TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wojna polsko-bolszewicka trwa, czyli co Putin mówił „Wyborczej”

10 marca 1920 r. głównodowodzący sił zbrojnych Rosji Sowieckiej Siergiej Kamieniew zatwierdził plan uderzenia na Zachód przez Polskę. Bolszewików zatrzymaliśmy 15 sierpnia tamtego roku pod Radzyminem. Dziś z „wyzwolicielami” ze wschodu walczy Ukraina. Ale w naszym kraju wciąż oficjalnie rozbrzmiewa propaganda Moskwy.

1920 rok. Nieprzypadkowo to wielkie zwycięstwo militarne, efekt geniuszu dowódców (marszałka Józefa Piłsudskiego i szefa sztabu gen. Tadeusza Rozwadowskiego), a także pracy polskich kryptologów; i duchowe (interwencja Matki Bożej) zostało uznane za 18. przełomową bitwę w historii świata. Zatrzymaliśmy zalew czerwonej zarazy na Europę, co Polsce pozwoliło cieszyć się niepodległością do września 1939 r.

Niestety, Sowieci wrócili. Od 17 września rozpoczęli okupację ok. połowy Polski, a w latach 1944-1989 okupowali całą, wcielając dodatkowo Kresy do ZSRS. Tymczasem dziś słyszymy, że to było „wyzwolenie i ocalenie Polski”, a np. likwidacja „pomników wdzięczności” szkodzi relacjom z Rosją – tak przeciwko ustawie o likwidacji okupacyjnych, sowieckich monumentów protestował Siergiej Andriejew, ambasador Federacji Rosyjskiej w Polsce.

Wojna polsko-bolszewicka trwa. W lipcu 2017 r. zmarł stalinowski sędzia wojskowy, morderca Żołnierzy Wyklętych Jerzy Klimczyk. Miał katolicki pogrzeb na cmentarzu komunalnym w rodzinnym Sławnie. „Wyrazy głębokiego współczucia Rodzinie z powodu śmierci sędziego w stanie spoczynku Jerzego Klimczyka, prezesa Sądu Rejowego w Sławnie w latach 1986-1994, składają kierownictwo Sądu Okręgowego w Koszalinie, sędziowie i pracownicy” – czytaliśmy w nekrologu, który jest wynikiem braku debolszewizacji Polski.

Wojna polsko-bolszewicka trwa. 15 sierpnia 1920 r. urodził się w Miechowie mój Ojciec Tadeusz Ludwik Płużański. Walczył z okupantem niemieckim, potem sowieckim. Dla Jego pokolenia – pokolenia Kolumbów – było to coś naturalnego. Podzielając opinię swojego dowódcy, rtm. Witolda Pileckiego, że w ubeckiej katowni przy ul. Rakowieckiej było gorzej niż w niemieckim obozie koncentracyjnym, tak pisał o swoich czerwonych oprawcach: „Słabość moralna i polityczna tych ludzi czyniła z nich po prostu szmaty, którymi można było wytrzeć każdą podłogę, nawet najbrudniejszą”. Potem ja broniłem oskarżonego o donosicielstwo por. Wacława Szaconia, „Czarnego”, niezłomnego żołnierza AK-WiN, skazanego przez komunę na czterokrotną karę śmierci, przyjaciela Józefa Franczaka „Lalusia”. Oskarżała Magdalena Zarzycka-Redwan, prezes Stowarzyszenia Dzieci Żołnierzy Wyklętych, ale – jak podał w Polskim Radiu 24 szef Urzędu ds. Kombatantów Jan Kasprzyk – wcześniej pracownica Stowarzyszenia Ordynacka.

Wojna polsko-bolszewicka trwa. Nie trzeba było rosyjskiego ataku propagandowego na Polskę w 100–lecie „Cudu nad Wisłą”, media w Polsce wyręczyły Putina. I tak redakcja „Newsweeka” przypomniała tekst Igora T. Miecika sprzed 11 lat, w którym opisał wojnę bolszewicko-polską z perspektywy… rosyjskich jeńców. Autor twierdził, że byli źle traktowani w „barbarzyńskich łagrach II Rzeczypospolitej”.

Z kolei na czołówce portalu Onet można było znaleźć wspomnienia bolszewickiego lekarza z frontu walk. W „poruszających listach do żony” – jak to określiła redakcja – czytaliśmy: „Tego, co wyprawiają Polacy, nie da się opowiedzieć”. A w tekście „Gazety Wyborczej” inny „michałek”: „Wielkie zwycięstwo odniesione sto lat temu w bitwie warszawskiej, szybko stało się przedmiotem zażartej bitwy politycznej. (…) Efekty tamtej wojny polsko-polskiej są odczuwalne do dzisiaj. Na przykład w sporach historyków o to, czy marszałek Józef Piłsudski tak naprawdę nie zdezerterował i nie uciekł z Warszawy w przeddzień bitwy”. Abstrahując od tego, że ta ostatnia sugestia nie jest prawdziwa, trzeba odnieść się do głównej tezy: to nie była wojna polsko-polska, tylko wojna bolszewicko-polska. I ta wojna trwa do dziś.

Wracając do mordowania bolszewickich jeńców. Kilka lat temu dla rzeczonej „Gazety Wyborczej” wypowiedział się… Władimir Putin. Ówczesny premier Rosji napisał bez ogródek: „tragiczne losy żołnierzy rosyjskich, którzy dostali się do niewoli podczas wojny 1920 roku, powinny się stać symbolem wzajemnego przebaczenia”. Komentowałem wówczas, na czym polegała manipulacja Rosjan. A opierała się ona na tym, że większa część jeńców bolszewickich z 1920 r. nie wróciła do domu. Dlaczego?

Pierwsza kwestia to śmiertelność. Putin i jego propaganda sugerowała, że Polacy dokonali na bolszewikach ludobójstwa. Tymczasem trafili oni do obozów jenieckich, gdzie byli przetrzymywani zgodnie z przepisami prawa międzynarodowego. W tych obozach zmarło około 18 tysięcy jeńców z ogólnej liczby około 60 tysięcy, którzy dostali się do niewoli. Większość wskutek chorób zakaźnych, głównie czerwonki i tyfusu. A co się stało z tymi, którzy przeżyli polską niewolę? Kilkunastu tysiącom jeńców Rzeczpospolita zwróciła wolność i postanowili pozostać w naszym kraju. I znów należy zadać pytanie o powód. Porównując sytuację w Polsce i Rosji, wybrali Polskę, obawiając się ponadto represji od swoich po przegranej wojnie.

Rząd zgodził się na przyznanie im obywatelstwa. Kilkuset Rosjan wstąpiło później do polskiego wojska, uzyskało stopnie oficerskie i walczyło w wojnie obronnej 1939 r. Około 3 tysiące na stałe wyjechało do Europy Zachodniej. Kłamstwo na temat mordu na jeńcach zostało wymyślone pod koniec lat 80. na polecenie Michaiła Gorbaczowa, który ujawnił wówczas prawdę o Katyniu. Specjalistom od propagandy polecił, aby znaleźli podobną sprawę obciążającą Polskę. Potem to kłamstwo wybrzmiewało w mediach działających w Polsce. Dziś, w obliczu inwazji Putina na Ukrainę, kłamstwo Kremla w Rzeczpospolitej przycichło, ale wróci…

Wojna polsko-bolszewicka trwa. Kto tę wojnę ostatecznie wygra?

 

 

 

KOMENTARZ MARIUSZA PILISA: Sekretarzowi generalnemu EFJ życzę by otrzeźwiał

Koleżanki i Koledzy,

 Zarząd Główny SDP wyszedł z inicjatywą nałożenia sankcji na wszystkie rosyjskie stowarzyszenia dziennikarskie działające w ramach Europejskiego Federacji Dziennikarskiej EFJ i Międzynarodowej Federacji Dziennikarskiej IFJ. Zaapelowaliśmy o to bezpośrednio do sekretarza generalnego EFJ Ricardo Gutierrezowi. Chodzi o konkretnych ludzi i konkretne rosyjskie organizacje, które działają w europejskich strukturach dziennikarskich czy na ich obrzeżach. Ku naszemu zaskoczeniu sekretarz generalny EFJ w swojej odpowiedzi zaproponował abyśmy wyrazili się jaśniej, ponieważ nie rozumie, o co nam chodzi.

 Jedną z rosyjskich organizacji dziennikarskich, wobec której proponujemy sankcje, nazwał dobrą, pożyteczną, działającą przeciwko wojnie i wspierającą Ukrainę. Naszą inicjatywę nazwał „głupią”. Skierowaliśmy do sekretarza generalnego EFJ oficjalną odpowiedź, w której „rozjaśniamy”, jak rozumiemy obecną sytuację, jak rozumiemy potrzebę naszego zachowania się w tej ciężkiej dla Ukrainy sytuacji jako członkowie europejskiej federacji dziennikarskiej, jak rozumiemy wojnę, śmierć niewinnych ludzi i zbrodnie popełniane przez wojska rosyjskie.

Trudno w tej chwili znaleźć odpowiednie słowa na określeni tej zaskakującej dla nas dyskusji i wymiany korespondencji. Mam wrażenie, że spotykamy się z próbami relatywizowania rzeczywistości, działania w myśl zasady: są równi i równiejsi.

Przykładów tego, jak wysocy działacze europejskich i światowych organizacji rozumieją swoją rolę w ostatnich dniach mamy aż nadto. Za wszystkimi stoją jakieś interesy. Mimo to udaje się przymusić ludzi, którzy decydują dzisiaj o sankcjach nakładanych na wszelki przejawy rosyjskiej aktywności w świecie do właściwego rozumienia tego, jak powinniśmy się zachować w tych historycznych chwilach.

 Sekretarzowi generalnemu EFJ życzę by otrzeźwiał i w sposób poważny zmierzył się z tym, co jak się wydaje na razie go przerasta. Prawdziwych liderów poznajemy w trudnych chwilach. Komicy stają się bohaterami, ci których uważaliśmy za liderów stają się komikami. Skrajne wydarzenia jakim jest niewątpliwie wojna weryfikują postawy ludzkie, przewracają ustalone porządki, porządkują świat na nowo. Może to najwyższy czas dla nas, dla SDP, aby aktywnie włączyć się w procesy wyboru reprezentujących nas władz EFJ.

Na razie mamy jednak inny cel. Doprowadzimy do tego, że sankcje zostaną wprowadzone, że pełna izolacja rosyjskich organizacji dziennikarskich i Rosjan działających w europejskich i światowych strukturach zostanie wprowadzona. Nie chcemy dzisiaj podziału na „dobrych” i „złych” Rosjan. Chcemy izolacji dla wszystkich. Bo tego wymaga chwila.

Kolegom i Koleżankom Rosjanom, dziennikarzom, którzy dzielnie stawiają czoła reżimowi Putina i aktywnie protestują przeciwko jego barbarzyństwu i zbrodniom chciałbym przekazać:

„Nie ma w naszej inicjatywie niczego osobistego. Nie ma ślepej furii czy gniewu czy nawet emocji. My musimy się tak zachować. Zachować się jak trzeba. Kiedy skończy się wojna, izolacja się zakończy”.

Wiem, że to zrozumieją, bo wielu z nich znam osobiście.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Nigdy więcej Vae victis, czyli piętnowanie głupich słów

To naprawdę nie jest dobry czas, żeby wypominać komuś jakieś słowa, ale niestety jest najlepszy. Lepszego nie będzie. Słowa jak to słowa, Biedroniem wylecą, oby F-35 wróciły. Jeśli znowu coś pomyliłem, to dobrze. Mowa będzie o słowach, ponadosobowych, reprezentujących pewien sposób myślenia, pewnych formacji. Naiwnych słowach, ale że naiwnych, to pal licho. Niebezpiecznych. Dlatego to piszę, by słowami uczulić na słowa.

Całkiem niedawno, w 2020 roku Robert Biedroń kandydując na prezydenta Polski powiedział publicznie: „Gdy pan prezydent (Andrzej Duda – przyp. sj) z panem Macierewiczem bawią się ołowianymi żołnierzykami w armię, ludzie mówią, że prawdziwym niebezpieczeństwem jest susza, pandemia, kryzys gospodarczy. To są dzisiaj prawdziwe problemy Polek i Polaków. Dzisiaj zamiast F-35, o których tutaj rozmawialiśmy… My nie potrzebujemy F-35, bo te F-35 nie ugaszą pożarów w Biebrzy, nie sprawią, że zestrzelimy koronawirusa. My dzisiaj zamiast pseudoarmii Macierewicza, potrzebujemy armii pielęgniarek, które będą dobrze wynagradzane. Dzisiaj potrzebujemy bezpieczeństwa energetycznego, a nie opowiadania bujdy, że węgla nam wystarczy na dwieście lat”.

Bardzo szlachetne słowa, nieprawdaż? Po co się zbroić, skoro pieniądze można wydać na służbę zdrowia, szkolnictwo, drogi, zasiłki, zielony ład i tak dalej? Po co na armię? Co komu z tego? Nawet dwa lata nie minęły od tych słów. Niebezpiecznych dla nas słów. Niebezpieczne były i jeszcze są także słowa o rzekomo koniecznym zablokowaniu muru na granicy polsko-białoruskiej. Putin już przejął Białoruś. Łukaszenko mu ją sprzedał za obietnicę życia i pewnie administrowania krajem w pewnym stopniu. Łagodna rewolucja po sfałszowanych wyborach prezydenckich na Białorusi została brutalnie spacyfikowana. Naszym sąsiadem nie tylko od strony Królewca jest teraz w istocie Rosja. Brutalna, agresywna z imperialnymi marzeniami oficera KGB.

Si vis pacem, para bellum – chcesz pokoju, szykuj się na wojnę. Te słowa się nie zestarzeją, tak jak nie zestarzeje się natura człowieka. Przypisuje się je po pewnych przeróbkach rzymskiemu historykowi Tytusowi Liwiuszowi. Jego jest także powiedzenie Vae victis – biada pokonanym.

Jako jedyni zdobyliśmy Moskwę, czego Putin nie może zapomnieć nam tak bardzo, że z daty zdobycia przez nas rosyjskiej stolicy zrobił święto narodowe, ale pokolenia Polaków doświadczyły potwornej biedy pokonani przez Rosjan czy Sowietów. Wystarczy. Wystarczy tej biedy, wystarczy tych słów. Pora poważnie i brutalnie piętnować głupie, naiwne słowa, które może i brzmią szlachetnie, ale przecież ich skutek jest inny. Bezbronność. Nigdy więcej Vae victis.

HUBERT BEKRYCHT: FIFA? Co? A иди на х@й! Warto bojkotować Rosję

Nie sądziłem nigdy, że nie będzie mi zależało na meczach polskiej reprezentacji narodowej. Nie, nie zależy mi na meczach, które mielibyśmy grać z pupilami mordercy, który napadł na Ukraińców, aby polepszyć sobie notowania we własnej mafii. Nie, nie zależy mi na futbolowych mistrzostwach świata, które zostały kupione od FIFA za miliardy petrodolarów i rubli. Nie, nie zależy mi, aby udawać, że Katar to Mekka piłki nożnej, a Rosja to jej kolebka.

Zależy mi na reprezentacji Polski w piłce nożnej, zależy mi na piłkarzach, którzy w naszej drużynie grają z orzełkiem na piersi po to, aby usłyszeć hymn przed meczem i starać się ten mecz wygrać. Zależy mi na reprezentacji, która razem, na szczęście, z prezesem PZPN,  powidziała NIE MORDERCY Putinowi! Jestem z Panów dumny!

Właściwie napisałem już wszystko, ale, z powodu rosyjskiej agresji na Ukrainę, może nie wszyscy wiedzą, co zrobili działacze FIFA w czwartym dniu wojny. W czwartym dniu najazdu jednego z członków federacji Rosji, niedawnego organizatorora Mistrzostw Świata (2018 r.) i współorganizatora Mistrzostw Europy (2020/2021 r.) w piłce nożnej.

Otóż, międzynarodowa mafia piłkarska – FIFA – dała znowu popis bezprecedensowego tchórzostwa i powód do kolejnych podejrzeń o korupcję w związku z faworyzowaniem Rosji, która napadła na niepodległe państwo a wojska dyktatora Putina mordują ludnośc cywilną.

Owa organizacja, jak chwalą się jej członkowie, pozarządowa, ma gdzieś wojnę na Ukrainie i cierpienie niewinnych ludzi. FIFA ma też gdzieś, że znowu się skompromitowała „nakładając” w niedzielę wieczorem na Rosję jakieś symboliczne „kary”, ale nie wykluczając Moskwy z barażowej walki o miejsce na tegorocznych MŚ w Katarze. Skandal? Korupcja? Spisek? Tak. Najgorsze jest jednak to, że FIFA nie przyjęła do wiadomości, że piłkarskie związki narodowe Czech, Polski i Szwecji zbojkotowały baraże w zaproponowanym przez FIFA kształcie i oświadczyły, że z powodu rosyjskiego ludobójstwa na Ukrainie z Rosją grać nie będą!

FIFA to jednak stan umysłu jej działaczy, a właściwie tego, co z nich zostało. Owi przyjaciele Putina, a szczególnie ten Włoch, który jest prezesem tej piłkarskiej mafii, zaproponowali, że – w zależności od wyników poszczególnych spotkań – Czechy, Polska, i Szwecja mogą grać z prowadzącą wojnę zaborczą Rosją na neutralnym terenie. Proponuję Kijów, albo Donieck. 

Byłoby to może zabawne jeszcze przed krwawą wojną na Ukrainie. Wojną, która wyleczyła mnie z bezwzględnej miłości do piłki nożnej, chociaż futbol zamierzam nadal kochać. Tyle, że rozważnie.

Fédération Internationale de Football Association, czyli FIFA po francusku dobrze brzmi i dobrze wygląda, ale nie zmienia to faktu, że zapach dużych  pieniędzy pnad dwustu federacji miesza się z fetorem moralnej zgnilizny. Działacze FIFA to też nie są tanie dranie. To bardzo drogie dranie, a szczególnie ten wspomniany już Włoch – prezes federacji, który udaje księcia a jest kumplem bandyty Władimira Władimirowicza. Ów syn Italii (wybaczcie wszyscy Włosi) jest po prostu skorumpowanym figurantem międzynarodowych koncernów, które utrzymują jego folwark.

Siostrą FIFA jest UEFA, czyli europejski związek federacji narodowych. Wiceprezesem UEFA jest były prezes PZPN a w przeszłości znakomity piłkarz Zbigniew Boniek. Czy to możliwe, że zdobywca III miejsca na hiszpańskim turnieju o mistrzostwo globu sprzed 40 lat nie wiedział, że FIFA szykuje taką ruską niespodziankę Polsce? Możliwe, bo Boniek zaczepiany przez dziennikarzy napisał o tym w niedzielę wieczorem na TT:

„Uważam, ze jest to decyzja skandaliczna i dowiedziałem się o tym tak jak pan (wpis skierowany do Szymona Jadczaka) dwie godziny temu. Nie podpisałbym się pod tym za żadne skarby… proszę mnie nie wciągać w jakieś fifowskie ruchy z którymi nie mam nic wspólnego” – napisał Zbigniew Boniek na TT.

Czyli, wiceprezes europejskiej federacji futbolowej nie wiedział, co robi centrala, czyli będąca „nad” UEFA światowa federacja piłkarska FIFA?

Miłujący futbol Czesi, Szwedzi i Polacy powinni, w imieniu Ukraińców, krzyknąć: FIFA, иди на х@й!

WALTER ALTERMANN: Batalistyka czy balistyka, czyli co polscy dziennikarze wiedzą o wojnie

Starałem się dotychczas nie ujawniać nazwisk dziennikarzy, do których odnoszą się moje zdziwienia językowe. Tym razem jednak miarka się przebrała. Agresja Rosji na naszego sąsiada miała wprost katalityczny wpływ na obnażenie słabości kadr polskich mediów.

Niewiedza o niewiedzy

Oto drugiego dnia wojny pani Monika Olejnik przepytywała jakiegoś polskiego oficera na okoliczność obecnej sytuacji militarnej i jej potencjalnego rozwoju. Oficer był grzeczny i mówił z sensem. W pewnym momencie p. Olejnik powiedziała:

No dobrze, mówi pan o zdecydowanej obronie Ukraińców, ale przecież Rosja ma rakiety batalistyczne.

Oficerowi brwi poszły trochę w górę, ale – jako wyższy oficer – nie prostował tylko zgrabnie przeszedł do innego aspektu wojny.

Zrazu pomyślałem, że Olejnik przejęzyczyła się, ale nie. Więc po kolei:

batalistyka to część malarstwa i grafiki, przedstawiająca sceny wojenne. Na przykład Bitwa pod Grunwaldem Jana Matejki czy Panorama Racławicka Jana Styki, Wojciecha Kossaka i kilku innych malarzy, to klasyczna batalistyka właśnie. Grunwald jest eksponowany w Warszawie a Panorama we Wrocławiu. Można obejrzeć i zrozumieć.

balistyka zaś to część wiedzy o miotaniu i ruchu pocisków oraz rakiet. Balistyka zajmuje się procesami fizycznymi w czasie strzału w lufie i jej pobliżu oraz wpływem tych zjawisk na ruch pocisku, a także procesami zachodzącymi w silnikach rakietowych. Balistyka bada też prawa ruchu pocisków i rakiet poza lufą, bądź wyrzutnią. Najważniejszym zadaniem balistyki jest wyznaczanie parametrów ruchu pocisków, w tym rakiet.

pocisk balistyczny to rodzaj pocisku, którego najistotniejszymi cechami konstrukcyjnymi są lot po parabolicznej krzywej balistycznej z napędem silnikowym jedynie w części trasy oraz wyposażenie w układ kontroli i naprowadzania. Na etapie wznoszenia lot odbywa się dzięki napędowi za pomocą jednego bądź więcej silników rakietowych, dalsze zaś etapy lotu odbywają się dzięki wykorzystaniu energii nadanej pociskowi w fazie silnikowej i dzięki grawitacji ziemskiej. Zastosowanie pocisków balistycznych opiera się na przenoszeniu do celu głowicy bojowej o charakterze konwencjonalnym bądź masowego rażenia.

Tu należy nadmienić, że balistyka ma tradycję średniowieczną i dziwne, że ktoś mógł ją pomylić z batalistyką. Dziwne jest i to, że do tak trudnych tematów skierowano dziennikarkę, która specjalizuje się w polskiej polityce, słynąc głównie z temperamentu.

Przecież pani Monika Olejnik, i wielu innych dziennikarzy, sama z siebie, powinna wiedzieć, że nie ma bladego pojęcia o wojsku i wojnie. Zdaje mi się, że zwyciężyła w niej organiczna wręcz chęć bycia na ekranie. Za wszelka cenę, nawet za cenę kompromitacji. Zresztą u wielu dziennikarzy bycie w okienku jest narkotykiem. Uzależniają się i tracą nad sobą kontrolę. A pierwszym ich obowiązkiem jest mieć wiedzę o swojej niewiedzy. Ale jakże mają wiedzieć, gdy są pod wpływem narkotyku, jakim jest dla nich kolejne „błyśnięcie” w okienku

Rozkoszna niedbałość o szczegóły

Gdyby ktoś z Czytelników pomyślał, że p. Olejnik była wtedy zaskoczona sytuacją, to cztery dni później dała znowu dowód potężnej niewiedzy na tematy militarne.  26 lutego, w czasie rozmowy o sytuacji na Ukrainie zapytała rozmówców.

A dlaczego przestrzeń powietrzna nad Ukrainą nie jest jeszcze zamknięta i pozwala się latać rosyjskim samolotom?

No i co ja Państwu powiem? Zamiast wyjaśniać p. Olejnik, czym jest nowoczesna wojna, co daje przewaga w lotnictwie, czym jest obrona przeciwlotnicza, czym są rakiety powietrze-powietrze, powietrze-ziemia, ziemia-powietrze, woda-ziemia, woda-powietrze, czym są nowoczesne radary, etc., itd… opowiem anegdotkę o pewnej bogatej Amerykance, która na przyjęciu tak zagadnęła Cyrusa West Field ‘a, twórcę pierwszego kablowego połączenia telegraficznego między Europą a Stanami Zjednoczonymi.

Proszę mi powiedzieć jak właściwie działa ten transkontynentalny telegraf. Jak to się dzieje?

West Field, być może ze względu na majątek i wpływy damy, udzielił jej wyczerpującej odpowiedzi. Mówił, czym jest elektryczność, jak się ją wytwarza, czym są przewody elektryczne, czym wzmacniacze sygnału, wyjaśnił, czym jest aparat a czym alfabet Morse’a…

No, dobrze – powiedziała dama – bardzo panu dziękuję za tak precyzyjne wiadomości, ale jednego nadal nie rozumiem. Jak to się dzieje, że jak ja dostaję telegram od bratanka z Londynu do mojego domu w Nowym Jorku, to on jest zupełnie suchy?

To jest mniej więcej ten sam poziom wiedzy.

Fukujama, czyli liryka kapitalizmu

Najazd Rosji na Ukrainę poruszył nas wszystkich. I znaleźliśmy się w stanie głębokiego osłupienia. Niby to znamy Rosję od wieków i nikt z nas niczego dobrego się po niej nie spodziewał, jednak agresja putinowskiej Mateczki Rasiji przekroczyła miarę współczesnego cywilizowanego świata. Tego świata, który według Francisa Fukujamy, doszedł już do końca historii i teraz czeka go spokój, dobrobyt, szlachetna współpraca i wyrazy sympatii. Swoją teorię Fukujama opublikował w książce „Koniec historii i ostatni człowiek” z 1989 roku, polskie wydanie w roku 1991. Idea Nowego Raju rozlała się po szerokim świecie, bo była przyjemna i obiecywała możnym stale wzrastające zyski. W sumie była to liryczna wersja neoliberalizmu. Żadnych konfliktów, nic tylko zarabiać i zarabiać na produkcji i handlu.

Doszło do tego, że i Lech Wałęsa cytował Fukujamę. Czy Wałęsa czytał dzieło Proroka Spokoju nie wiem, ale wątpię, bo przecież chwalił się, że przeczytał jedynie Pismo Święte. W każdym razie w latach 90-tych ówczesny prezydent głosił, że żadnej wojny już nie będzie, bo świat jest tak ze sobą gospodarczo powiązany, tak uzależniony, że nikomu nie będzie się opłacało walczyć ze sobą. Fukujama po kilkunastu latach od wydania dzieła przeprosił i wycofał się ze swojej teorii. A Wałęsa niczego nie prostował i nie prostuje. Może nie pamięta? To mu się zdarza.

Amerykańscy warrior’s alias amerykańscy żołnierze

Tłumacz wystąpienia Prezydenta Dudy (Prezydent mówił po angielsku) powiedział, że: Mamy już w Polsce 10.000 amerykańskich wojowników. Czyli przetłumaczył warrior na warrior. Zmartwiałem, bo z pojęciem warrior, spotkałem się jedynie w przypadku filmów z serii „Gwiezdne wojny”. Przez moment pomyślałem nawet, że Amerykanie przysłali do nas tych warriors’ów z przyszłości.

Poważnie zaś mówiąc… Mam nadzieję, że bogaty świat nie sprzeda Ukrainy, jak sprzedał nas w 1939, a potem w 1945 roku. Niebezpieczeństwo jest, bo Zachód chce nadal robić z Rosją interesy.

Zarobić! Choćby z diabłem.

Każdy biznesmen wie, że najlepsze interesy robi się z satrapami, jedynowładcami i wszelkiej maści dzierżymordami. Dlaczego? Bo tacy putinopodobni dają dobrze zarobić, ponieważ zależy im na legitymizacji swojej władzy. Dlatego lubią też pokazywać się na światowych czerwonych dywanach różny międzynarodowych zjazdów, narad, festiwali i koncertów. Lubią klepać i być klepani po plecach przez świat Zachodu. Wtedy też do ich poddanych płynie taki przekaz: „Popatrzcie tylko jak nas kochają, czyż nie jesteśmy tacy sami jak oni?”

Przypomnę tylko, że banki z USA wspierały Hitlera od 1933 aż do roku 1940. Dopiero po inwazji na Francję przestały. Choć są i tacy, którzy twierdzą, że cicha współpraca kwitła aż do momentu ataku Japończyków – 7 XII 1941 roku – na amerykańską bazę Pearl Harbour. Ale są też niegodziwcy utrzymujący, że banki amerykańskie, poprzez banki hiszpańskie i szwajcarskie wspierały Hitlera prawie do końca wojny.

Zarobić, choćby z diabłem – to jest hasło współczesnego bogatego Zachodu. Żadnego wstydu, żadnych uczuć i moralności. I stąd biorą się kłopoty współczesnego świata. Pamiętam skandal z dwoma nowoczesnymi okrętami desantowymi typu Mistral, które Francja zbudowała dla Rosji. Już, już miano je Putinowi przekazać, ale ostatecznie w 2015 roku kontrakt zerwano. Stało się tak pod naciskiem międzynarodowej opinii. Francuzi długo się bronili i choć w końcu poddali się, to zadowoleni nie byli. Nie widzieli związku z zajęciem przez Rosję Krymu w 2014 roku.

I tak mnie zastanawia, czy Francja i jej koledzy z bogatej Europy kierują się nadal doktryną Fukujamy? I czy nie dociera do nich, że kręcą sobie baty na własne tyłki?

 

Po agresji rosyjskiej na Ukrainę: Do broni!!! Felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Tchórze i pociotki, powiedzcie czy nadal nie wierzycie, że to Putin nakazał dokonać masakry naszej elity pod Smoleńskiem? Czy wywołanie wojny to jeszcze za mało? Czy uwierzycie dopiero gdy bandzior wykona atak atomowy lub roznieci śmiertelne promieniowanie na przykład z Czarnobyla. O Smoleńsku przycichło.

Pomnik-schody, prawie niedostrzegalny na ciemnym placu. Niedoświetlony, zaniedbany. O prawdę walczyło dwoje: Macierewicz i Stankiewicz. Pani Ewa zrobiła lepszy film. Prominentny wówczas minister potraktował to jako konkurencję. Prezes TVP długo przestępował z nogi na nogę, ale wyemitował oba filmy dokumentalne o męczeństwie i śmierci ludzi, którzy nie przypuszczali, że można być tak zbrodniczym.

Teraz też – do piątej rano czwartek 24 lutego 2022 roku wierzono, że to co się stało jest niemożliwe. Ostrzeżenia, wielka armia czekająca na mrozie na rozkaz ataku – to wszystko było za mało. „Tylko nie ulegajmy prowokacji” – to było najważniejsze. Teraz obowiązuje wiara w skuteczność sankcji.

Już na molo przewietrzyć się nikt nie polezie. Ale nadal na mównicę sejmową wchodzi facet, próbując mówić o tym, co w obliczu wojny jest rachunkiem, którego obca dłoń nie wyrówna. Mówmy jednym głosem, ale prawdę, która jawi się teraz w ostrych konturach rdzewiejącego, ukradzionego wraku samolotu.

W dniu agresji na Ukrainę Anita Gargas pokazuje film o agentach wpływu. Wypowiadają się liczni. Padają różne mądrości. Ale bez nazwisk. Ci, którzy może teraz nawet trochę się martwią, wleźli pod brukselskie fotele. Kombinują, że trzeba przeczekać.

Jest prezydent, jest rząd. Po co jeszcze ten opozycyjny odwłok, te gadające nieznośne już łby? Jest szum.

Czy rusofile naprawdę uważają, że naród jest głupi lub że ma jednocześnie sklerozę i Alzhaimera. Idą czołgi. Nawet na Kijów.  Jedni będą bronić, a drudzy uciekać. U nas wybrańcy narodu będą teraz czytać 900-stronicową propozycję o prawie wojny, a potem dyskutować zawzięcie. Wypielęgnowani lalusie, którzy w życiu jeszcze nic nie zrobili (owszem, sporo zarobili) będą biegać po telewizyjnych studiach i klepać komunały.

Po co ten kram? W obliczu zagrożenia ochotników do obrony u nas nie zabraknie. Może będzie tak jak w roku 1920. Piłsudski zwrócił się do wójta z Wierzchosławic, do włościan. I 70 procent armii obronnej zapewnili chłopi. Pięknie pisał o tym historyk śp. Andrzej Zakrzewski.

Łażę często ulicą Piękną w Warszawie, ale niestety żadnego Witosa nie spotkałem. Owszem stoi pan Wincenty godnie przy Pl. Trzech Krzyży na pomniku. Te potrafimy wznosić. Szkoda, że prawdziwi przywódcy już z nich nie zejdą. Krzykaczy ci u nas dostatek. A tu trzeba rozdać mężczyznom broń!  Niech wybiorą sobie pozycje na dachach wysokich domów.

Ukraińcy zapomnieli o obronie przeciwlotniczej. Bandyta z czerwoną gwiazdą bezczelnie przelatuje sobie nad stolicą kraju. A my? Gdzie te „Patrioty”, gdzie antyrakietowa artyleria? Ci którzy jeszcze niedawno likwidowali garnizony nadal wożeni są w importowanych limuzynach. Ile pieniędzy wydajemy na tych nierobów?

Policzmy się. I to szybko. Po Afganistanie, Iraku i po misjach mamy już sporo doświadczonych żołnierzy. Wrócą na wezwanie również wypchnięci na zarobkową emigrację – najlepsi wykształceni i odważni. Jak kiedyś hallerowcy.

Rosjanie wyhodowali sobie bezwzględnego kagiebistę. My znajdziemy Andersa, Maczka, Grota, Szendzielarza, Zaporę. Znajdzie się też ksiądz Skorupka. Panie Kurski, puść pan natychmiast filmy – oba. I Macierewicza i Stankiewicz. Smoleńsk jest nierozliczony.

Posłowie, senatorzy, samorządowcy – w kamasze!  Do broni. Przestańcie strzępić języki po próżnicy. Budujmy natychmiast strzelnice. Teraz już wyjeżdżać z Polski nie ma gdzie. Tu trzeba wrócić!

Ukraińcy też do końca nie wierzyli, że ich napadną. Wierzyc warto, ale w Pana Boga. Bo zawsze raźniej. Natomiast liczyć na cuda nie wystarczy, Obcy nam pomogą albo i nie. Wojny dawno nie było. Powtarzanie proroctwa Lecha Kaczyńskiego – to za mało.  Do broni!!

***

Z ostatniej chwili: jest serdeczna decyzja Prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego postawienia do dyspozycji wojewody lubelskiego, naszego Domu Dziennikarza w Kazimierzu dla szukających pomocy w Polsce rodzin ukraińskich. Przywiozą je mężczyźni a sami niech wracają Ojczyzny bronić. Podpisuję się pod tym pomysłem obiema rękami.

 

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Nasi sojusznicy Niemcy. Znam też inne żarty

Pomyślmy o scenariuszu, do którego oby nigdy nie doszło, ale „chcesz pokoju, szykuj się do wojny”. Oto szalony i groźny bandyta Władymir Putin chcąc odtworzyć Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, którego rozpad uznał za największą katastrofę za jego życia, napada na Polskę.

Oczywiście nie napada tak całkiem sobą i swoimi ludźmi wprost, tak samo jak w 1945 roku wprost to nie Sowieci instalowali się w Polsce sobą, tylko wykorzystywali do tego w dużej części komunistycznych łajdaków z urodzenia częściowo Polaków, albo, żeby chociaż nazwiska mieli polskie, jak Rokosowski.

W czasie takiej napaści mającej na celu obalenie faszystowskiego reżimu w Polsce (Rosjanie tak usprawiedliwiają napaść na Ukrainę) możemy oczywiście liczyć na naszych wiernych, wypróbowanych sojuszników, na przykład na największą gospodarkę Unii Europejskiej i jednocześnie członka NATO, na Niemców. Niemcy przysyłają nam 5000 hełmów, ale niestety nie mogą przysłać broni. Dajmy na to wicekanclerz Niemiec z partii Zielonych (to taka partia, która płacze nad żabkami, ludźmi chyba nie ma czasu się zajmować) Robert Habeck mówi wprost: „Nie będziemy dostarczać broni Polsce.” Ten właśnie Habeck powiedział, że Niemcy nie będą dostarczać broni Ukrainie, więc miałby poniekąd przetartą ścieżkę z tą swoją zieloną gadką.

Ale przecież broń to nie wszystko. Słowo też jest bronią. W Polsce funkcjonują media, które mają niemiecki kapitał i one mogą nas wspierać w tych trudnych czasach. Podtrzymywać ducha swoimi publikacjami. Na przykład jakimś tekstem o smutnych świętach żołnierzy, niekoniecznie polskich, ale w ogóle, że jest smutek. Albo na przykład w tych trudnych chwilach uraczyć nas opowieścią o młodych Polakach, którzy nie będą umierać za Polskę.

Gdyby rosyjskie bomby leciały na Polskę (oby nigdy się to nie zdarzyło) to te media, które mają ten kapitał, który z kapitałem rosyjskim ponad głowami Polaków, Ukraińców i reszty Europy robi geszefty przy użyciu na przykład zakupionego kanclerza, więc te media mogłyby na przykład publikować aktualne materiały, że Polacy to żałosne Janusze w skarpetkach w klapkach z parawanami na plaży i wszyscy mają braki w uzębieniu. Wydaje mi się, że ten kapitał, który robi interesy z tamtym kapitałem mógłby też w czasie ewentualnej wojny napomknąć o działaczach LGBTiQ, którym bardzo ciężko się żyje w Polsce niezależnie od tego czy lecą bomby, czy nie lecą. Niszczeni są przez reżim i koniecznie, że Polacy to antysemici i dlatego muszą oddać majątek, albo część, wtedy będą mniej antysemitami.

Ja wiem, ja mam nadzieję, ja jestem w zasadzie pewien, że w konflikcie z Rosją (oby nigdy do niego nie doszło) pomogliby nam nasi sojusznicy Niemcy, bo komu mieliby pomagać? Rosjanom?

Znam też inne dowcipy. Także gorzkie…

Zwycięska Nike w trampkach, czyli wielkie kłopoty Clio

Wśród licznych i różnych zbrodniarzy, mordujących wiedzę o przeszłości i nasz język wyróżniają się stacje i kanały, które nieustannie emitują tzw. „programy wiedzowe”. Jest takich stacji kilka, m.in.: Discovery, Planete +, Polsat i TVP. W założeniu programowym działalność ich jest szczytna i powinna cieszyć się powszechnym uznaniem, gdyż propagują wiedzę o przeszłości. A ponieważ, jak powiada łacińska sentencja historia magistra vitae, czyli historia jest matką życia, więc czym więcej historii, tym więcej mądrości.

Tu, na chwilę przerwiemy wywód o programach kanałów historycznych, by ustalić dwie rzeczy.

Czy historia jest przeszłością?

Po pierwsze – utarło się mówić o historii jako o przeszłości samej w sobie. Tymczasem historia jest nauką o przeszłości, a nie samą przeszłością. I nie wiadomo, dlaczego wszyscy już mówią: Historia Polski XIX wieku…; Historia świata ma momenty zatrważające… W historii zdarzały się momenty zadziwiające… Logicznie to błąd, bo historia, będąc nauką (a nawet sztuką) zajmuje się przeszłością – gromadzi udokumentowane fakty, uwiarygadnia je, sprawdza i interpretuje. Grecy mieli nawet muże, która patronowała i opiekował się historią. Była nią Clio – córka samego Zeusa i tytanidy Mnemosyne. Piszę to dla zasady, bo tego zrównania przeszłości z historią nie da się już odwrócić, ale warto wiedzieć, jak było z tymi pojęciami naprawdę.

Po drugie – szanując Greków i Rzymian (z których my wszyscy), nie bardzo daję wiary prawdziwości paremii, że historia może czegokolwiek nauczyć. Ludzkość jest oporna na naukę, tak jakby przez wieki była na nią szczepiona. Od dziecka po starość, kilka razy w roku jak na gigantyczny Covid.

Ostatnie wydarzenia, jakich doświadczamy w związku z polityką Putina i jego agresją przeciw Ukrainie, dowodzą, że być może doraźny spokój, strach lub nadzieja na zysk z interesu z agresorem    są ważniejsze dla władców świata niż rzetelna realizacja dyrektyw płynących z przeszłości?

Matactwa historyczne

Wracając do stacji mających kanały historyczne. Popełniają one dwa grzechy w jednym.

Pierwszym jest przekazywanie historii ad usum Delphini czyli przeznaczonych dla następców tronu – Delfinów. Pojęcie wzięło się stąd, że dla synów Ludwika XIV dzieła klasyków opracowywano, pozbawiając je momentów gorszących, brutalnych, czyli niewłaściwych dla dzieci.  I kanały historyczne traktują nas jak dzieci lub zidiociałych starców, których prawda historyczna mogłaby śmiertelnie zdenerwować lub wypaczyć im charaktery. A stąd już niedaleko do treści tendencyjnych.

Są teraz nadawane filmy dokumentalne o Europie po I wojnie światowej. I pojawia się w nich teza, spotykana dotychczas tylko w niemieckiej historiozofii, że w Wersalu zbyt przykro potraktowano Niemców, nakładając na nich tak ogromne reparacje wojenne. Można by się z tym nawet zgodzić, bo jest faktem, że tym sposobem Francja chciała odzyskać kwoty, jakich udzieliła carskiej Rosji w formie pożyczek. A skoro Rosja Lenina, jako kontynuatorka państwa carów, nie miała zamiaru płacić, więc padło na Niemców. Niestety druga teza jest już zatrważająca.

Te filmy przedstawiają Niemców, którzy na mocy Traktatu Wersalskiego utracili swe rdzenne ziemie, głównie na rzecz Polski. I autorzy pokazują Śląsk, Wielkopolskę i Pomorze jako ziemie niemieckie, które przypadły nam. Nie wspominając ani słowem w jaki sposób Niemcy, jako spadkobiercy Prus, weszli w posiadanie Gniezna, Poznania, Bydgoszczy, Gdyni i Kaszub czy Śląska. Dosłownie ani słowa o rozbiorach Polski. Nic. Tak jakby Niemcy od zawsze żyli na naszych ówczesnych ziemiach zachodnich. Tym sposobem wszystko gładko zmierza do konkluzji, że Niemcy poparli Hitlera, bo byli ciężko skrzywdzeni przez Ententę i Polaków.

Dlaczego takie programy są emitowane w Polsce? A jeżeli już, to dlaczego bez komentarza? Podejrzewam, że dlatego, iż nikt tych programów przed emisją nie ogląda. Dlaczego? Bo oglądającemu trzeba by za jego czas pracy zapłacić! A w dzisiejszym świecie każdy handlarz dąży do „minimalizacji kosztów”, czyli oszczędza na wiedzy krytyka i redaktora. Po prostu – jest towar, to pakujemy go na ladę, a publiczność to kupi, ponieważ lubi produkcje o historii.

Matactwa językowe

W tych programach o historii pojawiają się również perełki niewiedzy historycznej. W filmie o zbrodniach niemieckich oddziałów Einsatzgruppen lektor czyta, że były to oddziały Ajnszacgrupen. A to po polsku należy wymawiać: ajnzacgruppen. Ale cóż, lektor i technik nie znał niemieckiego, a redaktora i historyka nie wpuszczono, bo chcieliby pieniędzy.

W programie o olimpiadach Grecji objawiła się znana grecka bogini najki. Jakby to wytłumaczyć… O oszczędnościach już pisałem, ale też zastanawia, że ani lektor, ani technik nie zauważyli komizmu tej pomyłki. Przecież Nike naprawdę nie chodziła w trampkach.

W programie o współczesnych olimpiadach słyszymy, że zawodnik zachowuje olimpijski spokój. Był olimpijski pokój, ale o spokoju usłyszałem raz pierwszy. Zastanawia mnie czy naprawdę współtwórcy tego programu nie słyszeli, że na czas antycznych olimpiad ogłaszano pokój między greckimi plemionami?

Zdarzają się też upiorki gramatyczne. W dokumencie o lądowaniu wojsk USA na plażach pomiędzy Cannes a Tulonem w 1944 roku słyszymy: straty wynosiły kilkadziesiąt zabitych. Czyli, tłumacz może i zna angielski, ale z polskim idzie mu marnie. Bo te straty wynosiły kilkudziesięciu zabitych.

Myślę, że sporo wyjaśni mechanizm produkcji. Najpierw wyprodukowany gdzieś w świecie film/program dokumentalny/historyczny trafia do Polski. Do filmu załączone są listy dialogowe, które – chciał nie chciał – trzeba przetłumaczyć i zapłacić. Plotka głosi, że ze względu na cenę angażuje się do tłumaczenia studentów anglistyki, germanistyki lub romanistyki – w zależności od kraju producenta. Taki młody człowiek tłumaczy i potem tekst trafia do produkcji, czyli do nagrywania. Następnie angażuje się lektora oraz technika dźwięku. Pierwszy siada z jednej strony szyby studia, drugi z drugiej strony, przy pulpicie. I nagrywają. Choć nie! Lektor ma tuż obok tekstu przycisk, który uruchamia, gdy wydaje mu się, że coś przeczytał źle. I żeby zaznaczyć miejsce, które trzeba nagrać jeszcze raz. Ergo – lektor może sam u siebie zauważyć jedynie pomyłki dykcyjne, wymawianiowe. Ale w tekst nie ma prawa ingerować.

To smutne jak bardzo ogólna, a tak podstawowa, wiedza o cywilizacji szerokim łukiem omija programy historyczne. A właściwie ich twórców. Kiedyś producent „spolszczenia dokumentu” angażował do pracy historyków i redaktorów. Teraz już nie, bo „minimalizujemy koszty, czyli minimalizujemy wiedzę”.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Warszyca” zwycięstwo zza grobu

Dworzec PKP w Radomsku nosi już imię kpt. Stanisława Sojczyńskiego. Pamiątkowe tablice, pomniki, ważne mianowanie postanowieniem Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego z 2009 r. – na stopień generała brygady, to dowody zwycięstwa „Warszyca” nad jego oprawcami.

Na dowódcy jednej z największych organizacji niepodległościowego podziemia – Konspiracyjnego Wojska Polskiego komuniści dokonali mordu sądowego. Razem z pięcioma podkomendnymi „Warszyc” został stracony 19 lutego 1947 r. – egzekucję przyspieszono ze względu na zbliżającą się amnestię. Komunistom zależało na pozbyciu się groźnego przeciwnika.

Na śmierć Sojczyńskiego pracował cały sztab komunistów, wśród nich dwaj oskarżający w sprawie prokuratorzy – mordercy sądowi: Czesław Łapiński i Kazimierz Graff, którzy żyli przez długie lata III RP… Ale po kolei.

Odznaczony Virtuti

Stanisław Sojczyński, rocznik 1910, przedwojenny nauczyciel języka polskiego, w czasie II wojny światowej oficer Służby Zwycięstwu Polski/Związku Walki Zbrojnej/Armii Krajowej, zasłynął brawurową akcją rozbicia – w nocy z 7 na 8 sierpnia 1943 r. – niemieckiego więzienia w Radomsku. Dowodzeni przez niego żołnierze uwolnili ok. 50 osób: ponad 40 Polaków i 11 Żydów, wycofując się z minimalnymi stratami. Za odwagę ówczesny porucznik „Wojnar” został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Potem w częstochowskim Inspektoracie AK sprawnie dowodził zorganizowanym przez siebie oddziałem partyzanckim. Brał udział w akcji „Burza” dowodząc I batalionem 27. pułku piechoty AK.

Z pomocą dla walczącej Warszawy Sojczyńskiemu nie udało się dotrzeć. W grudniu 1944 r. brał udział w ochronie misji „Freston” – brytyjskiej misji wojskowej do okupowanej Polski, która miała zebrać dla rządu Wielkiej Brytanii informacje o sytuacji na ziemiach polskich, zwracając szczególną uwagę na polskie podziemie oraz stosunek do niego Armii Czerwonej. W obronie misji, 1 stycznia 1945 r. dowodzony przez niego batalion „Manewr” stoczył ciężki bój z Niemcami w okolicach Katarzynowa. W styczniu 1945 r. Sojczyński został awansowany na stopień kapitana.

Znów Radomsko

Nie złożył broni przed drugim, czerwonym okupantem. 3 maja 1945 r., po wkroczeniu sowietów, odtworzył organizację. Zadaniem była przede wszystkim obrona Polaków przed terrorem i likwidacja kolaborantów. Potem, aż do końca, wojsko Sojczyńskiego działało pod nazwą Konspiracyjne Wojsko Polskie o kryptonimie „Lasy”, „Bory”. Liczyło ok. 4 tysięcy żołnierzy, najwięcej na terenie łódzkiego i kieleckiego, ale także w śląskim i poznańskim. Oddziały KWP przeprowadziły wiele spektakularnych akcji rozbijając placówki MO i UB, rozprawiając się z miejscowymi konfidentami.

12 sierpnia 1945 r. kpt. Sojczyński wydał „List otwarty” do płk Jana Mazurkiewicza ps. „Radosław”, w którym uznał jego apel o wychodzenie z konspiracji za zdradę i apelował o dalszą walkę przeciwko komunistom.

W nocy z 19 na 20 kwietnia 1946 r. Sojczyński powtórzył akcję z czasów okupacji niemieckiej. Ok. 170 partyzantów dowodzonych przez Jana Rogułkę, ps. „Grot” zaatakowało Radomsko. Z miejscowego więzienia Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego uwolniono 57 aresztowanych. Nie udało się opanować siedziby PUBP, a także odnaleźć wszystkich przeznaczonych do likwidacji członków PPR, na których dowództwo KWP wydało wyroki śmierci. Po 2 godzinach, podczas odwrotu partyzanci rozbili trzykrotnie liczniejszy oddział KBW. Wtedy komuniści poprzysięgli zemstę.

„Warszyc” liczył na wybuch III wojny światowej, a w kraju na sukces Polskiego Stronnictwa Ludowego w prawdziwie wolnych, zagwarantowanych podczas konferencji wielkiej Trójki wyborach.

Przy ul. Pileckiego

Gehenna „Warszyca” rozpoczęła się 27 czerwca 1946 r., kiedy został aresztowany wskutek donosu byłego członka organizacji, który podjął współpracę z bezpieką. Proces KWP w dniach 9 grudnia – 17 grudnia 1946 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Łodzi był tylko zatwierdzeniem wyroku, który zapadł w partyjno-ubeckich gabinetach.

Oskarżali wspomniani prokuratorzy mjr Czesław Łapiński i mjr Kazimierz Graff. Łapiński, szef Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Łodzi, mówił mi w latach 90. XX wieku (jako dziennikarz odwiedzałem go w jego mieszkaniu na warszawskim Żoliborzu): „Sojczyński prowadził regularną wojnę z twórcami nowego ustroju. Jego droga była naznaczona krwią. To był łódzki fragment bratobójczych walk. Przykłady? Na jednym z urzędów powiatowych była tablica z nazwiskami ponad 30 funkcjonariuszy UB, których zamordował. A za zbrodnie trzeba ponieść karę.

– Dlaczego oskarżał pan swoich dawnych kolegów organizacyjnych? – dopytywałem.

– To była celowa gra, polegająca na rozstawianiu akowców przeciwko sobie. Nieliczni, jak „Warszyc”, podjęli walkę zbrojną. Większość przystosowała się do nowych warunków”.

A Łapiński „przystosował” się do tego stopnia, że w ramach Wydziału do Spraw Doraźnych białostockiego Sądu Okręgowego żądał śmierci dla wielu polskich niepodległościowców. 15 marca 1948 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie domagał się zamordowania rotmistrza Witolda Pileckiego – dobrowolnego więźnia KL Auschwitz i trójki współoskarżonych. Świadkowie zapamiętali, że na sali sądowej był wyjątkowo zajadły, ział nienawiścią. Kiedy po ostatniej rozprawie żona Pileckiego – Maria odnalazła Łapińskiego, prosząc go o pomoc, ten odpowiedział: „Pani mąż to wrzód, który trzeba wyciąć”.

W 1948 r. uzyskał awans na podpułkownika. Po odejściu z Naczelnej Prokuratury Wojskowej, został cenionym adwokatem. Czesław Łapiński zmarł w 2004 r., w trakcie swojego procesu o mord sądowy na rotmistrzu Pileckim, w szpitalu przy ulicy… rotmistrza Pileckiego. Pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie. Za mord sądowy na „Warszycu” i jego żołnierzach nigdy nie został oskarżony. Kiedy w procesie Łapińskiego (jako oskarżyciel posiłkowy) domagałem się osądzenia wszystkich jego zbrodni, sędzia III RP odparł, że to nie należy do przedmiotu sprawy!

Nagroda za „Warszyca”

W grudniu 1946 r. drugim oskarżycielem „Warszyca” był Kazimierz Graff, też mający na koncie wielu polskich niepodległościowców. Ten przedwojenny prawnik po Uniwersytecie Warszawskim, po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej wstąpił do Armii Czerwonej, a potem do LWP.

Po 1989 r. udało się oskarżyć Graffa jedynie o stosowanie bezprawnych aresztów dla żołnierzy Armii Krajowej i II Korpusu PSZ gen. Andersa. Stalinowski prokurator zeznawał: „Nie mogłem sądzić, że przedwojenny oficer zeznaje nieprawdę, a zeznania są wymuszone; w aktach sprawy nie było żadnych dowodów na represyjny charakter tamtego śledztwa”. Czyli ubecy, znani z okrucieństwa, mieli być łagodni jak baranki. I takim kłamstwom dał wiarę sąd wolnej Polski! A żeby tego było mało, uznał jeszcze, że z punktu widzenia ówczesnego państwa aresztowani przez Graffa byli szpiegami!

Z Kazimierzem Graffem też przed laty udało mi się porozmawiać.

– Mordował pan polskich patriotów…

– To tylko sugestia. Kiedyś były inne oceny, teraz są inne.

– Dla Stanisława Sojczyńskiego domagał się pan kilku kar śmierci…

– Może to dużo, a może mało. Sprawę ocenią historycy.

– Niczego pan nie żałuje?

– Udziału w procesie „Warszyca” nie. Żałuję tylko, że w ogóle były takie sprawy, że mordowano ludzi.

– Nie czuje się pan winny morderstwa?

– Morderstwo? Przecież to nie ja mordowałem, tylko oni.

– Kto?

– Przepraszam, ale muszę już kończyć.

Za zamordowanie „Warszyca” Graff został zastępcą Naczelnego Prokuratora Wojskowego Stanisława Zarako-Zarakowskiego, a później – tak jak Czesław Łapiński – wziętym adwokatem. Do końca życia pobierał wysoką, resortową emeryturę. A po śmierci w 2012 r. – znów jak Łapiński – spoczął na Powązkach. Obok żony Alicji Graff, która zmarła w 2005 r. i też była stalinowską prokurator.

O tych komunistycznych mordercach pamięć przeminie. Tymczasem polskiemu bohaterowi – kpt/gen. Stanisławowi Sojczyńskiemu, ps. „Warszyc” będziemy stawiać kolejne pomniki.

WALTER ALTERMANN: Warsaw Summit oraz Fit for fifty fajf, czyli szczyt szczytów albo udawanie narratora

Ostatnio, w dyskusji polityków, w jednej ze stacji telewizyjnych, nagle, bez ostrzeżenia politycy i prowadzący dziennikarz zaczęli mówić w obcym języku. Zaczęli bowiem mówić, że Warsaw Summit to, Warsaw Summit owo… Sięgnąłem do źródeł i okazało się, że mówią o warszawskim spotkaniu trzynastu liderów europejskich partii prawicowych.

Nie mam nic przeciw jakimkolwiek spotkaniom, nawet w Warszawie, ale wypadałoby chyba temu spotkaniu nadać jednak polską nazwę. Polscy politycy, którzy opracowywali materiały z tej konferencji oraz dziennikarze relacjonujący konferencję powinni od razu przetłumaczyć nazwę wydarzenia. Czyli – można mówić Warsaw Summit, ale dodając od razu tłumaczenie na nasz język narodowy. Trzeba, to jest obowiązek polityków i dziennikarz tłumaczyć obce nazwy, definicje i zwroty językowe.

Tu dodam, że nazwa Warsaw Summit pojawiła się już w czasie trwania konferencji, potem w deklaracji końcowej oraz we wszystkich materiałach prasowych – bez tłumaczenia na polski. Panie i Panowie – Warsaw Summit nie jest nazwą własną, handlową i zastrzeżoną jak Coca Cola, Colgate czy Persil. Być może organizatorzy tego zdarzenia chcąc nadać jej wagę i powagę wymyślili nazwę angielską, być może chcieli być międzynarodowi, skoro zebrane towarzystwo też było międzynarodowe. Ale w każdym z krajów trzeba to tłumaczyć łącznie, np. Warsaw Summit czyli Warszawski szczyt.

Sprawa ma też aspekt komediowy, bo przecież przedstawiciele 13 europejskich partii wyraźnie opowiedzieli się za Unią Europejską jako tworem niezależnych państw narodowych, sprzeciwiając się Unii jako tworowi mającemu być organizacją ponad państwami członkowskimi. A wyszło śmiesznie, bo (przynajmniej w Polsce) nad wszystkim górował, panował i określał sytuację język angielski.

Katowanie Fit for fifty fajf

W innej niedzielnej audycji telewizyjnej można było usłyszeć i widzieć jak politycy opozycji bronili Fit for fifty fajf, a politycy rządowi bezlitośnie znęcali się nad rzeczonym Fit for fifty fajf. Mało tego, dziennikarka prowadząca program również operowała nazwą Fit for fifty fajf. I tak to trwało kilka długich minut. I nikomu nie przyszło do głowy, że przynajmniej kilka osób (w tym i ja) ni cholery nie wiedzą o co chodzi. A oni (uczestnicy dyskusji plus dziennikarka) walczyli między sobą na dobre. Musiałem sięgać do Internetu i okazało, że trochę wiem o tym  Fit for fifty fajf. Chodzi o pakiet „Gotowi na 55”, czyli o nowe przepisy ochrony klimatu.

Niby się ucieszyłem, że dotarłem do jądra sprawy. Ale tylko trochę. Bo niby dlaczego mam się domyślać o czym mówią politycy i dziennikarze w polskojęzycznych stacjach? Nie wymieniam stacji, bo one wszystkie są już polskojęzyczne. I tak się zastanawiam… Skoro w Parlamencie Europejskim wszystkie języki są sobie równe, to dlaczego w polskich stacjach telewizyjnych dominuje angielski?

I taka to była, w one lata, narracja w sprawie Warsaw Summit oraz Fit for fifty fajf.

Taka jest narracja w tej sprawie

Przy okazji – słowem, które ostatnio przebiło się i panuje jest teraz narracja. Samo słowo odnosiło się przez prawie 200 lat do opowiadania, do narratora, który przedstawia jakiś tok zdarzeń w noweli, opowiadaniu czy powieści. Narracja znaczy tyle, co opowiadanie oraz działanie narratora, jego pozycja w dziele i przynależy do teorii literatury.

Skąd u nas w ostatnich wzięło się tylu znawców teorii literatury? Tym bardziej, że z czytelnictwem nie jest za wesoło. A już teoria literatury nie jest dziedziną ani łatwą. Nie sądzę, żeby używający terminu narracja wiedzieli o niej więcej niż to, że jest.

Ciągle słyszę jak politycy i dziennikarze (choć nie wiadomo kto ten niecny proceder z narracją zaczął) mówią: Nie zgadzam się, pańska narracja jest mi dalece obca. Albo: Narracja pana ministra daleko odbiega od prawdy. Czy też: W pana narracji słyszę teorie lewicowe. Nawet premier mówi, że „Taka jest narracja w tej sprawie”.

Przecież żaden z polityków nie występuje w show w kategorii „Współczesna powieść grozy”. Oni po prostu przedstawiają problemy i mają propozycje ich rozwiązania. I dlatego powinni mówić prosto, normalnie, zrozumiale dla każdego. Powinni mówić tak: „Pana punkt widzenia tej sprawy jest mi dalece obcy; Fakty, które przedstawił pan minister są inne.; Pana interpretacja tego problemu jest błędna; Pana interpretacja jest nacechowana teoriami lewicowymi. A premier powinien powiedzieć: Tak widzę prawdziwy przebieg zdarzeń, tak rozumiem te wydarzenia, tak było naprawdę.

Narracja z lenistwa

Być może kiedyś niedawno rozbił się nad Polską jakiś balon nadmuchany narracją, idiosynkrazją, abominacją oraz setką innych trudnych słów. I nieświadomie wchłonęliśmy te dziwactwa. Teoria jest trudna do przyjęcia, ale pamiętam przecież jak kilka lat temu ważny polityk twierdził, że z zachodu Europy emitowane są na Polskę jakieś fale, które powodują poważne trudności z myśleniem. Jeżeli mógł polityk, to ja też (korzystając z dobrodziejstw demokracji) mogę mieć swoją teorię.

Naprawdę jednak podejrzewam, że narracja pojawiła się z lenistwa. Lenistwo jest nieodłączną  cechą człowieka. Przecież wypędzanemu z raju Adamowi Pan Bóg mówi: W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz. (Rdz 3,17–19).

Czyli wysiłek jest jednak nieprzyjemny. Oczywiście męczą się nieludzko sportowcy, ale za to im się płaci. Cała reszta ludzkości woli odpoczywać niż pocić się z wysiłku. Zatem lenistwo jest nam wpisane w geny. I to dlatego wolimy mówić krócej niż dłużej. Nie chcąc męczyć języka, szczęki i całego aparatu wymawianiowego dążymy do mówienia jak najkrócej. Niestety – jak już pisałem w poprzednich felietonach – język polski jest tworem opisowym i musimy używać dwóch, trzech słów, chcąc powiedzieć to samo co tylko jednym słowem powie Anglik.

Może zresztą nie chodzi tylko o lenistwo. Być może chodzi też o pychę, o wynoszenie się nad innych. A jest ona również grzechem naszym narodowym. U nas każdy chce być lepszy. Nie to, że w ogóle lepszy i doskonalszy, ale lepszy od innego.