TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wejdą – nie wejdą. Krótka historia „wyzwalania” Polski

Dziś na Ukrainie powraca pytanie: wejdą, czy nie wejdą? Do Polski weszli w 1939 r., wrócili w 1944/45 r. Na Węgry Moskale weszli w 1956 r., do Czechosłowacji w 1968 r., współcześnie do Gruzji, potem na Krym, do Ługańska i Doniecka. Te wszystkie wejścia były agresją, początkiem okupacji, represji, grabieży i zbrodni.

W propagandzie Moskali ich wejście było zawsze „wyzwoleniem”. Rzeczpospolitą „wyzwalał” rosyjski car, pacyfikując narodowe powstania i zsyłając na Sybir. Setki tysięcy Polaków biali Moskale „wyzwolili” na zawsze – zostali na nieludzkiej ziemi. Potem „wyzwalali” nas Moskale czerwoni, ale pochód bolszewickiej zarazy zatrzymaliśmy na linii Wisły. W III RP w podwarszawskim Ossowie władze postawiły pomnik nie polskim bohaterom, ale owym „wyzwolicielom”.

Dzieci „wyzwolicieli” z 1920 r.

17 września 1939 r. Moskale „wyzwalali” nas razem z Niemcami, z tą różnicą, że Niemcy dokonali zbrojnej agresji, a Moskale – wedle oficjalnej wersji historii – tylko swoim wojskiem i czołgami „wkroczyli”. Rządy „pokoju i miłości”, mordując Polaków i znów zsyłając na Sybir, sprawowali do 22 czerwca 1941 r. przegnani przez dawnych sojuszników spod znaku hakenkreutza. No i ostatecznie dzieci „wyzwolicieli” z 1920 r. „wyzwoliły” nas w 1944/1945 r.

„Wyzwalali” szczególnie naszą młodzież, która miała wszelkie dane, aby wyrosnąć na wybitnych naukowców, pisarzy, dziennikarzy, matematyków, artystów. Tymczasem pokolenie II RP zostało po prostu wyrżnięte, a jego miejsce zajmowali przedwojenni komuniści, „ludowi” partyzanci, czy politrucy tzw. Ludowego Wojska Polskiego, tacy jak słynny major/profesor Zygmunt Bauman. W ten sposób, metodą fizycznej eliminacji, drugi sowiecki okupant instalował w Polsce swoje pseudo-elity.

„Wyzwolenie” na „Łączce”

Ale mord założycielski 1944/45 miał silnego sprzymierzeńca w postaci kłamstwa. Komunistyczna propaganda zbrodnię nazwała właśnie „wyzwoleniem”, a „wyzwolenie” oznaczało posyłanie przeciwników politycznych do piachu.

Takim przykładem wyzwolenia od życia jest „Łączka” na Powązkach Wojskowych – warszawski Katyń. Tu do dołów śmierci funkcjonariusze zbrodniczego reżimu zrzucili około 300 zamordowanych polskich patriotów. Tu życia dokonał m.in. rotmistrz Witold Pilecki – człowiek, który chciał naprawdę wyzwolić niemiecki KL Auschwitz siłami stworzonej przez siebie konspiracji więźniarskiej i przy pomocy AK z zewnątrz. Bo Armia Czerwona, 27 stycznia 1945 r., wyzwoliła już tylko słabo chronione druty i baraki z nieliczną liczbą więźniów – baraki, które za chwilę znów zapełniły się więźniami – tym razem antykomunistami.

„Wyzwolenie” KL Stutthof

A tak wyzwolenie innego niemieckiego obozu – Stutthofu (dopiero 9 maja 1945 r.) wspominał bliski współpracownik Pileckiego, mój ojciec Tadeusz Płużański. We wspomnieniach „Z otchłani” napisał:

„Najpierw przyjechało na rowerach dwóch czerwonoarmistów, wzięli do niewoli pozostałą załogę obozu. Po jakimś czasie podjechał gazikiem starszy stopniem oficer. Spytał się, kim jesteśmy i powiedział: <<Nu haraszo. Tiepier wy swabodni, damoj nada idti>>. Chcieliśmy dalej walczyć z Niemcami, wstąpić do Wojska Polskiego, ale już w Elblągu przywitały nas hasła: <<Śmierć bandytom z AK>>, <<Zaplute karły reakcji>>. Wszędzie węszyło NKWD. Więźniów zamykano w myśl zasady – przeżyłeś, to znaczy współpracowałeś z Niemcami”.

700 tysięcy „wyzwolicieli”

15 września 1944 r. Sowieci „wyzwolili” stołeczną Pragę. W sieci katowni NKWD wyrywano paznokcie i mordowano wszystkich, którzy byli albo przynajmniej mogli być wrogami sowieckiej władzy.

17 stycznia 1945 r. przyszedł czas na lewobrzeżną Warszawę. Ponieważ po tej stronie Wisły miasta nie było, Sowieci „wyzwolili” naznaczone krwią powstańców i ludności cywilnej ruiny. „Wyzwolili” dopalające się pozostałości po Pałacu Brühla (wysadzony 19 grudnia 1944 r.) i Pałacu Saskim (wysadzony 27-29 grudnia 1944 r), czy Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy przy ul. Koszykowej (podpalona w połowie stycznia 1945 r. przez wycofujących się Niemców).

Walk o Warszawę, z drobnymi wyjątkami typu Cytadela, czy Lasek Bielański, nie było, bo Niemcy wycofali stąd wcześniej większość swoich sił. Sowieci wzięli polską stolicę z marszu.

Mimo to medalem „za Wyzwolenie Warszawy”, ustanowionym dekretem Prezydium Rady Najwyższej ZSRS z 9 czerwca 1945 r. Sowieci uhonorowali prawie 700 tys. żołnierzy (sowieckich i polskich). A w komunistycznej PRL kazano nam obchodzić rekonstrukcje wielkiej bitwy.

Z kolei dekretem tzw. prezydenta Bieruta z 26 października 1945 r. komuniści ukradli najatrakcyjniejsze warszawskie grunty, a w dużej mierze (gwałcąc własne prawo) stojące na nich nieruchomości. Tak więc mord założycielski 1944/45 miał sprzymierzeńca nie tylko w postaci kłamstwa, ale i grabieży.

Upiorne „wyzwolenie”

19 stycznia 1945 r. w Alejach Jerozolimskich, uprzątniętych specjalnie na tę okazję z gruzu, przy dźwiękach „Warszawianki” defilowały oddziały 1. Armii WP. Defilowały przed honorową trybuną umieszczoną naprzeciw hotelu „Polonia” przed komunistami: Bolesławem Bierutem, Władysławem Gomułką, Edwardem Osóbką-Morawskim, gen. Michałem Rolą-Żymierskim, gen. Stanisławem Popławskim, płk. Marianem Spychalskim oraz sowieckim marszałkiem Gieorgijem Żukowem.

„Upiorne  <<wyzwolenie>> trupa miasta i upiorna defilada na jego cmentarzysku” – pisał Jeremi Przybora. – „Widma chłopców i dziewcząt z AK, wmieszane w tłumy mieszkańców, którzy byli wraz z bojownikami Warszawy jej obliczem i duszą, uśmiechem, rozpaczą i strachem. (…) Parada wyzwolicieli, którzy już nikogo nie wyzwolili”.

200 tysięcy „wyzwolicieli”

Mieli nas „wyzwolić” jeszcze w grudniu 1981 r., ale to kolejna bujda, choć tow. Leszek Miller jeszcze kilka la temu w TVN 24 mówił: „Interwencja sowiecka była realna i kosztowałaby życie 200 tys. Polaków. Generał Jaruzelski według CIA uratował tyle istnień ludzkich. (…) Wielu z tych, którzy demonstrują teraz pod domem generała, mogłoby się nie urodzić, bo ich rodzice by zginęli”.

Ówczesny szef SLD powtarzał bajki tow. Jaruzelskiego. Bo pytanie: wejdą – nie wejdą, było wówczas bezprzedmiotowe. Dlaczego? Wchodzić na teren PRL Moskale nie musieli, bo wciąż mieli tu swoje wojska. 200 tysięcy sołdatów. 200 tysięcy – tow. Millerowi dzwoniło, ale nie w tym kościele (przepraszam – domu partii).

SISDD nr 2 – Subiektywny i ironiczny słownik dziennikarsko-dziennikarski HUBERTA BEKRYCHTA

W proteście przeciwko politycznej poprawności redakcja zastrzega sobie niealfabetyczną kolejność publikacji haseł słownika.

Dziennikarstwo międzynarodowe – specjalność dziennikarzy, którzy byli przynajmniej dwa razy za granicą;

Publicystyka międzynarodowa – specjalność dziennikarzy, którzy byli przynajmniej trzy razy za granicą;

Akredytacja – kłopoty;

Akredytacja międzynarodowa – pozwolenie na napisanie tekstów i realizację materiałów elektronicznych, które akceptuje kraj goszczący (uwaga: w Rosji trzeba mieć jeszcze zezwolenie od weterynarza);

Tłumaczenie symultaniczne – translacja dziennikarska polegająca na takim przekładzie, który zgadzałby się z uprzednio napisanym tekstem;

Legitymacja dziennikarska – dokument, który poszczególne kraje interpretują po swojemu – jak Rosja swoje granice – czyli, jak chcą;

Oznaczenia „Press” – ważne tylko wówczas, kiedy dziennikarze są dalej niż zasięg broni snajperskiej lub podczas bankietów;

Znajomość języków – umiejętność radzenia sobie przy każdym stole bankietowym.

Ciąg dalszy będzie się ciągnąć, ale należy założyć, że publikowane znaczenie haseł może być niezgodne ze stanem faktycznym.

WALTER ALTERMANN: My Portorykańczycy albo o skutkach badania rynku

Film narzuca język narracji mediom. To dlatego wojna przedstawiana jest coraz częściej jako atrakcja.

Jakieś 20 lat temu producenci filmowi z USA zamówili w poważnej firmie marketingowej badania. Zadanie brzmiało: „Kim jest typowy odbiorca amerykańskiej produkcji filmowej”. Firma wzięła się poważnie do pracy, a raport liczył prawie 700 stron. Pełno w nim tabelek, wykresów i algorytmów. W podsumowaniu, na końcu opasłego tomiszcza, znalazło się zdanie warte te kilkadziesiąt milionów dolarów, które zapłacili producenci filmów.

Zdanie to wyglądało tak: „Typowym odbiorcą amerykańskiej produkcji filmowej jest szesnastoletni Portorykańczyk, analfabeta.”

Od publikacji tamtego raportu producenci filmowi w USA jeszcze uważniej czytają scenariusze, jeszcze pieczołowiciej konstruują obsady, jeszcze precyzyjniej dobierają reżyserów i bardziej drobiazgowo przyglądają się końcowemu efektowi na taśmie. Tak, aby – ów precyzyjnie określony w raporcie – widz jak najchętniej szedł do kina. Bo w końcu chodzi o pieniądze, które wyłożyli producenci, i o pieniądze których mogą nie zarobić, a nawet stracić.

Nie wiem czy nasi właściciele stacji radiowych, telewizyjnych, portali internetowych i gazet czytali ten raport, ale postępują dokładnie tak jakby umieli go na pamięć. A może mają własne raporty, jeszcze lepsze? To znaczy jeszcze gorsze dla wymagającego odbiorcy?

Tu wypada przypomnieć, że tak zwane: „słuchalność”, „rozpoznawalność” stacji radiowych i telewizyjnych oraz liczba „wejść”, czyli „klikalność”, na portale przekłada się na konkretne, bardzo duże pieniądze od reklamodawców. Nie wspomnę o nakładzie gazet, bo to oczywiste. A zatem walka nie idzie o żadną tam prawdę, o żaden tam styl i klasę – to jest wojna o pieniądze.

Wracając do rzeczonego Portorykańczyka. Oczywiście nie mam nic przeciwko żadnej nacji, nie mam też nic przeciwko analfabetom, ale jest faktem, że najbardziej kasowe są te filmy, które pojmie każdy. I tak to, proszę Państwa, wygląda.

Zastanówmy się teraz co może Portorykańczyka (także i naszego odbiorcę) odstręczyć od udziału w zbiorowej zabawie pod nazwą „Film i media dla was”. Przede wszystkim towar musi być podany w atrakcyjnej formie, czyli wymagane jest żywe tempo akcji, bohaterowie i narrator (w mediach) muszą mówić zrozumiałymi dla każdego krótkimi zdaniami. Tematy muszą być bliskie każdemu – jedzenie, picie, seks, złodziejstwo, bandytyzm i jak najmniej moralnych wątpliwości, bo te komplikują akcję. Prosty człowiek (a do takiego kierujemy nasze „wypowiedzi”) nie lubi czego nie rozumie. Więc żadnych dwuznacznych postaw, nawróceń bohatera i broń Boże jakiegoś tam odkupienia win. Zatem Szekspir (choćby jako wzór dramaturgiczny) odpada. Świat musi być czarno-biały. Dzisiaj odpada nawet „Ojciec chrzestny”, bo jego fabuła i bohaterowie krojeni są na wzór szekspirowskiej tragedii.

To dlatego mamy coraz więcej nowych filmów, które już chyba widzieliśmy. I nie ma się co dziwić, skoro „Masakra teksańską piłą mechaniczną” sprawdziła się w wersji podstawowej, to producent ciągnie ją w wersji 1,2,3 itd. A zombie? Bez wstydu produkuje się kolejne filmy o żywych trupach. Produkuje się, bo z tego jest kasa. To są oczywiście przykłady ekstremalne, ale przecież powstają kolejne komedie miłosne robione według wzoru, który już się sprawdził.

A temat II wojny światowej? Przecież filmy o niej stały się już nowymi westernami. I jakoś żadnemu z producentów nie zadrży ręka (przy liczeniu pieniędzy), że jest jednak różnica między walką z bandytami na Dzikim Zachodzie a walką z hitlerowcami. Zresztą w produkcji zachodniej II wojna światowa już od kilkunastu lat stała się przygodą z ostrą strzelaniną i hektolitrami sztucznej krwi.

Powiedzmy sobie wyraźnie: film narzuca język narracji mediom. To dlatego Discovery, i pozostałe kanały z nadtytułem Historia, przedstawiają wojnę jako ogromną atrakcję. Mnożą się filmy dokumentalne porównujące uzbrojenie i strategię obu stron. Zupełnie tak, jakby chodziło o wojny punickie. Owszem, z okazji rocznic (jak choćby ostatnio z okazji rocznicy wyzwolenia Auschwitz ukazują się artykuły poważne), ale to przecież tylko na chwilę.

Prasa, w obu formach (elektronicznej i gazetowej) również prześciga się w opisywaniu technik walki. I jakoś nikomu z redaktorów do głowy nie przychodzi, że wojna to śmierć i zniszczenie.

Najlepszy przykład mamy teraz przy okazji sytuacji na Ukrainie. Jest coraz więcej artykułów o uzbrojeniu, jego nowościach, sile tego uzbrojenia. Mamy przeglądy tego co ma gotowego do użycia Rosja, Ukraina i państwa NATO. Zupełnie tak, jakby chodziło o wielki mecz piłkarski Wschód kontra Zachód. Ot, zwykłe zmaganie się, prawie sportowe. A o tym, że w wyniku konfliktu zbrojnego mogą być ofiary jak najciszej, prawie nic.

Zdehumanizowanie mediów jest straszne. Zupełnie tak, jakby panowała zmowa milczenia, żeby o potencjalnych ofiarach pisać mało, a najlepiej wcale. Żeby nie straszyć i nie denerwować tego szesnastoletniego Portorykańczyka. Tego Portorykańczyka, który jest w każdym z nas. A przynajmniej tak zakładają koledzy z prasy, radia i telewizji.

Nie oczekuję, że media okażą się powagą, bo powaga słabo się sprzedaje. Napisałem powyższe, jako ten głos na puszczy. No, ale ktoś musiał to przecież napisać.

PIOTR SAMOLEWICZ: Od korektora do pisarza, kariera Tadeusza Dołęgi-Mostowicza

Tadeusz Dołęga – Mostowicz nim zasłynął jako autor poczytnych powieści, z wielkim powodzeniem i narażeniem życia parał się dziennikarstwem. 

Zamach na młodego korektora i felietonistę chadeckiego dziennika „Rzeczpospolita”, jakim był Mostowicz, przeszedł do legendy II Rzeczypospolitej. Jego przebieg drobiazgowo opisuje Jarosław Górski w książce swojego autorstwa „Parweniusz z rodowodem. Biografia Tadeusza Dołęgi-Mostowicza” (Warszawa 2021). Do zamachu doszło 8 września 1927 roku, gdy Tadeusz Mostowicz wracał wieczorem do domu z długiego dyżuru w „Rzeczpospolitej”. Gdy wysiadł z tramwaju na placu Narutowicza, zajechały mu drogę dwa auta, wyskoczyło z nich siedmiu rosłych mężczyzn i obiło pałkami. Następnie napastnicy zaciągnęli nieprzytomną ofiarę ataku do auta, skuli i zakneblowali  i wywieźli do sękocińskiego lasu (drugi wóz odjechał z miejsca zdarzenia). Po pół godzinie jazdy Mostowicz został wywleczony z samochodu i wepchnięty do rowu. I znów musiał przyjąć na  ciało mocne uderzenia pałkami. Napastników było pięciu z kierowcą. Znęcali się nad Mostowiczem niemiłosiernie i krzyczeli, że biją go „za pisanie  o Marszałku”. Potem zostawili go w lesie ukontentowani dobrze wykonaną robotą i odjechali. Mostowiczowi udało się dowlec do szosy krakowskiej i wrócić do stolicy zatrzymaną chłopską furmanką.

Prowadzący śledztwo prokurator Świątkowski dzięki zeznaniom świadków szybko odkrył, że niepokorny dziennikarz został porwany czarnym buickiem o typie nadwozia torpedo z dużym kufrem z rejestracją świadczącą o tym, że należy do wojewody poleskiego. Potem okazało się, że rejestracja została zdjęta z wozu wojewody i przykręcona do samochodu należącego do komendanta głównego policji pułkownika Janusza Jagryma-Maleszewskiego. Z książki wyjazdów w garażu MSW prokurator dowiedział się, że w czasie porwania i napadu  z czarnego  buicka korzystał porucznik Bolesław Kusiński, były żołnierz POW i  Legionów, bohater wojny z bolszewikami, były oficer Korpusu Ochrony Pogranicza, oddany piłsudczyk. Kusiński przyznał się do tego, że wypożyczył samochód komendanta policji, ale zakrył się honorem oficerskim przed wyjawieniem, w jakim celu to uczynił. Nie przyznał się natomiast do zamiany rejestracji i zamachu na Mostowicza. Do końca nie wiadomo, kim byli pozostali pałkarze. Po Warszawie krążyły plotki, że należeli oni do milicji PPS i że w napaści mógł wziąć udział jej szef Józef Łokieć, mający powiązania z półświatkiem i policją. Sprawę Kusińskiego rozstrzygał sąd wojskowy i jak można się domyślać został on  uniewinniony. O okolicznościach zamachu został szczegółowo poinformowany przez szefa MSW marszałek Piłsudski.

Jarosław Górski w obliczu wielu błędów popełnionych przez napastników wysuwa hipotezę, że mogły być elementem jakiegoś planu, może nie do końca udanego, ale jednak planu, zakładającego wiedzę, kto pobił Mostowicza dla postrachu innych pismaków i wytworzenia sugestii, że na zlecenie jakiejś „góry”. Czas w Polsce po przewrocie majowym był gorący, dochodziło do częstych ulicznych awantur i ataków na dziennikarzy i inne znane osoby, kilka miesięcy po zamachu na Mostowicza został dotkliwie pobity przez dwóch podwładnych Józefa Łokcia, Franciszka Sieczko i Jędrzeja Kowalskiego, prawicowy pisarz i publicysta Adolf Nowaczyński. Niewykluczone, że ci dwaj brali też udział w pobiciu Mostowicza.

Zamach na popularnego dziennikarza był szeroko komentowany przez ówczesną prasę. Choć podpisywał on swoje felietony inicjałem T.M i pseudonimem C. Hr. Zan,   był rozpoznawany jako autor odważnych politycznych tekstów krytykujących sanację za tworzenie koterii, za powstanie tzw. czwartej brygady, czyli nowej elit niewywodzącej się z kręgów dawnych legionistów, wreszcie domagał się uwolnienia generałów WP, którzy podczas zamachu majowego opowiedzieli się po stronie legalnych władz i wyjaśnienia zaginięcia gen. Włodzimierza Zagórskiego.

Ale najważniejsze że Dołęga-Mostowicz nie przestraszył się i nie zrezygnował ze swojej odważnej felietonistyki i komentowania życia codziennego, obyczajowego i politycznego Polski. Jego dziennikarską i wczesną nowelistyczną twórczość przypominają  antologia „Tadeusz Dołęga-Mostowicz. Pechowy literat i inne opowiadania, nowele, humoreski” (Warszawa 2021) w wyborze wspomnianego już Jarosława Górskiego, oraz pięć tomów Wydawnictwa Akademickiego Dialog, jeden  nich nosi tytuł „Dwór polski. Kresy i polityka wewnętrzna”.

Nie polecałbym tych książek Czytelnikom  bez świadomości ich dużej wartości. Lekturze małych, użytecznych form Mostowicza towarzyszy uczucie satysfakcji z obcowania z inteligentnym autorem. Niektóre z nich są oczywiście obciążone publicystyczną doraźnością, ale mimo tego nie tracą  na wartości, inne są w większym stopniu ponadczasowe. Skrzą się humorem i celnymi obserwacjami. W jednym z pomieszczonych w „Dworze polskim” tekście Mostowicz naśmiewa  się z króla Afganistanu, który w Moskwie „schyla koronowaną głowę w hołdzie przed grobem twórcy bolszewizmu, królobujcy, burzyciela tronów”, czyli Lenina. A oto jak dziennikarz puentuje swój krótki tekst o lwowskich oszustach, którzy urządzili płatny casting do filmu kręcąc zdjęcia nie kamerą a maszynką do mielenia kawy: „Sanacja kręci korbą. Przed aparatem tajemniczo przykrytym czarną zasłoną milczenia przesuwa się wąż krygujących się i strojących miny adeptów polityki”. Mostowicz nie przebiera też w środkach w felietonie „Patrzaj, Basiu…”, w którym naśmiewa się z nieszczerego świętowania 3 maja, które polega na „obchodzeniu Konstytucji 3 maja”. Mocny tekst napisany w 1928 roku, czyli już po pobiciu Mostowicza, ale bez cienia nienawiści. W tomiku opracowanym przez Jarosława Górskiego znajdziemy teksty jeszcze bardziej smaczne literacko i wykraczające poza ramy prasowego komentarza w stronę humoreski i  satyrycznej nowelki. Boki można zrywać czytając tekścik „Wywiad z nieboszczykiem”, w którym dziennikarz opisuje salonowe zabawy z wywoływaniem duchów. Jako niedowiarek prosi ducha o to, by wskazał, gdzie jest gen. Zagórski? Ektoplazma mu  odpowiada: „- Panie, pan jest redaktorem, i zadaje mi pan takie pytanie?! Czy pan chce, żeby mnie… skonfiskowano?” „Wywiad z nieboszczykiem” należy do grupy tekstów opartych na dialogu, wyrazistej anegdocie i puencie. To właśnie po nich widać, że przyszły twórca „Kariery Nikodema Dyzmy” i „Znachora” wprawiał się w literackie rzemiosło, że już w latach 1925-1929, gdy regularnie pisał felietony, myślał o pisarskiej karierze. Felietony wychodziły spod ręki dziennikarza bardzo szybko. Improwizował w nich jak uliczny grajek. „Jego starsza siostra Janina wspominała w rodzinnych rozmowach, że redaktorzy potrafili wydzwonić Tadeusza w kawiarni hasłem: „brakuje tekstu” a on ołówkiem na serwetce pisał felieton lub nowelę, zanim goniec zdążył dobiec z redakcji” – pisze Jarosław Górski we wstępie do „Pechowego literata”. Z tą samą sprawnością Dołęga-Mostowicz pisał też powieści na zamówienie w odcinkach. Dzięki nim różne gazety, niekoniecznie endeckie, podnosiły swoje nakłady, a sam pisarz zaczynał coraz lepiej zarabiać. Mostowicz dziennikarz zaczął znikać stopniowo z łam gazet w 1929 roku, by pojawić się w nich w 1930 jako autor odcinkowej powieści „Ostatnia brygada” o polskim awanturniku Andrzeju Dowmuncie, który dorobił się fortuny w Afryce (ale wg  Górskiego i innego badacza twórczości Mostowicza, Józefa Rurawskiego, prawdziwym jego powieściowym debiutem były napisane wcześniej, ale później wydane „Kiwony”). W grudniu 1930 roku na łamach dziennika „ABC” zaczęła  ukazywać się w odcinkach „Kariera Nikodema Dyzmy” stanowiąca obraz wielkiego kryzysu gospodarczego w Polsce z aluzjami do ludzi ze świecznika. Kiedy 2 maja 1931 roku cenzor zatrzymał numer „ABC” z kolejnym mocnym odcinkiem „Kariery…”, gwiazda  Dołęgi-Mostowicza świeciła już mocno na rynku literatury popularnej. Wtedy też zaczęła się rodzić legenda „Kariery…” jako zemsty pisarza za jego pobicie kilka lat temu. Pisarz żądny sławy i pieniędzy podtrzymywał tę legendę. „Kariera Nikodema Dyzmy” jest ważną książką w dorobku Mostowicza także dlatego, że wprowadza do naszej literatury typ silnego, ale jednocześnie niekoniecznie moralnego człowieka, który w zderzeniu ze społeczną materią za wszelką cenę chce odnieść zwycięstwo.

I w tym miejscu wypada zakończyć opisywanie dziennikarskiego rozdziału w bogatym życiu Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Mostowicz do 1939 publikował kolejne powieści, natomiast rzadko już felietony, interesował się także kinem, pisał scenariuszowe adaptacje swoich powieści. W 1939 roku zaczął współpracę z Hollywood, którą przerwał wybuch II wojny światowej. Wzięty pisarz zginął 20 września 1939 roku w Kutach jako kapral WP zastrzelony przez patrol sowiecki. Wykazał się patriotyzmem, nie uciekając z kraju przed wojenną nawałnicą. W Kutach mocnym akcentem przypieczętował swoją sensacyjno-melodramatyczną twórczość, w której starał się oprócz rozrywki przekazywać także poważne moralne i społeczne treści.

 

Tekst ukazał się w numerze 5/2021 „Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie można pobrać TUTAJ.

 

 

 

 

 

 

 

Pomyślałem, że mogę rysować śmiesznie – rozmowa ze ZBIGNIEWEM PISZCZAKO, rysownikiem, karykaturzystą,  satyrykiem

Rysunek satyryczny powinien bazować na prostocie, a nie na zbyt wyszukanej formie, która odwróci naszą uwagę od istoty przekazu. A tak naprawdę najważniejsza jest umiejętność spuentowania – mówi Zbigniew Piszczako olsztyński rysownik, laureat Grand Prix w Międzynarodowym Konkursie na rysunek satyryczny pod hasłem „Albert Einstein. Pokojowe wykorzystanie energii jądrowej”.

Czyżbyś został Zbyszku łowcą nagród?

Od wielu lat biorę udział w różnych konkursach na rysunek satyryczny. Akurat ten konkurs ma rangę międzynarodową i rozgrywany jest w Polsce. Do wyboru były dwie kategorie. Na karykaturę Einsteina i rysunek tematyczny. Ja nie robię karykatur, więc wybór był prosty. Grand Prix dostał ten rysunek, który zdobył najwięcej punktów, bez względu na kategorię. Do tej pory zdarzało się, że otrzymywałem główne nagrody na konkursach satyrycznych, ale Grand Prix dostałem po raz pierwszy. Mam nadzieję, że nie ostatni.

Rysunek satyryczny i karykatura, to w twoim przypadku bardziej pasja, czy zawód?

To pasja i odskocznia, wycisza i uspokaja. Nic nie muszę, a mogę skomentować, czasem rozbawić, czasem zawstydzić. A otaczająca rzeczywistość ma różne barwy i odcienie. Tematy same „wciskają się” i w zależności od nastroju i weny twórczej są szybko lub wolno narysowane.

Czy zamiast kończyć Wydział Mechaniczny ART, nie lepiej było studiować jakieś sztuki plastyczne?

Patrząc z dzisiejszej perspektywy wybór był właściwy. Pracując w firmie mam stałą pensję i nie muszę się martwić jako artysta o zlecenia. Robię to co lubię, kreuję wydarzenia artystyczne, w innych uczestniczę. Mogę spokojnie zajmować się rysunkiem satyrycznym. Jeżeli jest taka możliwość to opublikować w prasie, a z tym jest wręcz tragicznie, coraz mniej gazet korzysta z naszych usług. Mogę też wysyłać swoje rysunki na konkursy.

Kiedy odkryłeś w sobie talent do satyrycznego rysowania?

Trochę z przypadku. Kiedy byłem na studiach, a był to wówczas okres gorący w polityce, narodziny ruchu Solidarności. Oglądając rysunki w prasie codziennej, pomyślałem, że ja też mogę tak „rysować śmiesznie”. Teraz jak patrzę na te pierwsze „prace”, to prawdę powiedziawszy lepiej by było żeby ich nikt nie zobaczył. Nadają się bardziej jako szkic do nowego pomysłu. W pewnym momencie jeden z nestorów olsztyńskiej karykatury Aleksander Wołos powiedział mi: wiesz Zbyszek, jesteś rozpoznawalny po kresce, widać kto to rysował. Można powiedzieć, że to była nobilitacja. Więc komentuję wydarzenia społeczne, polityczne i sportowe do dziś.

Specjalizujesz się w jakimś konkretnym rodzaju rysunku satyrycznego?

W czasach kiedy były większe możliwości publikacji, a gazety chętniej zamieszczały rysunki satyryczne, tematyka moich prac była bardziej różnorodna. Dziś większość dotyczy tematyki sportowej ponieważ są publikowane w dziale sportowym „Gazety Olsztyńskiej”. Dla „Życia Olsztyna” ilustruję przewrotne dyskusje Jacka Panasa i Andrzeja Brzozowskiego. Nie robię jedynie karykatury portretowej.

A Niecodziennik ?

To specyficzny periodyk, który wymyśliłem w 2018 r. podczas Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Zacząłem wówczas rozsyłać wśród znajomych rysunki w formie jednostronicowej gazetki komentującej mistrzostwa. Ponieważ każdy kolejny numer był przyjmowany ciepło i z prośbą o jeszcze… więc wychodzi stale, z podtytułem „psychoanalityczny nieregularnik periodyczny”. Teraz również jest publikowany na Facebooku.

Odziedziczyłaś po kimś te umiejętności?

Mój tata poza pracą zawodową zajmował się malarstwem sztalugowym. Jest typowym realistą. Gierymski, Szyszkin, Kossak to jego klimaty. Popełniłem jeden mały obraz olejny i na tym się skończyło. Ciągnie mnie do akwareli i pasteli, które wykorzystuję przy wykonywaniu rysunków satyrycznych. Z drugiej strony wykorzystuję komputer do kolorowania rysunków, ponieważ w druku barwa jest bardziej czysta i wyrazista.

W rysunku satyrycznym ważniejszy jest pomysł, czy umiejętności?

Może to być pomysł i wówczas sam rysunek schodzi na plan dalszy. Czasami technika wykonania, ujęcie. Najlepiej jednak jeżeli te dwa elementy się połączy. Uważam, że rysunek satyryczny powinien bazować na prostocie, a nie na zbyt wyszukanej formie, która odwróci naszą uwagę od istoty przekazu. A tak naprawdę najważniejsza jest umiejętność spuentowania.

Często można się podeprzeć tzw. „dymkiem”?

Tylko ten „dymek” powinien stanowić integralną część rysunku. On w sumie ułatwia przekazanie informacji i odczytanie intencji autora. Jest prawie jednoznaczny, mówię prawie, ponieważ tekst w dymku umożliwia także umiejętne zastosowanie gry słów. Z drugiej strony można iść na totalną łatwiznę, zmieniając „dymki” pozostawić ten sam rysunek.

W przypadku tekstu istnieje możliwość zmiany, poprawki, a jak to jest w przypadku rysunku, jak coś się nie uda, wędruje do kosza?

Nie… jest gumka, ołówek, chwila zastanowienia i wówczas robię nową wersję pomysłu. Czasami robię kilka wersji jednego pomysłu bo skojarzenia, które przyszły do głowy są wieloznaczne.

Czy zdarzyło się, że twój pomysł został inaczej odczytany, niż sobie zakładałeś?

Niejednokrotnie, ale głównie gdy jest to rysunek bez tekstu. W takim przypadku jest większa dowolność interpretacji. Czasami, wyjęty po latach z szuflady rysunek nabiera innego znaczenia w nowym kontekście politycznym czy społecznym. Dostaje jakby nowe życie.

Zajmujesz się także ilustracjami książkowymi, czy one też mają charakter satyryczny?

Zawsze chciałem wykonać serię ilustracji książkowych, ale nie spodziewałem się, że kiedyś to nastąpi. A jednak… nazbierało się tego trochę. Wszystkie moje ilustracje są z nutką satyryczną, z dozą humoru. W ubiegłym roku wydaliśmy jako oddział SDP bardzo ciekawą książkę „Twarze olsztyńskiej estrady” autorstwa Andrzeja Brzozowskiego, zawierającą 52 wywiady z artystami, zdjęcia, anegdoty i moje rysunki satyryczne związane tematycznie z muzyką.

Masz też pewne doświadczenie estradowe?

Z kabaretem „Kaczki z Nowej Paczki” w ramach „Twórczego Miejsca Olsztyna” (organizowanym wspólnie z TMO) przeprowadzaliśmy na żywo konkurs na najlepszy „dymek” do moich rysunków. Ponieważ było to bardzo zabawne, kilka razy wystąpiłem również w ich programie estradowym.

Co teraz robisz ciekawego?

W 2018 roku wyszedłem z inicjatywą zorganizowania ogólnopolskiego konkursu na rysunek prasowy, którego celem jest nagrodzenie najlepszego rysunku roku. Mamy w kraju różne konkursy satyryczne, ale nikt nie nagradza karykaturzystów publikujących w prasie, która coraz rzadziej korzysta z tej formy komentarza. Oddział Warmińsko-Mazurski Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zaakceptował pomysł i został głównym organizatorem konkursu. Zaproponowałem także by patronem konkursu został nasz olsztyński karykaturzysta, malarz i pastelista Aleksander Wołos. W tym roku mamy już 4. edycję konkursu. Na początku lutego zostaną ogłoszone wyniki i dowiemy się jaka praca została rysunkiem roku 2021. Na tym nie koniec działalności promocyjnej, czeka mnie jeszcze zorganizowanie wystaw objazdowych i pokazanie najciekawszych prac nie tylko w regionie, ale i w kraju. Trzecią edycję pokazaliśmy w 15 miejscach wystawienniczych, oczywiście w Olsztynie, ale i w Mrągowie, Sosnowcu, Olecku, Pieniężnie, Opolu, Świątkach, Wąchocku czy Pabianicach. Bardzo ciekawa była prezentacja wystawy pokonkursowej w Hołownie, w rodzinnej miejscowości patrona konkursu Aleksandra Wołosa. Została pokazana w starej, zabytkowej stodole, rysunki rozwieszono bezpośrednio na drewnianych ścianach, a wieczorem wszyscy bawili się przy muzyce w klimatach ukraińsko-polskich w wykonaniu kapeli Drewutnia.

Na koniec proszę o anegdotę

Byłem początkującym rysownikiem. Poszedłem na wystawę i zarazem spotkanie karykaturzystów, usiadłem z boku. Kilka osób już znałem, jak Józefa Burniewicza, który roztaczał wielkie plany stojące przed olsztyńską karykaturą. Po spotkaniu podszedł do mnie starszy, dystyngowany pan, który siedział niedaleko mnie i coś szkicował, zapytał o nazwisko i pokazał rysunek. Jesteś tu nowy, będę przyglądał się twoim poczynaniom – powiedział. I tak poznałem Edwarda Michalskiego znakomitego karykaturzystę, który narysował moją facjatę będącą do dziś najlepszą moją karykaturą.

 Dziękuję za rozmowę

Rozmawiał Andrzej Zb. Brzozowski

 

Rysunek Zbigniewa Piszczako pt. „Kroplówka” nagrodzony Grand Prix w Międzynarodowym Konkursie na rysunek satyryczny „Albert Einstein. Pokojowe wykorzystanie energii jądrowej”

 


Zbigniew Piszczako

Olsztyński satyryk, rysownik, karykaturzysta i ilustrator. Członek Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury (SPAK) oraz Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Absolwent Akademii Rolniczo – Technicznej w Olsztynie. Rysuje do prasy od 1986 roku. Związany głównie z czasopismami Warmii i Mazur. Stały współpracownik „Nowego Życia Olsztyna” i „Gazety Olsztyńskiej”. Wielokrotnie nagradzany na konkursach ogólnopolskich rysunku satyrycznego. Uczestnik wielu wystaw krajowych i zagranicznych. Na początku tego roku Zbigniew Piszczako otrzymał Grand Prix w Międzynarodowym Konkursie na rysunek satyryczny, który przebiegał pod hasłem „Albert Einstein. Pokojowe wykorzystanie energii jądrowej”. Zgłoszono 692 prace 376 autorów z 52 krajów. Do II etapu zakwalifikowano 167 prac 130 autorów z 42 krajów. Międzynarodowe (jedenastoosobowe) jury najwyżej oceniło pracę Zbyszka pt. „Kroplówka”. Organizatorem konkursu jest Fundacja Festiwalu Satyry Europejskiej „Koziołki” mająca na celu upowszechnianie satyry europejskiej oraz integrację i wspieranie działań twórców działających na polu humoru i satyry. Podtytuł „Koziołki” w nazwie imprezy, nawiązuje do koziołków z wieży Poznańskiego Ratusza, będących symbolem miasta – siedziby festiwalu. Koziołki, to także firmowa statuetka imprezy wręczana laureatom konkursu.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Redaktorzy wojenni nie czekajmy bezczynnie

Potrzebna jest grupa żołnierska. Żołniersko-reporterska. Niekoniecznie muszą to być wyłącznie grzeczni chłopcy. Bo zadanie może okazać się bardzo trudne, a nawet niebezpieczne.

Są w ojczyźnie rachunki krzywd (w tym domniemanych), obca dłoń ich nie przekreśli… – już raz poeta tak napisał. Jak będzie nie wiemy. Ale przygotować się trzeba. Nawet na najgorsze! Na wojnę! I dlatego faceci, mężczyźni, reporterzy-redaktorzy też muszą się zmobilizować. Sami muszą się najpierw zmobilizować. Przede wszystkim w sobie, w swojej własnej głowie. Może potem nawet poprzez coś takiego jak SDP – to już będzie nie tylko Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, ale coś znacznie większego.

Potrzebna jest grupa żołnierska. Żołniersko-reporterska. Władza – Ministerstwo Obrony Narodowej – o czymś takim chyba myśli. Mam nadzieję. Ale i my własną listę dziennikarską powinniśmy zrobić. Tych, którzy będą chcieli i będą potrafili. Niekoniecznie muszą to być wyłącznie grzeczni chłopcy. Bo zadanie może okazać się bardzo trudne, a nawet niebezpieczne. Po prostu nie każdy choćby nawet i chciał, do tej pracy się nadaje.

To nie żadna dodatkowa grupa ochotnicza. To lista dla władzy mającej obywatelski mandat do rządzenia. To podpowiedź, to gotowość. Powinni być to patrioci, którzy nie będą na sucho bredzić tylko o wspólnej Europie. Oczywiście o współpracy w ramach Unii Europejskiej i NATO będziemy mówić tak, jak dotychczas i tylko tak. Ale mamy obowiązek myśleć przede wszystkim o własnym kraju.

Ktoś może powiedzieć – to brednie. Niepotrzebna inicjatywa. Niekoniecznie.

Terytorialsi to była i jest niezwykle ważna sprawa. Rozwija się, ale niestety ślamazarnie. I nie wszystko można usprawiedliwić działaniem V kolumny – ludzi ogłupiałych mirażem wspólnej Europy, ludzi oddanych bardziej tym zza Odry niż znad Wisły.

Terytorialsi to oczywiście część armii. Podlegli centralnie. Nie mniej z natury rzeczy będzie to armia indywidualistów wyposażonych w bardzo różną broń, broń groźną. Będą rozczłonkowani.

Dziennikarze-reporterzy wojenni też będą  r o z c z ł o n k o w a n i. Będą służyć i działać wszędzie, Nie będą grzać stołków w redakcjach. Muszą potrafić wytrzymać trudy pracy w terenie, podejmować decyzje samodzielnie. To wszystko to oczywiście ostateczność. Wojna. Ona może się jednak zdarzyć. Oby to nie nastąpiło. Ale przyjść ze Wschodu może. Przecież tak już było. Reporterzy-redaktorzy wojenni – zgłoście gotowość!

WALTER ALTERMANN: Szlachetczyzna językowa, czyli co się ciągnie za wojskiem

Przed wojną normą był język wykształconych warstw Warszawy. Dzisiaj te wykształcone warstwy nie mogą być już normą, bo wyczyniają z językiem okropne rzeczy.

Młoda poseł mówi w telewizji, że „Lex Czarnek” wymaga jeszcze konsultacji z interesariuszami. Dlaczego nie powiedziała, że ustawę powinno się konsultować z rodzicami, nauczycielami i organizacjami pozarządowymi, działającymi w oświacie? Bo tak to może powiedzieć każdy. A wielmożowie sejmowi muszą się różnić przecież od szlachty zagonowej, chłopa czy łyka. I to dlatego szlachta zawsze chciała się wyróżniać strojem, a przede wszystkim wtrącaniem do macierzystego języka zwrotów łacińskich. Stąd zresztą powiedzenie „poznać pana po cholewach” oraz słynny tekst „chłopis cum gleba ascriptis”. Już po II rozbiorze Sejm obradował poważnie nad zakazem chodzenia przez nie-szlachtę w czerwonych butach.

Wracając do języka. Po łacinie, w XVIII wieku przyszła moda na szczątkowy francuski, a teraz na bardzo uproszczony angielski. Pojęcie interesariusz wprowadzono do języka angielskiego w roku 1963 i brzmiało – stakegolders. Jest to zatem pojęcie nowe i ciągle jeszcze powszechnie nieznane. Ale o to właśnie chodzi, żeby chłop i plebejusz nie wiedzieli w czym rzecz. Bo co to za poseł, który mówi językiem gminu?

Grzechy szlachty i magnaterii ciągną się za nami przez wieki, jak przysłowiowy smród za wojskiem. W wersji lżejszej można powiedzieć: „obciążają nas grzechy ojców naszych”.

Niezgłębionym „rezerwuariuszami” błędów językowych są sprawozdawcy sportowi, za co jestem im zresztą wdzięczny, bo mam o czym pisać. Zauważyłem jednak, że z języka sportu garściami czerpią politycy. Oto już nagminnie ministrowie, posłowie, senatorowie za sprawozdawcami, używają słówka timing (wym. tajming). Po polsku by to się tłumaczyło „wybór najlepszego momentu” lub „najlepszy moment na podjęcie działania, akcji, ataku”. I mamy tajming na wprowadzanie zmian podatkowych, na zmiany w prawie drogowym, itd.

Przed wojną normą był język wykształconych warstw Warszawy. Dzisiaj te wykształcone warstwy nie mogą być już normą, bo wyczyniają z językiem okropne rzeczy.

Oprócz tajmingu rozpowszechniły się w sporcie zwroty, odnoszące się do robienia czegoś „na spokoju” i „na nerwach”. W sporcie „na spokoju” ma oznaczać, że zawodnik jest opanowany, kontroluje sytuację. Z kolei „na nerwach” oznacza, że sportowiec jest zdenerwowany i działa nerwowo, bo przegrywa. Na razie żaden z polityków nie mówi jeszcze, że „działa na nerwach”, ale że „na spokoju” już kilka razy słyszałem.

Co prawda jeszcze nie tak dawno miejska gwara Łodzi, która powoli zanika (gwara, bo Łódź jeszcze się trzyma), miała takie zwroty jak: „szynka na 50” czy „polędwica na 35”. Bywając często w Białymstoku lubiłem się wsłuchiwać w tamtejszą gwarę. Kiedyś zapytałem miejscowego rzemieślnika, jak udało mu się naprawić moją mocno zniszczoną skórzaną torbę. O, tak, o! – odpowiedział skromnie kaletnik, wykonując w powietrzu ręką jakieś kółko.

Byłem też kiedyś świadkiem rozmowy w kolejce sklepowej młodej kobiety z młodym mężczyzną, którzy przed laty chodzili do jednej szkoły.

– I co u niego słychać? – zagaduje kobieta.

– Żonę mam i syna. A u niej?

– A ja mam męża i dwie córki.

Ta forma zwracania się do siebie w trzeciej osobie wiedzie się z dawnej Polski i oddaje szacunek dla rozmówcy. Gwary są pięknymi reliktami języka polskiego, ale we współczesnych polskich mediach musi obowiązywać norma i poprawność języka polskiego. Przed wojną przyjmowano za obowiązujący wzorzec „Język i wymowę wykształconych warstw społecznych Warszawy”. Dziś nie ma tak odważnych językoznawców, którzy zalecaliby tę przedwojenną normę.

Czy nie denerwuje Państwa powszechne w języku dziennikarzy „dopytanie”. Dziennikarz prowadzi z kimś wywiad, a na koniec mówi: „Pozwoli pan, że jeszcze dopytam o…”. Co znaczy owo „dopytanie”? Nie wiem, ale jest irytujące. Dlaczego dziennikarz nie mówi: „Pozwoli pan, że zapytam jeszcze o…”? Myślę, że w tym przypadku decyduje moda. I dlatego pytanie o powód jest tu bezsensowne. Zupełnie tak, jak by pytać dlaczego w latach 60. wszyscy młodzi mężczyźni nosili obcisłe spodnie rurki i półbuty w bardzo wąski szpic. Buty zniekształcały palce a rurki obciskały męską sferę intymną, z czego populacja mogła się dramatycznie zmniejszyć. No, ale co tam… Taka była moda.

Widziałem ostatnio w jednej z telewizji informację o rekonstrukcji grodziska wczesnośredniowiecznego w Tumie pod Łęczycą. Obrazki pokazują, jak montowana jest wielka drewniana brama wjazdowa, jak z wału ziemnego wystają potężne zaostrzone pnie częstokołu. A zadowolony dziennikarz mówi: „Teraz mury grodziska będą jak nowe”. Mówi tak i nie widzi, że ten historyczny obiekt jest eliptyczną budowlą stworzoną z ziemnego wału, wzmocnionego częstokołem?

Przeczytanie skróconej historii Tumu zajęłoby dziennikarzowi jakieś 10-15 minut, ale przecież on się zaangażował do TV jako mówiący, a nie czytający. Ale też samo „doczytanie” nic by chyba nie dało. Bo piszący o historii Tumu nie zaznaczają czym różni się mur od budowli ziemnej, widać uważają to za znaną oczywistość. I rzeczywiście, takie drobiazgi trzeba znać z wcześniejszych lektur.

Stary dowcip mojego dziadka profetycznie oddawał dzisiejszą sytuację: „W czasie insurekcji kościuszkowskiej poszukiwano pisarza, który protokołowałby narady i wypisywał rozkazy. Zgłosił się chłop starszy, ale o mądrym obliczu. Posadzono go z boku, dano papier, kałamarz i gęsie pióra. Narada trwa a chłop ostro skrobie piórem. Na koniec każą mu przeczytać co napisał. Chłop wstaje od stolika i mówi: Ja sie tu godził na pisarza, a na czytacza najmijta se już ta inszego. I wyszedł, a na papierze pozostały kleksy i niezrozumiałe bazgroły.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Dziennikarz rozdarty Rutkowskim

To konflikt między prawami boskimi a ludzkimi. Między wysokimi zasadami nakazującymi promocję nieskazitelnych wzorców a przyziemnością żądającą przetrwania, czy też przetrwania na tłusto. Problem jest nierozwiązywalny, choć trzeba twierdzić inaczej. Jedyne co możemy, to kluczyć zawierając mądre kompromisy na naszych zasadach. A teraz egzemplifikacja.

Sprawa nieco zabawna, choć z bynajmniej niezabawnym kontekstem. Przypomniała mi się w związku z 10. rocznicą zamordowania Madzi z Sosnowca, ale nie o dzieciobójstwo tu chodzi, nie o kontekst społeczny, tylko o zachowania dziennikarzy na jednym przykładzie. Na przykładzie Krzysztofa Rutkowskiego, postaci co najmniej kontrowersyjnej, niemniej obiektywnie rzecz biorąc z sukcesami żeglującej w mediach i życiu.

Sprawa sprzed 10 lat. Studio TVN24, program prowadzi redaktor Katarzyna Kolenda-Zalewska. Jej gośćmi są ówczesny rzecznik komendanta głównego policji Mariusz Sokołowski i detektyw Krzysztof Rutkowski. Redaktor Kolenda-Zalewska od początku nie kryje swojego negatywnego nastawienia do detektywa. Traktuje go z wyższością i lekką kpiną. Rutkowski jak to Rutkowski przychodzi w okularach przeciwsłonecznych. Redaktor rozmowę zaczyna ze zjadliwym uśmieszkiem, K-Z: „Coś ze wzrokiem pan ma, chory?”. Na to Rutkowski: „Nie, dlaczego?”. K-Z: „Ciemne okulary pan ma?” R: „Jak widzę taką gwiazdę, mogę być oślepiony.” K-Z: „Rozumiem, że to taka stylistyka, Miami Vice, tak? Na kogo pan się kreuje?” R: „Na Rutkowskiego”. Ta wymiana zdań na samym początku pokazuje, co i jak myśli dziennikarka o swoim gościu. Mamy więc tego Rutkowskiego, którego prestiżowa dziennikarka, w prestiżowej stacji TVN24 dbającej o standardy traktuje z lekką pogardą. Ale…

Ale na antenie TVN24 obserwowaliśmy jednak na żywo konferencje prasowe Krzysztofa Rutkowskiego, których zorganizował w tej sprawie kilka. Najdłuższa trwała grubo ponad godzinę i każda minuta, każda sekunda darmowego dla niego czasu antenowego była bezczelnie wykorzystywana do promocji biura Rutkowski. Za perorującym detektywem stało dwóch zamaskowanych, umundurowanych bysiorów w kominiarkach i z wielkimi napisami na kamizelkach „Rutkowski”. Wartość reklamowa czasu, który za darmo dostawał niekochany przesadnie przez TVN24 Rutkowski to co najmniej kilka milionów za jedną konferencję. Pytanie jest proste, jeśli Rutkowski nie był i chyba nie jest wzorcem dla TVN24 czemu dawano mu za darmo cholernie drogie prezenty? Odpowiedź jest jeszcze prostsza, niestety. Ponieważ menedżerowie tej stacji mają głowy na karku. Zauważyli, że pokazywanie Rutkowskiego, który dostarcza informacji w sprawie małej Madzi powoduje eksplozje słupków oglądalności. Eksplozję. I co zrobisz? Nic nie zrobisz. Rosnąca oglądalność przekłada się wprost na wartość reklam, które w przyszłości będą w tej stacji zamieszczane. „O rozpaczy najczarniejsza redaktora” – pisał Andrzej Bursa w wierszu „Depesza”.

Reasumując: proste ścieżki naszego dziennikarskiego, redaktorskiego, menedżerskiego życia pełne są meandrów. Trzeba bardzo uważnie stawiać kroki, a posadzki nie zawsze marmurowe…

Lewy do prawego – prawy do lewego. STEFAN TRUSZCZYŃŚKI porównuje „Newsweek” z „Do Rzeczy”  

Jadłospis

„Newsweek”         –         „Do Rzeczy”

Numer

 3/2022          –          3/2022

Cena

8,90             –           8,90

Wydawca

podmiot zagraniczny –  podmiot polski

 

Okładka

Newsweek –  „polski krach” i pusty talerz

Do Rzeczy – Mickiewicz i „Dziady w szambie”

Wstępniaki, który piszą naczelni

Tomasz Lis: „Strategia kapitulacji. Depolaryzacja sceny  politycznej to kompletny absurd. W krajach autorytarnych unikanie polaryzacji z władzą jest wyłącznie formą kapitalizacji” – proste, jasne i zrozumiałe!

Paweł Lisicki: „Na czym polega inna droga – co zrobi Warszawa, jeśli Bruksela dalej będzie stawiać, jak obecnie, Polskę pod ścianą? – rzeczywiście, this is the question!

Tekst obszerny (może i główny)

Newsweek – Szwajcaria, ładna reklama, nie podano za ile, ale ani chybi to tekst sponsorowany; ciekawe z jakimi uczuciami czytają to frankowicze? Jeden z nich napisał w liście do mnie, że pożyczył 600 tysięcy, oddał 590, a zapłacić ma jeszcze 700 tysięcy złotych. On na pewno wybierze się do St. Moritz by zagrać w polo na śniegu.

Do Rzeczy – artykuł nawiązujący do okładki pisma, tekst pani Elżbiety Morawiec: „Barbarzyńca w katedrze” (O „Dziadach” wystawionych w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. Autorka pisze o „Nowej rewolucji kulturalnej (…) – zasady pracy tych twórców sprowadzają się do obniżenia rangi dzieła, niszczenia języka i jasności przekazu oraz indywidualności aktora (…) trzeba absolutnie odciąć źródło zasilania dla brzydoty głupstwa i profanacji (…) ministerstwo i władze samorządowe nie mogą dłużej zamykać oczu na profanację świętości, kulturowe barbarzyństwo, po którym pozostają tylko ruiny i spalona ziemia”.

Satyra

Newsweek – oryginalny Sawka: Kaczyński mówi do kota.

Do Rzeczy – Krysztopa: jak zwykle dość paskudne rysownictwo. Mogą sobie panowie satyrycy podać dłonie. Byle przez szmatkę bo koronawirus przecie.

Do poczytania

Newsweek – pani posłanka Leszczyna poucza Czarnka, czyli eksperymenty na milusińskich; „Jak lepiono potwora” – o polskim ładzie, że najpierw była reklama a teraz dopiero wszyscy się zastanawiają wraz z panem K. Sadurskim jak to zrobić.

Do Rzeczy – Krzysztof Masłoń (w numerze pisze kilkakrotnie i dobrze) oraz Bohdan Urbankowski (pisarz, poeta, filozof – który popełnił niedocenione wielotomowe dzieło „Z dziejów myśli polskiej”, które powinno być obowiązkową lekturą przynajmniej studentów historii, polonistyki i filozofii). Jest także o najnowszej książce Urbankowskiego „Bal u kata”:

Nad nami noc, goreją gwiazdy,

dławiący, trupi nieba fiolet.

Zostanie po nas złom żelazny

i głuchy, drwiący śmiech pokoleń. 

Strony zaskakujące

Newsweek – o obywatelu Żulczyku (a może… żulik) – umorzony, mimo obrażenia Prezydenta Państwa. I dalej tygodnik brnie cytując pana Ż. – „Mamy prawo a nawet obowiązek reagowania gdy ta władza działa przeciwko naszym interesom – nawet kosztem bon tonu, savoir vivr’u?! Ładnej polszczyzny i dobrego wychowania”. Koresponduje to z zamieszczonym obok tekstem Krzysztofa Materny, cytuję dosłownie: „Co się pan tak patrzy, przecież sram”. Czyżby kontynuacja znanej wypowiedzi Krystyny Jandy?

Do Rzeczy – Pospieszalski „wsłuchuje się w Papieża” i stwierdza: „Niestety Papież od początku dołączył do globalnego chóru. Chóru, który używając potężnych form korupcji, przemocy, propagandy, walczy z pandemią wbrew nauce i medycynie”. Moje zdanie: Muzyk, a najwyraźniej źle słyszy.

Newsweek jest grubszy – 108 stron.

Do Rzeczy cieńszy – tylko 84 strony.

Ale grubsze nie zawsze są ładniejsze. De gustibus non disputandum. O wadze inteligencji, mądrości, zawartości – już nie wspomnę.

WALTER ALTERMANN: Czy aktor się „wciela”? Oraz o innych przypadłościach na styku dziennikarstwa z kulturą

W większości gazet (tak wydawanych tradycyjnie, jak internetowych) nie ma już dzisiaj etatowych recenzentów teatralnych.

W obecnych czasach najbardziej poważaną dziedziną w środowisku dziennikarskim jest oczywiście polityka. Jest po temu kilka przyczyn, ale z pewnością najważniejsza jest ta, że naprawdę każdy potrafi wyartykułować jaką partię lubi, a jakich nie. Reszta jest już prosta, choć oczywiście trzeba wiedzieć kto jest obecnie przy władzy, kto w opozycji, trzeba znać nazwiska prezydenta,  marszałków, szefów frakcji, ministrów, itp. No, ale to można sobie spisać w zeszycie i trzymać w szufladzie biurka lub na osobnym pliku w laptopie.

Przemysł, gospodarka, rolnictwo, handel międzynarodowy, kursy walut, bankowość cieszą się już mniejszym uznaniem wśród dziennikarzy, bo to jednak trzeba się trochę na tych sprawach  znać, a samo uwielbienie, na przykład, gospodarki Portugalii może nie wystarczać. Oczywiście o „problemach ścisłych” da się sporo wyczytać w Internecie, ale jest to jednak źródło zawodne a miejscami bałamutne.

Prawdziwe problemy zaczynają się wtedy, gdy przyjdzie nam napisać coś o teatrze. Teoretycznie jest to łatwe, bo w końcu mamy pod ręką takie precyzyjne pojęcia o spektaklach jak: wzruszający, nie pozostawiający obojętnym, ujmujący (o przedstawieniach lżejszego gatunku), porażający (o tragedii), zabawny, miły, sympatyczny. I takich recenzji jest większość.

Najczęściej współczesny recenzent na początku streszcza dramat a potem wystawia cenzurki aktorom i reżyserowi. Z reżyserami jest prosto, bo to w końcu oni odpowiadają za finalny wyraz i jakość dzieła, ale z aktorami jest spory kłopot. Bo ileż razy można pisać, że M. stworzył kreację, a K. prawdziwą kreację, że B. była zabawna, że T. wzruszała do łez?

Jako miarę wybitnego sukcesu aktorskiego dzisiejsi recenzenci przyjęli określenie „wcielił/a się”. I czytamy, że N. wcielił się w postać Hamleta. Wyjaśnijmy sobie zatem, że aktor w nic i nigdy się nie wciela. Aktor po prostu gra.

Jeszcze, w przypadku gdy Tadeusz Łomnicki zagrał prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego w filmie Gdziekolwiek jesteś panie prezydencie, w reżyserii Andrzeja Trzos-Rastawieckiego, można by mówić o „wcielaniu się”. Bo Łomnicki zagrał postać historyczną i starał się oddać pewne charakterystyczne odruchy, gesty a nawet głos bohatera. Ale na litość boską Łomnicki się w nikogo nie wcielał, on grał.

Zdarza się, że aktor nawet fizycznie upodabnia się do bohatera, ale tylko w filmach o postaciach historycznych. I dlatego wszyscy liczni angielscy aktorzy grający Henryka VIII byli grubi. Ale przecież nie na tym polegała ich rola.

Czy recenzent może nauczyć się teatru? Nie wiem, ale z pewnością osoba nie chodząca do teatru niczego się w tej dziedzinie nie nauczy. A teatr jest matecznikiem aktorstwa, tam aktorzy dorastają, rozwijają i naprawdę uczą się zawodu. Oczywiście dzisiaj największą popularnością (i co za tym idzie uznaniem) cieszą się aktorzy seriali, ale wszystkie te seriale są do siebie podobne i nie wymagają żadnego istotnego wysiłku twórczego od aktorów.

Przed wojną człowiek, który chciał uchodzić za inteligenta musiał bywać w teatrze, operze i filharmonii. Oczywiście był to snobizm, ale był to snobizm błogosławiony. Bo z czasem nawet nieczuły na teatr osobnik jakoś zaczynał się orientować w czym rzecz.

W swoich gazetach Mieczysław Grydzewski zatrudniał jako recenzentów ludzi wybitnych, mających wielki dorobek w literaturze. I to oni mieli gwarantować czytelnikowi, że opisywana sztuka czy koncert są naprawdę wartościowe lub nie. I dlatego w Skamandrze i Wiadomościach Literackich pisali recenzje Tadeusz Boy-Żeleński, Antoni Słonimski i Julian Tuwim. I żadnemu z tych Wielkich przez myśl by nie przeszło, że jakiś aktor w cokolwiek się „wciela”.

W ludowych  bajkach, owszem wcielają się diabły w księdza, wędrowca lub rycerza, ale żywy aktor – powtórzę to – gra, i tylko i aż gra.

Jeszcze w okresie PRL była taka gazetowa praktyka, że redakcje proponowały swoim najlepszym dziennikarzom, zajmującym się kulturą, pisanie recenzji. I tak jak przed wojną, powojenni recenzenci bywali okrutni, ale naprawdę znali i rozumieli teatr.

Dzisiaj mamy do czynienia z ogromnym oddalaniem się kontynentów. Teatr i znawcy teatru oddalają się od siebie coraz bardziej i bardziej… Uczelnie humanistyczne kształcą „kulturoznawców”, którzy mają swój „kulturoznawczy” język. I ten język nowej nauki nie ma zupełnie nic wspólnego z teatrem, który jest udokumentowaną sztuką od co najmniej 26 wieków. Naprawdę żaden z aktorów i reżyserów nie mówi językiem z jakim mamy do czynienia na przykład w TVP Kultura. Tam to jest tak jakby Aborygeni i Eskimosi wymieniali się życiowymi doświadczeniami.

W większości gazet (tak wydawanych tradycyjnie, jak internetowych) nie ma już dzisiaj etatowych recenzentów. Ale nie ma się czemu dziwić, gdy wiemy, że ogromna większość gazet zwolniła korektorów, polegając na komputerowych programach sprawdzających poprawność pisowni. Ale… dobry korektor sprawdzał też styl, składnię i różne takie…

Recenzja może być sztuką, co udowadniali już poważni pisarze, piszący recenzje. Nie zapomnę krótkiej recenzji Słonimskiego z wystawienia „Ćwiartki papieru” komedii Victoriena Sardou. Słonimski napisał krótko: „To nie była ćwiartka papieru, to była rolka.”

Pamiętam również recenzję, która zaczynała się tak: „Podstawowym problem tego wystawienia jest to, że reżyser nie pojął podstawowych tendencji utworu…”

Panie i Panowie Dziennikarze, chodźcie do teatrów. Nie tylko z okazji jubileuszy i różnych obchodów. I nie trzeba być na premierze, wystarczy bywać na trzecim, czwartym lub kolejnych spektaklach. Drugich spektakli nie polecam, bo te są zawsze najsłabsze. A to na skutek tego, że nie wszyscy członkowie zespołów dochodzą w pełni do siebie po premierowych bankietach.