TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Piłsudska czy Bierutowa?

Kto jest pierwszą Damą Polski? Formalnie obie panie. Mąż Aleksandry Piłsudskiej (z domu Szczerbińskiej) – Józef jest historycznym naczelnikiem państwa i pierwszym marszałkiem odrodzonej Rzeczpospolitej, ale i mąż Janiny Bierut (z domu Górzyńskiej) – Bolesław wciąż, o zgrozo, uznawany jest w świetle prawa za prezydenta Polski.

31 marca 1963 r. w Londynie zmarła Aleksandra Piłsudska (z domu Szczerbińska), kobieta wolności. Przed i po II wojnie światowej działaczka niepodległościowa i społeczna. Uznanie zdobyła jeszcze zanim w 1921 r. na stałe związała się z Józefem Piłsudskim. Obowiązki wobec Ojczyzny łączyła z wychowywaniem dwóch córek, które miała z Marszałkiem – Wandy i Jadwigi.

O niepodległość Polski walczyła w Polskiej Partii Socjalistycznej, Polskiej Organizacji Wojskowej, Legionach Polskich. W niepodległej II Rzeczpospolitej realizowała się w pracy społecznej pomagając poszkodowanym i najuboższym. Dama Orderu Virtuti Militari, od 1926 r. zasiadała w Kapitule VM.

Po wybuchu II wojny światowej, wraz z córkami ewakuowała się do Wilna, następnie przez Łotwę i Szwecję do Londynu. Pochowana na cmentarzu North Sheen. W 1992 r. jej prochy zostały złożone w grobowcu rodzinnym na Starych Powązkach  w Warszawie.

Pod Bezdanami

Aleksandra urodziła się 12 grudnia 1882 r. w Suwałkach, jako córka Piotra Szczerbińskiego, urzędnika magistratu w tym mieście oraz Julii Zahorskiej. Rodzice zmarli, gdy miała kilkanaście lat, dlatego była wychowywana przez babkę Karolinę Zahorską i ciotkę Marię Zahorską.

Ukończyła gimnazjum w Suwałkach, kursy handlowe J. Siemiradzkiej, studiowała na Uniwersytecie Latającym. W 1903 r. rozpoczęła pracę urzędniczki w fabryce wyrobów skórzanych na warszawskiej Woli.

W 1904 r. wstąpiła do PPS. Brała udział w wielu akcjach bojowych, w tym napadzie na bank Państwowy w Kijowie. 26 września 1908 r., w ramach grupy Organizacji Bojowej PPS dowodzonej przez Józefa Piłsudskiego, uczestniczyła w ataku na rosyjski pociąg pocztowy pod Bezdanami, nieopodal Wilna, zdobywając ponad 200 tys. rubli.

W 1907 r. aresztowana przez carską policję w Warszawie, jednak zwolniona z braku dowodów. Po przeniesieniu się do Lwowa pracowała w biurze fabrycznym. Działała w Związku Strzeleckim i Towarzystwie Opieki nad Więźniami Politycznymi.

Po wybuchu I wojny światowej przydzielona do oddziału wywiadowczo-kurierskiego I Brygady Legionów Polskich, była komendantką kurierek legionowych. Sama przechowywała broń i przewoziła bibułę. Działała w POW, za co została aresztowana przez Niemców w listopadzie 1915 r. i internowana w obozie w Szczypiornie. W 1917 r. wróciła do pracy w POW jako kurierka materiałów wybuchowych i wywiadowca. Ślub z Józefem Piłsudskim, którego poznała jeszcze w 1906 r., wzięła 25 października 1921 r. w Belwederze. Z Naczelnikiem Państwa, jako jego druga żona, miała córkę Wandę i Jadwigę. Mieszkali w willi Milusin w podwarszawskim Sulejówku.

Bierutowie

Teraz słowo o tej drugiej. Janina Górzyńska, córka Bronisławy z Zawadzkich i Stanisława Górzyńskiego, urodziła się 30 stycznia 1890 r. w Lublinie. Bolesława Bieruta poznała w podlubelskim majątku Studzianki, administrowanym przez państwa Staniszewskich, gdzie ona była przedszkolanką, a on prowadził prace miernicze.

Ślub wzięli w 1921 r. W 1923 r. urodziła się ich córka Krystyna (inżynier-architekt, wraz z mężem Bidziną Maminajszwilim większość życia spędziła w Gruzji), a dwa lata później – syn Jan Chyliński (inżynier, w Moskiewskim Instytucie Lotniczym uzyskał dyplom magistra inżyniera – specjalisty ds. silników lotniczych; ambasador PRL w RFN w latach 1978–1981).

Mimo, iż w kolejnych latach Bierut pozostawał w nieformalnych związkach z Małgorzatą Fornalską (ich córka prof. Aleksandra Jasińska-Kania była partnerką politruka-mjr Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego-socjologa Zygmunta Baumana), a potem z Wandą Górską (formalnie była sekretarką Bieruta, określana mianem „królowej Belwederu”, była z Bierutem podczas jego ostatniej podróży do Moskwy w marcu 1956 r.), to Janina Bierut była formalnie pierwszą damą. Po śmierci w 1985 r. została pochowana na… Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Wszyscy chwalą trenera a SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI pisze: Michniewicz ma wiedzę

Jest w środowisku dziennikarzy sportowych strach. Olbrzymi strach. Co wie Czesław? Jest w środowisku nie tylko stołecznych sportżurnalów powszechny rachunek sumienia, a właściwie rachunek przypomnienia: „Co też ja mogłem w przeszłości nawywiajać? Czy wie to Czesław i czy nie daj Boże powie?” Spotykają się teraz w małych pubach na obrzeżach Warszawy i zamawiają piwo wyłącznie bezalkoholowe.

Patrzą się na siebie i zastanawiają się: Kto i co może Czesławowi zdradzić ten, co siedzi naprzeciwko mnie i udaje przyjaciela? Przypominają różne wycieczki nie zawsze krajowe, imprezy i aftery nie tylko pomeczowe. Odżywają zapomniane skandale, szykowane są linie obrony, PR-owców na wszelki wypadek pyta się w jaki sposób milczeć najskuteczniej?

Czy może jednak komentować? Iść w zaparte? Bagatelizować? Jest strach. Nowy selekcjoner reprezentacji Polski w piłkę nożną Czesław Michniewicz okazał się gwarantem emocji nie tylko sportowych. Dał nam awans (piłkarze odegrali tu pewną rolę) na Mistrzostwa Świata w Katarze, wygraliśmy ze Szwecją zdecydowanie i zasłużenie, choć niewielu dawało reprezentacji i Michniewiczowi szanse. Ale dał nam też bonus. Dał nam pełnoskalową wendetę. Za długo poniżali go pismaki jakimiś insynuacjami, że się za często do Fryzjera umawiał. Umawiał to umawiał, może mu włosy szybko rosły. Nie wasz grzebień. Żeby komuś zarzuty robić, że sobie lubi podzwonić? Też coś.

W czasie rozmowy w Kanale Sportowym Czesław Michniewicz błysnął wiedzą o pewnym dziennikarzu, że się tak wyrażę nieoficjalną. Ni mniej, ni więcej, powiedział, że ów dziennikarz leżał w krzakach pobity przez zdradzanego męża. O innym, także znanym powiedział, że mu się koszulka poci. I zaczęły się spekulacje, a kto co, a kiedy, a z kim. Śmieszkom, którzy innych chcieli wyszydzać zamykano usta pytaniem: A ty to niby lepszy? A pamiętasz…

Każdy chciałby zapomnieć. A teraz co? Być dziennikarzem sportowym bezskandalizujacym? Niby można. Tu mi się przypomina pewien dowcip. Pani na lekcji w szkole średniej pyta uczniów: Czy według was nie można się dobrze bawić bez alkoholu? Wstaje przerośnięty Jaś i mówi – Niby można, ale po co się męczyć? Z dużą przyjemnością będę teraz oglądać Czesława Michniewicza. Ma facet wiedzę. Uczestniczącą.

WALTER ALTERMAN: Globalny papier toaletowy

 

W marcu 2021 roku prawdziwy szok na świecie spowodowało utknięcie w Kanale Sueskim ogromnego statku Evergreen, który zablokował żeglugę, na tym newralgicznym torze wodnym. Nagle okazało się, że ten wypadek może mieć poważne konsekwencje dla światowego handlu.

Statek, zbudowany w 2018 roku, miał nieprzeciętne rozmiary: długość prawie 400 metrów – to więcej niż długość czterech boisk piłkarskich – i szerokość 59 metrów. Jednorazowo mógł przewozić 20 tysięcy kontenerów.

Alternatywą przeprawy przez Kanał Sueski jest oczywiście opłynięcie całej Afryki. W takim przypadku podróż wydłuża się jednak o mniej więcej 10-14 dni. To bardzo dużo. Z przepłynięciem przez Kanał, rejs z Szanghaju do Europy trwa ok. 35 dni. Sytuację pogarszało i to, że na statku zablokowane było 20.000 kontenerów. Już teraz w transporcie morskim odczuwalny jest brak kontenerów – jak stwierdziła jedna z agencji morskich. – W efekcie koszt przewiezienia kontenera wzrósł z 1500 dolarów przed pandemią wzrósł do 8 – 10 tysięcy dolarów.

Codziennie przez Kanał przepływa ok. 50 dużych statków. Przez tę wykopaną na pustyni cieśninę przechodzi aż 13 proc. całego światowego handlu, w tym 30 proc. światowego obrotu kontenerowego. Martwiono się, że blokada kanału może spowodować efekt domina dla globalnej żeglugi. Kontenerowce i tankowce przestały dostarczać żywność, paliwa i towary przemysłowe do Europy, a europejskie towary nie są eksportowane z Europy na Daleki Wschód.

Okazało się, że m. in. Europa może zostać pozbawiona papieru toaletowego. W biznesie drogeryjnym zapanowała panika. Na szczęście jakiś młody operator zwykłej koparki, przy pomocy jej łyżki przepchnął kolosa na środek nurtu i świat wrócił do normy.

Jednak ten przypadek uzmysłowił nam, że coś jest nie tak w światowej gospodarce. Bo skoro papier z Azji utknął w kanale, to pojawiło się pytanie: dlaczego aż z tak daleka trzeba ten cymes technologiczny sprowadzać? Co prawda papier, także toaletowy, wynaleźli Chińczycy, ale już od kilku wieków ludy Europy potrafią go wytwarzać. Dlaczego zatem sprowadzamy papier toaletowy z Azji? – to jest dobre pytanie, jako wstęp do kolejnych pytań.

Globalny kapitalizm

Około 40 lat temu pojawiły się dwie wielkie idee: Globalnej Gospodarki i Globalnego Kapitału. Marzono o scalaniu światowej gospodarki w jeden organizm, wysunięto tezę, że Europa – w ramach podziału obowiązków – powinna stać się Światowym Centrum Kapitałowym. Tak przyziemne i niskie obowiązki, jak produkcja i transport powinny przypaść Azji, i w mniejszej części północnej Afryce.

Oczywiście chodziło o większy zysk. Utrzymywanie w ruchu europejskich fabryk i opłacanie ciągle głodnych europejskich robotników przestało się kapitałowi podobać. Pojawiły się też głosy „zielonych”, że wszelki przemysł zatruwa środowisko. Była w tym wszystkim jedna wielka niekonsekwencja, bo zatruwanie powietrza, wody i ziemi w Azji jakoś walczącym o czystą Ziemię nie przeszkadzało, choć Ziemia jest okrągła i jedna jedyna.

I powoli, ale skutecznie, ten cudowny ideał Globalnej Gospodarki i Kapitału zaczęto wcielać w życie.

Niezwykle przyczyniły się do tego Chiny, które po dwóch wiekach wegetacji ekonomicznej, wzięły się ostro do pracy. W Europie i USA jakoś nikomu nie przyszło do głowy, że Chiny mogą się w niedługim czasie dorobić i nie zechcą już wytwarzać jedynie rozmaite badziewia – z grupy wszystko po 5 zł. Niedocenianie siły Chin jest nadal wpisane w neokolonialne myślenie Zachodu. I  dlatego powtarzano z uśmiechem politowania, że Chińczycy są pracowici i ani myślą o prawdziwej gospodarce. Prawdziwej, to znaczy przynoszącej europejskiej duże zyski. I nikt na zachodzie nie brał serio liczb, że Chińczyków jest 1,5 miliarda, że kiedyś maszyna ruszy i stanie się najpoważniejszym zagrożeniem ekonomicznym dla tzw. Wolnego Świata.

Kiedy przyszło przebudzenie zachodniego kapitału, było już za późno. Oto, dzięki Zachodowi wyrosła w Chinach nowoczesna gospodarka, a Chińczycy zaczęli żyć na wysokim poziomie. Ich gospodarka – konkurencyjna dla Zachodu – to jedno zmartwienie. Drugim kłopotem jest to, że Chiny uzbroiły się i zbroją nadal na najwyższym technologicznym poziomie. Tym samym świat zmienił swą dwubiegunowość.

Jednym ze zlekceważonych sygnałów, płynących z chińskiej gospodarki, było to, że już osiem lat temu chiński rząd zaprzestał dofinansowywania produkcji prostych artykułów. Władze Chin przyjęły, że siła robocza bardziej się przyda – i przyniesie większe zyski – przy produkcji bardziej zaawansowanej technologicznie.

Jest jeszcze jeden aspekt obecnej polityki Chin. Chodzi o to, że Chińczycy mają dobrą pamięć i świetnie pamiętają XIX wieczne upokorzenia i bandyckie złodziejstwo, jakich doznały od USA i kilku mocarstw ówczesnej Europy.

Trochę historii Chin

U źródeł XIX wiecznego konfliktu z Chinami jest opium. Anglicy pod koniec XVIII wieku zorientowali się, że wartość importowanych przez nich z Chin przekraczała angielski eksport. Dlatego zaczęli eksportować do Chin opium. Pierwszy transport tego dotarł do Kantonu w 1773 r., a w 1780 r. Kompania Wschodnioindyjska ogłosiła monopol na uprawę, produkcję i handel opium, które niszczyło ludzki organizm. Na początku XIX w. obroty wyniosły ponad 4 tys. skrzyń. W 1800 r. Chiny oficjalnie zakazały obrotu opium, jednak dzięki korumpowaniu chińskich urzędników proceder ten rozkwitał.

W1793 r. do Chin przybył lord George Macartney, który zażądał zniesienia ograniczeń w handlu angielsko-chińskim. Zażądał też przyznania Anglikom prawa swobodnego podróżowania i osiedlania się. Misja lorda zakończyła się niepowodzeniem, który wrócił jedynie z listem Cesarza do angielskiego króla. List kończył się zdaniem: „Drżąc, podporządkujcie się i nie okazujcie lekceważenia”. W 1818 r. rząd angielski wysłał następną misję, która również zakończyła się fiaskiem. W 1834 r. do Kantonu przybył lord William J. Napier i odmówiwszy opuszczenia Chin, wezwał do ujścia rzeki Si-ciang dwa okręty organizując wojenną prowokację.

Chiny podjęły walką z opium, który niszczył w sposób nieprawdopodobny całe ich społeczeństwo. W Kantonie w 1839 r. zniszczono ponad 20 tysięcy skrzyń opium będących własnością angielskich i amerykańskich kupców. W odpowiedzi Anglicy rozpoczęli z Chinami tzw. wojnę opiumową. Angielska eskadra po zablokowaniu Kantonu i Siamenu wysłała część okrętów wzdłuż wybrzeża na północ celem zaatakowania innych portów. Obiecując duże ustępstwa namówiono Anglików, by wrócili do Kantonu w celu rozpoczęcia pertraktacji.

Prowadzone przez Qishana, który był mandarynem Cesarstwa Chińskiego za czasów dynastii Qing i Charlesa Elliota, brytyjskiego oficera marynarki, dyplomaty i administratora kolonialnego – negocjacje trwały cztery miesiące i nie przyniosły żadnych skutków. Aby wymusić akceptację swych żądań Anglicy zaatakowali w styczniu 1841 r. forty na wyspie Czuan-pi broniące dostępu do Kantonu, które zostały zdobyte. Qishan zgodził się na przyjęcie brytyjskich żądań w tzw. konwencji Czuan-pi, którą podpisał bez zgody cesarza 20 stycznia, a według której Wielka Brytania zyskała wyspę Hongkong, odszkodowanie w wysokości 6 mln dolarów, równość w bezpośrednich pertraktacjach między Chinami a Wielką Brytanią oraz pełne wznowienie handlu. Anglicy natychmiast zajęli Hongkong.

Ponieważ porozumienie nie zostało zatwierdzone przez cesarza, Anglicy wycofali się co prawda z Hongkongu, ale wysłali do Chin nowe oddziały wojska. W 1841 r. wojska brytyjskie zajęły Kanton, gdzie dopuściły się zbrodni na ludności cywilnej. Po krwawych walkach Anglicy zajęli Czenciang i skierowali się w kierunku Pekinu. Wojska Qingów skapitulowały.

Klęska Chin spowodowała, że cesarz zgodził się na przyjęcie wszystkich warunków wysuniętych przez Anglików. 29 sierpnia 1842 r. podpisano tzw. traktat nankiński. Był to pierwszy nierównoprawny traktat na mocy którego dla Anglii otwarto pięć portów chińskich i przekazano Hongkong. Chiny zobowiązały się też zapłacić Anglii 21 mln juanów odszkodowania. Po roku Anglia zażądała traktatu uzupełniającego dotyczącego handlu w pięciu portach. Porozumienie podpisane w 1843 r. przyznawało Brytyjczykom prawo eksterytorialności oraz tworzenia własnych osiedli i zarządzania nimi. Wkrótce nierównoprawne traktaty podpisały również Francja i USA .

W następstwie wojny opiumowej gwałtownie pogorszyła się sytuacja materialna chińskiej ludności. Nasiliła się też walka powstańcza. W latach 1841–1849 doszło do wybuchu 110 powstań i buntów. Wojna wewnętrzna w Chinach stawała się idealną sytuacją do zaatakowania kraju przez obce mocarstwa.

Konsul angielski Harry Parkes pod pretekstem zbezczeszczenia brytyjskiej flagi ostrzelał Kanton, co spowodowało podpalenie przez chińczyków cudzoziemskich faktorii. Konsekwencją tych wydarzeń była II wojna opiumowa, w związku z którą wysłano do Chin brytyjską ekspedycję wojskową. Do wojny przyłączyli się Francuzi. 31 grudnia i uwięzieniu generalnego gubernatora w czerwcu 1858 r. Francja i Anglia narzuciły Chinom traktat tianjiński legalizujący handel opium. Prawie jednocześnie został zawarty układ amerykańsko-chiński na mocy którego otwarto siedem portów dla handlu amerykańskiego i rozszerzono prawo konsularnej jurysdykcji. W 1858 r. ustanowiono granice na Amurze między Rosją a Chinami oraz podpisano układ rosyjsko-chiński, dzięki któremu Rosja zyskała w portach otwartych prawo handlu oraz prawo konsularnej jurysdykcji.

Ponieważ jednak Anglia i Francja nie były zadowolone wznowiły działania wojenne. W 1859 r. do Pekinu wyruszyła eskadra składająca się z 19 okrętów wojennych. W czerwcu 1860 r. wojska tych państw rozpoczęły wojnę w Chinach Północnych i 25 sierpnia zajęły Tiencin przedtem rozbijając kawalerię mandżurską. Droga do Pekinu stała otworem.

Cesarz zbiegł do Rehe. Najeźdźcy złupili i spalili Pałac Letni, a wystraszony dwór zmusili do podpisania dokumentów ratyfikacyjnych będących potwierdzeniem traktatów tiencińskich. Ponadto Tiencin stał się portem otwartym, uzyskano prawo wywozu chińskich robotników do prac na plantacjach i w kopalniach. Chiny musiały również zapłacić 16,7 mln liangów kontrybucji. Cudzoziemcom przyznano prawo zakupu ziemi oraz prawo eksterytorialności. Przywilej ten został później rozciągnięty na chińczyków, którzy przeszli na chrześcijaństwo, co spowodowało masowe nawracanie się prostytutek i złodziei . Barbarzyństwo Anglików i Francuzów wywołało na świecie oburzenie, które potępili m.in. Lew Tołstoj, Iwan Gonczarow oraz Wiktor Hugo.

Inne powstanie, które również przeszło do historii było znane pod nazwą powstania „bokserów”, a jego hasłem przewodnim było przepędzenie „zamorskich diabłów”. Bokserzy uważali, że wszystkie spadające na Chiny nieszczęścia spowodowane były modernizacją i dlatego niszczyli tory kolejowe i linie telegraficzne, a o częstsze niż zazwyczaj powodzie oskarżali Europejczyków. Powstańcy w maju 1900 r. ruszyli na Pekin, który zdobyli, a następnie po interwencjach zachodnich dyplomatów jednego z nich niemieckiego posła barona Clemensa von Kettelera zabili, co dało pretekst Niemcom do interwencji zbrojnej.

Ruch bokserów miał za zadanie walkę z cudzoziemcami upokarzającymi Chiny, ale był bardzo słaby. Siły morskie państw zachodnich zdobyły forty Taku, po czym skierowały się do Pekinu w celu odbicia oblężonych zachodnich poselstw. Oblężenie trwało 55 dni, ale pierwsza zachodnia wyprawa zakończyła się klęską. Natomiast druga ekspedycja, składające się z żołnierzy angielskich, niemieckich, rosyjskich, amerykańskich i japońskich przyniosła rezultaty. Stolica Chin została zdobyta, a poselstwa uwolnione.

Zwycięscy z pokonanymi rozprawili się okrutnie. Pomiędzy zwycięzcami dochodziło do rozdźwięków dotyczących łupów oraz przyszłości Chin, a najbardziej rozczarowani byli Niemcy, którzy spodziewali się znaleźć w Pałacu Cesarskim olbrzymie skarby.

Rząd chiński skapitulował przed mocarstwami i Li Hung-czang 7 września 1901 r. podpisał z pełnomocnikami rządów 11 państw czyli Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Rosji, Japonii, Włoch, USA, Holandii, Austrii, Belgii i Hiszpanii składający się z dwunastu punktów tzw. „Protokół końcowy” w historiografii europejskiej znany jako The Boxer Protocol, w którym na Chiny zostały nałożone ciężkie sankcje. A oto główne artykuły tego protokołu: 1) zawieszenie egzaminów urzędniczych na okres pięciu lat w tych miastach, gdzie napastowano cudzoziemców; 2) zakaz importu broni i amunicji na okres dwóch lat; 3) kontrybucję w wysokości 450 mln liang srebra (ponad 100 mln funtów szterlingów) oprocentowaną (4% w ratach rocznych spłacone do 1940 r.); w sumie około 147 mln funtów szterlingów. Odszkodowanie było zabezpieczone dochodami z ceł morskich podatku rolnego i podatków krajowych; 4) zastrzeżenie dla cudzoziemców dzielnicy poselstw i zapewnienie jej obrony oraz prawo stacjonowania wojsk w samym Pekinie. Oddział cudzoziemski w stolicy miał liczyć 2101 żołnierzy z 30 działami i 30 karabinami maszynowymi. Protokół zawierał również ukaranie śmiercią dygnitarzy popierających bokserów (najwyżsi dygnitarze mandżurscy zostali straceni lub zmuszeni do samobójstwa), zbudowanie pomników pamiątkowych pomordowanym dygnitarzom oraz zabezpieczenie interesów cudzoziemskich misjonarzy. Najwięcej skorzystała Rosja, która zwiększając swój kontyngent wojskowy w Chinach dokonywała masakry chińczyków. Poczynania Rosji w Mandżurii i w Korei stały się zalążkiem konfliktu z Japonią. Wszystkie próby pokojowego rozwiązania konfliktu kończyły się niepowodzeniem w wyniku, którego doszło do pierwszej wojny pomiędzy mocarstwami toczonej o wpływy w Chinach. Wojna toczona w latach 1904–1905 zakończyła się zwycięstwem Japonii.

Trzeba tu wyjaśnić, że coroczna wysokość kontrybucji, płaconej przez Chiny Wielkiej Brytanii, Niemcom, Francji, Rosji, Japonii, Włochom, USA, Holandii, Austrii, Belgii i Hiszpanii wynosiła wartość ok. 40 procent rocznego dochodu Chin.

Ta więc XIX i część XX wieku upłynęły Chinom na spożywaniu opium i płaceniu niewyobrażalnie wysokich kontrybucji na rzecz „cywilizowanych” krajów Zachodu i Rosji.

Co dalej?

Wracając do początkowego przykładu kontenerowca, który utknął w Kanale Sueskim z chińskim papierem toaletowym… Zdaje mi się, że Zachód kolejny raz oszukał sam siebie. Najbogatsze państwa świata liczyły, że ktoś będzie za nie pracował, a zyski zgarną one. Bo na tym miała polegać Globalna Gospodarka. Zachód nie brał jednak pod uwagę, że w Świecie Globalnego Kapitału liczyć potrafią wszyscy. Także Chińczycy.

Dzisiaj Chiny stały się potęgą gospodarczą, której nie zatrzymają proste działania Amerykanów, chcących utrudnić budowę Nowych Jedwabnych Szlaków.

Trzeba też pamiętać, że kapitalizm jest taką formacją, która zawsze przedłoży swój doraźny interes nad politykę długofalową, nad politykę z wyobraźnią. A kiedy się zorientuje, jaki był jego prawdziwy interes, jest już za późno.

Dzisiejsza potęga ekonomiczna Chin przejawia się i w tym, że Chiny na niespotykaną dotychczas skalę wykupują na całym świecie surowce naturalne – w Afryce, Azji, Australii i Ameryce Południowej. Przy czym płacą lepiej niż Zachód, a mówiąc wprost – podbijają ceny. Podobna polityka Japonii w latach trzydziestych XX wieku, skończyła się wojną. USA nie chciały bowiem zgodzić się na powstanie u swego boku konkurencyjnego imperium.

Obecnie to nie militarna pozycja Rosji jest wyzwaniem dla Zachodu, a właśnie potęga gospodarcza Chin. Jak to się skończy? Jedno jest pewne, Chińczycy nie są awanturnikami i wolą spokojny handel.

Przy okazji inwazji Rosji na Ukrainę wzrosło polityczne  znaczenie Chin. Zdają sobie z tego sprawę nawet Amerykanie, którzy przez ostatnie 30 lat nie dopuszczali do siebie myśli, że niebawem będą musieli układać się z najludniejszym państwem świata.

Jedno budzi moją nadzieję, że Chińczycy nie są skorzy do prowadzenia wojen. W każdym razie, teraz „siedzą na górze” i ze spokojem Buddy patrzą na europejski teatr wojny i zmagań ekonomicznych.

 

WALTER ALTERMANN: Chamizacja języka publicznego, czyli przykre koszty demokracji 

Przed wejściem do sklepu dwie młode kobiety, obie z dziecięcymi wózkami. W jednym wózku niemowlak, w drugim dwulatek. Kobiety rozmawiają, a ja ulegam wzruszeniu – że Matki Polki, że ładne dzieci, że polityka prorodzinna jest dobra… Naraz jedna z kobiet mówi: „I ty sobie wyobraź, że ten ch… mówi, żebym pier…nęła wszystko i zrobiła mu kolację”. Na to druga z oburzeniem: „To sk…. jeb…”. 

Przepraszam za neologizm w tytule, ale nie znalazłem bardziej odpowiedniego słowa – niż „chamizacja” – do tego, o czym będzie poniżej. A będzie o języku codziennym i języku debaty publicznej w Polsce. Z miesiąca na miesiąc nasz język ulega ohydnemu zepsuciu i degradacji. Miejsce słów, zwrotów i fraz przyjmowanych dotychczas za eleganckie, zajmuje retoryka i słownictwo prostackie, a mówiąc wprost – chamskie.

W dawnych czasach za używanie takich słów, jakich używały te dwie matki, można było zapłacić słony mandat – nawet 500 zł. Dzisiaj nikt już nie zwraca na to uwagi. I ludzie nie wstydzą się już mówić w miejscach publicznych językiem rynsztokowym.

Powiedzmy szczerze – przekleństwa i wulgaryzmy w naszym języku istniały, istnieją i będą istniały. Człowiek wzburzony, poruszony sięga po słowa, które pomagają mu wyładować gniew i frustrację. Teraz jednak wszystkie te prymitywne słówka stały się normalnymi słowami. I mało kto się ich wstydzi.

W dawnych latach, w latach mojej młodości, obowiązywała jeszcze norma kultury inteligencji. Wtedy nie uchodziło rzucać mięsem przy kobietach. Młodzież licealna i studenci również trzymali poziom. Owszem czasami ktoś „rzucił mięsem”, ale nie za często. Młodzi ludzie, którzy chcieli społecznie awansować wzorowali się na „inteligentach starej daty”. Jakie wzorce kultury języka ma dzisiejszy nastolatek? Przede wszystkim mówi tak jak mówią jego rodzice. Dlatego, z pewnością, te dwa urocze maluchy z wózków będą używały wulgaryzmów, których używają ich matki i ojcowie. Potem jednak pójdą do szkół, napotkają nauczycieli, którzy mówią kulturalnie, potem praca, w której już może być różnie… Myślę, że te dzieciaki mają małe szanse, żeby przejść o stopień wyżej w kulturze. Przestał bowiem działać wzorzec pozytywnej normy. A krócej mówiąc – chamiejemy na potęgę.

Media społecznościowe

Mediach społecznościowe, takie jak Facebook, Instagram i Twitter zalane są chamstwem. Język pijaczków z połowy XX wieku, jest – przy języku mediów społecznych – językiem lordów. Ogromne rzesze frustratów społecznościowych dzielą się z nami swoim wulgarnym obrazem świata i ludzi.

Niestety te media dopuściły do głosu ludzi o najgorszych instynktach, ludzi pełnych nienawiści i pogardy. Życzenie komuś śmierci jest czymś zwyczajnym, poniżanie innych jest normą a opluwanie rynsztokowymi epitetami to codzienność, na którą niewielu już zwraca uwagę.

Ktoś na tych mediach zarabia, ktoś jest ich właścicielem. Zastanawiam się dlaczego władze nie ścigają właścicieli Facebooka i innych. Przecież w obawie o utratę zysków właściciel by reagował. Owszem władze zapowiadają ściganie autorów wpisów, ale to przecież nie działa.

Media klasyczne

Wystarczy otworzyć jakikolwiek kanał telewizyjny, na którym już czyhają na nas prostacy, żeby wykorzystując formułę dyskusji politycznej, uraczyć nas prostackim myśleniem i chamskim językiem.

Podejrzewam, że część polityków uważa, że operacja, polegająca na brutalizacji wypowiedzi, na obrażaniu oponentów – dodaje im męskości. Że niby są tacy twardzi i zdecydowani, i brutalnie wprost, czyli bardziej męscy. Niestety powie nam to każdy psycholog, że takie słownictwo cechuje… impotentów.

Z kolei stara teoria, że kobiety łagodzą męskie zachowania jest z gruntu fałszywa. Jest wręcz odwrotnie. U nas, w debacie publicznej kobiety są tak samo agresywne jak mężczyźni. I ani krzty u naszych „polityczek” delikatności białogłów, łagodności i wybaczenia. Maskulinizują się!

Pozasłowne sposoby komunikacji

Naukowcy twierdzą, że pierwszym językiem człowieka był język gestów. Potem pojawiły się okrzyki, mruczenie i proste słowa. Nasza polityka zdaje się potwierdzać tę teorię. Z ta różnicą, że cofamy się właśnie ku pomrukom i gestom.

Każdy polityk przed kamerą lub mikrofonem musi zaistnieć, żeby przez te kilka lub kilkanaście minut zapamiętano go. Polityk wierzy, że to „zapamiętanie” przełoży się na głosy przy urnach. Szczególnie nerwowi w kwestii zaistnienia i zapamiętanie są przedstawiciele małych partii koalicyjnych, czyli tych które weszły do parlamentu na przyczepkę i dokładkę. Ci politycy rzeczywiście mają problem – muszą nadal być w koalicjach, a jednocześnie nieustannie zaznaczać swą odrębność. Dlatego są bardzo brutalni, dlatego robią groźne miny i zawsze mówią tak, jakby właśnie wypowiadali wojnę całej Europie. I Stanom Zjednoczonym. Trochę to zalatuje paranoją, ale tak właśnie jest. Co prawda ci mniejsi nie używają słów wulgarnych, ale szkodzą językowi wprowadzając niepotrzebnie napięcie, stawiając nawet sprawę wykałaczek na ostrzu noża. Taka postawa „mniejszych” rodzi napięcia u odbiorcy. Przy czym są to napięcia dwojakie. U swoich twardych zwolenników wywołują reakcję typu „Tak, ma k… rację!”  U swoich przeciwników natomiast wywołują protest klasy: „Co jest, k… „. W sumie sytuację małych podwieszonych do większych opisał już Julian Tuwim w wierszu „Tańcowały dwa Michały”:

Tańcowały dwa Michały,
Jeden duży, drugi mały.
Jak ten duży zaczął krążyć,
To ten mały nie mógł zdążyć.

Piszę o tym, bo nie trzeba używać wulgaryzmów, by niszczyć język debaty politycznej. Czasem wystarczy sam ton i groźna mina, bo one wywołują nastrój, który wzbudza najciemniejsze siły mózgowe.

Na przykład – kilka dziennikarek telewizyjnych, prowadzących rozmowy polityczne, wzdycha głęboko, przewraca oczami, targa swe włosy a nawet kręci głowami z niedowierzaniem, gdy usłyszą jakieś sądy od polityków, których nie lubią.

Sprawa zachowań „mniejszych partii” i dziennikarek jest ilustracją, że także pozajęzykowe środki komunikacji mogą być bronią niszczącą dobre obyczaje, dobry język debaty.

Elegancja językowa

Pewna pani Profesor mawiała: „Można oczywiście powiedzieć ‘wyciągam wnioski’, ale brzmi to brutalnie, jakby prokurator wyciągał konsekwencje. Czyż nie jest bardziej elegancko powiedzieć ‘wysnuwam wnioski’?”

Ciągle słyszę od polityków: „Pan kłamie”. A dlaczego nie powiedzieć: „Chyba mija się pan z prawdą.”

Mówią też: „Niech pan zauważy…”. Czyż nie można powiedzieć: „Proszę zauważyć?” Niech – jest rozkazujące i brutalne, a proszę… to jednak proszę.

Ostatnio usłyszałem: „Co mi pan tu opowiada?” Prawda, że to brutalny i prostacki zwrot? A można  powiedzieć: „Jestem zaskoczony pańską opinią”.

Wyjątki od reguły

Jest kilka wyjątków od reguły, nakazującej nieużywanie wulgaryzmów w „przestrzeni publicznej”. To literatura, teatr i film. Tam artysta – chcąc oddać rzeczywistość swoich czasów – ma prawo używać wszystkich słów, jakie zna ludzkość. Czasem artyści przesadzają, ale przesada to również sposób artystycznej wypowiedzi.

W ostatnich latach odbyło się kilka dużych awantur na linii władza – artyści. I oczywiście władza przegrała, dlatego że urzędnik – choćby bardzo uduchowiony – nigdy nie dorówna artyście. Bo sztuka jest osobnym światem, który nigdy nie podda się urzędniczym zakazom i nakazom. A po latach, po wiekach, nazwiska Szekspira i Moliera nadal będzie znane, ale nazwiska urzędników, którzy ich próbowali „ustawić” znikną z ludzkiej pamięci. I taka to różnica.

Więc – Drodzy Urzędnicy – zostawcie, dla Waszego dobra, artystów w spokoju. Niech klną, ubliżają a nawet bluźnią. Oni – artyści – w pewnym sensie są ponad prawem, a Wy nie.

Idzie ku dobremu

Wspominałem ostatnio, że modne stało się słówko „hub” – wymawia się hab, a po polsku znaczy tyle co „centrum, ośrodek”. Wspominałem ów „hub” jako przykład niepotrzebnego zangielszczania naszego języka. Niestety, nawet sam pan premier Matusz Morawiecki używa tego huba. I nagle, niespodziewanie a dobitnie 28 marca 2022 roku usłyszałem znowu ten „hub” z ust Szymona Hołowni, który twierdził, że Polska powinna stać się „hubem pomocy Ukrainie”.

Toż to już rewolucja, to znak, że ponadpartyjne porozumienie jest możliwe, że właściwie już zaistniało! Premier i szef dużej partii opozycyjnej mówią tak samo! Co prawda pierwszą ofiarą tego porozumienia jest nasz język, ale trudno… Politycznie idzie ku dobremu.

 

O wojnie na Ukrainie i reakcjach świata pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Kwadratura koła

Koniec wojny nieuchronnie się zbliżał. Pierścień zacieśniał się wokół zbrodniarzy. Ale w Auschwitz coraz więcej ludzi gazowano i palono. Myślący i coraz bardziej przerażeni generałowie niemieccy chcieli pozbyć się Hitlera. Ale nie potrafili tego zrobić. By ukryć zbrodnie popędzono na zachód strzępy ludzkie z obozów koncentracyjnych dobijając padających po drodze. Ich kości nie uszanowane leżą nadal w ziemi przy drogach marszów śmierci. Sojusznicy zwyciężyli ale tysiącom zbrodniarzy się upiekło. W luksusie dożywali nawet 100 lat.

Dziś każdego dnia w piwnicach Mariupola ludzie umierają tysiącami z głodu i wyczerpania. Świat patrzy na zdjęcia malutkich dzieci, których matki nie wiedzą co robić. Ruski bandyta chce ich wywieźć w głąb Rosji. Tak jak kiedyś wywożono na Sybir naszych.

Najważniejszy dziś człowiek świata, najważniejszym zjednoczonym pod parasolem obronnym mówi nie lękajcie się, powtarza to co było już powiedziane. Siedzą w fotelach ładnie ubrani, żyjący w dobrobycie i klaszczą. Tak, jesteśmy razem silni i nie oddamy piędzi ziemi. Za miedzą giną pobratymcy. Ale my nie możemy dopuścić do wywołania wojny. Trzeciej, czwartej.

Słowa. Dużo słów pada w pustej przestrzeni. Tak jak poświęcono więźniów obozów koncentracyjnych, bo ważniejsze było dobicie bestii, tak dziś poświęca się zagładzanych.

Rozpaczliwie prosi o prawdziwą pomoc, woła do świata niewysoki, nieogolony mężczyzna, który zaskoczył odwagą. Tak jak i jego współobywatele skutecznością obrony.

Jeszcze żyją pod gruzami Mariupola tysiące ludzi. Czy to miejsce ma pozostać na wieki tylko jako symbol? Jak Warszawa, Hiroszima? Ci wszyscy eleganccy przywódcy będą potem latami mądrzyć się, pisać i celebrować. Uratowali świat przed światową wojną. Będą składać wieńce.

Siedzą na dziedzińcu spalonego, ale przecież odbudowanego Królewskiego Zamku i słuchają. Mówią o karze jaka ma spotkać zbrodniarza. Pertraktują. Nie chcą zamknąć nieba nad druzgotanym krajem. Wyliczają ileż to pieniędzy już dali.

Ilu jeszcze ludzi ma być wymordowanych. Odważni dziennikarze to wszystko pokazują. Świat nie chciał słuchać Karskiego i Zygielbojma. Bogaci Żydzi odwracali się od Żydów skazanych na zagładę. Francuskie fabryki produkowały dla Hitlera. Świat syty chciał i chce pozostać bezpieczny. Boi się, że rozjuszona bestia już się nie cofnie. Sprawca siedzi pod ziemią i narzuca swą wolę. Straszy bronią zagłady – atomem, parszywymi bombami. Chodorkowski, też były miliarder, który doświadczył zemsty gada – mówi, że tylko siłą można temu zapobiec. Słuchamy tego, ale nie słyszymy.

Naczelny ważnego polskiego periodyku mówi telewizji, że nie ma dowodów na zbrodnię smoleńską, że to w ogóle nie czas by Kaczyński o tym mówił. Wyśmiewa się polską propozycję. Kolumny tirów wiozą przez Białoruś towar, a „biznesmeni” zasilają i tak już miliardowe konta moskiewskie zarabiając na surowcach kopalnych. Oni są prywatni i nasze zagrożone państwo nie może nic z tym zrobić.

Gdy bandyta goni z nożem wołającego pomocy człowieka a inni stoją gapiąc się bezczynnie, dzwoniąc jedynie na policję i pogotowie do zakrwawionej ofiary – czy są jeszcze ludźmi, czy tylko tchórzami.

I jeszcze jedno. Czy aby powodem połączonym z wyrachowaniem, nie jest argument, że – choć zbrodnicza – Rosja jest zaporą przed chińskim zalewem. Przywódcy świata upodobniają się do śmiesznych francuskich prezydentów ostatnich lat – petainopodobnych (Petain – bohater I wojny światowej, a potem kolaborant Hitlera – ST). Jeden z nich człapie już tylko po mieszkaniu z obrożą karną, a kandydat na reelekcję uparcie dzwoni do Moskwy. Orban boi się powtórki Budapesztu. Merkel poszła precz osierocając swojego polskiego ulubieńca. Nikt jej już nie słucha. Jej następca ma tyle charyzmy co włosów na głowie i też przestępuje z nogi na nogę. Oni wszyscy się boją. I jeszcze mówią, że to polityka. Nie wiadomo tylko czy to znaczy mądrość, puste gadanie czy ślepotę?

Społeczeństwo naszego kraju już spisało się godnie, po ludzku. Tylko nieliczni zaprzańcy działają według zasady „im gorzej tym lepiej”.Rywalizację wewnętrzną chcą wygrać obcymi łapami.

Niestety, nie ma już Kilińskiego, Kościuszki, Traugutta. Owszem – prezydent, premier są aktywni. Dwa kroki naprzód, ale potem krok wstecz. Czy nasi wybrańcy nas obronią skoro nie potrafią dać rady bezczelnemu kłapaniu kłamstw przez tych, którzy jeszcze przed chwilą mizdrzyli się do Putina?

Guru prawicy odezwał się nieśmiało. Ale – choć oczywiście ma rację – nawet ta minimalna przecież, ale konkretna propozycja została zlekceważona. Odzywają się coraz głośniej i bez wstydu ci, którzy w ogóle już nie powinni się odzywać. Podnoszą w Brukseli łapy przeciwko Polsce. Niemieckie zasady w sądownictwie ich nie rażą, torpedują za to podobne w Polsce.

Jak można brać udział w szkodzeniu własnemu krajowi? Czy popycha do tego świadomość bezkarności towarzyszy.

Delikatna władza chce być wzorowo demokratyczna. Zapomina, że nienawiść zaślepia. Złe dobrem zwyciężaj. Piękne przesłanie. Tyle, że najpierw trzeba wygrać. Chwalą Polaków. Bo to nic nie kosztuje. Znowu jesteśmy przedmurzem. Ale chińskiego muru nie zbudowaliśmy. Pożyczone Patrioty nie wystarczą.

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Rosja, Polska, Ukraina – Starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (5). Ukraina – między kontynentami wolności i niewoli

Ukraińcy przez wieki mieli do czynienia z dwoma wzorcami mentalności i wolności obywatelskiej – mongolskim i europejskim. Wzorzec mongolski reprezentowali wobec nich Rosjanie, a europejski Litwini, Polacy i Austriacy. Teraz historia zrobiła koło i Rosjanie znowu chcą z Ukraińców zrobić element swojego mrocznego imperium, w którym władza może wszystko – zostawiając oczywiście poddanym możliwość bardziej lub mniej entuzjastycznego popierania tej władzy. Ukraina już dawno dokonała wyboru i nie chce żyć między kontynentami wolności i niewoli. Oni chcą być po prostu wolni.

Ukraińska droga do wolności była trudna, bo tak Rosjanie, jak Litwini i Polacy, traktowali ukraińskie tereny jako swoje łupy. Natomiast dla wielonarodowego imperium Austro-Węgier Ukraińcy byli tylko jednym z wielu narodów słowiańskich, które trzeba było trzymać w ryzach siłą i prawem. Niemniej lekcja wzorów wolności obywatelskiej jakiej Ukraińcy doświadczyli najpierw ze strony Polski, potem Austro-Węgier, była na tyle atrakcyjna, że wzmagała dążenia do niepodległości państwowej i wolności osobistej Ukraińców.

Początki spraw polsko-ukraińskich

W XIV wieku spustoszonymi przez Tatarów terenami księstwa halicko-wołyńskiego, zainteresowały się: Litwa, Polska, Węgry, a nawet Krzyżacy. Lwów od 1349 r. był polskim miastem, ale trzeba wiedzieć, że prawa Kazimierza Wielkiego do ziemi halickiej były dość umowne, wynikały bowiem z zawartej w 1338 r. w Wyszehradzie polsko-czesko-węgierskiej umowy o rozbiorze księstwa wołyńsko-halickiego. Ruś Halicką zajął zatem Kazimierz Wielki, Wołyń wzięła Litwa. Pisząc „zajął” popełniamy jednak pewne nadużycie, bo wojna z Ukraińcami trwała 16 lat.

Natomiast Ruś Kijowska najpierw dostała się pod kontrolę Złotej Ordy, po czym Kijów – w odróżnieniu od Moskwy – w 1363 r. zdołał się poddać zwierzchnictwu Litwy. Nad pogańskimi Litwinami Rusini mieli wyraźną przewagę cywilizacyjną. Byli ochrzczeni, mieli pismo i doświadczenie administracyjne. To dlatego jeszcze w czasach Jagiellonów buchalteria w Wielkim Księstwie była prowadzona w języku ruskim.

W polskiej pamięci historycznej Litwa to „polski raj”, a Ukraina to „polskie piekło” – pisze Adam Krzemiński w POLITYCE. Ukraina to pole ekspansji, po której pozostał barok katolickich kolegiat, magnackich pałaców, żydowskich synagog, a w literaturze „ukraiński romantyzm”: Goszczyński, Słowacki, Sienkiewicz. Ale także krwawe rzezie w czasie powstania Chmielnickiego 1648 r., koliszczyzny (powstanie kozackie z 1768 r.), aż po Wołyń i Akcję Wisła w latach 1943–47. U nas oblicza się, że w czystkach etnicznych w latach 1943–47 zginęło 100 tys. Polaków i 20 tys. Ukraińców.

Taras Szewczenko, narodowy poeta ukraiński, autor „Hajdamaków”, opiewających rżnięcie polskich panów w XVIII w., pisał w 1845 r. Z goryczą: „Myśmy Polskę powalili. Ongiś. Za to chwała… Święta prawda. Polska padła. I was pogrzebała”.

Przez kilka wieków, aż do rozbiorów, Polska traktowała Ukrainę jako tereny kolonialne. Przede wszystkim nigdy nie chciała dać wolności kozakom. Bano się utworzenia stanu równego szlachcie, lub przynajmniej niezależnego od szlachty. I tak zaprzepaszczono szansę na bycie konkurencyjnym wobec Rosji mocarstwem.

Moje smutne rozbawienie budzi fakt, że w okresie międzywojennym prasa wszystkich odłamów pisała o „polskim żywiole na wschodzie”, o „polskim duchu państwowotwórczym na wschodnich krańcach Rzeczypospolitej”. Te metafizyczne teksty miały uzmysłowić Polakom – bo przecież nie Ukraińcom i Białorusinom – że jest dobrze, że mamy prawo do rządzenia Ukraińcami i Białorusinami. Bywały też teksty nieoficjalne, które bardziej niż administracja mówiły prawdę o naszym stosunku do Ukrainy. „Po majątki na Podole, Pułk szesnasty rusza w pole”.  Warto tę żurawiejkę zapamiętać, ku nauce, że trzeba uważać na to co się śpiewa.

Nowożytna historia polsko-ukraińska

Nowożytna historia polsko-ukraińska zaczęła się w 1569 r., gdy Litwa – na mocy Unii Lubelskiej – przekazała Polsce swe południowe rubieże: Wołyń, Podole, Kijowszczyznę i Zadnieprze. Wtedy też wytyczono dzisiejszą granicę białorusko-ukraińską.

Trzeba zaznaczyć, że z Unią Lubelską powstał spójny obszar. Zboże z Ukrainy mogło płynąć do Gdańska i dalej. Polska szlachta, żydowscy dzierżawcy, włoscy artyści – malarze i architekci, niemieccy rzemieślnicy szeroką fala zaczęli napływać na Ukrainę. Język polski stał się językiem kultury wysokiej, politycznych i teologicznych rozpraw. Na założonej przez Piotra Mohyłę prawosławnej Akademii Kijowskiej polemiczne traktaty pisano po polsku, a poezja Kochanowskiego była wzorem dla nowej słowiańskiej stopy metrycznej.

Ala nie ze wszystkim było tak dobrze. Stało się tak, że cała klasa polityczna ówczesnej Rzeczypospolitej nie dorosła do poważnych politycznych wyzwań. Może dlatego, że unia Polski z Litwą była wynegocjowana przez równych partnerów; katolicyzm przenikał stopniowo, a statuty litewskie chroniły miejscową własność ziemską. Natomiast przyłączenie Ukrainy do Polski było gwałtowne – i spowodowało cywilizacyjny szok. Ukraina była chłopska, bo szlachta stanowiła tam ledwie 2 procent i szybko się polonizowała. Nastąpiło rugowanie chłopów ukraińskich z ich ziemi, która następnie dzierżawiono Żydom. W ten sposób powstała klasa „ukraińskich królików”, którzy stali się panami latyfundiów i fortun, podczas gdy prawosławne chłopstwo popadało w nędzę, w pańszczyźnianą niewolę lub uciekało na Dzikie Pola. Próby spolonizowania ukraińskiego chłopstwa i narzucenia mu wyznania rzymskokatolickiego nie powiodły się, ale spowodowały ogromne napięcia na tle wyznaniowym i trwałą wrogość.

Zwróćmy uwagę, że powstanie Chmielnickiego w 1648 roku, miało trzy główne hasła: I. walka o godność o sprawiedliwość, której symbolem był polski szlachcic – najczęściej spolonizowany Ukrainiec; II. walka z obcym wyzyskiem – czyli z Żydami, dzierżawcami i kupcami; III. walka z antychrystem – z jezuitami i katolickimi księżmi.

Co do problemu żydowskiego – Żydzi na Ukrainie nie byli akceptowani, bo stali się trzecią klasą, pośrednikami pomiędzy szlachtą a chłopami, czyli bezpośrednim narzędziem ucisku. To Żydzi ściągali podatki, oni – w imieniu pana – odbierali też dobytek i ziemię za długi. „Doszło nawet do tego, że – jak pisze żydowski historyk H. Graetz w „Historii Żydów”, Warszawa 1929 – szlachta dzierżawiła Żydom cerkwie, skutkiem czego Rusin, chcący w cerkwi ochrzcić dziecko lub wziąć ślub, musiał uiszczać dzierżawcy, czyli Żydowi odpowiednią opłatę”.

Próba przekształcenia Rzeczpospolitej Obojga Narodów miała miejsce w roku 1568 w Hadziaczu. Jednak ugoda hadziacka, mimo że ratyfikowana przez Sejm, nie została wprowadzona w życie, a kwestia ukraińska przez cały XVIII w. była dla Moskwy pretekstem do ingerencji, w końcu do rozbiorów.

Nigdy nie powstała stabilna unia polsko-ukraińska, choć parę razy o niej mówiono, a raz nawet – w 1920 r., gdy Piłsudski z Petlurą ruszał na Kijów – spróbowano ją zmontować. Zresztą, po wojnie o Lwów w 1918 roku, nie można się już było oczekiwać od Ukraińców poparcia polskich planów federalizacji. Jest też faktem, że także strona polska jakoś nie bardzo wierzyła w federację polsko – ukraińską, czego dowodem było odstąpienie od kwestii ukraińskiej przez Polaków, w czasie negocjacji nad pokojem ryskim w 1921 roku. Wyszło na to, że polscy negocjatorzy pilnowali wyłącznie własnego interesu narodowego.

Państwowotwórcza myśl polska u zarania niepodległości.

Białorusini i Ukraińcy u schyłku pierwszej wojny światowej podejmowali próby utworzenia własnych państw narodowych. Nie zdołali, ale pamięć o tych zamierzeniach w obu narodach pozostała żywa.

W wyniku wojny polsko-radzieckiej część terytorium Białorusi i Ukrainy znalazła się w granicach Polski. Za wschodnią granicą powstały sowieckie republiki Białorusi i Ukrainy, które wprawdzie stanowiły atrapę państwowości narodowych, lecz oddziaływały propagandowo na słowiańskie mniejszości w Polsce.

Problem narodowościowy należał do najtrudniejszych w polityce wewnętrznej II Rzeczypospolitej. Wywoływał liczne spory między głównymi obozami politycznymi. Rodziło się wiele pomysłów w sprawie integracji ziem zamieszkałych przez ludność niepolską, wszystkie jednak przewidywały działania na rzecz unifikacji państwa. Elity białoruskie i ukraińskie oczekiwały natomiast daleko idącej autonomii dla obszarów zamieszkałych przez tę ludność. Konflikt zatem był nieunikniony i wynikał z wzajemnie wykluczających się aspiracji Polaków i słowiańskich mniejszości narodowych.

Najbardziej spójny, a jednocześnie utopijny, program rozwiązania problemów narodowych Polski miała Narodowa Demokracja. Jeden z przywódców tego nurtu – Roman Dmowski – jeszcze na początku XX wieku stworzył podwaliny polskiej ideologii narodowej oraz katalog zasad postępowania wobec mieszkających w sąsiedztwie narodów.

Dmowski dostrzegał odrębność kulturową Litwinów, Białorusinów i Ukraińców, lecz nie wierzył w zdolność zbudowania przez nich własnych państw narodowych i był przekonany o możliwości ich całkowitej asymilacji w kulturze polskiej.

Pojawiające się na początku XX stulecia hasło „samostijnej Ukrainy” uważał nie za przejaw rozwoju świadomości narodowej ludu ukraińskiego, lecz produkt polityki austriackiej, który łatwo mógłby być zastąpiony jakimś wytworem polityki polskiej. Intryga austriacko-niemiecka stanie się wkrótce wśród polskich elit politycznych dość powszechną interpretacją pojawienia się problemu ukraińskiego.

Dmowski, chociaż uznawał nadrzędność interesów narodowych nad państwowymi, wychodził z założenia, iż państwa tworzą narody i w tym upatrywał możliwości naturalnej asymilacji – pisze Eugeniusz Mironowicz w „Białorusini i Ukraińcy w polityce obozu piłsudczykowskiego”, Wydawnictwo Uniwersyteckie Trans Humana, Białystok 2007. – Głównym czynnikiem wpływającym na te narody miała być siła oddziaływania przyjaznych im instytucji państwa polskiego. Wzorem dla asymilacji Białorusinów i Ukraińców miała być praktyka polityki przedrozbiorowej Rzeczypospolitej wobec szlachty Wielkiego Księstwa Litewskiego, która zakończyła się jej polonizacją. Tą samą drogą do polskości – zdaniem Dmowskiego – należało przeprowadzić masy białoruskiego i ukraińskiego ludu. Nie uwzględniał on jednak (nie mógł przewidzieć) szybkiej ewolucji ruchów narodowych wśród społeczności, które w XIX wieku nie zdradzały większych aspiracji politycznych.

Według Dmowskiego państwo polskie na wschodzie winno obejmować Litwę w granicach etnograficznych z Kownem, powiększone ponadto o Tylżę, Kłajpedę i kurlandzką Lipawę oraz Wileńszczyznę, Grodzieńszczyznę, południowe Inflanty z Dyneburgiem, środkową Białoruś z Mińskiem, Słuckiem, Bobrujskiem, Borysowem, Drysą i Połockiem, Polesie z Mozyrzem, Wołyń, Podole z Kamieńcem Podolskim, Płoskirowem, Uszycą i Barem. Inni przywódcy tworzącego się obozu endeckiego – Jan Ludwik Popławski, Zygmunt Balicki – rozważali możliwość tworzenia państwa narodowego w granicach przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Problem wyraźnie występującej przewagi ludności niepolskiej na kresach wschodnich Popławski proponował rozwiązać poprzez stworzenie odpowiednich warunków do jej emigracji. Chodziło głównie o Ukraińców i Żydów. Białorusinów uważał za element na tyle bierny i zauroczony kulturą polską oraz wyznaniem katolickim, że nie stanowił żadnego zagrożenia dla polskości.

Na przełomie XIX i XX wieku wykrystalizowały się także koncepcje polskich socjalistów. Przywódcy Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS) od chwili powstania organizacji mówili o „całkowitym równouprawnieniu narodowości wchodzących w skład Rzeczypospolitej na zasadzie dobrowolnej federacji”. Popieranie separatystycznych dążeń narodów wchodzących w skład imperium Romanowych stało się zasadą polityki PPS – E Mironowicz, ibidem.

Celem tej partii nie było oczywiście spełnienie aspiracji narodowych elit litewskich, białoruskich czy ukraińskich, lecz osłabienie Rosji. Socjaliści z PPS skłonni byli wspierać rodzące się ruchy narodowe, białoruski, litewski i ukraiński, jako potencjalnych sojuszników w walce z Rosją.

Na początku XX wieku grupa działaczy PPS skupionych wokół Józefa Piłsudskiego wysunęła koncepcję stworzenia państw Litwy, Białorusi, Ukrainy, oddzielających Polskę od Rosji, a jednocześnie politycznie, militarnie i ekonomicznie związanych z Polską. W zasięgu federacyjnego państwa widziano Rygę, Witebsk, Mohylew, Żytomierz, Kijów oraz Zadnieprze. Rozwiązanie takie miało pogodzić dążenia niepodległościowe Polaków i zaspokoić aspiracje narodowe Białorusinów, Litwinów i Ukraińców. Zakładano, że akces do federacji będzie miał charakter dobrowolny, a głównym architektem tej wspólnoty politycznej narodów będą Polacy. Podstawą tej koncepcji było przekonanie, że narody te nie są zdolne do samodzielnego tworzenia własnych państw, i że jedynie przy udziale czynnika polskiego mogą uzyskać narodową podmiotowość.

W tym względzie – pisze E. Mironowicz, ibidem – postrzeganie sąsiednich narodów przez socjalistów niewiele różniło się od stanowiska narodowców. Piłsudski zaliczył je do narodów „niehistorycznych”, dla których przywództwo polskie było naturalną koniecznością. W programie socjalistów nie było jednak odpowiedzi na pytanie, jak mieliby zachować się Polacy, gdyby Litwini, Białorusini lub Ukraińcy opowiedzieli się za innym rozwiązaniem.

Zwróćmy uwagę, że mówiąc o „narodach niehistorycznych” Piłsudski stawiał Polskę wyżej na Białoruś i Ukrainę, bo oba te narody nie stworzyły wcześniej własnych państw. Jeżeli nie jest to nawet paternalistyczny kolonializm na wzór angielski, to z całą pewnością jest to klasyczna polska megalomania. Bo w końcu mniejszą sztuką jest założyć państwo, większą jest utrzymać je.

Z kolei przywódcy Polskiego Stronnictwa Ludowego „Piast” (PSL- „Piast”) szukali drogi pośredniej. Wincenty Witos dostrzegał wprawdzie dobrodziejstwa płynące z utworzenia krajów oddzielających Polskę od Rosji, lecz uważał, że żadna piędź polskiej ziemi nie może być przyłączona do tych państw. Ziemia określana przez Witosa jako polska zamieszkała była także przez Białorusinów i Ukraińców, którzy niekiedy stanowili tam większość. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości dla PSL „Piast” najważniejsze było umocnienie polskiego stanu posiadania poprzez osadnictwo wojskowe i cywilne, sprawną administrację, zwalczanie odśrodkowych dążeń ludności białoruskiej i ukraińskiej oraz jej polonizację. Wbrew deklaracjom programowym o zapewnieniu równości obywatelskiej dla mniejszości słowiańskich, PSL „Piast” opowiadał się za ograniczeniem ich praw wyborczych, a tym samym wpływu na bieg spraw państwowych.

Zdaje mi się, że najbardziej szczerzy byli przedstawiciele pierwszej administracji polskiej na ziemiach białoruskich (Zarządu Cywilnego Ziem Wschodnich). Na przykład Władysław Studnicki otwarcie głosił, że ziemie wschodnie były potrzebne Polsce do ich kolonizacji. Zaangażowanie Polski na Białorusi i Ukrainie to ekspansja kolonialna, konieczna ze względów gospodarczych, która w końcowym efekcie miała stworzyć przestrzeń do osadnictwa polskiego. Federacja nie mogła zatem wchodzić w rachubę, ponieważ żadne państwo sprzymierzone unią z Polską nie wyraziłoby zgody na kolonizację swoich ziem.

Można zatem powiedzieć, że z takim bagażem historycznych obciążeń wstąpiła Polska na drogę życia w państwie wielonarodowościowym.

Sprawy polsko – ukraińskie po I wojnie światowej.

Polska w okresie międzywojennym była jednym z państw w Europie posiadających największy odsetek mniejszości narodowych. Ponad 11 mln ludzi, około 35 proc. obywateli, posługiwało się w życiu codziennym innym językiem niż polski. Najliczniejsze narody mieszkające w granicach II Rzeczypospolitej to Ukraińcy (5,1 mln), Żydzi (3,1), Białorusini (2,0 mln), Niemcy (0,8 mln).

Sprawy polsko-ukraińskie od początku poszły najgorzej jak tylko można było sobie wyobrazić. Wojna o Lwów dla Polaków stała się jednym z mitów założycielskich odzyskanej państwowości, ale dla Ukraińców ta przegrana walka stała się wyzwaniem do dalszej walki. Dlatego też przez całe dwudziestolecie międzywojenne ukraińskie organizacje samorządowe, edukacyjne, paramilitarne, partie narodowe i nacjonalistyczne czciły pamięć poległych bohaterów i wzywały do dalszej walki. Tym samy wojna polsko-ukraińska o Lwów stała się zarzewiem nowych konfliktów.

Problem z tym epizodem polskich zmagań o niepodległość jest duży. Oczywiście Lwów był stolicą Galicji w czasach Austro-Węgier, był miastem, w którym dominowali Polacy, ale już tereny wokół Lwowa polskie nie były. Popatrzmy na dane Rocznika Statystycznego z 1937 roku, który podawał stan z roku 1931.

Zaznaczmy jednak, że administracja polska poszerzyła województwo lwowskie o tereny małopolski, które były historycznie polskie i zasiedlone przez Polaków.

Ludność Polski według języka ojczystego w 1931 roku – język ojczysty ogółem, w procentach:

polski – 68,9; ukraiński – 10,1; ruski – 3,8; białoruski – 3,1; rosyjski – 0,4; niemiecki – 2,3; inne – 2,8

Zwróćmy uwagę, że powyższe dane dotyczą terenu całej międzywojennej Polski. Jednakże w województwach wschodnich jest oczywiście inaczej.

WOJEWÓDZTWO WOŁYŃSKIE

Ogółem: polski – 16,6; ukraiński – 68,0

Miasta: polski – 27,5; ukraiński – 16,1

Wieś: polski – 15,1; ukraiński – 75,2

 WOJEWÓDZTWO LWOWSKIE

Ogółem: polski – 57,7; ukraiński – 18,5

Miasta: polski – 63,5; ukraiński – 7,4

Wieś: polski – 55,8; ukraiński – 22,2

 WOJEWÓDZTWO STANISŁAWOWSKIE

Ogółem: polski – 24,4; ukraiński – 46,9

Miasta: polski – 40,8; ukraiński – 18,7

Wieś: polski – 17,9; ukraiński – 53,9

WOJEWÓDZTWO TARNOPOLSKIE

Ogółem: polski – 49,3; ukraiński – 25,1

Miasta: polski – 58,3; ukraiński – 10,3

Wieś: polski – 47,4; ukraiński – 28,1

Podobny podział jest w ujęciu deklarowanego wyznania, choć trzeba tu zauważyć, że wiele osób deklarujących język polski jako rodzimy, przedstawiało się jako osoby prawosławne. Mamy tu bowiem do czynienia z faktem, że nie tylko wyznanie rzymskokatolickie oznaczało bycie Polakiem.  Przynależność narodowa jest zjawiskiem bardziej skomplikowanym.

Ludność Polski według wyznania w 1931 roku – wyznanie w Polsce ogółem, w procentach

rzymsko-katolickie – 64,8; greckokatolickie – 10,4; prawosławne – 11,8; ewangelickie – 2,5; mojżeszowe – 9,8

 WOJEWÓDZTWO WOŁYŃSKIE: rzymsko-katolickie – 15,7; prawosławne – 69,8

WOJEWÓDZTWO LWOWSKIE: rzymsko-katolickie – 46,3; greckokatolickie – 41,7

WOJEWÓDZTWO STANISŁAWOWSKIE: rzymsko-katolickie – 16,0; greckokatolickie – 72,0

WOJEWÓDZTWO TARNOPOLSKIE: rzymsko-katolickie – 36,7; prawosławne – 54,5

 Problem ze strukturą ludności terenów wschodnich II Rzeczypospolitej był duży. Czy można było ten problem lepiej rozwiązywać? Nie wiem, ale jest pewne, że polskie rządy jedynie pozorowały działania.

W praktyce podstawą polityki władz wobec mniejszości narodowych stała się doktryna Romana Dmowskiego. Jak zauważył badacz ukraiński „…w sprawach narodowych, żaden odpowiedzialny polityk polski nie przejawił odwagi pójść przeciwko otumanionej endeckimi hasłami ulicy” –  M. Hietmanczuk, Ukraińśkie pytannia w radianśko-polśkich widnosinach 1920-1939 r., Lwiw 1998, s. 206.

Stanisław Cat Mackiewicz zwycięstwo doktryny Dmowskiego łączył z wynikiem wojny polsko-bolszewickiej. „Konsekwencje polityczne traktatu ryskiego – pisał – narzucały się z żelazną siłą polityce wewnętrznej Polski. Polska polityka narodowościowa zejdzie na tory doktryny Dmowskiego, będzie się dążyło do państwa jednolicie narodowego, i z tego toru nie zejdziemy już nigdy” – St. Mackiewicz (Cat), Historia Polski…, s. 130

W rzeczywistości idea federalizacji, o której tak chętnie mówili polscy politycy, była całkowicie martwa „Polska administracja – pisze historyk ukraiński Wołodymyr Łytwyn, Ukraina: międzywojenna doba (1921-1938), Kyiw 2003, s. 407 – żadną miarą nie zamierzała przebudowywać państwa. Ona zdecydowanie obrała kurs na integrację wschodnich kresów w ramach polskiego państwa narodowego. To oznaczało, że miejscowa ludność wcześniej, czy później musiała się polonizować i wyrzec się swojej tożsamości narodowej. (…) Polskie elity polityczne przejawiły ogromną wolę, determinację i umiejętność konsolidacji, aby odnowić państwowość utraconą w XVIII wieku. Ale ani elity polityczne, ani społeczeństwo polskie w całości nie wiedziały jak odnosić się wobec Ukraińców – czy tak, jak do wrogów wewnętrznych, zagrażających istnieniu państwa, czy tak, jak do współobywateli, którzy posiadają nie tylko obowiązki, lecz także prawa. Ostatecznie górę brał ekstremizm endeków, którzy okazali się najbardziej wpływową partią w międzywojennej Polsce”.

Szybko zbudowano aparat administracyjny, zdominowany przez urzędników z województw centralnych nieznających języka, mentalności i obyczajów miejscowej ludności. Spośród 283 urzędników zatrudnionych na początku 1923 roku w zarządach powiatowych i wojewódzkim 274 było Polakami. Nie sprzyjało to bynajmniej poprawnemu ułożeniu relacji z dominującą na terenie województwa ludnością ukraińską.

Nieudolność administracji oraz pogardliwy stosunek urzędników wobec ludności ukraińskiej doprowadziły do skrajnych napięć na tle narodowościowym. W 1924 roku m.in ze względu na wystąpienia antypaństwowe na Wołyniu rozważano nawet możliwość wprowadzenia stanu wyjątkowego w województwach wschodnich.

Z każdym rokiem, wobec braku nadziei na zmianę ich sytuacji, narastały wśród Ukraińców tendencje separatystyczne.

Nie będziemy tu wchodzili w szczegóły, powiemy tylko, że odpowiedzią polskiej administracji na manifestacje, tajne druki ukraińskie, na zebrania polityczne narodowych partii ukraińskich, na bunty i strajki było wzmożenie policyjnej inwigilacji tych organizacji.

W latach trzydziestych w dokumentach rządowych występowało wiele określeń przejętych z publicystyki Jędrzeja Giertycha, jednego z ideologów Obozu Wielkiej Polski. Asymilację uznawał on za rzecz nieodzowną i konieczną. Prawo do posiadania kresów wschodnich – pisał – dawała Polakom „przewaga moralna i cywilizacyjna”. Giertych proponował konsekwentne nazywanie języka białoruskiego i ukraińskiego regionalnymi gwarami języka polskiego, zastąpienie cyrylicy alfabetem łacińskim, tworzenie szkół utrakwistycznych (dwujęzykowych) z zaznaczeniem, że nauczanie odbywa się w polskim języku literackim i miejscowej gwarze. Od szczebla gimnazjum szkoły miały być wyłącznie „w języku literackim”. Najlepszą metodą na powstrzymanie rozwoju tendencji separatystyczny Ukraińców i Białorusinów – uważał Jędrzej Giertych – powinno być powołanie instytucji sądów doraźnych oraz rozszerzenia uprawnień policji i administracji kresowej.

Jawne partie i organizacje ukraińskie stawiały władzom państwowym zarzuty, że nie realizują własnych deklaracji. Ukraińcy wskazywali na trzy poważne problemy, które mogłyby być rozwiązane, lub rozwiązywane:

  1. Edukacja i narodowy język

Wprawdzie na terenach wschodnich RP istniało szkolnictwo w języku ukraińskim, ale rządy miały liczne pomysły na ograniczanie ukraińskiego szkolnictwa narodowego. Realizując endecki program, władze chętniej widziałyby język polski jako podstawowy i główny. Dla ukraińskiego widziano rolę jedynie uzupełniającą i marginalną.

Odezwa UTP „Ridna Szkoła” z lipca 1926 roku zaczynała się słowami: „Ukraiński Narodzie! Rząd polski z chwilą objęcia władzy nad naszą krainą, postawił sobie za cel znieść nas z powierzchni ziemi”. Środkiem prowadzącym do zniszczenia narodu ukraińskiego, według autorów odezwy, było szkolnictwo i zatrudnieni tam sadystyczni nauczyciele, którzy, nie uciekając się także od przemocy fizycznej, wpajali dzieciom ukraińskim obcy dla nich język, uczyli poszanowania dla obcej tradycji i pogardy dla własnej.

Konfidenci donosili, że na zebraniach UNDO – Ukraińskie Zjednoczenie Narodowo-Demokratyczne, partia polityczna istniejąca latach 1925–1939 – i innych partii mówi się wyłącznie o krzywdach ukraińskich, braku szkół, zabieraniu świątyń prawosławnych na Wołyniu i Chełmszczyźnie, wrogich Ukraińcom postawach ludzi reprezentujących państwo polskie. Polscy urzędnicy mówienie na ten temat oceniali jako przejaw ukraińskiego szowinizmu.

W październiku 1926 roku starostowie systematycznie konfiskowali kolejne nakłady gazet i czasopism ukraińskich, w których doszukano się treści antypaństwowych. Konfiskowano nawet wtedy, gdy zarzuty dotyczyły treści publikowanych interpelacji lub przemówień poselskich. Zakres ingerencji urzędników powiatowych był tak duży i nieuzasadniony, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, upomniało starostów, że zbyt częste ograniczanie wolności słowa dla mniejszości narodowych i stosowanie bez istotnych powodów barier formalnych do wstrzymywania druku było sprzeczne z intencjami rządu i zasadami cenzury.

Kolejne rządy przed majem 1926 roku próbowały szukać w tej sprawie kompromisu między oczekiwaniami Ukraińców i polską opinią publiczną, zdecydowanie niechętną wszelkim koncesjom na rzecz tej mniejszości. Gabinet Władysława Grabskiego wysuwał propozycje powołania Instytutu Ruskiego w ramach Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kolejne rządy uparcie trzymały się tej koncepcji, która dla Ukraińców była rozwiązaniem połowicznym i daleko odbiegającym od ich oczekiwań. Ukraińcy chcieli Uniwersytetu Ukraińskiego we Lwowie.

W Sejmie posłowie polscy z Galicji podkreślali, iż rząd i wszystkie władze państwowe chcą i są gotowe utworzyć oraz finansować Uniwersytet Ukraiński, lecz na takich samych zasadach, na jakich funkcjonują uczelnie polskie. Potrzebne były przede wszystkim odpowiednie kadry, „a materiału ludzkiego na ludzi nauki nie widzimy” – mówił poseł Artur Haban. Zwracał on też uwagę  na fakt małego zaangażowania studentów narodowości ukraińskiej, którzy swoją aktywność naukową ograniczali do zdawania egzaminów. Najczęściej odpowiadano Ukraińcom, że powołanie samodzielnego uniwersytetu oddala się nie z powodu złej woli rządu polskiego, lecz zacofania intelektualnego społeczeństwa ukraińskiego.

Drugą formalną przeszkodą była próba nadania uczelni nazwy „Uniwersytet Ukraiński”. Posłowie zwracali uwagę, że ukrainizm jest bardziej zjawiskiem politycznym nie kulturowym. Ustawa o szkolnictwie z 1922 roku przewidywała utworzenie „Uniwersytetu Ruskiego”. Zwracano uwagę, że podczas spisu powszechnego jedynie 7 proc. ludności nazwało swoją narodowość ukraińską, pozostali określili się Rusinami. Sugerowano, że najlepiej byłoby, gdyby Ukraińcy kształcili się na uczelniach polskich, wówczas otrzymywaliby wiedzę zamiast agitacji. „Kurier Warszawski” opublikował wywiad z ministrem WRiOP Stanisławem Grabskim, w którym wysoki urzędnik państwowy udowadniał, że sprawa Uniwersytetu Ukraińskiego nie wynika z potrzeb kulturalnych ludności, lecz ambicji polityków.

We Lwowie, Stanisławowie i Przemyślu odbyły się manifestacje ludności polskiej przeciwko planom lokalizacji uczelni ukraińskiej na terenie Galicji Wschodniej. Wobec niemożliwości rozwiązania problemu ukraińskiego szkolnictwa wyższego, partie ukraińskie organizowały tajne nauczanie.

W odpowiedzi urzędnicy, wojskowi i policjanci skupiali się na tym, żeby jeszcze bardziej zacieśnić kontrolę nad społeczeństwem ukraińskim.

Stanowisko zajmowane przez lokalnych urzędników uniemożliwiało jakikolwiek dialog między obu grupami narodowymi, spychało inteligencję ukraińską w stronę radykalnej opozycji antypaństwowej, budowało wrogie sobie mitologie narodowe. Władze lokalne traktowały organizacje ukraińskie jako zło konieczne, wymuszone przez ustawodawstwo państwowe.

  1. Reforma rolna

Niezadowolenie wśród mas ukraińskich chłopów budziła bieda, a nawet skrajna nędza wsi. Przypomnę, że w okresie dwudziestolecia międzywojennego Sejm dwa razy ogłaszał parcelację majątków rolnych. Najpierw w roku 1920 uchwalono ustawę o reformie rolnej. Ponieważ jednak naruszała ona konstytucję po raz drugi głosowano sprawę w roku 1925.

Zasadą był wykup ziemi obszarniczej przez państwo, jej właścicielom  płacono ½ ceny rynkowej. Chłopom zaś udzielano kredytów w wysokości 75 procent wartości przejmowanej ziemi, a raty rozłożono na 40 lat.

Do roku 1939 rozparcelowano 2,7 ml hektarów ziemi. Dla porównania – reforma rolna w PRL objęła 6,1 mln hektarów ziemi. Przy czym po II wojnie światowej nie było już w Polsce tak wielkich latyfundiów, jakie były przed wojną na ówczesnych ziemiach wschodnich.

Na podstawie  reformy rolnej premiera Grabskiego z 1925 roku, rozparcelowano 1/5 ziemi należącej do majątków ziemskich. Według Rocznika Statystycznego w 1921 roku chłopi mieli w posiadaniu 13,5 mln hektarów ziemi rolnej, a wielcy właściciele ziemscy 6 mln hektarów.

Problem „z głodem ziemi” był bardzo poważny, szczególnie w dawnych zaborach rosyjskim i austriackim. Tam wiele rodzin chłopskich, po roku 1918, żyło z uprawy maleńkich areałów, niekiedy nie mających nawet 0,2 ha.

Niestety tak przeprowadzona reforma rolna nie zadowoliła ukraińskich chłopów, a ich rozgoryczenie pogłębiał fakt, że duży procent „nowej ziemi” zasiedlili przybysze z centrum Polski w ramach „wzmacniania zdrowych sił narodu”.

  1. Kościół

Duchowe przywództwo ukraińskiego życia narodowego w Polsce spoczywało na Kościele greckokatolickim (unickim), którego głową był metropolita Andrzej Szeptycki. Polska administracja wielokrotnie informowała Warszawę, że „Kler greckokatolicki odnosi się zasadniczo wrogo do państwa i narodu polskiego i stoi na stanowisku zupełnej negacji państwa, jako też rządu i władz polskich”

Wojewoda lwowski zwracał uwagę na przywódczą rolę kleru unickiego w mobilizacji Ukraińców w okresie walk z Polakami w latach 1918-1920. Procesy sądowe i surowe wyroki – informował – wprawdzie powstrzymały antypolską propagandę, lecz nie zmieniło się stanowisko kleru wobec władz państwowych i narodu polskiego. „Obecnie – pisał – agitację antypaństwową i antypolską prowadzi potajemnie, aby nie narażać się na odpowiedzialność karną. Wielu spośród greckokatolickiego duchowieństwa, także najwyżsi dygnitarze, są przywódcami ukraińskiego ruchu skierowanego przeciwko państwu i społeczeństwu polskiemu”.

Informowano też rząd, że kler unicki był głównym inspiratorem tworzenia struktur Towarzystwa Oświatowego „Ridna Szkoła”. Kler unicki, poprzez dzieci uczęszczające na lekcje religii, rozpowszechniał wśród rodziców deklaracje z żądaniem nauczania w języku ojczystym lub protestami przeciwko nauczaniu w języku polskim. Wojewoda lwowski proponował też, by urząd wojewódzki miał prawo wpływania na listę kandydatów do greckokatolickiego seminarium duchownego.

MAZEPA, czyli tragedia polsko-ukraińska

Czy pisać o tragicznych latach hitlerowskiej okupacji ziem ukraińskich i polskich? Chyba nie tutaj, temat jest wielki i bolesny, a my zajmujemy się w tym cyklu mentalnością i rozumieniem wolności przez Rosjan, Polaków i Ukraińców… Powoli więc będziemy kończyć.

O polskiej głupocie, bezrozumności i błędnych założeniach polskiej polityki w sprawach Ukrainy najwięcej pisał Juliusz Słowacki. Ukazywał – choćby w „Śnie srebrnym Salomei” – polską pychę, butę i okrucieństwo wobec Ukraińców. Słowacki miał wręcz obsesję na temat Ukrainy. Uważał bowiem, że Ukraina była kluczem do wolności Polski i jej samej.

Juliusz Słowacki, w czasie swej paryskiej emigracji marzył też, aby któryś z jego dramatów dostał się na deski jakiegoś paryskiego teatru, więc pisał także z założenia „dla Francuzów”. Takim dramatem jest „Mazepa”. Ze względów formalnych jest to piękna romantyczna historia, w której jest miłość i śmierć. Jednak MAZEPA Słowackiego jest też utworem alegorycznym i dotyczy historii polsko-ukraińskiej. Oto bowiem w Amelii, pięknej a młodziutkiej żonie Wojewody kocha się miłością zakazaną Zbigniew, młody rycerz, syn z pierwszego małżeństwa Wojewody. W Amelii jest też zakochany Mazepa, inteligentny, dowcipny i śmiały dworzanin króla Jana Kazimierza. W splocie tych postaci Słowacki dał (poza wspomnianą atrakcyjnością sceniczną dla Francuzów) jasny wykład o tragedii Polski i Ukrainy.

Najpierw dowiadujemy się, że bogaty, ale ograniczony i okrutny Wojewoda ma młodą, piękną żonę. Traktuje ją niejako jak łup, ozdobę, która mu się należy z racji potęgi pozycji i majątku. Wojewoda utożsamia w dramacie starą klasę magnaterii, która nie chce zrozumieć, że jej czas już przemija. Z kolei nieszczęśliwie zakochany w macosze Zbigniew jest przedstawicielem bezwolnej szlachty, którą ubezwłasnowolniła magnateria. Na domiar wszystkiego pojawia się też tytułowy bohater Mazepa, który zakochuje się w Amelii. Jest i Król, który chętnie uwiódłby Amelię dla zabawy, ale Król jest głupcem, który marnotrawi czas i siły. Rzecz kończy się, jak wiemy, tragicznie… Warto może przypomnieć sobie ten dramat, czytając go jednak właśnie jako alegorię.

Wspomnienia i dzień obecny

Ukraina w polskiej literaturze to niezmierzona piękna przestrzeń i Kozacy, jako ludzie odważni i wolni. Pomijam tu Sienkiewicza z jego trylogią, bo o tym już pisałem wcześniej. Dodam tylko, że nie można pisać „ku pokrzepieniu serc” własnego narodu, poniżając jednocześnie inny naród.

Czy, ogół Polaków ma świadomość, że przez kilkaset lat traktowaliśmy Ukrainę źle? Chyba nie. Jesteśmy tak zajęci naszymi własnymi krzywdami – realnymi lub urojonymi – że nie starcza nam czasu i sił na dochodzenie prawdy o naszym postępowaniu.

Dzisiaj Ukraińcy dowodzą, że są narodem twardym i bitnym. Podjęli walkę z krajem, który mienił się pierwszym mocarstwem świata i daj Boże wygrają. Walczą w imię wolności – swojego państwa i własnej wolności osobistej, której nie zaznają od Rosji.

Agresor napadł na Ukrainę, a przywódca napastnika bajdurzy o Wielkiej Rosji, jednym narodzie i narodowym historycznym posłannictwie. Jakie to posłannictwo wiemy najlepiej my, Polacy. Bezmyślne okrucieństwo i tępa administracja, wynaradawianie i poniżanie, łapówkarstwo i totalny bałagan, zamordyzm zamiast demokracji – to są nasze doświadczenia z kontaktów z Rosją. Być może oni inaczej nie potrafią, skoro tak „zaprogramowali ich” Mongołowie. Czy mam Rosjanom współczuć, że tak tylko potrafią żyć? Nie, bo skoro przez kilkaset lat nie znaleźli sami w sobie dość sił, żeby wypalić w swych duszach okrutne dziedzictwo Azji…

Współczuję natomiast Ukraińcom i podziwiam ich. I życzę, żeby wygrali.

Jestem też pełen uznania dla nas samych, że potrafimy być tak czuli na cudzy ból i nieszczęście. Może nie jesteśmy tak źli, jakby się wydawało na co dzień?

Pociąg życia – MARIA GIEDZ opisuje ukraińską wyprawę fotoreportera Roberta Kwiatka

 Wojna na Ukrainie trwa już ponad miesiąc. Do Polski przyjechało niemal trzy miliony ukraińskich uchodźców i zapewne będzie ich jeszcze więcej. Na granicę polsko-ukraińską docierają w różny sposób, najwięcej z nich przybywa pociągani. Rzadko razem z uchodźcami, np. tymi z Kijowa albo i z dalszych miejsc wędruje pociągiem polski dziennikarz, bo ci najchętniej poruszają się samochodami. A jednak, jeden z lepszych polskich fotoreporterów, mieszkający w Trójmieście, Robert Kwiatek, członek Zarządu Oddziału Gdańskiego SDP, właśnie w taki sposób przemieszczał się po Ukrainie i to bez mała przez dwa tygodnie.

Z Gdańska Robert Kwiatek wyruszył niemal natychmiast po rozpoczęciu inwazji wojsk rosyjskich na terytorium Ukrainy. Nie dostał ukraińskiej akredytacji, to znaczy dostał, ale już po powrocie do Polski. Fotografował więc tylko to, na co mu pozwolono. Jak sam mówi, widział znacznie więcej niż mógł uwiecznić na zdjęciach. Nie ma na nich scen walki, czy bestialskiego zachowania rosyjskich bandytów, ani nie ma nawet ukraińskich żołnierzy, tak ofiarnie walczących o swój kraj. Za to widział zwykłych ludzi, z którymi rozmawiał, którym pomagał, z którymi wspólnie wędrował pociągiem, nazwanym przez niego „pociągiem życia”.

Dworzec w Kijowie

– Jedną ręką robię zdjęcia, a drugą pomagam wchodzić małym dzieciom – komentuje Kwiatek pokazując fotografię, na której widać wdzierający się tłum do pociągu przypominającego naszą trójmiejską SKM-kę sprzed kilkunastu lat, łączącą Wejherowo z Gdańskiem. – Pociąg upchany, dzieci i starsze osoby siedzą, tacy jak ja jedziemy na stojąco, przez 12 godzin z Kijowa do Lwowa. Jest już pozornie bezpiecznie. Wiele osób nie wiedziało, dokąd dojedzie, wybrało kierunek – najpierw Lwów, a dalej Polska.

To był jeden z wielu pociągów, który wystartował z Kijowa. Robert twierdzi, że nazywanie pociągiem tego zestawu wagonów, to zbyt duże słowo, bo to znacznie gorsze od podmiejskiej „elektryczki”.

– Dzieci, kobiety, starsze osoby, czasem ktoś młodszy, może student – kontynuuje Kwiatek. – Nikomu to nie przeszkadza, że na sześciu miejscach siedzi 8-10 osób, siedzą też na podłodze i dużo jedzie na stojąco. Dodatkowo są psy, koty, różne bagaże. Niektórzy toczą rozmowy, z których wyławiam pojedyncze słowa, a zwłaszcza nazwy: Polska, Warszawa, Kraków, Siedlce, Wrocław, Gdańsk. Jedziemy wolno. Jest jedzenie, picie, gwar, są telefony. Czasem ktoś przebijał się do ubikacji, której nie było, ale nie dawał wiary i szedł. Ci ludzie, chociaż zmęczeni byli już szczęśliwi, bo mieli za sobą strach i niepewność. Trud da się wytrzymać. Pytali mnie jak w Polsce. Niektórzy nie wiedzieli, gdzie mają pójść, do kogo się zgłosić, gdy dojadą. Nie wiedzieli, czy wystarczy im pieniędzy, kiedy do Polski dojadą, bo ukraińska komunikacja teraz nic nie kosztuje. W ramach wojny jeździ się za darmo.

Robert próbował „na gorąco” i fotografować i notować, zrobić choć krótkie zapiski. Chociaż na stojąco trudno było pisać.

– W pociągu panował zaduch, część osób przysypiała – dodaje fotoreporter. – „Pociąg życia” stukał kołami, to miły dźwięk, bo wcześniej kojarzyłem go z odgłosami walki, wtedy nie usypiał. Liczyłem, że wreszcie uda mi się zasnąć, to nic, że na stojąco, że byłem bez jedzenia i picia, ale bezpiecznie. Widziałem tylko drobny wycinek z życia tego pociągu, ale każdy wagon wyglądał podobnie. Przez skrzypiący głośnik usłyszałem stacją Berdyczów, to znajoma z historia nazwa…

Kiedy Kwiatek jechał z Przemyśla do Lwowa i dalej do Kijowa pociągi były puste, a te w przeciwnym kierunku pełne ludzi i nadziei na przeżycie.

Dworzec we Lwowie

Exodus, wszyscy chcą uciec. Jakieś dziecko płacze, bo się zgubiło. Mimo wycia syren informujących o alarmie przeciw bombowym nikt nie opuszczał peronu. Wszyscy ustawieni w kolejce czekali na pociąg, chociaż wiedzieli, że jeden skład wszystkich nie pomieści. Bali się, że chowając się przed ewentualnymi bombami mogą stracić szansę na wydostanie się z kraju, w którym głównym celem rosyjskich bandytów są cywile: kobiety, dzieci, starcy… Jechali nie tylko wolno, ale i w zaciemnieniu. Ludzie powyłączali telefony. Bali się, że pociąg mogą zaatakować dywersanci.

Z opowieści Roberta wynika, że wiele osób nie wiedziało co ze sobą zrobić. Jechało byle do przodu, byle uciec.

– Pewna kobieta z trójką dzieci nie miała nikogo w Polsce – mówi Robert. – Zastanawiałem się, czy nie zabrać jej ze sobą do Gdańska? Ale gdzieś żeśmy się zgubili, a przy takim morzu ludzi i takim morzu zła trudno wszystkiego pilnować. Jedno wiem, że w pociągu działało takie „pospolite ruszenie”. Każdy przekazywał sobie nawzajem kontakty. Przydałyby się kontakty dla tych ludzi w Polsce – to apel do naszej ambasady. Ulotki powinny znaleźć się już we Lwowie.

Robert pokazuje kolejne  i kolejne zdjęcia. Tym razem Lwów, ale nie miasto, tylko dworzec i powstałe wokół niego prowizoryczne miasteczko dla tych uratowanych, zmęczonych, lecz żywych. Czekają na nich wolontariusze, również z Polski. Jest Polski Czerwony Krzyż i najróżniejsze organizacje. Są też ciepłe napoje, posiłki i transport w różne strony: pociągi, autobusy, busy, samochody osobowe.

– Stały nawet beczki z palącym się drewnem, dające odrobinę ciepła – dorzuca Robert. – Ktoś grał na harmonii, z głośnika dobiegał śpiew. Miałem łzy w oczach. Do pierwszego pociągu nie miałem szans się dostać, bo przepuszczałem dzieci i kobiety, a płynęła rzeka ludzi. Dziękuję Polsko za wspaniałą postawę! Ja wróciłem bezpiecznie, nie każdemu jest to dane, a wszystko z winy jednego kretyna Putina, bandyty i zbrodniarza…

Wiele zdjęć Roberta Kwiatka można obejrzeć na Facebooku, jego prywatnym koncie, ale otwartym.

Próba wejścia do Pociągu Życia. Wszyscy się nie zmieszczą. Fot. Robert Kwiatek
Rzeka ludzi w pociągu z Kijowa do Lwowa. Fot. Robert Kwiatek
Lwów, Miasto pomocy. Koczujący ludzie. Fot. Robert Kwiatek
Lwów. Dworzec Kolejowy. Ludzie czekają na pociąg do Przemyśla. Fot. Robert Kwiatek

 

KRZYSZTOF SKOWROŃSKI o pytaniach do SDP ws. sierot z Mariupola: To, co robi Newsweek jest skandalem

Pracownica tygodnika niemiecko-szwajcarskiego koncernu napisała do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich pytania w sprawie ponad 60 sierot z Mariupola, które na początku marca udało się ich opiekunom wywieźć z okrążonego przez Rosjan miasta. Dzieci przyjechały do Domu Pracy Twórczej SDP i tam wraz z prawie osiemdziesięcioma innymi uchodźcami z Ukrainy mieszkają już trzeci tydzień. W domu wypoczynku naszego stowarzyszenia – co potwierdzają kontrole – mają dobre warunki życia i zakwaterowania, pełne wyżywienie, a personel DPT stara się, aby goście z Ukrainy mogli, choć na jakiś czas, zapomnieć o rosyjskiej inwazji.

Dziennikarka z Newsweeka, która napisała do SDP, przesłała nam pytania de facto do opiekunów sierot z domu dziecka w Mariupolu, nie do SDP – gospodarza DPT w Kazimierzu nad Wisłą, w którym schronienie znaleźli uchodźcy.

Owe „pytania” – co zauważą nawet studenci pierwszego roku dziennikarstwa – miały charakter sugestii, a nawet insytuacji. Otóż, wielkim „problemem” dla Newsweeka, pod koniec pierwszego miesiąca wojny z rosyjskimi oprawcami i płynącej zewsząd pomocy dla Ukraińców był jeden z opiekunów dzieci – pastor z USA o którym dziennikarka napisała w internetowym artykule z 18 marca 2022 r., że jego „działalność jest pasmem kontrowersji” i dalej, iż: „przebywa w Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą z grupą ponad 60 dzieci uratowanych z ukraińskiego sierocińca”.

Autorka zauważyła w tekście, że dziećmi cudem wydostanymi ze zrujnowanego przez rosyjskich żołdaków Mariupola opiekuje się: „skrajnie prawicowy republikanin, prawnik i pastor ze Stanów Zjednoczonych”. Proszę wybaczyć ironię, ale nie wiem, czy pomimo różnic w doktrynach amerykańskich i europejskich, pani redaktor spotkała kiedyś „lewicowego republikanina”. Do tego pastora. I to jeszcze z USA…

Zadawane instytucji, która tylko udziela gościny uciekinierom wojennym, czyli SDP, pytania – w większości – deprecjonowały opiekunów dzieciaków z Mariupola, dotyczyły m.in. „legalności pobytu” grupy. Pojawiały się w teście Żądło informacje dotyczące przygotowań do rzekomych adopcji dzieci z Mariupola przez osoby z USA, co wyklucza status, który nadały sierotom polskie władze.

Skrajnym jednak – moim zdaniem – przejawem nieodpowiedzialności dziennikarki było zdanie, że opiekunowie sierot z Mariupola „Nie zrealizowali również umówionej przez wicemarszałka lubelskiego wizyty jednego z dzieci u psychiatry (dziecko podjęło próbę samobójczą)” – napisano w internetowej wersji Newsweeka z 18 marca 2022 r.

 

W sprawie artykułu o opiekunach dzieci z Mariupola, które goszczą w Domu Pracy Twórczej SDP w Kazimierzu nad Wisłą i pytań przesłanych przez dziennikarkę zabrał głos prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Krzysztof Skowroński. Napisał do autorki tekstu Agnieszki Żądło:

„Uważam, że to co robi Newsweek i Pani jest absolutnym skandalem” – podkreślił Skowroński.

„Zgłosiliśmy Dom Dziennikarza jako potencjalne miejsce gościny dla uchodźców z Ukrainy. Przyjęliśmy 140 osób, w tym sieroty z Mariupola. Naszym zadaniem jest zapewnienie im elementarnych spraw bytowych i umożliwienie zapomnienia o zagrożeniach związanych z wojną” – napisał prezes SDP.

 

Miało nie być komentarza, ale będzie, bo nie można takiego zachowania Newsweeka zostawić bez riposty. Ten artykuł to nie jest reakcja tygodnika wobec sił politycznych, wobec rządu, wobec postaw społecznych, czy wobec zjawisk w środowisku celebrytów. To atak na opiekunów, którzy uratowali ukraińskie dzieci z sierocińca w Mariupolu i wywieźli małych uchodźców z okrążonego przez rosyjskich morderców miasta.


                                                 KOMENTARZ HUBERTA BEKRYCHTA

Zapłaciłem za internetową wersję Newsweeka prawie 10 złotych. Nie polecam nikomu. Musiałem jednak w pełnej wersji przeczytać artykuł.

Dawno nie miałem przed sobą tylu manipulacyjnie rozegranych, pomieszanych z fikcją, wydarzeń – faktów i komentarzy. W artykule opluto opiekunów, zarzucono im popełnienie wszystkich grzechów świata. Prawie wszystkich.

Ale powtórzę, główną niegodziwością okazało się zdanie z artykułu o domniemanych i niepotwierdzonych błędach opiekunów, którzy wg. autorki tekstu: „Nie zrealizowali również umówionej przez wicemarszałka lubelskiego wizyty jednego z dzieci u psychiatry (dziecko podjęło próbę samobójczą)” – napisano w internetowej wersji Newsweeka z 18 marca 2022 r.

Kiedy 30 lat temu zaczynałem, jako dziennikarz, uczono mnie, że nie pisze się o próbach samobójczych, jeśli nie jest to absolutnie koniecznie i nie powtarza się pogłosek, tym bardziej plotek o tym, jeśli nie potwierdzą tego policja i prokuratura. Nic się nie zmieniło. Etyka dziennikarska na pewno.

Pytań do SDP napisała autorka artykułu wiele, większość z tezą, ale jedno z nich przebiło chyba dno „dziennikarskiej wrażliwości” pani redaktor Żądło.

„Czy prawdą jest, że jedno z dzieci podjęło próbę samobójczą lub miało myśli z tym związane – w ostatnich dniach już po przybyciu do Polski?” – pytała w mailu do biura SDP dziennikarka Newsweeka.

Szkoda, że nie dostała takiej odpowiedzi:

Czy prawdą jest, że chce pani być dziennikarką lub miała myśli z tym związane, szczególnie w ostatnich dniach już po napisaniu artykułu o opiekunach dzieci z Mariupola?

Dlaczego taka złośliwość? Bo pytała o to dziennikarka, która pisała artykuł o sierotach z ukraińskiego domu dziecka. Dzieciach, które opiekunowie cudem wywieźli z piekła wojny jaką rozpętała Rosja. Dzieciach, które oprócz trudnych przeżyć pierwszych lat życia, do końca swoich dni zmagać się będą także z wojennymi wspomnieniami z krwawiącego Mariupola…

Czy to jest dziennikarstwo? Czy dziennikarstwem jest opisywanie sytuacji, kiedy z góry osądza się kogoś przed jakimikolwiek rozstrzygnięciami prawnymi? Czy dziennikarstwem jest wysyłanie prowokacyjnych pytań do instytucji, w której domu wypoczynkowym schornili się  mali uchodźcy z Ukrainy i ich opiekunowie?

Nie, to nie dziennikarstwo. Kiedyś pani redaktor byłaby kandydatką do nagrody, której już w całej gamie nagród SDP nie ma. Niestety. Ba, zbiorowym kandydatem do tej nagrody byłby tygodnik pani redaktor.

Ale, wiecie co? Nie warto.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: PZPN stopniuje hańbę

Prawie wszyscy cywilizowani ludzie zgodzili się, że napaść Rosji na Ukrainę to zbrodnia i hańba. Wielu cywilizowanych ludzi, organizacji, stowarzyszeń, państw postanowiło zerwać z Rosją wszelkie kontakty w tym także biznesowe. Polscy piłkarze (chwała im za to) mówili, że nie będą w tej sytuacji grać meczów z reprezentacją Rosji, nawet gdyby reprezentacja Rosji udawała inną reprezentację z inną flagą, hymnem i nazwą. Dziękuję, do widzenia, nie chcemy mieć z wami niczego wspólnego. Pa, pa.

Moim zdaniem to dobra i skuteczna w dłuższej perspektywie taktyka otorbiania Rosjan, pokazywania im, że są niechciani, niepożądani i niech zdecydują jaką chcą mieć ojczyznę wywierając naciski na rządzących, tak jak są wywierane zewnętrzne naciski na nich. Ponad pół miliona Rosjan już zdecydowało i po wybuchu wojny z Ukrainą opuściło państwo Putina. Głównie mieli to być dobrze wykształceni ludzie, klasa średnia, która nie widzi dla siebie przyszłości w bandyckim państwie odizolowanym od świata. Ich kompetencje pozwalają szybko zaaklimatyzować się w innych międzynarodowych środowiskach.

Polski Związek Piłki Nożnej wydał jeszcze w lutym oświadczenie w sprawie inwazji militarnej Rosji na Ukrainę. Oświadczenie było proste i oszczędne w słowach, oto jego dwa fragmenty: „Występ w meczu z reprezentacją Rosji byłby haniebny nie tylko dla naszych reprezentantów, ale dla całego środowiska piłkarskiego, byłby zaprzeczeniem solidarności z narodem ukraińskim. Jako związek piłkarski odmawiamy udziału w meczach barażowych, w których występuje drużyna z Rosji.” oraz apel do FIFA „nadszedł czas, aby wprowadzić go w życie, wykluczając Rosyjski Związek Piłki Nożnej z eliminacji do Mistrzostw Świata w Katarze w 2022 roku.”. No i FIFA wykluczyła Rosję z rozgrywek, chociaż pewnie nie tylko z powodu oświadczenie PZPN. Niemniej…

Sponsorem PZPN jest taka francuska budowlana firma „Leroy Merlin”. Ta firma nie chce się wycofać z Rosji, bo w Rosji zarabia pieniądze. Że te pieniądze służą Putinowi do prowadzenia wojny i zabijania Ukraińców? Z tym jakoś sobie Francuzi duchowo poradzili. Położyli na szali hańbę i wyrzuty sumienia, a po drugiej pieniądze. Wyszło im, że hańbę i wyrzuty sumienia jakoś zniosą. Nie pierwszy to raz w historii Francji i Francuzów. Widocznie nie przeszkadzają im zakrwawione ruble.

Oczywiście nasz PZPN w związku z tym konsekwentnie wycofał się z umową sponsorską z żabojadami. A nie, wróć, tu się coś wydarzyło tajemniczego. Do dziś (23 marca 2022) PZPN z tej umowy się jednak nie wycofał, a Leroy Merlin nie ma zamiaru (stan na dziś) wycofać się z Rosji. A więc?

Szanowny PZPN-ie. Chyba nie będziemy stopniować hańby i udawać, że jedna jest do zaakceptowania a inna nie? Świeżość bywa tylko jedna – pierwsza i tym samym ostatnia. A skoro jesiotr jest drugiej świeżości, to oznacza to po prostu, że jest zepsuty – pisał Bułhakow. Z hańbą jest identycznie, nie ma hańby do zaakceptowania. Hańbą jest grać z Rosją i hańbą jest mieć sponsora, który zakrwawionymi rękoma przynosi pieniądze. Jak dziennikarze mają relacjonować i opisywać mecze polskiej reprezentacji, która wspierana jest zhańbionymi pieniędzmi?

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Floyar-Rajchman i Matuszewski – bez nich nie byłoby polskiego wojska

W toku dyskusji o konieczności odbudowy armii Rzeczpospolitej, warto przypomnieć dwóch patriotów i żołnierzy, dzięki którym po przegranej wojnie obronnej 1939 r. mogliśmy odtworzyć polskie wojsko na Zachodzie.Właśnie minęła rocznica śmierci jednego z nich. 22 marca 1951 r. w Nowym Jorku na wieczną wartę odszedł Henryk Floyar-Rajchman, działacz niepodległościowy, polityk, dyplomata, major Wojska Polskiego, członek rządów Leona Kozłowskiego i Walerego Sławka, współorganizator ewakuacji rezerw złota Banku Polskiego w 1939 r. Szkoda, że zarówno mjr Henryk Floyar-Rajchman, jak i drugi Polak, któremu zawdzięczamy uratowanie polskiego złota – płk Ignacy Matuszewski, do dziś są w Polsce mało znani.

W 2016 r. trumny ze szczątkami tych dwóch oficerów zostały wystawione na widok publiczny w Nowym Jorku i pożegnane przez środowiska polonijne – te, dla których obaj tak wiele zrobili podczas II wojny światowej. W Instytucie Piłsudskiego, który obaj zakładali, odbyła się konferencja i pokaz filmu „New Poland”, który wspomina o działalności płk. Matuszewskiego w USA.

Do Polski przylecieli okryci mundurami i biało-czerwonymi flagami z asystą wojskową. Przylecieli, bo taka była ich wola. Udało się ją zrealizować dzięki wyrokowi sądu stanowego w Nowym Jorku, poprzedzonemu staraniami prof. Sławomira Cenckiewicza i decyzją szefa MON Antoniego Macierewicza.

Z czego przede wszystkim powinniśmy ich znać? We wrześniu 1939 r. kierowali ewakuacją 75 ton złota z Narodowego Banku Polskiego przez Rumunię, Turcję i Syrię do Francji – gdzie przekazali je rządowi RP.

Ale to nie tylko bohaterowie wojny obronnej 1939 r. Obaj walczyli o odzyskanie przez Polskę niepodległości (Matuszewski został zaocznie skazany na karę śmierci przez bolszewików i Niemców), brali następnie udział w wojnie 1920 r. W II RP Matuszewski (jego ojcem chrzestnym był Bolesław Prus) służył w II Oddziale Naczelnego Dowództwa, był attaché wojskowym w Rzymie, 1928-1929 posłem RP w Budapeszcie i do 1931 r. ministrem skarbu. Przewidywał, że Polska ulegnie dwóm agresorom – Niemcom i ZSRS. Alarmował, że siły wojska polskiego muszą zostać podwojone, jednak inni piłsudczycy nie chcieli go słuchać.

Henryk Floyar-Rajchman w wywalczonej II RP ukończył Wyższą Szkołę Wojenną i w latach 1928-1931 był attaché wojskowym w Tokio. Od 1933 do 1935 r. wiceminister, a potem minister przemysłu i handlu, poseł na Sejm. Po uratowaniu polskiego złota Matuszewski i Rajchman zostali odsunięci od spraw państwowych przez środowisko Władysława Sikorskiego. Wyjechali do Nowego Jorku, gdzie oprócz Instytutu Józefa Piłsudskiego powołali Komitet Narodowy Amerykanów Polskiego Pochodzenia. Matuszewski zmarł tam w 1946 r., Rajchman w 1951 r.

Uroczyste państwowe powitanie obu oficerów odbyło się 23 listopada 2016 r. w 1. Bazie Lotnictwa Transportowego na Okęciu. W uroczystym państwowym pogrzebie mogliśmy uczestniczyć 10 grudnia na Powązkach Wojskowych w kwaterze żołnierzy 1920 r. Płk Ignacy Matuszewski i mjr Henryk Floyar-Rajchman dołączyli do innych polskich żołnierzy odprowadzonych w tym samym – 2016 roku przez Rzeczpospolitą na wieczną wartę – Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, Danuty Siedzikówny „Inki” i Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”.

W liście skierowanym do uczestników uroczystości prezydent Andrzej Duda podkreślił, że „w ogniu wojny obronnej płk Matuszewski i mjr Floyar-Rajchman podjęli się misji wyjątkowej – ocalenia skarbu Banku Polskiego i Funduszu Obrony Narodowej i wypełnili to zadanie doskonale, chociaż ich droga roiła się od niebezpieczeństw. Mieli jednak świadomość, że to, co wywożą z Polski nie jest tylko kosztownym kruszcem. W tym złocie zawierał się bowiem trud milionów rodaków. Skarb, który powierzono ich pieczy, był w istocie właśnie dobrem wspólnym, nie abstrakcyjną ideą, lecz dotykalnym owocem 20 lat starań Polaków. Kapitał uratowany przez nich przed grabieżą najeźdźców pozwolił później działać na uchodźstwie rządowi i polskim siłom zbrojnym”.