HUBERT BEKRYCHT: Europa w obliczu nowego Monachium, czyli jak film tłumaczy wojnę i politykę

Nowy układ monachijski w Europie już jest. Nie wiadomo tylko, gdzie zostanie podpisany. Na pewno nie w Monachium, bo to byłoby zbyt dosłowne, ale Niemcy pracują na to, aby wesprzeć Rosję, co oznacza, że teutońskie jelenie wchodzą na teren moskiewskich niedźwiedzi i tygrysów.

83 lata po tym jak Adolf Hitler upokorzył premiera Nevilla Chamberlaina i po tym, jak Brytyjczycy próbowali wytłumaczyć światu, że pozostawienie na pożarcie Czechosłowacji jest jedynym wyjściem, aby Stary Kontynent po dwóch dekadach pokoju znowu nie utonął we krwi. Tłumaczyli prawie rok, aż Niemcy napadli na Polskę. 17 dni później ówczesny sojusznik Hitlera – Józef Stalin wydał rozkaz, aby walczącej Polsce wbić nóż w plecy i bez wypowiedzenia wojny zaatakować wschodnie tereny naszego kraju.

Historia lubi się powtarzać? Bardzo. Historia pełna jest takich przypadków. Miejmy nadzieję, że nie teraz. Niemcy AD 2022 bardzo jednak zabiegają o kolejne Monachium i celowo nazwy bawarskiego miasta nie umieszczam w cudzysłowie. To przecież okoliczności, które są kopią tych z 1938 roku. Tym razem nie chodzi o pozostawienie samej sobie, konającej Czechosłowacji. Teraz idzie o Ukrainę, uznawane na całym świecie niezależne państwo, które od prawie 8 lat jest atakowana przez Kreml. Najpierw Rosja ukradła Ukrainie Krym, a potem wznieciła krwawy konflikt w Donbasie.

Oczywiście zdolności Władimira Putnia nie sposób porównywać do zdolności Adolfa Hitlera. Prezydent Rosji jest lepszy. I oczywiście dla nas i wielu narodów Europy to gorzej. Putin rozumie geopolitykę wprost, bez przesądów niemieckiego dyktatora. A to już naprawdę bardzo zły prognostyk dla świata. Świat jednak nie jest gotowy na wojnę, szczególnie administracja prezydenta USA Joe Bidena (wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziadka, Panie Prezydencie). Świat wyczekuje na nowe Monachium. Najpierw w sprawie Ukrainy. A potem? Odpowiedź jest prosta.

Jeśli teraz NATO i UE zdecydowanie nie sprzeciwią się kremlowskiej satrapii, zagrożone będą – jak mówił 14 lat temu prezydent RP Lech Kaczyński – państwa bałtyckie, a być może i Polska. Sytuacja zmienia się szybko, bo szantaż gazowy Moskwy jest faktem, może Putinowi zechce się zapanować nad Słowacją, Republiką Czech, Węgrami i zachodnimi Bałkanami. Kto wie, co dalej?

Na pewno nie wiedzą tego albo nie chcą wiedzieć nowe władze w Berlinie. Niemcy toczone teraz chorobą lewacką prowadzą już wojnę, wojnę myśli. To wojna niemiecko-niemiecka. Jedni Niemcy myślą, a drudzy myślą, że myślą. Na razie ustępują, na razie się kompromitują, ale być może za kilka miesięcy, jakaś myśl niemiecka odszuka dawną bratnią myśl. Na przykład pruską – jeśli wroga nie można pokonać, należy się przyłączyć. Chodzi o wroga oficjalnego, czyli Rosję, (choć tonie przeszkadza w robieniu interesów z Moskwą), bo Niemcy nie wystąpiły ani z UE ani z NATO. A co wtedy zrobią Francja, Wielka Brytania, Benelux, Skandynawia, południowe państwa UE i NATO, wreszcie, co zrobią Stany Zjednoczone? Czy podpiszą, przygotowany już poza Monachium, nowy układ monachijski?

Ale miało być o filmie „Monachium w obliczu wojny”. Niewiele jednak będzie, bo pokazywany w Netflixie brytyjski obraz „Monachium…” jest tak samo dobry, jak polskie tłumaczenie tytułu. Otóż „Munich The Edge of War” przełożono – moim zdaniem – niezgodnie z prawdą. I językową i historyczną. Co komu szkodziło przetłumaczyć tytuł, jako „Monachium na krawędzi wojny”? Tak przecież było. Hitler wszystkich postraszył, Chamberlain się dał się zwieść, a jak się zorientował, że Niemcy go wykiwali strasząc wojną, kłamał, że „przywiózł” pokój. Widać i dziś ktoś się przestraszył, tak jak 83 lata temu Hitlera, tak jak teraz Putina. To na razie strach wyznaczany przez polityczną poprawność, ale wkrótce..? Oby nie.

Dziennikarzy w filmie o monachijskiej hańbie Europy przedstawiono też szczególnie, tyle, że niestety prawdziwie. „Mocarstwa” zachodnie zgodziły się, aby podczas konferencji zdjęcia robili tylko fotoreporterzy Hitlera…

Czy teraz to możliwe, aby tylko jedna strona informowała i pokazywała wydarzenie polityczne? Nie wiem, ale to nie jest wykluczone.

Film „Monachium w obliczu wojny” nakręcono, aby Jeremy Irons mógł zagrać Nevilla Chamberlaina i aby w finalnych napisach, umieszczono bzdurę, że układ w Monachium „kupił” czas na przygotowania do wojny i… pokonanie III Rzeszy…

Kłamstwo, także to „nierealne” – powiedzmy filmowe – w naszych czasach często staje się prawdą, wystarczy, że ktoś, kto nie zna historii obejrzy zapakowaną w „uniwersalne” wartości brytyjską bajeczkę o bohaterstwie synów Albionu i… niektórych Niemców.

Na Ukrainie na pewno ten film furory nie zrobi.

Monachium w obliczu wojny Munich The Edge of War reż.: Christian Schwochow, scen.: Robert Harris, thriller / szpiegowski, prod.: Wielka Brytania, dystr.: Netflix

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Partaczunie, ojciec Rydzyk was pogodzi

Będzie o TVP i TVN. Ale nie tylko. Rywalizować trzeba na jakość, a nie na wciskanie poglądów. Podział opinii publicznej, podział na my i wy czka echem w mediach. Gdyby słowo mogło razić już wszyscy bylibyśmy martwi.

Dalsza pyskówka obrazkowa nie ma sensu. Żadna ze stron drugiej nie przekona. Tym bardziej że od lat za plecami wystawionych na pierwszą linię biedaczków stoją ci sami, wyeksploatowani bez pomysłów i znudzeni już samym sobą medialni wodzowie. Zawsze tak było. Do boju wysyła się nawet zdolnych. Ale cóż oni zrobią jeśli stoi za nimi z naganem albo coltem polityczny decydent.

Tylko dobra jakość pracy prowadzi do sukcesów. Ludzie nie są głupi. Ważniejsza jest informacja niż komentarz. Wiarygodność się traci jeśli choć raz się skłamie. Chcieć to wcale nie oznacza móc.

Wiadomości dnia słucham u ojca Tadeusza Rydzyka. Tak, tak. Posłuchajcie i Wy ludkowie. Choć raz sprawdźcie o 2000 i o 2345. Jest wszystko to co najważniejsze, ułożone według tejże ważności spraw i wydarzeń. Dobrze napisane – zredagowane, a także z dobrą dykcją czytane. Koniec, kropka.  Tyle i aż tyle.

Można cudować. Decydenci medialni – bo na tych stanowiskach dziennikarze zamieniają się w polityków – zawsze bardzo się starali o przypodobanie władzy i cudowali. Z moherów szydził piłkarzyk z Sopotu. Ale już przestał. W uaktywnione przez ojca dyrektora, oderwane od szydełkowania grupy wstąpił duch. Z kolei grzeczne, z dobrych rodzin dzieciaki fachowo uczone szybko pojęły jak radzić sobie z kamerą, mikrofonem i piórem.  Występują w garniturkach i sukienkach, a nie w piżamach i szmatkach.  Świetnie sobie radzą.

Co jest modlitewne, jest modlitewne. Kto nie chce słuchać nie musi. Ale na przykład swobodnych wypowiedzi, bez przerywania, mądrych ludzi, kulturalnie prowadzonych rozmów długich a nawet bardzo długich, ale za to wyczerpujących temat słuchać warto. Jeśli nie ma czasu, po co w ogóle zaczynać? Mityczna ramówka ma porządkować a nie kneblować. Bo to krzywda i dla zaproszonego i dla słuchacza-widza.  Jeśli chcemy w przyszłym sejmie, senacie mieć ciekawych ludzi dajmy się przedstawić potencjalnym kandydatom.

Jeśli jesteśmy w strachu przed covidem i słuchamy bełkotu z różnych stron oddajmy głos najlepszym specjalistom fachowcom ze świata. Tak jak to planuje w najbliższym czasie toruńskie sympozjum. Kosztowne, ale ważne i się opłaci. O Wy, którzy pieniądzem władacie i ludzkie namiętności w ręku trzymacie – popatrzcie i posłuchajcie zamiast kpić.

Rydzyk może Was pogodzić… partaczunie. Tam szybko uczą zawodowej dziennikarskiej fachowości. Pomogą męczącym się na co dzień pańszczyźnianym szukającym co dobre a co złe. Tym wszystkim co są gdzieś zadyszani i wypruci już zupełnie z pomysłów. Dobry duch jest ważny, ale musi mu towarzyszyć wytrwała praca a nie serwilizm.

Lewacy, agnostycy (cokolwiek by to cwaniactwo znaczyło), prawicowcy, a nawet kochający inaczej mniej kombinujcie co ludzie chcą usłyszeć a więcej ich słuchajcie. Tak Wam dopomóż Bóg, nawet ten Wasz, jaki by nie był.

 

WALTER ALTERMANN: Tytuły albo niebezpieczne skojarzenia

Jeszcze przed wojną tytuły w gazecie wymyślał najczęściej sekretarz redakcji. I najczęściej był to człowiek dobrze wykształcony, z ogromnym doświadczeniem zawodowym. Dzisiaj na tytuł nie zwraca się najmniejszej uwagi.

 Przeglądam programy telewizyjne i widzę, że ktoś wyprodukował coś nowego. Tytuł programu „Echo lasu”. Zamarłem z przerażenia, bo pomyślałem, że skoro już tytuł nawiązuje do dzieła Żeromskiego „Echa leśne”, to i treść programu musi być przykra, a nawet porażająca. Ale na szczęście nie.

U Żeromskiego mamy bowiem do czynienia z wstrząsającymi opowieściami z okresu powstania styczniowego. Jest tam przedstawione polskie poświęcenie w walce z rosyjskim zaborcą, ale jest też ukazana polska małość, pazerność i zdrada. W tej powieści Polak, ale zarazem rosyjski generał, Rozłucki skazuje na śmierć polskiego powstańca. Tym skazanym jest Jan, bratanek Rozłuckiego. Przed śmiercią Jan prosił o wychowanie swego syna na Polaka. Ale po latach, przy leśnym ognisku Rozłucki nie chce nic powiedzieć na temat losów syna Jana. Z pewnością nie wykonał ostatniej woli skazanego przez siebie na śmierć bratanka.

Co do „repliki” noweli Żeromskiego moje lęki okazały się bezpodstawne. Bo „Echo lasu” okazało standardowym programem o urokach współczesnego lasu i gospodarce leśnej.

Zastanawia mnie dlaczego autor dobrego materiału o przyrodzie nadał mu taki tytuł. Prawdopodobnie coś mu się z lasem i echami kojarzyło, coś słyszał, coś mu się o uszy obiło. I chyba noweli Żeromskiego nie czytał, a jeśli nawet czytał, to nic nie zapamiętał.

Taka to jest, niestety, smutna rzeczywistość, co do tytułów prasowych i medialnych. Jeszcze przed wojną tytuły wymyślał najczęściej sekretarz redakcji. I najczęściej był to człowiek dobrze wykształcony, z ogromnym doświadczeniem zawodowym. Dzisiaj na tytuł nie zwraca się najmniejszej uwagi, a jest to przecież zawołanie, przywołanie uwagi czytelnika do przeczytania tekstu, wysłuchania radiowej audycji czy obejrzenia programu w telewizji.

Rozumiem, że liczy się „chwytliwość tytułu” a nawet zaszokowanie odbiorcy. Pamiętam, że kilkanaście lat temu w londyńskim metrze zamarłem ze grozy, bo w „Daily Mirror”, gazecie czytanej przez współpasażera, i ja przeczytałem: „Śmierć w królewskim pałacu”. Okazało się że  zdechł ulubiony kot monarchini. Takie są prawa rynku i zawsze tak było. Jednak takie zabiegi w poważnej, niebulwarowej prasie są przecież niedopuszczalne. Tak samo jak niedopuszczalna jest kradzież tytułów, bądź nieznaczne tylko ich przerabianie – co zresztą na jedno wychodzi.

Mając jednak współczucie dla zapracowanych dziennikarzy, nie mających czasu na wymyślanie oryginalnych tytułów i nie przywiązujących wagi do tego czy kradną klasyczne tytuły czy nie, pozwolę sobie zaproponować im kilka chwytliwych tytułów na różne okazje.

Szkice węglem – na okoliczność artykułów i innych form opiewających trud górnika, trudną sytuację górnictwa lub podejmujących temat przekrętów w sferze handlu węglem. Co prawda Sienkiewicz pisząc „Szkice węglem”, ukazał porażający moralnie stan polskiej wsi po powstaniu styczniowym, samotność chłopa, któremu nie pomagają ani ksiądz, ani dziedzic, ale co tam… tytuł jest fajny i pojemny.

Popioły – dla artykułów o marnym stanie zabezpieczeń przeciwpożarowych, o niebezpieczeństwie nieszczelnych instalacji gazowych i skutkach niesprawdzania kominów. W oryginale, u Żeromskiego, mamy do czynienia z epopeą napoleońską, zawiedzionymi nadziejami Polaków, ale nic to. Tytuł jest naprawdę dobry.

Eros na Olimpie – fantastyczny tytuł dla rzeczy o intymnym życiu naszych warszawskich elit. I choć Jan Parandowski pisząc „Erosa na Olimpie”, żartobliwie zgłębiał i analizował życie miłosne greckich bogów, ale u Parandowskiego przecież, też chodzi o ważnych osobników.

Bramy raju – trafny tytuł do rzeczy o kandydatach do Sejmu i Senatu. Autorem tytułu jest Jerzy Andrzejewski, ale już odszedł z tego świata, więc awantur nie będzie. Jego powieść jest alegorią nieludzkich systemów totalitarnych, ubraną w kostium wypraw krzyżowych, ale kto by się tam tym przejmował.

Na zakończenie jeszcze raz powtórzę – dbajmy o oryginalność tytułów, są równie ważne jak to, co zapowiadają.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Obejrzałbym transmisję z egzekucji Breivika

To nie jest siła norweskiego państwa. To słabość. Wyeliminowanie kary śmierci również odbieram jako słabość. Powinna wisieć mieczem Damoklesa nad niektórymi zbrodniarzami. Niektórymi. Rzadko, naprawdę rzadko powinna być wykonywana. Breivik.

43-letni dziś Andreas Breivik znów stał się gwiazdą mediów. W 2011 roku zamordował 77 osób. W zdecydowanej większości strzelał do młodych, bezbronnych ludzi, jak do kaczek. Akcję starannie zaplanował. Zimny i systematyczny. Proces zbrodniarza stał się okazją do prezentowania przez niego rasistowskich, nazistowskich poglądów. Chore i głupie. Dostał najsurowszą w Norwegii karę, 21 lat więzienia z opcjami: 1. Wcześniejsze wyjście po 10 latach, 2. Przedłużenie wyroku, jeśli uznano by go za zagrożenie dla społeczeństwa. Skarżył się na warunki odbywania kary, które można by porównać do pobytu w trzygwiazdkowym hotelu. Nawet się o to procesował.

Teraz postanowił ubiegać się o wcześniejsze zwolnienie. I tu dochodzimy do sedna. Sąd pozwolił na telewizyjną transmisję jego przemówienia. Resocjalizacja nie przebiegła jednak pomyślnie. W świat poszły zdjęcia, na których Breivik hajluje przed sądem, na których pokazuje kartki z rasistowskimi przekazami, z tymi samymi, które w 2011 roku miały uzasadniać jego zbrodnie. Dziennikarze zastrzegali się, że transmisja będzie z 1-minutowym opóźnieniem, tak, żeby można było wyciąć ewentualne, jakieś kontrowersyjne treści. Tyle, że tam były same kontrowersyjne treści. Pełen nienawiści bełkot mordercy. Opowiadał, że „przez następne 50 lat będzie walczył w nordyckim ruchu oporu”, albo że po wyjściu z więzienia „założy niewojowniczy ruch nacjonalistyczny w Europie”. Mówił też, że jest kandydatem do norweskiego parlamentu z ramienia partii nazistowskiej. Nic nieznaczące brednie? Niby tak, ale jednak chyba nie.

Zbrodnie i wystąpienia Breivika zainspirowały wielu terrorystów, którzy strzelali do niewinnych ludzi dopisując do tego ideologiczne przesłanie prezentowane przez Norwega w swoim manifeście. 18-letni David Ali Sonboly dokładnie w piątą rocznicę zamachów Breivika, 22 lipca 2016 roku zastrzelił w galerii handlowej w Monachium 10 osób, a ranił prawie 40. Fascynował go Breivik. Ten sam, któremu Norwegowie pozwalają teraz w czasie transmisji prawie na żywo w zasadzie pielęgnować swoją zbrodnię i pamięć o niej. Uczucia rodzin ofiar? Pamięć o ofiarach? Ktoś o tym pamięta?

W Stanach Zjednoczonych na egzekucje morderców zapraszane są rodziny ofiar. Mogą skorzystać, mogą nie skorzystać. Ktoś powie, że to zbyt okrutny spektakl, ktoś powie, że to elementarna sprawiedliwość. Elementarna sprawiedliwość. W zasadzie odchodzi się od bolesnego zadawania śmierci skazańcom. Ostatnią egzekucje na krześle elektrycznym wykonano w lutym 2020. Może to i dobrze.

Stoję na stanowisku, że lepiej dla świata byłoby przeprowadzić transmisję z egzekucji Breivika niż z ubiegania się przez niego o przedterminowe zwolnienie. Obejrzałbym. Elementarna sprawiedliwość. Ten spektakl ze zbrodniarzem podnoszącym rękę w geście hitlerowskiego pozdrowienia, to nie był pokaz siły norweskiego państwa.

Nowotwór złośliwy, rak. Wyciąć, żeby nie było przerzutów.

MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Jaś i Małgosia, czyli niemieckiego obozu koncentracyjnego dla dzieci ślady filmowe

Niemiecki obóz koncentracyjny dla polskich dzieci przy ul. Przemysłowej w Łodzi od zawsze wywoływał emocje i zainteresowanie.

Jego małoletni więźniowie po raz pierwszy przywiezieni zostali w grudniu 1942 roku, zatem z początkiem nowego roku weszliśmy w 80. rocznicę początków obozu. Znakomitym wprowadzeniem w jego historię jest specjalna wkładka – dwunastostronicowy dodatek do „Dziennika Łódzkiego” z końca 2021 roku, przygotowany przez pracowników łódzkiego oddziału IPN.

W zamieszczonych tam tekstach można znaleźć, obok historii i topografii obozu, informacje o podejmowanych dotąd formach upamiętnienia więźniów, w pierwszym rzędzie monumencie „Pęknięte serce”, autorstwa Jadwigi Janus i Ludwika Mackiewicza, a także o filmie dokumentalnym Danuty Halladin Obóz na Przemysłowej i filmie fabularnym Zbigniewa Chmielewskiego Twarz anioła.

Warto więc przypomnieć, że dzieje obozu były częściej źródłem zainteresowania filmowców.

Nie tak dawno atmosferę podgrzała decyzja Facebooka o czasowym zablokowaniu prezentacji filmu dokumentalnego Obóz na Przemysłowej – poznaj nasz strach przygotowanego przez łódzki IPN. Co obszernie relacjonowały media.

Wcześniej, w 2012 roku, powstał filmowy reportaż Nie wolno się brzydko bawić. Hubert Kaszyński, socjolog z UJ, napisał o filmie: „…to historia człowieka, który mając lat 10, został osadzony w niemieckim obozie koncentracyjnym dla dzieci i młodzieży przy ulicy Przemysłowej w Łodzi. W obozowym skierowaniu stwierdzono: Stanisław Sochacki pozostaje bez opieki, włóczył się i żebrze, matka w Rzeszy. Jego historię opowiada Urszula Sochacka – córka więźnia, która prowadzi wewnętrzny dialog z ojcem oraz z tymi, którzy ocaleli.” Największą wartością filmu są relacje nielicznych już byłych więźniów i więźniarek obozu.

Film w pewien sposób przenosi historię do współczesności pokazując, jak przeżycia obozowe byłych więźniów wpływają na następne pokolenia. W scenach współczesnych uczestniczą uczniowie i nauczyciele Szkoły Podstawowej nr 81 im. Bohaterskich Dzieci Łodzi, a także innych szkół. Zainteresowanie autorki (reportażystka, dziennikarka, producentka filmowa) obozem ma zresztą o wiele większy i dłuższy wymiar.

O obozie dowiedziała się po śmierci ojca w 2009 roku. Sprzątając rzeczy po nim znalazła kartkę z informacją, iż był on więziony w obozie dla dzieci.

 Zaczęła tropić temat obozu i tak trafiła do znanej już Szkoły Podstawowej nr 81, gdzie poznała Genowefę Kowalczuk, byłą więźniarkę obozu. Ze spisanych rozmów z nią oraz jej wspomnień złożyła książkę: Eee… tam, takiego obozu nie było, która ukazała się drukiem w 2019 roku.

Najbardziej (dotąd!) niezwykły obraz filmowy inspirowany obozowymi przeżyciami dzieci to Bajka o Jasiu i Małgosi, w konwencji kukiełkowej, którego autor Daniel Zagórski stworzył absolutnie osobny i osobisty, w pełni autorski obraz. Inspirowany znaną baśnią braci Grimm „twórczo” zaadaptowaną przez nazistowskich następców. Dwoje dzieci trafia do zamkniętej przestrzeni, z barakami, parkanem, strażniczymi wieżyczkami, oślepiającymi reflektorami. Nadzorcy o ptasich dziobach, w mundurach, na których da się rozpoznać hitlerowskie insygnia. I dzieci: drewniane marionetki z twarzami, które są autentycznymi fotografiami bezimiennych więźniów z obozowej dokumentacji.

W obozie dzieci pracują: dziewczynki szyją, chłopcy naprawiają jakieś części żołnierskiego ekwipunku, ciągną ciężki walec. Niektóre są zamykane w pomieszczeniu, gdzie ich ciała zostają oplątywane w kokony przez monstrualne ćmy. Tak zawinięte wywożone gdzieś na wózku. Alegoria zniemczenia? Czy może tak autor pokazał ich wyzysk, wysysanie z nich sił i życia?

Obraz filmowy niejednoznaczny w wymowie, fascynujący w oglądaniu; wędrówka przez kręgi zwyrodniałego świata. Inspirowany dziejami rzeczywistego obozu, o czym autor informuje na końcu. Film powstał w 2012 roku, pokazano go na kilkudziesięciu festiwalach w Polsce i na świecie, można i trzeba go obejrzeć, bo jest dostępny w sieci.

HUBERT BEKRYCHT: Pandemia medialnej głupoty, czyli informacyjna wojna na fakty i fake newsy

Nie napiszę tutaj, czy się szczepić, czy nie. To sprawa każdego z nas. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Chodzi tylko o to, aby media nie serwowały nam głupiutkiej papki faktów pełnych fake newsów i fake newsów przemieszanych z faktami, bo chodzi o życie milionów ludzi.

Media miały nie szkodzić, a dziennikarze, jak lekarze, mieli nie być rzecznikami lobby powstających tak szybko, jak dziś komisje senackie. Niestety, wielu lekarzy przepisuje leki, za które od koncernów farmaceutycznych otrzymują atrakcyjne „prezenty” takie jak safari w Kenii, czy telewizor o przekątnej ekranu przekraczającej powierzchnię ścian w prywatnym gabinecie. Niestety, wielu dziennikarzy, nawet bez „prezentów” promuje durne teorie dotyczące zarazy spowodowanej przez koronawirusa (SARS-CoV-2).

Media mające przewagę w Internecie przekazują covidowe teorie na podstawie faktów z dodatkiem fake newsów i fake newsy uwiarygodniające się szczyptą faktów. To tak, jak wspomniane senackie komisje, w których zasiadają opozycyjni parlamentarzyści izby wyższej. Powołują na świadków zagranicznych szpiegów i analityków, aby udowodnić, że polskie służby robią to do czego zostały powołane, czyli inwigilują ludzi działających wbrew polskiemu prawu, nawet tych, którzy są prominentnymi przedstawicielami opozycji. COVID-19 to jednak nie zabawa w politykę i prowokacje funta kłaków nie warte.

Gdyby przemieszane z nieprawdą informacje dotyczyły tylko polityki, edukacji, reguł matematycznych, a nawet spiskowych teorii dziejów, nie byłoby to aż tak szkodliwe. Sprawa jednak dotyczy naszego zdrowia i tutaj media powinny przekazywać fakty oraz zdania odrębne w równych proporcjach. Wiele stacji telewizyjnych, radiowych, gazet i portali stara się to robić, chociaż łatwo nie jest. Niestety, w internetowej rzeczywistości, szczególnie na portalach społecznościowych będących przecież częścią mediów, hula głupota połączona z pazernością właścicieli mediów serwujących nam prawdę homogenizowaną, czyli nieprawdę. Klikalność przesłania rozum, a tu chodzi o życie i zdrowie milionów ludzi.

Prawdziwe media powinny ostrożnie i odpowiedzialnie przekazywać wszystko to, co dotyczy pandemii. Koronawirus to nie opozycja, bo patogen nie znosi próżni. Patogen nie chce kandydować, nie chce mieć większości mandatów parlamentarnych, nie chce tylko gadać. Patogen chce zabijać, a dziennikarze powinni w tym przeszkadzać, a nie kreować chaos w imię źle, naprawdę źle, rozumianej wolności a raczej „wolności” słowa. Jeśli w niektórych redakcjach tego nie rozumieją rozpuszczając fakty w śmiesznych teoriach i odwrotnie, należy rozpędzić takie redakcje. Tylko fakty w sprawie SARS-CoV-2 i dwa, trzy różne stanowiska o pandemii.

Głupich mediów nie brakuje, jeśli mają odbiorców, niechaj sobie będą. Jeśli jednak wprowadzają w błąd w sprawie pandemii,  w sprawie naszego zdrowia, trzeba je po prostu zamknąć. Pora skorzystać z tego prawa. Kto to zrobi uratuje mnóstwo istnień ludzkich.

 

ALINA BOSAK: Z zaufaniem do polskich dziennikarzy nie jest tak źle

Nad Wisłą wiarygodność dziennikarzy wzrosła z 17 proc. do 25 proc. – pokazują badania Ipsos. Ale czy można się cieszyć z tego, że dziennikarzom ufa tylko co czwarty Polak? Otóż, kiedy porównać ten wynik z innymi krajami, to jak najbardziej można.

Owo stwierdzenie, że z zaufaniem do polskich dziennikarzy nie jest tak źle, może też spotkać się z zarzutem subiektywnej oceny, zgodnej z zasadą, że optymista widzi szklankę do połowy pełną, a pesymista – od połowy pustą. Wyniki badań, które tu przytoczę uprawniają jednak do wniosków optymistycznych ze względu na międzynarodowy kontekst – otóż, nie wypadamy tak źle na tle innych krajów.

Pod ręką mam najnowszą publikację Ipsos pt. Global Trustworthiness Index 2021 – Globalny Indeks Wiarygodności 2021. Badanie przeprowadzono między 23 kwietnia a 7 maja 2021 roku, w 28 krajach na całym świecie. Ankiety drogą internetową wypełniło 19 570 respondentów. Od Argentyny i Chile po Chiny. W Europie byli to mieszkańcy Austrii, Belgii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Węgier, Włoch, Polski, Hiszpanii i Szwecji. Z Polski około 500 osób.

Ipsos, międzynarodowe przedsiębiorstwo z siedzibą w Paryżu, jest trzecią co do wielkości firmą w branży badań rynku na świecie. Indeksy wiarygodności publikuje regularnie, co pozwala porównywać wyniki badań prowadzonych w oparciu o tę samą metodologię i z różnic wyciągać wnioski. Dlatego, przyglądając się ocenie wiarygodności dziennikarzy, wzięłam pod uwagę także wyniki ankiet przeprowadzonych w październiku 2018 roku (w 24 krajach). Po drodze mamy zatem pandemię SARS-CoV-2 i wielką próbę zaufania, jakiej poddanych zostało sporo grup zawodowych. Z badań widać na przykład, że sprostali jej lekarze, do których zaufanie na świecie, a także w Polsce zdecydowanie wzrosło. Jak natomiast poradzili sobie dziennikarze?

Coraz więcej Polaków ufa mediom

Już pierwsze tablice z wynikami w Global Trustworthiness Index 2019 (ten na podstawie ankiet z października 2018) i Global Trustworthiness Index 2021, prowadzą do wniosku, że w ostatnich trzech latach na świecie wzrosła liczba osób, które uważają dziennikarzy za godnych zaufania. W 2018 roku myślało tak 21 proc., a w 2021 – 23 proc. pytanych. Jednocześnie spadła liczba osób, które dziennikarzy mają za niewiarygodnych – z 38 do 34 proc. Globalnie nie jest zatem tak źle. Wielu socjologów i psychologów społecznych rozumie to właśnie jako efekt pandemii. Uciążliwy szum informacyjny, wysyp teorii spiskowych spowodował, że więcej osób zaczęło szukać też wiarygodnych informacji w profesjonalnych serwisach medialnych, przedkładając wiedzę zawodowców nad amatorów tworzących blogi i podcasty.

Ten mechanizm zadziałał także w Polsce, a być może wzmocniły go także inne zjawiska, bo efekt jest jeszcze silniejszy. Nad Wisłą wiarygodność dziennikarzy wzrosła z 17 proc. do 25 proc., przeskakując średni wynik wszystkich krajów w badaniu Ipsos. To nie koniec – za niewiarygodnych uznaje obecnie dziennikarzy tylko 28 proc. Polaków, a trzy lata temu tak takich osób było aż 35 proc. Branża w obu przypadkach poprawiły zatem wynik na korzyść o co najmniej 7 proc. Środek, czyli ci, którzy nie oceniają dziennikarzy jako wielce wiarygodnych, ani wielce niewiarygodnych, to licząca około 40 proc. grupa.

No dobrze, powie ktoś, ale, czy można się cieszyć z tego, że dziennikarzom ufa tylko co czwarty Polak? Otóż, kiedy porównać ten wynik z innymi krajami, to jak najbardziej można.

Generalnie – dziennikarz to nie strażak

Generalnie, nie tylko w badaniach Ipsos, ale i innych dziennikarze wypadają gorzej niż lekarze, nauczyciele, czy robotnicy wykwalifikowani. Palmę pierwszeństwa od lat dzierżył zaś strażak. Trudno się dziwić, wszak media to miejsce ciągłego ścierania się różnych racji i wyrazistych poglądów, gdzie każdy materiał i relacja są poddawane publicznej ocenie. W innych krajach europejskich sytuacja wcale nie jest lepsza. W 2021 roku nieco gorzej niż w Polsce dziennikarze byli oceniania w Szwecji (wiarygodność 24 proc.), Niemczech (21 proc.) i Belgii (21 proc.) Znacząca różnica wystąpiła w przypadku Włoch (18 proc.), Francji i Hiszpanii (po 16 proc.) Dno zaufania osiągnięto w Wielkiej Brytanii (13 proc.) i na Węgrzech (zaledwie 11 proc.) To wszystko przy również większym niż w Polsce poziomie nieufności do tego zawodu. Poza kontynentem europejskim gorzej wypada również Turcja, Argentyna, Chile, Japonia, Kolumbia, Korea Południowa i Peru.

Co ciekawe, niewiele lepiej od Polski wypadają Stany Zjednoczone. Tam wprawdzie zaufanie do dziennikarzy jest o punkt większe niż nad Wisłą, za to poziom nieufności poszybował do 41 proc. I – tu uwaga na to, jak interpretujemy liczby – podobnie jak Stany Zjednoczone wypada Rosja, z zaufaniem na poziomie 27 proc. (a więc większym niż w Polsce) i nieufnością – 36 proc. (również większą niż w Polsce). Aby nie popadać w samozachwyt spójrzmy jeszcze na górę stawki. Okazuje się, że z największym zaufaniem do dziennikarzy mamy do czynienia w Chinach, gdzie sięgnęło ono aż 45 proc., przy najmniejszej jednocześnie nieufności – 19 proc. I tu zapala się czerwona lampka – czy ankietowani z kraju słynącego z permanentnej inwigilacji, wypełniając internetowe formularze, nie poddali się autocenzurze? Chiński ewenement z hiperzaufaniem jako skrajny możemy z ostrożności pominąć.

Demokracja lubi wielogłos

Trzymający się środka stawki w badaniach Ipsos polscy dziennikarze nie mają powodu do narzekań. Tym bardziej, że wynik ów osiągnęli w kraju, w którym od dawna panuje kultura nieufności. Ponadto, zbyt wysoki wynik musiałby budzić nieufność. Przypomina się przy okazji inne badanie – na temat prestiżu i uznania dla poszczególnych grup zawodowych. Prowadzi je od dziesiątek już lat polski CBOS. W tym to rankingu znacznie większym uznaniem cieszyli się dziennikarze w 1975 roku niż w 2019, a więc czasach, kiedy obowiązywała cenzura. Trudno oprzeć się wrażeniu, że prestiż wiązał się z pozycją materialną, wykształceniem i uprzywilejowaniem w dostępie do różnych usług. Oczywiście, prestiż zawodu to nie to samo co wiarygodność.

I to, i wcześniejsze badania zaufania do poszczególnych zawodów, uświadamiają, że w demokratycznych i krytycznych społeczeństwach, dziennikarze tracą przewagę władztwa, stają w roli bardziej służebnej i nie mają szans dogonić strażaków, lekarzy, pielęgniarek, czy nauczycieli, których pomoc dla większości osób w końcu okazuje się nieodzowna. A mimo to znaczna część społeczeństwa docenia wysiłki wkładane w przekazywanie informacji w tym trudnym zawodzie. Bez wątpienia, silna polaryzacja sceny politycznej i idąca za nią polaryzacja społeczeństwa, sprawia, że ci sami dziennikarze dla pewnych grup będą wydawać się kompletnie niewiarygodni, a dla innych jak najbardziej godni zaufania. To jednak bynajmniej nie oznacza relatywizacji ocen tych, którzy potrafią krytycznie myśleć i dostrzec rzetelność warsztatu dziennikarza bez względu na miejsce zatrudnienia. I potrafią docenić uczciwego autora nawet jeśli pracuje on w mediach o linii programowej zupełnie sprzecznej z ich poglądami.

W artykule wykorzystałam badania Ipsos: Global trust in professions. Who do global citiznes trust (2019), oraz Global trustworthiness Index 2021, i CBOS (2019).

 

Tekst ukazał się w numerze 5/2021 „Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie można pobrać TUTAJ.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Jaja z Jacusia

Żaden prezes TVP – a przeżyłem kilku – nie był tak atakowany jak Jacek Kurski. Nie przejmowałbym się tym bardzo. I ja mam zastrzeżenia do – jak mówią – „Kury” – ale wszystko ma swoje granice. Również chamstwo.

Ostatnio „Gazeta Wyborcza” poświęca całą ostatnią stronę swojego ponad 100-tysięcznego produktu, by wyszydzać komiksowo Pana Jacka i jego otoczenie. Komiks z założenia to forma szmirowata.  Można doń wciskać i sugerować nim wiele: obrzydliwe nochale, łyse pały a nawet – eskalując – przyjdzie z czasem „sadzanie bohatera” na nocniku, demonstrowanie defekacji i puszczania pawia. GW jest już bliska powyższych subtelności. Pamiętamy krytyczne „Ucho Prezesa”, które zamachnęło się na najwyższą władzę. Ale to był elegancki spektakl wobec „Jaj z Jacusia” akceptowanych przez Michnika i braciszka wykpiwanego. Ba, gdyby to były kpiny, a nawet grube żarty. Niestety to, co serwuje „Gazeta Wyborcza” jest po prostu bez pomysłu, głupie i żenujące.

Zastanawiam się, czy w ogóle pisać to, co teraz piszę? Bo może niechcący przysporzę gazecie czytelników – oglądaczy? Gdy pokazywać kogoś w sytuacji paskudnej – najpierw wywoła to zdziwienie, protest – a potem stokrotnie powielane może wywołać podejrzenie, że „coś jest na rzeczy”. Politycy (a naczelni prezesi przecież nimi są) pokazywani są w nadmiarze i przez „swoje” media bezkrytycznie. Jeśli uwziąć się na jednego można go zohydzić albo wylansować.

Jacek Kurski sam się lansuje, więc GW postanowiła go ośmieszać. Ale sama się ośmiesza publikując beznadziejny kicz. Zmierzając ku tabloidowi GW zasmuca. Szkoda. Bo wielu jest tam dobrych dziennikarzy, ale niestety, niekoniecznie postępujących etycznie. „Gazetę” się czyta dla przeciwwagi prawicowym nadgorliwcom. Myślę, że wielu dziennikarzom „Wyborczej” jest po prostu wstyd za ten „komiks”. No, ale jeśli już zniżyć się do poziomu rzeczonego to proponowałbym jako temat walkę wewnętrzną na Czerskiej: GW – Agora. To super temat. Niewyczerpany i zaskakujący. Konflikt wewnątrz medium.

Można by wykorzystać niewątpliwą urodę Pań z GW zamiast brzydali z TVP. Można eksponować rozbrajający uśmiech Pana Adama, przypomnieć deklarację o przyczynach kopulowania przez Pana Blumsztajna. Oj, byłoby tego sporo. Zresztą co ja Wam Autorzy będę podpowiadał. Studnia wyobraźni na Czerskiej jest przecież bez dna.

Pamiętam jak w czerwcu 1989 roku siedząc na przedszkolnej ławce w skromniutkim ogródku na Czerskiej snuliśmy plany – marzenia, jak to będzie po wyborach. Jak pokonać „czerwonego”. I on rzeczywiście oddał władzę, ale przechwycił własność i jeszcze sprzedał rodzinne klejnoty – ile tylko się dało i za co bądź. Ale z przedszkolnej redakcji wyrosło jednak gmaszysko. O tym wszystkim byłby świetny komiks. Zresztą tematów nie brakuje. Same się pchają pod nóż.

Gdyby tak np. reanimować pochody pierwszomajowe. Na Marszałkowskiej na południe puścić szeregi pisowskie, a na północ zwolenników LGBT. Oczywiście pośrodku mundurowi. Taka konfrontacja. Ciekawe kto by zyskał a kto stracił? „Jacuś Ci pokaże” – oczywiście o ile będzie chciał. Na razie bardzo brzydko o nim w Wyborczej piszą, jeszcze brzydziej rysują. A przecież – przypatrzcie się bez uprzedzenia – to pogodny, uśmiechnięty, a nawet uzdolniony muzycznie, niestary jeszcze obywatel.

Gdyby tak zrobić np. w ramach „Szansy na sukces” konkurs, zawody śpiewacze. Jacek Kurski (występujący z gitarą, bo zagrać potrafi) – no, z kim? Kto się z „Wyborczej” zgłosi? Może brat Jarosław albo autorzy komiksu?

Kupą, mości panowie, kupą! I z jajem! Ale nie po prostacku i chamsku.

 

MARIA GIEDZ: Reportaż ze świata w dobie pandemii

Czy reportażem z najdalszych zakątków świata można będzie nazwać tekst napisany na podstawie wiedzy zdobytej z portali społecznościowych i ilustrowany zdjęciami wykonanymi telefonem w przypadkowych miejscach przez przypadkowych ludzi?

Od najmłodszych lat kocham podróże i te bliskie i te dalekie. Chętnie o nich opowiadam, a ludzie lubią mnie słuchać. Często te opowieści przelewam na papier, aby podzielić się z szerszym gronem miłośników podróży oraz tych ciekawych świata. Pomimo najróżniejszych trudności, braku pieniędzy, czekania na paszport przez rok, a potem na wizę, jakoś udawało mi się poznawać świat. I im trudniej było dotrzeć w dany rejon, czasem objęty konfliktem zbrojnym, tym większe wzbudzało zainteresowanie wśród odbiorców moich relacji. I nagle wszystko się urwało. Nastała pandemia. Ludzie zamknięci w domach nawet nie chcą słyszeć o innych kulturach, o pięknych krajobrazach czy problemach społeczeństw żyjących na drugim końcu świata, którzy też zostali zamknięci, albo próbuje się to z nimi zrobić. No, może niektórzy, zmęczeni oglądaniem „kosmicznych” postaci i słuchaniem przerażających statystyk szukają czegoś, co pozwoliłoby im oderwać się od ponurej rzeczywistości. Ale jak to zrealizować, jeśli dziennikarze, ci reportażyści turystyczni również nie cieszą się pełną swobodą?

Oczywiście z tym zamknięciem trochę przesadzam, bo nadal można podróżować i można o tych podróżach pisać. Nawet znajdą się chętni, którzy to przeczytają. Tylko od podróżującego dziennikarza wymaga się spełnienia wiele dodatkowych warunków. Musi on: wykazać się posiadaniem specjalnego „zielonego” dokumentu, niestety niezbyt długo ważnego; poddawać się kilkukrotnemu pędzlowaniu nosa, bo ów specjalny dokument nie w każdym miejscu jest wystarczający; czasem bez powodu dać się zamknąć na kilka, a nawet kilkanaście dni i to na własny koszt, a przede wszystkim respektować przyjęte niemal na całym świecie stereotypowe i standardowe zasady w kontakcie z drugim człowiekiem.

Obrazek z Ciudad de Mexico, niemal dziesięciomilionowego miasta, a z przyległościami trzy razy większego, tej do niedawna barwnej, tętniącej życiem aglomeracji, miejscami niebezpiecznej również dla miejscowych, a czasem wesołej, dzisiaj ukazuje w ponad 90 proc. snujące się lub chyłkiem przemieszczające postacie. Chociaż do Meksyku wjeżdża się bez specjalnych formalności, to po co jechać na drugi koniec świata, skoro, poza pogodą, krajobrazem i językiem jakim posługują się tamtejsi ludzie, nie różni się on zbytnio od mojego kraju? Męczyć się, wydawać pieniądze i jeszcze żyć w ciągłym strachu, że zaleje mnie kolejna fala?

To lepiej zostać w domu. Tylko jak w tej rzeczywistości uprawiać dziennikarstwo turystyczne? Jak być korespondentem wojennym? Jak relacjonować ważne, często spontanicznie rozgrywające się wydarzenia gdzieś „na antypodach”? Bywa, że nawet nie potrafimy „z marszu” zlokalizować miejsca owych wydarzeń. Chociaż czytelnikowi, w myśl przekonania wszechwiedzących reporterów, że jest mało zorientowany, jest wszystko jedno, gdzie ten konflikt się rozgrywa. Wystarczy wskazać kierunek, że np. Kazachstan leży na wschodzie. Można jeszcze dodać, że to była republika Związku Sowieckiego, azjatycka, położona daleko od Moskwy.

W tym momencie przypomniała mi się sytuacja z jaką się spotkałam w regionalnej redakcji, w której przez lata pracowałam i nawet przez jakiś czas prowadziłam dział podróży. Otóż pewnego dnia napisałam tekst o indonezyjskiej wyspie Bali, gdzie główną religią jest hinduizm w tym zdominowanym przez muzułmanów kraju. Bali jest jednak wyjątkiem i to tam mieszkają hinduiści, ale i chrześcijanie, w większości katolicy. Muzułmanie występują w śladowej ilości. Pisząc o Bali dołączyłam czarno-białe zdjęcia, bo wówczas fotografowało się analogowo, a kolorowe filmy były trudno dostępne. Redakcja chciała być jednak nowoczesna i zamieścić zdjęcie kolorowe, więc zamówiła je w agencji. Wybierała moja szefowa, jednocześnie pracownik lokalnego biura podróży. Mnie w te działania nawet nie wtajemniczono. Zobaczyłam swój tekst wraz z piękną fotografią dopiero, gdy gazeta ukazała się drukiem. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy ilustracją do mojego tekstu o Bali, dla przypomnienia azjatyckiej wyspy, była piękna kobieta w stroju karnawałowym z Rio De Janeiro, a to Brazylia. Roznegliżowana piękność nijak miała się do niemal purytańskich hinduistek z Bali. A jednak można! Mój protest zakończył się stwierdzeniem, że czytelnikowi jest wszystko jedno i tak się nie zorientuje, a zdjęcie ma zachęcać do przeczytania tekstu. W tej redakcji przestałam zajmować się podróżami i pisaniem reportaży ze świata.

Dlaczego przytoczyłam ten przykład sprzed niemal trzydziestu lat? Bo dzisiejsza sytuacja nieco się powtarza, chociaż polskie społeczeństwo zdecydowanie bardziej jest „wyrobione” i świadome rzeczywistości o innych częściach kuli ziemskiej. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat Polacy podróżowali na potęgę, fakt, że najczęściej w grupach zorganizowanych. A więc dość biernie oglądając ten świat, a nie poznając go. Jednak podróżowali, a obecnie?

Ograniczenia podróży, utrudnienia, najróżniejsze obostrzenie sprawiają, że wiedza przeciętnego Kowalskiego zaczyna zawężać się do tego co zobaczy, usłyszy lub przeczyta w mainstreamowych mediach albo „wygugla” w Internecie. A to wszystko nie koniecznie musi być prawdziwe. Modne stały się fake newsy, bo przy relacji ze świata, zwłaszcza z miejsc, które trudno sprawdzić, a w dobie pandemii mogły się diametralnie zmienić, liczy się głównie kasa i świadome lub nie wprowadzanie dezinformacji. Na dodatek, w ramach oszczędności i pandemii coraz częściej reportaże czy relacje z różnych miejsce opiera się na dziennikarstwie obywatelskim. Inaczej mówiąc, korzystając z pomocy innych, miejscowych, którzy chcą zaistnieć w sieci. Jeśli są to stali korespondenci, to można im wierzyć. Co innego, jeśli informatorem jest tzw. każdy, kto ma dostęp do Internetu. Jak sprawdzić wiarygodność informacji zamieszczanych na Facebooku, czy innych portalach społecznościowych? I na takiej podstawie pisać reportaż?

Zazwyczaj podróżuję sama, z jedną osobą, w gronie przyjaciół, sporadycznie z grupą zorganizowaną. Zanim wyruszę w świat „obkładam się” najróżniejszymi publikacjami dotyczącymi rejonu, w który się wybieram. Dzwonię po znajomych i nieznajomych, wypytuję o szczegóły, aby uniknąć przykrych niespodzianek, a raczej zmniejszyć ich liczbę, bo te i tak będą. Kiedy już dotrę w nieznane mi miejsce wsadzam nos wszędzie, gdzie trzeba i nie trzeba. O wszystko pytam, sprawdzam, nie polegam na informacjach z katalogów reklamowych, bo są przekłamane, o czym przekonałam się wielokrotnie. Chętnie nocuję – o ile to możliwe – u miejscowych, a nie w hotelach. I nie chodzi tu o finanse, tylko o możliwość obserwacji życia lokalnego, poznania atmosfery miejsca, próbę zrozumienia innej mentalności…

Czy jestem w stanie to zrobić dzięki Facebookowi albo Twitterowi tak chętnie stosującym cenzurę? Czy reportażem z najdalszych zakątków świata można będzie nazwać tekst napisany na podstawie wiedzy zdobytej z portali społecznościowych i ilustrowany zdjęciami wykonanymi telefonem w przypadkowych miejscach przez przypadkowych ludzi? Jak pogodzić wiarygodne dziennikarstwo z restrykcjami pandemicznymi? Czy już nigdy nie będziemy opisywać miejsc oglądanych z autopsji, relacjonować konfliktów zbrojnych obserwując, jak żołnierze, czy partyzanci repetują broń?

WALTER ALTERMANN: Chwasty

Zachwaszczamy „język ojców” na potęgę. A język jest jak szlachetna roślina, którą trzeba podlewać, nawozić i usuwać wszelkie chwasty rosnący wokół.

Poważna osoba, pani minister czy też (jak to dziwacznie niektórzy nazywają kobietę na męskim stanowisku) „ministra”, zapewnia że jej resort przeprowadził zmiany z pełną merytoryką. Czym jest rzeczona merytoryka? Nie wiadomo. To kolejny neologizm z furią atakujący podstawy języka polskiego. Dlaczego pani minister nie mówi, że zmiany mają merytoryczne uzasadnienie? Może dlatego, że nie wie, iż merytoryczny to przymiotnik. Owszem znamy rzeczowniki odprzymiotnikowe, ale to rzadkość. Merytoryka brzmi dobrze, choć nic nie znaczy. Merytoryka brzmi tak, jakby była nauką (kojarzy się z metodyką) i może dlatego słówko to pojawia się w ustach urzędników średniego i wyższego szczebla. Niemniej, niezależnie od intencji merytoryka jest chwastem.

Częściej mamy do czynienia z rzeczownikami odczasownikowymi. Najpierw mieliśmy czasownik kopać – od czego najpierw było kopanie i kopacz (czyli osoba zajmująca się kopaniem) a z wynalezieniem mechanicznego urządzenia mamy koparkę. Mamy czynność spychania czegoś (na przykład piasku), a wraz z maszyną pojawiła się nazwa spychacz. Najpierw było dźwiganie, a potem mechaniczny dźwig. Pamiętam, że lud nasz na pierwsze spychacze mówił spych, wzorem derywacji, takiej jak w przypadku dźwigania – dźwigu.

Swoją drogą obawiam się, że czeka nas wielka rewolucja językowa. Nasze współczesne feministki na pewno podejmą temat opatrywania różnych urządzeń i maszyn nazwami kobiecymi. I to, że skręcarka, wyciągarka, ładownica, spulchniarka, glebogryzarka, foliarka, drukarka są rodzaju żeńskiego na pewno je obraża. Tak jak dotyka je, że mówimy pani minister zamiast ministra. Podejrzewam, że feministki gotują się już do ataku. Bo jak to może być (według nich), że poważne maszyny są rodzaju męskiego, a te pośledniejsze są u-kobiecone? Traktor, kombajn, samolot, autobus, czołg, pociąg są rodzaju męskiego a te gorsze, jak lokomotywa, armata, rakieta są akurat rodzaju żeńskiego? Wtedy dopiero będzie zabawa, gdy każą nam mówić: ten armat, ten lokomotyw i ta samolot.

Warto zauważyć, że z wynalezieniem radia, telewizji i Internetu ludzkość coraz więcej mówi. I za nic ma maksymę, iż „milczenie jest złotem”.  Wraz ze wzrostem rodzaju i wielości nadajników ludzkość rozgadała się nad miarę. Dobrą zasadą byłoby to, gdyby mówił i pisał ten, kto ma coś do przekazania. Ale nie. Demokracja pokazała swe okrutne oblicze – mówić, pisać może każdy, nawet taki, który ledwo mówi i słabo pisze.

Ciągle słyszę od dziennikarzy i ich utytułowanych rozmówców, że minęła godzina czasu albo nawet tydzień czasu. Niektórzy muszą cofnąć się do tyłu a inni wrócić z powrotem. Jak to może być, że w kraju, w którym średnie wykształcenie ma już większość obywateli przed czterdziestym rokiem życia zdarzają się osobniczki i osobnicy, którzy nie wiedzą, że godzina jest miarą czasu? Gdyby to jeszcze  dotyczyło ludzi mówiących gwarą… Ale nie. Tak mówi dziś wykształcona elita kraju.

Język ma dwie funkcje. Po pierwsze – ma służyć komunikacji. I dlatego czym więcej słów znam, czym mówię poprawniej, tym precyzyjniej mogę się komunikować z innymi. Po drugie – język jest, sam w sobie, narzędziem poznania, pozwala mi uczyć się nowych rzeczy, a nawet nowych stanów ducha. Prostak powie że jest wkur*****y. Człowiek znający dobrze swój język powie, że jest zirytowany, poddenerwowany, zdenerwowany, wściekły, podrażniony, rozdrażniony. Mieszkańcy krain wiecznych lodów mają prawie 60 określeń śniegu, tak precyzyjnie umieją różne rodzaje i stany śniegu rozpoznawać, bo żyją na śniegu. Mongołowie mają około 40 nazw maści konia, bo są od wieków z tym zwierzętami w symbiozie.

Kilka dni temu dowiedziałem się z poważnej stacji TV, że jedna pani jest kobietą progresywną. Czyli uśmiercono już kobietę postępową. Dzisiaj sufrażystki są progresywne. W gruncie rzeczy znaczy to samo, ale brzmi po zachodniemu, czyli progresywnie.

Zauważyłem też, że większość naszych polityków pobiera lekcje w tej samej firmie marketingu politycznego, bo wszyscy oni mówią: i co istotnie ważne lub też w lżejszej formie: i co jest istotne, ważne. Czym się różni istotne od ważnego nie wiem, ale zawsze mnie to bawi. A to już jest coś, czego od polityka codziennie zaznać się nie da!

Pewien młody polityk, mający przekonanie, że ktoś tam powinien siedzieć w więzieniu, mówi: a ten gość ciągle chodzi po wolności. Od kogo się takiego zwrotu nauczył? Podejrzewam, że od kogoś, kto rzadko przebywał na wolności, większość czasu spędzając w zamknięciu.

No i jeszcze to nierozróżnianie rodzajów. Raptem mamy trzy i tysiące z nimi kłopotów. Język polski zna trzy rodzaje: męski, żeński i nijaki. Więc dlaczego ciągle słyszę, że mamy tą strategię? Strategia to rodzaj żeński więc poprawnie ma być: mamy tę strategię. Niezależnie czy mówiący ma „tę strategię” czy tylko myśli, że ma. A jak się Państwu podoba „półtorej roku czasu”?

I na zakończenie tych męczących przykładów… W jakiejś reklamie słyszę ciągle – „To jest twój plannig odporności”. Planning to po prostu plan. Ale producent jakiegoś tam specyfiku wie, że Polacy to „paw narodów i papuga” i lubią obce słówka, bardziej im wierzą niż ojczystym słowom. Więc zamiast plan lektor czyta „planning”.  Swoją drogą, wszyscy nadawcy obowiązani są do nieemitowania szkodliwych reklam i mogliby wymusić na zamawiającym język polski. Ale nie zrobią tego, bo reklama to pieniądz.

Zachwaszczamy „język ojców” na potęgę. A język jest jak szlachetna roślina, którą trzeba podlewać, nawozić i usuwać wszelkie chwasty rosnący wokół. Dlaczego to tak ważne? Bo rozplenione chwasty głuszą rozwój cennej rośliny, która karleje i przynosi niesmaczne plony. A w końcu chwasty mogą doprowadzić do jej obumarcia.