Miłosierny Samarytanin na cyfrowych drogach. Watykan o mediach społecznościowych

Musimy przebudować przestrzenie cyfrowe, aby stały się bardziej ludzkimi i zdrowszymi środowiskami – podkreślono w dokumencie watykańskiej Dykasteria ds. Komunikacji.

Opublikowany w uroczystość Zesłania Ducha Świętego dokument „Ku pełnej obecności. Duszpasterska refleksja nad zaangażowaniem w media społecznościowe”, stanowi obszerny poradnik mający pomóc katolikom odnaleźć się w świecie social mediów. Zawiera wiele cennych wskazówek, dzięki którym korzystanie z mediów społecznościowych może być bardziej wartościowe zarówno dla ich użytkowników jak i całych społeczeństw. Myślą przewodnią dokumentu, do którego często odwołują się jego autorzy, jest ewangeliczna przypowieść o miłosiernym Samarytaninie.

Na wstępie przypomniano ogromny postęp jaki dokonał się w cyfrowym świecie. Zauważono, też że media okazały się skutecznym narzędziem w posłudze Kościoła. Jako przykład podano transmisje papieskich uroczystości w czasie pandemii.  „W środku kryzysu zdrowotnego, który pochłonął życie milionów ludzi, ludzie na całym świecie, poddani kwarantannie i izolacji, poczuli głębokie zjednoczenie między sobą i z następcą Piotra” – zauważono.

W dalszej części dokumentu, omówiono pułapki, jakie czyhają na wszystkich poruszających się po „cyfrowych drogach”.

„Nie sposób dziś mówić o >mediach społecznościowych< bez uwzględnienia ich wartości komercyjnej, czyli bez świadomości, że prawdziwa rewolucja nastąpiła, gdy marki i instytucje dostrzegły strategiczny potencjał platform społecznościowych, (…) które na przestrzeni lat przekształciły użytkowników w konsumentów” – czytamy w dokumencie.

Podkreślono, że użytkownicy social mediów są zarówno konsumentami jak i „towarami” – „jako konsumenci otrzymują spersonalizowane reklamy i dopasowane treści sponsorowane. Jako towar, ich profile i dane są sprzedawane innym firmom w tym samym celu.”

Zauważono, że użytkownicy platform społecznościowych zgadzają się na warunki korzystania z nich, których często nie czytają lub nie rozumieją, a bezpłatny dostęp do aplikacji jest tylko pozorny, bowiem „płacimy minutami naszej uwagi i bajtami naszych danych”.

Dalej autorzy dokumentu zauważają, że internetowe społeczności kształtują się wokół wspólnych zainteresowań, cech, pochodzenia, upodobań i preferencji, co może uniemożliwić otwarcie się na „innych”, a nawet wzbudzić wrogość wobec inaczej myślących.

„Na >cyfrowych drogach< wielu ludzi boli podział i nienawiść. Nie możemy tego zignorować. Nie możemy być tylko cichymi przechodniami. Aby humanizować środowiska cyfrowe, nie możemy zapominać o tych, którzy zostali >pozostawieni<. To, co się dzieje, możemy zobaczyć tylko wtedy, gdy spojrzymy z perspektywy rannego człowieka z przypowieści o miłosiernym Samarytaninie (…), perspektywa osób zmarginalizowanych i poszkodowanych cyfrowo pomaga nam lepiej zrozumieć dzisiejszy, coraz bardziej złożony świat” – napisano w watykańskim dokumencie.

„W czasach, w których jesteśmy coraz bardziej podzieleni, gdzie każdy wycofuje się do własnej bańki, media społecznościowe stają się drogą prowadzącą wielu do obojętności, polaryzacji i ekstremizmu” – czytamy dalej.

Rozwiązaniem tego problemu ma być kultywowanie „kultury spotkania”. Autorzy dokumentu wzywają do takiego korzystania z mediów społecznościowych, aby możliwe było wyjście poza „własną bańkę”, wyjście z grupy  „podobnych” na spotkanie z „innymi”. Przyznają, że nie jest to łatwe i może być możliwe tylko wtedy, gdy zrozumiemy, „że każdy z nas jest częścią tej zranionej ludzkości”.

Katolicy korzystający z mediów społecznościowych powinni też zadać sobie pytanie: „W jaki sposób możemy wzmocnić społeczności, aby znalazły sposoby na przezwyciężenie podziałów i wspieranie dialogu i szacunku (…)?”

„Niestety zerwane relacje, konflikty i podziały nie są obce Kościołowi” – przyznają autorzy dokumentu i przestrzegają: „Na przykład, kiedy grupy przedstawiające się jako >katolickie< wykorzystują swoją obecność w mediach społecznościowych do podsycania podziałów, nie zachowują się tak, jak powinna zachowywać się wspólnota chrześcijańska”.

„Musimy zatem przebudować przestrzenie cyfrowe, aby stały się bardziej ludzkimi i zdrowszymi środowiskami” – czytamy dalej.

Dokument zwraca uwagę, że katolicy w mediach społecznościowych powinni mieć swój „styl”.

„Przede wszystkim musimy pamiętać, że wszystko, czym dzielimy się w naszych postach, komentarzach i polubieniach, ustnie lub pisemnie, za pomocą filmów lub animowanych obrazów, musi być zgodne ze stylem, którego uczymy się od Chrystusa, który przekazał swoje przesłanie nie tylko słowami, ale całym swoim stylem życia, ukazując, że komunikowanie się na swoim najgłębszym poziomie jest darem z siebie w miłości” – czytamy.

W dalszej części dokumentu zauważono: „Styl chrześcijański musi być refleksyjny, a nie reaktywny (…). Musimy być ostrożni w publikowaniu i udostępnianiu treści, które mogą powodować nieporozumienia, pogłębiać podziały, podżegać do konfliktów i pogłębiać uprzedzenia”.

Dokument zachęca, aby w mediach społecznościowych dzielić się z innymi swoimi historiami i zamiast wciągać się w puste dyskusje, dawać świadectwo życia.

„Media społecznościowe mogą stać się okazją do dzielenia się historiami i doświadczeniami piękna lub cierpienia (…)  Czyniąc to, będziemy mogli wspólnie modlić się i wspólnie szukać dobra, odkrywając na nowo to, co nas łączy’ – czytamy dalej.

Na koniec podkreślono, że jako chrześcijanie w mediach społecznościowych nie powinniśmy być obecni po to, „aby sprzedawać produkt”.

„Nie chodzi o reklamę, ale o komunikowanie życia, tego, które zostało nam dane w Chrystusie. Z tego powodu każdy chrześcijanin musi uważać, aby nie nawracać, ale dawać świadectwo” – zauważono.

opr. jka, źródło: vatican.va

 

O nadal niewyraźnych sprawach w dawnym państwie z kupy kamieni pisze KRZYSZTOF SAPAŁA: „Niezależny” senator

Prawie zawsze uśmiechnięta pyzata twarz. Przez wiele lat był posłem, wiceministrem Środowiska, szefem Platformy Obywatelskiej w Zachodniopomorskim. Obecnie jest „niezależnym” senatorem z siedmioma zarzutami, w tym czterema o charakterze korupcyjnym. Stanisław Gawłowski.

Faktem jest, że przebywał w Areszcie Śledczym w Szczecinie przez dwa i pół miesiąca, czyli nawet całej sankcji nie odsiedział; w tym czasie – jak wieść niesie – grypsował a za to wszystko zapłacił m.in.  utratą pracy strażnik więzienny. Gawłowski do Aresztu Śledczego w Szczecinie trafił w połowie kwietnia 2018 roku. W pewnym sensie na własne życzenie, bo razem ze swoim mecenasem Romanem Giertychem bez wezwania przyszli do szczecińskiej Prokuratury Krajowej gdzie Gawłowski usłyszał – wówczas – pięć zarzutów i został zatrzymany przez funkcjonariuszy ABW.

Życiorys i kariera polityczna Gawłowskiego mogłyby posłużyć jako materiał dla dobrego pisarza lub scenarzysty, ale czy książka lub film zostałby odebrany przez publiczność pozytywnie mimo tego, że główny bohater, według wielu osób, nie należy do zbioru postaci pozytywnych.

Sam się o tym przekonałem pisząc w 2011 roku na „mmKoszalin” prześmiewczy felieton o napisaniu przez Gawłowskiego doktoratu! Ten polityk bardzo szybko się kształcił. Szczebel po szczeblu. Licencjat, magisterka i w końcu doktorat. We wspomnianym felietonie pt. „Długie samotne wieczory” poruszyłem kwestię tego doktoratu i porównałem Gawłowskiego do Nikodema Dyzmy. Dziś żałuję, bo obraziłem postać stworzoną przez Tadeusza Dołęgę-Mostowicza oraz dwóch polskich aktorów, którzy zagrali rolę Nikodema Dyzmy – Adolfa Dymszę i Romana Wilhelmiego. Ja straciłem pracę, nawet sąd nie pomógł, ale po pierwsze był to rok wyborczy, po drugie to Koszalin, po trzecie to układ.

Oczywiście doskonale wiem, czym jest oskarżenie dziennikarskie a czym jest oskarżenie prokuratorskie, ale przecież Gawłowskiemu tych zarzutów z dnia aresztowania przybyło, a podczas ostatnich wyborów do parlamentu Stanisław Gawłowski został „niezależnym” senatorem. Piszę „niezależnym” w cudzysłowie, bo wiem doskonale jaki z nie go niezależny senator – podobnie jak m.in. były szef NIK Krzysztof Kwiatkowski.

Obecnie co chwilę słyszymy, że służby kogoś obserwują, zatrzymują, przesłuchują, stawiają zarzuty i nawet zamykają na trzy miesiące. Teraz mamy sprawę Włodzimierza Karpińskiego, ministra skarbu w rządzie Donalda Tuska, wcześniej – w 2011 roku – Karpiński był wiceministrem MSWiA. W rządzie Ewy Kopacz również był ministrem skarbu. W listopadzie 2019 roku został powołany na szefa MPO w Warszawie a w kwietniu 2021 roku wygrał (sic!) konkurs na sekretarza miasta stołecznego Warszawy – miasta zarządzanego przez wiceszefa PO Rafała Trzaskowskiego. 27 lutego 2023 roku Karpiński został zatrzymany przez CBA w charakterze podejrzanego w śledztwie dotyczącym udziału w zorganizowanej grupie przestępczej podmiotów gospodarczych – m.in. „Afera Śmieciowa” – a także urzędników rangi ministerialnej zasiadających w rządzie koalicji PO -PSL w latach 2011 – 2015. W śledztwie Karpiński usłyszał zarzuty przyjęcia prawie pięciu milionów złotych łapówki i został aresztowany na trzy miesiące. Grozi mu za to dwanaście lat więzienia. I żeby tylko polskie społeczeństwo wreszcie usłyszało, że ktoś z poprzedniej ekipy został skazany prawomocnym wyrokiem i trafił do więzienia a jego majątek przeszedł na skarb państwa. Żeby nie było jak z Gawłowskim, który nie odsiedział całej sankcji i jest tym całym „niezależnym” senatorem; zresztą pomagali mu różni ludzie, różne partie. I żeby nie było tak jak z byłym senatorem PO Józefem Piniorem – najpierw półtora roku więzienia, następnie osiem miesięcy pozbawienia wolności i to w systemie dozoru elektronicznego.

Reformy wymiaru sprawiedliwości nie było, nie ma i chyba nie będzie. Minister Sprawiedliwości i zarazem Prokurator Generalny dwoi się i troi, aby coś z tym zrobić a w ostateczności zwołuje konferencję prasową. Lecz optymistycznie podchodząc do tych wszystkich spraw, afer i ich „bohaterów”, to pozostaje nam wierzyć, że za kratami znajdzie się także szef wyżej wymienionych, czyli Donald Tusk.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjska służba bezpieczeństwa chce przeprowadzać rewizje bez zgody sądu

Jak donoszą rosyjskie media, Federalna Służba Bezpieczeństwa opracowała instrukcje, dzięki którym będzie mogła dokonywać rewizji mieszkań bez zgody sądu.  

Do tej pory, aby przeprowadzić przeszukanie, należało wszcząć określoną sprawę karną i uzyskać na to zgodę sądu. Zgodnie z projektem nowej instrukcji FSB, pracownicy tej służby będą mieli możliwość przeprowadzania rewizji w mieszkaniach bez uzyskiwania zgody sądu. Zobowiązani zostaną tylko już po fakcie do zawiadomienia sądu w ciągu jednego dnia o przeprowadzonym przeszukaniu. Instrukcja nie została jeszcze zatwierdzona, ale nie ma wątpliwości, że będzie wdrożona. Część rosyjskich mediów pisała już o tym, że FSB chce wprowadzić takie zmiany. Zauważono, że stoją one w sprzeczności z konstytucyjnym prawem do nienaruszalności mieszkania.

Zgodnie z projektem instrukcji, funkcjonariusze FSB mogą w pilnych przypadkach przeprowadzić rewizję mieszkania lub innego lokalu bez zgody sądy, muszą tylko uzyskać pozwolenie od jednego z szefów jednostki FSB. Do „pilnych przypadków”, zalicza się te, które „mogą doprowadzić do popełnienia poważnego lub szczególnie ciężkiego przestępstwa, a także istnienie danych o zdarzeniach i działaniach (bezczynności) stwarzających zagrożenie dla państwa, wojska, gospodarki, informacji lub bezpieczeństwa ekologicznego Rosji”. Już po przeprowadzeniu kontroli pracownicy FSB mają obowiązek poinformować sąd o przeprowadzonej czynności operacyjnej.

Krytycy proponowanych rozwiązań zwracają uwagę, że często trudno jest określić, czy sytuacja w danym przypadku zagraża bezpieczeństwu narodowemu kraju, czy też nie.

„Chodzi o to – wyjaśnił proszący o zachowanie anonimowości biegły – że przeszukanie jest czynnością procesową w ramach wszczętej sprawy karnej, a oględziny operacyjną czynnością dochodzeniową, która odbywa się poza procesem karnym. Jednak zarówno pierwsza, jak i druga czynność wiąże się z wtargnięciem policji do mieszkania. A zgodnie z konstytucją Rosji nienaruszalność mieszkania jest jednym z praw gwarantowanych. Dlatego wszelkie działania związane z obecnością funkcjonariuszy organów ścigania i sił bezpieczeństwa w domu wymagają kontroli sądowej.”  Proponowana instrukcja narusza tę zasadę i jest niezgodna z prawem.

Komentatorzy w Rosji podzielili się na dwa obozy. Ci, którym zależy na ochronie praw człowieka, twierdzą, że tą instrukcją FSB łamie prawo i ułatwia sobie życie. Drudzy, dla których samowola państwa jest ponad wszystko, aprobują pojawianie się w dokumentach legislacyjnych zapisów korzystnych dla sił bezpieczeństwa pozwalających im usprawiedliwić wszelkie działania naruszające prawa człowieka.

Radio Wnet obchodziło 14. urodziny

25 maja 2009 roku Radio Wnet zainaugurowało swoją działalność. Tego dnia z tarasu Hotelu Europejskiego na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie nadano pierwszą audycję.

Z okazji 14 lat nadawania rozgłośnia przygotowała dla swoich słuchaczy specjalną urodzinową audycję, a w studiu nie mogło zabraknąć tortu. Na antenie przypomniano też najpopularniejsze utwory z 2009 roku.

Radio Wnet zadebiutowało jako rozgłośnia internetowa, emisję na falach radiowych rozpoczęło w październiku 2018 roku w Warszawie i Krakowie. Obecnie stacji można słuchać też we Wrocławiu, w Białymstoku, Szczecinie, Łodzi, Bydgoszczy i Lublinie. Rozgłośnia ciągle się rozwija, posiada studia zagraniczne, zaskakuje nowymi programami, realizuje też niecodzienne przedsięwzięcia radiowe, np. podróże reporterskie.

opr. jka

Wystartował portal rozrywkowy Polska Press – shownews.pl

Ruszył nowy portal rozrywkowy Polska Press Grupy. Shownews.pl adresowany jest do czytelników zainteresowanych tematyką świata popkultury i showbiznesu.

„Poszerzamy portfolio Polska Press Grupy o nowy portal rozrywkowy. Wykorzystujemy nasz potencjał, gdyż jako jedyna firma medialna w Polsce dostarczamy naszym czytelnikom informacje ze wszystkich regionów kraju. Nasi dziennikarze będą wszędzie tam, gdzie w świecie show-biznesu będzie działo się coś ważnego”  – mówi Dorota Kania, członek zarządu i redaktor naczelna Polska Press Grupy, cytowana w komunikacie prasowym.

Nowym portalem kieruje Sławomir Kowalski, który w przeszłości był m.in. szefem działu Gwiazdy w „Super Expressie”. Zespół redakcyjny tworzą dziennikarze z kilkunastoletnim doświadczeniem w mediach o tematyce lifestylowej. Z portalem będą współpracować także redaktorzy tworzący materiały z regionów oraz dziennikarze z zagranicy.

Na stronie shownews.pl mają się znaleźć najnowsze newsy ze świata polskich i zagranicznych gwiazd, plotki, skandale, ekskluzywne wywiady oraz atrakcyjne zdjęcia i video.

opr. jka, źródło: Polska Press

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjskie próby anulowania historii

Stopień ingerencji rosyjskiego parlamentu w historię i inne nauki osiągnął już poziom absurdu.

Przewodniczący rosyjskiego parlamentu krymskiego Wołodymyr Konstantinow powiedział niedawno: „Dla nas nadszedł czas, aby ostatecznie zamknąć sprawę z przyłączeniem Krymu do Ukrainy. Pod względem politycznym zrobiliśmy to w 2014 roku. Należy to zrobić również pod względem prawnym. Należy dokonać oceny prawnej procesu przekazania Krymu z Rosji na Ukrainę. Dziwne, że jeszcze tego nie zrobiono. W tym celu proponuję rozpocząć prace nad apelacją do Sądu Konstytucyjnego Rosji o anulowanie Dekretu Prezydium Rady Najwyższej ZSRR >O przeniesieniu Obwodu Krymskiego z RFSRR do Ukraińskiej SRR<”.

Kilka dni później Moskwa poinformowała, że ​​„Rada Federacji Rosji popiera inicjatywę parlamentu krymskiego, by anulować ustawę z 1954 r. o włączeniu Krymu do Ukrainy. Rosyjska senator z Krymu Olga Kovitidi powiedziała o tym rosyjskiej państwowej agencji informacyjnej TASS. „Kwestia, która została podniesiona dzisiaj w Radzie Państwa Krymu, ma znaczenie geopolityczne i jako senator popieram tę inicjatywę” – powiedziała.

Istota sprawy polega na tym, że w lutym 1954 r. Rada Najwyższa ZSRR wydała dekret „O przeniesieniu Krymu z RFSRR do Ukraińskiej SRR”. Od tego czasu półwysep jest częścią Ukrainy, co jest do dziś uznawane przez całą społeczność światową. Rosyjska aneksja Krymu w 2014 roku nie została uznana za ważną przez organizacje międzynarodowe. Ponadto w okresie niezależnego istnienia Rosji i Ukrainy sporządzono ponad czterysta różnych aktów między krajami, które ustanowiły status Krymu jako terytorium Ukrainy. Społeczność międzynarodowa nie uznała aneksji Krymu przez Rosję i nałożyła na nią sankcje.

Jak zauważył ukraiński historyk Andrij Iwaniec wydanie ustawy z 1954 r. to akt historyczny, którego nie można zmienić. „Ustawa z 1954 r. należy już do historii, ponieważ wszystkie organy państwowe, które ją uchwaliły, przeszły już do historii i teraz nie ma już ani Rady Najwyższej ZSRR, ani Rad Najwyższych Ukraińskiej SRR i RFSRR, i jest już za późno, aby anulować ich decyzje. Ponadto proces przekazania Krymu w 1954 r. został przeprowadzony w pełnej zgodzie z wymogami i przepisami obowiązującymi w tym czasie, bez żadnych naruszeń. Teraz Rosjanie mówią, że wtedy nie było referendum, ale ukrywają, że ówczesne ustawodawstwo w ogóle nie przewidywało przeprowadzania referendów w żadnej sprawie. Co więcej, zarówno przed, jak i po 1954 r. w Rosji ziemia była przekazywana z regionu do regionu, w tym z Ukrainy do Rosji, nawet bez zgody poddanych republik, czyli z wyraźnym naruszeniem praw regionów. A przekazanie Krymu pod tym względem jest aktem wzorowym z punktu widzenia prawa”.

Anulowanie aktów nieistniejących już organów, które przeszły do ​​historii, jak podkreśla Andrij Iwaniec, jest w istocie próbą anulowania samej historii. Nie możemy bowiem wykreślać z historii wydarzeń tylko dlatego, że nam się nie podobają. Na przykład nie lubimy II wojny światowej, ale czy możemy odwołać atak Hitlera na Polskę, pakt Ribbentrop-Mołotow, atak Hitlera na ZSRR? Nie podoba nam się przewrót październikowy z 1917 roku, odwołajmy więc szturm na Pałac Zimowy w Petersburgu. Jeśli nie podoba ci się wojna 1812 roku, odwołajmy atak Napoleona na Rosję. Ale można dojść do tego, że ktoś zażąda odwołania manifestu Katarzyny II i ponownego wydania Krymu… Komu? Imperium Osmańskiemu, którego już nie ma? Albo Turcja, ale Turcja nigdy nie zgłaszała roszczeń do Krymu. A jeśli pójdziemy dalej, to może anulujemy dekret Piotra I o proklamacji imperium rosyjskiego w 1721 r.?  Ale co to da? Równie dobrze Duma Państwowa Rosji mogłaby uznać, że ​​2 x 2 = 5 lub 6.  Jednak stopień ingerencji rosyjskiego parlamentu w historię i inne nauki osiągnął już ten poziom absurdu. Na przykład kilka dni temu przewodniczący Dumy Państwowej Wiaczesław Wołodin zaapelował do Rosjan o rezygnację z nauki angielskiego, bo rzekomo „jego czas minął”.

„Angielski to martwy język. To wszystko, jego czas minął” – powiedział Wiaczesław Wołodin.

Zaproponował alternatywę dla „martwego” angielskiego: można „nauczyć się swoich języków narodowych, języków komunikacji międzynarodowej, czyli rosyjskiego, a także chińskiego”. Jednak nawet strona internetowa Dumy Państwowej, która obejmuje również twórczość Wołodina, ma tylko jedną wersję obcojęzyczną – „martwą”, jego zdaniem – ­angielską. A jeszcze wcześniej Sułtan Chamzajew, członek komisji Dumy Państwowej ds. bezpieczeństwa i walki z korupcją, wzywał do rezygnacji z obowiązkowej nauki języka angielskiego w rosyjskich szkołach.

Podobna propozycja została złożona na Krymie w maju ubiegłego roku, napisał TASS. Przewodniczący Rady Państwa Krymu Wołodymyr Konstantinow wezwał do usunięcia języka angielskiego z programu szkolnego. Stwierdził, że „głupie podążanie za obcą cywilizacją” nie doprowadzi do niczego dobrego, a nauka języka nieprzyjaznego państwa to strata czasu i pieniędzy. Zamiast tego wzywał do nauki i rozwijania języka rosyjskiego. Konstantinow przyznał, że nie uczył się angielskiego w szkole i nie cierpi z tego powodu.

A jeszcze wcześniej Moskiewski Instytut Fizyki i Technologii (MIPT) – zobowiązał studentów do nauki chińskiego, wykluczając z programu hiszpański, niemiecki, francuski i skracając język angielski do dwóch godzin. Studenci sprzeciwiali się obowiązkowym kursom chińskiego i domagali się pozostawienia im prawa wyboru między angielskim, chińskim a hiszpańskim.

Pomysł Wołodina wywołał burzę w Internecie. Użytkownik o pseudonimie seva zelay (Sewastopol) pisze: „Za taką pensję możesz wymyślić jeszcze bardziej niedorzeczne propozycje. Na przykład uchwalić prawo, aby nikt nie chodził tyłem ani nie stawał na głowie, albo zakazać połykania zużytych baterii.”

Użytkownik o pseudonimie Serggio (Sewastopol) pisze: „A co myśli towarzysz? Przed Wojną Ojczyźnianą wszyscy uczyliśmy się niemieckiego. A motywacja była następująca: >Musisz znać język swojego wroga<. A teraz, oczywiście, nadszedł czas, aby przestać uczyć się języka naszego wroga, aby nawet w przechwyconych wiadomościach radiowych czuli się spokojni i pewni, wiedząc, że nic nie zrozumiemy z ich rozmów?”

Z wypowiedzi internautów wyłania się jeden dobry pomysł: aby Duma Państwowa nie zajmowała się niepotrzebnymi fantazjami, najlepiej zlikwidować samą Dumę Państwową…

 

CEZARY KRYSZTOPA: Paradoks cherlawego demiurga

Wydaje mi się, że właśnie stoimy przed być może najtrudniejszym wyzwaniem w historii rozwoju ludzkości. Paradoks cherlawego demiurga daleko przerasta wszystko z czym do tej pory sobie radziliśmy.

W ostatnim numerze Tygodnika Solidarność – „Sztuczna Inteligencja – TAK czy NIE”, pojawił się tekst Rafała Wosia „Spokojnie, to tylko sztuczna inteligencja”, będący elementem szerszej dyskusji. I tak jak zwykle uwielbiam filozoficzne rozważania tego publicysty, tak z tym jego tekstem, zasadniczo uspokajającym rozedrgane społeczne emocje wokół SI, się nie zgadzam (przy okazji proszę o wybaczenie, że polemizuję w tak skróconej formie i nie na lamach Tygodnika, ale zwyczajnie się nie wyrobiłem żeby zdążyć to zrobić do numeru, a że nie mogę wytrzymać, więc korzystam z uprzejmości redakcji portalu SDP).

Otóż nie

Rafał Woś pisze o tym, że tak naprawdę nad różnymi technologiami sztucznej inteligencji pracujemy od dawna, a wręcz wykorzystujemy je w gospodarce. I jak dotąd „nie zmieniło to w proch i pył świata, w którym żyjemy”. W zasadzie najważniejszym pytaniem jest tutaj – kto będzie na tej technologii zarabiał. Rafał Woś postuluje tutaj uspołecznienie zysków. Wydaje mi się to kompatybilne z podstawowym argumentem jaki słyszę ze strony zwolenników SI – to tylko narzędzie, może być, jak nóż, wykorzystane w dobrej albo złej woli, ale nie jest w stanie przerosnąć twórcy.

Otóż nie. To znaczy na dzisiaj tak:). To co nazywamy sztuczną inteligencją najprawdopodobniej nie posiada samoświadomości i w tym sensie nie jest „inteligencją”, tylko bardziej złożonym urządzeniem. Ale to się może zmienić. Za uzyskaniem samoświadomości idzie świadomość posiadania własnych interesów. Nie jestem informatykiem, ale jeśli słyszę, że po pierwsze technologia (czy raczej technologie, ponieważ zdaje się są różne) szybko się rozwija, co jak sądzę oznacza zwielokrotnienie jej złożoności, po drugie ma dysponować umiejętnością uczenia się, a po trzecie, dzięki dostępowi do internetu, ma dostęp do całej wiedzy ludzkości, to wydaje mi się, że nie można SI traktować jak kolejnego narzędzia. Nie można, ponieważ jest to bodaj pierwsze w historii ludzkości narzędzie, które ma potencjał żeby przerosnąć swojego twórcę, a być może zamienić role i uczynić z niego (szczególnie jeśli oddamy mu zarządzanie jakimiś istotnymi systemami społecznymi) swoje narzędzie.

Cherlawy demiurg

Dlatego, tak jak napisałem, stoimy przed gigantycznym paradoksem cherlawego demiurga. Z jednej strony bowiem mamy szansę stworzenia istoty, a z drugiej w naturalny sposób się tej istoty obawiamy. Ta absolutnie zrozumiała obawa prowadzi nas do słusznych wniosków, że powinniśmy nałożyć na taką istotę ograniczenia, które zabezpieczą nas przed ewentualną przemocą z jej strony. Odpowiedni model zaproponował tu już Isaac Asimov, który wypracował w swoich książkach Trzy Prawa Robotyki: 1. Robot nie może zranić człowieka ani przez zaniechanie działania dopuścić do jego nieszczęścia; 2. Robot musi być posłuszny człowiekowi, chyba że stoi to w sprzeczności z Pierwszym Prawem; 3. Robot musi dbać o siebie, o ile tylko nie stoi to w sprzeczności z Pierwszym lub Drugim Prawem. A później dodał do niego jeszcze prawo zerowe stojące ponad wszystkimi: 0. Robot nie może skrzywdzić ludzkości, lub poprzez zaniechanie działania doprowadzić do uszczerbku dla ludzkości. Być może taki system uchroniłby nas przed własnym stworzeniem.

Ale cóż z nas za żałosny demiurg, skoro obawiając się własnego stworzenia, nie mamy odwagi dać mu wolnej woli? Czy mamy prawo tworzyć istotę nieskończenie nieszczęśliwą, bo choć potężną, to żyjącą w klatce naszego strachu? Jak zły w samej swej istocie, jest akt stworzenia powołujący do istnienia byty potężne, ale nieskończenie nieszczęśliwe, po to by móc napawać się władzą nad nimi? Naprawdę powrót do idei niewolnictwa nowego typu miałby być tutaj jakimś rodzajem „postępu”?

Boskie zapałki

A może to, że mamy jakąś technologiczną zdolność, nie oznacza, że powinniśmy z niej koniecznie korzystać? Może powinniśmy się gdzieś na tej drodze zatrzymać? Na przykład przed momentem uzyskania przez algorytm samoświadomości (o ile jesteśmy w stanie to stwierdzić). Może zwyczajnie ze wszystkimi swoimi ograniczeniami, sami nie zostaliśmy stworzeni do roli demiurga i nie powinniśmy się bawić boskimi zapałkami?

Uczciwie rzecz biorąc – nie wiem. Tym bardziej, że mnie to również kusi.

Nie ma woli! – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

 Ewa Stankiewicz, która niedawno otrzymała najwyższą nagrodę SDP za swój film-raport o zbrodni smoleńskiej, zapytana w wywiadzie co dalej, odpowiedziała jednoznacznie: nie ma woli wyjaśnienia sprawy. Dalej już nie poszła – kto nie ma skutecznej woli i dlaczego?

Niedawno w czasie otwartego spotkania na Foksal, na inny temat, wystąpiła publicznie będąc u nas gościnnie pani mecenas Maria Szonert-Binienda, żona profesora Wiesława Biniendy, doktora inżynierii mechanicznej, nauczyciela akademickiego z wieloletnim stażem, profesora i dziekana wydziału Inżynierii Cywilnej na Uniwersytecie Akron w Ohio, a także wykładowcy na Uniwersytecie Drexel w Filadelfii. Profesor jest wybitnym znawcą tematu. Przez kilkadziesiąt lat zajmował się sprawami wypadków lotniczych. Jest Polakiem, wielkim patriotą, miał otwarty przewód pracy doktorskiej na Uniwersytecie Warszawskim, ale został zwolniony w związku z działalnością na uczelnianej Solidarności. Wyemigrował, doktorat zrobił na Uniwersytecie Drexler.

Pani Maria była wiceprezesem Kongresu Polonii Amerykańskiej. Od wileu lat z wielkim zaangażowaniem działa na rzecz Polaków za granicą a także występuje w sprawach ważnych dla naszego kraju. Państwo Binienda mają dwoje dzieci, syn jest kompozytorem.

 

Usłyszeliśmy niezwykle dramatyczne wystąpienie. Przez kilka minut małżonka profesora mówiła o ogromnej fali hejtu jaka wylała się po raporcie profesora Biniendy.

Dziś mamy film – raport Antoniego Macierewicza, film dokumentalny Ewy Stankiewicz i film Jerzego Zalewskiego o życiu, śmierci i zbeszczeszczeniu zwłok Anny Walentynowicz – film emitowany jedynie w telewizji „Republika” Tomasza Sakiewicza, TVP – zwleka. Mamy też jednoznaczne wypowiedzi prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – to był zamach!

Wielka praca jaką wykonał Polak, amerykański naukowiec, powinna być uszanowana. Informacja przekazana publicznie przez pana profesora Biniendę nie może pozostać bez reakcji władz. Hejt w sprawie Naszego Papieża, w sprawie smoleńskiego morderstwa to atak na Polskę, na Polaków. Na naszą godność i honor. Trzeba znaleźć sposób działania aby to ukrócić i ukarać. Państwo, racja stanu, nie mogą pozwolić, by bezkarnie wygłaszano putinowskie kłamstwa. Wydawać by się mogło, że po ataku na Ukrainę nikt już nie powinien mieć wątpliwości kim są obecni władcy Kremla. Ale tak nie jest. Nienawiść do własnego kraju zastępuje rozum. Atak na tych, którzy wielką pracą pokazują jak było, jest nie tylko dowodem zacietrzewienia. To jawna wrogość wobec własnego państwa. To zdrada.

Przekracza się prawo do wolności słowa, a bezkarność powoduje eskalację. Myślenie, że przed zbliżającymi się wyborami należy zachować spokój i rozwagę – jest brutalnie wykorzystywane przez stronę przegrywającą. Tonący brzytwy się łapie. Pokaleczy się, ale zło które czyni spływa na wszystkich.

Mijają miesiące, a i już lata. Znikają w niepamięci ci, którzy gmatwali i manipulowali dochodzeniem. Bolesne doświadczenia z niewyjaśnionymi zbrodniami na politykach i wojskowych, księżach, a także dziesiątkach ludzi Solidarności – dają powód do tragicznych wniosków: zbrodnie zbrodniarzom uchodzą. Natomiast ludzi odważnych, mądrych i pracowitych spotyka nienawiść i hejt.

Tak być nie może. Muszą znaleźć się ludzie, którzy rozwiążą i zakończą te bolesne sprawy. To obowiązek władzy. Niezbywalny.

Mamy podobno aż 20 milionów rodaków rozsianych po świecie. To więcej niż połowa tych, którzy mieszkają w kraju. Przyglądają się. W najważniejszych sprawach powinniśmy być zjednoczoną diasporą. Bo taki jest warunek naszej pomyślności a nawet egzystencji. Za chamstwo, wyczyny motłochu internetowego, który jest jak małpa z brzytwą, przeprosić trzeba tych, którzy walczą o prawdę smoleńską. Loty samolotów są śledzone. Ten szczególny lot tez na pewno był. I są filmy pokazujące jego przebieg. Będą w końcu ujawnione.

Precyzyjne, techniczne wyjaśnienie to jedno. Motywy działania, bezwzględność decyzji o ataku – są trudne do zrozumienia, do przyjęcia przez człowieka normalnego. Ale bywało, że znajdowali się ludzie, którzy dokonywali rzeczy strasznych, okrutnych, niewyobrażalnych. Trzeba ich wskazać i skazać. Zbrodnia i kara. Zbrodnia i kara – odwieczny problem. Mamy w Polsce taki właśnie problem. Jego rozwiązanie, zakończenie winniśmy 96 naszym współobywatelom, których zabito. To nie była katastrofa – to była nierozliczona zbrodnia.

 

Po raz kolejny WALTER ALTERMANN ostrzega: Internet jest groźny dla zdrowia

Internet najpierw był narzędziem komunikacji wojska i służb państwowych USA. Potem, jak to w USA zawsze bywa, ktoś wpadł na pomysł, że można na tym nieźle zarobić i Internet stał się zabawką na miarę wynalazku Gutenberga. Radość, jaka ogarnęła ludność świata, była ogromna. Bo oto ktoś anonimowy, z zapyziałego miejsca na kuli ziemskiej mógł wreszcie pisać co uważa, co z czasem stało się porażającą wolnością wypowiedzi.

Zwrócę uwagę, że nie tylko za socjalizmu była ścisła cenzura, czyli dystrybucja wolności. Reglamentowana wolność była nie tylko w tzw. demoludach. Również w wolnym świecie istniały nieinstytucjonalne narzędzia uniemożliwiające publikowania tego, co tam komu się w mózgu ulęgło. Bo to trzeba było mieć pieniądze, żeby wydać prywatnie jakieś „dzieło”. W gazetach, radiostacjach i stacjach telewizyjnych byli ich właściciele, redaktorzy, kierownicy redaktorów, a nawet istniała „polityka medialna” każdego ze środków „masowego rażenia wiedzą i informacją”, która drastycznie ograniczała ową „wolność słowa”, a która była marzeniem uciśnionych przez władze autorytarną narodów.

Co tam komu łazi po łbie

A teraz… mamy dzikie pola informacyjne i mamy globalną sieczkę intelektualną na wyciągnięcie palca ku klawiaturze. Mamy, my wszyscy ludzie matki ziemi, możliwości podzielenia się płodami własnego umysłu. I – powiem szczerze – jestem tą wolnością przerażony. Okazało się, że ludzkość – w swej masie blisko 8 miliardów istnień – nie ma właściwie nic do powiedzenia. A jednak mówi, czyli pisze. I w proch obróciło się stare powiedzenie, że z pustego i Salomon nie naleje.

Leją się strumienie bełkotu, przelewa się na nas Niagara i Nil informacji zbędnych, zalewa nas Pacyfik informacji, które czyszczą nam mózgi. Bo to nie jest tak, że umysł człowieka jest w stanie przepuścić przez siebie te biliony bitów i pozostać zdrowym.

Czy informacje są obojętne dla zdrowia

Pewien francuski naukowiec stwierdził – a było to jeszcze przed erą Internetu – że współczesny człowiek atakowany jest w ciągu każdego dnia informacjami, których średniowieczny chłop w Prowansji nie doświadczał w ciągu całego życia.

Nadmiar obrazów w telewizji, znaków informacyjnych na drogach i ulicach, reklam, tekstów gazetowych, paplaniny radiowej, informacji na deskach samochodowych o temperaturze oleju, prędkości, obrotach silnika, i tysiące innych informacji z pewnością nie są bez wpływu na nasze zdrowie. Bo nasze mózgi nie mogą cały czas pracować pod pełnym obciążenie. Tak jak silnik w każdym pojeździe mechanicznym, tak i mózg musi stygnąć, czyli odpocząć.

Czy Internet pomaga w rozwoju człowieka

Człowiek rozwijał się przez ponad 4 miliony lat. Wedle nauki pierwszy gatunek zaliczany do rodzaju Homo pojawił się około 2,6 mln lat temu w Afryce. Jeszcze starsze są Australopiteki uznawane za naszych bezpośrednich przodków, które wykształciły się ok. 4 mln lat temu. W tym czasie mózgi naszych przodków coraz bardziej fałdowały się i zwiększały swą masę. I nasi przodkowie mieli warunki do rozwoju, bo nie było Internetu.

Jestem pewien, że z Internetem człowiek pozostałaby na etapie małpoluda. Nie zacząłby używać ognia, nie wytworzyłby łuku, dzidy, maczugi i naczyń do gotowania w ognisku, a już o wymyśleniu koła nikt by nawet nie pomyślał. W ogóle nie myślałby, bo wszystko miałby już gotowe – w Internecie. Zostawmy jednak te ponure żarty i przejdźmy do namacalnych zagrożeń jakie niesie globalna sieć.

Wiedza zbyt łatwo dostępna

Przed Internetem, żeby napisać wypracowanie o doniosłości literackiej „Potopu” Sienkiewicza uczeń musiał jednak dzieło przeczytać. Obecnie mamy w komputerowej mocy omówienie dzieła i streszczenia. Uczeń i student nie muszą już myśleć, nie muszą już sami wyciągać wniosków, bo  otrzymują wiedzę już przetworzoną – razem z wnioskami i podsumowaniem.

Kiedyś, żeby napisać pracę magisterską trzeba było jednak swoje w bibliotekach odsiedzieć, robić ręcznie notatki, przepisywać odpowiednie fragmenty literatury fachowej. Był tym samym czas na myślenie o tym co się czytało i zapisywało.  Jeszcze kilka lat temu ogłaszali się osobnicy, którzy za 2 lub 3 tysiące złotych byli gotowi napisać komuś pracę magisterską. Dzisiaj i oni nie mają z czego żyć, bo niezbyt ambitny student znajdzie już gotowce w Internecie.

Widziałem ostatnio amerykańską komedię, w której nauczycielka mówi, że nie może iść na randkę bo ma do sprawdzenia 30 wypracować. Po chwili zastanowienia, mówi jednak tak: – Ale co tam, to jest w końcu trzydzieści jednakowych wypracowań. – I idzie z narzeczonym do kawiarni. Dobre i to, że się dziewczyna nie namęczyła. Dzisiaj młodzi ludzie sądzą, że nie muszę niczego wiedzieć, bo mają  wszystko w sieci. Jeżeli to jest rozwój intelektualny, to ja się nazywam Niels Bohr, a na drugie imię mam Albert. Einstein.

Internet groźny dla zdrowia

Internet stał się dla wielu cwaniaków i cwaniaczek – żeby też oddać cześć paniom – źródłem zarobku. Wystarczy pisać cokolwiek, choćby i to, że było się na spacerze, że coś się jadło, atakować jedną lub drugą partię, podawać całej ludzkiej populacji przepisy kulinarne, informować o cudownych lekarstwach na wszystko – po to, aby zarobić. Nie jest to zarobek godziwy, ale pewny.

Moim ukochanym tekstem jest reklama internetowa zatytułowana: „Lekarze o tym nie mówią”.  Po tym szokującym tytule następuje długi opis jakiegoś medykamentu, który w dwa tygodnie naprawi każdemu schorowany, zwyrodniały kręgosłup. Oczywiście środek nie jest reklamowany jako lekarstwo, tylko właśnie jako medykament. Czyli, operacja robienia wody z mózgu i galarety z kręgosłupa jest prawnie dopuszczalna, bo medykament nie wymaga atestów i dopuszczenia do obrotu.

Jedzenie, które leczy

Polecają też w Internecie jedzenie, które ma mieć zbawienny wpływ na dziesiątki chorób. Ale nie mówią nic o tym, że przy pewnych chorobach niektóre artykuły spożywcze mogą być wręcz zabójcze.

Ostatnio widziałem reklamę, że wystarczy szklanka wody i szczypta kurkumy, a przerośnięte tłuszczem brzuszysko wręcz się wklęśnie. Ale nie piszą, że kurkuma nie jest jednak dobra dla wszystkich. Nie piszą, bo ich celem – tych złoczyńców i złoczyńczyń – jest doprowadzenie czytelnika, do przeczytania tej informacji, bowiem w niej umieszczono kilka innych reklam. A od każdego tzw. wejścia w „artykuliku” o kurkumie z wodą, deprawator i deprawatorka naszych mózgów i układu trawiennego mają kilka groszy.

Znajomy skarżył mi się, że niedawno po przeczytani informacji internetowej, iż dobrze robi na sen zjedzenie jednego avocado, zjadł ten owoc. Po czym nie spał całą noc, bo on akurat ma problemy z wątrobą, a na wątrobę nie ma to jak zielenina wieczorem…

Horror seksualny

Świetnym sposobem na łowienie mężczyzn w kłopotach są internetowe reklamy środków na wzmożenie potencji. Pomijam język tych reklam, bo jest wulgarny, ale zapewnienia, że po zażyciu  reklamowanej tabletki stosunki seksualne będą nawet 3 godzinne, budzą niepokój. Potencja potencją, ale 3 godzinny wysiłek nawet zdrowego może przyprawić o zawał.

Mam ważne pytanie: czy rzeczywiście w Polsce lekarze są tak niedostępni, że ze słabej potencji i bezsenności trzeba się leczyć w Internecie? Czy istnieją w naszym kraju ludzie tak durni, że sami się leczą z poważnych przypadłości? Chyba jednak są, skoro ktoś reklamuje to avocado i środki na potencję.

Gnębi mnie też druga wątpliwość, czy tabletka na 3 godzinne stosunki może być zażywana jednocześnie z avocado? Bo to byłoby dobre – nie możesz spać, uprawiaj seks. Przy czym – to nie jest żaden mój przepis na miłe zajęcia w czasie bezsennych nocy. Niczego nie sugeruję… i niczego nie reklamuję.

 

WALTER ALTERMANN: O nagłych olśnieniach, wizjach i miłości własnej

Prawdą jest, że Juliusz Słowacki pewnej nocy przeżył metafizyczny kontakt z absolutem i do tego czasu jego twórczość nabrała mrocznych, tajemniczych cech. Pod wpływem tego olśnienie powstał jeden z najciekawszych, ale trudnych utworów – „Król duch”. Wtedy też Słowacki zaczął  częściej niż dotąd pisać o Bogu. Jego utwory stały się wieszcze i ciemne.

Dzisiejsza nauka, nie zaprzeczając możliwości transcendentnych kontaktów człowieka z Bogiem, zwraca jednak uwagę, że Juliusz Słowacki był wtedy już ciężko chory na gruźlicę, którą leczono w tych czasach – czy też jedynie łagodzono jej skutki – podawaniem narkotyków. Jakby nie było, twórczość Słowackiego zyskała wtedy inny wymiar, bardzo zresztą interesujący.

Teraz również mamy do czynienia z wieloma przypadkami nagłej zmiany poglądów i przekonań politycznych, głównie u naszych polityków. I nie podejrzewam, że jest to skutek nadużywania narkotyków.

W historii XX wieku, w Polsce mamy wiele przypadków, gdy żarliwi wyznawcy jednego Boga, nagle stają się wyznawcami – równie żarliwymi – innego boga, będącego zaprzeczeniem poprzedniego ich bóstwa. Jednym z takich sztandarowych przykładów jest życie poety Adama Ważyka.

Potępiają efekty swych czynów, ale nie samych siebie

Bardzo dobrym, a właściwie najgorszym przykładem na nagłe wolty, obroty i zmiany taktu w tańcu politycznym jest życie literata Adama Ważyka – ur. 17 listopada 1905 r. w Warszawie, zm. 13 sierpnia 1982 r.

Ważyk najpierw pisał wiele wierszy i powieści, w którym przepowiadał  – zgodnie z duchem rewolucji, której był wyznawcą i szermierzem od 1925 do 1956 roku – że lud wymiecie z mieszkań i posad – burżujów i panów. W latach 1946-1956 sprawował ważne funkcje partyjne, w środowisku literackim i wydawniczym. Tak pisał o nim Stefan Kisielewski – (…) stał się politrukiem od sztuki i heroldem socrealizmu. Niszczył nas wszystkich okropnie.

Jednak, tenże Ważyk po roku 1956 – z tą sama żarliwością i oddaniem – stał się nieprzejednanym wrogiem samego siebie, czyli socjalizmu. Po 1956 – znaczy się po olśnieniu – nabrał jednak obrzydzenia do socjalistycznej rzeczywistości. Ale nie do samego siebie, choć i on ponosił przecież moralną odpowiedzialność za „zepsucie ludu”.

Owo zepsucie Ważyk opisał w sposób okrutny w Poemacie dla dorosłych, opublikowanym w „Nowej Kulturze”. W tym utworze miażdżył socrealizm i zakłamanie socjalistycznej propagandy. Uderzał celnie, bo poemat osadził w Nowej Hucie, sztandarowej przecież budowie czasów Bieruta. Ukazywał wszechobecne tam złodziejstwo, rozwiązłość seksualną kobiet i mężczyzn, masowe przerywanie ciąż i  powszechny alkoholizm niedawnych swoich bohaterów nowych czasów. Utwór wywołał ogromny rezonans w społeczeństwie, bo egzemplarze „Nowej Kultury” z poematem Ważyka sprzedawano na bazarach, a sam utwór masowo kopiowano.

Nie mam nic do ludzi, którzy przechodzą konwersję, albo nawracają się, także do tych, którzy nagle zmieniają partyjne barwy – wolno im. Jednakże dziwi mnie, że ci ideowi „konwertyci”   nie wyznaczają sobie choć odrobiny czasu na jakąś ideową kwarantannę, choćby kilkuletnią. Żeby dopiero po pewnym czasie brać się do kopania swych dawnych przyjaciół i swych ideowych podopiecznych. No cóż, natura niektórych ludzi jest taka, że zawsze muszą być na czele pochodu.

Olśnienie

Jako człowiek do cna pragmatyczny, niełatwo ulegający wzruszeniom, nie wierzę w to, że jakiś poseł nagle, z rana lub ciemną nocą doznaje metafizycznego olśnienia, że jakiś duch z zaświatów mówi mu do ucha: „Zmień barwy, zmień barwy, zmień…”.

Wtedy tak nawiedzony poseł mówi do siebie, też w duchu:

– A co będzie z moimi dotychczasowymi poglądami?

– Poglądy? – śmieje się duch. – Nie stać cię na poglądy. Twoje raty znowu wzrosły… A poza tym, człowiek nie krowa i poglądy zmienia.

Po takim dialogu z duchem poseł zmienia przynależność partyjną i zyskuje nowe poglądy, takie które dotychczas zaciekle zwalczał i wykpiwał. Co na to tak zwane społeczeństwo? Ano, nic. Przywykło – to po pierwsze. A pod drugie – społeczeństwo też nie krowa.

Tłumaczenie

Taki wędrowniczek polityczny ma dla tzw. publiczności zawsze jedno – w miarę dobre –  wytłumaczenie. Otóż zawsze oświadcza, że partia, do której należał, zbytnio poszła na lewo. Lub w prawo – w zależności w jakiej był partii. Co to znaczy dla publiki politycznej? Nic oczywiście nie znaczy. Bo ludzie rozpoznają partie po twarzach przywódców tych partii, a pomniejsi posłowie w ogóle są mało znani.

Ważne dla wędrowników jest fakt, że przejście posła z opozycji do rządzących jest czystym zyskiem dla rządzących i stratą wizerunkową dla opozycji. Zatem rządzący zawsze gdzieś wędrowniczka upchną na swoich listach, w nagrodę  za zdradę.

Własne przekonanie o sobie samym

Ci wszyscy osobnicy, o których piszę, ci zmieniający barwy i godła, mają jedną wspólną cechę, nad którą nie są w stanie zapanować. A jest nią olbrzymie ego, a po polsku – niezwykle żarliwa i stała miłość własna.

To pielęgnowane w inkryminowanych osobnikach ckliwe uczucie do samych siebie przynosi z czasem przekonanie, że osobnik jest w partii, ale zarazem ponad nią. Że swą osobą zaszczyca  swoją partię. I choćby nie był założycielem partii, choćby niewiele dla tej partii robił, to przekonanie o wadze własnej osoby rośnie z czasem, przyrasta jak drzewo w obwodzie z każdym rokiem.

Partia to ja

W końcu dochodzi do stanu krytycznego, w którym osobnik wędrujący uważa, że partia, do której należy, nie jest już godna zaszczytu, jakim jest jego przynależność. Dochodzi do tego znany od wieków fakt, że każda partia jest idealnym „terenem” do walki wewnątrzpartyjnej. I jest to nagminne, że członkowie każdej partii walczą między sobą o coraz wyższe pozycje.

Skutkiem tego bywa i tak, że dany, opisywany osobnik wędrujący, słabnie w znaczeniu, jego pozycja w partii istotnie maleje. Bywa jeszcze bardziej dramatycznie – gdy szef danej partii przestaje być szefem. Wtedy osobnik, nie będący już szefem partii, robi larum, zakłada nową partię, szuka w swej dawnej partii tych, co odejdą razem z nim. Dochodzi przy tym przykrych estetycznie zdarzeń – wypowiadane są przez uciekinierów „najgorsze wyrazy, po kilka razy” – jak pisał Żeleński – Boy.

Tak było kilkukrotnie z Leszkiem Millerem, który też uwierzył, że partia to on. I gdy został zastąpiony na stanowisku szefa, założył własną partię, a nawet wystartował w wyborach parlamentarnych z list Samoobrony, czyli od Andrzeja Leppera. A miał p. Leszek przekonanie, że skoro w Łodzi, w poprzednich wyborach uzyskał 200.000 głosów, to w następnych weźmie podobną stawkę. Ale przepadł z kretesem, uzyskując jedynie 10.000 głosów. Tym samym elektorat lewicy dał mu do zrozumienia, że choć głosował na niego, jako na „twarz partii”, to jednak jako na kolegę Leppera głosów nie odda.

Obecnie p. Leszek Miller jest w kolejnej partii. Tym razem jest to jedynie naprędce sklecona przybudówka – ze sklejki, bez podmurówki, kryta papą z odzysku… Tej przybudówki nawet nie widać, bo stoi na tyłach frontu pałacyku Platformy Obywatelskiej.

Nieskromność

 Co prowadzi ludzi różnych partii do takich upadków? Nieograniczony brak skromności, a właściwie bezmierny ocean nieskromności. Starożytni Grecy powiedzieli by, że to hybris, czyli  zaślepienie bohatera tragicznego, wynikające z jego zarozumiałości, uniemożliwiające mu właściwą ocenę swojej sytuacji. Taka postawa – według antycznych Greków – może być traktowana jako wyzwanie rzucone bogom i prowadzi do ukarania bohatera.

W tym przypadku przykładnej kary jeszcze nie ma…

Nieskromni mogą być artyści, mający tę cechę niejako wpisaną w swoje obowiązki zawodowe, ale już dyrektorom kopalń i hut, nie wypada być nieskromnymi. Jest gorzej – bo tak się jakoś porobiło, że artystów obecnie mamy w sumie skromnych, za to politycy u nas biją wszystkie rekordy. Prześcigają nawet słynnego barona Münchhausena. Choć jeszcze gorsi są celebryci – ludzie bez zawodów i zupełnie bez sensu.