HUBERT BEKRYCHT: Świat patrzy i spycha rosyjską inwazję na Ukrainę na drugi plan

Brutalna rosyjska agresja na Ukrainę przestraszyła cały świat. Ale świat, prawie miesiąc po wybuchu wojny, coraz mniej przejmuje się Ukrainą, która wykrwawia się na jego oczach. Widać to w globalnych sieciach medialnych – oglądałem tę papkę w poniedziałek późnym wieczorem.

Ludzie, oni tam na Zachodzie śpią. I śniąc nawet nie mają pod ręką nocnika na wypadek, gdyby po rosyjskim ataku na Europę i świat, nagle się przebudzili…

Niemcy na swoich kanałach informacyjnych, oprócz zdawkowych relacji z frontu pokazują ratowanie żółwi na pacyficznej wysepce. Ze zdumieniem w ARD zobaczyłem wojenną relację tylko z perspektywy rosyjskiej, bez słowa o tragedii Ukraińców, a korespondenci publicznego niemieckiego kanału używają wobec wojny określenia Putina: „rosyjska operacja strategiczna lub wojenna” …

Francuzi się martwią. Ewentualnym brakiem gazu i prądu oraz kursem euro. Media francuskie coraz częściej pokazują dramat uchodźców, który uciekają z jednego do drugiego kraju. W Afryce. France 24 w wersji angielskiej częściej niż Mariupol pokazuje konflikt w Nigerii. W BFM była dyskusja o… przyszłości Putina, ale ani słowa o tym, że Francja sprzedawała jeszcze niedawno broń Rosji. Cóż, wybory prezydenckie za pasem…

Włoskie stacje telewizyjne pełne są sprzecznych analiz sytuacji wojennej. Normalka. Tamtejsze media prezentują nieaktualne i najeżone błędami mapy Ukrainy i Rosji. Jedna była nawet  z czasów sowieckich, bo Mariupol opisano tam, jako… Żdanow, ale szybko poprawiono błąd. Profesjonalizm. W RAI widziałem też rozważania publicystów. Temat: Czy Putin zdobędzie od razu całą Ukrainę, czy tylko pół…

Holendrzy o wojnie informują mało, chyba, że „Ukrainka zatruła Rosjan pasztecikami”. Niderlandzkie media mają zresztą kilka „dyżurnych” obrazków wojennych a Ukraińców pokazują w Przemyślu. Są to zdjęcia sprzed 2 lub 3 tygodni…

W belgijskiej telewizji durny teleturniej, ale prowadzący mają przypięte wstążeczki w ukraińskich barwach. Tutaj jednak po teleturnieju sprawozdanie z frontu. 40 sekund.

Świat arabski zaznacza swoją neutralność, bo tamtejsze media zaraz po migawkach z Ukrainy pokazują podnieconego Putina na stadionie. Głównym tematem Al Jazeery jest zamach „w Palestynie”, w której to relacji reporterzy potępiają „złych” Żydów. Zginęła jedna osoba. Potem sytuacja gospodarcza i Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w Katarze, a na czwartym miejscu Ukraina…

Media izraelskie tłumaczą się światu, dlaczego ich rząd rozmawia z Putinem. Wyjaśnienia, o ile dostępne po angielsku,  są talmudyczne, czyli długie i zawiłe. W telewizji i24 prezenterzy zajęci są jednak sytuacją na terytoriach zamieszkałych przez „złych” Arabów. Dopiero potem Putin na stadionie „z okazji rocznicy” zajęcia Krymu. Następnie krwawe walki na Ukrainie, ale zdjęcia chyba sprzed tygodnia…

CNN przez 3 minuty reklamuje swój oddział w Abu Dabi, a potem amerykańscy analitycy giełdowi tłumaczą ludziom, dlaczego inwestowanie w Rosji jest nieopłacalne…

W brytyjskich telewizjach chyba najwięcej relacji z inwazji rosyjskiej na Ukrainę. Rzetelny obraz wojny i broniącej się przed Putinem Ukrainy. Punktowanie zbrodni wojennych Moskwy. Niestety, w BBC o tym, jak wojna wpływa na klimat. Brytyjska telewizja publiczna, która przez lata była podawana za wzór do naśladowania dla dziennikarzy – bez żenady – wciska mi kłamstwa ekologów…

Pracownicy kanałów hiszpańskich i latynoskich nie mają pojęcia, gdzie leży Ukraina, bo mówią w nich o kraju w północnej Europie. Gdzieś obok Norwegii…

Telewizja watykańska pokazuję pusty Plac Świętego Piotra. Całą noc…

 

JAROSŁAW GUZY: Jeżeli ktoś powiela rosyjską propagandę nie jest dziennikarzem

Z JAROSŁAWEM GUZYMekspertem ds. bezpieczeństwa międzynarodowego, analitykiem, działaczem opozycji niepodległościowej, pierwszy przewodniczącym Niezależnego Zrzeszenia Studentów – rozmawiał Hubert Bekrycht.

H.B.: Poza relacjami ukraińskich dziennikarzy, jest kilka sposobów przekazu z tej wojny, m.in. – rosyjski, czyli kłamliwy, oszczerczy, proputinowski – zagraniczny, reporterów spoza Ukrainy, często naiwny – polski zgodny z naszą racją stanu – i niestety wychodząca z różnych państw, także z Polski, narracja, delikatnie mówiąc, sprzyjająca rosyjskim bandytom, którzy napadli na Ukrainę. Jak Pan to ocenia?

Jarosław Guzy: Są tacy ludzie. Nie miejmy złudzeń, są praktycznie w każdym kraju, nie tylko u nas, ale właśnie paradoksalnie są także w Polsce. Istnieją środowiska renegackie i statystycznie podczas każdej wojny są dziennikarscy renegaci. To, że są w przekazie publicznym podczas rosyjskiej inwazji, bardzo martwi. Trudno na to znaleźć sposób w demokracji, ale są sposoby i na renegatów.

Skąd ci dziennikarscy renegaci się biorą w Polsce?

Moim zdaniem było zbyt wiele tolerancji dla funkcjonowania agentury rosyjskiej. I tej operacyjnej i agentury wpływu. Były również pewne deficyty, jeśli chodzi o działanie naszych służb, co nie oznacza, że w demokracji nie można głosić głupich poglądów. Jeśli są to jednak poglądy głoszone na zamówienie obcego mocarstwa, wrogiego Polsce i naszym sojusznikom, to akcja państwa powinna być zdecydowana.

…wobec dziennikarzy głoszących takie poglądy…

…to nie są dziennikarze. Jeżeli ktoś powiela rosyjską propagandę, nie jest dziennikarzem. Nie przysługują mu te same prawa przysługujące prawdziwym dziennikarzom. Wolność słowa, nawet w najbardziej demokratycznym kraju, ma swoje ograniczenia. Jest wolność słowa, ale nie ma wolności dla rosyjskiej agentury

 Jak Pan ocenia relacje dziennikarskie z moskiewskiej inwazji na Ukrainę? 

Środowiska dziennikarskie, także te dotychczas ze sobą poróżnione, bo pochodzące z różnych nurtów politycznych, ideologicznych, in gremio, wobec rzeczywistości wojennej inwazji rosyjskiej, mają do spełnienia ogromną rolę. To, że światowa opinia publiczna jest poruszona, tym co dzieje się na Ukrainie, stanowi zasługę dziennikarzy, reporterów, operatorów, dźwiękowców, producentów. Relacjonując ogrom zniszczeń i brutalność rosyjskich żołnierze, dziennikarze na Urainie płacą często najwyższą cenę…

WALTER ALTERMANN: Rosja, Polska, Ukraina – Starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (4). Ukraina – trudna droga do wolności

O ile Rosja przez wieki dążyła, i dąży nadal, do jednoznacznej przewagi władzy centralnej nad swoimi obywatelami, o ile Polska przesadziła ze złotą wolnością szlachty, co doprowadziło do upadku i rozbiorów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, o tyle Ukraina zawsze walczyła i nadal walczy o wolność swojego państwa i jego mieszkańców. Trzy sąsiadujące kraje, a tak różna przeszłość i różne rozumienie powszechnej wolności ich mieszkańców.

Na początek podkreślmy, że historia stosunków polsko-ukraińskich zna wielu fałszerzy, po obu stronach, ale na pierwsze miejsce wybija się Henryk Sienkiewicz ze swoją Trylogią. To z jego powieści Polacy czerpią do dzisiaj „wiedzę” o sąsiadach. Żeby samemu nie znęcać się nad noblistą, oddajmy głos Bolesławowi Prusowi, który w 1884 roku w tygodniku „Kraj” przeprowadził druzgocący atak na fałszowanie realnej historii przez Sienkiewicza. Poniższy fragment przedstawia, co naprawdę powinien powiedzieć Chmielnicki Skrzetuskiemu:

„Jak ty śmiesz – rzekłby Chmielnicki do Skrzetuskiego – przemawiać do mnie w imieniu Rzeczypospolitej, sługo Wiśniowieckiego? Król niech dziś przemawia od niej, nie jurgieltnicy. Ale król, choć uznał nasze krzywdy, ma związane ręce. I co to za Rzeczpospolita, w której twój pan i jemu podobni zdławili chłopa, ubezwładnili szlachcica, ogłodzili armię i rozbili albo zgnoili wszelką władzę?… Czy nie oni, zagarnąwszy ziemię, chcą mieć z nas robocze bydło, czy nie oni wolą płacić haracz Tatarom niż żołd zaporoskiemu wojsku? A co nam dali za Cecorę i Chocim, nie licząc innych prac? Bat i pańszczyznę. I przed kim to ma ugiąć kark wojsko zaporoskie, komu oddać broń i sztandary? Nie rycerzom – handlarzom. Już im obmierzła wojna, a pachnie tylko dukat. Więc sprzedają chłopa Żydom, świnie i pszenicę Niemcom, swoje głosy tym co lepiej płacą, króla w Gdańsku a Rzeczpospolitą w Wiedniu, Stockholmie, Konstantynopolu – gdzie się da. Twój pan i jemu podobni, to rak, co pożarł armię i władzę, a w końcu stoczy Rzeczpospolitą, jeżeli ja go nie wytnę i nie wypalę… A ty, Skrzetuski, wracaj do twego pana, ażeby miał mu kto podać strzemię, jak będzie uciekał. Nie dlategom cię wykupił i wysłuchał, żeś jego poseł, ale żeś mi ocalił życie. Nie lubię być dłużnikiem oficjalisty Wiśniowieckich”.

Powyższy cytat rozwiniemy w następnym odcinku naszej analizy spraw ukraińskich i będzie jeszcze ostrzej.

Teraz, zanim przystąpimy do opisania i analizy tematu, poznajmy podstawowe pojęcia dotyczące geografii i historii Ukrainy. To ważne, bo potem nie mylić się. Niech nam w tym pomoże nieoceniony Słownik mitów i tradycji kultury, Władysława Kopalińskiego, PIW 1987.

Podstawowe terminy geograficzno-historyczne

Ruś. Słowianie mieszkający na drodze normandzkich Waregów z Zatoki Fińskiej do Carogrodu (Konstantynopola) nazywali ich Rusami wg fińskiego Ruotsi. Po raz pierwszy zastosowano nazwę Ruś do całego kraju w Nowogrodzie, gdzie mówiono po szwedzku jeszcze ok. 1300 roku. Odtąd staje się ona nazwą historyczną we wszystkich latopisach, z późniejszymi dodatkami „Kijowska”, „Moskiewska” itd. Nazwa Rosja jest natomiast pochodzenia bizantyjskiego, pod jej wpływem zaczęto pisać w hramotach zamiast Ruś – Rusija, po raz pierwszy w 1497 r., raz jeden Rosija w 1565 r., ale dopiero od połowy XVII w. wchodzi w użycie ta grecka forma. Nakazał ją urzędowo Piotr I.

Ruś Biała – Białoruś

Ruś Czarna – dzielnica Rusi Kijowskiej, a potem Wielkiego Księstwa Litewskiego z Nowogródkiem, Słonimiem, Wołkowyskiem i Grodnem.

Ruś Halicko – Wołyńska państwo powstałe w wyniku zjednoczenia księstw halickiego i włodzimiersko-wołyńskiego przez księcia włodzimiersko-halickiego Romana Mścisławowicza w 1199 r. Obejmowało ono ziemie od Sanu, Wieprza i Nura na zach. Po dział wodny Bugu i Niemna, bagna górnej Prypeci i górny bieg Bohu. Podział tych ziem między Polskę i Litwę następował w od 1352 r. do 1366 r.

Ruś Kijowska wczesnofeudalne państwo Europy Wsch. z IX-poł. XII w. ze stolicą w Kijowie. W X-XI w. jej granice stanowiły San, Wieprz, górny Niemen i środkowa Dzisna, jezioro Ładoga i Onega, obejmowała dorzecze górnej Wołgi, Oki i górnego Donu, pas stepów zajętych przez Połowców i Pieczyngów oddzielał ją od Morza Czarnego.

Ruś Mała, Małoruś. Małorosja, nazwa nadawana Ukrainie, głównie od XVIII w. do XX w.

Ruś Podkarpacka Ukraina Zakarpacka.

Ruś Włodziersko-Suzdalska dzielnica Rusi Kijowskiej między Oką i górną Wołgą, sięgająca na północy Biełooziera i Ustjuga.

Kozacy pochodząca z różnych klas społecznych, głównie z chłopów, grupa ludności na Ukrainie i w południowo-wschodniej Rosji, wytworzona w ciągu XV i XVI wieku, stanowiąca swoisty wolny stan w feudalnej Rzeczypospolitej i państwie moskiewskim, z odrębną organizacją wojskową. Kozacy Zaporoscy na Ukrainie, podlegający nominalnie Rzeczypospolitej, w praktyce byli niezależni; z części ich tworzono regularne oddziały wojskowe (Kozacy rejestrowi); mieszkańców obozów warownych (siczy) i osad (pałanek) nazywano Kozakami siczowymi, a przebywających w stepach myśliwych, rybaków, bartników itd. – siromachami. Kozacy dońscy, kubańscy, uralscy w służbie państwa moskiewskiego uzyskali wolność osobistą i samorząd z obieranymi atamanami, sotnikami i esaułami.

Historia ziem dzisiejszej Ukrainy

Historia Ukrainy jest bogata, co niestety zawsze zwiastuje kłopoty. Państwa bogate i od wieków niepodległe najczęściej zapisują swą historię nie na swoim terenie. Przeszłość Ukrainy jest jednak historią narodu walczącego o swą wolność, a to zapowiada fakty tragiczne, które miały miejsce na jej terenie.

We wczesnym średniowieczu obszary Ukrainy zasiedlały plemiona słowiańskie, m.in. Chorwaci, Drewlanie, Dulebowie, Polanie, Tywercy, Ulicze, Wołynianie (identyfikowani z Dulebami).

Dzieła zjednoczenia wschodniej Słowiańszczyzny podjął Kijów, który był silnym ośrodkiem Polan. Kijów, stał się (po Nowogrodzie Wielkim) centrum państwa staroruskiego (Ruś Kijowska), które w X w. zjednoczyło całą wschodnią Słowiańszczyznę. W 988 r. książę Włodzimierz Wielki przyjął chrzest za pośrednictwem Bizancjum. Szczyt potęgi państwa kijowskiego przypadł na panowanie Jarosława Mądrego (1019 –1054) i Włodzimierza Monomacha (1113–1125).

W XII w., po rozpadzie Rusi Kijowskiej na księstwa dzielnicowe nastąpił powolny upadek pozycji Kijowa. W XIII w. wyrosło Księstwo Halickie pod rządami Romana Mścisławowicza i jego syna, Daniela Halickiego, który zjednoczył większą część obecnych ziem ukraińskich wraz z Kijowem (1239 r.). Jednakże w tychże latach najazd mongolski rozdzielił ostatecznie dawną Ruś na kilka części: obszary stepowe, już wcześniej zasiedlone przez koczowników, znalazły się w granicach założonej przez Batu-chana Złotej Ordy; w faktyczną zależność od Mongołów popadło tzw. Zalesie (Ruś Włodzimiersko-Suzdalska) i księstwo riazańskie (wkrótce włączone bezpośrednio do Złotej Ordy). W mniejszym stopniu zależna była ziemia nowogrodzka. W XIV i XV wieku w Zalesiu hegemonię zdobyli książęta moskiewscy, a wokół ich stolicy rozpoczął się proces tworzenia Rosji. W tym czasie dawne ruskie ziemie zachodnie i południowe, uwolnione spod władzy mongolskiej przez wojska litewskie, weszły w skład Litwy oraz Polski (część Księstwa Halicko-Wołyńskiego).

Kozacy i inni

Na uwolnione obszary, w znacznej mierze zniszczone i wyludnione przez napady tatarskie, napływali zbiegowie z księstw zależnych od Złotej Ordy oraz osadnicy polscy; na tzw. Dzikich Polach (między Dniestrem a Dnieprem) tworzyła się społeczność złożona z wielu grup etnicznych.

Szczególne znaczenie dla Ukrainy miało powstanie (XV–XVI w.) kozaczyzny wspomagającej budzącą się ukraińską świadomość narodową, a co najmniej poczucie odrębności. Po unii lubelskiej z 1569 roku Ukraina została wcielona do Korony. Niezadowolenie ludności ukraińskiej wywoływały powstające wówczas latyfundia magnackie (uzależnianie wolnych chłopów i Kozaków), próby nadania form organizacyjnych kozactwu (wprowadzenie rejestru), unia brzeska z 1596r., zawarta między Kościołem katolickim a częścią ruskiego Kościoła prawosławnego.

Na rozwój ukraińskiej świadomości narodowej miały duży wpływ powtarzające się od 1591 roku powstania kozackie. Największe z nich (1648–54), kierowane przez Bohdana Chmielnickiego przekształciło się w wojnę o samodzielną Ukrainę. Wciągnięcie do wojny zależnych od Turcji Tatarów a potem Moskwy przekreśliło jej cel główny i doprowadziło do uporczywych bratobójczych walk. Rezultatem był podział Ukrainy wzdłuż Dniepru między Rzeczpospolitą a Rosję (1667 r. rozejm andruszowski, 1686 r traktat Grzymułtowskiego).

W polskiej części Ukrainy (Ukraina Prawobrzeżna) zlikwidowano wojska kozackie i przywrócono unię religijną, zniesioną przez Chmielnickiego. Mimo dość dobrej sytuacji gospodarczej wrzenie nie ustawało, wyłonił się ruch hajdamaków, z aktami skrajnej przemocy, później też krwawo stłumiony.

W rosyjskiej części Ukrainy (Lewobrzeżna, Hetmańszczyzna) zlikwidowano unię, a w 1688 r. metropolię kijowską podporządkowano patriarsze moskiewskiemu, systematycznie ograniczano władzę hetmanów kozackich, zwłaszcza po przejściu hetmana Mazepy na stronę Szwedów podczas wojny północnej (1700–21 r). W 1775 roku zlikwidowano Sicz zaporoską. 8 lat później Kozaków przypisano do ziemi, a Ukrainę oficjalnie wcielono do Rosji.

Ziemie ukraińskie po rozbiorach

Po rozbiorach Rzeczypospolitej – 1772 r., 1793 r., 1795 r. – większość Ukrainy znalazła się w granicach Rosji, jedynie Ruś Czerwona (zwana odtąd Galicją Wschodnią), północna Bukowina (przejęta w 1775 r. od Turcji) i Ruś Podkarpacka (od XI w. część Węgier) przypadły Austrii. Na stepach przyczarnomorskich (do 1917 r.  Noworosja) trwała kolonizacja, osadzano chłopów, rozbudowywano miasta, a w 1783 r. (po likwidacji chanatu) włączono do Rosji.

W drugiej połowie XIX w. Ukraina dzieliła się na kilka zróżnicowanych części: Galicję Wschodnią — prężną gospodarczo, najważniejszą w rozwoju świadomości narodowej, część stepową — z silną warstwą zamożnego chłopstwa, Ukrainę Słobodzką (pogranicze z Rosją) — typowo rolniczą, bez rozbudzonej świadomości narodowej, oraz uprzemysłowioną część wschodnią (Zagłębie Donieckie, Charków), związaną gospodarczo z Krzyworoskim Zagłębiem Rud Żelaza, z wieloetniczną ludnością.

Rosja kolonizuje Ukrainę

Władze rosyjskie stymulowały ruchy kolonizacyjne, osadzały Rosjan na Ukrainie, Ukraińców kierowały na inne tereny (m.in. do Kazachstanu i Azji Środkowej). Od XIX w. w rosyjskiej części Ukrainy (zw. oficjalnie Małorosją) trwała rusyfikacja, prześladowanie kultury ukraińskiej. Tak była realizowana koncepcja rosyjskich nacjonalistów – trójjedynego narodu rosyjskiego: Rosjanie, Białorusini, Ukraińcy. Po rewolucji 1905 roku  pojawiły się na Ukrainie partie polityczne i wybitni działacze społeczni.

Czas I wojny światowej

Po 1905 roku w Galicji Wschodniej, poza rozbudowującym się ruchem politycznym, powstawały ukraińskie organizacje paramilitarne (np. Sokił, Sicze). Z nich w czasie I wojny światowej sformowały się oddziały Strzelców Siczowych (analogiczne do Legionów Polskich), z hasłem Ukrainy połączonej z monarchią habsburską.

Po rewolucji lutowej 1917 roku w Rosji na Ukrainie zaczął się ruch na rzecz niepodległości. W marcu 1917 roku powstała Centralna Rada Ukrainy (CRU), a wyłoniony przez nią Sekretariat Generalny zaczął tworzyć administrację państwową. Konflikt na tym tle z rosyjskim Rządem Tymczasowym trwał do rewolucji październikowej i po upadku tego rządu; CRU proklamowała (III Uniwersał) powstanie Ukraińskiej Republiki Ludowej (UNR) . Niezadowolenie na wsi z niezdecydowanej polityki władz UNR doprowadziło do przewrotu: 29 kwietnia 1918 r obwołano hetmanem Ukrainy gen. Pawło Skoropadskiego. Porażka Niemiec w I wojnie światowej przesądziła losy hetmana – 14 grudnia 1918 r. zbiegł z Kijowa do Niemiec. W listopadzie 1918 roku działacze UNR utworzyli Ukraiński Dyrektoriat i rozpoczęli powstanie narodowe. Tegoż dnia Armia Czerwona rozpoczęła atak na Ukrainie. 6 stycznia 1919 proklamowano w Charkowie, który do 1934 r. był stolicą stolica Ukrainy,  Ukraińską Socjalistyczną Republikę Radziecką (USRR). Od wschodu naciskały na Ukrainie siły antybolszewickie generała Antona Denikina, na wybrzeżu czarnomorskim lądowały wiosną 1919 r. interwencyjne wojska francuskie.

W Galicji Wschodniej w październiku 1918 r utworzono Zachodnioukraińską Republikę Ludową (ZURL), ale po ciężkich walkach oddziały ZURL zostały wyparte z Galicji przez siły polskie. Na Ukrainie wielu atamanów usamodzielniło się, pewną rolę odegrał też anarchizujący ataman Nestor Machno (na południu Ukrainy).

Ukraina po 1919 roku

Ostatnim aktem na rzecz niepodległości Ukrainy było zawarcie w kwietniu 1920 roku sojuszu Ukraińskiej Rady Narodowej (UNR) z Polską oraz wspólna walka przeciw bolszewikom – wyprawa kijowska Józefa Piłsudskiego. Ludność Ukrainy nie poparła tej walki, a ryski traktat pokojowy, zawarty w marcu 1921 r. przez Polskę z bolszewikami, przekreślił dalsze istnienie UNR. W wyniku I wojny światowej, wojny z Polską i decyzji władz sowieckich, poza granicami Ukrainy znajdowały się: Galicja Wschodnia i część Wołynia (Polska), Ruś Podkarpacka (od 1918 r. w Czechosłowacji), północna Bukowina i Besarabia (Rumunia), Krym (Rosyjska FSRR).

W końcu grudnia 1922 r. USRR weszła z innymi republikami sowieckimi w skład ZSRR. Przez kilka lat prowadzono tzw. korienizację (ukrainizacja, unarodowienie biurokracji państw. i kultury), która wraz z upowszechnieniem oświaty miała służyć głównie indoktrynacji w duchu komunistycznym. Głód 1921 i 1922 roku wykorzystano, jak w całym ZSRR, do walki z religią i duchowieństwem – powszechne zamykanie świątyń, konfiskata dobytku kościołów i zakonów.

Zwycięstwo grupy Stalina w walce o władzę w ZSRR zapoczątkowało wielkie zmiany. W 1928 roku zaczęło się uprzemysłowienie, czyli głównie rozbudowa przemysłu zbrojeniowego, a następnie powszechna kolektywizacja rolnictwa. Opór chłopów ukraińskich władze złamały terrorem i planową akcją potęgującą skutki głodu z 1931i 1932 roku na Ukrainie – kilka milionów ofiar. Od 1929 roku zaczęła się bezwzględna rusyfikacja, niszczenie zabytków, masowe mordowanie ukraińskich księży prawosławnych. Podczas wielkich czystek od 1935 do 1938 roku Ukraina poniosła, włącznie z mieszkającymi tam Polakami, najcięższe w ZSRR ofiary. Rozmiary represji ograniczył Nikita Chruszczow, który w 1938 r. stanął na czele Komunistycznej Partii [bolszewików] Ukrainy, nasilając jednocześnie kurs rusyfikacji.

Ukraina w czasie II wojny światowej

Po wybuchu II wojny światowej ZSRR, w sojuszu z Niemcami, 17 września 1939 r dokonał agresji na Polskę i anektował jej ziemie wschodnie, co uzgodniono w  paktu Ribbentrop–Mołotow, Obszar nazwany wówczas Ukrainę Zachodnią wcielono do USRR. W VIII 1940 przyłączono, na skutek wymuszonej zgoda Rumunii, północną Bukowinę i Besarabię. Obecne granice Ukraina ma od końca II wojny światowej, dzięki ustaleniom konferencji w Jałcie oraz paryskiego traktatu pokojowego, traktatu z Czechosłowacją o włączeniu do USRR Rusi Podkarpackiej, która podczas wojny należała do Węgier i umowy z Polską z lutego 1951 r.  o wymianie terenów pogranicznych.

W czasie II wojny światowej Ukraińcy z Galicji Wschodniej spodziewali się powstania państwa ukraińskiego pod protekcją Niemiec. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów – rozbita na frakcje banderowców i melnykowców, nazwanych tak od nazwisk przywódców: Stepana Bandery i Andrija Melnyka – próbowała działać na rzecz niepodległości, a jednocześnie, wbrew stanowisku duchowego przywódcy ukraińskiego arcybiskupa Romana Szeptyckiego, stymulowała terror poprzez rzezie ludności polskiej w Galicji Wschodniej i na Wołyniu. Działająca od 1941 roku Ukraińska Powstańcza Armia (UPA), następnie zdominowana przez banderowców, od 1943 prowadziła walkę z Niemcami, Polakami i komunistami w partyzantce sowieckiej. W 1943 roku powstała ukraińska Dywizja SS Galicja, głównie z frakcji melnykowców, a rozbita w 1944 r, weszła w skład UPA. Na okupowanej Ukrainie Niemcy nie utworzyli państwa ukraińskiego, tylko własną okupacyjną administrację, z rozbudowanym aparatem represyjnym, który Niemcy wykorzystywali m.in. podczas eksterminacji Żydów, m.in. w Babim Jarze w Kijowie.

Ukraina po II wojnie światowej

Po wojnie na Ukrainie odbudowano reżim komunistyczny, bez zmiany statusu USRR.

W 1954 roku, w 300-lecie „zjednoczenia Ukrainy z Rosją”, Ukraina na polecenie Chruszczowa otrzymała Krym, co wówczas nie miało to realnego znaczenia. Za rządów kolejnego sowieckiego przywódcy Leonida Breżniewa nastąpiła ponowna ostra rusyfikacja. Zniszczony ukraiński ruch narodowy odbudowywał się, ale z większym udziałem nurtu demokratycznego, pojawiły się nielegalne wydawnictwa, tzw. samizdaty. Mimo prześladowań opozycja przetrwała, podobnie jak Kościoły unicki i katolicki. Wstrząsem dla Ukrainy, który pobudził ją do nowej aktywności, była już w okresie pieriestrojki katastrofa w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej wiosną 1986 r. Reakcją był żywiołowy protest społeczny. We Lwowie wracano do tradycji Strzelców Siczowych. W marcu 1988 r. powstał Ukraiński Związek Helsiński (UHS). Zaczęła się odradzać ukraińska Cerkiew autokefaliczna oraz Kościoły unicki i katolicki.

W 1989 roku powstał szeroki Ukraiński Ruch Narodowy na Rzecz Przebudowy przekształcony rok później w Ukraińską Partię Republikańską. W1990 roku powstała również centrowa Demokratyczna Partia Ukrainy. W lipcu 1990 r Rada Najwyższa Ukrainy uchwaliła ustawę o suwerenności w ramach ZSRR, a przewodniczącym został Łeonid Krawczuk.

Ostatnie lata

W sierpniu 1991 roku doszło w Moskwie do nieudanego puczu, który doprowadził do upadku ZSRR. 24 sierpnia Rada Najwyższa Ukrainy proklamowała pełną niepodległość i zdelegalizowała partię komunistyczną. Wybory prezydenckie wygrał jesienią 1991 Krawczuk, którego nazywano komunistą o orientacji niepodległościowej. W powszechnym referendum ponad 90 proc. ludności opowiedziało się za niepodległością W przedterminowych wyborach prezydenckich z lipca 1994 roku zwyciężył Łeonid Kuczma. W polityce zagranicznej Ukraina w latach 90. XX w. dążyła do zbliżenia z UE i NATO.

W 2004 roku odbyły się wybory prezydenckie. Do drugiej tury przeszedł premier Wiktor Janukowycz oraz lider opozycji Wiktor Juszczenko. Według oficjalnych danych zwyciężył Janukowycz. Opozycja nie uznała tych wyników oskarżając obóz rządzący o nadużycia. Sąd Najwyższy uwzględnił zarzuty opozycji i zarządził powtórzenie drugiej tury wyborów 26 grudnia 2004.  Zwyciężył Juszczenko zdobywając 52% głosów. Wcześniejsze wielotygodniowe społeczne protesty zyskały miano „pomarańczowej rewolucji”. Juszczenko zaprzysiężony w styczniu 2005 roku zapowiedział podjęcie starań o członkostwo Ukrainy w UE i powołał rząd z Julią Tymoszenko.

We wrześniu 2005 roku, po konflikcie w obozie władzy, premierem nowego rządu został Jurij Jechanurow. Wybory parlamentarne z 2006 r. wygrało ugrupowanie Janukowicza, a drugie miejsce zajęli zwolennicy Tymoszenko, ale do rozmów koalicyjnych przystąpiły trzy partie „pomarańczowych”, mające łącznie większość w Radzie. Po niepowodzeniu tych negocjacji i kilkumiesięcznym ostrym kryzysie politycznym premierem został Wiktor Janukowycz. W 2010 r jego zwycięstwo w wyborach prezydenckich przypieczętowało władzę tego prorosyjsko nastawionego polityka.

W 2013 i 2014 r. protesty społeczne organizowane przez ugrupowania prozachodnie, zakończyły się pozbawieniem przez parlament prezydenta Janukowycza urzędu. Na  p.o. prezydenta wybrany przedstawiciel opcji prozachodniej Ołeksandr  Turczynow, a następnie prezydentem Ukrainy został Petro Poroszenko.

(Powyższa historia Ukrainy za Państwowym Wydawnictwem Naukowym)

Po zwycięskiej, bohaterskiej walce Ukraińców na kijowskim Majdanie w marcu Rosja dokonała secesji Krymu. Rozpoczęły się walki na wschodzie kraju, m.in. w Donbasie,  z siłami separatystycznymi wspieranymi przez Rosję – Kreml uzbrajając samozwańcze „republiki ludowe” rozpoczął wojnę na Ukrainie. Jej nowy, brutalny rozdział rozpoczął się o poranku 24 lutego 2022 roku…

Walka Ukrainy trwa

Kończąc ten geograficzno-historyczny wstęp o historii Ukrainy, trzeba powiedzieć, że w całych swoich dziejach Ukraina walczyła o wolność. Przy czym, co nietypowe dla Europy, swą wolność widzieli Ukraińcy bardziej, jako wolność osobistą niż państwową. Najpierw chcieli niezależności personalnej w ramach Wielkiego Księstwa Litewskiego, potem jako członkowie Korony, a w końcu jako obywatele ZSRR. I żadne z tych państw nie odważyło się na danie minimum wolności Ukraińcom. Może dlatego, że Ukraińcy stanowili bardzo dużą masę ludzi?

Marzenie o niepodległości Ukrainy, jako państwa pojawiło się na dobre w połowie XIX wieku, gdy Ukraińcy zrozumieli, że nie osiągną żadnych swobód w ramach państwa innego niż własne.

Dzisiaj Ukraina walczy znowu o niepodległość i niesamowicie odważnie, a także skutecznie, broni się przed najazdem Rosji, tym razem putinowskiej. Patrzymy na odwagę Ukraińców i podziwiamy ich, a pomagając Ukraińcom spłacamy swój wiekowy dług.

 

 

 

„List”, chyba, z zachodniej Europy tłumaczy SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI „Czemu Ty nie chcesz umrzeć, Ukraino?”

List, najprawdopodobniej z Europy Zachodniej zatytułowano: „Czemu Ty nie chcesz umrzeć, Ukraino?”

Sławomir Jastrzębowski przetłumaczył ten list. Nie na polski, ukraiński, czy angielski, a na język ludzki. Czy europejski? Oceńcie Państwo sami. Jastrzębowski próbuje zrozumieć argumentację zachodniej części Starego Kontynentu wobec Ukrainy. Kraju walczącego z brutalną inwazją współczesnych barbarzyńców z Rosji i ich herszta Putina. Wszyscy Czytelnicy, szczególnie Ci o dużej wrażliwości i słabych nerwach poszeni są o wytrwanie do końca listu:

„Ukraino, Ukraino. Nie tak miało być. Czemu Ty nie chcesz umrzeć? Przecież umówiliśmy się, że odwrócimy głowy na 48 godzin, żeby Cię wziął do lasu, zastrzelił, zmiażdżył czaszkę gąsienicą czołgu, a część Ciebie, która przetrwałaby, trzymałby pod kacapskim butem. A Ty co? Wszystko zepsułaś, Ukraino. Po co Ci ta wolność? Do czego?

Czy myślisz, że Putinowi miło patrzeć, jak musi niszczyć Twoje miasta? Czy myślisz, że on chcę zabijać Twoje dzieci, Ukraino? Ty, go do tego zmusiłaś. Jemu jest coraz ciężej. Nam zresztą też. A przecież wszystko było ustalone. Żylibyśmy z Rosjanami dobrze, a nawet jeszcze lepiej. W jedną stronę płynęłoby więcej ropy i gazu, a w drugą więcej euro i nie byłoby nikogo, kto nie byłby zadowolony. Ciebie nie liczę, Ukraino. Ciebie miało nie być. To upraszczałoby sytuację.

Trochę by w ONZ ponarzekali, ale tam też już dużo naszych. Zresztą mamy naszych wszędzie. Nam wolna Ukraina do niczego nie jest potrzebna. Prawdę powiedziawszy wolna Litwa, Łotwa czy Estonia też nie. Bo do czego? Polska? Po kolei. Przyjdzie czas i na Polskę, świat przeżyje bez Polski. Tyle lat Polski nie było i był porządek. Interesy będą bez Ciebie Ukraino i bez Polski łatwiejsze. Bo te Polaki trochę jak Wy, Ukraińcy. Życie oddawać za wolność? Buntować się? Warto? Myśleliśmy, że się teraz za łby weźmiecie, Ty z tymi Polakami, że przeszłość zaczniecie sobie wypominać, ale nie.

Dziwne z Was narody. Miskę byście dostali i dach nad głową. Czego jeszcze chcecie? Wiemy, wiemy, wolności. Co Wy z tą wolnością? Na co Wam to? Zobaczcie na swoje zniszczone miasta. Na swoich bliskich, którzy zginęli przez Ciebie Ukraino, bo przez kogo? Warto? Czy Ty nie rozumiesz Ukraino, że my mamy kontrakty i interesy? A przez Ciebie musimy wycofywać z Rosji firmy? Ty wiesz jakie to są straty? Że co? Że Putin bandyta i morderca? Może i tak. No i? Przecież on od lat bandyta i morderca, cały świat wie i jakoś się przyzwyczailiśmy. Głównie swoich mordował i za mordę trzymał. Wiernym kundlom dawał jachty i odrzutowce.

My też karmimy swoje wierne kundle. Szczekają dla nas. Po ukraińsku i po polsku. Różnie. Szczekają z zacietrzewieniem i moralną wyższością, za moralną wyższość im dopłacamy. Z Putinem można było handlować. Nam tak za bardzo nie przeszkadza, że on Ciebie morduje Ukraino, potrafimy odwracać głowy. Tylko, że to za długo trwa i nasza opinia publiczna zaczyna się z tym źle czuć. Te obrazki Waszych zabitych dzieci…

Po co to pokazujecie? Wiesz Ukraino, jacy są ludzie. Mają te serca i uczucia. To komplikuje. Im dłużej Ty nie chcesz umrzeć Ukraino, tym bardziej komplikuje. Musimy udawać sankcje, a ukrywać przepływy pieniędzy coraz trudniej, bo coraz większa presja. Plan był dobry i perspektywiczny. Putin robi u siebie co chce, to jego sprawa. Jakoś byśmy zaakceptowali, gdyby do siebie dołączył Ciebie Ukraino i Polskę.

Wydalibyśmy kilka not oburzenia, ale przecież nikt nie będzie umierał za Kijów czy Warszawę. Po co? My chcemy mieć w domach gaz i wyjeżdżać na wakacje. Nikt się nie spodziewał, że Ty Ukraino będziesz tak walczyć. Putin obiecywał, że góra dwa dni. Dziwne. Jego błąd. Ma teraz wielki problem przez Ciebie, wszyscy mamy. Trudno powiedzieć co będzie. Czemu? Czemu Ty nie chcesz umrzeć, Ukraino?”

 

Ponoć oryginał tego listu jest już w jednym z europejskich archiwów…

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Dekomunizujemy!

Prezydent Trzaskowski przeprowadził w 2017 r. rekomunizację warszawskich ulic, mimo protestów kombatantów, wielu środowisk niepodległościowych i patriotycznych. Dziś, śladem apelu prezesa IPN, czas na usunięcie (symboliczne) zbrodniarzy oraz zdrajców i powrót bohaterów jako patronów ulic w Warszawie i całej Polsce.

„Uważamy, że komunizm w Polsce w latach 1939-1989 był systemem zbrodniczym i dalsze honorowanie również w przestrzeni publicznej zbrodniarzy, funkcjonariuszy i działaczy tego okresu nie ma jakiegokolwiek usprawiedliwienia i jest z gruntu szkodliwe dla społeczeństwa naszego kraju” – brzmiało oświadczenie Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Wyklętych. – „Przypominamy, że propagowanie symboli i idei komunistycznych tak jak niemiecko-nazistowskich jest w Polsce zabronione i karane. Zakaz ten dotyczy również gloryfikacji osób będących funkcjonariuszami tych systemów. Podobnie jak nie wyobrażamy sobie nazywania ulic nazwiskami żołnierzy SS czy funkcjonariuszy NSDAP, tak też nie godzimy się na nazywanie ich mianem sowieckich aparatczyków”.

Sędzia Bogusław Nizieński, żołnierz Armii Krajowej i jej największego kontynuatora w czasie okupacji sowieckiej po 1945 r. – Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość w 2017 r. mówił: „Dziś my, weterani walk o niepodległość naszej Ojczyzny i represjonowani za wierność Polsce przez niemieckich, sowieckich i rodzimych zbrodniarzy komunistycznych, zwrócimy się z gorącym apelem do pana Rafała Trzaskowskiego, prezydenta Warszawy, do pani Ewy Malinowskiej-Grupińskiej, przewodniczącej Rady Miasta i wszystkich radny o nieprzywracanie nazw ulic i obiektów, które w jakikolwiek sposób upamiętniają osoby, organizacje, miejsca i wydarzenia propagujące zbrodniczy system totalitarny, jakim był komunizm”.

Argumenty historyczne i finansowe

Już wtedy, w 2017. rekomunizację chciał powstrzymać Instytut Pamięci Narodowej: „aby w poczuciu obywatelskiej odpowiedzialności, niezależnie od bieżących sporów politycznych, nowe władze samorządowe Miasta Stołecznego Warszawy odstąpiły od procedury przywracania już zmienionych nazw symbolizujących lub propagujących komunizm. Nazwy te były wyrazem hołdu dla ludzi i organizacji, które działały na rzecz zniewolenia Polski, przeciw jej niepodległości i przeciw wolności jej obywateli. Ich przywrócenie będzie działaniem nieprzystającym do szacunku dla ojczystej historii – szczególnie bolesnym w roku obchodów stulecia odrodzenia Państwa Polskiego”.

IPN dodawał ważny argument finansowy: „Wciąż jest możliwość przyjęcia najprostszych procedur, które uchronią stolicę przed wydawaniem środków publicznych na przywracanie nazw symbolizujących komunistyczne zniewolenie Polski a w wielu wypadkach symbolizujących także zbrodnie i nieprawości okresu stalinizmu”.

Prezydent Trzaskowski na te wszystkie apele i argumenty był odporny. I rekomunizację przeprowadził.

Dlaczego rekomunizacja? Bo wcześniej przeprowadzono w Warszawie (i w Polsce) dekomunizację ulic. Na mocy decyzji wojewodów zamiast totalitarnych patronów pojawili się nowi: polscy. Potem – po odwołaniu władz miast zdominowanych przez PO i niekorzystnych decyzjach sądów – ten proces został odwrócony i mieszkańcy musieli za to zapłacić. Zapłacić za powrót komunistycznych patronów.

Najpierw Gdańsk

Zanim wrócimy do Warszawy, przyjrzyjmy się rekomunizacji Gdańska, wówczas pod rządami Pawła Adamowicza (podobnie jak Rafał Trzaskowski skutecznie odwołał się od dekomunizacyjnych decyzji wojewody). Trzech komunistycznych patronów udało się zlikwidować: Dąbrowszczaków (ochotnicy XIII Brygady Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego, którzy podczas wojny domowej 1936-1939 chcieli budować w Hiszpanii „totalitarne stalinowskie państwo” i służyli „zbrodniczej ideologii komunistycznej” – według określeń IPN), Leona Kruczkowskiego (pisarz, ale także członek komunistycznej Polskiej Partii Robotniczej, potem Komitetu Centralnego PZPR, wiceszef stalinowskiego Ministerstwa Kultury i Sztuki) i Mariana Buczka (przedwojenny komunista, członek Komunistycznej Partii Polski).

Dzięki temu swoje ulice zyskali: prof. Lech Kaczyński, były prezydent Rzeczpospolitej i Warszawy. Ignacy Matuszewski, minister skarbu w II Rzeczpospolitej, dyplomata, pułkownik Wojska Polskiego, oficer wywiadu (najbardziej zasłynął tym, że razem z Henrykiem Floyar-Rajchmanem we wrześniu 1939 r. ewakuował na Zachód i przekazał rządowi RP 75 ton złota Banku Polskiego). I Jan Styp-Rekowski, organizator i działacz Związku Polaków w Niemczech, aresztowany przez Niemców w 1939 r., zmarł w 1942 r. w obozie Sachsenhausen.

Wreszcie czas na decyzje skandaliczne. Swoje ulice zachowali:

Stanisław Sołdek, inżynier okrętowiec, przodownik komunistycznej pracy, poseł PZPR,

Wincenty Pstrowski, także przodownik pracy, górnik, rębacz dołowy, członek PPR,

Franciszek Zubrzycki, ps. „Mały Franek”, partyzant komunistycznej Armii Ludowej, przedwojenny komunista,

Józef Wasowski (właśc. Józef Wassercug), dziennikarz, przedwojenny członek warszawskiej loży „Kopernik”, powojenny poseł do komunistycznej Krajowej Rady Narodowej, pierwszy przewodniczący Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Tzw. prezydent Polski, a naprawdę sowiecki agent Bierut, przyznał Wasowskiemu Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski „w uznaniu wybitnych zasług położonych dla Demokracji Polskiej w dziedzinie publicystyki oraz pracy nad odbudową powojennego dziennikarstwa”. Dziennikarz Józef Wasowski to ojciec dziennikarza Jerzego Wasowskiego (Kabaret Starszych Panów), dziadek dziennikarza Grzegorza Wasowskiego (m.in. T-raperzy znad Wisły).

W końcu wymieńmy tych, którzy na ulice w Gdańsku wówczas nie zasłużyli:

Kazimierz Szołoch. Robotnik Stoczni Gdańskiej im. Lenina, współorganizator strajku w 1970 r. i 1980 r., działacz Wolnych Związków Zawodowych, Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, NSZZ „Solidarność”. Rozpracowywany przez bezpiekę, wielokrotnie szykanowany i zwalniany z pracy.

Henryk Lenarciak. Z Kazimierzem Szołochem łączyła go praca w Stoczni Gdańskiej, strajki 1970 r. i 1980 r., a także to, że uważał Lecha Wałęsę za TW bezpieki. Dzięki Lenarcikowi powstał w Gdańsku, przed brama stoczni, Pomnik Poległych Stoczniowców.

Anna Walentynowicz. Ikona, legenda Solidarności, Anna Solidarność.

Feliks Selmanowicz, ps. „Zagończyk”, żołnierz wileńskich brygad Armii Krajowej dwóch okupacji – niemieckiej i sowieckiej, zamordowany 28 sierpnia 1946 r. w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej, razem z Danutą Siedzikówną, ps. „Inka”.

Żołnierze Wyklęci, działacze Solidarności. Polskie pokolenia, którym zawdzięczamy niepodległość. A ich przegraną w walce o z komuną „zawdzięczamy” Pawłowi Adamowiczowi.

Teraz Warszawa

Na początek ci, którzy szczęśliwie ulicę stracili:

Oskar Lange, ekonomista, ale też członek Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i Rady Państwa PRL, poseł na Sejm PRL, sowiecki agent.

W jego miejsce patronem ulicy został Tomasz Arciszewski, członek Polskiej Partii Socjalistycznej, jeden z przywódców Organizacji Bojowej PPS. Jeden z Ojców Polskiej Niepodległości, odzyskanej 11 listopada 1918 r., premier rządu Rzeczpospolitej w latach 1944-47.

Franciszek Bartoszek, członek sowieckich organizacji: Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej.

W jego miejsce patronem ulicy został Stanisław Pyjas, zamordowany przez komunistów 7 maja 1977 r. w Krakowie student Uniwersytetu Jagiellońskiego, opozycjonista.

Sylwester Bartosik, członek sowieckich organizacji: Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Robotniczej.

W jego miejsce patronem ulicy został Grzegorz Przemyk, maturzysta, śmiertelnie pobity przez milicjantów w Warszawie, zmarły 14 maja 1983 r.

Franciszek Zubrzycki „Mały Franek”, partyzant sowieckiej Gwardii Ludowej, przedwojenny komunista.

W jego miejsce patronem ulicy została Danuta Siedzikówna „Inka”, sanitariuszka V Wileńskiej Brygady Armii Krajowej mjr Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Zamordowana 28 sierpnia 1946 r. w więzieniu przy ul. Kurkowej w Gdańsku.

Wincenty Pstrowski, komunistyczny przodownik pracy, górnik, rębacz dołowy, członek PPR.

W jego miejsce patronem ulicy zostali Bohaterowie z Kopalni Wujek w Katowicach, spacyfikowanej przez juntę wojskową Jaruzelskiego w pierwszych dniach stanu wojennego. W wyniku zbrodni plutonu specjalnego ZOMO zginęło 9 górników.

Ul. 17 stycznia – na pamiątkę 17 stycznia 1945 r., czyli wkroczenia wojsk sowieckich do Warszawy.

W to miejsce patronem ulicy został Komitet Obrony Robotników, opozycyjna organizacja w PRL.

Kogo przywrócili, kogo usunęli

Teraz przypomnę, jacy patroni (komunistyczni) wrócili na stołeczne ulice, a z jakimi bohaterami (polskimi) musieliśmy się pożegnać. Poniżej większość z nich.

Wrócił Józef Lewartowski, członek sowieckich organizacji: Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Robotniczej, Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Kiedy w 1920 r. Armia Czerwona zaatakowała Polskę, został członkiem Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski z zadaniem organizowania władzy sowieckiej w powiecie bielskim. Kiedy w 1939 r. Armia Czerwona zaatakowała Polskę, rozpoczął współpracę z sowieckim okupantem na Kresach II RP.

Miejsca musiał ustąpić Lewartowskiemu Marek Edelman, lekarz, jeden z przywódców powstania w getcie warszawskim (ŻOB).

Wrócił Leon Kruczkowski (pisałem o nim wyżej).

Miejsca musiał ustąpić Kruczkowskiemu Zbigniew Herbert – niezłomny książę poetów.

Wróciła Aleja Armii Ludowej, podległej sowietom organizacji przestępczej, która pod płaszczykiem walki z Niemcami szczególnie zwalczała Polskie Państwo Podziemne i Armię Krajową.

Miejsca Armii Ludowej musiał ustąpić prof. Lech Kaczyński, były prezydent Rzeczpospolitej i Warszawy.

Wróciła Jadwiga i Witold Kokoszkowie, członkowie sowieckich organizacji: Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej (poprzedniczki AL).

Miejsca Kokoszkom musiał ustąpić Zbigniew Stypułkowski, polityk II Rzeczpospolitej, poseł na Sejm, adwokat, bezprawnie sądzony i skazany w moskiewskim procesie 16 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego.

Wrócił Henryk Sternhel, uczestnik wojny domowej w Hiszpanii (1936-1939) po stronie bolszewików, członek sowieckich organizacji: Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej.

Miejsca Sternhelowi musiał ustąpić Marian Bernaciak „Orlik” – podporucznik Wojska Polskiego, żołnierz Armii Krajowej i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość na Lubelszczyźnie. Zamordowany przez komunistów 24 czerwca 1946 r. we wsi Piotrówek.

Wrócił Wincenty Rzymowski, dziennikarz, w czasie II wojny światowej podjął współpracę z sowietami, członek sowieckiego Związku Patriotów Polskich, współtwórca tzw. Manifestu tzw. Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Stalinowski minister kultury i sztuki, oraz minister spraw zagranicznych, przywódca przybudówki PZPR: Stronnictwa Demokratycznego.

Miejsca Rzymowskiemu musiał ustąpić Przemysław Gintrowski, kompozytor, bard.

Wrócił Zygmunt Modzelewski, ekonomista. W 1945 r. ambasador RP w ZSRS, stalinowski wiceminister, a później minister spraw zagranicznych, członek Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i Rady Państwa PRL, poseł do komunistycznej Krajowej Rady Narodowej i na Sejm PRL.

Miejsca Modzelewskiemu musiał ustąpić Jacek Kaczmarski, poeta, prozaik, kompozytora, bard.

Wróciła ul. Dąbrowszczaków (pisałem o nich wyżej).

Miejsca Dąbrowszczakom musiał ustąpić Borys Sawinkow, rosyjski pisarz i polityk, odpowiedzialny za zamachy na carskich urzędników.

Wrócił Związek Walki Młodych, komunistyczna organizacja młodzieżowa, przybudówka sowieckiej PPR.

Miejsca ZWM musiał ustąpić Andrzej Romocki „Morro”, żołnierz Szarych Szeregów, kapitan Armii Krajowej, w Powstaniu Warszawskim dowódca 2. kompanii Rudy batalionu Zośka. Zginął 15 września 1944 r. dowodząc walką o utrzymanie przyczółka czerniakowskiego.

Wrócił Józef Balcerzak, elektryk, członek sowieckiej Komunistycznej Partii Polski.

Miejsca Józefowi Balcerzakowi musiał ustąpić Stanisław Kasznica „Wąsowski”, prawnik, polityk obozu narodowego, podporucznik Wojska Polskiego, podpułkownik i ostatni komendant główny Narodowych Sił Zbrojnych, zamordowany przez komunistów 12 maja 1948 r. w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, jego zwłoki zakopano na „Łączce” Powązek Wojskowych.

Wrócił Stanisław Tołwiński, komunistyczny prezydent m.st. Warszawy w latach 1945-1950, poseł do komunistycznej Krajowej Rady Narodowej i na Sejm PRL, członek PPR/PZPR.

Miejsca Tołwińskiemu musiał ustąpić Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz”, podpułkownik Wojska Polskiego, cichociemny, dowódca Okręgu Nowogródek AK, który zginął w walce z NKWD pod Surkontami 21 sierpnia 1944 r.

Wrócił Wacław Witold Szadkowski, członek sowieckich organizacji: Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Robotniczej (później PZPR), Armii Ludowej.

Miejsca Szadkowskiemu musiał ustąpić mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”, cichociemny, żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, dowódca oddziałów partyzanckich Armii Krajowej, Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj i Zrzeszenia WiN. Zamordowany przez komunistów 7 marca 1949 r. w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, jego zwłoki zakopano na „Łączce” Powązek Wojskowych.

Wrócił Stanisław Wroński, historyk, w czasie II wojny światowej członek sowieckiej brygady partyzanckiej, członek PPR/PZPR, W PRL minister kultury i sztuki, poseł na Sejm, członek Rady Państwa. Przewodniczący Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, prezes Zarządu Głównego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację.

Miejsca Wrońskiemu musiała ustąpić Anna Walentynowicz…

 

HUBERT BEKRYCHT: Rosyjsko-niemiecko-francuski front albo oś Moskwa – Berlin – Paryż

Jak ja nie chciałem tego napisać. Nie mam jednak wyboru, bo nie pogodziłem się z próbą wywołania III wojny światowej przez Kreml. Putin od trzech tygodni prowadzi inwazję na niepodległą Ukrainę, a jego żołdacy, którzy – strzelając do cywili, zabijając dzieci i niszcząc mieszkalne osiedla – ów szatański plan realizują, mają możnych pomocników. Kto to? Po pierwsze trzęsące się ze strachu francuskie elity polityczne prezydenta Macrona. Po drugie, grono niemieckich sierotek po „żelaznej” kanclerz Merkel.

Zacznijmy od końca – Niemcy. Grupa ta, którą nazwałem sierotami po aktywistce komunistycznej młodzieżówki z b. NRD, doczekała się, po kilku miesiącach pośladkowego porodu, politycznego, chromego brata – lewicująco-lewacko-zielonego (tak zielonego!) kanclerza Scholz. Dziecko pobawiło się troszkę sojuszami, ale zrozumiało, co to wojna, którą po raz ostatni widziało na oczy pokolenie jego dziadków, przedtem ją wywołując, bądź będąc obojętnym.

Scholz zadrżał, kiedy groteskowy car podpisywał uznanie „ludowych republik” na wschodzie Ukrainy. Scholz zadrżał, kiedy w pierwszych dniach wojny Putin nie odbierał od niego telefonów. Scholz zadrżał, kiedy Niemcy w większości opowiedzieli się za pomocą militarną dla Ukrainy.

Scholz nie zadrżał, kiedy Rosja pogroziła atomowym paluszkiem. Nie zadrżał, bo albo jest głupi albo coś wie. Coś, czego nie wiedzą polityczne elit Berlina. Nadal Niemcy są najsłabszym ogniwem w koalicji antyputinowskiej, bo to właśnie Niemcy stworzyły Putina i jego otoczenie. To Niemcy nie mają zamiaru tracić na wojnie, bo przecież miały zarobić.

Scholz nie spodziewał się spójnego porozumienia w sprawie sankcji wobec Kremla. Nie przewidzieli też notable berlińskiego rządu, że większość państw NATO i UE będzie chciała obalenia Putina. Bowiem satrapa moskiewski jest teraz słaby, nie tylko politycznie. Czy Niemcy będą torpedowały dalszą militarną pomoc Ukrainie? I nie chodzi tu tylko o dostawy broni…

Drugim nieudanym politykiem Europy jest prezydent Francji Macron, który zachowuje się podczas inwazji na Ukrainę, jak wolontariusz swojej partii podczas kampanii wyborczej.

Nie ma sensu omawiać wszystkich cech, które przybliżają europejskiego Macrona do azjatyckiego Putina, ale jedna z nich jest wspólna także z Scholzem i kremlowskim dyktatorem – tchórzostwo. Strach przed tym, co będzie dalej, kiedy z rosyjsko-niemiecko-francuskiego frontu zrobi się zwyczajna oś Moskwa – Berlin – Paryż.

To nie przypadek, że w gronie premierów Polski, Czech i Słowenii: Morawieckiego, Kaczyńskiego, Fiali i Jansy – podczas wizyty w Kijowie i rozmów z prezydentem Żeleńskim – nie ma „przywódców Europy” Scholza i Macrona.

Oś Moskwa – Berlin – Paryż działa i jak to oś, przenosi pęd (do kasy) i drgania (wojna) na wóz (Rosję). Oj, niedługo ta oś się… urwie.

***

Aha, bardzo uważnie przyglądam się polskim publicystom, którzy owej rosyjsko-niemiecko-francuskiej osi kibicują a potem mówią, że nie wiedzą, co to kibicowanie. Zatem, oświadczam, że po wpisie na twitterze, ponoć kiedyś „prawicowego”, Pana Warzechy Łukasza na temat przedstawicieli polskiej delegacji składającej wizytę w Kijowie 15 marca 2022 r., nigdy – kiedy będę redaktorem naczelnym portalu sdp pl. – ów „publicysta” Warzecha Łukasz nic w mediach SDP nie napisze. Tak, to taka moja prywatna, uzasadniona dziejowo dziennikarska, wojenna i prewencyjna cenzura wobec osi złej publicystyki. I już jestem z tego dumny.

WALTER ALTERMAN: Starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (3). Polska – wolność przede wszystkim

Rosja, Polska, Ukraina – starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (3); Polska – wolność przede wszystkim

Paweł Jasienica w „Polsce Piastów” postawił tezę, że okres rozbicia dzielnicowego (od 1138 r. do 1320) był dla Polaków zbawienny. Nieistnienie centralnej władzy wymusiło na społeczeństwie szlacheckim w Polsce istotne rozumienie wspólnego interesu – twierdził Jasienica. Dało to podstawy do szanowania i cenienia wolności indywidualnej.

Złota wolność – rodowód

Z jednaj bowiem strony trzeba było dbać o własne sprawy (w ramach księstw), nie zapominając o fakcie, że w sąsiednich księstwach żyją ludzie mający ten sam język, pochodzenie i hołdujący wspólnym wartościom. Z drugiej strony – każda silna władza centralna jest opresyjna wobec poddanych – wymaga powinności na rzecz państwa i podatków.

To w okresie rozbicia dzielnicowego – zdaniem Jasienicy – ukształtował się charakter narodowy Polaków, to wtedy nasz naród „zakodowany” został raz na zawsze. Skoro bowiem nie było królów, którzy wszędzie w Europie byli właścicielami ziem i ludzi, byli prawodawcami i sędziami oraz naczelnymi dowódcami, zatem skoro królów w Polsce nie było, to władzę trzeba było wziąć we własne ręce. Władzę i odpowiedzialność.

Władza książąt dzielnicowych był słaba i dlatego książęta musieli „dogadywać się” ze szlachtą. W ten sposób szlachta stała się faktycznym władcą swego państwa. I wtedy to właśnie szlachecka relikwią stała się wolność. Nie oceniamy tu następnych wieków, na razie szukamy źródeł złotej wolności szlachty.

Dodajmy jeszcze jedno: Polska była fenomenem w Europie pod względem liczby szlachty, czyli  osób mających bierne i czynne prawo wyborcze. W większości europejskich państw szlachta stanowiła około 2 procent ogółu ludności. Natomiast w Polsce od 8 do 10 procent. To był bardzo dużo i ten stan rzeczy kształtował też siłę polityczną szlachty. Dla przykładu, uważa się, że rewolucja Cromwella uczyniła z Anglii demokrację, bo bierne i czynne prawo wyborcze uzyskało 2,5 procent ludności.

Jeszcze za czasów Piastów prymat władzy książęcej i królewskiej był oczywisty. Piastowie mieli naturalne prawa do ziem i ludzi. I zachowywali się jak na ówczesnych władców przystało. Liczyli się z ówczesnym rycerstwem, które potem przekształciło się w szlachtę, ale to książęta i królowie dokonywali nadań ziemi, to oni płacili za wyprawy wojenne. Ale też wszelkie nieposłuszeństwo karali „na gardle”. Piastowie zachowywali się jak właściciele przedsiębiorstwa, którego nazwa to Polska, Mazowsze, Małopolska, Wielkopolska itd. Byli jak najbardziej typowymi średniowiecznymi władcami.

Ze zgonem Kazimierza Wielkiego wygasła jednak prymarna linia Piastów. I to wtedy na scenę polityczną wchodzi szlachta. Oczywiście przewodzili jej możnowładcy, których Polska już się dorobiła. Zasady elekcyjności królów bardzo się szlachcie podobały. Bo w czasie interregnum i w czasie elekcji miała bardzo dużo do powiedzenia – tak w sprawach kraju, jak i swoim własnym interesie.

W historii mówi się o Piastach i Jagiellonach, tak jakby byli oni równorzędnymi królewskim rodami. Tak nie było. Piastowie byli królami „z natury”, a każdy z Jagiellonów był wybierany.

Lęk szlachty przed władzą dynastyczną

Po wygaśnięciu rodu Jagiellonów zaczęły się już prawdziwe problemy Polski, a problemem głównym była złota wolność szlachecka. Każdy kolejny wybierany władca Polski musiał szlachtę przekupić, dając jej nowe przywileje. A ponieważ królów wybierano często, to szlachta obrastała w prawa i opacznie rozumiane „wolności”.

Szlachta „nie zauważyła”, że to co było dobre w okresie rozbicia dzielnicowego, teraz gdy państwo rozrastało się, nieco uwierało, bo potrzebna była silna władza centralna, władza królów.

Za dużo wolności

Z czasem obce dwory chciały mieć wpływ na to kto zostanie królem Polski. Pojawili się w interregnum posłowie obcych państw, którzy namawiali do wyboru właśnie ich kandydata. Niestety nie ograniczali się oni jedynie do działań oratorskich i dochodziło do przekupywania elektorów. Rzecz jasna najwięcej brali magnaci, bo przy ich klamce wisiało mnóstwo braci kontuszowej, wokół magnatów tworzyły się „partie”. Te partie, niestety, nie zawieszały swej aktywności po wyborach. Skorumpowani magnaci mieli już na stałe, na swój polityczny użytek, skorumpowanych przez siebie pomniejszych szlachciców.

W czasach, gdy w państwach Zachodniej Europy, coraz większą siłę ekonomiczną przedstawiały miasta, w Polsce szlachta ograniczała coraz bardziej ich znaczenie. Dlaczego? Bo dobrze wiedziano, że wraz z siłą ekonomiczna miast będzie wzrastało ich znaczenie polityczne. A polityka w Polsce miała być zastrzeżona jedynie dla stanu szlacheckiego.

Mówiąc o dominującej roli szlachty i jej wolności, wyjaśnijmy też, że w dawnej Polsce nie wszyscy chłopi byli poddanymi. Przede wszystkim chłopi osiadli na Prawie Magdeburskim cieszyli się znaczną wolnością od danin i innych opłat na rzecz szlachty. Poza tym spora część chłopstwa była wolna lub korzystała z dużej wolności, np. w dobrach królewskich czy biskupich. W latach 20-tych XX wieku przeprowadzono badania antropologiczne w wybranych miejscach Polski. Wtedy okazało się, że np. chłopi z łowickich dóbr biskupich byli średnio wyżsi od pozostałych chłopów w Polsce o 12 cm. To ogromna różnica, świadcząca, że łowiczanie nie cierpieli głodu, że odżywiali się po prostu lepiej.

Formalnie i prawnie nie istniało w Polsce rozróżnienie na szlachtę wyższą i niższą, różnice leżały jedynie w zamożności. Rozróżnienie formalne istniało jeszcze w stanie rycerskim, kiedy to przewidywano odmienne kary dla rycerstwa wyższego i niższego, lecz ustrój demokracji szlacheckiej zrównał nominalnie w prawach wszystkich szlachetnie urodzonych. Z czasem jednak pojawiło się głębsze zróżnicowanie ekonomiczne, pojawiły się rody arystokratyczne, szlachta średnia i szlachta szaraczkowa, o różnym statusie społecznym, czasem różniąca się od chłopstwa jedynie kultywowaniem rodowej tradycji i odrębnym statusem prawnym.

Od XVII wieku stan szlachecki w Polsce staje się coraz bardziej zamknięty w sobie, dąży do podkreślenia swej wyjątkowości, także poprzez mitologizowanie swego pochodzenia wywodząc swe pochodzenie od Sarmatów. Szlachta coraz bardziej dba o legitymowanie się dokumentami rodowymi. Osoby legitymujące się świeżym szlachectwem, nie miały wielkich szans na wejście do starych rodzin, a małżeństwa zawierane między osobami szlachetnie urodzonymi z osobami o bardziej pospolitym pochodzeniu (również mieszczańskim) były postrzegane jako mezalians.

Podkreślmy i to, że w Królestwie nigdy nie było książąt, hrabiów, wicehrabiów i całej reszty oznaczonej tytułami magnaterii. Polska szlachta miała zagwarantowane statutami, że nikt nie będzie się tytułem wynosił nad nikogo. Nie wolno też było przyjmować żadnych tytułów z rąk obcych dworów.  Natomiast byli oni na Litwie i Rusi. Dlatego też, szczególnie po Unii Lubelskiej, pojawiły się w Rzeczypospolite tytuły.

Zabawną historią jest to, że już w XIX wieku nasz wielki komediopisarz Aleksander Fredro „zaczął się pisać” jak Aleksander hrabia Fredro. Tytuł uzyskał na austriackim dworze, co bardzo śmieszyło (ale po cichu) prawdziwych wyższych herbowych. Jeżeli komuś bardzo zależało mógł też zostać hrabią papieskim, wystarczyło przekazać Watykanowi odpowiednio dużą sumę. Ale każdy „hrabia papieski” był już powodem do jawnych już drwin.

Do końca XVIII wieku szlachta w Polsce cieszyła się licznymi przywilejami: wyłącznego prawa własności ziemskiej, wolności od uwięzienia przed wydaniem wyroku sądowego, prawo to nie przysługiwało nieposesjonatom, wolności od podatków z ziem folwarcznych, wolności od ceł przywozowych za towary nabyte za granicą na własny użytek, prawa do nabywania po niskiej cenie soli, wyłączności do korzystania z praw publicznych, wyłączności na dostęp do godności świeckich i publicznych.

Zaznaczmy, że szlachectwo nie dawało pełni praw, dopiero w powiązaniu z ziemiaństwem, czyli posiadaniem ziemi stanowiło obywatelstwo i stwarzało możliwości korzystania ze wszystkich wolności szlacheckich.

Zauważmy, że nie w każdej „ziemi” szlachty było tyle samo. W Rzeczypospolitej w XVII w ziemi łomżyńskiej szlachta stanowiła 47% mieszkańców, w ziemi wiskiej 45%, natomiast natomiast województwo bracławskie zamieszkiwał zaledwie 1% szlachty, krakowskiej 1,7%, ziemię wieluńską 2,45%, województwo sieradzkie 4,66%, województwo pomorskie 6,7%, w Wielkopolsce szlachta stanowiła 4,8% ogółu społeczeństwa.

Rokosz Zebrzydowskiego i wojny w imię wolności szlacheckiej

Lęk szlachty przed wzmacnianiem władzy królewskiej był stały i silny. Za przykład niech nam posłuży bunt szlachty przeciwko Zygmuntowi III Wazie w latach 1606–1607. Królowi zarzucano faworyzowanie jezuitów oraz cudzoziemców i przypisywano zamiar wprowadzenia władzy absolutnej. Z pewnością wiadomo, że dążył on do ustanowienia dziedziczności tronu, pozbawienia szlachty większości przywilejów i pozostawienia izbie poselskiej jedynie głosu doradczego, a nie stanowiącego.

Spór zaostrzyło ultrakatolickie nastawienie władcy, niechętnie widziane przez różnowierców oraz jego konflikt z wpływowym Janem Zamoyskim.

Bunt w latach 1606–1607 nazywamy rokoszem Zebrzydowskiego, lub rokoszem sandomierskim, w którym katolicy, jak i protestanci, magnateria, jak i szlachta walczyli o zabranie monarsze prawa rozdawnictwa zwolnionych urzędów i zmuszenia go do wygnania jezuitów i cudzoziemców.

Przywódcami buntu byli: marszałek wielki koronny Mikołaj Zebrzydowski, Jan Szczęsny Herburt, Stanisław Diabeł Stadnicki i podczaszy litewski Janusz Radziwiłł. Chcieli oni zdetronizować Zygmunta III Wazę, wprowadzić obieralność urzędników ziemskich na sejmikach oraz zmusić posłów do ścisłego przestrzegania instrukcji sejmikowych. O ten ostatni postulat buntowników walka toczyła się do samego końca Rzeczypospolitej. Chodziło w istocie o to, żeby poseł był jedynie biernym wykonawcą woli sejmików ziemskich.

Rokosz zakończył się zwycięstwem króla w bitwie pod Guzowem w 1607 roku, lecz wzmocnienie władzy królewskiej zostało udaremnione. Aby się przed nim ustrzec, sprecyzowano dawniejszy przepis o prawie do wypowiedzenia królowi posłuszeństwa, nakazano też senatorom rezydentom zdawać sprawę sejmowi z urzędowania przy boku monarchy. Król zgodnie z wolą magnatów (niechętnych wzmocnieniu jego władzy) odstąpił od wymierzenia kar buntownikom.

Rokoszanie ulegli, ale ich wspólna idea, idea złotej wolności, wyszła bez szwanku, tryumfująca, nawet uświęcona nowymi ustawami.

Prawo do występowania poddanych przeciwko władcy gwarantował artykuł konfederacji warszawskiej z 1573 roku, wysnuty z przywileju mielnickiego z 1501 roku, gdzie zapewniano senatorom prawo do uznania króla, który przekroczył swoje uprawnienia, za tyrana.

Egoizm wolności

Egoizm szlachty (jak każdy egoizm polityczny), zrazu wolno, małymi krokami, potem coraz szybciej i szybciej zaczął działać przeciw niej. Aż – pomijając już poszczególne przypadki – doprowadził do rozbiorów.

Krótkowzroczne rozumienie własnego interesu szlachty przejawiało się i w tym, że nie chciała dać wolności ukraińskim kozakom. Ze względów ekonomicznych byli temu przeciwni panowie ukraińscy, bo bali się utraty dochodów od niewolnego chłopstwa. Ze względów emocjonalnych i fundamentalistycznych sprzeciwiała się też szlachta Korony i Litwy. Danie jakiejkolwiek wolności Kozakom było dla szlachty niedopuszczalne, bo choć czasami biedniejsza, to nie chciała równać się z chłopstwem.

Spadek, nie do końca dobry

W tym miejscu mówimy tylko o podstawowych cechach narodu – obywatelskości i wolności. Te pozostały najważniejsze także pod rozbiorami.

Od połowy XIX wieku trwało wchodzenie reszty społeczeństwa (mieszczaństwa i chłopstwa) „w buty szlachty”. Były pozytywy takiego dziedzictwa, ale była też kontynuacja negatywnych cech szlacheckiego myślenia. Tak więc etos wolności i obywatelskości „trafił pod strzechy” i przyczynił się walnie do odrodzenia państwa. Ale przy okazji znalazły swych kontynuatorów w nowych warstwach: brak głębszej refleksji nad istotą państwa, przedkładanie własnego interesu nad dobro ogółu, organiczna wręcz skłonność do popisywania się przed innymi majątkiem i pozycją społeczną.

Gdybyż to szlachta nasza potrafiła się samoograniczyć w korzystaniu z własnej wolności, może inaczej potoczyły się nasze dzieje. Pewności nie ma, ale że nikt nie próbował to też prawda.

 

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zaprzańcy. Dwudziestu opozycyjnych europosłów przeciwko Polsce

Ukraińskie kobiety z dziećmi uciekają od bomb i wycieńczenia. Polska przygarnia i przytula. Dzieli się tym co ma. W Brukseli parszywa opozycyjna dwudziestka eurodeputowanych z Polski, bezpieczna i obżarta, podnosi łapę przeciw własnemu krajowi i maltretowanym na naszych oczach sąsiadom, bo te pieniądze to również dla nich.

Dziesięcioro było przeciwko Polsce. Dziesięcioro się wstrzymało, co na to samo wychodzi.

Ci, którzy byli przeciw: Stare komuchy – Belka, Cimoszewicz, Miller. Szczur solidarnościowy – Buzek. Zacietrzewieni w nienawiści do PiS – Kohut, Spurek, Thun. Wreszcie icki – to takie wstążeczki na wantach jachtu pokazujące skąd wieje wiatr – Adamowicz, Kalinowski, Biedroń. Parszywa dziesiątka, pierwsza z dwóch dzieciątek.

Tych, którzy „wstrzymali się”, ale i w ten sposób opowiedzieli się przeciw współobywatelom wymienić też należy: Arłukowicz, Duda (Jarosław), Frankowski, Halicki, Kopacz, Lewandowski, Łukaciejewska, Ochojska, Olbrycht, Sikorski…

Poeta pamięta – pisał Czesław Miłosz. Pamięta Zbrodnie i niegodziwość. Wszyscy musimy zapamiętać tę dwudziestkę. To sprawa zdrady narodowej. Niech prawnicy tym się zajmą. Dość! Nie będę więcej o tych ludziach pisał, bo to nie Polacy. To zlepek egoizmu i głupoty.

Pieniądze Polsce i Polakom się należą. I dostaniemy je. I to dużo. Uczciwi ludzie na całym świecie widzą co Polska robi. Ale nie ci, którzy zarabiają ponad sto tysięcy miesięcznie. Ani ci, którzy do raju na pewno się nie dostaną, choć swoje pieniądze już tam wysłali.

Mamy już ponad 1,5 miliona uchodźców. Będzie jeszcze więcej. Święta Mario, Królowo Polski, pomóż ludziom umierającym w Mariupolu. Wydobywanym spod gruzów w czasie kolejnych bombardowań, ostrzeliwanym w pociągach ratowniczych i karetkach.

Telewizyjne relacje na przemian pokazują niezwykle przystojnych przywódców i super eleganckie przywódczynie Unii, witanych na wielkim placu przed Wersalem. I zaraz po tym widzimy zagładę, ruiny miast ukraińskich, obraz ratowanych ludzi. Piłkarze grają, artyści śpiewają i tańczą.

Tylko niebo nad napadniętym przez zbrodniarza krajem nadal nie zamknięte przed rakietami i bombowcami.

W polskim Sejmie jednogłośnie przyjęto ustawę obronną. Choć i tu pięciu się wstrzymało od głosu, dołączając do parszywej dwudziestki. Jak można przy nich siedzieć w poselskich ławach?

Mówią – zostawmy teraz spory. Dobrze. Niech chirurg – ponoć dobry – wróci do szpitala i tam się rehabilituje. Niech merkelowy wybranek znów kopie piłkę. Pax, pax!

Niech przyjdzie wiosna. Może kogoś oświeci zanim krew na polach spłynie ze śniegiem. Ukraińcy zbiorą trupy wroga, pochowają. Dowódcy rosyjscy nie zbierają zabitych żołnierzy.

Dzielni i doświadczeni, którzy walczą teraz za Ojczyznę i za nas będą z Polakami wspólnym wojskiem. Może i inni dołączą. To będzie prawdziwa armia obronna. NATO, które na razie jest nie wiadomo na co – niech się wstydzi.

Jednostki bohaterskie, ludzie, którzy pojechali walczyć na Ukrainę to wzór. Jest ich coraz więcej. Wśród nich i Polacy. Są i dziennikarze – wojenni korespondenci zasługujący na najwyższe uznanie. I to się często podkreśla. Ale niebo pozostaje otwarte dla bandytów.

Dwudziestka „rodaków” bezwstydnie jest przeciw… swojemu krajowi. Czy im to ujdzie bezkarnie?

Wierzymy: dobro zło zwycięży. Kapłan, który to mówił zginąl męczeńsko. Oprawcy pozostali bezkarni. Ksiądz został świętym. Ukraina też będzie.

Pobieramy przyspieszoną lekcję jak bronić swojego kraju? To właściwie nie lekcja, ale bardzo przyspieszone studia. Jak to się dzieje, że jeden człowiek może wyrządzić tyle zła?

Polacy ratują dzieci. Będą potrzebne pieniądze. Dużo pieniędzy. Dzieci dorosną. Politycy odejdą. Niektórzy z piętnem zdrajców. I z bredzeniem, że oni nie przeciw Polsce, a tylko przeciw PiS-owi.

Zaprzaństwo – tym słowem piętnowano targowiczan.

„Czas mroku” ponownie obejrzał WALTER ALTERMANN: przydałby się Zachodowi ktoś podobny do Churchilla

Po raz pierwszy widziałem ten film kilka lat temu i byłem poruszony jego artyzmem. Teraz jednak zrobił na jeszcze większe wrażenie, bo trudno nie odnosić „Czasu mroku” do obecnych trudnych dni i inwazji rosyjskiej na Ukrainę.

Rzecz rozgrywa się w maju i czerwcu 1940 roku. Niemcy najechały Francję, Belgię, Holandię i Luksemburg. Na francuskiej ziemi trwa walka, w której bierze udział 300 tysięcy brytyjskich żołnierzy. Wojna spycha armię Zjednoczonego Królestwa coraz bardziej ku morzu, w okolicach Dunkierki.

Nie batalistyka jednak stanowi tutaj główny wątek. Tematem tego wielkiego filmu jest duch i siła woli jednego człowieka. Jest nim Winston Churchill, który 10 maja 1940 roku został premierem. Stają przed nim pytania: walczyć czy negocjować, poddać się czy rozpętać kolejną Wielką Wojnę? I jak w każdym dobrym filmie, tak jak w życiu, bohater jest sam. Jego koledzy z rządu są słabi i myślą jedynie o dalszym utrzymaniu się u władzy. Oni są politykami jedynie na czas błogiego pokoju.

Churchill mówi do członków swego rządu: Być może, niektórzy z was uratują własne majątki, ale nad Pałacem Buckingham i nad zamkiem w Windsorze, zawiśnie hitlerowska flaga, będzie szalało Gestapo i wszyscy staniemy się niewolnikami tego, tego… człowieka.

Jedną z postaci drugiego planu jest były premier Chamberlain, osławiony radością z jaką na stopniach samolotu machał aktem podpisanym w Monachium, a który był zgodą Wielkiej Brytanii na oddanie Hitlerowi Czechosłowacji. Chamberlain to chory, słaby człowiek. Widzimy też innych polityków, którzy po ludzku boją się. Film rozgrywa się właściwie w elicie władzy. Oglądamy bardzo wielu polityków, ale widzimy tylko jednego, pełnego charakteru człowieka – Churchill’a.

Historycznie rzecz biorąc, to tylko on, od czasu objęcia władzy przez hitlerowców, mówił im „nie”. Gardził Hitlerem i jego partią. Inni politycy z elity albo nie rozumieli czym jest niemiecki hitleryzm, albo nie chcieli tego zrozumieć.

Film kończy wspaniała scena przemówienia Churchilla w Parlamencie, którym zdobywa owacje i uznanie wszystkich. Wtedy jeden z jego przeciwników (z partii Churchilla) pyta sąsiada:

– Co się właściwie stało?

– Zmobilizował język angielski i posłał go do walki.

 Dzisiaj przydałby się Zachodniej Europie ktoś, choć w połowie tylko, podobny do Winstona Churchilla. Ale nie widzę kogoś takiego. Wśród elit Unii Europejskiej, spośród premierów i prezydentów Zachodu widzę jedynie zadowolonych mieszczan, zdatnych może szefować czasom pokoju, ale na czas obecny są za mali, są nazbyt gnuśni i wygodni.

Czas mroku, film z roku 2017; Reżyseria: Joe Wright; Scenariusz: Anthony McCarten;   Produkcja: USA/Wielka Brytania; premiera 1 września 2017 roku.

Film powstał na podstawie powieści „Czas mroku. Jak Churchill zawrócił świat znad krawędzi” Anthony’ego Mc Carten’a, który jest także scenarzystą filmu. W roli Winstona Churchilla wystąpił Gary Oldman.

 

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Hub ekstraordynaryjny, czyli dobry przykład

Tu w Przemyślu mamy hub emigracyjny – mówi urzędnik. Kilka dni później inny urzędnik ogłasza, że w Przemyślu mamy ekstraordynaryjną sytuację. Jeden mówi w obcym języku, a drugi po staropolsku.

Najpierw zajmiemy się hubem. Po angielsku, według internetowych słowników, znaczy on tyle co po polsku centrum.

Hub, centrum czy ośrodek?

Zajrzyjmy do Słownika Języka Polskiego, Witolda Doroszewskiego. Ten akceptuje centrum, ale sugeruje, że lepiej będzie używać inne określenia i podaje przykłady: Centrum miasta, lepiej śródmieście. Centra (lepiej ośrodki) gospodarki leśnej. Coś jest w centrum czyjejś uwagi, lepiej: Coś skupia czyjąś uwagę.

Zatem, byłoby lepiej, gdyby premier rządu mówił lepiej (według Doroszewskiego). A bez żartów. Na każdym kolejnym rządzie spoczywa nie tylko odpowiedzialność za losy narodu (na szczęście nie do końca tak jest), ale także za to (w dużej mierze) jak ten naród mówi. Bo ludzie słuchają i powtarzają. Jako że przykład idzie z góry. Dlatego tak ważne jest, aby ludzie rządowi mówili bardziej po polsku.

Ośrodek jest polski, a centrum i hub są słowami obcymi. Co prawda centrum jest już przyswojone, ale jednak nie nasze. Owszem, trudno będzie namówić, lub zmusić międzynarodowe korporacje, by nie nazywały hubami swoich centrów produkcji czy badań technicznych, ale dyskretne zwrócenie uwagi przez odnośnego ministra może spotkać się z ich przychylnością. Dopóki nie spróbujemy, nie zobaczymy jak zareagują. Ja bym spróbował.

Ordynat, ordynator, ordynacja i sytuacje ekstraordynaryjne

 Z sytuacją ekstraordynaryjną sprawa jest trudniejsza. Owszem w języku polskim można tak powiedzieć, ale określenie to jest już od prawie dwu wieków przestarzałe. Dzisiaj należałoby powiedzieć, że sytuacja jest nadzwyczajna. Rozumiemy jeszcze, co znaczy subiekt (sprzedawca w sklepie); waść (rzeczownik utworzony ze skrócenia wyrażenia waszmość, a wcześniej wasza miłość lub wasza możność; jejmość (1. jakaś kobieta,2. dawniej, tytuł grzecznościowy, używany w odniesieniu do kobiet pochodzenia szlacheckiego, ale przecież nikt tak nie mówi. Te słowa należą do minionej epoki naszego języka.

Dlaczego zatem urzędnik nie mówi o sytuacji nadzwyczajnej lecz sięga wstecz? Może chciał zwrócić naszą uwagę na historyczną powagę sytuacji? Tylko kto to zrozumiał…

Co prawda do dzisiaj funkcjonują jeszcze ordynacja, ordynariusz, ordynator, ordynariat (w kościołach i wojsku), ale to z szacunku dla wielowiekowej tradycji – kościoła i szpitalnictwa.

Przyznam, że ja kojarzę tę „staropolszczyznę” jedynie z twórczością Heleny Mniszkówny i jej „Ordynatem Michorowskim”, powieści będącej kontynuacją „Trędowatej”. I czuję wtedy zapach kulek na mole, w starej szafie z pelisami.

Tajna lokalizacja

Problem jest w tym, że bardzo wielu młodych ludzi chce mówić lepiej, ważniej, poważniej – niż mówi prywatnie. Dlatego, kiedy stają przed kamerą i mikrofonem dobywają z głębi siebie przedziwne zasoby językowe. Płyną z nich wtedy słowa obce, sztuczne i zupełnie inne od tych jakimi posługują się w domu.

W telewizji widzimy jak ukraińska matka z dwójką dzieci, wysiada z pociągu Lwów-Przemyśl, jak wita się z mężem i ojcem dzieci. Podchodzi do nich młoda dziennikarka. Rozmawia z kobietą, która dziękuje Polsce za serdeczne przyjęcie. Potem Ukraińcy ruszają do wyjścia z peronu, a dziennikarka mówi: Teraz rodzina udaje się do lokalizacji, gdzie ich tato pracuje. Być może dziennikarka nie chciała ujawniać nazwy miasta lub wsi, do których zmierzają wojenni uciekinierzy, być może uznała, że lepiej będzie, gdy to miejsce pozostanie tajne, ale niemniej zwrot „do lokalizacji” jest głęboką abstrakcją. W języku polskim może być użyta lokalizacja, jako oznaczone miejsce w języku administracji, wojska lub policji, ale miejsce lokalizacji oznacza tyle co miejsce miejsca. Przykro słuchać.

Bardzo szybkie reagowanie

Poziom znajomości spraw militarnych jest taki, że dziennikarz mówi: Rozlokowano już w Polsce siły bardzo szybkiego reagowania. Mówi tak, bo nie wie, że są to: oddziały szybkiego reagowania. I nie ma żadnych sił błyskawicznego reagowania, bardzo niezwykłego reagowania i nie ma też, mówiąc po modnemu, sił mega lub giga szybkiego reagowania.

W Internecie kilku amatorów wojen i wojska głosi, że Polska powinna kupić sobie samoloty cysterny, żeby można było tankować myśliwce i bombowce w powietrzu, bo takie podobno krążą ostatnio po naszym niebie, ale amerykańskie. I nie przyjdzie im na myśl, że samolot cysterna potrzebny jest wtedy, gdy samoloty bojowe wybierają się gdzieś dalej, na przykład do Chin lub na Bliski Wschód. Nic to, dobrze jest przyłożyć własnej armii, nawet wtedy, gdy oskarżenie nie ma  najmniejszego sensu.

Na Litwie, na Ukrainie

Historycznie przyjęło się w naszym języku mówić „w” lub „na”, gdy chcemy określić do jakiego państwa się wybieramy, lub w jakimś państwie coś się dzieje. I tak mamy na Ukrainie, na Litwie, na Słowacji. Ale też  mamy: w Niemczech, we Francji, we Włoszech, w Rosji. Te różnice prawdopodobnie wzięły się stąd, że mówiąc o terytoriach wchodzących w skład Rzeczpospolitej Obojga Narodów, lub o uznawanych za historycznie polskie mówiono „na”. Tak jak mówiliśmy i mówimy na Śląsku, na Mazowszu. Resztę kierunków określano „w”.

Od kilku lat trwa walka naszych purystów politycznych o to, żeby nie mówić na Ukrainie lecz w Ukrainie. Bo, zdaniem ortodoksów ubliża to Ukraińcom i Litwinom. I każą nam mówić w Ukrainie , w Litwie. I część dziennikarzy mówi już po nowemu. Jest to oczywisty bezsens, bo Litwa nie była przez nas nigdy podbita i w skład Rzeczpospolitej weszła dobrowolnie. A Ukraina stanowiła wielką i silną część Rzeczpospolitej.

Nie dajmy się zwariować i mówmy jak było w historii naszego języka. Zresztą argument o przykrości jaką robimy sąsiadom, mówiąc na jest dęty. Bo przecież nie mówimy na Wielkopolsce lecz w Wielkopolsce. I mówimy również na Węgrzech, które nigdy w najmniejsze części do Polski nie należały.

Dramat jednego aktora

Onet Kultura informuje (10 03 2022), że aktor John Malkovich  wystąpi na teatralnej scenie we Wrocławiu. Zagra w spektaklu „The Infernal Comedy: spowiedź seryjnego mordercy.” Ma to być połączenie opery oraz dramatu jednego aktora.”

Tu drgnąłem, bo w Polsce utarło się nazywać teatrem jednego aktora monodramy. Ale o dramacie jednego aktora usłyszałem raz pierwszy. Rzecz w tym, że „dramat” ma w historii sztuki podwójne znaczenie. Po pierwsze – dramat to każdy rodzaj tekstu i spektaklu teatralnego; pod drugie – rodzaj tekstu i teatru, które nacechowane są powagą, gdzie przedstawione są problemy moralne, trudne, ostateczne.

Oczywiście w starożytności helleńskiej dramatem były komedia i tragedia. Ten gatunek, który dzisiaj nazywamy dramatem narodził się w XVIII wieku, wraz z dojściem do głosu nowej warstwy społecznej – burżuazji. Ta grupa nie chciała już oglądać na scenie spraw bogów, królów i cesarzy. Oni chcieli w postaciach scenicznych widzieć siebie samych. Chcieli znaleźć w teatrze potwierdzenie, że teraz to oni decydują o najważniejszych sprawach tego świata. Oczekiwali, że znajdą w teatrze zdarzenia wielkie, tragiczne, potwierdzające, że współczesność należy do nich.

Z kolei teatr jednego aktora jest zjawiskiem sztuki teatralnej, w której występuje jeden, jedyny aktor. Piszę o tym, z pozoru marginalnym tekście, bo widzę, że coraz więcej ludzi piszących o sztuce bardzo niewiele o niej wie.

Reasumując: dramat jednego aktora, z poziomu intelektualnego redakcji Onet Kultura, miałby chyba miejsce tylko wtedy, gdyby aktor na scenie, w trakcie spektaklu zachrypł i zupełnie zaniemówił. Czego zresztą nikomu nie życzę.