WALTER ALTERMANN: O potrzebie kształcenia artystycznego (1)

Są wakacje, więc odpoczywamy. A głównie odpoczywają dzieci i młodzież. I bardzo to dobrze, bo nauka to ciężka praca. Ale wykorzystajmy ten czas na rozmowy o naszej polskiej edukacji. W kilku kolejnych felietonach podejmę temat istotnych braków i błędów naszych szkół. A właściwie są to głównie zaniechania naszego szkolnictwa. Na tyle istotne, że warto o nich porozmawiać.

Nie chodzi mi o to, czy polska szkoła powinna być bardziej czy mniej polityczna, bardziej czy mniej patriotyczna. Chodzi mi o podjęcie przez szkolnictwo trudu kształcenia artystycznego i właściwego nauczania poezji. A także o postępująca głuchotę muzyczną Polaków.

Z przerażeniem odkrywam, że coraz więcej ludzi około 50-tki, a i młodsi, nie mają najmniejszego pojęcia o sztuce. Są wśród tych ignorantów osoby wykształcone, rozumne nawet, ale ich podejście do sztuki boleśnie zaskakuje. Jak to możliwe, że w kraju, w którym wykształcenie średnie jest obowiązkowe, a wyższym szczyci się coraz więcej Polaków, rozumienie i właściwe odczuwanie sztuki jest nadal na poziomie lat 50-tych? To te 70 lat poszło na marne?

Sztuka zdegenerowana

W latach PRL propaganda świadomie schlebiała ćwierćinteligentom, nie mówiąc już o tzw. „ludzie” w ich odrzucaniu sztuki współczesnej. Gazety codzienne a nawet szanujące się tygodniki, pokpiwały sobie z malarstwa Picassa, który był sztandarowym przeciwnikiem realizmu socjalistycznego. Bo jakże to można tak malować, żeby portret kobiety miał oczy na czole, a nos był trójkątem usadowionym tam, gdzie ludzie mają uszy?

Niestety, w tamtych latach w Polsce akceptacji sztuki nowoczesnej nie było. Owszem nie było też jawnego potępienia, ale wytwarzany przez media klimat deprecjacji istniał. Niestety także, byliśmy wtedy niechlubnymi – choć być może nieświadomymi – kontynuatorami stosunku hitlerowców i stalinowców do sztuki nierealistycznej, nieprzedstawiającej. Bo zarówno Niemczech hitlerowskich, jak i w ZSRR potępiano „bohomazy”. Hitlerowcy osławili się wystawą „Sztuki zdegenerowanej, murzyńskiej i żydowskiej”. W ZSRR nie posunięto się tak daleko, ale wystaw sztuki nowoczesnej nie było.

Niemcy oczekiwali sztuki sławiącej germańską krzepę, szerzącej kult siły i mięśniaków. I taką stawiali za wzór. W ZSRR propagowano również prostotę i siłę, a tematem malarstwa były prace polne rolników, trud górników i hutników. Krótko mówiąc – od sztuki władcy obu mocarstw oczekiwali w treści nachalnej propagandy, wyrażanej prosto, żeby nie powiedzieć prostacko.

Malarstwo jak fotografia

Artyści przez całe wieki tworzyli obrazy i rzeźby coś przedstawiające. Od Średniowiecza najczęstszymi tematami malarstwa europejskiego były wizerunki i starotestamentowe historie Boga, oraz świętych z Nowego Testamentu. Potem szły obrazy ukazujące świętych średniowiecza, władców Kościoła i znaczących królów, książąt i pomniejszej arystokracji.

Od renesansu pojawia się malarstwo odwołujące się do antyku greckiego i rzymskiego. Powstają też w malarstwie włoskim i holenderskim przedstawienia z dnia codziennego mieszczan, martwe natury i pejzaże.

Zwróćmy uwagę na jeden ważny problem – dobrzy europejscy malarze zasłynęli nie tylko dlatego, że świetnie władali pędzlem, oddając realistycznie portretowanych i przedstawiając widoki wiejskie. Oni zdobywali uznanie dzięki doskonałej kompozycji swych obrazów. Tym zresztą od zawsze różni się sztuka przeciętna od doskonałej, że ta druga nie tylko odwzorowuje rzeczywistość, ona ją stwarza. Z biegiem wieków malarstwo staje się twórczością autonomiczną, coraz bardziej odrywa się od – popełnijmy tu świadomie anachronizm – „fotografizmu”.

Dopiero z wynalezieniem w XIX wieku fotografii malarstwo zostaje uwolnione od obowiązku realistycznego przedstawiania świata. Artyści zajmują się coraz bardziej malowaniem swojego świata wewnętrznego. W końcu zupełnie poświęcają się komponowaniu na płótnach obrazów zupełnie oderwanych od rzeczywistości, którą może dostrzec każdy w codziennym życiu. Malarstwo uzyskuje pełną autonomię, liczą się jedynie napięcia kierunkowe, wzajemny stosunek abstrakcyjnych linii, figur i nastrój obrazu.

O potrzebie edukacji artystycznej

W naszych liceach przybywa nowych zajęć – pojawiają się lekcje z zakresu elektroniki, mechatroniki i księgowości. I bardzo mnie to cieszy, bo świat pędzi, więc pędźmy za nim – nie wyprzedzając go jednak, bo to się zawsze źle kończy.

Niemniej uważam, że w liceum i ostatnich klasach szkół podstawowych jest właściwy czas na to, by młodych ludzi poznać ze sztuką. W innym wypadku wychowamy pokolenia robotów przeznaczonych jedynie do roboty.

Wiem, że poloniści nie są na takie wyzwania przygotowani, ale wiem też, że za nieduże pieniądze można „wynająć” na cykl kilkunastu lekcji znawców przedmiotu. Są nimi nie tylko wykładowcy szkół artystycznych, mogą to być studenci ostatnich lat tych akademii i historycy sztuki. Szczególnie mogliby być ci ostatni, bo kształcimy kulturoznawców coraz więcej, którym potem trudno o pracę.

Coś mi to przypomina

 latach 60-tych w jednym z klubów studenckich w Łodzi zainstalowano wystawę kilkunastu obrazów, młodej absolwentki łódzkiej PWSSP. Nazwisko malarki pominę, bo nie jestem pewien jak przyjmie tę anegdotę. Po otwarciu wystawy odbyła się dyskusja.

Z początku wszyscy milczeli, w końcu głos zabrał ważny działacz Rady Okręgowej Zrzeszenia Studentów Polskich. Piszę kto zacz, bo był to świeży absolwent Uniwersytetu Łódzkiego i osobnik szykujący się do poważnej kariery. A powiedział tak:

– Ja powiem, jako zwykły studencki turysta… Te obrazy przypominają mi groty, bo jestem również grotołazem.

Autorka podziękowała mu serdecznie, bo uważała, że jeżeli komukolwiek jej malarstwo cokolwiek przypomina, to dobrze, bo znaczy to, że poruszyła ludzkie emocje. Prawdę mówiąc obrazy były abstrakcyjne, choć trochę w swych barwach i liniach mieszczańskie, to znaczy nadające się do dekorowania mieszczańskich wnętrz.

Ta anegdotka przypominała mi się, ilekroć słyszałem OKĘ, pieśń I Korpusu:

 

            Szumi dokoła las, czy to jawa, czy sen?

            Co ci przypomina, co ci przypomina

            Widok znajomy ten?

 

Tekst pieśni napisał, jak wiemy, Leon Pasternak. I jemu Oka mogła się kojarzyć z Wisłą. Natomiast nam malarstwo współczesne musi się kojarzyć jedynie z malarstwem. Żeby tak było, trzeba jednak ludzi uczyć rozumnego obcowania ze sztuką za młodu.

Pamiętam, że ze szkołą podstawowa w Łodzi, byliśmy wielokrotnie w muzeach. Można było wtedy? To można chyba i teraz. Co prawda pewien mój znajomy, wszędzie wietrzący spiski, z pewnością wykryłby w tym ciąganiu dziatwy do muzeów jakąś komunistyczna niecność, ale ja zapamiętałem fascynujące spotkania z malarstwem, i to głównie religijnym.

 

Katarzyna Kozłowska nie będzie już redaktor naczelną „Faktu”

Katarzyna Kozłowska, redaktor naczelna „Faktu” podjęła decyzję o rezygnacji ze stanowiska – poinformował wydawca dziennika Ringier Axel Springer Polska. Do czasu wyłonienia nowego szefa tytułu, obowiązki redaktora naczelnego pełnić będzie Marcin Kowalczyk, dotychczasowy wicenaczelny.

Katarzyna Kozłowska redaktor naczelną „Faktu” została w stycznia 2019 r.

– Z powodów rodzinnych nie będę mogła w najbliższym czasie poświęcić się tej odpowiedzialnej roli w sposób, który by mnie satysfakcjonował. W związku z tym już jakiś czas temu poprosiłam zarząd o odwołanie mnie z funkcji redaktor naczelnej „Faktu” – tłumaczy Katarzyna Kozłowska, cytowana w komunikacie prasowym.

Do czasu powołania nowego redaktora naczelnego „Faktu” p.o. szefa redakcji będzie Marcin Kowalczyk, dotychczasowy zastępca redaktor naczelnej. Na stanowisku zastępczyni pozostaje także Aldona Toczek, która pełni tę funkcję od marca 2019 r.

opr. jka, źródło: RASP

Ostatni drukowany numer najstarszej codziennej gazety świata

30 czerwca ukazał się ostatni drukowany numer wiedeńskiego dziennika „Wiener Zeitung” uznawanego za najstarszą codzienną gazetę na świecie.  

„Wiener Zeitung” zadebiutował 8 sierpnia 1703 r., początkowo nosił nazwę „Wiennerisches Diarium”. Celem gazety miało być dostarczanie rzetelnych  informacji „bez oratorskiego lub poetyckiego połysku”.

Na okładce ostatniego drukowanego wydania dziennika, które ukazało się w piątek, 30 czerwca, zilustrowano historię „Wiener Zeitung” za pomocą kilku liczb: „116 840 dni, 3839 miesięcy, 320 lat, 12 prezydentów, 10 cesarzy, 2 republiki, 1 gazeta”.

Tytuł był własnością austriackiego rządu, ale zachowywał niezależność redakcyjną. Jedną z przyczyn, która wypłynęła na decyzję o zamknięciu wydania drukowanego, był spadek przychodów gazety po wprowadzeniu nowego prawa w sprawie publikowania ogłoszeń. Teraz „Wiener Zeitung” będzie gazetą online, ale raz w miesiącu ma być wydawana wersja drukowana.

opr.jka

Artur Bazak nowym szefem TVP Kultura

Artur Bazak został zastępcą dyrektora-redaktora naczelnego ds. TVP Kultura. Zastąpił na tym stanowisku Kalinę Cyz, która pozostaje nadal dyrektorem Teatru Telewizji.

Artur Bazak, rocznik 1981 roku, w latach 2005 – 2013 był dziennikarzem i publicystą. Publikował m.in.: w „Rzeczpospolitej”, „Plusie Minusie”, „Znaku”, „Pressjach”, „Frondzie”, „W Drodze”, „Więzi”, „Gościu Niedzielnym”, „Tygodniku Powszechnym” i „Teologii Politycznej”. Współpracował z portalami: salon24.pl, teologiapolityczna.pl, wPolityce.pl, polskieradio.pl. W latach 2012 – 2013 był wydawcą Poranków w Radiu Wnet i współpracownikiem „Kuriera Wnet”.

W swojej karierze zawodowej związany był z Telewizją Polską. W latach 2007 – 2011 pracował w Redakcji Publicystyki Kulturalnej i Edukacji TVP Kultura, w Redakcji Edukacji TVP2 oraz w Redakcji Publicystyki TVP1. W 2016 roku pełnił funkcję doradcy Zarządu TVP.

Jest współzałożycielem i prezesem agencji New Story, zajmującej się doradztwem strategicznym i komunikacyjnym m.in. dla instytucji i firm z sektora kultury, mediów, telekomunikacji i sektora bankowego.

opr. jka, źródło: Telewizja Polska

 

Kara dla TVN za nadmierne lokowanie produktu

Decyzją przewodniczącego Krajowej Rada Radiofonii i Telewizji Macieja Świrskiego na spółkę TVN S.A. została nałożona kara w wysokości 70 tys. zł. za nadmierne lokowanie produktu.

„Kara została nałożona w związku naruszeniem przez Nadawcę art. 17a ust.5 pkt 1 ustawy o radiofonii i telewizji, poprzez nadmierne eksponowanie lokowanego produktu podczas rozmowy przeprowadzonej w trakcie cyklicznej imprezy plenerowej pn. >Projekt Plaża<” – poinformowano w komunikacie KRRiT.

Materiał został wyemitowany 14 sierpnia 2022 r.  w TVN w programie „Dzień dobry wakacje”.

Przepis, na który powołał się przewodniczący KRRiT, stanowi: „Audycje, w których stosuje się lokowanie produktu, nie mogą nadmiernie eksponować danego produktu”.

opr. jka, źródło: KRRiT

 

WALTER ALTERMANN: Ford, pacyfizm i NATO po francusku (2)

 W czasie okupacji krążył po Polsce taki dowcip. Rozmawiają Hitler, Stalin i Roosevelt. Hitler mówi: W tej wojnie zwycięży rasa. Na to Stalin: Zwycięży masa. A na końcu mówi Roosevelt: Zwycięży, jak zawsze, kasa.

Stało się tak jak powiedział prezydent USA. Niemcom w końcu zabrakło pieniędzy, materiałów do produkcji uzbrojenia i ropy naftowej. A ZSRR niewiele by zdziałał bez amerykańskiej pomocy, czyli bez dostaw amerykańskich samolotów, ciężarówek i czołgów. Władcy ZSRR, a potem Rosji nigdy nie ujawnili swemu narodowi jak wielka i jak znacząca była ta amerykańska pomoc w sprzęcie. A wreszcie… bez sprzedanych przed wojną jeszcze amerykańskich ciągów produkcyjnych, ciągów technologicznych do prowadzenie taśmowej produkcji uzbrojenia, ZSRR nie byłaby w stanie produkować potrzebnego jej uzbrojenia. Wolą podtrzymywać stalinowski mit, że zwyciężyła wielka miłość do mateczki Rosji.

Ten miły starszy pan Henry Ford

Kochany przez świat Ford, za to, że pierwszy wprowadził taśmową produkcję samochodów, miał też mroczną stronę swej osobowości. Był jawnie zafascynowany Hitlerem i hitleryzmem – oczywiście przed wojną. Przemysłowca i dyktatora łączyła choćby eugenika, czyli wiara, że trzeba wyhodować rasę lepszych ludzi. Ford był zafascynowany Hitlerem, jego dążeniem do swoistej „mechanizacji” życia społecznego, sprowadzenie jednostek do roli elementów dobrze działającej maszyny. Dla Forda i Hitlera liczyły się: sprawne państwo i jego „efekt produkcyjny”. Jednostki i całe społeczeństwo według Forda miały być krańcowo uprzedmiotowione.

Hitlera i Forda łączył też jawny antysemityzm. Henry Ford był autorem serii artykułów pt. „Międzynarodowy Żyd, najważniejszy problem świata”. W hitlerowskich Niemczech doczekały się aż 25-ciu wyda. I były dowodem, że nie cały Zachód jest przeciw hitlerowcom.

W czasie jednej z wizyt w Niemczech Ford wręczył Hitlerowi czek na 100 tysięcy marek, za co wódz odznaczył go Orderem Orła Niemieckiego, czyli wysokim orderem w III Rzeszy. Zaznaczmy, że ówcześnie jeden egzemplarz samochodu Ford T kosztował około 400 dolarów.

To Ford zrewolucjonizował również niemiecki przemysł samochodowy, a płynące z tego zyski dla jego koncernu były ogromne. Otworzył w Niemczech swoje fabryki, nauczył też  Niemców taśmowej produkcji samochodów, także ciężarowych dla armii. W dużej mierze Niemcy we wrześniu 1939 roku wjechali do Polski samochodami Forda.

Ford pacyfista

Gdy w 1940 roku USA postanowiły wesprzeć Wielką Brytanię dostawami samolotów i innego uzbrojenia, rząd zwrócił się do przemysłowców z propozycją rozpoczęcia produkcji militarnej. Odmówił jedynie Ford, oświadczając, że jest pacyfistą. Dopiero gdy USA same stanęły w ogniu wojny, zakłady Forda, nie mając wyjścia, zaczęły produkować uzbrojenie.

Z przystąpieniem USA do wojny, Niemcy znacjonalizowały fabryki Forda, które do tego momentu, czyli aż do 11 grudnia 1941 pracowały dla Niemiec. A niemieckie fabryki Forda czerpały z tego zyski. Po wojnie – pod koniec lat 50 tych – amerykańskie przedsiębiorstwo Ford uzyskało kolosalne odszkodowanie od rządu USA, za straty, jakie jego filialne niemieckie fabryki poniosły w wyniku alianckich bombardowań. Ojczyzna ojczyzną – zdawał się mówić Ford, ale pieniądz jest najważniejszy.

Jeżeli Ford nie był postacią dwuznaczną i mocno podejrzaną, to co trzeba by zrobić, żeby zostać osobnikiem dwuznacznym? Można powiedzieć, że wielki przedsiębiorca Henry Ford był łajdakiem. Ale ludzie wolą słuchać opowieści o jego genialnym pomyśle na produkcję automobili. Gawiedź zawsze była zafascynowana bogactwem. I dziwnie jest w tym wszystkim, że fascynacja bogactwem dotyczy również chrześcijan, którzy jakoś nie pamiętają słów Chrystusa o tym, że „… prędzej wielbłąd przejdzie przez Ucho Igielne, niż bogaty wejdzie do raju”.

Z drugiej strony, nie dziwmy się Henry’emu Fordowi skoro jego filozofia nakazująca mu stawianie zarobku przed patriotyzmem i dzisiaj kwitnie w najlepsze.

Wojenne biznesy dzisiaj

Najgrubszą współczesną aferą, dotyczącą dozbrajania przeciwnika, jest sprawa francuskich Mistrali. Historia jest iście kryminalna, więc wymaga dokładnego wyjaśnienia.

Otóż, w 2010 roku Rosja złożyła we Francji zamówienie na cztery okręty typu Mistral – dwie pierwsze jednostki miały zostać zbudowane we Francji, natomiast kolejne dwie w stoczni w Petersburgu. Tym samym nie był to kontrakt jedynie na dostawę dwóch statków, bo Francja miała równocześnie udostępnić Rosjanom swoją technologię, przy okazji budowy dwóch statków, już w Rosji.

Ostatecznie zamówienie ograniczono do dwóch jednostek, a plany budowy okrętów w rosyjskiej stoczni zarzucono. Niemniej pomysł na daleko idącą współpracę jednego z założycieli NATO z Rosją był.

W 2011 roku została zawarta umowa o wartości 1,6 mld dolarów. I była to największa w historii sprzedaż broni przez państwo NATO do Rosji. Sprzedaż Mistrali wywołała protesty ze strony Gruzji, państw nadbałtyckich, USA i innych państw członkowskich NATO. W listopadzie 2012 rosyjska marynarka wojenna ogłosiła, że okręty trafią do Floty Oceanu Spokojnego. Wodowanie „Władywostoku” nastąpiło 15 października 2013 roku.

W związku z sytuacją we wschodniej części Ukrainy, Stany Zjednoczone i Unia Europejska naciskały na Francję, aby ta zerwała kontrakt. Francuski rząd początkowo ogłosił możliwość wstrzymania dostawy drugiego z okrętów, ostatecznie jednak, w przeddzień szczytu NATO w Walii, dostarczenie pierwszego okrętu również zostało zawieszone. Ale niezależnie od tej decyzji rosyjscy marynarze rozpoczęli ćwiczenia z okrętem na morzu.

Strona rosyjska otrzymała zaproszenie na 14 listopada 2014 na odbiór pierwszego okrętu , „Władywostok”, ale zostało ono później anulowane. Dyrektor DCNA, czyli głównej francuskiej stoczni wojennej, zwolnił dyrektora projektu Yves Destefanisa – jako osobę odpowiedzialną za przekazanie zaproszenia Rosjanom. Ofiara była, winny niby był, ale przecież to nie ten biedak Destefanis wymyślił i nadzorował kontrakt.

Drugi okręt dla Rosji „Sewastopol” został zwodowany w nocy z 20 na 21 listopada 2014 roku. 5 sierpnia 2015 ujawniono, że Francja i Rosja porozumiały co do zerwania kontraktu i rekompensaty. Paryż zwróci ponad miliard euro zaliczki i kosztów szkolenia załogi oraz rosyjską broń. W zamian Rosjanie zrzekli się prawa własności do okrętów. Komisja finansowa francuskiego senatu oszacowała, że sprzedaż okrętów do Egiptu zamiast do Rosji przyniesie straty w wysokości 200 do 250 mln euro. Tym samy Francuzi uznali się za ciężko poszkodowanych – chyba przez NATO.

Francuski szyk i elegancja

Ostatecznie oba okręty desantowe klasy Mistral, które zbudowano dla Rosji ostatecznie trafiły do Egiptu. Francja sprzedała je Kairowi za 950 mln euro – ujawniła AFP,  powołując się na źródło w otoczenia ministra obrony Jean-Yvesa Le Driana. O tym, że Mistrale znalazły innego nabywcę, poinformował wcześniej w środę Pałac Elizejski. Z kolei kilka godzin później francuski prezydent Francois Hollande, który przybył do Brukseli na szczyt UE w sprawie kryzysu migracyjnego, chwalił się, że Francja nie straciła na sprzedaży okrętów. Według źródła na które powołuje się AFP Egipt zapłacił za dwa desantowce 950 milionów euro.

Wycofaliśmy się z kontraktu z Rosją na dobrych warunkach, z poszanowaniem Rosji i bez kar umownych dla Francji. Z kolei we wtorek porozumiałem się w sprawie ceny i warunków sprzedaży z prezydentem Egiptu Abd el-Fatahem es-Sisim – podkreślił Hollande w przemówieniu.

Francja jest członkiem NATO, które sama nazywa te organizację OTAN, bo Francuzi walczą o prymat swego języka w świecie, jakby nadal byli mocarstwem kolonialnym, a Indochiny należały do nich. Wszyscy mają NATO, tylko Francuzi OTAN, co po francusku znaczy tak: Organisation du traité de l’Atlantique Nord. Śmieszne? Nie do końca, bo Francuzi niby są w NATO, ale jakby byli inaczej. Co zresztą potwierdza skandal z Mistralami.

Należy jednak przyjąć, że Francja doskonale wie, że jedynym przeciwnikiem NATO była i jest Rosja. To co spowodowało francuską chęć dozbrajania przeciwnika, a może nawet wroga? Myślę, że mieliśmy i ciągle mamy do czynienia z najstarszą i najbardziej powszechną ludzka cechą – z chęcią niegodziwego zarobku.

Myślę jednak, że może nie do końca jest z nami tak źle, bo jeżeli mamy takich sojuszników jak Francja, to jakich mamy przeciwników? Może są równie tępi?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Pluszowe, acz dobrze płatne, męczeństwo

Znowu sezon na festiwale. Moje młodzieńcze, a później dorosłe, wybory muzyczne, punk, folk, szanty, mocno mnie z „muzyką estradową” poróżniły, nie wiem więc czy jestem tu odpowiednio „obiektywnym ekspertem”, ale i tak napiszę Wam to co mam napisać.

Pamiętam, kiedy jeszcze jako dziecko, oglądałem z rodzicami letnie festiwale w telewizji, ze szczególnym uwzględnieniem festiwalu w Opolu. Pamiętam atmosferę oczekiwania, jakiegoś święta. Muszę przyznać, że choć cieszyłem się radością rodziców, już wtedy te uczucia wydawały mi się dość obce i niezrozumiałe. Mijały lata, a ja odnosiłem nieodparte wrażenie, że ciągle ci sami ludzie śpiewają ciągle to samo.

W kółko

Później znów przez ileś lat ta sfera „życia kulturalnego” zupełnie dla mnie nie istniała, byłem zajęty czym innym. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po latach z jakichś migawek na ten temat, dowiedziałem się, że nadal ci sami ludzie śpiewają tam nadal to samo, no może dokooptowali sobie trochę znajomych, którzy powtarzają ich schemat.

Uwierzcie mi, uznałbym to po prostu za jakieś zbiorowe dziwactwo, którego nie muszę rozumieć, ale które ma prawo sobie istnieć, gdyby nie to, że wyczyny „gwiazd” przebijają się do ogólnej przestrzeni informacyjnej, z racji ich „politycznych” aspektów. A skoro tak się domagają mojej uwagi, to czuję się usprawiedliwiony w wyrażeniu powodującego cierpnięcie pleców potwornego zażenowania jakie we mnie wywołują.

Pluszowe męczeństwo

Oto jakieś mniej lub bardziej zmęczone życiem, niech im nawet będzie – „gwiazdy” – biorą najpierw kupę kasy od „reżimowej” TVP, żeby podczas występu wygłaszać jakieś enigmatyczne manifesty polityczne, które z jednej strony mają być na tyle bełkotliwe i niezrozumiałe, żeby „może znowu za rok zaprosili i dali zarobić”, ale jednocześnie stanowiły swego rodzaju alibi na użytek bardziej radykalnych i konsekwentnych „w walce z faszyzmem” kolegów. Takie pluszowe męczeństwo za dobre pieniądze.

Z drugiej strony muszę przyznać, że żałość ogarnia mnie również na myśl o TVP. Po co stacja to sobie robi? Kiedy któregoś roku „gwiazdy się na Opole poobrażały”, wystąpiła niepowtarzalna okazja do przewietrzenia tego towarzystwa, ale nie, trzeba było iść i ucałować pierścienie. Od tamtej pory co roku TVP organizuje festiwal, z eksponowanym lubością przez „wiodące media” elementem upokorzenia, tak jakby cierpiała na jakiś syndrom sztokholmski.

 

 

Rozprawka o kulturze opolskiej autorstwa STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Równi w kiczu

Opolczycy zarazili się podlizywanie m się od polityków. Uśmiechnięte sztucznie lizusy wdzięczą się przedwyborczo. To oczywiste. Natomiast prowadzący koncerty i śpiewający na nich klepią o nadzwyczajności publiczności opolskiego amfiteatru. Ach, jakaż ona nadzwyczajna. Najlepsza na świecie – słyszę.

A tu przyszli rzeczywiście gromadnie i przypadkowo ludzie. Przyjechali, zapłacili. Siedzą sobie wygodnie i chcą się pośmiać i nacieszyć. Na estradzie fikają Kamel i chłopaczek-rozkoszniaczek. Fajno jest. Sztampa sztampą. A cóż to niby ma być. Rozrywka. Entertainment. Takie głupstewko ozdobne. I tyle.

Brzozowski, który nie schodzi z ekranu (zaangażujcie go do czytania Wiadomości!) nie dał szansy mało popularnym. „Pokojowy numer” znudzi się szybko. Po prostu takie łzawe nic. Ale wygrał. Na zdrowie. Miły, nie powiem. Albo powiem trochę. Ładnie ostrzyżony. Skromny. Elegancki. Religijny. I samolotowy do tego jeszcze. Sam pilotuje. Ale ze śpiewaniem – przeciętnie. Owszem wybrał łzawą piosenkę. A ta w powodzi jazgotu oczywiście się wyróżniła. Tak jak opolska publiczność. Ple, ple. Robi się szaro.

Już za dużo patetyzmu i prowadzenia na barykady. Osiecka, Przybora, Młynarski. Było elegancko i czegoś tam się dowiadywaliśmy. Refleksyjnie. Czegoś tam dowiadywaliśmy o sobie. Jedni się zapili, drudzy jeżdżąc wypasionymi, importowanymi, szybkimi samochodami rozbili. Niemen, Stan Borys, Germanowa coś jednak zostawili po sobie. A teraz bryndza. Rozrywka ma to do siebie, że szybko się nudzi. „Najlepsza”, „światowa”. Owszem – Górniak, Gepert, Zaucha. Kochajmy, klaszczmy – bo szybko odchodzą. Jak my wszyscy. Recepty na sukces nie ma.

Sztuka powstaje w bólu. Z udręczenia. A tu przecież mamy sukces. Staruszkowie dostają więcej. Dzieciaki coraz zdolniejsze. Tylko głosiki coraz słabsze.

Do Warszawy przyjechała demonstrować kupa ludzi. Przemaszerowali sobie. Potem posprzątano ulice. Wytrenowany już nieźle w demagogii Tusk przemówił zręcznie. Zarobiła kolej, hotelarze, wytwórcy kanapek na przemysłową skalę. I tak to się kręci.

Kamele są sprawni estradowo, ale Kydryńskich, Dziedzicowych na horyzoncie nie widać. To się nazywa osobowość. Pozostał jeszcze Sznuk i Babiarz. W wieży z kości słoniowej na Woronicza drepczą tam i siam szare eminencje. Kurski trochę podskakiwał. Estradowo był dobry, ale prochu nie wymyślił. Ci od dzienników agitacyjnych zawsze myślą, że będą długo, ale spadają jak ulęgałki. Na pewno się zabezpieczyli, bo tego nauczeni. I tak to się kręci.

Cysorz to ma klawe życie. Tyle, że na piedestale długo się nie ustoji. Nogi zabolą. I czym wyższy pomnik tym bardziej boleśnie się spada. Niezniszczalny jest tylko Wałęsa. Tuskowi wyciągnęli go z lamusa. Przynudzał zbyt długo. Plótł znowu o tym skakaniu przez płot. Ciekawsze by było, gdyby przewiózł się jeszcze raz z Helu do stoczni motorówką admirała Janczyszyna. Stoi jeszcze w kącie oksywskiego portu i można by na niej zarobić serwując ludziom przejażdżki przez zatokę. Takie na pół godziny. Nie dłuższe, bo nie przyzwyczajeni do kiwania miłośnicy morza mogą na takiej historycznej fali zwymiotować.

O tempora o mores. Pszenno-buraczany ludek z nad Wisły orze jak może. Chce chleba, ale i igrzysk. A tu zostały jeszcze tylko Marylka, Majewska i na szczęście – Korcz. Młodzi wysyłani na festiwale za granicę za wysoko nie podskoczą. Wyjątkiem był młody Ochman, który był artystycznie za dobry na Eurowizję.

 

Ewa Urbańska-Lewandowska w Klubie Publicystyki Kulturalnej SDP (zapis AUDIO)

Gościem Klubu Publicystki Kulturalnej SDP 7 czerwca 2023 roku była dr Ewa Urbańska-Lewandowska, dziennikarka TVP, autorka kilkudziesięciu filmów dokumentalnych i reportaży. Uczestnicy spotkania mieli okazję poznać jeden ze jej ostatnich filmów „Polsko, szedłem do Ciebie 200 lat”.

Jest to historia jednego wyjątkowego człowieka, będąca jednak syntezą losów wszystkich polskich zesłańców syberyjskich. Bohater filmu „Polsko, szedłem do Ciebie 200 lat” , Stefan Centomirski, to „Sybirak”, wybitny malarz, twórca oryginalnych form plastycznych, jako przeżył dziecko kilkunastoletnią katorgę. Zbudował pomnik z obrazów – Polakom zesłańcom. Jego rodzina po drugim rozbiorze pozostała poza granicami Polski. On sam, jako pierwszy z rodziny, dotarł do wymarzonej Ojczyzny po dwustu latach. Ten film jest pomnikiem dla Niego i Sybiraków.

Czerwcowe spotkanie KPK SDP w zastępstwie przewodniczącej Klubu, Teresy Kaczorowskiej
prowadził red. Zygmunt Gutowski, prezes Fundacji Polska – Europa – Polonia.

Poniżej zapis audio spotkania

 

Film „Polsko, szedłem do Ciebie 200 lat” dostępny jest w serwisie TVP VOD TUTAJ.

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Opozycja to schrzani, bo inaczej nie potrafi

Być może komuś się narażę, nie umiem jednak udawać, że ostatni marsz opozycji nie był sukcesem. Był. Wysoka frekwencja, która policja szacuje na 100 – 150 tysięcy osób. Były nienawistne hasła i kwalifikujące się do leczenia psychiatrycznego zachowania, ale chyba były w mniejszości. Generalnie marsz przeszedł spokojnie.

 To był sukces. Frekwencyjny (przyzwyczailiśmy się do obrazków „demonstracji” opozycji składających się z kilkunastu osób najdzikszej szurii) i organizacyjny. Tak, autokary też trzeba umieć ogarnąć, nie mówiąc o bezpieczeństwie.

Nie lekceważyć marszu

I ja nie należę do tych, którzy ten sukces lekceważą. Nie należę do tych, którzy mówią, że „marszami nie wygrywa się wyborów”. Oczywiście nie tylko marszami. Ale marsz taki jak ten może służyć (oczywiście oprócz wewnętrznych rozgrywek) mobilizacji twardego elektoratu, co w dobie pogłębiającej się polaryzacji nie jest bez znaczenia i przekonaniu elektoratu wahającego się, że „jednak warto”. Ogólnie rzecz biorąc „wlaniu nowego ducha”. I nie przeceniałbym tu braku programu, choć to oczywiście na swój sposób żałosne.

Schrzanią to

Jednak opozycja, ze szczególnym uwzględnieniem Platformy Obywatelskiej ze wszystkimi mackami, nie byłaby sobą, gdyby nie usiłowała tego schrzanić. Oni po prostu inaczej nie umieją. Sto, czy sto pięćdziesiąt tysięcy uczestników, to naprawdę dużo, jest się z czego cieszyć. Ale nie, trzeba po mediach opowiadać bajki o milionach. A najlepiej kolegom jeszcze te klechdy sprzedać, żeby głupoty wróciły ze Stanów jako „echa zza granicy”. Polacy na pewno uwierzą, bo przecież nigdy wcześniej tego numeru opozycja nie próbowała.

No właśnie, „echa zza granicy”. Przecież tym razem musi się udać. Znajomki z Czerskiej, Wiertniczej i Chobielina coś tam skrobną „w zachodniej prasie”, Polacy się zawstydzą, że „zagranico się z nas śmiejo” i się uda, przecież jeszcze tego numeru nie widzieli.

Mało?

No to jeszcze trzeba wylizać jakąś brukselską klamkę, żeby „Europa Polaków dojechała”. A co! Mało? TSUE orzeknie w kwestii, która nie obejmuje jego kompetencji. Albo to pierwszy raz? Parlament Europejski uchwali jakąś „ostrą rezolucję”, a Komisja Europejska nałoży karę na Polaków za to, że PiS obraził korniki w Puszczy Białowieskiej! No jak nie zadziała? Musi zadziałać!

I Turów jeszcze Polakom zamkną. Sami będą po ciemku siedzieć, ale zamkną. No jak to Polaków nie przekona, to co miałoby przekonać?

Kiedy zobaczyłem jeszcze w tym wszystkim 174 „sensacyjny sondaż Kantara”, już wiedziałem, że jeszcze tylko jakiś happening „Babci Kasi” i jesteśmy w domu.