CEZARY KRYSZTOPA: Generator beki niezamierzonej, czyli dyletanckie wersety opozycji – odc. 373

– Dlaczego Pisiory mają aż 37 procent poparcia? – zapytała pod postem z ostatnim sondażem Kantara jedna ze zrozpaczonych zwolenniczek Donalda Tuska – Bo opozycja jest tak durna, że aż trudno w to uwierzyć – odpowiedziałem (abstrahuję tu od wiarygodności sondaży).

Nie wiem jaki jest strategiczny plan Donalda Tuska, choć nie wygląda na to żeby miał coś wspólnego z wygrywaniem wyborów. Wszystko wskazuje na to, że Donald Tusk chce te wybory przegrać, a jednak trudno uwierzyć żeby w tym tajemniczym spisku uczestniczyła cała partia. Jak jednak tego nie zakładać, skoro inaczej trzeba byłoby przyjąć, że mamy do czynienia z wyjątkową w polskiej polityce po 1989 roku bandą kretynów.

Z pustymi rękami

PiS rządzi drugą kadencję. Jak każdą partię władzy, dotykają ją patologie i pewnego rodzaju wypalenie. Nie wiem ile z tego co Gazeta Wyborcza pisze o zdymisjonowanym wiceministrze Wawrzyku jest prawdą, nie jest to medium do którego mam choćby minimum zaufania, ale problem kiepskiej kontroli nad migracją istnieje i gdyby opozycja potrafiła złożyć dwa do dwóch, zapewne po kampanii partii rządzącej nie byłoby co zbierać. Tylko, że w tym celu trzeba dysponować jakąś minimalną wiarygodnością i powagą, a tą największa partia opozycyjna od dawna nie dysponuje. Szczeniacki sposób bycia jej lidera tym bardziej tu nie pomaga. I tak do kolejnych wyborów Platforma Obywatelska idzie z pustymi rękoma, durnymi grepsami i wszystkimi sklepami w okolicy poobrażanymi.

Generator

Ostatnim hitem Internetów jest platformerski „generator” memów z Jarosławem Kaczyńskim. Sztabowcy PO zlecili sztucznej inteligencji wytworzenie portretu Jarosława Kaczyńskiego z nienaturalnie wielkimi oczami i napisem „Ja jestem zagrożeniem”. Grafika pojawiła się na bilbordach i w Internecie. Już samo założenie, że twarz starszego pana z oczami jak z mangi kogoś przestraszy, wydaje się dosyć groteskowe, ale gdyby tego było komuś mało, powstał zamieszczony w sieci „generator” napisów do tej grafiki, przy pomocy którego internauci mogą dopisać czemu według nich zagraża Jarosław Kaczyński. W takich sytuacjach internautom nie trzeba dwa razy powtarzać.

Sieć zalana została platformerskimi grafikami, według których Jarosław Kaczyński jest zagrożeniem dla różnego rodzaju mafii, dla „Rudego i cwaniaków jego”, dla germańskich klakierów, dla „ryżego Donka”, dla „sołtysa z Chobielina”, dla Grupy Webera, dla „Hyżego Rója”, dla Belzebuba, dla folksdojczów, dla „przygłupów z PO”, dla europejskich szatniarzy, dla „niemieckiego rumaka” i „włoskiego ogiera”, dla aktywiszcza z Sopotu, dla pomagierów Baćki, czy dla Tuska.

Będzie na nas

To ostatnie wprawdzie nie powinno mieć miejsca, ponieważ równie zabawna jak sam „generator” jest lektura kodu źródłowego strony, w którym twórcy zapisali kilometr słów, których teoretycznie „nie wolno w generatorze użyć”. I tam pracowicie wyliczyli nie tylko nazwisko i przezwiska Tuska, ale również umieścili we wszelki odmianach „Niemców”, „Unię Europejską” czy „Brukselę”. Co ciekawe pod ich ochroną znalazły się również „Rosja”, „kacapy” czy „naziści”. Cóż to jednak za wyzwanie dla internautów, skoro wystarczy wstawić dodatkową spację żeby uzyskać autoryzowaną przez Platformę Obywatelską grafikę głoszącą, że „Kaczyński jest zagrożeniem dla bandy Ryżego”? A nie jest to pierwszy raz kiedy Platforma natka się na te grabie. Podczas prezydenckiej kampanii wyborczej w 2015 roku była to akcja „Co na to Bronek”.

Naprawdę tak trudno było to przewidzieć? Tak się zastanawiam, może warto ich wszystkich jakoś zabezpieczyć? Wiele wskazuje, że sami dla siebie są znacznie większym zagrożeniem, niż Jarosław Kaczyński. Nie wiadomo co im do głowy wpadnie, a jakby co to przecież będzie na nas.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Szewińska, Mulak – jako niedoścignione wzory i sport w TVP

Budapeszt. Nabiegali się, naskakali ale w gruncie rzeczy to się… nie udało. No cóż, bywa. Zacznijmy od wspomnień. Otóż, dawno, dawno temu gdy jeszcze Brama Krakowska zapinała się na zatrzaski, a młoda staruszka siedziała na drewnianym kamieniu – wspaniała Pani sportsmenka Irena Kirshenstein-Szewińska zdobyła olimpijski złoty medal i ustanowiła nieosiągalny jak dotąd przez inne panie rekord świata na 400 metrów.

Był Wunderteam, był Pan trener Jan Mulak. A teraz można sobie tylko powspominać. Niedawno Zbigniew Rytel zrobił doskonały – moim zdaniem – film o Ryszardzie Szurkowskim. Na kolaudacji żądano jednak zmian. I nagle, bardzo chory po wypadku, nasz wielki kolarz umarł. Ocknął się ówczesny prezes Jacek Kurski i polecił jeszcze tego samego dnia film Rytla emitować. Widzowie wpatrzeni w mały ekran zdziwili się, że TVP wyemitowała film dzień po śmierci kolarza.

Teraz nowy prezes TVP a wcześniej wiceprezes robi porządki. Widzimy, że odsuwa niektórych dziennikarzy od redakcji sportowej. Oby kontynuował te działania. 50-ciu dziennikarzy zatrudnia TVP-Sport. Dlaczego nie ma filmu np. o Pani Irenie (choć od roku leży tam gotowy scenariusz)? Dlaczego nie ma filmów o miotaczu Rucie, o Sidle, o Krzesińskiej i wielu innych, którzy rozsławili polski sport? Dlaczego? Dlaczego?

TVP ma spore pieniądze, ma przepastne archiwa. Ludzie którzy nie czują sportu nie powinni go propagować. Trzeba znaleźć, wyszukać i promować następców Tomaszewskiego, Ciszewskiego, Żemantowskiego, Hopfera i im podobnych – zdolnych, telewizyjnych i pracowitych. Może budapesztańska klęska potrząśnie decydentami od sportu.

 

 

O adwokacie opozycji, który ukrywa się przed Temidą pisze CEZARY KRYSZTOPA: Cieć na wybory

Kiedyś Roman Giertych miał na scenie politycznej samodzielną pozycję. Można się z nim było zgadzać, lub nie, ale przynajmniej nie był cieciem. Dziś polityczna pozycja Romana Giertycha jest ze wszech miar żałosna. Była taka i wcześniej kiedy pokątnie zgłosił go jako kandydata na senatora Szymon Hołownia, była taka i wtedy kiedy został wydalony dzięki staraniom Lewicy z ram Paktu Senackiego, a nawet wtedy kiedy jego kundelki ruszyły do ataku na potencjalną lewicową konkurentkę Magdalenę Biejat.

Być może apogeum upokorzenia Giertych osiągnął w momencie kiedy okazało się, że na listach Platformy jest miejsce dla takich cudaków jak Michał Kołodziejczak, ale nie dla zasłużonego „adwokata opozycji”.

Upokorzenia

Choć z drugiej strony, czy mniejszym poniżeniem było ostatecznie umieszczenie Giertycha na ostatnim miejscu listy w Kielcach, jak ogłosił sam Tusk, nie ze względu na jakieś Giertycha przymioty, ale po to żeby zrobić na złość startującemu w Kielcach z listy Zjednoczonej Prawicy Jarosławowi Kaczyńskiemu? Tym bardziej, że sam Tusk mówi, że ta kandydatura wywołuje u niego „dyskomfort”? Ciekawe jakie uczucia wywoływał Giertych u Tuska kiedy jako adwokat reprezentował jego syna Michała?

Roman Giertych jest najwyraźniej gotów znieść wiele, ponieważ jako unikający polskiego wymiaru sprawiedliwości, bardzo potrzebuje immunitetu. A nie ma gwarancji, że na karuzeli z kandydatami się utrzyma. Dziś polityczne „życie” kandydata na opozycji potrafi być bardzo krótkie, o czym przekonali się liczni już kandydaci, począwszy od Jana Hartmana, a skończywszy na Jaaaaaaaaaanie Shostak.

Eksperyment

Póki co przeprowadzany jest na nim eksperyment badania wytrzymałości kręgosłupa. Przedmiotem publicznej debaty jest pytanie czy Giertych, niektórzy twierdzą, że związany z Opus Dei, na pewno postrzegany, słusznie czy nie, nie wiem jak tam ostatnio, jako człowiek wierzący, podpisze deklarację poparcia dla programu Platformy, którego jednym z niewielu znanych punktów jest postulat legalności aborcji do 12 tygodnia ciąży – Wiem, że Roman jest przeciwko aborcji i uważam, że nie zmieni poglądów. I dobrze, powinien pozostać wierny przekonaniom – mówi jego ojciec Maciej Giertych. A ja bym sobie ręki nie dał uciąć.

Tak czy siak, od dyżurnego wroga lewackich aktywistów do ciecia zmiatającego hasztagi na Twitterze dla środowiska, które się nim brzydzi, to dość smutna ewolucja tak dla adwokata, jak i polityka.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Jeśli napadną na mój kraj…

Jeśli napadną na mój kraj – teraz, jesienią, zimą, wiosną – czy kłócić i kłamać przestaną Tusk, Kamysz, Hołownia i na zakąskę śmieszny Kołodziejczak? Czy zamkną usta wyznawcy liderów, których, dla kontynuacji „kariery” w przyszłym Sejmie, nie powstrzymuje wstyd a nawet zdrada? Czy głupi szczeniak dla prywatnego interesu pójdzie w układy ze zbrodniarzami zabijającymi i grabiącymi naszych sąsiadów? To nie jest żadna opozycja. To wrogowie, piąta kolumna – zaprzańcy i zdrajcy. O tych mówił stary Maciej z „Pana Tadeusza”: głupi, głupi, głupi.

Z jakimż trudem przyszło dobić się suwerenności. I ile wyciekło krwi, ile było koszmaru, ile bólu i tragedii. A jednak z podłym  grymasem twarzy śmią mówić: „nie Polska a Europa!”. „Ja nie jestem Polką, Polakiem – ja jestem i chcę być Europejczykiem”. Głupi nie boją się teutońskiego mordercy ani ruskiego batoga. Wykluwają się nagle nawet wśród lubianych i popularnych.

Nienawiść! Gangrena nienawiści to choroba gorsza niż alkoholizm czy koronawirus. Idzie to przez kraj, który rozwija się jak nigdy i zalewa go śmierdzącą cieczą. To gorsze niż tysiące ton śmieci zwożonych do Polski za judaszowe eurosrebrniki. Ten szlam trzeba zatrzymać perswazją a nawet siłą. Wrogich ludzi zatrzymać trudniej.

Małżeństwo, które się pożre i znienawidzi nie powinno już wchodzić do jednego łóżka. Zacietrzewieni zmęczą się, zostaną wyśmiani i wzgardzeni. Któż pamięta już nawet nie po latach, ale po miesiącach o głupich wodzach, nieudolnych przywódcach – prezesach, premierach, ministrach. Poszli won, niech siedzą cicho i modlą się do topniejącej kupki ukradzionych pieniędzy. Właściwie ich miejsce powinno być w pierdlu. Ale ludek znad Wisły to dobrotliwe towarzystwo i nie pamiętliwe stworzenia. W newralgicznych momentach obronić się potrafimy. Kosy idą na sztorc a wolontariuszy zgłosi się więcej niż można będzie zorganizować batalionów. Niestety, pamięć krótka – skleroza połączona z Alzheimerem pustoszy głowy.

Niemiecki rzeźnik mordował warszawską Wolę a dokończył żywota na ciepłej państwowej posadzie. Żydzi powiesili Eichmana, ale dali się przekupić i weszli w ścisłe relacje ekonomiczne z opłacającymi się teraz sowicie potomkami morderców i grabieżców. Zresztą i u nas niektóre samorządy dopuszczają do nazistowskich ekscesów.

Naród odpowie w referendum, Polacy obronią Polskę, na to znajdzie się siła i odwaga. Chcemy gwarancji sojuszów, ale już przekonaliśmy się, że one mogą nas zawieść. Niedotrzymane może być słowo ludzi, którzy honor postawią po interesie własnym. „Pecunia non olet” tak jest niestety. Tak się w świecie, w życiu dzieje.

Teraz poprośmy jeszcze by zamknęli się ujadacze, ale chyba tego nie zrobią. Nawet gdy wróg wykona atak. Nawet, kiedy będzie to atak rozpoznawczy. Oni tak zwykle czynią: razwietką nazywają. Żaden wraży statek powietrzny nie powinien bezkarnie przekroczyć granicy na polskim niebie. Organizatorów przemytu ludzi należy nie tylko wyłapać, ale i pozbawić możliwości uprawiania tego procederu.

Nie bójmy się. Straszenie to szantaż. Tchórzostwo, czyli przekonywanie, że będzie gorzej to nie obrona. To zagrożenie bytu! Suwerenności. Poradźmy sobie z własną 5-tą kolumną. Zbrójmy się i organizujmy do obrony. Już ostatni to czas i alarmowy dzwon. „Wakacje” się skończyły. Nadchodząca rocznica tragicznego września ’39 – to memento! Koniec z gadaniem, trzeba wydłubać zgniłe robaki z życiodajnego jadła. Jest nas dużo i mamy wiarę!

 

Do szacunku dla dobrych rad nawołuje STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Posłuchajcie Andrzejewskiego

Przedwyborczy bełkot medialny staje się nie do zniesienia. Już nikt nikogo nie słucha, a wszyscy naraz nadają. To ma być kampania wyborcza?!

Trzeba się uspokoić. Niech zaczną media. Zamiast zalewać nas potokiem informacji – w tym odgrzewanych do znudzenia – szumem dezinformacji i kłamstw – ograniczmy się do nadawania wypowiedzi ludzi mądrych. Z obu stron barykady. W Hallerowie, czyli we Władysławowie odpoczywa po wieloletniej skutecznej pracy mądry, bardzo zasłużony w obronie naszych uczciwych obywateli, mecenas Piotr Łukasz Juliusz Andrzejewski. Dobrze byłoby, żeby jeszcze raz stanął w szranki. Właśnie teraz gdy Ojczyzna jest znowu w pilnej potrzebie. Rządzić to mu nie dadzą, zresztą i on sam już tego nie chce. Nie będzie kandydował w nadchodzących wyborach (a szkoda!) ale doradzać i to konkretnie Prezesowi, Premierowi i Prezydentowi powinien. Wszędzie tam niestety są wprawdzie tabuny doradców, ale to na ogół ludzie mało odważni (delikatnie mówiąc) sugerujący to, czego szef chce. Tak to już jest – schlebiacze i lizusy zawsze mają się lepiej (oczywiście do czasu!).

Polityk, adwokat, działacz opozycji demokratycznej w PRL, senator I, II, III, IV, VI i VII kadencji Senatu, sędzia Trybunału Stanu, rodem Warszawiak, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego z wyboru i rodziny o wspaniałych niepodległościowych korzeniach – teraz mieszkający za bałtycką morską wydmą we Władysławowie. Senator żyje teraz nad otwartym morzem, w pięknym modernistycznym pensjonacie „Solmare” wybudowanym przez rodziców Wandę i Aleksandra Andrzejewskich właśnie w Hallerowie w 1936 roku. W tym miejscu w groźnych dla Polski chwilach zbierała się opozycja, a w 1982 ubeckie bojówki go podpaliły niszcząc archiwum i część budynku.

3 czerwca 2007 roku do ówczesnego premiera Rządu Rzeczpospolitej Polskiej Jarosława Kaczyńskiego mec. P. Ł. J. Andrzejewski pisał:

„Wychodząc z akceptowanej w prawie cywilizacji łacińskiej zasady prawa międzynarodowego: pacta sunt servanta, należy uznać aktualne próby podważenia zasad funkcjonowania Unii Europejskiej jako zintegrowanych działań podmiotów prawa międzynarodowego jakimi są Wspólnoty Europejskie i poszczególne państwa, które to działania mają ugruntowaną aktualnie podstawę prawną w Traktacie Nicejskim, za wymagające szczególnego uzasadnienia w myśl drugiej zasady mogącej usprawiedliwić zmianę obowiązujących powszechnie ustalonych reguł funkcjonowania Unii brzmiącej rebus sic standibus*.

Polska jak i 10 innych państw europejskich, kierując się zasadą domnimania wiarygodności dotychczasowych podmiotów tworzących podstawy funkcjonowania Unii Europejskiej, przystąpiła do tej formacji na ustalonych i jednomyślnie w drodze kompromisu przyjętych na warunkach i zasadach określonych w aktach akcesyjnych znajdujących oparcie w Traktacie Nicejskim.

Propozycję podważenia istniejącego status quo w oparciu o wątpliwy co do jakości poprawności prawnej, a nadto odrzucony przez część państw wspólnot tworzących Unię projekt tzw. nowego traktatu konstytucyjnego Unii Europejskiej uważam za nieaktualną i niewartą próby jego reanimacji.

Projekt ten narusza szereg fundamentalnych zasad obowiązujących dotąd w prawie międzynarodowym, jak m.in. zasady równowagi i równości stron – jedno państwo – jeden głos materii dotyczącej każdego z członków wspólnot tworzących Unię – połączonej z zasadą suwerenności państw – członków wspólnoty.

Próba politycznego narzucenia poglądów i rozwiązań sprzecznych z tymi zasadami winna być poddana dalszym negocjacjom” – pisał 16 lat temu Andrzejewski.

(…) „Sfera spraw regulowanych tzw. prawem unijnym mającym priorytetową przewagę nad prawem wewnętrznym poszczególnych krajów tworzących kompleks unijnych dotyczy dwóch przedmiotów regulacji: praw i obowiązków obywateli państw zjednoczonych w Unii i praw i obowiązków państw tworzących Unię jako podmiotów prawa międzynarodowego.

Ten podział przedmiotu regulacji prawnej winien znaleźć odzwierciedlenie w trybie stanowienia prawa odrębnym dla każdej z tych grup przedmiotu regulacji. W jednym i drugim przypadku uważam za wskazane odwołanie się do zasady równości podmiotowej. Podmiotowość obywateli państw Unii Europejskiej zgodnie z zasadą równości reprezentatywności każdego z nich uzasadnia zasadę głosowania podwójną większością w zakresie praw i obowiązków każdego obywatela Unii.

Podmiotowość państw członków Unii w obrębie ius gentium i równość ich traktowania z poszanowaniem ich suwerenności w dziedzinie międzynarodowej wymaga odrębnej zasady głosowania w oparciu o równą reprezentatywność w myśl reguły jedno państwo – jeden głos.

Podział podmiotu regulacji na to, co dotyczy państwa jako podmiotu prawa międzynarodowego i na to, co dotyczy osób jako podmiotów prawa prywatnego, wskazuje władzy Unii dla każdej z tych grup podmiotów odrębne uwarunkowania.

Osobnym problemem jest pominięcie trybu stanowienia prawa wspólnotowego nie przez organy władzy wykonawczej Unii, ale władzy ustawodawczej i powrotu do monteskiuszowskiej tradycji podziału władz, a nie jej zagmatwanego pomieszania, jak to ma miejsce obecnie.

Odrzucony projekt traktatu konstytucyjnego narzucony przez tzw. Konwent nie spełnia podstawowych standardów w tym zakresie.

Nawiązując do polskiej tradycji opartej na maksymie, aby będąc „wolnym od hańbiących przemocy nakazów” – cenić drożej nad życie wolność wewnętrzną, niepodległość zewnętrzną i suwerenną egzystencję polityczną Narodu Polskiego i jego członków – pozwalam sobie na skierowanie na ręce Pana Premiera wyżej przedstawionej propozycji do rozważenia w nadchodzących negocjacjach” – podsumował P. Ł. J. Andrzejewski i w liście do Jarosława Kaczyńskiego z 3 czerwca 2007 r.

*                           *                           *

To nie jest już dziś głos wołajacego na puszczy. To jest rdzeń suwerenności. Warto krzyknąć: Andrzejewski wróć. W dodatku nie będzie lepszego reprezentanta spraw morza – ludzi, historycznie morskiej polski i współczesnej okradzionej morskiej gospodarki naszego kraju – flota, stocznie, rybołóstwo. W tych sprawach Kaszubi i w ogóle mieszkańcy pomorza powinni pilnie się zjednoczyć. Zaniedbany skarb przyrodniczy, bastion obronności Półwysep Helski, skorumpowane Wybrzeże Środkowe i niemczony Szczecin – to marnotrawstwo musi ustać poprzez wybór nowych ludzi. I te tereny muszą być reindustrializowane. Przy tej pracy potrzebny jest właśnie ktoś taki jak Andrzejewski z jego wiedzą, wrażliwością i wrodzonym uporem w działaniu. Do 15 października jest jeszcze trochę czasu. Przekrzykiwanie się warto zastąpić dobrą radą – i w sprawach krajowych i zagranicznych.

Zacznijmy od „A”, od Andrzejewskiego.

 

* [łac., 'w takim stanie rzeczy’], klauzula dopuszczająca zmianę umowy w przypadku zmiany okoliczności, w jakich została zawarta.

 

 

O kojarzących się z grą komputerową kandydatach KO pisze CEZARY KRYSZTOPA:Pokemony

Jest taka gra, serial filmowy, właściwie chyba dużo różnych gier i innych mniej i bardziej interaktywnych, wirtualnych przestrzeni, pod wspólną nazwą „Pokémon”. Niech mi wybaczą ich wszystkich znawcy, ja wiem to dosyć powierzchownie, ale jeśli dobrze zrozumiałem, chodzi w tym wszystkim o to, żeby chwytać różne dziwadła do takiej kuli zwanej „pokeball”, a potem używać ich w do walki.

Było to moje pierwsze skojarzenie po prezentacji list Koalicji Obywatelskiej. Opozycja nie po raz pierwszy pilnuje pewnego rodzaju parytetu. Otóż tak jak wcześniej, jak twierdzą niektórzy, Palikota, czy Petru, musi mieć koniecznie kogoś z kategorii „polityczny pajac”. Wszystko wskazuje na to, że w tej roli został obsadzony, a przynajmniej robi wszystko żeby mnie o tym przekonać, dzielny Michał Kołodziejczak.

Mistrz Pokémon

Najwyraźniej nie od rzeczy jest również posiadanie w swojej drużynie, nie wiem dlaczego przychodzi mi tu zaraz na myśl Pani Poseł Klaudia Jachira, „politycznej wariatki”, której to roli tym razem być może będzie usiłowała sprostać obdarzona donośnym głosem i umiejętnością opowiadania kompletnych kocopołów z poważną miną i z miedzianym czołem – Jana Szostak.

Jeśli dodamy do tego byłego współpracownika peerelowskich służb Bogusława Wołoszańskiego i nowe, jeszcze bardziej fantastyczne wcielenie Janiny Ochojskiej – Aleksandrę Wiśniewską, myślę, że spokojnie możemy, odkładając na bok uprzedzenia, uznać Donalda Tuska za „mistrza Pokémon”.

Co ciekawe, podobny mechanizm obserwuję nie tylko w świecie twardej polityki. Otóż przy okazji obchodów rocznicy Sierpnia 80’ w Europejskim Centrum Solidarności (przypominam, że Solidarność od dawna nie ma z nim nic wspólnego), wręczone zostaną tzw. „Medale Wolności Słowa”.

Odpowiedni pokeball

Do medali nominowani zostali tacy ludzie jak prof. Barbara Engelking, według której „dla Polaków śmierć to była kwestia biologiczna, naturalna, śmierć jak śmierć. Dla Żydów to była tragedia, dramatyczne doświadczenie, metafizyka”. Czy też tacy jak Zbigniew Hołdys, który nazwał ostatnio usiłujących korzystać z wolności słowa „symetrystów” – „szmalcownikami” – za „bezkompromisową obronę liberalnych i demokratycznych wartości, bez względu na konsekwencje”. Małżeństwo Owsiaków, bynajmniej nie za talenty biznesowe.

A „wykład o etyce Solidarności”, wygłosi (tadam!) dr Michał Bilewicz. Tak, tak, ten sam, który ukuł pojęcie „antysemityzmu wtórnego”, który w przypadku Polaków ma się objawiać m.in. „kultem Żołnierzy Wyklętych” czy „niechęcią do finansowania Muzeum POLIN”.

Co oni mają wspólnego z „Solidarnością”? Nie muszą mieć nic, ponieważ to nie oni mają tu „budować mit Solidarności”, tylko pasożytniczo wykorzystywany przez ECS „mit Solidarności” ma budować ich, tak żeby jako odpowiednio zbudowane dziwadła, zamieszkiwali właściwy „pokeball” oczekując momentu, w którym zostaną użyci zgodnie z przeznaczeniem.

HUBERT BEKRYCHT: Problemy opozycji z dziennikarzami, czyli polityczne kotlety medialne

Jak świat światem politycy i dziennikarze żyjąc w jednym medialnym systemie nie zawsze się ze sobą zgadzają, delikatnie mówiąc. Może jestem staroświecki, ale wciąż uważam, że szacunek do pracy w redakcjach, podobnie jak szacunek dla pracy ekip politycznych, powinien być fundamentem współpracy mediów z osobami kreującymi życie publiczne. Niestety, coraz częściej politycy opozycji w Polsce – jak ujął to mój znajomy przypominając fachowy termin – niebezpiecznie przesuwają granice. Ba, to już nawet nie aneksja terenu dziennikarskiego, to agresja wobec dziennikarzy. Jeśli nawet nie wszystkich, to wkrótce może się tak stać a wtedy nie tylko polityczna opozycja zacznie wybierać sobie pytania na konferencji prasowej, czy dziennikarzy, którzy mają je zadać. A może niedługo politycy będą sami sobie zadawać pytania i sami na nie odpowiadać. Po co im będą media? Bo są. Na razie.

Podczas pisania tego tekstu nie ucierpiał żaden z polityków. Chyba… No, przynajmniej nie powinien.

Życie publiczne i w ogólne życie się brutalizuje. Jesteśmy bardziej nieuprzejmi wobec siebie, żeby nie napisać chamscy, ale i takie skrajne zachowania nie są dziś niczym dziwnym. Ludzie słuchając innych koncentrują się nie na przekazie, tylko na tym co ich najbardziej interesuje, czasem są niecierpliwi, nawet agresywni. W mediach powstają specjalne zespoły, które pracując praktycznie całą dobę – mają jedno zadanie – dostarczyć informację, najlepiej sensacyjną. W polityce całe grupy sztabowców pracują nad zagłuszaniem najgorszych – ich zdaniem – przekazów dotyczących własnych ugrupowań.

Pan chyba jest nienormalny, panie redaktorze

To zdanie adresowane do mnie usłyszałem, podczas konferencji prasowej nieistniejącej już partii w parlamentarnej kampanii wyborczej w 1997 roku. Polityk nie żyje, eksperymentalne ugrupowanie polityczne nawet komornikowi nic nie zostawiło, ale pamięć tego dnia jednak pozostała. Wówczas mnie to śmieszyło, teraz już nie. Zadałem zwyczajne pytanie o źródła finansowania kampanii. Polityk się wściekł. I był to wówczas niechlubny przykład, że tak nie wolno. Dziennikarz, co nie jest dziś dla wszystkich oczywiste, też człowiek. Niestety, takie obcesowe traktowanie reporterów to teraz norma.

Są całe zestawy technik manipulacyjnych dla polityków. Uczy ich się, nawet na drogich specjalnych kursach, jak wykiwać dziennikarzy, jak żurnalistów zdenerwować, straszyć pozwami sądowymi. I kto prowadzi te kursy? W większości dziennikarze, którzy przeszli „na drugą stronę mocy”, choć i czynnych pismaków tam nie brakuje.

Bowiem, dziennikarz wobec polityka też nie jest bez winy (patrz cykl Waltera Altermanna na sdp. pl). Otóż w wielu redakcjach – i tutaj się narażę – jak grzyby po deszczu powstawały i powstają tzw. działy śledcze. Ten twór pochodzi z anglojęzycznych krajów, a jego nazwa, niestety źle przetłumaczona, dotyczy zespołów zajmujących się tropieniem ważniejszych afer. Z tym, że zespoły owe nie miały wcale zastępować policyjnych i prokuratorskich śledczych.

Po latach nie tylko w Polsce okazało się, że nie ma dziennikarstwa śledczego, są tylko źle zabezpieczone dokumenty… I tzw. źródła, które nie są prawdziwymi dziennikarskimi informatorami a prowokatorami podstawionymi przez zagrożone publikacją podmioty.

Lata temu dwóch dobrych dziennikarzy nabrał policyjny kapuś, bo artykuł miał być o korupcji w policji. W kampaniach wyborczych zdarzają się jeszcze gorsze manipulacje. Podsuwa się żądnym politycznej krwi dziennikarzom „kwity” na polityków rozmaitych ugrupowań. Wartość tych dokumentów, poza kampanią jest dyskusyjna, ale przed wyborami gorączka władzy odbiera czasem rozum i dziennikarzom i politykom. Ale częściej politykom.

Redaktorze, trzymajmy się tematu

To najczęściej wypowiadane przez polityków zdanie w reakcji na niewygodne pytanie. Nasi politycy, teraz częściej opozycyjni niż rządowi, zupełnie odlecieli narzucają konferencjom prasowym tematy, nadając nazwy, kryptonimy i sens. Tak, tak, organizacja bardzo wielu konferencji prasowych nie ma sensu, bo partia i tak nie zamierza odpowiadać na aktualne pytania.

Ostatnio w Łodzi politycy KO krytykowali po raz 534. brak pieniędzy z KPO, sprawę ważną, ale na Boga, ileż to można powtarzać. Tym bardziej, że nie odpowiadają na pytania o to, czy przypadkiem politycy opozycji donosząc w PE na polski rząd nie utrudniają odblokowanie tej puli dotacji i pożyczek.

Kiedy pojawiło się wiele pytań o skandaliczne zachowanie lidera Agrounii Michała Kołodziejczaka przytulonego do konińskiej listy wyborczej KO, politycy opozycji oskarżyli media, szczególnie publiczne, o wszystko, co najgorsze. A Kołodziejczak – ich zdaniem – jest „zaszczuty”. To interesujące, bo widziałem kilkakrotnie podczas blokad Agrounii, jak jej szef, w przerwach między wylewaniem gnojówki przed kościołem w Srocku (woj. łódzkie) lżył policjantów wskazując tłumowi rolników funkcjonariuszy bez munduru…

Liderzy KO w Łodzi – poseł i były baron SLD w regionie Dariusz Joński oraz „jedynka” KO w Sieradzu – poseł i dawny rzecznik rządu PO-PLS Cezary Tomczyk beż zmrużenia oka obrażali dziennikarzy zapewniając, że przecież tego nie robią, pokrzykiwali, pouczali, pytali reporterów o ich poglądy, przerywali nawet ludziom ze stacji z niebiesko-żółtym logo, ale dominowało wmawianie wszystkim, że do „podzielenia” naszej Ojczyzny przyczyniły się TVP i inne media publiczne. Po kolejnej personalnej uwadze kierowanej przez polityków KO do reportera TVP, piszący te słowa na krótko „przerwał” konferencję a konkretnie wylewanie tych pomyj i jako sekretarz generalny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, w imieniu SDP właśnie, zaprotestował wobec skandalicznego linczu w wykonaniu polityków opozycji.

Polityk nie ogląda telewizji?

Oczywiście po mojej interwencji ton Jońskiego i Tomczyka się nie zmienił. Jak nakręceni jakimś szaleństwem nadal drwili i obrażali dziennikarzy. Stojący obok mnie kolega z redakcji, którą tolerują (jeszcze) przedstawiciele opozycji, właśnie wówczas zauważył, że następuje przesunięcie granicy, czyli ci którzy mają patrzeć na ręce politykom są lustrowani przez owych polityków. Złodziejska zasada „to nie moja ręka”, niestety, coraz częściej zaczyna pojawiać się w polityce. Przykład pojawił się pod koniec wspominanej konferencji prasowej łódzkich liderów list KO. Nie bacząc na uwagi dziennikarzy, politycy rozgrzani kampanią i ponad 30-stopniowym upałem, znowu zaczęli atakować media publiczne, bo nie brakowało niewygodnych dla opozycji pytań, także łodzian, gdyż konferencja odbywała się w południe na ul. Piotrkowskiej w Łodzi:

Tomczyk (KO): Nigdy w TVP nie zobaczymy rzeczy, które dotyczą rządu PiS (niekorzystnych dla PiS relacji – sdp.pl). Bardzo szkoda, bo pluralizm powinien być wszędzie (…) ale wszyscy, jak tu jesteśmy składamy się na TVP… Również na pana pracę (do reportera TVP), także na moją pracę i każdy powinien być obiektywny…

H.Bekrycht (dziennikarz, m.in. sdp.pl – do C. Tomczyka i D. Jońskiego): Czy płacicie panowie abonament radiowo-telewizyjny?

Tomczyk (KO): Ja nie mam telewizji.

D.Joński (KO): Nie oglądam telewizji.

I nagle konferencja prasowa posłów KO skończyła się przecięta dziwną ciszą i moim pytaniem: To skąd panowie orientujecie się, że telewizja publiczna i media publiczne robią te wszystkie rzeczy, o których panowie mówiliście, bo dosyć dobrze znacie program TVP?

Panowie Joński i Tomczyk nie odpowiedzieli, ale może dlatego, że dla nich wszystkiemu zawsze winni są dziennikarze. A może dlatego, że gdyby zapomnieli, że mają jakiś sprawny telewizor z działającą anteną i dostępem do kilkunastu kanałów TVP na przykład pod schodami, czy w ogrodowej altance, to byłoby wykroczenie skarbowe. Przecież nie uwierzę, że Joński i Tomczyk nie wiedzą, że opłata abonamentowa jest obowiązkowa albo że są już na emeryturze albo że wynajmują pokój u emeryta, bo seniorzy nie muszą płacić za posiadanie telewizora. Chyba też nie obchodzą prawa oglądając telewizję używając komputera i sieci, bo, wg. dyrektyw unijnych, ekran laptopa i smartfon to też telewizor, kiedy ogląda się na nim telewizję.

Wspomnicie moje słowa, także po wyborach za wszystko opozycja obwini dziennikarzy, nie tylko mediów publicznych…

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Kilka życzliwych przestróg dla dziennikarzy – cz. II

Jest faktem, że ostatnio dziennikarze stają się coraz bardziej rozpuszczeni, dokazują na granicy nieprzyzwoitej frywolności, jak – nie przymierzając – Magda Gessler. Przy czym – pani Gessler walczy o dobre i nietrujące restauracje, a przy okazji też o promocję swoich licznych lokali. Tyle, że to nie dziennikarka a celebrytka.

A dziennikarze angażują się niepotrzebnie w walkę o swoje racje, o swoje polityczne idee. I to jest duża różnica. Od racji politycznych mamy polityków, a dziennikarzy od wprowadzanie nas w rozumienie świata polityki.

Unikaj wielkich słów i dużych liter

W interesie polityków leży podgrzewanie atmosfery politycznej w kraju. Z każdymi kolejnymi wyborami napięcie polityczne rośnie, a sprawy Rzeczypospolitej prezentowane są zgodnie ze staropolskim zawołaniem „Ojczyzna ginie”.

A przecież, obiektywnie biorąc sytuacja nie jest tragiczna. Owszem są poważne napięcia w polityce międzynarodowej, ale od napięć do prawdziwej wojny daleka droga. Na szczęście. Skąd więc mamy tak wielkie emocje, skąd i dlaczego wieszczy się nam koniec naszego świata?

Z bardzo prostej przyczyny. Otóż większość ludzi myśli jedynie emocjami. Czyli, nie myśli w ogóle, ale chętnie i łatwo poddaje się emocjom. Każda z partii ma przedwyborczą skłonność do grubej przesady. Po wyborach sytuacja znormalnieje. Owszem przegrani nadal będą mówić o „końcu Polski”, ale gdzieś tak po pół roku im przejdzie. Tak będzie, ktokolwiek wygra.

Tu zwrócę uwagę, że wielkie hasło Platformy Obywatelskiej „Jesteśmy antypisem” padło na bruk i roztrzaskało się na drobniutki kawałki już po niespełna roku. Skąd wzięło się to hasło? Z szoku w jaki popadli ludzie Platformy po przegranych poprzednich wyborach. A w szoku zachowujemy się irracjonalnie. Coś krzyczymy, machamy rękami, gdzieś biegniemy, żeby zaraz zawrócić. Moja wizja szybkiego uspokojenia się atmosfery politycznej po wyborach ma podstawy w wieloletniej obserwacji życia politycznego. Żadnej katastrofy nie będzie.

To co napisałem powyżej jest sygnałem dla dziennikarzy, żeby wzięli na uspokojenie. Przede wszystkim radzę nie dąć w wielkie trąby i nie bić w tarabany. Ot, mamy normalne wybory i tyle. Owszem, politycy muszą mieć na ustach co drugie słowo Ojczyzna, Polska, dziedzictwo, święta sprawa… Bo elektorat oczekuje emocji. Ale dziennikarze powinni być zimni i chłodni. I nie powinni poddawać się presji polityków. Powtórzę – politycy to jeden świat, a dziennikarstwo inny.

Dziennikarz ma być jak lekarz wobec chorego – musi zachować zimną krew i kierować się dobrem pacjenta. Politycy teraz chorują, ale wyzdrowieją zaraz po wyborach, A nazbyt upolitycznieni dziennikarze zostaną z ręką w naczyniu nocnym. Naprawdę nie warto traktować świata jako byt jedynie do wyborów. I warto mówić z małych liter.

Zachowuj się jak w Wersalu

To Andrzej Lepper oświadczył kiedyś z sejmowej trybuny, że więcej już tutaj Wersalu nie będzie. I wykrakał, a właściwie to on pierwszy zaczął. Dzisiaj w polityce panują obyczaje gminne – jak mówiono jeszcze w XIX wieku.

Dzisiaj już politycy mówią publicznie tak, jak z początkiem XX wieku nie wypadało mówić nawet w burdelach. Rynsztokowy język, chamskie epitety i wulgarne, brutalne porównania stały się obecnie czymś tak powszechnym, że właściwie normalnym. To przykre i niebezpieczne, bo jakże tu teraz zwrócić uwagę młodzianowi, że publiczne używanie słów na k…, na ch… i na p… nie uchodzi? Owszem, są różnice między językiem kiboli a polityków, ale naprawdę już niewielkie.

Wersal jest synonimem kultury i wyszukanych obyczajów. Ja o Wersalu obyczajowym naszych polityków nie myślę. Ale niechby to był chociaż język używany w izbach pamięci Ochotniczych Straży Pożarnych.

Nie szanujemy się, i prawdopodobnie przyjdzie nam kiedyś za to zapłacić. Dlatego apeluję do dziennikarzy – nie wchodźcie na ten brutalny teren. Mówcie grzeczniej niż politycy, bądźcie kulturalni. A kultura stosunków międzyludzkich jest naprawdę wartością, którą trzeba ocalić.

Pilnuj tematów

Dziwnym zwyczajem wszystkich telewizyjnych dyskusji politycznych jest to, że mimo wyraźnie sformułowanych przez prowadzących tematów i pytań, rozmówcy mówią głównie o sobie wzajem. Pomijam już fakt, że każda ze stacji telewizyjnych już w podejmowaniu tematów i w pytaniach jest wyjątkowo tendencyjna. Do tego przywykłem. Ale dziwi mnie nadal to, że głównym tematem wypowiedzi polityków są ich polityczni przeciwnicy. Personalnie i po nazwiskach.

Ulubionym chwytem erystycznym jest: „Pamiętam co pan mówił dziesięć lat temu”. Po czym następuje ostry atak na całe życie przeciwnika. Przypomina się takiemu w jakiej był niegdyś partii, a jeżeli odszedł zanim ta partia nabroiła, to i tak przypisuje się nieszczęśnikowi „zbrodnie” jego dawnych kolegów.

To się nazywa „argumentum ad personam” i jest uważany za najniższy chwyt retoryczny od czasów antycznego Rzymu. Dlaczego zatem tak? Bo rozmowa na jakiś konkretny temat jest nieatrakcyjna, natomiast „przypieprzenie” przeciwnikowi z pewnością cieszy gawiedź. Prosty lud nie rozumie do końca czym jest inflacja, skąd się wzięła i co należy z nią robić, ale że polityk X jest podejrzaną postacią – to lud zrozumie, a nawet przytaknie. A już, że X jest zaprzańcem, renegatem i zdrajcą – na to lud z pewnością przyklaśnie.

Szczytem merytorycznych dyskusji jest odwoływanie się do historii przodków przeciwników. Oczywiście z naciskiem nie na zasługi.

Prawdę mówiąc dziennikarze prowadzący takie dyskusje próbują przywoływać uczestników do porządku i przypominają tematy. Ale Bogać tam… nikogo to nie obchodzi. Dziwi mnie, że dziennikarze nie odbierają głosu szalonym politykom, że nie karzą ich opuszczeniem kolejki…, że wreszcie nie oświadczają, że to jest już ostatnie zaproszenie dla awanturnika.

Podejrzewam, że stacjom – do czego nigdy się nie przyznają – też chodzi o pełne emocji awantury, bo to coś się jednak dzieje. To się nazywa degrengolada alias zwyrodnienie.

 

 

WALTER ALTERMANN: Kilka życzliwych przestróg dla dziennikarzy (część I)

Czas jest bardzo niespokojny, wiadomo – wybory. A w taki czas bardzo łatwo można, nawet na prostej drodze, potknąć się i w najlepszym wypadku złamać nogę.  Wielu dziennikarzom wydaje się, że wybory to okres wielkich żniw, i choć to prawda, to powiadam Wam, że to także czas, kiedy można łatwo ulec wypadkom zawodowym, nabawić się ciężkich kontuzji, które będą się za Wami ciągnęły przez całe życie. Dlatego kreślę tych kilka uwag – biorących się z mego osobistego doświadczenia i nie mniej przykrych obserwacji innych dziennikarzy.

Przed wyborami rośnie gwałtownie liczba ludzi, którzy pragną przed kamerą, czy mikrofonem wypowiedzieć choć kilka wielkich mądrości, z którymi – mając taką nadzieję – zasiądą w ławach parlamentu. Większość z nich przygotowywała się do tego momentu – zaistnienia „w przestrzeni publicznej” – wiele lat, dlatego w momencie swej inauguracji medialnej są niezwykle pobudzeni i niełatwo im zapanować nad przekładaniem myśli na zrozumiały język. Są też mocno zdenerwowani i skłonni do prawdziwej walki, nie mówiąc już o walce na słowa i argumenty, bo z tym jest zawsze duży kłopot.

Szanuj rozmówcę

Zapanować nad takim gościem nie jest łatwo i czasami aż korci człowieka – znaczy się dziennikarza – żeby powiedzieć gościowi, że jest zwyczajnie głupi. Jednak nic gorszego nie mogłoby dziennikarza spotkać, gdyby dał upust własnej opinii.

Nie tylko nowicjusze w kandydowaniu mogą wystawić nerwy i osobistą kulturę dziennikarza na ciężką próbę. Zaprawieni w bojach aktualni parlamentarzyści są jeszcze gorsi, bo wizja utraty fotela posła, senatora, dobrego towarzystwa i pokazywania się niemal co dnia publicznie – może być torturą. A na torturach wiadomo, człowiek wszystko powie.

Co radzę dziennikarzom prowadzącym tzw. debaty wyborcze? Bądź grzeczny i miły, ale nie musisz się cały czas głupawo uśmiechać. Po prostu bądź skupiony i dobrze wychowany. Staraj się wejść w tok rozumowania dyskutantów. I choć znalezienie jakiejkolwiek logiki w wypowiedziach Twoich gości może być niezwykle ciężkie, to skupiaj się na nich, bo nie ty jesteś w takich dyskusjach najważniejszy. I jeszcze jedno – nie Ty ich wychowałeś – naprawdę nie ponosisz za swych gości żadnej odpowiedzialności.

Bądź bezstronny

Nie jestem tak ograniczony, żeby oczekiwać od dziennikarzy braku mentalnego zaangażowania się w politykę. To znaczy – braku duchowego sprzyjania którejś z partii. Każdy ma prawo kochać po swojemu, czyli być po stronie nawet najdziwniejszych partii – to jest fundamentalna zasada demokracji. Jednak, gdy jesteś dziennikarzem i prowadzisz dyskusję polityków, to swoje prywatne sympatie schowaj głęboko w kieszeń. Ty masz być bezstronny, a każdy z uczestników Twojej debaty ma mieć te same prawa. Szczególnie uważaj na tych, których nie lubisz. Właśnie dla nich bądź najbardziej sprawiedliwy i miły.   

Niestety na licznych antenach dochodzi ostatnio do tego, że prowadzący krzyczą na swoich gości. To jest niedopuszczalne, bo dziennikarz nie jest równy politykom. Jako człowiek nie jest gorszy, może być nawet stokroć lepszy, ale nie ma mandatu wyborców, lub nawet się o niego nie ubiega.

Dziennikarz z założenia ma być obserwatorem. Może „przyduszać” swych rozmówców logiką, bezwzględnym dochodzeniem do prawdy i cytowaniem faktów, nigdy jednak nie może przechodzić do rękoczynów, a krzyk jest rękoczynom bliższy niż cokolwiek innego. Póki Sejm nie wprowadzi prawa, pozwalającego na lanie gości w studiach radiowych i telewizyjnych – póty unikajmy okazywania wzburzenia. Unikajmy też cynicznych uśmieszków i przewracania gałkami oczu, jako znaków naszego oburzenia i zadziwienia nierozumnością gości. A to też zdarza się coraz częściej.

Być może agresja i nieskrywana pogarda wobec zaproszonych gości podobają się całkiem sporej grupie elektoratu, ale nie warto, naprawdę nie warto. Są chwile, w których bardzo trzeba uważać po czyjej się jest stronie, żeby po latach nie wstydzić się. Naprawę lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć.

Bądź poza sporem

Nie zastępuj dyskutantów i nie udowadniaj im, że kłamią lub tylko „głęboko się mylą”. Od tego masz w studio oponentów. Jeżeli gość z partii różowych palnie coś głupiego, to już go przeciwnicy z partii granatowych wezmą na kieł. A Ty nie możesz być po żadnej ze stron. Niech się biją – proszę bardzo. Kłócą się bez sensu – ależ proszę bardzo…

Dziennikarz ma być jak przewodnik widza, słuchacza i czytelnika, ma w ich imieniu badać świat, w ich imieniu ma starać się zrozumieć także politykę. Dziennikarz jest niejako plenipotentem widzów, słuchaczy i czytelników. Dlatego nie może sam stawać po żadnej ze stron sporu. Bo tym samym traci wiarygodność.

Nie warto wprost lub skrycie stawać się stroną sporu. Dyskutanci wejdą lub nie wejdą do parlamentu i takiego ryzyka się podjęli. Ale my zostaniemy z opinią człowieka narwanego, który wcina się jako ochotnik między walczące słonie. I wiadomo, że zostaniemy zdeptani.

Czy takie postępowanie dziennikarza, taki zawodowy punkt widzenia na politykę, nie jest hipokryzją? Nie jest, bo taki zawód wybraliśmy. Lekarze na wojnie leczą nawet rannych żołnierzy wroga, bo taki mają zwód. A jeżeli ktoś będzie cierpiał, że nie wolno mu na antenach objawić swego politycznego oblicza? Takiemu radzę zmienić zawód i to bardzo szybko – nie znoszę bowiem widoku ludzi cierpiących, nawet z ich własnej woli.

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Pospolity ogon macha elitarnym psem

Jest coś nieprawdopodobnego w tym, że opozycja w Polsce po raz kolejny idzie do wyborów z pustymi rękoma i licząc nie wiadomo na co.Mieli tyle już czasu od 2015 roku, aby skonfrontować się z rzeczywistością, wyciągnąć wnioski, zaproponować coś ożywczego, porwać Polaków pomysłami. Ale nie, uparcie odmawiają kontaktu z logiką, od ośmiu lat żyją w przekonaniu, że wszystko jest super, PiS wygrywa przez przypadek i wystarczy odstawiać szopkę.

Ostatecznie, jeśli to nie pomaga, trzeba odstawić szopkę jeszcze bardziej. W efekcie stanowią jedyny bodaj w historii przypadek, kiedy to opozycja zużywa się szybciej niż rządzący.

Jak to możliwe, że konstelacja środowisk mądrali, którzy mają się za lepszych od innych, stanowiących w swoim mniemaniu wszelkie aspekty elit, począwszy od naukowych, poprzez społeczne i samorządowe, a skończywszy na medialnych, nie jest w stanie urodzić jakiejś spójnej wizji, choćby i kłamliwej – wiadomo przecież że nie interesuje ich nic oprócz tego „żeby było tak jak było”, a poważnymi rzeczami żeby się zajęli Niemcy – ale jednak jakiejś. A przynajmniej takiej, która pozwoliłaby się samooszukiwać jakiejś szerszej grupie wyborców.

„Elity”

Możliwości są dwie. Albo tyle te „elity” są nic nie warte, co wcale nie jest wykluczone, biorąc pod uwagę w jak cieplarnianych warunkach – nie musząc się konfrontować z odmiennymi opiniami, które były skutecznie „anulowane” w ramach michnikowskiej „cancel culture” – się wychowały. Albo to wcale nie one stanowią tu siłę napędową.

I tutaj ciekawą wskazówką jest pewne, pozornie mało istotne zdarzenie na Twitterze. Otóż, sam znany z agresywnych zachowań poseł PO Sławomir Nitras przestał obserwować jednego z wulgarnych hejterów kojarzonych z napastliwą grupą #SilniRazem. Nawet nie zbanował, tylko przestał obserwować. A „co gorsza” wyjaśnił, że to z powodu używania przez niego „języka nienawiści”. Ten się obraził, a #SilniRazem jęli maglować Nitrasa. Ten, po kilku dniach… ukorzył się przed hejterem i przeprosił. A sprawa cała zaczęła się od tego, że hejterowi i jego zwolennikom nie spodobał się pomysł zaproszenia na Campus Trzaskowskiego tzw. „symetrystów”.

Symetryści

Samo istnienie owych „symetrystów” wydaje się być dowodem na istnienie pewnych procesów myślowych w środowiskach antypisowskich. Tym „niechlubnym” mianem określani są ludzie, którzy w dobrej wierze usiłują zwrócić uwagę opozycyjnych bonzów na ślepotę uliczki w jaką zabrnęli. Jednak każda ich opinia, czy wskazówka jest natychmiast neutralizowana jako „zdrada”.

Zatem, jeżeli jądrem systemu antypisowskiego i jego główną siłą napędową są wiedzione prostymi instynktami siły symbolizowane przez hejtera, którego przeprosił  Nitras, to jesteśmy w domu. Tłumaczyłoby to bowiem popularność takich punktów programu jak „wypie.dalać”, czy „osiem gwiazdek” z kompletnie służebną rolą „elit” ograniczoną do ich legitymizowania i wyjaśniania dlaczego „wypie.dalać” to wcale nie wulgaryzm.

Jądro ciemności

Tyle że, ten kto ma wątpliwą przyjemność obserwowania tego co się z tym „jądrem ciemności” na przykład na Twitterze (teraz X) dzieje, ten wie, że sytuacja przypomina tam atmosferą domniemaną atmosferę w bunkrze Hitlera niedługo przed kapitulacją. Jeszcze liczą, jak na kontrofensywę Steinera, a to na „Panią Joannę” – nie, nie, wróć, to nie działa! – a może „niech Manfred coś powie” – nie, nie, wróć, wszystko nie tak! – ale w istocie już tylko coraz bardziej desperacko ostrzeliwują się z bunkra wobec każdego kto na hasło – ***** – nie odpowie – ***. Czy tak ma wyglądać środowisko „idące po władzę”?

I żeby było jasne. Ich słabość niczego PiS-owi nie gwarantuje. PiS może zawsze przegrać sam ze sobą.