HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarstwo i wojna, czyli kres poprawności politycznej potrzebny od zaraz

Nie ma co udawać – zaczęła się wojna. A kiedy zaczyna się wojna, nie kończy się co prawda  dziennikarstwo, ale musi się kończyć poprawność polityczna związana relacjami o wojnie. Zresztą dobrze, aby poprawnoiści politycznej nie było też w czasach pokoju.  Chodzi o relacje związane z wojną z punktu widzenia polskiego dziennikarza, obywatela kraju, który potępił Moskwę za agresję w Donbasie. Kraju popierającego Ukrainę. Kraju będącego w NATO i UE.  Z polityczną poprawnością skończyłem już w podstawówce, ale niektóre moje Koleżanki i niektórzy Koledzy, nawet w przededniu napaści Rosji na Ukrainę szukali „drugiej strony”, czyli, przepraszam za wyrażenie ,”racji” Kremla w chorym dążeniu Putina do zbrojnej anekcji kolejnych części niepodległego państwa i podżegania do wojny w Europie.

Takie postępowanie polskiego dzienniarza jest nie do pomyślnia. Nie ma mowy o usprawiedliwianiu reporterów, którzy przekazują treści szkodliwe dla swojego państwa. To jest jasne i korespondentom wojennym nie potrzeba powtarzać. Co jedenak z nami? Dziennikarzami, którzy zostają na tyłach?

Trzymajmy się przede wszystkim zasady – jest wojna, nie pisz, jeśli nie sprawdziłeś naprawdę dobrze. Nastroje społeczne w obliczu konfliktu, to nie są emocje z zebrania wspólnoty mieszkaniowej. Pomyśl zanim napiszesz coś o zaopatrzeniu sklepów spożywczych, bo jeśli się pomylisz i podasz, że jest mało cukru i mąki, to nastepnego dnia będą tylko puste półki. Bez cukru i mąki, bez kaszy i ryżu i bez setek produktów spożywczych. A mało cukru i mąki mogło być przez dwie godziny, bo sprzedawca postanowił zmienić asortyment, a ty robiłeś relację przed dostawą.

Nie strasz. Nie pisz i nie mów, że słyszałeś o Rosjanach na przedmieściach Puław, Sieradza, czy w okolicach Białki Tatrzańskiej, bo to będzie na 99 proc. plotka, chyba, że akurat w Puławach, Sieradzu i w Białce mieszka dużo osób posługujących sie językiem rosyjskim. Ale nawet wówczas nie oznacza to, że na nas napadli akurat ci Rosjanie, którzy mieszkają u nas kilka lat lub, że to w ogóle są Rosjanie.

Zachwaj czujność. Wiem, brzmi to, jak z ponurych czasów stalinizmu, ale zawsze trzeba być ostrożnym, kiedy wojna u bram, a przybywa ludzi, którzy mogą nie być uchodźcami z Ukrainy.

Bądź dobrze przygotowany. Nie zaszkodzi oprócz angielskiego, czy niemieckiego lub francuskiego znać podstawy rosyjskiego i ukraińskiego. Wbrew pozorom te dwa języki można bez trudu odróznić od siebie odróżnić. Czytaj najnowsze informacje w różnych mediach. Porównój.

Propagandy wroga używaj tylko po to, aby ją zdemaskować. Nie baw się w „śledczego” dziennikarza wojennego. Masz niepokojące informacje nie rób z tego „jedynki”, bo agenci wpływu mogą cię łatwo nabrać. I szkodliwa rosyjska papka przedostanie się do polskich mediów. Przypuszczasz, że ktoś o  prokremlowskich poglądach  cię podpuszcza, nie idź z tym do redakcji Idź do ABW lub innych służb, najlepiej wojskowych.

Nie daj po sobie poznać, że się boisz, szczególnie jeśli pracujesz w mediach elektronicznych. Ludzie widzą i słyszą więcej niż myślisz. Każdy może czuć strach, ale twoja panika nie jest podczas zbrojnego konfliktu tylko twoja, bo mówisz do tysięcy ludzi, których możesz przestraszyć.

Mam nadzieję, że wszystkie te rady i sugestie na nic się nie przydadzą i będzie można je wkrótce wrzucić do archiwum. Na razie jednak mogą się przydać.

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Wojenna gra w hokeja albo kij Putina na Europę. Aktualizacja: Finowie wygrali z Rosjanami!

Aktualizacja (20.02.22 r. godz. 10.40):

Gratulacje dla hokeistów Finlandii i dla całego kraju! Zwycięstwo Suomi nad ulubieńcami Putina w olimpijskim finale może być dobrą wrózbą dla świata. „Olimpijskie złoto”. HS; hs.fi

Gdyby mecz o złoty medal turnieju hokejowego mężczyzn w Pekinie między Finlandią a Rosyjskim Komitetem Olimpijskim odbywał się kilka tygodni temu, a nie w nocy z soboty na niedzielę 20 lutego, można byłoby, w dobrej wierze, szantażować Moskwę, że albo wycofa się z agresji na Ukrainę albo rosyjscy hokeiści nie zagrają w finale. Teraz, niestety, jest za późno na szachowanie Kremla, bo kochający grę w hokeja Putin wojsk nie wycofa. Tylko, że jest jeszcze kilka godzin, aby upokorzyć najeźdźcę i rzeczywiście wykluczyć reprezentację agresywnego państwa z imprezy stanowiącej, jeszcze, emanację dążeń pokojowych całego świata. Teoretycznie.

Chyba, a piszę to kilka godzin przed finałem hokejowego turnieju, mimo napiętej sytuacji międzynarodowej, do odwołania meczu nie dojdzie. Dlaczego? Bo jednak szefem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego jest Niemiec. A właśnie Niemcy, jako kraj niewątpliwie miłujący pokój, nie mają – że tak tajemniczo napiszę – pełnych zdolności negocjacyjnych w rozmowach z Rosją… Chodzi o kawałek rury pod Bałtykiem, przez który ma płynąć gaz. A strażnikiem zaworu na Europę, w imieniu Moskwy, ma być Berlin. A że raz zdobyty, to się tam boją wschodnich turystów, na przykład znad Donu.

Krótko mówiąc banda tchórzy z olimpijskiej centrali nie jest w stanie nic zrobić, aby pokazać, że kraj napadający inne państwo nie jest godny walczyć o olimpijskie złoto. Dawniej laur. A o czystą sportową walkę i pokój na planecie chodziło przecież wskrzesicielom idei olimpizmu.

Sportowcy z Rosji na chińskich igrzyskach występują jako Russian Olympic Committee, bo od lat nad Wołgą i Amurem kwitnie przemysł sportowego dopingu. Ależ to kara, ależ się Rosjanie przejęli… I tak w ich telewizjach zamiast logo ROC widnieje Rossija. A Rossjia byłaby skompromitowana i sfrustrowana, gdyby tamtejsi hokeiści wrócili z Pekinu bez żadnego medalu, wykluczeni z igrzysk. Niestety, to mało prawdopodobne. Putin jest żałośnie pewny siebie, nie ustępuje. A Zachód, czyli także i my? Pozwalamy mu na wiele.

Modlę się o to, aby poniższy scenariusz się nie spełnił. Może się jednak zdarzyć tak, że kiedy u nas będzie około 7.30 w niedzielę 20 lutego, w Moskwie, już po meczu, w którym będę kibicował Finom i zakończeniu pekińskich igrzysk, Władimir Władimirowicz – po prysznicu (mieszkał, jako szpieg w NRD – czysty jest) i lekkim śniadaniu (Europejczyk przecież) – niezależnie od gry i wyniku meczu hokejowego ROC z Finlandią, da sygnał do inne „gry”. Z Ukrainą. Niestety, będzie to wojna. Moskwa, jakkolwiek abstrakcyjnie to zabrzmi, napadnie na Kijów już po zgaszeniu olimpijskiego ognia, a dla ludów wschodu symbolika ma znaczenie. Co zrobią ugodowe wobec Kremla państwa UE, kiedy prezydent Federacji Rosyjskiej spróbuje przejąć ster Starego Kontynentu?

Niemcy, Francja i Benelux poproszą o negocjacje. A Putin z uśmiechem wyjmie symboliczny kij na Europę. Nie hokejowy, ale gazowy. A może znajdzie też jakiś kostur na Chińczyków.

I tak oto, z powodu braku zdecydowania i zwykłego strachu, po raz kolejny satrapa zakpi sobie z pokoju. I oby tylko ROC nie zdobył złota w turnieju hokejowym mężczyzn, bo przy szacunku do uczciwych sportowców z Rosji, to jest parodia reprezentacji państwa godnego stanąć w olimpijskie szranki.

Zwierzęcy strach, którego jeszcze w tym roku nie poczuje Putin i wyrafinowane tchórzostwo Paryża oraz Berlina ubrane w szaty cywilizacyjnej wyższości, to w sumie te same uczucia. Zawsze tchórzostwo prowadzi do upadku. Tylko, czym zawinili mieszkańcy Ukrainy? Oby nie było tak z obywatelami krajów bałtyckich i z nami. Ugody i porozumienia z terrorystami prowadzą zawsze do upadku. Strzeżmy się ugodowców!

 

WALTER ALTERMANN: Inicjatywa & Projekt, czyli o zdarzeniach, które dopiero mają być, ale już się odbyły

Inicjatywa robi u nas niezłą karierę. Niby istnieje od dawna, ale teraz rozpycha się i niechciana wyłazi na pierwszą linię frontu walki o zangielszczenie języka polskiego. Chyba dlatego, że inicjatywa jest ogólna i pojemna. Inicjatywą może być spektakl teatralny, manifestacja zwolenników lub przeciwników rządu, właściwe każde publiczne wystąpienie może być inicjatywą. Spacer po parku miejskim, w zwołanym gronie wielbicieli spacerów też bywa inicjatywą.

„Z okazji Dnia Solidarności z Ukrainą zaplanowaliśmy 8 inicjatyw, które będą się odbywały w różnych miejscach Warszawy” – poinformował 16 lutego 2022 roku wysoki urzędnik. Po polsku zdanie powinno wyglądać tak: „Z okazji Dnia Solidarności z Ukrainą zaplanowaliśmy 8 zdarzeń, wydarzeń, imprez, manifestacji, które będą się odbywały w różnych miejscach Warszawy”. Sam, gdybym musiał wybrałbym zdarzenia lub wydarzenia.

Według Słownika Poprawnej Polszczyzny, pod red. Witolda Doroszewskiego (PWN, 1987) „inicjatywa to impuls do działania, pomysł, projekt do realizacji”.

A zatem inicjatywa jest intelektualnym zaczątkiem tego, co dopiero ma się stać. Ale… wspomniany urzędnik zapowiada przecież konkretne zdarzenia. To jak? Zakładam, że ów urzędnik znał kilka słów mogących zastąpić inicjatywę. Dlaczego? Może urzędnik chciał powiedzieć modnie, współcześnie. Może, jak inny urzędnicy, wstydzi się takich polskich słów jak choćby wydarzenie, zdarzenie?  Oczywiście zdarzenie jest najczęściej nagłe, niespodziewane i ma mniejszą rangę niż inicjatywa. Z kolei wydarzenie jest najczęściej ważne i doniosłe. A jednak inicjatywa boli w uchu.

W przeszłości równie mocno bolało mnie pojęcie prywatna inicjatywa. Według władz PRL, które z lubością przypisywały temu określeniu wartość zbiorczą, obejmującą prywatną gastronomię, zakłady krawieckie, szewskie, ślusarskie a także rzemieślnicze zakłady wytwarzające wózki dla dzieci, łyżwy, lampki, żyrandole, zabawki i tysiące potrzebnych ludziom artykułów codziennego użytku, nie bardzo miały ochotę na mówienie prawdy o roli prywatnych przedsiębiorców. Więc władze postanowiły przykryć to co istniało naprawdę, a pojęcie prywatna inicjatywa było doskonałym kamuflażem przed prawdą, przed tym, że w państwie ludu i mas pracujących istnieje (i ma się jako tako) sektor prywatny. Prywatni rzemieślnicy, prywatni przedsiębiorcy jednak istnieli i spełniali ważną rolę wobec ludzi i dla państwa, ale władzom nie przechodziło przez gardło przyznanie, że są oni niezwykle potrzebni. Gdyby ową prywatną inicjatywę zanalizować, to wyszłoby nam to samo co z obecną inicjatywą popierania Ukrainy, że inicjatywa oznacza takie coś, co jest, ale dokładnie nie wiadomo czym.

Jeszcze śmieszniej było za PRL-u z pojęciami inicjatywa obywatelską lub inicjatywa społeczna.  „Wystąpiła ostatnio inicjatywa społeczna, żeby położyć kres zjawisku koników handlujących biletami do kin, którzy najpierw w kasach kin bilety wykupują w cenach oficjalnych, a potem sprzedają je ze znacznym zyskiem…” – wyczytałem przed wielu laty w gazecie. O co chodziło? Ano o to, żeby upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu – dać znać obywatelom, że władza widzi „nieprawidłowości” oraz, że mamy w kraju zdrowe siły społeczne, których władza słucha. Naprawdę było tak, że o jakichś problemach wiedzieli wszyscy, ale władzom nie wypadało ot tak przyznać się, że przez lata problemu nie rozwiązywały. Więc dla kamuflażu posługiwano się jakimiś nieokreślonymi inicjatywami społecznymi.

Projekt (prodżekt)

Musiałem kiedyś odwiedzać (kilka razy w miesiącu) znajomego dyrektora teatru, w jego miejscu pracy, czyli w gabinecie dyrektora teatru. I zawsze na jego okrągłym stoliku leżała ta sama kaseta VHS. Stolik, przy którym rozmawialiśmy był, poza tym pusty a kaseta czyściutka, żadnego na niej kurzu, żadnego paproszka. Zrozumiałem, że skoro ta kaseta tak znacząco sobie leży i leży, to znaczy jest dla dyrektora ważna. Postanowiłem być miły i zapytałem co jest na kasecie.

– O, to jest mój projekt. Wiesz, to jest dla mnie bardzo ważny projekt – powiedział dyrektor i wzruszył się. Przy czym projekt wymawiał jako prodżekt.

– Masz na tej taśmie zapisany jakiś spektakl? – zapytałem.

– Nie, nie, to nie jest spektakl.

–  Widowisko? – naprawdę chciałem wiedzieć.

– Widowisko też nie, To jest po prostu projekt.

– Zaraz, moment – trochę się wściekłem – projekt powinien być na papierze jako zapowiedź tego co ma dopiero być.

– O, nie! Nie myśl po staremu – reżysero-dyrektor uśmiechnął się z wyższością. Zresztą jak chcesz to mogę ci puścić.

No i obejrzałem widowisko plenerowe, z dużą ilością sztucznej mgły w roli oparów, kręcącymi się po łąkach i lasach aktorami oraz smutnymi śpiewami z offu. Rzecz był patriotyczna w treści i bardzo artystyczna w formie. Minęło już kilka lat, a mnie wciąż dręczy pytanie: Dlaczego mój stary znajomy nie chciał się przyznać, że zrealizował w plenerze normalne widowisko? A może prawda jest prosta: za widowisko zamawiający płacił mniej, a za projekt więcej?

Z inicjatywą i prodżektami – mówiąc kolokwialnie – mamy w plecy. Język nasz osłabiany przez lata z powodu naszego lenistwa i zapatrzenia na świat jest w trudnej sytuacji. Czy się obroni? A, to już zależy od nas wszystkich, a od dziennikarzy szczególnie.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Przeprosili go jak Piątka

Z konkretnymi nazwiskami naszych rodaków w języku polskim wiążą się pewne powiedzonka. Najpopularniejsze zapewne dotyczy Cypriana Zabłockiego, który chcąc oszczędzić pieniądze na cle ciągnął mydło za barką (przemycał je) w skrzyniach pod wodą. Skrzynie miały być szczelne, ale nie były. Zamiast oszczędności na cle, które miał zapłacić Prusakom stracił wszystko, bo mydło się w Wiśle wymydliło. Tyle stara historyjka dotycząca powiedzonka „Wyszedł jak Zabłocki na mydle”. Teraz najświeższa historyjka i powiedzonko, które ma szansę zrobić karierę: „Przeprosili go jak Piątka”.

Otóż Tomasz Piątek jest wybitnym podobno pisarzem, podobno śledczym. Bynajmniej tego nie kwestionuję, po prostu po przeczytaniu paru książek Tomasza Piątka wiem, że brakuje mi kompetencji, wiedzy, warsztatu i inteligencji, żeby go oceniać, a które panu Tomaszowi pozwalają z nadzwyczajną swobodą łączyć ludzi i fakty bardzo często za pomocą strzałek. Liczba strzałkowych powiązań, na które natrafia Tomasz Piątek jest tak zdumiewająca, że czasem trudno w nie uwierzyć, ale wszystko jest elegancko udokumentowane grotami, więc wiadomo jaki kierunek ma strzałka. Złośliwcy i zazdrośnicy nazywają Tomasza Piątka, który chce po prostu wszystko przejrzyście wyjaśnić: „Człowiekiem strzałką”, jakby nie dowierzając powiązaniom pewnych osób z innymi. Ja we wszystko wierzę, bo nie chce mi się chodzić po sądach, ale czytać Piątka raczej już nie będę, gdyż stosunek strzałek do faktów wydaje mi się zdecydowanie na korzyść strzałek. Dobra, ale do rzeczy.

Tomasz Piątek napisał książkę pod tytułem „Macierewicz i jego tajemnice”. Były tam powiązania powiązane z powiązanymi osobami i samym ministrem Antonim Macierewiczem. Ta publikacja nie spodobała się Michałowi Dworczykowi, który wówczas był wiceministrem obrony narodowej i powiedział: „Ta książka złożona jest z samych kłamstw i pomówień. Mamy nadzieję, że prokuratura i sąd zakończą ten spektakl, który trwa i który polega na nieustannych atakach na ministra obrony narodowej”.

Polskie sądy to jak wiadomo jakby kasyno, a w kasynie szczęście bywa zmienne. W każdym razie niezłomny i pewny swoich racji Tomasz Piątek pozwał wiceministra Dworczyka za tę wypowiedź za naruszenie dóbr osobistych do sądu. Po procesie Sąd Okręgowy w Warszawie pozew Piątka oddalił stwierdzając, że „wypowiedź polityka mieści się w ramach wolności słowa” (cytat za Wirtualnymi Mediami). Tomasz Piątek nie złożył jednak broni i wyrok zaskarżył. Pisałem już o sądach i kasynie? Więc Sąd Apelacyjny wyrok całkowicie zmienił. To w sumie też jest ciekawe, że sami sędziowie nie wiedzą co się mieści, a co nie mieści w ramach wolności słowa. To co dla sędziów Sądu Okręgowego się mieści, to dla Sądu Apelacyjnego się nie mieści. Czy oni nie mogliby między sobą ustalić i żeby prosty lud na przykład dziennikarski wiedział? Ciekawe. Niektórzy mówią, że to w ogóle nie jest ciekawe i chodzi, tylko o politykę: jak sędzia ma poglądy inne, niż pozwany, to pozwany ma kruchutko. Ja w to nie wierzę. Sędziowie tacy nie są. Najwyższe standardy, niezawisłość i et cetera. Dobra, ale do rzeczy.

Sąd Apelacyjny inaczej niż Okręgowy uznał, że Michał Dworczyk musi jednak przeprosić Tomasza Piątka za swoje słowa. Ale jak miał przeprosić! No proszę Państwa! Tu jest gwóźdź programu! Przeprosić miał między innymi osobiście, ale i na portalu gazety następującymi słowami: „Ja Michał Dworczyk niniejszym przepraszam Pana, autora książki „Macierewicz i jego tajemnice” za naruszenie dóbr osobistych w postaci godności oraz dobrego imienia poprzez rozpowszechnianie informacji jakoby wspomniana książka zawierała same kłamstwa i pomówienia. Niniejsze oświadczenie składam na skutek przegranego procesu”. Tymi przeprosinami pochwalił się sam Tomasz Piątek w mediach społecznościowych. Moim zdaniem niesłusznie się chwalił. Dlaczego tak uważam? Gdyż myślę. Otóż frazę w przeprosinach „(…) poprzez rozpowszechnianie informacji jakoby wspomniana książka zawierała same kłamstwa i pomówienia (…)” odbieram jako nie żadne przeprosiny, tylko potworną, koszmarną drwinę z Piątka. Może to drwina przez sąd niezamierzona, ale spójrzmy na te słowa wyłącznie z logicznego punktu widzenia. Jeśli sąd stwierdza, że książka nie zawiera „samych kłamstw i pomówień” to ten sąd przecież nie zaprzecza, że ona jednak może i zawiera kłamstwa i pomówienia, ale przecież nie tylko. Czyli być może ona jednak zawierając kłamstwa i pomówienia, zawiera także między innymi fakty (z przeprosin nie wiadomo jakie i nie wiadomo także w jakim stosunku) to nie można było powiedzieć, że „same”. Ja w ogóle nie wchodzę tu w analizę faktów w książce, bo ja mam za słabą głowę na tyle strzałek, mnie to przerasta. Ja tylko mówię, że po prawomocnym wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie, osobiście prywatnie na własny użytek, może niesłusznie, za co przepraszam dość długo się z tego Piątka śmiałem, myśląc, że to pyrrusowe zwycięstwo, i że  mamy szansę na nowe powiedzonko w języku polskim „Przeprosili go jak Piątka”.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Niezłomne kobiety walczące o niepodległą Polskę

Razem z przemianowaniem 14 lutego 1942 roku Związku Walki Zbrojnej w Armię Krajową przeformowana zostaje Wojskowa Służba Kobiet, działająca już od początku wojny z Niemcami. A w niej dwie niezwykłe kobiety niepodległości: Maria Wittek i Elżbieta Zawacka, „Zo”. Należy im się nasza pamięć, szczególnie wobec ciągłego niszczenia polskiego etosu walki.

Maria Wittek, ps. „Mira”, „Pani Maria”, to pierwsza w Polsce kobieta – generał. Dama Orderu Virtuti Militari. To również pierwsza kobieta, która wstąpiła na Wydział Matematyczny Uniwersytetu Kijowskiego. Marii Wittek podlegało ponad sto tysięcy dziewcząt i kobiet, które w latach II wojny światowej służyły w polskim podziemiu.

Urodzona 16 sierpnia 1899 r. we wsi Trąbki na Mazowszu. W czasie I wojny światowej jej ojciec Stanisław Wittek, członek PPS, zagrożony aresztowaniem po udziale w rewolucji 1905 r. przeniósł się z rodziną na Ukrainę. W Kijowie Maria wstąpiła do 3. Polskiej Drużyny Harcerskiej.

Od 1917 r. w Polskiej Organizacji Wojskowej, gdzie ukończyła szkołę podoficerską. Równolegle, jako pierwsza w historii kobieta, wstąpiła na Wydział Matematyczny Uniwersytetu Kijowskiego.

W 1918 r. większość jej kolegów z Komendy Okręgu POW w zajętym przez bolszewików Kijowie zostało aresztowanych. Maria Wittek uratowała życie, gdyż na spotkanie nie przyszła, uważając, że jest ono sprzeczne z zasadami konspiracji. Potem bolszewicy bezskutecznie poszukiwali ją listami gończymi, mimo wyznaczonej wysokiej nagrody za jej głowę.

Od grudnia 1919 r. służyła w Wojsku Polskim. Zebrane przez nią materiały wywiadowcze ułatwiły Józefowi Piłsudskiemu przeprowadzenie wyprawy kijowskiej. W 1920 r. w ramach Ochotniczej Legii Kobiet brała udział w obronie Lwowa, po raz pierwszy otrzymując Virtuti Militari.

W wolnej Polsce komendantka naczelna Przysposobienia Wojskowego Kobiet, potem naczelnik Wydziału Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego Kobiet w Państwowym Urzędzie Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego.

Podczas wojny obronnej 1939 r., jako komendantka główna Kobiecych Batalionów Pomocniczej Służby Wojskowej, znów broniła Lwowa. We wrześniu 1939 r. po upadku Lwowa, przedostała się do Warszawy, gdzie na rozkaz gen. Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego kierowała osobiście głęboko zakonspirowaną komórką Komendy Głównej Służby Zwycięstwu Polski „Spółdzielnia”, której zadaniem było odtworzenie struktur polskiej łączności.

Od października 1939 r. do stycznia 1945 r. kierowała Wojskową Służbą Kobiet w Komendzie Głównej Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej, a jej mieszkanie u Sióstr Urszulanek przy ul. Gęsiej 1 (obecnie ul. Wiślana 1) było jednym z głównych ośrodków polskiej konspiracji. Walczyła w Powstaniu Warszawskim, uzyskując stopień pułkownika. Stolicę opuściła z cywilami. Funkcję szefa WSK pełniła w Częstochowie do rozwiązania AK, współtworząc antysowiecką organizację „Nie” – „Niepodległość”.

Po wojnie dalej kierowała przysposobieniem wojskowym kobiet. W 1949 r. na kilka miesięcy aresztowana przez UB. Nie mogąc wrócić do działalności, aż do emerytury pracowała jako kioskarka „Ruchu”.

W 1970 r. inicjatorka Komisji Historii Kobiet przy Towarzystwie Miłośników Historii w Warszawie. W sierpniu 1984 r. weszła w skład Obywatelskiego Komitetu Obchodów 40. rocznicy Powstania Warszawskiego. Na stopień generała brygady mianowana w 1991 r. Zmarła 19 kwietnia 1997 r. w Warszawie, została pochowana na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Elżbieta Zawacka, ps. „Zelma”, „Sulica”, „Zo”, to kurierka Komendy Głównej Armii Krajowej, jedyna kobieta wśród cichociemnych, czyli polskich oficerów do zadań specjalnych, po kursach w Wlk. Brytanii zrzucanych do okupowanej przez Niemców Polski.

W lutym 1943 r. jako emisariusz Komendanta Głównego AK gen. „Grota” Roweckiego wyruszyła do sztabu Naczelnego Wodza, pokonując w ciągu trzech miesięcy trasę Warszawa – Niemcy – Francja – Hiszpania – Gibraltar – Londyn. W londyńskim sztabie zdała gen. Władysławowi Sosnkowskiemu relację z sytuacji w okupowanym kraju, prosiła o uregulowanie praw kobiet-żołnierzy w Wojsku Polskim oraz usprawnienie łączności kurierskiej między Warszawą a Londynem. Do Polski wróciła we wrześniu 1943 r. zrzucona na spadochronie w ramach akcji „Neon 4”, dzięki czemu jako jedyna kobieta znalazła się w elitarnym gronie 316 cichociemnych.

W 2006 r. jako druga Polka w historii awansowana na stopień generała brygady. Dama Orderu Orła Białego.

Urodzona 19 marca 1909 r. w Toruniu, córka Władysława i Marianny z domu Nowak. Ukończyła Żeńskie Gimnazjum Humanistyczne i matematykę na Uniwersytecie Poznańskim. Jeszcze na studiach wstąpiła do Przysposobienia Wojskowego Kobiet, będąc najpierw instruktorką, a później komendantką Regionu Śląskiego PWK w Katowicach.

We wrześniu 1939 r., jako żołnierz Kobiecego Batalionu Pomocniczej Służby Kobiet, uczestniczyła w obronie Lwowa. Współorganizowała struktury SZP-ZWZ na Górnym Śląsku, do końca okupacji w Armii Krajowej. Brała udział w tajnych kompletach.

Pod koniec 1940 r., jako perfekcyjnie władająca językiem niemieckim, została przydzielona do Wydziału Łączności Zagranicznej Komendy Głównej AK (kolejne krypt. „Zenobia”, „Łza”, „Załoga”, „Zagroda”). Organizowała szlaki kurierskie do Londynu, szkoliła kurierów. Sama ponad 100 razy przekroczyła granicę Rzeszy, przenosząc meldunki i raporty. Do Warszawy powracała z pocztą i pieniędzmi. Wielokrotnie uniknęła aresztowania przez Gestapo, które poszukiwało ją listami gończymi.

W ramach Wojskowej Służby Kobiet brała udział w powstaniu warszawskim w Śródmieściu. Wyszła ze stolicy z ludnością cywilną. W Krakowie odbudowywała zerwaną łączność z Londynem. To „Zo” skutecznie odprawiła do Londynu Jana Nowaka-Jeziorańskiego i jego żonę Jadwigę w grudniu 1944 r.

Działała w Delegaturze Rządu na Kraj oraz Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość, pracowała też jako urzędniczka i nauczycielka. 5 września 1951 r. aresztowana przez UB i po ciężkim śledztwie skazana na 10 lat więzienia, na wolność wyszła 24 lutego 1955 r. Wróciła do pracy w szkolnictwie i pracy naukowej.

W 1976 r. wyjechała na kwerendę do Studium Polski Podziemnej w Londynie, a po powrocie spotkała ją fala represji i szykan ze strony władz komunistycznych. Nie mogła kontynuować badań naukowych, i po długiej chorobie została zmuszona do odejścia na wcześniejszą emeryturę.

Gromadzone przez nią od lat 60. XX wieku materiały stały się podstawą utworzonej w 1990 r. Fundacji „Archiwum Pomorskie Armii Krajowej”. Założyła Koło Kombatantów AK przy Komisji Krajowej „Solidarności”, w 1986 r. współorganizowała w Toruniu Klub Historyczny, a w 1988 r. ogólnopolskie stowarzyszenie byłych żołnierzy AK. Zmarła 10 stycznia 2009 r., pochowana na Cmentarzu św. Jerzego w Toruniu.

Putin miejski albo jak biuro prasowe prezydent Łodzi nie wpuściło TVP na konferencję prasową

KOMENTARZ HUBERTA BEKRYCHTA

Wybaczcie ten długi tytuł, ale czasem tak po prostu trzeba. Nie w obronie TVP, ale obronie wolności słowa. Spętani politycznymi zależnościami od Platformy Obywatelskiej i Lewicy urzędnicy z biura prasowego prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej (KO) nie wpuścili ekipy TVP3 Łódź na konferencję prasową. Nie wpuścili, bo politycznemu dworowi łódzkiego magistratu dziennikarze nie są już potrzebni. Przynajmniej do kampanii wyborczej. Nie są potrzebni nie tylko dziennikarze TVP. Teraz jest moda na magistrackich klakierów.

Złamano prawo prasowe. Złamano obyczaje, których – nie najlepszy to przykład – przestrzegali nawet komuniści w słusznie minionych czasach. Ustrój się zmienił, ale sowiecki charakter drzemał sobie w samorządowym błotku gospodarstwa Pani prezydent Hanny Zdanowskiej. Jej zbiorowy Putin, czyli mechanizm samorządowych stanowisk w biurze prasowym, działa. Przepraszam za porównanie, działa jak na Krymie 8 lat temu. Przepraszam tych mieszkańców Krymu, którzy cierpią z powodu bezprawnego panowania rosyjskiego reżimu i przekupionych lokalnych satrapów.

Biuro prasowe prezydent Łodzi to przyboczna gwardia polityk wpływowej polityk PO (KO) Hanny Zdanowskiej. Gwardia kilkunastu byłych dziennikarzy łódzkiego oddziału gazety ze stołecznego Czerniakowa. I nie tylko.

Rzecznik prezydent trzeciego, co do wielkości polskiego miasta, mówiący, że na konferencję TVP nie miała zaproszenia, toteż ekipa TVP z Łodzi na nią nie wejdzie jest, jak rzecznik Kremla na corocznej konferencji prezydenta Federacji Rosyjskiej.

Tylko w Moskwie nie wpuszcza się najwyżej ekip gruzińskich lub czeczeńskich mediów i to nie z powodów, z jakich, ewentualnie nie wpuszczono TVP na zwyczajne spotkanie wiceprezydenta Adama Pustelnika z dziennikarzami. Ów wysoki urzędnik samorządowy chciał powiedzieć światu, co będzie z pieniędzmi, które samorządowi dał rząd. Może się wstydził, ale to nie powód pomijać odbiorców TVP, których – z powodu naruszenia prawa prasowego – nie mogła poinformować reporterka, bo jej zakazano, podkreślam zakazano wejścia na konferencję.

Dlaczego TVP nie wpuszczono? Nie mam powodów, aby bronić wszystkich przed biurem prasowym Zdanowskiej, ale aby zastosować takie cenzorskie metody, reporterka – znana mi młoda dziennikarka – musiałaby chyba próbować wejść na konferencję z flagą Korei Północnej. A na pewno tego nie próbowała.

Od lat rzecznik i biuro prasowe ekipy prezydent Zdanowskiej popieranej od trzech kadencji przez PO i to, co zostało z SLD są propagandowo podobni do aparatu sowieckich dygnitarzy. Po prostu numer, jaki wykręcili w Walentynki łódzkiej TVP jest godny miłości Donalda Tuska do Władimira Putina z pamiętnej przechadzki na sopockim molo w 2009 roku.

Nie wpuścili TVP do łódzkiego magistratu, bo nie. Bo tak im się podoba. Prawo prasowe? Rzecznik przecież broni swojej szefowej przed PiS. A łódzki samorząd to samospełniająca się przepowiednia o mieście demokratycznych swobód, tyle, że nie dla tych, co mają inne poglądy niż zespół prasowy Zdanowskiej. Czyli, jak w „Misiu” Barei – Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?

Dziwię się tylko, że, poza prezesem łódzkiego oddziału SDP Zbigniewem Natkańskim i piszącym te słowa, jak na razie nikt z obecnych na konferencji dziennikarzy reporterki TVP nie broni.

Kilka lat temu nie do pomyślenia. Na co liczą ci dziennikarze, którzy milczą wobec łamania ich praw? Na to, że to ich nie spotka? Bzdura. Milczenie rozsierdzi tylko łódzki Kreml, czyli urząd miasta. A zbiorowy Putin prezydent Łodzi, czyli biuro prasowe i rzecznik za kilka miesięcy mogą pisać inne scenariusze.

Cóż to będzie? Kryminał, dramat, kino dla dorosłych? Nie. To będzie farsa, jakiej na pewno wyprze się filmowa Łódź. Przykład? Proszę bardzo. Biuro prasowe prezydent Łodzi może się wkrótce zastanawiać, jakie dwa, no może trzy pytania mogą być zadane i przez kogo na jedynej w roku konferencji prasowej Hanny Zdanowskiej. Na pewno nie będzie pytań o dziury w jezdniach.

 

HUBERT BEKRYCHT: Po pierwsze nie straszyć, czyli wojna telewizyjno-internetowa

Nasi wschodni sąsiedzi wygrali już wojnę z Rosją. Na razie propagandową. Ukraiński Internet nie pęka. Tak zresztą, jak tamtejsze telewizje i rozgłośnie radiowe. Walą wprost. Nie używają pocisków, ale słów: – Rosja to agresor, wróg. Będziemy się bronić – taka jest narracja. Tego – jak podają ukraińscy dziennikarze – wymaga racja stanu Kijowa. Żadnej paniki.

Kupiłem za kilkadziesiąt hrywien (miesięcznie) pakiet ukraińskich kanałów telewizyjnych. Żadnego rosyjskiego i antyukraińskiego! Programy informacyjne wymiatają. Bez retuszu mówią w nich o wojnie, która trwa od 8 lat. Wyczuwa się mobilizację, ale nikt nie straszy.

Znana z 2014 r. z kijowskiego Majdanu Espreso TV, którą pamiętam z odwagi jej reporterów wobec Berkutu, ma najbardziej chyba wojenną „ofertę”. W niedzielę 13 lutego wieczorem emitowano w Espreso TV blok informacyjno-publicystyczny, w dużej części poświęcony wojnie.

Najpierw kilka relacji ze wschodu kraju. Fakty. Mapy. Wypowiedzi wojskowych. Spokojne wywiady z mieszkańcami. Oczywiście, że propaganda, ale tam jest wojna. Tego po prostu – jak tłumaczył mi niedawno znajomy Ukrainiec – wymaga racja stanu.

Po newsach z rejonów spodziewanego natarcia, rozmowa Mikoły Kryżyckiego z Ukrainką mieszkającą w Paryżu. Krytyka prezydenta Macrona nie przeszkadza rozmawiającym w spokojnej analizie. Kobieta mówi o francuskich relacjach z frontu i innych prognozowanych miejsc agresji Kremla na Ukrainę. Wspomina o podkreślanej nad Sekwaną jedności Ukrainy w przededniu kolejnej napaści Putina. O tym, że widzi się spokój i mobilizację obywateli oraz to, że w Moskwie mają świadomość specyfiki konfliktu, bo wojna z Ukrainą nie potrwa krótko. Może być dla Putina, daj Boże, ostatnią wojną, którą wywołał.

Potem znowu wieści z kraju, głównie przygotowania do anormalnych warunków, które niesie za sobą spodziewany konflikt zbrojny.

Potem, uwaga, rozmowa z polskim senatorem KO Bogdanem Klichem. Prowadzący pyta byłego szefa MON o rozmaite sprawy wojenne. Dziennikarz mówi po polsku. Klich też. Zresztą nieźle mówią obydwaj. Senatora tłumaczą na ukraiński, czyli rozmowa z odtworzenia. Nic o polskiej polityce. Nic o PiS. Nic o tym, że – zdaniem PO – „Warszawa sobie nie radzi z polityką zagraniczną”. Byłem w szoku. Kryżycki pewnie prowadzi rozmowę, głównie o formacie Wielka Brytania – Polska – Ukraina. I… I koniec.

Na antenie Espreso TV Klich nikogo z naszego rządu nie obraził, nie napadł PiS. Może się opamiętał, może mu kazali, może to wycięli. Jeśli tak, to dobrze, bo nie robi się brzydkich rzeczy Polsce podczas wizyty w ukraińskiej telewizji w przededniu spodziewanego napadu Moskwy na naszych sąsiadów. Ale, jeśli tak nawet było, nigdy się nie dowiemy.

Ten przykład dobrze tłumaczy, co dzieje się w ukraińskich mediach. Mądra, nie waham się użyć tego określenia, polityka medialna Ukrainy przydałaby się nie tylko w naszych publicznych i prawicowych mediach.

Polskie dziennikarskie barany w TV, radiu i Internecie plotą bzdury, że rząd w tej sprawie źle robi, że Polacy są podzieleni, że należałaby rozważyć istotę konfliktu. Nie myślę tu o normalnej krytyce, która nawet w czasie wojny bywa potrzebna, ale o najzwyczajniejszym bezrozumnym lub, co gorzej, wiernopoddańczym sprzyjaniu Kremlowi.

Takim dennikarzom (to nie błąd) zamiast internetowych profilowych nakładek w ukraińskich barwach należałaby się nakładka wyciskająca z mózgu moskiewską agenturę wpływu. I flaga Federacji Rosyjskiej piętnująca ich do końca życia.

 

WALTER ALTERMANN: Księga Kreacji. Czy Jan Kochanowski był twórcą?

Wielką karierę robi w ostatnich latach słowo „kreacja”. Mamy więc kreowanie gry przez piłkarza, mamy Łódź, która wedle władz miasta kreuje. To ostatnie jako hasło: „Łódź kreuje” znalazło się nawet na bilbordach. Mało tego, mamy w kraju miejski teatr, który reklamuje się jako teatr kreatywny.

Przypatrzmy się zatem czym jest rzeczona kreacja. Kreacja oznacza, ni mniej, ni więcej, tylko tworzenie. Dlaczego zatem kreowanie i kreatywny wyparły tworzenie i twórczy? Powód jest ten sam co zawsze w podobnych wypadkach – snobizmy na „zagraniczność”. Wspomniany na początku piłkarz zatem „stwarza na boisku dobre, korzystne sytuacje”. Z kolei „Łódź kreuje” w przekładzie na język polski to tyle, że „Łódź stwarza szanse, jest twórcza”.

Niestety ze wspomnianym teatrem kreatywnym sprawa jest jeszcze bardziej smutna a nawet tragiczna. Oto bowiem dyrekcja tego przybytku twórczości oznajmia wszem i wobec, że dotychczas ich miejsce pracy było jedynie miejscem imitacji, kopiowania cudzych osiągnięć lub wręcz plagiatów, że chałturzyli, zgrywali się, wykonywali tandetę. Ale teraz już nie, teraz będą kreatywni. Gorzej, bo hasło „Teatr kreatywny” oznacza też, że inne teatry są marne, skoro nie są kreatywne. Dożyłem czasów, kiedy teatry muszą udowadniać, że tworzą! To idiotyczne hasło o kreatywności teatru sugeruje też, że przez setki lat polscy malarze, pisarze, aktorzy, reżyserzy i kompozytorzy nie byli twórcami. Zatem, czy Jan Kochanowski, Fryderyk Chopin, Jan Matejko, Stanisław Moniuszko, Henryk Sienkiewicz, Witold Gombrowicz i setki innych to jedynie nędzni wyrobnicy?

W Starym Testamencie mamy Księgę Rodzaju, po grecku jest to Księga Genezis, co było zawsze na polski tłumaczone jako Księga Stworzenia. Nie zdziwię się więc, gdy nowe wydania Biblii będą zawierały Księgę Kreacji. Naprawdę, tak może być.

Wszyscy w dzisiejszej Polsce chcą być lepsi, nie tylko dyrekcje teatrów. Oglądam program o gotowaniu i słyszę jak kucharz mówi: „Mam tu mięso, pietruszkę, marchew, cebulę i przyprawy, czyli wszystkie składowe dania”. Skąd on wziął te składowe? Przecież od zawsze były to składniki? Ano, dożyliśmy czasów, gdy kucharz chce uchodzić za matematyka, minister za sternika (mówi, że przeprowadzi nas przez wzburzone fale inflacji) a dziennikarz za znawcę taktyki i strategii wojennej, skoro informuje nas, że „Drony miały 2000 godzin nalotów”. Chodziło mu zapewne o to, że drony wykonały 2000 godzin lotów. Może w języku armii każdy lot jest nalotem, ale ten nalot w ustach dziennikarza kojarzy mi się jedynie z nalotem na starym jedzeniu lub nalotem na migdałkach przy przeziębieniach.

Jest jeszcze jeden problem (kolejny) z dzisiejszym naszym językiem. W poprzednim odcinku tego poradnika przywołałem żart sceniczny znakomitego aktora i satyryka Jana Tadeusza Stanisławskiego, który kilka kolejnych monologów kończył zwrotem: I to by dzisiaj było na tyle”. Stanisławski zażartował sobie tym sposobem z języka ówczesnej polityki, ale niestety jego żart przyjął się jako norma. I pół Polski kończyło swoje wywody stwierdzeniem: „I to by było na tyle”.  Stanisławski zażartował z tylnej części ciała, ale z czego żartowali mówcy, biorący serio ten zwrot?

Obecnie ministrowie, a za nimi dziennikarze mówią: „W temacie nowoczesnego rolnictwa mamy już wiedzę.” albo „W temacie bankowości trzeba powiedzieć…”. Poprawność nakazuje mówić „Na temat”. Czyli poprawnie mielibyśmy: „Na temat nowoczesnego rolnictwa mamy już wiedzę” oraz „Na temat bankowości…”. Dlaczego na temat zostało wyparte przez w temacie? Podejrzewam o tę niedźwiedzią przysługę Wojciecha Młynarskiego, który w piosence „Nie mam jasności w temacie Marioli” wyczerpał temat. Obawiam się, że publiczność słuchająca (podobnie jak było ze Stanisławskim) wzięła frazę „…w temacie” serio. Wniosek jest taki, że artyści powinni uważać, z żartami językowymi, bo nie wszyscy odbiorcy ich produkcji znają się dostatecznie dobrze na żartach.

W języku publicznym pojawiają się też słowa, które są w obiegu, ale w języku fachowym, naukowym. Politycy pokochali między innymi idiosynchrazję oraz abominację. Na pytanie dlaczego, mam tylko jedną odpowiedź, mówiący chce być lepszy niż w istocie rzeczy jest. Ale po kolei.

Idiosynchrazja to wstręt lub niechęć do kogoś. Po polsku należałoby zatem powiedzieć: „Nie cierpię, nie lubię, mam wstręt do pana X.” Teoretycznie, mówiący polityk zna polskie znaczenie idiosynchrazji. I mógłby powiedzieć, że nienawidzi pana X, ale wtedy obrażony mógłby mówiącego zaciągnąć do sądu. A za idiosynchrazję nikt nawet wezwania przedsądowego nie napisze. I tak rośnie nam chamstwo, ale elegancko opakowane. Dobre i to.

Abominacja, z kolei, oznacza obrzydzenie, wstręt do czegoś. Słówko robi karierę wśród młodych ludzi. Powody kariery abominacji mogą być inne niż w przypadku idiosynchrazji. Za abominację nikt nikogo nie oskarży. W tym przypadku chodzi raczej o dodanie sobie znaczenia, powagi przez mówiącego.

A wracając do dziennikarzy… Przypomniał mi się stary dowcip. Przyjęto do radia nowego człowieka. Po paru dniach między kierownikiem redakcji (w której pracował nowy dziennikarz) a redaktorem naczelnym wywiązał się taki dialog:

Kierownik Redakcji – Ten nowy okropnie mówi…

Redaktor Naczelny – To pan nie wie, panie kolego, jak on pisze.

Kierownik Redakcji – Dobrze pisze?

Redaktor Naczelny – Nie, jeszcze gorzej.

Kierownik Redakcji – A to w takim razie po co on nam?

Redaktor Naczelny – Po co, po co? To trzeba będzie dopiero wymyślić. Właściwe pytanie to              – dlaczego?

Kierownik Redakcji – No to dlaczego?

Redaktor Naczelny – On ma bardzo słuszne poglądy i piękną polityczną drogę.

Kierownik Redakcji – Ale mówi fatalnie…Redaktor Naczelny – Wyrobi się.

Kierownik Redakcji – A jak się nie wyrobi?

Redaktor Naczelny – No, to zostanie naczelnym.

Zastanawiam się nad taką hipotezą. A może my, Polacy mamy w genach zapatrzenie się na świat? Może podświadomie uważamy, że wszystko co światowe jest lepsze od naszego? I może racje miał Słowacki, gdy pisał o pawiu narodów i papudze?

 

HUBERT BEKRYCHT: Życie bez podsłuchu albo nie ma co walczyć z zoo

Nikt już dziś nikogo nie podsłuchuje. Poza służbami specjalnymi. Raczej. Służby owe jednak podsłuchują, z definicji, złych ludzi – gangsterów, oszustów i skorumpowanych polityków oraz działających poza prawem dziennikarzy. No, chyba, że to kraj niedemokratyczny to podsłuchują wszystkich.

Wielu z polskich dziennikarzy uwierzyło opozycji w jakieś nieskoordynowane i tajemnicze działania Mitycznej Międzynarodowej Grupy Pegazów podsłuchującej akurat nasz kraj na przemysłową skalę. Wiadomości mityczne pomieszano z faktami, a potem ugotowano w kotle dezinformacji. Bez przypraw. Smacznego.

Podsłuchy stały się „modne” osiem lat temu w Polsce. Zapisy z ukrytych urządzeń nagrywających spotkania polityków stały się hitem sezonu. Konwersacje te nie były wcale niewinnymi „prywatnymi rozmowami” przy kotlecie, policzkach, albo nawet ośmiorniczkach. O naruszeniu ich kulinarnej prywatności najczęściej bajają nagrywani w knajpach ówcześni dygnitarze III RP związani z MSW, MSZ, władzami parlamentarnymi tudzież z ówczesnymi resortami tłustymi, czyli gospodarki i skarbu państwa. Rozumiem, że nagrywani się bronią, że nie mówili tych słów, które mówili, a wulgaryzmy w ich ustach to efekt montażu. Prozaicznej prawdy – wstydu, że nagrali ich prawdopodobnie ludzie gastronomii niezadowoleni z mizernych napiwków, nie da się jednak zapomnieć.

A trzeba było sobie do gabinetów zamówić te frytki, krewetki, rozwielitki, czy co tam ówcześni władcy PO-PSL lubili. Wtedy podsłuch byłby – ku uciesze dziennikarzy – nie tylko nielegalny, ale stanowiłby zdradę stanu. A w najlepszym razie ujawnienie tajemnic państwowych o kupie kamieni, bo jeśli ktoś w knajpie gada o pracy – zamiast pić wódkę   i dobrze się bawić – nie jest zupełnie normalny…

Teraz podsłuchy są wszędzie. W toalecie, telefonach, kaloryferach a nawet, co wytropiła pewna posłanka KO, w dekoderach zakupionych przez rząd dla ludzi, których nie będzie stać na telewizory nowego typu. Nawiasem mówiąc, najgorsze do wykrycia są podsłuchy tramwajowych dzwonków w głowach niektórych parlamentarzystek opozycji.

Teraz, jeśli ktoś nie był lub nie jest podsłuchiwany przez system nazwany jak mityczny koń nie liczy się w towarzystwie. Podsłuchiwani są politycy opozycji, kelnerzy, zawodnicy sumo, rolnicy kupujący telefony teleportując się do przyszłości, aktorki oraz dziennikarze, o których służby nigdy nie słyszały.

Mamy, niestety, jeszcze gorszy typ podsłuchów. Ten system nie tropi naszych rozmów w imieniu służb specjalnych. Zamiast nich robimy to sami. Tak, tak, sami się podsłuchujemy. A potem zdumieni tym, że nagranie z owego samopodsłuchu jest mało medialne, umieszczamy je na portalach społecznościowych. Mogą to być na przykład nasze nocne rozmowy z psem, kotem, papugą lub jaszczurką.

Niedawno wielu łodzian oburzyło się, że jeden z radnych podczas tzw. zdalnej sesji rady miejskiej nieco bełkotliwie przestrzegł przed konsekwencjami sprzeciwiania się rozwojowi ogrodu zoologicznego. A przecież sesja trwała kilkanaście godzin i mógł chłopina chcieć sprawdzić, czy jeszcze go podsłuchują. I podsłuchiwali. Był inwigilowany przez wielu radnych i widzów kanału przekazującego transmisję. Po całym kraju rozniosło się, co podsłuchiwano. Nieszczęsny radny powiedział przecież prawdę, że „nie ma co walczyć z zoo”. Wszyscy jednak skupili się na niezbornej artykulacji wymawianych przez samorządowca słów. A lokalny polityk był po prostu ofiarą zepsutego podsłuchu, który sam, ze zmęczenia, włączył zgłaszając się do głosu.

Tak, tak, nie ma co walczyć z zoo.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Rusza proces, dziennikarz z „Polityki” rozstany* albo przypadkowy przypadek

Niesamowita koincydencja. Kto by pomyślał, kto by się spodziewał? Niemniej jest to tylko koincydencja i o tym pamiętać trzeba. Skąd wiemy, że to wyłącznie zbieg okoliczności? Przecież nam powiedziano! Nikt nie mijałby się z prawdą, bo i po co?

Pressserwis donosi, że w najbliższy piątek rusza proces, w którym pozwani zostali tygodnik „Polityka” i jego dziennikarz Grzegorz Rzeczkowski. „Rosyjska firma paliwowa KTK uważa, że naruszono jej dobra w tekstach o jej biznesowych relacjach z Markiem Falentą.” – czytamy. Delikatnie sprostujmy albo uściślijmy: w zasadzie były dziennikarz „Polityki” Grzegorz Rzeczkowski, bo redakcja akurat teraz, właśnie tak wypadło, postanowiła się z dziennikarzem rozstać. Niesamowita koincydencja.

– Sprawa jest bezprecedensowa, ponieważ mnie i „Politykę” pozywa firma należąca do kremlowskiego oligarchy, przyjaciela białoruskiego dyktatora Aleksandra Łukaszenki – powiedział  Presserwisowi sam Rzeczkowski, który jest dziennikarzem śledczym, a z takimi tylko kłopoty. Oczywiście to sól dziennikarstwa, ale to sól kłopotliwa, ciągle procesy, a to kosztuje. Tak tylko to piszę, ale to nie ma oczywiście nic wspólnego z tym, że redakcja się rozstaje z Rzeczkowskim. A firma KTK należy do bardzo bogatego Ruskiego (przepraszam, Rosjanina oczywiście) Michaiła Gutsieriewa i ma spółkę córkę w Polsce, ale pod nazwą KTK.

Międzynarodowa organizacja dziennikarska MFRR z troską popatrzyła na los dziennikarza, którego „Polityka” się pozbywa, sugerując nawet, że to może być powiązane właśnie z procesami, które po tekstach śledczych niestety nierzadko mają miejsce. Niemniej szefostwo „Polityki” zaprzeczyło tym podłym sugestiom i podało powód, dla którego z Rzeczkowskim się rozstają. A przepraszam, tutaj akurat wkradła się z mojej strony drobna nieścisłość o charakterze grubym (znaczy skłamałem podle), a mianowicie jednak redakcja nie podała powodu, bo nie musiała. Niemniej na pewno jakiś powód musi być, ale przecież nie procesy, bo jakby procesy, to by przecież redakcja powiedziała.

Sytuacja redaktora, któremu zakomunikowano, że za porozumieniem stron nie jest jakoś tam najlepsza. Oczywiście „Polityka” deklaruje, że pełną obsługę prawną w związku z procesami, w których pozwany jest prawie już były redaktor bierze na siebie i ja w to wierzę. Nie wiem czy dobrze robię, bo pamiętam dziennikarzy śledczych, których redakcję się pozbywały i niby, że też gwarantowały, że będą ponosić koszty, a potem różnie.

Na przykład taki redaktor Cezary Gmyz mógłby na ten temat coś powiedzieć, gdyby chciał, bo ma dużą wiedzę i duże doświadczenie między innymi w tym, że wielu rzeczy doświadczył w tym nie zawsze przyjemnych od redakcji pewnej, która okazała się dalece niepewna. Ale to inna redakcja. Tak mi się tylko zasocjowało.

Niemniej, proszę Państwa nie chciałbym, żeby ktoś pomyślał, że ja tu głupiuteńko cwaniakuję, i że piszę sobie, że niby nie sugeruję, a podprogowo sugeruję. Otóż zaprzeczam, Wysoki Sądzie, nic nie sugeruję. Tekst ten powstał wyłącznie, żeby zniechęcić ewentualnych kandydatów na dziennikarzy, bo los ich niepewny, oj niepewny i napisać, że jest zapotrzebowanie na kierowców Ubera. Serdecznie Państwa pozdrawiam.

*Wiem, że nie ma takiego słowa jak „rozstany”, natomiast chyba jednak jest, bo jest przecież w tytule.