Znowu to słychać i pisze o tym STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Nie lękajcie się!

… Św. Jan Paweł II już tak nam mówił. Nie wiem, czy poskutkowało, ale jeśli już mamy się bać to o rodzime świnki i krówki, o dokończenie przekopu wiślanego, o atomowe elektrownie i CPK. Pomorzu wschodniemu i zachodniemu zniszczono przemysł okrętowy i flotę handlową – ale oni są „za Tuskiem”. Mają tunel pod Odrą w Świnoujściu (hurra, udało się!), ale nic to. Chcą teraz tych, którzy będą zamykać a nie otwierać.

Jeśli wezmą TVP przekabacą jeszcze wielu. Może nie przeciągną na swoją stronę wielu dziennikarzy, którzy mają się już bać. Nitras wytnie a Węglarczyk, który założył właśnie nową dziennikarską organizację, z pewnością mu pomoże. Sienkiewicz awansuje od razu do stopnia generała armii (czterogwiazdkowego, jakim został Jaruzelski) i będzie zatrudniał aż dwóch wiceministrów: Klicha i Siemoniaka. Cywilów w wojsku będzie więcej bo należy zająć się redukcją niepotrzebnych po  zmniejszeniu armii oficerów. Będą przysposabiani do nowych zawodów – np. obsługi turystów i imigrantów.

Co będziemy sadzić i hodować zadecyduje Unia i posłanka Jachira. Po co nam tyle tego. Przecież za miedzą Ukraina – potężny czarnoziemny spichlerz. Handel rybami żywymi to zbrodnia. Więc nie będzie go. Wszystko co z morza dostaniemy z Norwegii i od innych przyjaciół Polaków a szczególnie kochających nasze dzieci.

Po co macie się ludzie lękać? Przecież teraz w parlamencie pojawią się naprawdę odważne i energiczne posłanki przebijające wszystko co dotychczas wyprawiały i wygadywały Kidawa Błońska i ekonomistka – piękna Iza Leszczyna. Doświadczenie w końcu mają też Lubnauer i koleżanki. Nie zawiodą. Miłośnik PGR-ów Balcerowicz wszystko nam wytłumaczy. Pawlak zastąpi Obajtka i zrobi porządek w Orlenie. Wymiana władzy będzie się odbywać wg. zasad Starego Testamentu: „Oko za oko, ząb za ząb” (Księga Kapłańska).  Żadne tam „dobrem zło zwyciężaj”. Milion a może i więcej przemaszerowało przez Warszawę – to chyba teraz coś należy się tym ludziom. Niedługo wybory samorządowe. Będziemy mieli rychtyklandy. Ja, jawohl! Precz z nazwą województwa.

Dla każdego zasłużonego POwca znajdzie się teraz ważne i dobrze płatne miejsce. Jeszcze jest sporo do sprywatyzowania. Pardon – teraz będziemy mówić „do zdenacjonalizowania”, do „odpaństwowienia”. Wiele jeszcze tego – np. lasy, których mamy najwięcej w Europie. Nie licząc nawet kosodrzewiny. Krów doić też nie będziemy. Nawet rekordzistkę z Podlasia z prywatnego gospodarstwa mlecznego, która daje 70 litrów mleka dziennie. Byki tez można przekonać do jednopłciowości – będą takie sobie byko-geje. Świń nie będziemy hodować bo nie należy zwierząt zabijać. One tego nie lubią. A co do baranów to chyba je zostawimy ze względu na powinowactwo nazewnicze z decydentami.

Jeśli ktoś z obywateli nie będzie rozumiał dokonywanych przemian wytłumaczy mu osobiście bardzo popularny i jak się okazało zaufany prezes praw obywatelskich pan Bodnar. Mucha nie siada. Choć niektóre są upierdliwe z czasem przekonają obywateli.

Pytanie – co zrobić z Grodzkim, Trzaskowskim, Budką? Na początek pan mecenas Budka dostanie  budkę z piwem pod telewizją na Placu Powstańców. Jest tam duży ruch (protesty etc.) a i obroty będą nieliche. Poza tym ten bystry prawnik i ekonomista będzie miał oko na to, kto przybywa i wybywa jako goście wiadomości Info. No, o ile w ogóle pan Budka tych redakcji nie zlikwiduje.

Ale nie lękajcie się koledzy. Po was przyjdą inni i jak zawsze gorliwa wierchuszka dziennikarska służyć będą nowej władzy. Tak było zawsze i tak będzie. Wielu żurnalistów ma w sobie bardzo wysokiej rangi etykę zawodową.

PiS zaczyna teraz od rozliczeń. Niepotrzebnie. Ważne jest co będzie dalej. Ważne czy Polska zostanie oddana w lepkie ręce. To gorsza perspektywa niż grzech przegranej. Zresztą z Platformą to przecież PiS wygrał. Tyle, że ta płaszczyzna partyjna już po wyborach zjednoczyła się z kim się dało, tak jak PPR z PPS.

Bój to wcale nie był ostatni. Ostatnich to gryzą psy. A teraz modne są małe psinki i nikt się ich nie boi. Nawet koty. Zachód zapełniony już z południa a wkrótce i ze wschodu zbankrutuje rychło wydojony zasiłkami dla nierobów. Nie tylko nie płaci – co wyciągnie więcej łapy po dziesięcinę.  I Polska będzie musiała się na to zgodzić. Bo inaczej wyrzucą nas z Unii. Pany – Lachy  nie tylko zubożeją, ale nawet zaczną nie dojadać. Autostrady będą zupełnie niepotrzebne.

Może jednak powtórzy się sierpień 1980 roku a potem 13 grudnia 1981. Marna to pociecha, że będzie w końcu powtórka z czerwca 1989 roku. Ciekawe kto stanie się „człowiekiem honoru” na wzór Jaruzelskiego i Kiszczaka.

A więc nie bój się człowieku i nie rozpaczaj, PiS-ie kochany – do roboty. Trzeba szybko i ofiarnie się ogarnąć. Nie wypominać spartolonej kampanii pod wodzą Brudzińskiego. Zaraza tym razem przyszła z zachodu. „Ale nic to, Basiu” – jak mawiał Wołodyjowski. Mleko się rozlało, ale to jest mleko polskie. A krów – póki co – mamy dostatek. Żeby tak móc zrozumieć co mówią zwierzęta. B-e-e-e-e-e-e-e. A to rozumiemy. Ale są jeszcze koniki, krówki i świnki. Nie zarzynajmy tego stada. Znowu powołam się na Stary (wprawdzie) odwołany Testament. Stoi tam jak byk. „Kto zabije zwierza będzie obowiązany do zwrotu”. Potem Mojżesz kazał Izraelitom wyprowadzić bluźnierców i ukamienować. Synowie Izraela uczynili to co Pan rozkazał Mojżeszowi.

 

 

Najważniejsza ze sztuk  – JAKUB OLCHOWSKI o propagandzie w rosyjskiej kinematografii

Gdy do władzy doszedł Władimir Putin, rosyjska kinematografia powróciła do przekazu ideologicznego.

Rosja  sprawnie posługuje się całą machinerią propagandową i dezinformacyjną. Robi to od stuleci i czyni to bardzo efektywnie. Podniosła do rangi sztuki używanie instrumentów informacyjnych i dezinformacyjnych i sztuka ta jest wykorzystywana przez nią do realizacji interesów strategicznych. Podobnie jak wykorzystywanych jest wiele innych elementów, które wcale nie są – przynajmniej na pierwszy rzut oka – instrumentami polityki zagranicznej, jak np. surowce naturalne czy energetyka. To samo dotyczy  miękkiej warstwy, czyli np. kultury i narracji historycznych, używanych przez Rosję do budowania pewnej określonej wizji świata, tak na użytek wewnętrzny, jak i zewnętrzny.

Takim instrumentem jest też film. Włodzimierz Lenin miał powiedzieć, że film jest najważniejszą ze sztuk, bo dzięki obrazom można kształtować umysły i emocje nawet ludzi  nieumiejących pisać i czytać, a takich 100 lat temu była w Rosji przeważająca większość. Dziś mechanizm ten działa tak samo, choć zmieniły się instrumenty i metody – mówi się o storytellingu i „budowaniu narracji”. Co nie znaczy wszakże, że film stracił znaczenie. Przeciwnie, może być i jest bardzo użytecznym narzędziem.

Jeśli chodzi o rosyjską kinematografię, trzeba mieć świadomość, że Rosjanie mają znakomite,  głęboko zakorzenione tradycje filmowe i artystyczne.  W Związku Radzieckim powstało wiele filmów ważnych dla kinematografii światowej, i powstawały niemal od początku jej istnienia. W 1925 Siergiej Eisenstein nakręcił „Pancernik Potiomkin”, film artystycznie znakomity, choć naturalnie mający ideologiczny i propagandowy wydźwięk. Sojusz sztuki i polityki miewał jednak wzloty i upadki – tenże sam Eisenstein w 1938 r. nakręcił „Aleksandra Newskiego,” film obsadzony samymi gwiazdami, zrobiony z ogromnym rozmachem, z muzyką Siergieja Prokofiewa. Akcja filmu osadzona jest rzecz jasna w średniowieczu, ale przekaz ideologiczny odnosił się de facto do aktualnej sytuacji, tj. do napięć między Związkiem Radzieckim a Trzecią Rzeszą. Filmowi Krzyżacy nosili nawet hełmy, które przypominały hełmy armii niemieckiej. Sytuacja się jednak zmieniła – po pakcie Ribbentrop-Mołotow film stał się oczywiście „nieprawilny”, jako szkalujący przyjaciół. Wkrótce jednak sytuacja ponownie się zmieniła i w 1941 r. film znów stał się aktualny i ponownie można go było wykorzystywać do urabiania serc i umysłów sowieckiego społeczeństwa.

Po II wojnie światowej radziecka kinematografia rozwijała się prężnie. Z powodów politycznych i ideologicznych, tj. jako użyteczny dla władzy instrument, ale również z powodów banalnie obiektywnych: Rosja zawsze miała wielu wybitnych, utalentowanych artystów i twórców. W efekcie radzieckie filmy wielokrotnie były nagradzane na świecie. Nagrodę Oscara otrzymała „Wojna i pokój” (1968), „Dersu Uzała” (1975) i „Moskwa nie wierzy łzom” (1980) – w czasach, kiedy Oscar znaczył naprawdę wiele, a w dodatku były to przecież filmy zza „żelaznej kurtyny”. Do klasyki światowej kinematografii weszło wiele radzieckich filmów wojennych, np. Lecą żurawie (1957), Tak tu cicho o zmierzchu (1972), Idź i patrz (1985).

Oczywiście nie kręcono samych arcydzieł, oczywiście nie kręcono wyłącznie filmów wojennych. Niemniej trzeba mieć na uwadze, że wszystkie filmy radzieckie musiały nieść określony przekaz ideologiczny, nawet jeśli pośrednio tylko serwowany widzom, były też cenzurowane. Należy też podkreślić, że temat wojny był bardzo istotny i podchodzono do niego w sposób poważny, monumentalno-martyrologiczny (uzupełniany naturalnie ideologicznie). Takie podejście wynikało po części z nastrojów społecznych – przez wiele lat po wojnie funkcjonowała ona w pamięci zbiorowej przede wszystkim jako ogromny dramat i tragedia (m.in. z tego powodu obchodzono Dzień Zwycięstwa 9 maja, ale raczej refleksyjnie, skromnie i bez parad wojskowych). Jednocześnie II wojna światowa, która w Rosji zwana jest „wielką wojną ojczyźnianą”, stawała się coraz ważniejszym czynnikiem, budującym tożsamość państwa i społeczeństwa (nie narodu, naturalnie) radzieckiego.

Kiedy Związek Radziecki się rozpadł, jego sukcesorka Rosja weszła w trudny okres, musiała się zmagać z głębokim kryzysem ekonomicznym, społecznym, politycznym i tożsamościowym. Podupadła także  kinematografia. Mimo to w latach 90. powstało  wiele świetnych filmów, ze znakomitym obrazem Spaleni słońcem z 1994 r., w reżyserii Nikity Michałkowa.  Ten wstrząsający film jest niemal, niczym „Makbet” Szekspira, socjologiczno-politologicznym studium tyranii – i został nagrodzony Oscarem.

Jednak gdy do władzy doszedł Władimir Putin, rosyjska kinematografia  powróciła do przekazu ideologicznego, i to na nieporównanie szerszą skalę. Poniekąd wynika to także z tego, że Moskwa zorientowała się, iż podobnie jak instrumenty ekonomiczne, przyciąganie i przekonywanie ludzi  przy pomocy dobrze przygotowanego przekazu, dobrej opowieści oddziałującej na emocje, jest skuteczniejsze niż hard power i brutalne, nacechowane otwartą arogancją, realizowanie własnych interesów przy użyciu „tradycyjnych”, twardych narzędzi. Zwłaszcza że Rosja zaczęła w tym okresie „wstawać z kolan”, m.in. intensywnie odbudowując swoje znaczenie i wpływy na terytorium dawnego ZSRR oraz lansując przy tym koncepcję „ruskiego świata”. A że russkij mir w dużej mierze ma fundamenty kulturowe, nie można było nie dostrzec i nie wykorzystać kultury jako narzędzia oddziaływania. Zwłaszcza że rosyjska kultura cieszyła się uznaniem na świecie, wciąż jest kojarzona z wielkimi pisarzami, kompozytorami, malarzami, sportowcami czy wreszcie filmowcami.

W efekcie w XXI w. w rosyjskie kino związane jest  w dużej mierze  z określoną narracją, w której można wskazać wiele wątków. To na przykład swego rodzaju „sojuzonostalgia”: Związek Radziecki nie był przecież taki zły, żyliśmy tam, to było wielkie państwo i potęga. Przykładem tego może być Dziewiąta kompania Fiodora Bondarczuka z 2004 r. To produkcja o wojnie w Afganistanie, rzekomo oparta  na faktach, ale w istocie jedynie luźno inspirowana pewnymi wydarzeniami. Oczywiście nie ma w niej  słowa o tym, że to Związek Radziecki zaatakował Afganistan – nie jest to przecież istotne. Ważna jest natomiast narracja, że żołnierze pochodzący z różnych stron ZSRR dzielnie walczyli za ojczyznę, która się o nich nie troszczyła i trochę o nich zapomniała, a przecież oni ją kochali. Co warto podkreślić, film zrobiono z wielkim rozmachem, niczym amerykańskie „superprodukcje” i blockbustery – w kolejnych latach stało się to zresztą regułą.

Pojawiły się też inne ważne wątki. Jednym  z nich jest gloryfikacja carskiej Rosji. Świetny przykład stanowi film biograficzny o admirale Kołczaku pt. Admirał (2008 r., reż. Andriej Krawczuk). Możemy się z niego dowiedzieć przede wszystkim tego, że w carskiej Rosji „kapało od złota”, były tam wyłącznie piękne kobiety w cudownych kreacjach oraz przystojni mężczyźni w pięknych mundurach. Inny wątek to oczywiście „wielka wojna ojczyźniana”. Nie jest to przypadek, bo pamięć o tej wojnie, podniesiona już właściwie do rangi mitu, stanowi jeden z kluczowych fundamentów dzisiejszej tożsamości państwowej i narodowej Rosji. Rokrocznie do rosyjskich kin trafia ok. 200 filmów rodzimej produkcji i wiele z nich to filmy wojenne (bojewiki), ponadto produkuje się wiele seriali telewizyjnych. Przemysł filmowy jest potężny i szczodrze finansowany przez państwo, które wymaga, by filmy niosły określony przekaz. Wśród wielu takich produkcji wojennych był np. hit kinowy z 2008 r. pod tytułem Jesteśmy z przyszłości. Film opowiadał o grupie młodych ludzi, żyjących we współczesnej Rosji i prowadzących bezrefleksyjny i konsumpcyjny tryb życia (w domyśle: jak na Zachodzie). Kiedy trafiają do wojska, przypadkiem przenoszą się w czasie i muszą zmierzyć się z faszystami podczas wielkiej wojny ojczyźnianej. Po powrocie do współczesności zmieniają swoje dotychczasowe postępowanie i są już dobrymi patriotami. Film cieszył się tak dużą popularnością, że nakręcono jego ciąg dalszy. Cechą wspólną tego rodzaju filmów jest to, że pokazują martyrologię Rosjan w czasie wojny oraz bohaterstwo Armii Czerwonej, która ostatecznie zawsze wygrywa i pokonuje nazistów. Nikomu nie przeszkadza, że konkretne historyczne wydarzenia przedstawiane są całkowicie fałszywie. W 2016 r. nakręcono np. „28 panfiłowców” – film opowiada o bohaterskiej walce, stoczonej rzekomo przez grupę czerwonoarmistów w 1941 r., mimo że już od dawna wiadomo, że to wydarzenie nigdy nie miało miejsca. Tego jednak przeciętny widz nie wie.

Nawet wielki Nikita Michałkow, obecnie bliski przyjaciel Putina, nakręcił w 2010 r. kontynuację „Spalonych słońcem” – będącą w odróżnieniu od pierwszej części z 1994 r. obrzydliwą propagandówką, z której wynika m.in. że może i NKWD to byli socjopaci, wybijający zęby młotkiem, ale to z miłości do ojczyzny, a przecież wszyscy kochamy ojczyznę, czyż nie?

Inną grupę stanowią filmy historyczne czy raczej – pseudohistoryczne, przedstawiające pewną narrację dotyczącą przeszłości Rosji. Sięga się przy tym do średniowiecza (filmy o Jarosławie Mądrym i Aleksandrze Newskim) i głębiej nawet, czego przykładem „Wiking” Andrieja Krawczuka z 2016 r. – łączy te produkcje takie pokazywanie Rusi Kijowskiej, by nie było wątpliwości, że jedyną jej spadkobierczynią jest Rosja. Dla Polaków interesujący może być Rok 1612 Władymira Chotinienki z 2007 r., pokazujący złych, bezwzględnych i okrutnych oraz bezustannie przeklinających polskich husarzy, którzy konno szarżują na mury miasta, ale dzielnie i skutecznie przeciwstawia się im prosty rosyjski lud, pełen patriotyzmu i mistycyzmu. Podobnie narracja przebiega w luźnej ekranizacji powieści Nikołaja Gogola pt. Taras Bulba (2009), w której  Polacy prześladują i gnębią mieszkańców Rusi, którzy nie dzielą się na Ukraińców i Rosjan, bo stanowią wszak jeden naród – co jest jednym z fundamentów koncepcji „ruskiego świata”.

W wielu filmach i serialach pojawiał się wątek czeczeńskich terrorystów, diabolicznych i podstępnych. Często filmowe czarne charaktery posługiwały się też językiem angielskim, a także zachodnim wyposażeniem i uzbrojeniem. Jeśli pojawiali się Polacy, to zwykle w roli najemników i zaciekłych rusofobów. Po  2014 r. i aneksji Krymu pojawił się też nowy wątek, czyli źli Ukraińcy, którzy używają faszystowskich pozdrowień, gwałcą, mordują i palą – zwłaszcza w Donbasie, zaś dzielni Rosjanie chronią ludność cywilną i przywracają porządek oraz dostarczają pomoc humanitarną.

Przykładów tego rodzaju produkcji są dziesiątki. I oczywiście nie tylko w Rosji filmowcy dość „luźno” podchodzą do wydarzeń historycznych. Dość przypomnieć wielkie hollywoodzkie przeboje, jak chociażby „Braveheart” czy „Pearl Harbor”. Metaforycznie ujmując, tyle mają wspólnego z historią, ile wspólnego ma demokracja z demokracją ludową. Z drugiej strony, w Rosji nadal są twórcy, którzy potrafią robić wybitne filmy i czasem takie robią. Przykładami mogą być „Lewiatan” Andrieja Zwiagincewa czy „Ładunek 200” Aleksieja Bałabanowa. To jednak wyjątki, generalnie bowiem rosyjskie filmy, zarówno fabularne, jak i dokumentalne, zwykle bardzo dobre pod względem warsztatowym, utrwalają  w społeczeństwie rosyjskim pewien obraz Rosji i otaczającego ją świata. Przy czym, o ile pseudohistoryczne filmy zachodnie to po prostu popkulturowe produkty, których celem jest przynoszenie zysku, o tyle znaczna część produkcji rosyjskich, finansowana przez państwo, z premedytacją wpływa na świadomość i poglądy społeczeństwa. To także element rosyjskiej soft power, mający wpływać nie tylko na społeczeństwo rosyjskie, ale i audytorium zewnętrzne – Rosja stara się brać przykład z rozmachu i ekspansywności amerykańskiego przemysłu filmowego (podobnie zresztą czynią Chiny), jednak w przypadku Rosji istotne jest, że najważniejsza ze sztuk służy jako instrument władzy.

W efekcie Rosjanie są przekonani, że ich  kraj nigdy nikogo nie napadł, a tylko wyzwalał i bronił, zaś całe zło pochodzi z zewnątrz, w tym – podkreślmy – w dużej mierze z Polski. Ważne, byśmy o tym pamiętali, bo u nas też pojawiają się niestety różne prorosyjskie wypowiedzi i środowiska. Kręgi te chyba nie zdają sobie sprawy, w jaki sposób Polskę  przedstawia się w Rosji i jak bardzo jej wizerunek jest tam negatywny. Co prawda obecnie Rosjanie niezbyt chętnie chodzą do kina na filmy wojenne z ostatnich lat, np. pokazujące wojnę w Donbasie, ale to niewiele zmienia. Na pewno nie zmienia ich stosunku do wojny i do Ukrainy.

Jakub Olchowski

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja mści się nawet na umarłych

Ataki na kondukty pogrzebowe i celowe niszczenie cmentarzy, na których chowani są polegli ukraińscy żołnierze, to kolejna zbrodnia wojenna rosyjskiej armii.

Miesiąc temu marszałek okupacyjnego parlamentu Krymu Wołodymyr Konstantinow stwierdził, że Rosjanie nie rozliczają się z poległymi żołnierzami. Miał na myśli fakt z odległej przeszłości, że na Krymie znajdują się cmentarze żołnierzy angielskich, francuskich i włoskich z czasów wojny krymskiej.

Już wtedy jego słowa nie były do ​​końca prawdą, bo wszystkie te nekropolie są zaniedbane, nawet cmentarz żołnierzy rosyjskich. Teraz jednak rzeczywistość całkowicie obaliła zapewnienia Konstantinowa. Rosja wyrównuje rachunki nawet z martwymi przeciwnikami, robi to celowo i planowo. Na przykład 5 października wojska rosyjskie celowo wystrzeliły rakietę „Iskander” w kawiarnię we wsi Groza pod Charkowem dokładnie w tym czasie, gdy mieszkańcy zebrali się tam, aby uczcić pamięć swojego rodaka Andrija Kozyra, który zginął wraz z synem Denysem na froncie ukraińskim, a teraz został pochowany w rodzinnej wsi. W wyniku ostrzału zginęło 55 osób, w tym dziecko i wszyscy krewni Andrija Kozyra, a 6 zostało rannych. Życie straciła właściwie połowa mieszkańców tej wsi.

Ukraina poruszyła kwestię tej zbrodni wojennej na forum ONZ. Podczas przesłuchań przedstawiciel Rosji przy ONZ Wasyl Nebenzia oświadczył, że we wsi Groza pochowano „wysokiego szczebla neonazistę”, dlatego armia uznała ten pogrzeb za cel wojskowy i uderzył w „grupę nazistów”. Nie jest to prawdą, ponieważ w pogrzebie uczestniczyli tylko mieszkańcy wsi.

Ukraińscy śledczy postawili już zarzuty Wołodymyrowi Mamonowi i jego młodszemu bratu, 23-letniemu Dmytro Mamonowi, którzy od początku wojny przeszli na stronę wroga. To oni podali Rosjanom współrzędne kawiarni, wydając wyrok na swoich sąsiadów, z którymi ich rodzina mieszkała od dziesięcioleci.

Wydarzenia w podcharkowskiej wsi to tylko jeden z przykładów, że zemsta na martwym wrogu jest powszechną praktyką rosyjskiej armii. 11 października na przedmieściach Chersonia Rosjanie za pomocą drona zaatakowali procesję pamięci w pobliżu miejscowego cmentarza. Jak poinformował szef administracji wojskowej miasta Roman Mrochko, materiał wybuchowy z bezałogowca zniszczył pojazd przewożący zmarłego i ranił trzy osoby. Pozostałym uczestnikom pogrzebu udało się w porę uciec.

Ukraińska prokuratura twierdzi, że ataki na kondukty pogrzebowe i miejsca, w których odprawiane są nabożeństwa żałobne, a także celowe niszczenie cmentarzy, gdzie chowani są polegli żołnierze, stały się typową zbrodnią wojenną rosyjskiej armii.

Miliony widzów śledziło „Debatę wyborcza 2023” w Telewizji Polskiej

 

Poniedziałkowa „Debata wyborcza”, zorganizowana przez TVP, w momencie największej oglądalności zgromadziła przed ekranami ponad 6 mln widzów – podała Telewizja Polaka powołując się na dane Nielsen Media.

W debacie przed wyborami parlamentarnymi wzięli udział przedstawiciele sześciu komitetów, którzy zarejestrowali swoje listy we wszystkich okręgach. Prawo i Sprawiedliwość reprezentował premier Mateusz Morawiecki, Koalicję Obywatelską – szef PO Donald Tusk,  Nową Lewicę – posłanka Joanna Scheuring-Wielgus, Trzecią Drogę – lider Polski 2050 Szymon Hołownia, Konfederację – poseł Krzysztof Bosak, a Bezpartyjnych Samorządowców – Krzysztof Maj.

Program emitowany na trzech antenach –  TVP1, TVP Info i TVP Polonia – oglądało 5,4 mln widzów. Udział debaty w paśmie wyniósł 42,6 proc. Nadawane zaraz po debacie główne wydanie „Wiadomości” obejrzało 3,5 mln widzów w TVP1, TVP Info i TVP Polonia, co dało udział na poziomie 27,3 proc.

opr. jka, źródło: Telewizja Polska

 

Telewizja Polska podpisała umowę z PZPN w sprawie transmisji piłkarskich rozgrywek

Fortuna 1. Ligę, 2. Ligę, Fortuna Puchar Polski i Superpuchar Polski w piłce nożnej mężczyzn, Orlen Ekstraligę i finał Orlen Pucharu Polski w piłce nożnej kobiet, a także mecze reprezentacji Polski kobiet, męskich reprezentacji młodzieżowych i reprezentacji w futsalu będzie można zobaczyć na antenach TVP. Publiczny nadawca nabył wyłączne prawa telewizyjne do tych rozgrywek do 2027 roku.

Jak informuje TVP, w sezonach 2024/2025, 2025/2026 i 2026/2027 jej widzowie zobaczą co najmniej 99 meczów Fortuna Pucharu Polski na szczeblu centralnym (w tym wszystkie mecze od fazy 1/8 rozgrywek), a także blisko 1500 wybranych meczów Fortuna 1. Ligi i 2. Ligi oraz Superpuchar Polski. Ponadto publiczny nadawca zwiększy, w ramach obecnej umowy na sezon 2023/2024, liczbę transmitowanych meczów 2. Ligi.

Współpraca pomiędzy TVP i Polskim Związkiem Piłki Nożnej zakłada również transmisje wybranych meczów Orlen Ekstraligi Kobiet oraz finału Orlen Pucharu Polski kobiet, a także zmagań młodzieżowych reprezentacji mężczyzn (od U-15 do U-21), reprezentacji kobiet (U-19 i seniorki) i reprezentacji w futsalu.

Telewizja Polska nabyła wyłączne prawa do transmisji meczów w telewizji linearnej oraz w internecie, aplikacjach mobilnych, a także Smart TV i telewizji hybrydowej. W ramach współpracy TVP otrzyma tytuł „Główny Partner Telewizyjny” dla wszystkich ujętych w umowie rozgrywek, a logotypy publicznego nadawcy będą eksponowane m.in.: w materiałach reklamowych, na stronach internetowych, obiektach sportowych i biletach.

W okresie obowiązywania umowy Telewizja Polska pokaże ponad 1700 meczów. Od sezonu 2024/2025 na antenie TVP Sport emitowane będą także Magazyny Ligowe (Fortuna 1. Ligi i 2. Ligi).

opr. jka, źródło: Telewizja Polska

Anna Bogusiewicz i Michał Rachoń poprowadzą „Debatę wyborczą 2023” w Telewizji Polskiej

W poniedziałek, 9 października Telewizja Polska organizuje debatę przed wyborami parlamentarnymi. Do udziału w programie zostało zaproszonych sześć komitetów wyborczych, które zarejestrowały listy we wszystkich okręgach wyborczych.

Debata, którą poprowadzą Anna Bogusiewicz i Michał Rachoń, transmitowana będzie na trzech  antenach Telewizji Polskiej:  TVP1, TVP Info i TVP Polonia. Początek, 9 października o godziny 18.30.

Zaproszenie do programu otrzymali: KW Bezpartyjni Samorządowcy, Koalicyjny Komitet Wyborczy Trzecia droga Polska 2050 Szymona Hołowni- PSL, KW Nowa Lewica, KW Prawo i Sprawiedliwość, Konfederacja Wolność i Niepodległość oraz Koalicyjny Komitet wyborczy Koalicja Obywatelska PO.N iPL Zieloni.

opr. jka, źródło: TVP

Przewodnicząca Europejskiej Federacji Dziennikarskiej z wizytą w CMWP SDP

Ściślejsza współpraca przy procesach dziennikarzy typu SLAPP,  monitoring  tych procesów  oraz  wymiana informacji miedzy CMWP SDP , a EFJ na temat spraw , w których dziennikarze są stroną pozwaną  – to tematy które  zostały omówione podczas spotkania Maji  Sever,  przewodniczącej Europejskiej Federacji Dziennikarzy (European Federation of Journalists) i Jolanty Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.  Maja Sever na codzień jest dziennikarką z chorwackiej telewizji publicznej HRT. Spotkanie odbyło się 3 października w Domu Dziennikarza w Warszawie.  Kolejnym tematem, którym zamierza się zająć EFJ i SDP to bezpieczeństwo dziennikarzy podczas wykonywania zawodu.

Procesy typu SLAPP to  „procesy wytoczone nie przeciwko osobie, ale przeciwko jej publicznej działalności” (Strategic Lawsuit Against Public Participation). Odnoszą się do pozwu, oskarżenia złożonego w odwecie za zabranie przez daną osobę głosu w sprawie publicznej, ważnej, istotnej społecznie, opisane  i skodyfikowane są w przed wszystkim w amerykańskim systemie prawnym. Od kilku lat  zajmują się nimi także europejskie organizacje pozarządowe. Ofiarami tego typu procesów są często dziennikarze, którzy poruszają ważne i kontrowersyjne tematy społeczne, polityczne, czy gospodarcze.  Procesy te są wyrazem nadużycia prawa, które wykorzystywane jest w celu uciszenia tych, którzy są zaangażowani w debatę publiczną. CMWP SDP wielokrotnie opisywało procesy tego typu, jakie są procedowane w polskich sądach.

 

Analiza CEZAREGO KRYSZTOPY: Ukraina na zimno

Jeśli chodzi o tempo utraty sympatii Polaków, Wołodymyr Zełenski został niekwestionowanym mistrzem świata. Sądzę, że ustanowiony przez niego rekord może być niezagrożony jeszcze bardzo długo.Biorąc pod uwagę historię Polski, ale również, a może przede wszystkim postawę Polski i Polaków po 24 lutego 2022 roku, insynuowanie przez Zełenskiego „prorosyjskości” miało prawo nas zaboleć.

Być może, w związku z tym, że w kółko spotykamy się z niesprawiedliwymi oskarżeniami i wyhodowaliśmy sobie grubą skórę, dałoby się to ugłaskać, wyjaśnić gorszym dniem, presją, czy chwilowym atakiem pomroczności jasnej. Chwilę potem jednak mieliśmy do czynienia ze swego rodzaju Hołdem Pruskim Zełenskiego (w jego przypadku złożonym „Prusom” a nie „przez Prusy”) apelującego na forum ONZ o przyznanie Niemcom „gwarantowi pokoju na świecie”, stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. I to już przekroczyło masę krytyczną, po osiągnięciu której, proces destrukcji sympatii do prezydenta Ukrainy w Polsce, nastąpił lawinowo i prawdopodobnie w sposób nieodwracalny.

Awaria „legendy”

I nie chodzi nawet o to, że Polacy nie lubią Niemców, a mają za co ich nie lubić, czy że mają z Niemcami sprzeczne interesy, bo mają i Niemcy muszą Polskę złamać jeśli chcą zrealizować swój geopolityczny plan, tylko po pierwsze o to jak bardzo jest to obrzydliwe i żenujące (mówimy o tych samych Niemcach, które tyle już razy, ostatnio po wybuchu rosyjskiej agresji, wystawiły Ukraińców do wiatru). A po drugie o to, że gołym okiem widać, że było to działanie niezgodne nawet z interesem Ukrainy, co „legendę” Zełenskiego stawia w zupełnie nowym świetle.

Miejmy nadzieję, że ofiarą tego nagłego emocjonalnego zwrotu, staną się w krótkim czasie takie dziwactwa i potworki jak „w Ukrainie” (zwrot o nielogicznej genezie, w dodatku nawiązujący do rosyjskiego odpowiednika), czy „pierogi ukraińskie”, które kiedy są normalnie „ruskimi” nie mają niczego wspólnego z Rosją, ponieważ ich nazwa pochodzi od „województwa ruskiego” w I Rzeczpospolitej, ew. od Rusinów, czyli (w dużym uproszczeniu) dziś powiedzielibyśmy – Ukraińców.

Ale przecież to bodaj wszystko, co w tej kwestii nowe emocje mają do roboty. A przynajmniej tak mi się wydaje. Nic bowiem nie zmieni mojego szacunku do Ukraińców, którzy wbrew prawie całemu światu i wbrew jego oczekiwaniom, nie poddali kraju po trzech dniach, a nawet pogonili kota „niezwyciężonej Armii Czerwonej”. Nie zmieni nawet mojego szacunku do tamtego Zełenskiego, który zamiast skorzystać z amerykańskiej propozycji ucieczki z kraju, został i podjął walkę. Nie zacznę żałować, że do mieszkania po Teściowej przyjęliśmy uciekające przed wojną Ukrainki, które płakały kiedy mówiłem im po rosyjsku, bo ukraińskiego nie znam „nie ispugajties, wy doma”. Zrobiłbym to znowu choćby i sto razy.

Chłodna kalkulacja

Ale to jest poziom ludzki. Na poziomie państwowym, politycznym i geopolitycznym, istotniejsza jest gra interesów i chłodna kalkulacja (wbrew niektórym emocje też mają znaczenie, bo jednak politykę robią ludzie w imieniu ludzi, ale powinny mieć mniejsze). I wolta Zełenskiego brutalnie nam o tym przypomina. Jakoś zamilkli ci, którzy mieli do mnie pretensje, kiedy pisałem, że Ukrainie trzeba pomagać, ale nie uszczuplając krytycznego poziomu własnych zasobów. Nie jestem ekspertem, ale intuicyjnie wyczuwam, że tę czerwoną linię przekroczyliśmy. Cóż mi jednak po tym, że będę to swoim interlokutorom wypominał? Ważnie, że teraz mają szansę się opamiętać.

Jest jednak spora grupa, która krzyczy „nazywałeś nas ruskimi onucami, a to my mieliśmy rację nazywając Ukraińców ‘banderowskimi ku.wami’, a Ukrainę ‘Upadliną’ – teraz nas przeproś”. No nie, ja nikogo tak nie nazywałem, a wręcz przestrzegałem innych przed nadużywaniem tego określenia. To łatwo sprawdzić. Choć rzeczywiście, nie zmienia to faktu, że powyższej postawy nie uznaję za żaden „realizm”, tylko za emocjonalny szuryzm, podobny do „wukrainie”, tyle, że o przeciwnym znaku. Więc nie uważam żebyście „mieli rację”.

Warto pomagać

Przeciwnie, wydaje mi się, że łatwo wykazać, że pomoc Ukrainie w utrzymaniu się wobec rosyjskiej inwazji, była w naszym najgłębszym interesie. Oto bowiem, jak rzadko w historii, to nie my własną krwią osłabialiśmy czyjegoś wroga, tylko Ukraińcy swoją krwią osłabiają naszego, dając nam czas na dozbrojenie się i rozbudowę armii. Dzięki utrzymaniu się Ukrainy, granica, której potencjalnie musielibyśmy bronić, jest o wiele krótsza. Bałtyk, od strony którego latami mogliśmy się spodziewać ataku, dziś jest praktycznie wewnętrznym morzem NATO, a „lotniskowiec” Okręgu Kaliningradzkiego bardziej boi się nas niż my jego. Gazociągi Nord Stream cudownie zniknęły, oby przynajmniej na czas pozwalający przyzwyczaić się do Baltic Pipe i zbudować nowy tor podejściowy do portu w Świnoujściu. Cała Europa musiała się w dużym stopniu uniezależnić od rosyjskich surowców, a niemiecką koncepcję „wspólnej przestrzeni od Lizbony do Władywostoku szlag trafił. Nasz demograficzny problem jest nieco mniejszy dzięki uchodźcom z Ukrainy (tak, wiem, ja też wolałbym żeby polskie kobiety po prostu rodziły więcej dzieci, ale pozostając pod wpływem GW i TVN, uważają, że to „niemodne” i nie rodzą, i tak, trzeba myśleć o repatriacji Polaków). Nasze firmy coraz lepiej radzą sobie na ukraińskim rynku, a potencjał sympatii zwykłych Ukraińców wobec Polaków nie jest wprawdzie tak sprawnym mechanizmem jak korumpujące ukraińskie elity niemieckie fundacje, ale jest narzędziem prowadzenia polityki (obyśmy potrafili je wykorzystać), którego wcześniej nie mieliśmy.

Jakiej Ukrainy chcemy?

Szybko natomiast musimy uczyć się zadawać sobie pytanie – jakiej Ukrainy chcemy? Wiemy już, że chcemy żeby przetrwała, taka czy inna jest nam potrzebna. Ale jak silna powinna być? Na pewno na tyle żeby stanowić bufor, ale, szczególnie biorąc artykułowane czasem ambicje rywalizacji z Polską w regionie (póki co to oczywiście mrzonki, nawet gdyby wojna skończyła się jutro, Ukraina sama będzie potrzebowała olbrzymiej pomocy, sama nie będąc w stanie wiele zaoferować), czy w naszym interesie jest Ukraina BARDZO silna? Czy powinniśmy euroatlantyckie aspiracje Ukrainy wspierać bezwarunkowo? Tym bardziej, że Ukraina najwyraźniej stanęła po stronie tych, którzy nas szantażują przy pomocy złośliwego mechanizmu „rozszerzenie UE o Ukrainę w zamian za oddanie suwerenności przez Polskę”.

A czy w imię dobrej współpracy powinniśmy „zapomnieć o Wołyniu”? A w żadnym wypadku. Nawet pomijając kwestie moralne i tożsamościowe i patrząc na sprawę absolutnie cynicznie, to tak jak kwestia reparacji jest wygodną dźwignią w kontaktach z Niemcami, tak kwestia Wołynia powinna stać się podobną dźwignią w kontaktach z Ukrainą. To nie my mamy dopraszać się pozwolenia na ekshumacje, ale Ukraina nas prosić żebyśmy zechcieli przyjrzeć się jej procesowi „przepracowywania” trudnej przeszłości. Nie dziś, to jutro.

Tak więc, ochłonąwszy nieco po zimnym prysznicu jaki nam sprawił ostatnio Zełenski, apelowałbym żebyśmy pilnowali aby nasze głowy pozostały chłodne. Zełenski chce raz jeszcze nadepnąć na niemieckie grabie? No cóż, ma prawo. A my pamiętajmy, żeby realizować nasze długookresowe interesy, nauczymy się nie dawać niczego bez odpowiedniego weksla i powtarzajmy sobie przysłowie, że „dłużej klasztora niż przeora”.

WALTER ALTERMANN wskazuje, że są już: Pierwsze ofiary wyborów

Kampania wyborcza jest niespotykanie ostra. Nie pamiętam takiej zajadłości ze strony opozycji wobec partii rządzących i partii sprawujących władzę wobec opozycji. Z obu stron sypią się ostre personalne ataki, przeciwników pomawia się o wszystkie możliwe niegodziwości polityczne.

Opozycja przedstawia wagę wyborów tak, jakby po ewentualnym zwycięstwie PIS, wespół z tym ugrupowaniem kraj nasz spotka ruina i bezprawie, a na zgliszczach hasać będą jedynie bezpańskie psy. Nadciąga apokalipsa – zdaje się sugerować opozycja.

Z kolei ugrupowania rządowe przedstawiają ewentualne rządy opozycji jako kompletną utratę suwerenności, niepodległości i mentalną zagładę polskości, łącznie z językiem. Nie mówiąc już o tradycji.

Nie owijam w bawełnę, nie kluczę i mówię wprost – obie strony niebezpiecznie przesadzają. Zwrócę też uwagę na fakt, że w obecnej kampanii obie strony stawiają na wzbudzenie w wyborcach emocji. Zauważam, że w porównaniu z poprzednimi kampaniami, w tej brakuje logicznych argumentów, brak jest rzeczowych dyskusji. Wszystko podporządkowane jest budzeniu negatywnych emocji, skierowanych na przeciwników. Jestem z urodzenia człowiekiem środka, to znaczy zawsze szukam płaszczyzny porozumienia, staram się wyłuskiwać to co łączy, a nie szukać  tego co dzieli. I nad emocje przedkładam zawsze rozum i logikę. Ale gdyby jednak los kazał mi godzić zwaśnione strony, poddałbym się, sprawy zaszły bowiem bardzo daleko, niebezpiecznie daleko.

I coś mi się zdaje, że rację miał, nieżyjący już pisarz Jerzy Pilch. W jego powieści „Narty Ojca Świętego” jedna z postaci mówi: „Ruscy już wyjechali, jesteśmy wolni i sami. I teraz możemy się wzajemnie powyrzynać. I nikt nam kurwa mnie przeszkodzi.”

Pierwsze ofiary

Są już pierwsze indywidualne i grupowe ofiary tej kampanii. To nasze dziennikarstwo. Nie bądźmy naiwni, dziennikarze mają prawo mieć swoje poglądy polityczne. Ale czy muszą się nimi kierować zawsze i ciągle? I gdzie jest granica dla dziennikarza w relacjonowaniu zdarzeń małych i podniosłych, szczególnie w czasie kampanii wyborczej?

Dla czystego sumienia wymienię poniżej kilka dziwnych przypadłości, jakie są udziałem dziennikarzy zaangażowanych zawodowo w tę kampanię. Nie sądzę jednak, żeby uświadomienie cudzych grzechów mogło pomóc uświadomionym. Ale napiszę, żebym to ja miał czyste sumienie, że jednak mówiłem, a że ktoś nie posłucha… Każdy z nas ma wolną wolę, nawet dziennikarze.

Symetryści

Jedną z przypadłością dziennikarzy – bardzo rzucającą się w oczy w tej kampanii – jest posługiwanie się tym, co oni sami nazywają symetryzmem. Jest to sposób, żeby nie rozmawiać o winach lubianych polityków, a skupiać się na winach przeciwników naszych ulubieńców.

Dla przykładu: jeżeli mamy w studio dwóch polityków, a lubimy – powiedzmy – pana A, nie cierpiąc jego antagonisty pana B, to włączamy swój symetryzm i mówimy:

– Zakładając nawet, że zarzuty wobec partii pana A. mogłyby być prawdziwe, to musimy jednak pamiętać jak w podobnych przypadkach postępowała partia pana B, gdy była u władzy. A postępowała dokładnie tak samo, a może jeszcze gorzej.

I cudowny skutek symetryzmu jest taki, że pan B musi się bronić, a pan A może odpocząć. Oczywiście taka dyskusja ma się nijak do poważnej dyskusji, ale jest skuteczna, żeby pogrążyć pana B, którego nie lubimy.

Symetryzm nie jest wynalazkiem ostatnich lat, ja go pamiętam jeszcze z czasów PRL-u. Oczywiście wtedy nikt tej metody nie nazywał symetryzmem, ale świetnie funkcjonowała. Choć  była śmieszna. Wtedy symetryzm był używany dla obrony systemu, w sytuacjach, gdy trudno było znaleźć jakikolwiek argument na jego obronę, na przykład wtedy, gdy władze siłą tłumiły manifestacje niezadowolonych. Wtedy to urzędowi dziennikarze mówili symetrystycznie tak:

– Być może w Polsce nie wszystko jest doskonałe, być może zarobki i poziom życie w USA są wyższe niż u nas, ale u nas nikt nie bije murzynów.

Obiektywiści i rzetelniacy

Przez całe dziesięciolecia dziennikarstwo musiało być obiektywne. Teraz niektórzy głoszą, że obiektywizm nie wystarcza i dziennikarstwo ma być rzetelne. Spróbujmy zdefiniować oba pojęcia.

OBIEKTYWIZM. Zacznijmy od logiki. Logika chyba nie bardzo nam pomoże w zdefiniowaniu obiektywności, bo jej zdaniem obiektywność zdania najlepiej zdefiniować przez negację subiektywności. Zdanie jest obiektywne, kiedy nie jest subiektywne. Subiektywne zaś jest wtedy, gdy ustalenie jego wartości logicznej jest możliwe wyłącznie na podstawie nie dających się zweryfikować stanów wewnętrznych osoby wypowiadającej zdanie. To może poszukajmy w filozofii. Obiektywizm – stanowisko filozoficzne głoszące, że przedmiot poznania istnieje poza podmiotem poznającym i niezależnie od niego.

Skoro logika i filozofia nam nie pomogły, to trzeba sięgnąć do tak zwanej wiedzy potocznego języka. A głosi ona, że obiektywizm to bezstronność, postawa badawcza wolna od przesądów i uprzedzeń.

Opierając się tej ostatniej definicji należy z całą surowością stwierdzić, że w w toku tej kampanii wyborczej obiektywne dziennikarskie ostatecznie umarło. To znaczy – już od wielu lat ciężko chorowało, ale jeszcze dychało. Teraz jednak wypada się z nim ostatecznie pożegnać. Mówiąc coś dobrego na jego grobem, ale z tym będzie bardzo trudno. I ja się na takie pożegnalne przemówienie nie piszę.

Tu przypomnę genialną anegdotę Marka Twaina, który napisał, że w małym miasteczku na Dzikim Zachodzie umarł pijak, nicpoń i drobny złodziejaszek, który był zakałą całej społeczności. Trzeba było pochować go na koszt miasta i trzeba było wygłosić nad grobem coś dobrego o zmarłym. Burmistrz nie czuł się na siłach, więc ogłosił, że miasto da dolara – a było to sporo – temu, kto powie dobre słowo o zmarłym. Zgłosił się tylko miejscowy kowal. W dniu pogrzebu całe miasteczko przyszło na cmentarz, żeby usłyszeć co można dobrego powiedzieć o zmarłym. A kowal powiedział tak: „Jaki był zmarły wszyscy wiemy, ale o ileż był lepszy od swego syna”.  Mam nadzieję, że syn – lub córka – naszego dziennikarstwa będzie lepszy. Może będzie nim rzetelność?

RZETELNOŚĆ. Mamy jeszcze kolejne nowe zjawisko, nową definicję dobrego dziennikarstwa, lansowaną przez dziennikarz trochę za bardzo stronniczych. Jest nią „rzetelność”. Słownik języka polskiego PWN twierdzi, że rzetelny to: 1. wypełniający należycie swe obowiązki. 2. taki, jaki powinien być, odpowiadający wymaganiom.

To jednak chyba za mało. Bo definicja nie mówi jak trzeba „należycie wypełniać swe obowiązki”. W przypadku stolarza wiadomo, jak powinien wyglądać rzetelnie wykonany stół, okno, czy szafa. Ale w przypadku dziennikarza jest większy kłopot. Bo co to znaczy: „rzetelność dziennikarska”? Czy wystarczy podawać godzinę jakiegoś wypadku, czy może minutę, a może nawet sekundy? Czy trzeba cytować dosłownie, czy też można omówić wystąpienie kogoś, kogo nie lubimy? Czy można zaczynać od oceny czyjejś wypowiedzi, czy jednak od zacytowania? Czy ważniejsze są fakty, czy nasza ocena tych faktów?

Zalecana bezstronność

Biorąc pod uwagę to, co dzieje się z dziennikarzami zaangażowanymi w wybory, proponuję termin, który może im uświadomić podstawową zasadę wiarygodności zawodowej – bezstronność.  Ja wiem, że w wielu przypadkach – chcąc być bezstronnymi – dziennikarze musieliby mocno hamować objawianie swoich sympatii politycznych, a nawet udawać.

Sam, jako człowiek lubiący teatr, nie widzę nic złego w grze aktorów, w owym „udawaniu”. Taki mają zawód, podobnie zresztą jak dziennikarze.

Wielki Leon Schiller reżyserował w 1925 roku, w warszawskim Teatrze im. Bogusławskiego, wspaniały, mroczny i egzystencjalny  dramat Tadeusza Micińskiego „Kniaź Patiomkin”. Akcja rozgrywa się w czasie historycznego buntu marynarzy na  pancerniku. Ale nie o rewolucję w utworze chodzi, bo jest on o wiele głębszy i sięga tajemnic ludzkiej duszy – jak to u Micińskiego. Otóż w jednej ze scen pewien aktor miał z radością machać czerwonym sztandarem, na długim drzewcu. Gdy jednak aktorowi to proste zadanie nie wychodziło, Leon Schiller powiedział:

– Proszę zagrać to z większym entuzjazmem.

– Ja nie potrafię wydobyć z siebie żadnego entuzjazmu dla tej czerwonej szmaty – odparł aktor.

– Jest pan aktorem, więc ma pan wyobraźnię. Zatem proszę jej użyć i wyobrazić sobie, że jest to biała flaga. I proszę machać nią z ogromnym entuzjazmem.

Autorska propozycja debat

Marzy mi się dyskusja wyborcza w studio, w której obowiązkiem uczestników byłoby wymienić trzy sukcesy przeciwników. I jedną, tylko jedną rzecz nieudaną. Chciałbym bowiem widzieć pocących się ze strachu wszystkich polityków – uczestników tej debaty.

 

KRRiT chce zaktualizować listę ważnych wydarzeń sportowych. Ruszyły konsultacje

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji przedstawiła propozycję nowej listy ważnych wydarzeń sportowych, które powinny być transmitowane bezpłatnie na ogólnopolskich antenach. Kibice mogą zgłaszać do niej swoje opinie i uwagi.

Obecna lista ważnych wydarzeń sportowych, które muszą być pokazywane w niekodowanych telewizjach ogólnopolskich, zawarta jest w rozporządzeniu z 2014 r. Teraz KRRiT zamierza ją zaktualizować. W zaprezentowanej na stronie regulatora propozycji listy znalazło się kilka nowości. Z Siatkarskiej Ligi Narodów (powstała w miejsce organizowanej w latach 1990-2017 Ligi Światowej) mają być pokazywane mecze reprezentacji mężczyzn nie tylko rozgrywane w Polsce, ale też poza granicami kraju z udziałem naszej drużyny. Na liście są również półfinały i finały mistrzostw świata i Europy w koszykówce mężczyzn, a także wszelkie inne mecze w ramach tych imprez z udziałem reprezentacji Polski, w tym mecze eliminacyjne. Wśród nowości są także Mistrzostwa Europy w Lekkoatletyce; mecze z udziałem zawodniczek i zawodników z Polski w ramach turniejów tenisowych: Australian Open, Roland Garros, Wimbledon i US Open;  mecze z udziałem polskich klubów w ramach Ligi Konferencji Europy UEFA.

KRRiT proponuje zaś wykreślić z listy ważnych wydarzeń zawody Pucharu Świata w biegach narciarskich kobiet.

Konsultacje społeczne listy potrwają do 27 października, odpowiednie formularze są na stronie KRRiT. Osoby fizyczne mogą zgłaszać propozycje anonimowo.

opr. jka, źródło: KRRiT