WALTER ALTERMANN: Putin, Orestes oraz inne niepoprawności językowe

Czy Putin jest rzeźnikiem? Od czasu, gdy prezydent Biden nazwał prezydenta Rosji rzeźnikiem, wszyscy przyjęli to określenie jako celne. Potępienia Putina jest ze wszech miar słuszne, jednak samo „rzeźnik” budzi wątpliwości. Rzeźnik to przecież starożytny zawód, i z jego usług korzystamy wszyscy, poza nielicznymi wegetarianami i podobnymi im ludźmi, którzy uważają, że tofu, kiełki i dojrzałe warzywa zastąpią nam mięso. Tu uwaga – w naszej szerokości geograficznej słońce operuje zbyt słabo i płody ziemi nie wystarczą do zdrowej diety. Ale to kłopot wegetarian i ich kolegów.

Putin zatem, z całą pewnością rzeźnikiem nie jest. Może natomiast być oprawcą, zbrodniarzem, katem i zwyrodnialcem.

I jeszcze jedno – przy okazji. Spotykane w Polsce nazwisko „Małolepszy” – w średniowieczu oznaczało kata. Ludzie bali się choćby wymawiać słowo „kat”, więc znaleźli sposób, by obejść to straszne słowo. Nazywa się to sposobem omawianiowym.

Podobnie Żydzi w sposób dookolny nazywają Boga, nie wymawiając jego imienia ze strachu i czci. Jahwe znaczy „ten który jest”. Wszyscy wiedzą o kogo chodzi, ale imię nie padło.

Podobnie jest z niedźwiedziem. W średniowieczu był najwspanialszym i najpotężniejszym zwierzęciem Europy, jednocześnie budził podziw i strach. Nie wypowiadano jego imienia, żeby się nagle nie zjawił. Od starożytności był władcą nie tylko lasów i puszcz, ale i ludzkich umysłów. Na przełomie XI i XII wieku niedźwiedź traci jednak  na znaczeniu i stopniowo oddaje pola lwu, który to zyskuje miano króla zwierząt i staje się symbolem władzy królewskiej.

Imienia niedźwiedzia zatem nie wymawiano, żeby nie ściągnąć go w pobliże osad. Dlatego mamy „niedźwiedź”, które wcześniej  brzmiało „miedźwiedź”, a u Rosjan mamy „miedwiedia”. Mamy też misia, mrówczarza i kudłatego. U Słowian miedwied’ oznaczało jedzącego miód, miodojada. W Polsce i Rosji mamy też nazwiska pochodzące od niedźwiedzia – np. Niedźwiedzki i Miedwiediew.

Swoją drogą Miedwiediew też kanalia, choć ma nazwisko ładne.

Orestes – nie tylko brzmi, ale i znaczy

Kilka razy zdarzyło mi się w życiu na kilka chwil oniemieć i zastygnąć jak żona Lota, w ten biblijny słup soli. Jeden z takich przypadków dopadł mnie w salonie meblowym w połowie lat 90-tych. Przechadzając się między szafami, stołami i kredensami, natknąłem się na kanapę i dwa fotele. Niby normalne, ale zaskoczył mnie kartonik z napisem, który informował, że ten banalny zestaw to: „Wypoczynek Orestes”.

„Wypoczynek” to skrót od „zestawu wypoczynkowego”, który składa się z kanapy i dwóch foteli. Niekiedy zamiast foteli jest mała, dwuosobowa kanapa. I ten „wypoczynek” jest do przyjęcia, choć skrótowce mnie denerwują. Natomiast „Orestes” w nazwie był szokiem.

Kimże bowiem był Orestes? To jedna z najtragiczniejszych postaci antyku. Był synem Agamemnona – wodza spod Troi – i Klitajmestry. Ponieważ w mitologii greckiej nic nie dzieje się na skutek cech charakteru bohaterów a wszystkim kierują bogowie, zatem bezwzględni bogowie – najczęściej starożytni pisarze wskazują tu na Apolla – wyznaczyli Orestesowi okrutny los. Musiał pomścić ojca, zabijając matkę oraz jej kochanka, za to że Klitajmestra zabiła swego męża Agamemnona. Orestes był bohaterem wielu antycznych dzieł literackich, przede wszystkim tragedii. Jakby na domiar tragicznego losu Orestes był bratem Ifigenii i Elektry, którym bogowie zgotowali równie okrutne życie. Morderstwo matki ściągnęło na Orestesa Erynie, które doprowadziły go do obłędu.

Wymyślić Orestesa, jako patrona „wypoczynku”, to tak jakby ktoś nazwał swą firmę okulistyczną EDYP lub CYKLOP, albo gaśnicę pianową HEROSTRATES.

Sprawa ma głębszy sens, bo po co ktoś używa słów, pojęć, które są mu nieznane, dalekie i obce? A jeżeli już naszła go taka językowa chcica, jeżeli tak perfidnie pokierowali jego losem bogowie, że odjęli mu rozum… to dlaczego nie sięga do encyklopedii? I naprawdę taka sytuacja nie dotyczy jakiegoś błahego przypadku z kanapą. Nasi politycy – wszystkich kierunków – co i rusz używają słów o wątpliwym sensie.

No, ale jak ktoś chce być lepszy, to w końcu zawsze dopadną go Erynie… I ja takich delikwentów nie żałuję, bo jakaś kara za zbrodnie językowe być musi.

Widzowie, oglądający spektakularne widowiska

Ostatnio coraz częściej możemy usłyszeć od sprawozdawców sportowych, że jakieś zagranie na boisku, jakaś akcja były spektakularne. „Spektakularny” uśmiercił już: wyjątkowy, widowiskowy, zachwycający, niebywały, rzadko spotykany… A przecież „spektakularny” pochodzi od od „spektatora” czyli widza, obserwatora. I dlatego nie można mówić, że widowisko było spektakularne, bo to tak jakby mówić, że masło było maślane.

Co prawda Encyklopedia PWN notuje, że spektakularny to: „sprawiający duże wrażenie lub zwracający na siebie uwagę”. Ale tu mam jedno wyjaśnienie. Encyklopedie są poniekąd jak notariusz, który zapisuje wolę klientów. A tymi klientami jesteśmy my wszyscy, więc dbajmy o nasz wspólny majątek, jakim jest język.

Faul w obrębie

„Faulu nie było. Wszystko w obrębie przepisów walki o piłkę” – mówi w telewizji sprawozdawca meczu piłki nożnej.

Niby zrozumiale, ale nie do końca. Obręb jest pojęciem z dziedziny geodezji, wyznaczania granic działki, określenia obszaru jakiegoś terenu. Mamy – na przykład – obręb działki budowlanej. W piłce nożnej mamy też obręb pola karnego, ale nie mamy obrębu przepisów. Niestety jest to częste, że przenosimy zakresy słów na inne tereny, na inne zakresy i dziedziny życia. Mówimy więc o obrębie prawa, przestrzeni informacyjnej, przestrzeni porozumienia politycznego, przestrzeni edukacyjnej a nawet mentalnej. Niby strata jest niewielka, ale lepiej byłoby, gdyby sprawozdawca powiedział prosto i zrozumiale: „Faulu nie było. Wszystko odbyło się zgodnie z przepisami”.

Jednak podejrzewam, że do uzyskania awansu ze stanowiska „sprawozdawca” na stanowisko „komentator” wymagane jest mówienie o obrębie przepisów. Być może sprawa awansu nie jest ujęta w kodeksie pracy, ale cicha, niepisana umowa może o tym mówić.

Osławiona brygada

Dziennikarz mówiący o ukraińskiej 128 Zakarpackiej Samodzielnej Brygadzie Górsko-Szturmowej, chcąc jej oddać, że jest świetna i ma duże sukcesy w walce z Rosjanami, powiedział, że jest to „osławiona brygada”.

Fatalny pomysł, pana redaktora. Osławiony w naszym języku znaczy, że ktoś, lub coś ma złą sławę, że jest okryty hańbą. Zamiar był szczytny, ale wyszło tragicznie. Brzmi to podobnie do „sławny”, ale znaczy coś zupełnie przeciwnego.

Kiedyś dobierano dziennikarzy z rozsądkiem i wnikliwie się kandydatowi do zawodu przypatrywano. Teraz dziennikarzy potrzeba kilkadziesiąt razy więcej niż przed II wojną światową i w czasach PRL. No i zapanowała moda na ludzi młodych, dynamicznych i szybkich. A niestety cechą młodości z pewnością nie jest rozwaga i młodzi mówią wszystko, zanim pomyśli głowa. Przepraszam za trawestację Słowackiego, ale tak mi jakoś, „na szybko” samo weszło z klawiatury.

Raptem

„I to jest raptem 15-te zwycięstwo Igi” – powiedział znany sprawozdawca meczu tenisowego Igi Świątek. Zaskoczyło mnie to, bo sprawozdawca tenisa jest sprawozdawcą już w drugim pokoleniu. Myślałem, że po ojcu odziedziczył nie tylko talent, ale też znajomość rodzimego języka. Myliłem się. Zapewne sprawozdawca chciał powiedzieć, że Iga osiągnęła już 15-te z kolei zwycięstwo. Ale powiedział „raptem”.

Wyjaśnijmy więc, że „raptem” oznacza „jedynie, zaledwie, ledwo co”. I z pewnością jest to określenie negatywne, złośliwe.

Możemy powiedzieć, o człowieku niewysokim: „Kawał faceta, raptem metr sześćdziesiąt w kapeluszu”. Możemy też stwierdzić, jak w starej żydowskiej anegdocie, Swat przedstawia młodemu człowiekowi kandydatkę na żonę. Jednak kandydat na męża ma zastrzeżenia, że proponowana kandydatka spała z połową miasta. Swat odpowiada: „Wielkie mi miasto, raptem 10 tysięcy ludzi”.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Wyzwalali” strzałem w tył głowy

82 lata temu, w kwietniu 1940 r. NKWD rozpoczęło likwidację Polaków skazanych na śmierć decyzją najwyższych władz ZSRS. 3 kwietnia pierwszy transport jeńców z obozu w Kozielsku przybył na stację Gniezdowo. Tam mordercy ładowali ich na ciężarówki i przewozili do lasu katyńskiego, gdzie od razu odbywała się egzekucja. Ale Rosja do dziś twierdzi, że to było „wyzwolenie”.

Polscy jeńcy z obozu ostaszkowskiego byli rozstrzeliwani w Twerze, ze starobielskiego w Charkowie. Mamy jeszcze dwa rozpoznane miejsca: Bykownia pod Kijowem i Kuropaty pod Mińskiem.

„Wielki błąd”

Wersja sowiecka brzmiała: Polacy zostali wypuszczeni na wolność, a ich dalszy los nie jest znany. Po odkryciu grobów katyńskich przez Niemców w kwietniu 1943 r. stanowisko Moskwy uległo niewielkiej zmianie. Podczas rozmowy z polskimi przedstawicielami Beria miał powiedzieć: „zróbcie ich spisy, ale dużo już ich nie ma, gdyż zrobiliśmy wielki błąd, oddając ich większość Niemcom”.

A prócz zbrodni było jeszcze kłamstwo. Właściwie nie było, tylko jest, bo kłamstwo katyńskie trwa do dziś. Bo ZSRS nie mógł nas mordować, bo nas nie napadł 17 września 1939 r. (Armia Czerwona tylko „wkroczyła”, aby „wyzwolić”), bo do wojny przystąpił dopiero 22 czerwca 1941 r. Czyli jeśli „wyzwolił”, nie mógł mordować. Tako rzecze Putin i jego kłamliwa propaganda. Tylko dlaczego Polacy wzięci do niewoli przez Sowietów mieli oficjalny status jeńców wojennych?

„Napisz, żeby przyjechał”

W książce „Śpij, Mężny” Stanisława Mikkego, który uczestniczył w ekshumacjach w Katyniu, Miednoje i Charkowie czytamy: „z czarno-szarej i niemiłosiernie cuchnącej mazi wydobywane są rękami, często niemal całe zwłoki. Zdejmowane są z nich mundury, by odnaleźć dokumenty osobiste, medaliki, przedmioty osobistego użytku, zapiski i listy od rodziny – wszystko co przybliża tragedię w wymiarze jednego człowieka. Po odpowiednich zabiegach wracają słowa listu pisanego pół wieku temu: „Wiem, że żyjesz, i że wrócisz … I będzie znów nam tak dobrze, jak kiedyś, prawda? Zbyszek krzyczy, Mamusia… napisz, żeby przyjechał”. Adresat listu nie wrócił do rodziny, został skrytobójczo zamordowany. Tak, jak ponad 20 tysięcy Polaków.

Ostatnia wiosna

Mieczysława Welzandta, jednego z nielicznych jeńców obozu w Starobielsku, który cudem uniknął losu kilku tysięcy polskich oficerów, skrytobójczo zamordowanych w Charkowie-Piatichatkach (zabici strzałem w tył głowy w więzieniu przy ul. Czernyszewskiego w Charkowie i zakopani w bezimiennych dołach śmierci na terenie ośrodka wypoczynkowego NKWD koło osiedla Piatichatki), uratował stopień podchorążego (nie dotarła do niego nominacja na podporucznika).

We wspomnieniach napisał: „Przyjechaliśmy na niepozorną stację Starobielsk i najkrótsza droga powrotu prowadziła przez Charków. Bieg pociągu od tego miasta był najlepszym sprawdzianem kierunku. Odetchnęliśmy z ulgą, kiedy nasz eszelon ruszył stamtąd na zachód. Z taką samą nadzieją musieli wyjeżdżać, zapakowani do więźniarek skazańcy, nieświadomi zbliżającego się gwałtownego kresu życia – lecz ich tam wysadzono, przewieziono do miejsca kaźni w więzieniu i zwalono do dołów w Piatichatkach. (…) Przed śmiercią musieli przeżyć i przeżyli bardzo ciężką, potwornie mroźną zimę 1939/1940. Wiosny już nie przeżyli. Była ostatnią w ich życiu”.

Bez Norymbergi II

Kiedy w kwietniu 1943 r. Niemcy obwieścili światu o odkryciu masowych grobów polskich oficerów w lasach koło miejscowości Katyń, a Moskwa wszystkiemu zaprzeczyła, zrzucając winę na „niemiecko-faszystowskich szubrawców”, w kościele na warszawskim Targówku, przysięgę odbierał oddział ochronny komórki wywiadu Armii Krajowej „Lombard”, do której należał Welzandt. Zaprzysiężeni pytali go: „Panie poruczniku, co pan myśli o tym s… syństwie katyńskim?” Odpowiadałem: „To prawda. Byłem w Starobielsku i nie mam żadnych wątpliwości”. A oni na to: „Ma pan rację. Mordowały s… syny razem, a teraz jeden drugiego sypie. Przyjdzie na nich kara boska. Obyśmy tylko dożyli!”.

Welzandt: „Zbrodnia, zadysponowana na najwyższym szczeblu, musiała być doskonała. Winni – naczelne władze ZSRR i podrzędni wykonawcy, nigdy nie zostali i nie będą osądzeni. Ostatni ze zbrodniarzy – Łazar Kaganowicz – zmarł w 1991 roku. Mimo tego, prawdy nie udało się pogrzebać”.
Mieczysław Welzandt, który doświadczył obu totalitaryzmów, napisał o procesie w Norymberdze: „Szczytny i nadrzędny /zdawałoby się/ cel został zrealizowany tylko w odniesieniu do zbrodniczego totalitaryzmu hitlerowskiego. Nie tknięto sojuszniczego z nim w pierwszych latach wojny totalitaryzmu stalinowskiego, ponieważ nie było aktu oskarżenia. Dla opinii światowej oznaczało to bezkarność”.

WALTER ALTERMANN: W jakieś części sojusznicy, czyli jak być poniekąd w ciąży

Wojna Rosji z Ukrainą, a właściwie napaść Rosji na Ukrainę, ma i taki odczyn, że jak papierek lakmusowy ujawniła kto jest naszym twardym współsojusznikiem w NATO – na kogo można liczyć absolutnie, na kogo nie bardzo a na kogo broń Boże. Bo nagle okazało się, że ten militarny sojusz jest bardziej mocny w gębie niż na polu walki. Sam, jako „człowiek pamiętający po ojcu i dziadkach” podejrzewałem, że może być niewesoło, ale, że będzie aż tak smutno – to nie bardzo. Pamiętam rodzinnie, jak bardzo Polacy liczyli na dwa światowe mocarstwa we wrześniu 1939 roku. Pamiętam, też z przekazu,  jak przez cały wrzesień – przynajmniej do 17 września 1939 roku – oczekiwaliśmy ataku Francuzów i Brytyjczyków na Niemców.

Później okazało się, że z dwu tych mocarstw jedynie Brytyjczycy chcieli walczyć. Natomiast Francuzi skompromitowali się najpierw na polu walki, na którym gracko przegrali. Potem przegrali politycznie, gdy zgodzili się na łagodną okupację części ich ojczyzny i czystą kolaborację drugiej części.

Opowiadał mi ojciec, że polscy żołnierze w Stammlager für kriegsgefangene Mannschaften und Unteroffiziere w Fallingbostel (w skrócie: w Stalagu) czyli w obozie jenieckim, najczęściej przeklinali Francuzów. Oczywiście Francja na nas nie napadła, ale co do Niemców i Rosjan wszyscy mieli od pokoleń wyrobione zdanie.

Niestety historia lubi się powtarzać, przy czym po raz drugi najczęściej jest tragikomedią. A nam akurat w ogóle nie jest do śmiechu.

Przez kilka dziesięcioleci NATO było najpotężniejszym sojuszem związkowym na świecie. Teraz jednak – pod naporem ukraińskich wydarzeń – okazało się bardziej klubem dyskusyjnym niż organizacją militarną. Przy czym, wyjaśnijmy to od razu – nie jest to klub londyńskich dżentelmenów a raczej klub handlarzy, dla których najważniejszy jest zysk, choćby miał pochodzić z handlu bronią. I nie jest to złośliwy epitet, bo przecież już po zajęciu przez Rosję Krymu, mimo wprowadzonego embarga na dostarczanie agresorowi broni i jej komponentów, kilkanaście krajów Europy, w tym część członków NATO, współpracowało na tym polu z Rosją.

Teraz modny i powszechny stał się slogan, że „nie wolno karmić Rosji importując od niej węgiel, ropę naftową i gaz”. I jakoś niewielu wspomina, że Francja od 2014 roku dostarczyła Rosji elementy uzbrojenia za 152 mln Euro, a Niemcy za 12 mln Euro. Czym są te komponenty? Są urządzeniami, podzespołami, bez których rosyjskie samoloty, rakiety nie mogłyby latać, czołgi strzelać a łączność rosyjskiej armii nie istniałaby. Oprócz Francji i Niemiec na tej liście hańby są jeszcze: Włochy, Austria, Bułgaria, Czechy, Słowacja, Finlandia, Hiszpania i Chorwacja.

Zwróćmy uwagę, że wartość wyeksportowanego przez te państwa uzbrojenia lub jego elementów nie jest zawrotna. Ale być może był to element większych transakcji? Może te państwa chciały zyskać sympatię Putina? Może tenże sprzedawał im gaz i ropę ciut taniej?

I tak się zastanawiam – czy rządy tych państw, zgadzając się na ten newralgiczny eksport, nie zdawały sobie sprawy, że dostarczane „komponenty uzbrojenia” pomogą Rosji łatwiej zabijać również obywateli państw lekceważących embargo? Czy te rządy nie zastanawiały się, że hasło „gospodarka przede wszystkim, głupcze” nie może dotyczyć biznesów z potencjalnym, a od 2014 roku faktycznym, agresorem? I jeszcze jedno, a może te rządy są jedynie i po prostu przedstawicielstwami handlowymi swoich producentów broni?

Przyjrzyjmy się teraz niektórym z państw, w tym członków NATO, których postępowanie budzi przerażenie.

Ach, ta niefrasobliwa, słodka Francja

Prawda jest okrutna. Francja od czasów Napoleona Bonaparte nie wygrała żadnej wojny. A i to, choć Napoleon wygrywał z Prusami, Austrią i Hiszpanią, i jego wojny skończyły się przecież sromotną klęską.

Potem Francja przez cały pozostały XIX wiek na terenie Europy przegrywała co było do przegrania, na przykład z Prusami. W koloniach natomiast i w wojnie opiumowej z Chinami błyszczała. Ale też łatwo się walczy z państwami będącymi co najmniej wiek „do tyłu” w technice wojennej. I wojna światowa skończyłaby się również klęską Francji, gdy zza oceanu nie przybyły posiłki USA. Wojnę 1940 roku Francja przegrała bezprzykładnie. Potem, po wojnie wielu tłumaczyło, że Francuzi byli tak porażeni stratami z I wojny, że utracili bojowego ducha. Potem w sierpniu 1944 roku oddziały Francji Walczącej defilowały na Polach Elizejskich, ale przecież nie oni wyzwolili Paryż i całą Francję. A co do tej parady zwycięstwa… Amerykanie potrzebowali w powojennej Europie sojusznika i padło na Francję. Później jeszcze Francja przegrała Indochiny i Północną Afrykę. O ile w wojnach nie bardzo Francuzom idzie, to ich produkcja i handel bronią ma się dość dobrze.

Pamiętamy przecież, po rozpoczęciu pierwszej rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2014 roku, skandal z wyprodukowaniem dla Moskwy dwóch nowoczesnych okrętów desantowych klasy Mistral. Jeden miał się nazywać Władywostok, drugi Sewastopol. Oba były najnowszym osiągnięciem francuskiej techniki. Miały popłynąć do Rosji, ale po gromach z Waszyngtonu, w końcu Francja sprzedała te okręty Egiptowi w 2015.

Ostatnio usłyszałem w jakimś programie telewizyjnym przykrą anegdotkę z II wojny światowej. Gdzieś tak we wrześniu 1939 roku pewien kapitan francuskiego lotnictwa bombowego zwrócił się z pomysłem do swego przełożonego, żeby zbombardować zakłady zbrojeniowe w Zagłębiu Ruhry. W odpowiedzi usłyszał; „Czy pan oszalał, przecież te zakłady są czyjąś prywatną własnością!”

Francja ma od czterech wieków doskonałą renomę. Język francuski był językiem światowych elit, artyści zadziwiali, technicy udoskonalali świat, południowe kanały wodne, wieża Effela, moda, piosenka…

Ale gdzieś tak w tak zwanym „międzyczasie” z odważnych wojowników Francuzi stali się cwanymi mieszczanami.

Najbardziej zadziwiające jest to, że prezydent Macron bez przerwy wydzwania do Putina. Co ich łączy? W co wierzy Macron? W swój urok osobisty, maniery i ogładę? A może chce coś u Putina utargować dla Francji? Nie należałoby tego wykluczać.

Dzisiaj ich bataliony maszerują w ich hymnie państwowym. Zresztą jest to piękna, ale dzisiaj pusta już pieśń.

Ci poważni i solidni Niemcy

O ile chodzi o wątpliwych sojuszników to najmniej pretensji można mieć do Niemców. Ich historia XX wieku spowodowała, że postanowili stronić od posiadania większej armii. I Niemcy uwierzyli, że handel, że globalizacja, że wzajemne uzależnienia powstrzymają każdego normalnego polityka od wejścia na ścieżkę wojny. Tyle, że Putin nie jest normalnym politykiem. Co prawda chodzi ubrany w drogi garnitur, zna języki obce, ale w duszy jest to okropny Wielkorus, dla którego powiększanie terytorium i wzrost liczby ludności są boskimi nakazami. Dla niego Rosja to religia. Był już podobny mu człowiek, który wierzył w germańską rasę i niemiecki naród. Co prawda był Austriakiem, ale podawał się za Niemca, co już powinno zastanawiać. Niemcy prawdopodobnie uwierzyli, lub bardzo chcieli uwierzyć, że Putina z Hitlerem nic nie łączy.

Były też momenty śmieszne i straszne zarazem. Dwa tygodnie przed agresją Rosji prezydent Niemiec Frank Steinmeier powiedział, że Nord Stream II miał być pewnego rodzaju zadośćuczynieniem Rosji przez Niemcy za to co ten kraj wycierpiał w II wojnie światowej. Przerażające, że prezydent nie uwzględnił, że równie dużo ucierpieli Ukraińcy.

Oczywiście dla niektórych „zdrowych sił” w Polsce zawsze najgorsi będą Niemcy. Wczoraj usłyszałem w programie telewizyjnym, jak prawicowy dziennikarz (sam się tak określał) stwierdził, że „Rosja ma w Niemczech pełno agentów. Na przykład była kanclerz Merkel, będąc w szkole średniej wygrała konkurs języka rosyjskiego. A takich właśnie ludzi Rosja werbowała.”

To się nazywa – jakby kto nie wiedział – pełny odlot. Tę anegdotkę dedykuję mojemu znajomemu, który ma do dziś problem, bo w podstawówce doszedł do wojewódzkiego finału konkursu wiedzy o Polsce i świecie współczesnym.

Królowie czardasza, czyli Węgry

Chciałbym napisać coś przykrego o Viktorze Orbanie, bo zasłużył… Ale powstrzymam się, bo Węgrów zawsze traktowałem jako europejską egzotykę. I to nie tylko przez język. Węgry bowiem już na przełomie XIX i XX wieku wieku stworzyły swój obraz na wzór i podobieństwo operetki. Zresztą w kategorii „operetka” mają ogromne osiągnięcia. Uśmiechnąłem się, gdy widziałem, jak Orban, po zwycięstwie wyborczym wyliczał wrogów, których jego partia pokonała. A są to: lewica węgierska, lewica międzynarodowa, światowe media, biurokraci z Brukseli, Georg Soros i Wołodymyr Zełenski.

Lista jest tak absurdalna, że naprawdę śmieszna. I dlatego było mi wesoło jakbym właśnie oglądał „Księżniczkę Czardasza”. A to szczytowe węgierskie dzieło. Treść nie jest skomplikowana. Operetka Emmericha Kálmána z 1915 roku ma proste libretto, łatwo trafiające do mas. Gwiazda czardasza Sylvii Varescu, piękna, utalentowana i młoda artystka ma zamiar wyjechać za granicę. Jest w niej do szaleństwa zakochany Edwin, którego ojciec książę Leopold Maria próbuje wyperswadować synowi związek z aktorką. Ten pozostaje jednak głuchy na ojcowskie depesze. Kocha Sylvię, i nie chce nic poradzić na to, że: „…choć na świecie dziewcząt mnóstwo, usta lgną ku jednym ustom”. Sylvia miota się, chce uciec przed jego miłością, którą odwzajemnia, lecz nie ma złudzeń co do jej szczęśliwego zakończenia. Do Edwina przybywa z Wiednia porucznik von Rohnsdorf, z rozkazem stawienia się w korpusie. Edwin podporządkowuje się rozkazowi, choć wie że za jego wydaniem stoi ojciec. Rohnsdorf przypomina przy okazji Edwinowi o zawartych przed pięciu laty zaręczynach z hrabianką Stasi. Ale Edwin, by dowieść Sylvii szczerości swych uczuć, prosi ją o rękę… Dalej jest jeszcze gorzej, ale nie będę streszczał, bowiem jak pisał Witold Gombrowicz: „Operetka jest tak skretyniałą formą, że jest aż doskonała”. Ale tak się zastanawiam, czy Orban to nie ta gwiazda czardasza Varescu, w której zakochał się Putin? A może jest odwrotnie: Putin to rzeczona Varescu a Orban jest jako ten książę?

W sumie zastanawia mnie w Orbanie jedno – jak można być w NATO i jednocześnie tak mocno przyjaźnić się agresorem Putiunem? Zresztą to samo dotyczy niektórych polityków z niemieckich i francuskich „elit”. Nie mam tak skomplikowanej natury, żebym uważał, iż w jakieś części można być sojusznikiem. Tak jak nie można być poniekąd w ciąży.

Dla Viktora Orbana miałbym – serio – jedną starą radę: Niedobrze jest, gdy maluczcy pchają się między kamienie młyńskie.

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Niemcy są wspólnikami Putina a masakra w Buczy ma też kolory Francji

Oby czarny scenariusz nigdy się nie spełnił, ale na początku kwietnia 2022 roku nie ma się co oszukiwać, nie będzie żadnej wojny Europy i świata z Moskwą. Niemcy czekają aż Ukraina się wykrwawi, a Francuzi pogrążeni w wyborczych walkach będą się chować za jakąś polityczną linią Maginota. Reszta świata już ma wakacje, a rosyjska inwazja na Ukrainę trwa… Rozpacz i wścikłość. Nie tylko mnie obrazy z rosyjskiej pacyfikacji Buczy skojarzyły się z archiwalnymi zdjęciami z Katynia, do którego pewnie w tym roku mało kto pojedzie… Bo to przecież Rosja.

Rosja, której trupi oddech wnika w DNA Europy. Rosja, której zbrodnie ubrane w przymiotniki: „imperialne”, „sowieckie” i „kremlowskie” będą zawsze zbrodniami. Rosyjskimi. Nie mam widać w sobie tyle „empatii”, co wielu moich uczonych znajomych, który mówią, że co innego to Putin, a co innego zwykli Rosjanie, czyli obywatele Federacji Rosyjskiej. Nie, to Rosjanie zabijają dzieci, cywilów, dokonują, jak za Stalina pacyfikacji całych wsi, palą, bombardują, gwałcą, torturują i kradną! Kradną, aby potem wysłać zrabowane Ukraińcom rzeczy do swoich domów.

Kanalie owe, bo przecież nie żołnierze, mogą jednak liczyć na osłonę Zachodu. Tak, wiem, co piszę. Zachodni politycy szczególnie z Niemiec, Francji, wielu z Beneluksu i krajów skandynawskich relatywizują winę Rosjan – mimo morza przelanej ukraińskiej krwi – nadal chcą handlować z Putinem, ergo chcą niszczyć ukraińskie miasta, bo to za zachodnie pieniądze ze sprzedaży ropy są te bomby, które spadają na Kijów, Charków, Mariupol.

Berlin chce (sic!) już łagodzenia sankcji. W piątym tygodniu inwazji moskiewskiej szarańczy na Ukrainę, Niemcy i Francja, która zresztą jeszcze nie tak dawno temu sprzedawała części do rosyjskiego uzbrojenia, chcą złagodzenia sankcji nałożonych przez cały cywilizowany świat na kremlowski reżim. Niepojęte.

A jednak to się dzieje. Postawa Węgier, co zaakcentował również polski rząd, jest także nie do wytłumaczenia, choć Budapeszt potępił rosyjską agresję, pozostaje żal, że władze tego kraju nadal chcą handlować z Moskwą. I nie przekona mnie to, że Węgrzy mogą zostać bez paliwa. Bzdura. Są w UE. Mam nadzieję, że premier Orban to naprawi, bo długo nie odzyska zaufania w Polsce i Europie. Ale to nie Węgry nakręciły gospodarczo agresję rosyjską na Ukrainę. To Niemcy i Francja.

Europa nie jest wcale podzielona, ona jest dzielona. Przez Berlin i Paryż. Zatem, może jeszcze jest nadzieja?

Dwa duże państwa UE i NATO Niemcy i Francja piszą księgę hańby. Niemiecką i francuską księgę hańby. Na zwłokach cywili znalezionych m.in. na ulicach w ukraińskiej Buczy są niezmywalne ślady niemieckiej i francuskiej prorosyjskiej polityki międzynarodowej. To dowody zbrodni.

Premier Mateusz Morawiecki powiedział w poniedziałek, że z Putinem się nie negocjuje. Jeśli nad Sekwaną i Renem tego nie zrozumieją, może wkrótce dojść do sytuacji, że większość Europejczyków nie będzie rozmawiała z Niemcami i Francuzami. Przecież ponad 80 lat temu też nie rozmawiano z Hitlerem i Pétainem.

 

O zagadkach polityki STEFAN TRUSZCZYŃSKI pisze: Nie kucajmy

Z uporem godnym lepszej sprawy hodujemy własne zakały. Dziwna to tolerancja. Każdy ptak dawno już wyrzuciłoby z gniazda takie pisklę. U nas tragicznie śmieszna mikro postać zaszeregowana na krajowej top liście na trzecim miejscu idzie przez własną głupotę polityczną destrukcyjną ścieżką. Bon voyage!

Podobnych zepsutych grzybów mamy więcej. Jak długo bezkarni szkodnicy będą harcować. To rezultat zaniedbań, braku skutecznej interwencji zakończone niczym śledztwa na przykład w sprawie Amber Gold, strach i nędza wobec morderstwa smoleńskiego. Robactwo chowa się w trudno dostępne dziury. Bez dezynfekcji się nie obejdzie.

Neopolityk podobnie jak nowobogacki z powodu sukcesu dostaje zwykle zawrotu głowy. Hołdy gawiedzi, która go otacza ogłupiają do tego stopnia, że traci rozsądek. Potem za wszelką cenę chce trwać jak najdłużej nawet na śliskim stołku. Pan Tusk dałby już sobie spokój. Uzbierał sporą kupkę judaszowych srebrników. Niech sobie lata po świecie.

Kilku poprzednich premierów huśta się pod palmami. Odwiedzają niestety kraj i pchają się przed kamery bez żenady mówiąc, że to co mówili, to nie mówili wcale. Choć rozwalili i posprzedawali co się tylko dało, usadzają cztery litery w fotelach na dziedzińcu Zamku Królewskiego, choć długo powinni siedzieć… na więziennej pryczy.

Obżarty brukselskimi ośmiorniczkami niegdyś wpływowy ludowiec roztył się i zniknął z pola widzenia. Weterani chwalą się, że to ich czwarta, piąta kadencja. Tylko nie wiadomo co oni konkretnie zrobili. Zresztą pokazywani w kółko są ciągle ci sami. Synakura nie lubi rozgłosu.

Gadami prehistorycznymi zajmował się ojciec, który – choć Oxfordczyk – wierzył w smoki. Synek, owszem zarobił, nadgryzł oświatę, a potem przed jej gmachem urzędowym śmiesznie podskakiwał na murku. Wreszcie zwiał przed prokuratorem za granicę. I niech tam już zostanie.

Jest jak jest, zmienia się niewiele. Uważam, że ważniejsze są obiecane miliardy niż słuszne nawet zasady nominacji, które są uznawane w Niemczech, a u nas nie. Można mieć szlachetną rację. Choć mądrzej byłoby zrobić krok wstecz, by zaatakować po nabraniu siły. No ale ja – póki co – ministrem nie jestem.  Wyrokujący zarozumiale twierdzą, że z wyrokami się dyskutuje. To bzdura. Polemizować – oczywiście kulturalnie – można z każdym i zawsze. Wyjątek to wyroki boskie choć i te czasem bardzo trudno jest przyjąć.

W Warszawie, w Alejach Ujazdowskich tuż obok Ministerstwa Sprawiedliwości, jest „Bursztynowa Restauracja” dla bardzo wybiórczo wybranych. Ostatnio w czasie gwałtownej i groźnej burzy zwaliło się tam potężne stare drzewo. Kara boska, ostrzeżenie dla spotykających się tam  „wybrańców” spowodowała rozwalenie płotu żeliwnego i odkrycie studzienki wypełnionej licznymi i grubymi kablami, może i do podsłuchu. Jak to w knajpach bywa.

Podsłuchiwanie jest brzydkie. Ale i tak wszyscy to robią przekazując potem sensacje wybitnym dziennikarzom śledczym. Ludzie wysłuchują. Ale nie we wszystko wierzą. Bo wiadomo, że kłamie się dość powszechnie, ale wielu pseudo żurnalistów to propagandyści do wynajęcia. Czy płatnik jest zza Odry, czy zza Buga – im wszystko jedno

Liczymy jeszcze na NATO. Tyle że nie bardzo wiadomo na co. Ratujemy dzieci i kobiety, ale już miasta i fabryki – jako że nie z naszej Unii – pozwalamy rozszarpywać i niszczyć. Byle złodziejaszek gnije w pierdlu, a zbrodniarz największy zabunkrowany.

Ukraińscy żołnierze nie kucają. Według znakomitej pisarki, bojkotowanej przez „salony”, Elżbiety Cherezińskiej, są to potomkowie Wikingów. Więc dzielni i skuteczni. Przeciwnie niż holendersko-skandynawskie laleczki – przykład: Srebrenica

„Niech na całym świecie wojna – byle nasza wieś spokojna” – tak pisał nasz prawdziwy poeta. Ale tak nie powinno być. W końcu – ponoć – wszyscy my to już ponoć jedna globalna wiocha, nad którą latają rakiety coraz dalej i dalej.  Ruscy – jak powszechnie sądzono – mieli nie wejść na Ukrainę, a jednak weszli. Niemcy wierzyli Hitlerowi i szli powszechnie za nim, jak w dym. Kiedy okazało się, że to dym krematoriów i miliony pomordowanych w niemieckich obozach koncentracyjnych, po wojnie mówili, że „wykonywali tylko rozkazy”, a w ogóle to grali w orkiestrze…

Mariupol do końca świata będzie wyrzutem społecznym tegoż świata. Po carskiej Rosji przyszło czerwone tsunami. I tak będzie, jeśli Putinowi omsknie się palec na czerwonym guziku podręcznej atomowej walizki.

Politycy jeżdżą i latają. Dużo mówią. Lubią być w świetle reflektorów. Szkoda, że nie pochodzą od Wikingów.

 

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Korespondenci wojenni kontra balast „dziennikarskiej” niefrasobliwości

Ogromna większość korespondentów wojennych to odważni ludzie i dobrzy fachowcy, którzy z narażeniem życia i zdrowia przekazują nam, to co powinniśmy wiedzieć o rosyjskiej inwazji na Ukrainę – ukazują między innymi bezmiar okrucieństwa moskiewskich żołdaków dopuszczających się zbrodni na cywilach. Jest jednak podszywająca się pod korespondentów wojennych mała grupa oszustów, która, niestety, wpływa na obraz tej wojny w światowych mediach. To łże korespondenci, „dziennikarze”, czyli dennnikarze (zapis celowy nawiązujący do kresu poziomu wykonywanego zawodu). Są głupcami, szkodnikami, pożytecznymi idiotami albo prowokatorami. Albo… Albo wszystkimi tymi postaciami po trosze…

Rozmawiałem niedawno z prawdziwym dziennikarzem. Wrócił na kilka dni z Ukrainy do swojej redakcji, tylko po to, aby zaraz tam wrócić. Nie nazywa siebie korespondentem wojennym, chociaż niejedną wojnę widział robiąc z niej relacje. Prosi, aby nazywać go po prostu reporterem. Znamy się kilkanaście lat. Jak na dziennikarza – reportera „przerażająco” skromny. Grozi mi, że jeśli ujawnię jego tożsamość to mnie… Ukarze mnie. Nie wnikam w jaki sposób, bo nie zamierzam go „dekonspirować”.

To, co mówi o przebierańcach, czyli ludziach, którzy nazywają siebie „korespondentami wojennymi”, poraża.

„Przeważnie to ludzie z mniejszych redakcji, nierzadko z lokalnych mediów, ale nie tych z pasa przygranicznego. Czasem znani, czasem nieznani. Z całego świata” – opowiadał. „Są krzykliwi, butni i łatwo rzucają się w oczy. Napis ‘Press’ noszą nawet na ‘d…e’” – powiedział znajomy reporter.  „Taki ‘korespondent’ nie ma często pojęcia o wojnie, nie mówiąc już przeszkoleniu, które dla poważnej redakcji powinno być obowiązkowe, bo od tego zależy zdrowie i życie ich dziennikarza. Są do bólu roszczeniowi wobec żołnierzy” – podkreślił.

Tutaj pada kilka przykładów, nie tylko z rosyjskiej inwazji na Ukrainę, w których dramatyczne sytuacje w wykonaniu udających korespondentów wojennych mieszają się z groteską. Gorzką. Mój rozmówca opowiada mi, że dennikarze – przebierańcy mają fioła na punkcie „obiektywnego” przekazywania informacji z frontu.

„Naoglądali się filmów, gdzie korespondenci rozmawiają ze stronami zbrojnego konfliktu” – zaznacza i wspomina niedawne wydarzenia z Ukrainy Młody człowiek pracujący w jednej z redakcji w środkowej Polsce zażądał od żołnierzy ukraińskich zaprowadzenia go na linie rosyjskie…” – opowiedział. „Jeden z oficerów najpierw się śmiał, a potem natychmiast w asyście kilku swoich ludzi odesłał tego chłopaka na tyły, złoszcząc się, że taki ‘dziennikarski balast’ absorbuje uwagę kilku żołnierzy mogących w tym czasie walczyć” – mówił mój znajomy. „A co, gdyby to było pod obstrzałem? Taki ‘balast’ upatrujący bezmyślnie w relacjach z wojny trampoliny dla kariery, gotowy zrobić każdą głupotę, aby zaistnieć, jest po prostu niebezpieczny. Mniejsza o to, że dla siebie, ale dla oddziału, dla ludzi, których wojskowi mają chronić” – tłumaczył.

Rozmawiamy, że wielu dziennikarzy nie rozumie, iż wojna to nie relacja z protestu rolników na drodze krajowej. A nawet autostradzie. Tutaj, przynajmniej podczas rosyjskiej inwazji na Ukrainę, korespondent musi być przez którąś ze stron wprowadzony na arenę działań wojennych. Wtedy, przez drugą stronę – jak przekonuje mój znajomy – może, chociaż nie musi, być potraktowany jako wróg. Ofiar wśród dziennikarzy jest już oficjalnie ponad dziesięcioro, ale nikt nie słyszał o śmierci reportera pracującego po rosyjskiej stronie, który zginąłby od kul Ukraińców. Za to Rosjanie napis „Pres” na kamizelce kuloodpornej traktują, jak tarczę. „Niestety, jakkolwiek infantylnie to zabrzmi, jest to niebezpieczne zajęcie. Dlatego, aby być w miarę ‘bezpiecznym’, trzeba słuchać dowódców, nie pokazywać tego, czego pokazywać nie wolno i opisywać takich szczegółów. Mrzonką jest ‘wolność’ słowa, na którą powołują się użyteczni idioci udający korespondentów wojennych” – opowiadał reporter.

„Tutaj musisz się podporządkować. Nie ma się też, co oszukiwać, chociaż na Ukrainie mi się to nie zdarzyło i nikt na przykład nie przeglądał moich dziennikarskich materiałów – jest cenzura wojenna. Inaczej dziennikarz będzie niebezpieczny dla wojska. Można jednak zrobić w tych warunkach rzetelną relację” – przekonywał mój znajomy.

Na ile przypadkowi, nieprzygotowani do pracy na froncie, często nie znający języków, dziennikarze są niebezpieczni dla żołnierzy wiadomo. Gorzej, kiedy podszywający się pod reportera, dziennikarz – amator dociera do zwykłych zmęczonych wojną ludzi. „Słyszałem o przypadkach, kiedy tacy amatorzy docierali do ostrzeliwanego przez Rosjan miasteczka i… byli traktowani, jak moskiewscy szpiedzy. Jeden z nich cudem uniknął ‘obywatelskiego’ linczu. Kretyn zostawił legitymację dziennikarską w plecaku kilka kilometrów od miejsca zatrzymania przez miejscowych. Uratował go ukraiński patrol” – mówił reporter.

Dodał, że wszystko dla tego nieodpowiedzialnego człowieka skończyło się dobrze, ale zaangażowanie sił i środków, aby wyjaśniać tę sytuację było niewspółmiernie duże wobec… skandalicznego zachowania się owego „dziennikarza”. „Nie był to Polak, nie wiem, czy jego redakcja go ukarała, ale po kilku dniach w sieci ukazały się jego ‘bohaterskie opowieści’” – podsumował mój znajomy reporter.

                                                     *** Zamiast komentarza ***

„Dziennikarski balast”, czyli potrzebny na wojnie, jak polska opozycja w sejmie, dennikarz, o ile niegroźny dla ukraińskich żołnierzy i cywilów, może sobie – moim zdaniem – chodzić po linii frontu. Nawet z parasolem z logo swojego medium, a był taki przypadek… Gorzej, kiedy przygotowane przez amatora „relacje” są wyssane z palce albo po prostu kłamliwe. Tak może być w przypadku niektórych zachodnich pseudo reporterów podskórnie przychylnych Rosji albo po prostu uważających, że Putin opamięta się i oszczędzi ich kraj, kiedy akurat jego armia będzie szła w kierunku Polski, a potem Niemiec czy Francji. Niektórzy reporterzy niemieccy przecież, w odniesieniu do inwazji moskiewskiej na Ukrainę, nadal używają rosyjskiego określenia „specjalna operacja wojskowa”.

Zachód nie rozumie wojny na Ukrainie, bo wielu zachodnich dziennikarzy, wydawców i właścicieli mediów nie rozumie tej wojny albo, co gorsza, usiłuje zacierać swoje błędy w opisywaniu genezy konfliktu…

Jedna z dziennikarskich central związkowych państwa położonego nieco dalej na zachód od frontu chce pomagać dziennikarzom ukraińskim i prawdziwym korespondentom wojennym z całego świata. Chwała im za to. Jednak pytani o to, jak zamierzają przetransportować kamizelki z napisem „Press” na Ukrainę, odpowiadają, że to nie mogą być kamizelki kuloodporne, bo to przecież broń, a Rosja mogłaby wówczas wystosować notę dyplomatyczną do ich kraju…

Amatorzy są wszędzie, ale na wojnie należy ich unikać.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Piłsudska czy Bierutowa?

Kto jest pierwszą Damą Polski? Formalnie obie panie. Mąż Aleksandry Piłsudskiej (z domu Szczerbińskiej) – Józef jest historycznym naczelnikiem państwa i pierwszym marszałkiem odrodzonej Rzeczpospolitej, ale i mąż Janiny Bierut (z domu Górzyńskiej) – Bolesław wciąż, o zgrozo, uznawany jest w świetle prawa za prezydenta Polski.

31 marca 1963 r. w Londynie zmarła Aleksandra Piłsudska (z domu Szczerbińska), kobieta wolności. Przed i po II wojnie światowej działaczka niepodległościowa i społeczna. Uznanie zdobyła jeszcze zanim w 1921 r. na stałe związała się z Józefem Piłsudskim. Obowiązki wobec Ojczyzny łączyła z wychowywaniem dwóch córek, które miała z Marszałkiem – Wandy i Jadwigi.

O niepodległość Polski walczyła w Polskiej Partii Socjalistycznej, Polskiej Organizacji Wojskowej, Legionach Polskich. W niepodległej II Rzeczpospolitej realizowała się w pracy społecznej pomagając poszkodowanym i najuboższym. Dama Orderu Virtuti Militari, od 1926 r. zasiadała w Kapitule VM.

Po wybuchu II wojny światowej, wraz z córkami ewakuowała się do Wilna, następnie przez Łotwę i Szwecję do Londynu. Pochowana na cmentarzu North Sheen. W 1992 r. jej prochy zostały złożone w grobowcu rodzinnym na Starych Powązkach  w Warszawie.

Pod Bezdanami

Aleksandra urodziła się 12 grudnia 1882 r. w Suwałkach, jako córka Piotra Szczerbińskiego, urzędnika magistratu w tym mieście oraz Julii Zahorskiej. Rodzice zmarli, gdy miała kilkanaście lat, dlatego była wychowywana przez babkę Karolinę Zahorską i ciotkę Marię Zahorską.

Ukończyła gimnazjum w Suwałkach, kursy handlowe J. Siemiradzkiej, studiowała na Uniwersytecie Latającym. W 1903 r. rozpoczęła pracę urzędniczki w fabryce wyrobów skórzanych na warszawskiej Woli.

W 1904 r. wstąpiła do PPS. Brała udział w wielu akcjach bojowych, w tym napadzie na bank Państwowy w Kijowie. 26 września 1908 r., w ramach grupy Organizacji Bojowej PPS dowodzonej przez Józefa Piłsudskiego, uczestniczyła w ataku na rosyjski pociąg pocztowy pod Bezdanami, nieopodal Wilna, zdobywając ponad 200 tys. rubli.

W 1907 r. aresztowana przez carską policję w Warszawie, jednak zwolniona z braku dowodów. Po przeniesieniu się do Lwowa pracowała w biurze fabrycznym. Działała w Związku Strzeleckim i Towarzystwie Opieki nad Więźniami Politycznymi.

Po wybuchu I wojny światowej przydzielona do oddziału wywiadowczo-kurierskiego I Brygady Legionów Polskich, była komendantką kurierek legionowych. Sama przechowywała broń i przewoziła bibułę. Działała w POW, za co została aresztowana przez Niemców w listopadzie 1915 r. i internowana w obozie w Szczypiornie. W 1917 r. wróciła do pracy w POW jako kurierka materiałów wybuchowych i wywiadowca. Ślub z Józefem Piłsudskim, którego poznała jeszcze w 1906 r., wzięła 25 października 1921 r. w Belwederze. Z Naczelnikiem Państwa, jako jego druga żona, miała córkę Wandę i Jadwigę. Mieszkali w willi Milusin w podwarszawskim Sulejówku.

Bierutowie

Teraz słowo o tej drugiej. Janina Górzyńska, córka Bronisławy z Zawadzkich i Stanisława Górzyńskiego, urodziła się 30 stycznia 1890 r. w Lublinie. Bolesława Bieruta poznała w podlubelskim majątku Studzianki, administrowanym przez państwa Staniszewskich, gdzie ona była przedszkolanką, a on prowadził prace miernicze.

Ślub wzięli w 1921 r. W 1923 r. urodziła się ich córka Krystyna (inżynier-architekt, wraz z mężem Bidziną Maminajszwilim większość życia spędziła w Gruzji), a dwa lata później – syn Jan Chyliński (inżynier, w Moskiewskim Instytucie Lotniczym uzyskał dyplom magistra inżyniera – specjalisty ds. silników lotniczych; ambasador PRL w RFN w latach 1978–1981).

Mimo, iż w kolejnych latach Bierut pozostawał w nieformalnych związkach z Małgorzatą Fornalską (ich córka prof. Aleksandra Jasińska-Kania była partnerką politruka-mjr Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego-socjologa Zygmunta Baumana), a potem z Wandą Górską (formalnie była sekretarką Bieruta, określana mianem „królowej Belwederu”, była z Bierutem podczas jego ostatniej podróży do Moskwy w marcu 1956 r.), to Janina Bierut była formalnie pierwszą damą. Po śmierci w 1985 r. została pochowana na… Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Wszyscy chwalą trenera a SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI pisze: Michniewicz ma wiedzę

Jest w środowisku dziennikarzy sportowych strach. Olbrzymi strach. Co wie Czesław? Jest w środowisku nie tylko stołecznych sportżurnalów powszechny rachunek sumienia, a właściwie rachunek przypomnienia: „Co też ja mogłem w przeszłości nawywiajać? Czy wie to Czesław i czy nie daj Boże powie?” Spotykają się teraz w małych pubach na obrzeżach Warszawy i zamawiają piwo wyłącznie bezalkoholowe.

Patrzą się na siebie i zastanawiają się: Kto i co może Czesławowi zdradzić ten, co siedzi naprzeciwko mnie i udaje przyjaciela? Przypominają różne wycieczki nie zawsze krajowe, imprezy i aftery nie tylko pomeczowe. Odżywają zapomniane skandale, szykowane są linie obrony, PR-owców na wszelki wypadek pyta się w jaki sposób milczeć najskuteczniej?

Czy może jednak komentować? Iść w zaparte? Bagatelizować? Jest strach. Nowy selekcjoner reprezentacji Polski w piłkę nożną Czesław Michniewicz okazał się gwarantem emocji nie tylko sportowych. Dał nam awans (piłkarze odegrali tu pewną rolę) na Mistrzostwa Świata w Katarze, wygraliśmy ze Szwecją zdecydowanie i zasłużenie, choć niewielu dawało reprezentacji i Michniewiczowi szanse. Ale dał nam też bonus. Dał nam pełnoskalową wendetę. Za długo poniżali go pismaki jakimiś insynuacjami, że się za często do Fryzjera umawiał. Umawiał to umawiał, może mu włosy szybko rosły. Nie wasz grzebień. Żeby komuś zarzuty robić, że sobie lubi podzwonić? Też coś.

W czasie rozmowy w Kanale Sportowym Czesław Michniewicz błysnął wiedzą o pewnym dziennikarzu, że się tak wyrażę nieoficjalną. Ni mniej, ni więcej, powiedział, że ów dziennikarz leżał w krzakach pobity przez zdradzanego męża. O innym, także znanym powiedział, że mu się koszulka poci. I zaczęły się spekulacje, a kto co, a kiedy, a z kim. Śmieszkom, którzy innych chcieli wyszydzać zamykano usta pytaniem: A ty to niby lepszy? A pamiętasz…

Każdy chciałby zapomnieć. A teraz co? Być dziennikarzem sportowym bezskandalizujacym? Niby można. Tu mi się przypomina pewien dowcip. Pani na lekcji w szkole średniej pyta uczniów: Czy według was nie można się dobrze bawić bez alkoholu? Wstaje przerośnięty Jaś i mówi – Niby można, ale po co się męczyć? Z dużą przyjemnością będę teraz oglądać Czesława Michniewicza. Ma facet wiedzę. Uczestniczącą.

WALTER ALTERMAN: Globalny papier toaletowy

 

W marcu 2021 roku prawdziwy szok na świecie spowodowało utknięcie w Kanale Sueskim ogromnego statku Evergreen, który zablokował żeglugę, na tym newralgicznym torze wodnym. Nagle okazało się, że ten wypadek może mieć poważne konsekwencje dla światowego handlu.

Statek, zbudowany w 2018 roku, miał nieprzeciętne rozmiary: długość prawie 400 metrów – to więcej niż długość czterech boisk piłkarskich – i szerokość 59 metrów. Jednorazowo mógł przewozić 20 tysięcy kontenerów.

Alternatywą przeprawy przez Kanał Sueski jest oczywiście opłynięcie całej Afryki. W takim przypadku podróż wydłuża się jednak o mniej więcej 10-14 dni. To bardzo dużo. Z przepłynięciem przez Kanał, rejs z Szanghaju do Europy trwa ok. 35 dni. Sytuację pogarszało i to, że na statku zablokowane było 20.000 kontenerów. Już teraz w transporcie morskim odczuwalny jest brak kontenerów – jak stwierdziła jedna z agencji morskich. – W efekcie koszt przewiezienia kontenera wzrósł z 1500 dolarów przed pandemią wzrósł do 8 – 10 tysięcy dolarów.

Codziennie przez Kanał przepływa ok. 50 dużych statków. Przez tę wykopaną na pustyni cieśninę przechodzi aż 13 proc. całego światowego handlu, w tym 30 proc. światowego obrotu kontenerowego. Martwiono się, że blokada kanału może spowodować efekt domina dla globalnej żeglugi. Kontenerowce i tankowce przestały dostarczać żywność, paliwa i towary przemysłowe do Europy, a europejskie towary nie są eksportowane z Europy na Daleki Wschód.

Okazało się, że m. in. Europa może zostać pozbawiona papieru toaletowego. W biznesie drogeryjnym zapanowała panika. Na szczęście jakiś młody operator zwykłej koparki, przy pomocy jej łyżki przepchnął kolosa na środek nurtu i świat wrócił do normy.

Jednak ten przypadek uzmysłowił nam, że coś jest nie tak w światowej gospodarce. Bo skoro papier z Azji utknął w kanale, to pojawiło się pytanie: dlaczego aż z tak daleka trzeba ten cymes technologiczny sprowadzać? Co prawda papier, także toaletowy, wynaleźli Chińczycy, ale już od kilku wieków ludy Europy potrafią go wytwarzać. Dlaczego zatem sprowadzamy papier toaletowy z Azji? – to jest dobre pytanie, jako wstęp do kolejnych pytań.

Globalny kapitalizm

Około 40 lat temu pojawiły się dwie wielkie idee: Globalnej Gospodarki i Globalnego Kapitału. Marzono o scalaniu światowej gospodarki w jeden organizm, wysunięto tezę, że Europa – w ramach podziału obowiązków – powinna stać się Światowym Centrum Kapitałowym. Tak przyziemne i niskie obowiązki, jak produkcja i transport powinny przypaść Azji, i w mniejszej części północnej Afryce.

Oczywiście chodziło o większy zysk. Utrzymywanie w ruchu europejskich fabryk i opłacanie ciągle głodnych europejskich robotników przestało się kapitałowi podobać. Pojawiły się też głosy „zielonych”, że wszelki przemysł zatruwa środowisko. Była w tym wszystkim jedna wielka niekonsekwencja, bo zatruwanie powietrza, wody i ziemi w Azji jakoś walczącym o czystą Ziemię nie przeszkadzało, choć Ziemia jest okrągła i jedna jedyna.

I powoli, ale skutecznie, ten cudowny ideał Globalnej Gospodarki i Kapitału zaczęto wcielać w życie.

Niezwykle przyczyniły się do tego Chiny, które po dwóch wiekach wegetacji ekonomicznej, wzięły się ostro do pracy. W Europie i USA jakoś nikomu nie przyszło do głowy, że Chiny mogą się w niedługim czasie dorobić i nie zechcą już wytwarzać jedynie rozmaite badziewia – z grupy wszystko po 5 zł. Niedocenianie siły Chin jest nadal wpisane w neokolonialne myślenie Zachodu. I  dlatego powtarzano z uśmiechem politowania, że Chińczycy są pracowici i ani myślą o prawdziwej gospodarce. Prawdziwej, to znaczy przynoszącej europejskiej duże zyski. I nikt na zachodzie nie brał serio liczb, że Chińczyków jest 1,5 miliarda, że kiedyś maszyna ruszy i stanie się najpoważniejszym zagrożeniem ekonomicznym dla tzw. Wolnego Świata.

Kiedy przyszło przebudzenie zachodniego kapitału, było już za późno. Oto, dzięki Zachodowi wyrosła w Chinach nowoczesna gospodarka, a Chińczycy zaczęli żyć na wysokim poziomie. Ich gospodarka – konkurencyjna dla Zachodu – to jedno zmartwienie. Drugim kłopotem jest to, że Chiny uzbroiły się i zbroją nadal na najwyższym technologicznym poziomie. Tym samym świat zmienił swą dwubiegunowość.

Jednym ze zlekceważonych sygnałów, płynących z chińskiej gospodarki, było to, że już osiem lat temu chiński rząd zaprzestał dofinansowywania produkcji prostych artykułów. Władze Chin przyjęły, że siła robocza bardziej się przyda – i przyniesie większe zyski – przy produkcji bardziej zaawansowanej technologicznie.

Jest jeszcze jeden aspekt obecnej polityki Chin. Chodzi o to, że Chińczycy mają dobrą pamięć i świetnie pamiętają XIX wieczne upokorzenia i bandyckie złodziejstwo, jakich doznały od USA i kilku mocarstw ówczesnej Europy.

Trochę historii Chin

U źródeł XIX wiecznego konfliktu z Chinami jest opium. Anglicy pod koniec XVIII wieku zorientowali się, że wartość importowanych przez nich z Chin przekraczała angielski eksport. Dlatego zaczęli eksportować do Chin opium. Pierwszy transport tego dotarł do Kantonu w 1773 r., a w 1780 r. Kompania Wschodnioindyjska ogłosiła monopol na uprawę, produkcję i handel opium, które niszczyło ludzki organizm. Na początku XIX w. obroty wyniosły ponad 4 tys. skrzyń. W 1800 r. Chiny oficjalnie zakazały obrotu opium, jednak dzięki korumpowaniu chińskich urzędników proceder ten rozkwitał.

W1793 r. do Chin przybył lord George Macartney, który zażądał zniesienia ograniczeń w handlu angielsko-chińskim. Zażądał też przyznania Anglikom prawa swobodnego podróżowania i osiedlania się. Misja lorda zakończyła się niepowodzeniem, który wrócił jedynie z listem Cesarza do angielskiego króla. List kończył się zdaniem: „Drżąc, podporządkujcie się i nie okazujcie lekceważenia”. W 1818 r. rząd angielski wysłał następną misję, która również zakończyła się fiaskiem. W 1834 r. do Kantonu przybył lord William J. Napier i odmówiwszy opuszczenia Chin, wezwał do ujścia rzeki Si-ciang dwa okręty organizując wojenną prowokację.

Chiny podjęły walką z opium, który niszczył w sposób nieprawdopodobny całe ich społeczeństwo. W Kantonie w 1839 r. zniszczono ponad 20 tysięcy skrzyń opium będących własnością angielskich i amerykańskich kupców. W odpowiedzi Anglicy rozpoczęli z Chinami tzw. wojnę opiumową. Angielska eskadra po zablokowaniu Kantonu i Siamenu wysłała część okrętów wzdłuż wybrzeża na północ celem zaatakowania innych portów. Obiecując duże ustępstwa namówiono Anglików, by wrócili do Kantonu w celu rozpoczęcia pertraktacji.

Prowadzone przez Qishana, który był mandarynem Cesarstwa Chińskiego za czasów dynastii Qing i Charlesa Elliota, brytyjskiego oficera marynarki, dyplomaty i administratora kolonialnego – negocjacje trwały cztery miesiące i nie przyniosły żadnych skutków. Aby wymusić akceptację swych żądań Anglicy zaatakowali w styczniu 1841 r. forty na wyspie Czuan-pi broniące dostępu do Kantonu, które zostały zdobyte. Qishan zgodził się na przyjęcie brytyjskich żądań w tzw. konwencji Czuan-pi, którą podpisał bez zgody cesarza 20 stycznia, a według której Wielka Brytania zyskała wyspę Hongkong, odszkodowanie w wysokości 6 mln dolarów, równość w bezpośrednich pertraktacjach między Chinami a Wielką Brytanią oraz pełne wznowienie handlu. Anglicy natychmiast zajęli Hongkong.

Ponieważ porozumienie nie zostało zatwierdzone przez cesarza, Anglicy wycofali się co prawda z Hongkongu, ale wysłali do Chin nowe oddziały wojska. W 1841 r. wojska brytyjskie zajęły Kanton, gdzie dopuściły się zbrodni na ludności cywilnej. Po krwawych walkach Anglicy zajęli Czenciang i skierowali się w kierunku Pekinu. Wojska Qingów skapitulowały.

Klęska Chin spowodowała, że cesarz zgodził się na przyjęcie wszystkich warunków wysuniętych przez Anglików. 29 sierpnia 1842 r. podpisano tzw. traktat nankiński. Był to pierwszy nierównoprawny traktat na mocy którego dla Anglii otwarto pięć portów chińskich i przekazano Hongkong. Chiny zobowiązały się też zapłacić Anglii 21 mln juanów odszkodowania. Po roku Anglia zażądała traktatu uzupełniającego dotyczącego handlu w pięciu portach. Porozumienie podpisane w 1843 r. przyznawało Brytyjczykom prawo eksterytorialności oraz tworzenia własnych osiedli i zarządzania nimi. Wkrótce nierównoprawne traktaty podpisały również Francja i USA .

W następstwie wojny opiumowej gwałtownie pogorszyła się sytuacja materialna chińskiej ludności. Nasiliła się też walka powstańcza. W latach 1841–1849 doszło do wybuchu 110 powstań i buntów. Wojna wewnętrzna w Chinach stawała się idealną sytuacją do zaatakowania kraju przez obce mocarstwa.

Konsul angielski Harry Parkes pod pretekstem zbezczeszczenia brytyjskiej flagi ostrzelał Kanton, co spowodowało podpalenie przez chińczyków cudzoziemskich faktorii. Konsekwencją tych wydarzeń była II wojna opiumowa, w związku z którą wysłano do Chin brytyjską ekspedycję wojskową. Do wojny przyłączyli się Francuzi. 31 grudnia i uwięzieniu generalnego gubernatora w czerwcu 1858 r. Francja i Anglia narzuciły Chinom traktat tianjiński legalizujący handel opium. Prawie jednocześnie został zawarty układ amerykańsko-chiński na mocy którego otwarto siedem portów dla handlu amerykańskiego i rozszerzono prawo konsularnej jurysdykcji. W 1858 r. ustanowiono granice na Amurze między Rosją a Chinami oraz podpisano układ rosyjsko-chiński, dzięki któremu Rosja zyskała w portach otwartych prawo handlu oraz prawo konsularnej jurysdykcji.

Ponieważ jednak Anglia i Francja nie były zadowolone wznowiły działania wojenne. W 1859 r. do Pekinu wyruszyła eskadra składająca się z 19 okrętów wojennych. W czerwcu 1860 r. wojska tych państw rozpoczęły wojnę w Chinach Północnych i 25 sierpnia zajęły Tiencin przedtem rozbijając kawalerię mandżurską. Droga do Pekinu stała otworem.

Cesarz zbiegł do Rehe. Najeźdźcy złupili i spalili Pałac Letni, a wystraszony dwór zmusili do podpisania dokumentów ratyfikacyjnych będących potwierdzeniem traktatów tiencińskich. Ponadto Tiencin stał się portem otwartym, uzyskano prawo wywozu chińskich robotników do prac na plantacjach i w kopalniach. Chiny musiały również zapłacić 16,7 mln liangów kontrybucji. Cudzoziemcom przyznano prawo zakupu ziemi oraz prawo eksterytorialności. Przywilej ten został później rozciągnięty na chińczyków, którzy przeszli na chrześcijaństwo, co spowodowało masowe nawracanie się prostytutek i złodziei . Barbarzyństwo Anglików i Francuzów wywołało na świecie oburzenie, które potępili m.in. Lew Tołstoj, Iwan Gonczarow oraz Wiktor Hugo.

Inne powstanie, które również przeszło do historii było znane pod nazwą powstania „bokserów”, a jego hasłem przewodnim było przepędzenie „zamorskich diabłów”. Bokserzy uważali, że wszystkie spadające na Chiny nieszczęścia spowodowane były modernizacją i dlatego niszczyli tory kolejowe i linie telegraficzne, a o częstsze niż zazwyczaj powodzie oskarżali Europejczyków. Powstańcy w maju 1900 r. ruszyli na Pekin, który zdobyli, a następnie po interwencjach zachodnich dyplomatów jednego z nich niemieckiego posła barona Clemensa von Kettelera zabili, co dało pretekst Niemcom do interwencji zbrojnej.

Ruch bokserów miał za zadanie walkę z cudzoziemcami upokarzającymi Chiny, ale był bardzo słaby. Siły morskie państw zachodnich zdobyły forty Taku, po czym skierowały się do Pekinu w celu odbicia oblężonych zachodnich poselstw. Oblężenie trwało 55 dni, ale pierwsza zachodnia wyprawa zakończyła się klęską. Natomiast druga ekspedycja, składające się z żołnierzy angielskich, niemieckich, rosyjskich, amerykańskich i japońskich przyniosła rezultaty. Stolica Chin została zdobyta, a poselstwa uwolnione.

Zwycięscy z pokonanymi rozprawili się okrutnie. Pomiędzy zwycięzcami dochodziło do rozdźwięków dotyczących łupów oraz przyszłości Chin, a najbardziej rozczarowani byli Niemcy, którzy spodziewali się znaleźć w Pałacu Cesarskim olbrzymie skarby.

Rząd chiński skapitulował przed mocarstwami i Li Hung-czang 7 września 1901 r. podpisał z pełnomocnikami rządów 11 państw czyli Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Rosji, Japonii, Włoch, USA, Holandii, Austrii, Belgii i Hiszpanii składający się z dwunastu punktów tzw. „Protokół końcowy” w historiografii europejskiej znany jako The Boxer Protocol, w którym na Chiny zostały nałożone ciężkie sankcje. A oto główne artykuły tego protokołu: 1) zawieszenie egzaminów urzędniczych na okres pięciu lat w tych miastach, gdzie napastowano cudzoziemców; 2) zakaz importu broni i amunicji na okres dwóch lat; 3) kontrybucję w wysokości 450 mln liang srebra (ponad 100 mln funtów szterlingów) oprocentowaną (4% w ratach rocznych spłacone do 1940 r.); w sumie około 147 mln funtów szterlingów. Odszkodowanie było zabezpieczone dochodami z ceł morskich podatku rolnego i podatków krajowych; 4) zastrzeżenie dla cudzoziemców dzielnicy poselstw i zapewnienie jej obrony oraz prawo stacjonowania wojsk w samym Pekinie. Oddział cudzoziemski w stolicy miał liczyć 2101 żołnierzy z 30 działami i 30 karabinami maszynowymi. Protokół zawierał również ukaranie śmiercią dygnitarzy popierających bokserów (najwyżsi dygnitarze mandżurscy zostali straceni lub zmuszeni do samobójstwa), zbudowanie pomników pamiątkowych pomordowanym dygnitarzom oraz zabezpieczenie interesów cudzoziemskich misjonarzy. Najwięcej skorzystała Rosja, która zwiększając swój kontyngent wojskowy w Chinach dokonywała masakry chińczyków. Poczynania Rosji w Mandżurii i w Korei stały się zalążkiem konfliktu z Japonią. Wszystkie próby pokojowego rozwiązania konfliktu kończyły się niepowodzeniem w wyniku, którego doszło do pierwszej wojny pomiędzy mocarstwami toczonej o wpływy w Chinach. Wojna toczona w latach 1904–1905 zakończyła się zwycięstwem Japonii.

Trzeba tu wyjaśnić, że coroczna wysokość kontrybucji, płaconej przez Chiny Wielkiej Brytanii, Niemcom, Francji, Rosji, Japonii, Włochom, USA, Holandii, Austrii, Belgii i Hiszpanii wynosiła wartość ok. 40 procent rocznego dochodu Chin.

Ta więc XIX i część XX wieku upłynęły Chinom na spożywaniu opium i płaceniu niewyobrażalnie wysokich kontrybucji na rzecz „cywilizowanych” krajów Zachodu i Rosji.

Co dalej?

Wracając do początkowego przykładu kontenerowca, który utknął w Kanale Sueskim z chińskim papierem toaletowym… Zdaje mi się, że Zachód kolejny raz oszukał sam siebie. Najbogatsze państwa świata liczyły, że ktoś będzie za nie pracował, a zyski zgarną one. Bo na tym miała polegać Globalna Gospodarka. Zachód nie brał jednak pod uwagę, że w Świecie Globalnego Kapitału liczyć potrafią wszyscy. Także Chińczycy.

Dzisiaj Chiny stały się potęgą gospodarczą, której nie zatrzymają proste działania Amerykanów, chcących utrudnić budowę Nowych Jedwabnych Szlaków.

Trzeba też pamiętać, że kapitalizm jest taką formacją, która zawsze przedłoży swój doraźny interes nad politykę długofalową, nad politykę z wyobraźnią. A kiedy się zorientuje, jaki był jego prawdziwy interes, jest już za późno.

Dzisiejsza potęga ekonomiczna Chin przejawia się i w tym, że Chiny na niespotykaną dotychczas skalę wykupują na całym świecie surowce naturalne – w Afryce, Azji, Australii i Ameryce Południowej. Przy czym płacą lepiej niż Zachód, a mówiąc wprost – podbijają ceny. Podobna polityka Japonii w latach trzydziestych XX wieku, skończyła się wojną. USA nie chciały bowiem zgodzić się na powstanie u swego boku konkurencyjnego imperium.

Obecnie to nie militarna pozycja Rosji jest wyzwaniem dla Zachodu, a właśnie potęga gospodarcza Chin. Jak to się skończy? Jedno jest pewne, Chińczycy nie są awanturnikami i wolą spokojny handel.

Przy okazji inwazji Rosji na Ukrainę wzrosło polityczne  znaczenie Chin. Zdają sobie z tego sprawę nawet Amerykanie, którzy przez ostatnie 30 lat nie dopuszczali do siebie myśli, że niebawem będą musieli układać się z najludniejszym państwem świata.

Jedno budzi moją nadzieję, że Chińczycy nie są skorzy do prowadzenia wojen. W każdym razie, teraz „siedzą na górze” i ze spokojem Buddy patrzą na europejski teatr wojny i zmagań ekonomicznych.

 

WALTER ALTERMANN: Chamizacja języka publicznego, czyli przykre koszty demokracji 

Przed wejściem do sklepu dwie młode kobiety, obie z dziecięcymi wózkami. W jednym wózku niemowlak, w drugim dwulatek. Kobiety rozmawiają, a ja ulegam wzruszeniu – że Matki Polki, że ładne dzieci, że polityka prorodzinna jest dobra… Naraz jedna z kobiet mówi: „I ty sobie wyobraź, że ten ch… mówi, żebym pier…nęła wszystko i zrobiła mu kolację”. Na to druga z oburzeniem: „To sk…. jeb…”. 

Przepraszam za neologizm w tytule, ale nie znalazłem bardziej odpowiedniego słowa – niż „chamizacja” – do tego, o czym będzie poniżej. A będzie o języku codziennym i języku debaty publicznej w Polsce. Z miesiąca na miesiąc nasz język ulega ohydnemu zepsuciu i degradacji. Miejsce słów, zwrotów i fraz przyjmowanych dotychczas za eleganckie, zajmuje retoryka i słownictwo prostackie, a mówiąc wprost – chamskie.

W dawnych czasach za używanie takich słów, jakich używały te dwie matki, można było zapłacić słony mandat – nawet 500 zł. Dzisiaj nikt już nie zwraca na to uwagi. I ludzie nie wstydzą się już mówić w miejscach publicznych językiem rynsztokowym.

Powiedzmy szczerze – przekleństwa i wulgaryzmy w naszym języku istniały, istnieją i będą istniały. Człowiek wzburzony, poruszony sięga po słowa, które pomagają mu wyładować gniew i frustrację. Teraz jednak wszystkie te prymitywne słówka stały się normalnymi słowami. I mało kto się ich wstydzi.

W dawnych latach, w latach mojej młodości, obowiązywała jeszcze norma kultury inteligencji. Wtedy nie uchodziło rzucać mięsem przy kobietach. Młodzież licealna i studenci również trzymali poziom. Owszem czasami ktoś „rzucił mięsem”, ale nie za często. Młodzi ludzie, którzy chcieli społecznie awansować wzorowali się na „inteligentach starej daty”. Jakie wzorce kultury języka ma dzisiejszy nastolatek? Przede wszystkim mówi tak jak mówią jego rodzice. Dlatego, z pewnością, te dwa urocze maluchy z wózków będą używały wulgaryzmów, których używają ich matki i ojcowie. Potem jednak pójdą do szkół, napotkają nauczycieli, którzy mówią kulturalnie, potem praca, w której już może być różnie… Myślę, że te dzieciaki mają małe szanse, żeby przejść o stopień wyżej w kulturze. Przestał bowiem działać wzorzec pozytywnej normy. A krócej mówiąc – chamiejemy na potęgę.

Media społecznościowe

Mediach społecznościowe, takie jak Facebook, Instagram i Twitter zalane są chamstwem. Język pijaczków z połowy XX wieku, jest – przy języku mediów społecznych – językiem lordów. Ogromne rzesze frustratów społecznościowych dzielą się z nami swoim wulgarnym obrazem świata i ludzi.

Niestety te media dopuściły do głosu ludzi o najgorszych instynktach, ludzi pełnych nienawiści i pogardy. Życzenie komuś śmierci jest czymś zwyczajnym, poniżanie innych jest normą a opluwanie rynsztokowymi epitetami to codzienność, na którą niewielu już zwraca uwagę.

Ktoś na tych mediach zarabia, ktoś jest ich właścicielem. Zastanawiam się dlaczego władze nie ścigają właścicieli Facebooka i innych. Przecież w obawie o utratę zysków właściciel by reagował. Owszem władze zapowiadają ściganie autorów wpisów, ale to przecież nie działa.

Media klasyczne

Wystarczy otworzyć jakikolwiek kanał telewizyjny, na którym już czyhają na nas prostacy, żeby wykorzystując formułę dyskusji politycznej, uraczyć nas prostackim myśleniem i chamskim językiem.

Podejrzewam, że część polityków uważa, że operacja, polegająca na brutalizacji wypowiedzi, na obrażaniu oponentów – dodaje im męskości. Że niby są tacy twardzi i zdecydowani, i brutalnie wprost, czyli bardziej męscy. Niestety powie nam to każdy psycholog, że takie słownictwo cechuje… impotentów.

Z kolei stara teoria, że kobiety łagodzą męskie zachowania jest z gruntu fałszywa. Jest wręcz odwrotnie. U nas, w debacie publicznej kobiety są tak samo agresywne jak mężczyźni. I ani krzty u naszych „polityczek” delikatności białogłów, łagodności i wybaczenia. Maskulinizują się!

Pozasłowne sposoby komunikacji

Naukowcy twierdzą, że pierwszym językiem człowieka był język gestów. Potem pojawiły się okrzyki, mruczenie i proste słowa. Nasza polityka zdaje się potwierdzać tę teorię. Z ta różnicą, że cofamy się właśnie ku pomrukom i gestom.

Każdy polityk przed kamerą lub mikrofonem musi zaistnieć, żeby przez te kilka lub kilkanaście minut zapamiętano go. Polityk wierzy, że to „zapamiętanie” przełoży się na głosy przy urnach. Szczególnie nerwowi w kwestii zaistnienia i zapamiętanie są przedstawiciele małych partii koalicyjnych, czyli tych które weszły do parlamentu na przyczepkę i dokładkę. Ci politycy rzeczywiście mają problem – muszą nadal być w koalicjach, a jednocześnie nieustannie zaznaczać swą odrębność. Dlatego są bardzo brutalni, dlatego robią groźne miny i zawsze mówią tak, jakby właśnie wypowiadali wojnę całej Europie. I Stanom Zjednoczonym. Trochę to zalatuje paranoją, ale tak właśnie jest. Co prawda ci mniejsi nie używają słów wulgarnych, ale szkodzą językowi wprowadzając niepotrzebnie napięcie, stawiając nawet sprawę wykałaczek na ostrzu noża. Taka postawa „mniejszych” rodzi napięcia u odbiorcy. Przy czym są to napięcia dwojakie. U swoich twardych zwolenników wywołują reakcję typu „Tak, ma k… rację!”  U swoich przeciwników natomiast wywołują protest klasy: „Co jest, k… „. W sumie sytuację małych podwieszonych do większych opisał już Julian Tuwim w wierszu „Tańcowały dwa Michały”:

Tańcowały dwa Michały,
Jeden duży, drugi mały.
Jak ten duży zaczął krążyć,
To ten mały nie mógł zdążyć.

Piszę o tym, bo nie trzeba używać wulgaryzmów, by niszczyć język debaty politycznej. Czasem wystarczy sam ton i groźna mina, bo one wywołują nastrój, który wzbudza najciemniejsze siły mózgowe.

Na przykład – kilka dziennikarek telewizyjnych, prowadzących rozmowy polityczne, wzdycha głęboko, przewraca oczami, targa swe włosy a nawet kręci głowami z niedowierzaniem, gdy usłyszą jakieś sądy od polityków, których nie lubią.

Sprawa zachowań „mniejszych partii” i dziennikarek jest ilustracją, że także pozajęzykowe środki komunikacji mogą być bronią niszczącą dobre obyczaje, dobry język debaty.

Elegancja językowa

Pewna pani Profesor mawiała: „Można oczywiście powiedzieć ‘wyciągam wnioski’, ale brzmi to brutalnie, jakby prokurator wyciągał konsekwencje. Czyż nie jest bardziej elegancko powiedzieć ‘wysnuwam wnioski’?”

Ciągle słyszę od polityków: „Pan kłamie”. A dlaczego nie powiedzieć: „Chyba mija się pan z prawdą.”

Mówią też: „Niech pan zauważy…”. Czyż nie można powiedzieć: „Proszę zauważyć?” Niech – jest rozkazujące i brutalne, a proszę… to jednak proszę.

Ostatnio usłyszałem: „Co mi pan tu opowiada?” Prawda, że to brutalny i prostacki zwrot? A można  powiedzieć: „Jestem zaskoczony pańską opinią”.

Wyjątki od reguły

Jest kilka wyjątków od reguły, nakazującej nieużywanie wulgaryzmów w „przestrzeni publicznej”. To literatura, teatr i film. Tam artysta – chcąc oddać rzeczywistość swoich czasów – ma prawo używać wszystkich słów, jakie zna ludzkość. Czasem artyści przesadzają, ale przesada to również sposób artystycznej wypowiedzi.

W ostatnich latach odbyło się kilka dużych awantur na linii władza – artyści. I oczywiście władza przegrała, dlatego że urzędnik – choćby bardzo uduchowiony – nigdy nie dorówna artyście. Bo sztuka jest osobnym światem, który nigdy nie podda się urzędniczym zakazom i nakazom. A po latach, po wiekach, nazwiska Szekspira i Moliera nadal będzie znane, ale nazwiska urzędników, którzy ich próbowali „ustawić” znikną z ludzkiej pamięci. I taka to różnica.

Więc – Drodzy Urzędnicy – zostawcie, dla Waszego dobra, artystów w spokoju. Niech klną, ubliżają a nawet bluźnią. Oni – artyści – w pewnym sensie są ponad prawem, a Wy nie.

Idzie ku dobremu

Wspominałem ostatnio, że modne stało się słówko „hub” – wymawia się hab, a po polsku znaczy tyle co „centrum, ośrodek”. Wspominałem ów „hub” jako przykład niepotrzebnego zangielszczania naszego języka. Niestety, nawet sam pan premier Matusz Morawiecki używa tego huba. I nagle, niespodziewanie a dobitnie 28 marca 2022 roku usłyszałem znowu ten „hub” z ust Szymona Hołowni, który twierdził, że Polska powinna stać się „hubem pomocy Ukrainie”.

Toż to już rewolucja, to znak, że ponadpartyjne porozumienie jest możliwe, że właściwie już zaistniało! Premier i szef dużej partii opozycyjnej mówią tak samo! Co prawda pierwszą ofiarą tego porozumienia jest nasz język, ale trudno… Politycznie idzie ku dobremu.