Pociąg życia – MARIA GIEDZ opisuje ukraińską wyprawę fotoreportera Roberta Kwiatka

 Wojna na Ukrainie trwa już ponad miesiąc. Do Polski przyjechało niemal trzy miliony ukraińskich uchodźców i zapewne będzie ich jeszcze więcej. Na granicę polsko-ukraińską docierają w różny sposób, najwięcej z nich przybywa pociągani. Rzadko razem z uchodźcami, np. tymi z Kijowa albo i z dalszych miejsc wędruje pociągiem polski dziennikarz, bo ci najchętniej poruszają się samochodami. A jednak, jeden z lepszych polskich fotoreporterów, mieszkający w Trójmieście, Robert Kwiatek, członek Zarządu Oddziału Gdańskiego SDP, właśnie w taki sposób przemieszczał się po Ukrainie i to bez mała przez dwa tygodnie.

Z Gdańska Robert Kwiatek wyruszył niemal natychmiast po rozpoczęciu inwazji wojsk rosyjskich na terytorium Ukrainy. Nie dostał ukraińskiej akredytacji, to znaczy dostał, ale już po powrocie do Polski. Fotografował więc tylko to, na co mu pozwolono. Jak sam mówi, widział znacznie więcej niż mógł uwiecznić na zdjęciach. Nie ma na nich scen walki, czy bestialskiego zachowania rosyjskich bandytów, ani nie ma nawet ukraińskich żołnierzy, tak ofiarnie walczących o swój kraj. Za to widział zwykłych ludzi, z którymi rozmawiał, którym pomagał, z którymi wspólnie wędrował pociągiem, nazwanym przez niego „pociągiem życia”.

Dworzec w Kijowie

– Jedną ręką robię zdjęcia, a drugą pomagam wchodzić małym dzieciom – komentuje Kwiatek pokazując fotografię, na której widać wdzierający się tłum do pociągu przypominającego naszą trójmiejską SKM-kę sprzed kilkunastu lat, łączącą Wejherowo z Gdańskiem. – Pociąg upchany, dzieci i starsze osoby siedzą, tacy jak ja jedziemy na stojąco, przez 12 godzin z Kijowa do Lwowa. Jest już pozornie bezpiecznie. Wiele osób nie wiedziało, dokąd dojedzie, wybrało kierunek – najpierw Lwów, a dalej Polska.

To był jeden z wielu pociągów, który wystartował z Kijowa. Robert twierdzi, że nazywanie pociągiem tego zestawu wagonów, to zbyt duże słowo, bo to znacznie gorsze od podmiejskiej „elektryczki”.

– Dzieci, kobiety, starsze osoby, czasem ktoś młodszy, może student – kontynuuje Kwiatek. – Nikomu to nie przeszkadza, że na sześciu miejscach siedzi 8-10 osób, siedzą też na podłodze i dużo jedzie na stojąco. Dodatkowo są psy, koty, różne bagaże. Niektórzy toczą rozmowy, z których wyławiam pojedyncze słowa, a zwłaszcza nazwy: Polska, Warszawa, Kraków, Siedlce, Wrocław, Gdańsk. Jedziemy wolno. Jest jedzenie, picie, gwar, są telefony. Czasem ktoś przebijał się do ubikacji, której nie było, ale nie dawał wiary i szedł. Ci ludzie, chociaż zmęczeni byli już szczęśliwi, bo mieli za sobą strach i niepewność. Trud da się wytrzymać. Pytali mnie jak w Polsce. Niektórzy nie wiedzieli, gdzie mają pójść, do kogo się zgłosić, gdy dojadą. Nie wiedzieli, czy wystarczy im pieniędzy, kiedy do Polski dojadą, bo ukraińska komunikacja teraz nic nie kosztuje. W ramach wojny jeździ się za darmo.

Robert próbował „na gorąco” i fotografować i notować, zrobić choć krótkie zapiski. Chociaż na stojąco trudno było pisać.

– W pociągu panował zaduch, część osób przysypiała – dodaje fotoreporter. – „Pociąg życia” stukał kołami, to miły dźwięk, bo wcześniej kojarzyłem go z odgłosami walki, wtedy nie usypiał. Liczyłem, że wreszcie uda mi się zasnąć, to nic, że na stojąco, że byłem bez jedzenia i picia, ale bezpiecznie. Widziałem tylko drobny wycinek z życia tego pociągu, ale każdy wagon wyglądał podobnie. Przez skrzypiący głośnik usłyszałem stacją Berdyczów, to znajoma z historia nazwa…

Kiedy Kwiatek jechał z Przemyśla do Lwowa i dalej do Kijowa pociągi były puste, a te w przeciwnym kierunku pełne ludzi i nadziei na przeżycie.

Dworzec we Lwowie

Exodus, wszyscy chcą uciec. Jakieś dziecko płacze, bo się zgubiło. Mimo wycia syren informujących o alarmie przeciw bombowym nikt nie opuszczał peronu. Wszyscy ustawieni w kolejce czekali na pociąg, chociaż wiedzieli, że jeden skład wszystkich nie pomieści. Bali się, że chowając się przed ewentualnymi bombami mogą stracić szansę na wydostanie się z kraju, w którym głównym celem rosyjskich bandytów są cywile: kobiety, dzieci, starcy… Jechali nie tylko wolno, ale i w zaciemnieniu. Ludzie powyłączali telefony. Bali się, że pociąg mogą zaatakować dywersanci.

Z opowieści Roberta wynika, że wiele osób nie wiedziało co ze sobą zrobić. Jechało byle do przodu, byle uciec.

– Pewna kobieta z trójką dzieci nie miała nikogo w Polsce – mówi Robert. – Zastanawiałem się, czy nie zabrać jej ze sobą do Gdańska? Ale gdzieś żeśmy się zgubili, a przy takim morzu ludzi i takim morzu zła trudno wszystkiego pilnować. Jedno wiem, że w pociągu działało takie „pospolite ruszenie”. Każdy przekazywał sobie nawzajem kontakty. Przydałyby się kontakty dla tych ludzi w Polsce – to apel do naszej ambasady. Ulotki powinny znaleźć się już we Lwowie.

Robert pokazuje kolejne  i kolejne zdjęcia. Tym razem Lwów, ale nie miasto, tylko dworzec i powstałe wokół niego prowizoryczne miasteczko dla tych uratowanych, zmęczonych, lecz żywych. Czekają na nich wolontariusze, również z Polski. Jest Polski Czerwony Krzyż i najróżniejsze organizacje. Są też ciepłe napoje, posiłki i transport w różne strony: pociągi, autobusy, busy, samochody osobowe.

– Stały nawet beczki z palącym się drewnem, dające odrobinę ciepła – dorzuca Robert. – Ktoś grał na harmonii, z głośnika dobiegał śpiew. Miałem łzy w oczach. Do pierwszego pociągu nie miałem szans się dostać, bo przepuszczałem dzieci i kobiety, a płynęła rzeka ludzi. Dziękuję Polsko za wspaniałą postawę! Ja wróciłem bezpiecznie, nie każdemu jest to dane, a wszystko z winy jednego kretyna Putina, bandyty i zbrodniarza…

Wiele zdjęć Roberta Kwiatka można obejrzeć na Facebooku, jego prywatnym koncie, ale otwartym.

Próba wejścia do Pociągu Życia. Wszyscy się nie zmieszczą. Fot. Robert Kwiatek
Rzeka ludzi w pociągu z Kijowa do Lwowa. Fot. Robert Kwiatek
Lwów, Miasto pomocy. Koczujący ludzie. Fot. Robert Kwiatek
Lwów. Dworzec Kolejowy. Ludzie czekają na pociąg do Przemyśla. Fot. Robert Kwiatek

 

KRZYSZTOF SKOWROŃSKI o pytaniach do SDP ws. sierot z Mariupola: To, co robi Newsweek jest skandalem

Pracownica tygodnika niemiecko-szwajcarskiego koncernu napisała do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich pytania w sprawie ponad 60 sierot z Mariupola, które na początku marca udało się ich opiekunom wywieźć z okrążonego przez Rosjan miasta. Dzieci przyjechały do Domu Pracy Twórczej SDP i tam wraz z prawie osiemdziesięcioma innymi uchodźcami z Ukrainy mieszkają już trzeci tydzień. W domu wypoczynku naszego stowarzyszenia – co potwierdzają kontrole – mają dobre warunki życia i zakwaterowania, pełne wyżywienie, a personel DPT stara się, aby goście z Ukrainy mogli, choć na jakiś czas, zapomnieć o rosyjskiej inwazji.

Dziennikarka z Newsweeka, która napisała do SDP, przesłała nam pytania de facto do opiekunów sierot z domu dziecka w Mariupolu, nie do SDP – gospodarza DPT w Kazimierzu nad Wisłą, w którym schronienie znaleźli uchodźcy.

Owe „pytania” – co zauważą nawet studenci pierwszego roku dziennikarstwa – miały charakter sugestii, a nawet insytuacji. Otóż, wielkim „problemem” dla Newsweeka, pod koniec pierwszego miesiąca wojny z rosyjskimi oprawcami i płynącej zewsząd pomocy dla Ukraińców był jeden z opiekunów dzieci – pastor z USA o którym dziennikarka napisała w internetowym artykule z 18 marca 2022 r., że jego „działalność jest pasmem kontrowersji” i dalej, iż: „przebywa w Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą z grupą ponad 60 dzieci uratowanych z ukraińskiego sierocińca”.

Autorka zauważyła w tekście, że dziećmi cudem wydostanymi ze zrujnowanego przez rosyjskich żołdaków Mariupola opiekuje się: „skrajnie prawicowy republikanin, prawnik i pastor ze Stanów Zjednoczonych”. Proszę wybaczyć ironię, ale nie wiem, czy pomimo różnic w doktrynach amerykańskich i europejskich, pani redaktor spotkała kiedyś „lewicowego republikanina”. Do tego pastora. I to jeszcze z USA…

Zadawane instytucji, która tylko udziela gościny uciekinierom wojennym, czyli SDP, pytania – w większości – deprecjonowały opiekunów dzieciaków z Mariupola, dotyczyły m.in. „legalności pobytu” grupy. Pojawiały się w teście Żądło informacje dotyczące przygotowań do rzekomych adopcji dzieci z Mariupola przez osoby z USA, co wyklucza status, który nadały sierotom polskie władze.

Skrajnym jednak – moim zdaniem – przejawem nieodpowiedzialności dziennikarki było zdanie, że opiekunowie sierot z Mariupola „Nie zrealizowali również umówionej przez wicemarszałka lubelskiego wizyty jednego z dzieci u psychiatry (dziecko podjęło próbę samobójczą)” – napisano w internetowej wersji Newsweeka z 18 marca 2022 r.

 

W sprawie artykułu o opiekunach dzieci z Mariupola, które goszczą w Domu Pracy Twórczej SDP w Kazimierzu nad Wisłą i pytań przesłanych przez dziennikarkę zabrał głos prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Krzysztof Skowroński. Napisał do autorki tekstu Agnieszki Żądło:

„Uważam, że to co robi Newsweek i Pani jest absolutnym skandalem” – podkreślił Skowroński.

„Zgłosiliśmy Dom Dziennikarza jako potencjalne miejsce gościny dla uchodźców z Ukrainy. Przyjęliśmy 140 osób, w tym sieroty z Mariupola. Naszym zadaniem jest zapewnienie im elementarnych spraw bytowych i umożliwienie zapomnienia o zagrożeniach związanych z wojną” – napisał prezes SDP.

 

Miało nie być komentarza, ale będzie, bo nie można takiego zachowania Newsweeka zostawić bez riposty. Ten artykuł to nie jest reakcja tygodnika wobec sił politycznych, wobec rządu, wobec postaw społecznych, czy wobec zjawisk w środowisku celebrytów. To atak na opiekunów, którzy uratowali ukraińskie dzieci z sierocińca w Mariupolu i wywieźli małych uchodźców z okrążonego przez rosyjskich morderców miasta.


                                                 KOMENTARZ HUBERTA BEKRYCHTA

Zapłaciłem za internetową wersję Newsweeka prawie 10 złotych. Nie polecam nikomu. Musiałem jednak w pełnej wersji przeczytać artykuł.

Dawno nie miałem przed sobą tylu manipulacyjnie rozegranych, pomieszanych z fikcją, wydarzeń – faktów i komentarzy. W artykule opluto opiekunów, zarzucono im popełnienie wszystkich grzechów świata. Prawie wszystkich.

Ale powtórzę, główną niegodziwością okazało się zdanie z artykułu o domniemanych i niepotwierdzonych błędach opiekunów, którzy wg. autorki tekstu: „Nie zrealizowali również umówionej przez wicemarszałka lubelskiego wizyty jednego z dzieci u psychiatry (dziecko podjęło próbę samobójczą)” – napisano w internetowej wersji Newsweeka z 18 marca 2022 r.

Kiedy 30 lat temu zaczynałem, jako dziennikarz, uczono mnie, że nie pisze się o próbach samobójczych, jeśli nie jest to absolutnie koniecznie i nie powtarza się pogłosek, tym bardziej plotek o tym, jeśli nie potwierdzą tego policja i prokuratura. Nic się nie zmieniło. Etyka dziennikarska na pewno.

Pytań do SDP napisała autorka artykułu wiele, większość z tezą, ale jedno z nich przebiło chyba dno „dziennikarskiej wrażliwości” pani redaktor Żądło.

„Czy prawdą jest, że jedno z dzieci podjęło próbę samobójczą lub miało myśli z tym związane – w ostatnich dniach już po przybyciu do Polski?” – pytała w mailu do biura SDP dziennikarka Newsweeka.

Szkoda, że nie dostała takiej odpowiedzi:

Czy prawdą jest, że chce pani być dziennikarką lub miała myśli z tym związane, szczególnie w ostatnich dniach już po napisaniu artykułu o opiekunach dzieci z Mariupola?

Dlaczego taka złośliwość? Bo pytała o to dziennikarka, która pisała artykuł o sierotach z ukraińskiego domu dziecka. Dzieciach, które opiekunowie cudem wywieźli z piekła wojny jaką rozpętała Rosja. Dzieciach, które oprócz trudnych przeżyć pierwszych lat życia, do końca swoich dni zmagać się będą także z wojennymi wspomnieniami z krwawiącego Mariupola…

Czy to jest dziennikarstwo? Czy dziennikarstwem jest opisywanie sytuacji, kiedy z góry osądza się kogoś przed jakimikolwiek rozstrzygnięciami prawnymi? Czy dziennikarstwem jest wysyłanie prowokacyjnych pytań do instytucji, w której domu wypoczynkowym schornili się  mali uchodźcy z Ukrainy i ich opiekunowie?

Nie, to nie dziennikarstwo. Kiedyś pani redaktor byłaby kandydatką do nagrody, której już w całej gamie nagród SDP nie ma. Niestety. Ba, zbiorowym kandydatem do tej nagrody byłby tygodnik pani redaktor.

Ale, wiecie co? Nie warto.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: PZPN stopniuje hańbę

Prawie wszyscy cywilizowani ludzie zgodzili się, że napaść Rosji na Ukrainę to zbrodnia i hańba. Wielu cywilizowanych ludzi, organizacji, stowarzyszeń, państw postanowiło zerwać z Rosją wszelkie kontakty w tym także biznesowe. Polscy piłkarze (chwała im za to) mówili, że nie będą w tej sytuacji grać meczów z reprezentacją Rosji, nawet gdyby reprezentacja Rosji udawała inną reprezentację z inną flagą, hymnem i nazwą. Dziękuję, do widzenia, nie chcemy mieć z wami niczego wspólnego. Pa, pa.

Moim zdaniem to dobra i skuteczna w dłuższej perspektywie taktyka otorbiania Rosjan, pokazywania im, że są niechciani, niepożądani i niech zdecydują jaką chcą mieć ojczyznę wywierając naciski na rządzących, tak jak są wywierane zewnętrzne naciski na nich. Ponad pół miliona Rosjan już zdecydowało i po wybuchu wojny z Ukrainą opuściło państwo Putina. Głównie mieli to być dobrze wykształceni ludzie, klasa średnia, która nie widzi dla siebie przyszłości w bandyckim państwie odizolowanym od świata. Ich kompetencje pozwalają szybko zaaklimatyzować się w innych międzynarodowych środowiskach.

Polski Związek Piłki Nożnej wydał jeszcze w lutym oświadczenie w sprawie inwazji militarnej Rosji na Ukrainę. Oświadczenie było proste i oszczędne w słowach, oto jego dwa fragmenty: „Występ w meczu z reprezentacją Rosji byłby haniebny nie tylko dla naszych reprezentantów, ale dla całego środowiska piłkarskiego, byłby zaprzeczeniem solidarności z narodem ukraińskim. Jako związek piłkarski odmawiamy udziału w meczach barażowych, w których występuje drużyna z Rosji.” oraz apel do FIFA „nadszedł czas, aby wprowadzić go w życie, wykluczając Rosyjski Związek Piłki Nożnej z eliminacji do Mistrzostw Świata w Katarze w 2022 roku.”. No i FIFA wykluczyła Rosję z rozgrywek, chociaż pewnie nie tylko z powodu oświadczenie PZPN. Niemniej…

Sponsorem PZPN jest taka francuska budowlana firma „Leroy Merlin”. Ta firma nie chce się wycofać z Rosji, bo w Rosji zarabia pieniądze. Że te pieniądze służą Putinowi do prowadzenia wojny i zabijania Ukraińców? Z tym jakoś sobie Francuzi duchowo poradzili. Położyli na szali hańbę i wyrzuty sumienia, a po drugiej pieniądze. Wyszło im, że hańbę i wyrzuty sumienia jakoś zniosą. Nie pierwszy to raz w historii Francji i Francuzów. Widocznie nie przeszkadzają im zakrwawione ruble.

Oczywiście nasz PZPN w związku z tym konsekwentnie wycofał się z umową sponsorską z żabojadami. A nie, wróć, tu się coś wydarzyło tajemniczego. Do dziś (23 marca 2022) PZPN z tej umowy się jednak nie wycofał, a Leroy Merlin nie ma zamiaru (stan na dziś) wycofać się z Rosji. A więc?

Szanowny PZPN-ie. Chyba nie będziemy stopniować hańby i udawać, że jedna jest do zaakceptowania a inna nie? Świeżość bywa tylko jedna – pierwsza i tym samym ostatnia. A skoro jesiotr jest drugiej świeżości, to oznacza to po prostu, że jest zepsuty – pisał Bułhakow. Z hańbą jest identycznie, nie ma hańby do zaakceptowania. Hańbą jest grać z Rosją i hańbą jest mieć sponsora, który zakrwawionymi rękoma przynosi pieniądze. Jak dziennikarze mają relacjonować i opisywać mecze polskiej reprezentacji, która wspierana jest zhańbionymi pieniędzmi?

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Floyar-Rajchman i Matuszewski – bez nich nie byłoby polskiego wojska

W toku dyskusji o konieczności odbudowy armii Rzeczpospolitej, warto przypomnieć dwóch patriotów i żołnierzy, dzięki którym po przegranej wojnie obronnej 1939 r. mogliśmy odtworzyć polskie wojsko na Zachodzie.Właśnie minęła rocznica śmierci jednego z nich. 22 marca 1951 r. w Nowym Jorku na wieczną wartę odszedł Henryk Floyar-Rajchman, działacz niepodległościowy, polityk, dyplomata, major Wojska Polskiego, członek rządów Leona Kozłowskiego i Walerego Sławka, współorganizator ewakuacji rezerw złota Banku Polskiego w 1939 r. Szkoda, że zarówno mjr Henryk Floyar-Rajchman, jak i drugi Polak, któremu zawdzięczamy uratowanie polskiego złota – płk Ignacy Matuszewski, do dziś są w Polsce mało znani.

W 2016 r. trumny ze szczątkami tych dwóch oficerów zostały wystawione na widok publiczny w Nowym Jorku i pożegnane przez środowiska polonijne – te, dla których obaj tak wiele zrobili podczas II wojny światowej. W Instytucie Piłsudskiego, który obaj zakładali, odbyła się konferencja i pokaz filmu „New Poland”, który wspomina o działalności płk. Matuszewskiego w USA.

Do Polski przylecieli okryci mundurami i biało-czerwonymi flagami z asystą wojskową. Przylecieli, bo taka była ich wola. Udało się ją zrealizować dzięki wyrokowi sądu stanowego w Nowym Jorku, poprzedzonemu staraniami prof. Sławomira Cenckiewicza i decyzją szefa MON Antoniego Macierewicza.

Z czego przede wszystkim powinniśmy ich znać? We wrześniu 1939 r. kierowali ewakuacją 75 ton złota z Narodowego Banku Polskiego przez Rumunię, Turcję i Syrię do Francji – gdzie przekazali je rządowi RP.

Ale to nie tylko bohaterowie wojny obronnej 1939 r. Obaj walczyli o odzyskanie przez Polskę niepodległości (Matuszewski został zaocznie skazany na karę śmierci przez bolszewików i Niemców), brali następnie udział w wojnie 1920 r. W II RP Matuszewski (jego ojcem chrzestnym był Bolesław Prus) służył w II Oddziale Naczelnego Dowództwa, był attaché wojskowym w Rzymie, 1928-1929 posłem RP w Budapeszcie i do 1931 r. ministrem skarbu. Przewidywał, że Polska ulegnie dwóm agresorom – Niemcom i ZSRS. Alarmował, że siły wojska polskiego muszą zostać podwojone, jednak inni piłsudczycy nie chcieli go słuchać.

Henryk Floyar-Rajchman w wywalczonej II RP ukończył Wyższą Szkołę Wojenną i w latach 1928-1931 był attaché wojskowym w Tokio. Od 1933 do 1935 r. wiceminister, a potem minister przemysłu i handlu, poseł na Sejm. Po uratowaniu polskiego złota Matuszewski i Rajchman zostali odsunięci od spraw państwowych przez środowisko Władysława Sikorskiego. Wyjechali do Nowego Jorku, gdzie oprócz Instytutu Józefa Piłsudskiego powołali Komitet Narodowy Amerykanów Polskiego Pochodzenia. Matuszewski zmarł tam w 1946 r., Rajchman w 1951 r.

Uroczyste państwowe powitanie obu oficerów odbyło się 23 listopada 2016 r. w 1. Bazie Lotnictwa Transportowego na Okęciu. W uroczystym państwowym pogrzebie mogliśmy uczestniczyć 10 grudnia na Powązkach Wojskowych w kwaterze żołnierzy 1920 r. Płk Ignacy Matuszewski i mjr Henryk Floyar-Rajchman dołączyli do innych polskich żołnierzy odprowadzonych w tym samym – 2016 roku przez Rzeczpospolitą na wieczną wartę – Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, Danuty Siedzikówny „Inki” i Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”.

W liście skierowanym do uczestników uroczystości prezydent Andrzej Duda podkreślił, że „w ogniu wojny obronnej płk Matuszewski i mjr Floyar-Rajchman podjęli się misji wyjątkowej – ocalenia skarbu Banku Polskiego i Funduszu Obrony Narodowej i wypełnili to zadanie doskonale, chociaż ich droga roiła się od niebezpieczeństw. Mieli jednak świadomość, że to, co wywożą z Polski nie jest tylko kosztownym kruszcem. W tym złocie zawierał się bowiem trud milionów rodaków. Skarb, który powierzono ich pieczy, był w istocie właśnie dobrem wspólnym, nie abstrakcyjną ideą, lecz dotykalnym owocem 20 lat starań Polaków. Kapitał uratowany przez nich przed grabieżą najeźdźców pozwolił później działać na uchodźstwie rządowi i polskim siłom zbrojnym”.

 

HUBERT BEKRYCHT: Świat patrzy i spycha rosyjską inwazję na Ukrainę na drugi plan

Brutalna rosyjska agresja na Ukrainę przestraszyła cały świat. Ale świat, prawie miesiąc po wybuchu wojny, coraz mniej przejmuje się Ukrainą, która wykrwawia się na jego oczach. Widać to w globalnych sieciach medialnych – oglądałem tę papkę w poniedziałek późnym wieczorem.

Ludzie, oni tam na Zachodzie śpią. I śniąc nawet nie mają pod ręką nocnika na wypadek, gdyby po rosyjskim ataku na Europę i świat, nagle się przebudzili…

Niemcy na swoich kanałach informacyjnych, oprócz zdawkowych relacji z frontu pokazują ratowanie żółwi na pacyficznej wysepce. Ze zdumieniem w ARD zobaczyłem wojenną relację tylko z perspektywy rosyjskiej, bez słowa o tragedii Ukraińców, a korespondenci publicznego niemieckiego kanału używają wobec wojny określenia Putina: „rosyjska operacja strategiczna lub wojenna” …

Francuzi się martwią. Ewentualnym brakiem gazu i prądu oraz kursem euro. Media francuskie coraz częściej pokazują dramat uchodźców, który uciekają z jednego do drugiego kraju. W Afryce. France 24 w wersji angielskiej częściej niż Mariupol pokazuje konflikt w Nigerii. W BFM była dyskusja o… przyszłości Putina, ale ani słowa o tym, że Francja sprzedawała jeszcze niedawno broń Rosji. Cóż, wybory prezydenckie za pasem…

Włoskie stacje telewizyjne pełne są sprzecznych analiz sytuacji wojennej. Normalka. Tamtejsze media prezentują nieaktualne i najeżone błędami mapy Ukrainy i Rosji. Jedna była nawet  z czasów sowieckich, bo Mariupol opisano tam, jako… Żdanow, ale szybko poprawiono błąd. Profesjonalizm. W RAI widziałem też rozważania publicystów. Temat: Czy Putin zdobędzie od razu całą Ukrainę, czy tylko pół…

Holendrzy o wojnie informują mało, chyba, że „Ukrainka zatruła Rosjan pasztecikami”. Niderlandzkie media mają zresztą kilka „dyżurnych” obrazków wojennych a Ukraińców pokazują w Przemyślu. Są to zdjęcia sprzed 2 lub 3 tygodni…

W belgijskiej telewizji durny teleturniej, ale prowadzący mają przypięte wstążeczki w ukraińskich barwach. Tutaj jednak po teleturnieju sprawozdanie z frontu. 40 sekund.

Świat arabski zaznacza swoją neutralność, bo tamtejsze media zaraz po migawkach z Ukrainy pokazują podnieconego Putina na stadionie. Głównym tematem Al Jazeery jest zamach „w Palestynie”, w której to relacji reporterzy potępiają „złych” Żydów. Zginęła jedna osoba. Potem sytuacja gospodarcza i Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w Katarze, a na czwartym miejscu Ukraina…

Media izraelskie tłumaczą się światu, dlaczego ich rząd rozmawia z Putinem. Wyjaśnienia, o ile dostępne po angielsku,  są talmudyczne, czyli długie i zawiłe. W telewizji i24 prezenterzy zajęci są jednak sytuacją na terytoriach zamieszkałych przez „złych” Arabów. Dopiero potem Putin na stadionie „z okazji rocznicy” zajęcia Krymu. Następnie krwawe walki na Ukrainie, ale zdjęcia chyba sprzed tygodnia…

CNN przez 3 minuty reklamuje swój oddział w Abu Dabi, a potem amerykańscy analitycy giełdowi tłumaczą ludziom, dlaczego inwestowanie w Rosji jest nieopłacalne…

W brytyjskich telewizjach chyba najwięcej relacji z inwazji rosyjskiej na Ukrainę. Rzetelny obraz wojny i broniącej się przed Putinem Ukrainy. Punktowanie zbrodni wojennych Moskwy. Niestety, w BBC o tym, jak wojna wpływa na klimat. Brytyjska telewizja publiczna, która przez lata była podawana za wzór do naśladowania dla dziennikarzy – bez żenady – wciska mi kłamstwa ekologów…

Pracownicy kanałów hiszpańskich i latynoskich nie mają pojęcia, gdzie leży Ukraina, bo mówią w nich o kraju w północnej Europie. Gdzieś obok Norwegii…

Telewizja watykańska pokazuję pusty Plac Świętego Piotra. Całą noc…

 

JAROSŁAW GUZY: Jeżeli ktoś powiela rosyjską propagandę nie jest dziennikarzem

Z JAROSŁAWEM GUZYMekspertem ds. bezpieczeństwa międzynarodowego, analitykiem, działaczem opozycji niepodległościowej, pierwszy przewodniczącym Niezależnego Zrzeszenia Studentów – rozmawiał Hubert Bekrycht.

H.B.: Poza relacjami ukraińskich dziennikarzy, jest kilka sposobów przekazu z tej wojny, m.in. – rosyjski, czyli kłamliwy, oszczerczy, proputinowski – zagraniczny, reporterów spoza Ukrainy, często naiwny – polski zgodny z naszą racją stanu – i niestety wychodząca z różnych państw, także z Polski, narracja, delikatnie mówiąc, sprzyjająca rosyjskim bandytom, którzy napadli na Ukrainę. Jak Pan to ocenia?

Jarosław Guzy: Są tacy ludzie. Nie miejmy złudzeń, są praktycznie w każdym kraju, nie tylko u nas, ale właśnie paradoksalnie są także w Polsce. Istnieją środowiska renegackie i statystycznie podczas każdej wojny są dziennikarscy renegaci. To, że są w przekazie publicznym podczas rosyjskiej inwazji, bardzo martwi. Trudno na to znaleźć sposób w demokracji, ale są sposoby i na renegatów.

Skąd ci dziennikarscy renegaci się biorą w Polsce?

Moim zdaniem było zbyt wiele tolerancji dla funkcjonowania agentury rosyjskiej. I tej operacyjnej i agentury wpływu. Były również pewne deficyty, jeśli chodzi o działanie naszych służb, co nie oznacza, że w demokracji nie można głosić głupich poglądów. Jeśli są to jednak poglądy głoszone na zamówienie obcego mocarstwa, wrogiego Polsce i naszym sojusznikom, to akcja państwa powinna być zdecydowana.

…wobec dziennikarzy głoszących takie poglądy…

…to nie są dziennikarze. Jeżeli ktoś powiela rosyjską propagandę, nie jest dziennikarzem. Nie przysługują mu te same prawa przysługujące prawdziwym dziennikarzom. Wolność słowa, nawet w najbardziej demokratycznym kraju, ma swoje ograniczenia. Jest wolność słowa, ale nie ma wolności dla rosyjskiej agentury

 Jak Pan ocenia relacje dziennikarskie z moskiewskiej inwazji na Ukrainę? 

Środowiska dziennikarskie, także te dotychczas ze sobą poróżnione, bo pochodzące z różnych nurtów politycznych, ideologicznych, in gremio, wobec rzeczywistości wojennej inwazji rosyjskiej, mają do spełnienia ogromną rolę. To, że światowa opinia publiczna jest poruszona, tym co dzieje się na Ukrainie, stanowi zasługę dziennikarzy, reporterów, operatorów, dźwiękowców, producentów. Relacjonując ogrom zniszczeń i brutalność rosyjskich żołnierze, dziennikarze na Urainie płacą często najwyższą cenę…

WALTER ALTERMANN: Rosja, Polska, Ukraina – Starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (4). Ukraina – trudna droga do wolności

O ile Rosja przez wieki dążyła, i dąży nadal, do jednoznacznej przewagi władzy centralnej nad swoimi obywatelami, o ile Polska przesadziła ze złotą wolnością szlachty, co doprowadziło do upadku i rozbiorów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, o tyle Ukraina zawsze walczyła i nadal walczy o wolność swojego państwa i jego mieszkańców. Trzy sąsiadujące kraje, a tak różna przeszłość i różne rozumienie powszechnej wolności ich mieszkańców.

Na początek podkreślmy, że historia stosunków polsko-ukraińskich zna wielu fałszerzy, po obu stronach, ale na pierwsze miejsce wybija się Henryk Sienkiewicz ze swoją Trylogią. To z jego powieści Polacy czerpią do dzisiaj „wiedzę” o sąsiadach. Żeby samemu nie znęcać się nad noblistą, oddajmy głos Bolesławowi Prusowi, który w 1884 roku w tygodniku „Kraj” przeprowadził druzgocący atak na fałszowanie realnej historii przez Sienkiewicza. Poniższy fragment przedstawia, co naprawdę powinien powiedzieć Chmielnicki Skrzetuskiemu:

„Jak ty śmiesz – rzekłby Chmielnicki do Skrzetuskiego – przemawiać do mnie w imieniu Rzeczypospolitej, sługo Wiśniowieckiego? Król niech dziś przemawia od niej, nie jurgieltnicy. Ale król, choć uznał nasze krzywdy, ma związane ręce. I co to za Rzeczpospolita, w której twój pan i jemu podobni zdławili chłopa, ubezwładnili szlachcica, ogłodzili armię i rozbili albo zgnoili wszelką władzę?… Czy nie oni, zagarnąwszy ziemię, chcą mieć z nas robocze bydło, czy nie oni wolą płacić haracz Tatarom niż żołd zaporoskiemu wojsku? A co nam dali za Cecorę i Chocim, nie licząc innych prac? Bat i pańszczyznę. I przed kim to ma ugiąć kark wojsko zaporoskie, komu oddać broń i sztandary? Nie rycerzom – handlarzom. Już im obmierzła wojna, a pachnie tylko dukat. Więc sprzedają chłopa Żydom, świnie i pszenicę Niemcom, swoje głosy tym co lepiej płacą, króla w Gdańsku a Rzeczpospolitą w Wiedniu, Stockholmie, Konstantynopolu – gdzie się da. Twój pan i jemu podobni, to rak, co pożarł armię i władzę, a w końcu stoczy Rzeczpospolitą, jeżeli ja go nie wytnę i nie wypalę… A ty, Skrzetuski, wracaj do twego pana, ażeby miał mu kto podać strzemię, jak będzie uciekał. Nie dlategom cię wykupił i wysłuchał, żeś jego poseł, ale żeś mi ocalił życie. Nie lubię być dłużnikiem oficjalisty Wiśniowieckich”.

Powyższy cytat rozwiniemy w następnym odcinku naszej analizy spraw ukraińskich i będzie jeszcze ostrzej.

Teraz, zanim przystąpimy do opisania i analizy tematu, poznajmy podstawowe pojęcia dotyczące geografii i historii Ukrainy. To ważne, bo potem nie mylić się. Niech nam w tym pomoże nieoceniony Słownik mitów i tradycji kultury, Władysława Kopalińskiego, PIW 1987.

Podstawowe terminy geograficzno-historyczne

Ruś. Słowianie mieszkający na drodze normandzkich Waregów z Zatoki Fińskiej do Carogrodu (Konstantynopola) nazywali ich Rusami wg fińskiego Ruotsi. Po raz pierwszy zastosowano nazwę Ruś do całego kraju w Nowogrodzie, gdzie mówiono po szwedzku jeszcze ok. 1300 roku. Odtąd staje się ona nazwą historyczną we wszystkich latopisach, z późniejszymi dodatkami „Kijowska”, „Moskiewska” itd. Nazwa Rosja jest natomiast pochodzenia bizantyjskiego, pod jej wpływem zaczęto pisać w hramotach zamiast Ruś – Rusija, po raz pierwszy w 1497 r., raz jeden Rosija w 1565 r., ale dopiero od połowy XVII w. wchodzi w użycie ta grecka forma. Nakazał ją urzędowo Piotr I.

Ruś Biała – Białoruś

Ruś Czarna – dzielnica Rusi Kijowskiej, a potem Wielkiego Księstwa Litewskiego z Nowogródkiem, Słonimiem, Wołkowyskiem i Grodnem.

Ruś Halicko – Wołyńska państwo powstałe w wyniku zjednoczenia księstw halickiego i włodzimiersko-wołyńskiego przez księcia włodzimiersko-halickiego Romana Mścisławowicza w 1199 r. Obejmowało ono ziemie od Sanu, Wieprza i Nura na zach. Po dział wodny Bugu i Niemna, bagna górnej Prypeci i górny bieg Bohu. Podział tych ziem między Polskę i Litwę następował w od 1352 r. do 1366 r.

Ruś Kijowska wczesnofeudalne państwo Europy Wsch. z IX-poł. XII w. ze stolicą w Kijowie. W X-XI w. jej granice stanowiły San, Wieprz, górny Niemen i środkowa Dzisna, jezioro Ładoga i Onega, obejmowała dorzecze górnej Wołgi, Oki i górnego Donu, pas stepów zajętych przez Połowców i Pieczyngów oddzielał ją od Morza Czarnego.

Ruś Mała, Małoruś. Małorosja, nazwa nadawana Ukrainie, głównie od XVIII w. do XX w.

Ruś Podkarpacka Ukraina Zakarpacka.

Ruś Włodziersko-Suzdalska dzielnica Rusi Kijowskiej między Oką i górną Wołgą, sięgająca na północy Biełooziera i Ustjuga.

Kozacy pochodząca z różnych klas społecznych, głównie z chłopów, grupa ludności na Ukrainie i w południowo-wschodniej Rosji, wytworzona w ciągu XV i XVI wieku, stanowiąca swoisty wolny stan w feudalnej Rzeczypospolitej i państwie moskiewskim, z odrębną organizacją wojskową. Kozacy Zaporoscy na Ukrainie, podlegający nominalnie Rzeczypospolitej, w praktyce byli niezależni; z części ich tworzono regularne oddziały wojskowe (Kozacy rejestrowi); mieszkańców obozów warownych (siczy) i osad (pałanek) nazywano Kozakami siczowymi, a przebywających w stepach myśliwych, rybaków, bartników itd. – siromachami. Kozacy dońscy, kubańscy, uralscy w służbie państwa moskiewskiego uzyskali wolność osobistą i samorząd z obieranymi atamanami, sotnikami i esaułami.

Historia ziem dzisiejszej Ukrainy

Historia Ukrainy jest bogata, co niestety zawsze zwiastuje kłopoty. Państwa bogate i od wieków niepodległe najczęściej zapisują swą historię nie na swoim terenie. Przeszłość Ukrainy jest jednak historią narodu walczącego o swą wolność, a to zapowiada fakty tragiczne, które miały miejsce na jej terenie.

We wczesnym średniowieczu obszary Ukrainy zasiedlały plemiona słowiańskie, m.in. Chorwaci, Drewlanie, Dulebowie, Polanie, Tywercy, Ulicze, Wołynianie (identyfikowani z Dulebami).

Dzieła zjednoczenia wschodniej Słowiańszczyzny podjął Kijów, który był silnym ośrodkiem Polan. Kijów, stał się (po Nowogrodzie Wielkim) centrum państwa staroruskiego (Ruś Kijowska), które w X w. zjednoczyło całą wschodnią Słowiańszczyznę. W 988 r. książę Włodzimierz Wielki przyjął chrzest za pośrednictwem Bizancjum. Szczyt potęgi państwa kijowskiego przypadł na panowanie Jarosława Mądrego (1019 –1054) i Włodzimierza Monomacha (1113–1125).

W XII w., po rozpadzie Rusi Kijowskiej na księstwa dzielnicowe nastąpił powolny upadek pozycji Kijowa. W XIII w. wyrosło Księstwo Halickie pod rządami Romana Mścisławowicza i jego syna, Daniela Halickiego, który zjednoczył większą część obecnych ziem ukraińskich wraz z Kijowem (1239 r.). Jednakże w tychże latach najazd mongolski rozdzielił ostatecznie dawną Ruś na kilka części: obszary stepowe, już wcześniej zasiedlone przez koczowników, znalazły się w granicach założonej przez Batu-chana Złotej Ordy; w faktyczną zależność od Mongołów popadło tzw. Zalesie (Ruś Włodzimiersko-Suzdalska) i księstwo riazańskie (wkrótce włączone bezpośrednio do Złotej Ordy). W mniejszym stopniu zależna była ziemia nowogrodzka. W XIV i XV wieku w Zalesiu hegemonię zdobyli książęta moskiewscy, a wokół ich stolicy rozpoczął się proces tworzenia Rosji. W tym czasie dawne ruskie ziemie zachodnie i południowe, uwolnione spod władzy mongolskiej przez wojska litewskie, weszły w skład Litwy oraz Polski (część Księstwa Halicko-Wołyńskiego).

Kozacy i inni

Na uwolnione obszary, w znacznej mierze zniszczone i wyludnione przez napady tatarskie, napływali zbiegowie z księstw zależnych od Złotej Ordy oraz osadnicy polscy; na tzw. Dzikich Polach (między Dniestrem a Dnieprem) tworzyła się społeczność złożona z wielu grup etnicznych.

Szczególne znaczenie dla Ukrainy miało powstanie (XV–XVI w.) kozaczyzny wspomagającej budzącą się ukraińską świadomość narodową, a co najmniej poczucie odrębności. Po unii lubelskiej z 1569 roku Ukraina została wcielona do Korony. Niezadowolenie ludności ukraińskiej wywoływały powstające wówczas latyfundia magnackie (uzależnianie wolnych chłopów i Kozaków), próby nadania form organizacyjnych kozactwu (wprowadzenie rejestru), unia brzeska z 1596r., zawarta między Kościołem katolickim a częścią ruskiego Kościoła prawosławnego.

Na rozwój ukraińskiej świadomości narodowej miały duży wpływ powtarzające się od 1591 roku powstania kozackie. Największe z nich (1648–54), kierowane przez Bohdana Chmielnickiego przekształciło się w wojnę o samodzielną Ukrainę. Wciągnięcie do wojny zależnych od Turcji Tatarów a potem Moskwy przekreśliło jej cel główny i doprowadziło do uporczywych bratobójczych walk. Rezultatem był podział Ukrainy wzdłuż Dniepru między Rzeczpospolitą a Rosję (1667 r. rozejm andruszowski, 1686 r traktat Grzymułtowskiego).

W polskiej części Ukrainy (Ukraina Prawobrzeżna) zlikwidowano wojska kozackie i przywrócono unię religijną, zniesioną przez Chmielnickiego. Mimo dość dobrej sytuacji gospodarczej wrzenie nie ustawało, wyłonił się ruch hajdamaków, z aktami skrajnej przemocy, później też krwawo stłumiony.

W rosyjskiej części Ukrainy (Lewobrzeżna, Hetmańszczyzna) zlikwidowano unię, a w 1688 r. metropolię kijowską podporządkowano patriarsze moskiewskiemu, systematycznie ograniczano władzę hetmanów kozackich, zwłaszcza po przejściu hetmana Mazepy na stronę Szwedów podczas wojny północnej (1700–21 r). W 1775 roku zlikwidowano Sicz zaporoską. 8 lat później Kozaków przypisano do ziemi, a Ukrainę oficjalnie wcielono do Rosji.

Ziemie ukraińskie po rozbiorach

Po rozbiorach Rzeczypospolitej – 1772 r., 1793 r., 1795 r. – większość Ukrainy znalazła się w granicach Rosji, jedynie Ruś Czerwona (zwana odtąd Galicją Wschodnią), północna Bukowina (przejęta w 1775 r. od Turcji) i Ruś Podkarpacka (od XI w. część Węgier) przypadły Austrii. Na stepach przyczarnomorskich (do 1917 r.  Noworosja) trwała kolonizacja, osadzano chłopów, rozbudowywano miasta, a w 1783 r. (po likwidacji chanatu) włączono do Rosji.

W drugiej połowie XIX w. Ukraina dzieliła się na kilka zróżnicowanych części: Galicję Wschodnią — prężną gospodarczo, najważniejszą w rozwoju świadomości narodowej, część stepową — z silną warstwą zamożnego chłopstwa, Ukrainę Słobodzką (pogranicze z Rosją) — typowo rolniczą, bez rozbudzonej świadomości narodowej, oraz uprzemysłowioną część wschodnią (Zagłębie Donieckie, Charków), związaną gospodarczo z Krzyworoskim Zagłębiem Rud Żelaza, z wieloetniczną ludnością.

Rosja kolonizuje Ukrainę

Władze rosyjskie stymulowały ruchy kolonizacyjne, osadzały Rosjan na Ukrainie, Ukraińców kierowały na inne tereny (m.in. do Kazachstanu i Azji Środkowej). Od XIX w. w rosyjskiej części Ukrainy (zw. oficjalnie Małorosją) trwała rusyfikacja, prześladowanie kultury ukraińskiej. Tak była realizowana koncepcja rosyjskich nacjonalistów – trójjedynego narodu rosyjskiego: Rosjanie, Białorusini, Ukraińcy. Po rewolucji 1905 roku  pojawiły się na Ukrainie partie polityczne i wybitni działacze społeczni.

Czas I wojny światowej

Po 1905 roku w Galicji Wschodniej, poza rozbudowującym się ruchem politycznym, powstawały ukraińskie organizacje paramilitarne (np. Sokił, Sicze). Z nich w czasie I wojny światowej sformowały się oddziały Strzelców Siczowych (analogiczne do Legionów Polskich), z hasłem Ukrainy połączonej z monarchią habsburską.

Po rewolucji lutowej 1917 roku w Rosji na Ukrainie zaczął się ruch na rzecz niepodległości. W marcu 1917 roku powstała Centralna Rada Ukrainy (CRU), a wyłoniony przez nią Sekretariat Generalny zaczął tworzyć administrację państwową. Konflikt na tym tle z rosyjskim Rządem Tymczasowym trwał do rewolucji październikowej i po upadku tego rządu; CRU proklamowała (III Uniwersał) powstanie Ukraińskiej Republiki Ludowej (UNR) . Niezadowolenie na wsi z niezdecydowanej polityki władz UNR doprowadziło do przewrotu: 29 kwietnia 1918 r obwołano hetmanem Ukrainy gen. Pawło Skoropadskiego. Porażka Niemiec w I wojnie światowej przesądziła losy hetmana – 14 grudnia 1918 r. zbiegł z Kijowa do Niemiec. W listopadzie 1918 roku działacze UNR utworzyli Ukraiński Dyrektoriat i rozpoczęli powstanie narodowe. Tegoż dnia Armia Czerwona rozpoczęła atak na Ukrainie. 6 stycznia 1919 proklamowano w Charkowie, który do 1934 r. był stolicą stolica Ukrainy,  Ukraińską Socjalistyczną Republikę Radziecką (USRR). Od wschodu naciskały na Ukrainie siły antybolszewickie generała Antona Denikina, na wybrzeżu czarnomorskim lądowały wiosną 1919 r. interwencyjne wojska francuskie.

W Galicji Wschodniej w październiku 1918 r utworzono Zachodnioukraińską Republikę Ludową (ZURL), ale po ciężkich walkach oddziały ZURL zostały wyparte z Galicji przez siły polskie. Na Ukrainie wielu atamanów usamodzielniło się, pewną rolę odegrał też anarchizujący ataman Nestor Machno (na południu Ukrainy).

Ukraina po 1919 roku

Ostatnim aktem na rzecz niepodległości Ukrainy było zawarcie w kwietniu 1920 roku sojuszu Ukraińskiej Rady Narodowej (UNR) z Polską oraz wspólna walka przeciw bolszewikom – wyprawa kijowska Józefa Piłsudskiego. Ludność Ukrainy nie poparła tej walki, a ryski traktat pokojowy, zawarty w marcu 1921 r. przez Polskę z bolszewikami, przekreślił dalsze istnienie UNR. W wyniku I wojny światowej, wojny z Polską i decyzji władz sowieckich, poza granicami Ukrainy znajdowały się: Galicja Wschodnia i część Wołynia (Polska), Ruś Podkarpacka (od 1918 r. w Czechosłowacji), północna Bukowina i Besarabia (Rumunia), Krym (Rosyjska FSRR).

W końcu grudnia 1922 r. USRR weszła z innymi republikami sowieckimi w skład ZSRR. Przez kilka lat prowadzono tzw. korienizację (ukrainizacja, unarodowienie biurokracji państw. i kultury), która wraz z upowszechnieniem oświaty miała służyć głównie indoktrynacji w duchu komunistycznym. Głód 1921 i 1922 roku wykorzystano, jak w całym ZSRR, do walki z religią i duchowieństwem – powszechne zamykanie świątyń, konfiskata dobytku kościołów i zakonów.

Zwycięstwo grupy Stalina w walce o władzę w ZSRR zapoczątkowało wielkie zmiany. W 1928 roku zaczęło się uprzemysłowienie, czyli głównie rozbudowa przemysłu zbrojeniowego, a następnie powszechna kolektywizacja rolnictwa. Opór chłopów ukraińskich władze złamały terrorem i planową akcją potęgującą skutki głodu z 1931i 1932 roku na Ukrainie – kilka milionów ofiar. Od 1929 roku zaczęła się bezwzględna rusyfikacja, niszczenie zabytków, masowe mordowanie ukraińskich księży prawosławnych. Podczas wielkich czystek od 1935 do 1938 roku Ukraina poniosła, włącznie z mieszkającymi tam Polakami, najcięższe w ZSRR ofiary. Rozmiary represji ograniczył Nikita Chruszczow, który w 1938 r. stanął na czele Komunistycznej Partii [bolszewików] Ukrainy, nasilając jednocześnie kurs rusyfikacji.

Ukraina w czasie II wojny światowej

Po wybuchu II wojny światowej ZSRR, w sojuszu z Niemcami, 17 września 1939 r dokonał agresji na Polskę i anektował jej ziemie wschodnie, co uzgodniono w  paktu Ribbentrop–Mołotow, Obszar nazwany wówczas Ukrainę Zachodnią wcielono do USRR. W VIII 1940 przyłączono, na skutek wymuszonej zgoda Rumunii, północną Bukowinę i Besarabię. Obecne granice Ukraina ma od końca II wojny światowej, dzięki ustaleniom konferencji w Jałcie oraz paryskiego traktatu pokojowego, traktatu z Czechosłowacją o włączeniu do USRR Rusi Podkarpackiej, która podczas wojny należała do Węgier i umowy z Polską z lutego 1951 r.  o wymianie terenów pogranicznych.

W czasie II wojny światowej Ukraińcy z Galicji Wschodniej spodziewali się powstania państwa ukraińskiego pod protekcją Niemiec. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów – rozbita na frakcje banderowców i melnykowców, nazwanych tak od nazwisk przywódców: Stepana Bandery i Andrija Melnyka – próbowała działać na rzecz niepodległości, a jednocześnie, wbrew stanowisku duchowego przywódcy ukraińskiego arcybiskupa Romana Szeptyckiego, stymulowała terror poprzez rzezie ludności polskiej w Galicji Wschodniej i na Wołyniu. Działająca od 1941 roku Ukraińska Powstańcza Armia (UPA), następnie zdominowana przez banderowców, od 1943 prowadziła walkę z Niemcami, Polakami i komunistami w partyzantce sowieckiej. W 1943 roku powstała ukraińska Dywizja SS Galicja, głównie z frakcji melnykowców, a rozbita w 1944 r, weszła w skład UPA. Na okupowanej Ukrainie Niemcy nie utworzyli państwa ukraińskiego, tylko własną okupacyjną administrację, z rozbudowanym aparatem represyjnym, który Niemcy wykorzystywali m.in. podczas eksterminacji Żydów, m.in. w Babim Jarze w Kijowie.

Ukraina po II wojnie światowej

Po wojnie na Ukrainie odbudowano reżim komunistyczny, bez zmiany statusu USRR.

W 1954 roku, w 300-lecie „zjednoczenia Ukrainy z Rosją”, Ukraina na polecenie Chruszczowa otrzymała Krym, co wówczas nie miało to realnego znaczenia. Za rządów kolejnego sowieckiego przywódcy Leonida Breżniewa nastąpiła ponowna ostra rusyfikacja. Zniszczony ukraiński ruch narodowy odbudowywał się, ale z większym udziałem nurtu demokratycznego, pojawiły się nielegalne wydawnictwa, tzw. samizdaty. Mimo prześladowań opozycja przetrwała, podobnie jak Kościoły unicki i katolicki. Wstrząsem dla Ukrainy, który pobudził ją do nowej aktywności, była już w okresie pieriestrojki katastrofa w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej wiosną 1986 r. Reakcją był żywiołowy protest społeczny. We Lwowie wracano do tradycji Strzelców Siczowych. W marcu 1988 r. powstał Ukraiński Związek Helsiński (UHS). Zaczęła się odradzać ukraińska Cerkiew autokefaliczna oraz Kościoły unicki i katolicki.

W 1989 roku powstał szeroki Ukraiński Ruch Narodowy na Rzecz Przebudowy przekształcony rok później w Ukraińską Partię Republikańską. W1990 roku powstała również centrowa Demokratyczna Partia Ukrainy. W lipcu 1990 r Rada Najwyższa Ukrainy uchwaliła ustawę o suwerenności w ramach ZSRR, a przewodniczącym został Łeonid Krawczuk.

Ostatnie lata

W sierpniu 1991 roku doszło w Moskwie do nieudanego puczu, który doprowadził do upadku ZSRR. 24 sierpnia Rada Najwyższa Ukrainy proklamowała pełną niepodległość i zdelegalizowała partię komunistyczną. Wybory prezydenckie wygrał jesienią 1991 Krawczuk, którego nazywano komunistą o orientacji niepodległościowej. W powszechnym referendum ponad 90 proc. ludności opowiedziało się za niepodległością W przedterminowych wyborach prezydenckich z lipca 1994 roku zwyciężył Łeonid Kuczma. W polityce zagranicznej Ukraina w latach 90. XX w. dążyła do zbliżenia z UE i NATO.

W 2004 roku odbyły się wybory prezydenckie. Do drugiej tury przeszedł premier Wiktor Janukowycz oraz lider opozycji Wiktor Juszczenko. Według oficjalnych danych zwyciężył Janukowycz. Opozycja nie uznała tych wyników oskarżając obóz rządzący o nadużycia. Sąd Najwyższy uwzględnił zarzuty opozycji i zarządził powtórzenie drugiej tury wyborów 26 grudnia 2004.  Zwyciężył Juszczenko zdobywając 52% głosów. Wcześniejsze wielotygodniowe społeczne protesty zyskały miano „pomarańczowej rewolucji”. Juszczenko zaprzysiężony w styczniu 2005 roku zapowiedział podjęcie starań o członkostwo Ukrainy w UE i powołał rząd z Julią Tymoszenko.

We wrześniu 2005 roku, po konflikcie w obozie władzy, premierem nowego rządu został Jurij Jechanurow. Wybory parlamentarne z 2006 r. wygrało ugrupowanie Janukowicza, a drugie miejsce zajęli zwolennicy Tymoszenko, ale do rozmów koalicyjnych przystąpiły trzy partie „pomarańczowych”, mające łącznie większość w Radzie. Po niepowodzeniu tych negocjacji i kilkumiesięcznym ostrym kryzysie politycznym premierem został Wiktor Janukowycz. W 2010 r jego zwycięstwo w wyborach prezydenckich przypieczętowało władzę tego prorosyjsko nastawionego polityka.

W 2013 i 2014 r. protesty społeczne organizowane przez ugrupowania prozachodnie, zakończyły się pozbawieniem przez parlament prezydenta Janukowycza urzędu. Na  p.o. prezydenta wybrany przedstawiciel opcji prozachodniej Ołeksandr  Turczynow, a następnie prezydentem Ukrainy został Petro Poroszenko.

(Powyższa historia Ukrainy za Państwowym Wydawnictwem Naukowym)

Po zwycięskiej, bohaterskiej walce Ukraińców na kijowskim Majdanie w marcu Rosja dokonała secesji Krymu. Rozpoczęły się walki na wschodzie kraju, m.in. w Donbasie,  z siłami separatystycznymi wspieranymi przez Rosję – Kreml uzbrajając samozwańcze „republiki ludowe” rozpoczął wojnę na Ukrainie. Jej nowy, brutalny rozdział rozpoczął się o poranku 24 lutego 2022 roku…

Walka Ukrainy trwa

Kończąc ten geograficzno-historyczny wstęp o historii Ukrainy, trzeba powiedzieć, że w całych swoich dziejach Ukraina walczyła o wolność. Przy czym, co nietypowe dla Europy, swą wolność widzieli Ukraińcy bardziej, jako wolność osobistą niż państwową. Najpierw chcieli niezależności personalnej w ramach Wielkiego Księstwa Litewskiego, potem jako członkowie Korony, a w końcu jako obywatele ZSRR. I żadne z tych państw nie odważyło się na danie minimum wolności Ukraińcom. Może dlatego, że Ukraińcy stanowili bardzo dużą masę ludzi?

Marzenie o niepodległości Ukrainy, jako państwa pojawiło się na dobre w połowie XIX wieku, gdy Ukraińcy zrozumieli, że nie osiągną żadnych swobód w ramach państwa innego niż własne.

Dzisiaj Ukraina walczy znowu o niepodległość i niesamowicie odważnie, a także skutecznie, broni się przed najazdem Rosji, tym razem putinowskiej. Patrzymy na odwagę Ukraińców i podziwiamy ich, a pomagając Ukraińcom spłacamy swój wiekowy dług.

 

 

 

„List”, chyba, z zachodniej Europy tłumaczy SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI „Czemu Ty nie chcesz umrzeć, Ukraino?”

List, najprawdopodobniej z Europy Zachodniej zatytułowano: „Czemu Ty nie chcesz umrzeć, Ukraino?”

Sławomir Jastrzębowski przetłumaczył ten list. Nie na polski, ukraiński, czy angielski, a na język ludzki. Czy europejski? Oceńcie Państwo sami. Jastrzębowski próbuje zrozumieć argumentację zachodniej części Starego Kontynentu wobec Ukrainy. Kraju walczącego z brutalną inwazją współczesnych barbarzyńców z Rosji i ich herszta Putina. Wszyscy Czytelnicy, szczególnie Ci o dużej wrażliwości i słabych nerwach poszeni są o wytrwanie do końca listu:

„Ukraino, Ukraino. Nie tak miało być. Czemu Ty nie chcesz umrzeć? Przecież umówiliśmy się, że odwrócimy głowy na 48 godzin, żeby Cię wziął do lasu, zastrzelił, zmiażdżył czaszkę gąsienicą czołgu, a część Ciebie, która przetrwałaby, trzymałby pod kacapskim butem. A Ty co? Wszystko zepsułaś, Ukraino. Po co Ci ta wolność? Do czego?

Czy myślisz, że Putinowi miło patrzeć, jak musi niszczyć Twoje miasta? Czy myślisz, że on chcę zabijać Twoje dzieci, Ukraino? Ty, go do tego zmusiłaś. Jemu jest coraz ciężej. Nam zresztą też. A przecież wszystko było ustalone. Żylibyśmy z Rosjanami dobrze, a nawet jeszcze lepiej. W jedną stronę płynęłoby więcej ropy i gazu, a w drugą więcej euro i nie byłoby nikogo, kto nie byłby zadowolony. Ciebie nie liczę, Ukraino. Ciebie miało nie być. To upraszczałoby sytuację.

Trochę by w ONZ ponarzekali, ale tam też już dużo naszych. Zresztą mamy naszych wszędzie. Nam wolna Ukraina do niczego nie jest potrzebna. Prawdę powiedziawszy wolna Litwa, Łotwa czy Estonia też nie. Bo do czego? Polska? Po kolei. Przyjdzie czas i na Polskę, świat przeżyje bez Polski. Tyle lat Polski nie było i był porządek. Interesy będą bez Ciebie Ukraino i bez Polski łatwiejsze. Bo te Polaki trochę jak Wy, Ukraińcy. Życie oddawać za wolność? Buntować się? Warto? Myśleliśmy, że się teraz za łby weźmiecie, Ty z tymi Polakami, że przeszłość zaczniecie sobie wypominać, ale nie.

Dziwne z Was narody. Miskę byście dostali i dach nad głową. Czego jeszcze chcecie? Wiemy, wiemy, wolności. Co Wy z tą wolnością? Na co Wam to? Zobaczcie na swoje zniszczone miasta. Na swoich bliskich, którzy zginęli przez Ciebie Ukraino, bo przez kogo? Warto? Czy Ty nie rozumiesz Ukraino, że my mamy kontrakty i interesy? A przez Ciebie musimy wycofywać z Rosji firmy? Ty wiesz jakie to są straty? Że co? Że Putin bandyta i morderca? Może i tak. No i? Przecież on od lat bandyta i morderca, cały świat wie i jakoś się przyzwyczailiśmy. Głównie swoich mordował i za mordę trzymał. Wiernym kundlom dawał jachty i odrzutowce.

My też karmimy swoje wierne kundle. Szczekają dla nas. Po ukraińsku i po polsku. Różnie. Szczekają z zacietrzewieniem i moralną wyższością, za moralną wyższość im dopłacamy. Z Putinem można było handlować. Nam tak za bardzo nie przeszkadza, że on Ciebie morduje Ukraino, potrafimy odwracać głowy. Tylko, że to za długo trwa i nasza opinia publiczna zaczyna się z tym źle czuć. Te obrazki Waszych zabitych dzieci…

Po co to pokazujecie? Wiesz Ukraino, jacy są ludzie. Mają te serca i uczucia. To komplikuje. Im dłużej Ty nie chcesz umrzeć Ukraino, tym bardziej komplikuje. Musimy udawać sankcje, a ukrywać przepływy pieniędzy coraz trudniej, bo coraz większa presja. Plan był dobry i perspektywiczny. Putin robi u siebie co chce, to jego sprawa. Jakoś byśmy zaakceptowali, gdyby do siebie dołączył Ciebie Ukraino i Polskę.

Wydalibyśmy kilka not oburzenia, ale przecież nikt nie będzie umierał za Kijów czy Warszawę. Po co? My chcemy mieć w domach gaz i wyjeżdżać na wakacje. Nikt się nie spodziewał, że Ty Ukraino będziesz tak walczyć. Putin obiecywał, że góra dwa dni. Dziwne. Jego błąd. Ma teraz wielki problem przez Ciebie, wszyscy mamy. Trudno powiedzieć co będzie. Czemu? Czemu Ty nie chcesz umrzeć, Ukraino?”

 

Ponoć oryginał tego listu jest już w jednym z europejskich archiwów…

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Dekomunizujemy!

Prezydent Trzaskowski przeprowadził w 2017 r. rekomunizację warszawskich ulic, mimo protestów kombatantów, wielu środowisk niepodległościowych i patriotycznych. Dziś, śladem apelu prezesa IPN, czas na usunięcie (symboliczne) zbrodniarzy oraz zdrajców i powrót bohaterów jako patronów ulic w Warszawie i całej Polsce.

„Uważamy, że komunizm w Polsce w latach 1939-1989 był systemem zbrodniczym i dalsze honorowanie również w przestrzeni publicznej zbrodniarzy, funkcjonariuszy i działaczy tego okresu nie ma jakiegokolwiek usprawiedliwienia i jest z gruntu szkodliwe dla społeczeństwa naszego kraju” – brzmiało oświadczenie Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Wyklętych. – „Przypominamy, że propagowanie symboli i idei komunistycznych tak jak niemiecko-nazistowskich jest w Polsce zabronione i karane. Zakaz ten dotyczy również gloryfikacji osób będących funkcjonariuszami tych systemów. Podobnie jak nie wyobrażamy sobie nazywania ulic nazwiskami żołnierzy SS czy funkcjonariuszy NSDAP, tak też nie godzimy się na nazywanie ich mianem sowieckich aparatczyków”.

Sędzia Bogusław Nizieński, żołnierz Armii Krajowej i jej największego kontynuatora w czasie okupacji sowieckiej po 1945 r. – Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość w 2017 r. mówił: „Dziś my, weterani walk o niepodległość naszej Ojczyzny i represjonowani za wierność Polsce przez niemieckich, sowieckich i rodzimych zbrodniarzy komunistycznych, zwrócimy się z gorącym apelem do pana Rafała Trzaskowskiego, prezydenta Warszawy, do pani Ewy Malinowskiej-Grupińskiej, przewodniczącej Rady Miasta i wszystkich radny o nieprzywracanie nazw ulic i obiektów, które w jakikolwiek sposób upamiętniają osoby, organizacje, miejsca i wydarzenia propagujące zbrodniczy system totalitarny, jakim był komunizm”.

Argumenty historyczne i finansowe

Już wtedy, w 2017. rekomunizację chciał powstrzymać Instytut Pamięci Narodowej: „aby w poczuciu obywatelskiej odpowiedzialności, niezależnie od bieżących sporów politycznych, nowe władze samorządowe Miasta Stołecznego Warszawy odstąpiły od procedury przywracania już zmienionych nazw symbolizujących lub propagujących komunizm. Nazwy te były wyrazem hołdu dla ludzi i organizacji, które działały na rzecz zniewolenia Polski, przeciw jej niepodległości i przeciw wolności jej obywateli. Ich przywrócenie będzie działaniem nieprzystającym do szacunku dla ojczystej historii – szczególnie bolesnym w roku obchodów stulecia odrodzenia Państwa Polskiego”.

IPN dodawał ważny argument finansowy: „Wciąż jest możliwość przyjęcia najprostszych procedur, które uchronią stolicę przed wydawaniem środków publicznych na przywracanie nazw symbolizujących komunistyczne zniewolenie Polski a w wielu wypadkach symbolizujących także zbrodnie i nieprawości okresu stalinizmu”.

Prezydent Trzaskowski na te wszystkie apele i argumenty był odporny. I rekomunizację przeprowadził.

Dlaczego rekomunizacja? Bo wcześniej przeprowadzono w Warszawie (i w Polsce) dekomunizację ulic. Na mocy decyzji wojewodów zamiast totalitarnych patronów pojawili się nowi: polscy. Potem – po odwołaniu władz miast zdominowanych przez PO i niekorzystnych decyzjach sądów – ten proces został odwrócony i mieszkańcy musieli za to zapłacić. Zapłacić za powrót komunistycznych patronów.

Najpierw Gdańsk

Zanim wrócimy do Warszawy, przyjrzyjmy się rekomunizacji Gdańska, wówczas pod rządami Pawła Adamowicza (podobnie jak Rafał Trzaskowski skutecznie odwołał się od dekomunizacyjnych decyzji wojewody). Trzech komunistycznych patronów udało się zlikwidować: Dąbrowszczaków (ochotnicy XIII Brygady Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego, którzy podczas wojny domowej 1936-1939 chcieli budować w Hiszpanii „totalitarne stalinowskie państwo” i służyli „zbrodniczej ideologii komunistycznej” – według określeń IPN), Leona Kruczkowskiego (pisarz, ale także członek komunistycznej Polskiej Partii Robotniczej, potem Komitetu Centralnego PZPR, wiceszef stalinowskiego Ministerstwa Kultury i Sztuki) i Mariana Buczka (przedwojenny komunista, członek Komunistycznej Partii Polski).

Dzięki temu swoje ulice zyskali: prof. Lech Kaczyński, były prezydent Rzeczpospolitej i Warszawy. Ignacy Matuszewski, minister skarbu w II Rzeczpospolitej, dyplomata, pułkownik Wojska Polskiego, oficer wywiadu (najbardziej zasłynął tym, że razem z Henrykiem Floyar-Rajchmanem we wrześniu 1939 r. ewakuował na Zachód i przekazał rządowi RP 75 ton złota Banku Polskiego). I Jan Styp-Rekowski, organizator i działacz Związku Polaków w Niemczech, aresztowany przez Niemców w 1939 r., zmarł w 1942 r. w obozie Sachsenhausen.

Wreszcie czas na decyzje skandaliczne. Swoje ulice zachowali:

Stanisław Sołdek, inżynier okrętowiec, przodownik komunistycznej pracy, poseł PZPR,

Wincenty Pstrowski, także przodownik pracy, górnik, rębacz dołowy, członek PPR,

Franciszek Zubrzycki, ps. „Mały Franek”, partyzant komunistycznej Armii Ludowej, przedwojenny komunista,

Józef Wasowski (właśc. Józef Wassercug), dziennikarz, przedwojenny członek warszawskiej loży „Kopernik”, powojenny poseł do komunistycznej Krajowej Rady Narodowej, pierwszy przewodniczący Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Tzw. prezydent Polski, a naprawdę sowiecki agent Bierut, przyznał Wasowskiemu Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski „w uznaniu wybitnych zasług położonych dla Demokracji Polskiej w dziedzinie publicystyki oraz pracy nad odbudową powojennego dziennikarstwa”. Dziennikarz Józef Wasowski to ojciec dziennikarza Jerzego Wasowskiego (Kabaret Starszych Panów), dziadek dziennikarza Grzegorza Wasowskiego (m.in. T-raperzy znad Wisły).

W końcu wymieńmy tych, którzy na ulice w Gdańsku wówczas nie zasłużyli:

Kazimierz Szołoch. Robotnik Stoczni Gdańskiej im. Lenina, współorganizator strajku w 1970 r. i 1980 r., działacz Wolnych Związków Zawodowych, Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, NSZZ „Solidarność”. Rozpracowywany przez bezpiekę, wielokrotnie szykanowany i zwalniany z pracy.

Henryk Lenarciak. Z Kazimierzem Szołochem łączyła go praca w Stoczni Gdańskiej, strajki 1970 r. i 1980 r., a także to, że uważał Lecha Wałęsę za TW bezpieki. Dzięki Lenarcikowi powstał w Gdańsku, przed brama stoczni, Pomnik Poległych Stoczniowców.

Anna Walentynowicz. Ikona, legenda Solidarności, Anna Solidarność.

Feliks Selmanowicz, ps. „Zagończyk”, żołnierz wileńskich brygad Armii Krajowej dwóch okupacji – niemieckiej i sowieckiej, zamordowany 28 sierpnia 1946 r. w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej, razem z Danutą Siedzikówną, ps. „Inka”.

Żołnierze Wyklęci, działacze Solidarności. Polskie pokolenia, którym zawdzięczamy niepodległość. A ich przegraną w walce o z komuną „zawdzięczamy” Pawłowi Adamowiczowi.

Teraz Warszawa

Na początek ci, którzy szczęśliwie ulicę stracili:

Oskar Lange, ekonomista, ale też członek Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i Rady Państwa PRL, poseł na Sejm PRL, sowiecki agent.

W jego miejsce patronem ulicy został Tomasz Arciszewski, członek Polskiej Partii Socjalistycznej, jeden z przywódców Organizacji Bojowej PPS. Jeden z Ojców Polskiej Niepodległości, odzyskanej 11 listopada 1918 r., premier rządu Rzeczpospolitej w latach 1944-47.

Franciszek Bartoszek, członek sowieckich organizacji: Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej.

W jego miejsce patronem ulicy został Stanisław Pyjas, zamordowany przez komunistów 7 maja 1977 r. w Krakowie student Uniwersytetu Jagiellońskiego, opozycjonista.

Sylwester Bartosik, członek sowieckich organizacji: Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Robotniczej.

W jego miejsce patronem ulicy został Grzegorz Przemyk, maturzysta, śmiertelnie pobity przez milicjantów w Warszawie, zmarły 14 maja 1983 r.

Franciszek Zubrzycki „Mały Franek”, partyzant sowieckiej Gwardii Ludowej, przedwojenny komunista.

W jego miejsce patronem ulicy została Danuta Siedzikówna „Inka”, sanitariuszka V Wileńskiej Brygady Armii Krajowej mjr Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Zamordowana 28 sierpnia 1946 r. w więzieniu przy ul. Kurkowej w Gdańsku.

Wincenty Pstrowski, komunistyczny przodownik pracy, górnik, rębacz dołowy, członek PPR.

W jego miejsce patronem ulicy zostali Bohaterowie z Kopalni Wujek w Katowicach, spacyfikowanej przez juntę wojskową Jaruzelskiego w pierwszych dniach stanu wojennego. W wyniku zbrodni plutonu specjalnego ZOMO zginęło 9 górników.

Ul. 17 stycznia – na pamiątkę 17 stycznia 1945 r., czyli wkroczenia wojsk sowieckich do Warszawy.

W to miejsce patronem ulicy został Komitet Obrony Robotników, opozycyjna organizacja w PRL.

Kogo przywrócili, kogo usunęli

Teraz przypomnę, jacy patroni (komunistyczni) wrócili na stołeczne ulice, a z jakimi bohaterami (polskimi) musieliśmy się pożegnać. Poniżej większość z nich.

Wrócił Józef Lewartowski, członek sowieckich organizacji: Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Robotniczej, Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Kiedy w 1920 r. Armia Czerwona zaatakowała Polskę, został członkiem Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski z zadaniem organizowania władzy sowieckiej w powiecie bielskim. Kiedy w 1939 r. Armia Czerwona zaatakowała Polskę, rozpoczął współpracę z sowieckim okupantem na Kresach II RP.

Miejsca musiał ustąpić Lewartowskiemu Marek Edelman, lekarz, jeden z przywódców powstania w getcie warszawskim (ŻOB).

Wrócił Leon Kruczkowski (pisałem o nim wyżej).

Miejsca musiał ustąpić Kruczkowskiemu Zbigniew Herbert – niezłomny książę poetów.

Wróciła Aleja Armii Ludowej, podległej sowietom organizacji przestępczej, która pod płaszczykiem walki z Niemcami szczególnie zwalczała Polskie Państwo Podziemne i Armię Krajową.

Miejsca Armii Ludowej musiał ustąpić prof. Lech Kaczyński, były prezydent Rzeczpospolitej i Warszawy.

Wróciła Jadwiga i Witold Kokoszkowie, członkowie sowieckich organizacji: Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej (poprzedniczki AL).

Miejsca Kokoszkom musiał ustąpić Zbigniew Stypułkowski, polityk II Rzeczpospolitej, poseł na Sejm, adwokat, bezprawnie sądzony i skazany w moskiewskim procesie 16 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego.

Wrócił Henryk Sternhel, uczestnik wojny domowej w Hiszpanii (1936-1939) po stronie bolszewików, członek sowieckich organizacji: Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej.

Miejsca Sternhelowi musiał ustąpić Marian Bernaciak „Orlik” – podporucznik Wojska Polskiego, żołnierz Armii Krajowej i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość na Lubelszczyźnie. Zamordowany przez komunistów 24 czerwca 1946 r. we wsi Piotrówek.

Wrócił Wincenty Rzymowski, dziennikarz, w czasie II wojny światowej podjął współpracę z sowietami, członek sowieckiego Związku Patriotów Polskich, współtwórca tzw. Manifestu tzw. Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Stalinowski minister kultury i sztuki, oraz minister spraw zagranicznych, przywódca przybudówki PZPR: Stronnictwa Demokratycznego.

Miejsca Rzymowskiemu musiał ustąpić Przemysław Gintrowski, kompozytor, bard.

Wrócił Zygmunt Modzelewski, ekonomista. W 1945 r. ambasador RP w ZSRS, stalinowski wiceminister, a później minister spraw zagranicznych, członek Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i Rady Państwa PRL, poseł do komunistycznej Krajowej Rady Narodowej i na Sejm PRL.

Miejsca Modzelewskiemu musiał ustąpić Jacek Kaczmarski, poeta, prozaik, kompozytora, bard.

Wróciła ul. Dąbrowszczaków (pisałem o nich wyżej).

Miejsca Dąbrowszczakom musiał ustąpić Borys Sawinkow, rosyjski pisarz i polityk, odpowiedzialny za zamachy na carskich urzędników.

Wrócił Związek Walki Młodych, komunistyczna organizacja młodzieżowa, przybudówka sowieckiej PPR.

Miejsca ZWM musiał ustąpić Andrzej Romocki „Morro”, żołnierz Szarych Szeregów, kapitan Armii Krajowej, w Powstaniu Warszawskim dowódca 2. kompanii Rudy batalionu Zośka. Zginął 15 września 1944 r. dowodząc walką o utrzymanie przyczółka czerniakowskiego.

Wrócił Józef Balcerzak, elektryk, członek sowieckiej Komunistycznej Partii Polski.

Miejsca Józefowi Balcerzakowi musiał ustąpić Stanisław Kasznica „Wąsowski”, prawnik, polityk obozu narodowego, podporucznik Wojska Polskiego, podpułkownik i ostatni komendant główny Narodowych Sił Zbrojnych, zamordowany przez komunistów 12 maja 1948 r. w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, jego zwłoki zakopano na „Łączce” Powązek Wojskowych.

Wrócił Stanisław Tołwiński, komunistyczny prezydent m.st. Warszawy w latach 1945-1950, poseł do komunistycznej Krajowej Rady Narodowej i na Sejm PRL, członek PPR/PZPR.

Miejsca Tołwińskiemu musiał ustąpić Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz”, podpułkownik Wojska Polskiego, cichociemny, dowódca Okręgu Nowogródek AK, który zginął w walce z NKWD pod Surkontami 21 sierpnia 1944 r.

Wrócił Wacław Witold Szadkowski, członek sowieckich organizacji: Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Robotniczej (później PZPR), Armii Ludowej.

Miejsca Szadkowskiemu musiał ustąpić mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”, cichociemny, żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, dowódca oddziałów partyzanckich Armii Krajowej, Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj i Zrzeszenia WiN. Zamordowany przez komunistów 7 marca 1949 r. w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, jego zwłoki zakopano na „Łączce” Powązek Wojskowych.

Wrócił Stanisław Wroński, historyk, w czasie II wojny światowej członek sowieckiej brygady partyzanckiej, członek PPR/PZPR, W PRL minister kultury i sztuki, poseł na Sejm, członek Rady Państwa. Przewodniczący Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, prezes Zarządu Głównego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację.

Miejsca Wrońskiemu musiała ustąpić Anna Walentynowicz…

 

HUBERT BEKRYCHT: Rosyjsko-niemiecko-francuski front albo oś Moskwa – Berlin – Paryż

Jak ja nie chciałem tego napisać. Nie mam jednak wyboru, bo nie pogodziłem się z próbą wywołania III wojny światowej przez Kreml. Putin od trzech tygodni prowadzi inwazję na niepodległą Ukrainę, a jego żołdacy, którzy – strzelając do cywili, zabijając dzieci i niszcząc mieszkalne osiedla – ów szatański plan realizują, mają możnych pomocników. Kto to? Po pierwsze trzęsące się ze strachu francuskie elity polityczne prezydenta Macrona. Po drugie, grono niemieckich sierotek po „żelaznej” kanclerz Merkel.

Zacznijmy od końca – Niemcy. Grupa ta, którą nazwałem sierotami po aktywistce komunistycznej młodzieżówki z b. NRD, doczekała się, po kilku miesiącach pośladkowego porodu, politycznego, chromego brata – lewicująco-lewacko-zielonego (tak zielonego!) kanclerza Scholz. Dziecko pobawiło się troszkę sojuszami, ale zrozumiało, co to wojna, którą po raz ostatni widziało na oczy pokolenie jego dziadków, przedtem ją wywołując, bądź będąc obojętnym.

Scholz zadrżał, kiedy groteskowy car podpisywał uznanie „ludowych republik” na wschodzie Ukrainy. Scholz zadrżał, kiedy w pierwszych dniach wojny Putin nie odbierał od niego telefonów. Scholz zadrżał, kiedy Niemcy w większości opowiedzieli się za pomocą militarną dla Ukrainy.

Scholz nie zadrżał, kiedy Rosja pogroziła atomowym paluszkiem. Nie zadrżał, bo albo jest głupi albo coś wie. Coś, czego nie wiedzą polityczne elit Berlina. Nadal Niemcy są najsłabszym ogniwem w koalicji antyputinowskiej, bo to właśnie Niemcy stworzyły Putina i jego otoczenie. To Niemcy nie mają zamiaru tracić na wojnie, bo przecież miały zarobić.

Scholz nie spodziewał się spójnego porozumienia w sprawie sankcji wobec Kremla. Nie przewidzieli też notable berlińskiego rządu, że większość państw NATO i UE będzie chciała obalenia Putina. Bowiem satrapa moskiewski jest teraz słaby, nie tylko politycznie. Czy Niemcy będą torpedowały dalszą militarną pomoc Ukrainie? I nie chodzi tu tylko o dostawy broni…

Drugim nieudanym politykiem Europy jest prezydent Francji Macron, który zachowuje się podczas inwazji na Ukrainę, jak wolontariusz swojej partii podczas kampanii wyborczej.

Nie ma sensu omawiać wszystkich cech, które przybliżają europejskiego Macrona do azjatyckiego Putina, ale jedna z nich jest wspólna także z Scholzem i kremlowskim dyktatorem – tchórzostwo. Strach przed tym, co będzie dalej, kiedy z rosyjsko-niemiecko-francuskiego frontu zrobi się zwyczajna oś Moskwa – Berlin – Paryż.

To nie przypadek, że w gronie premierów Polski, Czech i Słowenii: Morawieckiego, Kaczyńskiego, Fiali i Jansy – podczas wizyty w Kijowie i rozmów z prezydentem Żeleńskim – nie ma „przywódców Europy” Scholza i Macrona.

Oś Moskwa – Berlin – Paryż działa i jak to oś, przenosi pęd (do kasy) i drgania (wojna) na wóz (Rosję). Oj, niedługo ta oś się… urwie.

***

Aha, bardzo uważnie przyglądam się polskim publicystom, którzy owej rosyjsko-niemiecko-francuskiej osi kibicują a potem mówią, że nie wiedzą, co to kibicowanie. Zatem, oświadczam, że po wpisie na twitterze, ponoć kiedyś „prawicowego”, Pana Warzechy Łukasza na temat przedstawicieli polskiej delegacji składającej wizytę w Kijowie 15 marca 2022 r., nigdy – kiedy będę redaktorem naczelnym portalu sdp pl. – ów „publicysta” Warzecha Łukasz nic w mediach SDP nie napisze. Tak, to taka moja prywatna, uzasadniona dziejowo dziennikarska, wojenna i prewencyjna cenzura wobec osi złej publicystyki. I już jestem z tego dumny.