Od dziennikarstwa do animacji – rozmowa z MACIEJEM CHMIELEM, dyrektorem Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej

Nie chciałbym byśmy się stali, jako pracownicy Studia, wyłącznie kustoszami muzeum animacji. Film rysunkowy ma przed sobą niezwykłą przyszłość – mówi Maciej Chmiel dyrektor Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, wcześniej wieloletnim dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, scenarzysta i producent filmowy, a także członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.  

Małgorzata I. Skórska: Od maja 2021 roku pełni Pan obowiązki dyrektora Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej. Czy Pana bogate doświadczenie dziennikarskie przydaje się w procesie zarządzania instytucją związaną z produkcją filmów rysunkowych?

Maciej Chmiel: W życiu zajmowałem się różnymi rzeczami. Dziennikarstwo niewątpliwie nauczyło mnie dobrego kontaktu z drugim człowiekiem i wsłuchiwania się w to, co mój rozmówca ma do przekazania. Takie umiejętności przydają się również w relacjach z zespołem Studia Filmów Rysunkowych, a także przedstawicielami Ministerstwa Kultury oraz wieloma innymi osobami, z którymi udało mi się podczas mojego rocznego pobytu w Bielsku-Białej skontaktować. W mojej pracy w Studiu zbiegło się kilka moich doświadczeń życiowych, jak współpraca z wieloma osobami w trasach koncertowych i na planach produkcji telewizyjnej. Praca w przemyśle kreatywnym uczy tego, że jest to zawsze działanie zespołowe, a ja mam to szczęście, że w Studiu zastałem znakomity zespół.

Jaka jest kondycja polskich filmów rysunkowych w dobie nowych technologii i jaka aktualnie obowiązuje technika dotycząca produkcji filmów rysunkowych w czasie cyfrowej rewolucji?

Studio Filmów Rysunkowych postrzegane jest jako firma z piękną przeszłością i tu przypomnę, że filmy produkowane w Studiu trafiły do stu krajów świata, a łącznie obejrzało je miliard widzów. Jeśli chodzi o produkt „Made in Poland” i jego zasięg międzynarodowy, to trudno znaleźć inne polskie dzieła, które miałyby tak silny i pozytywny impact na międzynarodowy odbiór, jak filmy ze Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej. W tej chwili z kolei jesteśmy postrzegani jako manufaktura, która pielęgnuje dawne tradycje, w tym również umiejętność produkowania filmów rysunkowych, gdzie decydujący jest talent i ręka rysownika.  W tej chwili większość świata pracuje w formule, która nazywa się wycinanką, co pozwala w szybki i efektywny sposób stworzyć bardzo dużą liczbę dzieł, czy też odcinków serialu. Chcemy teraz połączyć doświadczenia dotyczące tradycyjnej animacji z umiejętnościami posługiwania się również najnowszą techniką i temu służyły niedawne szkolenia, przez które przeszli nasi rysownicy. Natomiast najważniejsze dla dalszych losów Studia będzie rozstrzygnięcie nie na poziomie techniki, tylko na poziomie tego, co i w jaki sposób chcemy opowiedzieć światu.

Czy nie kusi Pana chęć poeksperymentowania w branży produkującej filmy animowane?

Jest to kwestia spojrzenia na siebie samego i konfrontacji z własnym ego, czyli nie eksponowanie siebie, tylko postawienie na zespół i na dzieło. Po drugie jest to też kwestia zostawienia śladu po sobie. Moim naturalnym obowiązkiem będzie wpływ na produkcję serii dokumentalnej o Studiu, którą mamy w planach, czy też na nasze nowe filmy animowane.

Patrząc przez pryzmat doświadczenia jako producenta filmów dokumentalnych, z którego filmu jest Pan najbardziej dumny i do którego z sentymentem najchętniej wraca Pan po latach?

Skupię się na filmie pod tytułem „Olter”. Film ten opowiada historię perkusisty z zespołu „Miłość”, który nazywał się Jacek Olter i zginął śmiercią samobójczą. Dla mnie był to bardzo osobisty film, również ze względu na ludzi, z którymi przy tej produkcji współpracowałem – z reżyserem i scenarzystą Krystianem Matyskiem i współproducentem, czyli Marcelem Kuśmierczykiem. Samego Jacka Oltera znałem tylko z koncertów grupy „Miłość”, a główną motywacją dla mnie był jeden odbiorca tego filmu, syn Jacka, czyli Teodor Olter, z którym od wielu lat zachowuję dobrą relację. Ten film był prezentem dla Teodora, po to by mógł zobaczyć obraz ojca, zachowany w formie filmu dokumentalnego.

Jeśli chodzi o rzemiosło dziennikarskie, to które medium było Panu najbliższe? Radio, telewizja czy prasa?

Każde z nich jest odrębną sztuką, choć wszystkie gdzieś ze sobą się łączą. Dziennikarz jest pasem transmisyjnym, przez który przechodzą informacje. Pisanie z całą pewnością nauczyło mnie dyscypliny panowania nad słowem, nad sekwencją wydarzeń. Z kolei radio, bo przede wszystkim realizowałem audycje na żywo, było dla mnie szkołą spontaniczności i szczerości, gdzie szybko trzeba nawiązać kontakt z drugim człowiekiem. Telewizja jest z kolei bardzo wymagającą matką, bo zaangażowana jest spora technika, a kluczowa jest umiejętność pracy w zespole.

Przez dłuższy czas był Pan związany z Telewizją Polską i Polskim Radiem, a później założył Pan własną firmę.  Jak ważna to była przygoda zawodowa?

Spróbowałem bardzo wielu rzeczy w telewizji, bo byłem zarówno prowadzącym program, redaktorem, dyrektorem programu, a także producentem. Ważne dla mnie było i jest, by odnaleźć się w miejscu, w którym jestem tu i teraz, i mieć poczucie, że coś ode mnie zależy. Miałem kilka takich momentów, kiedy czułem się jak w butach szytych na miarę. To był start własnej firmy Casablanca Studio, praca w radiowej Trójce czy w telewizyjnej Dwójce. Zawsze ważny był dla mnie, niezależnie od medium, kontakt z wysokiej klasy partnerem. Miałem szczęście, że byli to Grzegorz Brzozowicz, Robert Tekieli, Wojciech Cejrowski i Andrzej Horubała.

Nie tęskni Pan za dziennikarstwem?

Można powiedzieć, że jest to tęsknota za dziewczyną, z którą przeżyłem piękny czas, ale wiem, że ten czas już się skończył.

Rozpędu nabiera projekt związany z Interaktywnym Studiem Bajki i Animacji w Bielsku-Białej. Na kiedy przewidywany jest termin jego finalizacji?

Udało się doprowadzić do wyłonienia zwycięskiej firmy w przetargu i ten kontrakt już jest realizowany.  Od momentu podpisania umowy pomiędzy Studiem Filmów Rysunkowych i Bielskim Przedsiębiorstwem Budownictwa Przemysłowego jestem przekonany, że jest to firma bardzo dobrze przygotowana do tego zadania i mam nadzieję, że Interaktywne Centrum Bajki i Animacji powstanie do jesieni 2023. Polegamy na trzech źródłach finansowania: fundusze z Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego, fundusze z Ministerstwa Kultury, a także fundusze od miasta Bielsko-Biała.

Czy oprócz interaktywnej funkcji muzealnej w planach jest również wznowienie produkcji filmów animowanych?

Pani pytanie jest o tyle zasadne, że nie chciałbym, byśmy stali się, jako pracownicy Studia wyłącznie kustoszami muzeum animacji, umieszczonym w budowanym przez nas Interaktywnym Centrum Bajki i Animacji. Szczęśliwie otrzymaliśmy pokaźną dotację ze strony Ministerstwa Kultury na ponowne wszczęcie produkcji filmów.

Również filmy animowane dla osób dorosłych?

Jesteśmy na etapie rozwoju filmu pełnometrażowego adresowanego do widza dorosłego, czyli starszej młodzieży i widza dorosłego. Pracujemy też nad dwoma serialami, odpowiednio dla dzieci i młodzieży.

Jaka jest kondycja współczesnej animacji i czy ten kierunek ma przyszłość w dzisiejszych czasach?

Animacja jest taką dziedziną sztuki filmowej, która ma przed sobą niezwykłą przyszłość, bo jest dziedziną, w której można wykreować dowolną rzeczywistość. Nie ma tu ograniczeń, poza umysłem samego rysownika. Animacja jest ważnym elementem gier komputerowych, filmów fabularnych, jeśli chodzi o efekty specjalne, jest też wszechobecna w reklamie. Moim celem jest, by Studio Filmów Rysunkowych włączyło się w ten krwiobieg, związany z niezwykłą szansą kreatywną i komercyjną jaką daje animacja.

Kto będzie głównym odbiorcą Interaktywnego Centrum Bajki i Animacji?

W takim powszechnym i najprostszym odbiorze będą to dzieci, które faktycznie będą stanowiły największą grupę odwiedzających, ale sądzę, że grupa odbiorców, do której powinniśmy się odwołać to generacja 60 plus i 50. plus i 40. dlatego, że są to ludzie, którzy w sposób świadomy przeżyli jako dzieci fascynację bielskimi kreskówkami i wciąż niosą w sobie dziecięce emocje z tamtego czasu.

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska

WALTER ALTERMANN: W Polsce, czyli nigdzie – obraz współczesności w naszych filmach

W tytule cytuję słynne stwierdzenia Alfreda Jarry’ego, autora groteskowego dramatu „Ubu Król, czyli Polacy” z 1888 roku. „Rzecz dzieje się w Polsce, to znaczy nigdzie” – powiedział Jarry w przemówieniu przed premierą w 1896 roku.

            Uspokajam naszych hurra patriotów, że to zdanie nie jest antypolskie, bo istotnie Polski nie było wtedy na mapach świata. Nadto sztuka jest absurdalna, uznawana za zapowiedź surrealizmu i z Polską nie ma nic wspólnego. W Polsce, czyli nigdzie – jednak ten zwrot jak najbardziej trafnie opisuje współczesne polskie kino.

Przytłaczająca większość współczesnej produkcji filmowej z ostatnich kilku lat osadzona jest w przestrzeni materialnej i mentalnej wszędzie, czyli właśnie nigdzie. Gdyby do tych filmów podłożyć dubbing – powiedzmy – hiszpański czy włoski, z całą pewnością nikt z zagranicznych widzów nie zorientowałby się w jakim kraju rzecz się rozgrywa. Złożyło się na taki stan rzeczy wiele istotnych powodów. Tutaj jednak – z braku miejsca na długie rozprawy – ograniczę się do kilku najważniejszych.

Scenariusze

W każdym filmie najważniejszy jest scenariusz. On jest tym biblijnym „słowem” od którego zaczyna się wszystko. Dobry scenariusz – już w trakcie lektury – musi zainteresować samych twórców. Bez dobrego scenariusza nie może powstać i nie powstanie, żaden dobry film.

Jeżeli film ma mieć – poza artystycznym – także społeczny charakter, to byłoby dobrze, żeby twórcy, przed przystąpieniem do produkcji, powiedzieli sobie wyraźnie – po co dzieło kręcą, o czym ma być i kto ma je oglądać. Czy jedynie dla własnej chwały, czy ku uciesze i rozrywce, czy też ma „wstrząsnąć sumieniami” albo „pobudzić do myślenia nad kondycją mentalną Polaków”. No, cokolwiek. Podejrzewam jednak, że większość twórców tak cieszy się z możliwości kręcenia, że zapomina – po co ma kręcić.

Popatrzymy na wielkie klasyki naszej kinematografii. Od razu uświadamiamy sobie, że punktem wyjścia była wielka literatura – „Chłopi” i „Ziemia obiecana” Reymonta, Trylogia Sienkiewicza, „Pamiętnik znaleziony w Saragossie” Potockiego, „Popioły” Żeromskiego. I scenariusze na podstawie tych powieści opowiadały historie, sprawy, problemy ważne dla Polaków.

To wyobraźnia i klasa autora powodują, czy jakaś powieść, bądź nowela, nadają się do przeróbki na film. Bo jest też wielka literatura, która z pewnością nie jest filmowa.

Polska kinematografia ma też w dorobku dobre filmy, które powstały na podstawie scenariuszy nie będących adaptacją wielkiej literatury.

Za scenariuszami jest też i taki problem, że coraz częściej powstają one przy udziale reżyserów, bądź sami reżyserzy piszą je dla siebie. Wtedy krytyka mówi o „kinie autorskim”. Oczywiście reżyserzy znają najlepiej język kina, ale też jest w Polsce wielu literatów, którzy pisali i piszą dla kina.

Jednym z najwybitniejszych był  Jerzy Stawiński. To on napisał dla kina dzieła wybitne, takie jak: „Człowiek na torze”, „Eroica”, „Zezowate szczęście” – reżyserii Andrzeja Munka czy „Kanał” w reżyserii Andrzeja Wajdy. To Stawiński napisał również scenariusz do „Krzyżaków” Sienkiewicza w reżyserii Aleksandra Forda.

Grzech Żeromskiego

Niestety film polski coraz rzadziej korzysta z talentów wielkich literatów, potrafiących pisać filmowe scenariusze. Dzieje się tak nie tylko z powodu nadmiernych – mym zdaniem – ambicji sporej grupy reżyserów. Powodem jest i to, że zgodnie z polskim prawem autorskim reżyser twórcą nie jest.

Twórcy naszego prawa autorskiego, głównie Stefan Żeromski, popełnili w roku 1918 błąd, który mści się dzisiaj na naszej kinematografii. Otóż prawo autorskie mówi, że prawa do tantiem mają autorzy tekstów i muzyki, choreografowie, ale już nie reżyserzy. Takie prawo obowiązuje w Polsce od  czasu powstania ZAiKS-u i skutkuje właśnie tym, że reżyserzy sami zaczęli pisać, bo już jako autorzy scenariuszy mają prawo do tantiem.

Oczywiście Żeromskiego, Słonimskiego i innych inicjatorów powstania ZAiKS-u należy rozgrzeszyć, bo przecież w roku 1918 zawód reżysera właściwie nie istniał nawet w teatrze, a co dopiero w kinie.

Przykładem dość dowolnego traktowania sfery literackiej w filmie jest fakt, że wielu reżyserów na planie zdjęciowym, czyli w ostatniej chwili, prosi aktorów by mówili „własnymi słowami”. A sztuka to konstrukcja, także dialogu. Naturalność też może być, ale w filmach dokumentalnych.

Konflikt

Żeby film miał „wewnętrzny napęd” akcja musi zawierać istotny konflikt. Najlepszym przykładem jest „Antygona” Sofoklesa, bo zarówno tytułowa bohaterka, jak i jej przeciwnik Kreon stają przed wyborem – szanować prawa ludzkie, polityczne czy boskie. Bez konfliktu, z którym utożsami się widz nie ma dobrego dzieła: powieści, sztuki teatralnej czy filmu.

Popatrzmy na arcydzieło Wajdy, na „Ziemię obiecaną”. Przede wszystkim geniuszem był autor, czyli Reymont. To on zawarł w powieści dylemat: dorabiać się czy pozostać biernym wobec życia. Ale dorabianie się w ówczesnej Łodzi znaczyło również akceptację powszechnej nędzy robotników i zgodę na ich wyzysk, a w finale wezwanie kozaków, żeby rozstrzelali głodową demonstrację robotniczą.

Polska bieda i odrzucenie społeczne

Bardzo modne jest teraz robienie filmów o polskiej biedzie. Niestety filmy te ukazują bohaterów jako ludzi odmóżdżonych. Realizatorzy tak wiele wysiłku poświęcają na ukazanie materialnej biedy, niekiedy wprost odrażającej, że już nie starcza im sił na ukazanie bohaterów jako ludzi myślących i czujących. A zapewniam, że kilku znanych mi tzw. meneli ma bogatsze życie wewnętrzne niż kilku znanych mi scenarzystów i reżyserów razem wziętych. Rzecz w tym, że twórcy takich filmów nie rozumieją prostych ludzi, nie rozumieją biedy i związanych z nią problemów. Oni – ci twórcy – epatują nas ekranową biedą i każą nam razem z ich bohaterami tonąć w brudzie i nędzy. Ani to moralne, ani atrakcyjne.

Może nie znają genialnego zdania Francuzki – siostry Emmanuelli, która poświęciła życie kairskim nędzarzom, żyjącym od pokoleń na wysypiskach śmieci. Ta wielka kobieta powiedziała: „Nie szukam miłosierdzia, tylko sprawiedliwości”.

Ale w naszym kinie nie ma ukazania przyczyn biedy, nie ma też mowy o drogach i szansach na wyjście z nędzy. Mamy jedynie bardziej czy mniej wzruszające obrazki z ludzkiego dna.

A jest przecież do obejrzenia – przez polskich scenarzystów i reżyserów – wielki film „Parasite”, którego scenariusz napisali Joon-ho Bong i Jin Won Han, a reżyserem jest Joon-ho Bong. Ten film z Korei Południowej zdobył 4 Oscary, 45 innych nagród i 37 nominacji. O czym jest dzieło? O współczesnym społeczeństwie, które żyje jak na schodach – najbiedniejsi na samym dole, a na szczycie, na ostatnim schodku najbogatsi. Co ich łączy? Właściwie, poza językiem, nic.

Filmy o bohaterach

A może w dzisiejszej Polsce – po prostu – nie ma żadnych problemów społecznych i zagubieni twórcy muszą sięgać do czasów walki z komuną? Nie mówię, że takie filmy nie są potrzebne, ale mijają już 32 lata od upadku komuny, co znaczy, że dzisiejsi 30-latkowie i 40-latkowie dorośli i żyją w innych czasach, uciekają jednak od opisu czasów, w których żyją.

Liczne są ostatnimi laty filmy – głównie telewizyjne – opisujących heroizm ludzi, którzy w roku 1945 nie złożyli broni i podjęli walkę z nową władzą. Jedne z tych filmów zrobione są dobrze, inne gorzej, ale łączy je swoisty eskapizm, bo opowiadają sprawy zaprzeszłe.

Najlepszym przykładem tego typu produkcji filmowej niech będzie film Władysława Pasikowskiego „Jack Strong” o Ryszardzie Kuklińskim. Rzecz jest wyreżyserowana dobrze, dobrze zagrana, ale – niestety – najsłabszy jest scenariusz. Mamy bowiem do czynienia z konfliktem między głównym bohaterem a resztą jego mundurowych kolegów. Jednak w filmie nie ma wewnętrznego konfliktu bohatera. A to jest gwarancją zaistnienia dramatu. Chyba, że uznać za konflikt to, że bohater obawia się dekonspiracji i aresztowania. Zresztą wątek strachu jest w filmie nader eksploatowany, aż do granic śmieszności. Bo przecież każdy szpieg musi zakładać, że może zostać złapany. Jeżeli nie zakłada, to znaczy, że jest szalony, czyli mało wiarygodny. I w sumie mamy sprawnie opowiedzianą historię o niewiarygodnym bohaterze filmu.

Następcy – wystąp

Gdyby być skrupulatnym i dokładnie liczyć, to rok 2022 jest już 33 rokiem nowych czasów. Zatem, jeżeli PRL istniał lat 44 – od roku 1945 do roku 1989 i  jeżeli dodamy teraz te 33 lata czasów obecnych do roku 1945, to wyjdzie nam, że jesteśmy obecnie – poniekąd i jakby – w roku 1978. I gdybyśmy porównali osiągnięcia polskiej kinematografii z lat 1945-1978 z latami 1989-2022, to niestety tamten „miniony system” dał kinematografii większe szanse na stworzenie wybitnych dzieł kinematografii, niż czasy obecne.

Być może sprawiła to ogromna komercjalizacja kultury? Być może twórcy nasi uznali, że wszystko jest w porządku i pora jedynie zarabiać i bawić się? Być może kino ma być tylko rozrywką? Nie wiem. Obawiam się jednak, że nasza kinematografia utknęła w na piaszczystej drodze. Koła machiny buksują, a pojazd coraz bardzie zakopuje się w piachu.

W każdym razie nie widzę godnych następców Stanisława Barei, Sylwestra Chęcińskiego, Jerzego Hoffmana, Jerzego Kawalerowicza, Kazimierza Kutza, Tadeusza Konwickiego, Jana Rybkowskiego i Andrzeja Wajdy. I gdyby ktoś krzyknął – nawet bardzo głośno: „Następcy wystąp!”, to zapanowałaby długa i martwa cisza.

 

 

Krzywdząca i nierzetelna ocena wolności mediów w Polsce – komentarz JOLANTY HAJDASZ

W rankingu wolności prasy już szósty rok z rzędu pierwsze miejsce zajmuje Norwegia, na drugie awansowała  Dania, a na trzecim jest Szwecja. Niestety mediów o konserwatywnym prawicowym czy katolickim profilu praktycznie w tych krajach nie ma, a w przestrzeni publicznej już dawno przestano dyskutować o takich problemach jak aborcja, eutanazja, czy zagrożenia związane z ideologią gender.

3 maja obchodzony jest Światowy Dzień Wolności Prasy, zawsze przy tej okazji organizacja Reporterzy bez Granic ogłasza swój coroczny Światowy Indeks Wolności Prasy.  Tak było i w tym roku i jak się stało regułą po dojściu do władzy Zjednoczonej Prawicy, Polsce po raz kolejny obniżono notowania w tym zestawieniu. Aktualnie znowu zajmujemy najniższe w historii miejsce, spadliśmy z ubiegłorocznego 64 miejsca na 66 na 180 krajów objętych badaniem. Polska krytykowana jest w zasadzie za wszystko, co zmienia się w krajobrazie medialnym po dojściu do władzy Prawa i Sprawiedliwości w 2015 roku, za media publiczne i za odkupienie od niemieckiego wydawnictwa gazet regionalnych Polska Press przez PKN Orlen, za próbę wyegzekwowania prawa od właściciela telewizji TVN (nieskuteczną przecież) i za zakaz swobody poruszania się dziennikarzy w pasie przygranicznym z Białorusią w czasie gdy agresywnie jest  tam atakowana nasza granica. W uzasadnieniu autorzy raportu stwierdzają: „Choć Polska ma zróżnicowany krajobraz medialny, świadomość społeczna w zakresie wolności prasy pozostaje słaba”. I tak dalej, i tak dalej, wybiórczo zebrane informacje, które mają uzasadnić tę główną ocenę – pod względem wolności słowa media w Polsce są na najgorszym w historii miejscu. Nie da się jednak obronić tej tezy w żaden sposób, szczególnie jeśli zastosuje się zwyczajne metody naukowe – analizę faktów i równe traktowanie wszystkich podmiotów systemu prasowego.

Ale skoro jest tak źle, to dlaczego ranking wolności słowa nie wymienia np.  procesów polskich dziennikarzy pozywanych o gigantyczne sumy odszkodowań przez niemiecko szwajcarskiego giganta medialnego za krytyczne wpisy na jego temat w mediach społecznościowych, dlaczego nie przeszkadzają światowym obrońcom wolności słowa pozwy kierowane przeciwko dziennikarzom przez marszałka senatu, którego jedynie immunitet chroni przed postawieniem zarzutów o branie łapówek, dlaczego milczy ten ranking o skandalicznym procesie wytoczonym katolickiemu nadawcy za rzekome nieudzielenie informacji publicznej , podczas gdy w ogóle nie wiadomo gdzie są jej granice i dlaczego nikt się nie oburza, gdy za ten rzekomy brak informacji publicznej szefowa fundacji będącej nadawcą tej jedynej w Polsce ogólnokrajowej telewizji katolickiej zostaje skazana w procesie karnym? Kuriozalna przy tym jest także krytyka mediów publicznych za to, że dostają pieniądze z budżetu państwa, tak jakby w innych krajach nie było takiej reguły.  Ranking wolności słowa nie pisze jednak ani słowa o tym, ile pieniędzy nierzadko z niejasnych źródeł otrzymują w Polsce media zagraniczne i opozycyjne wobec rządu.

Może więc warto przypomnieć, skąd biorą fundusze na swoje utrzymanie Reporterzy bez Granic. Organizacja ta założona jest ponad 30 lat temu przez 4 francuskich dziennikarzy, dziś jej budżet to prawie 7 milionów euro. Finansowana jest m.in. przez Parlament Europejski i państwo francuskie – w tym wypadku jak widać finansowanie przez państwo nie jest naganne i nie naraża organizacji na zarzut braku obiektywizmu, jak w przypadku Polski.  Do tego dochodzi sponsoring ze strony instytucji prywatnych takich jak np. fundacja skrajnie kontrowersyjnego miliardera George’a Sorosa, co samo w sobie stawia pod wielkim znakiem zapytania obiektywizm tego rankingu szczególnie w stosunku do tych krajów, które są bez przerwy dyscyplinowane na forum ogólnoeuropejskim.

Nie mam wątpliwości, iż to po raz siódmy z rzędu najniższe w historii zestawienia miejsce Polski jest wyjątkowo krzywdzące dla naszego kraju. Jest to ocena nierzetelna dla Polski, ponieważ nie oddaje rzeczywistego poziomu wolności słowa, wolności mediów i wolności dziennikarzy, jaki panuje w naszym systemie prasowym. Warto przy tym przypomnieć, iż Raport zupełnie pomija ogromną różnorodność mediów w Polsce, ich swobodne funkcjonowanie we wszystkich sektorach i nieskrępowane prowadzenie biznesu przez firmy i koncerny medialne, w tym także zagraniczne.  W rankingu Wolności prasy już szósty rok z rzędu pierwsze miejsce zajmuje Norwegia, na drugie awansowała Dania, a na trzecim jest Szwecja. Niestety mediów o konserwatywnym prawicowym czy katolickim profilu praktycznie nie ma tam wcale, a w przestrzeni publicznej już dawno przestano dyskutować o takich problemach jak aborcja, eutanazja, czy zagrożenia związane z ideologią gender. Czy naprawdę musi to być obowiązujący w Europie wzorzec wolności prasy?  Z całą pewnością nie. Spadek w tak konstruowanym rankingu może więc Polskę raczej cieszyć niż martwić.

W najbliższych dniach zostanie opublikowane oficjalne stanowisko CMWP SDP na temat Indeksu Wolności Prasy 2022 .

O historycznym przełomie ws. aborcji w USA pisze CEZARY KRYSZTOPA: #BabiesLivesMatter

Podczas pierwszego badania USG jednego z naszych synów ginekolog stwierdził Zespół Downa. Nie byłoby to niemożliwe, w rodzinie Żony był taki przypadek. Nietrudno się jednak domyślić, że dla nas, rodziców, było to absolutnym ciosem. Nie dlatego, że wychowanie takiego dziecka to nie zawsze łatwy kawałek chleba, ale dlatego, że każdy rodzic chce, żeby jego dziecko było najpiękniejsze, najmądrzejsze i najsilniejsze. Nie pamiętam już dokładnie co zdecydowało o tym, że straciliśmy zaufanie do tego lekarza, jakieś dziwne sugestie, czy coś innego. Dość, że poszliśmy do innego, zrobiliśmy inne USG, nasz syn, zupełnie zdrowy, przynosi dziś ze szkoły szóstki, a na podwórku jest duszą towarzystwa. Nam nawet do głowy nie przyszła aborcja, ale ilu rodzicom w takiej sytuacji przyszła? Ilu pozwoliło na zabójstwo swojego dziecka?

W Polsce kwestią sporną była tzw. przesłanka eugeniczna. Potworną manipulacją była sugestia, że z tej przesłanki zabijano dzieci podobne do krążących w sieci na zdjęciach „potworków”. To nieprawda, największy odsetek zabijanych dzieci stanowiły właśnie dzieci z Zespołem Downa i Zespołem Turnera. A biorąc pod uwagę, że ilość zabijanych dzieci od wejścia w życie ustawy aborcyjnej wielokrotnie wzrosła, można się domyślać, że orzekanie obydwu stało się również pretekstem do zabijania dzieci zdrowych.

Zabijanie nienarodzonych w USA

W Stanach Zjednoczonych jest o wiele gorzej. Aborcja jest legalna bez ograniczeń w pierwszym trymestrze ciąży, w związku z czym jest traktowana jako forma antykoncepcji. W rekordowym roku 1990 zabito w ten sposób, przynajmniej według oficjalnych danych, 1 429 247 dzieci a i dziś liczby te oscylują wokół ok. 850 tysięcy dzieci rocznie. Nic w tym dziwnego, ponieważ w Stanach Zjednoczonych interesu pilnuje gigantyczny i ustosunkowany przemysł aborcyjny, który swoje wpływy przy pomocy ogromnych pieniędzy utrwala na całym świecie, również w Polsce. Nawet napływ uchodźców z Ukrainy jest wykorzystywany do pozyskania przez niego rynku zbytu nad Wisłą. Na pewno zauważyliście aktywistki – komiwojażerki, które twierdzą, że najważniejsze czego potrzeba ukraińskim kobietom, które uciekły z dziećmi od wojny to – aborcja.

Eugenika w służbie aborcji

Przemysł ten uwielbia otaczać się nimbem „postępu”. I coś w tym jest, jednak chodzi tu o postęp nieco inny niż chciałby nas przekonać. Największą siecią klinik aborcyjnych, stanowiąc przez to pewien czarny symbol, stanowi tu Planned Parenthood, organizacja mając pewną czarną tajemnicę, którą nie lubi się chwalić. Otóż, jego założycielka Margaret Sanger była zwolenniczką eugeniki, a jej idee „kontroli urodzeń” były w istocie ideami „kontroli urodzeń nieprzystosowanych”, za realizację w praktyce czego była nawet aresztowana. Wydawała pismo „The Birth Control Review” w którym publikował między innymi Ernst Rüdin, twórca hitlerowskiego planu higieny rasowej. Czasopismo promowało eugenikę, postulowało wprowadzenie przymusowej sterylizacji i aborcji dla osób „nieprzystosowanych”. W 1932 roku opublikowała w „The Birth Control Review” swój „Plan pokojowy”, sugerujący wprowadzenie obowiązkowej segregacji, sterylizacji i reedukacji „dysgenicznego inwentarza” (dysgenic stock). W 1939 roku Sanger zapoczątkowała „Projekt Murzyn”, którego celem było ograniczenie rozrodczości czarnych obywateli USA. W latach 1939–1942 była honorową delegatką Birth Control Federation of America. Po zakończeniu II wojny światowej American Birth Control League zmieniła nazwę na International Planned Parenthood Federation w celu uniknięcia niekorzystnych skojarzeń z eugeniczną działalnością niemieckich nazistów [Ta wiedza pochodzi z Wikipedii, tyle że dawno została zamieniona na ugrzecznioną wersję].

Przełom, histeria i wytrwałość

Dziś w Stanach Zjednoczonych, czyli mateczniku aborcyjnej ideologii dzieje się rzecz historyczna. Oto dzięki temu, że poprzedni prezydent USA Donald Trump, łamiąc trwającą wiele dziesięcioleci przewagę sędziów aborcjonistycznych, wprowadził do amerykańskiego sądu najwyższego sędziów konserwatywnych, jest szansa na obalenie precedensu opartego na wyroku ws. Roe v. Vade, który na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku legł u podstaw przyzwolenia na powszechność zabijania dzieci.

Na amerykańskich ulicach podnosi się histeria. Przed chwilą właśnie oglądałem filmy z Los Angeles, na których aborcyjni aktywiści popychają policjantów i na nich plują. Sceny jako żywo przypominające to co widzieliśmy jeszcze niedawno na ulicach polskich miast w ramach tzw. „Strajku Kobiet”. I kiedy tak patrzę na tę i tamta agresywną dzicz, wydaje mi się to makabrycznie spójne z ideami, które przyświecały Margaret Sanger.

Z drugiej strony, przerażonej erupcją „postępowej” agresji na ulicach Ameryce, gdybym miał taką możliwość, chciałbym powiedzieć: Spokojnie, barbarzyńcy sami się zaorzą, nikt nie jest dla nich bardziej szkodliwy niż oni sami i wizerunek wariatów, który sobie budują.

Wytrwajcie w słuszności. Dobro zwycięży.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Polsko-radziecka przyjaźń trwa”, bo Pałac Stalina nadal stoi

Większość Polaków jest przeciwna likwidacji Pałacu Stalina (Pałacu Kultury i Nauki) w Warszawie – dowiedzieliśmy się z ostatniego sondażu Social Changes dla portalu wPolityce.pl. Czyli mimo formalnego rozpadu ZSRR polsko-radziecka przyjaźń trwa. Jak długo jeszcze?

Przeciw wyburzeniu sowieckiego pałacu w centrum polskiej stolicy wypowiedziało się ponad 3/4 badanych – 77 proc. Usunięcie „maczugi Stalina” popiera tylko 10 proc. respondentów. 13 proc. badanych… nie ma zdania.

Mnie chyba najbardziej zadziwił fakt, jak mało przeciwników rozbiórki Pałacu Stalina, czyli de facto zwolenników tego obiektu, jest wśród wyborców Zjednoczonej Prawicy (za rozbiórką 69 proc., przeciw 12 proc.) Przecież tyle razy tłumaczyliśmy, edukowaliśmy i… nic. A przynajmniej niewiele.

Jednocześnie z omawianego badania wynika, że większość Polaków – dokładnie 2/3 – ma świadomość, iż Pałac Kultury i Nauki to „prezent” od sowietów. Pytanie dokładnie brzmiało tak: „Czy wiedziała Pani/wiedział Pan, że Pałac Kultury i Nauki (PKiN) w Warszawie został zbudowany na rozkaz Stalina?”

Jaki z tego wniosek? Jeśli Polacy wiedzą, a mimo to pałac im nie przeszkadza, trzeba wciąż edukować.

No to jeszcze raz…

Tzw. słońce narodów, a tak naprawdę jeden z największych zbrodniarzy w historii świata Józef Stalin proponował Warszawie metro lub osiedle mieszkaniowe, ale tzw. prezydent Polski, a tak naprawdę jeden z największych zbrodniarzy w historii naszej Ojczyzny, a do tego agent NKWD Bolesław Bierut wybrał PKiN. Pod jego budowę wyburzono kilkadziesiąt kamienic, które przetrwały Niemca – Sowieta już nie. Bolszewicy zniszczyli w ten sposób historyczne centrum stolicy, z wieloma pięknymi kamienicami secesyjnymi czy modernistycznymi (po rozbiórce PKiN-u należałoby je przywrócić – wtedy Warszawa odzyskałaby centrum).

22 lipca 1955 r. Józef Cyrankiewicz, premier rządu PRL oraz sowiecki ambasador Ponomarenko oświadczyli, iż: „uważają wybudowany przez Związek Radziecki w stolicy Polski – Warszawie – Pałac Kultury i Nauki za symbol wieczystej, niewzruszonej przyjaźni narodów radzieckiego i polskiego”. Placem Defilad, jak dziś placem Czerwonym w Moskwie, paradowały ruskie czołgi. Huczały ruskie armaty.

Dzień 22 lipca wybrano nieprzypadkowo: to rocznica zniewolenia Polski przez sowietów (wydania komunistycznego Manifestu PKWN; potem święto Polsku Ludowej). A PKiN „jest znakiem upokorzenia narodu polskiego i wyrazem pogardy dla – de facto – okupowanego w latach PRL >prywislianskogo kraja<” – napisali ludzie kultury, nauki i mediów, protestując przeciwko wpisaniu pałacu (2 lutego 2007 r.) do rejestru zabytków (ale wiadomo, iż pałac z tego rejestru można też wypisać – wystarczy chcieć).

Pomysł Stalina realizował Mołotow (ten od IV rozbioru Polski razem z Ribbentropem). PKiN od początku był kiczem: miał połączyć styl krakowskich Sukiennic, kamienic z Kazimierza Dolnego, pałacu w Nieborowie, ratusza w Chełmnie i oczywiście pałaców sowieckich. Wysokość – 230 metrów. Na więcej nie zgodzili się sowieccy „bracia” – PKiN nie mógł być wyższy od Moskiewskiego Uniwersytetu im. Łomonosowa.

7 marca 1953 r. PKIN nadano imię darczyńcy – zmarłego Józefa Stalina. Na placu miał również stanąć jego pomnik. Szczęśliwie z pomysłu zrezygnowano, bo zapewne stałby tam dalej.

„Będzie trwał tak jak miłość do dziecka. (.) Będzie trwał tak jak przyjaźń radziecka” – pisał… Jan Brzechwa. I tak PKiN trwa kolejne dekady. Tak jak nieosądzeni zbrodniarze komunistyczni, którym płacimy ogromne resortowe emerytury. Ale nie wszystkim się podoba. Władysławowi Broniewskiemu skojarzył się z „koszmarnym snem pijanego cukiernika”. A słynne określenie „Pekin” wymyślił Leopold Tyrmand – jako nawiązanie do nazwy pewnej przedwojennej kamienicy, w której funkcjonowała agencja towarzyska.

Czy wiedząc to wszystko, „dar Stalina” ma pozostać symbolem Warszawy? Dla wielu ważniejszym niż Syrenka, czy Zamek Królewski? Chyba, że chcemy, aby nadal tak głęboka była polsko-radziecka przyjaźń?

 

Kochanka, szpiedzy, przyroda i poezja – MYKOŁA SEMENA opisuje krymskie tajemnice Adama Mickiewicza

W czerwcu 1825 r. podoficer 3. Pułku Ułanów Ukraińskich Ivan Sherwood wysłał do Petersburga donos. Mówił on, że na południu imperium istnieje tajne stowarzyszenie. List wpadł w ręce cara Aleksandra I. W celu identyfikacji buntowników postanowiono zorganizować wyprawę na Krym z Adamem Mickiewiczem na czele w nadziei, że buntownicy spróbują się z nim skontaktować i zostaną zdemaskowani.

 Jesteśmy przekonani, że nie możemy służyć Europie i ludzkości inaczej niż służąc naszej ojczyźnie, Polsce; że tylko w takim stopniu, w jakim będziemy przydatni sprawie polskiej, Europa i ludzkość mogą nam pomóc.

Adam Mickiewicz

Pracując jako dziennikarz na Krymie obserwowałem, jak pamięć o Adamie Mickiewiczu odradza się w regionie, do którego deportowani Tatarowie krymscy dopiero niedawno powrócili z wygnania i który rozwijał się w środowisku wolności słowa i demokracji. W czasach sowieckich większość wydarzeń na Krymie była poświęcona kulturze rosyjskiej i rosyjskim pisarzom. Nawet o ukraińskich klasykach związanych z Krymem niewiele mówiono. Dopiero po 1991 roku, czyli po powrocie półwyspu na Ukrainę, krymska kultura zaczęła wypełniać się bogactwem literatury światowej. Było to szczególnie nasilone w okresie od 2000 do 2010 roku. Na Krymie odbył się cykl konferencji naukowych poświęconych twórczości i życiu Adama Mickiewicza. Wyjątkowa książka wieszcza „Sonety krymskie” została wydana w czterech językach. Odbywały się wystawy i spektakle teatralne.

Podróż 1825

Pamiętam, że w 2004 roku na Krymie zorganizowano Dni Kultury Polskiej poświęcone Rokowi Polski na Ukrainie i rocznicy urodzin Adama Mickiewicza. Miejscem głównych wydarzeń był Gurzuf. Następnie odbyła się V Międzynarodowa Konferencja Naukowa o dziełach Adama Mickiewicza. Wzięło w niej udział ponad 50 polskich i ukraińskich naukowców, którzy dyskutowali m.in. o stosunkach między Rosją, Ukrainą i Polską oraz o kwestiach stabilności w Europie Wschodniej.

W 2005 roku Gurzuf był gospodarzem VI Międzynarodowej Konferencji Naukowej Krymu „Dni Adama Mickiewicza na Krymie” z udziałem około 50 filologów, krytyków literackich, historyków, etnografów, krytyków sztuki z Krymu, innych regionów Ukrainy, a także z Polski i Węgry. Uczestnicy wysłuchali ponad 40 relacji o rozwoju tradycji Adama Mickiewicza w poezji krymskiej, o obrazach Krymu południowego w „Sonetach krymskich”, o mickiewiczowskich przekładach Iwana Bunina, o miejscu i roli Krymu w polskiej historii, tradycji i kulturze. Na konferencji odbyła się prezentacja książki „Adam Mickiewicz na Krymie” oraz zbioru materiałów z pięciu poprzednich edycji tego wydarzenia.

Jednym z najciekawszych tematów konferencji była tzw. „Tajemnica krymska Mickiewicza”. Faktem jest, że prawdziwa historia podróży Adama Mickiewicza przez Krym wciąż pokryta jest szeregiem „białych plam”.

Dla porównania: w czerwcu 1825 r. rosyjski pisarz Aleksander Gribojedow i polski poeta Adam Mickiewicz odwiedzili Krym niezależnie od siebie. Jednak w twórczości Gribojedowa nie ma dzieła poświęconego historii, ludziom i przyrodzie półwyspu (pisał: „Spędziłem w Tawrydzie prawie trzy miesiące, a wynik wynosi zero. Nic nie napisałem’), natomiast Mickiewicz napisał po powrocie do domu liryczno-filozoficzny cykl osiemnastu „Sonetów krymskich”. Paradoks polega na tym, że trasa i chronologia podróży rosyjskiego pisarza są dobrze znane naukowcom (z Krymu wysyłał listy, prowadził pamiętnik, notatki, opisywał miejsca, w których przebywał), zaś szczegóły wyprawy polskiego poety są słabo udokumentowane. Badacze dysponują jedynie skąpymi informacjami, które można znaleźć bezpośrednio w „Sonetach krymskich” i skąpymi notatkami jego przyjaciół. Ponadto we wspomnieniach dzieci Adama Mickiewicza, które pamiętały opowieści ojca, znajdują się nieprawdziwe informacje. Nieznana jest nawet trasa, którą przebył wielki Polak. Coraz częściej naukowcy próbują odpowiedzieć na proste pytania – ile razy Adam Mickiewicz był na Krymie, jakie trasy przebył, co robił w podróży, kto mu towarzyszył? Badacze z Polski, Ukrainy i Krymu spotkali się po raz pierwszy w Gurzuf w 1999 roku, aby poznać te złożone zagadnienia i znaleźć rzetelne informacje o pobycie Mickiewicza na Krymie.

Główną tajemnicą wyprawy Mickiewicza na Krym w 1825 r. jest to, że na półwyspie towarzyszył mu m.in. „Stirlitz XIX wieku”. Hrabia Jan Witt był szefem osiedli wojskowych w południowej Rosji, a także długoletnim rezydentem rosyjskiego wywiadu we Francji, który przekazał carowi dokładną datę i taktykę ataku na Rosję w 1812 roku. Jego działalność to intrygi i procesy polityczne przeciwko przeciwnikom autokracji. To właśnie Jan Witt, wykonując tajny rozkaz cesarza, ujawnił spisek przyszłych dekabrystów w południowej grupie wojsk. Dlatego naukowcy nie mają wątpliwości, że Witt podążał za Adamem Mickiewiczem w Odessie, wypełniając zadanie cara, by dowiedzieć się o możliwych powiązaniach między spiskowcami polskimi i rosyjskimi.

Wyjazd Witta na Krym miał na celu śledzenie Mickiewicza i identyfikowanie jego ewentualnych kontaktów z członkami tajnych stowarzyszeń.

Nie wiadomo też, gdzie przebywał Mickiewicz w Symferopolu. Jeśli w hotelu, to w mieście był tylko jeden – „Odessa”. Ponadto naukowcy wciąż nie mają wiarygodnych dowodów na jego lokalizację. Ale niewykluczone, że Mickiewicz zatrzymał się u któregoś z mieszkańców.

Eupatoria

Po raz pierwszy w życiu słynny polski poeta Adam Mickiewicz zobaczył w Eupatorii uroczą egzotykę Wschodu. Miasto, mimo wpływów rosyjskich, nadal zachowało cechy średniowiecznej osady tatarskiej. Charakterystyczne są skierowane w błękitne niebo minarety i głosy muezini, którzy z wysokich balkonów zwołują wiernych do meczetów.

Badacze twórczości Adama Mickiewicza odtworzyli już szczegóły jego podróży. Przed jej rozpoczęciem, 26-letni poeta, jako nauczyciel gimnazjum w Wilnie, został uwięziony za udział w konspiracyjnej grupie. Po sześciu miesiącach Mickiewicz został zwolniony za kaucją, ale nakazano mu opuścić Wilno i udać się do Petersburga, do dyspozycji Ministerstwa Oświaty. Tam miał do wyboru kilka szkół średnich w różnych miastach – wybrał gimnazjum w Odessie. Jednak naczelnik okręgu edukacyjnego w tym mieście, hrabia Jan Witt, powiedział mu, że nie ma wolnych miejsc. Polecił czekać. Mickiewicz zamieszkał w budynku gimnazjum. Odwiedzał salony literackie i rozdawał autografy. Zakochał się w 31-letniej pięknej Karolinie Sobańskiej, prawnuczce królowej Marii Leszczyńskiej i został jej kochankiem. Była ona jednak konkubentką hrabiego Witta.

W czerwcu 1825 r. podoficer 3. Pułku Ułanów Ukraińskich Ivan Sherwood wysłał do Petersburga donos. Mówił on, że na południu imperium istnieje tajne stowarzyszenie. List wpadł w ręce cara Aleksandra I. W celu identyfikacji buntowników hrabia Witt zorganizował wyprawę na Krym z Adamem Mickiewiczem w nadziei, że buntownicy spróbują się z nim skontaktować i zostaną zdemaskowani.

Hrabia Witt kupił i podarował Sobańskiej jacht o nazwie „Carolina” i polecił jej zaprosić na rejs Mickiewicza. Kobieta zaproponowała poecie wyjazd na Krym. Aby się nie nudził, zaprosiła na wyprawę również swojego starszego brata Heinricha Rzewuskiego, pisarza, który później został koronowany na „polskiego Aleksandra Dumasa”. Witt zabrał zaś ze sobą agenta tajnej policji Ołeksandra Boszniaka, by pilnował poety. Przedstawił go Mickiewiczowi jako przyrodnika, znawcę owadów. Opuszczając port w Odessie, jacht skierował się do Eupatorii.

Na wysokości półwyspu Tarkhankut jacht napotkał na silny sztorm, który trwał dwa dni. Mickiewicz opisał to w sonecie „Burza”.

Wreszcie podróżnicy weszli na brzeg Eupatorii. Na brzegu powitał ich burmistrz Karaim Haji-Aga Babovich. Zaprosił gości do swojej posiadłości „Gan-Jafa” przy ulicy Karaimskiej. Mickiewicz i Rzewuski chcieli zobaczyć karaimską świątynię. Babovich zaoferował, że zaprowadzi tam gości. Po drodze przyjaciele poprosili swojego przewodnika o nauczenie zwrotów powitalnych w języku hebrajskim (jest to zapisane w świętych księgach Karaimów). Prowadzący nabożeństwo był poruszony i odpowiedział kilkoma polskimi zwrotami. Niewiarygodne, jak mieszkaniec małego krymskiego miasteczka, w którym Polak nigdy nie postawił stopy, mógł nauczyć się płynnie mówić po polsku? Jak się okazało, jednym z języków jego dzieciństwa był polski. Okazało się, że prowadzący nabożeństwa w świątyni interesuje się polską literaturą, a nawet trochę zna twórczość Mickiewicza. Wiadomość, że w odległej Eupatorii znają jego wiersze, zszokowała poetę.

Do dziś zachował się dom Haji-Agi Babovich przy ulicy Karaimskiej 53 w Eupatorii. Na jego fasadzie w 2002 roku wmurowano tablicę upamiętniającą pobyt poety w tym mieście. W tym liczącym ponad 200 lat gmachu planowano otwarcie Muzeum Adama Mickiewicza, pierwszego wybitnego poety, który odwiedził Eupatorię. Ale z powodu wojny nie jest to na razie możliwe.

Wspomina się, że poeta odwiedził Bachczysaraj, dawną stolicę Chanatu Krymskiego, gdzie spał na kanapie ostatniego chana Szagina Gireja. Adam Mickiewicz wstąpił do karaimskiego miasta-twierdzy Chufut-Kale, odwiedził górę Chatyr-Dag, Ałusztę i podziwiał fale ze szczytu Ayu-Dag (Niedźwiedziej Góry). Następnie podróżnicy wrócili do Eupatorii, skąd cała piątka na odpłynęła do Odessy. Po powrocie z wyprawy relacje między Sobańska a Mickiewiczem ochłodziły się. Obrażony poeta podsumował to kilkoma zjadliwymi wierszami.

Witt zdał sobie sprawę, że jego misja się nie powiodła. Członkowie tajnego stowarzyszenia nie próbowali nawiązać kontaktu z poetą. Hrabia odwołany z Odessy i mianowany urzędnikiem moskiewskiego biura gubernatora generalnego. Ale głównym efektem podróży Mickiewicza był cykl „Sonety krymskie”, jedno z arcydzieł światowej poezji. Zbiór po raz pierwszy ukazał się w Moskwie w grudniu 1826 r. z dedykacją autora: „Towarzyszom z Krymu”.

W czterech językach

„Sonety krymskie” należy do niekwestionowanego kanonu arcydzieł polskiej poezji. W 2021 roku przy okazji 30. rocznicy niepodległości Ukrainy, we współpracy z Kancelarią Prezydenta RP i Instytutem Polskim w Kijowie, ukazało się wyjątkowe wydanie „Sonetów krymskich” w czterech językach: oryginalnym polskim, ukraińskim w tłumaczeniu Maksyma Rylskiego, krymskotatarskim w przekładzie poety Shakira Selima oraz angielskim przetłumaczonym przez Karola Kraszewskiego.

„My czytamy dziś ten cykl wierszy Mickiewicza jako nadal aktualną – mimo upływu blisko dwóch wieków – opowieść o ziemi, w której dziejach zapisało się tak wiele ludzkich dramatów i która zawsze pozostanie najbliższa sercom Ukraińców i Tatarów” – napisał w liście Prezydent RP Andrzej Duda.

Poezję polskiego poety ilustrują zdjęcia autorstwa ukraińskiego fotografa Romana Krawczenki, który przez długi czas mieszkał na Krymie i stworzył własną niezapomnianą wizualną historię tej ziemi. Z powodu rosyjskiej okupacji Krymu artysta został zmuszony do emigracji do Polski.

Znani ukraińscy i polscy działacze, politycy i żołnierze nagrali wideo, w którym recytują ukraińskie i krymskotatarskie wersje „Sonetów krymskich”. Film ten w ubiegłym roku zamieścił na swoim profilu na Twitterze Andrzej Duda.

„W tym roku Ukraina obchodzi 30. rocznicę niepodległości. Z tej okazji w czasie mojej wizyty w Kijowie przekazałem „Sonety Krymskie” Adama Mickiewicza przetłumaczone na język ukraiński i krymskotatarski. Jesteśmy i będziemy sobie bliscy!” – napisał wówczas prezydent RP.

HUBERT BEKRYCHT: Majowej jutrzenki przestroga

Dzięki Bogu dożyliśmy 231. rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja! Dla młodszych: to takie Mission Impossible końca XVIII wieku. Udało się tylko dlatego, że mocno – delikatnie mówiąc – izolowano zdrajców Polski, czyli ówczesną opozycję, od twórców pierwszej w Europie i drugiej na świecie Ustawy Zasadniczej.

Niestety, tamta opozycja na żołdzie ruskim i pruskim po kilkunastu miesiącach osiągnęła swój cel, czyli drugi rozbiór Rzeczpospolitej, Było to w 1793 roku. Dwa lata później zdrajcy z Polski wraz z Rosją, Prusami i Austrią na 123 lata położyli kres naszej państwowości.

Nie ma właściwie nic do dodania, jeśli chodzi o likwidację własnego kraju, do którego w sporym stopniu przyczynili się obywatele tegoż państwa. Nie ma też sensu wymieniać zdrajców z imienia i nazwiska, czy też nazw grup zaprzańców. Nie ma też po ponad dwustu latach wielkich zmian w mechanizmie takich działań.  W naszej części Europy, zdrada – od rozbiorów Polski – to podobny proces. Zawsze mniejszość, którą pominięto, której nikt nie wybierał, brzydko się chwyta brzytwy paktów z wrogiem.

Tak też jest w Polsce. Na szczęście niewielu, ale mamy głupków, mamy agentów obcych wywiadów, mamy zdrajców. Niestety, czasem ich działania są nazywane „patriotycznymi”.

Cały świat patrzy na Ukrainę, na zmagania naszych sąsiadów z ruską hordą najeźdźców. Społeczność międzynarodowa widzi też zaangażowanie Polaków w pomoc Ukraińcom. Na tle tego wsparcia, dzięki Bogu, słabo widać, w najlepszym przypadku głupie posunięcia polityczne opozycji – przeciwników naszego rządu, chociaż można nawet powiedzieć przeciwników Polaków. W dobie wojny, ktoś kto przeszkadza władzom kraju pomagającego Ukrainie, czyli władzom Polski, jest po prostu sojusznikiem Kremla.

Opozycja powołuje się na „prawdziwy patriotyzm” Polaków, bo chce po prostu otumanić wszystkich i po raz kolejny oszukać. Politycznie. Gospodarczo. Ze zwykłej politycznej zemsty. Patriotyzm bowiem to nie walka polityczna w obliczu zagrożenia wojną światową; to nie kpiny z rządzących; to nie donoszenie na własny kraj do organów administracji Unii Europejskiej, której od 18 lat Polska jest członkiem.

Dobrze, że nie ma u nas wojny, jak za naszą wschodnią granicą, bo opozycja chcąc zrobić na złość polskiemu rządowi, mogłaby się przyłączyć do strony przeciwnej. Z drugiej strony jednak, gdyby, czysto teoretycznie, taka sytuacja miałaby miejsce, znając „mądrość” i „skuteczność” naszej opozycji, Putin siedziałby już dawno w celi a prawnicy pisaliby już przeciwko ruskiemu dyktatorowi akt oskarżenia…

Aha, Parlament Europejski właśnie w rocznicę Święto Konstytucji 3 maja, w dniach, kiedy wspieramy Ukrainę w jej walce z rosyjską agresją, zaplanował „debatę” o „praworządności” w Polsce.

W PE zasiadają potomkowie zaborców, którzy zlikwidowali ostatecznie w 1795 roku nasz kraj. Potomkowie Prusaków sprzed dwóch wieków, czyli Niemcy oraz potomkowie Austriaków sprzed ponad 200 lat, czyli… Austriacy a także Rosjanie. Tak, tak, Rosjanie też są w PE. To jawni albo zakamuflowani sojusznicy Putina z Niemiec, Francji, Austrii, Skandynawii i innych krajów, ale nade wszystko to mentalni Rosjanie z polskiej opozycji, która – oby tylko z głupoty – donosi na Polskę.

 

 

 

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Garwolińscy kontrolerzy

Czy powierzyłbyś swoje życie w ręce ludzi bystrych inaczej? No właśnie, raczej nie. Z tego powodu, moim zdaniem środowisko kontrolerów lotów należy delikatnie rzecz ujmując jak najszybciej wymienić, przewietrzyć, zaorać niestety. Czemu? Bo niejaką Garwolińską kontrolerzy dali spektakularny przykład, że jednak myślenie to nie jest ich mocna strona…

Dziennikarze na tysiąc sposobów opisywali i będą jeszcze opisywać spór kontrolerów lotów z Polską Agencją Żeglugi Powietrznej. Gdyby nie ten spór opinia publiczna nie dowiedziałaby się, że grupa około 200 osób może w zasadzie sparaliżować ruch lotniczy nad Polską, dodajmy grupa ludzi świetnie wynagradzanych. Kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, to u nich raczej norma. Nie chce mi się wchodzić w dywagacje, czy to słusznie, czy niesłusznie, że tyle zarabiają, czy im się należy, czy im się nie należy. Robiono to już w innych materiałach i można sobie je prześledzić.

Oczywiście jestem w stanie zrozumieć, że jak komuś tnie się pensje to raczej nie jest zadowolony i może chcieć odejść z pracy. Kontrolerzy złożyli gremialnie wypowiedzenia, co strajkiem nie było, ale tak naprawdę było, bo gdyby odeszli w jednym czasie trzeba byłoby wstrzymać loty nad Polską, nie wszystkie, ale przeważającą część. Ci którzy niby chcieli odejść okazało się jednak, że nie chcą odejść, tylko negocjować, co rozwiało wątpliwości co do intencji strajkowych. Ale ja też nie o tym, ja o tym, że oni, ci kontrolerzy wzięli sobie na pełnomocnika postać nazwijmy to, specyficzną, Garwolińską. Czemu to postać specyficzna i czemu moim zdaniem jej wybór to przykład umysłowego zaćmienia bądź mózgowej aberracji?

Z prostego powodu. Polska Agencja Żeglugi Powietrznej podlega ministrowi infrastruktury, więc rządowi. Co trzeba mieć w głowie, żeby będąc kontrolerem w takim przypadku na negocjatora zatrudniać kogoś, kto rządu i partii rządowej nienawidzi zajadle, publicznie i prymitywnie? Przecież gdyby jakikolwiek kontroler myślał, nie wziąłby do negocjacji pani, która zanim otworzy usta, w negocjatorach po drugiej stronie wzbudza jak najgorsze emocje. Trudno, żeby Garwolińska nie wzbudzała takich emocji, skoro wśród jej prostackich wpisów w mediach społecznościowych możemy odnaleźć rechot „J… PiS”, pokazanie Morawieckiego i Kaczyńskiego z podpisem „dwa ch…” czy zdjęcia prezydenta, premiera, wicepremiera z jakże wyszukanym „Kłamca, Menda, Błazen”. Nie żartuję, ona naprawdę to zrobiła.

Oczywiście żyjemy w wolnym kraju i prywatnie każdy może być prymitywem i chwalić się tym publicznie. Problem robi się wtedy, kiedy prymitywa zatrudniają kontrolerzy chyba wyłącznie po to, żeby wyprowadzić z równowagi negocjatorów drugiej strony. Przypomnijmy kontrolerom, że celem negocjacji, co do zasady, jest osiągnięcie porozumienia, a nie przyprowadzanie ze sobą nienawistnej baby, żeby mogła się polansować.

Z powyższego powodu środowisko kontrolerów uznać trzeba jako daleko nieracjonalne, nieprofesjonalne i polityczne, a powierzanie naszego bezpieczeństwa takiemu towarzystwu za dalece ryzykowne. Rząd ma dwa miesiące, żeby pozbyć się tej pożal się Boże elity. Postawmy tamę prymitywom w życiu publicznym. Najwyższy czas.

Czyja tożsamość? – pyta MARIA GIEDZ zastanawiając się dlaczego ukraińska flaga musi wypierać kaszubską

Zbliża się dzień flagi. Wielu z nas wywiesi tę biało-czerwoną, chociaż niektórzy zapewne zamienią ją na niebiesko-żółtą, czyli ukraińską, demonstrując w ten sposób „jedność”, „solidarność” z Ukrainą. Na Kaszubach od lat panuje zwyczaj, że obok flagi polskiej wywiesza się flagę Kaszub, czyli czarno-żółtą, albo flagę ze zwróconym w prawo czarnym gryfem w koronie na żółtym (złotym) tle. Czasem flagę polską pomija się i zostaje tylko ta kaszubska. Ostatnio zaczyna się flagę Kaszub zastępować flagą Ukrainy z całkowitym pominięciem flagi polskiej. Wielu Kaszubów jest tym oburzonych i mówią, że pod hasłem „pomagamy Ukrainie” odbiera się im kaszubską tożsamość.

Ta zamiana flagi kaszubskiej na ukraińską i to od kilku tygodni widoczna jest przy jednym z najważniejszych budynków Kaszub – Kaszubskim Uniwersytecie Ludowym, usytuowanym u stóp Wieżycy, najwyższego naturalnego wzniesienia (328,6 m n.p.m.) Niżu Środkowoeuropejskiego od Atlantyku po Ural, tuż przy drodze wiodącej z Gdańska do Kościerzyny.

Jedna z Kaszubek, pani Gabriela, która często tamtędy przejeżdża i uważa, że trzeba pomagać uchodźcom z Ukrainy, jest oburzona brakiem kaszubskiej flagi na maszcie przed ośrodkiem KUL. Wysłała więc pismo do władz Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, ściśle powiązanego z KUL, dopytując się o przyczynę wywieszenia flagi obcej narodowości na terenie ośrodka będącego własnością Kaszubów.

Moje pytanie dotyczy powiewającej flagi ukraińskiej na maszcie, na terenie ośrodka. Kto tym ośrodkiem zarządza? Według mnie, są to osoby nie mające szacunku do naszych symboli narodowych, osoby niekompetentne, podejmujące decyzję wywieszenia flagi obcej narodowości zamiast naszej czarno-żółtej lub biało-czerwonej.

Odpowiedź przyszła bardzo szybko. Podpisał się pod nią Łukasz Richert, członek Rady Fundacji KUL, który jest jednocześnie sekretarzem Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, a także dyrektorem biura Zrzeszenia.

Na co dzień powiewa tam flaga kaszubska. Obecnie wisi flaga ukraińska na znak solidarności z nieszczęściem jakie spadło na osoby z tego kraju, a które u nas znalazły schronienie uciekając przed wojną i niechybną śmiercią, która by ich czekała zostając na obszarach objętych brutalnym konfliktem zbrojnym.

Pani Gabriela odpisując dyrektorowi tak skwitowała ową wypowiedź:

Szkoda, że w ten sposób solidaryzujemy się z Ukrainą.

Pomysł wywieszania flagi Kaszub, głównie z okazji święta 3 maja i innych większych uroczystości państwowych, wprowadził dr Aleksander Majkowski (żył w latach 1876 – 1938), kaszubski pisarz, poeta, działacz społeczny, ale i lekarz. Wywieszanie kaszubskiej flagi na szerszą skalę rozpoczęło się od pierwszego zjazdu Kaszubów w dniu 18 sierpnia 1929 r. Od tego czasu 18 sierpnia stał się dniem Święta Flagi Kaszubskiej, które zaczęto oficjalnie obchodzić dopiero w 2012 r. Dlaczego tak późno? Odpowiedź jest i prosta, i skomplikowana.

Historia Kaszubów, to wiele białych plam. Jak podaje Gerard Labuda (żył w latach 1916-2010), polski historyk specjalizujący się w historii Pomorza i Kaszub, „Kaszubi wpisani są w historię Pomorza, ta zaś należy do historii Polski i powszechnej.” … „Przez Niemców byli tworzeni jako „sztuczna” narodowość – chodziło o rozbicie polskiej wspólnoty etnicznej”. Po II wojnie światowej różnie byli postrzegani, często odnoszono się do nich negatywnie. Dzisiaj wiadomo, że są Słowianami. Język kaszubski należy do grupy języków zachodniosłowiańskich, jak język polski, czeski, słowacki, dolno i górnołużycki, chociaż niektórzy badacze przypisują mu status dialektu polszczyzny. Może dlatego, że kiedy czyta się teksty Jana Kochanowskiego, polskiego poety epoki renesansu, i to w oryginale, to odnosi się wrażenie, że zostały napisane po kaszubsku, a więc w języku jakim do dzisiaj porozumiewają się Kaszubi. Tylko kto dzisiaj rozumie staropolszczyznę? Należy też dodać, że status prawny języka kaszubskiego w Polsce, ale i status prawny Kaszubów został uregulowany bardzo niedawno, bo dopiero Ustawą o mniejszościach narodowych i etnicznych z dnia 6 stycznia 2005 r.

Kaszubi mają jeszcze drugie święto – Dzień Jedności Kaszubów przypadające na 19 marca, gdyż właśnie tego dnia roku pańskiego 1238 papież Grzegorz IX wydał bullę, w której znalazła się pierwsza historyczna wzmianka o Kaszubach. Nazwa Kaszubi oznaczała słowiańską ludność rodzimą. W źródłach krzyżackich Kaszubi wymieniani są jako poddani Zakonu Krzyżackiego, chociaż oni sami byli temu przeciwni. Wracając do Dnia Jedności Kaszubów, to dopiero w 1999 r. zaczęto organizować Zjazdy Kaszubów. Pierwszy odbył się w Chojnicach właśnie w 1999 r. Owe święto jest szczególną okazją do promowania kaszubszczyzny, podtrzymywania tradycji oraz integracji Kaszubów.

Niestety tegoroczne Święto Kaszubów – tak potocznie nazywa się święto przypadające na 19 marca, miało charakter ukraiński. W Łubianie, Lęborku i w wielu innych miejscowościach zamiast flag kaszubskich wywieszono ukraińskie. Dzieci na policzkach miały wymalowane flagi ukraińskie. W wielu miejscach pojawiły się również transparenty z napisem: „Dzień Jedności Kaszubów 2022 – Razem z Ukrainą”, albo „Dzień Jedności Kaszubów z Wolną Ukrainą”. Były występy zespołów ukraińskich. Nawet śpiewano kaszubskie pieśni w tłumaczeniu na ukraiński. To bardzo piękne gesty, ale dlaczego akurat eksponowane w Dniu Jedności Kaszubów? Kaszubi chętnie włączyli się do pomocy Ukraińcom. W wielu kaszubskich domach gości się uchodźców i to wyłącznie na koszt gospodarzy. Pomaga się im we wszystkim i nikt nie ma nic przeciwko takiemu zachowaniu, ale dlaczego Dzień Święta Kaszub zamienia się na dzień ukraiński, jakby nie można było takiego święta zorganizować przez 364 dni w roku, tylko właśnie w ten jedyny?

Pewien Ukrainiec przebywający w Polsce od prawie dwóch miesięcy nie może zrozumieć, dlaczego Polacy niemal na każdym miejscu wywieszają dwie flagi: polską i ukraińską. Autobusy, tramwaje, budynki użyteczności publicznej, a nawet prywatne domy „udekorowane” są flagą ukraińską. Zaczął się więc zastanawiać, czy przypadkiem Polacy nie włączyli Ukrainy do swojego kraju? Jest on bardzo wdzięczny Polakom za okazywaną pomoc, życzliwość, dobroć, ale nie wyobraża sobie włączenia Ukrainy do Polski. A to wywieszanie flagi ukraińskiej obok polskiej kojarzy mu się z unią polsko-ukraińską, albo wręcz aneksją Ukrainy przez Polskę. A on chciałby wrócić i mieszkać w swoim suwerennym kraju.

Zgodnie z odpowiedzią Łukasza Richerta proponuję, aby na znak jedności z Ukrainą, zniknęły wszystkie kaszubskie, ale i polskie flagi na Pomorzu, a zwłaszcza w miejscowościach i przy instytucjach kaszubskich – mieszkańcy Kociewia, Powiśla czy Żuław mogą mieć inne na ten temat zdanie W to miejsce należy wywiesić flagi ukraińskie, bo przecież solidaryzujemy się z Ukrainą.

Jeśli już koniecznie musimy eksponować naszą pomoc Ukrainie, to czy nie można obok polskiej albo kaszubskiej flagi powiesić także tę ukraińską? Wówczas wszyscy byliby usatysfakcjonowani. O ile mi wiadomo KUL jest własnością Kaszubów, ale na terytorium Polski, więc w ramach gościnności może obok tych dwóch flag, a przynajmniej jednej, polskiej, chyba że Kaszubi ze Zrzeszenia nie chcą utożsamiać się z Polską, powiesić ukraińską, ale nie wyłącznie ukraińską. Kto nie potrafi uszanować własnej tożsamości, ten nie będzie mieć szacunku dla nikogo.

WALTER ALTERMAN: 1 maja, czyli od prawdy, poprzez surrealizm, do prawdy

Zapewne w okolicach 1 maja znowu, jak zawsze od 1990 roku, gazety będą publikowały zdjęcia z manifestacji 1 majowych w czasach PRL, a telewizje znowu wyemitują fragmenty starych, archiwalnych filmów z tego dnia. Dojdą oczywiście kąśliwe komentarze.

Przyznam, że trochę mnie żenuje, to coroczne podrwiwanie z tego święta, bo nie jest tak, że obchodzenie 1 maja zaczęło się w Polsce z rokiem 1945, a zakończyło w 1990 roku. Manifestacje robotnicze w dniu 1 maja nie zaczęły się w czasach „komuny”, trwają i będą trwały. Dlaczego? Bo ludzie pracy najemnej wszystkie swoje prawa zawsze musieli sobie wywalczyć. Taka jest natura kapitalizmu i istota podziału na pracodawców i pracobiorców. Nie należy też zapominać, że dla wielu współczesnych Polaków pracodawcą jest państwo. Ono też nie jest bez grzechu, wobec ludzi którym daje zatrudnienie.

Historia 1 maja

To święto zrodzone jest z tragedii w Chicago, w roku 1886. Manifestacja chicagowskich robotników, w obronie miejsc pracy, w obronie ludzkiej godności została rozstrzelana przez policję. Takie było narodziny „Międzynarodowego Dnia Solidarności Ludzi Pracy”. Ten dzień został wybrany święto robotnicze przez kongres założycielski II Międzynarodówki, obradujący w Paryżu w 1890 roku.

W Chicago 4 maja 1886 roku doszło do wydarzeń określonych mianem Haymarket Riot, a były one konsekwencją strajków, które wybuchły kilka dni wcześniej. Powodem konfliktu była sytuacja niemieckich imigrantów – robotników z firmy McCormic Harvester – wytwarzającej sprzęt rolniczy. Zresztą do dzisiaj firma istnieje i znana jest m.in. z produkcji traktorów.

W latach 80-tych XIX wieku władzę w firmie przejmuje, po zmarłym ojcu, Cyrus McCormick. Ma ambitne plany – zamierza szybko przebudować fabrykę i wdrożyć – mówiąc dzisiejszym językiem – głęboki plan restrukturyzacji. Najważniejszym punktem planu są szeroko zakrojone zwolnienia. O odprawach nie było mowy, robotnicy mieli stracić pracę z dnia na dzień. Nie mieli zapewnionych też żadnych zasiłków. Praca w fabryce odbywała się na podstawie kontraktu-śmieciówki – pracownik przychodził rano do pracy, za co dostawał dniówkę oscylującą w granicach 1,5 dolara.

Związkowcy nie godzą się na zwolnienia. Po negocjacjach z McCormickiem wydaje się, że obie strony dogadały się. Ale nagle właściciel zmienia swoją decyzję i zwalnia niemal całą załogę. W jej miejsce zatrudnia nowych pracowników oraz ochroniarzy. Sprawa oszukania i wyrzucenia na bruk setek pracowników odbija się szerokim echem w całym USA. Główny protest zaplanowano na 1 maja.

Data nie była przypadkowa. Już półtora roku wcześniej związkowcy z całych Stanów Zjednoczonych zaapelowali do rządu, by wymusił na firmach skrócenie czasu pracy z 12 do 8 godzin dziennie. Zgodnie z hasłem „Eight Hours for Work, Eight Hours for Rest, Eight Hours for What We Will!”, czyli osiem godzin w pracy, osiem na odpoczynek, osiem na to co ma się ochotę.

Propozycja związkowców powstała jesienią 1884 roku, ale postawiono dać władzy czas –   do 1 maja 1886 roku. Liczono, że rząd amerykański wprowadzi prorobotnicze zmiany.

W Niemczech w tym samym czasie – by uspokoić nastroje społeczne – Otto von Bismarck zaczął wdrażać już swoją politykę społeczną dając m.in. ubezpieczenia chorobowe czy od wypadków przy pracy. W Australii od 30 lat obowiązywał ośmiogodzinny dzień pracy. Nawet w Wielkiej Brytanii obowiązywały tzw. ustawy fabryczne, które ograniczały możliwość wykorzystywania do pracy dzieci.

Amerykański rząd nie zrobił jednak nic. I dlatego w sobotę 1 maja 1886 roku, jak co dzień pracownicy mieli zameldować się w fabrykach na pół doby. W związku z tym w całych Stanach odbyły się marsze ruchu „8 godzin”. Największa demonstracja miała miejsce w Chicago i była połączona z żądaniami przywrócenia do pracy osób z fabryki McCormicka. Ulicami około 800-tysięcznego miasta pokojowo przeszła manifestacja licząca nawet 80 tys. osób. Nieśli flagi, śpiewali piosenki wychwalające ośmiogodzinny dzień pracy. Nie zanotowano żadnych ekscesów.

Dla przemysłowców liczba protestujących była szokiem. Nikt nie spodziewał się, że robotnicy będą potrafili zjednoczyć się i zorganizować tak wielką akcję. Pracowników fabryk traktowano wówczas niemal jak niewolników, mówiono o nich pogardliwie, żartowano z ich analfabetyzmu i ich ubrań.

Skala protestów nie spowodowała jednak żadnych ustępstw po stronie fabrykantów. 2 maja robotnicy ponownie w pokojowej manifestacji przemaszerowali ulicami Chicago. Tym razem było ich jednak już tylko 35 tys.

3 maja na wiecu pod wejściem do fabryki McCormicka zjawiło się już jedynie około 2 tysięcy osób. Takiej demonstracji władze się nie bały. Doszło do starć zainicjowanych najprawdopodobniej przez bojówki zatrudnione przez McCormicka. Jego nowi pracownicy-łamistrajki i ochroniarze mieli zaatakować protestujących. Do walki włączyła się także policja.

Według różnych źródeł zginęło od jednego do sześciu protestujących. Mimo to następnego dnia związkowcy postanowili kolejny raz wyjść na ulice Chicago. Liczyli, że ofiary nie wystraszą robotników, a wręcz przeciwnie zachęcą do zwiększenia skali strajku. Manifestanci zebrali się na Placu Haymarket. Przez większość dnia protest miał charakter pokojowy, a udział brało w nim kilka tysięcy osób. Wieczorem nad Chicago nadciągnęła jednak wielka ulewa, wyganiając część manifestantów do domów. Około godziny 22.30, gdy na placu pozostało już tylko kilkaset osób policja ruszyła do ataku.

Chwilę później ktoś rzucił w tłum bombę. Wybuch zabił kilkanaście osób, w tym jednego policjanta. W odpowiedzi policja zaczęła strzelać. Na placu trwała już regularna bitwa uliczna, od kul ginęli zarówno protestujący jak i policjanci. Ostatecznie w starciach zginęło sześciu z nich. Dokładna liczba zabitych protestujących nigdy nie została ustalona.

Zamach, do którego nikt się nie przyznał, został wykorzystany przez fabrykantów i władzę do dalszego tłumienia robotniczych protestów. Następnego dnia ogłoszono nie tylko w Chicago, ale w całym kraju stan wyjątkowy. Kolejne protesty były krwawo tłumione, gazetki związkowe zamykane, a mieszkania osób związanych ze strajkującymi przeszukiwane.

Największe represje dosięgły jednak organizatorów protestów z początku maja. Pod zarzutem zabójstwa policjanta skazano na karę śmierci aż osiem osób, z których część nawet nie była obecna na Haymarket. Czterech z nich: Alberta Parsonsa, Georga Engela, Adolfa Fischera i Augusta Spiesa powieszono 11 listopada 1886 roku. Działacza związkowego Louisa Lingga, który miał zostać ułaskawiony, dzień wcześniej znaleziono martwego w swojej celi. Pozostała trójka wyszła z aresztu po kilku latach.

W 1893 roku ułaskawił ich nowy demokratyczny gubernator Illinois, który cały proces sądowy nazwał jedną wielką farsą i kpiną ze sprawiedliwości. Historycy sądzą, że bomba z Haymarket została rzucona przez agenta, który miał współpracować z lokalnym szeryfem.

O wydarzeniach z Chicago zrobiło się głośno nie tylko za oceanem, ale na całym świecie.

Trzy lata po chicagowskich wydarzeniach II Międzynarodówka, czyli zrzeszenie partii socjalistycznych, postanowiła uczcić pamięć zabitych na placu oraz osób skazanych na śmierć w późniejszym sfingowanym procesie. W ten sposób pierwsze Święto Pracy ustanowiono na 1 maja 1890 roku.

Jak demonstrowano 1 maja po 1890 roku

Po raz pierwszy święto 1 maja obchodzono w 1890 roku – m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Belgii, Francji. Organizowane w tym dniu demonstracje i strajki przyczyniły się do radykalizacji ruchów robotniczych. Początkowo nielegalne manifestacje 1-majowe zostały później w wielu krajach oficjalnie uznane.

Tego dnia wiece odbyły się w wielu częściach świata. W Wiedniu na ulice wyszło około 100 tys. osób, kilkaset tysięcy protestowało w Paryżu. Liczne marsze odbyły się też w Belgii i Niemczech. W Warszawie w manifestacjach wziąć udział miało 8 tysięcy osób. 1-majowe wiece miały zachęcać lokalne władze do ustanowienia 8-godzinnego dnia pracy. Większość w 1890 roku miało charakter pokojowy. Zwalczanie nowego święta zaczęło się kilka lat później i często miało krwawy przebieg. Tym bardziej, że w związku z rozpoczętym wówczas kryzysem gospodarczym coraz więcej osób miało powody do zamanifestowania swojego niezadowolenia.

W Polsce pod zaborami, głównie na terenach zaboru rosyjskiego, pierwsze pochody i strajki organizował II Proletariat i Związek Robotników Polskich. W 1891 roku w Łodzi i Żyrardowie doszło do starć z wojskiem, a następnie do represji władz carskich. Carat często krwawo tłumił 1-majowe pochody. Tak było na przykład w 1892 roku w Łodzi, gdy zamieszki trwały kilka dni. A maszerujący choć na sztandarach mieli socjalistyczne hasła, to śpiewali także patriotyczne pieśni o wymowie niepodległościowej. Przypomnijmy, że jeszcze w 1900 roku jeden z największych „łódzkich królów bawełny” Izrael Kalmanowicz Poznański zmuszał swoich robotników do 16-godzinnego dnia pracy. Z późniejszych demonstracji największe rozmiary przybrały wystąpienia z lat 1905-7 i 1917-19.

Okres międzywojenny w Polsce

Nieco inny wymiar miały marsze organizowane już w okresie XX-lecia międzywojennego. Stały za nimi głównie Polska Partia Socjalistyczna, ale pod uroczystości „podłączali” się także komuniści. Jeden z tego typu światopoglądowych konfliktów skończył się w 1931 roku strzelaniną wybuchło pomiędzy dwoma obozami. Dochodziło do tego, że w latach 20-tych, 1 maja odbywały się dwie legalne, osobne demonstracje i jedna demonstracja nielegalna – komunistyczna. O ile pochody socjalistów i żydowskich partii robotniczych władze tolerowały, to demonstracje komunistyczne był tłumione siłą.

1 maja był problemem dla władz w całym świecie. To chybna, dlatego, chcąc je niejako „oswoić”. Papież Pius XII w 1955 roku ogłosił 1 maja świętem katolickim – Świętem Józefa Rzemieślnika.  Nadał w ten sposób religijne znaczenie obchodzonemu od 1890 roku świeckiemu Świętu Pracy. W tym dniu Kościół w sposób szczególny pragnie zwrócić uwagę na pracę ludzką, zarówno w aspekcie wartości chrześcijańskich, jak i społecznych, ogólnoludzkich i narodowych.

Upaństwowienie 1 maja, czyli surrealizm

W ZSRR święto 1 maja stało się świętem państwowym. Władze organizowały manifestacje poparcia dla samych siebie. W istocie była to parodia idei walki o prawa pracownicze, wziąwszy pod uwagę, że niemal wyłącznym pracodawcą w Rosji Sowieckiej było państwo. Zmuszani do manifestowania obywatele tego państwa wznosili okrzyki chwalące przywódców partii i rządu, oraz hasła potępiające zachodnich imperialistów. Krótko mówiąc – obchody 1 maja w ZSRR stały się jednym z elementów państwowego terroru. Najwięksi surrealiści XX wieku nie wymyśliliby czegoś takiego, a władza radziecka potrafiła.

1 maja w czasach PRL

W Polsce, podobnie jak w innych państwach „obozu socjalistycznego”, czyli w państwach, które popadły w zależność od Rosji Sowieckiej, 1 Maja również przybrał charakter masowego poparcia dla władz. I trak samo jak w ZSRR sytuacja była surrealna, bo w Polsce, Czechosłowacji, NRD, Rumunii, Bułgarii i na Węgrzech to państwo było największym pracodawcą.

W latach 80. miały już miejsce niezależne od władz pochody i manifestacje, które organizowała w tym dniu solidarnościowa opozycja. Szczególnie duże były w Warszawie i Wrocławiu. Były one rozbijane przez milicję, a w latach 1982-1984 niejednokrotnie przekształcały się w starcia z ZOMO. Uczestnicy demonstracji byli zatrzymywani i stawiani przed Kolegium ds. Wykroczeń lub skazywani na więzienie przez sądy.

1 maja po roku 1990 w Polsce

Po roku 1990 w Polsce wielu ludzi, o nielewicowym światopoglądzie, obrało sobie za cel walkę ze świętem 1 maja jako reliktem i niechcianą pamiątką po PRL.

Ośmielam się jednak zauważyć, że PRL trwał 45 lat, a święto 1 maja ma już lat 132 lata. Dodam także, że walka ludzi pracy o swoje prawa miała i ma nadal głęboki sens – moralny i pragmatyczny. A smutna parodia tego dnia i święta, z jaką mieliśmy do czynienia w PRL-u, nie może unieważniać ani celów, ani znaczenia tego dnia.

Godna płaca, dobre warunki pracy, ośmiogodzinny dzień pracy – to jest ciągle aktualny program dla ludzi pracy najemnej.

Godna praca i płaca

 

Chodzi o godność pracownika, o poszanowanie jego podmiotowości. I nikt mi nie powie, że po 1990 roku nastały czasy idylliczne. Zachodnie koncerny i w ich ślady idące polskie firmy, chcąc zmaksymalizować zysk, narzucają wielu pracownikom normy pracy, zmuszające ich do niszczącego wysiłku. W korporacja pracownik nie jest podmiotem, jest przedmiotem działań, maleńkim trybikiem. Dzisiejszy wyzysk pracownika polega nie tylko na pracy ponad siły fizyczne. Pracownik ma oddać firmie serce, duszę i cały wolny czas. Jest dzisiaj normą, że zatrudniani w korporacjach, w wieku 23-25 lat pracownicy, po dziesięcioletniej pracy są zwalniani, bo zaczynają myśleć o swoim prywatnym życiu, o dzieciach, o współmałżonkach. A na ich miejsce przyjmowane są nowe dwudziestoparoletnie osoby, które przez 10-12 lat zaprzedadzą swoje prywatne życie firmie.

Dobre warunki pracy

Teoretycznie jest to sprawa nie do określenia, bo warunki pracy są w każdym miejscu pracy inne. Jednak w zbyt wielu miejscach pracy mamy do czynienia z ciasnotą, hałasem, brakiem wymaganego oświetlenia. W produkcji nader często spotykamy się ze stanowiskami pracy, na których pracownicy narażeni są na chorobotwórcze działania chemikaliów.

W okresie międzywojenny wspaniale funkcjonowała w Polsce Inspekcja Pracy. Ówczesne przepisy pozwalały urzędnikom na kontrolowanie zakładów pracy o każdej porze dnia. Była to w istocie policja pracy. Niestety w PRL-u znaczenie i rola Państwowej Inspekcji Pracy została przez władze bardzo ograniczona. Nie wyobrażano sobie, żeby państwowy inspektor mógł działać na szkodę państwowego przedsiębiorstwa.

Kilkanaście lat po transformacji ustrojowej, za rządów Leszka Millera z SLD, wprowadzono nowe przepisy, które w drastyczny sposób ograniczyły możliwości funkcjonowania PIP. Przede wszystkim zlikwidowano anonimowe doniesienia o nieprawidłowościach w miejscach pracy. Tym samym pracownik informujący o nieprawidłowościach narażał się na odwet kierownictwa zakładu pracy. Zlikwidowano również możliwość interwencji inspekcji, z własnej inicjatywy. A żeby już zupełnie związać inspektorom ręce, nakazano uprzedzać zakład pracy dwa tygodnie wcześniej, że PIP podejmie działania. Nie jestem wysokiego mniemania o osobach zarządzających zakładami pracy, ale naprawdę nie ma wśród nich tak głupich, żeby przez dwa tygodnie nie doprowadzili miejsc pracy do porządku.

Ośmiogodzinny dzień pracy

Prawnie jest obowiązujący, ale w praktyce? Ale kto dzisiaj pracuje po 8 godzin? Być może w dużych przedsiębiorstwach tak, ale nie we wszystkich. Obecnie w wielu urzędach i instytucjach samorządowych i państwowych znowu zapanował duch „wszystkie siły, cały czas dla naszego przedsiębiorstwa”. W wielu firmach „pozwala się” pracownikom przyjść wcześniej i później wyjść. Narzucone normy są tak duże, że w ciągu 8 godzin niewielu jest w stanie je spełnić.

Wśród średniej kadry zarządzającej panuje moda na chwalenie się, że pracuje się po 10-12 godzin. Zresztą przykład idzie z góry, te nocne posiedzenia Sejmu i Senatu, rząd pracujący nocami – według mnie jest to objaw złej organizacji pracy, ale według posłów i senatorów, to przykład poświęcania się dla Polski.

Póki zmuszani do pracy ponad 8 godzin są młodzi, jakoś to znoszą, ale przecież ich organizmy upomną się w wieku dojrzałym i podeszłym o ten brak odpoczynku.

Platforma Obywatelska za swych ostatnich rządów, wespół z PSL-em, wprowadziła istotne zmiany w kodeksie pracy. Dopuściła bowiem – w interesie pracodawców – takie manipulowanie czasem pracy, że możliwe jest kwartalne rozliczanie czasu pracy. Co skutkuje tym, że w dogodnym dla pracodawcy czasie, pracownik musi odebrać tzw. nadgodziny. W dawnych latach zasad była taka, że za pracę ponad 8 godzin płaciło się 50, 100 i 200 procent stawki godzinowej. Po zmianach Platformy Obywatelskiej – i PSL-u – pracodawcy są zadowoleni, ale pracobiorcy już nie bardzo.

Myślę jednak, że daleko nam jeszcze do spełnienia ideału polskiego pracodawcy, któremu śni się po nocach zadowolony pracownik, które pracuje darmo, albo za tyle ile zechce dać właściciel firmy.

Być może Lech Wałęsa, mówiąc w latach 90-tych, że Polska stanie się drugą Japonią, miał na myśli spełnienie japońskich ideałów społecznych – całkowite podporządkowanie się pracownika firmie, życie jej życiem i bycie szczęśliwym, gdy korporacja osiąga coraz większe zyski.

Dzisiaj 1 maja traci na znaczeniu, dlatego że media społeczne stały się forum wymiany myśli, także społecznych – na co dzień, niekoniecznie od święta. Ale w dalszym ciągu są na świecie ludzie, którzy obchodzą ten dzień, będąc przekonani, że warto i trzeba.

I po to jest ten 1 maja, żeby o tym wiedzieć i przypominać. A także, żeby tak wiele zmieniać, na korzyść pracownika, dla poszanowania godności ludzkiej.