ALINA BOSAK: Z zaufaniem do polskich dziennikarzy nie jest tak źle

Nad Wisłą wiarygodność dziennikarzy wzrosła z 17 proc. do 25 proc. – pokazują badania Ipsos. Ale czy można się cieszyć z tego, że dziennikarzom ufa tylko co czwarty Polak? Otóż, kiedy porównać ten wynik z innymi krajami, to jak najbardziej można.

Owo stwierdzenie, że z zaufaniem do polskich dziennikarzy nie jest tak źle, może też spotkać się z zarzutem subiektywnej oceny, zgodnej z zasadą, że optymista widzi szklankę do połowy pełną, a pesymista – od połowy pustą. Wyniki badań, które tu przytoczę uprawniają jednak do wniosków optymistycznych ze względu na międzynarodowy kontekst – otóż, nie wypadamy tak źle na tle innych krajów.

Pod ręką mam najnowszą publikację Ipsos pt. Global Trustworthiness Index 2021 – Globalny Indeks Wiarygodności 2021. Badanie przeprowadzono między 23 kwietnia a 7 maja 2021 roku, w 28 krajach na całym świecie. Ankiety drogą internetową wypełniło 19 570 respondentów. Od Argentyny i Chile po Chiny. W Europie byli to mieszkańcy Austrii, Belgii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Węgier, Włoch, Polski, Hiszpanii i Szwecji. Z Polski około 500 osób.

Ipsos, międzynarodowe przedsiębiorstwo z siedzibą w Paryżu, jest trzecią co do wielkości firmą w branży badań rynku na świecie. Indeksy wiarygodności publikuje regularnie, co pozwala porównywać wyniki badań prowadzonych w oparciu o tę samą metodologię i z różnic wyciągać wnioski. Dlatego, przyglądając się ocenie wiarygodności dziennikarzy, wzięłam pod uwagę także wyniki ankiet przeprowadzonych w październiku 2018 roku (w 24 krajach). Po drodze mamy zatem pandemię SARS-CoV-2 i wielką próbę zaufania, jakiej poddanych zostało sporo grup zawodowych. Z badań widać na przykład, że sprostali jej lekarze, do których zaufanie na świecie, a także w Polsce zdecydowanie wzrosło. Jak natomiast poradzili sobie dziennikarze?

Coraz więcej Polaków ufa mediom

Już pierwsze tablice z wynikami w Global Trustworthiness Index 2019 (ten na podstawie ankiet z października 2018) i Global Trustworthiness Index 2021, prowadzą do wniosku, że w ostatnich trzech latach na świecie wzrosła liczba osób, które uważają dziennikarzy za godnych zaufania. W 2018 roku myślało tak 21 proc., a w 2021 – 23 proc. pytanych. Jednocześnie spadła liczba osób, które dziennikarzy mają za niewiarygodnych – z 38 do 34 proc. Globalnie nie jest zatem tak źle. Wielu socjologów i psychologów społecznych rozumie to właśnie jako efekt pandemii. Uciążliwy szum informacyjny, wysyp teorii spiskowych spowodował, że więcej osób zaczęło szukać też wiarygodnych informacji w profesjonalnych serwisach medialnych, przedkładając wiedzę zawodowców nad amatorów tworzących blogi i podcasty.

Ten mechanizm zadziałał także w Polsce, a być może wzmocniły go także inne zjawiska, bo efekt jest jeszcze silniejszy. Nad Wisłą wiarygodność dziennikarzy wzrosła z 17 proc. do 25 proc., przeskakując średni wynik wszystkich krajów w badaniu Ipsos. To nie koniec – za niewiarygodnych uznaje obecnie dziennikarzy tylko 28 proc. Polaków, a trzy lata temu tak takich osób było aż 35 proc. Branża w obu przypadkach poprawiły zatem wynik na korzyść o co najmniej 7 proc. Środek, czyli ci, którzy nie oceniają dziennikarzy jako wielce wiarygodnych, ani wielce niewiarygodnych, to licząca około 40 proc. grupa.

No dobrze, powie ktoś, ale, czy można się cieszyć z tego, że dziennikarzom ufa tylko co czwarty Polak? Otóż, kiedy porównać ten wynik z innymi krajami, to jak najbardziej można.

Generalnie – dziennikarz to nie strażak

Generalnie, nie tylko w badaniach Ipsos, ale i innych dziennikarze wypadają gorzej niż lekarze, nauczyciele, czy robotnicy wykwalifikowani. Palmę pierwszeństwa od lat dzierżył zaś strażak. Trudno się dziwić, wszak media to miejsce ciągłego ścierania się różnych racji i wyrazistych poglądów, gdzie każdy materiał i relacja są poddawane publicznej ocenie. W innych krajach europejskich sytuacja wcale nie jest lepsza. W 2021 roku nieco gorzej niż w Polsce dziennikarze byli oceniania w Szwecji (wiarygodność 24 proc.), Niemczech (21 proc.) i Belgii (21 proc.) Znacząca różnica wystąpiła w przypadku Włoch (18 proc.), Francji i Hiszpanii (po 16 proc.) Dno zaufania osiągnięto w Wielkiej Brytanii (13 proc.) i na Węgrzech (zaledwie 11 proc.) To wszystko przy również większym niż w Polsce poziomie nieufności do tego zawodu. Poza kontynentem europejskim gorzej wypada również Turcja, Argentyna, Chile, Japonia, Kolumbia, Korea Południowa i Peru.

Co ciekawe, niewiele lepiej od Polski wypadają Stany Zjednoczone. Tam wprawdzie zaufanie do dziennikarzy jest o punkt większe niż nad Wisłą, za to poziom nieufności poszybował do 41 proc. I – tu uwaga na to, jak interpretujemy liczby – podobnie jak Stany Zjednoczone wypada Rosja, z zaufaniem na poziomie 27 proc. (a więc większym niż w Polsce) i nieufnością – 36 proc. (również większą niż w Polsce). Aby nie popadać w samozachwyt spójrzmy jeszcze na górę stawki. Okazuje się, że z największym zaufaniem do dziennikarzy mamy do czynienia w Chinach, gdzie sięgnęło ono aż 45 proc., przy najmniejszej jednocześnie nieufności – 19 proc. I tu zapala się czerwona lampka – czy ankietowani z kraju słynącego z permanentnej inwigilacji, wypełniając internetowe formularze, nie poddali się autocenzurze? Chiński ewenement z hiperzaufaniem jako skrajny możemy z ostrożności pominąć.

Demokracja lubi wielogłos

Trzymający się środka stawki w badaniach Ipsos polscy dziennikarze nie mają powodu do narzekań. Tym bardziej, że wynik ów osiągnęli w kraju, w którym od dawna panuje kultura nieufności. Ponadto, zbyt wysoki wynik musiałby budzić nieufność. Przypomina się przy okazji inne badanie – na temat prestiżu i uznania dla poszczególnych grup zawodowych. Prowadzi je od dziesiątek już lat polski CBOS. W tym to rankingu znacznie większym uznaniem cieszyli się dziennikarze w 1975 roku niż w 2019, a więc czasach, kiedy obowiązywała cenzura. Trudno oprzeć się wrażeniu, że prestiż wiązał się z pozycją materialną, wykształceniem i uprzywilejowaniem w dostępie do różnych usług. Oczywiście, prestiż zawodu to nie to samo co wiarygodność.

I to, i wcześniejsze badania zaufania do poszczególnych zawodów, uświadamiają, że w demokratycznych i krytycznych społeczeństwach, dziennikarze tracą przewagę władztwa, stają w roli bardziej służebnej i nie mają szans dogonić strażaków, lekarzy, pielęgniarek, czy nauczycieli, których pomoc dla większości osób w końcu okazuje się nieodzowna. A mimo to znaczna część społeczeństwa docenia wysiłki wkładane w przekazywanie informacji w tym trudnym zawodzie. Bez wątpienia, silna polaryzacja sceny politycznej i idąca za nią polaryzacja społeczeństwa, sprawia, że ci sami dziennikarze dla pewnych grup będą wydawać się kompletnie niewiarygodni, a dla innych jak najbardziej godni zaufania. To jednak bynajmniej nie oznacza relatywizacji ocen tych, którzy potrafią krytycznie myśleć i dostrzec rzetelność warsztatu dziennikarza bez względu na miejsce zatrudnienia. I potrafią docenić uczciwego autora nawet jeśli pracuje on w mediach o linii programowej zupełnie sprzecznej z ich poglądami.

W artykule wykorzystałam badania Ipsos: Global trust in professions. Who do global citiznes trust (2019), oraz Global trustworthiness Index 2021, i CBOS (2019).

 

Tekst ukazał się w numerze 5/2021 „Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie można pobrać TUTAJ.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Jaja z Jacusia

Żaden prezes TVP – a przeżyłem kilku – nie był tak atakowany jak Jacek Kurski. Nie przejmowałbym się tym bardzo. I ja mam zastrzeżenia do – jak mówią – „Kury” – ale wszystko ma swoje granice. Również chamstwo.

Ostatnio „Gazeta Wyborcza” poświęca całą ostatnią stronę swojego ponad 100-tysięcznego produktu, by wyszydzać komiksowo Pana Jacka i jego otoczenie. Komiks z założenia to forma szmirowata.  Można doń wciskać i sugerować nim wiele: obrzydliwe nochale, łyse pały a nawet – eskalując – przyjdzie z czasem „sadzanie bohatera” na nocniku, demonstrowanie defekacji i puszczania pawia. GW jest już bliska powyższych subtelności. Pamiętamy krytyczne „Ucho Prezesa”, które zamachnęło się na najwyższą władzę. Ale to był elegancki spektakl wobec „Jaj z Jacusia” akceptowanych przez Michnika i braciszka wykpiwanego. Ba, gdyby to były kpiny, a nawet grube żarty. Niestety to, co serwuje „Gazeta Wyborcza” jest po prostu bez pomysłu, głupie i żenujące.

Zastanawiam się, czy w ogóle pisać to, co teraz piszę? Bo może niechcący przysporzę gazecie czytelników – oglądaczy? Gdy pokazywać kogoś w sytuacji paskudnej – najpierw wywoła to zdziwienie, protest – a potem stokrotnie powielane może wywołać podejrzenie, że „coś jest na rzeczy”. Politycy (a naczelni prezesi przecież nimi są) pokazywani są w nadmiarze i przez „swoje” media bezkrytycznie. Jeśli uwziąć się na jednego można go zohydzić albo wylansować.

Jacek Kurski sam się lansuje, więc GW postanowiła go ośmieszać. Ale sama się ośmiesza publikując beznadziejny kicz. Zmierzając ku tabloidowi GW zasmuca. Szkoda. Bo wielu jest tam dobrych dziennikarzy, ale niestety, niekoniecznie postępujących etycznie. „Gazetę” się czyta dla przeciwwagi prawicowym nadgorliwcom. Myślę, że wielu dziennikarzom „Wyborczej” jest po prostu wstyd za ten „komiks”. No, ale jeśli już zniżyć się do poziomu rzeczonego to proponowałbym jako temat walkę wewnętrzną na Czerskiej: GW – Agora. To super temat. Niewyczerpany i zaskakujący. Konflikt wewnątrz medium.

Można by wykorzystać niewątpliwą urodę Pań z GW zamiast brzydali z TVP. Można eksponować rozbrajający uśmiech Pana Adama, przypomnieć deklarację o przyczynach kopulowania przez Pana Blumsztajna. Oj, byłoby tego sporo. Zresztą co ja Wam Autorzy będę podpowiadał. Studnia wyobraźni na Czerskiej jest przecież bez dna.

Pamiętam jak w czerwcu 1989 roku siedząc na przedszkolnej ławce w skromniutkim ogródku na Czerskiej snuliśmy plany – marzenia, jak to będzie po wyborach. Jak pokonać „czerwonego”. I on rzeczywiście oddał władzę, ale przechwycił własność i jeszcze sprzedał rodzinne klejnoty – ile tylko się dało i za co bądź. Ale z przedszkolnej redakcji wyrosło jednak gmaszysko. O tym wszystkim byłby świetny komiks. Zresztą tematów nie brakuje. Same się pchają pod nóż.

Gdyby tak np. reanimować pochody pierwszomajowe. Na Marszałkowskiej na południe puścić szeregi pisowskie, a na północ zwolenników LGBT. Oczywiście pośrodku mundurowi. Taka konfrontacja. Ciekawe kto by zyskał a kto stracił? „Jacuś Ci pokaże” – oczywiście o ile będzie chciał. Na razie bardzo brzydko o nim w Wyborczej piszą, jeszcze brzydziej rysują. A przecież – przypatrzcie się bez uprzedzenia – to pogodny, uśmiechnięty, a nawet uzdolniony muzycznie, niestary jeszcze obywatel.

Gdyby tak zrobić np. w ramach „Szansy na sukces” konkurs, zawody śpiewacze. Jacek Kurski (występujący z gitarą, bo zagrać potrafi) – no, z kim? Kto się z „Wyborczej” zgłosi? Może brat Jarosław albo autorzy komiksu?

Kupą, mości panowie, kupą! I z jajem! Ale nie po prostacku i chamsku.

 

MARIA GIEDZ: Reportaż ze świata w dobie pandemii

Czy reportażem z najdalszych zakątków świata można będzie nazwać tekst napisany na podstawie wiedzy zdobytej z portali społecznościowych i ilustrowany zdjęciami wykonanymi telefonem w przypadkowych miejscach przez przypadkowych ludzi?

Od najmłodszych lat kocham podróże i te bliskie i te dalekie. Chętnie o nich opowiadam, a ludzie lubią mnie słuchać. Często te opowieści przelewam na papier, aby podzielić się z szerszym gronem miłośników podróży oraz tych ciekawych świata. Pomimo najróżniejszych trudności, braku pieniędzy, czekania na paszport przez rok, a potem na wizę, jakoś udawało mi się poznawać świat. I im trudniej było dotrzeć w dany rejon, czasem objęty konfliktem zbrojnym, tym większe wzbudzało zainteresowanie wśród odbiorców moich relacji. I nagle wszystko się urwało. Nastała pandemia. Ludzie zamknięci w domach nawet nie chcą słyszeć o innych kulturach, o pięknych krajobrazach czy problemach społeczeństw żyjących na drugim końcu świata, którzy też zostali zamknięci, albo próbuje się to z nimi zrobić. No, może niektórzy, zmęczeni oglądaniem „kosmicznych” postaci i słuchaniem przerażających statystyk szukają czegoś, co pozwoliłoby im oderwać się od ponurej rzeczywistości. Ale jak to zrealizować, jeśli dziennikarze, ci reportażyści turystyczni również nie cieszą się pełną swobodą?

Oczywiście z tym zamknięciem trochę przesadzam, bo nadal można podróżować i można o tych podróżach pisać. Nawet znajdą się chętni, którzy to przeczytają. Tylko od podróżującego dziennikarza wymaga się spełnienia wiele dodatkowych warunków. Musi on: wykazać się posiadaniem specjalnego „zielonego” dokumentu, niestety niezbyt długo ważnego; poddawać się kilkukrotnemu pędzlowaniu nosa, bo ów specjalny dokument nie w każdym miejscu jest wystarczający; czasem bez powodu dać się zamknąć na kilka, a nawet kilkanaście dni i to na własny koszt, a przede wszystkim respektować przyjęte niemal na całym świecie stereotypowe i standardowe zasady w kontakcie z drugim człowiekiem.

Obrazek z Ciudad de Mexico, niemal dziesięciomilionowego miasta, a z przyległościami trzy razy większego, tej do niedawna barwnej, tętniącej życiem aglomeracji, miejscami niebezpiecznej również dla miejscowych, a czasem wesołej, dzisiaj ukazuje w ponad 90 proc. snujące się lub chyłkiem przemieszczające postacie. Chociaż do Meksyku wjeżdża się bez specjalnych formalności, to po co jechać na drugi koniec świata, skoro, poza pogodą, krajobrazem i językiem jakim posługują się tamtejsi ludzie, nie różni się on zbytnio od mojego kraju? Męczyć się, wydawać pieniądze i jeszcze żyć w ciągłym strachu, że zaleje mnie kolejna fala?

To lepiej zostać w domu. Tylko jak w tej rzeczywistości uprawiać dziennikarstwo turystyczne? Jak być korespondentem wojennym? Jak relacjonować ważne, często spontanicznie rozgrywające się wydarzenia gdzieś „na antypodach”? Bywa, że nawet nie potrafimy „z marszu” zlokalizować miejsca owych wydarzeń. Chociaż czytelnikowi, w myśl przekonania wszechwiedzących reporterów, że jest mało zorientowany, jest wszystko jedno, gdzie ten konflikt się rozgrywa. Wystarczy wskazać kierunek, że np. Kazachstan leży na wschodzie. Można jeszcze dodać, że to była republika Związku Sowieckiego, azjatycka, położona daleko od Moskwy.

W tym momencie przypomniała mi się sytuacja z jaką się spotkałam w regionalnej redakcji, w której przez lata pracowałam i nawet przez jakiś czas prowadziłam dział podróży. Otóż pewnego dnia napisałam tekst o indonezyjskiej wyspie Bali, gdzie główną religią jest hinduizm w tym zdominowanym przez muzułmanów kraju. Bali jest jednak wyjątkiem i to tam mieszkają hinduiści, ale i chrześcijanie, w większości katolicy. Muzułmanie występują w śladowej ilości. Pisząc o Bali dołączyłam czarno-białe zdjęcia, bo wówczas fotografowało się analogowo, a kolorowe filmy były trudno dostępne. Redakcja chciała być jednak nowoczesna i zamieścić zdjęcie kolorowe, więc zamówiła je w agencji. Wybierała moja szefowa, jednocześnie pracownik lokalnego biura podróży. Mnie w te działania nawet nie wtajemniczono. Zobaczyłam swój tekst wraz z piękną fotografią dopiero, gdy gazeta ukazała się drukiem. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy ilustracją do mojego tekstu o Bali, dla przypomnienia azjatyckiej wyspy, była piękna kobieta w stroju karnawałowym z Rio De Janeiro, a to Brazylia. Roznegliżowana piękność nijak miała się do niemal purytańskich hinduistek z Bali. A jednak można! Mój protest zakończył się stwierdzeniem, że czytelnikowi jest wszystko jedno i tak się nie zorientuje, a zdjęcie ma zachęcać do przeczytania tekstu. W tej redakcji przestałam zajmować się podróżami i pisaniem reportaży ze świata.

Dlaczego przytoczyłam ten przykład sprzed niemal trzydziestu lat? Bo dzisiejsza sytuacja nieco się powtarza, chociaż polskie społeczeństwo zdecydowanie bardziej jest „wyrobione” i świadome rzeczywistości o innych częściach kuli ziemskiej. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat Polacy podróżowali na potęgę, fakt, że najczęściej w grupach zorganizowanych. A więc dość biernie oglądając ten świat, a nie poznając go. Jednak podróżowali, a obecnie?

Ograniczenia podróży, utrudnienia, najróżniejsze obostrzenie sprawiają, że wiedza przeciętnego Kowalskiego zaczyna zawężać się do tego co zobaczy, usłyszy lub przeczyta w mainstreamowych mediach albo „wygugla” w Internecie. A to wszystko nie koniecznie musi być prawdziwe. Modne stały się fake newsy, bo przy relacji ze świata, zwłaszcza z miejsc, które trudno sprawdzić, a w dobie pandemii mogły się diametralnie zmienić, liczy się głównie kasa i świadome lub nie wprowadzanie dezinformacji. Na dodatek, w ramach oszczędności i pandemii coraz częściej reportaże czy relacje z różnych miejsce opiera się na dziennikarstwie obywatelskim. Inaczej mówiąc, korzystając z pomocy innych, miejscowych, którzy chcą zaistnieć w sieci. Jeśli są to stali korespondenci, to można im wierzyć. Co innego, jeśli informatorem jest tzw. każdy, kto ma dostęp do Internetu. Jak sprawdzić wiarygodność informacji zamieszczanych na Facebooku, czy innych portalach społecznościowych? I na takiej podstawie pisać reportaż?

Zazwyczaj podróżuję sama, z jedną osobą, w gronie przyjaciół, sporadycznie z grupą zorganizowaną. Zanim wyruszę w świat „obkładam się” najróżniejszymi publikacjami dotyczącymi rejonu, w który się wybieram. Dzwonię po znajomych i nieznajomych, wypytuję o szczegóły, aby uniknąć przykrych niespodzianek, a raczej zmniejszyć ich liczbę, bo te i tak będą. Kiedy już dotrę w nieznane mi miejsce wsadzam nos wszędzie, gdzie trzeba i nie trzeba. O wszystko pytam, sprawdzam, nie polegam na informacjach z katalogów reklamowych, bo są przekłamane, o czym przekonałam się wielokrotnie. Chętnie nocuję – o ile to możliwe – u miejscowych, a nie w hotelach. I nie chodzi tu o finanse, tylko o możliwość obserwacji życia lokalnego, poznania atmosfery miejsca, próbę zrozumienia innej mentalności…

Czy jestem w stanie to zrobić dzięki Facebookowi albo Twitterowi tak chętnie stosującym cenzurę? Czy reportażem z najdalszych zakątków świata można będzie nazwać tekst napisany na podstawie wiedzy zdobytej z portali społecznościowych i ilustrowany zdjęciami wykonanymi telefonem w przypadkowych miejscach przez przypadkowych ludzi? Jak pogodzić wiarygodne dziennikarstwo z restrykcjami pandemicznymi? Czy już nigdy nie będziemy opisywać miejsc oglądanych z autopsji, relacjonować konfliktów zbrojnych obserwując, jak żołnierze, czy partyzanci repetują broń?

WALTER ALTERMANN: Chwasty

Zachwaszczamy „język ojców” na potęgę. A język jest jak szlachetna roślina, którą trzeba podlewać, nawozić i usuwać wszelkie chwasty rosnący wokół.

Poważna osoba, pani minister czy też (jak to dziwacznie niektórzy nazywają kobietę na męskim stanowisku) „ministra”, zapewnia że jej resort przeprowadził zmiany z pełną merytoryką. Czym jest rzeczona merytoryka? Nie wiadomo. To kolejny neologizm z furią atakujący podstawy języka polskiego. Dlaczego pani minister nie mówi, że zmiany mają merytoryczne uzasadnienie? Może dlatego, że nie wie, iż merytoryczny to przymiotnik. Owszem znamy rzeczowniki odprzymiotnikowe, ale to rzadkość. Merytoryka brzmi dobrze, choć nic nie znaczy. Merytoryka brzmi tak, jakby była nauką (kojarzy się z metodyką) i może dlatego słówko to pojawia się w ustach urzędników średniego i wyższego szczebla. Niemniej, niezależnie od intencji merytoryka jest chwastem.

Częściej mamy do czynienia z rzeczownikami odczasownikowymi. Najpierw mieliśmy czasownik kopać – od czego najpierw było kopanie i kopacz (czyli osoba zajmująca się kopaniem) a z wynalezieniem mechanicznego urządzenia mamy koparkę. Mamy czynność spychania czegoś (na przykład piasku), a wraz z maszyną pojawiła się nazwa spychacz. Najpierw było dźwiganie, a potem mechaniczny dźwig. Pamiętam, że lud nasz na pierwsze spychacze mówił spych, wzorem derywacji, takiej jak w przypadku dźwigania – dźwigu.

Swoją drogą obawiam się, że czeka nas wielka rewolucja językowa. Nasze współczesne feministki na pewno podejmą temat opatrywania różnych urządzeń i maszyn nazwami kobiecymi. I to, że skręcarka, wyciągarka, ładownica, spulchniarka, glebogryzarka, foliarka, drukarka są rodzaju żeńskiego na pewno je obraża. Tak jak dotyka je, że mówimy pani minister zamiast ministra. Podejrzewam, że feministki gotują się już do ataku. Bo jak to może być (według nich), że poważne maszyny są rodzaju męskiego, a te pośledniejsze są u-kobiecone? Traktor, kombajn, samolot, autobus, czołg, pociąg są rodzaju męskiego a te gorsze, jak lokomotywa, armata, rakieta są akurat rodzaju żeńskiego? Wtedy dopiero będzie zabawa, gdy każą nam mówić: ten armat, ten lokomotyw i ta samolot.

Warto zauważyć, że z wynalezieniem radia, telewizji i Internetu ludzkość coraz więcej mówi. I za nic ma maksymę, iż „milczenie jest złotem”.  Wraz ze wzrostem rodzaju i wielości nadajników ludzkość rozgadała się nad miarę. Dobrą zasadą byłoby to, gdyby mówił i pisał ten, kto ma coś do przekazania. Ale nie. Demokracja pokazała swe okrutne oblicze – mówić, pisać może każdy, nawet taki, który ledwo mówi i słabo pisze.

Ciągle słyszę od dziennikarzy i ich utytułowanych rozmówców, że minęła godzina czasu albo nawet tydzień czasu. Niektórzy muszą cofnąć się do tyłu a inni wrócić z powrotem. Jak to może być, że w kraju, w którym średnie wykształcenie ma już większość obywateli przed czterdziestym rokiem życia zdarzają się osobniczki i osobnicy, którzy nie wiedzą, że godzina jest miarą czasu? Gdyby to jeszcze  dotyczyło ludzi mówiących gwarą… Ale nie. Tak mówi dziś wykształcona elita kraju.

Język ma dwie funkcje. Po pierwsze – ma służyć komunikacji. I dlatego czym więcej słów znam, czym mówię poprawniej, tym precyzyjniej mogę się komunikować z innymi. Po drugie – język jest, sam w sobie, narzędziem poznania, pozwala mi uczyć się nowych rzeczy, a nawet nowych stanów ducha. Prostak powie że jest wkur*****y. Człowiek znający dobrze swój język powie, że jest zirytowany, poddenerwowany, zdenerwowany, wściekły, podrażniony, rozdrażniony. Mieszkańcy krain wiecznych lodów mają prawie 60 określeń śniegu, tak precyzyjnie umieją różne rodzaje i stany śniegu rozpoznawać, bo żyją na śniegu. Mongołowie mają około 40 nazw maści konia, bo są od wieków z tym zwierzętami w symbiozie.

Kilka dni temu dowiedziałem się z poważnej stacji TV, że jedna pani jest kobietą progresywną. Czyli uśmiercono już kobietę postępową. Dzisiaj sufrażystki są progresywne. W gruncie rzeczy znaczy to samo, ale brzmi po zachodniemu, czyli progresywnie.

Zauważyłem też, że większość naszych polityków pobiera lekcje w tej samej firmie marketingu politycznego, bo wszyscy oni mówią: i co istotnie ważne lub też w lżejszej formie: i co jest istotne, ważne. Czym się różni istotne od ważnego nie wiem, ale zawsze mnie to bawi. A to już jest coś, czego od polityka codziennie zaznać się nie da!

Pewien młody polityk, mający przekonanie, że ktoś tam powinien siedzieć w więzieniu, mówi: a ten gość ciągle chodzi po wolności. Od kogo się takiego zwrotu nauczył? Podejrzewam, że od kogoś, kto rzadko przebywał na wolności, większość czasu spędzając w zamknięciu.

No i jeszcze to nierozróżnianie rodzajów. Raptem mamy trzy i tysiące z nimi kłopotów. Język polski zna trzy rodzaje: męski, żeński i nijaki. Więc dlaczego ciągle słyszę, że mamy tą strategię? Strategia to rodzaj żeński więc poprawnie ma być: mamy tę strategię. Niezależnie czy mówiący ma „tę strategię” czy tylko myśli, że ma. A jak się Państwu podoba „półtorej roku czasu”?

I na zakończenie tych męczących przykładów… W jakiejś reklamie słyszę ciągle – „To jest twój plannig odporności”. Planning to po prostu plan. Ale producent jakiegoś tam specyfiku wie, że Polacy to „paw narodów i papuga” i lubią obce słówka, bardziej im wierzą niż ojczystym słowom. Więc zamiast plan lektor czyta „planning”.  Swoją drogą, wszyscy nadawcy obowiązani są do nieemitowania szkodliwych reklam i mogliby wymusić na zamawiającym język polski. Ale nie zrobią tego, bo reklama to pieniądz.

Zachwaszczamy „język ojców” na potęgę. A język jest jak szlachetna roślina, którą trzeba podlewać, nawozić i usuwać wszelkie chwasty rosnący wokół. Dlaczego to tak ważne? Bo rozplenione chwasty głuszą rozwój cennej rośliny, która karleje i przynosi niesmaczne plony. A w końcu chwasty mogą doprowadzić do jej obumarcia.

 

Dekalog medialny STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Po pierwsze: nie służ aktualnie sprawującym władzę – kacykom, prezesom ani żadnym innym kupującym dziennikarzy za obietnice stanowisk, prezenty droższe lub śmieciowe. A prawdę i sprawiedliwość mając na względzie służyć będziesz swą pracą społeczeństwu, kierując się prawem i zasadami demokracji.

Po drugie: nie nadużywaj słów wielkich – jak Bóg, Honor, Ojczyzna – by nie stawały się pojęciami wyświechtanymi, nie robiącymi większego wrażenia. Degradacja wartości słowa to niepowetowana strata. A słowo to oręż żurnalisty.

Po trzecie: nie goń za mamoną. Dbaj o poziom i wartość przekazu – aby to osiągnąć, odpocznij czasem.

Po czwarte: korzystaj z wolności Schengen, ale pamiętaj, skąd jesteś i co zawdzięczasz krajowi rodziców, nauczycieli i współobywateli. Szanuj to wszystko.

Po piąte: krytykuj, piętnuj, jeśli trzeba. Wal śmiało i prostolinijnie. Ale nie zabijaj – jak muchę gazetą. Daj krytykowanemu szansę obrony.

Po szóste: nie zawłaszczaj cudzego. Nie wyciągaj łapy korzystając z przywileju władzy, wpływu medialnego. Pamiętaj o swoich pryncypialnych zobowiązaniach.

Po siódme: nie zżynaj, nie przepisuj bez podania źródła. Gardź plagiatem. A jeśli nawet nie boisz się demaskatorskiej roli Internetu, to bój się własnego sumienia. Wierz w to, że oszustwo zawsze się wyda.

Po ósme: nie kłam, nawet dla zysku takiego czy innego. Nie łżyj – bo to najcięższy grzech dziennikarza. A jeśli nie wstydzisz się pisać nieprawdę, nie boisz się sądu ani Pana Boga – bój się Hieny (to antynagroda SDP). Ona cię dopadnie.

Po dziewiąte i dziesiąte: pożądaj laurów i nagród dziennikarskich – a te są liczne w pączkujących ciągle konkursach. To zdrowe pożądanie winno zmobilizować do pracy. A jest o czym pisać, co nagrywać i filmować. Trzymaj się zasad, a znajdą Cię i wyróżnią.

 

 

Bruksela jest równie interesująca jak Bałkany. Z DOMINIKĄ ĆOSIĆ rozmawia MAGDALENA UCHANIUK

Najbardziej żal mi jest zwykłych ludzi, którzy byli ofiarami wielkiej polityki. I to jest specyfika wszystkich polityków, że oni podejmują decyzje w imieniu ludzi, a sami często są chronieni przed skutkami tych decyzji. Natomiast zwykli ludzie są ofiarami, oni najwięcej cierpią – mówi Dominika Ćosić, korespondentka w Brukseli, ekspertka od Bałkanów, autorka książek, w rozmowie z Magdaleną Uchaniuk w „SDP Cafe – podaj dalej…”

Moim gościem jest wyjątkowa kobieta, która ma serce podzielone na pół, ma dwie ojczyzny. Z jednej strony mocno kocha Polskę, a z drugiej bardzo związana jest z Bałkanami. A trzecia strona jej serca to troszeczkę Bruksela. Jak tobie, dziennikarce, żyje się z tym, że masz to serce tak podzielone?

Z zawodowego punktu widzenia jest to wzbogacające, bo mam podwójną perspektywę, nie tylko polską, ale też serbską, czy szerzej jugosłowiańską, bałkańską. Przed wyjazdem do Brukseli zajmowałam się Bałkanami, jeździłam po całej byłej Jugosławii, pracując jeszcze w tygodniku „Wprost”, a wcześniej  w „Dzienniku Polskim” w Krakowie. Zatem to pomaga, daje szerszą perspektywę, większą wiedzę, wyczucie i możliwość zrozumienia mentalności bałkańskiej. To potrafi być użyteczne.

Twoja najnowsza, czwarta już, książka jest inna od poprzednich. Przypomnijmy, „Uśmiech Dalidy” to powieść, „Polska droga do Unii Europejskiej” skupiała się na polityce, był też przewodnik po Bałkanach. „Balkan Express”  to również przewodnik po Bałkanach, ale ściśle związany z twoimi podróżami i twoimi ocenami tego co się stało z Jugosławią.  Jak przeżyłaś rozpad Jugosławii?  Wiem, że dla ciebie była to bardzo trudna sprawa, bo jako dziecko byłaś w tej Jugosławii mocna zakorzeniona.

Gdy jako dziecko ktoś mnie pytał kim jestem, to mówiłam, że pół Polką, pół Jugosłowianką.  Mieszkałam w Belgradzie, chociaż urodziłam się w Krakowie, bo mama jako polska patriotka chciała urodzić mnie w tym mieście. Kursowałam regularnie na trasie Belgrad – Kraków. Czułam się pół Jugosłowianką, pół Polką. Wydawało mi się, że Jugosławia jest jednością, chociaż wiedziałam, że jest Serbia, Czarnogóra, Chorwacja, są różne narodowości, ale postrzegałam to jako jedność. Ten bogaty kraj, który w porównaniu z ówczesną Polską był o wiele bardziej zamożny, kolorowy, kojarzył mi się bardzo dobrze. I nagle w 1991 roku, zdawałam wtedy egzaminy do liceum, mieszkałam w Krakowie, zaczęłam oglądać w telewizji obrazki, które kompletnie nie pasowały… Najpierw Słowenia, później Chorwacja, później inne. Na moich oczach dokonywał się rozpad Jugosławii, w tym momencie przyszły pytania: kim ja jestem? Skoro nie ma Jugosławii, nie jestem pół Jugosłowianką. Dobrze, jestem pół Serbką, ale Serbowie byli przedstawiani wówczas bardzo negatywnie, jako jedyni winni, jako sprawcy wojny, okrucieństwa. I ciężko jest przyjąć do wiadomości to, że jesteś w połowie przedstawicielką narodu oskarżanego o wszelkie zło, przynajmniej w tamtej wojnie. Miałam z tym problem, tym bardziej, że nałożyło się to na czas dorastania, kiedy każdy człowiek szuka swojej tożsamości.  To była dla mnie trauma i jest do tej pory. Wydawało mi się, że wojny w Europie są definitywnie zakończone, że II wojna światowa była ostatnią i teraz ludzie zmądrzeli i nikt nie będzie się zabijał w Europie. Tymczasem na moich oczach moja druga ojczyzna została zniszczona, ten kraj przestał istnieć. Byliśmy świadkami strasznych scen, czy to w Sarajewie, czy w Vukovarze, Srebrenicy, w Kosowie, w Belgradzie. To było naprawdę coś bardzo ciężkiego do oswojenia. Dlatego też wybrałam jako kierunek studiów filologię serbską i chorwacką, mimo że marzyłam o filozofii, bo liczyłam że dzięki poznaniu historii, literatury zrozumiem powód tej wojny.

O tym piszesz w „Balkan Express”.  Mimo to, iż poszłaś na te studia, poznałaś dobrze historię Jugosławii, historię wszystkich republik, które wcześniej funkcjonowały, to jednak jako człowiek, jako kobieta, nie byłaś i nie jesteś w stanie zrozumieć dlaczego do tego doszło.

Z intelektualnego punktu widzenia rozumiem to, bo wiem jakie były przyczyny historyczne, ingerencja krajów ościennych, inne powody. Na poziomie intelektualnym mam to oswojone, natomiast na poziomie emocjonalnym nie jestem w stanie się z tym pogodzić. To jest tak, jak ze śmiercią bliskie osoby – wiemy, że ktoś umarł, wiemy na co chorował, tłumaczymy sobie, że teraz nie cierpi, ale tak naprawdę nie da się z tym pogodzić, to jest rana w sercu. Tak samo w przypadku wojny w Jugosławii. Ciężko się pogodzić z tym, że na naszych oczach, cały świat obserwował to na ekranach telewizorów, dochodziło tam do scen dantejskich.

Bracia zabijali braci…

Najgorsza jest właśnie wojna bratobójcza. Emir Kusturica w „Undergroundzie” kończy ten film taką charakterystyczną sceną – jeden z bohaterów, sparaliżowany, siedzi na płonącym fotelu inwalidzkim, a jego brat biegnie za nim i okłada go kijem próbując go zabić… Tam właśnie padają te słowa: tak długo nie ma wojny dopóki brat nie podniesie ręki na brata.

Jeżeli jest wojna, że obcy kraj wchodzi z czołgami, samolotami na nasz teren, obca armia wkracza, to jest to oczywiście straszne, ale jeśli na tym samym terenie sąsiedzi zabijają sąsiadów, a nawet w tej samej rodzinie, bo przecież było wiele było małżeństw mieszanych, to wówczas jest największe zło jakie może być.

To jest bardzo trudna historia, ale ty po nią sięgnęłaś. Wydaje mi się, że napisanie tej książki to była dla ciebie też taka forma autoterapii, bo mówisz o wielkiej polityce, ale widzianej oczami zwykłych ludzi. A co jest najważniejsze, i to chyba jest największa wartość tej książki, nikogo nie oceniasz. Nie podają oskarżenia, po prostu jest to podróż, jedziemy tym expresem i staramy się zrozumieć co tam się stało.

Tak, poznawałam najczęściej w nocnych pociągach zwykłych ludzi, z różnych byłych republik jugosłowiańskich, Serbów, Chorwatów, Macedończyków, Czarnogórców, Albańczyków z Kosowa. Te spotkania w pociągach są okazją do rozmów o całym życiu. Ludzie się otwierają, mówią takie rzeczy których nawet bliskim znajomym by nie powiedzieli, bo wtedy czują się może trochę skrępowani. A łatwiej powiedzieć komuś, kogo się już więcej nie spotka. Różnych ludzi spotykałam, mówili mi o swoim życiu, traumach. Najczęściej zaczynaliśmy od rozmów na tematy neutralne. Bałam się pytać wprost o wojnę, bo wiem że dla wielu ludzi to bardzo bolesne, ale w którymś momencie ten temat zawsze sam się pojawiał.

Powiedziałaś wcześniej, że Serbowie byli przedstawiani na świecie, w mediach, jako oprawcy, ty jako Serbka musiałaś się z tym zmierzyć. Jak się czułaś jako ta trochę napiętnowana tą winą?

Pamiętam jak byłam w Paryżu w 1995 roku, pojechałam z koleżanką na pierwszy samodzielny wyjazd na wakacje, po zdaniu matury. Zatrzymaliśmy się u mojego wujka, kuzyna mojej mamy i w telewizji pokazywali obrazki z wypędzenia Serbów z Krajiny. Byłam z wujkiem u jego znajomych Francuzów i ktoś powiedział tak ironicznie: „ale Serbowie są gościnni” i był śmiech. Odezwałam się, że jestem pół Serbką, zapanowała cisza… Później zdarzały się sytuacje na uczelni, że któryś z kolegów na imprezie powiedział: „Wstydziłabyś się Dominika, że jesteś pół Serbką”. Tak, a za co mam się wstydzić? „Bo, Serbowie wymordowali…” Powiedziałam, żeby się zastanowił. Ja nie chcę bronić Serbów, wybielać, że byli całkowicie niewinni. Tylko w czasie tej wojny obraz nie był czarno-biały, właściwe wszyscy byli ofiarami i katami.

Symbol, który mocno poszedł w świat, to były wydarzenia w Srebrenicy…

Myślę, że były trzy symbole: Vukovar, Sarajewo i Srebrenica. Vukovar to jest miasto w Chorwacji, gdzie na samym początku wojny, to była jesień 1991 roku, paramilitarne bojówki serbskie dokonały rzezi w szpitalu mordując personel i pacjentów… (pauza).

To były bardzo trudne czasy…

Później było Sarajewo i Srebrenica i te trzy miasta umocniły obraz Serbów jako jedynych winnych. Nie chcę usprawiedliwiać Serbów,  powiedzieć że to się nie zdarzyło. Ale trzeba też podać przykłady tego co się działo z drugiej strony, np. dochodziło do morderstw na Serbach w Bośni. Bośniaccy muzułmanie mordowali tamtejszych Serbów i Chorwatów. Tam niemal się wszyscy ze wszystkimi mordowali. Ostatnim akordem wojny było w 1999 roku Kosowo, naloty. Ale wcześniej była prowadzona akcja przeciwko bojownikom albańskim przez Serbów, a z kolei Albańczycy mordowali Serbów, ludność cywilną. Najbardziej żal mi jest zwykłych ludzi, którzy byli ofiarami wielkiej polityki. I to jest specyfika wszystkich polityków, że oni podejmują decyzje w imieniu ludzi, a sami często są chronieni przed skutkami tych decyzji. Natomiast zwykli ludzie są ofiarami, oni najwięcej cierpią.

Wielu kojarzy ciebie jednak nie z Bałkanów, tylko z Brukseli, gdzie od wielu lat pracujesz dla różnych redakcji.  Jak się odnalazłaś w tamtej rzeczywistości?

Pamiętam jak w 2005 roku, Marek Król, który był wtedy redaktorem naczelnym „Wprost” i Jerzy Marek Nowakowski, szef działu zagranicznego, zaproponowali mi, abym pojechała do Brukseli jako korespondentka, to było rok po naszym wejściu do Unii Europejskiej. Długo się broniłam przed tą decyzją.

Dlaczego?

Bruksela wydawała mi się nudna. Nawet powiedziałam Nowakowskiemu: panie redaktorze, ale co ja będę robić w tej Brukseli – tam nie ma terrorystów, nie ma zbrodniarzy wojennych, nie ma wojny, nie ma zamachów terrorystycznych, ja tam umrę z nudów. To nie jest dla mnie, są tylko nudni faceci w garniturach, nudni politycy, jakaś nudna Unia Europejska, która mnie kompletnie nie interesuje. A on mówi: „pani Dominiko, pojedzie pani, zobaczy, zacznie się dziać”. No i właśnie, teraz będzie taki trochę czarny humor… W 2016 roku po zamachach w Brukseli w metrze i na lotnisku, napisałam do Jerzego Marka Nowakowskiego i Marka Króla, że zamachy w Brukseli są, zbrodniarze wojenni są niedaleko, w Hadze, terroryści są, okazało się że brukselski Molenbeek jest wylęgarnią islamskiego terroryzmu. Właściwe wszystko mam, żołnierze na ulicach, terroryści na ulicach, UE zaczyna się rozpadać, bo zaraz było referendum w sprawie Brexitu, właściwie misja wypełniona. Usłyszałam: „no tak, pani Dominiko, wszystko pani ma, taka pani zdolna…”

Wracając do tej rzeczywistości brukselskiej,  na początku Unia Europejska wydawał mi się jedną wielką niewiadomą, musiałam się uczyć tego świata, bo wcześniej zajmowałam się Bałkanami. Później poczułam, że to jest równie intersujące jak Bałkany. Wpływ Unii na naszą rzeczywistość jest ogromny. Teraz widzimy to już w dosłowny sposób, jak wielki jest wpływ instytucji unijnych na to co się dzieje w Polsce, na życie gospodarcze, polityczne. Obserwowanie tych procesów w miejscu, w którym powstają jest fascynujące.

W 2005 roku, w grudniu, był mój pierwszy jako korespondentki szczyt unijny, a także pierwszy szczyt dla kanclerz Angeli Merkel. Spotkałam ją na jakiejś konferencji prasowej, wszyscy zaciekawieni patrzyli, pierwsza kobieta na stanowisku kanclerza Niemiec, w dodatku z byłego NRD. I tak się teraz śmieję, kanclerz Merkel odchodzi z polityki, to może też czas na mnie, aby zastanowić się nad jakimś innym miejscem zamieszkania.


Zapis fragmentu rozmowy Magdaleny Uchaniuk  z Dominiką Ćosić, która odbyła się w ramach cyklu „SDP Cafe – podaj dalej…”  Całe spotkanie można obejrzeć TUTAJ.

Projekt „Dziennikarze-twórcy kultury” finansowany był ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu z Funduszy Promocji Kultury.

 

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Sprawdzać siano w głowie i szkolić

Ja tu wypisuję te słowa na portalu między innymi przede wszystkim dla dziennikarzy, co mam świadomość, że się dziennikarzom może trochę nie spodobać, bo przecież wiemy dobrze, że każde faux pas osobników z sianem, o których sygnalizuję poniżej, to jest temat chwytliwy. A temat dla dziennikarza rzecz jakże pożądana… Tyle tytułem tajemniczego wstępu, a teraz trochę mniej chaotycznie.

Mam taki pomysł dla rządu, całkowicie za darmo: dyplomatów czy osoby reprezentujące Polskę można by wcześniej jakoś tam sprawdzać, w sensie czy na przykład nie mają w głowach siana. Znaczy nie wiem, czy otwierać im czaszkę, czy sprawdzać rozmową wielotematyczną bez otwierania. Szczegóły trzeba by jakoś tam dograć, jakby co pomogę za darmo. Ewentualnie, gdyby okazało się, że siana nie ma, ale jakby jakieś źdźbła kiełkują pod tą czachą, albo że jest niebezpieczeństwo, że zakiełkują, to można by przeprowadzić szkolenie. Że Polska, że dyplomaci i pełnomocnicy reprezentują jednak interes Polski formułowany przez rząd i tego się trzeba trzymać, a jak się by ktoś nie chciał trzymać, to niech sobie nie wsiada na posadę, albo wysiądzie bez hałasu i do widzenia, szczęścia zdrowia, powodzenia.

Czasy mamy oryginalne. Co do zasady zgodzimy się zapewne, że ambasador jest osobą, która na terenie obcego państwa ma prezentować stanowisko rządu swojego państwa. Chyba nie ma tu wątpliwości. Nie, że „powinna” tylko „ma”. Ma mówić językiem, interesem określnym przez rząd. Jest od tego jak aktor od grania, a to drugie nie będę pisać. Co do zasady pełnomocnik rządu jest osobą, która ma pełnomocnictwa rządu do prezentowania i reprezentowania stanowiska rządu w jakichś gronach, sytuacjach, sprawach. Chyba nie ma tu wątpliwości. Jest od tego, jak aktor od grania…

Ambasador Polski w Republice Czech Mirosław Jasiński został odwołany (w zasadzie rozpoczęto procedurę odwołania) po jego wypowiedzi dla niemieckich mediów. Jasiński zajmował się sprawą sensytywną, elektrowni Turów, która to sprawa jest w trakcie międzyrządowych negocjacji. Tenże ambasador pytany o powody sporu polsko-czeskiego był łaskaw powiedzieć Niemcom w czasie wywiadu między innymi: „to był brak empatii, brak zrozumienia i brak chęci podjęcia dialogu, i to w pierwszym rzędzie z polskiej strony”. Upsss. Negocjacje trwają, a tu ambasador obwieszcza światu, że generalnie wina leży po polskiej stronie. Geniusz. Pełna stodoła siana, proszę Państwa, aż normalnie puchnie i pęcznieje. Nie będę tu dociekał skąd się ten pan wziął, ale niech się odweźmie, do widzenia.

Pełnomocnik ministra spraw zagranicznych do spraw kontaktów z diasporą żydowską, Jarosław Nowak udzielił z kolei wywiadu brytyjskiej gazecie „Jewish News”. Tak, tak, brytyjskiej. Dziennikarze z „Jewish News” byli oczywiście zainteresowani sprawą wykoncypowaną przez tęgie głowy, czyli tak zwanego zwrotu mienia bezspadkowego.

Stanowisko polskiego rządu jest jasne, proste i tak zostało wyartykułowane przez premiera Mateusza Morawieckiego: „Tak długo, jak ja będę premierem, Polska na pewno nie będzie płaciła za niemieckie zbrodnie; ani złotówki, ani euro, ani dolara”. Nie mamy za co płacić, nie mamy komu, więc nie będziemy. W związku tym pan Nowak powiedział w wywiadzie: „Myślę, że w pewnym momencie Polska naprawdę będzie musiała dojść do wniosku, że musimy coś z tym zrobić”, czyli, że premier tak sobie tylko mówi, że my zapłacimy, ale jeszcze nie teraz. Niezły pełnomocnik. Do jego złotych myśli dodać możemy słowa: „Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę, że problem polega na tym, że my Polacy, a nie rząd, nie wiemy dokładnie, co jest dobre, a co złe”. Ciekawe, my Polacy nie wiemy, co jest dobre, a co złe. I co? Czekamy, żeby nam Żydzi powiedzieli? Dramat. Facet został odwołany, ale szkód już niestety narobił.

Tak, wiem, wiem, dał mi też temat do pisania. Jednak w sumie chętnie znalazłbym inny… Kończąc ponawiam swoją propozycję: przed zatrudnieniem sprawdzać kandydatom siano w głowie. I szkolić.

 

HUBERT BEKRYCHT: Kazachski blef medialny Kremla

To truizm, ale relacjonując konflikty trzeba zdawać sobie sprawę, że to nie zabawa. W Kazachstanie zginęli ludzie, lecz niektóre media dały się nabrać na sztuczki Moskwy i jej propagandowe wyjaśnienia tragedii.

Nie jestem specjalistą od Azji Środkowej i mam dużo szacunku wobec publicystów, którzy orientują się w tamtejszych skomplikowanych uwarunkowaniach geopolitycznych, ale nie trzeba być ekspertem, aby pamiętać, że to jednak Rosja rozdaje karty w tej części świata.

Co prawda nie pozostaje też bierny inny wielki sąsiad Kazachstanu – Chiny, ale na razie Państwo Środka tylko pilnie obserwuje rozwój wypadków. Na pewno jednak Chińczycy nie pozostaną obojętni na to co zdarzyło się m.in. w Ałmaty i Nur – Sułtanie (Astanie). Nie tylko te dwa miasta były kluczowe dla tego, co stało się w tej części Wielkiego Stepu na początku tego roku. Kluczowe były media, a raczej medialna manipulacja.

Kazachstan jako największa sierota po sowieckim imperium jest wciąż obiektem pożądania Moskwy, a prezydent Władimir Putin i jego służby propagandowe zrobią wszystko, aby jeszcze bardziej zbliżyć ten kraj do Kremla. Dlatego rosyjskie źródła, a większość kazachskich mediów jest pod wpływem moskiewskiej propagandy, od początku konfliktu, zaczęły mylić tropy. To zresztą nie od dziś specjalność rosyjskich mediów.

Najpierw zdziwiło mnie, że oprócz informacji uznanych światowych agencji, wiele polskich mediów powoływało się od początku stycznia na portale rosyjskie i oficjalne komunikaty dostępne nawet, co chyba nie było przypadkiem, w medialnie zamkniętych Chinach. I jakoś nie uwierzyłem w to, że jedyną przyczyną zamieszek były protesty ludzi po podwyżkach gazu, którym napędzane są kazachskie samochody. Przyznaję jednak, że brzmiało to wiarygodnie w pogrążonej w kryzysie paliwowym Europie. Nawet jeden z polityków polskiej opozycji groteskowo straszył nasz rząd „kazachską rewolucją paliwową”.

Kraj niewolony przez postsowieckich kacyków i dyktatorów – a ich kwintesencją jest Nursułtan Nazarbajew (któremu stolica Astana „zawdzięcza” nową nazwę) – ma wiele problemów, bo rządzi nim korporacja możnowładców, dla których nie liczy się coraz biedniejsza ludność Kazachstanu. Tym biedniejsza, że mieszka w bogatym w rozmaite zasoby naturalne kraju.

Stąd bajeczka o wystąpieniach z powodu podwyżek cen paliwa była wiarygodna. I to nie tylko w zmanipulowanych propagandowo portalach internetowych dla Kazachów i Rosjan.

Kazachskie media, na rozkaz prezydenta Kasyma-Żomarta Tokajewa, po prostu zaczęły udawać środki masowego przekazu znane z Rosji. Z kolei media moskiewskie udawały, że to wewnętrzna sprawa Astany – w doniesieniach nawet „zapomniano”, że dyktator Nazarbajew zmienił miastu nazwę – i w ogóle nie władze kazachskie zamknęły granicy i zawiesiły połączenia internetowe.

Granice otwarto, ale tylko dla wojsk interwencyjnych z krajów Azji Środkowej. I tak się akurat złożyło, że większość tych wojsk nosi naszywki bojowe z flagą Rosji. Z Internetem też nie było tak, jak głosiły kazachsko-rosyjskie przekazy medialne. Ważne jest przecież nie to, że jakiegoś medium nie można znaleźć w sieci, ale jakie portale, bez reżimowych przeszkód, przekazują kłamstwa m.in. z Ałmaty i Astany. Sprawdziłem, w pierwszych dniach konfliktu państwowe agencje kazachskie i rosyjskie przekazywały informacje uspokajające. Już to dla Europy powinno być sygnałem, że konflikt może być nawet, w odpowiednich proporcjach, początkiem przewrotu, a nawet powstania narodowego, co w azjatyckich warunkach nie jest określeniem przystającym do naszych pojęć politycznych.

W Kazachstanie zginęli ludzie, ale niektóre media dały się jednak nabrać na sztuczki Moskwy i jej propagandowe tłumaczenia tragedii. I to jest ten tytułowy blef Kremla. Putin jako doświadczony sowiecki szpieg, ma wielu, powiedzmy znajomych w kręgach władzy w Asatanie. Wiele mediów europejskich, w tym polskich, oczywiście powołując się na źródła w Ałmaty lub w innych krajach tej części świata, informowała o gospodarczym podłożu zamieszek.

Tymczasem już wtedy trwała krwawa rozprawa kazachskich „siłowników”, którzy dowodzą siłami porządkowymi. Zasłonę propagandową oprócz mediów kazachskich włączyły rosyjskie środki przekazu. Reporterzy z Europy utknęli w sąsiednim Kirgistanie, a o interwencji rosyjskiej „mającej obronić kazachską demokrację” pierwsi -jak podały agencje – poinformowali sami Rosjanie. I tak wszyscy dowiedzieli się, że krwawa rozprawa na ulicach Ałmaty była „dławieniem terroryzmu” a setki ofiar i tysiące uwięzionych to wynik prowokacji wewnątrz dawnych kręgów władzy w Kazachstanie.

I nabraliśmy się wszyscy. Nawet źródła watykańskie pisały, że interwencja w Kazachstanie była spowodowana groźbą „wojny domowej”. Niebezpieczne jest jednak coś innego.

Starcia w stepowym kraju skutecznie odciągnęły uwagę opinii publicznej od przygotowań Rosji do wojny z Ukrainą. I dlatego kazachski blef w podręcznikach dziennikarstwa będzie za kilka lat przykładem postsowieckiej manipulacji medialnej na globalnej scenie politycznej.

WALTER ALTERMANN: Angielszczyzna

Chcieliśmy otwarcia na świat i nieskrępowanej wolności. Szczęście jednak nigdy nie jest pełne i powstał poważny problem; nadużywania angielskiego (w końcu jednak obcego) języka. I niebezpiecznej degradacji języka polskiego.

Siedziałem w pociągu obok dwóch młodych mężczyzn, którzy dość głośno, prowadzili taki dialog:

– Wszedłem na fejsa, a tu mega lajków, no mega – powiedział brunet. – Czyli, jest fine, wchodzę do newsroomu, a chief mówi mi, że dostałem next challange, ale za more money.

– A za co to zadanie i za co podwyżka? – zapytał rudy.

– No właśnie czujność z fakenewsami. To teraz buzzword – podejrzliwie spojrzał na kolegę brunet.

– Ale jak odróżniasz fałszywe od prawdziwych? Ja nie daję rady – rudy był przybity.

– Mnie fakenewsy też wkurzają, ale słuchaj, jest taki case: jak jakiś portal dał feedback o tym newsie, a w agencjach też jest ten content, to real, a nie fake. I mam goal przed deadlinem – zaśmiał się sprytny brunet.

Wysiadłem, a oni prawdopodobnie nadal rozmawiali o tajnikach pracy dziennikarza lub pracownika redakcji. Myślę, że rudy młodzieniec znał chyba lepiej język angielski, skoro go rozumiał, ale nie używał i znał też chyba lepiej język polski, skoro mógł w nim wyrazić swoje kłopoty.

Myślę też, że z tym angielskim, to chyba ojczyzna moja przesadziła. Jeszcze w latach 70. człowiek z biegłą znajomością angielskiego budził podziw i zazdrość. Był prawie jak gość z zagranicy i naznaczony był jakby wyższością, wtajemniczeniem. Potem jednak to się zmieniło. Angielskiego uczą się już wszyscy, więc atrakcyjność anglojęzycznych spadła. Pozostało jednak w nas dawne przekonanie, że mówiący po angielsku (choćby trochę) są lepszą kastą.

Oczywiście wiem, że angielski jest obecnie językiem panującym na świecie, a nieznający go są poniekąd wykluczeni ze współczesnej techniki i kultury. Kiedyś językiem jednoczącym Europę była łacina, potem francuski. Polska przez całe wieki była pod wpływem języka niemieckiego, co wiązało się z tym, że kultura (tak duchowa jak materialna) napływały do nas z Niemiec. Ale dominuje ten kto tworzy i wprowadza do użytku nowe narzędzia. Wraz z narzędziami (szeroko rozumianymi) przenikają do nowych kręgów kulturowych ich nazwy. Tak było z większością narzędzi, które trafiły do nas z obszaru języka niemieckiego. Importowaliśmy je wraz z ich nazwami, który spolszczaliśmy. Przypomnę, tylko obcęgi (der Zange), wiertarkę, nazywaną u nas dawniej bormaszyną (der Bohren), wiertło (der Bohrer) i śrubę (der Schraube). Część z tych nazw skutecznie spolonizowano i np. dawny śrubsztak (niem. der Schraubendreher) został w końcu imadłem, a hebel został strugiem, ale pamiętam, że jeszcze w latach 70. rzemieślnicy powszechnie używali nazw niemieckich. Mamy też jednak np. rostbef pochodzący z niemieckiego (der Roastbeef), który do dziś pozostał rostbefem.

I tak to jest, bo ponad 60 procent polskich zasobów leksykalnych pochodzi z języków obcych – głównie z łaciny, francuskiego i niemieckiego.

Skądinąd polonizacja obcego nazewnictwa miała też aspekty zabawne, bo szmalec (niem. schmalzen – topić) zastąpiono smalcem, bo wywiedziono go od smolić. Nawet cmentarz (łac. coemeterium, ang. cemetery, franc. cimetière) próbowano zastąpić smętarzem, bo na cmentarzu nie jest za wesoło.

Wiem też, że dominująca we współczesnej technice rola USA pociąga za sobą konieczność przyjmowania przez nas angielskich nazw. Tak jest z komputerem, Internetem i wszystkimi związanymi z nimi wynalazkami i akcesoriami.

Nie rozumiem jednak dlaczego potoczne polskie słowa wypierane są przez anglicyzmy. Dlaczego dziennikarze piszą i mówią „newsroom” zamiast używać „redakcja bieżących informacji” lub „redakcja nowości”, „najnowsze” czy „bieżące”. To byłoby zgodne z duchem naszego języka.

Tu wyjaśnijmy sobie jeszcze jedno, co do specyfiki języka polskiego, który jest u nas, póki co, językiem urzędowym. Otóż język nasz ma i taką właściwość, że jest językiem opisowym. I nie dlatego, że jest językiem słowiańskim. Czesi na przykład, chcąc nazwać miejsce, w którym można wsiąść do pociągu mówią „nadrażi”. My zaś musimy to wydłużyć i mamy „dworzec kolejowy” lub (w przypadku autobusu) „przystanek autobusowy”. Tak po prostu jest i trzeba to polubić, skoro „tyra się w języku polskim”.

Zangielszczenie języka polskiego bierze się także stąd, że Anglik czy Amerykanin ma właśnie najczęściej do czynienia z określeniami jednowyrazowym – podobnie jak Czech. I z lenistwa oraz z zapatrzenia się na „świat” nasi sprawozdawcy sportowi mówią: „Kowalski dzisiaj gra pomocnika” – co się na klasyczny polski tłumaczy się, że „Kowalski dzisiaj gra na pozycji pomocnika”. Słyszymy, że: „Malinowski mocno presuje”, albo że: „Nowak ma progres”. A przecież można powiedzieć, że „Malinowski mocno naciska, nie odstępuje od przeciwnika”, bo presowanie pochodzi od prasy, czyli od urządzenia naciskającego, na papier choćby. A nieszczęsny „progres” to po polsku postęp, rozwój, rozwijanie się.

Chcieliśmy otwarcia na świat i nieskrępowanej wolności. Szczęście jednak nigdy nie jest pełne i powstał poważny problem; nadużywania angielskiego (w końcu jednak obcego) języka. I niebezpiecznej degradacji języka polskiego.

Opowiadał przed laty polski językoznawca, profesor Stefan Hrabec, że jeszcze przed wojną miał we Lwowie wykład dla jakiegoś stowarzyszenia szerzącego wiedzę. Tłumaczył wtedy zasady przepływu wartości i znaków kultury. Zaczął od tego, że cegła była znana starożytnym Rzymianom i nazywano ją tigula, potem cegła trafiła na Zachód Europy i w zgermanizowanej formie nazywała się już der Ziegel, potem cegła wraz z nazwą dotarła do Polski i po spolszczeniu została cegłą. Następnie zawędrowała na tereny dzisiejszej Ukrainy i przyjęła nazwę (z języka polskiego) cehla. Wtedy, jak wspominał prof. Hrabec, obecni na sali nacjonaliści ukraińscy powstali z miejsc i pobili go, bo nie chcieli pogodzić się z faktem, że kultura europejska szła na Ukrainę przez Polskę.

Na koniec. Byłbym wielce zobowiązany, gdyby czytelnicy tego felietonu powstrzymali się od rękoczynów, wobec niewygodnej czasem prawdy.