycznego.

Karp zresztą kojarzy się z radiową Trójką, z którą W. Dorosz jest związany od 17 lat. Jednak nie chodzi o związek owego redaktora z karpiem z dawnych piosenek III PR. Jest poważniej.

Oto Wirtualnych Mediach Wojciech Dorosz powiedział: „Powiem wprost: wkurzyliśmy się, gdy w mediach pojawiły się konkretne nazwiska. To ludzie znający się na rzeczy, więc nie chodzi o nich, ale o sposób, w jaki to się dzieje. Bez konkursu, bez konsultacji.

Znów czujemy się jak osiem lat temu, gdy przysłano do Polskiego Radia osoby, które miały wprowadzić porządki według politycznego zamówienia. Ten system jest chory i należy go natychmiast zmienić” – mówił Wirtualnym Mediom dziennikarz Programu Trzeciego Wojciech Dorosz, wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Dziennikarzy i Pracowników Trójki oraz prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy i Twórców Radia Publicznego.

Organizacje te wystosowały oświadczenie dotyczące mediów publicznych. „Media robią dziennikarze. Nie ma powrotu do starego. Media publiczne trzeba zbudować na nowo” – czytamy w oświadczeniu. „Uważamy, że nie powinni nimi kierować ani politycy ani dziennikarze z przeszłością polityczną. I proces zmian w tym duchu trzeba zacząć od zaraz, bez usprawiedliwiania się okresem przejściowym, niezależnie od działań, na jakie zdecyduje się nowy rząd demokratycznej opozycji” – napisano w dokumencie, którego tekst opublikowały także WM.

Wojciech Dorosz ma receptę na takie ewentualne działania KO, TD i Lewicy: „- Z Polskiego Radia powinno odejść kilkadziesiąt osób. Jest tu duża grupa publicystów i komentatorów politycznych o bardzo wyrazistych poglądach i służebnej postawie wobec wciąż rządzącej partii, którzy zdecydowanie nie powinni dłużej pracować w mediach publicznych. Wystarczy być może przeprowadzić z nimi rozmowy i jeśli stwierdzą, że nie będą w stanie pracować w nowych realiach, to pójdą gdzie indziej. Zapewne dojdzie do dużych zwolnień, choć akurat znaczna część tych osób nie jest u nas na etacie. Są zatrudnieni w ramach umów B2B albo cywilno-prawnych. Natomiast nie uważam, by z powodu tych kilkudziesięciu partyjnych funkcjonariuszy kara miała spaść na pozostałych ponad 1200 pracowników Polskiego Radia, często związanych z tą instytucją od wielu lat – uważa nasz rozmówca” – napisały 24 października Wirtualne Media.

Muszę przyznać, że w pierwszym momencie nie uwierzyłem i to nie dlatego, że WM często nie podają  informacji w taki sposób, w jaki ja rozumiem dziennikarstwo. Po prostu pomyślałem, że to głupota, kunktatorstwo lub sabotaż. Oczywiście Dorosz to doświadczony dziennikarz. Zatem, dlaczego mówi takie bzdury o konieczności zwalniania pracowników PR będąc liderem organizacji dziennikarskich i medialnych, także w PR? Nie wiem dlaczego to zrobił, ale może za kilka dni dowiemy się, że nie Dorosz nie autoryzował wypowiedzi albo, że źle go zrozumiano. Przecież nie uwierzę, ze redaktor od prawie 20 lat związany z mediami publicznymi nie pomyślał, że skoro jego niektórzy znajomi z Trójki i Polskiego Radia zaczną uważać go za zdrajcę (albo od dawna uważają), to politycy liberalni i lewicowi wyznaczający po raz kolejny, kto może i powinien pracować w mediach publicznych,mogą wkrótce zrezygnować z Dorosza…

„Nie, nie” – podpowiedziały mi głosy resztek mojego rozsądku. „Redaktor Dorosz taki głupi nie jest” – dodały głosy.

Wobec tego naprawdę nie wiem dlaczego redaktor Trójki i lider organizacji dziennikarskich i medialnych, związkowiec zachował się jak karp, który sam się zabił już w październiku, ale jeszcze wcześniej wypatroszył się i usmażył albo – co tam kto lubi – podał się w galarecie.

Jeszcze jedno, dlaczego Dorosz – jak wielu pracowników Trójki i innych anten PR – nie odszedł z rozgłośni publicznej jak wstrętny PiS likwidował dziennikarzom wolność słowa? Przecież nie uwierzę, że został, aby przygotować grunt politykom KO, TD i Lewicy oraz lepiej poczuć rolę medialnego inkwizytora…

Hubert Bekrycht

sekretarz generalny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, członek ZG SDP

(artykuł jest wynikiem osobistych poglądówi  rozmyślań Autora, bo refleksje to miał ostatnio I. Kant.)

24.10.2023 r.

Znowu to słychać i pisze o tym STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Nie lękajcie się!

… Św. Jan Paweł II już tak nam mówił. Nie wiem, czy poskutkowało, ale jeśli już mamy się bać to o rodzime świnki i krówki, o dokończenie przekopu wiślanego, o atomowe elektrownie i CPK. Pomorzu wschodniemu i zachodniemu zniszczono przemysł okrętowy i flotę handlową – ale oni są „za Tuskiem”. Mają tunel pod Odrą w Świnoujściu (hurra, udało się!), ale nic to. Chcą teraz tych, którzy będą zamykać a nie otwierać.

Jeśli wezmą TVP przekabacą jeszcze wielu. Może nie przeciągną na swoją stronę wielu dziennikarzy, którzy mają się już bać. Nitras wytnie a Węglarczyk, który założył właśnie nową dziennikarską organizację, z pewnością mu pomoże. Sienkiewicz awansuje od razu do stopnia generała armii (czterogwiazdkowego, jakim został Jaruzelski) i będzie zatrudniał aż dwóch wiceministrów: Klicha i Siemoniaka. Cywilów w wojsku będzie więcej bo należy zająć się redukcją niepotrzebnych po  zmniejszeniu armii oficerów. Będą przysposabiani do nowych zawodów – np. obsługi turystów i imigrantów.

Co będziemy sadzić i hodować zadecyduje Unia i posłanka Jachira. Po co nam tyle tego. Przecież za miedzą Ukraina – potężny czarnoziemny spichlerz. Handel rybami żywymi to zbrodnia. Więc nie będzie go. Wszystko co z morza dostaniemy z Norwegii i od innych przyjaciół Polaków a szczególnie kochających nasze dzieci.

Po co macie się ludzie lękać? Przecież teraz w parlamencie pojawią się naprawdę odważne i energiczne posłanki przebijające wszystko co dotychczas wyprawiały i wygadywały Kidawa Błońska i ekonomistka – piękna Iza Leszczyna. Doświadczenie w końcu mają też Lubnauer i koleżanki. Nie zawiodą. Miłośnik PGR-ów Balcerowicz wszystko nam wytłumaczy. Pawlak zastąpi Obajtka i zrobi porządek w Orlenie. Wymiana władzy będzie się odbywać wg. zasad Starego Testamentu: „Oko za oko, ząb za ząb” (Księga Kapłańska).  Żadne tam „dobrem zło zwyciężaj”. Milion a może i więcej przemaszerowało przez Warszawę – to chyba teraz coś należy się tym ludziom. Niedługo wybory samorządowe. Będziemy mieli rychtyklandy. Ja, jawohl! Precz z nazwą województwa.

Dla każdego zasłużonego POwca znajdzie się teraz ważne i dobrze płatne miejsce. Jeszcze jest sporo do sprywatyzowania. Pardon – teraz będziemy mówić „do zdenacjonalizowania”, do „odpaństwowienia”. Wiele jeszcze tego – np. lasy, których mamy najwięcej w Europie. Nie licząc nawet kosodrzewiny. Krów doić też nie będziemy. Nawet rekordzistkę z Podlasia z prywatnego gospodarstwa mlecznego, która daje 70 litrów mleka dziennie. Byki tez można przekonać do jednopłciowości – będą takie sobie byko-geje. Świń nie będziemy hodować bo nie należy zwierząt zabijać. One tego nie lubią. A co do baranów to chyba je zostawimy ze względu na powinowactwo nazewnicze z decydentami.

Jeśli ktoś z obywateli nie będzie rozumiał dokonywanych przemian wytłumaczy mu osobiście bardzo popularny i jak się okazało zaufany prezes praw obywatelskich pan Bodnar. Mucha nie siada. Choć niektóre są upierdliwe z czasem przekonają obywateli.

Pytanie – co zrobić z Grodzkim, Trzaskowskim, Budką? Na początek pan mecenas Budka dostanie  budkę z piwem pod telewizją na Placu Powstańców. Jest tam duży ruch (protesty etc.) a i obroty będą nieliche. Poza tym ten bystry prawnik i ekonomista będzie miał oko na to, kto przybywa i wybywa jako goście wiadomości Info. No, o ile w ogóle pan Budka tych redakcji nie zlikwiduje.

Ale nie lękajcie się koledzy. Po was przyjdą inni i jak zawsze gorliwa wierchuszka dziennikarska służyć będą nowej władzy. Tak było zawsze i tak będzie. Wielu żurnalistów ma w sobie bardzo wysokiej rangi etykę zawodową.

PiS zaczyna teraz od rozliczeń. Niepotrzebnie. Ważne jest co będzie dalej. Ważne czy Polska zostanie oddana w lepkie ręce. To gorsza perspektywa niż grzech przegranej. Zresztą z Platformą to przecież PiS wygrał. Tyle, że ta płaszczyzna partyjna już po wyborach zjednoczyła się z kim się dało, tak jak PPR z PPS.

Bój to wcale nie był ostatni. Ostatnich to gryzą psy. A teraz modne są małe psinki i nikt się ich nie boi. Nawet koty. Zachód zapełniony już z południa a wkrótce i ze wschodu zbankrutuje rychło wydojony zasiłkami dla nierobów. Nie tylko nie płaci – co wyciągnie więcej łapy po dziesięcinę.  I Polska będzie musiała się na to zgodzić. Bo inaczej wyrzucą nas z Unii. Pany – Lachy  nie tylko zubożeją, ale nawet zaczną nie dojadać. Autostrady będą zupełnie niepotrzebne.

Może jednak powtórzy się sierpień 1980 roku a potem 13 grudnia 1981. Marna to pociecha, że będzie w końcu powtórka z czerwca 1989 roku. Ciekawe kto stanie się „człowiekiem honoru” na wzór Jaruzelskiego i Kiszczaka.

A więc nie bój się człowieku i nie rozpaczaj, PiS-ie kochany – do roboty. Trzeba szybko i ofiarnie się ogarnąć. Nie wypominać spartolonej kampanii pod wodzą Brudzińskiego. Zaraza tym razem przyszła z zachodu. „Ale nic to, Basiu” – jak mawiał Wołodyjowski. Mleko się rozlało, ale to jest mleko polskie. A krów – póki co – mamy dostatek. Żeby tak móc zrozumieć co mówią zwierzęta. B-e-e-e-e-e-e-e. A to rozumiemy. Ale są jeszcze koniki, krówki i świnki. Nie zarzynajmy tego stada. Znowu powołam się na Stary (wprawdzie) odwołany Testament. Stoi tam jak byk. „Kto zabije zwierza będzie obowiązany do zwrotu”. Potem Mojżesz kazał Izraelitom wyprowadzić bluźnierców i ukamienować. Synowie Izraela uczynili to co Pan rozkazał Mojżeszowi.

 

 

Najważniejsza ze sztuk  – JAKUB OLCHOWSKI o propagandzie w rosyjskiej kinematografii

Gdy do władzy doszedł Władimir Putin, rosyjska kinematografia powróciła do przekazu ideologicznego.

Rosja  sprawnie posługuje się całą machinerią propagandową i dezinformacyjną. Robi to od stuleci i czyni to bardzo efektywnie. Podniosła do rangi sztuki używanie instrumentów informacyjnych i dezinformacyjnych i sztuka ta jest wykorzystywana przez nią do realizacji interesów strategicznych. Podobnie jak wykorzystywanych jest wiele innych elementów, które wcale nie są – przynajmniej na pierwszy rzut oka – instrumentami polityki zagranicznej, jak np. surowce naturalne czy energetyka. To samo dotyczy  miękkiej warstwy, czyli np. kultury i narracji historycznych, używanych przez Rosję do budowania pewnej określonej wizji świata, tak na użytek wewnętrzny, jak i zewnętrzny.

Takim instrumentem jest też film. Włodzimierz Lenin miał powiedzieć, że film jest najważniejszą ze sztuk, bo dzięki obrazom można kształtować umysły i emocje nawet ludzi  nieumiejących pisać i czytać, a takich 100 lat temu była w Rosji przeważająca większość. Dziś mechanizm ten działa tak samo, choć zmieniły się instrumenty i metody – mówi się o storytellingu i „budowaniu narracji”. Co nie znaczy wszakże, że film stracił znaczenie. Przeciwnie, może być i jest bardzo użytecznym narzędziem.

Jeśli chodzi o rosyjską kinematografię, trzeba mieć świadomość, że Rosjanie mają znakomite,  głęboko zakorzenione tradycje filmowe i artystyczne.  W Związku Radzieckim powstało wiele filmów ważnych dla kinematografii światowej, i powstawały niemal od początku jej istnienia. W 1925 Siergiej Eisenstein nakręcił „Pancernik Potiomkin”, film artystycznie znakomity, choć naturalnie mający ideologiczny i propagandowy wydźwięk. Sojusz sztuki i polityki miewał jednak wzloty i upadki – tenże sam Eisenstein w 1938 r. nakręcił „Aleksandra Newskiego,” film obsadzony samymi gwiazdami, zrobiony z ogromnym rozmachem, z muzyką Siergieja Prokofiewa. Akcja filmu osadzona jest rzecz jasna w średniowieczu, ale przekaz ideologiczny odnosił się de facto do aktualnej sytuacji, tj. do napięć między Związkiem Radzieckim a Trzecią Rzeszą. Filmowi Krzyżacy nosili nawet hełmy, które przypominały hełmy armii niemieckiej. Sytuacja się jednak zmieniła – po pakcie Ribbentrop-Mołotow film stał się oczywiście „nieprawilny”, jako szkalujący przyjaciół. Wkrótce jednak sytuacja ponownie się zmieniła i w 1941 r. film znów stał się aktualny i ponownie można go było wykorzystywać do urabiania serc i umysłów sowieckiego społeczeństwa.

Po II wojnie światowej radziecka kinematografia rozwijała się prężnie. Z powodów politycznych i ideologicznych, tj. jako użyteczny dla władzy instrument, ale również z powodów banalnie obiektywnych: Rosja zawsze miała wielu wybitnych, utalentowanych artystów i twórców. W efekcie radzieckie filmy wielokrotnie były nagradzane na świecie. Nagrodę Oscara otrzymała „Wojna i pokój” (1968), „Dersu Uzała” (1975) i „Moskwa nie wierzy łzom” (1980) – w czasach, kiedy Oscar znaczył naprawdę wiele, a w dodatku były to przecież filmy zza „żelaznej kurtyny”. Do klasyki światowej kinematografii weszło wiele radzieckich filmów wojennych, np. Lecą żurawie (1957), Tak tu cicho o zmierzchu (1972), Idź i patrz (1985).

Oczywiście nie kręcono samych arcydzieł, oczywiście nie kręcono wyłącznie filmów wojennych. Niemniej trzeba mieć na uwadze, że wszystkie filmy radzieckie musiały nieść określony przekaz ideologiczny, nawet jeśli pośrednio tylko serwowany widzom, były też cenzurowane. Należy też podkreślić, że temat wojny był bardzo istotny i podchodzono do niego w sposób poważny, monumentalno-martyrologiczny (uzupełniany naturalnie ideologicznie). Takie podejście wynikało po części z nastrojów społecznych – przez wiele lat po wojnie funkcjonowała ona w pamięci zbiorowej przede wszystkim jako ogromny dramat i tragedia (m.in. z tego powodu obchodzono Dzień Zwycięstwa 9 maja, ale raczej refleksyjnie, skromnie i bez parad wojskowych). Jednocześnie II wojna światowa, która w Rosji zwana jest „wielką wojną ojczyźnianą”, stawała się coraz ważniejszym czynnikiem, budującym tożsamość państwa i społeczeństwa (nie narodu, naturalnie) radzieckiego.

Kiedy Związek Radziecki się rozpadł, jego sukcesorka Rosja weszła w trudny okres, musiała się zmagać z głębokim kryzysem ekonomicznym, społecznym, politycznym i tożsamościowym. Podupadła także  kinematografia. Mimo to w latach 90. powstało  wiele świetnych filmów, ze znakomitym obrazem Spaleni słońcem z 1994 r., w reżyserii Nikity Michałkowa.  Ten wstrząsający film jest niemal, niczym „Makbet” Szekspira, socjologiczno-politologicznym studium tyranii – i został nagrodzony Oscarem.

Jednak gdy do władzy doszedł Władimir Putin, rosyjska kinematografia  powróciła do przekazu ideologicznego, i to na nieporównanie szerszą skalę. Poniekąd wynika to także z tego, że Moskwa zorientowała się, iż podobnie jak instrumenty ekonomiczne, przyciąganie i przekonywanie ludzi  przy pomocy dobrze przygotowanego przekazu, dobrej opowieści oddziałującej na emocje, jest skuteczniejsze niż hard power i brutalne, nacechowane otwartą arogancją, realizowanie własnych interesów przy użyciu „tradycyjnych”, twardych narzędzi. Zwłaszcza że Rosja zaczęła w tym okresie „wstawać z kolan”, m.in. intensywnie odbudowując swoje znaczenie i wpływy na terytorium dawnego ZSRR oraz lansując przy tym koncepcję „ruskiego świata”. A że russkij mir w dużej mierze ma fundamenty kulturowe, nie można było nie dostrzec i nie wykorzystać kultury jako narzędzia oddziaływania. Zwłaszcza że rosyjska kultura cieszyła się uznaniem na świecie, wciąż jest kojarzona z wielkimi pisarzami, kompozytorami, malarzami, sportowcami czy wreszcie filmowcami.

W efekcie w XXI w. w rosyjskie kino związane jest  w dużej mierze  z określoną narracją, w której można wskazać wiele wątków. To na przykład swego rodzaju „sojuzonostalgia”: Związek Radziecki nie był przecież taki zły, żyliśmy tam, to było wielkie państwo i potęga. Przykładem tego może być Dziewiąta kompania Fiodora Bondarczuka z 2004 r. To produkcja o wojnie w Afganistanie, rzekomo oparta  na faktach, ale w istocie jedynie luźno inspirowana pewnymi wydarzeniami. Oczywiście nie ma w niej  słowa o tym, że to Związek Radziecki zaatakował Afganistan – nie jest to przecież istotne. Ważna jest natomiast narracja, że żołnierze pochodzący z różnych stron ZSRR dzielnie walczyli za ojczyznę, która się o nich nie troszczyła i trochę o nich zapomniała, a przecież oni ją kochali. Co warto podkreślić, film zrobiono z wielkim rozmachem, niczym amerykańskie „superprodukcje” i blockbustery – w kolejnych latach stało się to zresztą regułą.

Pojawiły się też inne ważne wątki. Jednym  z nich jest gloryfikacja carskiej Rosji. Świetny przykład stanowi film biograficzny o admirale Kołczaku pt. Admirał (2008 r., reż. Andriej Krawczuk). Możemy się z niego dowiedzieć przede wszystkim tego, że w carskiej Rosji „kapało od złota”, były tam wyłącznie piękne kobiety w cudownych kreacjach oraz przystojni mężczyźni w pięknych mundurach. Inny wątek to oczywiście „wielka wojna ojczyźniana”. Nie jest to przypadek, bo pamięć o tej wojnie, podniesiona już właściwie do rangi mitu, stanowi jeden z kluczowych fundamentów dzisiejszej tożsamości państwowej i narodowej Rosji. Rokrocznie do rosyjskich kin trafia ok. 200 filmów rodzimej produkcji i wiele z nich to filmy wojenne (bojewiki), ponadto produkuje się wiele seriali telewizyjnych. Przemysł filmowy jest potężny i szczodrze finansowany przez państwo, które wymaga, by filmy niosły określony przekaz. Wśród wielu takich produkcji wojennych był np. hit kinowy z 2008 r. pod tytułem Jesteśmy z przyszłości. Film opowiadał o grupie młodych ludzi, żyjących we współczesnej Rosji i prowadzących bezrefleksyjny i konsumpcyjny tryb życia (w domyśle: jak na Zachodzie). Kiedy trafiają do wojska, przypadkiem przenoszą się w czasie i muszą zmierzyć się z faszystami podczas wielkiej wojny ojczyźnianej. Po powrocie do współczesności zmieniają swoje dotychczasowe postępowanie i są już dobrymi patriotami. Film cieszył się tak dużą popularnością, że nakręcono jego ciąg dalszy. Cechą wspólną tego rodzaju filmów jest to, że pokazują martyrologię Rosjan w czasie wojny oraz bohaterstwo Armii Czerwonej, która ostatecznie zawsze wygrywa i pokonuje nazistów. Nikomu nie przeszkadza, że konkretne historyczne wydarzenia przedstawiane są całkowicie fałszywie. W 2016 r. nakręcono np. „28 panfiłowców” – film opowiada o bohaterskiej walce, stoczonej rzekomo przez grupę czerwonoarmistów w 1941 r., mimo że już od dawna wiadomo, że to wydarzenie nigdy nie miało miejsca. Tego jednak przeciętny widz nie wie.

Nawet wielki Nikita Michałkow, obecnie bliski przyjaciel Putina, nakręcił w 2010 r. kontynuację „Spalonych słońcem” – będącą w odróżnieniu od pierwszej części z 1994 r. obrzydliwą propagandówką, z której wynika m.in. że może i NKWD to byli socjopaci, wybijający zęby młotkiem, ale to z miłości do ojczyzny, a przecież wszyscy kochamy ojczyznę, czyż nie?

Inną grupę stanowią filmy historyczne czy raczej – pseudohistoryczne, przedstawiające pewną narrację dotyczącą przeszłości Rosji. Sięga się przy tym do średniowiecza (filmy o Jarosławie Mądrym i Aleksandrze Newskim) i głębiej nawet, czego przykładem „Wiking” Andrieja Krawczuka z 2016 r. – łączy te produkcje takie pokazywanie Rusi Kijowskiej, by nie było wątpliwości, że jedyną jej spadkobierczynią jest Rosja. Dla Polaków interesujący może być Rok 1612 Władymira Chotinienki z 2007 r., pokazujący złych, bezwzględnych i okrutnych oraz bezustannie przeklinających polskich husarzy, którzy konno szarżują na mury miasta, ale dzielnie i skutecznie przeciwstawia się im prosty rosyjski lud, pełen patriotyzmu i mistycyzmu. Podobnie narracja przebiega w luźnej ekranizacji powieści Nikołaja Gogola pt. Taras Bulba (2009), w której  Polacy prześladują i gnębią mieszkańców Rusi, którzy nie dzielą się na Ukraińców i Rosjan, bo stanowią wszak jeden naród – co jest jednym z fundamentów koncepcji „ruskiego świata”.

W wielu filmach i serialach pojawiał się wątek czeczeńskich terrorystów, diabolicznych i podstępnych. Często filmowe czarne charaktery posługiwały się też językiem angielskim, a także zachodnim wyposażeniem i uzbrojeniem. Jeśli pojawiali się Polacy, to zwykle w roli najemników i zaciekłych rusofobów. Po  2014 r. i aneksji Krymu pojawił się też nowy wątek, czyli źli Ukraińcy, którzy używają faszystowskich pozdrowień, gwałcą, mordują i palą – zwłaszcza w Donbasie, zaś dzielni Rosjanie chronią ludność cywilną i przywracają porządek oraz dostarczają pomoc humanitarną.

Przykładów tego rodzaju produkcji są dziesiątki. I oczywiście nie tylko w Rosji filmowcy dość „luźno” podchodzą do wydarzeń historycznych. Dość przypomnieć wielkie hollywoodzkie przeboje, jak chociażby „Braveheart” czy „Pearl Harbor”. Metaforycznie ujmując, tyle mają wspólnego z historią, ile wspólnego ma demokracja z demokracją ludową. Z drugiej strony, w Rosji nadal są twórcy, którzy potrafią robić wybitne filmy i czasem takie robią. Przykładami mogą być „Lewiatan” Andrieja Zwiagincewa czy „Ładunek 200” Aleksieja Bałabanowa. To jednak wyjątki, generalnie bowiem rosyjskie filmy, zarówno fabularne, jak i dokumentalne, zwykle bardzo dobre pod względem warsztatowym, utrwalają  w społeczeństwie rosyjskim pewien obraz Rosji i otaczającego ją świata. Przy czym, o ile pseudohistoryczne filmy zachodnie to po prostu popkulturowe produkty, których celem jest przynoszenie zysku, o tyle znaczna część produkcji rosyjskich, finansowana przez państwo, z premedytacją wpływa na świadomość i poglądy społeczeństwa. To także element rosyjskiej soft power, mający wpływać nie tylko na społeczeństwo rosyjskie, ale i audytorium zewnętrzne – Rosja stara się brać przykład z rozmachu i ekspansywności amerykańskiego przemysłu filmowego (podobnie zresztą czynią Chiny), jednak w przypadku Rosji istotne jest, że najważniejsza ze sztuk służy jako instrument władzy.

W efekcie Rosjanie są przekonani, że ich  kraj nigdy nikogo nie napadł, a tylko wyzwalał i bronił, zaś całe zło pochodzi z zewnątrz, w tym – podkreślmy – w dużej mierze z Polski. Ważne, byśmy o tym pamiętali, bo u nas też pojawiają się niestety różne prorosyjskie wypowiedzi i środowiska. Kręgi te chyba nie zdają sobie sprawy, w jaki sposób Polskę  przedstawia się w Rosji i jak bardzo jej wizerunek jest tam negatywny. Co prawda obecnie Rosjanie niezbyt chętnie chodzą do kina na filmy wojenne z ostatnich lat, np. pokazujące wojnę w Donbasie, ale to niewiele zmienia. Na pewno nie zmienia ich stosunku do wojny i do Ukrainy.

Jakub Olchowski

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja mści się nawet na umarłych

Ataki na kondukty pogrzebowe i celowe niszczenie cmentarzy, na których chowani są polegli ukraińscy żołnierze, to kolejna zbrodnia wojenna rosyjskiej armii.

Miesiąc temu marszałek okupacyjnego parlamentu Krymu Wołodymyr Konstantinow stwierdził, że Rosjanie nie rozliczają się z poległymi żołnierzami. Miał na myśli fakt z odległej przeszłości, że na Krymie znajdują się cmentarze żołnierzy angielskich, francuskich i włoskich z czasów wojny krymskiej.

Już wtedy jego słowa nie były do ​​końca prawdą, bo wszystkie te nekropolie są zaniedbane, nawet cmentarz żołnierzy rosyjskich. Teraz jednak rzeczywistość całkowicie obaliła zapewnienia Konstantinowa. Rosja wyrównuje rachunki nawet z martwymi przeciwnikami, robi to celowo i planowo. Na przykład 5 października wojska rosyjskie celowo wystrzeliły rakietę „Iskander” w kawiarnię we wsi Groza pod Charkowem dokładnie w tym czasie, gdy mieszkańcy zebrali się tam, aby uczcić pamięć swojego rodaka Andrija Kozyra, który zginął wraz z synem Denysem na froncie ukraińskim, a teraz został pochowany w rodzinnej wsi. W wyniku ostrzału zginęło 55 osób, w tym dziecko i wszyscy krewni Andrija Kozyra, a 6 zostało rannych. Życie straciła właściwie połowa mieszkańców tej wsi.

Ukraina poruszyła kwestię tej zbrodni wojennej na forum ONZ. Podczas przesłuchań przedstawiciel Rosji przy ONZ Wasyl Nebenzia oświadczył, że we wsi Groza pochowano „wysokiego szczebla neonazistę”, dlatego armia uznała ten pogrzeb za cel wojskowy i uderzył w „grupę nazistów”. Nie jest to prawdą, ponieważ w pogrzebie uczestniczyli tylko mieszkańcy wsi.

Ukraińscy śledczy postawili już zarzuty Wołodymyrowi Mamonowi i jego młodszemu bratu, 23-letniemu Dmytro Mamonowi, którzy od początku wojny przeszli na stronę wroga. To oni podali Rosjanom współrzędne kawiarni, wydając wyrok na swoich sąsiadów, z którymi ich rodzina mieszkała od dziesięcioleci.

Wydarzenia w podcharkowskiej wsi to tylko jeden z przykładów, że zemsta na martwym wrogu jest powszechną praktyką rosyjskiej armii. 11 października na przedmieściach Chersonia Rosjanie za pomocą drona zaatakowali procesję pamięci w pobliżu miejscowego cmentarza. Jak poinformował szef administracji wojskowej miasta Roman Mrochko, materiał wybuchowy z bezałogowca zniszczył pojazd przewożący zmarłego i ranił trzy osoby. Pozostałym uczestnikom pogrzebu udało się w porę uciec.

Ukraińska prokuratura twierdzi, że ataki na kondukty pogrzebowe i miejsca, w których odprawiane są nabożeństwa żałobne, a także celowe niszczenie cmentarzy, gdzie chowani są polegli żołnierze, stały się typową zbrodnią wojenną rosyjskiej armii.