Miałem ubaw – napisał o sprzedaży Twittera SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Wolny rynek

Może nie powinienem mieć, ale miałem ubaw. Miałem i to niezły. Kiedy Elon Musk ogłosił kupno Twittera światowe i polskie lewactwo zawyło (czy tam raczej zapiszczało). Marzeniem postępowego lewactwa jest, jak wiemy, nieskrępowana wymiana myśli i wolność słowa, pod jednym, wszakże warunkiem, że mówi się tylko to, co lewactwo chce usłyszeć i na co wyrazi pozwolenie.

Treść nielewacka jest od razu językiem nienawiści, dyskryminacji i transatlantykiem, czy innym trans (ja już się nie mogę w mnogości tych fobii połapać). Niemniej każdego innomyślącego trzeba zniszczyć medialnie, odciąć od pracy, zarobków, przyjaciół, otorbić i wyrzucić z mediów społecznościowych.

Staszewski kontra Musk

Musk, chce jednak inaczej. On uważa, że nieskrępowana debata (oczywiście zgodna z prawem) jest warunkiem rozwoju, trwania cywilizacji. Po to kupił Twittera. Krótko mówiąc lewactwo traci nad nim cenzorską kontrolę. Na wieść o wrogim przejęciu zareagował na przykład Bartosz Staszewski, jeden z najbardziej znanych polskich gejów walczących o prawa gejów potwornie dyskryminowanych w specjalnych strefach, które Bartosz oznacza tabliczkami z napisami. Tenże Bartosz napisał: „Elon Musk chce utopii wolności słowa. Potrzebna jest polityka ograniczających mowę nienawiści, dezinformację i toksyczną komunikację. Wizja Internetu Muska nie uwzględnia realnego świata. Czarny dzień dla Internetu.”

„Wolny rynek zdecydował”

Niestety wstrętni ludzie przypomnieli panu Bartoszowi jego wcześniejsze wpisy, kiedy tt cenzurował słowa prawicowych polityków. Wtedy znany gej nie krył radości pisząc: „Wolny rynek zdecydował” i „Czy Konfederacja nie może się przenieść na Albiclę i przestać płakać?”. Oprócz środowisk LGBTQAC/DCCIA (jeżeli jakąś dyskryminowaną orientację pomyliłem to przepraszam) wyli też politycy obawiający się teraz fake newsów i zmanipulowanych informacji na tt. Jedną z lepszych kontr jakie do tych urojonych zarzutów użyto była odpowiedź: „Fake newsów obawiają się środowiska, które twierdzą, że mężczyzna może urodzić dziecko”. Zgrabne, prawda?

Polityka w sieci

Tymczasem opublikowano dziwny sondaż, z którego wynika, że Marek Magierowski wygrałby wybory prezydenckie, że wyprzedziłby nawet Rafała Trzaskowskiego. To o tyle zastanawiające, że sam Magierowski jest dyplomatą i dziennikarzem, ale nie jest politykiem. To o tyle dziwne, że nie ma zdaje się zaplecza i nie wyraził chęci startu. Inna sprawa, że takie ogłoszenie, to może być go spalenie. Inna sprawa, że jego sukces może wynikać z dość chłodnego wysokiej próby profesjonalizmu, który prezentuje. Tego zdaje się ludożerka oczekuje.

Ku rozwadze innych kandydatów…

Po raz pierwszy na naszych łamach pisze CEZARY KRYSZTOPA: Nowy Musk Twittera

Elon Musk kupił Twittera za 44 miliardy dolarów. PKB, na przykład Białorusi, w 2017 roku to ok. 55 miliardów dolarów, co daje jakieś pojęcie o biznesowej skali tej inwestycji. Nie daje jednak zupełnie pojęcia na temat skali wpływu, jaki ta transakcja może wywołać na świecie, szczególnie w jego zachodniej części.

My w Polsce, słusznie zresztą, jesteśmy zajęci nieco innymi sprawami, mamy za ścianą wojnę i wściekłą Rosję na głowie, ale ci, którzy w ten czy w inny sposób śledzą przynajmniej angielskojęzyczną strefę światowej przestrzeni medialnej, widzą jak ta transakcja wstrząsnęła progresywną lewicą. Histeria, jaką rozpętano, począwszy od „gróźb” opuszczenia Twittera, poprzez „bunt” pracowników (zagrożenie, którym było podstawą do decyzji o zawieszeniu możliwości wprowadzania zmian na Twitterze przez pracowników), a skończywszy na groźbach zamordowania nowego właściciela, przypomina histerię po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta. Nawet wykonane przez internautów memy są podobne i wykorzystują motywy tamtej histerii sprzed kilku lat. Dlaczego tak się dzieje?

Internet to dziś główny kanał przepływu informacji i opinii na świecie. Natomiast z tej „wolności”, którą dawał u zarania swojego istnienia niewiele już zostało. Główne kanały przepływu informacji i opinii zostały zmonopolizowane przez kilka koncernów w ramach głównych platform mediów społecznościowych i głównych wyszukiwarek. Owszem, oligopol został zbudowany przy pomocy narzędzi wolnego rynku i dobrych produktów, ale czy efekt jest przez to mniej totalitarny?

Ten, kto sądzi, że dysponując narzędziami jakie dają nam koncerny, dysponuje narzędziami obiektywnymi, jest nieuleczalnym naiwniakiem. O tym, co wyszuka dla nas wyszukiwarka, czy jakie informacje, czy opinie do nas dotrą, nie decyduje ten, kto ich szuka. W największym stopniu decydują o tym stworzone przez ludzi, bynajmniej nie o konserwatywnych poglądach, algorytmy, które te strumienie kształtują. Z kolei o tym, jakie informacje i opinie do nas absolutnie nie mają prawa dotrzeć, a czasem wręcz na wieki zniknąć z dostępnej przestrzeni informacyjnej, decyduje często również korporacyjny cenzor. Nie ma tu miejsca by wymienić przypadki banowania, celowego ograniczania zasięgów treści konserwatywnych i przymykania oka na agresję, czy wręcz promocję treści progresywnych. Większość z Państwa zresztą te przykłady zna, lub sama tego doświadczyła.

Dość, że mając władzę kształtowania głównych kanałów przepływu informacji i opinii, koncerny będące właścicielami głównym platform mediów społecznościowych i wyszukiwarek, zbudowały sobie coś w rodzaju interfejsów do obsługi społeczeństw i są władne te społeczeństwa kształtować. W ten sposób mogą nawet decydować o tym, kto wygra wybory. Przesadzam? To przypomnijcie sobie jak tuż przed wyborami odcięto główne kanały dostępu do wyborców urzędującemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Prezydentowi Stanów Zjednoczonych!

Jak ma się do demokracji fakt, że to, kto zostanie wybrany w „demokratycznych wyborach” nie tyle decyduje się przy urnach wyborczych, co raczej na „konsolach” operatorów kształtujących wyborców strumieniami przepływu informacji i opinii. Czy z takiego „systemu demokratycznego”, a co za tym idzie, z takiego państwa i jego instytucji nie zostaje pusta żałosna wydmuszka? „Wybory” są i na Białorusi, cóż z tego jednak, skoro wiadomo, kto je wygra.

Większość państw niespecjalnie broni swojej supremacji w tym zakresie. Część z oportunizmu, niewiele jest przykładów wymuszenia przez państwo respektowania prawa przez światowe koncerny, które wypracowały doskonałe metody unikania odpowiedzialności. Innej części znowu, w to graj – postrzegają oni zwalczający wolność słowa oligopol Big Tech, jako sojusznika w trzymaniu pod butem „złych konserwatystów”, nie bacząc na to, że sami stają się sługami pozbawionych legitymacji demokratycznej wielkich korporacji. Gdzie na tym spektrum znajduje się Polska? Nie wiem, ale dotychczasowe próby obrony wolności słowa w sieci, albo spełzły na niczym, albo schowane zostały do szuflady.

I stąd to wycie, które rozległo się po zakupie Twittera przez miliardera, który wyjątkowo nie jest postrzegany, jako przedstawiciel najtwardszego progresywnego betonu. Behemot zadrżał z bólu i strachu. Boi się, że w szczelnym systemie, który zbudował może pojawić się wyrwa. Czy słusznie?

To się okaże. Elon Musk musiałby spełnić swoje obietnice i pokładane w nim nadzieje. A z miliarderami, to jednak nigdy nic nie wiadomo.

Nowe spojrzenie na stare sprawy prezentuje WALTER ALTERMANN: Abstrakcjonizm polski

W każdym państwie są sprawy śmieszne, lekkie i poważne. Zupełnie tak samo jak filmach. Idąc do kina, lub przestawiając telewizję na kanał z filmem, w którym występuje Louis de Funes nie możemy oczekiwać wrażeń, które niesie z sobą ekranizacja Orsona Wellesa „Procesu” Franza Kafki. Absurdem byłaby też uwaga, że „Mechaniczna pomarańcza” Stanley’a Kubricka mógłby bardziej śmieszny.

            Podobnie jest z polskimi partiami. Są jakie są, a my po prostu za dużo od nich oczekujemy. Jednak partie w Polsce nie wzięły z nadprzestrzeni, nie zostały teleportowane z innego gwiazdozbioru i nie są wynikiem tego, że najlepsi z nas zostali politykami. Ba, nie jest i tak, że ci najlepsi z najlepszych zostają parlamentarzystami lub tworzą rząd.

Na marginesie wywodu: żeby zostać posłem, trzeba tego bardzo chcieć. Oczywiście sama chęć nie wystarczy, ale bez chęci się nie uda.

Zatem – przestańmy patrzeć na naszych polityków, jak na osobników gorszych, którzy niczego innego nie potrafią. Owszem większość z nich właśnie taka jest – niczego konkretnego nie potrafi, poza dość prymitywną walką na słowa. Nawet nie na argumenty, ale tylko na słowa. Argument musi być logicznie wywiedziony z sytuacji zastanej i jednocześnie zmierzający do sytuacji postulowanej, a słowa w polityce… czym bardzie emocjonalne, tym lepsze.

Skąd się biorą politycy?

A konkretnie czym jest walka na słowa, a nie na argumenty? Proszę uprzejmie, oto kilka przykład. Poseł X twierdzi, że poseł Y jest lewakiem, nihilistą, nie kocha ojczyzny czyli w sumie jest postkomuną. Na co poseł Y odpowiada, że poseł X jest nacjonalistą i marzy mu się dyktatura. Po chwili zaskoczenia poseł X odpowiada, że zaznał w Polsce jedynie dyktatury proletariatu. Poseł Y ripostuje, że ma dopiero 32 lata i nie ponosi odpowiedzialności za lata PRL-u. Poseł X uśmiecha się szyderczo i stwierdza, że od połowy XIX wieku widmo krąży po Europie – widmo komunizmu. Więc to widmo mógł porazić pradziadków posła Y, a wiadomo że największy wpływ na człowieka ma rodzina. I mogli by tak długo jeszcze, gdyby nie to, że nagle poseł Y oświadcza, że nie miał pradziadków, dziadków a nawet rodziców.

To skąd się pan wziął? – pyta poseł X.

Z Przasnysza – odpowiada – poseł Y.

Śmieszne? Takie sobie, ale przecież w takim duchu toczą się liczne dyskusje w różnych  telewizjach.

Wszystkie partie prowadzą teraz w Polsce politykę historyczną. Wygląda to tak, że politycy partii A zarzucają partii B, że dwadzieścia lat temu ich przewodniczący powiedział coś zupełnie innego niż mówi teraz.

Oczekiwania wyborców i oczekiwania elektoratu

Partie w Polsce nie prezentują spójnych, jednolitych i całościowych programów. One jedynie skupiają się na wymyślaniu hitów wyborczych. Chodzi o przedstawienie takiego pomysłu, który zaakceptuje ich elektorat. Piszę „ich elektorat”, bo w istocie walka nie toczy się już o nowych ludzi, lecz o starych. Przepływy elektoratu są w istocie znikome, a scena polityczna jest zabetonowana. Zatem chodzi o wymyślenie jakiegoś nowego datku czy podatku, które zrobią wrażenie. Wtedy elektorat danej partii mówi: „Myślą jednak o nas, to znowu na nich zagłosuję”. Tym samym polskie partie są niewolnikami własnego elektoratu. I muszę realizować oczekiwania tego elektoratu.

I tu jest problem, bo żeby modernizować kraj i społeczeństwo, trzeba ludziom otwierać nowe horyzonty, stawiać nowe cele społeczne. I to są prawdziwie duże wyzwania. Żeby uściślić – ta konieczna modernizacja musi przebiegać głównie w sferze mentalnej. Do zbudowania nowoczesnego społeczeństwa, otwartego na świat i gotowego podjąć nowe wyzwania cywilizacyjne  nie wystarczy budowa nowych autostrad, trakcji kolejowych, mostów i osiedli mieszkaniowych.

Istotnym problemem jest to, że żadne społeczeństwo na świecie – w tym i nasze polskie – nie chce nowych wyzwań, bo boi się, że utraci to co już ma. Czyli, na to co nowe, nie stawia ze zwykłej ludzkiej ostrożności. W sumie mamy dość dziwaczna sytuację – społeczeństwo jest konserwatywne, ale oczekuje, że partie będą nowoczesne i rewolucyjne. Inaczej mówiąc – jesteśmy tacy, jacy jesteśmy i od polityków oczekujemy, żeby było jak jest. Owszem mówimy o potrzebie zmian, ale w głębi ducha boimy się nowości. I najważniejsze –  skąd brać tych odważnych polityków, skoro oni są krew z krwi naszej i kość z naszej kości?

Tak zupełnie to tego nie ma…

Ktoś już powiedział, ale przytoczę: „Politykiem jest ten, kto zadowala swój elektorat. Natomiast mąż stanu stawia przed społeczeństwem nowe cele, nowe wyzwania. I potrafi przełamać społeczną barierę niechęci do tego wizji nowego świata, do nowego programu”.

Biorąc to pod uwagę, ośmielę się powiedzieć, że mężów stanu to my akurat nie mamy. I jest zupełnie tak samo jak w przedwojennym szmoncesie, o panu który poszedł do sklepu kupić żonie materiał na płaszcz.

– Szukam dobrej, czerwonej wełny na płaszcz dla żony – powiedział pan do sprzedawcy.

– Już, już, służę szanownemu panu uprzejmie – powiedział sprzedawca i zniknął na zapleczu. Po chwili wraca i kładzie przez mężem kupon żółtej wełny.

– Ale ja prosiłem o czerwony…

Sprzedawca najmocniej przeprasza, znowu znika na zapleczu i przynosi wełnę seledynową. I tak kilka razy po kolei pokazuje panu czerwoną, niebieską i brązową tkaninę.

W końcu pan mówi:

– Przecież prosiłem pana o czerwoną wełenkę, nie rozumie pan?

– Wie pan, tak dokładnie czerwonego materiału to my akurat nie mamy.

Zatem tak dokładnie to my akurat męża stanu na składzie też nie mamy.

Z najnowszej historii – w demokratycznym świecie – znam tylko jedynie jednego męża stanu, który wbrew oczekiwaniom większości obywateli doprowadził swój kraj do głębokiej transformacji. Był nim Charles de Gaulle. Miał przed sobą ogromne zadanie – przekonanie społeczeństwa, że nieodwracalnie kończy się czas francuskiego kolonializmu, że kolonialna wojna z Algierią jest wbrew francuskim interesom. Postawił też na ścisłą współpracę Francji z sąsiadami. I to mu się udało.

Z cała pewnością XX wieczni europejscy dyktatorzy mężami stanu nie byli. Bo pomysł, żeby wziąć „ludzi za mordę” nie jest polityką.

Wielkimi politykami byli Churchill i Piłsudski, ale obaj świetnie radzili sobie w czasie wojny, natomiast w czas pokoju znacznie gorzej. I żaden z nich nie chciał modernizować swych ojczyzn. Obaj byli rodem – duchowo – z XIX wieku.

W Europie XX wieku zdarzali się oczywiście wielcy politycy, świetni premierzy, dobrze zarządzający państwami, ale na miano męża stanu nie zasłużyli. Bo tak można określić jedynie człowieka, który zmienia horyzonty i myślenia własnego społeczeństwa.

Nauka w czwartej setce rankingu

A Polsce przydałby się taki mąż stanu, który powiedziałby wprost o takich problemach, jak: niski poziomy życia Polaków, za małe emerytury większości emerytów, tolerancja obyczajowa, zapaść lecznictwa, zły stan przemysłu obronnego, nową politykę energetyczna i marny stan polskiej nauki.

Co do nauki – jeżeli w rankingu 1.000 najlepszych wyższych uczelni na świecie Uniwersytet Jagielloński zajmuje 384 miejsce, a Uniwersytet Warszawski 388, to nie jest to powód do dumy. Nasze uczelnie – w większości – nie są instytucjami służącymi rozwojowi nauk technicznych i przyrodniczych, bo nie prowadzą badań na światowym poziomie. Nie prowadzą, bo są biedne, a badania kosztują. Swoją drogą Jarosław Gowin, jako minister nauki i szkolnictwa wyższego, wprowadził pewne reformy. Bardzo byłbym ciekaw, jakie te reformy przyniosły skutek. Inwestowanie w badania naukowe – choć ta idea jest dla większości społeczeństwa głęboko  niezrozumiała – powinno być jednym z głównych celów tego i kolejnych rządów.

Jest także konieczności posiadania silnej i nowoczesnej armii. Co prawda teraz mówią o niej wszystkie partie, ale gdzie oni byli dwadzieścia lat temu? Armia to nie jest kupon materiału, w sprawie którego idzie się do sklepu – jak nie tego to innego i w końcu coś się kupi. Armię buduje się długo i z mozołem, bo w końcu armia to głównie ludzie.

Przez ostatnie dwadzieścia lat wszystkie partie rządzące mocno nas zapewniały, że kraj kwitnie a małe problemy przecież się jakoś rozwiąże. I żaden z polityków nie patrzył w przyszłość wyraźnie i ostro. Bo wszyscy byli w sumie zadowoleni. A jeśli nawet, któryś dostrzegał w przyszłości istotne problemy i poważne zagrożenia, to milczał. Dlaczego? Bo bał się, żeby jego elektorat nie opuścił go.

Dla polityka w sumie lepiej, że opuszcza go rozum niż elektorat.

 

 

O końcu czerwonych pomników pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Na prawym brzegu Wisły nie ma już Berlinga

Przez 34 lata na prawym brzegu Wisły straszył Zygmunt Berling. Zniknął w 2019 r. w „czynie społecznym”. Miasto stołeczne nie miało zamiaru go dekomunizować. Niech to będzie przestroga dla wszystkich samorządów w Polsce: nie chcecie po dobroci, nie słuchacie apeli IPN, czytaj: świadomie łamiecie prawo, to wam pomożemy.

Bo ustawa Sejmu z 1 kwietnia 2016 r. zakazywała propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego „przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej”. Samorządy na usunięcie reliktów sowieckiej dominacji miały dużo czasu, bo aż rok. Wiele nie chciało się zastosować. W Warszawie Hanna Gronkiewicz-Waltz. Jej następca Rafał Trzaskowski nie chciał tak samo, a może jeszcze bardziej – prezydent m. st. wielokrotnie publicznie kontestował wszelkie zabiegi dekomunizacyjne, i niestety skutecznie je zwalczał – patrz przywrócenie większości komunistycznych patronów ulic, czyli faktyczna rekomunizacja. W sprawie Berlinga (Zygmunta) Trzaskowskiego (Rafała) wspierała Jaruzelska (Monika): „Moim zdaniem to akt wandalizmu”. I wiele środowisk (post)komunistycznych.

 

Z przetrąconymi nogami

I tak urodzony 27 kwietnia 1896 r. w Limanowej Berling straszył w Warszawie zbyt długo. Podobnie, jak w Koszalinie pomnik „Zwycięskiej Armii Radzieckiej”. Wobec takiej samorządowej „opieszałości” monument obalił ostatnio za pomocą koparki 39-letni mieszkaniec. Też w „czynie społecznym”. Pomnik rozpadł się na kawałki, a w sumie szkoda, bo mógł trafić do muzeum komunizmu. Ze względu na swoje wartości edukacyjne (wyjątkowe sowieckie zakłamanie): russkij sołdat przytulał dziewczynkę, która trzymała w ręku symbol pokoju – gołąbka.

Ale wracając do Berlinga. Jego w ogóle nie żal. Stał na czerwonym (nomen omen) cokole, z przetrąconymi (można się domyślać przez sowietów) nogami. Architektoniczne szkaradztwo.

Czy to sukces, że Berling z przestrzeni publicznej zniknął? Nie do końca, bo gdyby nie wspomniani „społecznicy” trwałby dalej. I zakłamywał przestrzeń publiczną, infekując kolejne pokolenia Polaków. Fatalnie to świadczy o władzach stołecznego grodu.

Hołd dla Stalina

Zygmunt Berling był zdrajcą. Ten żołnierz Legionów Polskich, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, w czasie II wojny światowej sam stał się bolszewikiem.

Po agresji sowietów na Rzeczpospolitą we wrześniu 1939 r. wzięty do niewoli. I podzieliłby los ponad dwóch dziesiątków tysięcy polskich jeńców, gdyby nie dał sobie przetrącić nóg, a właściwie całego polskiego kręgosłupa.

NKWD zwerbowało go w obozie w Starobielsku. Werbowali tacy osobnicy jak generał-major Wasilij Maksim Zarubin, wcześniej sekretarz ambasady sowieckiej w Waszyngtonie. Do sowieckiej siatki Zarubina w USA należał Konstanty Gebert (dziennikarz, współzałożyciel Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych), Aleksander Hertz (socjolog), Oskar Lange (ekonomista), Julian Tuwim (poeta).

I znów czytelnikowi należy się powrót do Berlinga: po zdradzie katyńskiej przyjął obywatelstwo ZSRS, współtworząc deklarację hołdu i lojalności wobec mega-mordercy Stalina. Zdrajca Berling zatwierdzał wyroki śmierci na swoich żołnierzach podejrzanych o związki z polskim podziemiem niepodległościowym.

Duch czasów

Ale w Warszawie zostały jeszcze inne pamiątki po sowieckim „wyzwoleniu”. Nie mówię o Pomniku Poległym w Służbie i Obronie Polski Ludowej (przez Warszawiaków nazywanym „pomnikiem utrwalaczy”), rozebranym w 1991 r. (dziś przed Pałacem Lubomirskich stoi pomnik Tadeusza Kościuszki).

Nie mówię też o Pomniku Braterstwa Broni („czterech śpiących”), odsłoniętym na Placu Wileńskim w listopadzie 1945 r. (zniknął dopiero w 2011 r.), czy rok późniejszym Pomniku Wdzięczności Żołnierzom Armii Radzieckiej, upamiętniającym sołdatów poległych w trakcie „wyzwalania” warszawskiej Pragi (dotrwał do 2018 r.).

Tu warto przypomnieć historię „czterech śpiących” (w ramach „braterstwa” z Polakami czterej „spali”, gdy Niemcy zarzynali Powstanie Warszawskie, a trzej walczyli – zarzynali na Pradze polskie podziemie niepodległościowe). Przez lata minister Andrzej Krzysztof Kunert (sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa) wmawiał nam, że „śpiący” muszą pozostać na warszawskiej Pradze, bo „oddają ducha tamtych czasów”. Ale Polacy „ducha” tego poznawali w kazamatach NKWD-owskich i ubeckich katowni. Na Pradze przy ul. 11 Listopada, Ratuszowej, Sierakowskiego, Strzeleckiej. Gdy na drugim brzegu Wisły tliło się jeszcze powstanie, tu „wyzwoliciele” hurtowo wyłapywali i mordowali AK-owców.

A sekretarz Kunert, razem z prezydentem Komorowskim budowali pomnik bitwy polsko-bolszewickiej 1920 r. w Ossowie. Pomnik bolszewicki.

Mały Franek” contra „Inka”

W tym samym roku co pomnik Berlinga (1985) na Pradze stanął Pomnik Kościuszkowców – w 40. rocznicę „wyzwolenia” Warszawy. Tym razem nie „zawdzięczamy” go Andrzejowi Krzysztofowi Kunertowi, ale Włodzimierzowi Sokorskiemu – komunistycznemu dygnitarzowi, który był nie tylko politrukiem lWP, funkcjonariuszem KPP i PPR, ale także Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Pomnik stoi do dziś…

I przynajmniej jeszcze jedna stołeczna sowiecka „pamiątka”: Pomnik Partyzanta przy rondzie de Gaulle’a, poświęcony Gwardii Ludowej i Franciszkowi Zubrzyckiemu (po remoncie w 2014 r. na cokole pojawił się dla zmyłki nowy napis: „Partyzantom walczącym o wolną Polskę w czasie II wojny światowej”). Ten „Mały Franek” wsławił się jedną akcją na polską leśniczówkę, podczas której zabrał dubeltówkę i 5 tys. złotych. Można powiedzieć: taki (sowiecki) bohater, jakie (sowieckie) wyzwolenie. Ulicy Zubrzyckiego wyjątkowo – w ramach rekomunizacji – Rafał Trzaskowski nie przywrócił. Najwyraźniej Danuta Siedzikówna „Inka”, która „Małego Franka” zastąpiła, jest zbyt znana, a w bezideowej prokomunistycznej polityce liczą się przecież słupki poparcia.

HUBERT BEKRYCHT: Głupota (i elektrownie jądrowe) pod specjalnym nadzorem

Nigdy nie zapomnę tamtego dnia z końca kwietnia 1986 roku. Było bardzo przyjemnie. Ciepło. Wiele osób już w podkoszulkach. W drodze powrotnej z liceum, koleżanka z innej szkoły zaczęła opowiadać, że jej tata coś nieprawdopodobnego usłyszał „w takim jednym radiu”.

Wieść o katastrofie nuklearnej w komunistycznym kraju, dla obywatela (co prawda przymusowego, ale jednak) innego komunistycznego kraju, nawet tak młodego, jak ja wówczas, była przecież niepojęta. Nagle, nasze mamy, ciocie, chociaż mieliśmy już po 16, 17 lat, zaczęły nam wlewać jakiś brunatny płyn do ust. Ktoś mówił, że to już nie pomoże, bo katastrofa jądrowa na Ukrainie była kilka dni wcześniej. Tyle, że myśmy o tym nic nie wiedzieli, dopiero czwartej doby po wybuchu podano to oficjalnie.

Było ciepłe środowe popołudnie 30 kwietnia 1986 roku, na jakiekolwiek przeciwdziałanie skutkom awarii elektrowni atomowej było za późno… Nawet gdybym wypił wtedy dziesięć litrów roztworu jodyny.

Proszę wybaczyć sentymentalny wstęp, ale rzeczywiście tylko we wspomnieniach możemy nieco lepiej uchwycić to, co dziś wydaje się zwykłą rutyną informacyjną: „Katastrofa w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej na terenie Ukraińskiej Republiki zależnej ZSRS nastąpił w nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 w reaktorze jądrowym. Przegrzanie się rdzenia doprowadziło do wybuchu wodoru, pożaru oraz rozprzestrzenienia się substancji promieniotwórczych poprzez promieniowanie” – napisano w nieco przeze mnie zmodyfikowanej notatce księgi internetowych mądrości. To teraz możemy przeczytać prawie wszystko o największej, na równi z awarią w japońskiej Fukushimie, katastrofie w historii energetyki jądrowej.

Skutki błędu w ruskiej konstrukcji reaktora to pycha sowieckich inżynierów i władców Kremla, którym do głowy nie przyszło, że coś takiego może się stać w komunistycznym imperium imienia Lenina. Skażeniu uległ obszar w granicach trzech państw, w sumie nawet do 150 tys. kilometrów kwadratowych (w porównaniu ponad połowa terytorium Polski). Radioaktywne promieniowanie rozeszło się po całej Europie. Notowano je wszędzie a największe było m.in. w Polsce, krajach bałtyckich, Skandynawii, ale spore dawki przeniknęły też do Niemiec, państw Beneluxu, Austrii a nawet Włoch.

Po skażeniu na Ukrainie ewakuowano i przesiedlono ponad 350 tys. osób. Dziesiątki tysięcy zmarły na skutek następstw choroby popromiennej, a w ciągu 36 lat od wybuchu – jak się szacuje – na nowotwory wywołane skażeniami po czarnobylskim wybuchu zapadły miliony ludzi. Ilu udało się przeżyć popromiennego raka? Nie wiadomo.

Gdyby wybuch nie nastąpił w komunistycznym kraju, byłoby jak w Japonii 11 lat temu. O katastrofie powiadomiły odpowiednie służby w ciągu kilku godzin, nie dni. Prawdopodobnie w okolicach Fukushimy udało się ocalić od chorób, a nawet śmierci, setki tysięcy lub nawet kilka milionów osób. Gdyby tak było w Czarnobylu. Gdyby…

Sowieci a teraz Rosjanie, choć to przecież w końcu ruscy, gdzieś mają śmierć i cierpienia. Nawet swoje. Dziwna, niebezpieczna i prymitywna to nacja.

Po inwazji na Ukrainę dwa miesiące temu nikt nie przekona mnie, że są jacyś „dobrzy” Rosjanie. Może i są, ale jeszcze o tym nie wiedzą lub boją się ową „dobroć” okazać. Bo ruscy działają w grupie, jak zespoły „naukowców” sowieckich po wybuchu w Czarnobylu, których przedstawiciele stwierdzili w kilka dni po katastrofie, że ludziom parę kilometrów od elektrowni nic nie będzie, bo przecież jest słońce, nic się nie dzieje, a ptaki latają… Szczególnie te ptaki, które w momencie wybuchu były daleko. Nie wiem, czy Rosja ma duszę, ale na pewno ma głupotę, którą lata tchórzostwa obywatelskiego spotęgowały…

Po Buczy, Charkowie i Mariupolu, nietrudno już wyobrazić sobie tępotę umysłową prowadzącą do bestialstwa. W końcu nie tak dawno temu, raptem 36 lat. Czarnobyl był niewyobrażalnym owocem głupoty ruskich aparatczyków i komunistycznych technokratów a głupota owa skończyła się też bestialstwem oraz zniszczeniem i pogardą dla mieszkańców – śmiercią cierpieniem i latami zapóźnienia cywilizacyjnego dla ludzi żyjących w czerwonej klatce. Teraz w klatce putinowskiego reżimu, z której przecież łatwiej wyfrunąć jak za komuny.

Teraz mordercy z mundurach z naszywką rosyjskiej armii strzelają do urządzeń innej ukraińskiej elektrowni jądrowej, może nawet azjatycka horda niszczyła wskaźniki instalacji atomowych. Ktoś powie: „…to przecież głupie i mogące doprowadzić nie tylko do samozagłady, ale i zagłady. Tak, racja. Może się taka zabawa skończyć jednym wielkim „bum”.

Obecnie, kiedy bandy uzbrojonych ruskich grasują w elektrowniach atomowych na Ukrainie, skutek takich wypadów, na przykład, próby rabunku czegokolwiek stamtąd może być odczuwalny w całej Europie. Także tam, gdzie miłuje się nadal Putina, czyli we Francji, Niemczech, Niderlandach, czy we Włoszech.

Tylko teraz skutek może być szybszy, bowiem eksplozja od razu doprowadzi, że zbrojący przez lata Rosję liderzy państw awangardy UE od razu poczują ciepło miłości Putina na własnym ciele topiącym się wraz z garniturem za kilka tysięcy euro…

 

Kazimierz Dolny uzdrawia pięknem, sztuką i dobrem – MYKOŁA SEMENA o roli miasteczek w historii i kulturze Europy

Doświadczenia historyczne polskiego króla Kazimierza Wielkiego mogą być przykładem dla współczesnych polityków – pisze ukraiński dziennikarz.

W tym roku Wielkanoc w Kazimierzu Dolnym obchodzona była dwukrotnie. 17 kwietnia lokalni katolicy świętowali Zmartwychwstanie Chrystusa wraz z całym katolickim światem, ale miasto nad Wisłą jest teraz domem dla kilkuset chrześcijan Wschodu, którzy świętowali Zmartwychwstanie Chrystusa w tygodniu 24 kwietnia. W ten sposób Wielkanoc zamieniła się w dwutygodniowe święto.  Chrześcijanie mówili sobie nawzajem, że Bóg jest tylko jeden, z radością witali święto słowami „Chrystus zmartwychwstał!” i „Naprawdę zmartwychwstał!”

Wizje na Rynku w centrum Kazimierza

Legendarny pies. Fot. Mykoła Semena

Stojąc w centrum Kazimierza na Rynku, możesz wyobrazić sobie siebie w centrum wszechświata. Każda myśląca osoba tutaj nagle zostaje otoczona przez wieki europejskiej historii, mądrość miejskich legend. Jest to studnia, która nie tylko leczy dawne choroby, ale także leczy rany psychiczne, czyni ludzi bardziej przyjaznymi i milszymi. Ludzie chcą więcej dobra, więc piją wodę. I możesz sobie wyobrazić, jak bogaty arabski kupiec zabiera syna do studni, aby go uleczyć z choroby. I właśnie tam na prawo z alei wyszła z koszykiem w ręku córka miejskiego szewca Rafaela, legendarna Esterka Malakh. Jedzie do galerii handlowych po smakołyki, którymi poczęstuje Kazimierza Wielkiego, który już schodzi do miasta ze swojego zamku. A tutaj, pod kawiarnią, pies Vernix wita wszystkich przechodniów, z nosem wypolerowanym na miedziany połysk przez dotyk milionów turystów. Wygląda na to, że właśnie przekroczył Wisłę i gratuluje wszystkim mieszkańcom Kazimierza Wielkanocy. Po lewej stronie, tuż przed kilkoma sklepami miejskimi o tej samej nazwie „Kohuty”, na chodniku jest już ostatni czarny kogut na Kazimierzu, który teraz przechytrzy samego diabła. A chrześcijanie z miasta już spieszą się w góry i zaczynają uświęcać wąwóz diabła wodą święconą, po czym zostanie pokonany i opuści miasto na zawsze, uwalniając jego mieszkańców od nieszczęścia. A tam, w głębi ulic, przebiegły mieszczanin udał się już do Metłowej Baby, by poprosić o magiczny eliksir, oczarować przystojnego młodzieńca i zabić jej męża. Jednak dobra wiedźma odgadła jej plan i nie da jej eliksiru. A jeśli wsłuchasz się w szum kazimierskiego wiatru, usłyszysz, jak wściekły mieszczanin oskarża staruszkę o czarną magię. Ale wszyscy mieszkańcy miasta bronili dobrej wiedźmy i nie oddali jej Inkwizycji. Czarownica nadal czyni dobro ludziom, a przebiegły mieszczanin zostanie haniebnie wygnany z miasta. A po wszystkich wizjach chcę pospiesznie wrócić do studni, aby na Święta napić się jej święconej wody, co gwarantuje, że ci, którzy już znają jej smak, na pewno powrócą do magicznego Kazimierza…

Kolonia sztuki w mieście nad Wisłą

– Od ośmiu lat świętuję Wielkanoc dwa razy, odkąd zamieszkałam na Kazimierzu – mówi Olena Suvorova. Do Polski przeprowadziłem się z ukraińskiego Dniepropietrowska i zafascynowali mnie ludzie, przyroda i bogactwo artystycznego świata Kazimierza.

Pani Olena Suvorova obecnie aktywnie pomaga zarówno mieszkańcom Ukrainy, jak i uchodźcom z Ukrainy, którzy wyjechali do Polski. Jej przyjaciele, koledzy, znajomi, którzy są teraz w wojsku i obronie terytorialnej, pozostali w Dnieprze (dawniej Dniepropietrowsk) oraz w Charkowie. Zbiera dla nich pomoc humanitarną, wysyła paczki z amunicją wojskową, apteczkami, lekarstwami, śpiworami, nakolannikami itp., zbiera i wysyła pieniądze…

Kolonia Artystyczna na Kazimierzu zaczęła powstawać w czasie I wojny światowej, kiedy po 1909 r. przyjaciel Paula Gauguina, profesora warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, Władysław Ślewiński, i jego kolega Tadeusz P., również wykładowcy w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych zaczęli organizować dla swoich studentów plenery. Z roku na rok, od 1913 roku, brało w nich udział coraz więcej młodych i dojrzałych artystów. Miasto nad Wisłą pozostawiło szczególny ślad w twórczości takich artystów jak Maurice Trembach, Nathan Kozhen, Roman Rosenthal, Israel Tykocinsky i wielu innych.

Za artystami podążali pisarze. Aktywne życie świata sztuki w mieście wpłynęło na ukształtowanie się specyficznego, kazimierskiego kierunku, zarówno w plastyce, jak iw literaturze polskiej.

– Czy w sztuce jest pewien styl kazimierski i co to jest? – pytam panią Olenę.

– O tak, styl Kazimierza przejawia się w zwiększonej dbałości artystów o przedstawianie niepowtarzalnej natury, która jednak nie przysłania, ale jest wspaniałym tłem dla ludzkich uczuć, doświadczeń, aspiracji, walki dobra ze złem we wszystkich ich manifestacje. Dlatego Kazimierz zajmuje szczególne miejsce na Ziemi i w historii…

Rzeczywiście, gdzie indziej na świecie jest miasto, które odwiedza do 1,5 miliona turystów rocznie, z ponad 100 artystami różnych sztuk, a ich prace wystawiane są w ponad 30 galeriach?

Pani Olena Suvorova jest znaną artystką w całej Polsce. Jej prace z ceramiki artystycznej często pojawiają się na wystawach wyrobów artystycznych i cieszą się dużym zainteresowaniem wśród miłośników tej sztuki. Wykonuje oryginalne artykuły gospodarstwa domowego – spodki, filiżanki, talerze, pamiątki artystyczne.

– Co jest twoją inspiracją, źródłem nowych pomysłów w sztuce? – pytam.

– Dwie rzeczy – odpowiada. –  Po pierwsze to bogata przyroda Kazimierza, która jest niewyczerpanym źródłem kolorów, odcieni, kształtów, linii. Po drugie, to praca innych ukraińskich ceramików, z którymi dzielę się doświadczeniami i pomysłami. Wśród nich są na przykład słynni krymscy ceramicy Rustem Skibin i Marina Kurkchi. Mam trochę ich pamiątek, mam swoje prace w ich zbiorach. Przed wojną aktywnie współpracowaliśmy, mieliśmy twórcze kontakty, spotykaliśmy się. Mam nadzieję, że po wojnie więzy tylko się zacieśnią…

Pani Olena Suvorova biegle posługuje się językiem ukraińskim i polskim i często wykorzystuje tę wiedzę, aby pomóc Ukraińcom. Na przykład Dariusz Popławski, dyrektor Domu Dziennikarza SDP w Kazimierzu Dolnym, zaprosił panią Olenę do pomocy, gdy w placówce tej znalazło schronienie ponad 60 ukraińskich sierot z Domu Dziecka w Mariupolu, którzy uciekli przed wojną i rosyjskimi bombami. Potrzebne było tłumaczenie dużej liczby dokumentów i innych materiałów. Zajęło to kilka dni ciężkiej pracy.

– Wojna zabiera wszystkie siły – mówi pani Olena Suvorova. – Minęło 50 dni bez odpoczynku, jest bardzo ciężko, ale jestem pewien, że przeżyjemy i wygramy. Zresztą teraz czas i możliwości kreatywności są ograniczone. Uchodźcy mieszkają  w mojej pracowni. Czasami, gdy pojawia się inspiracja, tworzę w swoim pokoju, ale teraz to rzadkość. Mam nadzieję, że po wojnie nadrobimy wszystko co stracone…

Szkoła Przyjaźni Polsko-Ukraińskiej…

Marcin Pisula w kazimierskiej szkole. Fot. Mykoła Semena

Kazimierz ma piękną nową szkołę, wybudowaną według nowoczesnych wymagań edukacyjnych i sanitarno-architektonicznych zamiast starej, zniszczonej przez przypadkowy wybuch gazu w 2017 roku. Do szkoły wprowadził mnie Marcin Pisula, historyk, zawodowy przewodnik i praktyk turystyki. W tym jasnym pomieszczeniu mieści się Centrum Pomocy Humanitarnej Ukrainie i Uchodźcom z Ukrainy, którzy schronili się na Kazimierzu. Gromadzi się tu pomoc humanitarną, udzielane są niezbędne konsultacje, uchodźcy mogą też skorzystać z bezpłatnych kursów języka polskiego prowadzonych przez znaną nauczycielkę Evę Volna, która kieruje również pracą kilku teatrów amatorskich w Kazimierzu.

– Nasza bliska przyjaźń z Ukrainą rozpoczęła się w 2017 roku, kiedy na Zamku w Ostrogu podpisaliśmy porozumienie o współpracy z kilkoma ośrodkami edukacyjnymi z Wołynia, przede wszystkim z miastem Tuchyn i innych regionów – mówi dyrektor szkoły w Kazimierzu Janusz Rachkevych. – Odbyliśmy już wzajemne wymiany turystyczne, konferencje, zorganizowaliśmy uroczystości wielkanocne w formie „tortu wielkanocnego”. Dla ukraińskich dzieci mieszkających w Kazimierzu stworzyliśmy teraz trzy klasy do nauki języka polskiego. Jeśli wojna rosyjska na Ukrainie nie zakończy się latem i dzieci nie będą mogły wrócić do domu, jesienią planujemy przyjąć ponad 65 uczniów na nasze wspólne polsko-ukraińskie lekcje, gdzie zgodnie z ogólnym programem będą uczyć się dzieci uchodźców.

Latem szkoła planuje wiele wydarzeń dla ukraińskich dzieci, takich jak koncerty muzyki fortepianowej, różnego rodzaju konkursy. Placówkę mają odwiedzić też uczniowie z kilku krajów europejskich. Spotkają się z ukraińskimi dziećmi, którzy opowiedzą im o rosyjskiej wojnie na Ukrainie.

Lydia Druzhynovych-Novosad, nauczycielka z Ukrainy, pomaga mi w rozmowie kwalifikacyjnej w szkole w Kazimierzu. Opanowała język polski, pracuje tu jako nauczycielka, łączy dzieci polskie i ukraińskie w przyjacielskie grupy. Lidia jest także utalentowaną poetką, jej wiersze są przesiąknięte prawdziwymi uczuciami, przepełnione poezją życia, w wielu przypadkach nie są gorsze od dzieł słynnej ukraińskiej poetki, już klasyka Liny Kostenko. Lydia opublikowała zbiór swoich prac, teraz przygotowuje kolejny tomik. Aktualną sytuację na świecie opisała w wierszu „Każdy ma swój front!”:

Noce dzielą się na „przed” i „po”.

Podzielone losy, złamane marzenia.

Wstąpił niepokonany duch Ukraińców:

wojen nie spodziewano się – czekały na wiosnę.

Ale buty Moskwy niszczą Ukrainę

bezwzględnie i dziko, nawet gorzej niż horda.

Jesteśmy silni, musimy być silni!

Niech sady wiśniowe kwitną co roku!

Bo bociany już wróciły do ​​domu,

i nie ma domu. A wiara żyje.

Nigdy nie wybaczymy śmierci i zastraszania.

Z ruin wyłoni się nowy kraj!

A język, wiara i prawda to jedno…

na zawsze z nami – ze szkodą dla Moskali.

Gdzie słoneczne poranki, wierzba i kalina,

Tam, gdzie śpiewa słowik, jest ojczyzna.

Gabinet Marii Kuncewiczowej w willi Pod Wiewiórką. Fot. Mykoła Semena

Marcin Pisula opowiada mi, że natura i artystyczna atmosfera Kazimierza stały się źródłem twórczości słynnej polskiej pisarki Marii Kuncewiczowej. To właśnie pejzaże Kazimierza zainspirowały ją do napisania książki „Dwa księżyce”, spopularyzowanej przez film Andrzeja Barańskiego. Marcin Pisula oprowadził mnie po muzeum pisarki. Mieści się ono w domu, w którym mieszkała wraz z mężem Jerzym Kuncewiczem, prawnikiem, pisarzem i politykiem ruchu ludowego w Kazimierzu Dolnym. Willa „Pod Wiewiórką” wzniesiona została w 1936 roku według projektu Karola Sicińskiego. W czasie II wojny światowej Kuncewiczowie byli na emigracji. Po powrocie do Polski, na początku lat 60. zamieszkali w Kazimierzu i skupili wokół siebie wybitne osobistości – artystów, pisarzy, dziennikarzy, polityków. W 1984 roku umarł Jerzy Kuncewicz, Maria postanowiła nie opuszczać Kazimierza, mieszkała tu aż do śmierci w 1989 roku. Zgodnie z ostatnią wolą pisarki jej dom skupia artystów i stał się swoistym centrum sztuki. Stało się to możliwe dzięki Fundacji Kuncewiczów, założonej w 1992 roku przez syna Marii i Jerzego – Witolda.

Bronił Kazimierza przed wojskami rosyjskimi

Miejsce pamięci Juliusza Małachowskiego. Fot. Mykoła Semena

Marcin Pisula zna historię Kazimierza. Zabrał mnie do miejsca pamięci bohaterskiego czynu Juliusza Małachowskiego. Jego imieniem nazwano w Kazimierzu wąwóz i ulicę. Wśród prastarych lasów otaczających miasteczko, pomiędzy kilkusetletnimi drzewami wzniesiono pamiątkową stelę, na której widnieje napis że to tutaj 18 kwietnia 1831 r. dokonał swego bohaterskiego czynu polski patriota Juliusz Małachowski.

Był najmłodszym synem generała Stanisława Aleksandra Małachowskiego. Aktywnie uczestniczył w Powstaniu Listopadowym (1830). Utalentowany poeta biegle posługiwał się zarówno mieczem jak i piórem. Stworzył hymn swojej jednostki bojowej. Juliusz dowodził batalionem strzelców sandomierskich, który zorganizował na własny koszt. Wyróżnił się śmiałym atakiem na rosyjskie koszary w Puławach 26 lutego 1831 roku i zasłynął podczas bitwy puławskiej 3 marca tego roku. 7 marca 1831 odznaczony Złotym Krzyżem Orderu Virtuti Militari. 17 kwietnia 1831 r. pod Wronowem uratował wojska polskie przed klęską. A kiedy dzień później siły rosyjskie zaatakowały Kazimierz, łucznicy Małachowskiego stoczyli bitwę na skraju wąwozu. Niestety zabrakło im amunicji i właśnie wtedy 29-letni podpułkownik Małachowski poprowadził do ataku swój batalion uzbrojony tylko w kosy. Juliusz jest pochowany w rodzinnym grobowcu w Końskich.

Mimo klęski Powstanie Listopadowe przyczyniło się do wzrostu samoświadomości narodowej Polaków, powstania idei państwowości narodowej, szerzenia nastrojów demokratycznych, przejawiających się w dążeniu do reform społecznych. W 1831 roku po raz pierwszy pojawiło się hasło „Za naszą i waszą wolność!”, skierowane do wszystkich narodów uciskanych przez Imperium Rosyjskie. Europejska opinia publiczna przychylnie odnosiła się do walki Polaków z rosyjską autokracją, a kwestia polska została od tego czasu utożsamiana z walką o wolność i demokrację w Europie. Po klęsce Powstania Listopadowego kraje Europy Zachodniej przyjęły dużą liczbę polskich emigrantów. Teraz Polska zapewnia schronienie uchodźcom z Ukrainy uciekających przed nową rosyjską wojną. A mieszkańcy Kazimierza są w to aktywnie zaangażowani…

Jaki powinien być fundament pokoju w XXI wieku?

Krótkowzroczni analitycy piszą o wojnach i rewolucjach, ogólnie o wielkich i małych konfliktach, jako o „lokomotywach historii”. Podobno dają impuls do postępu, zachęcają do nowych wynalazków, ulepszeń, nowych dzieł sztuki. Co za obrzydliwe kłamstwo! Rezultatem Wielkiej Rewolucji Francuskiej, która przelewała ludzką krew od 1789 do 1875 roku, było powstanie III Republiki. Czy po tych wszystkich zabójstwach można to uznać za postęp? W końcu republika jako forma rządu znana jest od starożytnego Rzymu, a we Francji można by ją ustanowić bez wyrzeczeń, poprzez stopniową ewolucję, gdyby tylko Francuzi tego chcieli.

Skutkiem bolszewickiego puczu 1905-1917 w Rosji było powstanie najbardziej brutalnej na świecie stalinowskiej dyktatury, która w XX wieku doprowadziła do śmierci ponad 110 milionów istnień ludzkich. I gdyby nie zamach stanu z 1917 roku, nie maniakalna chęć zbudowania komunizmu w jednym kraju, nie błędne nauki Lenina i Stalina, pokojowy rozwój Rosji i okolicznych terenów mógłby doprowadzić tę część świata do najbardziej rozwiniętego społeczeństwa. i formacje państwowe.

Dwie wojny światowe XX wieku cofnęły ludzkość do czasów średniowiecznego okrucieństwa, dzikości, morderstw i samozagłady. Podczas wojen ludzie tracą to, na co zapracowali, swoją godność i wolność. Po dwóch wojnach XX wiek był właściwie stratą czasu dla rozwoju Europy i dużej części Azji…

Czy zasady „Wolność! Równość! Braterstwo!” (lub miraże pod takimi nazwami?) można było osiągnąć tylko przez przelanie w większości niewinnej krwi? Jeśli na pierwszy rzut oka zrozumiemy całą historię ludzkości, zobaczymy, że linia rozwoju społeczeństwa ludzkiego osłabła w czasie wojny i innych niespokojnych lat, po czym, ledwie wychodząc z kryzysu, podniosła się dzięki nowym wynalazkom, nowym naukom, nowe osiągnięcia gospodarcze i humanitarne nie poprzez rywalizację i wojnę, ale poprzez współpracę i pokojową kooperację. Zobaczymy, że wojny i rewolucje zniszczyły tylko to, co zostało zbudowane i osiągnięte dzięki współpracy ludzi w czasie pokoju. Ale z większym zapałem za każdym razem ludzkość zaczynała odbudowywać zniszczone, licząc na zdrowy rozsądek i sumienie polityków.

Bardzo podobne do tych fal są znane „wielkie fale” zabitego w Gułagu rosyjskiego ekonomisty Nikołaja Kondratiewa – wzrost gospodarczy następuje wtedy, gdy umacnia się harmonia i współpraca, a ginie w sporach i konfliktach. Podobnie ogólny rozwój człowieka – czyli wzrost współpracy humanitarnej, rozwój edukacji, nauki, techniki, ekonomii, sztuki zależy od harmonii, ilości i głębi współpracy, od połączenia wysiłków twórczych, a nie od przewrotów politycznych i nie o liczbie bomb i pocisków zrzucanych na ludzkie głowy. I wreszcie biblijny przykład: ludziom udałoby się zbudować Wieżę Babel, mając wspólny język i wspólne intencje, a nie mogli jej ukończyć z powodu konfliktów, utraty wzajemnego zrozumienia i twórczej komunikacji…

I znowu dzisiaj, właśnie z powodu utraty szans rozwojowych w XX wieku, najbardziej zacofana część Europy – Rosja – toczy nie tylko gorącą wojnę agresji przeciwko Ukrainie, ale także energetyczne, informacyjne wojny hybrydowe przeciwko Polsce, innym europejskim krajów i świata. Ta hybrydowa wojna zabiła już dziesiątki tysięcy ludzi, w tym setki dzieci, a także ogromne straty ekonomiczne na całym świecie. Według ukraińskiego analityka Mychajło Honczara, szefa Centrum Strategii XXI, mamy do czynienia z zakrojoną na szeroką skalę, systemową, wieloaspektową, hybrydową rosyjską agresją na świat.

Dlaczego Kazimierz III Wielki może być wzorem dla obecnych polityków

Widać wyraźnie, że na tym tle rośnie cena polityków, którzy nie są w stanie wojny, ale systematycznie rozwiązują wszystkie problemy poprzez współpracę, która jest główną drogą rozwoju Europy w XXI wieku. A doświadczenia historyczne polskiego króla Kazimierza Wielkiego mogą być przykładem dla współczesnych polityków. Najpierw doszedł do władzy legalnie. Państwo było w trudnej sytuacji. Królestwo Polskie zajmowało ograniczone terytorium i składało się tylko z dwóch ziem: Wielkopolskiej i Małopolskiej. Ziemie kujawskie, dobrzyńskie i pomorskie zajęli Krzyżacy, a niektórzy książęta śląscy uznali zwierzchnictwo Królestwa Czeskiego, z którym również Polska była formalnie w stanie wojny. Ale Kazimierz, późniejszy Wielki, nie zaczął od wojen. Jego polityką wewnętrzną w Polsce jest centralizacja kraju. Za panowania Kazimierza w Polsce aktywnie budowano nowe miasta i zamki. W latach 1337–1346 przeprowadził reformę monetarną, a w 1347 roku wydał Statuty wiślane i piotrkowskie, pierwsze kompletne zapisy polskiego prawa zwyczajowego. Wzmocnił gospodarkę kraju, rozwinął produkcję towarów. Od 1367 r. zaczął bić pierwszą monetę państwową, pieniądz krakowski, który miał zastąpić rozpowszechniony wówczas pieniądz praski. Dbał o edukację swoich obywateli, zbudował wiele szkół, a w 1364 założył Uniwersytet Krakowski, który dzięki wpływowi jego i jego uczniów na rozwój Europy uważany jest obecnie za „najtrwalszy twór króla”. W 1335 roku (ostatecznie w 1339 roku) zrzekł się praw do Śląska i Płocka na rzecz ziem czeskich, a także zrzekł się roszczeń króla Jana Luksemburczyka do korony polskiej.

W 1363 zorganizował w Krakowie zjazd monarchów europejskich, w którym uczestniczył cesarz Karol IV Świętego Cesarstwa Rzymskiego, król Ludwik Węgierski, Król Danii Waldemar IV, król Cypru Piotr I, książę Austrii Rudolf IV Habsburg i inni.

A jednym z głównych działań Kazimierza była walka o spuściznę upadłego państwa galicyjsko-wołyńskiego. Na podstawie więzów dynastycznych, a nie drogą wojny, postanowił objąć tron ​​galicyjsko-wołyński,. Po pierwszych wiadomościach o śmierci Jurija-Bolesława Kazimierz bardzo szybko zdołał zebrać armię i w połowie kwietnia zajął Lwów i wyjął ze skarbca książęcego regalia koronacyjne, by nie dopuścić do koronacji kolejnego pretendenta.

I nawet wojny Kazimierza nie były krwawe. Maszerował na ziemię Przemyśla, kilka innych miast. Ograniczył się jednak do formalnego uznania swoich praw królewskich do tronu Rosji. W rezultacie Dmytro Dedko i Kazimierz podpisali porozumienie pokojowe. Od tego czasu rozpoczęła się wieloletnia konfrontacja Wielkiego Księstwa Litewskiego z Rosją z Kazimierzem i jego spadkobiercami o spuściznę królów Rosji, która trwała do 1392 roku.

W 1349 r. Kazimierz został koronowany we Lwowie na króla Rosji. Jednak Królestwo Rosji przez jakiś czas istniało jako odrębne, niepodległe państwo, zjednoczone z Polską pod wspólnym monarchą. Kazimierz ograniczył się do formalnego uznania praw królewskich i wrócił do Polski. Nie zmienił starego porządku w Królestwie Rosji.

Kazimierz został opisany jako „król niewolników” za rozszerzanie praw majątkowych, cywilnych i religijnych na zwykłych ludzi. Ale główny rezultat jest taki, że za jego panowania terytorium Polski wzrosło 2,5-krotnie.

W 1356 r. Kazimierz nadał Lwowowi prawo magdeburskie na wzór Krakowa. Z jego inicjatywy wybudowano miasto w zachowanych do dziś układach przestrzennych: z rynkiem centralnym, murami miejskimi, katedrą katolicką i niezachowanym zamkiem niskim, który na ponad 500 lat stał się symbolem władzy królewskiej we Lwowie . Kazimierz wybił monety dla Królestwa Rosji z wizerunkiem Lwa Galicyjskiego, wydał kilka aktów dla Królestwa Rosji w języku rosyjskim. Tak nazywał się wówczas język Królestwa Rosji, czyli język ukraiński, dopóki Rosja nie przywłaszczyła sobie nawet historycznej nazwy Ukrainy, Rosja.

Możemy więc zadać pytanie: gdzie są początki pokoju i skłonności do współpracy tkwiące w królu Kazimierzu Wielkim? Oczywiście tych źródeł jest wiele, ale chyba najważniejsze z nich – wielkość przyrody w Kazimierzu Dolnym, spokój nad Wisłą, miłość Estery! I to jest wielka rola, jaką małe i piękne miasta Europy odgrywają w historii świata.

HUBERT BEKRYCHT: Le Macron – Mesje le Bufą sowietik

Od razu zaznaczam, że – moim zdaniem – procesowym dybom powinien podlegać każdy, kto w krytyce ponownie wybranego na stanowisko prezydenta Francji Emmanuela Macrona upatruje pochwały liderki opozycji Marine Le Pen. Oboje są prorosyjscy a teraz, po reelekcji Macrona, oboje bezradni wobec Niemiec i bezczelnie zapatrzeni w Putina, choć zaprzeczali temu podczas dosyć bezbarwnej kampanii. I oboje pojęcia nie mają, że Ukraina to niepodległe państwo napadnięte przez rosyjskie hordy barbarzyńców, które kiedyś mogą też przelać się przez Sekwanę, Loarę i Rodan.

Macron jest bezczelnym młokosem politycznym i kompletnie niekompetentnym prezydentem Francji. Gdyby nie pandemia i wojna nikt nawet nie zauważyłby, że w Paryżu jest jakiś, pardon, Mesje le Bufą Le Marcron sowietik * (*pisownia zamierzona).

Bufon to we Francji nic nowego. Oni tam tak mają. Jak Amerykanie, wielbiciele żabich udek i ślimaków znad Wisły, wiedzą teraz tak niewiele o świecie, jak Putin o wojnie, bo gdyby wiedział już nie byłoby Europy…

Nadto Francuzi wielbią Rosję od kołyski, a Sowieciarzom z czasów komunizmu wybaczali wszystko. No, prawie wszystko. To, czego nie wybaczali zwolennicy Macrona, wybaczali fani Le Pen. Taka tam jest liberalna i konserwatywna, prorosyjska rzeczywistość polityczna. Właściwie nad Sekwaną nie było kandydatów na prezydenta nie wyznających poglądu, że „może tam i Putin jest mordercą, ale co to ma do pieniędzy, które w Moskwie można zarobić.”

Smutne, ale prawdziwe. Druga tura była już łatwiejsza dla Macrona, bo Le Pen zrobiono taki czarny PR, jakby rządziła we Francji dwie kadencje i sprzedała Lazurowe Wybrzeże Chińczykom a Korsykę Hindusom. Dla odsądzających Le Pen od czci i wiary lewicowo zapatrujących się Francuzów, jak to dla lewaków, kompletnie nie miało znaczenia, że to Macron sprzedawał Rosji optykę i ważne część składowe do broni pustoszącej teraz Ukrainę, broni która pozwala ruskim hordom zabijać, gwałcić i okaleczać Ukraińców i rabować kraj.

Francuzi zgubiliby się na lotnisku, gdyby nie napisy kierujące do toalet, ale ich nowy stary prezydent nadal jest bufonem, który ma czelność wyzywać inne głowy państw od „antysemitów”, tak w przypadku Mateusza Morawieckiego, bo nasz premier przypomniał prezydentowi V Republiki, iż to dzięki francuskiej broni giną ukraińskie dzieci. To samo bufonadą z Niemców i przedstawicieli wielu krajów tzw. starej Unii Europejskiej.

Oni po prostu uważają się za lepszych. Ciągle myślą, że Putin to równorzędny o partnera do robienia interesów. I że zawsze, jak od Macrona, odbierze od nich telefon. Kiedy się zorientują, że seryjny morderca musi atakować do końca swego życia? W tym przypadku seryjnym mordercą są Rosjanie, z nielicznymi wyjątkami, czyhający na polityczną śmierć Ukrainy, aby potem napaść na Polskę, na państwa bałtyckie, na Rumunię (za zgodą Francji) a może nawet kiedyś zaatakować Czechy (za zgodą Niemiec).

Nie wiem, kiedy stary Zachód zorientuje się, że ruskie morderstwa na Ukrainie to – jak utrzymuje Putin – nie są prowokacje Kijowa i Warszawy, ale wiem, iż Francuzów może w tej sprawie dotyczyć wytłumaczenie z żabami w roli głównej. Otóż, jak powszechnie wiadomo, żywą żabę można ugotować, jeśli bardzo powoli podgrzewa się wodę. W pewnym momencie, sympatyczny płaz orientuje się, że stoi u progu żabiego raju, ale jest za późno.

Jeśli jednak Putin w taki sposób gotuje Francuzów dając im wybór między Macronem a Le Pen, to, kto na Boga, po finiszu tej termicznej obróbki zje tę „żabę”? Przecież nie Francuzi… Hast du verstanden?

***

Tym mieszkańcom Polski, którzy w nocy niedzielę na sobotę świętowali zwycięstwo prorosyjskiego kandydata Macrona i przegraną prorosyjskiej kandydatki Le Pen w wyborach na prezydenta Francji dedykuję starą jak świat anegdotę:

Pewna przedwojenna hrabina miała trzy nocniki  – biały, niebieski i czerwony… A jak weszli ruscy to hrabina się ze strachu zes…., to znaczy zestresowała się i nie zdążyła…

 

Podczas pisania tego felietonu inspirowałem się rozmową, którą przeprowadziłem z politologiem prof. Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim w sobotę 23 kwietnia 2022 roku  dla PAP.

WALTER ALTERMANN: Stary Wojak, czyli o kłopotach z wiekiem

Porozmawiamy o wieku. Jako człowiek stary – już z nazwiska – nie mam zwyczaju ujmować sobie lat. Choć jako pacholę, dodawałem sobie trochę, chcąc wydać się starszym. Większość ludzi ma jednak poważne kłopoty z realnym wiekiem – tak własnym, jak cudzym.

Jest takie urocze powiedzenie, że kobieta, która mówi ile naprawdę ma lat, jest niebezpieczna, bo może powiedzieć wszystko. Z kolei pewien mój znajomy ma fatalny zwyczaj zawyżania wieku ludziom, za którymi nie przepada. Gdy jakiś niegodziwiec skończy 62 lat, mój znajomy mówi o nim: „O, to człowiek już pod siedemdziesiątkę”. 

Niemniej sprawa lat, wieku jest sprawą dość zagmatwaną. Na przykład artyści. Jeszcze 100 lat temu człek 60 letni uważany był za starca, dzisiaj cieszy opinią młodego-zdolnego, który ciągle dobrze się zapowiada.

Najbardziej winne w sprawie wieku są teatry i film. Wszystkie historyczne inscenizacje teatralne oraz filmy historyczne kłamią notorycznie. Nawet jeżeli nie co do faktów, to co do wieku bohaterów z pewnością.

Z teatrem wytłumaczenie jest proste. Każdy dyrektor teatru ma w dyspozycji określoną grupę aktorów. A w każdym zespole największą siłę głosu mają aktorzy starsi, z nimi dyrektor musi się bardzo liczyć. Gdy więc przychodzi do obsadzania sztuk, których kanwą są zdarzenia historyczne, lub tylko dziejące się w przeszłości, to wiadomo, że starsi zagrają postacie znaczące i ważne, które w rzeczywistości były całkiem młode.

Najśmieszniejszy przypadek historia polskiego teatru odnotowała, gdy Ludwik Solski zagrał Starego Wiarusa w „Warszawiance” Stanisława Wyspiańskiego. Było to na prapremierze utworu w 1898 roku. W roku 1904 Wyspiański namalował znany portret Solskiego, jako Starego Wiarusa właśnie, którym to portretem zilustrowano felietonu. Co to znaczyło, że ktoś w pierwszej połowie XIX wieku był starym wiarusem? Znaczyło tyle, że był to żołnierz doświadczony, który brał udział w wielu bitwach. W realiach Powstania Listopadowego mógł to być żołnierz co najwyżej 50-letni, bo starsi już nie służyli w wojsku. Byli po prostu uważani za niezdatnych do wysiłku wojennego.

Solski w 1898 roku miał lat 34, więc mógł zagrać Starego Wiarusa. Jednak – zgodnie z modą tamtego teatru – mocno się ucharakteryzował, żeby wyglądać na osiemdziesięciolatka. W tej roli, z tą samą charakteryzacją wystąpił jeszcze dwa razy w „Warszawiance”, już  jako człowiek „w wieku podeszłym”, bo jako 80 i 90-latek.

Czy Solski nie wiedział, że Stary Wiarus nie mógł mieć więcej niż 50 lat? Wiedział, ale pociągnęła go „magia teatru” i efekt. Bo efekt miał, gdy wchodził na scenę na trzęsących się nogach, gdy chwiejąc się i milcząc przekazywał drżącą ręką wstążkę, co było znakiem, że ukochany panny Marii właśnie poległ w bitwie.

Podobnie jest w filmach historycznych. Tam postacie realnych wojskowych grają najczęściej aktorzy o wiele starsi. Ale też wszyscy aktorzy filmów batalistycznych są o wiele starsi od swoich historycznych pierwowzorów. Dzieje się tak dlatego, że pułkowników i majorów grają ciut młodsi od generałów, żeby była jakaś hierarchia.

Podobnie w filmie jest z rolami dziewcząt i młodych kobiet. Julia z „Romea i Julii” Szekspira nie ma więcej lat niż szesnaście-siedemnaście. Ale we wszystkich znanych mi inscenizacjach teatralnych i filmowych Julię zawsze grały panie w wieku 25+. A to dlatego, że młodsze dziewczęta jeszcze się uczą „na aktorki”.

Jak Słowacki uczynił z Sowińskiego staruszka

Przeczytajmy raz jeszcze lekturowy tekst Juliusza Słowackiego „Sowiński w okopach Woli”. Dla ułatwienia tematu podkreśliłem istotne dla tych rozważań słowa.

W starym kościółku na Woli

Został generał Sowiński,

Żołnierz Starzec o drewnianej nodze,

I wrogom się broni szpadą;

A wokoło leżą wodze 

Batalionów i żołnierze,

I potrzaskane armaty,

I gwery: wszystko stracone!

 

Jenerał się poddać nie chce,

Ale się staruszek broni

Oparłszy się na ołtarzu,

Na białym bożym obrusie,

I tam łokieć położywszy,

Kędy zwykle mszały kładą,

Na lewej ołtarza stronie,

Gdzie ksiądz Ewangelią czyta.

 

I wpadają adiutanty,

Adiutanty Paszkiewicza,

I proszą go: „Jenerale,

Poddaj się… nie giń tak marnie”.

Na kolana przed nim padli,

Jak ojca własnego proszą:

„Oddaj szpadę, Jenerale,

Marszałek sam przyjdzie po nią…”

„Nie poddam się wam, panowie — 

Rzecze spokojnie staruszek — 

Ani wam, ni marszałkowi

Szpady tej nie oddam w ręce,

Choćby sam car przyszedł po nią,

To stary — nie oddam szpady,

Lecz się szpadą bronić będę,

Póki serce we mnie bije.

Widzimy, że Słowacki określa Sowińskiego jako starca, staruszka. A ile tak naprawdę miał lat bohater Woli w roku swej śmierci, czyli w 1831? Generał Józef Longin Sowiński urodził się w roku 1777, zatem w dniu śmierci miał lat 54. Czyli starcem jednak nie był. Tym bardziej, że nie był najstarszy spośród dowódców Powstania Listopadowego, bo wśród generałów było tak: Józef Dwernicki w 1931 miał lat 52,  Józef Chłopicki w 1931 miał 60 lat, Kazimierz Małachowskiego miał wtedy lat 75.

Jednak Słowackiemu potrzebny był symbol bohaterskiego starca. I takim symbolem uczynił Sowińskiego.

Prawda jest też i taka, że starcem nazywano jeszcze pod koniec XIX wieku osoby po pięćdziesiątce. W jednej ze swych „Kronik Tygodniowych” Bolesław Prus opisuje szaleństwa warszawskich dorożkarzy, którzy pędzą ulicami na złamanie karku. Jeden z nich był sprawcą potrącenia człowieka. Prus gromi dorożkarzy i domaga się zrobienia z ich szaleństwami porządku. W dopisie jednak znajduje się informacja, że potrącony przechodzień miał lat 51. I jak pisze Prus: „Na szczęście potrąconego staruszka szybko zabrało do szpitala pogotowie konne”.

Minęło nieco ponad 100 lat, a dziś pięćdziesięcioletni panowie, są w kwiecie wieku. W głowie im amory, polityka i ryzykowne sporty. Jest faktem, że na przestrzeni tych 100 lat wydłużyła się znacznie średnia naszego życia. Ale nie zawsze jest to osiągnięcie medycyny, bo wspomniany Ludwik Solski żył 100 lat, a jego ojciec 112. Pamiętajmy, że dawniej też byli ludzie, którzy też żyli długo.

Jednak norma społeczna zakładała, że świat nie może należeć do sześćdziesięciolatków. I  nie należał, bo chyba rację mieli nasi dziadkowie, uważając, że „pełnia wieku mężczyzny” to wiek od 40 do 50 lat.

Analiza, czyli precyzyjny rzut oka na metryki

Na nasze, zwykłych ludzi, nieszczęście II wojna światowa wybuchła raptem dwadzieścia jeden lat po zakończeniu I wojny światowej. Piszę o nieszczęściu, bo dowódcami tej drugiej byli już oficerowie doświadczeni w pierwszej wojnie światowej. Doświadczenie wojenne liczy się w każdej armii. Szczególnie Niemcy i Rosjanie wyciągnęli z I wojny wnioski i przygotowali się odpowiednio na drugą.

Popatrzmy teraz na wiek dowódców niektórych armii biorących udział w II wojnie światowej. Popatrzmy ile miel lat ważni generałowie w roku 1939, choć dla Rosjan i Amerykanów II wojna światowa zaczęła się później. Dla ZSRR zaczęła się 22 czerwca 1941, w dla USA 7 grudnia 1941 roku.

Zatem w 1939 roku ważni dowódcy teatru tej wojny liczyli sobie lat:

Niemcy: Wilhelm Canaris – 52 lata; Karl Doenitz – 48 lat; Reinhard Gehlen – 37 lat; Heinz Guderian – 51 lat; Alfred Jodl – 49 lat;  Erich von Manstein – 52 lata, Friedrich Paulus – 49 lat;  Georg-Hans Reinhardt – 52 lata; Erwin Rommel – 48 lat; Gerd von Rundstedt – 64 lata: Otto Skorzeny – 31 lat; Ernst Udet – 43 lata.

Polska: Władysław Anders – 47 lat; Mikołaj Bołtuć46 lat; Władysław Bortnowski 48 lat; Michał Karaszewicz-Tokarzewski – 47 lata; Tadeusz Komorowski – 54 lata; Stanisław Kopański – 43 lata; Tadeusz Kutrzeba –53 lata; Stanisław Maczek – 47 lat; Edward Rydz-Śmigły – 53 lata; Władysław Sikorski – 58 lat; Stanisław Sosabowski – 47; Kazimierz Sosnkowski – 54 lata; Zygmunt Bohusz-Szyszko – 46; Witold Urbanowicz – 51 lat.

Francja: Mauric Gamelin 66 lat; Charles de Gaulle – 49 lat; Alphonse Georges – 64 lata;  Honoré Giraud – 60 lat; Alphonse Juin – 51 lat; Jean de Tassigny – 50 lat; Louis Maurin – 70 lat; Philippe Petain – 83 lata; Maxime Weygand – 72 lata;

Tu warto zaznaczyć, że w kampanii 1940 roku rola młodszych wiekiem oficerów była znikoma, istotne decyzje podejmowali mocno starsi już panowie. Generalicja francuska nie dopuszczała żadnych myśli modernizacyjnych, a de Gaulle – jako zwolennik broni pancernej – był przez przełożonych odsuwany od dowodzenia.

Wielka Brytania: Harold Rupert Alexander – 48 lat; Winston Churchill – 65 lat; Hugh Dowding – 57 lat; Bernard Law Montgomery – 52 lata; Louis Mountbatten – 39 lat;

ZSRR: Wasilij Czujkow – 39 lat; Iwan Koniew 42 lata; Rodion Malinowski – 41 lat; Konstanty Rokossowski – lat 43; Siemion Timoszenko – 44 lata; Aleksandr Wasilewski – 44 lata; Nikołaj Watutin – 38 lat; Klimient Woroszyłow – 48 lat;  Gieorgij Żukow – 43 lata

Stany Zjednoczone: Henry „Hap” Arnold – 53 lata; Omar Bradley – 46 lat; George Patton – 54 lata; Douglas MacArthur – 59 lat; Dwight D. Eisenhower – 49 lat: Chester Nimitz – 54 lata;

Rzut oka na powyższe dane wystarczy za długie analizy. A wnioskami z tej analizy jest to, że II wojna światowa była sprawą 50 latków, znających się uprzednio na wojnie. I właśnie młody wiek – jak na poważnych dowódców frontowych – był ich siłą, niezależnie od tego, czy stali po słusznej, czy niesłusznej stronie. Młodość bowiem cechuje odwaga i sprawność myślenia. Młodość to również wytrzymały fizycznie organizm, który przy trudach wojny jest ważny tak samo jak jasny umysł.

Dzisiejsze kłopoty ze starszymi dowódcami

Większość armii ma etaty. Co znaczy, że w służbie czynnej ma być tylu i tylu generałów, tylu pułkowników i tylu majorów, itd. I tu jest problem. Nikt bowiem nie chce przestać być generałem. Jak to Horodniczy z „Rewizora” mówi do żony, gdy Chlestakow łudzi go nadzieją, że może załatwić mu  generalska rangę: „ Ach! co to za rozkosz być generałem! Wstęga przez plecy!… a jaka wstęga lepsza, Anuleczku czerwona czy błękitna?”

Tym samym generałowie blokują awanse pułkownikom, pułkownicy majorom… I jest to rzecz głęboko ludzka i naturalna. Jednakże każda armia potrzebuje ciągle nowych i nowych dowódców. Młodszych, lepiej wykształconych i sprawniejszych.

Może mają rację Amerykanie, którzy mają taki system, że na czas wojny, na czas działań bojowych mianują swoich oficerów na wyższe stanowiska, ale po zakończeniu działań, ci oficerowie wracają do poprzednich stopni. W Europie natomiast stopień wojskowy jest drogą i celem dla żołnierza. I w Europie byłoby nie do pomyślenia, żeby ktokolwiek z wyższych oficerów wracał po pewnym czasie, do swojego poprzedniego stopnia.

W latach 80-tych przeprowadzono badania sprawnościowe w Ludowym Wojsku Polskim. Oczywiście wyników nie ujawniono, ale dowcip na ten temat mówił bardzo dużo. Otóż żart był taki: „Biorąc  pod uwagę stan fizyczny dowódców naszej armii, należy przyjąć, że o wybuchu wojny dowiedzą się przypadkiem z telewizji lub od żon.”

Wiek żołnierza nie jest sprawą bagatelną dla armii. Według dzisiejszych danych średni wiek w polskiej armii to 35 lat. A to jest o wiele za dużo, biorąc pod uwagę, że żołnierze – od szeregowego do porucznika – nie mają więcej niż po 22-28 lat. I to kadra dowódcza, której jest przecież znacznie mniej niż żołnierzy wymienionych powyżej, „nabija wiek armii”.

Potrzebna jest nam armia większa i lepiej uzbrojona, ale też armia młodsza.

 

 

 

 

O wartościach dla wybranych pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Musk i meandry wolności słowa

Niby drobiazg, ale nie. Część większej całości. Ważnej całości dotyczącej naszej cywilizacji i jej filaru, wolności słowa. O wolność słowa najgłośniej walczą ci, którzy chcą ją ograniczyć, albo inaczej, chcą ją czcić pod warunkiem, że poglądy wyrażane w ramach wolności słowa zgadzają się z ich poglądami, a jak się nie zgadzają, to są oczywiście językiem nienawiści, rasizmu, dyskryminacji, faszyzmu, które trzeba penalizować, a nienawistników otoczyć kordonem sanitarnym.

Kordon sanitarny może się składać i już się składa z braku dostępu do mediów dla nienawistników. Albo ze skutecznym ograniczaniem tego dostępu. Jak bardzo skuteczne było ograniczanie widzieliśmy choćby po przypadku Donalda Trumpa, któremu wielkie platformy społecznościowe odcięły możliwość komunikowania się z wyborcami, bo tak. A teraz do rzeczy.

Jeden z najbogatszych ludzi na świecie Elon Musk kupił część akcji Twittera, niecałe 10 procent. Choć stał się największym udziałowcem, to jego procenty nie pozwalają przejąć nad tt kontroli. Kontrola według Muska polegałaby na tym, że skończyłaby się nieodgadniona kontrola. Pisząc „nieodgadniona” mam na myśli pełną uznaniowość właścicieli portalu, co jest dopuszczalne, a co nie. Twitter Muska przestałby cenzurować wiele treści, które cenzuruje teraz, na przykład treści niepoprawne politycznie, oczywiście z zachowaniem prawa.

Treści bezprawne, naruszające prawo nie byłyby publikowane albo byłyby zdejmowane. Musk chce jednak czegoś rewolucyjnego: udostępnienia kodu moderacyjnego, żeby każdy mógł sprawdzić na jakiej zasadzie pewne treści są dopuszczalne, a jakie nie. To oznaczałoby dyskusje na temat tego algorytmu i pewnie stałą, albo okresową modyfikacje tegoż w ramach otwartej dyskusji o wolności słowa. Napisałem to, napisałem, napisałem „otwarta dyskusja o wolności słowa”, prawdopodobnie jestem więc niegodziwcem podszyty. Bo jaka otwarta dyskusja o wolności słowa? Nie po to są elity i te elity mają pracowników za pieniądze, żeby jakimś, przepraszam, Jastrzębowskim przychodziła otwarta dyskusja o wolności słowa.

To wcale jednak nie oznacza, że wolność słowa ma być nieograniczona i dopuszczać wprowadzenie ludzi w błąd, czyli świadome i celowe okłamywanie ludzi w celu osiągnięcia ściśle określonych efektów. I tu przykład jak wolność słowa upadła na twarz, że jednak ta wolność powinna być sprawdzana, weryfikowana… Kiedy Musk ogłosił, że chętnie kupiłby resztę Twittera za 43 miliardy dolarów, w sieć, w tym w samego Twittera wpuszczono filmik z amerykańskiej stacji MSNBC, na którym Mika Brzeziński (siostra obecnego ambasadora USA w Polsce i córka Zbigniewa Brzezińskiego) miała powiedzieć w związku z próbą przejęcia przez Muska tt: „Elon Musk próbuje kontrolować co i jak ludzie mają myśleć. To nasza praca”. Sam Musk umieścił uśmieszki pod tym wpisem na tt, ale wpis jest nieprawdziwy niestety. Brzeziński powiedziała to w 2017 roku i jej komentarz dotyczył Donalda Trumpa, nie Elona Muska. Zresztą wtedy za ten komentarz dziennikarka dostała trochę po głowie i musiała się tłumaczyć co miała na myśli mówiąc to, co powiedziała.

Ktoś może rzec, że ona teraz na pewno myśli tak samo właśnie o Musku, bo jest częścią establishmentu uwielbiającego poprawność i skrytą cenzurę. Może tak, a może nie. Wolność słowa jest wielkim darem, ale jak widać wymaga jednak odpowiedzialności. Sprawy nie są czarno-białe (jeśli w ogóle biorąc pod uwagę poprawność polityczną można jeszcze tak pisać). A na koniec niespodzianka: Musk zapowiedział, że jak przejmie tt, to rada nadzorcza, która zarabia teraz 3 miliony dolarów będzie zarabiać zero dolarów. Naprawdę jest o co walczyć.

WALTER ALTERMAN: O broni, czyli brońmy się…

O powszechnym dostępie do broni czyli o nierozwadze jednych i niepohamowanej żądzy zysku drugich.

 W czasie tej wojny ogromnie uaktywniła się w Polsce grupa handlarzy bronią i ich medialnych  popleczników. Wysuwają oni argumenty tyleż liryczne co bałamutne. Głoszą, że powszechny dostęp do broni jest gwarancją wolności obywatelskiej każdego z nas. Twierdzą, że broń w każdym domu to pewność, że nikt nie ośmieli się napaść naszego mieszkania.

Pojawia się argument, że zaznajomiony z bronią obywatel – w razie agresji na Polskę – to przyszły, świetnie wyszkolony żołnierz i obrońca. Przyjrzyjmy się zatem tym argumentom.

Broń w każdym mieszkaniu

To nikogo nie uratuje, tym bardziej, że napady na mieszkania w celach rabunkowych są w Polsce rzadkością. Nasi przestępcy z branży złodziejskiej preferują kradzieże mieszkań, pod nieobecność ich mieszkańców. Dzieje się tak dlatego, że kradzieże z włamaniem są karane nieporównanie łagodniej niż napady z użyciem broni. Piszę o przestępstwach z kategorii „napad z użyciem broni”, bo logiczne jest, że po uzbrojeniu się zacnych obywateli, również zawodowi złodzieje i bandyci musieliby się uzbroić. Żeby nie być bezbronnymi wobec okradanych przez siebie właścicieli mieszkań. Ponadto – okradanie mieszkań nie jest dziś w modzie, bo majętni obywatele maja kosztowne precjoza jubilerskie i akcje w sejfach bankowych, a gotówkę trzymają na kartach.

Poza tym – są setki nowych sposobów na spokojne okradanie współobywateli, że wspomnę o metodzie na wnuczka, na nagłe opłaty zaległych rachunków za prąd, a nawet tradycyjne udawanie policjanta.

Broń na ulicach

W grę wchodzi również to, żeby – zdaniem propagatorów zbrojenia się obywateli – każdy obywatel miał możliwość poruszania się poza domem z bronią krótką, czyli pistoletem lub rewolwerem. A to – pozwolę sobie zwrócić uwagę – jest już szalenie niebezpieczne dla spokoju społecznego. Naród nasz nie jest tak flegmatyczny jak Anglicy i nie jest też tak popędliwy i temperamentny jak południowcy. Niemniej jest nerwowy. Byle stłuczka, byle zajechanie drogi samochodem powoduje w nas ogromne wzburzenie. Często padają brzydkie słowa a w ruch idą nawet pięści. Nie trzeba mieć tak potężnej wyobraźni jak Jules Verne, żeby przedstawić sobie sytuację, gdy dwóch rodaków ma dwa pistolety – po jednym na każdego ze zdenerwowanych uczestników samochodowej kolizji. A awantury w urzędach, w szpitalach, w sklepach, a nawet w miejscach pracy?

Cały ten zysk

Argument, że właściciele prywatnej broni krótkiej lub długiej są świetnym materiałem na dobrych żołnierzy jest naprawdę archaiczny. Owszem, jeszcze w czasie wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych – między 13 zjednoczonymi koloniami a Wielką Brytanią, w latach 1775-1783, zwaną niesłusznie rewolucją amerykańską, przydatność „ostrzelanych” traperów była istotna, ale nie decydująca. O zwycięstwie Stanów zdecydowała regularna liczna armia, którą udało się stworzyć, dostawy uzbrojenia, w tym armat z Francji, a także francuscy najemnicy. Ale amerykański mit o decydującym udziale farmerów i mieszczan ma się dobrze.

Podtrzymuje się ten mit również w odniesieniu do wojny domowej w USA, czyli do wojny secesyjnej z lat 1861-1865. Choć w tym konflikcie zbrojnym rola „pogromców bizonów” była żadna. Zwyciężyła Północ, bo miała więcej pieniędzy, środków, ciężkiego uzbrojenia a nawet okrętów. I mając to wszystko stworzyła silniejszą armię.

Dlaczego USA są ojczyzną mitów o potrzebie „samozbrojenia się obywateli”? Bo przemysł broni prywatnej jest w USA potęgą, a jego obroty znaczące dla gospodarki. I na nic zdają się argumenty rozsądku, że kolejne masakry, jakich dopuszczają się szaleńcy w szkołach, supermarketach, na festynach są wynikiem powszechnego dostępu do broni. Przemysł i handel bronią w USA kwitnie, bazując na naturalnym ludzkim lęku przed przemocą. I jakoś nie trafiają do przerażonych amerykanów argumenty, że właśnie ten ich lęk napędza spiralę przemocy.

Właściciel prywatnej broni obrońcą ojczyzny ?

Człowiek mający w domu broń, uczęszczający nawet regularnie na strzelnicę, wcale nie będzie przydatny armii. Dziś armia, to wyszkoleni fachowcy, czego dowodzi wojna rosyjska inwazja na Ukrainę. Oczywiście w tym kontekście fachowcy to Ukraińcy.

Szkolenie współczesnego żołnierza jest procesem, który musi trwać co najmniej dwa lata. Na współczesnym polu walki pospolite ruszenie właścicieli pistoletów, broni myśliwskiej, czy nawet strzeleckiej broni długiej może jedynie wprowadzić chaos. Tym groźniejszy, że posiadacze prywatnej broni będą uważali się za lepszych. Nadto – armia to także posłuch i rygor. Już widzę dumnych właścicieli najdroższej prywatnej broni, jak podporządkowują się rozkazom jakiegoś chudziaka plutonowego.

Lobbyści prywatnych zbrojeń powołują się też na duże grono myśliwych. Dane z roku 2019 mówią, że w Polsce było ponad 126,5 tys. myśliwych zrzeszonych w 4691 kołach łowieckich. Nie wchodząc w spór o zasadność uprawianie myślistwa, trzeba stwierdzić, że większość z polujących to osoby starsze, które po każdym jednodniowym polowaniu muszą co najmniej tydzień odpoczywać. I z całą pewnością wcielenie do armii, powołanie na wojnę myśliwych byłoby pomysłem godnym Mrożka lub Geneta.

W czyim interesie?

Na tym interesie, gdyby się w Polsce rozwinął, zrobiliby jedynie polscy handlarze bronią. Jednak zyski społeczne byłyby na dużym minusie. Broń zaczęłaby rychło trafiać w ręce gangsterów i kiboli. Zwróćmy i na to  uwagę, że broń do powszechnej sprzedaży pochodziłaby z zagranicy, bo sami takich „atrybutów męskości” nie produkujemy. W grę zatem wchodzi w sumie marny zysk z podatków dla państwa.

Szansa samoobrony

Dzisiaj do uzyskania uprawnień na posiadanie broni krótkiej i długiej wystarcza kilkugodzinny kurs. A i to – jak świadczy sprawa posła Cezarego Grabarczyka – niektórym za dużo i szukają zaświadczeń o kursach, których nie odbyli.

Czy obywatel mający nawet przy sobie broń jest w stanie obronić się przed fizycznym atakiem innego obywatela? Nie sądzę, bo agresor ma zawsze przewagę i ma już najczęściej gnata w łapie, gdy porządny obywatel zaczyna dopiero gmerać pod marynarką. A gdy jeden dopiero szuka broni, to ten przygotowany, ten napastnik na pewno zdąży wystrzelić jako pierwszy. I to kilka razy.

Naprawdę nie wiem, dlaczego tak wielu ludzi wierzy, że broń uchroni ich przed napadem, agresją psychopaty lub zawodowego bandyty.

Jeżeli chcemy mieć to, co w USA wyczyniają osobnicy niezrównoważeni, nawiedzeni fundamentaliści religijni to zezwólmy na powszechny dostęp do broni.

Podsumowując – armia nie potrzebuje ani myśliwych, ani osobników przerażonych, którzy ze strachu kupią rewolwer, pistolet czy nawet karabin. To są naprawdę dwa światy.

A skąd bierze się ta bezwzględność producentów i handlarzy bronią? Moim zdaniem sytuacja z działalnością lobby producentów broni potwierdza tezę, że spośród wszystkich znanych ludzkości żądz, największa jest żądza zysku.