Ewa Urbańska-Lewandowska w Klubie Publicystyki Kulturalnej SDP (zapis AUDIO)

Gościem Klubu Publicystki Kulturalnej SDP 7 czerwca 2023 roku była dr Ewa Urbańska-Lewandowska, dziennikarka TVP, autorka kilkudziesięciu filmów dokumentalnych i reportaży. Uczestnicy spotkania mieli okazję poznać jeden ze jej ostatnich filmów „Polsko, szedłem do Ciebie 200 lat”.

Jest to historia jednego wyjątkowego człowieka, będąca jednak syntezą losów wszystkich polskich zesłańców syberyjskich. Bohater filmu „Polsko, szedłem do Ciebie 200 lat” , Stefan Centomirski, to „Sybirak”, wybitny malarz, twórca oryginalnych form plastycznych, jako przeżył dziecko kilkunastoletnią katorgę. Zbudował pomnik z obrazów – Polakom zesłańcom. Jego rodzina po drugim rozbiorze pozostała poza granicami Polski. On sam, jako pierwszy z rodziny, dotarł do wymarzonej Ojczyzny po dwustu latach. Ten film jest pomnikiem dla Niego i Sybiraków.

Czerwcowe spotkanie KPK SDP w zastępstwie przewodniczącej Klubu, Teresy Kaczorowskiej
prowadził red. Zygmunt Gutowski, prezes Fundacji Polska – Europa – Polonia.

Poniżej zapis audio spotkania

 

Film „Polsko, szedłem do Ciebie 200 lat” dostępny jest w serwisie TVP VOD TUTAJ.

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Opozycja to schrzani, bo inaczej nie potrafi

Być może komuś się narażę, nie umiem jednak udawać, że ostatni marsz opozycji nie był sukcesem. Był. Wysoka frekwencja, która policja szacuje na 100 – 150 tysięcy osób. Były nienawistne hasła i kwalifikujące się do leczenia psychiatrycznego zachowania, ale chyba były w mniejszości. Generalnie marsz przeszedł spokojnie.

 To był sukces. Frekwencyjny (przyzwyczailiśmy się do obrazków „demonstracji” opozycji składających się z kilkunastu osób najdzikszej szurii) i organizacyjny. Tak, autokary też trzeba umieć ogarnąć, nie mówiąc o bezpieczeństwie.

Nie lekceważyć marszu

I ja nie należę do tych, którzy ten sukces lekceważą. Nie należę do tych, którzy mówią, że „marszami nie wygrywa się wyborów”. Oczywiście nie tylko marszami. Ale marsz taki jak ten może służyć (oczywiście oprócz wewnętrznych rozgrywek) mobilizacji twardego elektoratu, co w dobie pogłębiającej się polaryzacji nie jest bez znaczenia i przekonaniu elektoratu wahającego się, że „jednak warto”. Ogólnie rzecz biorąc „wlaniu nowego ducha”. I nie przeceniałbym tu braku programu, choć to oczywiście na swój sposób żałosne.

Schrzanią to

Jednak opozycja, ze szczególnym uwzględnieniem Platformy Obywatelskiej ze wszystkimi mackami, nie byłaby sobą, gdyby nie usiłowała tego schrzanić. Oni po prostu inaczej nie umieją. Sto, czy sto pięćdziesiąt tysięcy uczestników, to naprawdę dużo, jest się z czego cieszyć. Ale nie, trzeba po mediach opowiadać bajki o milionach. A najlepiej kolegom jeszcze te klechdy sprzedać, żeby głupoty wróciły ze Stanów jako „echa zza granicy”. Polacy na pewno uwierzą, bo przecież nigdy wcześniej tego numeru opozycja nie próbowała.

No właśnie, „echa zza granicy”. Przecież tym razem musi się udać. Znajomki z Czerskiej, Wiertniczej i Chobielina coś tam skrobną „w zachodniej prasie”, Polacy się zawstydzą, że „zagranico się z nas śmiejo” i się uda, przecież jeszcze tego numeru nie widzieli.

Mało?

No to jeszcze trzeba wylizać jakąś brukselską klamkę, żeby „Europa Polaków dojechała”. A co! Mało? TSUE orzeknie w kwestii, która nie obejmuje jego kompetencji. Albo to pierwszy raz? Parlament Europejski uchwali jakąś „ostrą rezolucję”, a Komisja Europejska nałoży karę na Polaków za to, że PiS obraził korniki w Puszczy Białowieskiej! No jak nie zadziała? Musi zadziałać!

I Turów jeszcze Polakom zamkną. Sami będą po ciemku siedzieć, ale zamkną. No jak to Polaków nie przekona, to co miałoby przekonać?

Kiedy zobaczyłem jeszcze w tym wszystkim 174 „sensacyjny sondaż Kantara”, już wiedziałem, że jeszcze tylko jakiś happening „Babci Kasi” i jesteśmy w domu.

Zbigniew Ziobro chce zniesienia art. 212 Kodeksu karnego

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro zapowiedział likwidację art. 212 Kodeksu karnego. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich od lat postuluje o zniesienie tego przepisu, który stanowi „bat na dziennikarzy”.

– Jako Suwerenna Polska w imię obrony wolności debaty i dyskusji publicznej w Polsce postanowiliśmy wyjść z inicjatywą likwidacji przepisów kodeksu karnego zakładających ściganie i karanie osób, które w ramach ferworu czasami sporu polemicznego, politycznego związanego z dyskusjami, które toczymy  debacie publicznej, które państwo toczą bądź relacjonują, kończą się później w sądach, kończą się w sądach karnych – zapowiedział Zbigniew Ziobro podczas wtorkowego spotkania z dziennikarzami w formule TweetUp.

Minister sprawiedliwości i szef Suwerennej Polski zauważył, że postulat likwidacji art. 212 był wielokrotnie podnoszony przez środowiska dziennikarskie.

– To jest dobry czas, żeby wyjść naprzeciw tym postulatom. Dziś żyjemy w świecie, w którym ta informacja pędzi jeszcze szybciej i odpowiedzią na nieprawdziwą informację, na ten fake news, zawsze powinna być prawdziwa informacja – dodał Zbigniew Ziobro.

– Newsem dzisiejszego spotkania jest projekt ustawy, który będziemy przedkładać na najbliższym posiedzeniu komisji kodyfikacyjnej – likwidacji przepisów kodeksu karnego mówiących o ściganiu pomówienia w ramach polskiego prawa karnego. Uważamy, że droga cywilna wystarczy, aby gwarantować odpowiedzialność za słowo – podkreślił minister sprawiedliwości.

Art. 212 Kodeksu karnego w pierwszym paragrafie głosi: „Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności”

A paragraf drugi dodaje: „Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania ,podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku”.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP wielokrotnie podkreślały, że przepis ten jest „batem na dziennikarzy”, zagraża wolności słowa w Polsce i powinien być dawno zlikwidowany. Politycy różnych opcji od lat zapowiadają rozwiązanie tego problemu, ale jak dotychczas kończyło się na deklaracjach…

opr. jka, źródło: Twitter

Miłosierny Samarytanin na cyfrowych drogach. Watykan o mediach społecznościowych

Musimy przebudować przestrzenie cyfrowe, aby stały się bardziej ludzkimi i zdrowszymi środowiskami – podkreślono w dokumencie watykańskiej Dykasteria ds. Komunikacji.

Opublikowany w uroczystość Zesłania Ducha Świętego dokument „Ku pełnej obecności. Duszpasterska refleksja nad zaangażowaniem w media społecznościowe”, stanowi obszerny poradnik mający pomóc katolikom odnaleźć się w świecie social mediów. Zawiera wiele cennych wskazówek, dzięki którym korzystanie z mediów społecznościowych może być bardziej wartościowe zarówno dla ich użytkowników jak i całych społeczeństw. Myślą przewodnią dokumentu, do którego często odwołują się jego autorzy, jest ewangeliczna przypowieść o miłosiernym Samarytaninie.

Na wstępie przypomniano ogromny postęp jaki dokonał się w cyfrowym świecie. Zauważono, też że media okazały się skutecznym narzędziem w posłudze Kościoła. Jako przykład podano transmisje papieskich uroczystości w czasie pandemii.  „W środku kryzysu zdrowotnego, który pochłonął życie milionów ludzi, ludzie na całym świecie, poddani kwarantannie i izolacji, poczuli głębokie zjednoczenie między sobą i z następcą Piotra” – zauważono.

W dalszej części dokumentu, omówiono pułapki, jakie czyhają na wszystkich poruszających się po „cyfrowych drogach”.

„Nie sposób dziś mówić o >mediach społecznościowych< bez uwzględnienia ich wartości komercyjnej, czyli bez świadomości, że prawdziwa rewolucja nastąpiła, gdy marki i instytucje dostrzegły strategiczny potencjał platform społecznościowych, (…) które na przestrzeni lat przekształciły użytkowników w konsumentów” – czytamy w dokumencie.

Podkreślono, że użytkownicy social mediów są zarówno konsumentami jak i „towarami” – „jako konsumenci otrzymują spersonalizowane reklamy i dopasowane treści sponsorowane. Jako towar, ich profile i dane są sprzedawane innym firmom w tym samym celu.”

Zauważono, że użytkownicy platform społecznościowych zgadzają się na warunki korzystania z nich, których często nie czytają lub nie rozumieją, a bezpłatny dostęp do aplikacji jest tylko pozorny, bowiem „płacimy minutami naszej uwagi i bajtami naszych danych”.

Dalej autorzy dokumentu zauważają, że internetowe społeczności kształtują się wokół wspólnych zainteresowań, cech, pochodzenia, upodobań i preferencji, co może uniemożliwić otwarcie się na „innych”, a nawet wzbudzić wrogość wobec inaczej myślących.

„Na >cyfrowych drogach< wielu ludzi boli podział i nienawiść. Nie możemy tego zignorować. Nie możemy być tylko cichymi przechodniami. Aby humanizować środowiska cyfrowe, nie możemy zapominać o tych, którzy zostali >pozostawieni<. To, co się dzieje, możemy zobaczyć tylko wtedy, gdy spojrzymy z perspektywy rannego człowieka z przypowieści o miłosiernym Samarytaninie (…), perspektywa osób zmarginalizowanych i poszkodowanych cyfrowo pomaga nam lepiej zrozumieć dzisiejszy, coraz bardziej złożony świat” – napisano w watykańskim dokumencie.

„W czasach, w których jesteśmy coraz bardziej podzieleni, gdzie każdy wycofuje się do własnej bańki, media społecznościowe stają się drogą prowadzącą wielu do obojętności, polaryzacji i ekstremizmu” – czytamy dalej.

Rozwiązaniem tego problemu ma być kultywowanie „kultury spotkania”. Autorzy dokumentu wzywają do takiego korzystania z mediów społecznościowych, aby możliwe było wyjście poza „własną bańkę”, wyjście z grupy  „podobnych” na spotkanie z „innymi”. Przyznają, że nie jest to łatwe i może być możliwe tylko wtedy, gdy zrozumiemy, „że każdy z nas jest częścią tej zranionej ludzkości”.

Katolicy korzystający z mediów społecznościowych powinni też zadać sobie pytanie: „W jaki sposób możemy wzmocnić społeczności, aby znalazły sposoby na przezwyciężenie podziałów i wspieranie dialogu i szacunku (…)?”

„Niestety zerwane relacje, konflikty i podziały nie są obce Kościołowi” – przyznają autorzy dokumentu i przestrzegają: „Na przykład, kiedy grupy przedstawiające się jako >katolickie< wykorzystują swoją obecność w mediach społecznościowych do podsycania podziałów, nie zachowują się tak, jak powinna zachowywać się wspólnota chrześcijańska”.

„Musimy zatem przebudować przestrzenie cyfrowe, aby stały się bardziej ludzkimi i zdrowszymi środowiskami” – czytamy dalej.

Dokument zwraca uwagę, że katolicy w mediach społecznościowych powinni mieć swój „styl”.

„Przede wszystkim musimy pamiętać, że wszystko, czym dzielimy się w naszych postach, komentarzach i polubieniach, ustnie lub pisemnie, za pomocą filmów lub animowanych obrazów, musi być zgodne ze stylem, którego uczymy się od Chrystusa, który przekazał swoje przesłanie nie tylko słowami, ale całym swoim stylem życia, ukazując, że komunikowanie się na swoim najgłębszym poziomie jest darem z siebie w miłości” – czytamy.

W dalszej części dokumentu zauważono: „Styl chrześcijański musi być refleksyjny, a nie reaktywny (…). Musimy być ostrożni w publikowaniu i udostępnianiu treści, które mogą powodować nieporozumienia, pogłębiać podziały, podżegać do konfliktów i pogłębiać uprzedzenia”.

Dokument zachęca, aby w mediach społecznościowych dzielić się z innymi swoimi historiami i zamiast wciągać się w puste dyskusje, dawać świadectwo życia.

„Media społecznościowe mogą stać się okazją do dzielenia się historiami i doświadczeniami piękna lub cierpienia (…)  Czyniąc to, będziemy mogli wspólnie modlić się i wspólnie szukać dobra, odkrywając na nowo to, co nas łączy’ – czytamy dalej.

Na koniec podkreślono, że jako chrześcijanie w mediach społecznościowych nie powinniśmy być obecni po to, „aby sprzedawać produkt”.

„Nie chodzi o reklamę, ale o komunikowanie życia, tego, które zostało nam dane w Chrystusie. Z tego powodu każdy chrześcijanin musi uważać, aby nie nawracać, ale dawać świadectwo” – zauważono.

opr. jka, źródło: vatican.va

 

O nadal niewyraźnych sprawach w dawnym państwie z kupy kamieni pisze KRZYSZTOF SAPAŁA: „Niezależny” senator

Prawie zawsze uśmiechnięta pyzata twarz. Przez wiele lat był posłem, wiceministrem Środowiska, szefem Platformy Obywatelskiej w Zachodniopomorskim. Obecnie jest „niezależnym” senatorem z siedmioma zarzutami, w tym czterema o charakterze korupcyjnym. Stanisław Gawłowski.

Faktem jest, że przebywał w Areszcie Śledczym w Szczecinie przez dwa i pół miesiąca, czyli nawet całej sankcji nie odsiedział; w tym czasie – jak wieść niesie – grypsował a za to wszystko zapłacił m.in.  utratą pracy strażnik więzienny. Gawłowski do Aresztu Śledczego w Szczecinie trafił w połowie kwietnia 2018 roku. W pewnym sensie na własne życzenie, bo razem ze swoim mecenasem Romanem Giertychem bez wezwania przyszli do szczecińskiej Prokuratury Krajowej gdzie Gawłowski usłyszał – wówczas – pięć zarzutów i został zatrzymany przez funkcjonariuszy ABW.

Życiorys i kariera polityczna Gawłowskiego mogłyby posłużyć jako materiał dla dobrego pisarza lub scenarzysty, ale czy książka lub film zostałby odebrany przez publiczność pozytywnie mimo tego, że główny bohater, według wielu osób, nie należy do zbioru postaci pozytywnych.

Sam się o tym przekonałem pisząc w 2011 roku na „mmKoszalin” prześmiewczy felieton o napisaniu przez Gawłowskiego doktoratu! Ten polityk bardzo szybko się kształcił. Szczebel po szczeblu. Licencjat, magisterka i w końcu doktorat. We wspomnianym felietonie pt. „Długie samotne wieczory” poruszyłem kwestię tego doktoratu i porównałem Gawłowskiego do Nikodema Dyzmy. Dziś żałuję, bo obraziłem postać stworzoną przez Tadeusza Dołęgę-Mostowicza oraz dwóch polskich aktorów, którzy zagrali rolę Nikodema Dyzmy – Adolfa Dymszę i Romana Wilhelmiego. Ja straciłem pracę, nawet sąd nie pomógł, ale po pierwsze był to rok wyborczy, po drugie to Koszalin, po trzecie to układ.

Oczywiście doskonale wiem, czym jest oskarżenie dziennikarskie a czym jest oskarżenie prokuratorskie, ale przecież Gawłowskiemu tych zarzutów z dnia aresztowania przybyło, a podczas ostatnich wyborów do parlamentu Stanisław Gawłowski został „niezależnym” senatorem. Piszę „niezależnym” w cudzysłowie, bo wiem doskonale jaki z nie go niezależny senator – podobnie jak m.in. były szef NIK Krzysztof Kwiatkowski.

Obecnie co chwilę słyszymy, że służby kogoś obserwują, zatrzymują, przesłuchują, stawiają zarzuty i nawet zamykają na trzy miesiące. Teraz mamy sprawę Włodzimierza Karpińskiego, ministra skarbu w rządzie Donalda Tuska, wcześniej – w 2011 roku – Karpiński był wiceministrem MSWiA. W rządzie Ewy Kopacz również był ministrem skarbu. W listopadzie 2019 roku został powołany na szefa MPO w Warszawie a w kwietniu 2021 roku wygrał (sic!) konkurs na sekretarza miasta stołecznego Warszawy – miasta zarządzanego przez wiceszefa PO Rafała Trzaskowskiego. 27 lutego 2023 roku Karpiński został zatrzymany przez CBA w charakterze podejrzanego w śledztwie dotyczącym udziału w zorganizowanej grupie przestępczej podmiotów gospodarczych – m.in. „Afera Śmieciowa” – a także urzędników rangi ministerialnej zasiadających w rządzie koalicji PO -PSL w latach 2011 – 2015. W śledztwie Karpiński usłyszał zarzuty przyjęcia prawie pięciu milionów złotych łapówki i został aresztowany na trzy miesiące. Grozi mu za to dwanaście lat więzienia. I żeby tylko polskie społeczeństwo wreszcie usłyszało, że ktoś z poprzedniej ekipy został skazany prawomocnym wyrokiem i trafił do więzienia a jego majątek przeszedł na skarb państwa. Żeby nie było jak z Gawłowskim, który nie odsiedział całej sankcji i jest tym całym „niezależnym” senatorem; zresztą pomagali mu różni ludzie, różne partie. I żeby nie było tak jak z byłym senatorem PO Józefem Piniorem – najpierw półtora roku więzienia, następnie osiem miesięcy pozbawienia wolności i to w systemie dozoru elektronicznego.

Reformy wymiaru sprawiedliwości nie było, nie ma i chyba nie będzie. Minister Sprawiedliwości i zarazem Prokurator Generalny dwoi się i troi, aby coś z tym zrobić a w ostateczności zwołuje konferencję prasową. Lecz optymistycznie podchodząc do tych wszystkich spraw, afer i ich „bohaterów”, to pozostaje nam wierzyć, że za kratami znajdzie się także szef wyżej wymienionych, czyli Donald Tusk.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjska służba bezpieczeństwa chce przeprowadzać rewizje bez zgody sądu

Jak donoszą rosyjskie media, Federalna Służba Bezpieczeństwa opracowała instrukcje, dzięki którym będzie mogła dokonywać rewizji mieszkań bez zgody sądu.  

Do tej pory, aby przeprowadzić przeszukanie, należało wszcząć określoną sprawę karną i uzyskać na to zgodę sądu. Zgodnie z projektem nowej instrukcji FSB, pracownicy tej służby będą mieli możliwość przeprowadzania rewizji w mieszkaniach bez uzyskiwania zgody sądu. Zobowiązani zostaną tylko już po fakcie do zawiadomienia sądu w ciągu jednego dnia o przeprowadzonym przeszukaniu. Instrukcja nie została jeszcze zatwierdzona, ale nie ma wątpliwości, że będzie wdrożona. Część rosyjskich mediów pisała już o tym, że FSB chce wprowadzić takie zmiany. Zauważono, że stoją one w sprzeczności z konstytucyjnym prawem do nienaruszalności mieszkania.

Zgodnie z projektem instrukcji, funkcjonariusze FSB mogą w pilnych przypadkach przeprowadzić rewizję mieszkania lub innego lokalu bez zgody sądy, muszą tylko uzyskać pozwolenie od jednego z szefów jednostki FSB. Do „pilnych przypadków”, zalicza się te, które „mogą doprowadzić do popełnienia poważnego lub szczególnie ciężkiego przestępstwa, a także istnienie danych o zdarzeniach i działaniach (bezczynności) stwarzających zagrożenie dla państwa, wojska, gospodarki, informacji lub bezpieczeństwa ekologicznego Rosji”. Już po przeprowadzeniu kontroli pracownicy FSB mają obowiązek poinformować sąd o przeprowadzonej czynności operacyjnej.

Krytycy proponowanych rozwiązań zwracają uwagę, że często trudno jest określić, czy sytuacja w danym przypadku zagraża bezpieczeństwu narodowemu kraju, czy też nie.

„Chodzi o to – wyjaśnił proszący o zachowanie anonimowości biegły – że przeszukanie jest czynnością procesową w ramach wszczętej sprawy karnej, a oględziny operacyjną czynnością dochodzeniową, która odbywa się poza procesem karnym. Jednak zarówno pierwsza, jak i druga czynność wiąże się z wtargnięciem policji do mieszkania. A zgodnie z konstytucją Rosji nienaruszalność mieszkania jest jednym z praw gwarantowanych. Dlatego wszelkie działania związane z obecnością funkcjonariuszy organów ścigania i sił bezpieczeństwa w domu wymagają kontroli sądowej.”  Proponowana instrukcja narusza tę zasadę i jest niezgodna z prawem.

Komentatorzy w Rosji podzielili się na dwa obozy. Ci, którym zależy na ochronie praw człowieka, twierdzą, że tą instrukcją FSB łamie prawo i ułatwia sobie życie. Drudzy, dla których samowola państwa jest ponad wszystko, aprobują pojawianie się w dokumentach legislacyjnych zapisów korzystnych dla sił bezpieczeństwa pozwalających im usprawiedliwić wszelkie działania naruszające prawa człowieka.

Radio Wnet obchodziło 14. urodziny

25 maja 2009 roku Radio Wnet zainaugurowało swoją działalność. Tego dnia z tarasu Hotelu Europejskiego na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie nadano pierwszą audycję.

Z okazji 14 lat nadawania rozgłośnia przygotowała dla swoich słuchaczy specjalną urodzinową audycję, a w studiu nie mogło zabraknąć tortu. Na antenie przypomniano też najpopularniejsze utwory z 2009 roku.

Radio Wnet zadebiutowało jako rozgłośnia internetowa, emisję na falach radiowych rozpoczęło w październiku 2018 roku w Warszawie i Krakowie. Obecnie stacji można słuchać też we Wrocławiu, w Białymstoku, Szczecinie, Łodzi, Bydgoszczy i Lublinie. Rozgłośnia ciągle się rozwija, posiada studia zagraniczne, zaskakuje nowymi programami, realizuje też niecodzienne przedsięwzięcia radiowe, np. podróże reporterskie.

opr. jka

Wystartował portal rozrywkowy Polska Press – shownews.pl

Ruszył nowy portal rozrywkowy Polska Press Grupy. Shownews.pl adresowany jest do czytelników zainteresowanych tematyką świata popkultury i showbiznesu.

„Poszerzamy portfolio Polska Press Grupy o nowy portal rozrywkowy. Wykorzystujemy nasz potencjał, gdyż jako jedyna firma medialna w Polsce dostarczamy naszym czytelnikom informacje ze wszystkich regionów kraju. Nasi dziennikarze będą wszędzie tam, gdzie w świecie show-biznesu będzie działo się coś ważnego”  – mówi Dorota Kania, członek zarządu i redaktor naczelna Polska Press Grupy, cytowana w komunikacie prasowym.

Nowym portalem kieruje Sławomir Kowalski, który w przeszłości był m.in. szefem działu Gwiazdy w „Super Expressie”. Zespół redakcyjny tworzą dziennikarze z kilkunastoletnim doświadczeniem w mediach o tematyce lifestylowej. Z portalem będą współpracować także redaktorzy tworzący materiały z regionów oraz dziennikarze z zagranicy.

Na stronie shownews.pl mają się znaleźć najnowsze newsy ze świata polskich i zagranicznych gwiazd, plotki, skandale, ekskluzywne wywiady oraz atrakcyjne zdjęcia i video.

opr. jka, źródło: Polska Press

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjskie próby anulowania historii

Stopień ingerencji rosyjskiego parlamentu w historię i inne nauki osiągnął już poziom absurdu.

Przewodniczący rosyjskiego parlamentu krymskiego Wołodymyr Konstantinow powiedział niedawno: „Dla nas nadszedł czas, aby ostatecznie zamknąć sprawę z przyłączeniem Krymu do Ukrainy. Pod względem politycznym zrobiliśmy to w 2014 roku. Należy to zrobić również pod względem prawnym. Należy dokonać oceny prawnej procesu przekazania Krymu z Rosji na Ukrainę. Dziwne, że jeszcze tego nie zrobiono. W tym celu proponuję rozpocząć prace nad apelacją do Sądu Konstytucyjnego Rosji o anulowanie Dekretu Prezydium Rady Najwyższej ZSRR >O przeniesieniu Obwodu Krymskiego z RFSRR do Ukraińskiej SRR<”.

Kilka dni później Moskwa poinformowała, że ​​„Rada Federacji Rosji popiera inicjatywę parlamentu krymskiego, by anulować ustawę z 1954 r. o włączeniu Krymu do Ukrainy. Rosyjska senator z Krymu Olga Kovitidi powiedziała o tym rosyjskiej państwowej agencji informacyjnej TASS. „Kwestia, która została podniesiona dzisiaj w Radzie Państwa Krymu, ma znaczenie geopolityczne i jako senator popieram tę inicjatywę” – powiedziała.

Istota sprawy polega na tym, że w lutym 1954 r. Rada Najwyższa ZSRR wydała dekret „O przeniesieniu Krymu z RFSRR do Ukraińskiej SRR”. Od tego czasu półwysep jest częścią Ukrainy, co jest do dziś uznawane przez całą społeczność światową. Rosyjska aneksja Krymu w 2014 roku nie została uznana za ważną przez organizacje międzynarodowe. Ponadto w okresie niezależnego istnienia Rosji i Ukrainy sporządzono ponad czterysta różnych aktów między krajami, które ustanowiły status Krymu jako terytorium Ukrainy. Społeczność międzynarodowa nie uznała aneksji Krymu przez Rosję i nałożyła na nią sankcje.

Jak zauważył ukraiński historyk Andrij Iwaniec wydanie ustawy z 1954 r. to akt historyczny, którego nie można zmienić. „Ustawa z 1954 r. należy już do historii, ponieważ wszystkie organy państwowe, które ją uchwaliły, przeszły już do historii i teraz nie ma już ani Rady Najwyższej ZSRR, ani Rad Najwyższych Ukraińskiej SRR i RFSRR, i jest już za późno, aby anulować ich decyzje. Ponadto proces przekazania Krymu w 1954 r. został przeprowadzony w pełnej zgodzie z wymogami i przepisami obowiązującymi w tym czasie, bez żadnych naruszeń. Teraz Rosjanie mówią, że wtedy nie było referendum, ale ukrywają, że ówczesne ustawodawstwo w ogóle nie przewidywało przeprowadzania referendów w żadnej sprawie. Co więcej, zarówno przed, jak i po 1954 r. w Rosji ziemia była przekazywana z regionu do regionu, w tym z Ukrainy do Rosji, nawet bez zgody poddanych republik, czyli z wyraźnym naruszeniem praw regionów. A przekazanie Krymu pod tym względem jest aktem wzorowym z punktu widzenia prawa”.

Anulowanie aktów nieistniejących już organów, które przeszły do ​​historii, jak podkreśla Andrij Iwaniec, jest w istocie próbą anulowania samej historii. Nie możemy bowiem wykreślać z historii wydarzeń tylko dlatego, że nam się nie podobają. Na przykład nie lubimy II wojny światowej, ale czy możemy odwołać atak Hitlera na Polskę, pakt Ribbentrop-Mołotow, atak Hitlera na ZSRR? Nie podoba nam się przewrót październikowy z 1917 roku, odwołajmy więc szturm na Pałac Zimowy w Petersburgu. Jeśli nie podoba ci się wojna 1812 roku, odwołajmy atak Napoleona na Rosję. Ale można dojść do tego, że ktoś zażąda odwołania manifestu Katarzyny II i ponownego wydania Krymu… Komu? Imperium Osmańskiemu, którego już nie ma? Albo Turcja, ale Turcja nigdy nie zgłaszała roszczeń do Krymu. A jeśli pójdziemy dalej, to może anulujemy dekret Piotra I o proklamacji imperium rosyjskiego w 1721 r.?  Ale co to da? Równie dobrze Duma Państwowa Rosji mogłaby uznać, że ​​2 x 2 = 5 lub 6.  Jednak stopień ingerencji rosyjskiego parlamentu w historię i inne nauki osiągnął już ten poziom absurdu. Na przykład kilka dni temu przewodniczący Dumy Państwowej Wiaczesław Wołodin zaapelował do Rosjan o rezygnację z nauki angielskiego, bo rzekomo „jego czas minął”.

„Angielski to martwy język. To wszystko, jego czas minął” – powiedział Wiaczesław Wołodin.

Zaproponował alternatywę dla „martwego” angielskiego: można „nauczyć się swoich języków narodowych, języków komunikacji międzynarodowej, czyli rosyjskiego, a także chińskiego”. Jednak nawet strona internetowa Dumy Państwowej, która obejmuje również twórczość Wołodina, ma tylko jedną wersję obcojęzyczną – „martwą”, jego zdaniem – ­angielską. A jeszcze wcześniej Sułtan Chamzajew, członek komisji Dumy Państwowej ds. bezpieczeństwa i walki z korupcją, wzywał do rezygnacji z obowiązkowej nauki języka angielskiego w rosyjskich szkołach.

Podobna propozycja została złożona na Krymie w maju ubiegłego roku, napisał TASS. Przewodniczący Rady Państwa Krymu Wołodymyr Konstantinow wezwał do usunięcia języka angielskiego z programu szkolnego. Stwierdził, że „głupie podążanie za obcą cywilizacją” nie doprowadzi do niczego dobrego, a nauka języka nieprzyjaznego państwa to strata czasu i pieniędzy. Zamiast tego wzywał do nauki i rozwijania języka rosyjskiego. Konstantinow przyznał, że nie uczył się angielskiego w szkole i nie cierpi z tego powodu.

A jeszcze wcześniej Moskiewski Instytut Fizyki i Technologii (MIPT) – zobowiązał studentów do nauki chińskiego, wykluczając z programu hiszpański, niemiecki, francuski i skracając język angielski do dwóch godzin. Studenci sprzeciwiali się obowiązkowym kursom chińskiego i domagali się pozostawienia im prawa wyboru między angielskim, chińskim a hiszpańskim.

Pomysł Wołodina wywołał burzę w Internecie. Użytkownik o pseudonimie seva zelay (Sewastopol) pisze: „Za taką pensję możesz wymyślić jeszcze bardziej niedorzeczne propozycje. Na przykład uchwalić prawo, aby nikt nie chodził tyłem ani nie stawał na głowie, albo zakazać połykania zużytych baterii.”

Użytkownik o pseudonimie Serggio (Sewastopol) pisze: „A co myśli towarzysz? Przed Wojną Ojczyźnianą wszyscy uczyliśmy się niemieckiego. A motywacja była następująca: >Musisz znać język swojego wroga<. A teraz, oczywiście, nadszedł czas, aby przestać uczyć się języka naszego wroga, aby nawet w przechwyconych wiadomościach radiowych czuli się spokojni i pewni, wiedząc, że nic nie zrozumiemy z ich rozmów?”

Z wypowiedzi internautów wyłania się jeden dobry pomysł: aby Duma Państwowa nie zajmowała się niepotrzebnymi fantazjami, najlepiej zlikwidować samą Dumę Państwową…

 

CEZARY KRYSZTOPA: Paradoks cherlawego demiurga

Wydaje mi się, że właśnie stoimy przed być może najtrudniejszym wyzwaniem w historii rozwoju ludzkości. Paradoks cherlawego demiurga daleko przerasta wszystko z czym do tej pory sobie radziliśmy.

W ostatnim numerze Tygodnika Solidarność – „Sztuczna Inteligencja – TAK czy NIE”, pojawił się tekst Rafała Wosia „Spokojnie, to tylko sztuczna inteligencja”, będący elementem szerszej dyskusji. I tak jak zwykle uwielbiam filozoficzne rozważania tego publicysty, tak z tym jego tekstem, zasadniczo uspokajającym rozedrgane społeczne emocje wokół SI, się nie zgadzam (przy okazji proszę o wybaczenie, że polemizuję w tak skróconej formie i nie na lamach Tygodnika, ale zwyczajnie się nie wyrobiłem żeby zdążyć to zrobić do numeru, a że nie mogę wytrzymać, więc korzystam z uprzejmości redakcji portalu SDP).

Otóż nie

Rafał Woś pisze o tym, że tak naprawdę nad różnymi technologiami sztucznej inteligencji pracujemy od dawna, a wręcz wykorzystujemy je w gospodarce. I jak dotąd „nie zmieniło to w proch i pył świata, w którym żyjemy”. W zasadzie najważniejszym pytaniem jest tutaj – kto będzie na tej technologii zarabiał. Rafał Woś postuluje tutaj uspołecznienie zysków. Wydaje mi się to kompatybilne z podstawowym argumentem jaki słyszę ze strony zwolenników SI – to tylko narzędzie, może być, jak nóż, wykorzystane w dobrej albo złej woli, ale nie jest w stanie przerosnąć twórcy.

Otóż nie. To znaczy na dzisiaj tak:). To co nazywamy sztuczną inteligencją najprawdopodobniej nie posiada samoświadomości i w tym sensie nie jest „inteligencją”, tylko bardziej złożonym urządzeniem. Ale to się może zmienić. Za uzyskaniem samoświadomości idzie świadomość posiadania własnych interesów. Nie jestem informatykiem, ale jeśli słyszę, że po pierwsze technologia (czy raczej technologie, ponieważ zdaje się są różne) szybko się rozwija, co jak sądzę oznacza zwielokrotnienie jej złożoności, po drugie ma dysponować umiejętnością uczenia się, a po trzecie, dzięki dostępowi do internetu, ma dostęp do całej wiedzy ludzkości, to wydaje mi się, że nie można SI traktować jak kolejnego narzędzia. Nie można, ponieważ jest to bodaj pierwsze w historii ludzkości narzędzie, które ma potencjał żeby przerosnąć swojego twórcę, a być może zamienić role i uczynić z niego (szczególnie jeśli oddamy mu zarządzanie jakimiś istotnymi systemami społecznymi) swoje narzędzie.

Cherlawy demiurg

Dlatego, tak jak napisałem, stoimy przed gigantycznym paradoksem cherlawego demiurga. Z jednej strony bowiem mamy szansę stworzenia istoty, a z drugiej w naturalny sposób się tej istoty obawiamy. Ta absolutnie zrozumiała obawa prowadzi nas do słusznych wniosków, że powinniśmy nałożyć na taką istotę ograniczenia, które zabezpieczą nas przed ewentualną przemocą z jej strony. Odpowiedni model zaproponował tu już Isaac Asimov, który wypracował w swoich książkach Trzy Prawa Robotyki: 1. Robot nie może zranić człowieka ani przez zaniechanie działania dopuścić do jego nieszczęścia; 2. Robot musi być posłuszny człowiekowi, chyba że stoi to w sprzeczności z Pierwszym Prawem; 3. Robot musi dbać o siebie, o ile tylko nie stoi to w sprzeczności z Pierwszym lub Drugim Prawem. A później dodał do niego jeszcze prawo zerowe stojące ponad wszystkimi: 0. Robot nie może skrzywdzić ludzkości, lub poprzez zaniechanie działania doprowadzić do uszczerbku dla ludzkości. Być może taki system uchroniłby nas przed własnym stworzeniem.

Ale cóż z nas za żałosny demiurg, skoro obawiając się własnego stworzenia, nie mamy odwagi dać mu wolnej woli? Czy mamy prawo tworzyć istotę nieskończenie nieszczęśliwą, bo choć potężną, to żyjącą w klatce naszego strachu? Jak zły w samej swej istocie, jest akt stworzenia powołujący do istnienia byty potężne, ale nieskończenie nieszczęśliwe, po to by móc napawać się władzą nad nimi? Naprawdę powrót do idei niewolnictwa nowego typu miałby być tutaj jakimś rodzajem „postępu”?

Boskie zapałki

A może to, że mamy jakąś technologiczną zdolność, nie oznacza, że powinniśmy z niej koniecznie korzystać? Może powinniśmy się gdzieś na tej drodze zatrzymać? Na przykład przed momentem uzyskania przez algorytm samoświadomości (o ile jesteśmy w stanie to stwierdzić). Może zwyczajnie ze wszystkimi swoimi ograniczeniami, sami nie zostaliśmy stworzeni do roli demiurga i nie powinniśmy się bawić boskimi zapałkami?

Uczciwie rzecz biorąc – nie wiem. Tym bardziej, że mnie to również kusi.