Gwardyjscy kaci putina

18 kwietnia 2022 roku władimir putin przyznał tytuł „gwardyjskiej” 64. samodzielnej brygadzie strzelców zmotoryzowanych armii rosyjskiej. 28 marca analogiczny ukaz przyznał ten tytuł 155. brygadzie piechoty morskiej. Obydwa te oddziały wojskowe działały w Buczy. Pozwala to stwierdzić, że tej wiosny w federacji rosyjskiej rozpoczął się nowy rozdział cynizmu na wyższym, państwowym poziomie.

Tradycyjnie gwardią nazywa się zwycięskie podrozdziały o najwyższej wartości bojowej, jakie pokazały męstwo i odniosły zwycięstwo na polu walki. Ale tym razem chodzi o całkowicie inne czyny. Obydwie „gwardyjskie” jednostki w marcu 2022 roku przebywały w miasteczku Bucza na przedmieściach Kijowa. Stało się ono znanym na całym świecie symbolem zbrodni wojennych okupantów. Zamordowani mieszkańcy – mężczyźni, zgwałcone kobiety i niepełnoletnie dziewczyny, zrujnowane budynki. 85% odnalezionych ciał ma rany postrzałowe. Ofiarami kilku tygodni okupacji padło ponad 400 mieszkańców Buczy. Czemu okupanci Buczy zostali gwardzistami? prezydent rosji zaczął nagradzać rosyjskich wojskowych w pierwszych dniach wojny. W celu wręczenia nagród szef tamtejszego ministerstwa obrony odwiedzał szpitale i przyjeżdżał na okupowane terytorium. Ale z 64 samodzielną brygadą strzelców zmotoryzowanych i 155 brygadą piechoty morskiej sytuacja wydaje się całkiem inna. Gospodarz kremla w poprzednim tygodniu porównywał oskarżenia o zbrodnie wojenne w Buczy z „fejkami o ataku chemicznym w Syrii”. Mówił, że są to zjawiska jednego rodzaju. Na tym tle absolutnie nie dziwi mianowanie dowódcą rosyjskich wojsk w Ukrainie aleksandra dwornikowa, którego nazywają „syryjskim katem”. Ma on, oczywiście, osobiste przyzwolenie putina na jakiekolwiek działania, jakie pozwolą na osiągnięcie postawionych celów. Nowi „gwardziści” stali się innym symbolem. putin i jego poplecznicy plują na otaczający ich świat. prezydent rosji nagrodził katów, gwałcicieli i maruderów. Rosyjska władza nie ukrywa pragnienia zniszczenia Ukraińców jako narodu i Ukrainy jako państwa. Trzeba powstrzymać ich wspólnymi wysiłkami, alternatywy nie ma.

Yewhen Mahda

Pisownia małych i dużych liter w tekście jest celowa.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Co dalej z sowieckim cmentarzem i ambasadą?

Oprócz Pałacu Stalina, który zajął znaczną część historycznego centrum Warszawy, mamy w stolicy jeszcze przynajmniej dwa wielkie sowieckie obiekty: ambasadę w Alejach Ujazdowskich i cmentarz-mauzoleum przy ul. Żwirki i Wigury. Skąd się wzięły i co z nimi zrobić?

O cmentarzu żołnierzy radzieckich (dokładny adres ul. Żwirki i Wigury 5) jest ostatnio głośno za sprawą prowokacji 9 maja 2020 r., kiedy to ambasador Rosji Siergiej Andrejew przybył złożyć kwiaty sowieckim „wyzwolicielom” i… został oblany sokiem malinowym.

To największa w Polsce sowiecka nekropolia wojenna. Została otwarta 9 maja 1950 r., w piątą rocznicę „wyzwolenia” Polski przez Armię Czerwoną, co było pierwszą, założycielską prowokacją.

Cmentarz powstał błyskawicznie: w ciągu roku, przyjmując prochy ok. 22 tys. żołnierzy sowieckich 1 Frontu Białoruskiego, poległych w walkach z Niemcami o Warszawę, ekshumowane z cmentarzy lokalnych oraz tymczasowych.

Ale cmentarz przy ul. Żwirki i Wigury to nie tylko groby, to również ogromne założenie architektoniczno-parkowe o powierzchni niemal 20 hektarów. Szczególną uwagę zwraca granitowy obelisk o wysokości 21 metrów, zwieńczony sowiecką gwiazdą, a jeszcze bardziej napis na nim: „Ku wiecznej chwale bohaterskich żołnierzy niezwyciężonej Armii radzieckiej, poległych w bojach z hitlerowskim najeźdźcą o wyzwolenie Polski i naszej stolicy Warszawy”.

I niewiele zmieniła tu korekta, wprowadzona w 2015 r. O tej pory tekst brzmi: „Pamięci żołnierzy Armii Radzieckiej poległych o wyzwolenie Polski spod okupacji niemieckiej w latach 1944 – 1945”. Sowiecka armia co prawda przestała być niezwyciężona, ale nadal „wyzwala” Polskę, choć Warszawy już nie. Zmienił się też sugerowany stosunek do żołdaków Stalina: już nie musimy ich wiecznie chwalić, wystarczy, że mamy pamiętać. Fundamentalne pytanie pozostaje: co i jak pamiętać? Bo sowieckie „wyzwolenie” oznaczało dla Polski w pierwszym rzucie zbrodnie, grabieże i gwałty, a w konsekwencji ponad 40-letnią krwawą, łupieżczą okupację.

Teraz miejsce urzędowania Siergieja Andrejewa. Ambasada Federacji Rosyjskiej, równie pięknie położona (dokładny adres ul. Belwederska 49), na przedłużeniu Traktu Królewskiego. W okolicy Łazienki Królewskie, a przede wszystkim najważniejsze obiekty Rzeczpospolitej: należące do kancelarii prezydenta RP (Belweder), kancelarii prezesa Rady Ministrów i Ministerstwa Obrony Narodowej). Taka lokalizacja – oczywista w czasach dominacji Moskwy nad Polską w latach 1944-1989, dziś jest problemem, godzącym w bezpieczeństwo państwa.

Ogromny obiekt w stylu socrealizmu powstał w ekspresowym tempie: w latach 1954–1955. Z ciekawostek: materiały sprowadzano ze Związku Sowieckiego, a przy budowie pracowało 500 Rosjan oddelegowanych z budowy Pałacu Stalina. Ambasadę ma otaczać 4 hektarowy park, z kortem tenisowym i basenem.

I co z tym wszystkim zrobić w dobie agresji Rosji na Ukrainę, pamiętając słowa śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego: „dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”

 

WALTER ALTERMAN: O wyraźnej wymowie i trochę o innych kłopotach

Przed laty w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym w Londynie byłem świadkiem rozmowy dwóch Polaków. Jednym był elegancki przedwojenny major, lat około sześćdziesiąt-siedemdziesiąt, który przyszedł z żoną do POSK-u, na kawę. Drugim był pięćdziesięciolatek, skromnie ubrany, który w kawiarni ośrodka sprzątał ze stołów naczynia.

– I co tam u pana? – zaczął major.

– No, sprzątam tutaj – odparł pięćdziesięciolatek. – Jak tatuś żyli, to zawsze jakąś pracę załatwili.

– Tutaj niewiele pan zarobi – powiedział major. – Podciągnął się pan trochę w angielskim?

– Nie idzie mi, panie majorze.

– To ile już lat jest pan w Londynie?

– Tatuś ściągnęli, będzie już… z dwadzieścia lat.

– Dwadzieścia lat… – zmarkotniał major. – Musi się pan nauczyć angielskiego, wtedy godnie pan zarobi.

– Ale jak, panie majorze? Jak oni tutaj inaczej piszą, a inaczej mówią?      

Ta prawdziwa scenka, niech będzie wstępem do dzisiejszych rozważań o naszym języku, bo my również inaczej piszemy, a inaczej mówimy. I nie jest łatwo.

W komunizmie czy w komuniźmie

Modne stało się ostatnio wymawianie „w komunizmie” – dokładnie tak jak się pisze. Poszło chyba od rządu i posłów, poprzez marszałków, prezydentów miast, burmistrzów aż do dziennikarzy. Możliwe zresztą, że kolejność infekcji była odwrotna.

Poprawnościowo wszystko jest dobrze, bo można mówić zarówno „w komunizmie”, jak i „w komuniźmie”, co znaczy że obie formy są poprawne. Jednak przez całe dziesięciolecia lud i władza mówili „w komuniźmie”, „ socjaliźmie” i „faszyźmie”.  Dlaczego zatem teraz, nagle wszyscy przestali zmiękczać „z” i mówią twardo, bez zmiękczania?

Najpierw pomyślałem, że jest to nowa forma walki z komuną i podobnymi jej „ – izmami”. Takie jakby napiętnowanie językowe, odcięcie się od PRL-owskiej tradycji i wyraz niezłomnego sprzeciwu. Potem jednak doszedłem do wniosku, że historycznie biorąc jest trochę inaczej.

Było tak, że gdy te „-izmy” przychodziły do naszego języka, w XIX wieku i później, to w mówieniu obowiązywała forma pisana, czyli „w komunizmie”. Jednak niedługo potem wymawianie  zostało dostosowane do polskich zwyczajów językowych. A jednym z nich jest tzw. palatalizacja, czyli zmiękczanie samogłosek, na skutek ich sąsiedztwa z miękkimi, zmiękczonymi spółgłoskami, lub bezpośrednio z „i”. I tak było przez dziesięciolecia. To dlatego z zasadą palatalizacja wymawiamy: „widzę kilka koni” – z miękkim „n”. A wymowa „kon-i” byłaby śmieszna, tak samo jak np. „w feminizmie” bez zmiękczenia „z”.

Ostatnio jednak doszły do głosu, czyli do mówienia, nowe grupy obywateli, nie do końca świadome zawiłej tradycji naszego języka. A jest to język niełatwy. I ci nowi ludzie, chcą wydać się bardziej wykształconymi niż są,  zaczęli mówić po nowemu, czyli po staremu. Tym samym, zamiast kontynuować to co było normalne i dobre, cofnęli się do początków istnienia w naszym języku rzeczonych „- izmów”. Nie ma wyjścia, trzeba zaczekać, aż następne pokolenie znowu spalatalizuje twarde „z” w tych „- izmach”.

Jedno jest pewne – mówiący „w socjalizmie”, wiedzą że odcięli się od tradycji. Znać to po trudzie, z jakim łamią sobie języki chcąc mówić twardo „z”. I znać, że mimo cierpiemia czują się lepiej. Rzecz w tym, że palatalizacja nastąpiła dlatego, że Polacy chcieli mówić wygodnie.

Ciekawe czy w zaciszu domowych sypialni, ci wymawiający „w komunizmie”, mówią też o „orgazmie” i „organizmie”? To ważne, bo łamanie języka, w imię wymyślonych zasad, może mieć zgubny wpływ na organizm i orgazm.

Getto czy gietto

Czy zwrócili Państwo uwagę, że osoby starsze, którym przyszło przeżyć piekło II wojny światowej   i okupacji, bardzo często mówią „gietto”? Słychać to na dokumentalnych filmach. My, urodzeni już po wojnie mówimy „getto”, ale pokolenie urodzone przed wojną mówiło „gietto”, czyli zmiękczało.  I nie był to żaden gwaryzm czy regionalizm. Bo w tym przypadku – podobnie jak „w komuniźmie” zaszła palatalizacja, czyli zadziałała norma zmiękczania. Później zaczęto mówić getto – może dla podkreślenia, że getta były w czasie wojny tworem niemieckich okupantów?

Pegeer czy pegieer

I jeszcze jeden przykład palatalizacji. Z utworzeniem w Polsce, po 1945 roku – na wzór sowchozów –  Państwowych Gospodarstw Rolnych, zaczęto pisać je skrótem PGR. A wymawiało się ten skrót „pegieer”, „pegieery”. Po kilku latach władza zaczęła mówić „pegeer”, pegeery”. Niemniej, na wsiach chłopi mówili, do końca istnienia tych tworów, „pegieer”. I mieli rację, bo tak nakazywała im zaszczepiona „w genach” poprawna polska wymowa.

Kłopot z inspirowaniem

Coraz częściej słyszy się, jak dziennikarze mówią: „to jest inspirujące, to inspiruje”. Szczyt dziwactwa osiągnął sprawozdawca sportowy, który stwierdził: „Ten tenis jest inspirujący”.

Błąd bierze się z niezrozumienia znaczenia i dopuszczalnych możliwości składniowych słowa „inspiracja” w języku polskim. Słowniki informują, że wyrazy bliskoznaczne inspiracji to: siła sprawcza, motyw, impuls, przyczyna, motor działań, natchnienie, motywacja, podszept. I to się zgadza, bo „inspiracja” zawiera w sobie rdzeń słowotwórczy „spiro” czyli ducha.

Kłopot jest ze związkami słownymi, w skład których wchodzi ta „inspiracja”. Otóż można inspirować kogoś do czegoś. Poprawne będzie: „Zostałem zainspirowany do dalszych poszukiwań”; „To panią z pewnością zainspiruje do zbadania tej sprawy”.

Niestety coraz częściej słyszy się w radio i telewizji: „To jest inspirujące”. I nie pada w tym przypadku – do kogo skierowana jest ta inspiracja i co będzie obszarem inspiracji. Czyli – mamy na nowo odkryte słówko, ładnie i z obca brzmiące, które używane jest jako ozdobnik, znak  sygnalizujący, że mówiący nie jest hetką-pętelką i jest człowiekiem wykształconym. Może i jest, ale przecież nie do końca dobrze wykształconym.

Hetka-pętelka

A hetka-pętelka to ktoś mało znaczący. W ogóle to ładny zwrot. Jeszcze w połowie  XX w. hetką nazywano „lichego, zabiedzonego konia”. Natomiast pętelka to uszko z tasiemki lub sznurka. Julian Krzyżanowski tłumaczy to, odwołując się do żartów Sienkiewiczowskiego pana Zagłoby, który szydził z szamerowanego złotymi i srebrnymi pętlicami umundurowania litewskich chorągwi, które – jego zdaniem – niewarte były aż tak wytwornych mundurów. Pętelka w tym kontekście oznaczała jeźdźca – równie marnego jak dosiadana przez niego hetka, w myśl powiedzenia, że lichy koń wart lichego jeźdźca.

I jeszcze jeden problem z tym „hetką”. Jeszcze przed II wojną światową Polacy,  zamieszkujący wschodnie tereny Rzeczpospolitej – oraz długo po powojennych przesiedleniach do Polski – wymawiali „hetka” inaczej niż mieszkańcy centrum kraju. Otóż Polacy pod wpływem języków ukraińskiego, białoruskiego i czeskiego wymawiali spółgłoskę „h” w takich wyrazach jak: hetka, hetman, harcerz, herbata, historia – twardo i dźwięcznie. Natomiast „ch”, tak jak w wyrazach chłop, choroba, bochen, chrabąszcz – wymawiali bezdźwięcznie. I po tej wymowie można było poznać, że ten rodak pochodzi ze wschodnich terenów. Dziś norma językowa nie przewiduje żadnych różnic w wymowie „h” i „ch” i obi spółgłoski wymawiane są bezdźwięcznie. Trochę szkoda, bo zniknął ładny koloryt z języka.

Odmiana przez przypadki

Ładna pani w telewizji powiedziała, że ktoś pojechał do Chersoni. Skąd ona wzięła taką odmianę, skoro w polskiej tradycji historycznej mamy Chersoń? A zatem powinno być, że ktoś pojechał do Chersonia.

Jest to kolejny przypadek nieznajomości historii i tradycji języka polskiego. Przecież nie mówimy, że na Ukrainie jest miasto Lwiw.  Mówimy i piszemy –  Lwów. I nie ma to nic wspólnego z jakimiś odwetowymi tendencjami z naszej strony. Tak samo jak jest Rzym a nie Roma, Istambuł a nie Instanbul.

Wystarczyłoby, gdyby ktoś z redakcji przeczytał „Trylogię” Sienkiewicza, to by może wiedział. Bo obejrzenie filmu, to nie to samo. Tym bardziej, że aktor mógł akurat o Chersoniu mówić niewyraźnie.

 

WALTER ALTERMANN: Wyobcowanie i odrzucenie czyli o języku urzędów, co miały nam służyć

W ostatnich dniach gazeta codzienna Dziennik Łódzki. w dniu 5 maja 2022 roku, zamieściła tekst, który mnie dobił. Rzecz jest tak głęboko dziwna, że niemal abstrakcyjna. I nie chodzi o gazetę, ale o to jakim językiem informują nas o swych pracach urzędnicy miejscy.

Żeby nie być gołosłownym, przytoczę spory fragment tekstu;

„Zakończyła się rewitalizacja zabytkowej fabryki Wagnera w centrum Łodzi. Powstanie tam Fabryka Aktywności Miejskiej. Co to takiego?

Dawną świetność odzyskała zabytkowa fabryka Henryka Wagnera przy ul. Tuwima 10 w centrum Łodzi, której ozdobą jest stylowy, oryginalny, o znakomitych proporcjach komin. Dzięki remontowi znów pojawiła się tam mająca ponad sto lat ceglana elewacja.

Elewacja odnowiona, wnętrza przebudowane

– Fabryka Wagnera przeszła kompleksową odnowę. Wymieniliśmy stropy i instalacje. Odnowiliśmy elewację i przebudowaliśmy wnętrza. Przestrzenie wspólne, dostępne dla mieszkańców, są wyposażone m.in. w komfortowe meble, ekrany projekcyjne, a nawet aneksy kuchenne. Dodatkowo sala spotkań i sala konferencyjna posiada klimatyzację – wyjaśnia Olga Kassyańska z Zarząd Inwestycji Miejskich w Łodzi.

W odnowionym budynku powstanie Fabryka Aktywności Miejskiej, która ma być zupełnie nowym miejscem na mapie Łodzi. Cóż to takiego?

Przestrzeń dialogu i edukacji o mieście

Będzie to przestrzeń dialogu i edukacji o mieście i jego dziedzictwie. Ważnym uczestnikiem i adresatem naszych działań będą zarówno seniorzy, jak i młodzież, z którą będziemy się spotykać na warsztatach z edukacji samorządowej i obywatelskiej. W ramach interdyscyplinarnego miejskiego programu społecznego, wyznaczymy kierunki polityki młodzieżowej Łodzi. Bieżąca współpraca i organizacja wydarzeń podejmowana będzie także z Młodzieżową Radą Miejską. Fabryka Aktywności Miejskiej, czyli nasze łódzkie laboratorium wspólnego tworzenia miasta, budowane będzie w oparciu o aktywne uczestnictwo mieszkanek i mieszkańców. To łodzianki i łodzianie są absolutnie kluczowym elementem rozwoju Łodzi, dlatego zapraszam wszystkich do współpracy. To tu będzie można przyjść i opowiedzieć nam o swoim pomyśle. Niech to będzie miejsce, które będzie zmieniać Łódź na lepsze – zaznacza Katarzyna Dyzio, dyrektor Fabryki Aktywności Miejskiej.

Zwiedzanie fabryki. Gości oprowadzi… Henryk Wagner

Dawna fabryka maszyn i przyborów tkackich powstała w 1881 roku w miejscu, w którym wcześniej działała fabryka wyrobów bawełnianych ojca Henryka – Jana Wagnera. Odnowioną fabrykę – w ramach drzwi otwartych Fabryki Aktywności Miejskiej – będzie można zwiedzać w dniach 13 – 14 maja. Na gości będą czekały pokazy, wystawy, prezentacje oraz pracownik przebrany za Henryka Wagnera, który oprowadzi po fabryce”.

Od razu powiem, że jestem za odnawianiem zabytkowych kamienic i fabryk. Pod warunkiem jednak, że zostaną one z sensem zagospodarowane, przeznaczone na mieszkania lub instytucje, które naprawdę służą mieszkańcom Łodzi. Tym razem jednak mamy do czynienia z powołaniem do życia – za naprawdę duże pieniądze – nowej placówki, której jedynym sukcesem będzie zatrudnienie sporej grupy miejskich urzędników.

Po co takie coś powstało i co to są „ramy drzwi otwartych”? Czym jest ów „Interdyscyplinarny miejski program społeczny, w ramach którego urzędnicy będą wyznaczali kierunki polityki młodzieżowej Łodzi”? I czy będą wyznaczali tę politykę środkami przymusu bezpośredniego, czy też ograniczą się do perswazji?

Zdaje mi się, że na razie cały wysiłek władz miasta poszedł w kierunku stworzenia kolejnej fikcji administracyjnej. W czasach, gdy młodzież – bez opamiętania zresztą – korzysta z internetu, gdy jak to oni mówią „śmigają po necie”, powstaje solidny budynek, solidne etaty jedynie po to, żeby ktoś tam przyszedł. A jak nikt nie przyjdzie? O to się nie martwię, bo młodzież zostanie tam doprowadzona niejako siłą – przez nauczycieli, w ramach lekcji obywatelskich, czy jak się to teraz nazywa. Pomysł nawiązywania kontaktu z obywatelem – w dobie internetu – poprzez osobiste spotkania z tymże obywatelem, w pięknie i kosztownie urządzonych wnętrzach jest abstrakcyjny. Jeśli pominąć te nowe etaty dla urzędników.

Powyższa sprawa świadczy o tym, że byty urzędnicze całkowicie uniezależniły się od społeczeństwa, któremu miały służyć. Urzędnicy mówią własnym językiem, którym poza nimi nikt nie mówi! Rozmawiają z sobą, do siebie piszą… i tylko czasem, gdy trzeba usprawiedliwić własny etat, robią jakąś akcję. I zawsze te akcje – zwane przez urzędników – działaniami są „od czapy”, jak mawiała młodzież w moich czasach.

Przy czym – co istotne – urzędnicy nie potrafią już komunikować się z obywatelami ich, obywateli normalnym językiem. Urzędnicy żyją dla siebie. To się dawniej nazywało, że są wyalienowani, oderwani od rzeczywistości. Zresztą Łódź zasłynęła już dawno „nowoczesnymi” pomysłami, że wspomnę tylko osławioną reklamę tego miasta, w której niejaki Pacześ – podobno jakiś kultowy stand uper – nawiązując do tego, że Łódź jest biedna mówił w tej reklamie: „Je…ć biedę”.

Ale nie tylko Łódź ma nowoczesnych urzędników. Wrocław walczy z Lodzią o lepsze. Na stronie miejskiego urzędu można poczytać dzieło, które napisał Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, Strategia „Wrocław w perspektywie 2020 plus”.

Dzieło jest opasłe i poza prezydentem pracowało nad nim sporo osób. Zacytuję mały fragment:

„1.2 ZAŁOŻENIA O EWOLUCJI UWARUNKOWAŃ ZEWNĘTRZNYCH

  • WARUNKI MIĘDZYNARODOWE BĘDĄ ZBLIŻONE DO ISTNIEJĄCYCH: na pierwszym planie pozostaną kwestie gospodarcze; w polityce UE nie dojdzie do przełomu ani zapaści, zobowiązania będą dotrzymywane, proces globalizacji ani nie przyspieszy, ani nie ulegnie załamaniu. Nie są to założenia do końca realistyczne, stąd potrzeba posiadania autonomicznego potencjału, umożliwiającego przetrwanie okresów ewentualnych perturbacji. ● OPÓŹNIONA O PÓŁ WIEKU KONWERGENCJA BĘDZIE POSTĘPOWAĆ. Szybki rozwój Chin i Indii spowoduje, że świat stanie się bardziej wielobiegunowy, niż to jeszcze niedawno zakładano. Poszerzy się przestrzeń konkurencji. Zmaleje wartość premii wynikającej z samej przynależności do Europy. Dla „średniaków” w hierarchii zamożności, takich jak Polska i Wrocław, głównym problemem stanie się dobre uplasowanie w grze globalnej. To niebanalna kwestia, bo korzyści z globalizacji najłatwiej czerpać przodującym i zapóźnionym.
  • ŚWIAT CORAZ BARDZIEJ BĘDZIE SIĘ UPODABNIAŁ DO GLOBALNEJ WIOSKI. Technologie komputerowe sprzyjać będą rozpraszaniu produkcji, bankowości, usług informacyjnych, zarządzania, rozrywki. Znaczenie miast jako ośrodków koncentracji władzy i dostępu do rzadkich dóbr będzie maleć. Szansa wielkich miast polega dziś na tym, że będą one stanowić centra kompetencji i zworniki układów aglomeracyjnych.
  • ROZWIJAĆ SIĘ BĘDZIE KONTRREWOLUCJA KULTUROWA. Zwiększy się nacisk na stronę etyczną zachowań. Nastąpi powrót do modelu społeczeństwa opartego raczej na wartościach niż na procedurach. W reakcji na fundamentalizm muzułmański, Europa pogodzi się ze swoimi chrześcijańskimi korzeniami. Postulat bezwarunkowej tolerancji będzie łagodzony rozpoznaniem rosnących kosztów społecznych: w obliczu kryzysu wartości wiele wcześniejszych nadziei przekształciło się w ponurą rzeczywistość. Na polskiej scenie coraz większą rolę odgrywać będzie pokolenie Jana Pawła II…”

Zastanawia mnie, czy do dbania o komunikację Wrocławia, mieszkania, transport miejski, zieleń miejską, szkolnictwo trzeba było, by prezydent Dudkiewicz w roku 2020 przewidywał przyszłość, do tego jakże mylnie. Pan Dutkiewicz naprawdę nie ma litości i szykuje się chyba do ważniejszych światowych działań – może w Unii Europejskiej, może w ONZ lub NATO. A z wróżbitami Glancem, Skrzątkiem, Malwiną czy Jackowskim i tak nie wygra, bo to zawodowcy.

Gdybym był mieszkańcem Wrocławia bałbym się wizji szerokiego świata p. Prezydenta Dutkiewicza, tym bardziej, że nie uwzględniając napaści Rosji na Ukrainę poniósł kompletną klęskę jako profeta czyli wieszcz.

I na koniec przeglądu samorządowej twórczości, mamy Kraków, na którego na stronach miejskich  możemy przeczytać:

„Wydział Polityki Społecznej i Zdrowia Urzędu Miasta Krakowa we współpracy z Pełnomocnikiem Prezydenta Miasta Krakowa ds. Polityki Senioralnej oraz Wydziałem Edukacji ogłasza siódmą  edycję konkursu „Działajmy razem” na realizację działań międzypokoleniowych. Celem konkursu jest integracja uczniów i osób starszych oraz wyłonienie i rozpropagowanie najciekawszych projektów dotyczących uczniowskich przedsięwzięć realizowanych we współpracy z osobami powyżej 60 roku życia. W konkursie mogą uczestniczyć uczniowie klas VI-VIII szkół podstawowych, szkół ponadpodstawowych, uczestnicy zajęć w młodzieżowych domach kultury oraz mieszkańcy burs prowadzonych przez Gminę Miejską Kraków. Udział w konkursie daje możliwość otrzymania środków pieniężnych na sfinansowanie nagrodzonego projektu. Minimalna kwota sfinansowania to 2.000,00 zł, a maksymalna 12.000,00 zł”.

Czyli, po ludzki rozumiejąc – stołeczne miasto Kraków chce zrobić coś z faktem, że młodzież nie rozumie i nie komunikuje się ze starszymi pokoleniami. I oczekując na pomysły, co z tym smutnym faktem począć, miasto ogłasza konkurs. Jednakże receptę na społeczny kryzys kontaktów międzypokoleniowych mają wystawić dzieci w wieku od 12 do 14 lat. Naprawdę będzie to burza mózgów.

Władze Krakowa widać nie rozumieją, że to zjawisko ma źródło w rodzinie. Że rodzice – zagonieni za groszem i karierą – nie mają czasu, żeby umożliwić swym dzieciom jak najczęstsze kontakty z dziadkami. Niestety w tej sprawie żadne dziecięce konkursy nic nie pomogą. Przedszkola i szkoły tak, ale nie miejscy urzędnicy.

Ja byłem wzruszony, gdy panie z przedszkola mojego wnuka przygotowały wraz z dziećmi laurki i nauczyły ich wierszyka, który jest taki:

 

                                    „Pędzą wnuki ulicami,

                                    Z ogromnymi laurkami,

                                    Te laurki pełne kwiatków,

                                    Są dla wszystkich

                                    Babć i dziadków.

 

                                    A dziadkowie, wraz z babciami,

                                    Już czekają przed domami,

                                    Przez lornetki patrzą w dal,

                                    Wystrojeni jak na bal”.

 

I w tych paniach przedszkolankach – niezależnie od klasy literackiej wierszyka – jest siła dobrego wychowania, trwałości rodziny. Broń Boże nie w urzędnikach.

Od dziennikarstwa do animacji – rozmowa z MACIEJEM CHMIELEM, dyrektorem Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej

Nie chciałbym byśmy się stali, jako pracownicy Studia, wyłącznie kustoszami muzeum animacji. Film rysunkowy ma przed sobą niezwykłą przyszłość – mówi Maciej Chmiel dyrektor Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, wcześniej wieloletnim dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, scenarzysta i producent filmowy, a także członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.  

Małgorzata I. Skórska: Od maja 2021 roku pełni Pan obowiązki dyrektora Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej. Czy Pana bogate doświadczenie dziennikarskie przydaje się w procesie zarządzania instytucją związaną z produkcją filmów rysunkowych?

Maciej Chmiel: W życiu zajmowałem się różnymi rzeczami. Dziennikarstwo niewątpliwie nauczyło mnie dobrego kontaktu z drugim człowiekiem i wsłuchiwania się w to, co mój rozmówca ma do przekazania. Takie umiejętności przydają się również w relacjach z zespołem Studia Filmów Rysunkowych, a także przedstawicielami Ministerstwa Kultury oraz wieloma innymi osobami, z którymi udało mi się podczas mojego rocznego pobytu w Bielsku-Białej skontaktować. W mojej pracy w Studiu zbiegło się kilka moich doświadczeń życiowych, jak współpraca z wieloma osobami w trasach koncertowych i na planach produkcji telewizyjnej. Praca w przemyśle kreatywnym uczy tego, że jest to zawsze działanie zespołowe, a ja mam to szczęście, że w Studiu zastałem znakomity zespół.

Jaka jest kondycja polskich filmów rysunkowych w dobie nowych technologii i jaka aktualnie obowiązuje technika dotycząca produkcji filmów rysunkowych w czasie cyfrowej rewolucji?

Studio Filmów Rysunkowych postrzegane jest jako firma z piękną przeszłością i tu przypomnę, że filmy produkowane w Studiu trafiły do stu krajów świata, a łącznie obejrzało je miliard widzów. Jeśli chodzi o produkt „Made in Poland” i jego zasięg międzynarodowy, to trudno znaleźć inne polskie dzieła, które miałyby tak silny i pozytywny impact na międzynarodowy odbiór, jak filmy ze Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej. W tej chwili z kolei jesteśmy postrzegani jako manufaktura, która pielęgnuje dawne tradycje, w tym również umiejętność produkowania filmów rysunkowych, gdzie decydujący jest talent i ręka rysownika.  W tej chwili większość świata pracuje w formule, która nazywa się wycinanką, co pozwala w szybki i efektywny sposób stworzyć bardzo dużą liczbę dzieł, czy też odcinków serialu. Chcemy teraz połączyć doświadczenia dotyczące tradycyjnej animacji z umiejętnościami posługiwania się również najnowszą techniką i temu służyły niedawne szkolenia, przez które przeszli nasi rysownicy. Natomiast najważniejsze dla dalszych losów Studia będzie rozstrzygnięcie nie na poziomie techniki, tylko na poziomie tego, co i w jaki sposób chcemy opowiedzieć światu.

Czy nie kusi Pana chęć poeksperymentowania w branży produkującej filmy animowane?

Jest to kwestia spojrzenia na siebie samego i konfrontacji z własnym ego, czyli nie eksponowanie siebie, tylko postawienie na zespół i na dzieło. Po drugie jest to też kwestia zostawienia śladu po sobie. Moim naturalnym obowiązkiem będzie wpływ na produkcję serii dokumentalnej o Studiu, którą mamy w planach, czy też na nasze nowe filmy animowane.

Patrząc przez pryzmat doświadczenia jako producenta filmów dokumentalnych, z którego filmu jest Pan najbardziej dumny i do którego z sentymentem najchętniej wraca Pan po latach?

Skupię się na filmie pod tytułem „Olter”. Film ten opowiada historię perkusisty z zespołu „Miłość”, który nazywał się Jacek Olter i zginął śmiercią samobójczą. Dla mnie był to bardzo osobisty film, również ze względu na ludzi, z którymi przy tej produkcji współpracowałem – z reżyserem i scenarzystą Krystianem Matyskiem i współproducentem, czyli Marcelem Kuśmierczykiem. Samego Jacka Oltera znałem tylko z koncertów grupy „Miłość”, a główną motywacją dla mnie był jeden odbiorca tego filmu, syn Jacka, czyli Teodor Olter, z którym od wielu lat zachowuję dobrą relację. Ten film był prezentem dla Teodora, po to by mógł zobaczyć obraz ojca, zachowany w formie filmu dokumentalnego.

Jeśli chodzi o rzemiosło dziennikarskie, to które medium było Panu najbliższe? Radio, telewizja czy prasa?

Każde z nich jest odrębną sztuką, choć wszystkie gdzieś ze sobą się łączą. Dziennikarz jest pasem transmisyjnym, przez który przechodzą informacje. Pisanie z całą pewnością nauczyło mnie dyscypliny panowania nad słowem, nad sekwencją wydarzeń. Z kolei radio, bo przede wszystkim realizowałem audycje na żywo, było dla mnie szkołą spontaniczności i szczerości, gdzie szybko trzeba nawiązać kontakt z drugim człowiekiem. Telewizja jest z kolei bardzo wymagającą matką, bo zaangażowana jest spora technika, a kluczowa jest umiejętność pracy w zespole.

Przez dłuższy czas był Pan związany z Telewizją Polską i Polskim Radiem, a później założył Pan własną firmę.  Jak ważna to była przygoda zawodowa?

Spróbowałem bardzo wielu rzeczy w telewizji, bo byłem zarówno prowadzącym program, redaktorem, dyrektorem programu, a także producentem. Ważne dla mnie było i jest, by odnaleźć się w miejscu, w którym jestem tu i teraz, i mieć poczucie, że coś ode mnie zależy. Miałem kilka takich momentów, kiedy czułem się jak w butach szytych na miarę. To był start własnej firmy Casablanca Studio, praca w radiowej Trójce czy w telewizyjnej Dwójce. Zawsze ważny był dla mnie, niezależnie od medium, kontakt z wysokiej klasy partnerem. Miałem szczęście, że byli to Grzegorz Brzozowicz, Robert Tekieli, Wojciech Cejrowski i Andrzej Horubała.

Nie tęskni Pan za dziennikarstwem?

Można powiedzieć, że jest to tęsknota za dziewczyną, z którą przeżyłem piękny czas, ale wiem, że ten czas już się skończył.

Rozpędu nabiera projekt związany z Interaktywnym Studiem Bajki i Animacji w Bielsku-Białej. Na kiedy przewidywany jest termin jego finalizacji?

Udało się doprowadzić do wyłonienia zwycięskiej firmy w przetargu i ten kontrakt już jest realizowany.  Od momentu podpisania umowy pomiędzy Studiem Filmów Rysunkowych i Bielskim Przedsiębiorstwem Budownictwa Przemysłowego jestem przekonany, że jest to firma bardzo dobrze przygotowana do tego zadania i mam nadzieję, że Interaktywne Centrum Bajki i Animacji powstanie do jesieni 2023. Polegamy na trzech źródłach finansowania: fundusze z Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego, fundusze z Ministerstwa Kultury, a także fundusze od miasta Bielsko-Biała.

Czy oprócz interaktywnej funkcji muzealnej w planach jest również wznowienie produkcji filmów animowanych?

Pani pytanie jest o tyle zasadne, że nie chciałbym, byśmy stali się, jako pracownicy Studia wyłącznie kustoszami muzeum animacji, umieszczonym w budowanym przez nas Interaktywnym Centrum Bajki i Animacji. Szczęśliwie otrzymaliśmy pokaźną dotację ze strony Ministerstwa Kultury na ponowne wszczęcie produkcji filmów.

Również filmy animowane dla osób dorosłych?

Jesteśmy na etapie rozwoju filmu pełnometrażowego adresowanego do widza dorosłego, czyli starszej młodzieży i widza dorosłego. Pracujemy też nad dwoma serialami, odpowiednio dla dzieci i młodzieży.

Jaka jest kondycja współczesnej animacji i czy ten kierunek ma przyszłość w dzisiejszych czasach?

Animacja jest taką dziedziną sztuki filmowej, która ma przed sobą niezwykłą przyszłość, bo jest dziedziną, w której można wykreować dowolną rzeczywistość. Nie ma tu ograniczeń, poza umysłem samego rysownika. Animacja jest ważnym elementem gier komputerowych, filmów fabularnych, jeśli chodzi o efekty specjalne, jest też wszechobecna w reklamie. Moim celem jest, by Studio Filmów Rysunkowych włączyło się w ten krwiobieg, związany z niezwykłą szansą kreatywną i komercyjną jaką daje animacja.

Kto będzie głównym odbiorcą Interaktywnego Centrum Bajki i Animacji?

W takim powszechnym i najprostszym odbiorze będą to dzieci, które faktycznie będą stanowiły największą grupę odwiedzających, ale sądzę, że grupa odbiorców, do której powinniśmy się odwołać to generacja 60 plus i 50. plus i 40. dlatego, że są to ludzie, którzy w sposób świadomy przeżyli jako dzieci fascynację bielskimi kreskówkami i wciąż niosą w sobie dziecięce emocje z tamtego czasu.

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska

WALTER ALTERMANN: W Polsce, czyli nigdzie – obraz współczesności w naszych filmach

W tytule cytuję słynne stwierdzenia Alfreda Jarry’ego, autora groteskowego dramatu „Ubu Król, czyli Polacy” z 1888 roku. „Rzecz dzieje się w Polsce, to znaczy nigdzie” – powiedział Jarry w przemówieniu przed premierą w 1896 roku.

            Uspokajam naszych hurra patriotów, że to zdanie nie jest antypolskie, bo istotnie Polski nie było wtedy na mapach świata. Nadto sztuka jest absurdalna, uznawana za zapowiedź surrealizmu i z Polską nie ma nic wspólnego. W Polsce, czyli nigdzie – jednak ten zwrot jak najbardziej trafnie opisuje współczesne polskie kino.

Przytłaczająca większość współczesnej produkcji filmowej z ostatnich kilku lat osadzona jest w przestrzeni materialnej i mentalnej wszędzie, czyli właśnie nigdzie. Gdyby do tych filmów podłożyć dubbing – powiedzmy – hiszpański czy włoski, z całą pewnością nikt z zagranicznych widzów nie zorientowałby się w jakim kraju rzecz się rozgrywa. Złożyło się na taki stan rzeczy wiele istotnych powodów. Tutaj jednak – z braku miejsca na długie rozprawy – ograniczę się do kilku najważniejszych.

Scenariusze

W każdym filmie najważniejszy jest scenariusz. On jest tym biblijnym „słowem” od którego zaczyna się wszystko. Dobry scenariusz – już w trakcie lektury – musi zainteresować samych twórców. Bez dobrego scenariusza nie może powstać i nie powstanie, żaden dobry film.

Jeżeli film ma mieć – poza artystycznym – także społeczny charakter, to byłoby dobrze, żeby twórcy, przed przystąpieniem do produkcji, powiedzieli sobie wyraźnie – po co dzieło kręcą, o czym ma być i kto ma je oglądać. Czy jedynie dla własnej chwały, czy ku uciesze i rozrywce, czy też ma „wstrząsnąć sumieniami” albo „pobudzić do myślenia nad kondycją mentalną Polaków”. No, cokolwiek. Podejrzewam jednak, że większość twórców tak cieszy się z możliwości kręcenia, że zapomina – po co ma kręcić.

Popatrzymy na wielkie klasyki naszej kinematografii. Od razu uświadamiamy sobie, że punktem wyjścia była wielka literatura – „Chłopi” i „Ziemia obiecana” Reymonta, Trylogia Sienkiewicza, „Pamiętnik znaleziony w Saragossie” Potockiego, „Popioły” Żeromskiego. I scenariusze na podstawie tych powieści opowiadały historie, sprawy, problemy ważne dla Polaków.

To wyobraźnia i klasa autora powodują, czy jakaś powieść, bądź nowela, nadają się do przeróbki na film. Bo jest też wielka literatura, która z pewnością nie jest filmowa.

Polska kinematografia ma też w dorobku dobre filmy, które powstały na podstawie scenariuszy nie będących adaptacją wielkiej literatury.

Za scenariuszami jest też i taki problem, że coraz częściej powstają one przy udziale reżyserów, bądź sami reżyserzy piszą je dla siebie. Wtedy krytyka mówi o „kinie autorskim”. Oczywiście reżyserzy znają najlepiej język kina, ale też jest w Polsce wielu literatów, którzy pisali i piszą dla kina.

Jednym z najwybitniejszych był  Jerzy Stawiński. To on napisał dla kina dzieła wybitne, takie jak: „Człowiek na torze”, „Eroica”, „Zezowate szczęście” – reżyserii Andrzeja Munka czy „Kanał” w reżyserii Andrzeja Wajdy. To Stawiński napisał również scenariusz do „Krzyżaków” Sienkiewicza w reżyserii Aleksandra Forda.

Grzech Żeromskiego

Niestety film polski coraz rzadziej korzysta z talentów wielkich literatów, potrafiących pisać filmowe scenariusze. Dzieje się tak nie tylko z powodu nadmiernych – mym zdaniem – ambicji sporej grupy reżyserów. Powodem jest i to, że zgodnie z polskim prawem autorskim reżyser twórcą nie jest.

Twórcy naszego prawa autorskiego, głównie Stefan Żeromski, popełnili w roku 1918 błąd, który mści się dzisiaj na naszej kinematografii. Otóż prawo autorskie mówi, że prawa do tantiem mają autorzy tekstów i muzyki, choreografowie, ale już nie reżyserzy. Takie prawo obowiązuje w Polsce od  czasu powstania ZAiKS-u i skutkuje właśnie tym, że reżyserzy sami zaczęli pisać, bo już jako autorzy scenariuszy mają prawo do tantiem.

Oczywiście Żeromskiego, Słonimskiego i innych inicjatorów powstania ZAiKS-u należy rozgrzeszyć, bo przecież w roku 1918 zawód reżysera właściwie nie istniał nawet w teatrze, a co dopiero w kinie.

Przykładem dość dowolnego traktowania sfery literackiej w filmie jest fakt, że wielu reżyserów na planie zdjęciowym, czyli w ostatniej chwili, prosi aktorów by mówili „własnymi słowami”. A sztuka to konstrukcja, także dialogu. Naturalność też może być, ale w filmach dokumentalnych.

Konflikt

Żeby film miał „wewnętrzny napęd” akcja musi zawierać istotny konflikt. Najlepszym przykładem jest „Antygona” Sofoklesa, bo zarówno tytułowa bohaterka, jak i jej przeciwnik Kreon stają przed wyborem – szanować prawa ludzkie, polityczne czy boskie. Bez konfliktu, z którym utożsami się widz nie ma dobrego dzieła: powieści, sztuki teatralnej czy filmu.

Popatrzmy na arcydzieło Wajdy, na „Ziemię obiecaną”. Przede wszystkim geniuszem był autor, czyli Reymont. To on zawarł w powieści dylemat: dorabiać się czy pozostać biernym wobec życia. Ale dorabianie się w ówczesnej Łodzi znaczyło również akceptację powszechnej nędzy robotników i zgodę na ich wyzysk, a w finale wezwanie kozaków, żeby rozstrzelali głodową demonstrację robotniczą.

Polska bieda i odrzucenie społeczne

Bardzo modne jest teraz robienie filmów o polskiej biedzie. Niestety filmy te ukazują bohaterów jako ludzi odmóżdżonych. Realizatorzy tak wiele wysiłku poświęcają na ukazanie materialnej biedy, niekiedy wprost odrażającej, że już nie starcza im sił na ukazanie bohaterów jako ludzi myślących i czujących. A zapewniam, że kilku znanych mi tzw. meneli ma bogatsze życie wewnętrzne niż kilku znanych mi scenarzystów i reżyserów razem wziętych. Rzecz w tym, że twórcy takich filmów nie rozumieją prostych ludzi, nie rozumieją biedy i związanych z nią problemów. Oni – ci twórcy – epatują nas ekranową biedą i każą nam razem z ich bohaterami tonąć w brudzie i nędzy. Ani to moralne, ani atrakcyjne.

Może nie znają genialnego zdania Francuzki – siostry Emmanuelli, która poświęciła życie kairskim nędzarzom, żyjącym od pokoleń na wysypiskach śmieci. Ta wielka kobieta powiedziała: „Nie szukam miłosierdzia, tylko sprawiedliwości”.

Ale w naszym kinie nie ma ukazania przyczyn biedy, nie ma też mowy o drogach i szansach na wyjście z nędzy. Mamy jedynie bardziej czy mniej wzruszające obrazki z ludzkiego dna.

A jest przecież do obejrzenia – przez polskich scenarzystów i reżyserów – wielki film „Parasite”, którego scenariusz napisali Joon-ho Bong i Jin Won Han, a reżyserem jest Joon-ho Bong. Ten film z Korei Południowej zdobył 4 Oscary, 45 innych nagród i 37 nominacji. O czym jest dzieło? O współczesnym społeczeństwie, które żyje jak na schodach – najbiedniejsi na samym dole, a na szczycie, na ostatnim schodku najbogatsi. Co ich łączy? Właściwie, poza językiem, nic.

Filmy o bohaterach

A może w dzisiejszej Polsce – po prostu – nie ma żadnych problemów społecznych i zagubieni twórcy muszą sięgać do czasów walki z komuną? Nie mówię, że takie filmy nie są potrzebne, ale mijają już 32 lata od upadku komuny, co znaczy, że dzisiejsi 30-latkowie i 40-latkowie dorośli i żyją w innych czasach, uciekają jednak od opisu czasów, w których żyją.

Liczne są ostatnimi laty filmy – głównie telewizyjne – opisujących heroizm ludzi, którzy w roku 1945 nie złożyli broni i podjęli walkę z nową władzą. Jedne z tych filmów zrobione są dobrze, inne gorzej, ale łączy je swoisty eskapizm, bo opowiadają sprawy zaprzeszłe.

Najlepszym przykładem tego typu produkcji filmowej niech będzie film Władysława Pasikowskiego „Jack Strong” o Ryszardzie Kuklińskim. Rzecz jest wyreżyserowana dobrze, dobrze zagrana, ale – niestety – najsłabszy jest scenariusz. Mamy bowiem do czynienia z konfliktem między głównym bohaterem a resztą jego mundurowych kolegów. Jednak w filmie nie ma wewnętrznego konfliktu bohatera. A to jest gwarancją zaistnienia dramatu. Chyba, że uznać za konflikt to, że bohater obawia się dekonspiracji i aresztowania. Zresztą wątek strachu jest w filmie nader eksploatowany, aż do granic śmieszności. Bo przecież każdy szpieg musi zakładać, że może zostać złapany. Jeżeli nie zakłada, to znaczy, że jest szalony, czyli mało wiarygodny. I w sumie mamy sprawnie opowiedzianą historię o niewiarygodnym bohaterze filmu.

Następcy – wystąp

Gdyby być skrupulatnym i dokładnie liczyć, to rok 2022 jest już 33 rokiem nowych czasów. Zatem, jeżeli PRL istniał lat 44 – od roku 1945 do roku 1989 i  jeżeli dodamy teraz te 33 lata czasów obecnych do roku 1945, to wyjdzie nam, że jesteśmy obecnie – poniekąd i jakby – w roku 1978. I gdybyśmy porównali osiągnięcia polskiej kinematografii z lat 1945-1978 z latami 1989-2022, to niestety tamten „miniony system” dał kinematografii większe szanse na stworzenie wybitnych dzieł kinematografii, niż czasy obecne.

Być może sprawiła to ogromna komercjalizacja kultury? Być może twórcy nasi uznali, że wszystko jest w porządku i pora jedynie zarabiać i bawić się? Być może kino ma być tylko rozrywką? Nie wiem. Obawiam się jednak, że nasza kinematografia utknęła w na piaszczystej drodze. Koła machiny buksują, a pojazd coraz bardzie zakopuje się w piachu.

W każdym razie nie widzę godnych następców Stanisława Barei, Sylwestra Chęcińskiego, Jerzego Hoffmana, Jerzego Kawalerowicza, Kazimierza Kutza, Tadeusza Konwickiego, Jana Rybkowskiego i Andrzeja Wajdy. I gdyby ktoś krzyknął – nawet bardzo głośno: „Następcy wystąp!”, to zapanowałaby długa i martwa cisza.

 

 

Krzywdząca i nierzetelna ocena wolności mediów w Polsce – komentarz JOLANTY HAJDASZ

W rankingu wolności prasy już szósty rok z rzędu pierwsze miejsce zajmuje Norwegia, na drugie awansowała  Dania, a na trzecim jest Szwecja. Niestety mediów o konserwatywnym prawicowym czy katolickim profilu praktycznie w tych krajach nie ma, a w przestrzeni publicznej już dawno przestano dyskutować o takich problemach jak aborcja, eutanazja, czy zagrożenia związane z ideologią gender.

3 maja obchodzony jest Światowy Dzień Wolności Prasy, zawsze przy tej okazji organizacja Reporterzy bez Granic ogłasza swój coroczny Światowy Indeks Wolności Prasy.  Tak było i w tym roku i jak się stało regułą po dojściu do władzy Zjednoczonej Prawicy, Polsce po raz kolejny obniżono notowania w tym zestawieniu. Aktualnie znowu zajmujemy najniższe w historii miejsce, spadliśmy z ubiegłorocznego 64 miejsca na 66 na 180 krajów objętych badaniem. Polska krytykowana jest w zasadzie za wszystko, co zmienia się w krajobrazie medialnym po dojściu do władzy Prawa i Sprawiedliwości w 2015 roku, za media publiczne i za odkupienie od niemieckiego wydawnictwa gazet regionalnych Polska Press przez PKN Orlen, za próbę wyegzekwowania prawa od właściciela telewizji TVN (nieskuteczną przecież) i za zakaz swobody poruszania się dziennikarzy w pasie przygranicznym z Białorusią w czasie gdy agresywnie jest  tam atakowana nasza granica. W uzasadnieniu autorzy raportu stwierdzają: „Choć Polska ma zróżnicowany krajobraz medialny, świadomość społeczna w zakresie wolności prasy pozostaje słaba”. I tak dalej, i tak dalej, wybiórczo zebrane informacje, które mają uzasadnić tę główną ocenę – pod względem wolności słowa media w Polsce są na najgorszym w historii miejscu. Nie da się jednak obronić tej tezy w żaden sposób, szczególnie jeśli zastosuje się zwyczajne metody naukowe – analizę faktów i równe traktowanie wszystkich podmiotów systemu prasowego.

Ale skoro jest tak źle, to dlaczego ranking wolności słowa nie wymienia np.  procesów polskich dziennikarzy pozywanych o gigantyczne sumy odszkodowań przez niemiecko szwajcarskiego giganta medialnego za krytyczne wpisy na jego temat w mediach społecznościowych, dlaczego nie przeszkadzają światowym obrońcom wolności słowa pozwy kierowane przeciwko dziennikarzom przez marszałka senatu, którego jedynie immunitet chroni przed postawieniem zarzutów o branie łapówek, dlaczego milczy ten ranking o skandalicznym procesie wytoczonym katolickiemu nadawcy za rzekome nieudzielenie informacji publicznej , podczas gdy w ogóle nie wiadomo gdzie są jej granice i dlaczego nikt się nie oburza, gdy za ten rzekomy brak informacji publicznej szefowa fundacji będącej nadawcą tej jedynej w Polsce ogólnokrajowej telewizji katolickiej zostaje skazana w procesie karnym? Kuriozalna przy tym jest także krytyka mediów publicznych za to, że dostają pieniądze z budżetu państwa, tak jakby w innych krajach nie było takiej reguły.  Ranking wolności słowa nie pisze jednak ani słowa o tym, ile pieniędzy nierzadko z niejasnych źródeł otrzymują w Polsce media zagraniczne i opozycyjne wobec rządu.

Może więc warto przypomnieć, skąd biorą fundusze na swoje utrzymanie Reporterzy bez Granic. Organizacja ta założona jest ponad 30 lat temu przez 4 francuskich dziennikarzy, dziś jej budżet to prawie 7 milionów euro. Finansowana jest m.in. przez Parlament Europejski i państwo francuskie – w tym wypadku jak widać finansowanie przez państwo nie jest naganne i nie naraża organizacji na zarzut braku obiektywizmu, jak w przypadku Polski.  Do tego dochodzi sponsoring ze strony instytucji prywatnych takich jak np. fundacja skrajnie kontrowersyjnego miliardera George’a Sorosa, co samo w sobie stawia pod wielkim znakiem zapytania obiektywizm tego rankingu szczególnie w stosunku do tych krajów, które są bez przerwy dyscyplinowane na forum ogólnoeuropejskim.

Nie mam wątpliwości, iż to po raz siódmy z rzędu najniższe w historii zestawienia miejsce Polski jest wyjątkowo krzywdzące dla naszego kraju. Jest to ocena nierzetelna dla Polski, ponieważ nie oddaje rzeczywistego poziomu wolności słowa, wolności mediów i wolności dziennikarzy, jaki panuje w naszym systemie prasowym. Warto przy tym przypomnieć, iż Raport zupełnie pomija ogromną różnorodność mediów w Polsce, ich swobodne funkcjonowanie we wszystkich sektorach i nieskrępowane prowadzenie biznesu przez firmy i koncerny medialne, w tym także zagraniczne.  W rankingu Wolności prasy już szósty rok z rzędu pierwsze miejsce zajmuje Norwegia, na drugie awansowała Dania, a na trzecim jest Szwecja. Niestety mediów o konserwatywnym prawicowym czy katolickim profilu praktycznie nie ma tam wcale, a w przestrzeni publicznej już dawno przestano dyskutować o takich problemach jak aborcja, eutanazja, czy zagrożenia związane z ideologią gender. Czy naprawdę musi to być obowiązujący w Europie wzorzec wolności prasy?  Z całą pewnością nie. Spadek w tak konstruowanym rankingu może więc Polskę raczej cieszyć niż martwić.

W najbliższych dniach zostanie opublikowane oficjalne stanowisko CMWP SDP na temat Indeksu Wolności Prasy 2022 .

O historycznym przełomie ws. aborcji w USA pisze CEZARY KRYSZTOPA: #BabiesLivesMatter

Podczas pierwszego badania USG jednego z naszych synów ginekolog stwierdził Zespół Downa. Nie byłoby to niemożliwe, w rodzinie Żony był taki przypadek. Nietrudno się jednak domyślić, że dla nas, rodziców, było to absolutnym ciosem. Nie dlatego, że wychowanie takiego dziecka to nie zawsze łatwy kawałek chleba, ale dlatego, że każdy rodzic chce, żeby jego dziecko było najpiękniejsze, najmądrzejsze i najsilniejsze. Nie pamiętam już dokładnie co zdecydowało o tym, że straciliśmy zaufanie do tego lekarza, jakieś dziwne sugestie, czy coś innego. Dość, że poszliśmy do innego, zrobiliśmy inne USG, nasz syn, zupełnie zdrowy, przynosi dziś ze szkoły szóstki, a na podwórku jest duszą towarzystwa. Nam nawet do głowy nie przyszła aborcja, ale ilu rodzicom w takiej sytuacji przyszła? Ilu pozwoliło na zabójstwo swojego dziecka?

W Polsce kwestią sporną była tzw. przesłanka eugeniczna. Potworną manipulacją była sugestia, że z tej przesłanki zabijano dzieci podobne do krążących w sieci na zdjęciach „potworków”. To nieprawda, największy odsetek zabijanych dzieci stanowiły właśnie dzieci z Zespołem Downa i Zespołem Turnera. A biorąc pod uwagę, że ilość zabijanych dzieci od wejścia w życie ustawy aborcyjnej wielokrotnie wzrosła, można się domyślać, że orzekanie obydwu stało się również pretekstem do zabijania dzieci zdrowych.

Zabijanie nienarodzonych w USA

W Stanach Zjednoczonych jest o wiele gorzej. Aborcja jest legalna bez ograniczeń w pierwszym trymestrze ciąży, w związku z czym jest traktowana jako forma antykoncepcji. W rekordowym roku 1990 zabito w ten sposób, przynajmniej według oficjalnych danych, 1 429 247 dzieci a i dziś liczby te oscylują wokół ok. 850 tysięcy dzieci rocznie. Nic w tym dziwnego, ponieważ w Stanach Zjednoczonych interesu pilnuje gigantyczny i ustosunkowany przemysł aborcyjny, który swoje wpływy przy pomocy ogromnych pieniędzy utrwala na całym świecie, również w Polsce. Nawet napływ uchodźców z Ukrainy jest wykorzystywany do pozyskania przez niego rynku zbytu nad Wisłą. Na pewno zauważyliście aktywistki – komiwojażerki, które twierdzą, że najważniejsze czego potrzeba ukraińskim kobietom, które uciekły z dziećmi od wojny to – aborcja.

Eugenika w służbie aborcji

Przemysł ten uwielbia otaczać się nimbem „postępu”. I coś w tym jest, jednak chodzi tu o postęp nieco inny niż chciałby nas przekonać. Największą siecią klinik aborcyjnych, stanowiąc przez to pewien czarny symbol, stanowi tu Planned Parenthood, organizacja mając pewną czarną tajemnicę, którą nie lubi się chwalić. Otóż, jego założycielka Margaret Sanger była zwolenniczką eugeniki, a jej idee „kontroli urodzeń” były w istocie ideami „kontroli urodzeń nieprzystosowanych”, za realizację w praktyce czego była nawet aresztowana. Wydawała pismo „The Birth Control Review” w którym publikował między innymi Ernst Rüdin, twórca hitlerowskiego planu higieny rasowej. Czasopismo promowało eugenikę, postulowało wprowadzenie przymusowej sterylizacji i aborcji dla osób „nieprzystosowanych”. W 1932 roku opublikowała w „The Birth Control Review” swój „Plan pokojowy”, sugerujący wprowadzenie obowiązkowej segregacji, sterylizacji i reedukacji „dysgenicznego inwentarza” (dysgenic stock). W 1939 roku Sanger zapoczątkowała „Projekt Murzyn”, którego celem było ograniczenie rozrodczości czarnych obywateli USA. W latach 1939–1942 była honorową delegatką Birth Control Federation of America. Po zakończeniu II wojny światowej American Birth Control League zmieniła nazwę na International Planned Parenthood Federation w celu uniknięcia niekorzystnych skojarzeń z eugeniczną działalnością niemieckich nazistów [Ta wiedza pochodzi z Wikipedii, tyle że dawno została zamieniona na ugrzecznioną wersję].

Przełom, histeria i wytrwałość

Dziś w Stanach Zjednoczonych, czyli mateczniku aborcyjnej ideologii dzieje się rzecz historyczna. Oto dzięki temu, że poprzedni prezydent USA Donald Trump, łamiąc trwającą wiele dziesięcioleci przewagę sędziów aborcjonistycznych, wprowadził do amerykańskiego sądu najwyższego sędziów konserwatywnych, jest szansa na obalenie precedensu opartego na wyroku ws. Roe v. Vade, który na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku legł u podstaw przyzwolenia na powszechność zabijania dzieci.

Na amerykańskich ulicach podnosi się histeria. Przed chwilą właśnie oglądałem filmy z Los Angeles, na których aborcyjni aktywiści popychają policjantów i na nich plują. Sceny jako żywo przypominające to co widzieliśmy jeszcze niedawno na ulicach polskich miast w ramach tzw. „Strajku Kobiet”. I kiedy tak patrzę na tę i tamta agresywną dzicz, wydaje mi się to makabrycznie spójne z ideami, które przyświecały Margaret Sanger.

Z drugiej strony, przerażonej erupcją „postępowej” agresji na ulicach Ameryce, gdybym miał taką możliwość, chciałbym powiedzieć: Spokojnie, barbarzyńcy sami się zaorzą, nikt nie jest dla nich bardziej szkodliwy niż oni sami i wizerunek wariatów, który sobie budują.

Wytrwajcie w słuszności. Dobro zwycięży.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Polsko-radziecka przyjaźń trwa”, bo Pałac Stalina nadal stoi

Większość Polaków jest przeciwna likwidacji Pałacu Stalina (Pałacu Kultury i Nauki) w Warszawie – dowiedzieliśmy się z ostatniego sondażu Social Changes dla portalu wPolityce.pl. Czyli mimo formalnego rozpadu ZSRR polsko-radziecka przyjaźń trwa. Jak długo jeszcze?

Przeciw wyburzeniu sowieckiego pałacu w centrum polskiej stolicy wypowiedziało się ponad 3/4 badanych – 77 proc. Usunięcie „maczugi Stalina” popiera tylko 10 proc. respondentów. 13 proc. badanych… nie ma zdania.

Mnie chyba najbardziej zadziwił fakt, jak mało przeciwników rozbiórki Pałacu Stalina, czyli de facto zwolenników tego obiektu, jest wśród wyborców Zjednoczonej Prawicy (za rozbiórką 69 proc., przeciw 12 proc.) Przecież tyle razy tłumaczyliśmy, edukowaliśmy i… nic. A przynajmniej niewiele.

Jednocześnie z omawianego badania wynika, że większość Polaków – dokładnie 2/3 – ma świadomość, iż Pałac Kultury i Nauki to „prezent” od sowietów. Pytanie dokładnie brzmiało tak: „Czy wiedziała Pani/wiedział Pan, że Pałac Kultury i Nauki (PKiN) w Warszawie został zbudowany na rozkaz Stalina?”

Jaki z tego wniosek? Jeśli Polacy wiedzą, a mimo to pałac im nie przeszkadza, trzeba wciąż edukować.

No to jeszcze raz…

Tzw. słońce narodów, a tak naprawdę jeden z największych zbrodniarzy w historii świata Józef Stalin proponował Warszawie metro lub osiedle mieszkaniowe, ale tzw. prezydent Polski, a tak naprawdę jeden z największych zbrodniarzy w historii naszej Ojczyzny, a do tego agent NKWD Bolesław Bierut wybrał PKiN. Pod jego budowę wyburzono kilkadziesiąt kamienic, które przetrwały Niemca – Sowieta już nie. Bolszewicy zniszczyli w ten sposób historyczne centrum stolicy, z wieloma pięknymi kamienicami secesyjnymi czy modernistycznymi (po rozbiórce PKiN-u należałoby je przywrócić – wtedy Warszawa odzyskałaby centrum).

22 lipca 1955 r. Józef Cyrankiewicz, premier rządu PRL oraz sowiecki ambasador Ponomarenko oświadczyli, iż: „uważają wybudowany przez Związek Radziecki w stolicy Polski – Warszawie – Pałac Kultury i Nauki za symbol wieczystej, niewzruszonej przyjaźni narodów radzieckiego i polskiego”. Placem Defilad, jak dziś placem Czerwonym w Moskwie, paradowały ruskie czołgi. Huczały ruskie armaty.

Dzień 22 lipca wybrano nieprzypadkowo: to rocznica zniewolenia Polski przez sowietów (wydania komunistycznego Manifestu PKWN; potem święto Polsku Ludowej). A PKiN „jest znakiem upokorzenia narodu polskiego i wyrazem pogardy dla – de facto – okupowanego w latach PRL >prywislianskogo kraja<” – napisali ludzie kultury, nauki i mediów, protestując przeciwko wpisaniu pałacu (2 lutego 2007 r.) do rejestru zabytków (ale wiadomo, iż pałac z tego rejestru można też wypisać – wystarczy chcieć).

Pomysł Stalina realizował Mołotow (ten od IV rozbioru Polski razem z Ribbentropem). PKiN od początku był kiczem: miał połączyć styl krakowskich Sukiennic, kamienic z Kazimierza Dolnego, pałacu w Nieborowie, ratusza w Chełmnie i oczywiście pałaców sowieckich. Wysokość – 230 metrów. Na więcej nie zgodzili się sowieccy „bracia” – PKiN nie mógł być wyższy od Moskiewskiego Uniwersytetu im. Łomonosowa.

7 marca 1953 r. PKIN nadano imię darczyńcy – zmarłego Józefa Stalina. Na placu miał również stanąć jego pomnik. Szczęśliwie z pomysłu zrezygnowano, bo zapewne stałby tam dalej.

„Będzie trwał tak jak miłość do dziecka. (.) Będzie trwał tak jak przyjaźń radziecka” – pisał… Jan Brzechwa. I tak PKiN trwa kolejne dekady. Tak jak nieosądzeni zbrodniarze komunistyczni, którym płacimy ogromne resortowe emerytury. Ale nie wszystkim się podoba. Władysławowi Broniewskiemu skojarzył się z „koszmarnym snem pijanego cukiernika”. A słynne określenie „Pekin” wymyślił Leopold Tyrmand – jako nawiązanie do nazwy pewnej przedwojennej kamienicy, w której funkcjonowała agencja towarzyska.

Czy wiedząc to wszystko, „dar Stalina” ma pozostać symbolem Warszawy? Dla wielu ważniejszym niż Syrenka, czy Zamek Królewski? Chyba, że chcemy, aby nadal tak głęboka była polsko-radziecka przyjaźń?

 

Kochanka, szpiedzy, przyroda i poezja – MYKOŁA SEMENA opisuje krymskie tajemnice Adama Mickiewicza

W czerwcu 1825 r. podoficer 3. Pułku Ułanów Ukraińskich Ivan Sherwood wysłał do Petersburga donos. Mówił on, że na południu imperium istnieje tajne stowarzyszenie. List wpadł w ręce cara Aleksandra I. W celu identyfikacji buntowników postanowiono zorganizować wyprawę na Krym z Adamem Mickiewiczem na czele w nadziei, że buntownicy spróbują się z nim skontaktować i zostaną zdemaskowani.

 Jesteśmy przekonani, że nie możemy służyć Europie i ludzkości inaczej niż służąc naszej ojczyźnie, Polsce; że tylko w takim stopniu, w jakim będziemy przydatni sprawie polskiej, Europa i ludzkość mogą nam pomóc.

Adam Mickiewicz

Pracując jako dziennikarz na Krymie obserwowałem, jak pamięć o Adamie Mickiewiczu odradza się w regionie, do którego deportowani Tatarowie krymscy dopiero niedawno powrócili z wygnania i który rozwijał się w środowisku wolności słowa i demokracji. W czasach sowieckich większość wydarzeń na Krymie była poświęcona kulturze rosyjskiej i rosyjskim pisarzom. Nawet o ukraińskich klasykach związanych z Krymem niewiele mówiono. Dopiero po 1991 roku, czyli po powrocie półwyspu na Ukrainę, krymska kultura zaczęła wypełniać się bogactwem literatury światowej. Było to szczególnie nasilone w okresie od 2000 do 2010 roku. Na Krymie odbył się cykl konferencji naukowych poświęconych twórczości i życiu Adama Mickiewicza. Wyjątkowa książka wieszcza „Sonety krymskie” została wydana w czterech językach. Odbywały się wystawy i spektakle teatralne.

Podróż 1825

Pamiętam, że w 2004 roku na Krymie zorganizowano Dni Kultury Polskiej poświęcone Rokowi Polski na Ukrainie i rocznicy urodzin Adama Mickiewicza. Miejscem głównych wydarzeń był Gurzuf. Następnie odbyła się V Międzynarodowa Konferencja Naukowa o dziełach Adama Mickiewicza. Wzięło w niej udział ponad 50 polskich i ukraińskich naukowców, którzy dyskutowali m.in. o stosunkach między Rosją, Ukrainą i Polską oraz o kwestiach stabilności w Europie Wschodniej.

W 2005 roku Gurzuf był gospodarzem VI Międzynarodowej Konferencji Naukowej Krymu „Dni Adama Mickiewicza na Krymie” z udziałem około 50 filologów, krytyków literackich, historyków, etnografów, krytyków sztuki z Krymu, innych regionów Ukrainy, a także z Polski i Węgry. Uczestnicy wysłuchali ponad 40 relacji o rozwoju tradycji Adama Mickiewicza w poezji krymskiej, o obrazach Krymu południowego w „Sonetach krymskich”, o mickiewiczowskich przekładach Iwana Bunina, o miejscu i roli Krymu w polskiej historii, tradycji i kulturze. Na konferencji odbyła się prezentacja książki „Adam Mickiewicz na Krymie” oraz zbioru materiałów z pięciu poprzednich edycji tego wydarzenia.

Jednym z najciekawszych tematów konferencji była tzw. „Tajemnica krymska Mickiewicza”. Faktem jest, że prawdziwa historia podróży Adama Mickiewicza przez Krym wciąż pokryta jest szeregiem „białych plam”.

Dla porównania: w czerwcu 1825 r. rosyjski pisarz Aleksander Gribojedow i polski poeta Adam Mickiewicz odwiedzili Krym niezależnie od siebie. Jednak w twórczości Gribojedowa nie ma dzieła poświęconego historii, ludziom i przyrodzie półwyspu (pisał: „Spędziłem w Tawrydzie prawie trzy miesiące, a wynik wynosi zero. Nic nie napisałem’), natomiast Mickiewicz napisał po powrocie do domu liryczno-filozoficzny cykl osiemnastu „Sonetów krymskich”. Paradoks polega na tym, że trasa i chronologia podróży rosyjskiego pisarza są dobrze znane naukowcom (z Krymu wysyłał listy, prowadził pamiętnik, notatki, opisywał miejsca, w których przebywał), zaś szczegóły wyprawy polskiego poety są słabo udokumentowane. Badacze dysponują jedynie skąpymi informacjami, które można znaleźć bezpośrednio w „Sonetach krymskich” i skąpymi notatkami jego przyjaciół. Ponadto we wspomnieniach dzieci Adama Mickiewicza, które pamiętały opowieści ojca, znajdują się nieprawdziwe informacje. Nieznana jest nawet trasa, którą przebył wielki Polak. Coraz częściej naukowcy próbują odpowiedzieć na proste pytania – ile razy Adam Mickiewicz był na Krymie, jakie trasy przebył, co robił w podróży, kto mu towarzyszył? Badacze z Polski, Ukrainy i Krymu spotkali się po raz pierwszy w Gurzuf w 1999 roku, aby poznać te złożone zagadnienia i znaleźć rzetelne informacje o pobycie Mickiewicza na Krymie.

Główną tajemnicą wyprawy Mickiewicza na Krym w 1825 r. jest to, że na półwyspie towarzyszył mu m.in. „Stirlitz XIX wieku”. Hrabia Jan Witt był szefem osiedli wojskowych w południowej Rosji, a także długoletnim rezydentem rosyjskiego wywiadu we Francji, który przekazał carowi dokładną datę i taktykę ataku na Rosję w 1812 roku. Jego działalność to intrygi i procesy polityczne przeciwko przeciwnikom autokracji. To właśnie Jan Witt, wykonując tajny rozkaz cesarza, ujawnił spisek przyszłych dekabrystów w południowej grupie wojsk. Dlatego naukowcy nie mają wątpliwości, że Witt podążał za Adamem Mickiewiczem w Odessie, wypełniając zadanie cara, by dowiedzieć się o możliwych powiązaniach między spiskowcami polskimi i rosyjskimi.

Wyjazd Witta na Krym miał na celu śledzenie Mickiewicza i identyfikowanie jego ewentualnych kontaktów z członkami tajnych stowarzyszeń.

Nie wiadomo też, gdzie przebywał Mickiewicz w Symferopolu. Jeśli w hotelu, to w mieście był tylko jeden – „Odessa”. Ponadto naukowcy wciąż nie mają wiarygodnych dowodów na jego lokalizację. Ale niewykluczone, że Mickiewicz zatrzymał się u któregoś z mieszkańców.

Eupatoria

Po raz pierwszy w życiu słynny polski poeta Adam Mickiewicz zobaczył w Eupatorii uroczą egzotykę Wschodu. Miasto, mimo wpływów rosyjskich, nadal zachowało cechy średniowiecznej osady tatarskiej. Charakterystyczne są skierowane w błękitne niebo minarety i głosy muezini, którzy z wysokich balkonów zwołują wiernych do meczetów.

Badacze twórczości Adama Mickiewicza odtworzyli już szczegóły jego podróży. Przed jej rozpoczęciem, 26-letni poeta, jako nauczyciel gimnazjum w Wilnie, został uwięziony za udział w konspiracyjnej grupie. Po sześciu miesiącach Mickiewicz został zwolniony za kaucją, ale nakazano mu opuścić Wilno i udać się do Petersburga, do dyspozycji Ministerstwa Oświaty. Tam miał do wyboru kilka szkół średnich w różnych miastach – wybrał gimnazjum w Odessie. Jednak naczelnik okręgu edukacyjnego w tym mieście, hrabia Jan Witt, powiedział mu, że nie ma wolnych miejsc. Polecił czekać. Mickiewicz zamieszkał w budynku gimnazjum. Odwiedzał salony literackie i rozdawał autografy. Zakochał się w 31-letniej pięknej Karolinie Sobańskiej, prawnuczce królowej Marii Leszczyńskiej i został jej kochankiem. Była ona jednak konkubentką hrabiego Witta.

W czerwcu 1825 r. podoficer 3. Pułku Ułanów Ukraińskich Ivan Sherwood wysłał do Petersburga donos. Mówił on, że na południu imperium istnieje tajne stowarzyszenie. List wpadł w ręce cara Aleksandra I. W celu identyfikacji buntowników hrabia Witt zorganizował wyprawę na Krym z Adamem Mickiewiczem w nadziei, że buntownicy spróbują się z nim skontaktować i zostaną zdemaskowani.

Hrabia Witt kupił i podarował Sobańskiej jacht o nazwie „Carolina” i polecił jej zaprosić na rejs Mickiewicza. Kobieta zaproponowała poecie wyjazd na Krym. Aby się nie nudził, zaprosiła na wyprawę również swojego starszego brata Heinricha Rzewuskiego, pisarza, który później został koronowany na „polskiego Aleksandra Dumasa”. Witt zabrał zaś ze sobą agenta tajnej policji Ołeksandra Boszniaka, by pilnował poety. Przedstawił go Mickiewiczowi jako przyrodnika, znawcę owadów. Opuszczając port w Odessie, jacht skierował się do Eupatorii.

Na wysokości półwyspu Tarkhankut jacht napotkał na silny sztorm, który trwał dwa dni. Mickiewicz opisał to w sonecie „Burza”.

Wreszcie podróżnicy weszli na brzeg Eupatorii. Na brzegu powitał ich burmistrz Karaim Haji-Aga Babovich. Zaprosił gości do swojej posiadłości „Gan-Jafa” przy ulicy Karaimskiej. Mickiewicz i Rzewuski chcieli zobaczyć karaimską świątynię. Babovich zaoferował, że zaprowadzi tam gości. Po drodze przyjaciele poprosili swojego przewodnika o nauczenie zwrotów powitalnych w języku hebrajskim (jest to zapisane w świętych księgach Karaimów). Prowadzący nabożeństwo był poruszony i odpowiedział kilkoma polskimi zwrotami. Niewiarygodne, jak mieszkaniec małego krymskiego miasteczka, w którym Polak nigdy nie postawił stopy, mógł nauczyć się płynnie mówić po polsku? Jak się okazało, jednym z języków jego dzieciństwa był polski. Okazało się, że prowadzący nabożeństwa w świątyni interesuje się polską literaturą, a nawet trochę zna twórczość Mickiewicza. Wiadomość, że w odległej Eupatorii znają jego wiersze, zszokowała poetę.

Do dziś zachował się dom Haji-Agi Babovich przy ulicy Karaimskiej 53 w Eupatorii. Na jego fasadzie w 2002 roku wmurowano tablicę upamiętniającą pobyt poety w tym mieście. W tym liczącym ponad 200 lat gmachu planowano otwarcie Muzeum Adama Mickiewicza, pierwszego wybitnego poety, który odwiedził Eupatorię. Ale z powodu wojny nie jest to na razie możliwe.

Wspomina się, że poeta odwiedził Bachczysaraj, dawną stolicę Chanatu Krymskiego, gdzie spał na kanapie ostatniego chana Szagina Gireja. Adam Mickiewicz wstąpił do karaimskiego miasta-twierdzy Chufut-Kale, odwiedził górę Chatyr-Dag, Ałusztę i podziwiał fale ze szczytu Ayu-Dag (Niedźwiedziej Góry). Następnie podróżnicy wrócili do Eupatorii, skąd cała piątka na odpłynęła do Odessy. Po powrocie z wyprawy relacje między Sobańska a Mickiewiczem ochłodziły się. Obrażony poeta podsumował to kilkoma zjadliwymi wierszami.

Witt zdał sobie sprawę, że jego misja się nie powiodła. Członkowie tajnego stowarzyszenia nie próbowali nawiązać kontaktu z poetą. Hrabia odwołany z Odessy i mianowany urzędnikiem moskiewskiego biura gubernatora generalnego. Ale głównym efektem podróży Mickiewicza był cykl „Sonety krymskie”, jedno z arcydzieł światowej poezji. Zbiór po raz pierwszy ukazał się w Moskwie w grudniu 1826 r. z dedykacją autora: „Towarzyszom z Krymu”.

W czterech językach

„Sonety krymskie” należy do niekwestionowanego kanonu arcydzieł polskiej poezji. W 2021 roku przy okazji 30. rocznicy niepodległości Ukrainy, we współpracy z Kancelarią Prezydenta RP i Instytutem Polskim w Kijowie, ukazało się wyjątkowe wydanie „Sonetów krymskich” w czterech językach: oryginalnym polskim, ukraińskim w tłumaczeniu Maksyma Rylskiego, krymskotatarskim w przekładzie poety Shakira Selima oraz angielskim przetłumaczonym przez Karola Kraszewskiego.

„My czytamy dziś ten cykl wierszy Mickiewicza jako nadal aktualną – mimo upływu blisko dwóch wieków – opowieść o ziemi, w której dziejach zapisało się tak wiele ludzkich dramatów i która zawsze pozostanie najbliższa sercom Ukraińców i Tatarów” – napisał w liście Prezydent RP Andrzej Duda.

Poezję polskiego poety ilustrują zdjęcia autorstwa ukraińskiego fotografa Romana Krawczenki, który przez długi czas mieszkał na Krymie i stworzył własną niezapomnianą wizualną historię tej ziemi. Z powodu rosyjskiej okupacji Krymu artysta został zmuszony do emigracji do Polski.

Znani ukraińscy i polscy działacze, politycy i żołnierze nagrali wideo, w którym recytują ukraińskie i krymskotatarskie wersje „Sonetów krymskich”. Film ten w ubiegłym roku zamieścił na swoim profilu na Twitterze Andrzej Duda.

„W tym roku Ukraina obchodzi 30. rocznicę niepodległości. Z tej okazji w czasie mojej wizyty w Kijowie przekazałem „Sonety Krymskie” Adama Mickiewicza przetłumaczone na język ukraiński i krymskotatarski. Jesteśmy i będziemy sobie bliscy!” – napisał wówczas prezydent RP.