WALTER ALTERMANN: Szlachetczyzna językowa, czyli co się ciągnie za wojskiem

Przed wojną normą był język wykształconych warstw Warszawy. Dzisiaj te wykształcone warstwy nie mogą być już normą, bo wyczyniają z językiem okropne rzeczy.

Młoda poseł mówi w telewizji, że „Lex Czarnek” wymaga jeszcze konsultacji z interesariuszami. Dlaczego nie powiedziała, że ustawę powinno się konsultować z rodzicami, nauczycielami i organizacjami pozarządowymi, działającymi w oświacie? Bo tak to może powiedzieć każdy. A wielmożowie sejmowi muszą się różnić przecież od szlachty zagonowej, chłopa czy łyka. I to dlatego szlachta zawsze chciała się wyróżniać strojem, a przede wszystkim wtrącaniem do macierzystego języka zwrotów łacińskich. Stąd zresztą powiedzenie „poznać pana po cholewach” oraz słynny tekst „chłopis cum gleba ascriptis”. Już po II rozbiorze Sejm obradował poważnie nad zakazem chodzenia przez nie-szlachtę w czerwonych butach.

Wracając do języka. Po łacinie, w XVIII wieku przyszła moda na szczątkowy francuski, a teraz na bardzo uproszczony angielski. Pojęcie interesariusz wprowadzono do języka angielskiego w roku 1963 i brzmiało – stakegolders. Jest to zatem pojęcie nowe i ciągle jeszcze powszechnie nieznane. Ale o to właśnie chodzi, żeby chłop i plebejusz nie wiedzieli w czym rzecz. Bo co to za poseł, który mówi językiem gminu?

Grzechy szlachty i magnaterii ciągną się za nami przez wieki, jak przysłowiowy smród za wojskiem. W wersji lżejszej można powiedzieć: „obciążają nas grzechy ojców naszych”.

Niezgłębionym „rezerwuariuszami” błędów językowych są sprawozdawcy sportowi, za co jestem im zresztą wdzięczny, bo mam o czym pisać. Zauważyłem jednak, że z języka sportu garściami czerpią politycy. Oto już nagminnie ministrowie, posłowie, senatorowie za sprawozdawcami, używają słówka timing (wym. tajming). Po polsku by to się tłumaczyło „wybór najlepszego momentu” lub „najlepszy moment na podjęcie działania, akcji, ataku”. I mamy tajming na wprowadzanie zmian podatkowych, na zmiany w prawie drogowym, itd.

Przed wojną normą był język wykształconych warstw Warszawy. Dzisiaj te wykształcone warstwy nie mogą być już normą, bo wyczyniają z językiem okropne rzeczy.

Oprócz tajmingu rozpowszechniły się w sporcie zwroty, odnoszące się do robienia czegoś „na spokoju” i „na nerwach”. W sporcie „na spokoju” ma oznaczać, że zawodnik jest opanowany, kontroluje sytuację. Z kolei „na nerwach” oznacza, że sportowiec jest zdenerwowany i działa nerwowo, bo przegrywa. Na razie żaden z polityków nie mówi jeszcze, że „działa na nerwach”, ale że „na spokoju” już kilka razy słyszałem.

Co prawda jeszcze nie tak dawno miejska gwara Łodzi, która powoli zanika (gwara, bo Łódź jeszcze się trzyma), miała takie zwroty jak: „szynka na 50” czy „polędwica na 35”. Bywając często w Białymstoku lubiłem się wsłuchiwać w tamtejszą gwarę. Kiedyś zapytałem miejscowego rzemieślnika, jak udało mu się naprawić moją mocno zniszczoną skórzaną torbę. O, tak, o! – odpowiedział skromnie kaletnik, wykonując w powietrzu ręką jakieś kółko.

Byłem też kiedyś świadkiem rozmowy w kolejce sklepowej młodej kobiety z młodym mężczyzną, którzy przed laty chodzili do jednej szkoły.

– I co u niego słychać? – zagaduje kobieta.

– Żonę mam i syna. A u niej?

– A ja mam męża i dwie córki.

Ta forma zwracania się do siebie w trzeciej osobie wiedzie się z dawnej Polski i oddaje szacunek dla rozmówcy. Gwary są pięknymi reliktami języka polskiego, ale we współczesnych polskich mediach musi obowiązywać norma i poprawność języka polskiego. Przed wojną przyjmowano za obowiązujący wzorzec „Język i wymowę wykształconych warstw społecznych Warszawy”. Dziś nie ma tak odważnych językoznawców, którzy zalecaliby tę przedwojenną normę.

Czy nie denerwuje Państwa powszechne w języku dziennikarzy „dopytanie”. Dziennikarz prowadzi z kimś wywiad, a na koniec mówi: „Pozwoli pan, że jeszcze dopytam o…”. Co znaczy owo „dopytanie”? Nie wiem, ale jest irytujące. Dlaczego dziennikarz nie mówi: „Pozwoli pan, że zapytam jeszcze o…”? Myślę, że w tym przypadku decyduje moda. I dlatego pytanie o powód jest tu bezsensowne. Zupełnie tak, jak by pytać dlaczego w latach 60. wszyscy młodzi mężczyźni nosili obcisłe spodnie rurki i półbuty w bardzo wąski szpic. Buty zniekształcały palce a rurki obciskały męską sferę intymną, z czego populacja mogła się dramatycznie zmniejszyć. No, ale co tam… Taka była moda.

Widziałem ostatnio w jednej z telewizji informację o rekonstrukcji grodziska wczesnośredniowiecznego w Tumie pod Łęczycą. Obrazki pokazują, jak montowana jest wielka drewniana brama wjazdowa, jak z wału ziemnego wystają potężne zaostrzone pnie częstokołu. A zadowolony dziennikarz mówi: „Teraz mury grodziska będą jak nowe”. Mówi tak i nie widzi, że ten historyczny obiekt jest eliptyczną budowlą stworzoną z ziemnego wału, wzmocnionego częstokołem?

Przeczytanie skróconej historii Tumu zajęłoby dziennikarzowi jakieś 10-15 minut, ale przecież on się zaangażował do TV jako mówiący, a nie czytający. Ale też samo „doczytanie” nic by chyba nie dało. Bo piszący o historii Tumu nie zaznaczają czym różni się mur od budowli ziemnej, widać uważają to za znaną oczywistość. I rzeczywiście, takie drobiazgi trzeba znać z wcześniejszych lektur.

Stary dowcip mojego dziadka profetycznie oddawał dzisiejszą sytuację: „W czasie insurekcji kościuszkowskiej poszukiwano pisarza, który protokołowałby narady i wypisywał rozkazy. Zgłosił się chłop starszy, ale o mądrym obliczu. Posadzono go z boku, dano papier, kałamarz i gęsie pióra. Narada trwa a chłop ostro skrobie piórem. Na koniec każą mu przeczytać co napisał. Chłop wstaje od stolika i mówi: Ja sie tu godził na pisarza, a na czytacza najmijta se już ta inszego. I wyszedł, a na papierze pozostały kleksy i niezrozumiałe bazgroły.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Dziennikarz rozdarty Rutkowskim

To konflikt między prawami boskimi a ludzkimi. Między wysokimi zasadami nakazującymi promocję nieskazitelnych wzorców a przyziemnością żądającą przetrwania, czy też przetrwania na tłusto. Problem jest nierozwiązywalny, choć trzeba twierdzić inaczej. Jedyne co możemy, to kluczyć zawierając mądre kompromisy na naszych zasadach. A teraz egzemplifikacja.

Sprawa nieco zabawna, choć z bynajmniej niezabawnym kontekstem. Przypomniała mi się w związku z 10. rocznicą zamordowania Madzi z Sosnowca, ale nie o dzieciobójstwo tu chodzi, nie o kontekst społeczny, tylko o zachowania dziennikarzy na jednym przykładzie. Na przykładzie Krzysztofa Rutkowskiego, postaci co najmniej kontrowersyjnej, niemniej obiektywnie rzecz biorąc z sukcesami żeglującej w mediach i życiu.

Sprawa sprzed 10 lat. Studio TVN24, program prowadzi redaktor Katarzyna Kolenda-Zalewska. Jej gośćmi są ówczesny rzecznik komendanta głównego policji Mariusz Sokołowski i detektyw Krzysztof Rutkowski. Redaktor Kolenda-Zalewska od początku nie kryje swojego negatywnego nastawienia do detektywa. Traktuje go z wyższością i lekką kpiną. Rutkowski jak to Rutkowski przychodzi w okularach przeciwsłonecznych. Redaktor rozmowę zaczyna ze zjadliwym uśmieszkiem, K-Z: „Coś ze wzrokiem pan ma, chory?”. Na to Rutkowski: „Nie, dlaczego?”. K-Z: „Ciemne okulary pan ma?” R: „Jak widzę taką gwiazdę, mogę być oślepiony.” K-Z: „Rozumiem, że to taka stylistyka, Miami Vice, tak? Na kogo pan się kreuje?” R: „Na Rutkowskiego”. Ta wymiana zdań na samym początku pokazuje, co i jak myśli dziennikarka o swoim gościu. Mamy więc tego Rutkowskiego, którego prestiżowa dziennikarka, w prestiżowej stacji TVN24 dbającej o standardy traktuje z lekką pogardą. Ale…

Ale na antenie TVN24 obserwowaliśmy jednak na żywo konferencje prasowe Krzysztofa Rutkowskiego, których zorganizował w tej sprawie kilka. Najdłuższa trwała grubo ponad godzinę i każda minuta, każda sekunda darmowego dla niego czasu antenowego była bezczelnie wykorzystywana do promocji biura Rutkowski. Za perorującym detektywem stało dwóch zamaskowanych, umundurowanych bysiorów w kominiarkach i z wielkimi napisami na kamizelkach „Rutkowski”. Wartość reklamowa czasu, który za darmo dostawał niekochany przesadnie przez TVN24 Rutkowski to co najmniej kilka milionów za jedną konferencję. Pytanie jest proste, jeśli Rutkowski nie był i chyba nie jest wzorcem dla TVN24 czemu dawano mu za darmo cholernie drogie prezenty? Odpowiedź jest jeszcze prostsza, niestety. Ponieważ menedżerowie tej stacji mają głowy na karku. Zauważyli, że pokazywanie Rutkowskiego, który dostarcza informacji w sprawie małej Madzi powoduje eksplozje słupków oglądalności. Eksplozję. I co zrobisz? Nic nie zrobisz. Rosnąca oglądalność przekłada się wprost na wartość reklam, które w przyszłości będą w tej stacji zamieszczane. „O rozpaczy najczarniejsza redaktora” – pisał Andrzej Bursa w wierszu „Depesza”.

Reasumując: proste ścieżki naszego dziennikarskiego, redaktorskiego, menedżerskiego życia pełne są meandrów. Trzeba bardzo uważnie stawiać kroki, a posadzki nie zawsze marmurowe…

Lewy do prawego – prawy do lewego. STEFAN TRUSZCZYŃŚKI porównuje „Newsweek” z „Do Rzeczy”  

Jadłospis

„Newsweek”         –         „Do Rzeczy”

Numer

 3/2022          –          3/2022

Cena

8,90             –           8,90

Wydawca

podmiot zagraniczny –  podmiot polski

 

Okładka

Newsweek –  „polski krach” i pusty talerz

Do Rzeczy – Mickiewicz i „Dziady w szambie”

Wstępniaki, który piszą naczelni

Tomasz Lis: „Strategia kapitulacji. Depolaryzacja sceny  politycznej to kompletny absurd. W krajach autorytarnych unikanie polaryzacji z władzą jest wyłącznie formą kapitalizacji” – proste, jasne i zrozumiałe!

Paweł Lisicki: „Na czym polega inna droga – co zrobi Warszawa, jeśli Bruksela dalej będzie stawiać, jak obecnie, Polskę pod ścianą? – rzeczywiście, this is the question!

Tekst obszerny (może i główny)

Newsweek – Szwajcaria, ładna reklama, nie podano za ile, ale ani chybi to tekst sponsorowany; ciekawe z jakimi uczuciami czytają to frankowicze? Jeden z nich napisał w liście do mnie, że pożyczył 600 tysięcy, oddał 590, a zapłacić ma jeszcze 700 tysięcy złotych. On na pewno wybierze się do St. Moritz by zagrać w polo na śniegu.

Do Rzeczy – artykuł nawiązujący do okładki pisma, tekst pani Elżbiety Morawiec: „Barbarzyńca w katedrze” (O „Dziadach” wystawionych w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. Autorka pisze o „Nowej rewolucji kulturalnej (…) – zasady pracy tych twórców sprowadzają się do obniżenia rangi dzieła, niszczenia języka i jasności przekazu oraz indywidualności aktora (…) trzeba absolutnie odciąć źródło zasilania dla brzydoty głupstwa i profanacji (…) ministerstwo i władze samorządowe nie mogą dłużej zamykać oczu na profanację świętości, kulturowe barbarzyństwo, po którym pozostają tylko ruiny i spalona ziemia”.

Satyra

Newsweek – oryginalny Sawka: Kaczyński mówi do kota.

Do Rzeczy – Krysztopa: jak zwykle dość paskudne rysownictwo. Mogą sobie panowie satyrycy podać dłonie. Byle przez szmatkę bo koronawirus przecie.

Do poczytania

Newsweek – pani posłanka Leszczyna poucza Czarnka, czyli eksperymenty na milusińskich; „Jak lepiono potwora” – o polskim ładzie, że najpierw była reklama a teraz dopiero wszyscy się zastanawiają wraz z panem K. Sadurskim jak to zrobić.

Do Rzeczy – Krzysztof Masłoń (w numerze pisze kilkakrotnie i dobrze) oraz Bohdan Urbankowski (pisarz, poeta, filozof – który popełnił niedocenione wielotomowe dzieło „Z dziejów myśli polskiej”, które powinno być obowiązkową lekturą przynajmniej studentów historii, polonistyki i filozofii). Jest także o najnowszej książce Urbankowskiego „Bal u kata”:

Nad nami noc, goreją gwiazdy,

dławiący, trupi nieba fiolet.

Zostanie po nas złom żelazny

i głuchy, drwiący śmiech pokoleń. 

Strony zaskakujące

Newsweek – o obywatelu Żulczyku (a może… żulik) – umorzony, mimo obrażenia Prezydenta Państwa. I dalej tygodnik brnie cytując pana Ż. – „Mamy prawo a nawet obowiązek reagowania gdy ta władza działa przeciwko naszym interesom – nawet kosztem bon tonu, savoir vivr’u?! Ładnej polszczyzny i dobrego wychowania”. Koresponduje to z zamieszczonym obok tekstem Krzysztofa Materny, cytuję dosłownie: „Co się pan tak patrzy, przecież sram”. Czyżby kontynuacja znanej wypowiedzi Krystyny Jandy?

Do Rzeczy – Pospieszalski „wsłuchuje się w Papieża” i stwierdza: „Niestety Papież od początku dołączył do globalnego chóru. Chóru, który używając potężnych form korupcji, przemocy, propagandy, walczy z pandemią wbrew nauce i medycynie”. Moje zdanie: Muzyk, a najwyraźniej źle słyszy.

Newsweek jest grubszy – 108 stron.

Do Rzeczy cieńszy – tylko 84 strony.

Ale grubsze nie zawsze są ładniejsze. De gustibus non disputandum. O wadze inteligencji, mądrości, zawartości – już nie wspomnę.

WALTER ALTERMANN: Czy aktor się „wciela”? Oraz o innych przypadłościach na styku dziennikarstwa z kulturą

W większości gazet (tak wydawanych tradycyjnie, jak internetowych) nie ma już dzisiaj etatowych recenzentów teatralnych.

W obecnych czasach najbardziej poważaną dziedziną w środowisku dziennikarskim jest oczywiście polityka. Jest po temu kilka przyczyn, ale z pewnością najważniejsza jest ta, że naprawdę każdy potrafi wyartykułować jaką partię lubi, a jakich nie. Reszta jest już prosta, choć oczywiście trzeba wiedzieć kto jest obecnie przy władzy, kto w opozycji, trzeba znać nazwiska prezydenta,  marszałków, szefów frakcji, ministrów, itp. No, ale to można sobie spisać w zeszycie i trzymać w szufladzie biurka lub na osobnym pliku w laptopie.

Przemysł, gospodarka, rolnictwo, handel międzynarodowy, kursy walut, bankowość cieszą się już mniejszym uznaniem wśród dziennikarzy, bo to jednak trzeba się trochę na tych sprawach  znać, a samo uwielbienie, na przykład, gospodarki Portugalii może nie wystarczać. Oczywiście o „problemach ścisłych” da się sporo wyczytać w Internecie, ale jest to jednak źródło zawodne a miejscami bałamutne.

Prawdziwe problemy zaczynają się wtedy, gdy przyjdzie nam napisać coś o teatrze. Teoretycznie jest to łatwe, bo w końcu mamy pod ręką takie precyzyjne pojęcia o spektaklach jak: wzruszający, nie pozostawiający obojętnym, ujmujący (o przedstawieniach lżejszego gatunku), porażający (o tragedii), zabawny, miły, sympatyczny. I takich recenzji jest większość.

Najczęściej współczesny recenzent na początku streszcza dramat a potem wystawia cenzurki aktorom i reżyserowi. Z reżyserami jest prosto, bo to w końcu oni odpowiadają za finalny wyraz i jakość dzieła, ale z aktorami jest spory kłopot. Bo ileż razy można pisać, że M. stworzył kreację, a K. prawdziwą kreację, że B. była zabawna, że T. wzruszała do łez?

Jako miarę wybitnego sukcesu aktorskiego dzisiejsi recenzenci przyjęli określenie „wcielił/a się”. I czytamy, że N. wcielił się w postać Hamleta. Wyjaśnijmy sobie zatem, że aktor w nic i nigdy się nie wciela. Aktor po prostu gra.

Jeszcze, w przypadku gdy Tadeusz Łomnicki zagrał prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego w filmie Gdziekolwiek jesteś panie prezydencie, w reżyserii Andrzeja Trzos-Rastawieckiego, można by mówić o „wcielaniu się”. Bo Łomnicki zagrał postać historyczną i starał się oddać pewne charakterystyczne odruchy, gesty a nawet głos bohatera. Ale na litość boską Łomnicki się w nikogo nie wcielał, on grał.

Zdarza się, że aktor nawet fizycznie upodabnia się do bohatera, ale tylko w filmach o postaciach historycznych. I dlatego wszyscy liczni angielscy aktorzy grający Henryka VIII byli grubi. Ale przecież nie na tym polegała ich rola.

Czy recenzent może nauczyć się teatru? Nie wiem, ale z pewnością osoba nie chodząca do teatru niczego się w tej dziedzinie nie nauczy. A teatr jest matecznikiem aktorstwa, tam aktorzy dorastają, rozwijają i naprawdę uczą się zawodu. Oczywiście dzisiaj największą popularnością (i co za tym idzie uznaniem) cieszą się aktorzy seriali, ale wszystkie te seriale są do siebie podobne i nie wymagają żadnego istotnego wysiłku twórczego od aktorów.

Przed wojną człowiek, który chciał uchodzić za inteligenta musiał bywać w teatrze, operze i filharmonii. Oczywiście był to snobizm, ale był to snobizm błogosławiony. Bo z czasem nawet nieczuły na teatr osobnik jakoś zaczynał się orientować w czym rzecz.

W swoich gazetach Mieczysław Grydzewski zatrudniał jako recenzentów ludzi wybitnych, mających wielki dorobek w literaturze. I to oni mieli gwarantować czytelnikowi, że opisywana sztuka czy koncert są naprawdę wartościowe lub nie. I dlatego w Skamandrze i Wiadomościach Literackich pisali recenzje Tadeusz Boy-Żeleński, Antoni Słonimski i Julian Tuwim. I żadnemu z tych Wielkich przez myśl by nie przeszło, że jakiś aktor w cokolwiek się „wciela”.

W ludowych  bajkach, owszem wcielają się diabły w księdza, wędrowca lub rycerza, ale żywy aktor – powtórzę to – gra, i tylko i aż gra.

Jeszcze w okresie PRL była taka gazetowa praktyka, że redakcje proponowały swoim najlepszym dziennikarzom, zajmującym się kulturą, pisanie recenzji. I tak jak przed wojną, powojenni recenzenci bywali okrutni, ale naprawdę znali i rozumieli teatr.

Dzisiaj mamy do czynienia z ogromnym oddalaniem się kontynentów. Teatr i znawcy teatru oddalają się od siebie coraz bardziej i bardziej… Uczelnie humanistyczne kształcą „kulturoznawców”, którzy mają swój „kulturoznawczy” język. I ten język nowej nauki nie ma zupełnie nic wspólnego z teatrem, który jest udokumentowaną sztuką od co najmniej 26 wieków. Naprawdę żaden z aktorów i reżyserów nie mówi językiem z jakim mamy do czynienia na przykład w TVP Kultura. Tam to jest tak jakby Aborygeni i Eskimosi wymieniali się życiowymi doświadczeniami.

W większości gazet (tak wydawanych tradycyjnie, jak internetowych) nie ma już dzisiaj etatowych recenzentów. Ale nie ma się czemu dziwić, gdy wiemy, że ogromna większość gazet zwolniła korektorów, polegając na komputerowych programach sprawdzających poprawność pisowni. Ale… dobry korektor sprawdzał też styl, składnię i różne takie…

Recenzja może być sztuką, co udowadniali już poważni pisarze, piszący recenzje. Nie zapomnę krótkiej recenzji Słonimskiego z wystawienia „Ćwiartki papieru” komedii Victoriena Sardou. Słonimski napisał krótko: „To nie była ćwiartka papieru, to była rolka.”

Pamiętam również recenzję, która zaczynała się tak: „Podstawowym problem tego wystawienia jest to, że reżyser nie pojął podstawowych tendencji utworu…”

Panie i Panowie Dziennikarze, chodźcie do teatrów. Nie tylko z okazji jubileuszy i różnych obchodów. I nie trzeba być na premierze, wystarczy bywać na trzecim, czwartym lub kolejnych spektaklach. Drugich spektakli nie polecam, bo te są zawsze najsłabsze. A to na skutek tego, że nie wszyscy członkowie zespołów dochodzą w pełni do siebie po premierowych bankietach.

HUBERT BEKRYCHT: Europa w obliczu nowego Monachium, czyli jak film tłumaczy wojnę i politykę

Nowy układ monachijski w Europie już jest. Nie wiadomo tylko, gdzie zostanie podpisany. Na pewno nie w Monachium, bo to byłoby zbyt dosłowne, ale Niemcy pracują na to, aby wesprzeć Rosję, co oznacza, że teutońskie jelenie wchodzą na teren moskiewskich niedźwiedzi i tygrysów.

83 lata po tym jak Adolf Hitler upokorzył premiera Nevilla Chamberlaina i po tym, jak Brytyjczycy próbowali wytłumaczyć światu, że pozostawienie na pożarcie Czechosłowacji jest jedynym wyjściem, aby Stary Kontynent po dwóch dekadach pokoju znowu nie utonął we krwi. Tłumaczyli prawie rok, aż Niemcy napadli na Polskę. 17 dni później ówczesny sojusznik Hitlera – Józef Stalin wydał rozkaz, aby walczącej Polsce wbić nóż w plecy i bez wypowiedzenia wojny zaatakować wschodnie tereny naszego kraju.

Historia lubi się powtarzać? Bardzo. Historia pełna jest takich przypadków. Miejmy nadzieję, że nie teraz. Niemcy AD 2022 bardzo jednak zabiegają o kolejne Monachium i celowo nazwy bawarskiego miasta nie umieszczam w cudzysłowie. To przecież okoliczności, które są kopią tych z 1938 roku. Tym razem nie chodzi o pozostawienie samej sobie, konającej Czechosłowacji. Teraz idzie o Ukrainę, uznawane na całym świecie niezależne państwo, które od prawie 8 lat jest atakowana przez Kreml. Najpierw Rosja ukradła Ukrainie Krym, a potem wznieciła krwawy konflikt w Donbasie.

Oczywiście zdolności Władimira Putnia nie sposób porównywać do zdolności Adolfa Hitlera. Prezydent Rosji jest lepszy. I oczywiście dla nas i wielu narodów Europy to gorzej. Putin rozumie geopolitykę wprost, bez przesądów niemieckiego dyktatora. A to już naprawdę bardzo zły prognostyk dla świata. Świat jednak nie jest gotowy na wojnę, szczególnie administracja prezydenta USA Joe Bidena (wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziadka, Panie Prezydencie). Świat wyczekuje na nowe Monachium. Najpierw w sprawie Ukrainy. A potem? Odpowiedź jest prosta.

Jeśli teraz NATO i UE zdecydowanie nie sprzeciwią się kremlowskiej satrapii, zagrożone będą – jak mówił 14 lat temu prezydent RP Lech Kaczyński – państwa bałtyckie, a być może i Polska. Sytuacja zmienia się szybko, bo szantaż gazowy Moskwy jest faktem, może Putinowi zechce się zapanować nad Słowacją, Republiką Czech, Węgrami i zachodnimi Bałkanami. Kto wie, co dalej?

Na pewno nie wiedzą tego albo nie chcą wiedzieć nowe władze w Berlinie. Niemcy toczone teraz chorobą lewacką prowadzą już wojnę, wojnę myśli. To wojna niemiecko-niemiecka. Jedni Niemcy myślą, a drudzy myślą, że myślą. Na razie ustępują, na razie się kompromitują, ale być może za kilka miesięcy, jakaś myśl niemiecka odszuka dawną bratnią myśl. Na przykład pruską – jeśli wroga nie można pokonać, należy się przyłączyć. Chodzi o wroga oficjalnego, czyli Rosję, (choć tonie przeszkadza w robieniu interesów z Moskwą), bo Niemcy nie wystąpiły ani z UE ani z NATO. A co wtedy zrobią Francja, Wielka Brytania, Benelux, Skandynawia, południowe państwa UE i NATO, wreszcie, co zrobią Stany Zjednoczone? Czy podpiszą, przygotowany już poza Monachium, nowy układ monachijski?

Ale miało być o filmie „Monachium w obliczu wojny”. Niewiele jednak będzie, bo pokazywany w Netflixie brytyjski obraz „Monachium…” jest tak samo dobry, jak polskie tłumaczenie tytułu. Otóż „Munich The Edge of War” przełożono – moim zdaniem – niezgodnie z prawdą. I językową i historyczną. Co komu szkodziło przetłumaczyć tytuł, jako „Monachium na krawędzi wojny”? Tak przecież było. Hitler wszystkich postraszył, Chamberlain się dał się zwieść, a jak się zorientował, że Niemcy go wykiwali strasząc wojną, kłamał, że „przywiózł” pokój. Widać i dziś ktoś się przestraszył, tak jak 83 lata temu Hitlera, tak jak teraz Putina. To na razie strach wyznaczany przez polityczną poprawność, ale wkrótce..? Oby nie.

Dziennikarzy w filmie o monachijskiej hańbie Europy przedstawiono też szczególnie, tyle, że niestety prawdziwie. „Mocarstwa” zachodnie zgodziły się, aby podczas konferencji zdjęcia robili tylko fotoreporterzy Hitlera…

Czy teraz to możliwe, aby tylko jedna strona informowała i pokazywała wydarzenie polityczne? Nie wiem, ale to nie jest wykluczone.

Film „Monachium w obliczu wojny” nakręcono, aby Jeremy Irons mógł zagrać Nevilla Chamberlaina i aby w finalnych napisach, umieszczono bzdurę, że układ w Monachium „kupił” czas na przygotowania do wojny i… pokonanie III Rzeszy…

Kłamstwo, także to „nierealne” – powiedzmy filmowe – w naszych czasach często staje się prawdą, wystarczy, że ktoś, kto nie zna historii obejrzy zapakowaną w „uniwersalne” wartości brytyjską bajeczkę o bohaterstwie synów Albionu i… niektórych Niemców.

Na Ukrainie na pewno ten film furory nie zrobi.

Monachium w obliczu wojny Munich The Edge of War reż.: Christian Schwochow, scen.: Robert Harris, thriller / szpiegowski, prod.: Wielka Brytania, dystr.: Netflix

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Partaczunie, ojciec Rydzyk was pogodzi

Będzie o TVP i TVN. Ale nie tylko. Rywalizować trzeba na jakość, a nie na wciskanie poglądów. Podział opinii publicznej, podział na my i wy czka echem w mediach. Gdyby słowo mogło razić już wszyscy bylibyśmy martwi.

Dalsza pyskówka obrazkowa nie ma sensu. Żadna ze stron drugiej nie przekona. Tym bardziej że od lat za plecami wystawionych na pierwszą linię biedaczków stoją ci sami, wyeksploatowani bez pomysłów i znudzeni już samym sobą medialni wodzowie. Zawsze tak było. Do boju wysyła się nawet zdolnych. Ale cóż oni zrobią jeśli stoi za nimi z naganem albo coltem polityczny decydent.

Tylko dobra jakość pracy prowadzi do sukcesów. Ludzie nie są głupi. Ważniejsza jest informacja niż komentarz. Wiarygodność się traci jeśli choć raz się skłamie. Chcieć to wcale nie oznacza móc.

Wiadomości dnia słucham u ojca Tadeusza Rydzyka. Tak, tak. Posłuchajcie i Wy ludkowie. Choć raz sprawdźcie o 2000 i o 2345. Jest wszystko to co najważniejsze, ułożone według tejże ważności spraw i wydarzeń. Dobrze napisane – zredagowane, a także z dobrą dykcją czytane. Koniec, kropka.  Tyle i aż tyle.

Można cudować. Decydenci medialni – bo na tych stanowiskach dziennikarze zamieniają się w polityków – zawsze bardzo się starali o przypodobanie władzy i cudowali. Z moherów szydził piłkarzyk z Sopotu. Ale już przestał. W uaktywnione przez ojca dyrektora, oderwane od szydełkowania grupy wstąpił duch. Z kolei grzeczne, z dobrych rodzin dzieciaki fachowo uczone szybko pojęły jak radzić sobie z kamerą, mikrofonem i piórem.  Występują w garniturkach i sukienkach, a nie w piżamach i szmatkach.  Świetnie sobie radzą.

Co jest modlitewne, jest modlitewne. Kto nie chce słuchać nie musi. Ale na przykład swobodnych wypowiedzi, bez przerywania, mądrych ludzi, kulturalnie prowadzonych rozmów długich a nawet bardzo długich, ale za to wyczerpujących temat słuchać warto. Jeśli nie ma czasu, po co w ogóle zaczynać? Mityczna ramówka ma porządkować a nie kneblować. Bo to krzywda i dla zaproszonego i dla słuchacza-widza.  Jeśli chcemy w przyszłym sejmie, senacie mieć ciekawych ludzi dajmy się przedstawić potencjalnym kandydatom.

Jeśli jesteśmy w strachu przed covidem i słuchamy bełkotu z różnych stron oddajmy głos najlepszym specjalistom fachowcom ze świata. Tak jak to planuje w najbliższym czasie toruńskie sympozjum. Kosztowne, ale ważne i się opłaci. O Wy, którzy pieniądzem władacie i ludzkie namiętności w ręku trzymacie – popatrzcie i posłuchajcie zamiast kpić.

Rydzyk może Was pogodzić… partaczunie. Tam szybko uczą zawodowej dziennikarskiej fachowości. Pomogą męczącym się na co dzień pańszczyźnianym szukającym co dobre a co złe. Tym wszystkim co są gdzieś zadyszani i wypruci już zupełnie z pomysłów. Dobry duch jest ważny, ale musi mu towarzyszyć wytrwała praca a nie serwilizm.

Lewacy, agnostycy (cokolwiek by to cwaniactwo znaczyło), prawicowcy, a nawet kochający inaczej mniej kombinujcie co ludzie chcą usłyszeć a więcej ich słuchajcie. Tak Wam dopomóż Bóg, nawet ten Wasz, jaki by nie był.

 

WALTER ALTERMANN: Tytuły albo niebezpieczne skojarzenia

Jeszcze przed wojną tytuły w gazecie wymyślał najczęściej sekretarz redakcji. I najczęściej był to człowiek dobrze wykształcony, z ogromnym doświadczeniem zawodowym. Dzisiaj na tytuł nie zwraca się najmniejszej uwagi.

 Przeglądam programy telewizyjne i widzę, że ktoś wyprodukował coś nowego. Tytuł programu „Echo lasu”. Zamarłem z przerażenia, bo pomyślałem, że skoro już tytuł nawiązuje do dzieła Żeromskiego „Echa leśne”, to i treść programu musi być przykra, a nawet porażająca. Ale na szczęście nie.

U Żeromskiego mamy bowiem do czynienia z wstrząsającymi opowieściami z okresu powstania styczniowego. Jest tam przedstawione polskie poświęcenie w walce z rosyjskim zaborcą, ale jest też ukazana polska małość, pazerność i zdrada. W tej powieści Polak, ale zarazem rosyjski generał, Rozłucki skazuje na śmierć polskiego powstańca. Tym skazanym jest Jan, bratanek Rozłuckiego. Przed śmiercią Jan prosił o wychowanie swego syna na Polaka. Ale po latach, przy leśnym ognisku Rozłucki nie chce nic powiedzieć na temat losów syna Jana. Z pewnością nie wykonał ostatniej woli skazanego przez siebie na śmierć bratanka.

Co do „repliki” noweli Żeromskiego moje lęki okazały się bezpodstawne. Bo „Echo lasu” okazało standardowym programem o urokach współczesnego lasu i gospodarce leśnej.

Zastanawia mnie dlaczego autor dobrego materiału o przyrodzie nadał mu taki tytuł. Prawdopodobnie coś mu się z lasem i echami kojarzyło, coś słyszał, coś mu się o uszy obiło. I chyba noweli Żeromskiego nie czytał, a jeśli nawet czytał, to nic nie zapamiętał.

Taka to jest, niestety, smutna rzeczywistość, co do tytułów prasowych i medialnych. Jeszcze przed wojną tytuły wymyślał najczęściej sekretarz redakcji. I najczęściej był to człowiek dobrze wykształcony, z ogromnym doświadczeniem zawodowym. Dzisiaj na tytuł nie zwraca się najmniejszej uwagi, a jest to przecież zawołanie, przywołanie uwagi czytelnika do przeczytania tekstu, wysłuchania radiowej audycji czy obejrzenia programu w telewizji.

Rozumiem, że liczy się „chwytliwość tytułu” a nawet zaszokowanie odbiorcy. Pamiętam, że kilkanaście lat temu w londyńskim metrze zamarłem ze grozy, bo w „Daily Mirror”, gazecie czytanej przez współpasażera, i ja przeczytałem: „Śmierć w królewskim pałacu”. Okazało się że  zdechł ulubiony kot monarchini. Takie są prawa rynku i zawsze tak było. Jednak takie zabiegi w poważnej, niebulwarowej prasie są przecież niedopuszczalne. Tak samo jak niedopuszczalna jest kradzież tytułów, bądź nieznaczne tylko ich przerabianie – co zresztą na jedno wychodzi.

Mając jednak współczucie dla zapracowanych dziennikarzy, nie mających czasu na wymyślanie oryginalnych tytułów i nie przywiązujących wagi do tego czy kradną klasyczne tytuły czy nie, pozwolę sobie zaproponować im kilka chwytliwych tytułów na różne okazje.

Szkice węglem – na okoliczność artykułów i innych form opiewających trud górnika, trudną sytuację górnictwa lub podejmujących temat przekrętów w sferze handlu węglem. Co prawda Sienkiewicz pisząc „Szkice węglem”, ukazał porażający moralnie stan polskiej wsi po powstaniu styczniowym, samotność chłopa, któremu nie pomagają ani ksiądz, ani dziedzic, ale co tam… tytuł jest fajny i pojemny.

Popioły – dla artykułów o marnym stanie zabezpieczeń przeciwpożarowych, o niebezpieczeństwie nieszczelnych instalacji gazowych i skutkach niesprawdzania kominów. W oryginale, u Żeromskiego, mamy do czynienia z epopeą napoleońską, zawiedzionymi nadziejami Polaków, ale nic to. Tytuł jest naprawdę dobry.

Eros na Olimpie – fantastyczny tytuł dla rzeczy o intymnym życiu naszych warszawskich elit. I choć Jan Parandowski pisząc „Erosa na Olimpie”, żartobliwie zgłębiał i analizował życie miłosne greckich bogów, ale u Parandowskiego przecież, też chodzi o ważnych osobników.

Bramy raju – trafny tytuł do rzeczy o kandydatach do Sejmu i Senatu. Autorem tytułu jest Jerzy Andrzejewski, ale już odszedł z tego świata, więc awantur nie będzie. Jego powieść jest alegorią nieludzkich systemów totalitarnych, ubraną w kostium wypraw krzyżowych, ale kto by się tam tym przejmował.

Na zakończenie jeszcze raz powtórzę – dbajmy o oryginalność tytułów, są równie ważne jak to, co zapowiadają.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Obejrzałbym transmisję z egzekucji Breivika

To nie jest siła norweskiego państwa. To słabość. Wyeliminowanie kary śmierci również odbieram jako słabość. Powinna wisieć mieczem Damoklesa nad niektórymi zbrodniarzami. Niektórymi. Rzadko, naprawdę rzadko powinna być wykonywana. Breivik.

43-letni dziś Andreas Breivik znów stał się gwiazdą mediów. W 2011 roku zamordował 77 osób. W zdecydowanej większości strzelał do młodych, bezbronnych ludzi, jak do kaczek. Akcję starannie zaplanował. Zimny i systematyczny. Proces zbrodniarza stał się okazją do prezentowania przez niego rasistowskich, nazistowskich poglądów. Chore i głupie. Dostał najsurowszą w Norwegii karę, 21 lat więzienia z opcjami: 1. Wcześniejsze wyjście po 10 latach, 2. Przedłużenie wyroku, jeśli uznano by go za zagrożenie dla społeczeństwa. Skarżył się na warunki odbywania kary, które można by porównać do pobytu w trzygwiazdkowym hotelu. Nawet się o to procesował.

Teraz postanowił ubiegać się o wcześniejsze zwolnienie. I tu dochodzimy do sedna. Sąd pozwolił na telewizyjną transmisję jego przemówienia. Resocjalizacja nie przebiegła jednak pomyślnie. W świat poszły zdjęcia, na których Breivik hajluje przed sądem, na których pokazuje kartki z rasistowskimi przekazami, z tymi samymi, które w 2011 roku miały uzasadniać jego zbrodnie. Dziennikarze zastrzegali się, że transmisja będzie z 1-minutowym opóźnieniem, tak, żeby można było wyciąć ewentualne, jakieś kontrowersyjne treści. Tyle, że tam były same kontrowersyjne treści. Pełen nienawiści bełkot mordercy. Opowiadał, że „przez następne 50 lat będzie walczył w nordyckim ruchu oporu”, albo że po wyjściu z więzienia „założy niewojowniczy ruch nacjonalistyczny w Europie”. Mówił też, że jest kandydatem do norweskiego parlamentu z ramienia partii nazistowskiej. Nic nieznaczące brednie? Niby tak, ale jednak chyba nie.

Zbrodnie i wystąpienia Breivika zainspirowały wielu terrorystów, którzy strzelali do niewinnych ludzi dopisując do tego ideologiczne przesłanie prezentowane przez Norwega w swoim manifeście. 18-letni David Ali Sonboly dokładnie w piątą rocznicę zamachów Breivika, 22 lipca 2016 roku zastrzelił w galerii handlowej w Monachium 10 osób, a ranił prawie 40. Fascynował go Breivik. Ten sam, któremu Norwegowie pozwalają teraz w czasie transmisji prawie na żywo w zasadzie pielęgnować swoją zbrodnię i pamięć o niej. Uczucia rodzin ofiar? Pamięć o ofiarach? Ktoś o tym pamięta?

W Stanach Zjednoczonych na egzekucje morderców zapraszane są rodziny ofiar. Mogą skorzystać, mogą nie skorzystać. Ktoś powie, że to zbyt okrutny spektakl, ktoś powie, że to elementarna sprawiedliwość. Elementarna sprawiedliwość. W zasadzie odchodzi się od bolesnego zadawania śmierci skazańcom. Ostatnią egzekucje na krześle elektrycznym wykonano w lutym 2020. Może to i dobrze.

Stoję na stanowisku, że lepiej dla świata byłoby przeprowadzić transmisję z egzekucji Breivika niż z ubiegania się przez niego o przedterminowe zwolnienie. Obejrzałbym. Elementarna sprawiedliwość. Ten spektakl ze zbrodniarzem podnoszącym rękę w geście hitlerowskiego pozdrowienia, to nie był pokaz siły norweskiego państwa.

Nowotwór złośliwy, rak. Wyciąć, żeby nie było przerzutów.

MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Jaś i Małgosia, czyli niemieckiego obozu koncentracyjnego dla dzieci ślady filmowe

Niemiecki obóz koncentracyjny dla polskich dzieci przy ul. Przemysłowej w Łodzi od zawsze wywoływał emocje i zainteresowanie.

Jego małoletni więźniowie po raz pierwszy przywiezieni zostali w grudniu 1942 roku, zatem z początkiem nowego roku weszliśmy w 80. rocznicę początków obozu. Znakomitym wprowadzeniem w jego historię jest specjalna wkładka – dwunastostronicowy dodatek do „Dziennika Łódzkiego” z końca 2021 roku, przygotowany przez pracowników łódzkiego oddziału IPN.

W zamieszczonych tam tekstach można znaleźć, obok historii i topografii obozu, informacje o podejmowanych dotąd formach upamiętnienia więźniów, w pierwszym rzędzie monumencie „Pęknięte serce”, autorstwa Jadwigi Janus i Ludwika Mackiewicza, a także o filmie dokumentalnym Danuty Halladin Obóz na Przemysłowej i filmie fabularnym Zbigniewa Chmielewskiego Twarz anioła.

Warto więc przypomnieć, że dzieje obozu były częściej źródłem zainteresowania filmowców.

Nie tak dawno atmosferę podgrzała decyzja Facebooka o czasowym zablokowaniu prezentacji filmu dokumentalnego Obóz na Przemysłowej – poznaj nasz strach przygotowanego przez łódzki IPN. Co obszernie relacjonowały media.

Wcześniej, w 2012 roku, powstał filmowy reportaż Nie wolno się brzydko bawić. Hubert Kaszyński, socjolog z UJ, napisał o filmie: „…to historia człowieka, który mając lat 10, został osadzony w niemieckim obozie koncentracyjnym dla dzieci i młodzieży przy ulicy Przemysłowej w Łodzi. W obozowym skierowaniu stwierdzono: Stanisław Sochacki pozostaje bez opieki, włóczył się i żebrze, matka w Rzeszy. Jego historię opowiada Urszula Sochacka – córka więźnia, która prowadzi wewnętrzny dialog z ojcem oraz z tymi, którzy ocaleli.” Największą wartością filmu są relacje nielicznych już byłych więźniów i więźniarek obozu.

Film w pewien sposób przenosi historię do współczesności pokazując, jak przeżycia obozowe byłych więźniów wpływają na następne pokolenia. W scenach współczesnych uczestniczą uczniowie i nauczyciele Szkoły Podstawowej nr 81 im. Bohaterskich Dzieci Łodzi, a także innych szkół. Zainteresowanie autorki (reportażystka, dziennikarka, producentka filmowa) obozem ma zresztą o wiele większy i dłuższy wymiar.

O obozie dowiedziała się po śmierci ojca w 2009 roku. Sprzątając rzeczy po nim znalazła kartkę z informacją, iż był on więziony w obozie dla dzieci.

 Zaczęła tropić temat obozu i tak trafiła do znanej już Szkoły Podstawowej nr 81, gdzie poznała Genowefę Kowalczuk, byłą więźniarkę obozu. Ze spisanych rozmów z nią oraz jej wspomnień złożyła książkę: Eee… tam, takiego obozu nie było, która ukazała się drukiem w 2019 roku.

Najbardziej (dotąd!) niezwykły obraz filmowy inspirowany obozowymi przeżyciami dzieci to Bajka o Jasiu i Małgosi, w konwencji kukiełkowej, którego autor Daniel Zagórski stworzył absolutnie osobny i osobisty, w pełni autorski obraz. Inspirowany znaną baśnią braci Grimm „twórczo” zaadaptowaną przez nazistowskich następców. Dwoje dzieci trafia do zamkniętej przestrzeni, z barakami, parkanem, strażniczymi wieżyczkami, oślepiającymi reflektorami. Nadzorcy o ptasich dziobach, w mundurach, na których da się rozpoznać hitlerowskie insygnia. I dzieci: drewniane marionetki z twarzami, które są autentycznymi fotografiami bezimiennych więźniów z obozowej dokumentacji.

W obozie dzieci pracują: dziewczynki szyją, chłopcy naprawiają jakieś części żołnierskiego ekwipunku, ciągną ciężki walec. Niektóre są zamykane w pomieszczeniu, gdzie ich ciała zostają oplątywane w kokony przez monstrualne ćmy. Tak zawinięte wywożone gdzieś na wózku. Alegoria zniemczenia? Czy może tak autor pokazał ich wyzysk, wysysanie z nich sił i życia?

Obraz filmowy niejednoznaczny w wymowie, fascynujący w oglądaniu; wędrówka przez kręgi zwyrodniałego świata. Inspirowany dziejami rzeczywistego obozu, o czym autor informuje na końcu. Film powstał w 2012 roku, pokazano go na kilkudziesięciu festiwalach w Polsce i na świecie, można i trzeba go obejrzeć, bo jest dostępny w sieci.

HUBERT BEKRYCHT: Pandemia medialnej głupoty, czyli informacyjna wojna na fakty i fake newsy

Nie napiszę tutaj, czy się szczepić, czy nie. To sprawa każdego z nas. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Chodzi tylko o to, aby media nie serwowały nam głupiutkiej papki faktów pełnych fake newsów i fake newsów przemieszanych z faktami, bo chodzi o życie milionów ludzi.

Media miały nie szkodzić, a dziennikarze, jak lekarze, mieli nie być rzecznikami lobby powstających tak szybko, jak dziś komisje senackie. Niestety, wielu lekarzy przepisuje leki, za które od koncernów farmaceutycznych otrzymują atrakcyjne „prezenty” takie jak safari w Kenii, czy telewizor o przekątnej ekranu przekraczającej powierzchnię ścian w prywatnym gabinecie. Niestety, wielu dziennikarzy, nawet bez „prezentów” promuje durne teorie dotyczące zarazy spowodowanej przez koronawirusa (SARS-CoV-2).

Media mające przewagę w Internecie przekazują covidowe teorie na podstawie faktów z dodatkiem fake newsów i fake newsy uwiarygodniające się szczyptą faktów. To tak, jak wspomniane senackie komisje, w których zasiadają opozycyjni parlamentarzyści izby wyższej. Powołują na świadków zagranicznych szpiegów i analityków, aby udowodnić, że polskie służby robią to do czego zostały powołane, czyli inwigilują ludzi działających wbrew polskiemu prawu, nawet tych, którzy są prominentnymi przedstawicielami opozycji. COVID-19 to jednak nie zabawa w politykę i prowokacje funta kłaków nie warte.

Gdyby przemieszane z nieprawdą informacje dotyczyły tylko polityki, edukacji, reguł matematycznych, a nawet spiskowych teorii dziejów, nie byłoby to aż tak szkodliwe. Sprawa jednak dotyczy naszego zdrowia i tutaj media powinny przekazywać fakty oraz zdania odrębne w równych proporcjach. Wiele stacji telewizyjnych, radiowych, gazet i portali stara się to robić, chociaż łatwo nie jest. Niestety, w internetowej rzeczywistości, szczególnie na portalach społecznościowych będących przecież częścią mediów, hula głupota połączona z pazernością właścicieli mediów serwujących nam prawdę homogenizowaną, czyli nieprawdę. Klikalność przesłania rozum, a tu chodzi o życie i zdrowie milionów ludzi.

Prawdziwe media powinny ostrożnie i odpowiedzialnie przekazywać wszystko to, co dotyczy pandemii. Koronawirus to nie opozycja, bo patogen nie znosi próżni. Patogen nie chce kandydować, nie chce mieć większości mandatów parlamentarnych, nie chce tylko gadać. Patogen chce zabijać, a dziennikarze powinni w tym przeszkadzać, a nie kreować chaos w imię źle, naprawdę źle, rozumianej wolności a raczej „wolności” słowa. Jeśli w niektórych redakcjach tego nie rozumieją rozpuszczając fakty w śmiesznych teoriach i odwrotnie, należy rozpędzić takie redakcje. Tylko fakty w sprawie SARS-CoV-2 i dwa, trzy różne stanowiska o pandemii.

Głupich mediów nie brakuje, jeśli mają odbiorców, niechaj sobie będą. Jeśli jednak wprowadzają w błąd w sprawie pandemii,  w sprawie naszego zdrowia, trzeba je po prostu zamknąć. Pora skorzystać z tego prawa. Kto to zrobi uratuje mnóstwo istnień ludzkich.