TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Andrzej Gwiazda i Europejskie Centrum Solidarności

14 kwietnia 1935 r. w Pińczowie urodził się Andrzej Gwiazda, inżynier, jeden z założycieli Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, w sierpniu 1980 r. członek Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej, współautor 21 Postulatów Sierpniowych, współzałożyciel NSZZ „Solidarność”.

Nie mniej ważne jest (także w kontekście inwazji Rosji Putina na Ukrainę) doświadczenie sowieckie Andrzeja Gwiazdy. W 1940 r., razem z matką i babką (ojciec był więziony w niemieckim oflagu) trafił – w ramach masowych wywózek Polaków do ZSRS – do Kazachstanu. Do Polski wrócili po sześciu latach, przez Górny Śląsk, do Gdańska.

Przez życie Andrzej Gwiazda idzie z niestrudzoną żoną Joanną Dudą-Gwiazdą. Ale nie tylko w PRL, ale przez większość III RP była to droga pod górę.

Tusk i Komorowski

Bo Rzeczpospolita po 1989 r. była zniekształceniem idei Andrzeja Gwiazdy, czyli idei Sierpnia. I tak np. 14 maja 2012 r. decyzją prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza bramie nr 2 stoczni nadano wygląd z sierpnia 1980 r. włącznie z napisem: „Stocznia Gdańska im. Lenina”. Dopiero po awanturze Lenin został zdemontowany.

Znamienne były obchody rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych w 2012 r. Bronisław Komorowski, 31 sierpnia podczas odznaczania wydawców solidarnościowych przyznał, że najchętniej odznaczyłby za podziemną walkę Donalda Tuska. Tusk odwdzięczył się tym samym. Czyli zamiast prawdziwych bohaterów Sierpnia: Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz, czy Krzysztofa Wyszkowskiego salon III RP serwował nam nowych: Komorowskiego, Tuska i jeszcze Henrykę Krzywonos, której tramwaj stanął, bo jeden z jej kolegów wyłączył prąd. Szczęśliwie to pisanie historii na nowo, jej fałszowanie, zostało przerwane.

Pamiętamy również, jak Donald Tusk, którego rola w strajkach solidarnościowych była minimalna, dwoił się i troił, aby odebrać dzisiejszemu związkowi prawo do Sierpnia ‘80. Na tym niestety nie koniec.

Lewicowe upolitycznienie
„To jest centrum dywersji antypolskiej” – tak o Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku, kierowanym przez dyrektora o polsko-irackich korzeniach Basila Kerskiego powiedział mi niedawno w Polskim Radiu 24 Andrzej Michałowski, jeden z założycieli „Solidarności”. – „Z ECS-u zrobiono mauzoleum doradców – Mazowieckiego, Geremka, Kuronia – którym patronuje TW „Bolek”.

To mauzoleum – otwarte obok Stoczni Gdańskiej w 2014 r., którego budowa kosztowała ponad 231 mln zł, a roczne utrzymanie ma wynosić ponad 13 mln zł, gości dziś polityków PO, działaczy KOD i feministki. To oni atakują działaczy „Solidarności” i wykrzykują, żeby „odebrać państwo polskie PiS-owi”. Ale od państwa zarządzanego przez PiS Europejskie Centrum Solidarności chętnie bierze pieniądze i krytykuje, że dostaje za mało, że chciałoby więcej.

A pieniądze daje ECS Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wiceminister resortu Jarosław Sellin komentuje działania placówki, którą MKiDN współtworzy: „Jakoś nie słyszałem, żeby tam znalazła przestrzeń do działania jakaś organizacja konserwatywna albo organizacja o charakterze pro-life. (…) W Europejskim Centrum Solidarności przestrzeń do działania znalazły organizacje o charakterze lewicowym. (…) I to się wszystko dzieje w ECS-ie, który jest spadkobiercą dziedzictwa Solidarności. Solidarności, która jak walczyła, to na płotach Stoczni Gdańskiej jakie były symbole? Krzyż, papież Jan Paweł II, Matka Boska Częstochowska. Cały karnawał Solidarności, walka razem z polskim Kościołem przeciwko komunizmowi, opór przeciwko lewicowemu ateistycznemu reżimowi.”

A dziś lewicowi, ateistyczni działacze rozpanoszyli się w ECS. „Patrząc na inne tego typu instytucje jak np. wrocławskie Centrum Historii Zajezdnia czy Śląskie Centrum Wolności i Solidarności, gdzie mimo różnic udaje się łączyć a nie dzielić, nie widzimy takiej woli w Gdańsku.” – napisała w liście do dyrektora Kerskiego NSZZ „Solidarność”. – „ECS to upolityczniona instytucja, która zamiast łączyć – dzieli; nie widzimy zasadności dalszego funkcjonowania naszych przedstawicieli i do odwołania zawieszamy ich w pracach Rady i Rady Historycznej ECS”.

Przegrani w ECS

Dziś dyrektora Europejskiego Centrum Solidarności wskazuje miasto Gdańsk. Ponieważ – zdaniem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – przekaz w ECS jest jednostronny, a dokładnie jednostronnie lewicowy, ministerstwo, które współfinansuje placówkę, łożąc na nią miliony złotych, chciałoby przynajmniej wskazywać wicedyrektora Centrum. Nie mniej ważnym postulatem jest utworzenie nowego działu poświęconego Joannie i Andrzejowi Gwiazdom, którzy przegrywają w ECS z Lechem Wałęsą. Podobnie przegrywają inni twórcy wolnych od komunistów związków zawodowych: Anna Walentynowicz, Krzysztof Wyszkowski, czy Andrzej Kołodziej.

Doszły do tego przywileje dyrektora Basila Kerskiego, który niemal za bezcen użytkował mieszkanie będące w zasobach miasta.
Wniosek jest jeden: wobec niemożności pokazania prawdziwej historii Solidarności w ECS, należy odwołać obecną dyrekcję placówki. Zrobić w Europejskim Centrum Solidarności porządek, tak jak zrobiono go w innej gdańskiej placówce: Muzeum II Wojny Światowej.

Polacy powinni skorzystać z doświadczenia Sierpnia ’80 i rozpędzić złodziei i zdrajców. Powinni zmobilizować się, powinni stać się dynamitem – tym, co prezentowaliśmy sobą w 1980 r. – przywołajmy wciąż aktualne przesłanie Anny Walentynowicz, prawdziwej bohaterki Sierpnia 1980 r. W imię idei Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy, czyli idei Sierpnia.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI pisze o zalegającym na dnie Bałytyku złomie, także politycznym: Trup na dnie

W naszej strefie gospodarczej Bałtyku ok. 100 km od brzegu jest mniej więcej 300 mniejszych lub większych wrakowisk. Powszechnie znane są takie, jak Wilhelm Gustloff, von Steuben, Goya czy U-boot VII C. Straszy też Frankem zalegający na 72 metrach zaledwie 9 kilometrów od cypla helskiego. Z tysiącami ton mazutu. Straszą doły iperytowe koło Bornholmu i wielu innych miejscach. To pozostałości wojny, z którymi nie uporano się przez ponad 70 lat. Do tego złomu dojdzie wkrótce nowe żelastwo – rury Nord Streamu. Biedny Bałtyk, ryby i ludzie.

Zwariowani, a często przekupieni „ekolodzy” walczą z wielkim krzykiem o szlachetne racje wobec minimalnych zagrożeń. Nasze morze Bałtyk jest wyjałowione przez statki paszowe zbierające gęstymi sieciami co tylko się da. O tym ekolodzy nie krzyczą, nie protestują. Goni się za to i każe dotkliwie ostatnich polskich rybaków łowiących małymi jednostkami, używających sieci o dużych oczkach na ryby duże, dorosłe. Paszowce wybierają z morza a nawet z jego dna wszystko. Fermy wiatrowe na morzu też zakłócają przyrodniczy porządek. Jednak dopiero rury biegnące na dnie przez cały Bałtyk to cios miażdżący.

Nieliczne głosy protestu prawdziwych obrońców morza zostały gwałtownie stłumione. Nawet samorządowcy z gmin nad morzem nie zostali wysłuchani. Regres, wyprzedaż, niszczenie gospodarki morskiej odbywało się systematycznie i dramatycznie.

Powiedzmy to wprost, nawet ordynarnie. Jesteśmy od wielu dekad zwróceni dupą do morza. Świętowanie oficjalnych uroczystości służy tylko tym politykom, którzy ustawiają się na trybunach.

Zaruski, Kwiatkowski, a nawet sławny komendant „Daru Pomorza” Jurkiewicz w grobach się przewracają i płaczą słonymi łzami. „Morze, nasze morze” to dziś ponury żart. Na szczęście są wyjątki. To zrealizowany już prawie przekop Mierzei Wiślanej. Ci, którzy wylali z gospodarki nasze morze z wściekłością próbowali zatrzymać tę inwestycję. Przyklaskiwali (albo i więcej) im Rosjanie. Dobrze też, że przeforsowano i buduje się tunel pod Odrą w Świnoujściu. Sukcesem (m.in. dzięki Gdyńskiemu Urzędowi Morskiemu) rozbudowuje się port w Gdyni. To są wielkie inwestycje. Ale chodzi jeszcze o coś bardzo ważnego. Niestety Polska nie żyje obecnie morzem. Nie czuje wiatru znad Rozewia. Nie ma publicystyki morskiej. Cicho o klubach marynistyki, a większość żurnalistów, niestety również z wybrzeża, to szczury lądowe. Nasze szkoły morskie choć nazwane nawet akademiami kształcą dla obcych bander. Wspaniali inżynierowie, wykształceni już na polskich uczelniach, uczniowie twórcy naszego przemysłu okrętowego Jerzego Doerffera z biur projektowych gdyńskich, gdańskich i szczecińskich stoczni potrafili projektować samochodowce, gazowce, okręty wojenne. Dziś ci niezwykle cenieni fachowcy rozsiani są po całym świecie. Musieli wyjeżdżać za chlebem.

Moglibyśmy teraz wozić gaz własnymi statkami. Ale ich nie mamy. Będziemy sporo płacić za dostarczanie paliwa.  Wiemy kto to wszystko sprzedał i zniszczył. I nic tym ludziom się nie stało. Jesteśmy wrobieni w rurę! Padnie odpowiedź, że to nie tylko my, ale cała Unia Europejska. Po co było głupich i naiwnych słychać?

Ruski złoczyńca zabił nam elitę władzy. Niemiec, Francuz, Holender, przy pomocy rodzimych zaprzańców, blokuje należne Polsce pieniądze Jak długo jeszcze wysłuchiwać będziemy kłamstw i delikatnie obchodzić z wrogami? Zacznijmy od wewnętrznych. To, że trzecia część obywateli zgłupiała i zaprzecza faktom nie oznacza, iż wszyscy to tchórze, durnie i naiwniacy.

Na Śląsku wiele kopalń, które ratowałyby teraz energetykę a nawet pozwoliłyby świetnie zarobić na koniunkturze węglowej – podpalono pod ziemią, zamurowano grodząc chodniki ścianami, zawalono złomem i betonem szyby. Tak dokładnie, że już nie nadają się do odgruzowania. Trzeba budować obok szyby nowe. A każdy to – jak liczą fachowcy – koszt miliarda złotych. W dodatku ci, którzy to zrobili nie chcą się przyznać do błędu i nadal jeszcze pyskują.

Kto w naszym kraju powie wreszcie DOŚĆ? Kto wyśle do rajów podatkowych cwaniaków i złodziei. Ich pieniądze już tam są.

Rura rurze nierówna. Szmelc bałtycki to pokaźna ilość złomu. Rury są grube i ciężkie, ale da się je wydobyć. Odetchną ludzie i ryby. Choć one głosu nie mają, ale na pewno poweseleją, gdy minie groźba pęknięcia rury i zniszczenia morza.

Rury Nord Stream won. To morze jest za małe na tak wielkie niebezpieczeństwo. Ludzie, spróbujcie jeszcze trochę pożyć i cieszyć się Bałtykiem. W dziejach świata bywali Hunowie, ale zawsze potrafiono się ich pozbyć. Nie wiem, czy zachód rzeczywiście przeciera oczy. Na razie tym którzy się śmiali z ostrzeżeń Polaków miny zrzedły. Nie słuchano nas, a przecież przewidywane uzależnienie się od kacapa było oczywiste.

Dalej mówią, że Putin bomby atomowej nie rzuci. Japończycy też tak myśleli. Ktoś powie, że moje słowa są niepolityczne. A czy my mamy do czynienia z politykami czy ze zbrodniarzami, którzy ze wściekłości, tak jak Stalin, zaczynają zamykać swoich?

Ukraińcy krwawią, obrońcy tego kraju teraz w boju stają się teraz prawdziwymi żołnierzami. Zastanówmy się jacy mogą się okazać nasi przyjaciele z NATO, np. z Holandii – biorąc pod uwagę wspomnienia Srebrenicy. Liczyć musimy na siebie. Jest nas w końcu dużo. Nie lekceważmy obrony terytorialnej. Przysposóbmy obywateli do użycia broni, by nie wyć potem z bezradnej wściekłości i bólu. Możemy zrobić wspólny, mocny sojusz z doświadczoną dziś w boju Ukrainą. I jeszcze z innymi, którzy są wokół nas. Wystarczy ludzi. Węgry się jeszcze obudzą. To jest również  robota dla dziennikarzy.

 

 

WALTER ALTERMANN: Kilka uwag o wojnie (1). Kto nas rozbroił?

Przez całą moja młodość byłem poddawany niesamowitej presji; tłumaczono mojemu pokoleniu, że rozbrojenie – głównie atomowe – jest najważniejsze, bo gwarantuje trwały pokój na świecie. Jednak rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana niż głosiły to ruchu Obrońców Pokoju. Obecnie mamy wojnę u naszych granic i straszak atomowy znowu nad nami wisi. Tamten z mojej młodości był polityczny, ten jest już realnie militarny.

Co do jednego rozbrojenie stało się faktem – NATO jest rozbrojone, a my wraz z nim. Tytułowe pytanie jest zatem jak najbardziej zasadne: Kto nas rozbroił? Na to fundamentalne pytanie należy odpowiedzieć jasno: sami się rozbroiliśmy.

Przy czym akurat Polska nie bardzo jest temu winna. Polska, jako członek NATO, zachowywała się lepiej niż wielu innych partnerów tego paktu. Wydawaliśmy, procentowo, na armię więcej niż kraje zachodniej Europy. Dlaczego zatem NATO, w tym my, jesteśmy teraz rozbrojeni, a nawet armia biednej Ukrainy jest przy nas potęgą?

Po prostu przez ostatnie trzydziestolecie takie były nastroje, taka europejska i światowa polityka, że nikt nie brał serio zagrożenia wojną ze strony Rosji. Inaczej mówiąc – wszyscy chcieli widzieć w Rosji normalny kraj, któremu do szczęścia wystarczy wydobywanie i sprzedaż surowców naturalnych, w tym także energetycznych.

Putin chodził w eleganckim garniturze, nawet mieszkał – przed objęciem prezydentury – w NRD (wtedy na Zachodzie)… Co prawda jako agent KGB, ale jednak na europejskich salonach uważano go za nowoczesnego światowca.

W 1994 roku NATO nawiązało stosunki wojskowe – w ramach programu „Partnerstwo dla pokoju” – praktycznie ze wszystkimi państwami w obszarze euroatlantyckim. W 1997 roku na mocy Aktu Stanowiącego NATO-Rosja utworzono Stałą Wspólną Radę, jako płaszczyznę współpracy. W 2002 roku, gdy członkowie Sojuszu przygotowywali następną dużą turę rozszerzenia, powołano Radę NATO-Rosja. Te militarne posunięcia bardzo współgrały z działaniami politycznymi, ukierunkowanymi na przyznanie Rosji znaczącego miejsca w świecie polityki światowej: Rosja została przyjęta do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego oraz do G7 i Światowej Organizacji Handlu.

Jednocześnie – z przyjęciem Polski do NATO, co miało miejsce 12 marca 1999 roku – ustalono, że armie nowych członków NATO nie będą za duże. I dla jasności – nikt sprawy wielkości polskich sił zbrojny, na serio z nami nie konsultował. Po prostu arbitralnie poinformowano nas, że polska armia ma liczyć 100 tys. ludzi. I odpowiednio do tego stanu etatów, nie za dużo sprzętu i wyposażenia.

Tutaj historia zrobiła złośliwą pętlę. Podejrzewam, że ktoś z Rosjan znał dobrze historię Polski i zadrwił z nas. Otóż, niedługo przez II i III rozbiorem Sejm postanowił podnieść liczebność armii do 30 000 ludzi, z czego 22.000 w Koronie i 8.000 na Litwie. Jednak były to tylko pobożne życzenia, gdyż w roku 1776 r. w wojsku koronnym było zaledwie około 10.000 żołnierzy, zaś w litewskim 4.400. Przez kolejne 12 lat stan wojska osiągnął raptem 18.500 ludzi. Jednym z głównych problemów, jakie miał Sejm w 1788 roku, było powiększenie armii. 20  października tego roku Sejm uchwalił wystawienie prawie stutysięcznej armii – 61 025 żołnierzy piechoty, 32 512 jazdy, 4987 artylerii i inżynierii. Razem armia koronna i litewska miały liczyć 98 596 ludzi. Wobec braku odpowiednich funduszy 22 stycznia 1790 roku wprowadzono etat tymczasowy. Przewidywał on 65 074 żołnierzy, w tym 27 342 jazdy, 34 096 piechoty, 3564 artylerii i inżynierii.

Dopiero po roku został ustalony szczegółowy etat wojska. Starano się uzupełnić go zaciągiem ochotniczym, co rzeczywiście pozytywnie skutkowało w przypadku kawalerii narodowej, niestety zawodziło przy regimentach pieszych. W grudniu 1789 roku zdecydowano się na pobór rekrutów systemem „wypraw dymowych”. Wymierzono go na bardzo niskim poziomie – z dóbr królewskich i duchownych 1 rekrut na 50 dymów a z prywatnych 1 rekrut na 100 dymów. Rekrutów w wieku od 18 do 35 lat brano na 6 do 8 lat. W ten sposób można było zwerbować zaledwie 8.000 żołnierzy.

Jednak wobec braku funduszy i niepowodzenia zabiegów o pożyczkę zagraniczną Sejm odroczył realizację etatu stutysięcznego i 22 stycznia 1790 roku postanowił wprowadzić etat tymczasowy. Etat ten zmniejszył wszystkie regimenty piechoty do dwóch batalionów, pominął trzy zaplanowane regimenty koronne, oraz bataliony strzelców, zredukował też korpusy artylerii. Stany w oddziałach wojska radykalnie zmniejszono. Armia miała liczyć 44.855 ludzi, z tego 20.497 jazdy, 21.862 piechoty, 2,451 artylerii i inżynierii.

Armia litewska miała składać się ze sztabu, 9 regimentów piechoty: 20.219 ludzi z tego: 6.845 jazdy, 12.234 piechoty, 1.113 artylerii i inżynierii.

W 1791 w wojsku koronnym służyło około 42.000 żołnierzy, w tym piechoty około 22.500, zaś w wojsku litewskim niespełna 15.000 ludzi. Dopiero w czasie wojny podniesiono stany do 50.000 wojska koronnego i 18.500 wojsk litewskich.

O sprawie tak pisał Marian Kukiel – wybitny historyk wojskowości: „Grzechem pierwszym było skąpienie ludzi do wojska. Drugim – etat był zbudowany wadliwie, z ogromną ilością jazdy, szczególniej zaś najkosztowniejszej, a najmniej sprawnej i zwartej. Przez to brakło środków na piechotę, dużo tańszą, a stanowiącą już wszędzie główną masę wojska”.

Pod koniec XVIII wieku ludność Korony i Litwy wynosiła około 9 mln ludzi. Tak więc, przy cztery razy większym państwie (ludnościowo) postanowiono za nas (my postanowiliśmy) mieć armię 100 – tysięczną, jak pod koniec XVIII wieku. Ponury żart historii. Dla usprawiedliwienia kolejnych naszych rządów – po roku 1991 – armie Niemiec, Francji i Włoch są dziś równie niewielkie jak armia Polski.

 Obecna liczebność niektórych armii – siły lądowe

Europejscy członkowie NATO widzieli taką Rosję, bo bardzo takiej Rosji chcieli. I było im to na rękę, bo z Rosją Putina robili świetne interesy. Tak dobre, że nad aneksją Krymu Europa i USA przeszły do porządku dziennego. W 2014 roku, tłumaczyli sobie: No, nieładnie zrobił ten Putin, ale Krym kiedyś należał do Rosji. Coś tam było, jakieś malutkie sankcje były, dla zachowania pozoru… I nikt nie bił na alarm, poza Polską. Na nasze alarmy Władimir Putin i Siergiej Ławrow mówili, że Polacy są genetycznymi rusofobami, że nie rozumiemy nowoczesnego świata, idei współpracy międzynarodowej i podsycamy napięcie.

Nie mamy dostępu do realnych wielkości armii Świata i Europy. Dysponujemy jedynie danymi szacunkowymi, które w dużym uproszczeniu przedstawiamy poniżej.

USA – wojska lądowe USA mają 1,4 mln żołnierzy w służbie czynnej i 860,000 rezerwistów. Wyposażenie obejmuje 8,400 czołgów, 2.600 opancerzonych pojazdów bojowych oraz 1,300 rakiet nośnych. Siły Zbrojne USA mają też broń jądrową, co stanowi o ich właściwej sile. Choć Stany Zjednoczone mają prawie o połowę mniej czołgów (6,612) niż Rosja, to amerykańska armia może  poszczycić się największą na świecie liczbą wozów opancerzonych wynoszącą 45,193 egzemplarze. W odniesieniu do artylerii US Army wypada słabiej: 1, 498 samobieżnej i 1,339 holowanej oraz 1.366 wyrzutni rakiet.

Rosja – w jej armii służy obecnie 900,000 żołnierzy, a w rezerwie pozostaje 2 mln osób. Armia Rosji jest drugą potęgą na świecie – po USA. Rosyjski potencjał objawia się głównie w sprzęcie. 12,420 czołgów, 30,122 opancerzonych wozów bojowych, 6,574 sztuk artylerii samobieżnej oraz 7, 571 holowanej, a także 3,391 wyrzutni rakiet.

Turcja – armia znad Bosforu jest uznawana za drugie, co do wielkości siły zbrojne NATO. Łączna liczba żołnierzy służących w tureckich siłach zbrojnych to prawie 600, 000, z czego 410,500 jest w służbie czynnej. W swoim arsenale militarnym mają ponad 3,700 czołgów, ponad 1,000 samolotów i 13 okrętów podwodnych. Jednak jest pewien delikatny problem z Turcją i jej armią. Za rządów Erdogana Turcja, będąca członkiem NATO, wyraźnie dystansuje się jednak od obecnych kierunków polityki sojuszu i prowadzi własną politykę, polegająca na balansowaniu pomiędzy USA oraz Rosją. Tym samym nie jest to najbardziej zaufany współsojusznik.

Ukraina – może liczyć na 196,000 czynnych żołnierzy i 900,000 rezerwistów. Obecnie trwa powszechny pobór do wojska mężczyzn w wieku od 18 do 60 lat.

Wielka Brytania –  194,000 czynnych żołnierzy i 37, 000 rezerwy. Wielka Brytania  jest państwem posiadającym broń jądrową.

Niemcy – armia Niemiec to 184, 000 ludzi. Siły niemieckie to 266 czołgów, 9,217 transporterów, 121 dział samobieżnych i 38 wyrzutni. Bundeswehra nie posiada artylerii holowanej.

Francja – Siły francuskiej piechoty wynoszą 205 tys. żołnierzy w służbie czynnej oraz 35 tys. rezerwistów. Podstawowe uzbrojenie: 931 czołgów, 713 opancerzonych bojowych wozów piechoty i 3,820 transporterów opancerzonych, 794 jednostek artylerii, 800 samolotów, 418 śmigłowców oraz ponad 700 wyrzutni przeciwczołgowych pocisków kierowanych. Francja ma również silą flotę oraz posiada broń jądrową.

Włochy – Włoskie Siły Zbrojne liczą obecnie 165,500 osób czynnego personelu wojskowego w trzech rodzajach sił zbrojnych: 96,700 służy w Wojskach Lądowych; 28,850 w Marynarce Wojennej, a 39,950 w Siłach Powietrznych.

Polska – armia ma obecnie 145,000 żołnierzy. Nowe przepisy przewidują, że polska armia docelowo zostanie zwiększona do ok. 300 tys. żołnierzy – 250 tys. żołnierzy zawodowych i 50 tys. żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej. W tej chwili podstawowym rodzajem sprzętu w polskiej armii jest sprzęt pochodzący z byłego ZSRR – dotyczy to ponad 70 proc. czołgów, ok. 70 proc. wozów bojowych piechoty i ponad 80 proc. artylerii, 90 proc. broni przeciwlotniczej i 70 proc. śmigłowców. Średni czas użytkowania sprzętu w polskiej armii ma wynosić ok. 35 lat. Niepokój może budzić i to, że średnia wieku rezerwisty wynosi dziś 45 lat. Uzbrojenie polskiej armii to: Czołgi – 781 (w tym: Leopardy – 249; PT – 91 Twardy – 232; T 72 – 300). Bojowe wozy piechoty  – 1.539 (w tym: BWP–1 – 1,104; KTO Rosomak – 435). Wozy rozpoznawcze – 664 (w tym: BWR – 38; Humvee – 156; Skorpion – 90; BRDM – 237; Żmija/LPU Wirus IV 143). Samobieżne wyrzutnie pocisków przeciwpancernych – 45

W porównaniu z mocarstwami – USA, Rosja i Chiny – daje się zauważyć duża dysproporcja między nimi a siłami Europy. Na przykład – Francuzi mają do dyspozycji 406 czołgów, 6.558 transporterów, 109 dział samobieżnych oraz 105 zestawów artylerii holowanej i 13 wyrzutni rakiet. Brytyjczycy mogą się pochwalić 227 czołgami, 5.015 wozami opancerzonymi, artylerią samobieżną w liczbie 89 jednostek i 126 holowanej oraz 44 wyrzutniami.

O obecnej sytuacji można powiedzieć tylko to, co w dniu rosyjskiej inwazji na Ukrainę stwierdził sfrustrowany dowódca niemieckich wojsk lądowych generał Alfons Mais. „W 41. roku służby w czasach pokoju nie wierzyłem, że jeszcze przeżyję wojnę. A Bundeswehra, wojska lądowe, którymi wolno mi dowodzić, jest mniej więcej goła. Opcje, które możemy zaproponować politykom dla wsparcia Sojuszu, są skrajnie ograniczone”. I przyznał: „Wszyscy widzieliśmy, że to się zbliża i nie byliśmy w stanie przebić się z naszymi argumentami, aby wyciągnąć i wdrożyć wnioski z aneksji Krymu”. Zaapelował o odbudowę niemieckiej armii, przestrzegając, że „w przeciwnym razie nie będziemy zdolni do wypełniania naszej misji konstytucyjnej albo zobowiązań wobec sojuszników”.

 

Czekamy na prawdę o Smoleńsku – rocznicowy felieton JOLANTY HAJDASZ

W cieniu okrutnej wojny na Ukrainie, która zapełnia ekrany naszych  komputerów i telewizorów coraz bardziej przerażającymi zdjęciami wojennych zbrodni obchodzimy po raz 12 rocznicę, tragedii, wobec której Polakowi nadal trudno pozostać obojętnym. 10 kwietnia 2010 rok.  12 rocznica  katastrofy smoleńskiej.

Mówię jak wielu  – katastrofy, choć wszystko wskazuje na to, iż tym właściwym słowem jest zamach. Zamach czyli działanie przestępcze mające na celu pozbawienie kogoś np. życia, majątku lub praw.  Kilka dni temu w różnych wywiadach powiedział to wprost prezes PiS  Jarosław Kaczyński  i  potwierdził, iż nie ma wątpliwości, że to był zamach, a decyzja o nim musiała zapaść na szczycie Kremla, w Rosji, choć w tym wypadku trudno o  dowody  procesowe. Jednak kolejne dokumenty w śledztwie, do których wicepremier Kaczyński miał dostęp jako osoba pokrzywdzona, uzupełniły ostatnie luki w wiedzy o przebiegu tragedii i pozwoliły złożyć wszystkie elementy w jeden spójny i przekonujący obraz.

To ważny przełom. Przez ostatnie lata otwarcie mówić o zamachu smoleńskim mogły tylko tzw. oszołomy lub emeryci, którzy pożegnali się z karierą zawodową i nie zamierzali kandydować na stanowiska wybieralne. Dla innych taki pogląd oznaczał kres kariery zawodowej i śmierć cywilną. Do roku 2015 dotyczyło to zwłaszcza dziennikarzy chyba wszystkich największych i najbardziej popularnych mediów. Tracili prace, tracili programy i możliwość publikacji. Znam nawet osobę , która straciła pracę na jednym z największych polskich uniwersytetów, po tym jak jeden z jej studentów miał u niej pisać pracę magisterską na wydawałoby się banalny temat –  jak ówczesna prasa i prawicowa, i lewicowa, opisywała smoleńską tragedię. Temat tabu. Lepiej nie poruszać, nie dociekać i nie stawiać żadnych niewygodnych pytań.

Od 12 lat wszyscy czekamy na prawdę o Smoleńsku. Im dalej od katastrofy, tym trudniej rozwiać wątpliwości. Dlaczego Amerykanie nie pomogli nam w śledztwie choć w katastrofie zginęło  5 generałów NATO, dlaczego na pogrzebie polskiego prezydenta nie było przywódców Unii Europejskiej – oficjalnie uniemożliwił im to wybuch wulkanu na Islandii, ale w jego zadziwiające właściwości unieruchamiające samoloty na całym świecie chyba już nikt nie wierzy i nawet o tym nie wspomina. Zresztą z każdego krańca Europy da się przecież dojechać samochodem lub pociągiem. Ówczesny premier Donald Tusk nie wypowiadał się oficjalnie przez 18 dni po katastrofie smoleńskiej, z rodzinami ofiar po raz pierwszy spotkał się dopiero jesienią, więc znowu to pytanie – dlaczego? Czego i kogo się obawiał?

Dlaczego  wciąż u nas oficjalnie obowiązuje raport sowieckiej komisji Anodiny i jej odpowiednika Jerzego Millera o „błędzie pilotów” i „uderzeniu samolotu w brzozę” – Wikipedia najpopularniejsza w internecie encyklopedia także i dzisiaj  udowadnia, że był to wypadek, że to piloci próbowali wylądować na lotnisku Smoleńsk – Siewiernyj  w gęstej mgle, a  samolot schodził znacznie poniżej normalnej ścieżki podejścia, aż uderzył w drzewa, co spowodowało że uderzył w ziemię, bo  załoga nie przeprowadziła podejścia w bezpieczny sposób w danych warunkach pogodowych. Ta sama wikipedia słowo zamach jako przyczynę tego rzekomego wypadku smoleńskiego wkłada przy tym pod hasło „teorie spiskowe” promowane przez dwie osoby – obok Jarosława Kaczyńskiego wymieniane jest jeszcze jedynie nazwisko pana Antoniego Macierewicza. Już samo użycie tych słów „teorie spiskowe” ma nie pozwalać na poważne potraktowanie tezy o zamachu i w ogóle świadomym działaniu tzw. osób trzecich w Smoleńsku. Dochodzenia polskie i międzynarodowe nie znalazły żadnych dowodów potwierdzających  tezę o zamachu w Smoleńsku  – przeczyta dziś jeszcze każdy uczeń i każdy student, jeśli w ogóle szukać będzie wiedzy na ten temat. Nie znajdzie tam jednak informacji o najbardziej tajemniczym elemencie smoleńskiej katastrofy – niewyjaśnionych samobójstwach  i niecodziennych nagłych zgonach osób mających unikatową wiedzę na jej temat lub osób związanych z jej poszukiwaniem . Jest takich zgonów po 2010 roku  co najmniej kilkanaście, w ostatnich dniach opinia publiczna została po raz kolejny zelektryzowana informacją,  iż nagle zmarł prokurator Marek Pasionek, który w  2010 r. nadzorował śledztwo w sprawie katastrofy samolotu Tu-154 w Smoleńsku i którego wtedy od tych czynności odsunięto, a który wrócił do swej pracy w 2016 r i m.in. nadzorował ekshumacje ofiar katastrofy smoleńskiej – to on mimo medialnej nagonki potwierdził publicznie iż w dwóch przypadkach doszło do zamiany ciał i generalnie śledczy znaleźli 69 szczątków ludzkich, pochodzących od 26 osób, w trumnach innych ofiar katastrofy,  a w trumnie prezydenta Lecha Kaczyńskiego znaleziono fragmenty ciał dwóch innych osób.

Może to jedynie tragiczny zbieg okoliczności, ale w wypadku katastrofy smoleńskiej nic nie jest pewne ani wykluczone. Więc nadal czekamy i nadal więcej mamy pytań niż odpowiedzi.

Chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jeden element tragedii z 10 kwietnia 2010 roku – czyli wskazać przyczynę tego, że Prezydent Lech Kaczyński chciał polecieć do Katynia z taką dużą delegacją. Stało się tak dlatego, że w Polsce zaczęto kwestionować to, że w Katyniu dokonano ludobójstwa. W tym czasie  Platforma Obywatelska w ramach ogólnego planu porozumienia się z Rosją kwestionowała taką twardą tezę, że  Katyń jest przykładem ludobójstwa, więc prezydent Lech Kaczyński leciał tam wtedy dokładnie po to, żeby przypomnieć światu , że zamordowanie polskich oficerów w Katyniu przez Sowietów  to była zbrodnia ludobójstwa. Ta symbolika do dziś jest porażająca, jak wysoką cenę przyszło zapłacić wszystkim , którzy przyjęli zaproszenie Prezydenta RP do udziału w uroczystościach 70 rocznicy zbrodni katyńskiej.

Dziś cały świat codziennie może się przekonać do czego nadal zdolna jest Rosja, może zobaczyć na własne oczy okrucieństwo, bezwzględność i brutalność jej żołnierzy. Widząc to przestaje się mieć wątpliwości, że tej kraj byłby w stanie przeprowadzić zamach na Prezydenta innego państwa. Mam nadzieję, że w tych dniach pojawią się nowe informacje i przekonamy się, czy jesteśmy bliżej definitywnego rozstrzygnięcia – czy była to smoleńska katastrofa czy może jednak zamach,  brutalne i z premedytacją zaplanowane morderstwo polskiej elity.

WALTER ALTERMANN: Putin, Orestes oraz inne niepoprawności językowe

Czy Putin jest rzeźnikiem? Od czasu, gdy prezydent Biden nazwał prezydenta Rosji rzeźnikiem, wszyscy przyjęli to określenie jako celne. Potępienia Putina jest ze wszech miar słuszne, jednak samo „rzeźnik” budzi wątpliwości. Rzeźnik to przecież starożytny zawód, i z jego usług korzystamy wszyscy, poza nielicznymi wegetarianami i podobnymi im ludźmi, którzy uważają, że tofu, kiełki i dojrzałe warzywa zastąpią nam mięso. Tu uwaga – w naszej szerokości geograficznej słońce operuje zbyt słabo i płody ziemi nie wystarczą do zdrowej diety. Ale to kłopot wegetarian i ich kolegów.

Putin zatem, z całą pewnością rzeźnikiem nie jest. Może natomiast być oprawcą, zbrodniarzem, katem i zwyrodnialcem.

I jeszcze jedno – przy okazji. Spotykane w Polsce nazwisko „Małolepszy” – w średniowieczu oznaczało kata. Ludzie bali się choćby wymawiać słowo „kat”, więc znaleźli sposób, by obejść to straszne słowo. Nazywa się to sposobem omawianiowym.

Podobnie Żydzi w sposób dookolny nazywają Boga, nie wymawiając jego imienia ze strachu i czci. Jahwe znaczy „ten który jest”. Wszyscy wiedzą o kogo chodzi, ale imię nie padło.

Podobnie jest z niedźwiedziem. W średniowieczu był najwspanialszym i najpotężniejszym zwierzęciem Europy, jednocześnie budził podziw i strach. Nie wypowiadano jego imienia, żeby się nagle nie zjawił. Od starożytności był władcą nie tylko lasów i puszcz, ale i ludzkich umysłów. Na przełomie XI i XII wieku niedźwiedź traci jednak  na znaczeniu i stopniowo oddaje pola lwu, który to zyskuje miano króla zwierząt i staje się symbolem władzy królewskiej.

Imienia niedźwiedzia zatem nie wymawiano, żeby nie ściągnąć go w pobliże osad. Dlatego mamy „niedźwiedź”, które wcześniej  brzmiało „miedźwiedź”, a u Rosjan mamy „miedwiedia”. Mamy też misia, mrówczarza i kudłatego. U Słowian miedwied’ oznaczało jedzącego miód, miodojada. W Polsce i Rosji mamy też nazwiska pochodzące od niedźwiedzia – np. Niedźwiedzki i Miedwiediew.

Swoją drogą Miedwiediew też kanalia, choć ma nazwisko ładne.

Orestes – nie tylko brzmi, ale i znaczy

Kilka razy zdarzyło mi się w życiu na kilka chwil oniemieć i zastygnąć jak żona Lota, w ten biblijny słup soli. Jeden z takich przypadków dopadł mnie w salonie meblowym w połowie lat 90-tych. Przechadzając się między szafami, stołami i kredensami, natknąłem się na kanapę i dwa fotele. Niby normalne, ale zaskoczył mnie kartonik z napisem, który informował, że ten banalny zestaw to: „Wypoczynek Orestes”.

„Wypoczynek” to skrót od „zestawu wypoczynkowego”, który składa się z kanapy i dwóch foteli. Niekiedy zamiast foteli jest mała, dwuosobowa kanapa. I ten „wypoczynek” jest do przyjęcia, choć skrótowce mnie denerwują. Natomiast „Orestes” w nazwie był szokiem.

Kimże bowiem był Orestes? To jedna z najtragiczniejszych postaci antyku. Był synem Agamemnona – wodza spod Troi – i Klitajmestry. Ponieważ w mitologii greckiej nic nie dzieje się na skutek cech charakteru bohaterów a wszystkim kierują bogowie, zatem bezwzględni bogowie – najczęściej starożytni pisarze wskazują tu na Apolla – wyznaczyli Orestesowi okrutny los. Musiał pomścić ojca, zabijając matkę oraz jej kochanka, za to że Klitajmestra zabiła swego męża Agamemnona. Orestes był bohaterem wielu antycznych dzieł literackich, przede wszystkim tragedii. Jakby na domiar tragicznego losu Orestes był bratem Ifigenii i Elektry, którym bogowie zgotowali równie okrutne życie. Morderstwo matki ściągnęło na Orestesa Erynie, które doprowadziły go do obłędu.

Wymyślić Orestesa, jako patrona „wypoczynku”, to tak jakby ktoś nazwał swą firmę okulistyczną EDYP lub CYKLOP, albo gaśnicę pianową HEROSTRATES.

Sprawa ma głębszy sens, bo po co ktoś używa słów, pojęć, które są mu nieznane, dalekie i obce? A jeżeli już naszła go taka językowa chcica, jeżeli tak perfidnie pokierowali jego losem bogowie, że odjęli mu rozum… to dlaczego nie sięga do encyklopedii? I naprawdę taka sytuacja nie dotyczy jakiegoś błahego przypadku z kanapą. Nasi politycy – wszystkich kierunków – co i rusz używają słów o wątpliwym sensie.

No, ale jak ktoś chce być lepszy, to w końcu zawsze dopadną go Erynie… I ja takich delikwentów nie żałuję, bo jakaś kara za zbrodnie językowe być musi.

Widzowie, oglądający spektakularne widowiska

Ostatnio coraz częściej możemy usłyszeć od sprawozdawców sportowych, że jakieś zagranie na boisku, jakaś akcja były spektakularne. „Spektakularny” uśmiercił już: wyjątkowy, widowiskowy, zachwycający, niebywały, rzadko spotykany… A przecież „spektakularny” pochodzi od od „spektatora” czyli widza, obserwatora. I dlatego nie można mówić, że widowisko było spektakularne, bo to tak jakby mówić, że masło było maślane.

Co prawda Encyklopedia PWN notuje, że spektakularny to: „sprawiający duże wrażenie lub zwracający na siebie uwagę”. Ale tu mam jedno wyjaśnienie. Encyklopedie są poniekąd jak notariusz, który zapisuje wolę klientów. A tymi klientami jesteśmy my wszyscy, więc dbajmy o nasz wspólny majątek, jakim jest język.

Faul w obrębie

„Faulu nie było. Wszystko w obrębie przepisów walki o piłkę” – mówi w telewizji sprawozdawca meczu piłki nożnej.

Niby zrozumiale, ale nie do końca. Obręb jest pojęciem z dziedziny geodezji, wyznaczania granic działki, określenia obszaru jakiegoś terenu. Mamy – na przykład – obręb działki budowlanej. W piłce nożnej mamy też obręb pola karnego, ale nie mamy obrębu przepisów. Niestety jest to częste, że przenosimy zakresy słów na inne tereny, na inne zakresy i dziedziny życia. Mówimy więc o obrębie prawa, przestrzeni informacyjnej, przestrzeni porozumienia politycznego, przestrzeni edukacyjnej a nawet mentalnej. Niby strata jest niewielka, ale lepiej byłoby, gdyby sprawozdawca powiedział prosto i zrozumiale: „Faulu nie było. Wszystko odbyło się zgodnie z przepisami”.

Jednak podejrzewam, że do uzyskania awansu ze stanowiska „sprawozdawca” na stanowisko „komentator” wymagane jest mówienie o obrębie przepisów. Być może sprawa awansu nie jest ujęta w kodeksie pracy, ale cicha, niepisana umowa może o tym mówić.

Osławiona brygada

Dziennikarz mówiący o ukraińskiej 128 Zakarpackiej Samodzielnej Brygadzie Górsko-Szturmowej, chcąc jej oddać, że jest świetna i ma duże sukcesy w walce z Rosjanami, powiedział, że jest to „osławiona brygada”.

Fatalny pomysł, pana redaktora. Osławiony w naszym języku znaczy, że ktoś, lub coś ma złą sławę, że jest okryty hańbą. Zamiar był szczytny, ale wyszło tragicznie. Brzmi to podobnie do „sławny”, ale znaczy coś zupełnie przeciwnego.

Kiedyś dobierano dziennikarzy z rozsądkiem i wnikliwie się kandydatowi do zawodu przypatrywano. Teraz dziennikarzy potrzeba kilkadziesiąt razy więcej niż przed II wojną światową i w czasach PRL. No i zapanowała moda na ludzi młodych, dynamicznych i szybkich. A niestety cechą młodości z pewnością nie jest rozwaga i młodzi mówią wszystko, zanim pomyśli głowa. Przepraszam za trawestację Słowackiego, ale tak mi jakoś, „na szybko” samo weszło z klawiatury.

Raptem

„I to jest raptem 15-te zwycięstwo Igi” – powiedział znany sprawozdawca meczu tenisowego Igi Świątek. Zaskoczyło mnie to, bo sprawozdawca tenisa jest sprawozdawcą już w drugim pokoleniu. Myślałem, że po ojcu odziedziczył nie tylko talent, ale też znajomość rodzimego języka. Myliłem się. Zapewne sprawozdawca chciał powiedzieć, że Iga osiągnęła już 15-te z kolei zwycięstwo. Ale powiedział „raptem”.

Wyjaśnijmy więc, że „raptem” oznacza „jedynie, zaledwie, ledwo co”. I z pewnością jest to określenie negatywne, złośliwe.

Możemy powiedzieć, o człowieku niewysokim: „Kawał faceta, raptem metr sześćdziesiąt w kapeluszu”. Możemy też stwierdzić, jak w starej żydowskiej anegdocie, Swat przedstawia młodemu człowiekowi kandydatkę na żonę. Jednak kandydat na męża ma zastrzeżenia, że proponowana kandydatka spała z połową miasta. Swat odpowiada: „Wielkie mi miasto, raptem 10 tysięcy ludzi”.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Wyzwalali” strzałem w tył głowy

82 lata temu, w kwietniu 1940 r. NKWD rozpoczęło likwidację Polaków skazanych na śmierć decyzją najwyższych władz ZSRS. 3 kwietnia pierwszy transport jeńców z obozu w Kozielsku przybył na stację Gniezdowo. Tam mordercy ładowali ich na ciężarówki i przewozili do lasu katyńskiego, gdzie od razu odbywała się egzekucja. Ale Rosja do dziś twierdzi, że to było „wyzwolenie”.

Polscy jeńcy z obozu ostaszkowskiego byli rozstrzeliwani w Twerze, ze starobielskiego w Charkowie. Mamy jeszcze dwa rozpoznane miejsca: Bykownia pod Kijowem i Kuropaty pod Mińskiem.

„Wielki błąd”

Wersja sowiecka brzmiała: Polacy zostali wypuszczeni na wolność, a ich dalszy los nie jest znany. Po odkryciu grobów katyńskich przez Niemców w kwietniu 1943 r. stanowisko Moskwy uległo niewielkiej zmianie. Podczas rozmowy z polskimi przedstawicielami Beria miał powiedzieć: „zróbcie ich spisy, ale dużo już ich nie ma, gdyż zrobiliśmy wielki błąd, oddając ich większość Niemcom”.

A prócz zbrodni było jeszcze kłamstwo. Właściwie nie było, tylko jest, bo kłamstwo katyńskie trwa do dziś. Bo ZSRS nie mógł nas mordować, bo nas nie napadł 17 września 1939 r. (Armia Czerwona tylko „wkroczyła”, aby „wyzwolić”), bo do wojny przystąpił dopiero 22 czerwca 1941 r. Czyli jeśli „wyzwolił”, nie mógł mordować. Tako rzecze Putin i jego kłamliwa propaganda. Tylko dlaczego Polacy wzięci do niewoli przez Sowietów mieli oficjalny status jeńców wojennych?

„Napisz, żeby przyjechał”

W książce „Śpij, Mężny” Stanisława Mikkego, który uczestniczył w ekshumacjach w Katyniu, Miednoje i Charkowie czytamy: „z czarno-szarej i niemiłosiernie cuchnącej mazi wydobywane są rękami, często niemal całe zwłoki. Zdejmowane są z nich mundury, by odnaleźć dokumenty osobiste, medaliki, przedmioty osobistego użytku, zapiski i listy od rodziny – wszystko co przybliża tragedię w wymiarze jednego człowieka. Po odpowiednich zabiegach wracają słowa listu pisanego pół wieku temu: „Wiem, że żyjesz, i że wrócisz … I będzie znów nam tak dobrze, jak kiedyś, prawda? Zbyszek krzyczy, Mamusia… napisz, żeby przyjechał”. Adresat listu nie wrócił do rodziny, został skrytobójczo zamordowany. Tak, jak ponad 20 tysięcy Polaków.

Ostatnia wiosna

Mieczysława Welzandta, jednego z nielicznych jeńców obozu w Starobielsku, który cudem uniknął losu kilku tysięcy polskich oficerów, skrytobójczo zamordowanych w Charkowie-Piatichatkach (zabici strzałem w tył głowy w więzieniu przy ul. Czernyszewskiego w Charkowie i zakopani w bezimiennych dołach śmierci na terenie ośrodka wypoczynkowego NKWD koło osiedla Piatichatki), uratował stopień podchorążego (nie dotarła do niego nominacja na podporucznika).

We wspomnieniach napisał: „Przyjechaliśmy na niepozorną stację Starobielsk i najkrótsza droga powrotu prowadziła przez Charków. Bieg pociągu od tego miasta był najlepszym sprawdzianem kierunku. Odetchnęliśmy z ulgą, kiedy nasz eszelon ruszył stamtąd na zachód. Z taką samą nadzieją musieli wyjeżdżać, zapakowani do więźniarek skazańcy, nieświadomi zbliżającego się gwałtownego kresu życia – lecz ich tam wysadzono, przewieziono do miejsca kaźni w więzieniu i zwalono do dołów w Piatichatkach. (…) Przed śmiercią musieli przeżyć i przeżyli bardzo ciężką, potwornie mroźną zimę 1939/1940. Wiosny już nie przeżyli. Była ostatnią w ich życiu”.

Bez Norymbergi II

Kiedy w kwietniu 1943 r. Niemcy obwieścili światu o odkryciu masowych grobów polskich oficerów w lasach koło miejscowości Katyń, a Moskwa wszystkiemu zaprzeczyła, zrzucając winę na „niemiecko-faszystowskich szubrawców”, w kościele na warszawskim Targówku, przysięgę odbierał oddział ochronny komórki wywiadu Armii Krajowej „Lombard”, do której należał Welzandt. Zaprzysiężeni pytali go: „Panie poruczniku, co pan myśli o tym s… syństwie katyńskim?” Odpowiadałem: „To prawda. Byłem w Starobielsku i nie mam żadnych wątpliwości”. A oni na to: „Ma pan rację. Mordowały s… syny razem, a teraz jeden drugiego sypie. Przyjdzie na nich kara boska. Obyśmy tylko dożyli!”.

Welzandt: „Zbrodnia, zadysponowana na najwyższym szczeblu, musiała być doskonała. Winni – naczelne władze ZSRR i podrzędni wykonawcy, nigdy nie zostali i nie będą osądzeni. Ostatni ze zbrodniarzy – Łazar Kaganowicz – zmarł w 1991 roku. Mimo tego, prawdy nie udało się pogrzebać”.
Mieczysław Welzandt, który doświadczył obu totalitaryzmów, napisał o procesie w Norymberdze: „Szczytny i nadrzędny /zdawałoby się/ cel został zrealizowany tylko w odniesieniu do zbrodniczego totalitaryzmu hitlerowskiego. Nie tknięto sojuszniczego z nim w pierwszych latach wojny totalitaryzmu stalinowskiego, ponieważ nie było aktu oskarżenia. Dla opinii światowej oznaczało to bezkarność”.

WALTER ALTERMANN: W jakieś części sojusznicy, czyli jak być poniekąd w ciąży

Wojna Rosji z Ukrainą, a właściwie napaść Rosji na Ukrainę, ma i taki odczyn, że jak papierek lakmusowy ujawniła kto jest naszym twardym współsojusznikiem w NATO – na kogo można liczyć absolutnie, na kogo nie bardzo a na kogo broń Boże. Bo nagle okazało się, że ten militarny sojusz jest bardziej mocny w gębie niż na polu walki. Sam, jako „człowiek pamiętający po ojcu i dziadkach” podejrzewałem, że może być niewesoło, ale, że będzie aż tak smutno – to nie bardzo. Pamiętam rodzinnie, jak bardzo Polacy liczyli na dwa światowe mocarstwa we wrześniu 1939 roku. Pamiętam, też z przekazu,  jak przez cały wrzesień – przynajmniej do 17 września 1939 roku – oczekiwaliśmy ataku Francuzów i Brytyjczyków na Niemców.

Później okazało się, że z dwu tych mocarstw jedynie Brytyjczycy chcieli walczyć. Natomiast Francuzi skompromitowali się najpierw na polu walki, na którym gracko przegrali. Potem przegrali politycznie, gdy zgodzili się na łagodną okupację części ich ojczyzny i czystą kolaborację drugiej części.

Opowiadał mi ojciec, że polscy żołnierze w Stammlager für kriegsgefangene Mannschaften und Unteroffiziere w Fallingbostel (w skrócie: w Stalagu) czyli w obozie jenieckim, najczęściej przeklinali Francuzów. Oczywiście Francja na nas nie napadła, ale co do Niemców i Rosjan wszyscy mieli od pokoleń wyrobione zdanie.

Niestety historia lubi się powtarzać, przy czym po raz drugi najczęściej jest tragikomedią. A nam akurat w ogóle nie jest do śmiechu.

Przez kilka dziesięcioleci NATO było najpotężniejszym sojuszem związkowym na świecie. Teraz jednak – pod naporem ukraińskich wydarzeń – okazało się bardziej klubem dyskusyjnym niż organizacją militarną. Przy czym, wyjaśnijmy to od razu – nie jest to klub londyńskich dżentelmenów a raczej klub handlarzy, dla których najważniejszy jest zysk, choćby miał pochodzić z handlu bronią. I nie jest to złośliwy epitet, bo przecież już po zajęciu przez Rosję Krymu, mimo wprowadzonego embarga na dostarczanie agresorowi broni i jej komponentów, kilkanaście krajów Europy, w tym część członków NATO, współpracowało na tym polu z Rosją.

Teraz modny i powszechny stał się slogan, że „nie wolno karmić Rosji importując od niej węgiel, ropę naftową i gaz”. I jakoś niewielu wspomina, że Francja od 2014 roku dostarczyła Rosji elementy uzbrojenia za 152 mln Euro, a Niemcy za 12 mln Euro. Czym są te komponenty? Są urządzeniami, podzespołami, bez których rosyjskie samoloty, rakiety nie mogłyby latać, czołgi strzelać a łączność rosyjskiej armii nie istniałaby. Oprócz Francji i Niemiec na tej liście hańby są jeszcze: Włochy, Austria, Bułgaria, Czechy, Słowacja, Finlandia, Hiszpania i Chorwacja.

Zwróćmy uwagę, że wartość wyeksportowanego przez te państwa uzbrojenia lub jego elementów nie jest zawrotna. Ale być może był to element większych transakcji? Może te państwa chciały zyskać sympatię Putina? Może tenże sprzedawał im gaz i ropę ciut taniej?

I tak się zastanawiam – czy rządy tych państw, zgadzając się na ten newralgiczny eksport, nie zdawały sobie sprawy, że dostarczane „komponenty uzbrojenia” pomogą Rosji łatwiej zabijać również obywateli państw lekceważących embargo? Czy te rządy nie zastanawiały się, że hasło „gospodarka przede wszystkim, głupcze” nie może dotyczyć biznesów z potencjalnym, a od 2014 roku faktycznym, agresorem? I jeszcze jedno, a może te rządy są jedynie i po prostu przedstawicielstwami handlowymi swoich producentów broni?

Przyjrzyjmy się teraz niektórym z państw, w tym członków NATO, których postępowanie budzi przerażenie.

Ach, ta niefrasobliwa, słodka Francja

Prawda jest okrutna. Francja od czasów Napoleona Bonaparte nie wygrała żadnej wojny. A i to, choć Napoleon wygrywał z Prusami, Austrią i Hiszpanią, i jego wojny skończyły się przecież sromotną klęską.

Potem Francja przez cały pozostały XIX wiek na terenie Europy przegrywała co było do przegrania, na przykład z Prusami. W koloniach natomiast i w wojnie opiumowej z Chinami błyszczała. Ale też łatwo się walczy z państwami będącymi co najmniej wiek „do tyłu” w technice wojennej. I wojna światowa skończyłaby się również klęską Francji, gdy zza oceanu nie przybyły posiłki USA. Wojnę 1940 roku Francja przegrała bezprzykładnie. Potem, po wojnie wielu tłumaczyło, że Francuzi byli tak porażeni stratami z I wojny, że utracili bojowego ducha. Potem w sierpniu 1944 roku oddziały Francji Walczącej defilowały na Polach Elizejskich, ale przecież nie oni wyzwolili Paryż i całą Francję. A co do tej parady zwycięstwa… Amerykanie potrzebowali w powojennej Europie sojusznika i padło na Francję. Później jeszcze Francja przegrała Indochiny i Północną Afrykę. O ile w wojnach nie bardzo Francuzom idzie, to ich produkcja i handel bronią ma się dość dobrze.

Pamiętamy przecież, po rozpoczęciu pierwszej rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2014 roku, skandal z wyprodukowaniem dla Moskwy dwóch nowoczesnych okrętów desantowych klasy Mistral. Jeden miał się nazywać Władywostok, drugi Sewastopol. Oba były najnowszym osiągnięciem francuskiej techniki. Miały popłynąć do Rosji, ale po gromach z Waszyngtonu, w końcu Francja sprzedała te okręty Egiptowi w 2015.

Ostatnio usłyszałem w jakimś programie telewizyjnym przykrą anegdotkę z II wojny światowej. Gdzieś tak we wrześniu 1939 roku pewien kapitan francuskiego lotnictwa bombowego zwrócił się z pomysłem do swego przełożonego, żeby zbombardować zakłady zbrojeniowe w Zagłębiu Ruhry. W odpowiedzi usłyszał; „Czy pan oszalał, przecież te zakłady są czyjąś prywatną własnością!”

Francja ma od czterech wieków doskonałą renomę. Język francuski był językiem światowych elit, artyści zadziwiali, technicy udoskonalali świat, południowe kanały wodne, wieża Effela, moda, piosenka…

Ale gdzieś tak w tak zwanym „międzyczasie” z odważnych wojowników Francuzi stali się cwanymi mieszczanami.

Najbardziej zadziwiające jest to, że prezydent Macron bez przerwy wydzwania do Putina. Co ich łączy? W co wierzy Macron? W swój urok osobisty, maniery i ogładę? A może chce coś u Putina utargować dla Francji? Nie należałoby tego wykluczać.

Dzisiaj ich bataliony maszerują w ich hymnie państwowym. Zresztą jest to piękna, ale dzisiaj pusta już pieśń.

Ci poważni i solidni Niemcy

O ile chodzi o wątpliwych sojuszników to najmniej pretensji można mieć do Niemców. Ich historia XX wieku spowodowała, że postanowili stronić od posiadania większej armii. I Niemcy uwierzyli, że handel, że globalizacja, że wzajemne uzależnienia powstrzymają każdego normalnego polityka od wejścia na ścieżkę wojny. Tyle, że Putin nie jest normalnym politykiem. Co prawda chodzi ubrany w drogi garnitur, zna języki obce, ale w duszy jest to okropny Wielkorus, dla którego powiększanie terytorium i wzrost liczby ludności są boskimi nakazami. Dla niego Rosja to religia. Był już podobny mu człowiek, który wierzył w germańską rasę i niemiecki naród. Co prawda był Austriakiem, ale podawał się za Niemca, co już powinno zastanawiać. Niemcy prawdopodobnie uwierzyli, lub bardzo chcieli uwierzyć, że Putina z Hitlerem nic nie łączy.

Były też momenty śmieszne i straszne zarazem. Dwa tygodnie przed agresją Rosji prezydent Niemiec Frank Steinmeier powiedział, że Nord Stream II miał być pewnego rodzaju zadośćuczynieniem Rosji przez Niemcy za to co ten kraj wycierpiał w II wojnie światowej. Przerażające, że prezydent nie uwzględnił, że równie dużo ucierpieli Ukraińcy.

Oczywiście dla niektórych „zdrowych sił” w Polsce zawsze najgorsi będą Niemcy. Wczoraj usłyszałem w programie telewizyjnym, jak prawicowy dziennikarz (sam się tak określał) stwierdził, że „Rosja ma w Niemczech pełno agentów. Na przykład była kanclerz Merkel, będąc w szkole średniej wygrała konkurs języka rosyjskiego. A takich właśnie ludzi Rosja werbowała.”

To się nazywa – jakby kto nie wiedział – pełny odlot. Tę anegdotkę dedykuję mojemu znajomemu, który ma do dziś problem, bo w podstawówce doszedł do wojewódzkiego finału konkursu wiedzy o Polsce i świecie współczesnym.

Królowie czardasza, czyli Węgry

Chciałbym napisać coś przykrego o Viktorze Orbanie, bo zasłużył… Ale powstrzymam się, bo Węgrów zawsze traktowałem jako europejską egzotykę. I to nie tylko przez język. Węgry bowiem już na przełomie XIX i XX wieku wieku stworzyły swój obraz na wzór i podobieństwo operetki. Zresztą w kategorii „operetka” mają ogromne osiągnięcia. Uśmiechnąłem się, gdy widziałem, jak Orban, po zwycięstwie wyborczym wyliczał wrogów, których jego partia pokonała. A są to: lewica węgierska, lewica międzynarodowa, światowe media, biurokraci z Brukseli, Georg Soros i Wołodymyr Zełenski.

Lista jest tak absurdalna, że naprawdę śmieszna. I dlatego było mi wesoło jakbym właśnie oglądał „Księżniczkę Czardasza”. A to szczytowe węgierskie dzieło. Treść nie jest skomplikowana. Operetka Emmericha Kálmána z 1915 roku ma proste libretto, łatwo trafiające do mas. Gwiazda czardasza Sylvii Varescu, piękna, utalentowana i młoda artystka ma zamiar wyjechać za granicę. Jest w niej do szaleństwa zakochany Edwin, którego ojciec książę Leopold Maria próbuje wyperswadować synowi związek z aktorką. Ten pozostaje jednak głuchy na ojcowskie depesze. Kocha Sylvię, i nie chce nic poradzić na to, że: „…choć na świecie dziewcząt mnóstwo, usta lgną ku jednym ustom”. Sylvia miota się, chce uciec przed jego miłością, którą odwzajemnia, lecz nie ma złudzeń co do jej szczęśliwego zakończenia. Do Edwina przybywa z Wiednia porucznik von Rohnsdorf, z rozkazem stawienia się w korpusie. Edwin podporządkowuje się rozkazowi, choć wie że za jego wydaniem stoi ojciec. Rohnsdorf przypomina przy okazji Edwinowi o zawartych przed pięciu laty zaręczynach z hrabianką Stasi. Ale Edwin, by dowieść Sylvii szczerości swych uczuć, prosi ją o rękę… Dalej jest jeszcze gorzej, ale nie będę streszczał, bowiem jak pisał Witold Gombrowicz: „Operetka jest tak skretyniałą formą, że jest aż doskonała”. Ale tak się zastanawiam, czy Orban to nie ta gwiazda czardasza Varescu, w której zakochał się Putin? A może jest odwrotnie: Putin to rzeczona Varescu a Orban jest jako ten książę?

W sumie zastanawia mnie w Orbanie jedno – jak można być w NATO i jednocześnie tak mocno przyjaźnić się agresorem Putiunem? Zresztą to samo dotyczy niektórych polityków z niemieckich i francuskich „elit”. Nie mam tak skomplikowanej natury, żebym uważał, iż w jakieś części można być sojusznikiem. Tak jak nie można być poniekąd w ciąży.

Dla Viktora Orbana miałbym – serio – jedną starą radę: Niedobrze jest, gdy maluczcy pchają się między kamienie młyńskie.

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Niemcy są wspólnikami Putina a masakra w Buczy ma też kolory Francji

Oby czarny scenariusz nigdy się nie spełnił, ale na początku kwietnia 2022 roku nie ma się co oszukiwać, nie będzie żadnej wojny Europy i świata z Moskwą. Niemcy czekają aż Ukraina się wykrwawi, a Francuzi pogrążeni w wyborczych walkach będą się chować za jakąś polityczną linią Maginota. Reszta świata już ma wakacje, a rosyjska inwazja na Ukrainę trwa… Rozpacz i wścikłość. Nie tylko mnie obrazy z rosyjskiej pacyfikacji Buczy skojarzyły się z archiwalnymi zdjęciami z Katynia, do którego pewnie w tym roku mało kto pojedzie… Bo to przecież Rosja.

Rosja, której trupi oddech wnika w DNA Europy. Rosja, której zbrodnie ubrane w przymiotniki: „imperialne”, „sowieckie” i „kremlowskie” będą zawsze zbrodniami. Rosyjskimi. Nie mam widać w sobie tyle „empatii”, co wielu moich uczonych znajomych, który mówią, że co innego to Putin, a co innego zwykli Rosjanie, czyli obywatele Federacji Rosyjskiej. Nie, to Rosjanie zabijają dzieci, cywilów, dokonują, jak za Stalina pacyfikacji całych wsi, palą, bombardują, gwałcą, torturują i kradną! Kradną, aby potem wysłać zrabowane Ukraińcom rzeczy do swoich domów.

Kanalie owe, bo przecież nie żołnierze, mogą jednak liczyć na osłonę Zachodu. Tak, wiem, co piszę. Zachodni politycy szczególnie z Niemiec, Francji, wielu z Beneluksu i krajów skandynawskich relatywizują winę Rosjan – mimo morza przelanej ukraińskiej krwi – nadal chcą handlować z Putinem, ergo chcą niszczyć ukraińskie miasta, bo to za zachodnie pieniądze ze sprzedaży ropy są te bomby, które spadają na Kijów, Charków, Mariupol.

Berlin chce (sic!) już łagodzenia sankcji. W piątym tygodniu inwazji moskiewskiej szarańczy na Ukrainę, Niemcy i Francja, która zresztą jeszcze nie tak dawno temu sprzedawała części do rosyjskiego uzbrojenia, chcą złagodzenia sankcji nałożonych przez cały cywilizowany świat na kremlowski reżim. Niepojęte.

A jednak to się dzieje. Postawa Węgier, co zaakcentował również polski rząd, jest także nie do wytłumaczenia, choć Budapeszt potępił rosyjską agresję, pozostaje żal, że władze tego kraju nadal chcą handlować z Moskwą. I nie przekona mnie to, że Węgrzy mogą zostać bez paliwa. Bzdura. Są w UE. Mam nadzieję, że premier Orban to naprawi, bo długo nie odzyska zaufania w Polsce i Europie. Ale to nie Węgry nakręciły gospodarczo agresję rosyjską na Ukrainę. To Niemcy i Francja.

Europa nie jest wcale podzielona, ona jest dzielona. Przez Berlin i Paryż. Zatem, może jeszcze jest nadzieja?

Dwa duże państwa UE i NATO Niemcy i Francja piszą księgę hańby. Niemiecką i francuską księgę hańby. Na zwłokach cywili znalezionych m.in. na ulicach w ukraińskiej Buczy są niezmywalne ślady niemieckiej i francuskiej prorosyjskiej polityki międzynarodowej. To dowody zbrodni.

Premier Mateusz Morawiecki powiedział w poniedziałek, że z Putinem się nie negocjuje. Jeśli nad Sekwaną i Renem tego nie zrozumieją, może wkrótce dojść do sytuacji, że większość Europejczyków nie będzie rozmawiała z Niemcami i Francuzami. Przecież ponad 80 lat temu też nie rozmawiano z Hitlerem i Pétainem.

 

O zagadkach polityki STEFAN TRUSZCZYŃSKI pisze: Nie kucajmy

Z uporem godnym lepszej sprawy hodujemy własne zakały. Dziwna to tolerancja. Każdy ptak dawno już wyrzuciłoby z gniazda takie pisklę. U nas tragicznie śmieszna mikro postać zaszeregowana na krajowej top liście na trzecim miejscu idzie przez własną głupotę polityczną destrukcyjną ścieżką. Bon voyage!

Podobnych zepsutych grzybów mamy więcej. Jak długo bezkarni szkodnicy będą harcować. To rezultat zaniedbań, braku skutecznej interwencji zakończone niczym śledztwa na przykład w sprawie Amber Gold, strach i nędza wobec morderstwa smoleńskiego. Robactwo chowa się w trudno dostępne dziury. Bez dezynfekcji się nie obejdzie.

Neopolityk podobnie jak nowobogacki z powodu sukcesu dostaje zwykle zawrotu głowy. Hołdy gawiedzi, która go otacza ogłupiają do tego stopnia, że traci rozsądek. Potem za wszelką cenę chce trwać jak najdłużej nawet na śliskim stołku. Pan Tusk dałby już sobie spokój. Uzbierał sporą kupkę judaszowych srebrników. Niech sobie lata po świecie.

Kilku poprzednich premierów huśta się pod palmami. Odwiedzają niestety kraj i pchają się przed kamery bez żenady mówiąc, że to co mówili, to nie mówili wcale. Choć rozwalili i posprzedawali co się tylko dało, usadzają cztery litery w fotelach na dziedzińcu Zamku Królewskiego, choć długo powinni siedzieć… na więziennej pryczy.

Obżarty brukselskimi ośmiorniczkami niegdyś wpływowy ludowiec roztył się i zniknął z pola widzenia. Weterani chwalą się, że to ich czwarta, piąta kadencja. Tylko nie wiadomo co oni konkretnie zrobili. Zresztą pokazywani w kółko są ciągle ci sami. Synakura nie lubi rozgłosu.

Gadami prehistorycznymi zajmował się ojciec, który – choć Oxfordczyk – wierzył w smoki. Synek, owszem zarobił, nadgryzł oświatę, a potem przed jej gmachem urzędowym śmiesznie podskakiwał na murku. Wreszcie zwiał przed prokuratorem za granicę. I niech tam już zostanie.

Jest jak jest, zmienia się niewiele. Uważam, że ważniejsze są obiecane miliardy niż słuszne nawet zasady nominacji, które są uznawane w Niemczech, a u nas nie. Można mieć szlachetną rację. Choć mądrzej byłoby zrobić krok wstecz, by zaatakować po nabraniu siły. No ale ja – póki co – ministrem nie jestem.  Wyrokujący zarozumiale twierdzą, że z wyrokami się dyskutuje. To bzdura. Polemizować – oczywiście kulturalnie – można z każdym i zawsze. Wyjątek to wyroki boskie choć i te czasem bardzo trudno jest przyjąć.

W Warszawie, w Alejach Ujazdowskich tuż obok Ministerstwa Sprawiedliwości, jest „Bursztynowa Restauracja” dla bardzo wybiórczo wybranych. Ostatnio w czasie gwałtownej i groźnej burzy zwaliło się tam potężne stare drzewo. Kara boska, ostrzeżenie dla spotykających się tam  „wybrańców” spowodowała rozwalenie płotu żeliwnego i odkrycie studzienki wypełnionej licznymi i grubymi kablami, może i do podsłuchu. Jak to w knajpach bywa.

Podsłuchiwanie jest brzydkie. Ale i tak wszyscy to robią przekazując potem sensacje wybitnym dziennikarzom śledczym. Ludzie wysłuchują. Ale nie we wszystko wierzą. Bo wiadomo, że kłamie się dość powszechnie, ale wielu pseudo żurnalistów to propagandyści do wynajęcia. Czy płatnik jest zza Odry, czy zza Buga – im wszystko jedno

Liczymy jeszcze na NATO. Tyle że nie bardzo wiadomo na co. Ratujemy dzieci i kobiety, ale już miasta i fabryki – jako że nie z naszej Unii – pozwalamy rozszarpywać i niszczyć. Byle złodziejaszek gnije w pierdlu, a zbrodniarz największy zabunkrowany.

Ukraińscy żołnierze nie kucają. Według znakomitej pisarki, bojkotowanej przez „salony”, Elżbiety Cherezińskiej, są to potomkowie Wikingów. Więc dzielni i skuteczni. Przeciwnie niż holendersko-skandynawskie laleczki – przykład: Srebrenica

„Niech na całym świecie wojna – byle nasza wieś spokojna” – tak pisał nasz prawdziwy poeta. Ale tak nie powinno być. W końcu – ponoć – wszyscy my to już ponoć jedna globalna wiocha, nad którą latają rakiety coraz dalej i dalej.  Ruscy – jak powszechnie sądzono – mieli nie wejść na Ukrainę, a jednak weszli. Niemcy wierzyli Hitlerowi i szli powszechnie za nim, jak w dym. Kiedy okazało się, że to dym krematoriów i miliony pomordowanych w niemieckich obozach koncentracyjnych, po wojnie mówili, że „wykonywali tylko rozkazy”, a w ogóle to grali w orkiestrze…

Mariupol do końca świata będzie wyrzutem społecznym tegoż świata. Po carskiej Rosji przyszło czerwone tsunami. I tak będzie, jeśli Putinowi omsknie się palec na czerwonym guziku podręcznej atomowej walizki.

Politycy jeżdżą i latają. Dużo mówią. Lubią być w świetle reflektorów. Szkoda, że nie pochodzą od Wikingów.

 

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Korespondenci wojenni kontra balast „dziennikarskiej” niefrasobliwości

Ogromna większość korespondentów wojennych to odważni ludzie i dobrzy fachowcy, którzy z narażeniem życia i zdrowia przekazują nam, to co powinniśmy wiedzieć o rosyjskiej inwazji na Ukrainę – ukazują między innymi bezmiar okrucieństwa moskiewskich żołdaków dopuszczających się zbrodni na cywilach. Jest jednak podszywająca się pod korespondentów wojennych mała grupa oszustów, która, niestety, wpływa na obraz tej wojny w światowych mediach. To łże korespondenci, „dziennikarze”, czyli dennnikarze (zapis celowy nawiązujący do kresu poziomu wykonywanego zawodu). Są głupcami, szkodnikami, pożytecznymi idiotami albo prowokatorami. Albo… Albo wszystkimi tymi postaciami po trosze…

Rozmawiałem niedawno z prawdziwym dziennikarzem. Wrócił na kilka dni z Ukrainy do swojej redakcji, tylko po to, aby zaraz tam wrócić. Nie nazywa siebie korespondentem wojennym, chociaż niejedną wojnę widział robiąc z niej relacje. Prosi, aby nazywać go po prostu reporterem. Znamy się kilkanaście lat. Jak na dziennikarza – reportera „przerażająco” skromny. Grozi mi, że jeśli ujawnię jego tożsamość to mnie… Ukarze mnie. Nie wnikam w jaki sposób, bo nie zamierzam go „dekonspirować”.

To, co mówi o przebierańcach, czyli ludziach, którzy nazywają siebie „korespondentami wojennymi”, poraża.

„Przeważnie to ludzie z mniejszych redakcji, nierzadko z lokalnych mediów, ale nie tych z pasa przygranicznego. Czasem znani, czasem nieznani. Z całego świata” – opowiadał. „Są krzykliwi, butni i łatwo rzucają się w oczy. Napis ‘Press’ noszą nawet na ‘d…e’” – powiedział znajomy reporter.  „Taki ‘korespondent’ nie ma często pojęcia o wojnie, nie mówiąc już przeszkoleniu, które dla poważnej redakcji powinno być obowiązkowe, bo od tego zależy zdrowie i życie ich dziennikarza. Są do bólu roszczeniowi wobec żołnierzy” – podkreślił.

Tutaj pada kilka przykładów, nie tylko z rosyjskiej inwazji na Ukrainę, w których dramatyczne sytuacje w wykonaniu udających korespondentów wojennych mieszają się z groteską. Gorzką. Mój rozmówca opowiada mi, że dennikarze – przebierańcy mają fioła na punkcie „obiektywnego” przekazywania informacji z frontu.

„Naoglądali się filmów, gdzie korespondenci rozmawiają ze stronami zbrojnego konfliktu” – zaznacza i wspomina niedawne wydarzenia z Ukrainy Młody człowiek pracujący w jednej z redakcji w środkowej Polsce zażądał od żołnierzy ukraińskich zaprowadzenia go na linie rosyjskie…” – opowiedział. „Jeden z oficerów najpierw się śmiał, a potem natychmiast w asyście kilku swoich ludzi odesłał tego chłopaka na tyły, złoszcząc się, że taki ‘dziennikarski balast’ absorbuje uwagę kilku żołnierzy mogących w tym czasie walczyć” – mówił mój znajomy. „A co, gdyby to było pod obstrzałem? Taki ‘balast’ upatrujący bezmyślnie w relacjach z wojny trampoliny dla kariery, gotowy zrobić każdą głupotę, aby zaistnieć, jest po prostu niebezpieczny. Mniejsza o to, że dla siebie, ale dla oddziału, dla ludzi, których wojskowi mają chronić” – tłumaczył.

Rozmawiamy, że wielu dziennikarzy nie rozumie, iż wojna to nie relacja z protestu rolników na drodze krajowej. A nawet autostradzie. Tutaj, przynajmniej podczas rosyjskiej inwazji na Ukrainę, korespondent musi być przez którąś ze stron wprowadzony na arenę działań wojennych. Wtedy, przez drugą stronę – jak przekonuje mój znajomy – może, chociaż nie musi, być potraktowany jako wróg. Ofiar wśród dziennikarzy jest już oficjalnie ponad dziesięcioro, ale nikt nie słyszał o śmierci reportera pracującego po rosyjskiej stronie, który zginąłby od kul Ukraińców. Za to Rosjanie napis „Pres” na kamizelce kuloodpornej traktują, jak tarczę. „Niestety, jakkolwiek infantylnie to zabrzmi, jest to niebezpieczne zajęcie. Dlatego, aby być w miarę ‘bezpiecznym’, trzeba słuchać dowódców, nie pokazywać tego, czego pokazywać nie wolno i opisywać takich szczegółów. Mrzonką jest ‘wolność’ słowa, na którą powołują się użyteczni idioci udający korespondentów wojennych” – opowiadał reporter.

„Tutaj musisz się podporządkować. Nie ma się też, co oszukiwać, chociaż na Ukrainie mi się to nie zdarzyło i nikt na przykład nie przeglądał moich dziennikarskich materiałów – jest cenzura wojenna. Inaczej dziennikarz będzie niebezpieczny dla wojska. Można jednak zrobić w tych warunkach rzetelną relację” – przekonywał mój znajomy.

Na ile przypadkowi, nieprzygotowani do pracy na froncie, często nie znający języków, dziennikarze są niebezpieczni dla żołnierzy wiadomo. Gorzej, kiedy podszywający się pod reportera, dziennikarz – amator dociera do zwykłych zmęczonych wojną ludzi. „Słyszałem o przypadkach, kiedy tacy amatorzy docierali do ostrzeliwanego przez Rosjan miasteczka i… byli traktowani, jak moskiewscy szpiedzy. Jeden z nich cudem uniknął ‘obywatelskiego’ linczu. Kretyn zostawił legitymację dziennikarską w plecaku kilka kilometrów od miejsca zatrzymania przez miejscowych. Uratował go ukraiński patrol” – mówił reporter.

Dodał, że wszystko dla tego nieodpowiedzialnego człowieka skończyło się dobrze, ale zaangażowanie sił i środków, aby wyjaśniać tę sytuację było niewspółmiernie duże wobec… skandalicznego zachowania się owego „dziennikarza”. „Nie był to Polak, nie wiem, czy jego redakcja go ukarała, ale po kilku dniach w sieci ukazały się jego ‘bohaterskie opowieści’” – podsumował mój znajomy reporter.

                                                     *** Zamiast komentarza ***

„Dziennikarski balast”, czyli potrzebny na wojnie, jak polska opozycja w sejmie, dennikarz, o ile niegroźny dla ukraińskich żołnierzy i cywilów, może sobie – moim zdaniem – chodzić po linii frontu. Nawet z parasolem z logo swojego medium, a był taki przypadek… Gorzej, kiedy przygotowane przez amatora „relacje” są wyssane z palce albo po prostu kłamliwe. Tak może być w przypadku niektórych zachodnich pseudo reporterów podskórnie przychylnych Rosji albo po prostu uważających, że Putin opamięta się i oszczędzi ich kraj, kiedy akurat jego armia będzie szła w kierunku Polski, a potem Niemiec czy Francji. Niektórzy reporterzy niemieccy przecież, w odniesieniu do inwazji moskiewskiej na Ukrainę, nadal używają rosyjskiego określenia „specjalna operacja wojskowa”.

Zachód nie rozumie wojny na Ukrainie, bo wielu zachodnich dziennikarzy, wydawców i właścicieli mediów nie rozumie tej wojny albo, co gorsza, usiłuje zacierać swoje błędy w opisywaniu genezy konfliktu…

Jedna z dziennikarskich central związkowych państwa położonego nieco dalej na zachód od frontu chce pomagać dziennikarzom ukraińskim i prawdziwym korespondentom wojennym z całego świata. Chwała im za to. Jednak pytani o to, jak zamierzają przetransportować kamizelki z napisem „Press” na Ukrainę, odpowiadają, że to nie mogą być kamizelki kuloodporne, bo to przecież broń, a Rosja mogłaby wówczas wystosować notę dyplomatyczną do ich kraju…

Amatorzy są wszędzie, ale na wojnie należy ich unikać.