WALTER ALTERMANN: Teoretycznie można, ale nie wypada

Trochę się pozmieniało, również z językiem. Pojawiają się neologizmy najczęściej utworzone od dawnych słów lub nadające dawnym słowom nowe znaczenia. Burzliwy rozwój mediów społecznych otworzył zasób słownictwa, nie poddając tego otwarcia żadnym rygorom. Z jednej strony to dobrze, bo jakakolwiek cenzura jest niedopuszczalna, ale z drugiej – ludzie piszą jak potrafią. I nie chcą się uczyć.

Słyszę, jak polityk mówi do kamer i mikrofonów: „Mamy do czynienia z wieloma ryzykami”. A przecież „ryzyko” w języku polskim miało przez wieki tylko liczbę pojedynczą. Jednak coraz częściej pojawiają się te „ryzyka” jako liczba mnoga słowa „ryzyko”. Dla polityków i dziennikarzy powstaje problem, gdy chcą powiedzieć, że zjawisko ryzyka występuje na przykład w różnych obszarach gospodarki, rozbudowy infrastruktury czy bankowości.

Prawidłowo zdanie powinno brzmieć: Zdajemy sobie sprawę, że musimy podjąć decyzje niosące z sobą ryzyko w sferze handlu paliwami i gospodarki leśnej. Ale nie taką drogą idzie mówca, bo chce być poważny i naukowy. Więc mówi, że: „W obszarze handlu paliwami i gospodarki leśnej występują u nas ryzyka”.

Słownik Języka Polskiego PWN podpowiada nam, że „ryzyko” to: 1. możliwość, że coś się nie uda; też: przedsięwzięcie, którego wynik jest niepewny; 2. odważenie się na takie niebezpieczeństwo; 3. prawdopodobieństwo powstania szkody obciążające osobę poszkodowaną niezależnie od jej winy, jeśli umowa lub przepis prawny nie zobowiązały innej osoby do wyrównania szkody.

W słowniku PWN nie ma mowy o liczbie mnogiej. Ale… w słownikach mediów społecznych już „ryzyka” są jako mianownik liczby mnogiej. Te społeczne słownik odnotowują po prostu to jak się dziś mówi i pisze. Jednak nie sądzę, żeby jacyś poważni językoznawcy na te słowniki mieli wpływ. Zasada – ludzie tak mówią, więc jest dobrze – nie jest najlepszą zasadą.

Powiedzmy inaczej – jeżeli teoretycznie słowo „ryzyka” funkcjonuje, więc można założyć, że używający go nie popełnia wielkiego przestępstwa (odstępstwa) wobec zasad. Ale to jednak nie tak. Bo nawet, bo gdyby można było, to jednak nie wpada. Zasada trzymania się utartych zasad, starych norm języka, jest dobra, bo stawia tamę pseudonauce, powstrzymuje dziki napływ neologizmów.

Podobny, jeśli nie ten sam, problem występuje z użyciem zwrotu „nasze polityki”. Pan Dominik Kozaczka z Collegium Civitas napisał nawet artykuł „Polityki publiczne jako proces”, w którym opisuje „polityki publiczne”. Autor pisze we wstępie: „Polityka publiczna jako dyscyplina wiedzy wyłoniła się z tradycji anglosaskiej, głównie w Stanach Zjednoczonych, gdzie wypracowano i uporządkowano wiodące teorie. Natomiast w Polsce ta nowa dyscyplina naukowa dopiero powoli dojrzewa, a jej dorobek teoretyczny nie jest zbyt wielki. Mimo że pewne polityki sektorowe (np. społeczna lub edukacji), mają już dość duże osiągnięcia na polu nauki”.

Zatem w naukach społecznych pojęcie wielości polityk nie tylko występuje, ale jest powszechnie używane i naukowcy uważają je za normalne. Jednakże w języku polskim nadal obowiązuje zasada, że polityka jest wyrazem występującym jedynie w liczbie pojedynczej. A „polityki” to jedynie w bierniku liczby pojedynczej.

Prawdopodobnie w USA, gdzie (cytując naukowca) „…wypracowano i uporządkowano wiodące teorie.” jest inaczej i język angielski ma również liczbę mnogą „polityki”. Ale u nas nie! Ktoś tę pracę czytał, ktoś ją recenzował… i nie zauważył problemu? A może to tylko samizdat i nikt tego nie czytał przed publikacją?

Przy okazji, autor artykułu zaznacza, że w USA: uporządkowano wiodące teorie. Dzisiaj właściwie wszyscy już używają pojęcia wiodący. I mamy: wiodący kraj, wiodący przemysł, wiodące teorie. Tymczasem wiodący jest spolszczonym rosyjskim „wieduszczyj”. A zatem, uwaga, uwaga… mamy do czynienia z rusycyzmem. Piszę to żartobliwie, bo jakoś nie wypieramy się germanizmów czy czechizmów, kochamy anglicyzmy, ale rusycyzmy nas bolą. Po polsku zatem należałoby powiedzieć, że: „… w Stanach Zjednoczonych uporządkowano przewodnie teorie”. Bo odpowiednikiem rosyjskiego wieduszczyj jest właśnie przewodni. Mamy nawet przecież zapomniane już określenie przewodnia niedziela.

Zostawmy jednak naukowca i wróćmy do polityków. Ostatnio jeden z ważniejszych stwierdził publicznie: „mamy jeszcze drugą alternatywę”. Z początku myślałem, że w sumie nie jest z nami źle, bo mamy aż cztery wyjścia. Ale nie, polityk „przybliżył problematykę” i wyszło na to, że miał na myśli alternatywę łacińską, klasyczną – czyli że mamy do wyboru dwa sposoby na rozwiązanie sprawy.

 Są w narodzie poważne trudności ze zrozumieniem czym jest alternatywa. Dlatego polityk mówi, że mamy tę drugą alternatywę. Chłop niby dorosły, po studiach a mówi dziwnie. Dlaczego? Bo alternatywa jest pojęciem abstrakcyjnym. Jej desygnat nie ma fundamentów, piwnic, nie spala benzyny, nie da się go zjeść ani użyć do budowy drogi. Powtórzmy – alternatywa jest pojęciem abstrakcyjnym.

Według Słownika Języka Polskiego PWN, alternatywa opisuje sytuację, gdy mamy dwie wykluczające się możliwości; lub też oznacza: konieczność wyboru między dwiema wykluczającymi się możliwościami.

Profesor Jerzy Bralczyk zaś pisze tak: Alternatywa to wybór jednej z dwu możliwości. Przed alternatywą często stoimy: musimy wybierać. Coraz częściej alternatywą nazywamy też jedną z możliwości wyboru, przeciwstawianą innej, np.: Alternatywą dla europeizacji jest afrykanizacja.

 I jeszcze jeden problem językowy. W ostatnich kilku dziesięcioleciach (właściwie już od 1945 roku) utrwalił się sposób informowania społeczeństwa o smutnych, trudnych i kłopotliwych przypadkach. Oto polityk lub dziennikarz mówi, na przykład: „W ostatnim czasie wystąpiło zjawisko wzrostu cen nawozów.”

Szanowni Państwo, zjawiskami, na które władza nie ma wpływu są opady deszczu lub śniegu, upały lub mróz, szadź i gołoledź. Bo taka jest uroda przyrody. Natomiast, gdy słyszę, że: „Mamy do czynienia z występującymi powodziami i podtopieniami” to zastanawiam się czy rząd nie zaniedbał budowy wałów przeciwpowodziowych i zrzuca odpowiedzialność na „odwieczne prawa natury”.

Maniera sugerowania bezosobowych działań jest okropna językowo i niebezpieczna politycznie. Bo nie ma tak, że: „Nastąpiła wycinka drzew rosnących na obszarze chronionym”, bo te drzewa same się nie wycięły. Ktoś konkretny je wyciął. Podobnie jest z katastrofami budowlanymi. Czytam: „zawalił się budynek” i podejrzewam, że ktoś do tego dopuścił. Ale nie, bo z tekstu wynika, że zawalił się sam. Stało się, zrobiło się, doszło do czegoś, miało coś miejsce jest objawem unika odpowiedzialności. Jeżeli czytam, że na wczasach doszło do masowego zakażenia salmonellą, to muszę sam sobie tłumaczyć, że ktoś jednak tych wczasowiczów podtruł. Ale nie, bo tekst głosi przecież, że „doszło”.

Owszem, po latach prokuratura znajduje a sądy skazują winnych katastrof, ale to jest małą czcionką i na piątej stronie, na dole, w poniedziałkowym wydaniu.

Podejrzewam też, mówienie o „wielu ryzykach, wielu politykach” jest typowe dla osób pragnących uniknąć odpowiedzialności. Oto bowiem mówca ujawnia, że nie chce mieć nic wspólnego z jakimikolwiek niepowodzeniami i nie ponosi odpowiedzialności za podejmowanie „ryzykownych decyzji, realizację wielu polityk”. A właśnie za podejmowanie decyzji, czyli za ryzykowanie mu płacą!

I to by dzisiaj „było na tyle”. Ale o tym powiedzeniu Jana Tadeusza Stanisławskiego, który to żart tak wielu pokochało a tak niewielu zrozumiało, porozmawiamy już w następnym odcinku.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Bierutowszczyzna i Michnikowszczyzna przeciw mjr. Zygmuntowi Szendzielarzowi

Sejm uczcił minutą ciszy pamięć zamordowanego 71 lat temu mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”. Ale posłowie (post)komunistycznej lewicy nie wstali, a niektórzy z Koalicji Obywatelskiej wyszli z sali. Czyli Bierutowszczyzna i Michnikowszczyzna w pełnej, czerwonej krasie.

Hejt na „Łupaszkę” ma swoją historię w III RP. W 2006 r. posłowie PiS-u przygotowali projekt uchwały, który stwierdzał na wstępie: „Pięćdziesiąt pięć lat temu, 8 lutego 1951 roku, zamordowany został w komunistycznym więzieniu major Zygmunt Szendzielarz »Łupaszka«. Żołnierz do końca wierny Niepodległej Polsce, za swoją służbę dwukrotnie odznaczony Orderem Virtuti Militari”. Inicjatywa spotkała się z ostrym atakiem (post)komunistycznej lewicy i sprzyjających jej mediów.

Dzień po dyskusji z 2006 r. „Trybuna” na czołówce opublikowała artykuł pod znamiennym tytułem: „Ich krwawy idol”. Autor – poseł SLD Piotr Gadzinowski – bajdurzył, że „Łupaszka” miał czynnie zwalczać dążenia niepodległościowe Litwinów, Białorusinów i Ukraińców, a więc uhonorowanie go miało przeczyć polskiej idei… wstąpienia do UE. A przede wszystkim, że obciąża go śmierć „niewinnych” milicjantów, członków PPR, funkcjonariuszy UB i NKWD. Gadzinowski zarzucał ponadto Szendzielarzowi współpracę z niemieckim okupantem, czego finałem miała być odmowa wzięcia udziału w operacji „Ostra Brama”, mającej na celu wyzwolenie Wilna razem z „bratnimi” oddziałami sowieckimi.

W sierpniu 2016 r. w telewizji „Superstacja” w programie Elizy Michalik aktor-celebryta Piotr Zelt ujawnił, że boi się o swoje dziecko, „w jakim kraju będzie żyć, jakiej historii będą go uczyć”. I przestrzegał przed uczeniem o Żołnierzach Wyklętych, jakimś „Łupaszce” z Podlasia. „Powiedzmy sobie szczerze, że to byli bandyci” – oświadczył Zelt, dodając: „Kreowanie takich bohaterów i deprecjonowanie ludzi, którzy mieli niekwestionowany dorobek w odzyskiwaniu ludzkości, jest okropne”. Można było się domyśleć, że Zelt przeciwstawił Żołnierzom Wyklętym Lecha Wałęsę.

I może zostawilibyśmy celebrytę w spokoju, gdyby ta skandaliczna wypowiedź była odosobniona.

Przypomnijmy słowa dziennikarza Tomasza Lisa, który kilka miesięcy wcześniej (w lutym 2016 r.) napisał o państwowym pogrzebie majora/pułkownika WP Zygmunta Szendzielarza: „Prezydent RP oddawał dziś cześć mordercy cywilów, >Łupaszce<”.

Siostrzenica Szendzielarza Halina Morawska odpowiedziała: „Nazywając bohatera mordercą, szarga Pan nie tylko dobre imię Zmarłego w dniu Jego pogrzebu, ale również depcze Pan dorobek Żołnierza Polskiego walczącego do końca o wolną i niepodległą Polskę”. Naczelnemu „Newsweeka” zarzuciła kłamliwą komunistyczną propagandę, legitymizującą zbrodnie na Polakach. Zażądała przeprosin w mediach. Tomasz Lis nie przeprosił.

Na portalu oko.press Adam Leszczyński w ubiegłym roku napisał tekst pod jakże znamiennym tytułem: „Chwalenie zbrodniarzy i czystka polityczna na Powązkach. Prawica świętowała wyklętych”. Zdaniem tego skrajnie lewicowego żurnalisty 1 marca „nieprawdy o <<wyklętych>> mówili m.in. Duda, Morawiecki i Macierewicz”. Autor „zapomniał”, że panowie mają imiona i pełnią publiczne funkcje.

Na koniec Leszczyński cieszył się z rocznicowego hejtu tzw. Lewicy, czyli de facto (post)komunistów. W ramach „happeningu” stołeczną ulicę Żołnierzy Wyklętych grupka lewackich działaczy przemianowała na ulicę ich ofiar, a obecna wśród nich posłanka Anna Maria Żukowska takimi słowami uczciła narodowe i państwowe święto: „Nie ma naszej zgodny na wrzucanie do jednego worka bohaterów takich, jak gen. Nil czy rotmistrz Pilecki, ze zbrodniarzami jak „Łupaszka”, „Ogień” czy członkowie Brygady Świętokrzyskiej”. Problem w tym, że to poprzednicy z PPR i PZPR wrzucali wszystkich wymienionych bohaterów może nie do jednego worka, tylko po zamordowaniu do bezimiennych dołów śmierci.

Idźmy dalej. Działacz i polityk lewicowy Piotr Szumlewicz napisał na Twitterze (1 marca 2018): „Pamiętamy, że Bury, Ogień, Łupaszka to zbrodniarze, którzy haniebnie zapisali się w historii kraju. Warto natomiast w tym dniu przypomnieć o tysiącach cywilów bestialsko wymordowanych przez wyklętych”.

Tak samo formułowane oskarżenia, w 1951 r., doprowadziły do zamordowania Szendzielarza katyńskim strzałem w tył głowy w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Lisowi, Leszczyńskiemu, Szumlewiczowi i im podobnym warto zadedykować słowa wspomnianego dowódcy 5 Wileńskiej Brygady AK mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” (Pomorze, 1946 r.):

Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. My chcemy, by Polska była rządzona przez Polaków oddanych sprawie i wybranych przez cały Naród, a ludzi takich mamy, którzy i słowa głośno nie mogą powiedzieć, bo UB wraz z kliką oficerów sowieckich czuwa. Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości”.

MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Pożytki z czytania ze zrozumieniem albo żołnierze dodatków telewizyjnych

Mam nawyk czytania wszystkiego, co przed oczami. W dodatku do popularnego łódzkiego dziennika – TV pilot nr 5 – zawierającego repertuar stacji i programów telewizyjnych emitowanych w dniach 4-10 lutego 2022 roku, widzę intrygujący tytuł: „Żołnierze Panfiłowa”.

Intrygujący, bo w dzieciństwie zaczytywałem się tłumaczoną z rosyjskiego powieścią Aleksandra Beka” Szosa Wołokołamska”. Jej treścią były dramatyczne dni bohaterskiej obrony jednego z podejść pod Moskwę, którym jesienią 1941 roku nacierali Niemcy. A jednym z bohaterów książki (i rzeczywistej obrony) był generał Iwan Panfiłow.

Zatem, czytam w notce zapowiadającej emisję filmu: „Moskwa, listopad 1941 r. Związek Radziecki przystąpił do II wojny światowej. Niemieckie wojsko podchodzi pod miasto.” Dalej jest kilka słów streszczenia fabuły. Wszystko prawda, tyle że jak w dowcipie o samochodach rozdawanych rzekomo na ulicach Moskwy: okazuje się potem, że nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie samochody, a rowery, i nie rozdają, a kradną.

Zastanawiam się, czy notkę napisał jakiś domorosły filmoznawca, czy też została ona dostarczona przez dystrybutora filmu i bezmyślnie przetłumaczona. W każdym przypadku nie powinna w tej formie pojawić się w druku. Wedle obowiązującej w ZSRR narracji historycznej ten kraj od 22 czerwca 1941 roku toczył z faszystowskimi (ewentualnie hitlerowskimi) Niemcami Wielką Wojnę Ojczyźnianą. I nie przystąpił do niej, ale został zmuszony, bo niespodziewanie zaatakowany, czego skutkiem m.in. były niemieckie czołgi pod Moskwą w listopadzie tego samego roku. Za akt przystąpienia do II wojny światowej można ewentualnie uznać dzień 17 września 1939, kiedy wojska radzieckie rozpoczęły „wyzwalanie” zachodniej Białorusi i zachodniej Ukrainy, czyli zaatakowały i zajęły połowę Polski toczącej wówczas w wojnę z Niemcami.

A wtedy, po wcześniejszych deklaracjach Anglii i Francji, była to już wojna światowa. Historycy pewnie mają ustalone poglądy na te kwestie. Mnie wkurza pisanie nieprawdy w taki sposób, jakby były to historyczne fakty.

Króciutka notatka, zastanawiam się, czy można ją uznać za zwykłe niechlujstwo i brak redakcyjnego nadzoru, czy może jest to jednak element wojny hybrydowej.  W dodatku nie mam pewności, czy takie dodatki z programem telewizyjnym nie są jakoś znormalizowane, centralnie (nawet tylko w części należącej do jednego koncernu) przygotowywane. Może więc nie tylko w Łodzi dało się przeczytać tę wersję historii II wojny światowej? (wspomniane dodatki ukazują się na terenie całego kraju – red.)

Pozostając na tej samej fali podzielę się pewną obserwacją, też związaną z wojną i okupacją. Otóż przed niewielu laty zdarzyło mi się być w Muzeum Powstania Warszawskiego. Byliśmy dość wąską grupką muzealników – można rzecz sami swoi – więc pani przewodniczka poza opowieścią wynikającą z zakresu obowiązujących informacji dzieliła się z nami spostrzeżeniami na różne tematy.

Takie muzealne ploteczki, kulisy, opowiastki o tym, czego nie widać. Opowiedziała też o największym swoim zadziwieniu, z jakim zetknęła się w ciągu wielu lat pracy.  Było to podczas oprowadzania po muzeum grupki młodzieży, zdaje się licealnej, z jakiegoś miasta spoza Warszawy.

W tym akurat wypadku można dodać, że z prowincji, bo jak powiedziano to nie miejsce zamieszkania, ile stan umysłu.Oto pod koniec zwiedzania opiekująca się uczniami pani nauczycielka zapytała o losy Pałacu Kultury w czasie wojny i okupacji niemieckiej!

Takie mamy dzieci chowanie, które potem dorastają i redagują różne notki i notatki, a także telewizyjne dodatki.

HUBERT BEKRYCHT: Pekiński groch z kapustą albo dziennikarska jazda po muldach

Co dziennikarze mogą robić w Pekinie? Co chcą. Byle tylko nie krytykować organizatorów. Media dostały ponoć od komunistycznych Chin wspaniałe warunki pracy, zatem – jak wieść azjatycka głosi – państwo chłopów, robotników i biznesmenów, w związku z odbywającymi się w stolicy ChRL „przełomowymi Igrzyskami Olimpijskimi”, oczekuje od dziennikarzy „należytych” relacji.

Niby nic, bo takich relacji oczekują wszyscy organizatorzy sportowych imprez, ale jednak w tej sałatce z pekińskiej kapusty jest – moim zdaniem – jakiś niestrawny składnik. Centrum prasowe w stolicy Chin jest podobno wygodne, jak fotel Billa Gatesa i rozległe, jak Teksas, tanie, jak dawne sklepy bezcłowe i dyskretne, jak szwajcarski bank. Zadbano nawet o to, aby żurnaliści nie martwili się o nadbagaż w drodze powrotnej.

Zapakowane prezenty

kupione przez dziennikarzy za przysłowiowe chińskie grosze, czyli feny, zostaną wysłane na adres wskazany przez wysyłającego do wskazanego odbiorcy. Na całym świecie. Przedstawiciele mediów narzekają na razie tylko na zapchane toalety, co pozostaje w związku przyczynowo-skutkowym z dobrą jakością jedzenia oferowanego w olimpijskich stołówkach. Posiłki są zróżnicowane, a podają je specjalne roboty. Zapracowany dziennikarz może odpocząć w kafejce, albo – kiedy zmęczenie stanie się nieznośne – przespać się w kabinie w centrum prasowym. Podczas odpoczynku w kapsule warunki wewnątrz przypominają sjestę w kosmosie. O wyposażeniu centrum w elektroniczne gadżety nie potrzeba nawet przypominać. Niektórym

dziennikarzom brakuje pewnie tylko automatów do… pisania

gotowych już informacji i przygotowywania korespondencji. Chociaż, jak mawia mój znajomy jeżdżący często do Państwa Środka, takie automaty zostały już przez Chińczyków wynalezione i gdzieś tam w biurach prasowych stoją – trzeba się tylko rozejrzeć.

Dlaczego chińscy organizatorzy traktują dziennikarzy po królewsku? Tego nie trzeba nikomu wyjaśniać. Dlaczego nieśmiała jest krytyka Igrzysk Olimpijskich w Pekinie prawie we wszystkich mediach światowych? To bardziej skomplikowane, bo igrzyska pekińskie odbywają się podczas pandemii. Na pewno tym właśnie organizatorzy tłumaczyć będą wszelkie niedogodności sportowców, działaczy, dziennikarzy. Oraz cenzurę, która jest chińską specjalnością, szczególnie, jeśli chodzi o Internet.

Już na początku tej wielkiej imprezy Polacy przeżyli szok, bo u wielu z naszych zawodników testy wykazały COVID-19, a ponieważ patogen wywołujący tę chorobę wirus SARS-CoV-2 czuje się w Chinach, jak w domu, płata różne „figle”.

Najpierw „plus”, potem  „minus”, a potem znowu wynik „pozytywny”.

Taką huśtawkę nastrojów przeżyła nasza reprezentantka w short tracku Natalia Maliszewska. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w już w sobotę, nasza zawodniczka, już po izolacji oraz korzystnym dla niej badaniu, pojechała na zawody na swoim koronnym dystansie 500 metrów i… po teście covidowym, który wskazał znowu wynik „pozytywny”, została wyeliminowana z wyścigu, w którym była kandydatką do medalu. Nie wiem, czy nie okrzykniecie mnie zwolennikiem spiskowej teorii olimpijskiej, ale z wielu komentarzy znawców short tracku dowiedziałem się, że miejscowi dziennikarze na zwyciężczynię dystansu, na którym dominuje Maliszewska, typowali jedną z Chinek. Albo nawet trzy. Nie wiem, jak to się skończy, ale Polki w walce o złoto w tej konkurencji już nie ma. Zobaczymy, co będą mówić nasi pekińscy korespondenci sportowi o chińskich zwyczajach związanych z testami covidowymi. Czy zauważą

niesprawiedliwość wobec Pani Natalii, czy tylko pech?

Chociaż, będąc w Chinach, wypada pamiętać, że jest się w komunistycznym państwie totalitarnym, to jednak nic nie wskazuje, że polscy dziennikarze zostali postraszeni programem pozyskiwania organów na przeszczepy dla dygnitarzy ChRL, tak jak więźniowie polityczni Pekinu. Na razie krytyka wobec organizatorów, w przypadku większości naszych dziennikarzy akredytowanych na IO 2022, ogranicza się jednak m.in. do bezlitosnego piętnowania białych nalotów po płynie dezynfekcyjnym w autobusach wiozących reporterów na zawody.

Odkąd międzynarodowe władze sportowe zaczęły powierzać duże imprezy takim „demokracjom”, jak Chiny, Katar, czy Rosja, odwagi życzę nie tylko skoczkom narciarskim, ale też Koleżankom i Kolegom dziennikarzom relacjonującym te widowiska.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wejdą – nie wejdą. Krótka historia „wyzwalania” Polski

Dziś na Ukrainie powraca pytanie: wejdą, czy nie wejdą? Do Polski weszli w 1939 r., wrócili w 1944/45 r. Na Węgry Moskale weszli w 1956 r., do Czechosłowacji w 1968 r., współcześnie do Gruzji, potem na Krym, do Ługańska i Doniecka. Te wszystkie wejścia były agresją, początkiem okupacji, represji, grabieży i zbrodni.

W propagandzie Moskali ich wejście było zawsze „wyzwoleniem”. Rzeczpospolitą „wyzwalał” rosyjski car, pacyfikując narodowe powstania i zsyłając na Sybir. Setki tysięcy Polaków biali Moskale „wyzwolili” na zawsze – zostali na nieludzkiej ziemi. Potem „wyzwalali” nas Moskale czerwoni, ale pochód bolszewickiej zarazy zatrzymaliśmy na linii Wisły. W III RP w podwarszawskim Ossowie władze postawiły pomnik nie polskim bohaterom, ale owym „wyzwolicielom”.

Dzieci „wyzwolicieli” z 1920 r.

17 września 1939 r. Moskale „wyzwalali” nas razem z Niemcami, z tą różnicą, że Niemcy dokonali zbrojnej agresji, a Moskale – wedle oficjalnej wersji historii – tylko swoim wojskiem i czołgami „wkroczyli”. Rządy „pokoju i miłości”, mordując Polaków i znów zsyłając na Sybir, sprawowali do 22 czerwca 1941 r. przegnani przez dawnych sojuszników spod znaku hakenkreutza. No i ostatecznie dzieci „wyzwolicieli” z 1920 r. „wyzwoliły” nas w 1944/1945 r.

„Wyzwalali” szczególnie naszą młodzież, która miała wszelkie dane, aby wyrosnąć na wybitnych naukowców, pisarzy, dziennikarzy, matematyków, artystów. Tymczasem pokolenie II RP zostało po prostu wyrżnięte, a jego miejsce zajmowali przedwojenni komuniści, „ludowi” partyzanci, czy politrucy tzw. Ludowego Wojska Polskiego, tacy jak słynny major/profesor Zygmunt Bauman. W ten sposób, metodą fizycznej eliminacji, drugi sowiecki okupant instalował w Polsce swoje pseudo-elity.

„Wyzwolenie” na „Łączce”

Ale mord założycielski 1944/45 miał silnego sprzymierzeńca w postaci kłamstwa. Komunistyczna propaganda zbrodnię nazwała właśnie „wyzwoleniem”, a „wyzwolenie” oznaczało posyłanie przeciwników politycznych do piachu.

Takim przykładem wyzwolenia od życia jest „Łączka” na Powązkach Wojskowych – warszawski Katyń. Tu do dołów śmierci funkcjonariusze zbrodniczego reżimu zrzucili około 300 zamordowanych polskich patriotów. Tu życia dokonał m.in. rotmistrz Witold Pilecki – człowiek, który chciał naprawdę wyzwolić niemiecki KL Auschwitz siłami stworzonej przez siebie konspiracji więźniarskiej i przy pomocy AK z zewnątrz. Bo Armia Czerwona, 27 stycznia 1945 r., wyzwoliła już tylko słabo chronione druty i baraki z nieliczną liczbą więźniów – baraki, które za chwilę znów zapełniły się więźniami – tym razem antykomunistami.

„Wyzwolenie” KL Stutthof

A tak wyzwolenie innego niemieckiego obozu – Stutthofu (dopiero 9 maja 1945 r.) wspominał bliski współpracownik Pileckiego, mój ojciec Tadeusz Płużański. We wspomnieniach „Z otchłani” napisał:

„Najpierw przyjechało na rowerach dwóch czerwonoarmistów, wzięli do niewoli pozostałą załogę obozu. Po jakimś czasie podjechał gazikiem starszy stopniem oficer. Spytał się, kim jesteśmy i powiedział: <<Nu haraszo. Tiepier wy swabodni, damoj nada idti>>. Chcieliśmy dalej walczyć z Niemcami, wstąpić do Wojska Polskiego, ale już w Elblągu przywitały nas hasła: <<Śmierć bandytom z AK>>, <<Zaplute karły reakcji>>. Wszędzie węszyło NKWD. Więźniów zamykano w myśl zasady – przeżyłeś, to znaczy współpracowałeś z Niemcami”.

700 tysięcy „wyzwolicieli”

15 września 1944 r. Sowieci „wyzwolili” stołeczną Pragę. W sieci katowni NKWD wyrywano paznokcie i mordowano wszystkich, którzy byli albo przynajmniej mogli być wrogami sowieckiej władzy.

17 stycznia 1945 r. przyszedł czas na lewobrzeżną Warszawę. Ponieważ po tej stronie Wisły miasta nie było, Sowieci „wyzwolili” naznaczone krwią powstańców i ludności cywilnej ruiny. „Wyzwolili” dopalające się pozostałości po Pałacu Brühla (wysadzony 19 grudnia 1944 r.) i Pałacu Saskim (wysadzony 27-29 grudnia 1944 r), czy Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy przy ul. Koszykowej (podpalona w połowie stycznia 1945 r. przez wycofujących się Niemców).

Walk o Warszawę, z drobnymi wyjątkami typu Cytadela, czy Lasek Bielański, nie było, bo Niemcy wycofali stąd wcześniej większość swoich sił. Sowieci wzięli polską stolicę z marszu.

Mimo to medalem „za Wyzwolenie Warszawy”, ustanowionym dekretem Prezydium Rady Najwyższej ZSRS z 9 czerwca 1945 r. Sowieci uhonorowali prawie 700 tys. żołnierzy (sowieckich i polskich). A w komunistycznej PRL kazano nam obchodzić rekonstrukcje wielkiej bitwy.

Z kolei dekretem tzw. prezydenta Bieruta z 26 października 1945 r. komuniści ukradli najatrakcyjniejsze warszawskie grunty, a w dużej mierze (gwałcąc własne prawo) stojące na nich nieruchomości. Tak więc mord założycielski 1944/45 miał sprzymierzeńca nie tylko w postaci kłamstwa, ale i grabieży.

Upiorne „wyzwolenie”

19 stycznia 1945 r. w Alejach Jerozolimskich, uprzątniętych specjalnie na tę okazję z gruzu, przy dźwiękach „Warszawianki” defilowały oddziały 1. Armii WP. Defilowały przed honorową trybuną umieszczoną naprzeciw hotelu „Polonia” przed komunistami: Bolesławem Bierutem, Władysławem Gomułką, Edwardem Osóbką-Morawskim, gen. Michałem Rolą-Żymierskim, gen. Stanisławem Popławskim, płk. Marianem Spychalskim oraz sowieckim marszałkiem Gieorgijem Żukowem.

„Upiorne  <<wyzwolenie>> trupa miasta i upiorna defilada na jego cmentarzysku” – pisał Jeremi Przybora. – „Widma chłopców i dziewcząt z AK, wmieszane w tłumy mieszkańców, którzy byli wraz z bojownikami Warszawy jej obliczem i duszą, uśmiechem, rozpaczą i strachem. (…) Parada wyzwolicieli, którzy już nikogo nie wyzwolili”.

200 tysięcy „wyzwolicieli”

Mieli nas „wyzwolić” jeszcze w grudniu 1981 r., ale to kolejna bujda, choć tow. Leszek Miller jeszcze kilka la temu w TVN 24 mówił: „Interwencja sowiecka była realna i kosztowałaby życie 200 tys. Polaków. Generał Jaruzelski według CIA uratował tyle istnień ludzkich. (…) Wielu z tych, którzy demonstrują teraz pod domem generała, mogłoby się nie urodzić, bo ich rodzice by zginęli”.

Ówczesny szef SLD powtarzał bajki tow. Jaruzelskiego. Bo pytanie: wejdą – nie wejdą, było wówczas bezprzedmiotowe. Dlaczego? Wchodzić na teren PRL Moskale nie musieli, bo wciąż mieli tu swoje wojska. 200 tysięcy sołdatów. 200 tysięcy – tow. Millerowi dzwoniło, ale nie w tym kościele (przepraszam – domu partii).

SISDD nr 2 – Subiektywny i ironiczny słownik dziennikarsko-dziennikarski HUBERTA BEKRYCHTA

W proteście przeciwko politycznej poprawności redakcja zastrzega sobie niealfabetyczną kolejność publikacji haseł słownika.

Dziennikarstwo międzynarodowe – specjalność dziennikarzy, którzy byli przynajmniej dwa razy za granicą;

Publicystyka międzynarodowa – specjalność dziennikarzy, którzy byli przynajmniej trzy razy za granicą;

Akredytacja – kłopoty;

Akredytacja międzynarodowa – pozwolenie na napisanie tekstów i realizację materiałów elektronicznych, które akceptuje kraj goszczący (uwaga: w Rosji trzeba mieć jeszcze zezwolenie od weterynarza);

Tłumaczenie symultaniczne – translacja dziennikarska polegająca na takim przekładzie, który zgadzałby się z uprzednio napisanym tekstem;

Legitymacja dziennikarska – dokument, który poszczególne kraje interpretują po swojemu – jak Rosja swoje granice – czyli, jak chcą;

Oznaczenia „Press” – ważne tylko wówczas, kiedy dziennikarze są dalej niż zasięg broni snajperskiej lub podczas bankietów;

Znajomość języków – umiejętność radzenia sobie przy każdym stole bankietowym.

Ciąg dalszy będzie się ciągnąć, ale należy założyć, że publikowane znaczenie haseł może być niezgodne ze stanem faktycznym.

WALTER ALTERMANN: My Portorykańczycy albo o skutkach badania rynku

Film narzuca język narracji mediom. To dlatego wojna przedstawiana jest coraz częściej jako atrakcja.

Jakieś 20 lat temu producenci filmowi z USA zamówili w poważnej firmie marketingowej badania. Zadanie brzmiało: „Kim jest typowy odbiorca amerykańskiej produkcji filmowej”. Firma wzięła się poważnie do pracy, a raport liczył prawie 700 stron. Pełno w nim tabelek, wykresów i algorytmów. W podsumowaniu, na końcu opasłego tomiszcza, znalazło się zdanie warte te kilkadziesiąt milionów dolarów, które zapłacili producenci filmów.

Zdanie to wyglądało tak: „Typowym odbiorcą amerykańskiej produkcji filmowej jest szesnastoletni Portorykańczyk, analfabeta.”

Od publikacji tamtego raportu producenci filmowi w USA jeszcze uważniej czytają scenariusze, jeszcze pieczołowiciej konstruują obsady, jeszcze precyzyjniej dobierają reżyserów i bardziej drobiazgowo przyglądają się końcowemu efektowi na taśmie. Tak, aby – ów precyzyjnie określony w raporcie – widz jak najchętniej szedł do kina. Bo w końcu chodzi o pieniądze, które wyłożyli producenci, i o pieniądze których mogą nie zarobić, a nawet stracić.

Nie wiem czy nasi właściciele stacji radiowych, telewizyjnych, portali internetowych i gazet czytali ten raport, ale postępują dokładnie tak jakby umieli go na pamięć. A może mają własne raporty, jeszcze lepsze? To znaczy jeszcze gorsze dla wymagającego odbiorcy?

Tu wypada przypomnieć, że tak zwane: „słuchalność”, „rozpoznawalność” stacji radiowych i telewizyjnych oraz liczba „wejść”, czyli „klikalność”, na portale przekłada się na konkretne, bardzo duże pieniądze od reklamodawców. Nie wspomnę o nakładzie gazet, bo to oczywiste. A zatem walka nie idzie o żadną tam prawdę, o żaden tam styl i klasę – to jest wojna o pieniądze.

Wracając do rzeczonego Portorykańczyka. Oczywiście nie mam nic przeciwko żadnej nacji, nie mam też nic przeciwko analfabetom, ale jest faktem, że najbardziej kasowe są te filmy, które pojmie każdy. I tak to, proszę Państwa, wygląda.

Zastanówmy się teraz co może Portorykańczyka (także i naszego odbiorcę) odstręczyć od udziału w zbiorowej zabawie pod nazwą „Film i media dla was”. Przede wszystkim towar musi być podany w atrakcyjnej formie, czyli wymagane jest żywe tempo akcji, bohaterowie i narrator (w mediach) muszą mówić zrozumiałymi dla każdego krótkimi zdaniami. Tematy muszą być bliskie każdemu – jedzenie, picie, seks, złodziejstwo, bandytyzm i jak najmniej moralnych wątpliwości, bo te komplikują akcję. Prosty człowiek (a do takiego kierujemy nasze „wypowiedzi”) nie lubi czego nie rozumie. Więc żadnych dwuznacznych postaw, nawróceń bohatera i broń Boże jakiegoś tam odkupienia win. Zatem Szekspir (choćby jako wzór dramaturgiczny) odpada. Świat musi być czarno-biały. Dzisiaj odpada nawet „Ojciec chrzestny”, bo jego fabuła i bohaterowie krojeni są na wzór szekspirowskiej tragedii.

To dlatego mamy coraz więcej nowych filmów, które już chyba widzieliśmy. I nie ma się co dziwić, skoro „Masakra teksańską piłą mechaniczną” sprawdziła się w wersji podstawowej, to producent ciągnie ją w wersji 1,2,3 itd. A zombie? Bez wstydu produkuje się kolejne filmy o żywych trupach. Produkuje się, bo z tego jest kasa. To są oczywiście przykłady ekstremalne, ale przecież powstają kolejne komedie miłosne robione według wzoru, który już się sprawdził.

A temat II wojny światowej? Przecież filmy o niej stały się już nowymi westernami. I jakoś żadnemu z producentów nie zadrży ręka (przy liczeniu pieniędzy), że jest jednak różnica między walką z bandytami na Dzikim Zachodzie a walką z hitlerowcami. Zresztą w produkcji zachodniej II wojna światowa już od kilkunastu lat stała się przygodą z ostrą strzelaniną i hektolitrami sztucznej krwi.

Powiedzmy sobie wyraźnie: film narzuca język narracji mediom. To dlatego Discovery, i pozostałe kanały z nadtytułem Historia, przedstawiają wojnę jako ogromną atrakcję. Mnożą się filmy dokumentalne porównujące uzbrojenie i strategię obu stron. Zupełnie tak, jakby chodziło o wojny punickie. Owszem, z okazji rocznic (jak choćby ostatnio z okazji rocznicy wyzwolenia Auschwitz ukazują się artykuły poważne), ale to przecież tylko na chwilę.

Prasa, w obu formach (elektronicznej i gazetowej) również prześciga się w opisywaniu technik walki. I jakoś nikomu z redaktorów do głowy nie przychodzi, że wojna to śmierć i zniszczenie.

Najlepszy przykład mamy teraz przy okazji sytuacji na Ukrainie. Jest coraz więcej artykułów o uzbrojeniu, jego nowościach, sile tego uzbrojenia. Mamy przeglądy tego co ma gotowego do użycia Rosja, Ukraina i państwa NATO. Zupełnie tak, jakby chodziło o wielki mecz piłkarski Wschód kontra Zachód. Ot, zwykłe zmaganie się, prawie sportowe. A o tym, że w wyniku konfliktu zbrojnego mogą być ofiary jak najciszej, prawie nic.

Zdehumanizowanie mediów jest straszne. Zupełnie tak, jakby panowała zmowa milczenia, żeby o potencjalnych ofiarach pisać mało, a najlepiej wcale. Żeby nie straszyć i nie denerwować tego szesnastoletniego Portorykańczyka. Tego Portorykańczyka, który jest w każdym z nas. A przynajmniej tak zakładają koledzy z prasy, radia i telewizji.

Nie oczekuję, że media okażą się powagą, bo powaga słabo się sprzedaje. Napisałem powyższe, jako ten głos na puszczy. No, ale ktoś musiał to przecież napisać.

PIOTR SAMOLEWICZ: Od korektora do pisarza, kariera Tadeusza Dołęgi-Mostowicza

Tadeusz Dołęga – Mostowicz nim zasłynął jako autor poczytnych powieści, z wielkim powodzeniem i narażeniem życia parał się dziennikarstwem. 

Zamach na młodego korektora i felietonistę chadeckiego dziennika „Rzeczpospolita”, jakim był Mostowicz, przeszedł do legendy II Rzeczypospolitej. Jego przebieg drobiazgowo opisuje Jarosław Górski w książce swojego autorstwa „Parweniusz z rodowodem. Biografia Tadeusza Dołęgi-Mostowicza” (Warszawa 2021). Do zamachu doszło 8 września 1927 roku, gdy Tadeusz Mostowicz wracał wieczorem do domu z długiego dyżuru w „Rzeczpospolitej”. Gdy wysiadł z tramwaju na placu Narutowicza, zajechały mu drogę dwa auta, wyskoczyło z nich siedmiu rosłych mężczyzn i obiło pałkami. Następnie napastnicy zaciągnęli nieprzytomną ofiarę ataku do auta, skuli i zakneblowali  i wywieźli do sękocińskiego lasu (drugi wóz odjechał z miejsca zdarzenia). Po pół godzinie jazdy Mostowicz został wywleczony z samochodu i wepchnięty do rowu. I znów musiał przyjąć na  ciało mocne uderzenia pałkami. Napastników było pięciu z kierowcą. Znęcali się nad Mostowiczem niemiłosiernie i krzyczeli, że biją go „za pisanie  o Marszałku”. Potem zostawili go w lesie ukontentowani dobrze wykonaną robotą i odjechali. Mostowiczowi udało się dowlec do szosy krakowskiej i wrócić do stolicy zatrzymaną chłopską furmanką.

Prowadzący śledztwo prokurator Świątkowski dzięki zeznaniom świadków szybko odkrył, że niepokorny dziennikarz został porwany czarnym buickiem o typie nadwozia torpedo z dużym kufrem z rejestracją świadczącą o tym, że należy do wojewody poleskiego. Potem okazało się, że rejestracja została zdjęta z wozu wojewody i przykręcona do samochodu należącego do komendanta głównego policji pułkownika Janusza Jagryma-Maleszewskiego. Z książki wyjazdów w garażu MSW prokurator dowiedział się, że w czasie porwania i napadu  z czarnego  buicka korzystał porucznik Bolesław Kusiński, były żołnierz POW i  Legionów, bohater wojny z bolszewikami, były oficer Korpusu Ochrony Pogranicza, oddany piłsudczyk. Kusiński przyznał się do tego, że wypożyczył samochód komendanta policji, ale zakrył się honorem oficerskim przed wyjawieniem, w jakim celu to uczynił. Nie przyznał się natomiast do zamiany rejestracji i zamachu na Mostowicza. Do końca nie wiadomo, kim byli pozostali pałkarze. Po Warszawie krążyły plotki, że należeli oni do milicji PPS i że w napaści mógł wziąć udział jej szef Józef Łokieć, mający powiązania z półświatkiem i policją. Sprawę Kusińskiego rozstrzygał sąd wojskowy i jak można się domyślać został on  uniewinniony. O okolicznościach zamachu został szczegółowo poinformowany przez szefa MSW marszałek Piłsudski.

Jarosław Górski w obliczu wielu błędów popełnionych przez napastników wysuwa hipotezę, że mogły być elementem jakiegoś planu, może nie do końca udanego, ale jednak planu, zakładającego wiedzę, kto pobił Mostowicza dla postrachu innych pismaków i wytworzenia sugestii, że na zlecenie jakiejś „góry”. Czas w Polsce po przewrocie majowym był gorący, dochodziło do częstych ulicznych awantur i ataków na dziennikarzy i inne znane osoby, kilka miesięcy po zamachu na Mostowicza został dotkliwie pobity przez dwóch podwładnych Józefa Łokcia, Franciszka Sieczko i Jędrzeja Kowalskiego, prawicowy pisarz i publicysta Adolf Nowaczyński. Niewykluczone, że ci dwaj brali też udział w pobiciu Mostowicza.

Zamach na popularnego dziennikarza był szeroko komentowany przez ówczesną prasę. Choć podpisywał on swoje felietony inicjałem T.M i pseudonimem C. Hr. Zan,   był rozpoznawany jako autor odważnych politycznych tekstów krytykujących sanację za tworzenie koterii, za powstanie tzw. czwartej brygady, czyli nowej elit niewywodzącej się z kręgów dawnych legionistów, wreszcie domagał się uwolnienia generałów WP, którzy podczas zamachu majowego opowiedzieli się po stronie legalnych władz i wyjaśnienia zaginięcia gen. Włodzimierza Zagórskiego.

Ale najważniejsze że Dołęga-Mostowicz nie przestraszył się i nie zrezygnował ze swojej odważnej felietonistyki i komentowania życia codziennego, obyczajowego i politycznego Polski. Jego dziennikarską i wczesną nowelistyczną twórczość przypominają  antologia „Tadeusz Dołęga-Mostowicz. Pechowy literat i inne opowiadania, nowele, humoreski” (Warszawa 2021) w wyborze wspomnianego już Jarosława Górskiego, oraz pięć tomów Wydawnictwa Akademickiego Dialog, jeden  nich nosi tytuł „Dwór polski. Kresy i polityka wewnętrzna”.

Nie polecałbym tych książek Czytelnikom  bez świadomości ich dużej wartości. Lekturze małych, użytecznych form Mostowicza towarzyszy uczucie satysfakcji z obcowania z inteligentnym autorem. Niektóre z nich są oczywiście obciążone publicystyczną doraźnością, ale mimo tego nie tracą  na wartości, inne są w większym stopniu ponadczasowe. Skrzą się humorem i celnymi obserwacjami. W jednym z pomieszczonych w „Dworze polskim” tekście Mostowicz naśmiewa  się z króla Afganistanu, który w Moskwie „schyla koronowaną głowę w hołdzie przed grobem twórcy bolszewizmu, królobujcy, burzyciela tronów”, czyli Lenina. A oto jak dziennikarz puentuje swój krótki tekst o lwowskich oszustach, którzy urządzili płatny casting do filmu kręcąc zdjęcia nie kamerą a maszynką do mielenia kawy: „Sanacja kręci korbą. Przed aparatem tajemniczo przykrytym czarną zasłoną milczenia przesuwa się wąż krygujących się i strojących miny adeptów polityki”. Mostowicz nie przebiera też w środkach w felietonie „Patrzaj, Basiu…”, w którym naśmiewa się z nieszczerego świętowania 3 maja, które polega na „obchodzeniu Konstytucji 3 maja”. Mocny tekst napisany w 1928 roku, czyli już po pobiciu Mostowicza, ale bez cienia nienawiści. W tomiku opracowanym przez Jarosława Górskiego znajdziemy teksty jeszcze bardziej smaczne literacko i wykraczające poza ramy prasowego komentarza w stronę humoreski i  satyrycznej nowelki. Boki można zrywać czytając tekścik „Wywiad z nieboszczykiem”, w którym dziennikarz opisuje salonowe zabawy z wywoływaniem duchów. Jako niedowiarek prosi ducha o to, by wskazał, gdzie jest gen. Zagórski? Ektoplazma mu  odpowiada: „- Panie, pan jest redaktorem, i zadaje mi pan takie pytanie?! Czy pan chce, żeby mnie… skonfiskowano?” „Wywiad z nieboszczykiem” należy do grupy tekstów opartych na dialogu, wyrazistej anegdocie i puencie. To właśnie po nich widać, że przyszły twórca „Kariery Nikodema Dyzmy” i „Znachora” wprawiał się w literackie rzemiosło, że już w latach 1925-1929, gdy regularnie pisał felietony, myślał o pisarskiej karierze. Felietony wychodziły spod ręki dziennikarza bardzo szybko. Improwizował w nich jak uliczny grajek. „Jego starsza siostra Janina wspominała w rodzinnych rozmowach, że redaktorzy potrafili wydzwonić Tadeusza w kawiarni hasłem: „brakuje tekstu” a on ołówkiem na serwetce pisał felieton lub nowelę, zanim goniec zdążył dobiec z redakcji” – pisze Jarosław Górski we wstępie do „Pechowego literata”. Z tą samą sprawnością Dołęga-Mostowicz pisał też powieści na zamówienie w odcinkach. Dzięki nim różne gazety, niekoniecznie endeckie, podnosiły swoje nakłady, a sam pisarz zaczynał coraz lepiej zarabiać. Mostowicz dziennikarz zaczął znikać stopniowo z łam gazet w 1929 roku, by pojawić się w nich w 1930 jako autor odcinkowej powieści „Ostatnia brygada” o polskim awanturniku Andrzeju Dowmuncie, który dorobił się fortuny w Afryce (ale wg  Górskiego i innego badacza twórczości Mostowicza, Józefa Rurawskiego, prawdziwym jego powieściowym debiutem były napisane wcześniej, ale później wydane „Kiwony”). W grudniu 1930 roku na łamach dziennika „ABC” zaczęła  ukazywać się w odcinkach „Kariera Nikodema Dyzmy” stanowiąca obraz wielkiego kryzysu gospodarczego w Polsce z aluzjami do ludzi ze świecznika. Kiedy 2 maja 1931 roku cenzor zatrzymał numer „ABC” z kolejnym mocnym odcinkiem „Kariery…”, gwiazda  Dołęgi-Mostowicza świeciła już mocno na rynku literatury popularnej. Wtedy też zaczęła się rodzić legenda „Kariery…” jako zemsty pisarza za jego pobicie kilka lat temu. Pisarz żądny sławy i pieniędzy podtrzymywał tę legendę. „Kariera Nikodema Dyzmy” jest ważną książką w dorobku Mostowicza także dlatego, że wprowadza do naszej literatury typ silnego, ale jednocześnie niekoniecznie moralnego człowieka, który w zderzeniu ze społeczną materią za wszelką cenę chce odnieść zwycięstwo.

I w tym miejscu wypada zakończyć opisywanie dziennikarskiego rozdziału w bogatym życiu Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Mostowicz do 1939 publikował kolejne powieści, natomiast rzadko już felietony, interesował się także kinem, pisał scenariuszowe adaptacje swoich powieści. W 1939 roku zaczął współpracę z Hollywood, którą przerwał wybuch II wojny światowej. Wzięty pisarz zginął 20 września 1939 roku w Kutach jako kapral WP zastrzelony przez patrol sowiecki. Wykazał się patriotyzmem, nie uciekając z kraju przed wojenną nawałnicą. W Kutach mocnym akcentem przypieczętował swoją sensacyjno-melodramatyczną twórczość, w której starał się oprócz rozrywki przekazywać także poważne moralne i społeczne treści.

 

Tekst ukazał się w numerze 5/2021 „Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie można pobrać TUTAJ.

 

 

 

 

 

 

 

Pomyślałem, że mogę rysować śmiesznie – rozmowa ze ZBIGNIEWEM PISZCZAKO, rysownikiem, karykaturzystą,  satyrykiem

Rysunek satyryczny powinien bazować na prostocie, a nie na zbyt wyszukanej formie, która odwróci naszą uwagę od istoty przekazu. A tak naprawdę najważniejsza jest umiejętność spuentowania – mówi Zbigniew Piszczako olsztyński rysownik, laureat Grand Prix w Międzynarodowym Konkursie na rysunek satyryczny pod hasłem „Albert Einstein. Pokojowe wykorzystanie energii jądrowej”.

Czyżbyś został Zbyszku łowcą nagród?

Od wielu lat biorę udział w różnych konkursach na rysunek satyryczny. Akurat ten konkurs ma rangę międzynarodową i rozgrywany jest w Polsce. Do wyboru były dwie kategorie. Na karykaturę Einsteina i rysunek tematyczny. Ja nie robię karykatur, więc wybór był prosty. Grand Prix dostał ten rysunek, który zdobył najwięcej punktów, bez względu na kategorię. Do tej pory zdarzało się, że otrzymywałem główne nagrody na konkursach satyrycznych, ale Grand Prix dostałem po raz pierwszy. Mam nadzieję, że nie ostatni.

Rysunek satyryczny i karykatura, to w twoim przypadku bardziej pasja, czy zawód?

To pasja i odskocznia, wycisza i uspokaja. Nic nie muszę, a mogę skomentować, czasem rozbawić, czasem zawstydzić. A otaczająca rzeczywistość ma różne barwy i odcienie. Tematy same „wciskają się” i w zależności od nastroju i weny twórczej są szybko lub wolno narysowane.

Czy zamiast kończyć Wydział Mechaniczny ART, nie lepiej było studiować jakieś sztuki plastyczne?

Patrząc z dzisiejszej perspektywy wybór był właściwy. Pracując w firmie mam stałą pensję i nie muszę się martwić jako artysta o zlecenia. Robię to co lubię, kreuję wydarzenia artystyczne, w innych uczestniczę. Mogę spokojnie zajmować się rysunkiem satyrycznym. Jeżeli jest taka możliwość to opublikować w prasie, a z tym jest wręcz tragicznie, coraz mniej gazet korzysta z naszych usług. Mogę też wysyłać swoje rysunki na konkursy.

Kiedy odkryłeś w sobie talent do satyrycznego rysowania?

Trochę z przypadku. Kiedy byłem na studiach, a był to wówczas okres gorący w polityce, narodziny ruchu Solidarności. Oglądając rysunki w prasie codziennej, pomyślałem, że ja też mogę tak „rysować śmiesznie”. Teraz jak patrzę na te pierwsze „prace”, to prawdę powiedziawszy lepiej by było żeby ich nikt nie zobaczył. Nadają się bardziej jako szkic do nowego pomysłu. W pewnym momencie jeden z nestorów olsztyńskiej karykatury Aleksander Wołos powiedział mi: wiesz Zbyszek, jesteś rozpoznawalny po kresce, widać kto to rysował. Można powiedzieć, że to była nobilitacja. Więc komentuję wydarzenia społeczne, polityczne i sportowe do dziś.

Specjalizujesz się w jakimś konkretnym rodzaju rysunku satyrycznego?

W czasach kiedy były większe możliwości publikacji, a gazety chętniej zamieszczały rysunki satyryczne, tematyka moich prac była bardziej różnorodna. Dziś większość dotyczy tematyki sportowej ponieważ są publikowane w dziale sportowym „Gazety Olsztyńskiej”. Dla „Życia Olsztyna” ilustruję przewrotne dyskusje Jacka Panasa i Andrzeja Brzozowskiego. Nie robię jedynie karykatury portretowej.

A Niecodziennik ?

To specyficzny periodyk, który wymyśliłem w 2018 r. podczas Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Zacząłem wówczas rozsyłać wśród znajomych rysunki w formie jednostronicowej gazetki komentującej mistrzostwa. Ponieważ każdy kolejny numer był przyjmowany ciepło i z prośbą o jeszcze… więc wychodzi stale, z podtytułem „psychoanalityczny nieregularnik periodyczny”. Teraz również jest publikowany na Facebooku.

Odziedziczyłaś po kimś te umiejętności?

Mój tata poza pracą zawodową zajmował się malarstwem sztalugowym. Jest typowym realistą. Gierymski, Szyszkin, Kossak to jego klimaty. Popełniłem jeden mały obraz olejny i na tym się skończyło. Ciągnie mnie do akwareli i pasteli, które wykorzystuję przy wykonywaniu rysunków satyrycznych. Z drugiej strony wykorzystuję komputer do kolorowania rysunków, ponieważ w druku barwa jest bardziej czysta i wyrazista.

W rysunku satyrycznym ważniejszy jest pomysł, czy umiejętności?

Może to być pomysł i wówczas sam rysunek schodzi na plan dalszy. Czasami technika wykonania, ujęcie. Najlepiej jednak jeżeli te dwa elementy się połączy. Uważam, że rysunek satyryczny powinien bazować na prostocie, a nie na zbyt wyszukanej formie, która odwróci naszą uwagę od istoty przekazu. A tak naprawdę najważniejsza jest umiejętność spuentowania.

Często można się podeprzeć tzw. „dymkiem”?

Tylko ten „dymek” powinien stanowić integralną część rysunku. On w sumie ułatwia przekazanie informacji i odczytanie intencji autora. Jest prawie jednoznaczny, mówię prawie, ponieważ tekst w dymku umożliwia także umiejętne zastosowanie gry słów. Z drugiej strony można iść na totalną łatwiznę, zmieniając „dymki” pozostawić ten sam rysunek.

W przypadku tekstu istnieje możliwość zmiany, poprawki, a jak to jest w przypadku rysunku, jak coś się nie uda, wędruje do kosza?

Nie… jest gumka, ołówek, chwila zastanowienia i wówczas robię nową wersję pomysłu. Czasami robię kilka wersji jednego pomysłu bo skojarzenia, które przyszły do głowy są wieloznaczne.

Czy zdarzyło się, że twój pomysł został inaczej odczytany, niż sobie zakładałeś?

Niejednokrotnie, ale głównie gdy jest to rysunek bez tekstu. W takim przypadku jest większa dowolność interpretacji. Czasami, wyjęty po latach z szuflady rysunek nabiera innego znaczenia w nowym kontekście politycznym czy społecznym. Dostaje jakby nowe życie.

Zajmujesz się także ilustracjami książkowymi, czy one też mają charakter satyryczny?

Zawsze chciałem wykonać serię ilustracji książkowych, ale nie spodziewałem się, że kiedyś to nastąpi. A jednak… nazbierało się tego trochę. Wszystkie moje ilustracje są z nutką satyryczną, z dozą humoru. W ubiegłym roku wydaliśmy jako oddział SDP bardzo ciekawą książkę „Twarze olsztyńskiej estrady” autorstwa Andrzeja Brzozowskiego, zawierającą 52 wywiady z artystami, zdjęcia, anegdoty i moje rysunki satyryczne związane tematycznie z muzyką.

Masz też pewne doświadczenie estradowe?

Z kabaretem „Kaczki z Nowej Paczki” w ramach „Twórczego Miejsca Olsztyna” (organizowanym wspólnie z TMO) przeprowadzaliśmy na żywo konkurs na najlepszy „dymek” do moich rysunków. Ponieważ było to bardzo zabawne, kilka razy wystąpiłem również w ich programie estradowym.

Co teraz robisz ciekawego?

W 2018 roku wyszedłem z inicjatywą zorganizowania ogólnopolskiego konkursu na rysunek prasowy, którego celem jest nagrodzenie najlepszego rysunku roku. Mamy w kraju różne konkursy satyryczne, ale nikt nie nagradza karykaturzystów publikujących w prasie, która coraz rzadziej korzysta z tej formy komentarza. Oddział Warmińsko-Mazurski Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zaakceptował pomysł i został głównym organizatorem konkursu. Zaproponowałem także by patronem konkursu został nasz olsztyński karykaturzysta, malarz i pastelista Aleksander Wołos. W tym roku mamy już 4. edycję konkursu. Na początku lutego zostaną ogłoszone wyniki i dowiemy się jaka praca została rysunkiem roku 2021. Na tym nie koniec działalności promocyjnej, czeka mnie jeszcze zorganizowanie wystaw objazdowych i pokazanie najciekawszych prac nie tylko w regionie, ale i w kraju. Trzecią edycję pokazaliśmy w 15 miejscach wystawienniczych, oczywiście w Olsztynie, ale i w Mrągowie, Sosnowcu, Olecku, Pieniężnie, Opolu, Świątkach, Wąchocku czy Pabianicach. Bardzo ciekawa była prezentacja wystawy pokonkursowej w Hołownie, w rodzinnej miejscowości patrona konkursu Aleksandra Wołosa. Została pokazana w starej, zabytkowej stodole, rysunki rozwieszono bezpośrednio na drewnianych ścianach, a wieczorem wszyscy bawili się przy muzyce w klimatach ukraińsko-polskich w wykonaniu kapeli Drewutnia.

Na koniec proszę o anegdotę

Byłem początkującym rysownikiem. Poszedłem na wystawę i zarazem spotkanie karykaturzystów, usiadłem z boku. Kilka osób już znałem, jak Józefa Burniewicza, który roztaczał wielkie plany stojące przed olsztyńską karykaturą. Po spotkaniu podszedł do mnie starszy, dystyngowany pan, który siedział niedaleko mnie i coś szkicował, zapytał o nazwisko i pokazał rysunek. Jesteś tu nowy, będę przyglądał się twoim poczynaniom – powiedział. I tak poznałem Edwarda Michalskiego znakomitego karykaturzystę, który narysował moją facjatę będącą do dziś najlepszą moją karykaturą.

 Dziękuję za rozmowę

Rozmawiał Andrzej Zb. Brzozowski

 

Rysunek Zbigniewa Piszczako pt. „Kroplówka” nagrodzony Grand Prix w Międzynarodowym Konkursie na rysunek satyryczny „Albert Einstein. Pokojowe wykorzystanie energii jądrowej”

 


Zbigniew Piszczako

Olsztyński satyryk, rysownik, karykaturzysta i ilustrator. Członek Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury (SPAK) oraz Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Absolwent Akademii Rolniczo – Technicznej w Olsztynie. Rysuje do prasy od 1986 roku. Związany głównie z czasopismami Warmii i Mazur. Stały współpracownik „Nowego Życia Olsztyna” i „Gazety Olsztyńskiej”. Wielokrotnie nagradzany na konkursach ogólnopolskich rysunku satyrycznego. Uczestnik wielu wystaw krajowych i zagranicznych. Na początku tego roku Zbigniew Piszczako otrzymał Grand Prix w Międzynarodowym Konkursie na rysunek satyryczny, który przebiegał pod hasłem „Albert Einstein. Pokojowe wykorzystanie energii jądrowej”. Zgłoszono 692 prace 376 autorów z 52 krajów. Do II etapu zakwalifikowano 167 prac 130 autorów z 42 krajów. Międzynarodowe (jedenastoosobowe) jury najwyżej oceniło pracę Zbyszka pt. „Kroplówka”. Organizatorem konkursu jest Fundacja Festiwalu Satyry Europejskiej „Koziołki” mająca na celu upowszechnianie satyry europejskiej oraz integrację i wspieranie działań twórców działających na polu humoru i satyry. Podtytuł „Koziołki” w nazwie imprezy, nawiązuje do koziołków z wieży Poznańskiego Ratusza, będących symbolem miasta – siedziby festiwalu. Koziołki, to także firmowa statuetka imprezy wręczana laureatom konkursu.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Redaktorzy wojenni nie czekajmy bezczynnie

Potrzebna jest grupa żołnierska. Żołniersko-reporterska. Niekoniecznie muszą to być wyłącznie grzeczni chłopcy. Bo zadanie może okazać się bardzo trudne, a nawet niebezpieczne.

Są w ojczyźnie rachunki krzywd (w tym domniemanych), obca dłoń ich nie przekreśli… – już raz poeta tak napisał. Jak będzie nie wiemy. Ale przygotować się trzeba. Nawet na najgorsze! Na wojnę! I dlatego faceci, mężczyźni, reporterzy-redaktorzy też muszą się zmobilizować. Sami muszą się najpierw zmobilizować. Przede wszystkim w sobie, w swojej własnej głowie. Może potem nawet poprzez coś takiego jak SDP – to już będzie nie tylko Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, ale coś znacznie większego.

Potrzebna jest grupa żołnierska. Żołniersko-reporterska. Władza – Ministerstwo Obrony Narodowej – o czymś takim chyba myśli. Mam nadzieję. Ale i my własną listę dziennikarską powinniśmy zrobić. Tych, którzy będą chcieli i będą potrafili. Niekoniecznie muszą to być wyłącznie grzeczni chłopcy. Bo zadanie może okazać się bardzo trudne, a nawet niebezpieczne. Po prostu nie każdy choćby nawet i chciał, do tej pracy się nadaje.

To nie żadna dodatkowa grupa ochotnicza. To lista dla władzy mającej obywatelski mandat do rządzenia. To podpowiedź, to gotowość. Powinni być to patrioci, którzy nie będą na sucho bredzić tylko o wspólnej Europie. Oczywiście o współpracy w ramach Unii Europejskiej i NATO będziemy mówić tak, jak dotychczas i tylko tak. Ale mamy obowiązek myśleć przede wszystkim o własnym kraju.

Ktoś może powiedzieć – to brednie. Niepotrzebna inicjatywa. Niekoniecznie.

Terytorialsi to była i jest niezwykle ważna sprawa. Rozwija się, ale niestety ślamazarnie. I nie wszystko można usprawiedliwić działaniem V kolumny – ludzi ogłupiałych mirażem wspólnej Europy, ludzi oddanych bardziej tym zza Odry niż znad Wisły.

Terytorialsi to oczywiście część armii. Podlegli centralnie. Nie mniej z natury rzeczy będzie to armia indywidualistów wyposażonych w bardzo różną broń, broń groźną. Będą rozczłonkowani.

Dziennikarze-reporterzy wojenni też będą  r o z c z ł o n k o w a n i. Będą służyć i działać wszędzie, Nie będą grzać stołków w redakcjach. Muszą potrafić wytrzymać trudy pracy w terenie, podejmować decyzje samodzielnie. To wszystko to oczywiście ostateczność. Wojna. Ona może się jednak zdarzyć. Oby to nie nastąpiło. Ale przyjść ze Wschodu może. Przecież tak już było. Reporterzy-redaktorzy wojenni – zgłoście gotowość!