HUBERT BEKRYCHT: Le Macron – Mesje le Bufą sowietik

Od razu zaznaczam, że – moim zdaniem – procesowym dybom powinien podlegać każdy, kto w krytyce ponownie wybranego na stanowisko prezydenta Francji Emmanuela Macrona upatruje pochwały liderki opozycji Marine Le Pen. Oboje są prorosyjscy a teraz, po reelekcji Macrona, oboje bezradni wobec Niemiec i bezczelnie zapatrzeni w Putina, choć zaprzeczali temu podczas dosyć bezbarwnej kampanii. I oboje pojęcia nie mają, że Ukraina to niepodległe państwo napadnięte przez rosyjskie hordy barbarzyńców, które kiedyś mogą też przelać się przez Sekwanę, Loarę i Rodan.

Macron jest bezczelnym młokosem politycznym i kompletnie niekompetentnym prezydentem Francji. Gdyby nie pandemia i wojna nikt nawet nie zauważyłby, że w Paryżu jest jakiś, pardon, Mesje le Bufą Le Marcron sowietik * (*pisownia zamierzona).

Bufon to we Francji nic nowego. Oni tam tak mają. Jak Amerykanie, wielbiciele żabich udek i ślimaków znad Wisły, wiedzą teraz tak niewiele o świecie, jak Putin o wojnie, bo gdyby wiedział już nie byłoby Europy…

Nadto Francuzi wielbią Rosję od kołyski, a Sowieciarzom z czasów komunizmu wybaczali wszystko. No, prawie wszystko. To, czego nie wybaczali zwolennicy Macrona, wybaczali fani Le Pen. Taka tam jest liberalna i konserwatywna, prorosyjska rzeczywistość polityczna. Właściwie nad Sekwaną nie było kandydatów na prezydenta nie wyznających poglądu, że „może tam i Putin jest mordercą, ale co to ma do pieniędzy, które w Moskwie można zarobić.”

Smutne, ale prawdziwe. Druga tura była już łatwiejsza dla Macrona, bo Le Pen zrobiono taki czarny PR, jakby rządziła we Francji dwie kadencje i sprzedała Lazurowe Wybrzeże Chińczykom a Korsykę Hindusom. Dla odsądzających Le Pen od czci i wiary lewicowo zapatrujących się Francuzów, jak to dla lewaków, kompletnie nie miało znaczenia, że to Macron sprzedawał Rosji optykę i ważne część składowe do broni pustoszącej teraz Ukrainę, broni która pozwala ruskim hordom zabijać, gwałcić i okaleczać Ukraińców i rabować kraj.

Francuzi zgubiliby się na lotnisku, gdyby nie napisy kierujące do toalet, ale ich nowy stary prezydent nadal jest bufonem, który ma czelność wyzywać inne głowy państw od „antysemitów”, tak w przypadku Mateusza Morawieckiego, bo nasz premier przypomniał prezydentowi V Republiki, iż to dzięki francuskiej broni giną ukraińskie dzieci. To samo bufonadą z Niemców i przedstawicieli wielu krajów tzw. starej Unii Europejskiej.

Oni po prostu uważają się za lepszych. Ciągle myślą, że Putin to równorzędny o partnera do robienia interesów. I że zawsze, jak od Macrona, odbierze od nich telefon. Kiedy się zorientują, że seryjny morderca musi atakować do końca swego życia? W tym przypadku seryjnym mordercą są Rosjanie, z nielicznymi wyjątkami, czyhający na polityczną śmierć Ukrainy, aby potem napaść na Polskę, na państwa bałtyckie, na Rumunię (za zgodą Francji) a może nawet kiedyś zaatakować Czechy (za zgodą Niemiec).

Nie wiem, kiedy stary Zachód zorientuje się, że ruskie morderstwa na Ukrainie to – jak utrzymuje Putin – nie są prowokacje Kijowa i Warszawy, ale wiem, iż Francuzów może w tej sprawie dotyczyć wytłumaczenie z żabami w roli głównej. Otóż, jak powszechnie wiadomo, żywą żabę można ugotować, jeśli bardzo powoli podgrzewa się wodę. W pewnym momencie, sympatyczny płaz orientuje się, że stoi u progu żabiego raju, ale jest za późno.

Jeśli jednak Putin w taki sposób gotuje Francuzów dając im wybór między Macronem a Le Pen, to, kto na Boga, po finiszu tej termicznej obróbki zje tę „żabę”? Przecież nie Francuzi… Hast du verstanden?

***

Tym mieszkańcom Polski, którzy w nocy niedzielę na sobotę świętowali zwycięstwo prorosyjskiego kandydata Macrona i przegraną prorosyjskiej kandydatki Le Pen w wyborach na prezydenta Francji dedykuję starą jak świat anegdotę:

Pewna przedwojenna hrabina miała trzy nocniki  – biały, niebieski i czerwony… A jak weszli ruscy to hrabina się ze strachu zes…., to znaczy zestresowała się i nie zdążyła…

 

Podczas pisania tego felietonu inspirowałem się rozmową, którą przeprowadziłem z politologiem prof. Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim w sobotę 23 kwietnia 2022 roku  dla PAP.

WALTER ALTERMANN: Stary Wojak, czyli o kłopotach z wiekiem

Porozmawiamy o wieku. Jako człowiek stary – już z nazwiska – nie mam zwyczaju ujmować sobie lat. Choć jako pacholę, dodawałem sobie trochę, chcąc wydać się starszym. Większość ludzi ma jednak poważne kłopoty z realnym wiekiem – tak własnym, jak cudzym.

Jest takie urocze powiedzenie, że kobieta, która mówi ile naprawdę ma lat, jest niebezpieczna, bo może powiedzieć wszystko. Z kolei pewien mój znajomy ma fatalny zwyczaj zawyżania wieku ludziom, za którymi nie przepada. Gdy jakiś niegodziwiec skończy 62 lat, mój znajomy mówi o nim: „O, to człowiek już pod siedemdziesiątkę”. 

Niemniej sprawa lat, wieku jest sprawą dość zagmatwaną. Na przykład artyści. Jeszcze 100 lat temu człek 60 letni uważany był za starca, dzisiaj cieszy opinią młodego-zdolnego, który ciągle dobrze się zapowiada.

Najbardziej winne w sprawie wieku są teatry i film. Wszystkie historyczne inscenizacje teatralne oraz filmy historyczne kłamią notorycznie. Nawet jeżeli nie co do faktów, to co do wieku bohaterów z pewnością.

Z teatrem wytłumaczenie jest proste. Każdy dyrektor teatru ma w dyspozycji określoną grupę aktorów. A w każdym zespole największą siłę głosu mają aktorzy starsi, z nimi dyrektor musi się bardzo liczyć. Gdy więc przychodzi do obsadzania sztuk, których kanwą są zdarzenia historyczne, lub tylko dziejące się w przeszłości, to wiadomo, że starsi zagrają postacie znaczące i ważne, które w rzeczywistości były całkiem młode.

Najśmieszniejszy przypadek historia polskiego teatru odnotowała, gdy Ludwik Solski zagrał Starego Wiarusa w „Warszawiance” Stanisława Wyspiańskiego. Było to na prapremierze utworu w 1898 roku. W roku 1904 Wyspiański namalował znany portret Solskiego, jako Starego Wiarusa właśnie, którym to portretem zilustrowano felietonu. Co to znaczyło, że ktoś w pierwszej połowie XIX wieku był starym wiarusem? Znaczyło tyle, że był to żołnierz doświadczony, który brał udział w wielu bitwach. W realiach Powstania Listopadowego mógł to być żołnierz co najwyżej 50-letni, bo starsi już nie służyli w wojsku. Byli po prostu uważani za niezdatnych do wysiłku wojennego.

Solski w 1898 roku miał lat 34, więc mógł zagrać Starego Wiarusa. Jednak – zgodnie z modą tamtego teatru – mocno się ucharakteryzował, żeby wyglądać na osiemdziesięciolatka. W tej roli, z tą samą charakteryzacją wystąpił jeszcze dwa razy w „Warszawiance”, już  jako człowiek „w wieku podeszłym”, bo jako 80 i 90-latek.

Czy Solski nie wiedział, że Stary Wiarus nie mógł mieć więcej niż 50 lat? Wiedział, ale pociągnęła go „magia teatru” i efekt. Bo efekt miał, gdy wchodził na scenę na trzęsących się nogach, gdy chwiejąc się i milcząc przekazywał drżącą ręką wstążkę, co było znakiem, że ukochany panny Marii właśnie poległ w bitwie.

Podobnie jest w filmach historycznych. Tam postacie realnych wojskowych grają najczęściej aktorzy o wiele starsi. Ale też wszyscy aktorzy filmów batalistycznych są o wiele starsi od swoich historycznych pierwowzorów. Dzieje się tak dlatego, że pułkowników i majorów grają ciut młodsi od generałów, żeby była jakaś hierarchia.

Podobnie w filmie jest z rolami dziewcząt i młodych kobiet. Julia z „Romea i Julii” Szekspira nie ma więcej lat niż szesnaście-siedemnaście. Ale we wszystkich znanych mi inscenizacjach teatralnych i filmowych Julię zawsze grały panie w wieku 25+. A to dlatego, że młodsze dziewczęta jeszcze się uczą „na aktorki”.

Jak Słowacki uczynił z Sowińskiego staruszka

Przeczytajmy raz jeszcze lekturowy tekst Juliusza Słowackiego „Sowiński w okopach Woli”. Dla ułatwienia tematu podkreśliłem istotne dla tych rozważań słowa.

W starym kościółku na Woli

Został generał Sowiński,

Żołnierz Starzec o drewnianej nodze,

I wrogom się broni szpadą;

A wokoło leżą wodze 

Batalionów i żołnierze,

I potrzaskane armaty,

I gwery: wszystko stracone!

 

Jenerał się poddać nie chce,

Ale się staruszek broni

Oparłszy się na ołtarzu,

Na białym bożym obrusie,

I tam łokieć położywszy,

Kędy zwykle mszały kładą,

Na lewej ołtarza stronie,

Gdzie ksiądz Ewangelią czyta.

 

I wpadają adiutanty,

Adiutanty Paszkiewicza,

I proszą go: „Jenerale,

Poddaj się… nie giń tak marnie”.

Na kolana przed nim padli,

Jak ojca własnego proszą:

„Oddaj szpadę, Jenerale,

Marszałek sam przyjdzie po nią…”

„Nie poddam się wam, panowie — 

Rzecze spokojnie staruszek — 

Ani wam, ni marszałkowi

Szpady tej nie oddam w ręce,

Choćby sam car przyszedł po nią,

To stary — nie oddam szpady,

Lecz się szpadą bronić będę,

Póki serce we mnie bije.

Widzimy, że Słowacki określa Sowińskiego jako starca, staruszka. A ile tak naprawdę miał lat bohater Woli w roku swej śmierci, czyli w 1831? Generał Józef Longin Sowiński urodził się w roku 1777, zatem w dniu śmierci miał lat 54. Czyli starcem jednak nie był. Tym bardziej, że nie był najstarszy spośród dowódców Powstania Listopadowego, bo wśród generałów było tak: Józef Dwernicki w 1931 miał lat 52,  Józef Chłopicki w 1931 miał 60 lat, Kazimierz Małachowskiego miał wtedy lat 75.

Jednak Słowackiemu potrzebny był symbol bohaterskiego starca. I takim symbolem uczynił Sowińskiego.

Prawda jest też i taka, że starcem nazywano jeszcze pod koniec XIX wieku osoby po pięćdziesiątce. W jednej ze swych „Kronik Tygodniowych” Bolesław Prus opisuje szaleństwa warszawskich dorożkarzy, którzy pędzą ulicami na złamanie karku. Jeden z nich był sprawcą potrącenia człowieka. Prus gromi dorożkarzy i domaga się zrobienia z ich szaleństwami porządku. W dopisie jednak znajduje się informacja, że potrącony przechodzień miał lat 51. I jak pisze Prus: „Na szczęście potrąconego staruszka szybko zabrało do szpitala pogotowie konne”.

Minęło nieco ponad 100 lat, a dziś pięćdziesięcioletni panowie, są w kwiecie wieku. W głowie im amory, polityka i ryzykowne sporty. Jest faktem, że na przestrzeni tych 100 lat wydłużyła się znacznie średnia naszego życia. Ale nie zawsze jest to osiągnięcie medycyny, bo wspomniany Ludwik Solski żył 100 lat, a jego ojciec 112. Pamiętajmy, że dawniej też byli ludzie, którzy też żyli długo.

Jednak norma społeczna zakładała, że świat nie może należeć do sześćdziesięciolatków. I  nie należał, bo chyba rację mieli nasi dziadkowie, uważając, że „pełnia wieku mężczyzny” to wiek od 40 do 50 lat.

Analiza, czyli precyzyjny rzut oka na metryki

Na nasze, zwykłych ludzi, nieszczęście II wojna światowa wybuchła raptem dwadzieścia jeden lat po zakończeniu I wojny światowej. Piszę o nieszczęściu, bo dowódcami tej drugiej byli już oficerowie doświadczeni w pierwszej wojnie światowej. Doświadczenie wojenne liczy się w każdej armii. Szczególnie Niemcy i Rosjanie wyciągnęli z I wojny wnioski i przygotowali się odpowiednio na drugą.

Popatrzmy teraz na wiek dowódców niektórych armii biorących udział w II wojnie światowej. Popatrzmy ile miel lat ważni generałowie w roku 1939, choć dla Rosjan i Amerykanów II wojna światowa zaczęła się później. Dla ZSRR zaczęła się 22 czerwca 1941, w dla USA 7 grudnia 1941 roku.

Zatem w 1939 roku ważni dowódcy teatru tej wojny liczyli sobie lat:

Niemcy: Wilhelm Canaris – 52 lata; Karl Doenitz – 48 lat; Reinhard Gehlen – 37 lat; Heinz Guderian – 51 lat; Alfred Jodl – 49 lat;  Erich von Manstein – 52 lata, Friedrich Paulus – 49 lat;  Georg-Hans Reinhardt – 52 lata; Erwin Rommel – 48 lat; Gerd von Rundstedt – 64 lata: Otto Skorzeny – 31 lat; Ernst Udet – 43 lata.

Polska: Władysław Anders – 47 lat; Mikołaj Bołtuć46 lat; Władysław Bortnowski 48 lat; Michał Karaszewicz-Tokarzewski – 47 lata; Tadeusz Komorowski – 54 lata; Stanisław Kopański – 43 lata; Tadeusz Kutrzeba –53 lata; Stanisław Maczek – 47 lat; Edward Rydz-Śmigły – 53 lata; Władysław Sikorski – 58 lat; Stanisław Sosabowski – 47; Kazimierz Sosnkowski – 54 lata; Zygmunt Bohusz-Szyszko – 46; Witold Urbanowicz – 51 lat.

Francja: Mauric Gamelin 66 lat; Charles de Gaulle – 49 lat; Alphonse Georges – 64 lata;  Honoré Giraud – 60 lat; Alphonse Juin – 51 lat; Jean de Tassigny – 50 lat; Louis Maurin – 70 lat; Philippe Petain – 83 lata; Maxime Weygand – 72 lata;

Tu warto zaznaczyć, że w kampanii 1940 roku rola młodszych wiekiem oficerów była znikoma, istotne decyzje podejmowali mocno starsi już panowie. Generalicja francuska nie dopuszczała żadnych myśli modernizacyjnych, a de Gaulle – jako zwolennik broni pancernej – był przez przełożonych odsuwany od dowodzenia.

Wielka Brytania: Harold Rupert Alexander – 48 lat; Winston Churchill – 65 lat; Hugh Dowding – 57 lat; Bernard Law Montgomery – 52 lata; Louis Mountbatten – 39 lat;

ZSRR: Wasilij Czujkow – 39 lat; Iwan Koniew 42 lata; Rodion Malinowski – 41 lat; Konstanty Rokossowski – lat 43; Siemion Timoszenko – 44 lata; Aleksandr Wasilewski – 44 lata; Nikołaj Watutin – 38 lat; Klimient Woroszyłow – 48 lat;  Gieorgij Żukow – 43 lata

Stany Zjednoczone: Henry „Hap” Arnold – 53 lata; Omar Bradley – 46 lat; George Patton – 54 lata; Douglas MacArthur – 59 lat; Dwight D. Eisenhower – 49 lat: Chester Nimitz – 54 lata;

Rzut oka na powyższe dane wystarczy za długie analizy. A wnioskami z tej analizy jest to, że II wojna światowa była sprawą 50 latków, znających się uprzednio na wojnie. I właśnie młody wiek – jak na poważnych dowódców frontowych – był ich siłą, niezależnie od tego, czy stali po słusznej, czy niesłusznej stronie. Młodość bowiem cechuje odwaga i sprawność myślenia. Młodość to również wytrzymały fizycznie organizm, który przy trudach wojny jest ważny tak samo jak jasny umysł.

Dzisiejsze kłopoty ze starszymi dowódcami

Większość armii ma etaty. Co znaczy, że w służbie czynnej ma być tylu i tylu generałów, tylu pułkowników i tylu majorów, itd. I tu jest problem. Nikt bowiem nie chce przestać być generałem. Jak to Horodniczy z „Rewizora” mówi do żony, gdy Chlestakow łudzi go nadzieją, że może załatwić mu  generalska rangę: „ Ach! co to za rozkosz być generałem! Wstęga przez plecy!… a jaka wstęga lepsza, Anuleczku czerwona czy błękitna?”

Tym samym generałowie blokują awanse pułkownikom, pułkownicy majorom… I jest to rzecz głęboko ludzka i naturalna. Jednakże każda armia potrzebuje ciągle nowych i nowych dowódców. Młodszych, lepiej wykształconych i sprawniejszych.

Może mają rację Amerykanie, którzy mają taki system, że na czas wojny, na czas działań bojowych mianują swoich oficerów na wyższe stanowiska, ale po zakończeniu działań, ci oficerowie wracają do poprzednich stopni. W Europie natomiast stopień wojskowy jest drogą i celem dla żołnierza. I w Europie byłoby nie do pomyślenia, żeby ktokolwiek z wyższych oficerów wracał po pewnym czasie, do swojego poprzedniego stopnia.

W latach 80-tych przeprowadzono badania sprawnościowe w Ludowym Wojsku Polskim. Oczywiście wyników nie ujawniono, ale dowcip na ten temat mówił bardzo dużo. Otóż żart był taki: „Biorąc  pod uwagę stan fizyczny dowódców naszej armii, należy przyjąć, że o wybuchu wojny dowiedzą się przypadkiem z telewizji lub od żon.”

Wiek żołnierza nie jest sprawą bagatelną dla armii. Według dzisiejszych danych średni wiek w polskiej armii to 35 lat. A to jest o wiele za dużo, biorąc pod uwagę, że żołnierze – od szeregowego do porucznika – nie mają więcej niż po 22-28 lat. I to kadra dowódcza, której jest przecież znacznie mniej niż żołnierzy wymienionych powyżej, „nabija wiek armii”.

Potrzebna jest nam armia większa i lepiej uzbrojona, ale też armia młodsza.

 

 

 

 

O wartościach dla wybranych pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Musk i meandry wolności słowa

Niby drobiazg, ale nie. Część większej całości. Ważnej całości dotyczącej naszej cywilizacji i jej filaru, wolności słowa. O wolność słowa najgłośniej walczą ci, którzy chcą ją ograniczyć, albo inaczej, chcą ją czcić pod warunkiem, że poglądy wyrażane w ramach wolności słowa zgadzają się z ich poglądami, a jak się nie zgadzają, to są oczywiście językiem nienawiści, rasizmu, dyskryminacji, faszyzmu, które trzeba penalizować, a nienawistników otoczyć kordonem sanitarnym.

Kordon sanitarny może się składać i już się składa z braku dostępu do mediów dla nienawistników. Albo ze skutecznym ograniczaniem tego dostępu. Jak bardzo skuteczne było ograniczanie widzieliśmy choćby po przypadku Donalda Trumpa, któremu wielkie platformy społecznościowe odcięły możliwość komunikowania się z wyborcami, bo tak. A teraz do rzeczy.

Jeden z najbogatszych ludzi na świecie Elon Musk kupił część akcji Twittera, niecałe 10 procent. Choć stał się największym udziałowcem, to jego procenty nie pozwalają przejąć nad tt kontroli. Kontrola według Muska polegałaby na tym, że skończyłaby się nieodgadniona kontrola. Pisząc „nieodgadniona” mam na myśli pełną uznaniowość właścicieli portalu, co jest dopuszczalne, a co nie. Twitter Muska przestałby cenzurować wiele treści, które cenzuruje teraz, na przykład treści niepoprawne politycznie, oczywiście z zachowaniem prawa.

Treści bezprawne, naruszające prawo nie byłyby publikowane albo byłyby zdejmowane. Musk chce jednak czegoś rewolucyjnego: udostępnienia kodu moderacyjnego, żeby każdy mógł sprawdzić na jakiej zasadzie pewne treści są dopuszczalne, a jakie nie. To oznaczałoby dyskusje na temat tego algorytmu i pewnie stałą, albo okresową modyfikacje tegoż w ramach otwartej dyskusji o wolności słowa. Napisałem to, napisałem, napisałem „otwarta dyskusja o wolności słowa”, prawdopodobnie jestem więc niegodziwcem podszyty. Bo jaka otwarta dyskusja o wolności słowa? Nie po to są elity i te elity mają pracowników za pieniądze, żeby jakimś, przepraszam, Jastrzębowskim przychodziła otwarta dyskusja o wolności słowa.

To wcale jednak nie oznacza, że wolność słowa ma być nieograniczona i dopuszczać wprowadzenie ludzi w błąd, czyli świadome i celowe okłamywanie ludzi w celu osiągnięcia ściśle określonych efektów. I tu przykład jak wolność słowa upadła na twarz, że jednak ta wolność powinna być sprawdzana, weryfikowana… Kiedy Musk ogłosił, że chętnie kupiłby resztę Twittera za 43 miliardy dolarów, w sieć, w tym w samego Twittera wpuszczono filmik z amerykańskiej stacji MSNBC, na którym Mika Brzeziński (siostra obecnego ambasadora USA w Polsce i córka Zbigniewa Brzezińskiego) miała powiedzieć w związku z próbą przejęcia przez Muska tt: „Elon Musk próbuje kontrolować co i jak ludzie mają myśleć. To nasza praca”. Sam Musk umieścił uśmieszki pod tym wpisem na tt, ale wpis jest nieprawdziwy niestety. Brzeziński powiedziała to w 2017 roku i jej komentarz dotyczył Donalda Trumpa, nie Elona Muska. Zresztą wtedy za ten komentarz dziennikarka dostała trochę po głowie i musiała się tłumaczyć co miała na myśli mówiąc to, co powiedziała.

Ktoś może rzec, że ona teraz na pewno myśli tak samo właśnie o Musku, bo jest częścią establishmentu uwielbiającego poprawność i skrytą cenzurę. Może tak, a może nie. Wolność słowa jest wielkim darem, ale jak widać wymaga jednak odpowiedzialności. Sprawy nie są czarno-białe (jeśli w ogóle biorąc pod uwagę poprawność polityczną można jeszcze tak pisać). A na koniec niespodzianka: Musk zapowiedział, że jak przejmie tt, to rada nadzorcza, która zarabia teraz 3 miliony dolarów będzie zarabiać zero dolarów. Naprawdę jest o co walczyć.

WALTER ALTERMAN: O broni, czyli brońmy się…

O powszechnym dostępie do broni czyli o nierozwadze jednych i niepohamowanej żądzy zysku drugich.

 W czasie tej wojny ogromnie uaktywniła się w Polsce grupa handlarzy bronią i ich medialnych  popleczników. Wysuwają oni argumenty tyleż liryczne co bałamutne. Głoszą, że powszechny dostęp do broni jest gwarancją wolności obywatelskiej każdego z nas. Twierdzą, że broń w każdym domu to pewność, że nikt nie ośmieli się napaść naszego mieszkania.

Pojawia się argument, że zaznajomiony z bronią obywatel – w razie agresji na Polskę – to przyszły, świetnie wyszkolony żołnierz i obrońca. Przyjrzyjmy się zatem tym argumentom.

Broń w każdym mieszkaniu

To nikogo nie uratuje, tym bardziej, że napady na mieszkania w celach rabunkowych są w Polsce rzadkością. Nasi przestępcy z branży złodziejskiej preferują kradzieże mieszkań, pod nieobecność ich mieszkańców. Dzieje się tak dlatego, że kradzieże z włamaniem są karane nieporównanie łagodniej niż napady z użyciem broni. Piszę o przestępstwach z kategorii „napad z użyciem broni”, bo logiczne jest, że po uzbrojeniu się zacnych obywateli, również zawodowi złodzieje i bandyci musieliby się uzbroić. Żeby nie być bezbronnymi wobec okradanych przez siebie właścicieli mieszkań. Ponadto – okradanie mieszkań nie jest dziś w modzie, bo majętni obywatele maja kosztowne precjoza jubilerskie i akcje w sejfach bankowych, a gotówkę trzymają na kartach.

Poza tym – są setki nowych sposobów na spokojne okradanie współobywateli, że wspomnę o metodzie na wnuczka, na nagłe opłaty zaległych rachunków za prąd, a nawet tradycyjne udawanie policjanta.

Broń na ulicach

W grę wchodzi również to, żeby – zdaniem propagatorów zbrojenia się obywateli – każdy obywatel miał możliwość poruszania się poza domem z bronią krótką, czyli pistoletem lub rewolwerem. A to – pozwolę sobie zwrócić uwagę – jest już szalenie niebezpieczne dla spokoju społecznego. Naród nasz nie jest tak flegmatyczny jak Anglicy i nie jest też tak popędliwy i temperamentny jak południowcy. Niemniej jest nerwowy. Byle stłuczka, byle zajechanie drogi samochodem powoduje w nas ogromne wzburzenie. Często padają brzydkie słowa a w ruch idą nawet pięści. Nie trzeba mieć tak potężnej wyobraźni jak Jules Verne, żeby przedstawić sobie sytuację, gdy dwóch rodaków ma dwa pistolety – po jednym na każdego ze zdenerwowanych uczestników samochodowej kolizji. A awantury w urzędach, w szpitalach, w sklepach, a nawet w miejscach pracy?

Cały ten zysk

Argument, że właściciele prywatnej broni krótkiej lub długiej są świetnym materiałem na dobrych żołnierzy jest naprawdę archaiczny. Owszem, jeszcze w czasie wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych – między 13 zjednoczonymi koloniami a Wielką Brytanią, w latach 1775-1783, zwaną niesłusznie rewolucją amerykańską, przydatność „ostrzelanych” traperów była istotna, ale nie decydująca. O zwycięstwie Stanów zdecydowała regularna liczna armia, którą udało się stworzyć, dostawy uzbrojenia, w tym armat z Francji, a także francuscy najemnicy. Ale amerykański mit o decydującym udziale farmerów i mieszczan ma się dobrze.

Podtrzymuje się ten mit również w odniesieniu do wojny domowej w USA, czyli do wojny secesyjnej z lat 1861-1865. Choć w tym konflikcie zbrojnym rola „pogromców bizonów” była żadna. Zwyciężyła Północ, bo miała więcej pieniędzy, środków, ciężkiego uzbrojenia a nawet okrętów. I mając to wszystko stworzyła silniejszą armię.

Dlaczego USA są ojczyzną mitów o potrzebie „samozbrojenia się obywateli”? Bo przemysł broni prywatnej jest w USA potęgą, a jego obroty znaczące dla gospodarki. I na nic zdają się argumenty rozsądku, że kolejne masakry, jakich dopuszczają się szaleńcy w szkołach, supermarketach, na festynach są wynikiem powszechnego dostępu do broni. Przemysł i handel bronią w USA kwitnie, bazując na naturalnym ludzkim lęku przed przemocą. I jakoś nie trafiają do przerażonych amerykanów argumenty, że właśnie ten ich lęk napędza spiralę przemocy.

Właściciel prywatnej broni obrońcą ojczyzny ?

Człowiek mający w domu broń, uczęszczający nawet regularnie na strzelnicę, wcale nie będzie przydatny armii. Dziś armia, to wyszkoleni fachowcy, czego dowodzi wojna rosyjska inwazja na Ukrainę. Oczywiście w tym kontekście fachowcy to Ukraińcy.

Szkolenie współczesnego żołnierza jest procesem, który musi trwać co najmniej dwa lata. Na współczesnym polu walki pospolite ruszenie właścicieli pistoletów, broni myśliwskiej, czy nawet strzeleckiej broni długiej może jedynie wprowadzić chaos. Tym groźniejszy, że posiadacze prywatnej broni będą uważali się za lepszych. Nadto – armia to także posłuch i rygor. Już widzę dumnych właścicieli najdroższej prywatnej broni, jak podporządkowują się rozkazom jakiegoś chudziaka plutonowego.

Lobbyści prywatnych zbrojeń powołują się też na duże grono myśliwych. Dane z roku 2019 mówią, że w Polsce było ponad 126,5 tys. myśliwych zrzeszonych w 4691 kołach łowieckich. Nie wchodząc w spór o zasadność uprawianie myślistwa, trzeba stwierdzić, że większość z polujących to osoby starsze, które po każdym jednodniowym polowaniu muszą co najmniej tydzień odpoczywać. I z całą pewnością wcielenie do armii, powołanie na wojnę myśliwych byłoby pomysłem godnym Mrożka lub Geneta.

W czyim interesie?

Na tym interesie, gdyby się w Polsce rozwinął, zrobiliby jedynie polscy handlarze bronią. Jednak zyski społeczne byłyby na dużym minusie. Broń zaczęłaby rychło trafiać w ręce gangsterów i kiboli. Zwróćmy i na to  uwagę, że broń do powszechnej sprzedaży pochodziłaby z zagranicy, bo sami takich „atrybutów męskości” nie produkujemy. W grę zatem wchodzi w sumie marny zysk z podatków dla państwa.

Szansa samoobrony

Dzisiaj do uzyskania uprawnień na posiadanie broni krótkiej i długiej wystarcza kilkugodzinny kurs. A i to – jak świadczy sprawa posła Cezarego Grabarczyka – niektórym za dużo i szukają zaświadczeń o kursach, których nie odbyli.

Czy obywatel mający nawet przy sobie broń jest w stanie obronić się przed fizycznym atakiem innego obywatela? Nie sądzę, bo agresor ma zawsze przewagę i ma już najczęściej gnata w łapie, gdy porządny obywatel zaczyna dopiero gmerać pod marynarką. A gdy jeden dopiero szuka broni, to ten przygotowany, ten napastnik na pewno zdąży wystrzelić jako pierwszy. I to kilka razy.

Naprawdę nie wiem, dlaczego tak wielu ludzi wierzy, że broń uchroni ich przed napadem, agresją psychopaty lub zawodowego bandyty.

Jeżeli chcemy mieć to, co w USA wyczyniają osobnicy niezrównoważeni, nawiedzeni fundamentaliści religijni to zezwólmy na powszechny dostęp do broni.

Podsumowując – armia nie potrzebuje ani myśliwych, ani osobników przerażonych, którzy ze strachu kupią rewolwer, pistolet czy nawet karabin. To są naprawdę dwa światy.

A skąd bierze się ta bezwzględność producentów i handlarzy bronią? Moim zdaniem sytuacja z działalnością lobby producentów broni potwierdza tezę, że spośród wszystkich znanych ludzkości żądz, największa jest żądza zysku.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Carska Rosja przeciw Piłsudskim

20 kwietnia 1887 r. władze carskie skazały Józefa Piłsudskiego na pięć lat zesłania do wschodniej Syberii za współdziałanie z grupą konspiracyjną przygotowującą zamach na cara Aleksandra III. Nie wszyscy wiedzą, że w tej samej sprawie wyrok – i to dużo wyższy, bo dożywotniego więzienia – otrzymał brat „Ziuka” Bronisław Piłsudski. Zesłanie zaowocowało badaniami etnograficznymi Ajnów, które do dziś są uważane za najlepsze źródło poznania tego wymierającego ludu Dalekiego Wschodu.

Skąd się wzięły te wyroki? Przez kilka lat bracia Józef i Bronisław Piłsudscy działali razem w szkolnej konspiracji przeciw caratowi. W marcu 1887 r., w ramach petersburskiej frakcji terrorystycznej „Narodnej Woli” brali udział w przygotowaniach do zamachu na cara Aleksandra III.

„Ciężko żyć osobno”

Mimo, iż międzywojenna literatura przedstawiała to inaczej, Bronisław był bardziej wtajemniczony. Od znajomego aptekarza z Wilna przywiózł do Petersburga truciznę. Włożono ją następnie do bomby, która miała zabić imperatora Rosji. Również przy pomocy Bronisława, kierownik całej akcji, a zarazem jego przyjaciel – Aleksander Uljanow (starszy brat Lenina), drukował swoje ulotki, które po Wilnie i okolicy rozprowadzał Ziuk. Po nieudanej akcji spisek został wykryty. Bronisławowi Piłsudskiemu groziła nawet kara śmierci, ale udało się go wybronić przekupując kilku carskich urzędników. Kolejne amnestie zmniejszyły mu wyrok do 15 lat katorgi, ale do końca życia miał pozostać na zesłaniu. Józef – jako przypadkowo wciągnięty do spisku – otrzymał mniejszą karę: w trybie administracyjnym (bez sądu) został zesłany na pięć lat na Syberię. Aleksandra Uljanowa skazano na karę śmierci i stracono.

Po ogłoszeniu wyroku, ojcu braci – Józefowi Wincentemu Piłsudskiemu, pozwolono pożegnać się z synami w petersburskim więzieniu. Bronisława nigdy więcej nie zobaczył. „Zapomnij o mnie! Proszę, żebyś uznał, że byłem niegodny Ciebie, może tak będzie łatwiej, Twój Bronisław” – pisał do ojca z Rosji. Przyszły Marszałek Polski chciał przebywać na zesłaniu razem z bratem. W podaniu do władz argumentował, że Bronisławowi, „jak i mnie, ciężko żyć osobno”. Carscy urzędnicy nie wyrazili jednak zgody.

Młodszy siedzi, starszy stoi

Bronisław Piłsudski urodził się w 1866 r. (rok wcześniej od Józefa). Mieli aż dziesięcioro rodzeństwa (dwoje bliźniąt zmarło we wczesnym dzieciństwie, jeden z braci – Jan Piłsudski był przez ponad rok ministrem skarbu II RP). Aby podkreślić wielowiekowe tradycje rodziny Bronisław używał czasem przydomka Ginet, pochodzący od imienia litewskiego kniazia. Dzieciństwo spędzili w rodzinnym majątku Piłsudskich – Zułowie, 60 kilometrów od Wilna (dziś Zalavas na Litwie; na jego ruinach w czasach komunizmu wybudowano sowchoz).

Bronisław i Józef różnili się przede wszystkim charakterem. Bronisław pisze w swoich pamiętnikach, że Józef był ulubieńcem rodziny, w domu rozpieszczano go. Żywy i wesoły, w spotkaniach towarzyskich grał pierwsze skrzypce. Do tego bardzo ambitny, a jego egocentryzm przeradzał się często w egoizm. Bronisław, z natury spokojny, lubił spędzać czas w samotności, kontemplować. Ale żeby przeżyć później na Sachalinie musiał być bardzo silny i odporny psychiczne.

Gdyby nie Bronisław, Józef mógł wcześnie zejść z tego świata. Niewiele brakowało, żeby utopił się w jeziorze Piorun, 3 kilometry od Zułowa. Brat w ostatniej chwili wyłowił go z wody. Najbardziej znane, a może i jedyne zachowane zdjęcie braci z wydanego w 1935 r. albumu o Józefie Piłsudskim zostało podpisane: „Dwaj bracia, młodszy Józef (siedzi) i Bronisław Piłsudscy, w latach dziecięcych. Uderza wyraz twarzy młodego Ziuka – skupiony i energiczny, uderza sposób ułożenia nóg i nawet sam fakt, że młodszy brat siedzi, a starszy stoi”. Tak tworzyła się legenda Marszałka.

Król Ajnów

Pobyt na zesłaniu to punkt zwrotny w życiu obu braci. Po odbyciu kary Ziuk wrócił do konspiracji i wkrótce został czołowym działaczem PPS, twórcą Legionów. Bronisław nigdy nie miał aspiracji politycznych. Nieudany zamach na cara w 1887 r. był raczej przejawem jego młodzieńczej fantazji.

Bronisław Piłsudski na Sachalinie znalazł się 3 sierpnia 1887 r. Po kilkuletniej katorżniczej pracy, dostał zgodę na przeniesienie do Władywostoku, gdzie objął funkcję kustosza miejscowego muzeum etnograficznego. W międzyczasie wiele podróżował. Razem z innym słynnym badaczem – Wacławem Sieroszewskim udał się na wyprawę na wyspę Hokkaido, aby zbierać materiały o japońskich Ajnach.

Wysłany przez carską Akademię Nauk powrócił na Sachalin, gdzie wkrótce zyskał przydomek „króla Ajnów”. Badał ich kulturę (język, życie codzienne, seksualne, wierzenia, szamanizm), bronił przed restrykcjami władz rosyjskich, a w końcu został nauczycielem w założonej przez siebie szkole dla ajnuskich dzieci. Tak dalece wtopił się w ich społeczność, że dostał zgodę na ślub z kobietą z ich plemienia. Nosiła imię Chuhsamma i była bratanicą naczelnika wsi Ai we wschodniej części Sachalinu. Razem z żoną zamieszkał w małym, drewnianym domku, charakterystycznym dla sachalińskiego pejzażu.

Chuhsamma powiła Bronisławowi dwójkę dzieci. Syn Sukezo urodził się w 1903 r., córka Kiyo dwa lata później, już po wyjeździe Piłsudskiego z Sachalinu. Opuszczenie przez niego rodziny było jednym z powodów, dla których zrozpaczona Chuhsamma nie chciała opowiadać dzieciom o ojcu. Przyznawanie się do polskich korzeni mogło również powodować represje.

Na pytanie, dlaczego Bronisław wyjechał, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Pamiętać należy, że przez cały 19-letni okres pobytu na Dalekim Wschodzie miał status zesłańca i marzył o powrocie do kraju. Ucieczkę z Rosji umożliwił mu wybuch wojny rosyjsko-japońskiej. Istnieją przekazy, że opuszczając Sachalin, chciał zabrać ze sobą rodzinę. Potem starania o ich ściągnięcie do Europy czynił jego brat Józef. W międzyczasie Chuhsamma straciła wzrok, co często zdarza się mieszkańcom Sachalinu.

W zbiorach Uniwersytetu Jagiellońskiego zachowały się trzy listy pewnego Ajna do przebywającego wówczas w Krakowie Bronisława: „Dzieci rosną, żona tęskni. Dlaczego nie wracasz?” Bronisław miał pisać do władz rosyjskich, że chce kontynuować badania na Sachalinie, ale te nie wyraziły zgody.

W nurtach Sekwany

17 maja 1918 r. jego ciało wyłowiono z Sekwany, niedaleko mostu Mirabeau. Przyczyna: samobójstwo. Powód: psychiczna depresja.

– Przez cały pobyt w Polsce i Europie Bronisław żył w biedzie, nie miał stałego zatrudnienia. Cieszył się dużym autorytetem, ale nie mógł pracować na uczelni, gdyż nie posiadał niezbędnych stopni naukowych. Proponowano mu posadę w starostwie w Limanowej, ale urzędowa praca nie odpowiadała jego charakterowi. Dochodziła do tego tęsknota za rodziną, którą pozostawił na Sachalinie – mówi prof. Antoni Kuczyński, wrocławski etnograf i socjolog.

Piłsudski od dawna miał również kłopoty ze zdrowiem, w Karlsbadzie (Karlove Vary) leczył m. in. chorobę żołądka. Niektórzy twierdzą, że na Sachalinie nabawił się ponadto choroby wenerycznej. Tak, czy inaczej, na kilka dni przed śmiercią lekarz zalecał mu spokój i wyjazd na wieś.

Profesor Alfred Majewicz, badacz języka Ajnów, jest innego zdania: – Francuska policja napisała o samobójstwie, ale nie znalazła żadnych motywów takiego czynu. Bronisław nie miał powodów, aby odebrać sobie życie. Podczas pobytu w Europie zaczął wychodzić na prostą, jego dorobek naukowy został doceniony. Przecież nawet w ekstremalnych warunkach Sachalina nie załamał się.

Feralnego dnia w Paryżu była duża mgła. Wiele wskazuje na to, że Bronisław Piłsudski zginął w sposób bardzo prozaiczny – zasnął nad brzegiem rzeki i wpadł do wody.

Marszałek Polski Józef Piłsudski został pochowany z wielką pompą na Wawelu w 1935 r. Pogrzeb brata, którego dorobek nie jest wcale mniejszy, nie miał takiej oprawy. Do dziś Bronisław Piłsudski spoczywa w zapomnieniu na cmentarzu w Paryżu.

 

Reanimacja albo recycling byłych polityków – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Zagęściło się od byłych. Byli prezydentami, premierami – w ostatnich dniach byli goszczeni w telewizjach komercyjnych. Bieleckiego usadziła w studio największa (wzrostem) prowadząca rozmowy w TVN. Tegoż b. premiera, plus Millera, Pawlaka i (telefonicznie) Komorowskiego pytał o rady Gugała w Polsacie.

Litości! Faceci, którzy napsuli co tylko się dało są reanimowani po latach i honorowani tytułami z zamierzchłej przeszłości, których jak się okazało nigdy nie powinni dostąpić. Poszły precz upiory. Siedźcie sobie w Wikipedii albo na Bermudach pobierając z tej rajskiej kupki, którą złodziejskim sprytem sobie usypaliście w egzotycznych skarbczykach.

Rady Bieleckiego, który z wadą wymowy poucza Glapińskiego by poprawił społeczną komunikację bankowo-finansową są tyleż warte co wróżby z fusów.

Byli notable pochowani teraz gdzieś w norach wychylają się ostrożnie. „Już można, czy jeszcze poczekać” – zdają się pytać. Zepsuli kraj, sprzedali co się tylko dało, wypchnęli miliony ludzi za chlebem, a złodziejom i bandytom umożliwili sutą egzystencję wyposażając ich w glejty sądowe. Poczekali tylko trochę i już są z powrotem.

W TVN usługowość jest zręczna. Ale i tak ma być ordnung! Kto te antenowe występy reanimowanych byłych wymyślił i zaordynował? To chyba wiadomo, ale powinny być z ostrzeżeniem „program sponsorowany”. Tusk po niemiecku pod gdańskim żurawiem. I okazuje się w ankietach, że przez ćwierć respondentów jest to afirmowane. Im to należałoby przez dłuższą chwilę przed każdą emisją „Wiadomości” serwować zdjęcie tegoż Pana z Putinem na sopockim molo i smoleński uścisk.

„Patrzcie ludziska – oto ruski zbrodniarz i Niemiec udający Polaka”. Przyjechał car do facecika „dwie nóżki w kupce, ogonek w dupce”. Chciało się satrapie? Miał widać specjalny powód. Co knuli? Potem się obściskiwali nad ciałami 96 zamordowanych. Nigdy tego nie zapomnimy.

Zapraszani do studia kpią sobie z Kaczyńskiego, Macierewicza, Morawieckiego. Jeszcze niedawno śpiewano uroczyście „O cześć Wam Panowie magnaci”. Teraz mamy powtórkę: „O część wam grabarze decydenci”. Niezniszczalne polityczne kasty znowu dostają głos.

Niektórzy dorabiają sobie blękitnokrwiste korzenie. I ta tytułomania. Wlokąca się jak smród… Jednak nie chcą odejść, mimo że ich poradnictwo nikomu nie jest potrzebne.

Kolaboranci wszelakiej maści łączcie się. Ale róbcie to gdzieś tam w głuszy. Załóżcie kluby. Na przykład w stodole u Pawlaka. Ponoć u siebie na wsi przyjmuje nawet delegację Korei Północnej. Swój gazowy podpis łączy z decyzją dyrektora koncernu i płacze w Gazecie Wyborczej, że PiS go ściga.

Oksfordczyk Bielecki zna się na pieniądzach. Oczywiście swoich. Przed wyborami Komorowski w stroju Mościckiego przedstawiony na okładce „Polityki” rzeczywiście wyglądał ładnie. Gorzej było potem. Panowie, darujcie sobie dziś dobre rady. Wystarczą nieprzemyślane wypowiedzi papieża.

Panie Boże, czegośmy dożyli. Zwierzchnik kościoła moskiewskiego popiera morderców dzieci. U nas blokuje się niepokornych księży, takich jak ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski a świat czeka na atomową hekatombę.

Panie Żaku-Solorzu, do czego Pan dopuszcza. Elito z Wiertniczej, dlaczego wiercicie w zmurszałych warstwach, gdzie tylko robactwo znajduje pożywienie.

Miller znany był z tego, że w domu wymyślał i przynosił do studia zręczne dowcipy. Potem chór pochlebców je powtarzał. Ale „to se ne wrati”. Niech sobie gaworzą, ale już bez wizji i fonii.

Rządy zmieniają się, ale na szczęście obowiązują kadencje wyborcze. Porady emerytów politycznych jednak to odgrzewane kluchy. Niech sobie odpoczywają. Ponoć strasznie się napracowali. Mogą sobie teraz do woli pograć w cymbergaja, bo brydż za trudny. I nie pomoże demonstrowanie w studio laptopa na kolanach. Niedługo 1 maja. Niech sobie pójdą w pochodzie. Start przy białym domu, czyli dawnym KC PZPR. Dziś są tam banki i salony samochodowe. Oczywiście nie są to polskie marki. Bo te rozjechały maserati i porsche.

Historycy, do roboty. Napiszcie wreszcie prawdziwe książki o Bierucie, Cyrankiewiczu, Mazowieckim, Geremku. Napiszcie o śmierci Pańki, Leppera, Szaniawskiego, gen. Petelickiego. O morderstwie smoleńskim.

Był taki kłamca – profesor historii. Nazywał się Włodzimierz Kowalski. Gdy zakończył cykl telewizyjnych wywiadów z generałową Sosnkowską, bardzo już wtedy leciwą – staruszka opowiadała nieświadomie to co sugerował „profesor”, szkalując niechcący męża i emigrację – Kowalskiego nagrodzono potem rejsem na handlowym statku Polskich Linii Oceanicznych do Afryki. Były tam po dwie, trzy kajuty gościnne. Władza była zobowiązana. Napracował się. Niech sobie odpocznie i zwiedzi. Nic z tego. Marynarze rozpoznali kłamcę i zamykali go w kajucie w czasie pobytu statku w porcie. Ani razu nie wyszedł. A portów było wiele. Nie sprowadzano mu nawet dziewczynek. Kapitan zakazał. W telewizji mógł pieprzyć androny, na polskim statku nie.

Teraz już wszyscy prześcigają się w złorzeczeniu Putinowi. I to jeszcze za mało. Poprzednio żadnego z ruskich morderstw nie dostrzegano, ale nawet dziś ze strony platformersów padają inwektywy pod adresem Macierewicza.

Nadal nie wiadomo kto ostatecznie zniszczy Putina – pisze HUBERT BEKRYCHT: Nadal…

Pozostając jeszcze w wielkanocnym nastroju skupienia i refleksji nie zapominajmy o tym, że Jezus Chrystus wziął nasze grzechy na siebie, wykupił nas z mocy piekielnych poprzez swoją śmierć na Krzyżu. Tyle samo w tym Prawdy, jak i patosu, ale takie są nasze życiowe ścieżki, że wciąż o tym warto pamiętać.

Pamiętać również należy, że zmieniająca się wojenna rzeczywistość ściera się z ulubioną tezą Polaków o cierpieniu naszego narodu, naszych rodaków za całe zło tego świata. Co zatem z tą tezą po 24 lutego, kiedy to ruskie hordy zaatakowały naszego południowo-wschodniego sąsiada? Czyż to nie Ukraińcy walczą za cywilizację i przede wszystkim o to, aby współczesna, choć stokroć groźniejsza podróbka Hunów z Moskwy nie zalała Europy i całego globu? Wszak to Kijów bije się teraz z szatanem z Kremla. Ukraina krwawi. My i cały cywilizowany świat im tylko pomagamy, ale jednak na te rany nadal patrzymy.

Czy dźwigająca ciężar wojny z Putinem Ukraina wytrzyma? Ile dni może jeszcze walczyć bez naszej aktywniejszej militarnej pomocy? Czy Zachód nie wykorzystuje atomowego szantażu ruskiej hordy, aby uzasadnić swoją bierność? Czy nie zmierza Zachód do uspokojenia „cara”, którego stworzyły wspólnie Berlin i Paryż, a w mniejszym stopniu Rzym i Bruksela oraz Amsterdam z Hagą. Jaką rzeczywistą rolę odgrywa na tej nowej geopolitycznej scenie Izrael. Jak tłumaczyć polityczną schizofrenię Węgrów?

Góralska prognoza?

Te pytania, a właściwie odpowiedzi to właściwie klucz do panowania nad światem przez następne stulecie. I właśnie tutaj odpowiedzi nie napiszę, bo nie umiem rządzić, a byle komu nie pozwolę. Poważnie jednak rzecz ujmując, góralska prognoza, czyli, „albo będzie padało albo nie”, jest tutaj chyba jedyna. To znaczy, że tak może być, jeśli ktoś pyta o wojnę światową. Czyli, albo będzie zagłada albo nie… W kwestii konfliktów między państwami wschodniej Europy, łatwiej je przewidzieć, chociaż nadal nikt aż takich profetycznych zdolności na razie nie posiada.

Spróbuję odpowiedzieć na część pytań, ale naprawdę, tak jak nigdy wcześniej, boję się, że popełnię błąd. Na szczęście nie działam na zlecenie wywiadu ani biur analiz międzynarodowych a już Broń Panie Boże na zlecenie ośrodków akademickich, które w większości, w obliczu wojny, przechodzą na stronę lewicy i lewaków. W czasie pokoju zresztą też.

Scenariusze jak z horrorów?   

W najbliższych tygodniach Ukraina chce zdecydowanie powstrzymać zmasowane ataki rosyjskich bandytów. Na prawdziwą ofensywę się nie zanosi, ale kto wie, co szykuje moskiewska satrapia? Jeśli nie dostarczymy Ukraińcom jeszcze więcej, jeszcze lepszej broni za kilka miesięcy rubieże cywilizowanego świata mogą przesunąć się na granice Unii Europejskiej i NATO.

Czy Zachód, a to także przecież my, zrozumiemy, że bez pomocy Ukrainie, tej inwazji na Europę (na razie na Europę) nie da się powstrzymać. Kreml nie ma już nic do stracenia. A my? Ponieważ to sytuacja zero-jedynkowa, my mamy do stracenia wszystko. Dlaczego więc do cholery nie działamy? Bo Berlin z Paryżem kombinują, jak w 1920 roku, że to Ukraina, Polska, Litwa, Rumunia, Czechy, Słowacja przyjmą na siebie cały impet ataków ruskiej hordy. Mówiąc poważnie Waszyngton też na to liczy, ale przynajmniej dostarczy broń. Czy jednak USA i Wielka Brytania włączą się, gdyby – oby nie – taki konflikt wschodniej Europy i Rumunii przeciwko zaborczej Rosji stał się faktem? Zaryzykuję twierdzenie, że Londyn z Waszyngtonem przyszliby nam z pomocą. We własnym interesie również.

  Kto z nami..?

Rzecz w tym jednak, i to jest ważniejsze, kto nie stanąłby po stronie Rosji? Bardzo nie podoba mi się ostatnia węgierska polityka zagraniczna i tchórzliwość Budapesztu wobec Rosji, ale myślę, że jednak Węgry militarnie nie wspomogłyby Kremla. Nie tylko dlatego, że mają małą armię. To samo dotyczy Włoch, Beneluksu i państw skandynawskich, które raczej są w koalicji antyputinowskiej, choć, jak to Skandynawowie, zachowują powściągliwość w wyrażaniu międzynarodowych nastrojów.

Turcja, jako druga armia NATO, w całym swoim poplątaniu i uwikłaniu między azjatyckie interesy a europejskie prężenie muskułów, też raczej Moskali nie poprze militarnie.

I tutaj dochodzimy do sprawy najważniejszej w tych, na szczęście jeszcze czysto teoretycznych, rozważaniach. Co zrobią Niemcy i Francuzi – do niedawna ambasadorowie, odpowiednio, ekonomiczni i zbrojeniowi sowieckiego cara?

Konia z rzędem temu, kto to dokładnie przewidzi, ale chyba ani Berlin ani Paryż nie wycofają się z cichego uwielbienia dla Moskwy. To znaczy elity Berlina i Paryża, społeczeństwa niemieckie i francuskie są w większości obojętne wobec okropności wojny na Ukrainie.

W Paryżu jednak 24 kwietnia, dwa miesiące po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na niepodległą Ukrainę, podane będą wstępne wyniki wyborów prezydenckich. Nie sądzę jednak, aby ta elekcja cokolwiek zasadniczego zmieniła w hamletyzowaniu znad Sekwany.

Nadal nic..?

Za kilka tygodni – moim zdaniem – Ukraina nadal będzie walczyć, abyśmy my bezpośrednio nie musieli. Berlin nadal będzie po cichu, a może i głośniej  wspierał Putina. Francuzi nadal nie będą chcieli umierać za Mariupol, Kijów, Charków a nawet za Lwów – stawiam też dolary przeciwko guzikom z kurtek ruskich żołdaków, że za Warszawę, Pruszków, Łódź, Wilno i Bukareszt a nawet za Hamburg, obywatele dumnej V Republiki też nie będą się bić.

A w Paryżu i Niecei przy kawiarnianych stolikach nadal zasiadać będą francuscy intelektualiści i celebryci rozważając, jak podczas II wojny światowej niemieckie traktaty filozoficzne, tak teraz tajemnice rosyjskiej duszy…

Włosi nadal będą wysyłać drogie markowe ciuchy dla rosyjskich kobiet, których mężowie i synowie nie nakradli na Ukrainie wystarczająco dużo. W Brukseli nadal będą planować nierealne sankcje wobec ruskich oligarchów. W Kopenhadze i Oslo nadal mogą gadać o tym, że są przecież „dobrzy” Rosjanie, a w Budapeszcie mogą nadal się bać Moskwy.

W Waszyngtonie nadal Biden będzie straszył Rosjan. W Londynie nadal będą planować zbrojenie Ukraińców, tak jak w Kanadzie i Australii oraz Japonii. Nadal Izrael będzie gotowy do mediacji, byle tylko zgodnej z interesami swoich obywateli pochodzących z sowieckiego imperium. W Ankarze i Stambule nadal będą się zastanawiać z kim Turcji bardziej po drodze, a w Pekinie mogą nadal mogą otwierać szampany. Albo te śmierdzące jajka…

Nadal też w Warszawie będziemy wspierać Ukraińców, nawet jak nam złamanego euro nadal nie będą dawać z Brukseli.

A co nadal będą robić w Moskwie? Nic. Ruscy swoje zrobili. Teraz będą patrzeć, jak rozpada się stary skłócony świat…Nadal.

Chciałbym, aby moje prognozy się nie sprawdziły, ale czy tego chcą też w krajach i stolicach, które tu wymieniłem? Nadal nie wiem.

Nie stawajmy po stronie Piłata – felieton JOLANTY HAJDASZ

Ile razy przez przywiązanie do własnej kariery, przez zamykanie oczu i odwracanie się od istoty problemu naśladujemy Piłata w swoim codziennym życiu nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

U progu najważniejszych dla katolików świąt myśli i refleksje biegną ku sprawom ponadczasowym, uniwersalnym, do tych odwiecznych pytań: kim jestem, po co żyję, dokąd zdążam? Trzeba je sobie stawiać nieustannie, bo z biegiem lat coraz bardziej wyraźnie staje przed naszymi oczami pustka duchowa współczesnego świata  i coraz bardziej wyraźnie, jasno i błyszcząco dostrzega się mądrość i prawdziwość Dekalogu i Ewangelii. Prawdy o Bogu, który umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. Czy wystarczy nam rozumu, by dostrzec to wszystko w rzeczywistości po raz kolejny naznaczonej tak boleśnie wojną, przemocą i okrucieństwem?

Nie jest to łatwe w dzisiejszym  świecie, w którym króluje relatywizm i w którym wmawia się ludziom, że najważniejsze dobro to ich osobiste szczęście i  osobista samorealizacja. W świecie, w którym inni mają rację bytu, tylko wtedy, gdy podporządkowują się woli silniejszego, gdy nie kwestionują postanowień rządzących światem polityków czy globalnych korporacji, gdy przestrzegają prawa, przepisów konstytucji i poszczególnych ustaw, które wymyślili dla nich inni ludzie. Stworzyli też dogmat o państwie prawa, państwie opartym na tych przepisach ułożonych przez człowieka, które zapewnić ma nam wszystkim spokój, sprawiedliwość i bezpieczeństwo, jeśli tylko będziemy szanować tę zasadę.  Ale bez Wiary w Boga, bez oparciu się na odwiecznych i przez wieki sprawdzonych fundamentach ta doktryna o przestrzeganiu prawa jest niewiele warta. Ilustruje to boleśnie i bardzo wyraźnie to, co dzieje się dzisiaj za naszą wschodnią granicą. Na nic międzynarodowe traktaty, na nic podpisywane deklaracje o przestrzeganiu praw człowieka i na nic umowy, które rzekomo miały gwarantować pokój tym, którzy je podpisywali. Przychodzi zbrodniarz i cynicznie wykorzystuje naiwność tych, którzy wierzą w siłę podpisu na papierze, kpi sobie z traktatów i tych, którzy z nim prowadzili rozmowy i ustępowali mu ze względu na swoje zyski i chęć rządzenia innymi. Wojna u progu naszej wschodniej granicy jest jak ostrzeżenie dla każdego z nas, by w imię własnych interesów nigdy nie akceptować podłości, a zbrodnie nazywać po imieniu, nawet jeśli dotyczą tych, którzy mieszkają daleko od nas, a ci którzy je popełniają wydają się po ludzku o wiele silniejsi i potężniejsi.

W Wielki Piątek po raz kolejny karty Ewangelii przypominają nam najokrutniejszą zbrodnię sądową, jaką zna historia, wspominamy sędziego Piłata, który tę najokrutniejszą zbrodnię popełnił. Nie był zaślepiony jakąś ideologią, nie kierowała nim specjalna namiętność ani pożądanie bogactwa, nie chciał się przypodobać jakiejś Salome, ani innej kobiecie. Skazał na śmierć sprawiedliwego i niewinnego Człowieka, bo bał się utraty stanowiska, bał się konsekwencji tego, co miałoby się stać, gdyby się okazało, że za mało gorliwie przestrzega praw Cezara. Kierował nim strach przed potencjalnymi jedynie kłopotami, jakie mogłyby na niego spaść, gdyby odmówił wtedy kapłanom i podburzanym przez nich ludziom spełnienia ich żądania, gdyby przeciwstawił się powszechnie panującej opinii.

Postawa Piłata w naszych czasach jest niestety bardzo powszechna. Ilu z przywódców najbogatszych państw na świecie pozwala na codzienne skazywanie na śmierć bezbronnych i niewinnych, ilu milczy gdy w ich obecności podejmowane są wyroki oznaczające ból, cierpienie i nędzę innych, którzy niczym na taki los nie zasługują. Ile razy przez przywiązanie do własnej kariery, przez zamykanie oczu i odwracanie się od istoty  problemu naśladujemy Piłata w swoim codziennym życiu nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Ile razy każdy z nas był świadkiem walki, a nawet męczeństwa innych i nie miał odwagi poprzeć ich choć jednym słowem, ile razy nie sprzeciwiliśmy się tym, którzy w naszym otoczeniu atakują Wiarę, Boga i ludzi Kościoła, ile razy wtedy milczałem ze strachu, by nie powiedzieć „nie” w swoim środowisku, ze strachu, że będę inni niż wszyscy, a oni wtedy ode mnie się odwrócą.  Jesteśmy bierni, gdy inni wykorzystują prawo do upowszechniania aborcji, eutanazji, rozwiązłości, czy seksualnych dewiacji, gdy bezpardonowo atakują Wierzących. To także nasza milcząca zgoda na podziały społeczne na biednych i coraz bardziej bogatych, to milczenie, gdy ktoś zabija niewinnych ludzi w innych częściach świata, a ktoś inny zamyka oczy na popełnioną w majestacie prawa zbrodnię polityczną. To wszystko to postawa Piłata, który dwa tysiące lat temu odwrócił wzrok i umył ręce skazując na śmierć Niewinnego. Skazując na śmierć Bożego Syna.

My Polacy stoimy dzisiaj w obliczu ogromnych wyzwań. Agresja Rosji na Ukrainę i jej konsekwencje to ciężar, jaki jest trudny do udźwignięcia nawet dla światowego mocarstwa, a co dopiero dla Polski z naszą historią i naszym położeniem geopolitycznym.  Już za chwilę, za moment pojawią się pytania, gdzie jest granica udzielania pomocy uciekającym przed bombami, gdzie jest granica pomocy militarnej czy gospodarczej i na co możemy sobie w obecnej sytuacji pozwolić, żeby broń Boże konflikt nie przeniósł się na tereny naszego kraju. Co robić, by się nie narazić możnym tego świata jeszcze bardziej. Obawy są zrozumiałe, ale ufam, że nam wszystkim wystarczy odwagi by stawić czoło przeciwnościom, odwagi, by nie okazać słabości i tchórzostwa. Przez męstwo, z jakim nasz Zbawiciel przyjął wyrok rzymskiego urzędnika, pamiętajmy, by nigdy nie stanąć po stronie Piłata i nigdy nie stać się sędziom, który skazuje nacierpienie i śmierć niewinnych i bezbronnych.

WALTER ALTERMANN: Derusyfikacja węglowodorów, czyli jak Józef zmienił się w Dżosefa

Było to w kwietniu roku 2022, w godzinach popołudniowych. Oglądałem telewizję i naraz, z ostro bijącego w oczy „paska” atakuje mnie tekst: DERUSYFIKACJA WĘGLOWODORÓW. Zainteresowałem się tą zagadką językową. Chodziło o to, że pora już by Europa uniezależniła się od rosyjskiej ropy naftowej, gazu ziemnego i węgla. Idea słuszna i oczywista, choć trudna do natychmiastowej realizacji. Ale z językiem komunikatu – dramat.

Węglowodory są związkami węgla z wodorem, w których cząsteczkach atomy węgla łączą się bezpośrednio ze sobą. Węgiel w tych związkach jest zawsze czterowartościowy. Atomy węgla łączą się ze sobą tworząc łańcuchy proste lub rozgałęzione oraz pierścienie. Dość to skomplikowane i poza chemikami niewielu wie o co chodzi. Ale… po pierwsze – węgiel kopalny (tak kamienny jak brunatny) nie jest węglowodorem. Węglowodory są natomiast podstawowym związkiem ropy naftowej, ale sama ropa naftowa węglowodorem też nie jest. Podobnie jest z gazem ziemnym. Zatem nie ma mowy, żeby Rosja opanowała cząstki węglowodorowe wchodzące w skład węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego. Zatem komunikat, ze względu na chemię, wprowadza w błąd poprzez nadmierne uproszczenie.

Wiem, że napisy na paskach muszą być krótkie. Ale po co w takim razie pisać o czymś, co jest nazbyt trudne do dwuwyrazowego wyjaśnienia? I tak na ołtarzu wolności padła najpierw rzetelność dziennikarska.

Drugą ofiarą tego paska jest język polski. Derusyfikować można jedynie to, co było uprzednio zrusyfikowane. Czyli, wyjaśniając w trzech etapach. 1. Najpierw coś musiało być wolne. 2. Następnie musiało zostać zrusyfikowane; 3. I to zrusyfikowane będzie teraz derusyfikowane. Od biedy, na siłę można by powiedzieć, że „Czas na derusyfkację rynku węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego. Ale i tak brzmiałoby to „wymyślnie” i nazbyt poetycko. Ale tak to jest, jak za politykę gospodarczą biorą się niewyżyci poeci. Bo te surowce, jak wszystkie inne, nie mają narodowości i zostały stworzone na długo przed pojawieniem się na świecie pierwszych ludzi, a nawet pierwszych „paskowych poetów”.

No i ostatnia uwaga, w związku z inkryminowanym paskiem. Od kilku lat na ekranach wszystkich telewizji królują młode, piękne kobiety, które samym swym jestestwem cieszą męskie oczy. I coraz ich więcej. Niestety – jak podpowiada mi moje wiekowe doświadczenie – analiza zjawisk i rozumienie tekstów nie jest najsilniejszą ze stron tych młodych a pięknych kobiet.

Dżosef Stalin

Kilka tygodni temu dziennikarka telewizyjna, z dorobkiem i nazwiskiem, właściwie zaczęła już „derusyfikację”. Przestawiając pokrótce dwudziestowieczną historię Ukrainy, powiedziała: „Takie były wtedy decyzje Dżosefa Stalina”.

Są dwie możliwości, że do takiego wypadku doszło. Pierwsza – dziennikarka zna dobrze angielski, a o Stalinie mało słyszała. A jeżeli już to bez imienia. Hitler też w ostatnich latach nie ma imienia ani Churchill. Druga możliwość – ktoś przygotował na prompterze (czy jak tam to urządzenie się teraz nazywa) szybką informację z zagranicznej agencji, czyli z języka angielskiego właśnie o historii Ukrainy i Stalinie.

Niemniej, bardzo bym prosił, żeby zapamiętać: Piłsudski miał na imię Józef, nie Dżosef. Natomiast Dmowski to Roman, a nie Reumen.

Symetryzm

Z nowych słów, opisujących stare zjawiska mamy też „symetryzm”. Słownikowo biorąc, symetryzm to postawa ideologiczna zakładająca, że każdemu negatywnemu zjawisku zawinionemu przez dany obóz polityczny należy spróbować przeciwstawić analogiczne negatywne zjawisko zawinione przez obóz jego przeciwników (w Polsce z reguły w zestawieniu PO–PiS).

Ale też ostatnio zaczęto używać „symetryzmu” do opisania postawy Izraela wobec napaści Rosji na Ukrainę. Doświadczony dziennikarz prasowy, jako gość jednej z telewizji próbował tym symetryzmem objaśnić dziwną powściągliwość Izraela, brak jednoznacznego potępienia Rosji. Zaproszony do studia dziennikarz wyraźnie bał się powiedzieć, że państwo Izrael ma skomplikowane i trudne interesy na Bliskim Wschodzie, że w tych interesach Rosja może Izraelowi pomóc, że w ostatnich kilku latach osiedliło się w Izraelu prawie 300 tysięcy Rosjan, którzy mają prawo głosu w wyborach. Ów dziennikarz mógł to powiedzieć wprost, ale że nie chciał, to wymyślił sobie „symetryzm”. Jakby nie poszerzać zakresu znaczeniowego słów, to jednak użycie w tej sprawie „symetryzmu” jest jedynie objawem dziennikarskiego uniku.   

Format nad formaty

Słówko format też zrobiło ostatnimi czasy niezłą karierę. Mamy więc: „Rozmowy w formacie normandzkim”; „Format dwu i trójstronny”. A dziennikarz, żegnając się z gośćmi w studio mówi: „Do zobaczenia w innym formacie”. Chciał powiedzieć, co się potem jawnie okazało, że jego audycja spada z ramówki, i spotka się z widzami w innej audycji.

Według definicji internetowej encyklopedii, format to, w ogólnym znaczeniu, reguły określające strukturę fizyczną, sposób rozmieszczenia, zapisu informacji danego typu. Inaczej: wzorzec, szablon.

Krótko ujmując format wziął się z „komputerologii”, ale opanowuje już inne dziedziny. Ku naszemu utrapieniu.

Stały kłopot z nazwiskami

Jest nowy przykład, że spora część dziennikarzy jest bezradna w sprawie nazwisk. Oto w Internecie na stronach sportowych, ktoś pisze: „W następnym meczu chyba zabraknie Daniela Tanżyna”. Wyjaśnijmy, że piłkarz nazywa się Daniel Tanżyna. Zatem winno być: „Zabraknie Daniela Tanżyny”. Gdyby piłkarz nazywał się Tanżyn, to wtedy, istotnie zabrakłoby Tanżyna.

Kij z zaległościami treningowymi

Sprawozdawca sportowy meczu hokeja mówi: „Stelmaszczyk złamał kij, który od dawna wykazuje zaległości treningowe”. Przypomnijmy zatem, że który odnosi się zawsze do ostatniego podmiotu w zdaniu, a złamany kij z pewnością nie miał żadnych zaległości.

Znajomość mitów nadal słaba

Sprawozdawca meczu tenisowego mówi o sportowcu, który po słabym pierwszym secie, zaczyna grać bardzo dobrze: „Proszę, odrodził się jak sfinks z popiołów”. I nie było to przejęzyczenie, bo sprawozdawca powtórzył swą metaforę jeszcze dwa razy. Znaczy był z siebie zadowolony.

Wyjaśnijmy zatem, że sfinks był mitycznym stworzeniem, które miało ciało lwa z ludzką głową. Zdarzają się też sfinksy z głowami baranów, sokołów lub orłów. Najbardziej znane sfinksy zdobią Dolinę Królów w Egipcie.

Feniks natomiast jest mitycznym ptakiem, uznawanym za symbol słońca w egipskiej mitologii oraz odradzającego się życia. Symbolizował potem nieśmiertelność i przemianę. Za pośrednictwem Greków i wczesnochrześcijańskich Ojców Kościoła stał symbolem stworzenia, które w określonych odstępach czasu ginie, ażeby powstać na nowo.

I takie to są moje notki i uwagi, w sprawie kłopotów z językiem, z ostatniego tylko miesiąca. I powtórzę – nikt nie pisze i nie mówi doskonale, ale starajmy się mówić (i pisać) lepiej.

 

 

O sądy pyta i sam odpowiada SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: I co? I nic. Kogo to?

Byłem w sądzie w mieście stołecznym Warszawa. Tym razem nie jako oskarżony, a świadek. Zdarza się. Tym razem oskarżony był akurat Rafał Ziemkiewicz. Byłem zeznałem i posiadam w związku z tym kilka przemyśleń natury ogólnej.

Polskie państwo w zakresie wymiaru sprawiedliwości to dno. Kompletne dno. Bagienne, muliste bezdenne dno. Ostatnio na przykład niejaki Tomasz Piątek informował z niejaką satysfakcją, że ja zostałem skazany. Okazało się, że i owszem, ale skazany na karę porządkową, bo podobno w pewnym procesie cywilnym, w którym pozwany jest Piątek właśnie, i w którym występowałem już raz jako świadek osobiście, miałem też złożyć jakieś zeznania na piśmie. Tych zeznań na piśmie nie złożyłem, bo nie wiem gdzie są pytania. Więc sąd kazał mi bulić 7 stów w polskich pieniądzach, żeby mnie zdyscyplinować. Odwołałem się od nieprawomocnego postanowienia, bo chętnie złożę zeznania w sprawie słynnego Człowieka Strzałki, zobaczymy.

Ale nie o to chodzi. Piątek wypisuje swoje androny o skazaniu mnie w marcu tego roku. W marcu. Następnie dostaję od sądu polskiego prowadzącego proces, zawiadomienie, żebym się znowu stawił na ten proces ciałem i zeznał. Teraz uwaga. Mam się stawić w lutym. Przyszłego roku. Rozumiecie coś Państwo z tego? Polski wymiar sprawiedliwości. Dno. W lutym. Takie terminy.

I co? I nic. Kogo to? Nikogo. Minie rok, sędzia se przyjdzie do roboty, napije się kawy, założy se łańcuch, wysłucha i se pójdzie.

Nic sędzia z tym nie zrobi, taką ma robotę, nie jego wina, kalendarz zapchany, taki mamy klimat, procedury et cetera. Sądy przeciążone. Teraz prosta sprawa: co warte są zeznania świadka po kilku latach? Przecież pamięć każdego ma pewne ograniczenia. Co warty jest wyrok po kilku latach? Niewiele. To jednak sprawa o dobra osobiste, więc mniejszej wagi. Tymczasem w sądach polskich jest mnóstwo spraw, w których ludziom całkowicie niszczy się życie przez lata, na przykład przez 10 lat, znam takie przypadki, trzymając ich ze statusem oskarżonego, co skutecznie niszczy na przykład jego szanse biznesowe, zawodowe, osobiste. I co? I nic. Kogo to? Nikogo.

Polski wymiar sprawiedliwości. Dno. Polskie państwo świadomie, rozmyślnie, bezczelnie i jawnie torturujące polskich obywateli. I? I nic.

Dobra. Wracamy do Rafała Ziemkiewicza, bo siedzi na ławie oskarżonych. Dlaczego on siedzi na ławie oskarżonych? Bo polskie państwo w zakresie wymiaru sprawiedliwości to dno. Kompletne dno. Rafał w kilku wpisach twitterowych skomentował wybryki paniuś ze Strajku Kobiet. Panie gremialnie wydzierały się publicznie, że „wyp…”, „ch… ci w du…” i takie tam. Agresywne, nienawistne, ordynarne, prostackie i głupie. Kiedy publicysta Ziemkiewicz skomentował ich zachowanie, próbując dostosować się do poetyki tych prostaczek, to Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych złożył prywatny akt oskarżenia z artykułu 212 kodeksu karnego.

Co ma do tego Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych? Nic. To organizacja skompromitowana, jej szef Paweł Gaweł zwiał z Polski, bo skazano go prawomocnie na 2 lata więzienia za wyłudzenie z banku 240 tys. zł i za niepłacenie za odebrane towary. Rok temu Sąd Najwyższy uznał kasację Gawła za oczywiście bezzasadną, a sam Gaweł dostał w Norwegii azyl, ponieważ twierdzi, że prześladują go za walkę z faszyzmem.

Ten, że OMZR z trzema paniami oskarżyli Ziemkiewicza. Sprawy w ogóle by nie było, gdyby politycy zlikwidowali haniebny artykuł 212 kodeksu karnego, czyli więzienie za słowa. Wszyscy od lat głoszą, że zlikwidują, ale jak się dorwą do władzy to nie likwidują. A że zapycha się sądy? Że ten sędzia mógłby w tym czasie zająć się poważnymi sprawami karnymi? Że jak się obrażone paniusie poczuły obrażone, to mogłyby iść do sądu cywilnego ze swoim obrażeniem? No, ale wtedy musiałyby płacić za pozew, a tak nie muszą, a sam Gaweł będzie zbierał pewnie pieniądze na wulgarne antydamy.

Przed sądem zeznałem, że Rafał dla dobrej komunikacji próbował dostosować poetykę i formę swojej wypowiedzi do czegoś, co paniusie mogłyby ogarnąć, a przyzwalanie przez nas na publiczne chamstwo Strajku Kobiet jest błędem, więc piętnujmy i nie przyzwalajmy. Teraz pewnie przekręciarz Gaweł oskarży mnie z prywatnego aktu oskarżenia, bo nic go to nie kosztuje, ja będę siedział tam, gdzie Rafał Ziemkiewicz, a on być może zeznawać będzie jako świadek. I tak się sądy będą zapychać i tak to będzie działać, czyli nie działać.

Polskie państwo w zakresie wymiaru sprawiedliwości to dno. Kompletne dno. Bagienne, muliste bezdenne dno. A nas próbuje się przekonać, że tak musi być. Nie musi.