Dzięki Bogu dożyliśmy 231. rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja! Dla młodszych: to takie Mission Impossible końca XVIII wieku. Udało się tylko dlatego, że mocno – delikatnie mówiąc – izolowano zdrajców Polski, czyli ówczesną opozycję, od twórców pierwszej w Europie i drugiej na świecie Ustawy Zasadniczej.
Niestety, tamta opozycja na żołdzie ruskim i pruskim po kilkunastu miesiącach osiągnęła swój cel, czyli drugi rozbiór Rzeczpospolitej, Było to w 1793 roku. Dwa lata później zdrajcy z Polski wraz z Rosją, Prusami i Austrią na 123 lata położyli kres naszej państwowości.
Nie ma właściwie nic do dodania, jeśli chodzi o likwidację własnego kraju, do którego w sporym stopniu przyczynili się obywatele tegoż państwa. Nie ma też sensu wymieniać zdrajców z imienia i nazwiska, czy też nazw grup zaprzańców. Nie ma też po ponad dwustu latach wielkich zmian w mechanizmie takich działań. W naszej części Europy, zdrada – od rozbiorów Polski – to podobny proces. Zawsze mniejszość, którą pominięto, której nikt nie wybierał, brzydko się chwyta brzytwy paktów z wrogiem.
Tak też jest w Polsce. Na szczęście niewielu, ale mamy głupków, mamy agentów obcych wywiadów, mamy zdrajców. Niestety, czasem ich działania są nazywane „patriotycznymi”.
Cały świat patrzy na Ukrainę, na zmagania naszych sąsiadów z ruską hordą najeźdźców. Społeczność międzynarodowa widzi też zaangażowanie Polaków w pomoc Ukraińcom. Na tle tego wsparcia, dzięki Bogu, słabo widać, w najlepszym przypadku głupie posunięcia polityczne opozycji – przeciwników naszego rządu, chociaż można nawet powiedzieć przeciwników Polaków. W dobie wojny, ktoś kto przeszkadza władzom kraju pomagającego Ukrainie, czyli władzom Polski, jest po prostu sojusznikiem Kremla.
Opozycja powołuje się na „prawdziwy patriotyzm” Polaków, bo chce po prostu otumanić wszystkich i po raz kolejny oszukać. Politycznie. Gospodarczo. Ze zwykłej politycznej zemsty. Patriotyzm bowiem to nie walka polityczna w obliczu zagrożenia wojną światową; to nie kpiny z rządzących; to nie donoszenie na własny kraj do organów administracji Unii Europejskiej, której od 18 lat Polska jest członkiem.
Dobrze, że nie ma u nas wojny, jak za naszą wschodnią granicą, bo opozycja chcąc zrobić na złość polskiemu rządowi, mogłaby się przyłączyć do strony przeciwnej. Z drugiej strony jednak, gdyby, czysto teoretycznie, taka sytuacja miałaby miejsce, znając „mądrość” i „skuteczność” naszej opozycji, Putin siedziałby już dawno w celi a prawnicy pisaliby już przeciwko ruskiemu dyktatorowi akt oskarżenia…
Aha, Parlament Europejski właśnie w rocznicę Święto Konstytucji 3 maja, w dniach, kiedy wspieramy Ukrainę w jej walce z rosyjską agresją, zaplanował „debatę” o „praworządności” w Polsce.
W PE zasiadają potomkowie zaborców, którzy zlikwidowali ostatecznie w 1795 roku nasz kraj. Potomkowie Prusaków sprzed dwóch wieków, czyli Niemcy oraz potomkowie Austriaków sprzed ponad 200 lat, czyli… Austriacy a także Rosjanie. Tak, tak, Rosjanie też są w PE. To jawni albo zakamuflowani sojusznicy Putina z Niemiec, Francji, Austrii, Skandynawii i innych krajów, ale nade wszystko to mentalni Rosjanie z polskiej opozycji, która – oby tylko z głupoty – donosi na Polskę.
Czy powierzyłbyś swoje życie w ręce ludzi bystrych inaczej? No właśnie, raczej nie. Z tego powodu, moim zdaniem środowisko kontrolerów lotów należy delikatnie rzecz ujmując jak najszybciej wymienić, przewietrzyć, zaorać niestety. Czemu? Bo niejaką Garwolińską kontrolerzy dali spektakularny przykład, że jednak myślenie to nie jest ich mocna strona…
Dziennikarze na tysiąc sposobów opisywali i będą jeszcze opisywać spór kontrolerów lotów z Polską Agencją Żeglugi Powietrznej. Gdyby nie ten spór opinia publiczna nie dowiedziałaby się, że grupa około 200 osób może w zasadzie sparaliżować ruch lotniczy nad Polską, dodajmy grupa ludzi świetnie wynagradzanych. Kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, to u nich raczej norma. Nie chce mi się wchodzić w dywagacje, czy to słusznie, czy niesłusznie, że tyle zarabiają, czy im się należy, czy im się nie należy. Robiono to już w innych materiałach i można sobie je prześledzić.
Oczywiście jestem w stanie zrozumieć, że jak komuś tnie się pensje to raczej nie jest zadowolony i może chcieć odejść z pracy. Kontrolerzy złożyli gremialnie wypowiedzenia, co strajkiem nie było, ale tak naprawdę było, bo gdyby odeszli w jednym czasie trzeba byłoby wstrzymać loty nad Polską, nie wszystkie, ale przeważającą część. Ci którzy niby chcieli odejść okazało się jednak, że nie chcą odejść, tylko negocjować, co rozwiało wątpliwości co do intencji strajkowych. Ale ja też nie o tym, ja o tym, że oni, ci kontrolerzy wzięli sobie na pełnomocnika postać nazwijmy to, specyficzną, Garwolińską. Czemu to postać specyficzna i czemu moim zdaniem jej wybór to przykład umysłowego zaćmienia bądź mózgowej aberracji?
Z prostego powodu. Polska Agencja Żeglugi Powietrznej podlega ministrowi infrastruktury, więc rządowi. Co trzeba mieć w głowie, żeby będąc kontrolerem w takim przypadku na negocjatora zatrudniać kogoś, kto rządu i partii rządowej nienawidzi zajadle, publicznie i prymitywnie? Przecież gdyby jakikolwiek kontroler myślał, nie wziąłby do negocjacji pani, która zanim otworzy usta, w negocjatorach po drugiej stronie wzbudza jak najgorsze emocje. Trudno, żeby Garwolińska nie wzbudzała takich emocji, skoro wśród jej prostackich wpisów w mediach społecznościowych możemy odnaleźć rechot „J… PiS”, pokazanie Morawieckiego i Kaczyńskiego z podpisem „dwa ch…” czy zdjęcia prezydenta, premiera, wicepremiera z jakże wyszukanym „Kłamca, Menda, Błazen”. Nie żartuję, ona naprawdę to zrobiła.
Oczywiście żyjemy w wolnym kraju i prywatnie każdy może być prymitywem i chwalić się tym publicznie. Problem robi się wtedy, kiedy prymitywa zatrudniają kontrolerzy chyba wyłącznie po to, żeby wyprowadzić z równowagi negocjatorów drugiej strony. Przypomnijmy kontrolerom, że celem negocjacji, co do zasady, jest osiągnięcie porozumienia, a nie przyprowadzanie ze sobą nienawistnej baby, żeby mogła się polansować.
Z powyższego powodu środowisko kontrolerów uznać trzeba jako daleko nieracjonalne, nieprofesjonalne i polityczne, a powierzanie naszego bezpieczeństwa takiemu towarzystwu za dalece ryzykowne. Rząd ma dwa miesiące, żeby pozbyć się tej pożal się Boże elity. Postawmy tamę prymitywom w życiu publicznym. Najwyższy czas.
Zbliża się dzień flagi. Wielu z nas wywiesi tę biało-czerwoną, chociaż niektórzy zapewne zamienią ją na niebiesko-żółtą, czyli ukraińską, demonstrując w ten sposób „jedność”, „solidarność” z Ukrainą. Na Kaszubach od lat panuje zwyczaj, że obok flagi polskiej wywiesza się flagę Kaszub, czyli czarno-żółtą, albo flagę ze zwróconym w prawo czarnym gryfem w koronie na żółtym (złotym) tle. Czasem flagę polską pomija się i zostaje tylko ta kaszubska. Ostatnio zaczyna się flagę Kaszub zastępować flagą Ukrainy z całkowitym pominięciem flagi polskiej. Wielu Kaszubów jest tym oburzonych i mówią, że pod hasłem „pomagamy Ukrainie” odbiera się im kaszubską tożsamość.
Ta zamiana flagi kaszubskiej na ukraińską i to od kilku tygodni widoczna jest przy jednym z najważniejszych budynków Kaszub – Kaszubskim Uniwersytecie Ludowym, usytuowanym u stóp Wieżycy, najwyższego naturalnego wzniesienia (328,6 m n.p.m.) Niżu Środkowoeuropejskiego od Atlantyku po Ural, tuż przy drodze wiodącej z Gdańska do Kościerzyny.
Jedna z Kaszubek, pani Gabriela, która często tamtędy przejeżdża i uważa, że trzeba pomagać uchodźcom z Ukrainy, jest oburzona brakiem kaszubskiej flagi na maszcie przed ośrodkiem KUL. Wysłała więc pismo do władz Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, ściśle powiązanego z KUL, dopytując się o przyczynę wywieszenia flagi obcej narodowości na terenie ośrodka będącego własnością Kaszubów.
– Moje pytanie dotyczy powiewającej flagi ukraińskiej na maszcie, na terenie ośrodka. Kto tym ośrodkiem zarządza? Według mnie, są to osoby nie mające szacunku do naszych symboli narodowych, osoby niekompetentne, podejmujące decyzję wywieszenia flagi obcej narodowości zamiast naszej czarno-żółtej lub biało-czerwonej.
Odpowiedź przyszła bardzo szybko. Podpisał się pod nią Łukasz Richert, członek Rady Fundacji KUL, który jest jednocześnie sekretarzem Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, a także dyrektorem biura Zrzeszenia.
– Na co dzień powiewa tam flaga kaszubska. Obecnie wisi flaga ukraińska na znak solidarności z nieszczęściem jakie spadło na osoby z tego kraju, a które u nas znalazły schronienie uciekając przed wojną i niechybną śmiercią, która by ich czekała zostając na obszarach objętych brutalnym konfliktem zbrojnym.
Pani Gabriela odpisując dyrektorowi tak skwitowała ową wypowiedź:
– Szkoda, że w ten sposób solidaryzujemy się z Ukrainą.
Pomysł wywieszania flagi Kaszub, głównie z okazji święta 3 maja i innych większych uroczystości państwowych, wprowadził dr Aleksander Majkowski (żył w latach 1876 – 1938), kaszubski pisarz, poeta, działacz społeczny, ale i lekarz. Wywieszanie kaszubskiej flagi na szerszą skalę rozpoczęło się od pierwszego zjazdu Kaszubów w dniu 18 sierpnia 1929 r. Od tego czasu 18 sierpnia stał się dniem Święta Flagi Kaszubskiej, które zaczęto oficjalnie obchodzić dopiero w 2012 r. Dlaczego tak późno? Odpowiedź jest i prosta, i skomplikowana.
Historia Kaszubów, to wiele białych plam. Jak podaje Gerard Labuda (żył w latach 1916-2010), polski historyk specjalizujący się w historii Pomorza i Kaszub, „Kaszubi wpisani są w historię Pomorza, ta zaś należy do historii Polski i powszechnej.” … „Przez Niemców byli tworzeni jako „sztuczna” narodowość – chodziło o rozbicie polskiej wspólnoty etnicznej”. Po II wojnie światowej różnie byli postrzegani, często odnoszono się do nich negatywnie. Dzisiaj wiadomo, że są Słowianami. Język kaszubski należy do grupy języków zachodniosłowiańskich, jak język polski, czeski, słowacki, dolno i górnołużycki, chociaż niektórzy badacze przypisują mu status dialektu polszczyzny. Może dlatego, że kiedy czyta się teksty Jana Kochanowskiego, polskiego poety epoki renesansu, i to w oryginale, to odnosi się wrażenie, że zostały napisane po kaszubsku, a więc w języku jakim do dzisiaj porozumiewają się Kaszubi. Tylko kto dzisiaj rozumie staropolszczyznę? Należy też dodać, że status prawny języka kaszubskiego w Polsce, ale i status prawny Kaszubów został uregulowany bardzo niedawno, bo dopiero Ustawą o mniejszościach narodowych i etnicznych z dnia 6 stycznia 2005 r.
Kaszubi mają jeszcze drugie święto – Dzień Jedności Kaszubów przypadające na 19 marca, gdyż właśnie tego dnia roku pańskiego 1238 papież Grzegorz IX wydał bullę, w której znalazła się pierwsza historyczna wzmianka o Kaszubach. Nazwa Kaszubi oznaczała słowiańską ludność rodzimą. W źródłach krzyżackich Kaszubi wymieniani są jako poddani Zakonu Krzyżackiego, chociaż oni sami byli temu przeciwni. Wracając do Dnia Jedności Kaszubów, to dopiero w 1999 r. zaczęto organizować Zjazdy Kaszubów. Pierwszy odbył się w Chojnicach właśnie w 1999 r. Owe święto jest szczególną okazją do promowania kaszubszczyzny, podtrzymywania tradycji oraz integracji Kaszubów.
Niestety tegoroczne Święto Kaszubów – tak potocznie nazywa się święto przypadające na 19 marca, miało charakter ukraiński. W Łubianie, Lęborku i w wielu innych miejscowościach zamiast flag kaszubskich wywieszono ukraińskie. Dzieci na policzkach miały wymalowane flagi ukraińskie. W wielu miejscach pojawiły się również transparenty z napisem: „Dzień Jedności Kaszubów 2022 – Razem z Ukrainą”, albo „Dzień Jedności Kaszubów z Wolną Ukrainą”. Były występy zespołów ukraińskich. Nawet śpiewano kaszubskie pieśni w tłumaczeniu na ukraiński. To bardzo piękne gesty, ale dlaczego akurat eksponowane w Dniu Jedności Kaszubów? Kaszubi chętnie włączyli się do pomocy Ukraińcom. W wielu kaszubskich domach gości się uchodźców i to wyłącznie na koszt gospodarzy. Pomaga się im we wszystkim i nikt nie ma nic przeciwko takiemu zachowaniu, ale dlaczego Dzień Święta Kaszub zamienia się na dzień ukraiński, jakby nie można było takiego święta zorganizować przez 364 dni w roku, tylko właśnie w ten jedyny?
Pewien Ukrainiec przebywający w Polsce od prawie dwóch miesięcy nie może zrozumieć, dlaczego Polacy niemal na każdym miejscu wywieszają dwie flagi: polską i ukraińską. Autobusy, tramwaje, budynki użyteczności publicznej, a nawet prywatne domy „udekorowane” są flagą ukraińską. Zaczął się więc zastanawiać, czy przypadkiem Polacy nie włączyli Ukrainy do swojego kraju? Jest on bardzo wdzięczny Polakom za okazywaną pomoc, życzliwość, dobroć, ale nie wyobraża sobie włączenia Ukrainy do Polski. A to wywieszanie flagi ukraińskiej obok polskiej kojarzy mu się z unią polsko-ukraińską, albo wręcz aneksją Ukrainy przez Polskę. A on chciałby wrócić i mieszkać w swoim suwerennym kraju.
Zgodnie z odpowiedzią Łukasza Richerta proponuję, aby na znak jedności z Ukrainą, zniknęły wszystkie kaszubskie, ale i polskie flagi na Pomorzu, a zwłaszcza w miejscowościach i przy instytucjach kaszubskich – mieszkańcy Kociewia, Powiśla czy Żuław mogą mieć inne na ten temat zdanie W to miejsce należy wywiesić flagi ukraińskie, bo przecież solidaryzujemy się z Ukrainą.
Jeśli już koniecznie musimy eksponować naszą pomoc Ukrainie, to czy nie można obok polskiej albo kaszubskiej flagi powiesić także tę ukraińską? Wówczas wszyscy byliby usatysfakcjonowani. O ile mi wiadomo KUL jest własnością Kaszubów, ale na terytorium Polski, więc w ramach gościnności może obok tych dwóch flag, a przynajmniej jednej, polskiej, chyba że Kaszubi ze Zrzeszenia nie chcą utożsamiać się z Polską, powiesić ukraińską, ale nie wyłącznie ukraińską. Kto nie potrafi uszanować własnej tożsamości, ten nie będzie mieć szacunku dla nikogo.
Zapewne w okolicach 1 maja znowu, jak zawsze od 1990 roku, gazety będą publikowały zdjęcia z manifestacji 1 majowych w czasach PRL, a telewizje znowu wyemitują fragmenty starych, archiwalnych filmów z tego dnia. Dojdą oczywiście kąśliwe komentarze.
Przyznam, że trochę mnie żenuje, to coroczne podrwiwanie z tego święta, bo nie jest tak, że obchodzenie 1 maja zaczęło się w Polsce z rokiem 1945, a zakończyło w 1990 roku. Manifestacje robotnicze w dniu 1 maja nie zaczęły się w czasach „komuny”, trwają i będą trwały. Dlaczego? Bo ludzie pracy najemnej wszystkie swoje prawa zawsze musieli sobie wywalczyć. Taka jest natura kapitalizmu i istota podziału na pracodawców i pracobiorców. Nie należy też zapominać, że dla wielu współczesnych Polaków pracodawcą jest państwo. Ono też nie jest bez grzechu, wobec ludzi którym daje zatrudnienie.
Historia 1 maja
To święto zrodzone jest z tragedii w Chicago, w roku 1886. Manifestacja chicagowskich robotników, w obronie miejsc pracy, w obronie ludzkiej godności została rozstrzelana przez policję. Takie było narodziny „Międzynarodowego Dnia Solidarności Ludzi Pracy”. Ten dzień został wybrany święto robotnicze przez kongres założycielski II Międzynarodówki, obradujący w Paryżu w 1890 roku.
W Chicago 4 maja 1886 roku doszło do wydarzeń określonych mianem Haymarket Riot, a były one konsekwencją strajków, które wybuchły kilka dni wcześniej. Powodem konfliktu była sytuacja niemieckich imigrantów – robotników z firmy McCormic Harvester – wytwarzającej sprzęt rolniczy. Zresztą do dzisiaj firma istnieje i znana jest m.in. z produkcji traktorów.
W latach 80-tych XIX wieku władzę w firmie przejmuje, po zmarłym ojcu, Cyrus McCormick. Ma ambitne plany – zamierza szybko przebudować fabrykę i wdrożyć – mówiąc dzisiejszym językiem – głęboki plan restrukturyzacji. Najważniejszym punktem planu są szeroko zakrojone zwolnienia. O odprawach nie było mowy, robotnicy mieli stracić pracę z dnia na dzień. Nie mieli zapewnionych też żadnych zasiłków. Praca w fabryce odbywała się na podstawie kontraktu-śmieciówki – pracownik przychodził rano do pracy, za co dostawał dniówkę oscylującą w granicach 1,5 dolara.
Związkowcy nie godzą się na zwolnienia. Po negocjacjach z McCormickiem wydaje się, że obie strony dogadały się. Ale nagle właściciel zmienia swoją decyzję i zwalnia niemal całą załogę. W jej miejsce zatrudnia nowych pracowników oraz ochroniarzy. Sprawa oszukania i wyrzucenia na bruk setek pracowników odbija się szerokim echem w całym USA. Główny protest zaplanowano na 1 maja.
Data nie była przypadkowa. Już półtora roku wcześniej związkowcy z całych Stanów Zjednoczonych zaapelowali do rządu, by wymusił na firmach skrócenie czasu pracy z 12 do 8 godzin dziennie. Zgodnie z hasłem „Eight Hours for Work, Eight Hours for Rest, Eight Hours for What We Will!”, czyli osiem godzin w pracy, osiem na odpoczynek, osiem na to co ma się ochotę.
Propozycja związkowców powstała jesienią 1884 roku, ale postawiono dać władzy czas – do 1 maja 1886 roku. Liczono, że rząd amerykański wprowadzi prorobotnicze zmiany.
W Niemczech w tym samym czasie – by uspokoić nastroje społeczne – Otto von Bismarck zaczął wdrażać już swoją politykę społeczną dając m.in. ubezpieczenia chorobowe czy od wypadków przy pracy. W Australii od 30 lat obowiązywał ośmiogodzinny dzień pracy. Nawet w Wielkiej Brytanii obowiązywały tzw. ustawy fabryczne, które ograniczały możliwość wykorzystywania do pracy dzieci.
Amerykański rząd nie zrobił jednak nic. I dlatego w sobotę 1 maja 1886 roku, jak co dzień pracownicy mieli zameldować się w fabrykach na pół doby. W związku z tym w całych Stanach odbyły się marsze ruchu „8 godzin”. Największa demonstracja miała miejsce w Chicago i była połączona z żądaniami przywrócenia do pracy osób z fabryki McCormicka. Ulicami około 800-tysięcznego miasta pokojowo przeszła manifestacja licząca nawet 80 tys. osób. Nieśli flagi, śpiewali piosenki wychwalające ośmiogodzinny dzień pracy. Nie zanotowano żadnych ekscesów.
Dla przemysłowców liczba protestujących była szokiem. Nikt nie spodziewał się, że robotnicy będą potrafili zjednoczyć się i zorganizować tak wielką akcję. Pracowników fabryk traktowano wówczas niemal jak niewolników, mówiono o nich pogardliwie, żartowano z ich analfabetyzmu i ich ubrań.
Skala protestów nie spowodowała jednak żadnych ustępstw po stronie fabrykantów. 2 maja robotnicy ponownie w pokojowej manifestacji przemaszerowali ulicami Chicago. Tym razem było ich jednak już tylko 35 tys.
3 maja na wiecu pod wejściem do fabryki McCormicka zjawiło się już jedynie około 2 tysięcy osób. Takiej demonstracji władze się nie bały. Doszło do starć zainicjowanych najprawdopodobniej przez bojówki zatrudnione przez McCormicka. Jego nowi pracownicy-łamistrajki i ochroniarze mieli zaatakować protestujących. Do walki włączyła się także policja.
Według różnych źródeł zginęło od jednego do sześciu protestujących. Mimo to następnego dnia związkowcy postanowili kolejny raz wyjść na ulice Chicago. Liczyli, że ofiary nie wystraszą robotników, a wręcz przeciwnie zachęcą do zwiększenia skali strajku. Manifestanci zebrali się na Placu Haymarket. Przez większość dnia protest miał charakter pokojowy, a udział brało w nim kilka tysięcy osób. Wieczorem nad Chicago nadciągnęła jednak wielka ulewa, wyganiając część manifestantów do domów. Około godziny 22.30, gdy na placu pozostało już tylko kilkaset osób policja ruszyła do ataku.
Chwilę później ktoś rzucił w tłum bombę. Wybuch zabił kilkanaście osób, w tym jednego policjanta. W odpowiedzi policja zaczęła strzelać. Na placu trwała już regularna bitwa uliczna, od kul ginęli zarówno protestujący jak i policjanci. Ostatecznie w starciach zginęło sześciu z nich. Dokładna liczba zabitych protestujących nigdy nie została ustalona.
Zamach, do którego nikt się nie przyznał, został wykorzystany przez fabrykantów i władzę do dalszego tłumienia robotniczych protestów. Następnego dnia ogłoszono nie tylko w Chicago, ale w całym kraju stan wyjątkowy. Kolejne protesty były krwawo tłumione, gazetki związkowe zamykane, a mieszkania osób związanych ze strajkującymi przeszukiwane.
Największe represje dosięgły jednak organizatorów protestów z początku maja. Pod zarzutem zabójstwa policjanta skazano na karę śmierci aż osiem osób, z których część nawet nie była obecna na Haymarket. Czterech z nich: Alberta Parsonsa, Georga Engela, Adolfa Fischera i Augusta Spiesa powieszono 11 listopada 1886 roku. Działacza związkowego Louisa Lingga, który miał zostać ułaskawiony, dzień wcześniej znaleziono martwego w swojej celi. Pozostała trójka wyszła z aresztu po kilku latach.
W 1893 roku ułaskawił ich nowy demokratyczny gubernator Illinois, który cały proces sądowy nazwał jedną wielką farsą i kpiną ze sprawiedliwości. Historycy sądzą, że bomba z Haymarket została rzucona przez agenta, który miał współpracować z lokalnym szeryfem.
O wydarzeniach z Chicago zrobiło się głośno nie tylko za oceanem, ale na całym świecie.
Trzy lata po chicagowskich wydarzeniach II Międzynarodówka, czyli zrzeszenie partii socjalistycznych, postanowiła uczcić pamięć zabitych na placu oraz osób skazanych na śmierć w późniejszym sfingowanym procesie. W ten sposób pierwsze Święto Pracy ustanowiono na 1 maja 1890 roku.
Jak demonstrowano 1 maja po 1890 roku
Po raz pierwszy święto 1 maja obchodzono w 1890 roku – m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Belgii, Francji. Organizowane w tym dniu demonstracje i strajki przyczyniły się do radykalizacji ruchów robotniczych. Początkowo nielegalne manifestacje 1-majowe zostały później w wielu krajach oficjalnie uznane.
Tego dnia wiece odbyły się w wielu częściach świata. W Wiedniu na ulice wyszło około 100 tys. osób, kilkaset tysięcy protestowało w Paryżu. Liczne marsze odbyły się też w Belgii i Niemczech. W Warszawie w manifestacjach wziąć udział miało 8 tysięcy osób. 1-majowe wiece miały zachęcać lokalne władze do ustanowienia 8-godzinnego dnia pracy. Większość w 1890 roku miało charakter pokojowy. Zwalczanie nowego święta zaczęło się kilka lat później i często miało krwawy przebieg. Tym bardziej, że w związku z rozpoczętym wówczas kryzysem gospodarczym coraz więcej osób miało powody do zamanifestowania swojego niezadowolenia.
W Polsce pod zaborami, głównie na terenach zaboru rosyjskiego, pierwsze pochody i strajki organizował II Proletariat i Związek Robotników Polskich. W 1891 roku w Łodzi i Żyrardowie doszło do starć z wojskiem, a następnie do represji władz carskich. Carat często krwawo tłumił 1-majowe pochody. Tak było na przykład w 1892 roku w Łodzi, gdy zamieszki trwały kilka dni. A maszerujący choć na sztandarach mieli socjalistyczne hasła, to śpiewali także patriotyczne pieśni o wymowie niepodległościowej. Przypomnijmy, że jeszcze w 1900 roku jeden z największych „łódzkich królów bawełny” Izrael Kalmanowicz Poznański zmuszał swoich robotników do 16-godzinnego dnia pracy. Z późniejszych demonstracji największe rozmiary przybrały wystąpienia z lat 1905-7 i 1917-19.
Okres międzywojenny w Polsce
Nieco inny wymiar miały marsze organizowane już w okresie XX-lecia międzywojennego. Stały za nimi głównie Polska Partia Socjalistyczna, ale pod uroczystości „podłączali” się także komuniści. Jeden z tego typu światopoglądowych konfliktów skończył się w 1931 roku strzelaniną wybuchło pomiędzy dwoma obozami. Dochodziło do tego, że w latach 20-tych, 1 maja odbywały się dwie legalne, osobne demonstracje i jedna demonstracja nielegalna – komunistyczna. O ile pochody socjalistów i żydowskich partii robotniczych władze tolerowały, to demonstracje komunistyczne był tłumione siłą.
1 maja był problemem dla władz w całym świecie. To chybna, dlatego, chcąc je niejako „oswoić”. Papież Pius XII w 1955 roku ogłosił 1 maja świętem katolickim – Świętem Józefa Rzemieślnika. Nadał w ten sposób religijne znaczenie obchodzonemu od 1890 roku świeckiemu Świętu Pracy. W tym dniu Kościół w sposób szczególny pragnie zwrócić uwagę na pracę ludzką, zarówno w aspekcie wartości chrześcijańskich, jak i społecznych, ogólnoludzkich i narodowych.
Upaństwowienie 1 maja, czyli surrealizm
W ZSRR święto 1 maja stało się świętem państwowym. Władze organizowały manifestacje poparcia dla samych siebie. W istocie była to parodia idei walki o prawa pracownicze, wziąwszy pod uwagę, że niemal wyłącznym pracodawcą w Rosji Sowieckiej było państwo. Zmuszani do manifestowania obywatele tego państwa wznosili okrzyki chwalące przywódców partii i rządu, oraz hasła potępiające zachodnich imperialistów. Krótko mówiąc – obchody 1 maja w ZSRR stały się jednym z elementów państwowego terroru. Najwięksi surrealiści XX wieku nie wymyśliliby czegoś takiego, a władza radziecka potrafiła.
1 maja w czasach PRL
W Polsce, podobnie jak w innych państwach „obozu socjalistycznego”, czyli w państwach, które popadły w zależność od Rosji Sowieckiej, 1 Maja również przybrał charakter masowego poparcia dla władz. I trak samo jak w ZSRR sytuacja była surrealna, bo w Polsce, Czechosłowacji, NRD, Rumunii, Bułgarii i na Węgrzech to państwo było największym pracodawcą.
W latach 80. miały już miejsce niezależne od władz pochody i manifestacje, które organizowała w tym dniu solidarnościowa opozycja. Szczególnie duże były w Warszawie i Wrocławiu. Były one rozbijane przez milicję, a w latach 1982-1984 niejednokrotnie przekształcały się w starcia z ZOMO. Uczestnicy demonstracji byli zatrzymywani i stawiani przed Kolegium ds. Wykroczeń lub skazywani na więzienie przez sądy.
1 maja po roku 1990 w Polsce
Po roku 1990 w Polsce wielu ludzi, o nielewicowym światopoglądzie, obrało sobie za cel walkę ze świętem 1 maja jako reliktem i niechcianą pamiątką po PRL.
Ośmielam się jednak zauważyć, że PRL trwał 45 lat, a święto 1 maja ma już lat 132 lata. Dodam także, że walka ludzi pracy o swoje prawa miała i ma nadal głęboki sens – moralny i pragmatyczny. A smutna parodia tego dnia i święta, z jaką mieliśmy do czynienia w PRL-u, nie może unieważniać ani celów, ani znaczenia tego dnia.
Godna płaca, dobre warunki pracy, ośmiogodzinny dzień pracy – to jest ciągle aktualny program dla ludzi pracy najemnej.
Godna praca i płaca
Chodzi o godność pracownika, o poszanowanie jego podmiotowości. I nikt mi nie powie, że po 1990 roku nastały czasy idylliczne. Zachodnie koncerny i w ich ślady idące polskie firmy, chcąc zmaksymalizować zysk, narzucają wielu pracownikom normy pracy, zmuszające ich do niszczącego wysiłku. W korporacja pracownik nie jest podmiotem, jest przedmiotem działań, maleńkim trybikiem. Dzisiejszy wyzysk pracownika polega nie tylko na pracy ponad siły fizyczne. Pracownik ma oddać firmie serce, duszę i cały wolny czas. Jest dzisiaj normą, że zatrudniani w korporacjach, w wieku 23-25 lat pracownicy, po dziesięcioletniej pracy są zwalniani, bo zaczynają myśleć o swoim prywatnym życiu, o dzieciach, o współmałżonkach. A na ich miejsce przyjmowane są nowe dwudziestoparoletnie osoby, które przez 10-12 lat zaprzedadzą swoje prywatne życie firmie.
Dobre warunki pracy
Teoretycznie jest to sprawa nie do określenia, bo warunki pracy są w każdym miejscu pracy inne. Jednak w zbyt wielu miejscach pracy mamy do czynienia z ciasnotą, hałasem, brakiem wymaganego oświetlenia. W produkcji nader często spotykamy się ze stanowiskami pracy, na których pracownicy narażeni są na chorobotwórcze działania chemikaliów.
W okresie międzywojenny wspaniale funkcjonowała w Polsce Inspekcja Pracy. Ówczesne przepisy pozwalały urzędnikom na kontrolowanie zakładów pracy o każdej porze dnia. Była to w istocie policja pracy. Niestety w PRL-u znaczenie i rola Państwowej Inspekcji Pracy została przez władze bardzo ograniczona. Nie wyobrażano sobie, żeby państwowy inspektor mógł działać na szkodę państwowego przedsiębiorstwa.
Kilkanaście lat po transformacji ustrojowej, za rządów Leszka Millera z SLD, wprowadzono nowe przepisy, które w drastyczny sposób ograniczyły możliwości funkcjonowania PIP. Przede wszystkim zlikwidowano anonimowe doniesienia o nieprawidłowościach w miejscach pracy. Tym samym pracownik informujący o nieprawidłowościach narażał się na odwet kierownictwa zakładu pracy. Zlikwidowano również możliwość interwencji inspekcji, z własnej inicjatywy. A żeby już zupełnie związać inspektorom ręce, nakazano uprzedzać zakład pracy dwa tygodnie wcześniej, że PIP podejmie działania. Nie jestem wysokiego mniemania o osobach zarządzających zakładami pracy, ale naprawdę nie ma wśród nich tak głupich, żeby przez dwa tygodnie nie doprowadzili miejsc pracy do porządku.
Ośmiogodzinny dzień pracy
Prawnie jest obowiązujący, ale w praktyce? Ale kto dzisiaj pracuje po 8 godzin? Być może w dużych przedsiębiorstwach tak, ale nie we wszystkich. Obecnie w wielu urzędach i instytucjach samorządowych i państwowych znowu zapanował duch „wszystkie siły, cały czas dla naszego przedsiębiorstwa”. W wielu firmach „pozwala się” pracownikom przyjść wcześniej i później wyjść. Narzucone normy są tak duże, że w ciągu 8 godzin niewielu jest w stanie je spełnić.
Wśród średniej kadry zarządzającej panuje moda na chwalenie się, że pracuje się po 10-12 godzin. Zresztą przykład idzie z góry, te nocne posiedzenia Sejmu i Senatu, rząd pracujący nocami – według mnie jest to objaw złej organizacji pracy, ale według posłów i senatorów, to przykład poświęcania się dla Polski.
Póki zmuszani do pracy ponad 8 godzin są młodzi, jakoś to znoszą, ale przecież ich organizmy upomną się w wieku dojrzałym i podeszłym o ten brak odpoczynku.
Platforma Obywatelska za swych ostatnich rządów, wespół z PSL-em, wprowadziła istotne zmiany w kodeksie pracy. Dopuściła bowiem – w interesie pracodawców – takie manipulowanie czasem pracy, że możliwe jest kwartalne rozliczanie czasu pracy. Co skutkuje tym, że w dogodnym dla pracodawcy czasie, pracownik musi odebrać tzw. nadgodziny. W dawnych latach zasad była taka, że za pracę ponad 8 godzin płaciło się 50, 100 i 200 procent stawki godzinowej. Po zmianach Platformy Obywatelskiej – i PSL-u – pracodawcy są zadowoleni, ale pracobiorcy już nie bardzo.
Myślę jednak, że daleko nam jeszcze do spełnienia ideału polskiego pracodawcy, któremu śni się po nocach zadowolony pracownik, które pracuje darmo, albo za tyle ile zechce dać właściciel firmy.
Być może Lech Wałęsa, mówiąc w latach 90-tych, że Polska stanie się drugą Japonią, miał na myśli spełnienie japońskich ideałów społecznych – całkowite podporządkowanie się pracownika firmie, życie jej życiem i bycie szczęśliwym, gdy korporacja osiąga coraz większe zyski.
Dzisiaj 1 maja traci na znaczeniu, dlatego że media społeczne stały się forum wymiany myśli, także społecznych – na co dzień, niekoniecznie od święta. Ale w dalszym ciągu są na świecie ludzie, którzy obchodzą ten dzień, będąc przekonani, że warto i trzeba.
I po to jest ten 1 maja, żeby o tym wiedzieć i przypominać. A także, żeby tak wiele zmieniać, na korzyść pracownika, dla poszanowania godności ludzkiej.
Może nie powinienem mieć, ale miałem ubaw. Miałem i to niezły. Kiedy Elon Musk ogłosił kupno Twittera światowe i polskie lewactwo zawyło (czy tam raczej zapiszczało). Marzeniem postępowego lewactwa jest, jak wiemy, nieskrępowana wymiana myśli i wolność słowa, pod jednym, wszakże warunkiem, że mówi się tylko to, co lewactwo chce usłyszeć i na co wyrazi pozwolenie.
Treść nielewacka jest od razu językiem nienawiści, dyskryminacji i transatlantykiem, czy innym trans (ja już się nie mogę w mnogości tych fobii połapać). Niemniej każdego innomyślącego trzeba zniszczyć medialnie, odciąć od pracy, zarobków, przyjaciół, otorbić i wyrzucić z mediów społecznościowych.
Staszewski kontra Musk
Musk, chce jednak inaczej. On uważa, że nieskrępowana debata (oczywiście zgodna z prawem) jest warunkiem rozwoju, trwania cywilizacji. Po to kupił Twittera. Krótko mówiąc lewactwo traci nad nim cenzorską kontrolę. Na wieść o wrogim przejęciu zareagował na przykład Bartosz Staszewski, jeden z najbardziej znanych polskich gejów walczących o prawa gejów potwornie dyskryminowanych w specjalnych strefach, które Bartosz oznacza tabliczkami z napisami. Tenże Bartosz napisał: „Elon Musk chce utopii wolności słowa. Potrzebna jest polityka ograniczających mowę nienawiści, dezinformację i toksyczną komunikację. Wizja Internetu Muska nie uwzględnia realnego świata. Czarny dzień dla Internetu.”
„Wolny rynek zdecydował”
Niestety wstrętni ludzie przypomnieli panu Bartoszowi jego wcześniejsze wpisy, kiedy tt cenzurował słowa prawicowych polityków. Wtedy znany gej nie krył radości pisząc: „Wolny rynek zdecydował” i „Czy Konfederacja nie może się przenieść na Albiclę i przestać płakać?”. Oprócz środowisk LGBTQAC/DCCIA (jeżeli jakąś dyskryminowaną orientację pomyliłem to przepraszam) wyli też politycy obawiający się teraz fake newsów i zmanipulowanych informacji na tt. Jedną z lepszych kontr jakie do tych urojonych zarzutów użyto była odpowiedź: „Fake newsów obawiają się środowiska, które twierdzą, że mężczyzna może urodzić dziecko”. Zgrabne, prawda?
Polityka w sieci
Tymczasem opublikowano dziwny sondaż, z którego wynika, że Marek Magierowski wygrałby wybory prezydenckie, że wyprzedziłby nawet Rafała Trzaskowskiego. To o tyle zastanawiające, że sam Magierowski jest dyplomatą i dziennikarzem, ale nie jest politykiem. To o tyle dziwne, że nie ma zdaje się zaplecza i nie wyraził chęci startu. Inna sprawa, że takie ogłoszenie, to może być go spalenie. Inna sprawa, że jego sukces może wynikać z dość chłodnego wysokiej próby profesjonalizmu, który prezentuje. Tego zdaje się ludożerka oczekuje.
Elon Musk kupił Twittera za 44 miliardy dolarów. PKB, na przykład Białorusi, w 2017 roku to ok. 55 miliardów dolarów, co daje jakieś pojęcie o biznesowej skali tej inwestycji. Nie daje jednak zupełnie pojęcia na temat skali wpływu, jaki ta transakcja może wywołać na świecie, szczególnie w jego zachodniej części.
My w Polsce, słusznie zresztą, jesteśmy zajęci nieco innymi sprawami, mamy za ścianą wojnę i wściekłą Rosję na głowie, ale ci, którzy w ten czy w inny sposób śledzą przynajmniej angielskojęzyczną strefę światowej przestrzeni medialnej, widzą jak ta transakcja wstrząsnęła progresywną lewicą. Histeria, jaką rozpętano, począwszy od „gróźb” opuszczenia Twittera, poprzez „bunt” pracowników (zagrożenie, którym było podstawą do decyzji o zawieszeniu możliwości wprowadzania zmian na Twitterze przez pracowników), a skończywszy na groźbach zamordowania nowego właściciela, przypomina histerię po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta. Nawet wykonane przez internautów memy są podobne i wykorzystują motywy tamtej histerii sprzed kilku lat. Dlaczego tak się dzieje?
Internet to dziś główny kanał przepływu informacji i opinii na świecie. Natomiast z tej „wolności”, którą dawał u zarania swojego istnienia niewiele już zostało. Główne kanały przepływu informacji i opinii zostały zmonopolizowane przez kilka koncernów w ramach głównych platform mediów społecznościowych i głównych wyszukiwarek. Owszem, oligopol został zbudowany przy pomocy narzędzi wolnego rynku i dobrych produktów, ale czy efekt jest przez to mniej totalitarny?
Ten, kto sądzi, że dysponując narzędziami jakie dają nam koncerny, dysponuje narzędziami obiektywnymi, jest nieuleczalnym naiwniakiem. O tym, co wyszuka dla nas wyszukiwarka, czy jakie informacje, czy opinie do nas dotrą, nie decyduje ten, kto ich szuka. W największym stopniu decydują o tym stworzone przez ludzi, bynajmniej nie o konserwatywnych poglądach, algorytmy, które te strumienie kształtują. Z kolei o tym, jakie informacje i opinie do nas absolutnie nie mają prawa dotrzeć, a czasem wręcz na wieki zniknąć z dostępnej przestrzeni informacyjnej, decyduje często również korporacyjny cenzor. Nie ma tu miejsca by wymienić przypadki banowania, celowego ograniczania zasięgów treści konserwatywnych i przymykania oka na agresję, czy wręcz promocję treści progresywnych. Większość z Państwa zresztą te przykłady zna, lub sama tego doświadczyła.
Dość, że mając władzę kształtowania głównych kanałów przepływu informacji i opinii, koncerny będące właścicielami głównym platform mediów społecznościowych i wyszukiwarek, zbudowały sobie coś w rodzaju interfejsów do obsługi społeczeństw i są władne te społeczeństwa kształtować. W ten sposób mogą nawet decydować o tym, kto wygra wybory. Przesadzam? To przypomnijcie sobie jak tuż przed wyborami odcięto główne kanały dostępu do wyborców urzędującemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Prezydentowi Stanów Zjednoczonych!
Jak ma się do demokracji fakt, że to, kto zostanie wybrany w „demokratycznych wyborach” nie tyle decyduje się przy urnach wyborczych, co raczej na „konsolach” operatorów kształtujących wyborców strumieniami przepływu informacji i opinii. Czy z takiego „systemu demokratycznego”, a co za tym idzie, z takiego państwa i jego instytucji nie zostaje pusta żałosna wydmuszka? „Wybory” są i na Białorusi, cóż z tego jednak, skoro wiadomo, kto je wygra.
Większość państw niespecjalnie broni swojej supremacji w tym zakresie. Część z oportunizmu, niewiele jest przykładów wymuszenia przez państwo respektowania prawa przez światowe koncerny, które wypracowały doskonałe metody unikania odpowiedzialności. Innej części znowu, w to graj – postrzegają oni zwalczający wolność słowa oligopol Big Tech, jako sojusznika w trzymaniu pod butem „złych konserwatystów”, nie bacząc na to, że sami stają się sługami pozbawionych legitymacji demokratycznej wielkich korporacji. Gdzie na tym spektrum znajduje się Polska? Nie wiem, ale dotychczasowe próby obrony wolności słowa w sieci, albo spełzły na niczym, albo schowane zostały do szuflady.
I stąd to wycie, które rozległo się po zakupie Twittera przez miliardera, który wyjątkowo nie jest postrzegany, jako przedstawiciel najtwardszego progresywnego betonu. Behemot zadrżał z bólu i strachu. Boi się, że w szczelnym systemie, który zbudował może pojawić się wyrwa. Czy słusznie?
To się okaże. Elon Musk musiałby spełnić swoje obietnice i pokładane w nim nadzieje. A z miliarderami, to jednak nigdy nic nie wiadomo.
W każdym państwie są sprawy śmieszne, lekkie i poważne. Zupełnie tak samo jak filmach. Idąc do kina, lub przestawiając telewizję na kanał z filmem, w którym występuje Louis de Funes nie możemy oczekiwać wrażeń, które niesie z sobą ekranizacja Orsona Wellesa „Procesu” Franza Kafki. Absurdem byłaby też uwaga, że „Mechaniczna pomarańcza” Stanley’a Kubricka mógłby bardziej śmieszny.
Podobnie jest z polskimi partiami. Są jakie są, a my po prostu za dużo od nich oczekujemy. Jednak partie w Polsce nie wzięły z nadprzestrzeni, nie zostały teleportowane z innego gwiazdozbioru i nie są wynikiem tego, że najlepsi z nas zostali politykami. Ba, nie jest i tak, że ci najlepsi z najlepszych zostają parlamentarzystami lub tworzą rząd.
Na marginesie wywodu: żeby zostać posłem, trzeba tego bardzo chcieć. Oczywiście sama chęć nie wystarczy, ale bez chęci się nie uda.
Zatem – przestańmy patrzeć na naszych polityków, jak na osobników gorszych, którzy niczego innego nie potrafią. Owszem większość z nich właśnie taka jest – niczego konkretnego nie potrafi, poza dość prymitywną walką na słowa. Nawet nie na argumenty, ale tylko na słowa. Argument musi być logicznie wywiedziony z sytuacji zastanej i jednocześnie zmierzający do sytuacji postulowanej, a słowa w polityce… czym bardzie emocjonalne, tym lepsze.
Skąd się biorą politycy?
A konkretnie czym jest walka na słowa, a nie na argumenty? Proszę uprzejmie, oto kilka przykład. Poseł X twierdzi, że poseł Y jest lewakiem, nihilistą, nie kocha ojczyzny czyli w sumie jest postkomuną. Na co poseł Y odpowiada, że poseł X jest nacjonalistą i marzy mu się dyktatura. Po chwili zaskoczenia poseł X odpowiada, że zaznał w Polsce jedynie dyktatury proletariatu. Poseł Y ripostuje, że ma dopiero 32 lata i nie ponosi odpowiedzialności za lata PRL-u. Poseł X uśmiecha się szyderczo i stwierdza, że od połowy XIX wieku widmo krąży po Europie – widmo komunizmu. Więc to widmo mógł porazić pradziadków posła Y, a wiadomo że największy wpływ na człowieka ma rodzina. I mogli by tak długo jeszcze, gdyby nie to, że nagle poseł Y oświadcza, że nie miał pradziadków, dziadków a nawet rodziców.
To skąd się pan wziął? – pyta poseł X.
Z Przasnysza – odpowiada – poseł Y.
Śmieszne? Takie sobie, ale przecież w takim duchu toczą się liczne dyskusje w różnych telewizjach.
Wszystkie partie prowadzą teraz w Polsce politykę historyczną. Wygląda to tak, że politycy partii A zarzucają partii B, że dwadzieścia lat temu ich przewodniczący powiedział coś zupełnie innego niż mówi teraz.
Oczekiwania wyborców i oczekiwania elektoratu
Partie w Polsce nie prezentują spójnych, jednolitych i całościowych programów. One jedynie skupiają się na wymyślaniu hitów wyborczych. Chodzi o przedstawienie takiego pomysłu, który zaakceptuje ich elektorat. Piszę „ich elektorat”, bo w istocie walka nie toczy się już o nowych ludzi, lecz o starych. Przepływy elektoratu są w istocie znikome, a scena polityczna jest zabetonowana. Zatem chodzi o wymyślenie jakiegoś nowego datku czy podatku, które zrobią wrażenie. Wtedy elektorat danej partii mówi: „Myślą jednak o nas, to znowu na nich zagłosuję”. Tym samym polskie partie są niewolnikami własnego elektoratu. I muszę realizować oczekiwania tego elektoratu.
I tu jest problem, bo żeby modernizować kraj i społeczeństwo, trzeba ludziom otwierać nowe horyzonty, stawiać nowe cele społeczne. I to są prawdziwie duże wyzwania. Żeby uściślić – ta konieczna modernizacja musi przebiegać głównie w sferze mentalnej. Do zbudowania nowoczesnego społeczeństwa, otwartego na świat i gotowego podjąć nowe wyzwania cywilizacyjne nie wystarczy budowa nowych autostrad, trakcji kolejowych, mostów i osiedli mieszkaniowych.
Istotnym problemem jest to, że żadne społeczeństwo na świecie – w tym i nasze polskie – nie chce nowych wyzwań, bo boi się, że utraci to co już ma. Czyli, na to co nowe, nie stawia ze zwykłej ludzkiej ostrożności. W sumie mamy dość dziwaczna sytuację – społeczeństwo jest konserwatywne, ale oczekuje, że partie będą nowoczesne i rewolucyjne. Inaczej mówiąc – jesteśmy tacy, jacy jesteśmy i od polityków oczekujemy, żeby było jak jest. Owszem mówimy o potrzebie zmian, ale w głębi ducha boimy się nowości. I najważniejsze – skąd brać tych odważnych polityków, skoro oni są krew z krwi naszej i kość z naszej kości?
Tak zupełnie to tego nie ma…
Ktoś już powiedział, ale przytoczę: „Politykiem jest ten, kto zadowala swój elektorat. Natomiast mąż stanu stawia przed społeczeństwem nowe cele, nowe wyzwania. I potrafi przełamać społeczną barierę niechęci do tego wizji nowego świata, do nowego programu”.
Biorąc to pod uwagę, ośmielę się powiedzieć, że mężów stanu to my akurat nie mamy. I jest zupełnie tak samo jak w przedwojennym szmoncesie, o panu który poszedł do sklepu kupić żonie materiał na płaszcz.
– Szukam dobrej, czerwonej wełny na płaszcz dla żony – powiedział pan do sprzedawcy.
– Już, już, służę szanownemu panu uprzejmie – powiedział sprzedawca i zniknął na zapleczu. Po chwili wraca i kładzie przez mężem kupon żółtej wełny.
– Ale ja prosiłem o czerwony…
Sprzedawca najmocniej przeprasza, znowu znika na zapleczu i przynosi wełnę seledynową. I tak kilka razy po kolei pokazuje panu czerwoną, niebieską i brązową tkaninę.
W końcu pan mówi:
– Przecież prosiłem pana o czerwoną wełenkę, nie rozumie pan?
– Wie pan, tak dokładnie czerwonego materiału to my akurat nie mamy.
Zatem tak dokładnie to my akurat męża stanu na składzie też nie mamy.
Z najnowszej historii – w demokratycznym świecie – znam tylko jedynie jednego męża stanu, który wbrew oczekiwaniom większości obywateli doprowadził swój kraj do głębokiej transformacji. Był nim Charles de Gaulle. Miał przed sobą ogromne zadanie – przekonanie społeczeństwa, że nieodwracalnie kończy się czas francuskiego kolonializmu, że kolonialna wojna z Algierią jest wbrew francuskim interesom. Postawił też na ścisłą współpracę Francji z sąsiadami. I to mu się udało.
Z cała pewnością XX wieczni europejscy dyktatorzy mężami stanu nie byli. Bo pomysł, żeby wziąć „ludzi za mordę” nie jest polityką.
Wielkimi politykami byli Churchill i Piłsudski, ale obaj świetnie radzili sobie w czasie wojny, natomiast w czas pokoju znacznie gorzej. I żaden z nich nie chciał modernizować swych ojczyzn. Obaj byli rodem – duchowo – z XIX wieku.
W Europie XX wieku zdarzali się oczywiście wielcy politycy, świetni premierzy, dobrze zarządzający państwami, ale na miano męża stanu nie zasłużyli. Bo tak można określić jedynie człowieka, który zmienia horyzonty i myślenia własnego społeczeństwa.
Nauka w czwartej setce rankingu
A Polsce przydałby się taki mąż stanu, który powiedziałby wprost o takich problemach, jak: niski poziomy życia Polaków, za małe emerytury większości emerytów, tolerancja obyczajowa, zapaść lecznictwa, zły stan przemysłu obronnego, nową politykę energetyczna i marny stan polskiej nauki.
Co do nauki – jeżeli w rankingu 1.000 najlepszych wyższych uczelni na świecie Uniwersytet Jagielloński zajmuje 384 miejsce, a Uniwersytet Warszawski 388, to nie jest to powód do dumy. Nasze uczelnie – w większości – nie są instytucjami służącymi rozwojowi nauk technicznych i przyrodniczych, bo nie prowadzą badań na światowym poziomie. Nie prowadzą, bo są biedne, a badania kosztują. Swoją drogą Jarosław Gowin, jako minister nauki i szkolnictwa wyższego, wprowadził pewne reformy. Bardzo byłbym ciekaw, jakie te reformy przyniosły skutek. Inwestowanie w badania naukowe – choć ta idea jest dla większości społeczeństwa głęboko niezrozumiała – powinno być jednym z głównych celów tego i kolejnych rządów.
Jest także konieczności posiadania silnej i nowoczesnej armii. Co prawda teraz mówią o niej wszystkie partie, ale gdzie oni byli dwadzieścia lat temu? Armia to nie jest kupon materiału, w sprawie którego idzie się do sklepu – jak nie tego to innego i w końcu coś się kupi. Armię buduje się długo i z mozołem, bo w końcu armia to głównie ludzie.
Przez ostatnie dwadzieścia lat wszystkie partie rządzące mocno nas zapewniały, że kraj kwitnie a małe problemy przecież się jakoś rozwiąże. I żaden z polityków nie patrzył w przyszłość wyraźnie i ostro. Bo wszyscy byli w sumie zadowoleni. A jeśli nawet, któryś dostrzegał w przyszłości istotne problemy i poważne zagrożenia, to milczał. Dlaczego? Bo bał się, żeby jego elektorat nie opuścił go.
Dla polityka w sumie lepiej, że opuszcza go rozum niż elektorat.
Przez 34 lata na prawym brzegu Wisły straszył Zygmunt Berling. Zniknął w 2019 r. w „czynie społecznym”. Miasto stołeczne nie miało zamiaru go dekomunizować. Niech to będzie przestroga dla wszystkich samorządów w Polsce: nie chcecie po dobroci, nie słuchacie apeli IPN, czytaj: świadomie łamiecie prawo, to wam pomożemy.
Bo ustawa Sejmu z 1 kwietnia 2016 r. zakazywała propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego „przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej”. Samorządy na usunięcie reliktów sowieckiej dominacji miały dużo czasu, bo aż rok. Wiele nie chciało się zastosować. W Warszawie Hanna Gronkiewicz-Waltz. Jej następca Rafał Trzaskowski nie chciał tak samo, a może jeszcze bardziej – prezydent m. st. wielokrotnie publicznie kontestował wszelkie zabiegi dekomunizacyjne, i niestety skutecznie je zwalczał – patrz przywrócenie większości komunistycznych patronów ulic, czyli faktyczna rekomunizacja. W sprawie Berlinga (Zygmunta) Trzaskowskiego (Rafała) wspierała Jaruzelska (Monika): „Moim zdaniem to akt wandalizmu”. I wiele środowisk (post)komunistycznych.
Z przetrąconymi nogami
I tak urodzony 27 kwietnia 1896 r. w Limanowej Berling straszył w Warszawie zbyt długo. Podobnie, jak w Koszalinie pomnik „Zwycięskiej Armii Radzieckiej”. Wobec takiej samorządowej „opieszałości” monument obalił ostatnio za pomocą koparki 39-letni mieszkaniec. Też w „czynie społecznym”. Pomnik rozpadł się na kawałki, a w sumie szkoda, bo mógł trafić do muzeum komunizmu. Ze względu na swoje wartości edukacyjne (wyjątkowe sowieckie zakłamanie): russkij sołdat przytulał dziewczynkę, która trzymała w ręku symbol pokoju – gołąbka.
Ale wracając do Berlinga. Jego w ogóle nie żal. Stał na czerwonym (nomen omen) cokole, z przetrąconymi (można się domyślać przez sowietów) nogami. Architektoniczne szkaradztwo.
Czy to sukces, że Berling z przestrzeni publicznej zniknął? Nie do końca, bo gdyby nie wspomniani „społecznicy” trwałby dalej. I zakłamywał przestrzeń publiczną, infekując kolejne pokolenia Polaków. Fatalnie to świadczy o władzach stołecznego grodu.
Hołd dla Stalina
Zygmunt Berling był zdrajcą. Ten żołnierz Legionów Polskich, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, w czasie II wojny światowej sam stał się bolszewikiem.
Po agresji sowietów na Rzeczpospolitą we wrześniu 1939 r. wzięty do niewoli. I podzieliłby los ponad dwóch dziesiątków tysięcy polskich jeńców, gdyby nie dał sobie przetrącić nóg, a właściwie całego polskiego kręgosłupa.
NKWD zwerbowało go w obozie w Starobielsku. Werbowali tacy osobnicy jak generał-major Wasilij Maksim Zarubin, wcześniej sekretarz ambasady sowieckiej w Waszyngtonie. Do sowieckiej siatki Zarubina w USA należał Konstanty Gebert (dziennikarz, współzałożyciel Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych), Aleksander Hertz (socjolog), Oskar Lange (ekonomista), Julian Tuwim (poeta).
I znów czytelnikowi należy się powrót do Berlinga: po zdradzie katyńskiej przyjął obywatelstwo ZSRS, współtworząc deklarację hołdu i lojalności wobec mega-mordercy Stalina. Zdrajca Berling zatwierdzał wyroki śmierci na swoich żołnierzach podejrzanych o związki z polskim podziemiem niepodległościowym.
Duch czasów
Ale w Warszawie zostały jeszcze inne pamiątki po sowieckim „wyzwoleniu”. Nie mówię o Pomniku Poległym w Służbie i Obronie Polski Ludowej (przez Warszawiaków nazywanym „pomnikiem utrwalaczy”), rozebranym w 1991 r. (dziś przed Pałacem Lubomirskich stoi pomnik Tadeusza Kościuszki).
Nie mówię też o Pomniku Braterstwa Broni („czterech śpiących”), odsłoniętym na Placu Wileńskim w listopadzie 1945 r. (zniknął dopiero w 2011 r.), czy rok późniejszym Pomniku Wdzięczności Żołnierzom Armii Radzieckiej, upamiętniającym sołdatów poległych w trakcie „wyzwalania” warszawskiej Pragi (dotrwał do 2018 r.).
Tu warto przypomnieć historię „czterech śpiących” (w ramach „braterstwa” z Polakami czterej „spali”, gdy Niemcy zarzynali Powstanie Warszawskie, a trzej walczyli – zarzynali na Pradze polskie podziemie niepodległościowe). Przez lata minister Andrzej Krzysztof Kunert (sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa) wmawiał nam, że „śpiący” muszą pozostać na warszawskiej Pradze, bo „oddają ducha tamtych czasów”. Ale Polacy „ducha” tego poznawali w kazamatach NKWD-owskich i ubeckich katowni. Na Pradze przy ul. 11 Listopada, Ratuszowej, Sierakowskiego, Strzeleckiej. Gdy na drugim brzegu Wisły tliło się jeszcze powstanie, tu „wyzwoliciele” hurtowo wyłapywali i mordowali AK-owców.
A sekretarz Kunert, razem z prezydentem Komorowskim budowali pomnik bitwy polsko-bolszewickiej 1920 r. w Ossowie. Pomnik bolszewicki.
„Mały Franek” contra „Inka”
W tym samym roku co pomnik Berlinga (1985) na Pradze stanął Pomnik Kościuszkowców – w 40. rocznicę „wyzwolenia” Warszawy. Tym razem nie „zawdzięczamy” go Andrzejowi Krzysztofowi Kunertowi, ale Włodzimierzowi Sokorskiemu – komunistycznemu dygnitarzowi, który był nie tylko politrukiem lWP, funkcjonariuszem KPP i PPR, ale także Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Pomnik stoi do dziś…
I przynajmniej jeszcze jedna stołeczna sowiecka „pamiątka”: Pomnik Partyzanta przy rondzie de Gaulle’a, poświęcony Gwardii Ludowej i Franciszkowi Zubrzyckiemu (po remoncie w 2014 r. na cokole pojawił się dla zmyłki nowy napis: „Partyzantom walczącym o wolną Polskę w czasie II wojny światowej”). Ten „Mały Franek” wsławił się jedną akcją na polską leśniczówkę, podczas której zabrał dubeltówkę i 5 tys. złotych. Można powiedzieć: taki (sowiecki) bohater, jakie (sowieckie) wyzwolenie. Ulicy Zubrzyckiego wyjątkowo – w ramach rekomunizacji – Rafał Trzaskowski nie przywrócił. Najwyraźniej Danuta Siedzikówna „Inka”, która „Małego Franka” zastąpiła, jest zbyt znana, a w bezideowej prokomunistycznej polityce liczą się przecież słupki poparcia.
Nigdy nie zapomnę tamtego dnia z końca kwietnia 1986 roku. Było bardzo przyjemnie. Ciepło. Wiele osób już w podkoszulkach. W drodze powrotnej z liceum, koleżanka z innej szkoły zaczęła opowiadać, że jej tata coś nieprawdopodobnego usłyszał „w takim jednym radiu”.
Wieść o katastrofie nuklearnej w komunistycznym kraju, dla obywatela (co prawda przymusowego, ale jednak) innego komunistycznego kraju, nawet tak młodego, jak ja wówczas, była przecież niepojęta. Nagle, nasze mamy, ciocie, chociaż mieliśmy już po 16, 17 lat, zaczęły nam wlewać jakiś brunatny płyn do ust. Ktoś mówił, że to już nie pomoże, bo katastrofa jądrowa na Ukrainie była kilka dni wcześniej. Tyle, że myśmy o tym nic nie wiedzieli, dopiero czwartej doby po wybuchu podano to oficjalnie.
Było ciepłe środowe popołudnie 30 kwietnia 1986 roku, na jakiekolwiek przeciwdziałanie skutkom awarii elektrowni atomowej było za późno… Nawet gdybym wypił wtedy dziesięć litrów roztworu jodyny.
Proszę wybaczyć sentymentalny wstęp, ale rzeczywiście tylko we wspomnieniach możemy nieco lepiej uchwycić to, co dziś wydaje się zwykłą rutyną informacyjną: „Katastrofa w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej na terenie Ukraińskiej Republiki zależnej ZSRS nastąpił w nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 w reaktorze jądrowym. Przegrzanie się rdzenia doprowadziło do wybuchu wodoru, pożaru oraz rozprzestrzenienia się substancji promieniotwórczych poprzez promieniowanie” – napisano w nieco przeze mnie zmodyfikowanej notatce księgi internetowych mądrości. To teraz możemy przeczytać prawie wszystko o największej, na równi z awarią w japońskiej Fukushimie, katastrofie w historii energetyki jądrowej.
Skutki błędu w ruskiej konstrukcji reaktora to pycha sowieckich inżynierów i władców Kremla, którym do głowy nie przyszło, że coś takiego może się stać w komunistycznym imperium imienia Lenina. Skażeniu uległ obszar w granicach trzech państw, w sumie nawet do 150 tys. kilometrów kwadratowych (w porównaniu ponad połowa terytorium Polski). Radioaktywne promieniowanie rozeszło się po całej Europie. Notowano je wszędzie a największe było m.in. w Polsce, krajach bałtyckich, Skandynawii, ale spore dawki przeniknęły też do Niemiec, państw Beneluxu, Austrii a nawet Włoch.
Po skażeniu na Ukrainie ewakuowano i przesiedlono ponad 350 tys. osób. Dziesiątki tysięcy zmarły na skutek następstw choroby popromiennej, a w ciągu 36 lat od wybuchu – jak się szacuje – na nowotwory wywołane skażeniami po czarnobylskim wybuchu zapadły miliony ludzi. Ilu udało się przeżyć popromiennego raka? Nie wiadomo.
Gdyby wybuch nie nastąpił w komunistycznym kraju, byłoby jak w Japonii 11 lat temu. O katastrofie powiadomiły odpowiednie służby w ciągu kilku godzin, nie dni. Prawdopodobnie w okolicach Fukushimy udało się ocalić od chorób, a nawet śmierci, setki tysięcy lub nawet kilka milionów osób. Gdyby tak było w Czarnobylu. Gdyby…
Sowieci a teraz Rosjanie, choć to przecież w końcu ruscy, gdzieś mają śmierć i cierpienia. Nawet swoje. Dziwna, niebezpieczna i prymitywna to nacja.
Po inwazji na Ukrainę dwa miesiące temu nikt nie przekona mnie, że są jacyś „dobrzy” Rosjanie. Może i są, ale jeszcze o tym nie wiedzą lub boją się ową „dobroć” okazać. Bo ruscy działają w grupie, jak zespoły „naukowców” sowieckich po wybuchu w Czarnobylu, których przedstawiciele stwierdzili w kilka dni po katastrofie, że ludziom parę kilometrów od elektrowni nic nie będzie, bo przecież jest słońce, nic się nie dzieje, a ptaki latają… Szczególnie te ptaki, które w momencie wybuchu były daleko. Nie wiem, czy Rosja ma duszę, ale na pewno ma głupotę, którą lata tchórzostwa obywatelskiego spotęgowały…
Po Buczy, Charkowie i Mariupolu, nietrudno już wyobrazić sobie tępotę umysłową prowadzącą do bestialstwa. W końcu nie tak dawno temu, raptem 36 lat. Czarnobyl był niewyobrażalnym owocem głupoty ruskich aparatczyków i komunistycznych technokratów a głupota owa skończyła się też bestialstwem oraz zniszczeniem i pogardą dla mieszkańców – śmiercią cierpieniem i latami zapóźnienia cywilizacyjnego dla ludzi żyjących w czerwonej klatce. Teraz w klatce putinowskiego reżimu, z której przecież łatwiej wyfrunąć jak za komuny.
Teraz mordercy z mundurach z naszywką rosyjskiej armii strzelają do urządzeń innej ukraińskiej elektrowni jądrowej, może nawet azjatycka horda niszczyła wskaźniki instalacji atomowych. Ktoś powie: „…to przecież głupie i mogące doprowadzić nie tylko do samozagłady, ale i zagłady. Tak, racja. Może się taka zabawa skończyć jednym wielkim „bum”.
Obecnie, kiedy bandy uzbrojonych ruskich grasują w elektrowniach atomowych na Ukrainie, skutek takich wypadów, na przykład, próby rabunku czegokolwiek stamtąd może być odczuwalny w całej Europie. Także tam, gdzie miłuje się nadal Putina, czyli we Francji, Niemczech, Niderlandach, czy we Włoszech.
Tylko teraz skutek może być szybszy, bowiem eksplozja od razu doprowadzi, że zbrojący przez lata Rosję liderzy państw awangardy UE od razu poczują ciepło miłości Putina na własnym ciele topiącym się wraz z garniturem za kilka tysięcy euro…
Doświadczenia historyczne polskiego króla Kazimierza Wielkiego mogą być przykładem dla współczesnych polityków – pisze ukraiński dziennikarz.
W tym roku Wielkanoc w Kazimierzu Dolnym obchodzona była dwukrotnie. 17 kwietnia lokalni katolicy świętowali Zmartwychwstanie Chrystusa wraz z całym katolickim światem, ale miasto nad Wisłą jest teraz domem dla kilkuset chrześcijan Wschodu, którzy świętowali Zmartwychwstanie Chrystusa w tygodniu 24 kwietnia. W ten sposób Wielkanoc zamieniła się w dwutygodniowe święto. Chrześcijanie mówili sobie nawzajem, że Bóg jest tylko jeden, z radością witali święto słowami „Chrystus zmartwychwstał!” i „Naprawdę zmartwychwstał!”
Wizje na Rynku w centrum Kazimierza
Legendarny pies. Fot. Mykoła Semena
Stojąc w centrum Kazimierza na Rynku, możesz wyobrazić sobie siebie w centrum wszechświata. Każda myśląca osoba tutaj nagle zostaje otoczona przez wieki europejskiej historii, mądrość miejskich legend. Jest to studnia, która nie tylko leczy dawne choroby, ale także leczy rany psychiczne, czyni ludzi bardziej przyjaznymi i milszymi. Ludzie chcą więcej dobra, więc piją wodę. I możesz sobie wyobrazić, jak bogaty arabski kupiec zabiera syna do studni, aby go uleczyć z choroby. I właśnie tam na prawo z alei wyszła z koszykiem w ręku córka miejskiego szewca Rafaela, legendarna Esterka Malakh. Jedzie do galerii handlowych po smakołyki, którymi poczęstuje Kazimierza Wielkiego, który już schodzi do miasta ze swojego zamku. A tutaj, pod kawiarnią, pies Vernix wita wszystkich przechodniów, z nosem wypolerowanym na miedziany połysk przez dotyk milionów turystów. Wygląda na to, że właśnie przekroczył Wisłę i gratuluje wszystkim mieszkańcom Kazimierza Wielkanocy. Po lewej stronie, tuż przed kilkoma sklepami miejskimi o tej samej nazwie „Kohuty”, na chodniku jest już ostatni czarny kogut na Kazimierzu, który teraz przechytrzy samego diabła. A chrześcijanie z miasta już spieszą się w góry i zaczynają uświęcać wąwóz diabła wodą święconą, po czym zostanie pokonany i opuści miasto na zawsze, uwalniając jego mieszkańców od nieszczęścia. A tam, w głębi ulic, przebiegły mieszczanin udał się już do Metłowej Baby, by poprosić o magiczny eliksir, oczarować przystojnego młodzieńca i zabić jej męża. Jednak dobra wiedźma odgadła jej plan i nie da jej eliksiru. A jeśli wsłuchasz się w szum kazimierskiego wiatru, usłyszysz, jak wściekły mieszczanin oskarża staruszkę o czarną magię. Ale wszyscy mieszkańcy miasta bronili dobrej wiedźmy i nie oddali jej Inkwizycji. Czarownica nadal czyni dobro ludziom, a przebiegły mieszczanin zostanie haniebnie wygnany z miasta. A po wszystkich wizjach chcę pospiesznie wrócić do studni, aby na Święta napić się jej święconej wody, co gwarantuje, że ci, którzy już znają jej smak, na pewno powrócą do magicznego Kazimierza…
Kolonia sztuki w mieście nad Wisłą
– Od ośmiu lat świętuję Wielkanoc dwa razy, odkąd zamieszkałam na Kazimierzu – mówi Olena Suvorova. Do Polski przeprowadziłem się z ukraińskiego Dniepropietrowska i zafascynowali mnie ludzie, przyroda i bogactwo artystycznego świata Kazimierza.
Pani Olena Suvorova obecnie aktywnie pomaga zarówno mieszkańcom Ukrainy, jak i uchodźcom z Ukrainy, którzy wyjechali do Polski. Jej przyjaciele, koledzy, znajomi, którzy są teraz w wojsku i obronie terytorialnej, pozostali w Dnieprze (dawniej Dniepropietrowsk) oraz w Charkowie. Zbiera dla nich pomoc humanitarną, wysyła paczki z amunicją wojskową, apteczkami, lekarstwami, śpiworami, nakolannikami itp., zbiera i wysyła pieniądze…
Kolonia Artystyczna na Kazimierzu zaczęła powstawać w czasie I wojny światowej, kiedy po 1909 r. przyjaciel Paula Gauguina, profesora warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, Władysław Ślewiński, i jego kolega Tadeusz P., również wykładowcy w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych zaczęli organizować dla swoich studentów plenery. Z roku na rok, od 1913 roku, brało w nich udział coraz więcej młodych i dojrzałych artystów. Miasto nad Wisłą pozostawiło szczególny ślad w twórczości takich artystów jak Maurice Trembach, Nathan Kozhen, Roman Rosenthal, Israel Tykocinsky i wielu innych.
Za artystami podążali pisarze. Aktywne życie świata sztuki w mieście wpłynęło na ukształtowanie się specyficznego, kazimierskiego kierunku, zarówno w plastyce, jak iw literaturze polskiej.
– Czy w sztuce jest pewien styl kazimierski i co to jest? – pytam panią Olenę.
– O tak, styl Kazimierza przejawia się w zwiększonej dbałości artystów o przedstawianie niepowtarzalnej natury, która jednak nie przysłania, ale jest wspaniałym tłem dla ludzkich uczuć, doświadczeń, aspiracji, walki dobra ze złem we wszystkich ich manifestacje. Dlatego Kazimierz zajmuje szczególne miejsce na Ziemi i w historii…
Rzeczywiście, gdzie indziej na świecie jest miasto, które odwiedza do 1,5 miliona turystów rocznie, z ponad 100 artystami różnych sztuk, a ich prace wystawiane są w ponad 30 galeriach?
Pani Olena Suvorova jest znaną artystką w całej Polsce. Jej prace z ceramiki artystycznej często pojawiają się na wystawach wyrobów artystycznych i cieszą się dużym zainteresowaniem wśród miłośników tej sztuki. Wykonuje oryginalne artykuły gospodarstwa domowego – spodki, filiżanki, talerze, pamiątki artystyczne.
– Co jest twoją inspiracją, źródłem nowych pomysłów w sztuce? – pytam.
– Dwie rzeczy – odpowiada. – Po pierwsze to bogata przyroda Kazimierza, która jest niewyczerpanym źródłem kolorów, odcieni, kształtów, linii. Po drugie, to praca innych ukraińskich ceramików, z którymi dzielę się doświadczeniami i pomysłami. Wśród nich są na przykład słynni krymscy ceramicy Rustem Skibin i Marina Kurkchi. Mam trochę ich pamiątek, mam swoje prace w ich zbiorach. Przed wojną aktywnie współpracowaliśmy, mieliśmy twórcze kontakty, spotykaliśmy się. Mam nadzieję, że po wojnie więzy tylko się zacieśnią…
Pani Olena Suvorova biegle posługuje się językiem ukraińskim i polskim i często wykorzystuje tę wiedzę, aby pomóc Ukraińcom. Na przykład Dariusz Popławski, dyrektor Domu Dziennikarza SDP w Kazimierzu Dolnym, zaprosił panią Olenę do pomocy, gdy w placówce tej znalazło schronienie ponad 60 ukraińskich sierot z Domu Dziecka w Mariupolu, którzy uciekli przed wojną i rosyjskimi bombami. Potrzebne było tłumaczenie dużej liczby dokumentów i innych materiałów. Zajęło to kilka dni ciężkiej pracy.
– Wojna zabiera wszystkie siły – mówi pani Olena Suvorova. – Minęło 50 dni bez odpoczynku, jest bardzo ciężko, ale jestem pewien, że przeżyjemy i wygramy. Zresztą teraz czas i możliwości kreatywności są ograniczone. Uchodźcy mieszkają w mojej pracowni. Czasami, gdy pojawia się inspiracja, tworzę w swoim pokoju, ale teraz to rzadkość. Mam nadzieję, że po wojnie nadrobimy wszystko co stracone…
Szkoła Przyjaźni Polsko-Ukraińskiej…
Marcin Pisula w kazimierskiej szkole. Fot. Mykoła Semena
Kazimierz ma piękną nową szkołę, wybudowaną według nowoczesnych wymagań edukacyjnych i sanitarno-architektonicznych zamiast starej, zniszczonej przez przypadkowy wybuch gazu w 2017 roku. Do szkoły wprowadził mnie Marcin Pisula, historyk, zawodowy przewodnik i praktyk turystyki. W tym jasnym pomieszczeniu mieści się Centrum Pomocy Humanitarnej Ukrainie i Uchodźcom z Ukrainy, którzy schronili się na Kazimierzu. Gromadzi się tu pomoc humanitarną, udzielane są niezbędne konsultacje, uchodźcy mogą też skorzystać z bezpłatnych kursów języka polskiego prowadzonych przez znaną nauczycielkę Evę Volna, która kieruje również pracą kilku teatrów amatorskich w Kazimierzu.
– Nasza bliska przyjaźń z Ukrainą rozpoczęła się w 2017 roku, kiedy na Zamku w Ostrogu podpisaliśmy porozumienie o współpracy z kilkoma ośrodkami edukacyjnymi z Wołynia, przede wszystkim z miastem Tuchyn i innych regionów – mówi dyrektor szkoły w Kazimierzu Janusz Rachkevych. – Odbyliśmy już wzajemne wymiany turystyczne, konferencje, zorganizowaliśmy uroczystości wielkanocne w formie „tortu wielkanocnego”. Dla ukraińskich dzieci mieszkających w Kazimierzu stworzyliśmy teraz trzy klasy do nauki języka polskiego. Jeśli wojna rosyjska na Ukrainie nie zakończy się latem i dzieci nie będą mogły wrócić do domu, jesienią planujemy przyjąć ponad 65 uczniów na nasze wspólne polsko-ukraińskie lekcje, gdzie zgodnie z ogólnym programem będą uczyć się dzieci uchodźców.
Latem szkoła planuje wiele wydarzeń dla ukraińskich dzieci, takich jak koncerty muzyki fortepianowej, różnego rodzaju konkursy. Placówkę mają odwiedzić też uczniowie z kilku krajów europejskich. Spotkają się z ukraińskimi dziećmi, którzy opowiedzą im o rosyjskiej wojnie na Ukrainie.
Lydia Druzhynovych-Novosad, nauczycielka z Ukrainy, pomaga mi w rozmowie kwalifikacyjnej w szkole w Kazimierzu. Opanowała język polski, pracuje tu jako nauczycielka, łączy dzieci polskie i ukraińskie w przyjacielskie grupy. Lidia jest także utalentowaną poetką, jej wiersze są przesiąknięte prawdziwymi uczuciami, przepełnione poezją życia, w wielu przypadkach nie są gorsze od dzieł słynnej ukraińskiej poetki, już klasyka Liny Kostenko. Lydia opublikowała zbiór swoich prac, teraz przygotowuje kolejny tomik. Aktualną sytuację na świecie opisała w wierszu „Każdy ma swój front!”:
Noce dzielą się na „przed” i „po”.
Podzielone losy, złamane marzenia.
Wstąpił niepokonany duch Ukraińców:
wojen nie spodziewano się – czekały na wiosnę.
Ale buty Moskwy niszczą Ukrainę
bezwzględnie i dziko, nawet gorzej niż horda.
Jesteśmy silni, musimy być silni!
Niech sady wiśniowe kwitną co roku!
Bo bociany już wróciły do domu,
i nie ma domu. A wiara żyje.
Nigdy nie wybaczymy śmierci i zastraszania.
Z ruin wyłoni się nowy kraj!
A język, wiara i prawda to jedno…
na zawsze z nami – ze szkodą dla Moskali.
Gdzie słoneczne poranki, wierzba i kalina,
Tam, gdzie śpiewa słowik, jest ojczyzna.
Gabinet Marii Kuncewiczowej w willi Pod Wiewiórką. Fot. Mykoła Semena
Marcin Pisula opowiada mi, że natura i artystyczna atmosfera Kazimierza stały się źródłem twórczości słynnej polskiej pisarki Marii Kuncewiczowej. To właśnie pejzaże Kazimierza zainspirowały ją do napisania książki „Dwa księżyce”, spopularyzowanej przez film Andrzeja Barańskiego. Marcin Pisula oprowadził mnie po muzeum pisarki. Mieści się ono w domu, w którym mieszkała wraz z mężem Jerzym Kuncewiczem, prawnikiem, pisarzem i politykiem ruchu ludowego w Kazimierzu Dolnym. Willa „Pod Wiewiórką” wzniesiona została w 1936 roku według projektu Karola Sicińskiego. W czasie II wojny światowej Kuncewiczowie byli na emigracji. Po powrocie do Polski, na początku lat 60. zamieszkali w Kazimierzu i skupili wokół siebie wybitne osobistości – artystów, pisarzy, dziennikarzy, polityków. W 1984 roku umarł Jerzy Kuncewicz, Maria postanowiła nie opuszczać Kazimierza, mieszkała tu aż do śmierci w 1989 roku. Zgodnie z ostatnią wolą pisarki jej dom skupia artystów i stał się swoistym centrum sztuki. Stało się to możliwe dzięki Fundacji Kuncewiczów, założonej w 1992 roku przez syna Marii i Jerzego – Witolda.
Bronił Kazimierza przed wojskami rosyjskimi
Miejsce pamięci Juliusza Małachowskiego. Fot. Mykoła Semena
Marcin Pisula zna historię Kazimierza. Zabrał mnie do miejsca pamięci bohaterskiego czynu Juliusza Małachowskiego. Jego imieniem nazwano w Kazimierzu wąwóz i ulicę. Wśród prastarych lasów otaczających miasteczko, pomiędzy kilkusetletnimi drzewami wzniesiono pamiątkową stelę, na której widnieje napis że to tutaj 18 kwietnia 1831 r. dokonał swego bohaterskiego czynu polski patriota Juliusz Małachowski.
Był najmłodszym synem generała Stanisława Aleksandra Małachowskiego. Aktywnie uczestniczył w Powstaniu Listopadowym (1830). Utalentowany poeta biegle posługiwał się zarówno mieczem jak i piórem. Stworzył hymn swojej jednostki bojowej. Juliusz dowodził batalionem strzelców sandomierskich, który zorganizował na własny koszt. Wyróżnił się śmiałym atakiem na rosyjskie koszary w Puławach 26 lutego 1831 roku i zasłynął podczas bitwy puławskiej 3 marca tego roku. 7 marca 1831 odznaczony Złotym Krzyżem Orderu Virtuti Militari. 17 kwietnia 1831 r. pod Wronowem uratował wojska polskie przed klęską. A kiedy dzień później siły rosyjskie zaatakowały Kazimierz, łucznicy Małachowskiego stoczyli bitwę na skraju wąwozu. Niestety zabrakło im amunicji i właśnie wtedy 29-letni podpułkownik Małachowski poprowadził do ataku swój batalion uzbrojony tylko w kosy. Juliusz jest pochowany w rodzinnym grobowcu w Końskich.
Mimo klęski Powstanie Listopadowe przyczyniło się do wzrostu samoświadomości narodowej Polaków, powstania idei państwowości narodowej, szerzenia nastrojów demokratycznych, przejawiających się w dążeniu do reform społecznych. W 1831 roku po raz pierwszy pojawiło się hasło „Za naszą i waszą wolność!”, skierowane do wszystkich narodów uciskanych przez Imperium Rosyjskie. Europejska opinia publiczna przychylnie odnosiła się do walki Polaków z rosyjską autokracją, a kwestia polska została od tego czasu utożsamiana z walką o wolność i demokrację w Europie. Po klęsce Powstania Listopadowego kraje Europy Zachodniej przyjęły dużą liczbę polskich emigrantów. Teraz Polska zapewnia schronienie uchodźcom z Ukrainy uciekających przed nową rosyjską wojną. A mieszkańcy Kazimierza są w to aktywnie zaangażowani…
Jaki powinien być fundament pokoju w XXI wieku?
Krótkowzroczni analitycy piszą o wojnach i rewolucjach, ogólnie o wielkich i małych konfliktach, jako o „lokomotywach historii”. Podobno dają impuls do postępu, zachęcają do nowych wynalazków, ulepszeń, nowych dzieł sztuki. Co za obrzydliwe kłamstwo! Rezultatem Wielkiej Rewolucji Francuskiej, która przelewała ludzką krew od 1789 do 1875 roku, było powstanie III Republiki. Czy po tych wszystkich zabójstwach można to uznać za postęp? W końcu republika jako forma rządu znana jest od starożytnego Rzymu, a we Francji można by ją ustanowić bez wyrzeczeń, poprzez stopniową ewolucję, gdyby tylko Francuzi tego chcieli.
Skutkiem bolszewickiego puczu 1905-1917 w Rosji było powstanie najbardziej brutalnej na świecie stalinowskiej dyktatury, która w XX wieku doprowadziła do śmierci ponad 110 milionów istnień ludzkich. I gdyby nie zamach stanu z 1917 roku, nie maniakalna chęć zbudowania komunizmu w jednym kraju, nie błędne nauki Lenina i Stalina, pokojowy rozwój Rosji i okolicznych terenów mógłby doprowadzić tę część świata do najbardziej rozwiniętego społeczeństwa. i formacje państwowe.
Dwie wojny światowe XX wieku cofnęły ludzkość do czasów średniowiecznego okrucieństwa, dzikości, morderstw i samozagłady. Podczas wojen ludzie tracą to, na co zapracowali, swoją godność i wolność. Po dwóch wojnach XX wiek był właściwie stratą czasu dla rozwoju Europy i dużej części Azji…
Czy zasady „Wolność! Równość! Braterstwo!” (lub miraże pod takimi nazwami?) można było osiągnąć tylko przez przelanie w większości niewinnej krwi? Jeśli na pierwszy rzut oka zrozumiemy całą historię ludzkości, zobaczymy, że linia rozwoju społeczeństwa ludzkiego osłabła w czasie wojny i innych niespokojnych lat, po czym, ledwie wychodząc z kryzysu, podniosła się dzięki nowym wynalazkom, nowym naukom, nowe osiągnięcia gospodarcze i humanitarne nie poprzez rywalizację i wojnę, ale poprzez współpracę i pokojową kooperację. Zobaczymy, że wojny i rewolucje zniszczyły tylko to, co zostało zbudowane i osiągnięte dzięki współpracy ludzi w czasie pokoju. Ale z większym zapałem za każdym razem ludzkość zaczynała odbudowywać zniszczone, licząc na zdrowy rozsądek i sumienie polityków.
Bardzo podobne do tych fal są znane „wielkie fale” zabitego w Gułagu rosyjskiego ekonomisty Nikołaja Kondratiewa – wzrost gospodarczy następuje wtedy, gdy umacnia się harmonia i współpraca, a ginie w sporach i konfliktach. Podobnie ogólny rozwój człowieka – czyli wzrost współpracy humanitarnej, rozwój edukacji, nauki, techniki, ekonomii, sztuki zależy od harmonii, ilości i głębi współpracy, od połączenia wysiłków twórczych, a nie od przewrotów politycznych i nie o liczbie bomb i pocisków zrzucanych na ludzkie głowy. I wreszcie biblijny przykład: ludziom udałoby się zbudować Wieżę Babel, mając wspólny język i wspólne intencje, a nie mogli jej ukończyć z powodu konfliktów, utraty wzajemnego zrozumienia i twórczej komunikacji…
I znowu dzisiaj, właśnie z powodu utraty szans rozwojowych w XX wieku, najbardziej zacofana część Europy – Rosja – toczy nie tylko gorącą wojnę agresji przeciwko Ukrainie, ale także energetyczne, informacyjne wojny hybrydowe przeciwko Polsce, innym europejskim krajów i świata. Ta hybrydowa wojna zabiła już dziesiątki tysięcy ludzi, w tym setki dzieci, a także ogromne straty ekonomiczne na całym świecie. Według ukraińskiego analityka Mychajło Honczara, szefa Centrum Strategii XXI, mamy do czynienia z zakrojoną na szeroką skalę, systemową, wieloaspektową, hybrydową rosyjską agresją na świat.
Dlaczego Kazimierz III Wielki może być wzorem dla obecnych polityków
Widać wyraźnie, że na tym tle rośnie cena polityków, którzy nie są w stanie wojny, ale systematycznie rozwiązują wszystkie problemy poprzez współpracę, która jest główną drogą rozwoju Europy w XXI wieku. A doświadczenia historyczne polskiego króla Kazimierza Wielkiego mogą być przykładem dla współczesnych polityków. Najpierw doszedł do władzy legalnie. Państwo było w trudnej sytuacji. Królestwo Polskie zajmowało ograniczone terytorium i składało się tylko z dwóch ziem: Wielkopolskiej i Małopolskiej. Ziemie kujawskie, dobrzyńskie i pomorskie zajęli Krzyżacy, a niektórzy książęta śląscy uznali zwierzchnictwo Królestwa Czeskiego, z którym również Polska była formalnie w stanie wojny. Ale Kazimierz, późniejszy Wielki, nie zaczął od wojen. Jego polityką wewnętrzną w Polsce jest centralizacja kraju. Za panowania Kazimierza w Polsce aktywnie budowano nowe miasta i zamki. W latach 1337–1346 przeprowadził reformę monetarną, a w 1347 roku wydał Statuty wiślane i piotrkowskie, pierwsze kompletne zapisy polskiego prawa zwyczajowego. Wzmocnił gospodarkę kraju, rozwinął produkcję towarów. Od 1367 r. zaczął bić pierwszą monetę państwową, pieniądz krakowski, który miał zastąpić rozpowszechniony wówczas pieniądz praski. Dbał o edukację swoich obywateli, zbudował wiele szkół, a w 1364 założył Uniwersytet Krakowski, który dzięki wpływowi jego i jego uczniów na rozwój Europy uważany jest obecnie za „najtrwalszy twór króla”. W 1335 roku (ostatecznie w 1339 roku) zrzekł się praw do Śląska i Płocka na rzecz ziem czeskich, a także zrzekł się roszczeń króla Jana Luksemburczyka do korony polskiej.
W 1363 zorganizował w Krakowie zjazd monarchów europejskich, w którym uczestniczył cesarz Karol IV Świętego Cesarstwa Rzymskiego, król Ludwik Węgierski, Król Danii Waldemar IV, król Cypru Piotr I, książę Austrii Rudolf IV Habsburg i inni.
A jednym z głównych działań Kazimierza była walka o spuściznę upadłego państwa galicyjsko-wołyńskiego. Na podstawie więzów dynastycznych, a nie drogą wojny, postanowił objąć tron galicyjsko-wołyński,. Po pierwszych wiadomościach o śmierci Jurija-Bolesława Kazimierz bardzo szybko zdołał zebrać armię i w połowie kwietnia zajął Lwów i wyjął ze skarbca książęcego regalia koronacyjne, by nie dopuścić do koronacji kolejnego pretendenta.
I nawet wojny Kazimierza nie były krwawe. Maszerował na ziemię Przemyśla, kilka innych miast. Ograniczył się jednak do formalnego uznania swoich praw królewskich do tronu Rosji. W rezultacie Dmytro Dedko i Kazimierz podpisali porozumienie pokojowe. Od tego czasu rozpoczęła się wieloletnia konfrontacja Wielkiego Księstwa Litewskiego z Rosją z Kazimierzem i jego spadkobiercami o spuściznę królów Rosji, która trwała do 1392 roku.
W 1349 r. Kazimierz został koronowany we Lwowie na króla Rosji. Jednak Królestwo Rosji przez jakiś czas istniało jako odrębne, niepodległe państwo, zjednoczone z Polską pod wspólnym monarchą. Kazimierz ograniczył się do formalnego uznania praw królewskich i wrócił do Polski. Nie zmienił starego porządku w Królestwie Rosji.
Kazimierz został opisany jako „król niewolników” za rozszerzanie praw majątkowych, cywilnych i religijnych na zwykłych ludzi. Ale główny rezultat jest taki, że za jego panowania terytorium Polski wzrosło 2,5-krotnie.
W 1356 r. Kazimierz nadał Lwowowi prawo magdeburskie na wzór Krakowa. Z jego inicjatywy wybudowano miasto w zachowanych do dziś układach przestrzennych: z rynkiem centralnym, murami miejskimi, katedrą katolicką i niezachowanym zamkiem niskim, który na ponad 500 lat stał się symbolem władzy królewskiej we Lwowie . Kazimierz wybił monety dla Królestwa Rosji z wizerunkiem Lwa Galicyjskiego, wydał kilka aktów dla Królestwa Rosji w języku rosyjskim. Tak nazywał się wówczas język Królestwa Rosji, czyli język ukraiński, dopóki Rosja nie przywłaszczyła sobie nawet historycznej nazwy Ukrainy, Rosja.
Możemy więc zadać pytanie: gdzie są początki pokoju i skłonności do współpracy tkwiące w królu Kazimierzu Wielkim? Oczywiście tych źródeł jest wiele, ale chyba najważniejsze z nich – wielkość przyrody w Kazimierzu Dolnym, spokój nad Wisłą, miłość Estery! I to jest wielka rola, jaką małe i piękne miasta Europy odgrywają w historii świata.