WIKTOR ŚWIETLIK: Czasem się i Unia przyda

 Tak uczciwie mówiąc, kiedy myślę o popieraniu jakiegokolwiek postulatu aktorów i różnych innych artystów to raczej zapalają mi się wszystkie możliwe bezpieczniki. Ale ta akurat batalia dotyczy też dziennikarzy, a i polskiej gospodarki.

Kiedy widzę sędziwego już cokolwiek Daniela Olbrychskiego, jak między banalnym moralizmem, a obrażaniem dziennikarki, apeluje do narodu, to już nawet nie chce mi się śmiać i ironizować. Żenada i kolejne poziomy dna, które przebijało w ostatnim czasie to środowisko, sprawia, że już nawet na niektóre stare role, które do niedawna uwielbiałem, nie mogę patrzeć. Środowisko uwielbiające od 35 lat odmieniać słowo tolerancja, a mające tę główną cechę, że każdy, kto choć trochę się w nim wychyla, choć trochę jest inny, albo nawet niedostatecznie głośno pieje w chórkach tworzonych przez różnych wujów i dzidzia pernik ciotki rewolucji, jest bezwzględnie tępiony. Środowisko, które nie zająknęło się ani słowem w sprawie kolejnych nadużyć tej władzy, wyrzucania tysięcy ludzi na bruk, choćby ostatniej historii naszego kolegi Huberta Bekrychta zwolnionego dyscyplinarnie z PAP ewidentnie ze względu na działalność społeczną i poglądy. Kon-sty-tuc-ja! Właśnie wolność słowa w sposób jasny gwarantuje, a nie to, jak kto przykombinuje przy obsadzaniu KRS lub Trybunału Konstytucyjnego.

A jednak w jednej sprawie aktorzy mają rację, a nawet koszmarny dziadunio pan Daniel ma rację. Aktorom i twórcom należą się tantiemy od platform streamingowych, jak psu buda. Wydawało się, że nie mają na to większych szans. A to dlatego, że kochana władza, wasza kochana władza Drodzy Twórcy, wybierałaby między interesem was, czyli kiepskich często, pożal się Boże, ale jednak obywateli własnego kraju, a interesem globalnych graczy. Wielkich operatorów z doliny krzemowej i innych podobnych miejsc. I wyobraźcie sobie, że kapitał, który one stanowią ma narodowość. I tam są politycy, którzy też chronią interesy swoich, czyli jak najbardziej eksploatacyjnego modelu działania tych przedsiębiorstw w  krajach trzecich. I teraz ambasador z tego kraju, ten który ma tak samo, jak miał jego tata, polskie nazwisko, jest taki fajny i cool, i popierał tę władzę podczas wyborów, i wszyscy mają z nim zdjęcie, no więc ten ambasador powiedziałby delikatnie naszemu premierowi, że te tantiemy to średni pomysł. Ciekawe kogo pan premier posłuchałby, pana Daniela czy pana ambasadora?

Sprawa w szerszym kontekście, który miejmy nadzieję nadejdzie, nie dotyczy tylko aktorów. Dotyczy dokumentalistów, a także w jakimś stopniu dziennikarzy. Nie miałaby szans, gdyby nie, uwaga, uwaga, tym razem pochwalę wyjątkowo Unię, faktycznie dwie dyrektywy unijne. Akurat w tym jednym przypadku cicha gospodarcza wojna Niemiec i Francji na coś się przydała. Do prawa autorskiego wprowadzane są zmiany.

Na tyle stać zresztą Unię, która nie jest w stanie wyprodukować dużego medium społecznościowego, platformy streamingowej, nawet Telegram powstawał gdzieś między Rosją, a Turcją. Na terenie Unii nie powstało nic nawet na tę miarę. Nawet aplikacja randkowa. Nic. Nawet Korea Północna, korzystając z zamknięcia kraju, stworzenia z niego swoistego intranetu wypracowała ponoć lepsze narzędzia niż jakiekolwiek z państw unijnych. Białoruś miała bardziej progresywny sektor IT, który zaczął się zadomawiać częściowo w Polsce, ale został nienawistnie potraktowany ostatnio przez polskiego premiera.

Cóż, ale nawet jak Europa zdycha z braku kreatywności to dobrze, że jakieś tam pieniądze, które zgarnęli ci bardziej kreatywni, zostaną komuś uczciwie wypłacone i trafią do polskiej gospodarki. Choć dobrze by było przede wszystkim, aby te koncerny zapłaciły wreszcie w Polsce podatki. A także, aby zrobiły to dużo solidniej niż niemieckie koncerny medialne… Ale o to raczej żaden aktor się nie upomni. Za to jakby coś, jakby ktoś chciał to przeprocedować, będzie zbiorowy protest song w obronie wolności słowa.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Tusk wściekły, świat bezpieczny

Ponad sto lat temu pierwszy, wielki komik filmowy Will Rogers stwierdził, że dziennikarze zaczęli na serio brać komików, a śmiać się z polityków. Do Polski najwyraźniej ta tendencja w ciągu wieku nie dotarła i może dlatego wciąż – przy okazji każdego kryzysu rządu – z automatyzmem godnym zabawkowej papugi załadowanej alkaicznymi bateriami, część mediów nieustannie powtarza, że „Tusk się wściekł”.

Ze wściekłym premierem Tuskiem miałem do czynienia po raz pierwszy w obrazku i to kiedy tylko tworzyła się Platforma Obywatelska. Jestem jednym ze szczęściarzy, którzy widzieli komiks opowiadający o początkach partii Tuska. Wówczas uznano tę publikację za zbyt nachalną i tandetną, więc wysłano całą na przemiał, ale kilka egzemplarzy szczęśliwie potem krążyło. Dziś byłaby ona zresztą zbyt subtelna i wyrafinowana, jak na obecną propagandę, co jest koronnym dowodem, że zjawisko opisane kiedyś przez pana Darwina niekoniecznie dotyczy świata naszej polityki, ani jej wykonawców, ani kibiców. Zresztą przyczyną unicestwienia wiekopomnego komiksu mogło być i to, że sławił ono braterską przyjaźń trzech tenorów Tuska, Płażyńskiego i Olechowskiego, a od czasów rzymskich wiadomo, że jak jest trzech gości u władzy to dwóch musi zginąć.

Wracając do meritum i odtwarzając z pamięci po ponad 20 latach. W komiksie tym była scena, że idzie Tusk nocą przez Trójmiasto i nagle dzwoni komórka. Wtedy jeszcze nie smartfon. Tusk odbiera i dowiaduje się, że przez politykę rządu ceny znowu wzrosły i bezrobocie także. Wściekły pan Donald ciska telefonem o ziemię i idzie nocą przez miasto planując jak zrobi porządek. Oto Tusk się wściekł po raz pierwszy! Może nie licząc jakiejś agresji domowej, o której potem opowiedziała pani Małgorzata, a potem przestała mówić, co zupełnie przypadkowo skorelowane jest z przepisaniem na nią dużej części majątku byłego i obecnego premiera.

Od tej pory przyzwyczailiśmy się. Szczególnie za poprzednich rządów, w opozycji Tuska też trochę i za tych rządów mieliśmy eskalację. To zdanie stało się memem symbolizującym „złego premiera stającego w obronie ludu”. Takiego Gomułkę, gdy słyszy o aferach gospodarczych. Ojca narodu, słodkiego dla wnusiów, a groźnego dla wewnętrznego wroga. Niby wszyscy już wiedzą, że to mem, lipa, szablon, który budzi śmiech i politowanie, gdy premier Tusk znowu „wścieka się” rozwiązując problemy, które sam stworzył, a mimo to, a to „Newsweek”, a to „Wyborcza”, a to inna „Rzeczpospolita”, z przejęciem informują, że znowu dowiedziały się, iż premier się wściekł. Przed wyborami premier nieustannie chodził wściekły, bo tyle było problemów do rozwiązania w kraju i tyle zbrodni poprzedników do rozliczenia. Ostatni atak owego medialnego wścieknięcia („Newsweek” i „Rzeczpospolita”) zaliczył, gdy „dowiedział się” o niedopatrzeniach w wojsku i zażądał wyjaśnień, czy jakiegoś tam projektu nawet od nieszczęsnego ministra Kosiniaka-Kamysza. Zaraz po wyborach premierowi zresztą przeszło i już się nie wściekał.

Wydawałoby się, że już się nie da więcej. Że pisać o wściekłym Tusku, mogą już co najwyżej tacy jak ja, ludzie pozbawieni szacunku do naczelnych organów państwa, a także ich narracji. Określenie „Tusk się wściekł” stało się najpierw memem, a potem już nawet sucharem.

I wtedy niemiecka policja przywiozła nam kilku Afgańczyków. I Tusk… Była chwila czekania, napięcia. „Newsweek”, Onet, „Fakt” wytrzymały, dała radę „Rzeczpospolita”, dała „Polityka” i „Tygodnik Powszechny”. Chłopcy w TVN twardzi jak stal. Ale premier coraz gniewniejszy. Pojedzie do tego Scholtza! Pogadają jak mężczyźni! Nie może tak być! Musi ktoś zacząć. No kto pierwszy? Jest! „Gazeta Wyborcza”. Semper fidelis, bez poczucia obciachu od trzech pokoleń. Tak trzymać chłopaki, dziewczyny i osoby innych płci. Ufff. Niby złe emocje, niby wściekłość, ale wiadomo, że człowiek pewnie czuje się w tym, do czego się przyzwyczaił. Tusk wściekły, świat bezpieczny. Żeby tylko naszemu premierowi żyłka nie poszła, ani żadnemu z funkcjonariuszy propagandy z Czerskiej bądź innej ulicy.

Tym razem to WIKTOR ŚWIETLIK pyta: Jak żyć, panie Musk?

Elon Musk gwałtownie ogłosił i jak ogłosił, tak zrobił. Na portalu X, który kiedyś zwano Twitterem nie można już zobaczyć listy lajków pod postami. Widać ile osób dało serduszko, ale nie wiadomo kto. Zmiana jak zmiana, ciekawszy jest jednak efekt, który wywołała.  

 Jakże wszyscy lubią się na nie ścigać! Jednego serca tak mało, dwóch, a nawet tysiąca. A anonimowe trochę podejrzane. Mógł ktoś kupić. Ale przede wszystkim niefunkcjonalne, o czym wkrótce. Efektem jest dwudniowa dyskusja, debata, narzekania. Jak teraz dziennikarze i politycy mogą policzyć sojuszników, podlizać się albo nie?

I like?

A ileż to donosów na jednego lub drugiego noszono, nawet do prezesa, i do premierów, tego i tamtego, że tamten a tamten coś polubił? Nie dość tego, lajki były przyczyną najbardziej kuriozalnego uchylenia immunitetu przez Parlament Europejski czterem posłom PiS za to, że polubili materiał wyborczy własnej partii. O ciężkim tym przestępstwie powiadomił znakomite ciało zbiorowe pan Rafał Gaweł, który jest szefem ośrodka do spraw walki z rasizmem, faszyzmem, nazizmem i wszystkimi innymi -izmami, z którymi walcząc można nieźle zarobić. To ten sam pan Gaweł, który w nazistowskiej, faszystowskiej i rasistowskiej Polsce był skazany i ścigany listem gończym za złodziejstwo i oszustwa, jak przystało zresztą na szefa tak szacownego ośrodka.

You like?

Dzięki lajkom na portalu Elona Muska wszyscy skorzystali. Parlament Europejski dokonał kolejnego kroku na drodze ku nowej lepszej Europie, gdzie wszyscy mają takie same poglądy. Z kolei mniejszość wykazująca się jakimkolwiek krytycyzmem i intelektem mogła przekonać się, czym staje się Unia Europejska, a także jak pięknie stosowanie jej zasad zaczyna przypominać realną, dawną implementację konstytucji Związku Radzieckiego na terenie byłego Sojuza. Wszystko to dzięki panu Muskowi.

Ale ta drobna przecież lekcja pobudza do refleksji nieco głębszej. Zniknęły tylko lajki. A co by było, gdyby X zniknął, nie zmienił nazwy, nie zanonimizował polubień tylko zniknął? A co by było gdyby zniknął Youtube, Gmail albo Instagram. Abstrahując od faktu, że spełniłby się mokry sen ekipy Donalda Tuska i wiernych jej redaktorów o całkowitym odcięciu ludzi o innych poglądach niż oni. Odcięciu już nawet nie informacyjnym, a komunikacyjnym, bo przecież tryby prywatne, komunikatory to dziś podstawa wymiany informacji. Ale co by było ogólnie? Jakby wyglądała polska polityka bez Instagrama, który miał przemożna znaczenie dla ostatniego wyniku wyborczego i wszystkich narzucanych przez matkę Unię histerii społecznych w rodzaju walki o klimat?

We like?

Kojarzycie zapomniane ofiary wojny na Wschodzie, rosyjskie instagramerki, które rozpaczały publicznie w 2022 roku po inwazji Moskwy na Ukrainę? Rozpaczyły nie nad tym, że ich chłopcy jadą mordować ludzi i okupować sąsiedni kraj. Nie nad tym, że ci chłopcy mogą zginąć, i że zginą zabite przez nich ukraińskie kobiety i dzieci. Nie nad przyszłością Rosji, a nad tym, że Instagram je odciął. Straciły sens życia. Być może był to zresztą ostatni, jedyny element, który łączył je z ich zachodnimi koleżankami. Z polskimi koleżankami, którym życie, realne aspiracje, marzenia, cele, wspólnotę, zastępują kolorowe zdjęcia w telefonie. Całkiem jak politykom i dziennikarzom, którym krótkie informacje zastąpiły normalną debatę i rozmowę. I nam, ludziom szukającym informacji, którym jeden serwis video, Youtube, zastąpił medialny pluralizm, który dziś polega na wyborze między panem Czyżem, a panią Olejnik.

 

 

 

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Ze skruchy dla fuchy

Czy są jeszcze w mediach ludzie, którzy mówią – przepraszam, myliłem się? Nie ze względu na to, że mogą wylecieć z obiegu, że stracą pracę, że zasięg spadnie, że odejdą reklamodawcy, a dlatego, że tak trzeba?

Nad sprawą zacząłem się zastanawiać po tym, kiedy łzy nad zabitym żołnierzem zaczęli lać rozmaici ludzie, z panią Kurdej-Szatan na czele i niejakim Czabanem, autorem tekstów o katordze, którą polscy faszyści urządzają profesorom i wzorcom z Sevres wieloletniego macierzyństwa za płotu granicznego. Nie zostało to przyjęte dobrze i zostać nie mogło. Prawda jest taka, że pani Kurdejowa będąc aktorką nieznaną z niczego poza znaną reklamą, i do niczego innego się nie nadającą, na swoim szczuciu na Straż Graniczną nie straciła, a zyskała. Nagle stała się bohaterką przybudówek Platformy Obywatelskiej w rodzaju Campusu Trzaskowskiego i letniego festiwalu młodzieży w Chorzowie… o sorry, festiwalu Owsiaka parodystycznie nazwanego niegdyś Woodstock. Wypłakiwała tam się nad swoim nieszczęśliwym losem, bo ona taka wrażliwa  i zaangażowana, a taka nienawiść na nią spada ze strony dzikiego społeczeństwa. W końcu w nagrodę dostąpiła „powrotu do TVP”, czyli zaczęła być w niej lansowana, na co wcześniej absolutnie nie miała najmniejszych szans. Teraz postanowiła wyrazić swoje kondolencje, bo wiadomo, jednak trochę osób jej to pamięta. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie uderzało jednak w oczy w całym komplecie to, o czym napisałem powyżej. Babka szczuła na żołnierzy i strażników, zrobiła na tym karierę, teraz próbuje udawać jakąś przyzwoitość, ale ludzie widzą, że to udawana przyzwoitość, która siłą rzeczy, jest nieprzyzwoitością, a pewnie niektórzy nazywają to nawet dosadniej. No więc znowu, fala hejtu, płacz i zaraz znowu będzie pocieszanie kolejnym lansem. Tak się tu żyje.

Jeszcze  oczywiście brakuje należytych podsumowań. Solidnych analiz tego, kto naprawdę jest ofiarą. Jeszcze z tydzień, zanim gazeta ta, co zawsze, opublikuje solidny, weekendowy, poruszający reportaż o cierpieniach, których doznają w tym trudnym czasie znani i zaangażowani Basia, Agnieszka, Maciek i inni. Agnieszka aż się boi już nie tylko o życie wtedy, kiedy przyjeżdża do Polski, czego zresztą unika, żeby się tym tutejszym syfem nie zarazić, ale zaczyna się bać Polaków, którzy wyjeżdżają. Może to i jedyny minus Unii Europejskiej. Nie wszyscy powinni mieć paszporty. Dzicz zamiast się cywilizować, roznosi zarazę.

Są owszem, choć rzadsze, niewzruszone postaci, w rodzaju niejakiego Boczka, faceta z jednym, ale dużym osiągnięciem, bo to on zmyślił ciężarną kobietę zrzucaną na drut kolczastych przez, jak ich z ruska nazywa to towarzystwo, „pograniczników”. Ten ani żalu, ani skruchy, drwi wręcz, że tym z drugiej strony płotu polskie władze nie wysyłają kondolencji.

Większość jednak choć na chwilę się zawahała. Co to będzie? W którą stronę to pójdzie? Jak ludzie zareagują? Czy się wojsko nie wkurzy? Już tak bywało nieraz. Po Smoleńsku. Albo wtedy, kiedy Polacy nie łyknęli historii o Janie Pawle II, jako promotorze pedofilii. W paru innych pomniejszych momentach były takie zawahania.

A gdyby ktoś zawahał się bez tego? Kiedyś to ludziom się zdarzało. Nadal się im zdarza, ale nie dziennikarzom. Niektórzy może boją się piekła, inni chcą się lepiej poczuć, a niektórzy po prostu uważają, że tak trzeba. Kiedy nie mają racji, się pomylą, zaszaleją czyimś kosztem pod wpływem emocji, to po prostu przepraszają. Nie tak, jak poeci i intelektualiści po śmierci Stalina. Jakby Ważyk nie pisał swoich rozliczeniowych poematów to byłby skończony, byłby bierutowskim komisarzem co chodził z pistoletem pod pachą i był bardziej srogi od innych. Choć trzeba przyznać, że poczuł wiatr zmian przed innymi.

Ale tu chodzi o to, żeby tak po prostu stwierdzić – źle zrobiłem. Nie po to, żeby w następnym zdaniu dodać, „a właściwie to dobrze, ale mnie źle zrozumiano”, nie dla fuchy w TVP, a dlatego, że tak trzeba. Chłopaki z podwórka w moim dawnym domu, jak popili i hałasowali w nocy to rano szli skacowani do sąsiadki z małym dzieckiem i ją przepraszali. Nic za to nie dostawali, nic im nie groziło. Ale po prostu było im głupio. Czuli, że źle zrobili. Do tej roboty by się nie nadawali. Byli zbyt honorowi, uczciwi i nie byli kanaliami.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Gwara zamiast Tygrysa

Bój o uznanie osobnego języka śląskiego nie jest tylko, moim zdaniem, fragmentem dążenia do uznania osobnej narodowości śląskiej. Celem jest oddzielenie Śląska od Polski, co jest w żywotnym interesie Niemiec i jest równie żywotnie sprzeczne z polską racją stanu. Ciekawy jest jednak sposób przeprowadzania tej operacji. Kiedyś tego rodzaju działania przeprowadzano z pomocą naukowców, kongresów, referendów. Dziś załatwiają to media, „znani i lubiani” oraz influencerzy.  

Oczywiście awantura o odesłanie przez prezydenta planowanej ustawy o języku śląskim ma też kilka bardziej bieżących celów. Wszystko co nie jest poświęcone nadchodzącej potwornej drożyźnie jest w interesie władzy i jej obecnych oraz przyszłych beneficjentów i tu trzeba przyznać masa medialna spisuje się na piątkę. Przeciwny „językowi śląskiemu” jest prezydent, a za jest choćby pisarz Twardoch, który od lat dobrze wie, gdzie frukta leżą. Za są także media, które są efektem rynku konstruowanego od 35 lat przez własnościowe i regulatywne efekty przyjaźni polsko-niemieckiej. Te same media, które wciskały w czasie pandemii, że przez Polskę przewija się fala nienawiści do Śląska i Ślązaków, bo w kopalniach dużo zachorowań.

Ciekawa nie jest jednak sama definicja, a definiujący. W ogóle niby żyjemy w czasach coraz bardziej zprofejsonalizowanych, ale zdarzają się zaskakujące wyjątki i jest ich całkiem sporo. Weźmy taką tabletkę wczesnoporonną. Chyba o tym, czy powinna być na receptę czy nie i czy mogą ją brać starsze dzieci, bo za takie postrzegam piętnastolatki, powinni decydować jacyś naukowcy, chemicy, lekarze, pedagodzy i tym podobni? Decydowali posłowie i media. Podobnie z tym Śląskiem. Twardoch, Kuczok, jakiś facet z europarlamentu, który buduje karierę na pluciu na Polskę mocniejszym niż jakikolwiek inny europoseł na swój własny kraj, zastąpili ekspertów. A także zastąpili wielusetletnie procesy, które na Śląsku po prostu nie zaszły. Wspólnotę wyobrażoną jaką jest naród, jedni definiowali tak, inni siak. Jedni uważali, że stworzyło ją oświecenie, inni że romantyzm. Właśnie zmarły wybitny egiptolog Barry J. Kemp wykazał dość logicznie, że starożytni Egipcjanie pięć tysięcy lat temu spełniali jej wymogi. Tyle, że w przypadku Śląska cała gama tych różnych czynników nie zachodzi, a śląski to po prostu gwara, co dość przystępnie wytłumaczył profesor Miodek. Niestety, gdyby znany językoznawca i gramatyk mówił o tym, jakim zagrożeniem jest Kaczyński byłby słuchany i cytowany z przejęciem i nabożnością. Ale na języku to on się ewidentnie nie zna. Jest wsteczny, nie to co zetesempowcy, pionierzy i czerwoni harcerze odłączania Śląska od Polski. On mówi, że to dialekt, że nie różni się od dialektu wielkopolskiego czy małopolskiego. Że to archaiczna polszczyzna, a więc tym bardziej dowodzi ona polskości Śląska. Oni mówią, że tak nie jest, a za argument mają modę, siłę, Szymona Hołownię ze swoim jak zawsze kaznodziejskim słowem o tolerancji oraz wizytą w kopalni i Donalda Tuska z jego gniewnym słowem, bo jego elektorat tak lubi, jak on się gniewa. Jest wtedy taki mocny prawie jak Jaruzelski.

Dodajmy, że niedługo będziemy przekonywani w ten sposób nie tylko, żeśmy byli dla Żydów gorsi niż Niemcy, żeśmy kupowali Śląsk, a lotnisko w Berlinie nam wystarczy zamiast naszego. Niedługo podobne argumenty będą uzasadniać podwyżki cen gazu, rujnujące termoizolacje i inne światłe zmiany, które wpędzą z powrotem w nędzę sporą część Polski. Pytanie, czy jak się ją podkarmi odpowiednią propagandą w ogóle ona to zauważy?

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Hierarchia pomówień

Rzeczywistość, która pomału stawała na głowie już dawno, zaczyna robić w tym wielkie postępy. Na początku było słowo, ale można się obawiać, że i na końcu naszej cywilizacji będzie słowo, które nie będzie miało już znaczenia, bo wszystkie znaczenia zdezawuowały karczemne spory, obelgi i narracje.

 Na ciekawą prawidłowość zwrócił mi uwagę dziennikarz Patryk Słowik. Otóż, jeśli napisze on, że poseł X albo posłanka Y, z jednej, drugiej albo którejś z pomniejszych partii, ukradła w Biedronce lub Lidlu owoc awokado, jedną sztukę, to rozpęta się piekło. Zapewne będzie trwał długotrwały proces, będą powoływani świadkowie, być może biegli, a ostatecznie dziennikarz, zakładając że zmyślił historię, będzie musiał przeprosić i on lub redakcja będą musieli zapłacić wysokie odszkodowanie. Ale za to można bezkarnie, wzorem innych polityków, biegać i krzyczeć, że ten jest szpiegiem, ten od Putina, ten zdrajcą, ten hitlerowcem.

Rozwińmy tę myśl, być może nawet wbrew intencji jej autora. Można bezkarnie twierdzić, że całe środowisko polityczne dokonało mordu na prezydencie Gdańska Adamowiczu, bez najmniejszych dowodów na to. Można twierdzić, że chory człowiek, który się podpalił, jest ofiarą czyichś działań. Można utrzymywać, że każdy przypadek zaniedbania szpitalnego, gdzie ucierpi jakaś ciężarna to wina Trybunału Konstytucyjnego. Można – wzajemnie, podkreślmy – nazywać się przestępcami. Bawić się jakimiś strzępkami informacji, kawałkami, sugerując, że ktoś jest gorszym człowiekiem, kryminalistą. Można zaszczuwać byłego ważnego menadżera wydając publicystyczne wyroki przed procesami, a nawet początkiem zbierania jakichkolwiek materiałów. Można wzywać prokuratorów, by też to robili. Wyspecjalizował się w tym obecny premier, a skoro przykład idzie z góry? Niewielkim usprawiedliwieniem jest fakt, że sam bywał obiektem niezbyt niekiedy ładnych działań ze strony przeciwników.

Wszystko to standard. To nasz polityczny chleb powszedni. Ale nie skradzione awokado. Skradzione awokado byłoby konkretem, a my mamy do czynienia z rytuałem nienawiści, który zawsze oparty jest na skojarzeniu, pomówieniu, sztukowaniu jakiś rzekomych powiązań, jak w książkach Tomasza Piątka. W ten sposób powstaje właśnie komisja śledcza do spraw rosyjskich wpływów, w której zasiada towarzystwo w dużym stopniu o uleganie im oskarżane.

Problem w tym, że i konkrety zaczynają się wtedy rozpływać. Tomasz Lis, który miał dociskać dziennikarkę do ściany i całować na siłę i wsadzać makijażystce dłonie w „otwór w spodniach na wysokości uda” to chyba konkret? Ale sąd go nie skazał. Jaki z tego wniosek? Że jest niewinny. Wszystko należy do sądu, a więc do tego, do kogo należy sąd. Jak widać także język, bo przecież sprawa dotyczy dziennikarzy.

W ten sposób słowa nie mają już większego znaczenia. Ma znaczenie, kto ich używa i czy ma władzę by sprawiać, że będą „prawdziwe” lub „nie”. Czy jego są sądy, prokuratura, media. Nie wiadomo co można, co nie. Co jest kłamstwem, co nie. Wszystko zależy od władzy, od widzimisię, czasem od przypadku. Drzewiej już też tak bywało, ale jak dochodzą do tego media społecznościowe to powstaje coś nowego. Niezbyt przyjemnego i jak wiele nieprzyjemnych rzeczy – raczej nieuchronnego.

WIKTOR ŚWIETLIK: Jak tam funkcjonariusze?

Kariery słów, haseł i sloganów potrafią być bardzo zaskakujące, a to co niedawno było modne lub wzniosłe po krótkim czasie potrafi być największym obciachem. Myślę, że najpoważniejszy z tym problem będzie miała ta formacja polityczno-medialna, dla której kategorie trendu i obciachu były zawsze dużo ważniejsze niż jakieś, nomen omen obciachowe, dobro społeczne czy racja stanu.

 Weźmy taką „Julkę”. Kiedy w 2020 roku, na zgubę PiS, upartyjniony jak zawsze Trybunał Konstytucyjny zaczął grzebać przy ustawie aborcyjnej, wybuchły wielkie protesty, w których wzięła udział dzieciarnia. Mało kumata za to wymęczona pandemicznym terrorem. „Liberalne” (czytaj: lokujące swoje interesy w rządach PO) media zaczęły lansować postać młodej rewolucjonistki, która zyskuje coś w rodzaju świadomości klasowej, bo naruszane są jej prawa, a hasła o j… i wyp… to jej najbardziej szlachetna broń. Kilka miesięcy później szacowne jury konkursu na „młodzieżowe słowo roku” ocenzurowało pierwsze miejsce i go nie uznało. Miała wygrać je „Julka”. Ta Julka już nie była tą szlachetną, świadomą siebie polską Marianną, a niekumatym, ale bardzo chcącym „brać w czymś udział”, dziewczątkiem wykorzystywanym przez polityków i wielkie koncerny. W sumie ta Julka została z nami, ku krzywdzie zresztą wielu mądrych Julii, do dzisiaj.

Jeszcze mocniejsze, choć bardziej rozłożone w czasie, zjawisko dotyka czołowych haseł i medialnych graczy antypisowskiej rewolucji. Niedawno przypadkowo spotkałem kilku znajomych, którzy mocno się angażowali w walkę z PiS-owską opresją na każdym kroku, nawet przy rozmowie o pogodzie i pozdrowiłem ich słowami „jak tam jebaćpisy, zadowolone jesteście?” Ależ było oburzenie. Oni nie tacy, i nie byli tacy. Po prostu martwili się o Polskę. A przecież jeszcze niedawno j… PiS-u to był powód do dumy. Czyżby bycie „jebaćpisem” nie było już nim? Zdaje się swoją drogą, że określenia tego, będącego synonimem politycznego zombie, najpierw zaczął używać profesor Stanisław Żerko, wobec PiS zupełnie bezwzględny. Potem podchwycili to inni. A co z „silnymi razem”? Bycie „silnym” do niedawna budowało poczucie przynależności do tuskowej Żelaznej Gwardii, by podobnie jak oryginalni rumuńscy gwardziści, gdy przyjdzie czas wysadzić się ze śpiewem na ustach. I co? Nikt nie chce dziś „silnych razem”. Nawet Bartek Chaciński – nomen omen, ten sam, który swojego czasu jurorował w sprawie Julek – nazywa ich lekceważąco „silniczkami”. Krótko mówiąc bycie „silnym razem” i „jebaćpisem” nie jest już powodem do dumy. Nawet dla politycznych idoli tego towarzystwa. „Silni” stali się obciążeniem. Nie jest też przejawem pełni zdrowia psychicznego.

Ciekawie moim zdaniem potoczą się teraz losy określenia „funkcjonariusz”. Jak wszyscy pamiętamy funkcjonariusze, w najlepszym razie „pracownicy” pracowali w TVP i różnili się tym od prawdziwych dziennikarzy, którzy swą szlachetną misję pełnili w innych redakcjach. Między innymi tych, które dziś wspierają surrealistyczny hejt obozu Donalda Tuska, w dodatku tuż po zamachu na słowackiego premiera. Bezrefleksyjnie powtarzających najbardziej nienawistne tuskowe slogany. Wspierający równocześnie kampanie propagandowe PO zanim one jeszcze ruszą. Ewentualnie strojący się szaty pozornych symetrystów i napominający władzę w stylu: „uważajcie, bo będziecie tak straszni jak wasi przeciwnicy”. I co? Sądzicie, że ludzie nie zaczną mieć refleksji, że może funkcjonariusze są też w „Rzeczpospolitej” lub Radiu Zet, Wp.pl bo akurat w przypadku „Wyborczej” to wiadomo, tam to nawet rodzinne często? Zaczną. Szczególnie, że niedługo część z państwa zacznie bronić podwyżek cen energii i rezygnacji z kolejnych inwestycji, jak terminala zbożowego. Mówiąc krótko, będzie na drugą nóżkę. I bardzo dobrze, znaczy, że język żyje.

 

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Czyż więcej wart niż TVP Historia

Jednym z przejawów uśmiechniętej zmiany, którą miała wprowadzać nowa ekipa, miała być promocja wyższej kultury, będącej jej szczególnym emblematem. A przynajmniej intelektualnego haute couture, uszytego przez krawców z TVN, Wyborczej i Instagrama, na miarę podwarszawskiego miasteczka Wilanów lub osławionego wrocławskiego Jagodna. Efekty olśniewają!

 Oczywiście głównym ich producentem jest Ministerstwo Kultury i – tu najbardziej paradoksalna część nazwy – Dziedzictwa Narodowego. Instytucja ta została pozostawiona już szczęśliwie przez prawnuka noblisty. Dla mnie symbolicznym wręcz osiągnięciem pana B. Sienkiewicza było rozsyłanie pytań po rozmaitych komórkach, agendach oraz podległych instytucjach i sprawdzanie między innymi, która z nich śmiała dać pieniądze na Caritas. Niewątpliwie polski ksiądz, którego poznałem rok temu w Charkowie, który dziś jest tam jednym z najsprawniejszych dystrybutorów pomocy humanitarnej, musi być dla państwa polskiego wrogiem numer jeden.

Innym fantastycznym ruchem jest wpakowanie do instytutu mającego dbać o spuściznę Dmowskiego i Paderewskiego kilku radykalnie lewicowych i antynarodowych działaczy. Żeby było jasne, uważam profesora Adama Leszczyńskiego, który zajął miejsce profesora Jana Żaryna, za otwartego człowieka, z którym można porozmawiać, choć o poglądach radykalnie różniących się od moich. Tyle, że wstawienie go do tej instytucji, to jakby Żaryn został kuratorem wystawy poświęconej Róży Luxemburg w zamojskiej synagodze. Albo jakby Ziemkiewicz został prezesem fundacji zajmującej się promocją dorobku Adama Michnika. Albo jakby mnie ktoś zrobił kierownikiem pisma dawnego aktywu PZPR pod tytułem “Przegląd”.

Wydawałoby się, że polska myśl polityczna, przeszłość, jest wielowątkowa, więc może zawrzeć w sobie i kogoś w rodzaju Bronisława  Geremka i ludzi takich, jak Paderewski i Dmowski. Okazuje się, że nie. Paderewskiego i Dmowskiego trzeba po prostu zaorać, zgwałcić, obrzydzić. Skakać po wszystkim co jest nadmiernie patriotyczne, by się ludziom, nie tylko na Śląsku, polskości odechciało raz na zawsze. Leszczyński chyba średnio się do tej zabawy nadaje. Ba, może się nawet szybciej porozumieć z ludźmi o innych poglądach, ale z którymi będzie miał o czym pogadać, niż z autoryzującymi jego władzę troglodytami i karierowiczami. Dlatego on będzie twarzował, a brudną robotę wykonywał jego zastępca, który jest znanym fachowcem od niej, można by rzec, że prostym czekistą, a którego nazwiska nie pomnę i nawet nie chce mi się sprawdzać.

To jednak nie koniec. Na końcu jest wisienka na torcie. Crème de la crème. Ponoć w ramach oszczędzania na pensje panów Czyża, Orłosia i bezprawnie siedzącego w gabinecie prezesa tęgiego likwidatora, czy jak on się teraz nazywa, władze TVP zmierzają do likwidacji kanałów tematycznych. W tym konsekwentnie rozwijanej przez Piotra Legutkę TVP Historia, z którą byłem przez wiele lat związany. Dlaczego? Zapewne dlatego, że “nie ma pieniędzy”. Jakoś na Czyży jest. Może dlatego, że się “nie ogląda”? Już z góry panom uzurpatorom odpowiadam. Niechętny mediom publicznym Nielsen pokazuje, że TVP Historia miała lepszy udział w rynku niż konkurencyjne National Geografic, History, Discovery, Planete+. I osiągała to w sposób inny niż tylko pokazywanie nieustannie filmów o Hitlerze, co jest domeną części konkurencji. Nie chwaląc się, albo i chwaląc, niektóre z odcinków wymyślonego przeze mnie, a realizowanego razem z Agnieszką Żmijewską, talk show “Nie taka prosta historia” osiągały pod 100 tysięcy oglądających, co jest topem jaki może wyciągnąć tego rodzaju telewizja tematyczna. Ale został jeszcze jeden argument – TVP Historia była upolityczniona. Zapewne dowodem na to jest fakt, że przez osiem lat prowadziłem tam audycję poświęconą książce historycznej razem z takim fanatycznym pisowcem jak profesor Antoni Dudek, a omawialiśmy między innymi twórczość tak pisowskich autorów, jak Marcin Zaremba albo wspomniany Adam Leszczyński albo biografie takich faszystów, jak Jan Lityński czy Krzysztof Kozłowski.

I tu jest klucz do wszystkiego tego, co napisałem wyżej. Kulturkampf, który toczony jest dziś w Polsce, przez cyników z PO dla celów politycznych, przez Niemcy dla celów geopolitycznych, przez fanatyków z Czerskiej i okolic także dla celów ideologicznych, to nie walka o pluralizm. Wszystko co się różni im zagraża. Jest to tolerancja i otwartość na miarę Dzierżyńskiego, którego portrety po dziadziach zresztą może jeszcze w niektórych piwnicach zakurzone leżą.

  

WIKTOR ŚWIETLIK: Wolne media w służbie niezależnej prokuratury

Władza chce byśmy przez długi weekend wracali do sprawy oskarżeń wobec byłego szefa Orlenu, więc wróćmy. Do zwołanej de facto przez premiera konferencji “niezależnych” prokuratorów, która miała być koronnym dowodem dla publiki. To, że nie zadano na niej kilku najważniejszych, oczywistych pytań o samą tę konferencję i model działania prokuratury w tej sprawie jest najbardziej ponurym świadectwem roli jaką dziś pełni większość mediów. 

O pardon. Z sali padło jedno trudne pytanie, łatwo się domyślić skąd. W pewnym momencie Michał Jelonek z Republiki zapytał prokuratora krajowego o inne śledztwo, w sprawie poświadczenia nieprawdy przez Bartłomieja Sienkiewicza. Prokurator krajowy Daniel Korneluk odparł, że wie, ale nie powie, bo nie może. Było to bodajże jedyne pytanie, które brzmiało tak, jakby nie przysłano go wcześniej z kancelarii premiera.

Ktoś powie, że pisowska przesada. Tylko, że chwilę wcześniej jeden z dziennikarzy, takich lepiej poinformowanych, co zawsze ma “informacje ze swoich źródeł”, radził komuś w prywatnym mejlu, by atak na Obajtka nie skupiał się na Hezbollahu – bo “tamta strona” to ośmieszy i wykorzysta – a na osobie prezesa szwajcarskiej podspółki Orlenu. Pierdoła zamiast w wiadomości prywatnej zrobiła z tego ogólną wiadomość na serwisie X. Ciekawe do kogo pisała? Pewnie nie miało to żadnego związku z bezpośrednim konsultowaniem strategii między rządem, mediami i prokuraturą. Ot, to była po prostu taka abstrakcyjna próbka dziennikarska, surrealistyczny żart ze strony faceta, który nigdy w życiu wcześniej nie żartował. Podobnie jak żartem była grupa “Wejście” wkraczająca do PAP i wzorce biorąca od twórcy stanu wojennego, w której nowy prezes, likwidator, czy jak mu tam, siebie samego uważający za dziennikarza, wprost meldował politykom i obsługującym ich prawnikom każdy swój krok. Ale i po tym pytaniu Michała Jelonka – wracając do naszej konferencji – zabrakło kolejnego pytania.

Jak to jest, że jedno, proste w sumie śledztwo – bo Sienkiewicz skłamał albo nie i wystarczy sprawdzić jaki był stan formalny by to stwierdzić – jest tak diabelnie delikatnie, tak subtelne, a zarazem tak bardzo łatwo tu kogoś skrzywdzić, że prokuratora po prostu powiedzieć nic nie może. Za to w sprawie handlu ropą naftową na największą skalę w Europie Środkowej, największej fuzji gospodarczej w naszym kraju od kilkudziesięciu lat, nad którą pracowały dziesiątki audytorów, firm prawniczych, finansistów i księgowych, jego koleżanka, prokurator generalna Małogarzata Adamajtys po prostu wychodzi i sypie oskarżeniami jak z kapelusza. Tylko po to by prokurator Korneluk stwierdził na koniec, że śledztwa są bardzo skomplikowane, a wszystko jest na etapie początkowym. Nikt nie wpadł na to, by zapytać, jak to jest, jak śledztwo jest skomplikowane i na etapie początkowym, a pani prokurator Adamajtys sypie gotowymi tezami?

Nie zadano wreszcie najważniejszego pytania. Jak to jest, że premier tuż przed majówką robi mocną medialną wrzutę, wzywa prokuratora generalnego “do roboty”, ten wysyła dwoje swoich ludzi, by się wykazali, a oni jąkają się w sprawie, o której nie mają pojęcia. Sprawie, która wygląda w związku z tym na szytą politycznie, a swoje tezy powtarzają za… mediami, czego nie kryją? Potem te same media powtarzają to mówiąc, że… prokuratura powiedziała.

Nie wiem, czy Daniel Obajtek jest winny czy niewinny, ale wiem, że tuż przed weekendem mieliśmy do czynienia z prezentacją polityczno-prokuratorsko-medialnej maszynki do mielenia ludzi. Ta maszynka ani z prawem, ani z niezależnością prokuratury, ani tym bardziej, niezależnością mediów do nie ma nic czynienia. Za to może, gdy się ją włączy, sprawnie kogoś przemielić i zniszczyć. Kogoś, kto obecnej władzy przeszkadza albo kogoś, kto po prostu zasłoni inne rzeczy, jak choćby kwestię rezygnacji z budowy CPK. Bo przecież po to ten objazdowy cyrk usłużnych prokuratorów i dziennikarzy Tusk wezwał.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Adwokacka „wolność słowa”

Nigdy zawodowo nie miałem nic wspólnego z „Gazetą Wyborczą” i nigdy jej nie lubiłem. Nie chodzi o to, że czuję się jakoś lepszy od osób, którym się to przydarzyło i prędzej czy później się sparzyły, jest to trochę premia wieku, ale przyznaję – jest mi z tym dobrze, a od kilku dni jeszcze lepiej.

Kilka dni temu miałem arcyciekawe sądowe spotkanie z jedną z najbardziej ponurych postaci polskiego dziennikarstwa – panią Agnieszką Kublik, zwana przez swojego dawnego redakcyjnego kolegę „cynglem Michnika”, a przez polityka lewicy Włodzimierza Czarzastego jego „Hieną”. Pani redaktor to – jak się przedstawia – z zawodu socjolog, a dziś biedna emerytka. Towarzyszył jej prawnik Piotr Rogowski, czasem mylnie nazywany adwokatem, człowiek, którego funkcjonowanie w koncernie Agora pokazuje, że Adam Michnik potrafi być niekiedy lojalny. Mimo ciągle przegrywanych spraw wciąż jest na stanowisku. Brak talentów nadrabiany śliskością widocznie w pewnych branżach się sprawdza.

Sprawę przyznaję – o naruszenie dóbr osobistych – wytoczyłem ja. Nie za bardzo miałem wyjście, bo Madame Kublik kilka lat temu w swoim stylu pozmyślała po części, a po części przepisała za mitomanem Wojciechem Cieślą, historię, jak to kręciłem lody na jakiejś niszczącej ludzi farmie trolli w wyniku czego wylano mnie z pracy, czyli z Trójki.

Dlaczego o tym piszę? Bo trzy godziny spędzone na sali sądowej w takim towarzystwie chciałbym jakoś spożytkować. Zaciekawiła jednak mnie w tym wszystkim argumentacja samego Rogowskiego, która jest creme de la creme podejścia całego tego środowiska do prawdy. Oczywiście pełnomocnik jest po to, by bronić swojego klienta, ale jednak linia tej obrony jest bardzo symptomatyczna. Po pierwsze więc, tak w ogóle, to pani Kublik nie odpowiada za cały swój tekst, bo jej w redakcji ktoś podopisywał, a kto to nie wiadomo, bo było dawno. Tak się w redakcjach robi, że się dopisuje. Po drugie pani Kublik jest emerytką, którą gnębię, bo chcę wywołać jej łzy. Poza tym jestem ponurym typem, Rogowski skorzystał z możliwości jaką (jak zapewne sądzi) daje mu „adwokacka wolność słowa” i zaczął w mowie końcowej obrażać pracowników kolejnych redakcji w jakich pracowałem, a także mnie pomawiać o rozmaite straszliwe rzeczy, włącznie z zabraniem dwóch miliardów chorym na raka dzieciom.

Ciekawsza jest jednak inna sprawa. Radca Rogowski w pewnym momencie zaczął, przynajmniej ja tak to interpretuję, szantażować sąd modnym tematem przygotowywanych przepisów „antySLAPP-owych”, które mają rzekomo służyć zabezpieczeniu redakcji i NGO przed blokowaniem ich pozwami.

Tu drobny rys historyczny. Radca Piotr Rogowski to ten prawnik, który jak mało innych osób odegrał wyjątkowo parszywą rolę w niszczeniu wolności słowa i terroryzowaniu publicystycznych przeciwników pozwami. Swojego czasu w imieniu Adama Michnika powytaczał procesy całemu szeregowi naukowców i publicystów, którzy śmieli skrytykować jego żywiciela. Część z tych ludzi poszła na ugody czy przeprosiła, żeby nie wozić się po sądach ze zbliżoną do aparatu władzy potężną spółką. Przy okazji Rogowski popisywał się, widać ma to we krwi, grafomańskim stylem, który sprawił, że Rafał Ziemkiewicz przez jakiś czas dokonywał publicznych odczytań jego pozwu (Michnik domagał się wówczas 50 tysięcy złotych). Nieustannie to bawiło.

Nieskładne wywody pani Kublik i jej obrońcy mnie nie dziwią. Tak się kończy jak się zmyśla, kiedy nie jest w stanie się wziąć odpowiedzialności za własne słowa i ich bronić. Historia antySLAPP-owa jest jednak bardziej poważna. Ten przykład pokazuje bardzo symptomatyczne zjawisko, które czeredka z „Wyborczej” świetnie opanowała. Wykorzystywanie rozmaitych pozornie prodemokratycznych i proobywatelskich regulacji, szczególnie na poziomie unijnym, do faktycznego bądź to cenzurowania (walka z mową nienawiści), bądź zapewniania sobie bezkarności w niszczeniu ludzi. „Niewiele jest odkryć bardziej irytujących niż to, które odsłania rodowód idei” – brzmiał cytat z Lorda Actona, który znany jest głównie z tego, że stanowi motto „Drogi do zniewolenia” Friedricha Augusta von Hayeka, nomen omen książki nigdy na Czerskiej za bardzo nie lubianej. Ale jedno odkrycie jest może nie bardziej irytujące, ale na pewno zabawniejsze. Tego, co próbują z ideami robić nieudolni, prawniczy cinkciarze.

Jest jednak jedno światełko w tunelu. Podczas naszego uroczego spotkania w sądzie pani Kublik wpatrywała się jak w obrazek w mecenasa Artura Wdowczyka, tego samego, który przez lata pomógł tak wielu osobom z SDP i podopiecznym CMWP. Artur, jako jego przyjaciel wiem o czym mówię, ma zbawienny wpływ na ludzi. Może będzie tak i w tym przypadku?

 

O kłamstwach w mediach pisze WIKTOR ŚWIETLIK: Święte łganie albo karuzela z kretynami

Znajoma psycholog z wieloletnim stażem żachnęła się, kiedy powiedziałem o “pozytywnej manipulacji”. „Kiedyś uczono nas, że nie ma pozytywnej manipulacji. Technik manipulacyjnych uczyło się po to, by umieć je rozpoznawać, by się przed nimi bronić. Teraz zaczyna się je traktować jako część warsztatu” – stwierdziła. To zupełnie jak w dziennikarstwie. Tyle, że w dziennikarstwie tak jest z kłamstwem. Stąd zadziwiająca kariera zmyśleń Tomasza Piątka.

Nie jest tak przecież, że kiedyś dziennikarze nie kłamali. Łgali gęsto i często a było to w koordynacji z działaniami politycznymi. Ale w czasach faceta, który przez wyborami obiecywał benzynę po pięć złotych, a dziś mówi, że o cenie paliwa decyduje rynek, wszystko to jest bardziej na rympał. Kiedyś, choćby wtedy, kiedy przeprowadzano operację Tymiński na początku lat 90. zaangażowane w nią były rozmaite agentury, fałszywki. Załatwiano – niezbyt zresztą, przyznać trzeba, ciekawego kandydata – koronkowo, tak by ludzi przekonać. Trzeba było to wszystko uwiarygodnić. Podobnie było, gdy ludzie służb z otoczenia Tuska wykańczali potem kandydata na prezydenta, a obecnego ich sojusznika – Włodzimierza Cimoszewicza. Trzeba było jakąś babę zaangażować, ona musiała coś zasugerować, dobrze trzeba było ją zbriefować. Wszystko to trzeba było dostosować do jakiś faktów, profilu psychologicznego faceta, tak by go zniechęcić. Profeska.

A teraz? W tym tygodniu szef Radia Zet przeprosił za publikowanie wymysłów Piątka na temat Krzysztofa Stanowskiego i jego – a jakże – rzekomych moskiewskich powiązań. Bardzo roztropne było to, że pan Sawala przestraszył się jazdy, którą wśród grupy komercyjnej może mu urządzić wpływowy dziś Kanał Zero. Tyle, że na pewno nie mógł dopiero po tej publikacji stwierdzić, że coś jest nie tak. Przecież podług tego modelu, tworzenia jakiś fantasmagorycznych modeli powiązań, w które dawniej mógłby uwierzyć tylko kretyn absolutny lub paranoik, działalność Piątka rozwija się od lat. Stosując tę samą metodologię połączył z Kremlem pół PiS-u z Morawieckim, Kaczyńskim i Macierewiczem na czele, a Radio Zet podobnie jak cztery piąte polskich mediów, cytowało to z aprobatą jako cenne odkrycia i efekty dziennikarskiego śledztwa, a ważni świadkowie, “zawsze anonimowi” potwierdzali te sensacje. Wszystkim tym wspierała się zresztą ekipa Donalda Tuska wraz z nim samym.

A pamiętacie sensacje niejakiego Marcina W. który twierdził, że nagrania z afery podsłuchowej sprzedano Rosjanom? Donald Tusk uznał go za “bardzo wiarygodnego świadka”, ba, domagał się komisji śledczej w tej sprawie, co na chwilę nasze media ochoczo i bezkrytycznie podchwyciły. Ale zaraz potem porzuciły, kiedy się okazało, że ten wiarygodny świadek twierdzi także, że syn Tuska, obecny główny specjalista w pomorskim urzędzie marszałkowskim nosił papie brudne pieniądze w reklamówce z Biedronki. Oczywiście wtedy, poprzedniej sprawy nie dementowano. Po prostu ją zniknięto – ewaporowała.

Można by mnożyć – więzienia pełne opozycjonistów, przygraniczne pola śmierci, regularne publikowanie tekstów zdefiniowanych mitomanów w rodzaju niejakiego Krzysztofa Boczka, który nie tylko, że zmyślił ciężarną rzucaną na druty kolczaste, co stało się kanwą filmu Agnieszki Holland, ale też choćby napisał tekst o PAP, w którym zrobił 52 błędy.

Kłamstwo, mitologizowanie, ściema – to zawsze funkcjonowało w mediach, ale było jednak czymś cichym, choć pozornie potępianym. Od któregoś momentu to się zmieniło i zwyciężyło podejście rodem z “Pana Jowialskiego” Fredry: “Jeżeli kłamię, niech mnie piorun trzaśnie! Tak zaczął kłamca. Wtem zagrzmiało właśnie, A on, czym prędzej dokańczając mowy: Żem zawsze kłamał i kłamać gotowy!”

Kłamstwo stało się powodem do dumy, a obiektem krytyki mogła być co najwyżej jego skuteczność. Po prostu na liberalnej lewicy zwyciężyło w pełni postmodernistyczne podejście, że prawda nie istnieje, a media to rodzaj artystycznej kreacji, sztuka z kolei musi służyć wzniosłym politycznym celom, które wyznacza grupa ta co zawsze. Oczywiście te cele to też ściema, bo tak naprawdę za nimi jest paru chciwych, zdemoralizowanych cwaniaków kręcących wielką karuzelą z kretynami. Może i zawsze tak było, ale dziś – jak na czasy przystało – jest bardziej tandetnie.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Awans społeczny i 10 kwietnia

Przed piętnastym października ubiegłego roku mieliśmy w mediach patologię i propagandę, na szczęście to się zmieniło. Jak powinna wyglądać wzorcowa symbioza dziennikarzy i polityków mogliśmy przekonać się choćby 10 kwietnia tego roku. Standard może nie jest nowy, ale teraz wprowadzany w większym stopniu bez zakłóceń.  

Najważniejsza jest koordynacja. Czasem zresztą wynika ona zresztą z planu, a czasem – w dobrej wprawionej w boju organizacji – wszyscy sami siebie wiedzą co robić. Myślę, że tu było i tak, i tak. Cóż się mogło nie udać, wszystko się udało, posypią się podwyżki, a z czasem pewnie i odznaczenia państwowe.

Trzeba jeszcze jedno docenić. Awans społeczny. Może nie dla wszystkich, ale dla pewnych grup zdecydowanie. Kiedyś ludzie dokuczający rodzinom ofiar tragedii, kpiący z samych tych tragedii, byli jakimiś anonimowymi trollami. Pisali z satysfakcją komentarze pod artykułami korzystając z oszczędności na moderacji. Jeszcze wcześniej pisali anonimowe listy do mediów, donosy do SB albo paśli się swoimi emocjami i wyobrażeniami w zaciszu wypełnionych nienawiścią mieszkań. Teraz w pełni partycypują w życiu publicznym. A pełna partycypacja różnych grup w życiu publicznym to jeden z celów Unii Europejskiej!

Zaczyna więc choćby Radosław Sikorski. Delikatnie, wzruszająco. Podaje link ze zdjęciem stewardessy z prezydenckiego samolotu, na którym napisane jest, że piętnaście minut przed katastrofą powiedziała “panie dyrektorze, wróćmy”. Z artykułu wynika, co prawda, że “miała tak powiedzieć”. Miała tak powiedzieć, bo wszystkie te rozmowy to skrawki, które są dowolnie interpretowane, albo i fałszywe. Portal, który opublikował tekst właśnie dlatego, klasycznie zabezpieczał się prawnie sformułowaniem “miała powiedzieć”. “Mieli powiedzieć” w mediach wszyscy wszystko. Przyjaciel Sikorskiego, o ile ci ludzie mają przyjaciół, Tomasz Lis uwielbiał kpiarsko odwoływać się do rzekomych słów generała Błasika “zmieścisz się, śmiało” i do rzekomych kozackich rozmów między pilotami tuż przed lądowaniem. Wszystko to “mieli powiedzieć”.

Ale dlaczego Radosław Sikorski zdecydował się akurat w ten sposób uczcić tę rocznicę, w której przecież zginęło wielu ludzi, których znał? Raczej wątpliwe by miał jakieś szczególnie dobre relacje z Barbarą Maciejczyk, bo był znany z tego, że osoby z obsługi, w swoim mniemaniu niżej stojące w hierarchii społecznej od siebie, traktował mocno z góry – mówiąc najdelikatniej. Ta sprawa poruszyła go z jednej przyczyny, z jednej przyczyny wykonał ten jeden rocznicowy gest. Bo wpis, ta rzekoma wypowiedź, która “miała się odbyć”, a nie wiadomo czy się odbyła i w jakim kontekście, ma obciążać Lecha Kaczyńskiego. Przerażona kobieta błaga by wracać, ale on nie, twardo chce wymordować wszystkich.

Kolega Sikorskiego i Tuska Roman Giertych już nie miał takich skrupułów. Pasł nienawiść wszystkich silnych razem wyśmiewających się z żartów o “tu polewie” domagając się zbadania wariografem Jarosława Kaczyńskiego, by wyjaśnić wspólnictwo braci w katastrofie.  Potem nieoceniona Pani Shnepf – Wysocka zaprosiła, rocznicowo, Giertycha do odzyskanej telewizji publicznej by odbyć z nim rocznicową rozmowę na ten temat. Brawo! Good job. Co musieli po tej rozmowie czuć bliscy zmarłych, ci ludzie, którzy co roku w tym dniu płaczą,? Nagrodą za taką rozmowę może być nieujawniana pensja, a i zapewne przyłoży się to do dobrej placówki dyplomatycznej dla małżonka.

W tym samym dniu Jarosław Kaczyński nożyczkami odcinał od pomnika smoleńskiego tabliczkę, na której ktoś napisał rozmaite kalumnie na temat jego brata, najbliższego mu człowieka. Takie tabliczki to ważna sprawa. Od momentu kiedy zostaną do pomnika przyczepione strzeże ich stroskana ich losem ekipa dziennikarska. Podobnie jak w sytuacjach, gdy “przypadkowi obywatele” w tym dniu postanawiają obrazić Kaczyńskiego ich prawa głosu strzeże “obywatelski” serwis Okopress, “Gazeta Wyborcza”, “Newsweek”. Ale jest zawsze śmiechu z tego, co Kaczyński odpowie. Ale jest oburzenia, że starszy pan nożyczkami, trochę nieporadnie próbuje z pomnika brata usunąć napis urągający pamięci w rocznicę jego śmierci. Brecht jest. Zabawa. Oburzenie. Emocje. Radość – ale będą wirale. Będą szaleć po mediach. Wszyscy się ubawią.

W tym samym dniu posłowie koalicji Donalda Tuska w europarlamencie współprowadzili do przyjęcia przez Polskę paktu migracyjnego. Dwa dni później w Sztokholmie zginął Polak, który grupie młodych przybyszy spoza Europy zwrócił uwagę, że są zbyt głośno. Zastrzelono, go na oczach dwunastoletniego syna. Czytelnik Okopress, widz TVP, o tym się nie dowiedział. Cóż, szum informacyjny szkodzi. A nowa uśmiechnięta Polska dba o społeczeństwo i w tym zakresie.