TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Niezłomne kobiety walczące o niepodległą Polskę

Razem z przemianowaniem 14 lutego 1942 roku Związku Walki Zbrojnej w Armię Krajową przeformowana zostaje Wojskowa Służba Kobiet, działająca już od początku wojny z Niemcami. A w niej dwie niezwykłe kobiety niepodległości: Maria Wittek i Elżbieta Zawacka, „Zo”. Należy im się nasza pamięć, szczególnie wobec ciągłego niszczenia polskiego etosu walki.

Maria Wittek, ps. „Mira”, „Pani Maria”, to pierwsza w Polsce kobieta – generał. Dama Orderu Virtuti Militari. To również pierwsza kobieta, która wstąpiła na Wydział Matematyczny Uniwersytetu Kijowskiego. Marii Wittek podlegało ponad sto tysięcy dziewcząt i kobiet, które w latach II wojny światowej służyły w polskim podziemiu.

Urodzona 16 sierpnia 1899 r. we wsi Trąbki na Mazowszu. W czasie I wojny światowej jej ojciec Stanisław Wittek, członek PPS, zagrożony aresztowaniem po udziale w rewolucji 1905 r. przeniósł się z rodziną na Ukrainę. W Kijowie Maria wstąpiła do 3. Polskiej Drużyny Harcerskiej.

Od 1917 r. w Polskiej Organizacji Wojskowej, gdzie ukończyła szkołę podoficerską. Równolegle, jako pierwsza w historii kobieta, wstąpiła na Wydział Matematyczny Uniwersytetu Kijowskiego.

W 1918 r. większość jej kolegów z Komendy Okręgu POW w zajętym przez bolszewików Kijowie zostało aresztowanych. Maria Wittek uratowała życie, gdyż na spotkanie nie przyszła, uważając, że jest ono sprzeczne z zasadami konspiracji. Potem bolszewicy bezskutecznie poszukiwali ją listami gończymi, mimo wyznaczonej wysokiej nagrody za jej głowę.

Od grudnia 1919 r. służyła w Wojsku Polskim. Zebrane przez nią materiały wywiadowcze ułatwiły Józefowi Piłsudskiemu przeprowadzenie wyprawy kijowskiej. W 1920 r. w ramach Ochotniczej Legii Kobiet brała udział w obronie Lwowa, po raz pierwszy otrzymując Virtuti Militari.

W wolnej Polsce komendantka naczelna Przysposobienia Wojskowego Kobiet, potem naczelnik Wydziału Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego Kobiet w Państwowym Urzędzie Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego.

Podczas wojny obronnej 1939 r., jako komendantka główna Kobiecych Batalionów Pomocniczej Służby Wojskowej, znów broniła Lwowa. We wrześniu 1939 r. po upadku Lwowa, przedostała się do Warszawy, gdzie na rozkaz gen. Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego kierowała osobiście głęboko zakonspirowaną komórką Komendy Głównej Służby Zwycięstwu Polski „Spółdzielnia”, której zadaniem było odtworzenie struktur polskiej łączności.

Od października 1939 r. do stycznia 1945 r. kierowała Wojskową Służbą Kobiet w Komendzie Głównej Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej, a jej mieszkanie u Sióstr Urszulanek przy ul. Gęsiej 1 (obecnie ul. Wiślana 1) było jednym z głównych ośrodków polskiej konspiracji. Walczyła w Powstaniu Warszawskim, uzyskując stopień pułkownika. Stolicę opuściła z cywilami. Funkcję szefa WSK pełniła w Częstochowie do rozwiązania AK, współtworząc antysowiecką organizację „Nie” – „Niepodległość”.

Po wojnie dalej kierowała przysposobieniem wojskowym kobiet. W 1949 r. na kilka miesięcy aresztowana przez UB. Nie mogąc wrócić do działalności, aż do emerytury pracowała jako kioskarka „Ruchu”.

W 1970 r. inicjatorka Komisji Historii Kobiet przy Towarzystwie Miłośników Historii w Warszawie. W sierpniu 1984 r. weszła w skład Obywatelskiego Komitetu Obchodów 40. rocznicy Powstania Warszawskiego. Na stopień generała brygady mianowana w 1991 r. Zmarła 19 kwietnia 1997 r. w Warszawie, została pochowana na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Elżbieta Zawacka, ps. „Zelma”, „Sulica”, „Zo”, to kurierka Komendy Głównej Armii Krajowej, jedyna kobieta wśród cichociemnych, czyli polskich oficerów do zadań specjalnych, po kursach w Wlk. Brytanii zrzucanych do okupowanej przez Niemców Polski.

W lutym 1943 r. jako emisariusz Komendanta Głównego AK gen. „Grota” Roweckiego wyruszyła do sztabu Naczelnego Wodza, pokonując w ciągu trzech miesięcy trasę Warszawa – Niemcy – Francja – Hiszpania – Gibraltar – Londyn. W londyńskim sztabie zdała gen. Władysławowi Sosnkowskiemu relację z sytuacji w okupowanym kraju, prosiła o uregulowanie praw kobiet-żołnierzy w Wojsku Polskim oraz usprawnienie łączności kurierskiej między Warszawą a Londynem. Do Polski wróciła we wrześniu 1943 r. zrzucona na spadochronie w ramach akcji „Neon 4”, dzięki czemu jako jedyna kobieta znalazła się w elitarnym gronie 316 cichociemnych.

W 2006 r. jako druga Polka w historii awansowana na stopień generała brygady. Dama Orderu Orła Białego.

Urodzona 19 marca 1909 r. w Toruniu, córka Władysława i Marianny z domu Nowak. Ukończyła Żeńskie Gimnazjum Humanistyczne i matematykę na Uniwersytecie Poznańskim. Jeszcze na studiach wstąpiła do Przysposobienia Wojskowego Kobiet, będąc najpierw instruktorką, a później komendantką Regionu Śląskiego PWK w Katowicach.

We wrześniu 1939 r., jako żołnierz Kobiecego Batalionu Pomocniczej Służby Kobiet, uczestniczyła w obronie Lwowa. Współorganizowała struktury SZP-ZWZ na Górnym Śląsku, do końca okupacji w Armii Krajowej. Brała udział w tajnych kompletach.

Pod koniec 1940 r., jako perfekcyjnie władająca językiem niemieckim, została przydzielona do Wydziału Łączności Zagranicznej Komendy Głównej AK (kolejne krypt. „Zenobia”, „Łza”, „Załoga”, „Zagroda”). Organizowała szlaki kurierskie do Londynu, szkoliła kurierów. Sama ponad 100 razy przekroczyła granicę Rzeszy, przenosząc meldunki i raporty. Do Warszawy powracała z pocztą i pieniędzmi. Wielokrotnie uniknęła aresztowania przez Gestapo, które poszukiwało ją listami gończymi.

W ramach Wojskowej Służby Kobiet brała udział w powstaniu warszawskim w Śródmieściu. Wyszła ze stolicy z ludnością cywilną. W Krakowie odbudowywała zerwaną łączność z Londynem. To „Zo” skutecznie odprawiła do Londynu Jana Nowaka-Jeziorańskiego i jego żonę Jadwigę w grudniu 1944 r.

Działała w Delegaturze Rządu na Kraj oraz Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość, pracowała też jako urzędniczka i nauczycielka. 5 września 1951 r. aresztowana przez UB i po ciężkim śledztwie skazana na 10 lat więzienia, na wolność wyszła 24 lutego 1955 r. Wróciła do pracy w szkolnictwie i pracy naukowej.

W 1976 r. wyjechała na kwerendę do Studium Polski Podziemnej w Londynie, a po powrocie spotkała ją fala represji i szykan ze strony władz komunistycznych. Nie mogła kontynuować badań naukowych, i po długiej chorobie została zmuszona do odejścia na wcześniejszą emeryturę.

Gromadzone przez nią od lat 60. XX wieku materiały stały się podstawą utworzonej w 1990 r. Fundacji „Archiwum Pomorskie Armii Krajowej”. Założyła Koło Kombatantów AK przy Komisji Krajowej „Solidarności”, w 1986 r. współorganizowała w Toruniu Klub Historyczny, a w 1988 r. ogólnopolskie stowarzyszenie byłych żołnierzy AK. Zmarła 10 stycznia 2009 r., pochowana na Cmentarzu św. Jerzego w Toruniu.

Putin miejski albo jak biuro prasowe prezydent Łodzi nie wpuściło TVP na konferencję prasową

KOMENTARZ HUBERTA BEKRYCHTA

Wybaczcie ten długi tytuł, ale czasem tak po prostu trzeba. Nie w obronie TVP, ale obronie wolności słowa. Spętani politycznymi zależnościami od Platformy Obywatelskiej i Lewicy urzędnicy z biura prasowego prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej (KO) nie wpuścili ekipy TVP3 Łódź na konferencję prasową. Nie wpuścili, bo politycznemu dworowi łódzkiego magistratu dziennikarze nie są już potrzebni. Przynajmniej do kampanii wyborczej. Nie są potrzebni nie tylko dziennikarze TVP. Teraz jest moda na magistrackich klakierów.

Złamano prawo prasowe. Złamano obyczaje, których – nie najlepszy to przykład – przestrzegali nawet komuniści w słusznie minionych czasach. Ustrój się zmienił, ale sowiecki charakter drzemał sobie w samorządowym błotku gospodarstwa Pani prezydent Hanny Zdanowskiej. Jej zbiorowy Putin, czyli mechanizm samorządowych stanowisk w biurze prasowym, działa. Przepraszam za porównanie, działa jak na Krymie 8 lat temu. Przepraszam tych mieszkańców Krymu, którzy cierpią z powodu bezprawnego panowania rosyjskiego reżimu i przekupionych lokalnych satrapów.

Biuro prasowe prezydent Łodzi to przyboczna gwardia polityk wpływowej polityk PO (KO) Hanny Zdanowskiej. Gwardia kilkunastu byłych dziennikarzy łódzkiego oddziału gazety ze stołecznego Czerniakowa. I nie tylko.

Rzecznik prezydent trzeciego, co do wielkości polskiego miasta, mówiący, że na konferencję TVP nie miała zaproszenia, toteż ekipa TVP z Łodzi na nią nie wejdzie jest, jak rzecznik Kremla na corocznej konferencji prezydenta Federacji Rosyjskiej.

Tylko w Moskwie nie wpuszcza się najwyżej ekip gruzińskich lub czeczeńskich mediów i to nie z powodów, z jakich, ewentualnie nie wpuszczono TVP na zwyczajne spotkanie wiceprezydenta Adama Pustelnika z dziennikarzami. Ów wysoki urzędnik samorządowy chciał powiedzieć światu, co będzie z pieniędzmi, które samorządowi dał rząd. Może się wstydził, ale to nie powód pomijać odbiorców TVP, których – z powodu naruszenia prawa prasowego – nie mogła poinformować reporterka, bo jej zakazano, podkreślam zakazano wejścia na konferencję.

Dlaczego TVP nie wpuszczono? Nie mam powodów, aby bronić wszystkich przed biurem prasowym Zdanowskiej, ale aby zastosować takie cenzorskie metody, reporterka – znana mi młoda dziennikarka – musiałaby chyba próbować wejść na konferencję z flagą Korei Północnej. A na pewno tego nie próbowała.

Od lat rzecznik i biuro prasowe ekipy prezydent Zdanowskiej popieranej od trzech kadencji przez PO i to, co zostało z SLD są propagandowo podobni do aparatu sowieckich dygnitarzy. Po prostu numer, jaki wykręcili w Walentynki łódzkiej TVP jest godny miłości Donalda Tuska do Władimira Putina z pamiętnej przechadzki na sopockim molo w 2009 roku.

Nie wpuścili TVP do łódzkiego magistratu, bo nie. Bo tak im się podoba. Prawo prasowe? Rzecznik przecież broni swojej szefowej przed PiS. A łódzki samorząd to samospełniająca się przepowiednia o mieście demokratycznych swobód, tyle, że nie dla tych, co mają inne poglądy niż zespół prasowy Zdanowskiej. Czyli, jak w „Misiu” Barei – Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?

Dziwię się tylko, że, poza prezesem łódzkiego oddziału SDP Zbigniewem Natkańskim i piszącym te słowa, jak na razie nikt z obecnych na konferencji dziennikarzy reporterki TVP nie broni.

Kilka lat temu nie do pomyślenia. Na co liczą ci dziennikarze, którzy milczą wobec łamania ich praw? Na to, że to ich nie spotka? Bzdura. Milczenie rozsierdzi tylko łódzki Kreml, czyli urząd miasta. A zbiorowy Putin prezydent Łodzi, czyli biuro prasowe i rzecznik za kilka miesięcy mogą pisać inne scenariusze.

Cóż to będzie? Kryminał, dramat, kino dla dorosłych? Nie. To będzie farsa, jakiej na pewno wyprze się filmowa Łódź. Przykład? Proszę bardzo. Biuro prasowe prezydent Łodzi może się wkrótce zastanawiać, jakie dwa, no może trzy pytania mogą być zadane i przez kogo na jedynej w roku konferencji prasowej Hanny Zdanowskiej. Na pewno nie będzie pytań o dziury w jezdniach.

 

HUBERT BEKRYCHT: Po pierwsze nie straszyć, czyli wojna telewizyjno-internetowa

Nasi wschodni sąsiedzi wygrali już wojnę z Rosją. Na razie propagandową. Ukraiński Internet nie pęka. Tak zresztą, jak tamtejsze telewizje i rozgłośnie radiowe. Walą wprost. Nie używają pocisków, ale słów: – Rosja to agresor, wróg. Będziemy się bronić – taka jest narracja. Tego – jak podają ukraińscy dziennikarze – wymaga racja stanu Kijowa. Żadnej paniki.

Kupiłem za kilkadziesiąt hrywien (miesięcznie) pakiet ukraińskich kanałów telewizyjnych. Żadnego rosyjskiego i antyukraińskiego! Programy informacyjne wymiatają. Bez retuszu mówią w nich o wojnie, która trwa od 8 lat. Wyczuwa się mobilizację, ale nikt nie straszy.

Znana z 2014 r. z kijowskiego Majdanu Espreso TV, którą pamiętam z odwagi jej reporterów wobec Berkutu, ma najbardziej chyba wojenną „ofertę”. W niedzielę 13 lutego wieczorem emitowano w Espreso TV blok informacyjno-publicystyczny, w dużej części poświęcony wojnie.

Najpierw kilka relacji ze wschodu kraju. Fakty. Mapy. Wypowiedzi wojskowych. Spokojne wywiady z mieszkańcami. Oczywiście, że propaganda, ale tam jest wojna. Tego po prostu – jak tłumaczył mi niedawno znajomy Ukrainiec – wymaga racja stanu.

Po newsach z rejonów spodziewanego natarcia, rozmowa Mikoły Kryżyckiego z Ukrainką mieszkającą w Paryżu. Krytyka prezydenta Macrona nie przeszkadza rozmawiającym w spokojnej analizie. Kobieta mówi o francuskich relacjach z frontu i innych prognozowanych miejsc agresji Kremla na Ukrainę. Wspomina o podkreślanej nad Sekwaną jedności Ukrainy w przededniu kolejnej napaści Putina. O tym, że widzi się spokój i mobilizację obywateli oraz to, że w Moskwie mają świadomość specyfiki konfliktu, bo wojna z Ukrainą nie potrwa krótko. Może być dla Putina, daj Boże, ostatnią wojną, którą wywołał.

Potem znowu wieści z kraju, głównie przygotowania do anormalnych warunków, które niesie za sobą spodziewany konflikt zbrojny.

Potem, uwaga, rozmowa z polskim senatorem KO Bogdanem Klichem. Prowadzący pyta byłego szefa MON o rozmaite sprawy wojenne. Dziennikarz mówi po polsku. Klich też. Zresztą nieźle mówią obydwaj. Senatora tłumaczą na ukraiński, czyli rozmowa z odtworzenia. Nic o polskiej polityce. Nic o PiS. Nic o tym, że – zdaniem PO – „Warszawa sobie nie radzi z polityką zagraniczną”. Byłem w szoku. Kryżycki pewnie prowadzi rozmowę, głównie o formacie Wielka Brytania – Polska – Ukraina. I… I koniec.

Na antenie Espreso TV Klich nikogo z naszego rządu nie obraził, nie napadł PiS. Może się opamiętał, może mu kazali, może to wycięli. Jeśli tak, to dobrze, bo nie robi się brzydkich rzeczy Polsce podczas wizyty w ukraińskiej telewizji w przededniu spodziewanego napadu Moskwy na naszych sąsiadów. Ale, jeśli tak nawet było, nigdy się nie dowiemy.

Ten przykład dobrze tłumaczy, co dzieje się w ukraińskich mediach. Mądra, nie waham się użyć tego określenia, polityka medialna Ukrainy przydałaby się nie tylko w naszych publicznych i prawicowych mediach.

Polskie dziennikarskie barany w TV, radiu i Internecie plotą bzdury, że rząd w tej sprawie źle robi, że Polacy są podzieleni, że należałaby rozważyć istotę konfliktu. Nie myślę tu o normalnej krytyce, która nawet w czasie wojny bywa potrzebna, ale o najzwyczajniejszym bezrozumnym lub, co gorzej, wiernopoddańczym sprzyjaniu Kremlowi.

Takim dennikarzom (to nie błąd) zamiast internetowych profilowych nakładek w ukraińskich barwach należałaby się nakładka wyciskająca z mózgu moskiewską agenturę wpływu. I flaga Federacji Rosyjskiej piętnująca ich do końca życia.

 

WALTER ALTERMANN: Księga Kreacji. Czy Jan Kochanowski był twórcą?

Wielką karierę robi w ostatnich latach słowo „kreacja”. Mamy więc kreowanie gry przez piłkarza, mamy Łódź, która wedle władz miasta kreuje. To ostatnie jako hasło: „Łódź kreuje” znalazło się nawet na bilbordach. Mało tego, mamy w kraju miejski teatr, który reklamuje się jako teatr kreatywny.

Przypatrzmy się zatem czym jest rzeczona kreacja. Kreacja oznacza, ni mniej, ni więcej, tylko tworzenie. Dlaczego zatem kreowanie i kreatywny wyparły tworzenie i twórczy? Powód jest ten sam co zawsze w podobnych wypadkach – snobizmy na „zagraniczność”. Wspomniany na początku piłkarz zatem „stwarza na boisku dobre, korzystne sytuacje”. Z kolei „Łódź kreuje” w przekładzie na język polski to tyle, że „Łódź stwarza szanse, jest twórcza”.

Niestety ze wspomnianym teatrem kreatywnym sprawa jest jeszcze bardziej smutna a nawet tragiczna. Oto bowiem dyrekcja tego przybytku twórczości oznajmia wszem i wobec, że dotychczas ich miejsce pracy było jedynie miejscem imitacji, kopiowania cudzych osiągnięć lub wręcz plagiatów, że chałturzyli, zgrywali się, wykonywali tandetę. Ale teraz już nie, teraz będą kreatywni. Gorzej, bo hasło „Teatr kreatywny” oznacza też, że inne teatry są marne, skoro nie są kreatywne. Dożyłem czasów, kiedy teatry muszą udowadniać, że tworzą! To idiotyczne hasło o kreatywności teatru sugeruje też, że przez setki lat polscy malarze, pisarze, aktorzy, reżyserzy i kompozytorzy nie byli twórcami. Zatem, czy Jan Kochanowski, Fryderyk Chopin, Jan Matejko, Stanisław Moniuszko, Henryk Sienkiewicz, Witold Gombrowicz i setki innych to jedynie nędzni wyrobnicy?

W Starym Testamencie mamy Księgę Rodzaju, po grecku jest to Księga Genezis, co było zawsze na polski tłumaczone jako Księga Stworzenia. Nie zdziwię się więc, gdy nowe wydania Biblii będą zawierały Księgę Kreacji. Naprawdę, tak może być.

Wszyscy w dzisiejszej Polsce chcą być lepsi, nie tylko dyrekcje teatrów. Oglądam program o gotowaniu i słyszę jak kucharz mówi: „Mam tu mięso, pietruszkę, marchew, cebulę i przyprawy, czyli wszystkie składowe dania”. Skąd on wziął te składowe? Przecież od zawsze były to składniki? Ano, dożyliśmy czasów, gdy kucharz chce uchodzić za matematyka, minister za sternika (mówi, że przeprowadzi nas przez wzburzone fale inflacji) a dziennikarz za znawcę taktyki i strategii wojennej, skoro informuje nas, że „Drony miały 2000 godzin nalotów”. Chodziło mu zapewne o to, że drony wykonały 2000 godzin lotów. Może w języku armii każdy lot jest nalotem, ale ten nalot w ustach dziennikarza kojarzy mi się jedynie z nalotem na starym jedzeniu lub nalotem na migdałkach przy przeziębieniach.

Jest jeszcze jeden problem (kolejny) z dzisiejszym naszym językiem. W poprzednim odcinku tego poradnika przywołałem żart sceniczny znakomitego aktora i satyryka Jana Tadeusza Stanisławskiego, który kilka kolejnych monologów kończył zwrotem: I to by dzisiaj było na tyle”. Stanisławski zażartował sobie tym sposobem z języka ówczesnej polityki, ale niestety jego żart przyjął się jako norma. I pół Polski kończyło swoje wywody stwierdzeniem: „I to by było na tyle”.  Stanisławski zażartował z tylnej części ciała, ale z czego żartowali mówcy, biorący serio ten zwrot?

Obecnie ministrowie, a za nimi dziennikarze mówią: „W temacie nowoczesnego rolnictwa mamy już wiedzę.” albo „W temacie bankowości trzeba powiedzieć…”. Poprawność nakazuje mówić „Na temat”. Czyli poprawnie mielibyśmy: „Na temat nowoczesnego rolnictwa mamy już wiedzę” oraz „Na temat bankowości…”. Dlaczego na temat zostało wyparte przez w temacie? Podejrzewam o tę niedźwiedzią przysługę Wojciecha Młynarskiego, który w piosence „Nie mam jasności w temacie Marioli” wyczerpał temat. Obawiam się, że publiczność słuchająca (podobnie jak było ze Stanisławskim) wzięła frazę „…w temacie” serio. Wniosek jest taki, że artyści powinni uważać, z żartami językowymi, bo nie wszyscy odbiorcy ich produkcji znają się dostatecznie dobrze na żartach.

W języku publicznym pojawiają się też słowa, które są w obiegu, ale w języku fachowym, naukowym. Politycy pokochali między innymi idiosynchrazję oraz abominację. Na pytanie dlaczego, mam tylko jedną odpowiedź, mówiący chce być lepszy niż w istocie rzeczy jest. Ale po kolei.

Idiosynchrazja to wstręt lub niechęć do kogoś. Po polsku należałoby zatem powiedzieć: „Nie cierpię, nie lubię, mam wstręt do pana X.” Teoretycznie, mówiący polityk zna polskie znaczenie idiosynchrazji. I mógłby powiedzieć, że nienawidzi pana X, ale wtedy obrażony mógłby mówiącego zaciągnąć do sądu. A za idiosynchrazję nikt nawet wezwania przedsądowego nie napisze. I tak rośnie nam chamstwo, ale elegancko opakowane. Dobre i to.

Abominacja, z kolei, oznacza obrzydzenie, wstręt do czegoś. Słówko robi karierę wśród młodych ludzi. Powody kariery abominacji mogą być inne niż w przypadku idiosynchrazji. Za abominację nikt nikogo nie oskarży. W tym przypadku chodzi raczej o dodanie sobie znaczenia, powagi przez mówiącego.

A wracając do dziennikarzy… Przypomniał mi się stary dowcip. Przyjęto do radia nowego człowieka. Po paru dniach między kierownikiem redakcji (w której pracował nowy dziennikarz) a redaktorem naczelnym wywiązał się taki dialog:

Kierownik Redakcji – Ten nowy okropnie mówi…

Redaktor Naczelny – To pan nie wie, panie kolego, jak on pisze.

Kierownik Redakcji – Dobrze pisze?

Redaktor Naczelny – Nie, jeszcze gorzej.

Kierownik Redakcji – A to w takim razie po co on nam?

Redaktor Naczelny – Po co, po co? To trzeba będzie dopiero wymyślić. Właściwe pytanie to              – dlaczego?

Kierownik Redakcji – No to dlaczego?

Redaktor Naczelny – On ma bardzo słuszne poglądy i piękną polityczną drogę.

Kierownik Redakcji – Ale mówi fatalnie…Redaktor Naczelny – Wyrobi się.

Kierownik Redakcji – A jak się nie wyrobi?

Redaktor Naczelny – No, to zostanie naczelnym.

Zastanawiam się nad taką hipotezą. A może my, Polacy mamy w genach zapatrzenie się na świat? Może podświadomie uważamy, że wszystko co światowe jest lepsze od naszego? I może racje miał Słowacki, gdy pisał o pawiu narodów i papudze?

 

HUBERT BEKRYCHT: Życie bez podsłuchu albo nie ma co walczyć z zoo

Nikt już dziś nikogo nie podsłuchuje. Poza służbami specjalnymi. Raczej. Służby owe jednak podsłuchują, z definicji, złych ludzi – gangsterów, oszustów i skorumpowanych polityków oraz działających poza prawem dziennikarzy. No, chyba, że to kraj niedemokratyczny to podsłuchują wszystkich.

Wielu z polskich dziennikarzy uwierzyło opozycji w jakieś nieskoordynowane i tajemnicze działania Mitycznej Międzynarodowej Grupy Pegazów podsłuchującej akurat nasz kraj na przemysłową skalę. Wiadomości mityczne pomieszano z faktami, a potem ugotowano w kotle dezinformacji. Bez przypraw. Smacznego.

Podsłuchy stały się „modne” osiem lat temu w Polsce. Zapisy z ukrytych urządzeń nagrywających spotkania polityków stały się hitem sezonu. Konwersacje te nie były wcale niewinnymi „prywatnymi rozmowami” przy kotlecie, policzkach, albo nawet ośmiorniczkach. O naruszeniu ich kulinarnej prywatności najczęściej bajają nagrywani w knajpach ówcześni dygnitarze III RP związani z MSW, MSZ, władzami parlamentarnymi tudzież z ówczesnymi resortami tłustymi, czyli gospodarki i skarbu państwa. Rozumiem, że nagrywani się bronią, że nie mówili tych słów, które mówili, a wulgaryzmy w ich ustach to efekt montażu. Prozaicznej prawdy – wstydu, że nagrali ich prawdopodobnie ludzie gastronomii niezadowoleni z mizernych napiwków, nie da się jednak zapomnieć.

A trzeba było sobie do gabinetów zamówić te frytki, krewetki, rozwielitki, czy co tam ówcześni władcy PO-PSL lubili. Wtedy podsłuch byłby – ku uciesze dziennikarzy – nie tylko nielegalny, ale stanowiłby zdradę stanu. A w najlepszym razie ujawnienie tajemnic państwowych o kupie kamieni, bo jeśli ktoś w knajpie gada o pracy – zamiast pić wódkę   i dobrze się bawić – nie jest zupełnie normalny…

Teraz podsłuchy są wszędzie. W toalecie, telefonach, kaloryferach a nawet, co wytropiła pewna posłanka KO, w dekoderach zakupionych przez rząd dla ludzi, których nie będzie stać na telewizory nowego typu. Nawiasem mówiąc, najgorsze do wykrycia są podsłuchy tramwajowych dzwonków w głowach niektórych parlamentarzystek opozycji.

Teraz, jeśli ktoś nie był lub nie jest podsłuchiwany przez system nazwany jak mityczny koń nie liczy się w towarzystwie. Podsłuchiwani są politycy opozycji, kelnerzy, zawodnicy sumo, rolnicy kupujący telefony teleportując się do przyszłości, aktorki oraz dziennikarze, o których służby nigdy nie słyszały.

Mamy, niestety, jeszcze gorszy typ podsłuchów. Ten system nie tropi naszych rozmów w imieniu służb specjalnych. Zamiast nich robimy to sami. Tak, tak, sami się podsłuchujemy. A potem zdumieni tym, że nagranie z owego samopodsłuchu jest mało medialne, umieszczamy je na portalach społecznościowych. Mogą to być na przykład nasze nocne rozmowy z psem, kotem, papugą lub jaszczurką.

Niedawno wielu łodzian oburzyło się, że jeden z radnych podczas tzw. zdalnej sesji rady miejskiej nieco bełkotliwie przestrzegł przed konsekwencjami sprzeciwiania się rozwojowi ogrodu zoologicznego. A przecież sesja trwała kilkanaście godzin i mógł chłopina chcieć sprawdzić, czy jeszcze go podsłuchują. I podsłuchiwali. Był inwigilowany przez wielu radnych i widzów kanału przekazującego transmisję. Po całym kraju rozniosło się, co podsłuchiwano. Nieszczęsny radny powiedział przecież prawdę, że „nie ma co walczyć z zoo”. Wszyscy jednak skupili się na niezbornej artykulacji wymawianych przez samorządowca słów. A lokalny polityk był po prostu ofiarą zepsutego podsłuchu, który sam, ze zmęczenia, włączył zgłaszając się do głosu.

Tak, tak, nie ma co walczyć z zoo.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Rusza proces, dziennikarz z „Polityki” rozstany* albo przypadkowy przypadek

Niesamowita koincydencja. Kto by pomyślał, kto by się spodziewał? Niemniej jest to tylko koincydencja i o tym pamiętać trzeba. Skąd wiemy, że to wyłącznie zbieg okoliczności? Przecież nam powiedziano! Nikt nie mijałby się z prawdą, bo i po co?

Pressserwis donosi, że w najbliższy piątek rusza proces, w którym pozwani zostali tygodnik „Polityka” i jego dziennikarz Grzegorz Rzeczkowski. „Rosyjska firma paliwowa KTK uważa, że naruszono jej dobra w tekstach o jej biznesowych relacjach z Markiem Falentą.” – czytamy. Delikatnie sprostujmy albo uściślijmy: w zasadzie były dziennikarz „Polityki” Grzegorz Rzeczkowski, bo redakcja akurat teraz, właśnie tak wypadło, postanowiła się z dziennikarzem rozstać. Niesamowita koincydencja.

– Sprawa jest bezprecedensowa, ponieważ mnie i „Politykę” pozywa firma należąca do kremlowskiego oligarchy, przyjaciela białoruskiego dyktatora Aleksandra Łukaszenki – powiedział  Presserwisowi sam Rzeczkowski, który jest dziennikarzem śledczym, a z takimi tylko kłopoty. Oczywiście to sól dziennikarstwa, ale to sól kłopotliwa, ciągle procesy, a to kosztuje. Tak tylko to piszę, ale to nie ma oczywiście nic wspólnego z tym, że redakcja się rozstaje z Rzeczkowskim. A firma KTK należy do bardzo bogatego Ruskiego (przepraszam, Rosjanina oczywiście) Michaiła Gutsieriewa i ma spółkę córkę w Polsce, ale pod nazwą KTK.

Międzynarodowa organizacja dziennikarska MFRR z troską popatrzyła na los dziennikarza, którego „Polityka” się pozbywa, sugerując nawet, że to może być powiązane właśnie z procesami, które po tekstach śledczych niestety nierzadko mają miejsce. Niemniej szefostwo „Polityki” zaprzeczyło tym podłym sugestiom i podało powód, dla którego z Rzeczkowskim się rozstają. A przepraszam, tutaj akurat wkradła się z mojej strony drobna nieścisłość o charakterze grubym (znaczy skłamałem podle), a mianowicie jednak redakcja nie podała powodu, bo nie musiała. Niemniej na pewno jakiś powód musi być, ale przecież nie procesy, bo jakby procesy, to by przecież redakcja powiedziała.

Sytuacja redaktora, któremu zakomunikowano, że za porozumieniem stron nie jest jakoś tam najlepsza. Oczywiście „Polityka” deklaruje, że pełną obsługę prawną w związku z procesami, w których pozwany jest prawie już były redaktor bierze na siebie i ja w to wierzę. Nie wiem czy dobrze robię, bo pamiętam dziennikarzy śledczych, których redakcję się pozbywały i niby, że też gwarantowały, że będą ponosić koszty, a potem różnie.

Na przykład taki redaktor Cezary Gmyz mógłby na ten temat coś powiedzieć, gdyby chciał, bo ma dużą wiedzę i duże doświadczenie między innymi w tym, że wielu rzeczy doświadczył w tym nie zawsze przyjemnych od redakcji pewnej, która okazała się dalece niepewna. Ale to inna redakcja. Tak mi się tylko zasocjowało.

Niemniej, proszę Państwa nie chciałbym, żeby ktoś pomyślał, że ja tu głupiuteńko cwaniakuję, i że piszę sobie, że niby nie sugeruję, a podprogowo sugeruję. Otóż zaprzeczam, Wysoki Sądzie, nic nie sugeruję. Tekst ten powstał wyłącznie, żeby zniechęcić ewentualnych kandydatów na dziennikarzy, bo los ich niepewny, oj niepewny i napisać, że jest zapotrzebowanie na kierowców Ubera. Serdecznie Państwa pozdrawiam.

*Wiem, że nie ma takiego słowa jak „rozstany”, natomiast chyba jednak jest, bo jest przecież w tytule.

WALTER ALTERMANN: Teoretycznie można, ale nie wypada

Trochę się pozmieniało, również z językiem. Pojawiają się neologizmy najczęściej utworzone od dawnych słów lub nadające dawnym słowom nowe znaczenia. Burzliwy rozwój mediów społecznych otworzył zasób słownictwa, nie poddając tego otwarcia żadnym rygorom. Z jednej strony to dobrze, bo jakakolwiek cenzura jest niedopuszczalna, ale z drugiej – ludzie piszą jak potrafią. I nie chcą się uczyć.

Słyszę, jak polityk mówi do kamer i mikrofonów: „Mamy do czynienia z wieloma ryzykami”. A przecież „ryzyko” w języku polskim miało przez wieki tylko liczbę pojedynczą. Jednak coraz częściej pojawiają się te „ryzyka” jako liczba mnoga słowa „ryzyko”. Dla polityków i dziennikarzy powstaje problem, gdy chcą powiedzieć, że zjawisko ryzyka występuje na przykład w różnych obszarach gospodarki, rozbudowy infrastruktury czy bankowości.

Prawidłowo zdanie powinno brzmieć: Zdajemy sobie sprawę, że musimy podjąć decyzje niosące z sobą ryzyko w sferze handlu paliwami i gospodarki leśnej. Ale nie taką drogą idzie mówca, bo chce być poważny i naukowy. Więc mówi, że: „W obszarze handlu paliwami i gospodarki leśnej występują u nas ryzyka”.

Słownik Języka Polskiego PWN podpowiada nam, że „ryzyko” to: 1. możliwość, że coś się nie uda; też: przedsięwzięcie, którego wynik jest niepewny; 2. odważenie się na takie niebezpieczeństwo; 3. prawdopodobieństwo powstania szkody obciążające osobę poszkodowaną niezależnie od jej winy, jeśli umowa lub przepis prawny nie zobowiązały innej osoby do wyrównania szkody.

W słowniku PWN nie ma mowy o liczbie mnogiej. Ale… w słownikach mediów społecznych już „ryzyka” są jako mianownik liczby mnogiej. Te społeczne słownik odnotowują po prostu to jak się dziś mówi i pisze. Jednak nie sądzę, żeby jacyś poważni językoznawcy na te słowniki mieli wpływ. Zasada – ludzie tak mówią, więc jest dobrze – nie jest najlepszą zasadą.

Powiedzmy inaczej – jeżeli teoretycznie słowo „ryzyka” funkcjonuje, więc można założyć, że używający go nie popełnia wielkiego przestępstwa (odstępstwa) wobec zasad. Ale to jednak nie tak. Bo nawet, bo gdyby można było, to jednak nie wpada. Zasada trzymania się utartych zasad, starych norm języka, jest dobra, bo stawia tamę pseudonauce, powstrzymuje dziki napływ neologizmów.

Podobny, jeśli nie ten sam, problem występuje z użyciem zwrotu „nasze polityki”. Pan Dominik Kozaczka z Collegium Civitas napisał nawet artykuł „Polityki publiczne jako proces”, w którym opisuje „polityki publiczne”. Autor pisze we wstępie: „Polityka publiczna jako dyscyplina wiedzy wyłoniła się z tradycji anglosaskiej, głównie w Stanach Zjednoczonych, gdzie wypracowano i uporządkowano wiodące teorie. Natomiast w Polsce ta nowa dyscyplina naukowa dopiero powoli dojrzewa, a jej dorobek teoretyczny nie jest zbyt wielki. Mimo że pewne polityki sektorowe (np. społeczna lub edukacji), mają już dość duże osiągnięcia na polu nauki”.

Zatem w naukach społecznych pojęcie wielości polityk nie tylko występuje, ale jest powszechnie używane i naukowcy uważają je za normalne. Jednakże w języku polskim nadal obowiązuje zasada, że polityka jest wyrazem występującym jedynie w liczbie pojedynczej. A „polityki” to jedynie w bierniku liczby pojedynczej.

Prawdopodobnie w USA, gdzie (cytując naukowca) „…wypracowano i uporządkowano wiodące teorie.” jest inaczej i język angielski ma również liczbę mnogą „polityki”. Ale u nas nie! Ktoś tę pracę czytał, ktoś ją recenzował… i nie zauważył problemu? A może to tylko samizdat i nikt tego nie czytał przed publikacją?

Przy okazji, autor artykułu zaznacza, że w USA: uporządkowano wiodące teorie. Dzisiaj właściwie wszyscy już używają pojęcia wiodący. I mamy: wiodący kraj, wiodący przemysł, wiodące teorie. Tymczasem wiodący jest spolszczonym rosyjskim „wieduszczyj”. A zatem, uwaga, uwaga… mamy do czynienia z rusycyzmem. Piszę to żartobliwie, bo jakoś nie wypieramy się germanizmów czy czechizmów, kochamy anglicyzmy, ale rusycyzmy nas bolą. Po polsku zatem należałoby powiedzieć, że: „… w Stanach Zjednoczonych uporządkowano przewodnie teorie”. Bo odpowiednikiem rosyjskiego wieduszczyj jest właśnie przewodni. Mamy nawet przecież zapomniane już określenie przewodnia niedziela.

Zostawmy jednak naukowca i wróćmy do polityków. Ostatnio jeden z ważniejszych stwierdził publicznie: „mamy jeszcze drugą alternatywę”. Z początku myślałem, że w sumie nie jest z nami źle, bo mamy aż cztery wyjścia. Ale nie, polityk „przybliżył problematykę” i wyszło na to, że miał na myśli alternatywę łacińską, klasyczną – czyli że mamy do wyboru dwa sposoby na rozwiązanie sprawy.

 Są w narodzie poważne trudności ze zrozumieniem czym jest alternatywa. Dlatego polityk mówi, że mamy tę drugą alternatywę. Chłop niby dorosły, po studiach a mówi dziwnie. Dlaczego? Bo alternatywa jest pojęciem abstrakcyjnym. Jej desygnat nie ma fundamentów, piwnic, nie spala benzyny, nie da się go zjeść ani użyć do budowy drogi. Powtórzmy – alternatywa jest pojęciem abstrakcyjnym.

Według Słownika Języka Polskiego PWN, alternatywa opisuje sytuację, gdy mamy dwie wykluczające się możliwości; lub też oznacza: konieczność wyboru między dwiema wykluczającymi się możliwościami.

Profesor Jerzy Bralczyk zaś pisze tak: Alternatywa to wybór jednej z dwu możliwości. Przed alternatywą często stoimy: musimy wybierać. Coraz częściej alternatywą nazywamy też jedną z możliwości wyboru, przeciwstawianą innej, np.: Alternatywą dla europeizacji jest afrykanizacja.

 I jeszcze jeden problem językowy. W ostatnich kilku dziesięcioleciach (właściwie już od 1945 roku) utrwalił się sposób informowania społeczeństwa o smutnych, trudnych i kłopotliwych przypadkach. Oto polityk lub dziennikarz mówi, na przykład: „W ostatnim czasie wystąpiło zjawisko wzrostu cen nawozów.”

Szanowni Państwo, zjawiskami, na które władza nie ma wpływu są opady deszczu lub śniegu, upały lub mróz, szadź i gołoledź. Bo taka jest uroda przyrody. Natomiast, gdy słyszę, że: „Mamy do czynienia z występującymi powodziami i podtopieniami” to zastanawiam się czy rząd nie zaniedbał budowy wałów przeciwpowodziowych i zrzuca odpowiedzialność na „odwieczne prawa natury”.

Maniera sugerowania bezosobowych działań jest okropna językowo i niebezpieczna politycznie. Bo nie ma tak, że: „Nastąpiła wycinka drzew rosnących na obszarze chronionym”, bo te drzewa same się nie wycięły. Ktoś konkretny je wyciął. Podobnie jest z katastrofami budowlanymi. Czytam: „zawalił się budynek” i podejrzewam, że ktoś do tego dopuścił. Ale nie, bo z tekstu wynika, że zawalił się sam. Stało się, zrobiło się, doszło do czegoś, miało coś miejsce jest objawem unika odpowiedzialności. Jeżeli czytam, że na wczasach doszło do masowego zakażenia salmonellą, to muszę sam sobie tłumaczyć, że ktoś jednak tych wczasowiczów podtruł. Ale nie, bo tekst głosi przecież, że „doszło”.

Owszem, po latach prokuratura znajduje a sądy skazują winnych katastrof, ale to jest małą czcionką i na piątej stronie, na dole, w poniedziałkowym wydaniu.

Podejrzewam też, mówienie o „wielu ryzykach, wielu politykach” jest typowe dla osób pragnących uniknąć odpowiedzialności. Oto bowiem mówca ujawnia, że nie chce mieć nic wspólnego z jakimikolwiek niepowodzeniami i nie ponosi odpowiedzialności za podejmowanie „ryzykownych decyzji, realizację wielu polityk”. A właśnie za podejmowanie decyzji, czyli za ryzykowanie mu płacą!

I to by dzisiaj „było na tyle”. Ale o tym powiedzeniu Jana Tadeusza Stanisławskiego, który to żart tak wielu pokochało a tak niewielu zrozumiało, porozmawiamy już w następnym odcinku.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Bierutowszczyzna i Michnikowszczyzna przeciw mjr. Zygmuntowi Szendzielarzowi

Sejm uczcił minutą ciszy pamięć zamordowanego 71 lat temu mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”. Ale posłowie (post)komunistycznej lewicy nie wstali, a niektórzy z Koalicji Obywatelskiej wyszli z sali. Czyli Bierutowszczyzna i Michnikowszczyzna w pełnej, czerwonej krasie.

Hejt na „Łupaszkę” ma swoją historię w III RP. W 2006 r. posłowie PiS-u przygotowali projekt uchwały, który stwierdzał na wstępie: „Pięćdziesiąt pięć lat temu, 8 lutego 1951 roku, zamordowany został w komunistycznym więzieniu major Zygmunt Szendzielarz »Łupaszka«. Żołnierz do końca wierny Niepodległej Polsce, za swoją służbę dwukrotnie odznaczony Orderem Virtuti Militari”. Inicjatywa spotkała się z ostrym atakiem (post)komunistycznej lewicy i sprzyjających jej mediów.

Dzień po dyskusji z 2006 r. „Trybuna” na czołówce opublikowała artykuł pod znamiennym tytułem: „Ich krwawy idol”. Autor – poseł SLD Piotr Gadzinowski – bajdurzył, że „Łupaszka” miał czynnie zwalczać dążenia niepodległościowe Litwinów, Białorusinów i Ukraińców, a więc uhonorowanie go miało przeczyć polskiej idei… wstąpienia do UE. A przede wszystkim, że obciąża go śmierć „niewinnych” milicjantów, członków PPR, funkcjonariuszy UB i NKWD. Gadzinowski zarzucał ponadto Szendzielarzowi współpracę z niemieckim okupantem, czego finałem miała być odmowa wzięcia udziału w operacji „Ostra Brama”, mającej na celu wyzwolenie Wilna razem z „bratnimi” oddziałami sowieckimi.

W sierpniu 2016 r. w telewizji „Superstacja” w programie Elizy Michalik aktor-celebryta Piotr Zelt ujawnił, że boi się o swoje dziecko, „w jakim kraju będzie żyć, jakiej historii będą go uczyć”. I przestrzegał przed uczeniem o Żołnierzach Wyklętych, jakimś „Łupaszce” z Podlasia. „Powiedzmy sobie szczerze, że to byli bandyci” – oświadczył Zelt, dodając: „Kreowanie takich bohaterów i deprecjonowanie ludzi, którzy mieli niekwestionowany dorobek w odzyskiwaniu ludzkości, jest okropne”. Można było się domyśleć, że Zelt przeciwstawił Żołnierzom Wyklętym Lecha Wałęsę.

I może zostawilibyśmy celebrytę w spokoju, gdyby ta skandaliczna wypowiedź była odosobniona.

Przypomnijmy słowa dziennikarza Tomasza Lisa, który kilka miesięcy wcześniej (w lutym 2016 r.) napisał o państwowym pogrzebie majora/pułkownika WP Zygmunta Szendzielarza: „Prezydent RP oddawał dziś cześć mordercy cywilów, >Łupaszce<”.

Siostrzenica Szendzielarza Halina Morawska odpowiedziała: „Nazywając bohatera mordercą, szarga Pan nie tylko dobre imię Zmarłego w dniu Jego pogrzebu, ale również depcze Pan dorobek Żołnierza Polskiego walczącego do końca o wolną i niepodległą Polskę”. Naczelnemu „Newsweeka” zarzuciła kłamliwą komunistyczną propagandę, legitymizującą zbrodnie na Polakach. Zażądała przeprosin w mediach. Tomasz Lis nie przeprosił.

Na portalu oko.press Adam Leszczyński w ubiegłym roku napisał tekst pod jakże znamiennym tytułem: „Chwalenie zbrodniarzy i czystka polityczna na Powązkach. Prawica świętowała wyklętych”. Zdaniem tego skrajnie lewicowego żurnalisty 1 marca „nieprawdy o <<wyklętych>> mówili m.in. Duda, Morawiecki i Macierewicz”. Autor „zapomniał”, że panowie mają imiona i pełnią publiczne funkcje.

Na koniec Leszczyński cieszył się z rocznicowego hejtu tzw. Lewicy, czyli de facto (post)komunistów. W ramach „happeningu” stołeczną ulicę Żołnierzy Wyklętych grupka lewackich działaczy przemianowała na ulicę ich ofiar, a obecna wśród nich posłanka Anna Maria Żukowska takimi słowami uczciła narodowe i państwowe święto: „Nie ma naszej zgodny na wrzucanie do jednego worka bohaterów takich, jak gen. Nil czy rotmistrz Pilecki, ze zbrodniarzami jak „Łupaszka”, „Ogień” czy członkowie Brygady Świętokrzyskiej”. Problem w tym, że to poprzednicy z PPR i PZPR wrzucali wszystkich wymienionych bohaterów może nie do jednego worka, tylko po zamordowaniu do bezimiennych dołów śmierci.

Idźmy dalej. Działacz i polityk lewicowy Piotr Szumlewicz napisał na Twitterze (1 marca 2018): „Pamiętamy, że Bury, Ogień, Łupaszka to zbrodniarze, którzy haniebnie zapisali się w historii kraju. Warto natomiast w tym dniu przypomnieć o tysiącach cywilów bestialsko wymordowanych przez wyklętych”.

Tak samo formułowane oskarżenia, w 1951 r., doprowadziły do zamordowania Szendzielarza katyńskim strzałem w tył głowy w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Lisowi, Leszczyńskiemu, Szumlewiczowi i im podobnym warto zadedykować słowa wspomnianego dowódcy 5 Wileńskiej Brygady AK mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” (Pomorze, 1946 r.):

Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. My chcemy, by Polska była rządzona przez Polaków oddanych sprawie i wybranych przez cały Naród, a ludzi takich mamy, którzy i słowa głośno nie mogą powiedzieć, bo UB wraz z kliką oficerów sowieckich czuwa. Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości”.

MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Pożytki z czytania ze zrozumieniem albo żołnierze dodatków telewizyjnych

Mam nawyk czytania wszystkiego, co przed oczami. W dodatku do popularnego łódzkiego dziennika – TV pilot nr 5 – zawierającego repertuar stacji i programów telewizyjnych emitowanych w dniach 4-10 lutego 2022 roku, widzę intrygujący tytuł: „Żołnierze Panfiłowa”.

Intrygujący, bo w dzieciństwie zaczytywałem się tłumaczoną z rosyjskiego powieścią Aleksandra Beka” Szosa Wołokołamska”. Jej treścią były dramatyczne dni bohaterskiej obrony jednego z podejść pod Moskwę, którym jesienią 1941 roku nacierali Niemcy. A jednym z bohaterów książki (i rzeczywistej obrony) był generał Iwan Panfiłow.

Zatem, czytam w notce zapowiadającej emisję filmu: „Moskwa, listopad 1941 r. Związek Radziecki przystąpił do II wojny światowej. Niemieckie wojsko podchodzi pod miasto.” Dalej jest kilka słów streszczenia fabuły. Wszystko prawda, tyle że jak w dowcipie o samochodach rozdawanych rzekomo na ulicach Moskwy: okazuje się potem, że nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie samochody, a rowery, i nie rozdają, a kradną.

Zastanawiam się, czy notkę napisał jakiś domorosły filmoznawca, czy też została ona dostarczona przez dystrybutora filmu i bezmyślnie przetłumaczona. W każdym przypadku nie powinna w tej formie pojawić się w druku. Wedle obowiązującej w ZSRR narracji historycznej ten kraj od 22 czerwca 1941 roku toczył z faszystowskimi (ewentualnie hitlerowskimi) Niemcami Wielką Wojnę Ojczyźnianą. I nie przystąpił do niej, ale został zmuszony, bo niespodziewanie zaatakowany, czego skutkiem m.in. były niemieckie czołgi pod Moskwą w listopadzie tego samego roku. Za akt przystąpienia do II wojny światowej można ewentualnie uznać dzień 17 września 1939, kiedy wojska radzieckie rozpoczęły „wyzwalanie” zachodniej Białorusi i zachodniej Ukrainy, czyli zaatakowały i zajęły połowę Polski toczącej wówczas w wojnę z Niemcami.

A wtedy, po wcześniejszych deklaracjach Anglii i Francji, była to już wojna światowa. Historycy pewnie mają ustalone poglądy na te kwestie. Mnie wkurza pisanie nieprawdy w taki sposób, jakby były to historyczne fakty.

Króciutka notatka, zastanawiam się, czy można ją uznać za zwykłe niechlujstwo i brak redakcyjnego nadzoru, czy może jest to jednak element wojny hybrydowej.  W dodatku nie mam pewności, czy takie dodatki z programem telewizyjnym nie są jakoś znormalizowane, centralnie (nawet tylko w części należącej do jednego koncernu) przygotowywane. Może więc nie tylko w Łodzi dało się przeczytać tę wersję historii II wojny światowej? (wspomniane dodatki ukazują się na terenie całego kraju – red.)

Pozostając na tej samej fali podzielę się pewną obserwacją, też związaną z wojną i okupacją. Otóż przed niewielu laty zdarzyło mi się być w Muzeum Powstania Warszawskiego. Byliśmy dość wąską grupką muzealników – można rzecz sami swoi – więc pani przewodniczka poza opowieścią wynikającą z zakresu obowiązujących informacji dzieliła się z nami spostrzeżeniami na różne tematy.

Takie muzealne ploteczki, kulisy, opowiastki o tym, czego nie widać. Opowiedziała też o największym swoim zadziwieniu, z jakim zetknęła się w ciągu wielu lat pracy.  Było to podczas oprowadzania po muzeum grupki młodzieży, zdaje się licealnej, z jakiegoś miasta spoza Warszawy.

W tym akurat wypadku można dodać, że z prowincji, bo jak powiedziano to nie miejsce zamieszkania, ile stan umysłu.Oto pod koniec zwiedzania opiekująca się uczniami pani nauczycielka zapytała o losy Pałacu Kultury w czasie wojny i okupacji niemieckiej!

Takie mamy dzieci chowanie, które potem dorastają i redagują różne notki i notatki, a także telewizyjne dodatki.

HUBERT BEKRYCHT: Pekiński groch z kapustą albo dziennikarska jazda po muldach

Co dziennikarze mogą robić w Pekinie? Co chcą. Byle tylko nie krytykować organizatorów. Media dostały ponoć od komunistycznych Chin wspaniałe warunki pracy, zatem – jak wieść azjatycka głosi – państwo chłopów, robotników i biznesmenów, w związku z odbywającymi się w stolicy ChRL „przełomowymi Igrzyskami Olimpijskimi”, oczekuje od dziennikarzy „należytych” relacji.

Niby nic, bo takich relacji oczekują wszyscy organizatorzy sportowych imprez, ale jednak w tej sałatce z pekińskiej kapusty jest – moim zdaniem – jakiś niestrawny składnik. Centrum prasowe w stolicy Chin jest podobno wygodne, jak fotel Billa Gatesa i rozległe, jak Teksas, tanie, jak dawne sklepy bezcłowe i dyskretne, jak szwajcarski bank. Zadbano nawet o to, aby żurnaliści nie martwili się o nadbagaż w drodze powrotnej.

Zapakowane prezenty

kupione przez dziennikarzy za przysłowiowe chińskie grosze, czyli feny, zostaną wysłane na adres wskazany przez wysyłającego do wskazanego odbiorcy. Na całym świecie. Przedstawiciele mediów narzekają na razie tylko na zapchane toalety, co pozostaje w związku przyczynowo-skutkowym z dobrą jakością jedzenia oferowanego w olimpijskich stołówkach. Posiłki są zróżnicowane, a podają je specjalne roboty. Zapracowany dziennikarz może odpocząć w kafejce, albo – kiedy zmęczenie stanie się nieznośne – przespać się w kabinie w centrum prasowym. Podczas odpoczynku w kapsule warunki wewnątrz przypominają sjestę w kosmosie. O wyposażeniu centrum w elektroniczne gadżety nie potrzeba nawet przypominać. Niektórym

dziennikarzom brakuje pewnie tylko automatów do… pisania

gotowych już informacji i przygotowywania korespondencji. Chociaż, jak mawia mój znajomy jeżdżący często do Państwa Środka, takie automaty zostały już przez Chińczyków wynalezione i gdzieś tam w biurach prasowych stoją – trzeba się tylko rozejrzeć.

Dlaczego chińscy organizatorzy traktują dziennikarzy po królewsku? Tego nie trzeba nikomu wyjaśniać. Dlaczego nieśmiała jest krytyka Igrzysk Olimpijskich w Pekinie prawie we wszystkich mediach światowych? To bardziej skomplikowane, bo igrzyska pekińskie odbywają się podczas pandemii. Na pewno tym właśnie organizatorzy tłumaczyć będą wszelkie niedogodności sportowców, działaczy, dziennikarzy. Oraz cenzurę, która jest chińską specjalnością, szczególnie, jeśli chodzi o Internet.

Już na początku tej wielkiej imprezy Polacy przeżyli szok, bo u wielu z naszych zawodników testy wykazały COVID-19, a ponieważ patogen wywołujący tę chorobę wirus SARS-CoV-2 czuje się w Chinach, jak w domu, płata różne „figle”.

Najpierw „plus”, potem  „minus”, a potem znowu wynik „pozytywny”.

Taką huśtawkę nastrojów przeżyła nasza reprezentantka w short tracku Natalia Maliszewska. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w już w sobotę, nasza zawodniczka, już po izolacji oraz korzystnym dla niej badaniu, pojechała na zawody na swoim koronnym dystansie 500 metrów i… po teście covidowym, który wskazał znowu wynik „pozytywny”, została wyeliminowana z wyścigu, w którym była kandydatką do medalu. Nie wiem, czy nie okrzykniecie mnie zwolennikiem spiskowej teorii olimpijskiej, ale z wielu komentarzy znawców short tracku dowiedziałem się, że miejscowi dziennikarze na zwyciężczynię dystansu, na którym dominuje Maliszewska, typowali jedną z Chinek. Albo nawet trzy. Nie wiem, jak to się skończy, ale Polki w walce o złoto w tej konkurencji już nie ma. Zobaczymy, co będą mówić nasi pekińscy korespondenci sportowi o chińskich zwyczajach związanych z testami covidowymi. Czy zauważą

niesprawiedliwość wobec Pani Natalii, czy tylko pech?

Chociaż, będąc w Chinach, wypada pamiętać, że jest się w komunistycznym państwie totalitarnym, to jednak nic nie wskazuje, że polscy dziennikarze zostali postraszeni programem pozyskiwania organów na przeszczepy dla dygnitarzy ChRL, tak jak więźniowie polityczni Pekinu. Na razie krytyka wobec organizatorów, w przypadku większości naszych dziennikarzy akredytowanych na IO 2022, ogranicza się jednak m.in. do bezlitosnego piętnowania białych nalotów po płynie dezynfekcyjnym w autobusach wiozących reporterów na zawody.

Odkąd międzynarodowe władze sportowe zaczęły powierzać duże imprezy takim „demokracjom”, jak Chiny, Katar, czy Rosja, odwagi życzę nie tylko skoczkom narciarskim, ale też Koleżankom i Kolegom dziennikarzom relacjonującym te widowiska.