O tym, co jest między zabawą a emocjami pisze WATER ALTERMANN: Sport zamiast

Jestem telewizyjnym kibicem, oglądam – trochę w nadmiarze – transmisje piłki nożnej, siatkówki, tenisa i snookera. Oglądam bo lubię patrzeć na zmagania sportowców z przeciwnikami i samymi sobą. Jednak nie jestem chyba typowym kibicem, bo sport traktuję jako dobrą rozrywkę – nie krzyczę, gdy nasi strzelają bramki, nie rozpaczam i nie popadam w melancholię, gdy przegrywają.

Dwa lata temu nasza najlepsza tenisistka Iga Światek weszła do wąskiego grona  najlepszych zawodniczek świata. Media i opinia publiczna – wyrażana w internecie – były zachwycone. Komplementom nie było końca. Pojawiły się też opinie i uwagi fachowców, z których większość jest fachowcami samozwańczymi. Gdzieś tak półtora roku temu Iga Świątek objęła tron i na 71 tygodni zagościła na pierwszym miejscu rankingu. Społeczność nasza była dumna, wzruszona i uniesiona polskością zawodniczki.

Nasza mała podłość

Oczywiście natychmiast pojawiły się również głosy sceptyków, szukających nieziemskich  wytłumaczeń takiego stanu rzeczy, to znaczy interwencji sił nadprzyrodzonych. Większości z Polaków nie mieściło się bowiem w głowie, że 21 letnia panna z Warszawy weszła na takie tenisowe wyżyny. Inni wiedzieli w tym sukcesie panny Świątek znak, że jesteśmy jednak narodem wybranym. Świątek zachowywała się w tym szaleństwie normalnie i mówiła, że stara się grać jak najlepiej, że nie wszystko jeszcze umie i cieszy się.

Tu zaznaczę, że bardzo niewielu piszących o „Zjawisku Świątek” mówiło, że to jest tylko sport, że w tej dziedzinie nie ma nic na zawsze i na stałe. Narodowa duma rosła, rosła, balon megalomanii z sukcesem zaczął się nadymać i nadymać… Aż pękł, bo Iga Świątek straciła pierwsze miejsce. Naprawdę nic się nie stało, bo obecnie jest druga. Tu powiedzmy od razu – panna Świątek osiągnęła największy sukces, od czasu gdy Polacy zaczęli grać w tenisa.

Ale z utratą korony zaczęło się nowe szaleństwo. Natychmiast pojawili się fachowcy – tacy,  co sami nigdy nie doszli nawet do pierwszej pięćsetki w rankingu – i zaczęli objawiać istna wściekłość. Podjęli zajadłą krytykę swej niedawnej idolki, wytykając jej wszystkie możliwe słabości, nieumiejętności i chwiejność charakteru nawet.

Wszystko to dowodzi jednego – jesteśmy narodem płochym i podławym. Kierujemy się bardziej emocjami niż rozumem, mamy wygórowane ambicje i oczekiwania – co zresztą wielokrotnie w tym miejscu podnosiłem.

Co zrobiłbym ja, gdyby spłynęła na mnie taka fala hejtu, podłości i nędznych opinii? Być może zacząłbym grać pod inną flagą? Mówiąc przy tym bardzo wyraźnie, że nie będę dostarczał satysfakcji rodakom, którzy są tak wredni.

Polski tenis

Z rzeczy śmiesznych należy zauważyć, że w momencie „królowania” Igi Świątek pojawiły się  głosy o polskim tenisie, polskiej szkole tenisa i różne inne polskie uniesienia. A przecież polski tenis i polska szkoła tenisa nie istnieją!

W ostatnich 50 latach ledwie troje zawodników z Polski zwędrowało wysoko – Wojciech Fibak, Agnieszka Radwańska i Iga Świątek. I z pewnością ich sukcesy nie były wynikiem jakiejkolwiek „polityki tenisowej”. Każda z tych trzech osób osiągnęła sukces dzięki samym sobie i rodzinom, bo uprawianie tenisa jest po prostu bardzo drogie.

Nasze miejsce w tenisowym świecie

W pierwszej dwudziestce rankingu WTA pań mamy reprezentowane takie kraje: Czechy 4 zawodniczki, USA 3, Rosja 3, Łotwa 2,  Białoruś 1, Brazylia 1, Francja 1, Grecja 1, Kazachstan 1, Polska 1,  Szwajcaria 1, Tunezja 1.

Natomiast w pierwszej dwudziestce panów mamy natomiast reprezentowane takie kraje: USA – 4 zawodników, Rosja 3, Włochy 2,  Australia 1, Bułgaria 1, Dania 1, Grecja 1, Hiszpania 1, Kanada 1, Niemcy 1, Norwegia 1,  Polska 1, Serbia 1,  Wielka Brytania 1.

Jednak pierwsze dwudziestki nie oddają polskiego problemu z tenisem, bo poza nami po jednym przedstawicielu ma więcej krajów. Właściwe miejsce Polski w tenisie oddaje klasyfikacja pierwszych setek zawodniczek i zawodników. A tu jesteśmy w bardzo słabi.

Wśród panów w pierwszej setce mamy jedynie Hurkacza, który jest 17. Następny z Polaków to Kamil Majchrzak, który jest na miejscu 240. W TOP 300 rankingu jest również Daniel Michalski – 269, Kacper Żuk jest 302, Maks Kaśnikowski 31,1 a Filip Peliwo 358. Krótko mówiąc – w pierwszej setce mężczyzn mam jednego Polaka a w pierwszej 400-setce ledwie 7. Polaków.

Trochę lepiej prezentują się Polki: Iga Świątek jest na 2. miejscu, Magda Linette jest 24. Magdalena Fręch jest 64. Potem mamy długachną przerwę i Katarzynę Kawę na miejscu 251. Weronikę Falkowską na miejscu 303; Maję Chwalińską na 413; Urszulę Radwańską jako 423; Martynę Kubkę na 481.

To nie są miejsca, którymi można się chwalić. Tym bardziej, że spośród wszystkich państw dawnych „demoludów” jesteśmy najgorsi. Piszę o demoludach, bo po 1989 roku wszystkie te państwa miały jednakowe szanse w tenisie. Myśmy swojej nie wykorzystali. Będąc na miejscu władz polskiego związku tenisa, widząc ten ranking – pochlastałbym się.

Ale nie, nasze władze tenisowe chwalą się Świątek i Hurkaczem… Jakby to były ich dwa wielkie sukcesy. Trochę to jest jest tak, jakby władze carskiej Rosji były dumne, że późniejsza noblistka Maria Skłodowska była dowodem na wysoki poziom edukacji w Priwislinskim Kraju.

Tenis jest oznaką poziomu cywilizacji

Tenis jest w świecie bardzo ważny, jest też świetną promocją państw. Bo dzisiaj tylko państwa wysoko rozwinięte należą do tenisowej elity. Świat docenia Igę Świątek, bo świat zna się na tenisie. Ale uznaje nas za tenisowego kopciuszka – zgodnie zresztą z prawdą

Zapytajmy więc, jak my Polacy opiekujemy się, jak wspomagamy nasz tenisowy świat? Ile mamy kortów tenisowych w Polsce? Ile klubów? Czy kluby tenisowe otrzymują  dotacje samorządowe i państwowe? Ile dostają, jeśli w ogóle?

Jeżeli chcemy być dumni z naszych tenisistek i tenisistów, to wspierajmy utrzymanie klubów, w których uprawia się tenis. Bo jak na razie, to tenis jest sprawą garstki zapaleńców, którzy i tak osiągają dużo. Jako społeczeństwo powinniśmy być dumni z rozwoju i poziomu tenisa w Polsce, z tego, że tak wielu Polaków gra w tę dyscyplinę, ale jak na razie nie ma z czego.

Kto ma prawo do dumy

Sport jest prywatną sprawą uprawiających go. Możemy być zadowoleni – jako Polacy – że mamy tak zdolnych i upartych w treningach rodaków. Ale duma? To chyba trochę za dużo. Matki i ojcowie Igi Świątek oraz Huberta Hurkacza mogą być z dzieci dumni, oni tak, ale my wszyscy pozostali?  Chyba, że ktoś wspiera finansowo kluby tenisowe, ten ma prawo do dumy. Ale reszta?

Jest też problem ontologiczny – kogo reprezentuje, na przykład – Iga Świątek? Z pewnością siebie samą. Gdy gra w zawodach międzynarodowych, to wtedy reprezentuje nasz kraj. Ale w normalnych zawodach touru WTA jest Polką grającą w tenisa. Ale… czy gdy odnosi sukcesy, zapuszczony fizycznie mieszczuch z Łomży czy Łodzi ma powód do dumy? Nie dopisujmy się do cudzych sukcesów. I nie miejmy pretensji jak zawodnikom nie idzie.

Kto nas reprezentuje

Polacy kochają piłkę, ale tylko wtedy, gdy naszym idzie. A nasi piłkarze nożni przegrywają ostatnio z kim się da. I natychmiast pojawia się fala pretensji do kopaczy, że mało ambitni, że lekceważą obowiązki reprezentanta. Każda kolejna ich przegrana jest automatyczni narodową klęską.

Nie jestem z tych, co tak tragicznie, gdy klęska – i euforycznie, gdy sukces – odbierają grę naszych piłkarzy. Bo to jest tylko sport. I myślę też, że nie jest dobrze, gdy sport tak mocno nas podnieca, bo są w kraju poważne problemy, które naprawdę powinny nas zajmować. I są sukcesy – poza sportem – które powinny nas cieszyć. Ale cóż – sport coraz bardziej staje się lekarstwem „zamiast”. To tak jakby na zapalenie oskrzeli lekarz zapisywał nam krople do oczu.

Tu pojawia się oczywiste pytanie, kto nas reprezentuje… Ano, mamy Prezydenta Państwa, premiera, ministrów, burmistrzów, radnych wszystkich szczebli – reprezentujących nas, bośmy ich wybrali. Nawet gdy nie głosowaliśmy na danego „przedstawiciela władzy”, to on i tak nas reprezentuje, zgodnie z zasadami demokracji. I od nich wymagajmy, cieszmy się z ich sukcesów, i krytykujmy, gdy zasłużą.

A sportem bawmy się. Pamiętając, że w zabawie także przegrana jest zapisana w jej  regulaminach. I znajdźmy sobie poważne problemy do zmartwień. Najpierw w nas samych, potem w naszych rodzinach i całym społeczeństwie. Wystarczy zgasić telewizor i otworzyć oczy na świat.

 

Zgłoszenia do XVIII Polonijnego Festiwalu „Losy Polakow 2023”

Fundacja Polska-Europa-Polonia zaprasza do udziału w XVIII Polonijnym Festiwalu „Losy Polaków 2023” . Zgłoszenia przyjmowane są do 1 października 2023 roku. Patronem wydarzenia jest Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

Festiwal Polonijny „Losy Polaków” to prezentacja profesjonalnych i amatorskich dzieł multimedialnych z zakresu: filmu, telewizji, radia, Internetu ukazujących życie Polaków w różnych krajach świata. Jego celem jest promocja polskiej historii, kultury, tradycji w kraju i zagranicą.

Na festiwal zgłaszać można filmy, programy telewizyjne, audycje radiowe i multimedialne oraz strony internetowe. W tegorocznej edycji przewidziano specjalną kategorię prac o życiu i nauczaniu św. Papieża Jana Pawła II i Jego roli w powstaniu Ruchu Solidarność oraz projekcje filmów z tym związanych z archiwum 37 Festiwali KSF Niepokalana.

Organizatorzy zachęcają także do nadsyłania filmów i programów radiowych oraz multimedialnych z kraju i zagranicy dokumentujących pomoc okazaną przez Polaków na całym świecie podczas wojny na Ukrainie oraz nawiązujących do filmu zrealizowanego przez Fundację Polska Europa-Polonia „Solidarność 2022” (zwiastun TUTAJ).

Zgłoszenia przyjmowane są do 1 października 2023 (formularz TUTAJ). Dotychczas nadesłano już 26 filmów z 6 krajów (aktualizowane wykazy TUTAJ).

Festiwal zakończy się w sobotę, 4 listopada 2023, później planowane są tradycyjne projekcje pofestiwalowe zagranicą, w tym w Kanadzie i USA.

Więcej informacji można znaleźć na stronach: https://warszawa.mazowsze.pl  oraz https://www.losypolakow.pl.

Twórczość Pawła Kuczyńskiego w rysunkowych kadrach na wystawie w Olsztynie

W Galerii Usługa Jazz Bar w Olsztynie odbył się wernisaż Pawła Kuczyńskiego, uznanego rysownika prasowego, zajmującego się także ilustracją wydawniczą. To tegoroczny laureat Nagrody Głównej Konkursu na Rysunek Prasowy im. Aleksandra Wołosa organizowanego przez Oddział Warmińsko-Mazurski SDP.

W swoich pracach autor stara się otworzyć ludziom oczy na aktualne problemy, podejmuje tematykę biedy, bezlitosności wojny, okrucieństwa i innych przywar, na które podatne jest współczesne społeczeństwo. Jest absolwentem wydziału grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Zdobył około 160 nagród i wyróżnień w kraju i na świecie. Współpracował m.in. z Wprost, Newsweekiem, Nie, Gazetą Wyborczą, miesięcznikiem Charaktery.

Wydarzenie odbyło się 8 września w Galerii Usługa Jazz Bar Olsztynie. – Cieszymy się, że po raz kolejny możemy gościć w gościnnych prograch Galerii, która jest pomysłodawcą i współorganizatorem wydarzenia. Nasze stowarzyszenie stara się promować rysunek prasowy, organizujemy liczne wystawy, a już niedługo zapraszam na kolejne kulturalne przedsięwzięcia. Wspólnie z rysownikami pokażemy różne interpretacje Mikołaja Kopernika i jego twórczości na wystawach w Szczytnie i olsztyńskim planetarium – mówi Mateusz Kossakowski, prezes Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Oprawę muzyczną przygotował Janusz Wójcik. Komisarzem wystawy jest Zbigniew Piszczako (na zdjęciu górnym). Wystawę można oglądać do 10 października.

Więcej zdjęć z wernisażu na stronie Oddziału Warmińsko-Mazurskiego SDP TUTAJ.

Czas na dożynki – relacja MARII GIEDZ ze święta plonów w Gostomiu na Kaszubach

15 sierpnia, zgodnie z odwieczną tradycją, obchodziliśmy święto Matki Boskiej Zielnej (oficjalnie Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny, a także święto Wojska Polskiego). 8 września przypada święto Matki Boskiej Siewnej (kościelne święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny). Okres pomiędzy tymi świętami, to najlepszy czas na dożynki, czyli święto plonów, stary słowiański zwyczaj chętnie kultywowany w różnych rejonach naszego kraju. Kaszuby są pod tym względem szczególne, gdyż od zawsze „trzymają z Bogiem”, więc wszystko musi być tak, „jak Pan Bóg przykazał”.

Na Pomorzu dożynki organizuje się więc zazwyczaj w okresie owych trzech tygodni pomiędzy świętami maryjnymi. W tym roku Gmina Kościerzyna – nie mylić z miastem, które pretenduje do bycia stolicą Kaszub, konkurując z Kartuzami – zorganizowała święto plonów w Gostomiu, maleńkiej wsi w sercu Kaszub, zamieszkanej zaledwie przez niecałe 200 osób, a dokładnie przez 175 osób. Teoretycznie w tejże wsi nic nie ma interesującego poza żwirownią i nowym, wzniesionym w 1992 roku kościołem, notabene filią starego, pięknego kościoła parafialnego w Stężycy. A jednak Gostomie ma coś w sobie, co przyciąga, co fascynuje i nawet nie jest to przyroda, gdyż żwirownia psuje krajobraz.

Ponoć w czasach przedchrześcijańskich było to miejsce sabatu czarownic, ale i miejsce kultu słowiańskiego bóstwa, mówi się też, że było tu grodzisko, gdyż nad wsią wznosi się Łysa Góra, czyli Łyska, druga co do wysokości góra na Kaszubach (225,3 m n.p.m.). I podobnie jak Wieżyca (329 m n.p.m.) ma swoją jasną i ciemną stronę, chociaż tylko jeden wierzchołek, za to rozległy. Ponoć na Łysce znajduje się miejsce spoczynku Smętka (słowiańskie bóstwo smutku, symbol zła oraz symbol niemieckiego okupanta…). Aleksander Majkowski, znakomity pisarz kaszubski, ale i polski, a także poeta i dziennikarz (żył w latach 1876-1938) na początku XX w. pisał, że we wsi tej mieszkała kaszubska szlachta. Niestety dosyć uboga, bo tamtejsze ziemie nie są urodzajne, więc zwano je „pustymi” albo „czystymi polami”.

Według tradycji w wigilię św. Jana, czyli w najkrótszą noc, chociaż niektórzy twierdzą, że działo się to w czasie zrównania dnia z nocą, czyli 21 marca, na Łysce obchodzono stary obrzęd szukania kwiatu paproci, palenia ognisk, a przede wszystkim ścinania kani (kania to ptak, który w kaszubskiej tradycji jest symbolem zła). U podnóża góry odbywały się też miejscowe sądy. Wierzchołek Łyski, był niegdyś łysy, niczym nie porośnięty, więc wzbudzał respekt, ale i strach. W okolicznych miejscowościach mówiło się, że to miejsce przeklęte, bo nie chciało na nim rosnąć żadne drzewo. Dzisiaj wszystko się zmieniło i rośnie tam gęsty las.

Zmiany zaczęły następować w okresie międzywojennym, kiedy ziemie te znalazły się w granicach Państwa Polskiego. Otóż w roku 1935 na Łysej Górze rozpoczęto budowę Pomorskiej Szkoły Szybownictwa Ligi Obrony Przeciwpowietrznej i Przeciwgazowej. Miejsce to odkrył Szczepan Grzeszczyk, jeden z ojców polskiego szybownictwa, gdyż w tamtych czasach szybowce (samoloty bezsilnikowe) wystrzeliwano z lin gumowych, podobnie jak kamień z procy, i właśnie warunki topograficzne Łyski o stromych zboczach, ale i klimatyczne o sprzyjających szybownictwu prądach powietrznych znakomicie się do tego nadawały. Inicjatorem budowy był wicestarosta kościerski o nazwisku Paszkiewicz. Powstały tam wówczas wielkie hangary na 8 szybowców. O nazwie Łyska zapomniano, bo zaczęto ją zwać „Bezmiechową Północą” w odróżnieniu od Bezmiechowej Góry w gminie Lesko na Podkarpaciu.

Podczas okupacji, a więc po 1939 r. Niemcy wykorzystywali to miejsce do prowadzenia kursów szybowcowych dla pilotów Luftwaffe. Po II wojnie światowej wydawało się, że wszystko powróci do normy. Niestety szkoła funkcjonowała jedynie do roku 1950. Potem cały ten teren zajęło wojsko. Utworzono stację radarową z olbrzymim bunkrem (dawnym hangarem) niewidocznym z góry. Rozlokowała się tam 221 kompania radiotechniczna wchodząca w skład 22 batalionu radiotechnicznego stacjonującego koło Chojnic. Ponoć jednostka była wyposażona w stacje radiolokacyjne typu JAWOR-M2. Niedaleko wzgórza znajdowały się koszary wojskowe. Jednostka została zlikwidowana pod koniec lat 90. XX w.

Do dzisiaj zachowała się metalowa brama, a za nią droga okalająca teren szkoły szybowcowej. W centrum owego terenu znajduje się spory wykop, z którego wchodzi się do owych betonowych hangarów, od góry zasypanych ziemią, na których rosną drzewa. W najwyższym punkcie wzgórza rozlokowano rowy, okopy i niewielkie bunkry (może z okresu wojny), a także okrągłą wieżę. Wszystko to wygląda tajemniczo, a zimą, kiedy spadnie śnieg, niezwykle malowniczo.

Tak więc Gostomie pozornie niewidoczne i przez wielu niedoceniane ma swoją „duszę”, magiczny urok, co czuło się również podczas dożynkowych uroczystości. Skromna msza św., ot taka zwyczajna, bez „pompy”. Skromne uroczystości, w których co prawda wzięło udział kilku znanych polityków, ale mimo zbliżających się wyborów parlamentarnych nie było żadnej agitacji. Za to składano życzenia rolnikom, a nawet niektórych wyróżniono. Zaprezentowano też interesujący film o samej wsi, a także o małżeństwie dożynkowych starostów: Arlecie i Adamie Cieszyńskich i to bez wymieniania ich zasług. Pokazano ich zwykłą, codzienną, ciężką pracę. Podobnie było z dekoracjami wsi – bez przepychu, ale niezwykle pomysłowo, czego przykładem był m.in. kombajn wykonany z balotów słomy albo policjant z „suszarką” stojący przy znaku nakazującym zwolnić do 30 km na godzinę. Nawet jednemu z polityków wyrwało się (podczas składania życzeń), że właśnie Gostomie było najładniej, a jednocześnie dyskretnie przyozdobione ze wszystkich miejscowości dożynkowych, które w tym roku odwiedził.

Ciekawostką były również dożynkowe wieńce, które jak to na Kaszubach, w większości nawiązywały do motywów religijnych i to katolickich, gdyż Kaszubi pomimo promowanej przez pruskich zaborców reformacji, nie przeszli na protestantyzm. Zachowali swoją tradycyjną mowę, a przede wszystkim wiarę, co podkreślają w kaszubskim hymnie.

 

Fot. Maria Giedz

 

O adwokacie opozycji, który ukrywa się przed Temidą pisze CEZARY KRYSZTOPA: Cieć na wybory

Kiedyś Roman Giertych miał na scenie politycznej samodzielną pozycję. Można się z nim było zgadzać, lub nie, ale przynajmniej nie był cieciem. Dziś polityczna pozycja Romana Giertycha jest ze wszech miar żałosna. Była taka i wcześniej kiedy pokątnie zgłosił go jako kandydata na senatora Szymon Hołownia, była taka i wtedy kiedy został wydalony dzięki staraniom Lewicy z ram Paktu Senackiego, a nawet wtedy kiedy jego kundelki ruszyły do ataku na potencjalną lewicową konkurentkę Magdalenę Biejat.

Być może apogeum upokorzenia Giertych osiągnął w momencie kiedy okazało się, że na listach Platformy jest miejsce dla takich cudaków jak Michał Kołodziejczak, ale nie dla zasłużonego „adwokata opozycji”.

Upokorzenia

Choć z drugiej strony, czy mniejszym poniżeniem było ostatecznie umieszczenie Giertycha na ostatnim miejscu listy w Kielcach, jak ogłosił sam Tusk, nie ze względu na jakieś Giertycha przymioty, ale po to żeby zrobić na złość startującemu w Kielcach z listy Zjednoczonej Prawicy Jarosławowi Kaczyńskiemu? Tym bardziej, że sam Tusk mówi, że ta kandydatura wywołuje u niego „dyskomfort”? Ciekawe jakie uczucia wywoływał Giertych u Tuska kiedy jako adwokat reprezentował jego syna Michała?

Roman Giertych jest najwyraźniej gotów znieść wiele, ponieważ jako unikający polskiego wymiaru sprawiedliwości, bardzo potrzebuje immunitetu. A nie ma gwarancji, że na karuzeli z kandydatami się utrzyma. Dziś polityczne „życie” kandydata na opozycji potrafi być bardzo krótkie, o czym przekonali się liczni już kandydaci, począwszy od Jana Hartmana, a skończywszy na Jaaaaaaaaaanie Shostak.

Eksperyment

Póki co przeprowadzany jest na nim eksperyment badania wytrzymałości kręgosłupa. Przedmiotem publicznej debaty jest pytanie czy Giertych, niektórzy twierdzą, że związany z Opus Dei, na pewno postrzegany, słusznie czy nie, nie wiem jak tam ostatnio, jako człowiek wierzący, podpisze deklarację poparcia dla programu Platformy, którego jednym z niewielu znanych punktów jest postulat legalności aborcji do 12 tygodnia ciąży – Wiem, że Roman jest przeciwko aborcji i uważam, że nie zmieni poglądów. I dobrze, powinien pozostać wierny przekonaniom – mówi jego ojciec Maciej Giertych. A ja bym sobie ręki nie dał uciąć.

Tak czy siak, od dyżurnego wroga lewackich aktywistów do ciecia zmiatającego hasztagi na Twitterze dla środowiska, które się nim brzydzi, to dość smutna ewolucja tak dla adwokata, jak i polityka.

Zamiana żon – szpiegowska opowieść SERHIJA KULIDY

Ta niezwykła, choć swoją drogą banalna, historia szpiegowska miała miejsce w połowie lat 90. ubiegłego wieku. Ale mogło się to zdarzyć również w latach 60., 70. i 80, w czasach, gdy świat dzieliła żelazna kurtyna.

Nikołaj Melnik i jego żona Tatiana przylecieli do Nowego Jorku lotem Lufthansy 1 grudnia 1993 r. Nikołaj był pracownikiem Pierwszej Głównej Dyrekcji KGB ZSRR, czyli po prostu wywiadu zagranicznego, w stopniu majora. Na wyjazd służbowy do kraju „głównego wroga”, bo inaczej Stany Zjednoczone nie były nazywane w kręgach czekistów, czekał już od dawna, zmęczony wegetacją w swoim maleńkim biurze w Jasieniewie, siedzibie czekistów KGB na obrzeżach Moskwy. Już od dawna chciał wyjechać za granicę, ale majorowi proponowano tylko podróż do Afryki, potem do Azji Południowo-Wschodniej, a nawet do NRD, co w kręgach wywiadowczych było wówczas uważane za mało prestiżowe miejsca pobytu. Inna sprawa to Stany, Anglia lub, w najgorszym przypadku, Francja. Tutaj można było zwiedzać, rekrutować agentów, awansować w służbie, a jednocześnie powiększać osobisty dobrobyt materialny. Choć o tym ostatnim agenci woleli milczeć. Po powrocie do ZSRR wypadało nawet porozmawiać o przeklętych kapitalistach, ich „gnijącym Zachodzie” i zepsuciu jego mieszkańców. Jednocześnie w bagażu każdego podróżującego służbowo radzieckiego oficera wywiadu zawsze znajdowało się kilka numerów „Penthouse’a” lub „Playboya” z rozpalającymi wyobraźnię pięknościami na okładkach.

Major Melnik pracował w wydziale KGB zajmującym się Stanami Zjednoczonymi. Analizował informacje napływające od bardziej doświadczonych kolegów, którzy odwiedzając Moskwę, w związku z koniecznością spędzenia wakacji w domu, obnosili się w garniturach Woolwortha, a nawet pozwalali sobie pojawiać się w weekendy w pracy w dżinsach Levis lub Lee. Palili wyłącznie „Marlboro” i jednocześnie argumentowali, że „Johnny Walker” to „bzdura”, „podobny do naszego bimbru”.

„Cholera, snoby” – pomyślał Nikołaj – „czy oni już zapomnieli, jak pili „Moskowską”, a bułgarskie papierosy  „BT” za 60 kopiejek uznawali za szczyt luksusu?”

Trzeba przyznać, że dla Melnika dobre garnitury i raj wódkowo-papierosowy nie były niczym niezwykłym. Znał się dobrze na ubraniach i doskonale wiedział, że Woolworth nie jest sklepem nawet dla przeciętnego Amerykanina, ale dla tych, którzy są bliżej dna społeczeństwa. On sam nosił skromne, dyskretne garnitury i koszule Versace, zakupione przez jego tatę w londyńskim Marks&Spencer. Tata Nikołaja zajmował znaczące stanowisko we Wnieszekonombanku.

Nikołaj w pracy okazywał zapał i w każdy możliwy sposób starał się wykazać przed swoimi przełożonymi. Ale konkurenci wciąż uciekali. Wyścig o miejsce pod amerykańskim słońcem był „grą bez zasad”, „grą o przetrwanie”, rodzajem przełajowego safari. Z bagnami, dołami i wąwozami, ze straszliwą bestią czyhającą w najbardziej nieoczekiwanych miejscach na prostaka poszukującego skarbów. To prawda, że ​​​​byli tacy faceci, jak Wołodia Putin z Petersburga, którego Nikołaj spotkał w Instytucie Czerwonego Sztandaru KGB, który zwykł mawiać: „Najważniejsze zdrowie, a wszystko inne przyjdzie później” i chodził do sali gimnastycznej, gdzie wytrwale doskonalił rzuty i zamachy na macie.

„Może ma rację?” – myślał Nikołaj w chwilach udręki, gdy jego koledzy, zadowoleni z nowej nominacji, wystawiali przyjęcie w jakiejś jadłodajni oddalonej nieco od Jasieniewa i Łubianki.

A jednak był Bóg. Major Melnik przekonał się o tym, gdy pewnego upalnego czerwcowego dnia został wezwany przez samego szefa PGD, który po ojcowsku klepiąc go po ramieniu powiedział:

– Nadszedł więc twój czas, aby służyć Ojczyźnie na czele.

Serce majora trzepotało jak gołąb złapany w bezwzględne szpony orła.

–  Służę Związkowi Radzieckiemu – szepnęły natychmiast suche wargi.

Generał uśmiechnął się porozumiewawczo i natychmiast rzekł surowo:

– Za godzinę powinieneś być u Kryuchkowa.

Nogi majora zrobiły się miękkie.

– Po co? – mruknął Melnik ciężko oddychając.

– Otrzymasz błogosławieństwo – generał uśmiechnął się sarkastycznie. – I cenne wskazówki. Później otrzymasz ode mnie instrukcje. Powiem tylko: jako dziennikarz Agencji Prasowej Novosti będziesz działał pod przykrywką. Więc bądź kreatywny. Ucz się. Lecisz do Stanów na początku zimy…

Czas szybko minął. Nikołaj regularnie chodził do pracy w Novosti, gdzie przesiadywał całą noc. Tymczasem jego lepsza połowa opanowała umiejętności samoobrony i strzelania do celów. Dlaczego było to konieczne dla żony oficera wywiadu, nie jest do końca jasne. Być może tradycja wzięła się od walczących dziewczyn „rycerzy rewolucji”. Wyjaśnienie było niezwykle proste: jest to konieczne! Tatiana od dzieciństwa była nieśmiała i cicha, podobnie jak jej tata, humanista, pracownik naukowy. Nosiła okulary, w wieku trzydziestu lat po mistrzowsku nauczyła się gotować pierogi … wyjęte z opakowań państwowego przedsiębiorstwa Moskholod. Cały jej czas pracy i wypoczynku pochłaniały książki, rękopisy i słowniki. Tatiana Melnik uznawana była za jedną z najlepszych tłumaczek. A teraz to wątłe stworzenie było zmuszone trzy razy w tygodniu chodzić na strzelnicę, opanowując broń strzelecką…

Wreszcie nadszedł ten ekscytujący moment. Walizki spakowane, sporządzone listy przyszłych prezentów dla bliskich i przełożonych, straszny kac po „wieczorze kawalerskim” w plenerze, a co najważniejsze, otrzymano wszystkie instrukcje od władz i to, co najcenniejsze – od szefa urzędu – „nie zakopuj się i pamiętaj o prowokacjach”. Potem było pożegnanie w sztabie i brzęczący Boeing wzbił się w moskiewskie niebo, by po trzynastu godzinach wylądować w Nowym Świecie, w sercu wroga. Na lotnisku JFK szczęśliwą parę spotkał Jurka Szwed, kolega z biura, któremu przed Melnikiem udało się przepłynąć ocean, aby służyć Związkowi Radzieckiemu. Jurka był szpiegiem, łączył pracę dziennikarską dla „Izwiestii” z pracą w swojej specjalności. W ciągu dnia musiał zbierać materiały do ​​gazety, a wieczorem i w nocy spotykać się z informatorami, werbować obiecujących kandydatów i do rana wysyłać tajne teleksy do Moskwy.

Szwed, który w krótkim czasie dobrze odnalazł się w Ameryce, swoim poobijanym chevroletem zawiózł rodzinę Melników na Manhattan i przekazał Stanisławowi Alfredwiczowi Meszczejakowowi , który pracował w sekretariacie ONZ. Ten zaś zabrał ich do mieszkania na Bronksie. Powitanie trwało do rana.

Później życie Melnika płynęło własnym szpiegowskim rytmem. W dzień – dziennikarstwo, wieczorem i w nocy – szpiegostwo. Podczas gdy Nikołaj pracował dla dobra socjalistycznej Ojczyzny, ucząc się zawiłości życia szpiega w Ameryce, Tatiana cieszyła się wolnością: wędrowała po księgarniach, zachwycając się różnorodnością i bogactwem wydawnictw. Ubrania mało ją interesowały. Dni mijały szybko. Mikołaj był zmęczony pracą, a jego jedyną pociechą było łóżko i poduszka – liczyły się godziny odpoczynku.

Po pewnym czasie praca w Ameryce zaczęła wydawać się rutyną, a życie osobiste stało się nudne; bliskość z własną żoną stawała się coraz mniejsza.

Pewnego razu na kolejnym zaplanowanym spotkaniu Meszczejakow zaskoczył „tajnego dziennikarza” prostym, jak się wówczas wydawało, pytaniem:

– Co sądzisz o swingu? – zapytał rezydent, odwracając wzrok.

– Co to jest? Jakiś Duke Ellington? –  odparł Mikołaj.

– No, prawie – zachichotał Stanisław Alfredowicz. – Lepiej mi powiedz: czy znasz Petera Weinera?

– Tego z „New York Post?” Znam. I co?

– Według naszych informacji, doskonale zdaje sobie sprawę z zakulisowych rozgrywek w Białym Domu. No cóż, rozumiesz: kto kogo prześladuje, kto z kim sypia… Musimy go dorwać. A wy w naszej operacji jesteście przydzieleni, jakby to powiedzieć, do gry na pierwszych skrzypcach. Myślę, że twój łuk – uśmiechnął się rezydent – ​​nie zawiedzie cię.

– Jaki łuk? – Mikołaj się zmartwił.

– Uspokójcie się, to w przenośni…  A jednak… W skrócie. Otrzymałeś polecenie przeprowadzenia operacji o niezwykle ważnym znaczeniu. Ty i twoja żona… W razie powodzenia nowe epolety gotowe.

– A dlaczego moja żona?  – Nikołaj był zaskoczony.

– A dlatego – Meszczejakow jakoś nienaturalnie wykrzywił usta. – Ta akcja to taka seksualna gra. Małżeństwa zmieniają partnerów – westchnął rezydent.

Mikołaj zamarł. Jego oczy zrobiły się okrągłe, jak u kota, któremu kochający właściciel nagle wykręcił genitalia.

– Co? – nieśmiało westchnął Major.

– Tak trzeba, Kola – powiedział Stanisław Alfredowicz po ojcowsku, cicho, a jednocześnie przekonująco. – Jest takie słowo: to konieczne. Złożyłeś przysięgę wierności Ojczyźnie. A teraz twoja niewierność – rezydent nie mógł się powstrzymać od słownego żartu – stanie się papierkiem lakmusowym wierności Ojczyźnie. A więc – podsumował rozmowę Meszczejakow –  za kilka dni otrzymasz szczegółowe instrukcje.

Instrukcje były jasne jak słońce. Trzeba było zdobyć zaufanie amerykańskiego dziennikarza, zaprzyjaźnić się z nim i zrekrutować. Na to wszystko Nikołaj dostał tydzień. Najtrudniejszą rzeczą w tej operacji było wciągnięcie żony do szpiegowskiej gry. Tatiana, wychowana w najlepszych tradycjach sowieckiej moralności, była, delikatnie mówiąc, laikiem w sprawach miłosnych. Nikołaj zaczął „rekrutację” swojej żony do „Kamasutry”, kupując tę ​​drogą, bogato ilustrowaną księgę w księgarni „Barnes and Noble”. Tatiana, co zaskakujące, spokojnie przyjęła prezent, a nawet zaczęła z entuzjazmem wyjaśniać zaskoczonemu mężowi, jakie miejsce ta książka odgrywa w kulturze Indii. Tania z zainteresowaniem przyglądała się ilustracjom. Nikołaj zamyślił się: „Hmm, nie bez powodu mówią: w spokojnej wodzie diabły żyją”. A potem podjął decyzję – opowie ukochanej żonie o nowym zadaniu. W swoim opowiadaniu Melnik  szczególny nacisk położył na obowiązek wobec narodu radzieckiego. Tatiana słuchała męża w zamyśleniu. Jej oczu zaszły szklistą mgłą. Następnie wstała, podeszła do Nikołaja i uderzyła go w twarz. Major spadł z krzesła i wylądował na podłodze, zdumiony siłą argumentu. Ale wtedy wydarzyło się coś niesamowitego. Tatiana usiadła na sofie. Otarła łzę i odpowiedziała w duchu, że skoro partia stwierdziła, że ​​to konieczne, to tak musi być, ona zgadza się. Ma jednak pewien warunek. Jutro Mikołaj daje jej przyzwoitą, podkreśliła, przyzwoitą kwotę, a ona idzie na zakupy w sklepach na Piątej Alei.

W Wigilię Bożego Narodzenia Nikołaj Melnik zadzwonił do Petera Weinera i zaproponował, aby świętować w stylu „a la russe” w Brighton w restauracji „Arbat”. Peter zgodził się. Uwielbiał pić do nieprzytomności. Wieczorem dwa małżeństwa spotkały się w „Arbacie”. Była to bodaj najstarsza mordowania „małej Odessy” i przypominała najlepsze sowieckie restauracje z czasów NEP-u. W lokalu, biorąc pod uwagę amerykańskie święto, które „Rosjanie” obchodzili z taką samą przyjemnością jak ich krewni, praktycznie nie było miejsc. Dym unosił się, jak głosi tradycja, jak jarzmo, wódka (głównie szwedzki Absolut) płynęła jak rzeka, a na maleńkiej scenie Misza Gulko snuła nostalgicznie: „A oto ja jestem prostytutką…” . Nikołaj zadrżał od dwuznaczności hitu

Zabawa w „Arbacie”, mimo dużej ilości alkoholu, była nieco napięta. Tatiana patrzyła na grubego jak dzik Petetra, podczas gdy Nancy, chuda żona Amerykanina, zaczęła aktywnie zabiegać o względy Nikołaja. Spiczasty nosek jej kowbojskich butów uparcie rozchylał nogi radzieckiego majora. Zabawa w restauracji osiągnęła swój punkt kulminacyjny. Goście zaczynali opuszczać „Arbat” i wkrótce Peter, jakby przez przypadek, zauważył, że zna przytulny motel na Long Island, gdzie razem mogliby kontynuować świętowanie.

Motel „Sea Beach” był zwyczajnym akademikiem nad oceanem, z tanimi pokojami i prostym zestawem mebli: łóżkiem typu king-size, dwoma krzesłami, stołem i telewizorem na stoliku nocnym. Wynajęli dwa pokoje. Pili w jednym. Potem Peter, ściskając Tatianę w pasie, jakby nigdy nic, życzył żonie i Nikołajowi „dobrej nocy” , po czym wciągnął żonę sowieckiego szpiega, która wcale nie stawiała oporu, do swojego pokoju. Nancy natychmiast poszła pod prysznic. Nikołaj nalał sobie kieliszek Absolutu i wypił jednym haustem. Potem następny i następny… Nagle na progu pojawiła się Nancy. Choć wcześniej nie błyszczała atrakcyjnością, teraz wyglądała bosko, tak że Nikołaj natychmiast nalał sobie kolejny kieliszek.

– Chodź tu, kochanie – szepnęła Nancy i rzuciła się na majora KGB…

Za cienką ścianą motelu Nikołaj słyszał głos ukochanej Taneczki w coraz to wyższych tonach.

Mikołaj wolał nie pamiętać, tego co się stało. Państwo Weinerowie byli zadowoleni. Spotkali się jeszcze ze trzy razy. Jednak pewnego dnia Tatiana, niespodziewanie uderzyła męża w twarz, wyszła z mieszkania i sama wróciła do Moskwy, gdzie złożyła pozew o rozwód. Miesiąc później Nikołaj został wezwany z Nowego Jorku. Objął swój urząd w Jasieniewie. Zgodnie z obietnicą major otrzymał kolejny stopień wojskowy i został odznaczony… Orderem Przyjaźni Narodów. Peter Weiner chętnie dał się zwerbować, choć okazał się „manekinem”. Nie miał żadnych konkretnych informacji. I najprawdopodobniej poinformował FBI o swoich kontaktach z sowieckim dziennikarzem. Ot cała historia. Może to prawda, a może nie…

SERHIJ KULIDA o pisarzu Williamie Le Queux: Ojciec chrzestny brytyjskiego wywiadu

Często z pewną dozą ironii mówimy o wpływie popularnej literatury na życie, jednak czasami pisarzom udaje się stworzyć coś więcej niż fikcję. W przypadku bohatera naszej historii są to… brytyjskie tajne służby.

Nie wchodząc w szczegóły, powiedzmy, że w latach poprzedzających I wojnę światową Wielka Brytania i Niemcy znajdowały się w stanie ciągłego oczekiwania na wojskową konfrontację. W 1911 roku, podczas konfliktu w Agadirze, David Lloyd George stwierdził, że Anglia zemści się na Niemcach, jeśli naruszą jej imperialne interesy. Naturalnie, że w tych latach ważna stała się działalność wywiadów i kontrwywiadów obu krajów.

Niemiecki wywiad wojskowy Nachrichtendienst (ND), kierowany przez specjalny wydział Sztabu Generalnego, starał się przeprowadzić masową tajną kampanię na terenach przygranicznych potencjalnego wroga. Oficerowie niemieckiego wywiadu działali głównie we wschodnich departamentach Francji i zachodnich prowincjach Rosji. Nie należy jednak przeceniać potęgi ND w latach przedwojennych. W rzeczywistości był on pozbawiony środków finansowych i korzystał głównie z usług dyplomatów, konsulów, wojskowych i dziennikarzy. W kwietniu 1913 roku na stanowisko szefa wywiadu niemieckiego powołano Waltera Nicolai, który w rok utworzył dość skuteczną tajną służbę i zamierzał włączyć Wielką Brytanię w sferę zainteresowań ND.

Jeśli chodzi o Wielką Brytanię, jak zauważa angielski historyk Phillip Knightley, jej sytuacja w dziedzinie wywiadu nie była lepsza. W 1873 r. w brytyjskim Ministerstwie Wojny utworzono Departament Wywiadu, który otrzymywał meldunki od wojskowych. W 1876 roku powołano Agencję Wywiadu Marynarki Wojennej, a rok później funkcje kontrwywiadu powierzono wydziałowi kryminalnemu, który zajmował się głównie walką z irlandzkimi awanturnikami. Wywiad wojskowy uznawano za bardziej skuteczny. Przypomnijmy, że podczas I wojny światowej brytyjskie tajne służby miały w swoich szeregach takich bohaterów „niewidzialnego frontu”, jak Sidney Reilly i Lawrence z Arabii…

Jednak szef kontrwywiadu wojskowego pułkownik James Emonds, którego zadaniem była identyfikacja i neutralizacja obcych infiltratorów, po prostu nie zrobił nic. I nie dlatego, że nie chciał pracować, wręcz przeciwnie, miał zapał, ale zaledwie 200 funtów rocznie i 2 (dwóch!) pracowników związywało mu ręce. Potrzebny był jakiś impuls, wręcz prowokacja, żeby „tajna wojna” nabrała nowego impetu. I takim impulsem była, co dziwne, literatura detektywistyczna, szpiegowska, a raczej twórczość amatorskiego oficera wywiadu, kryminologa, kolekcjonera, podróżnika, dziennikarza i pisarza Williama Tufnella Le Queux

Na początku stulecia mania szpiegowska niejednokrotnie ogarnęła brzegi „starej, dobrej Anglii”. Pierwszy taki szkwał objął kraj w 1900 r., kiedy to niejaki pułkownik F.N. Moody opublikował „raport” w sprawie 200-tysięcznego lądowania wojsk francuskich na Wyspach Brytyjskich. A bohater naszej historii, William Le Queux, już w 1896 roku stworzył powieść „Tajne służby”, a później w „Zagrożeniu dla Anglii”, a zwłaszcza w „Tajemnicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych”, dosłownie „wypełnił” przestrzenie wielkiego imperium szpiegami! W 1903 roku inny angielski pisarz Robert Erskine Childers w powieści „Zagadka piasków” tworzy własną wizję zagrożenia militarnego. Według Winstona Churchilla to właśnie publikacja tej powieści skłoniła rząd do podjęcia decyzji o budowie baz wojskowych w Invergordon, Firth of Forts i Scapa Flow. Oto skuteczność literatury!

Ogólnie rzecz biorąc, tradycje powieści szpiegowskiej w Anglii są silne i niewzruszone. I choć mistrzostwo tutaj należy do Amerykanów (pamiętajcie „Szpiega” Fenimore’a Coopera), to później Brytyjczycy z nawiązką nadrobili tę lukę. Najpierw Rudyard Kipling w „Kimie”, a potem tacy mistrzowie gatunku początku stulecia jak E. Phillip Oppenheim, Robert Erskine Childers i John Buchan doprowadzili sprawę do perfekcji.

W 1905 roku Le Queux twierdzi, że w Zurychu w hotelu Dolder rzekomo dwukrotnie spotkał się ze swoim przyjacielem Herr N., jak go nazywał, „zastępcą szefa Biura Wywiadu Kaisera”. W rezultacie pisarz rzekomo stał się właścicielem autentycznie tajnych dokumentów. W pierwszym przypadku było to nagranie przemówienia cesarza do najwyższych niemieckich dowódców wojskowych, wygłoszonego rzekomo w Poczdamie. „Armia moich szpiegów jest już rozproszona na terytorium Wielkiej Brytanii i Francji, a także na ziemiach Ameryki Południowej i Północnej” – te słowa przypisywane cesarzowi były tak zgodne z tym, co napisał sam W. Le Queux! Wydawało się, że tajemniczy pan N. już drugi raz dostarczył swojemu przyjacielowi listę brytyjskich zdrajców, członków konspiracyjnej (inspirowanej?) organizacji o złowrogiej nazwie „Tajna Ręka”.

„Byłem zaskoczony widokiem tej listy” – napisał Le Queux. – „Jestem odrętwiały. To straszne, że ludzie, których naród uważał za patriotów, wpadli w podstępne sieci niemieckiej ośmiornicy”.

Według Le Queux na liście znalazły się nazwiska członków parlamentu, pracowników Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Spraw Wewnętrznych, Obrony, Ministerstwa Spraw Indian, Admiralicji, a także kilku znanych pisarzy.

Zniechęcony pisarz wysłał te raporty do Ministerstwa Obrony i rządu, ale te instytucje zignorowały jego „dowody”. Przyczyną nie była jednak trzeźwość myślenia wyższych urzędników państwowych, ale osławiona brytyjska próżność i snobizm. Faktem jest, że W. Le Queux, pomimo swojej popularności (był ulubionym pisarzem królowej Aleksandry), nie był akceptowany w wyższych sferach. Z urodzenia był w połowie Francuzem. Nie otrzymał też godnego wykształcenia. Jako dziecko w Londynie odwiedzał go w domu prywatny nauczyciel, a następnie w Paryżu przyszły pisarz studiował sztukę. To prawda, że ​​​​Le Queux mówił kilkoma językami europejskimi i wkrótce został zatrudniony jako redaktor zagraniczny „London Globe”. Po podróży do Rosji ukazuje się jego pierwsza powieść „Więzy winy”, zawierająca pełną akcji szpiegowską intrygę. Wydawałoby się, że to dość udana kariera, a jednak… W angielskim establishmencie pisarz uchodził za parweniusza.

Oczywiście nie wszyscy podzielali tę opinię. Feldmarszałek Lord Roberts, również mający obsesję na punkcie idei ekspansji Niemiec, odnalazł w pisarzu pokrewną duszę. Po współtworzeniu raportu na temat niemieckiego zagrożenia przekonują Lorda Northcliffe’a, właściciela „Daily Mail”, do opublikowania ich pracy. Wiarygodność danych zawartych w raporcie potwierdziło trzech podobnie myślących ekspertów: pułkownik Cyril Field, major Matson i oficer marynarki wojennej H.V. Wilson. Nasiona padły na żyzną glebę. Wyniki badania głównych możliwych kierunków ataku wojsk niemieckich dają pewną harmonię i ekscytującą opisowość przyszłych wydarzeń. W tej formie „Inwazja 1910” (tak nazywał się utwór W. Le Queux) rozchodzi się w ponad milionie egzemplarzy i jest następnie tłumaczona na 27 języków.

Le Queux, za pieniądze właściciela „Weekly News”, D.S. Thompsona, podróżuje po Szkocji. W gazecie publikuje ekscytujące raporty, a później pisze książkę „The Kaiser’s Spies: A Plan for the Fall of England”, w której główny bohater o nazwisku John James Jacox, prawnik i detektyw, wypowiada się głosem samego autora. I znowu fala szpiegowskiej manii zalewa kraj. W 1907 roku szowiistyczny patriota pan J. Heath wysłał list do gazety „Morning Post”, w którym histerycznie twierdził, że Anglię zalało 90 tys. niemieckich agentów, broń i amunicję składowano w skrytkach, a niemieckie dowództwo planuje wyłączyć komunikację. Bezimiennemu oficerowi wywiadu, doskonale posługującemu się nożyczkami, udało się „wycofać” ten dowód intryg Niemców i przesłać go swojemu szefowi, pułkownikowi A.E.U.

Czy był to dym bez ognia? Historyk Phillip Knightley pisze, że „nie było bezpośrednich dowodów na niemieckie przygotowania do sabotażu w Wielkiej Brytanii, były jedynie przypuszczenia”. David French w „Gorączce szpiegowskiej w Wielkiej Brytanii 1909-1915” zauważa, że 14 sierpnia 1914 r. władze brytyjskie aresztowały 21 Niemców pod zarzutem szpiegostwa. Przed sądem stanął tylko jeden z nich. Bez komentarza… W 1909 roku na posiedzeniach specjalnie utworzonej podkomisji Ministerstwa Obrony wybuchają decydujące bitwy w kwestii szpiegostwa na Wyspach Brytyjskich. Spotkaniom tym przewodniczył Sekretarz Obrony R. B. Haldane, a wśród uczestników byli Pierwszy Lord Admiralicji, Minister Spraw Wewnętrznych, Minister Poczty, Komisarz Policji, Szef Operacji Wojskowych i Szef Wywiadu Marynarki Wojennej. Głównym mówcą na tych spotkaniach był znany nam już pułkownik James Edmonds. Problem został rozwiązany – utworzono scentralizowaną tajną służbę. Uzasadnienia i doniesienia J. Edmondsa opierały się jednak nie na faktach, lecz na… pismach pisarza Williama Le Queux.

Początkowo Haldane, przewodniczący podkomisji, wątpił w prawdziwość przedstawionych materiałów, jednak punktem zwrotnym w jego ocenie był dokument, jakby zamówiony przez Ministerstwo Obrony Narodowej, w przededniu decydującego spotkania. Oto jak to brzmiało w prezentacji R. B. Haldane’a: „W zeszłym tygodniu Ministerstwo Obrony otrzymało dokument z zagranicy, który rzuca nieco światła na bieżące wydarzenia. Dokument otrzymano od francuskiego kupca udającego się z Hamburga do Spa. Podróżował w tym samym przedziale z Niemcem, którego walizka wyglądała jak jego własna. Wysiadając na przystanku Niemiec omyłkowo wziął niewłaściwą walizkę. Francuski kupiec, otwierając pozostałą walizkę, znalazł w niej szczegółowe plany podboju Anglii. Przepisał wszystko, co mógł, w krótkim czasie, jaki pozostał mu do następnego przystanku, gdzie poproszono go o zwrot walizki, gdyż właściciel, dowiedziawszy się o swoim błędzie, telegrafował do władz kolei” Dokument ten, wyraźnie pachnący atramentem Le Queux i wyglądający jak strony z jego powieści „Szpiedzy Kaisera”, otworzył nową erę w historii brytyjskiego wywiadu: utworzono Biuro Tajnych Służb Jej Królewskiej Mości. Składał się z dwóch wydziałów – wewnętrznego, czyli kontrwywiadu, i zewnętrznego – wywiadu (w przyszłości – „Tajnej Służby Wywiadowczej” – SIS).

Szefem kontrwywiadu został mający doświadczenie w działalności wywiadowczej kapitan Vernon Kelly, dziennikarz i doskonały organizator. Ale o szefie wydziału zewnętrznego Biura Tajnych Służb, kapitanie Mansfieldzie Smith-Cummingu, warto powiedzieć kilka słów osobno. Być może swoją ekscentrycznością przyćmił nawet swojego „ojca chrzestnego” – Williama Le Queux. Oto, co Phillip Knightley opowiada o nim w swojej książce: „Nosił monokl w oprawce, pisał wyłącznie zielonym atramentem, a po utracie nogi w wypadku poruszał się po korytarzach na dziecięcej hulajnodze, odpychając się zdrową nogą . Goście byli nieco zawstydzeni sposobem, w jaki wbijał nóż do papieru w drewnianą nogę na poparcie swoich słów. Jego pamiętnik, podniszczony dziennik żeglarski, zawierał następujące wpisy: >Kup sobie nowe przebranie od Clarksona<”.

Major Stephen Alley wspominał, że aby „dostać się do biura Cumminga, gość musiał wejść po schodach i poczekać, aż sekretarka naciśnie tajny przycisk, a Cumming uruchomi system wind i pedałów, które odsuną część ceglaną ścianę i odkryj kolejne schody. Sekretarka Cumminga musiała przeczołgać się przez właz w podłodze. Czy to nie jest obrazek z książek Le Queux?

Jednak mówiąc poważnie, zasługi pisarza w powstaniu brytyjskich tajnych służb są nieocenione.To on swoimi książkami, entuzjazmem i – jak kto woli – szaleństwem, dał kopa skostniałemu angielskiemu spokojowi, zmuszając go w końcu do wiary w groźbę przyszłej wojny.

 

Ruszył portal NASK bezpiecznewybory.pl

Z inicjatywy NASK i przy wsparciu Google, Meta i TikTok powstał serwis bezpiecznewybory.pl. Ma to być ogólnodostępne miejsce zgłaszania incydentów cyberbezpieczeństwa i dezinformacji oraz kompendium wiedzy wyborczej.

Witryna oferuje wszystkim zainteresowanym, w tym komitetom wyborczym, bezpłatne skanowanie stron internetowych pod kątem bezpieczeństwa zaawansowanym narzędziem Artemis, rozwijanym przez działający w strukturach NASK zespół CERT Polska.

Za pośrednictwem portalu można zgłaszać do NASK i CERT Polska incydenty cyberbezpieczeństwa i dezinformację. Znajdują się w nim także m.in. informacje i linki do rozwiązań i procedur Google, Meta i TikTok dotyczących zarządzania treściami oraz możliwości i zasad publicznej ekspresji.

Portal publikuje również komunikaty i kalendarium wyborcze, przedstawia dobre praktyki w zwalczaniu zagrożeń internetowych oraz pomaga w rozpoznawaniu technik manipulacji.

Jak podaje NASK, serwis bezpiecznewybory.pl  to element prac nad zapewnieniem cyfrowego bezpieczeństwa nadchodzących wyborów parlamentarnych. Intencją jest ograniczanie dezinformacji, zapobieganie fake newsom czy przeciwdziałanie zagrożeniom i naciskom, które mogą pojawić się w związku z trwającą wojną hybrydową. Z możliwości, jakie daje serwis mogą korzystać przedstawiciele wszystkich komitetów wyborczych, którym zależy na transparentności kampanii wyborczej i bezpieczeństwie najważniejszego wydarzenia w tegorocznym kalendarzu politycznym Polski.

opr. jka, źródło: NASK

 

Konkurs Stypendialny im. Jacka Stwory dla młodych reportażystów radiowych

Po trzyletniej przerwie, wystartował XXVI Konkurs Stypendialny im. Jacka Stwory skierowany do młodych reportażystów radiowych poniżej 35 roku życia. Organizatorem jest Studio Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia, a celem stworzenie warunków rozwoju młodym reportażystom radiowym poszukującym nowych, oryginalnych środków wyrazu w dziedzinie dokumentu artystycznego.

Uczestnikami konkursu mogą być pracownicy i współpracownicy Polskiego Radia lub regionalnych rozgłośni publicznych, a także studenci szkół dziennikarskich, którzy posiadają pewien dorobek w dziedzinie reportażu (przynajmniej trzy zrealizowane i wyemitowane prace). Zgłoszone reportaże lub dokumenty radiowe o dowolnej tematyce powinny być zarekomendowane przez uznanego reportażystę, którego prace były już emitowane na antenach publicznego nadawcy radiowego. W ramach nagrody Polskie Radio zapewni środki na realizację autorskiego projektu, a Studio Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia nadzór artystyczny i pomoc organizacyjną.

Prace konkursowe, wyprodukowane  od 1 września 2019 roku do 15 września 2023 roku, można zgłaszać do 15 września br. za pomocą formularza zgłoszeniowego zamieszczonego na stronie Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia.

W skład Jury XVI Konkursu Stypendialnego im. Jacka Stwory wchodzą: Magdalena Skawińska  – przewodnicząca, Ewa Szkurłat-Adamska, Andrzej Brzoska, Antoni Rokicki, Paweł Kurek oraz Dorota Boniecka-Górny – sekretarz.

Jury Konkursu przyzna dwie nagrody: I nagrodę – stypendium im. Jacka Stwory oraz II nagrodę – wyróżnienie honorowe dla autora, którego praca zdobyła drugą w kolejności największą liczbę punktów. Spośród nadesłanych prac jury wyłoni 6 najlepszych utworów, które zostaną zaprezentowane podczas Ogólnopolskiego Seminarium Reportażu.

Zwycięzcy zostaną ogłoszeni 23 listopada 2023 roku podczas uroczystej Gali wręczenia nagród dla Polskich Reportażystów w Muzycznym Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej.

opr. jka, źródło: Polskie Radio

 

PIOTR TURLIŃSKI: Za sprawą muz czy mózgu – Andrzej Kijowski (8)

W powszechnym rozumieniu pisarz to ktoś taki, kto działa pod wpływem natchnienia, właściwie bez udziału mózgu. Dlatego Grecy wymyślili muzy. Interesujące, że do dzisiaj większość ludzi na świecie uważa, że pisarz działa pod wpływem sił metafizycznych, takich choćby jak natchnienie. Pisarz – w tym rozumieniu – jest jedynie fizycznym przekaźnikiem pomysłów sił wyższych.

Nie neguję tu istotnego wpływu natchnienia, ale też zwracam się o poszanowanie roli mózgu i wiedzy warsztatowej twórców. Piszę o tym, mając jednak słabą nadzieję na zmianę społecznego rozumienia procesu twórczego. Ludziom bowiem potrzebny jest jakiś daimonion (głos bóstwa, czasem zwany sumieniem), który ma niezwykły wpływ na artystów. I wolą wierzyć, że natchniony przez siły wyższe artysta pisze, maluje, rzeźbi czy komponuje muzykę.

Dla materialnej prawdy przedstawiam dziś sylwetkę pisarza rozumnego, niezwykle dobrze wykształconego i w pełni świadomego tego, co robi, co i jak pisze.

Andrzej Kijowski

Poświęćmy chwilę artyście, który miał wielki wpływ na naszą literaturę współczesną, ale – przyznajmy ze smutkiem – tak zwanej szerszej publiczności – nie był dobrze znany. W dużęj mierze na skutek tego, że władze zakazywały mu przez lata pisania pod nazwiskiem własnym.

Andrzej Kijowski był prozaikiem, eseistą, krytykiem literackim i teatralnym, scenarzystą filmowym i tłumaczem. Był też ważnym przedstawicielem opozycji – walczył swymi myślami i tekstami z władzami PRL. Urodził się 29 listopada 1928 roku w Krakowie, zmarł 29 czerwca 1985 roku w Warszawie.

Przyznajmy na początek, że obszar jego twórczości był niezwykle duży i niewielu współczesnych mogło mu dorównać zainteresowaniami i perfekcyjną doskonałością form literackich, które uprawiał.

Był człowiekiem świetnie wykształconym. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim (1954). Należał też do nielicznego grona wybranych przez profesora Kazimierza Wykę. Profesor przez kilkadziesiąt lat wyławiał najzdolniejszych studentów i proponował im pisanie prac magisterskich, doktoratów pod jego własną opieką.

To dzięki takiemu zrządzeniu losu wybrańcy Profesora mogli od razu wchodzić na wyższe piętra wiedzy, bo obcowanie z papieżem polskiej polonistyki było dla młodych wielką szansą. Kijowski był uczestnikiem seminariów Wyki wraz z Janem Błońskim, Ludwikiem Flaszenem i Konstantym Puzyną. Te cztery wielkie nazwiska – z jednago czasu studiów – najlepiej świadczą o celowości działania Kazimierza Wyki. Te jego seminaria dały też początek krakowskiej szkole krytyków, walczącej z kanonami socrealizmu.

Pierwsze prace

Andrzej Kijowski w latach 1954–1955 pracował jako redaktor Wydawnictwa Literackiego w Krakowie. W latach 1955–1958 był redaktorem Państwowego Instytutu Wydawniczego. Od 1958 roku, aż do śmierci był członkiem redakcji „Twórczości”, w której drukował swoje słynne „Kroniki Dedala”. Przyjęcie pseudonimu miało związek z objęciem pisarza zapisem cenzury na publikowanie pod nazwiskiem ze względu na jego zaangażowaniem w działalność opozycyjną.

W 1960 roku wyjechał do Paryża na stypendium. W latach 1960–1961 przebywał w Stanach Zjednoczonych jako stypendysta Fundacji Forda. Od początku lat siedemdziesiątych datuje się też jego stała obecność – jako felietonisty i eseisty – na łamach „Tygodnika Powszechnego”.

Ważne, żeby od początku być zauważanym

Znakomite przemówienia o cenzurze: Andrzeja Kijowskiego, spokojne, rzeczowe, a druzgocące, Jastruna (przy jakiejś próbie obrony skierowano go w cenzurze do „wydziału aluzji”), Andrzeja Brauna i Seweryna Pollaka – wyjątkowo silnie oskarżające – zapisała w swych „Dziennikach” Maria Dąbrowska.

Jest tylko trzech pisarzy polskich, których lektura jest moją wewnętrzną potrzebą, i to lektura wszystkiego, co napiszą: Jerzy Andrzejewski, Andrzej Kijowski i Tadeusz Różewicz. Napisał Krzysztof Mętrak – co umieścił w swoich dziennikach, 1 czerwca 1970.

Andrzej Kijowski rozumiał krytykę nie tylko jako ocenę dzieł, interesowały go również silne osobowości twórców, takie które były nowe, przełamywały stereotypy.

Ironia jako oręż

Był moralistą, ale nie wprost, bo był równocześnie sceptykiem i lubił ironizować. We własnej twórczości chciał realizować cele, które – jako krytyk – stawiał innym.

Pisać na nowo… Hasło wszystkich nowatorskich ruchów literackich. Pisać przeciwko samej literaturze, niszczyć ją w imię rzeczywistości. Wszystkie nowatorskie ruchy literackie stawiają przed sobą wybór między dwiema wiernościami: między wiernością dla literatury i między wiernością dla rzeczywistości. Rewolucje literackie dokonują się w imię nowej rzeczywistości, nie w imię nowej sztuki. Ich objawieniem stają się wtedy sprawy, które znajdują się poza domeną języka literackiego. Uderzają weń nowym językiem, który jest dla nich – dla reformatorów – językiem życia. – pisał Kijowski w „Arcydziele nieznanym”, z 1964 roku

Nie był natomiast zwolennikiem formy – dla formy. Na pierwszym miejscu – według Kijowskiego – zawsze miała być treść. Sporym skandalem była jego recenzja z „Apocalypsis cum figuris” Jerzego Grotowskiego w Teatrze Laboratorium. Wtedy to Kijowski również „nie bał się” płynąć pod prąd powszechnych zachwytów.

Grotowski – pisał Kijowski w 1968 roku – wydobywa na jaw i realizuje w formie spektaklu i w jego organizacji układ sado-masochistyczny, tj. dążność do panowania i chęć poddania, dążność, która w stosunkach między ludźmi pojawia się w miejsce porozumienia, zamiast niego, jako jego negacja, brak, jako wyraz niezdolności do porozumienia. Ten kto nic nie ma do powiedzenia przechodzi do użycia siły, a poddaje się jej ten, komu poza zdolnością do poddania brak innych zdolności rozumienia. Grotowski nie jest więc artystą stwarzającym porozumiewawcze znaki, ale dozorcą wędrownego więzienia dla ochotników, genialnym policjantem, który terror i torturę podniósł do zasady duchowego obcowania; jest twórcą utopii dla masochistów, to jest świata, w którym udręka udaje wartość. Stosując akt gwałtu zamiast porozumienia, stworzył jego uczestnikom zastępcze życie duchowe: muzykę dla głuchych, wizję dla ślepców, literaturę dla tych, którzy nie umieją jej czytać, mistykę dla tych, którzy są pozbawieni mistycznego instynktu, wolność dla niewolników z natury. […] „Idź i nie wracaj więcej” – te ostatnie słowa gry brzmią jak perfidne zaproszenie. Gdyby tak przy wejściu lub wyjściu każdemu jeszcze dać po mordzie, dopiero by się pchali!

Trudny charakter

Ludzie sztuki – i nie tylko sztuki – bronią się przed ostrymi ocenami, a panikują przed ironią. Wszyscy właściwie wolimy ciepełko i spokój, A jeżeli ma już spotkać nas jakaś krytyka, to niech będzie łagodna – nierozerwalnie związana z pochwałą.

Są jednak wśród krytyków osobnicy walący między oczy, ostro i bezkompromisowo. Tych najbardziej się nie lubi. Ale też wyobraźmy sobie pisarza, który szedł ciernistą drogą – ona zawsze jest ciernista – do swych sukcesów… A tu nagle ktoś ośmiesza jego dorobek, mieli w maszynce krytyki jego cały świat, jak mięsa na pasztet.

Kijowski miał trudny charakter, taka panowała o nim opinia. Czy ktoś, kto szuka sensu w sztuce może spodziewać się lepszej pochwały? Sam Jarosław Iwaszkiewicz, redaktor naczelny miesięcznika, w którym pracował Kijowski zanotował taką o nim myśl w 1965 roku: W „Tygodniku Powszechnym” olbrzymi artykulas Kijowskiego, od początku do końca fałszywy. Każda teza nieprawdziwa. Co za dziwny człowiek z tego Andrzeja, niby mądry i inteligentny, a taka szalona dowolność we wszystkich jego tezach i twierdzeniach, i zupełny brak ciągłości myśli. To, co pisze, że każdy pisarz polski chciałby pisać jak Dąbrowska – zupełna bzdura.

Nieszablonowy

Kolejne epoki zaistniały jedynie dzięki nieszablonowym twórcą i takimż krytykom. Gdyby nie oni, literatura europejska do dzisiaj powielałaby kanon Renesansu, z mocnymi akcentami liryki trubadurów.

Nieszablonowe sądy Kijowskiego sprawiały, spory ferment intelektualny nawet wśród pisarzy z najwyższej półki. Polemiści zarzucali mu niekonsekwencję, entuzjaści z kolei zwracali uwagę na odkrywczość jego analiz. W krytycznych atakach na literackie hierarchie Kijowski był bezlitosny.

Katarzyna Wiśniewska w szkicu o Kijowskim przytacza wspomnienie Stefana Bratkowskiego: Leopold Tyrmand oświadczył, że wyjeżdża na zawsze z kraju i pokazał mu miażdżący felieton Kijowskiego o „Złym”. Z zabójczą puentą: „Tak, Leopold Tyrmand jest wielkim pisarzem. Dla gówniarzy”.  Czy to był jedyny bodziec do wyjazdu, przesądzić nie można, ale on niesłychanie to przeżył. Gdy po latach opowiedziałem o tym Andrzejowi, on z kolei odczuł to boleśnie. Faktem jest, że jego precyzja sądów bywała bardzo okrutna. – Stefan Bratkowski w: „Katarzyna Wiśniewska, „Tak pięknie, że strach bierze”,„Gazeta Wyborcza – Świąteczna”, 9–10 lipca 2005 r.

W opiniach o Kijowskim powtarza się obserwacja, że gdy dochodziło do osobistych spotkań z „pogromionymi” pisarzami, Kijowski z uśmiechem wyjaśniał: Tak wyszło stary, ale w tym nie ma przecież nic osobistego”.

Zawsze w opozycji

Współtworzył Polskie Porozumienie Niepodległościowe, brał udział w pracach jego Zespołu Problemowego, dla którego przygotowywał programowe teksty (1977–1980).

Był zawsze w pierwszej linii twórców upominających się o dobro innych, do czego wykorzystywał każdą sposobność. Na przykład możliwość zabrania głosu na Zjeździe ZLP w Łodzi, na którym 4 lutego 1972 wystąpił z własną inicjatywą.

W ciągu całego dnia na sali obrad. Najbardziej godna zapamiętania – chwila wstępna – minuta milczenia za umarłych. Było ich kilkunastu. Ale bardziej od tej – podanej przez Zarząd – do powstania – była minuta nieoficjalna, gdy Andrzej Kijowski wbiegł na trybunę i ogłosił żałobę po pisarzach zmarłych na emigracji: Gombrowiczu, Wierzyńskim (i jeszcze jednym, którego nazwiska nie usłyszałem). Wszyscy znów powstali z miejsc, i to powstanie było oskarżeniem Zarządu Głównego i Zarządu Warszawskiego – zanotował Mieczysław Jastrun.

Tym trzecim pisarzem, o którego upomniał się Kijowski, był zapewne Marek Hlasko, który zmarł podobnie jak wcześniej wymienieni w 1969 roku.

Andrzej Kijowski w 1974 roku był sygnatariuszem Listu 15 (upominającego się o prawa Polaków w ZSRR), a w 1979 Memoriału 101 (sprzeciwiającego się zmianom w konstytucji przewidującym wprowadzenie zapisów o przewodniej roli PZPR w państwie oraz trwałym i nienaruszalnym sojuszu z ZSRR).

Jacek Bocheński tak o tym pisał: Nie wiem już, kto kogo odwiedził w Oborach, Kijowski mnie, czy ja Kijowskiego. Ale pamiętam, że to on mnie zapytał: „Co byś odpowiedział, gdyby na przykład ktoś przeprowadzał z tobą wywiad i chciał usłyszeć, dlaczego twojego podpisu nie ma pod Listem 59?”. W rezultacie wystosowany został kolejny List 101, sygnowany już między innymi przez nas obu. – Jacek Bocheński, „Zapamiętani”, Warszawa 2013.

W latach 1978–1979 Kijowski znalazł się wśród założycieli, wykładowców i członków rady programowej Towarzystwa Kursów Naukowych. Przewidując zdarzenia czające się za progiem, snuł 7 sierpnia 1980 roku (na tydzień przed rozpoczęciem historycznego strajku w Stoczni Gdańskiej) historiozoficzne rozważania.

Żądanie rzeczy, które są do spełnienia niemożliwe, to albo dziecinada, albo prowokacja. Pełne wyzwolenie Polski spod kurateli sowieckiej i zmiana systemu politycznego to na dzisiaj mrzonki. Co więcej – mrzonki niebezpieczne. Co by się stało, gdyby ZSRR spełnił nasze żądania? Kraj zostałby wydany na pastwę sporów i walk wewnętrznych oraz tajnych agentur. Można mówić o wyzwoleniu Polski tylko w ramach nowego systemu bezpieczeństwa europejskiego i pod ochroną nowych międzynarodowych gwarancji, w ramach nowych, partnerskich związków polityczno-gospodarczych. Nie wolno ani domagać się, ani dopuścić do jednostronnego aktu „zrzeczenia się” przez ZSRR roli gwaranta i protektora. ZSRR mógłby to zrobić bez szkody dla siebie, a nawet z zyskiem, gdyż utworzyłby tu sobie głębokie bajoro polityczne, w którym mógłby łowić, co by tylko chciał, a dalsze dzieje Polski przypominałyby dzieje przedwojennej Litwy lub dawnej Serbii. „Wyzwolenie” takie właśnie mogłoby być wstępem do pełnej aneksji. Andrzej Kijowski, „Dziennik” t. III 1978–1985, Kraków 1999.

W sierpniu 1980 roku odmówił wyjazdu do Gdańska w charakterze doradcy strajkujących stoczniowców. Pojechał za to do Szczecina. Zapisze później w „Dzienniku”: Nie znalazłem się w Gdańsku, bo uznałem siebie za człowieka nie aż tak politycznego. Ale potem znalazłem się w Szczecinie, bo pomijając to, że mnie o to poproszono, nie miałem żadnej innej drogi uczestnictwa. Chwyciłem się tej, jaką mi ofiarowano – wbrew sobie.

Teatrowi był także potrzebny

W latach 1967–1968 Andrzej Kijowski był kierownikiem literackim Teatru Dramatrycznego m.st. Warszawy, skąd został usunięty po tzw. wydarzeniach marcowych. Po aferze zdjęcia „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka, to Kijowski napisał i zredagował rezolucję pisarzy polskich przeciw cenzurze, przyjętą 29 lutego 1968 na nadzwyczajnym zebraniu Oddziału Warszawskiego ZLP.

W sezonie 1981/1982 Andrzej Kijowski został dyrektorem Teatru im, J. Słowackiego w Krakowie. Ale w związku z wprowadzeniem stanu wojennego, po zwolnieniu z obozu dla internowanych w Jaworzu, w lutym 1982 roku złożył swoją rezygnację z dyrekcji.

W pośmiertnym wspomnieniu o nim Jan Józef Szczepański mówił: Nie było mu dane zawrzeć wszystkich przemyśleń i doświadczeń w dziele, które uznałby za summę swojej twórczości. Nieliczni są ci, którym los pozwala to osiągnąć. Ale samym sobą, swoim życiem wśród nas, stworzył dzieło najwyższej próby: wzorzec, który pozostanie wśród godnych czci i naśladowania drogowskazów na szlaku polskiej kultury.

6 marca 2008 roku z okazji obchodów 40. rocznicy wydarzeń Marca 1968 prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pisarza pośmiertnie Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski za „wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce, za osiągnięcia w pracy zawodowej i społecznej”.

Scenarzysta filmowy

Andrzej Kijowski był też doskonałym scenarzystą filmowym. Tu muszę, wszakże stwierdzić, że w wielkim błędzie żyje nasz „nieoświecony lud”, któremu wydaje się, że mając pod ręką „Chłopów” czy „Wesele” bardzo łatwo jest zrobić z tych arcydzieł scenariusz filmu, który „musi być” również arcydziełem. Zresztą nie tylko „lud” w takim widzeniu sprawy grzeszy okropnie, bo również nasi młodzi reżyserzy są przekonani nazbyt często, że scenariusz to błahostka. Dobrze by było, gdyby w końcu uświadomili sobie, że wielki Andrzej Wajda dawał do zrobienia scenariusze innym. I dobrze na tym wychodził, że wspomnę choćby wspaniały filmowy scenariusz „Wesela” Wyspiańskiego, który jest dziełem Kijowskiego właśnie.

Pisarz

Kijowski zasłynął jako krytyk i felietonista, ale ma też znaczący dorobek prozatorski. Utworem, dzięki któremu sława Andrzeja Kijowskiego jako prozaika ugruntowała się na dobre, była poetycko rytmizowana powieść „Dziecko przez ptaka przyniesione”, z 1968 roku. Do dziś w Krakowie przy ul. Karmelickiej 45 można oglądać wspaniałą kamienicę, z figurą Matki Boskiej na frontonie i z kamienną tablicą z wyrytym napisem: „Zakład wynajmu pojazdów Teofila Żeglikowskiego – dom założony 1856”, należącą do przodków Kijowskiego, gdzie też umieścił bohaterów powieści.

W „Dziecku…” są dwie postacie główne – dziecko-chłopczyk i jego dziadek. Rzecz rozgrywa się w przedwojennym Krakowie, jest pełna metafizyki, glębokich rodzinnych i polskich tajemnic. Jest także ta powieść opowieścią o dorastaniu, o przebijaniu się dziecka przez nieznane, dobijanie się do dorosłości. A owe tajemnice są trudne, bo dziecko nie zna swego ojca, świat jest w ogóle pełen niedomówień i przemilczeń. Dorastanie zaś to rozsupływanie węzłów, przebijanie się ku światłu. Jedną z największych tajemnic tej rodziny jest Polskość, udział w wojnach i spiskach.

Powieść ma niezwykłą poetycką formę, bo jest pisana nieregularnym, ale mocno rytmicznym wersem. No i jest to jeszcze powieść o pisaniu powieści, a właściwie o rozumieniu pisania. A radość „kulturalnego czytelnika” budzą wspaniałe odniesienia do Słowackiego, Mickiewicza i Wyspiańskiego. Poniżej fragment z „Dziecka przez ptaka przyniesionego”:

Nie przedstawiam wydarzeń, lecz ich treści warstwami kładę, w miarę jak postać się rozwija, którą obrałem, jak geometra punkt obiera, aby ogarnąć przestrzeń dla pomiarów, „Ja” mówię nie o sobie, lecz osobie dowolnie wymyślonej zaimek tak przypisuję, a by przekonać czytelnika, że osobiście znam tę duszę, której plan wewnętrzny kreślę, plan zatem, nie historię; bo to rzecz inna, co się z człowiekiem działo w czasie, czego dokonał, o czym dumał, inna zaś – czym on jest – ów człowiek – mówię – wobec świata: jaki udział bierze w wydarzeniach i w ruchu pojęć, o ile jest rezultatem i tworem-matrycą, którą rzeczywistość tłoczy, taśmą dźwiękową, kliszą czułą, na których siada pył widziadeł i głosów; czy też na odwrót – on jest źródłem, stacją nadawczą, uderzeniem w dzwon natury, bodźcem, który jej mówić karze, wolą, która sens nadaje głosom, co w kosmosie szumią, inwencją, która odczytuje zaszyfrowana mowę świata, instynktem, ktróry znaczeń szuka, jak zwierz pokarmu pod zaspami. Samotny jest wśród bezmyślności, czy jakiejś wielkiej myśli cieniem? Sierotą ponad miarę mądrym, czy synem prawym, chociaż ślepym, który swego ojca nie umie poznać? Kim jest to dziecko w byt rzucone jak w ciemną puszczę, kim jest dziecko, co rozumie i poznaje wszystko prócz tajemnicy swego przyjścia, prócz miłości, co mu życie dała, i piersi, która je karmiła? Synem wilczycy? Ptaka? Ducha? Czy dwojga ludzi zagubionych, jak ono, w niezmierzonym świecie?                                                                                                                                 

Powieść wydał PIW w 1968 roku.

Grenadier Król

W 1972 roku ukazał się „Grenadier–król”. Ta powieść również pisana jest rytmicznym wierszem, miejscami z rymami. Powiem wprost, że jestem jej wielbicielem.

Historia tej powieści rozpięta jest między ostatnimi miesiącami panowanie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego a czasami współczesnymi. Bohaterem jest królweski grenadier, który chcąc z zawieruchy ratować swego króla, przebiera się w szaty Poniatowskiego, a królowi oddaje swój mundur. Potem jednak następuje zamiana powrotna, potem jeszcze jedna – tak, że już nie wiadomo, czy bohaterem jest grenadier, czy król, a może jest nim po prostu Grenadier Król?

Grenadier Król jest świadkiem wszystkich naszych powstań, zrywów i klęsk. Towarzyszy polskim dziejom przez prawie 200 lat. Zmienia się, jak zmieniają się czasy, by w ostatniej „odsłonie” historii być samym Stalinem. Jest w tej powieści filozoficznej duch Woltera, który we wszystko każe wątpić. Przede wszystkim jednak mamy do czynienia z kolejnymi wcieleniami Króla Ducha, oczywiście rodem i jako kontynuacja dzieła Słowackiego.

Są w „Grenadierze Królu” echa naszych wielkich narodowych dyskusji o duszy polskiej, a wszystko ukazane jest dowcipnie i mocno zjadliwie. Z humorem podważane są wszystkie polskie stereotypy. Powieść jest napisana w duchu Słowackiego, który „gryzł sercem”.Naprawdę trzeba mocno kochać literaturę i Polskę, żeby móc być wobec nich ironicznym, aż do bólu. Tak rozumiem życie i twórczość Andrzeja Kijowskiego. A tym samym zapraszam do czytania jego utworów.

Bibliografia

Publikacje:

  • „Diabeł, anioł i chłop” (1955), opowiadania
  • „Różowe i czarne” (1957), felietony
  • „Pięć opowiadań” (1957), opowiadania
  • „Oskarżony” (1959), opowiadanie
  • „Miniatury krytyczne” (1961), felietony
  • „Sezon w Paryżu” (1962), esej
  • „Arcydzieło nieznane” (1964), felietony
  • „Maria Dąbrowska” (1964), studium monograficzne
  • „Pseudonimy” (1964), opowiadania
  • „Szyfry” (1964), opowiadanie
  • „Dziecko przez ptaka przyniesione” (1968), powieść poetycka
  • „Grenadier–król” (1972), powieść poetycka
  • „Listopadowy wieczór” (1972), eseje historyczne
  • „Szósta dekada” (1972), felietony
  • „Oskarżony i inne opowiadania” (1973), opowiadania
  • „Niedrukowane” (1977), teksty polityczne
  • „Podróż na najdalszy Zachód” (1982), esej
  • „Dyrygent i inne opowiadania” (1983), opowiadania
  • „Ethos społeczny literatury polskiej” (1985), teksty polityczne
  • „Kroniki Dedala” (1986), felietony
  • „Tropy” (1986), szkice
  • „Gdybym był królem” (1988), felietony
  • „Bolesne prowokacje” (1989), eseje polityczne
  • „Granice literatury” t. I–II (1990), pisma wybrane
  • „Rachunek naszych słabości” (1994), eseje polityczne
  • „Dziennik” t. I. 1955–1969 (1998)
  • „Dziennik” t. II 1970–1977 (1998)
  • „Dziennik” t. III 1978–1985 (1999)
  • „Rytuały oglądania” (2005), felietony teatralne

Opracowania:

  • Stanisław Baczyński, „Pisma krytyczne” (1963)
  • Charles Baudelaire, „Sztuka romantyczna. Dzienniki poufne”, przekład, wstęp, przypisy (1970)
  • antologia, „O dobrym Naczelniku i niezłomnym Rycerzu”, wybór tekstów, wstęp (1984)

Film, scenariusze:

  • 1966 – „Szyfry”, film fabularny, scenariusz (reż.Wojciech Jerzy Has)
  • 1972 – „Wesele”, film fabularny, scenariusz (reż. Andrzej Wajda)
  • 1977 – „Pasja”, film fabularny, scenariusz (reż. Stanisław Różewicz)
  • 1979 – „Dyrygent”, film fabularny, scenariusz (reż. Andrzej Wajda)
  • 1981 – „Da un paese lontano (Giovanni Paolo II)” [w Polsce: „Z dalekiego kraju”], film fabularny, scenariusz (reż. Krzysztof Zanussi)
  • 1983 – „Mgła”, film fabularny, autor pierwowzoru „Mgła” (reż. Adam Kuczyński)
  • 1988 – „Dotknięci”, film fabularny, autor pierwowzoru „Oskarżony” (reż. Wiesław Saniewski)

 

P.S. W tym felietonie wykorzystałem materiały portalu Culture.pl  

Piotr Turliński