WALTER ALTERMANN: Samotna rozpacz, czyli paplanie miliardów

BOHATER – do Dziennikarki – Widzi pani, jestem zbyt prymitywny. Wszystkie nieporozumienia między mną i światem wywodzą się z tego, że jestem prymitywny i chcę poważnie traktować życie. Przeklęta gadanina, gdyby ludzkość razem ze mną zamknęła na wieki olbrzymią jadaczkę. Niech te dwa miliardy umilkną na jeden dzień i wszystko odzyska swój blask…

            Ten fragment KARTOTEKI Tadeusza Różewicza niech będzie nam przesłaniem.

Różewicz pisał swój dramat w latach 1958-59. Zważmy na to, bo ludzi było wtedy raptem dwa miliardy, a nie 7,7 miliarda, jak dzisiaj. Zatem i gadania było znacznie mniej. Nie było tylu stacji telewizyjnych i radiostacji. I przede wszystkim, nie było Internetu. Było znacznie ciszej. Choć ucho wrażliwego na bełkot pisarza i tak nie mogło znieść tej gadaniny.

Przeciętny chłop w średniowiecznej Prowansji otrzymywał przez całe swe życie tyle nowych informacji, ile dzisiaj dociera w ciągu jednego dnia do przeciętnego Europejczyka. Te badania przeprowadzono w latach 80. jeszcze przed wynalezieniem Internetu z jego dobrodziejstwami typu: tik tok, Facebook, Twitter, you toube i wszystkich pozostałych środków rażenia naszej świadomości. Można powiedzieć, że ludzkość się potwornie rozjazgotała i ani myśli spełnić błaganie Różewicza.

Nie wszyscy pisali i mówili

Od zarania ludzkości mówili i pisali ci, którzy umieli pisać i naprawdę mieli coś do powiedzenia. Przez tysiące lat mówili starzy mędrcy, przywódcy religijni i władza. Za miarę mądrości człowieka uchodziło to, że mówiło się mało i zawsze na temat. Gaduły uważane były za głupców i odsuwano ich z gremiów, podejmujących ważne decyzje. Oczywiście nie wszystkie zapisane słowa były mądre. Zdarzało się przecież, że lekarze zalecali palenie papierosów na kłopoty płucne, rtęcią leczono kiłę a narkotyki uważano za cenne lekarstwo na nerwy. Niemniej i tak, w dawnych czasach głupoty było znacznie mniej niż mądrości, bo słów było mniej.

Gdy chodzi o pisanie – jedną z technicznych przyczyn, że dawniej pisano o wiele mniej, było to, że zapisywano ryjąc w kamieniu, w glinie, którą potem wypalano, potem pisząc z mozołem na jedwabiu, papirusach i na papierze. A wytworzenie tych wszystkich nośników było drogie, więc na szczęście zapisywano tylko rzeczy najważniejsze.

Przez wieki pisali głównie zawodowcy – pisarze administracji państwowej i zawodowi filozofowie i literaci. I powiedzmy wprost, gdy chodzi o literaturę – grafomanów nie było stać na druk. Tak było aż do połowy XIX wieku. Potem szeroka fala miernoty zalała tzw. rynek czytelniczy. Bo pisanie stało się rynkowym sposobem na zarobek.

W czasach dwudziestowiecznych dyktatur pisanie podlegało kontroli państw, które bały się „nieprawomyślnych” tekstów. Obecnie w Europie – poza Rosja, Białorusią i Turcją (geopolitycznie kwalifikowana, jako część Starego Kontynentu)  – nie ma już państwowych ograniczeń dla pragnących pisać. Jest to oczywiście dowodem wolności i demokracji. I to jest piękne. Niemniej to demokracja uwolniła nasze dzisiejsze tsunami pisania, które niszczy takt, rozum, poczucie sensu i artystycznego piękna, a te cechy były przecież dowodami na wielkość naszego gatunku.

Smutna radość z pisania w Internecie

Ilekroć otwieram Facebooka natychmiast „meldują się u mnie” osoby, których nie znam, ale które muszą podzielić się ze mną przemyśleniami. I tak dowiaduję się, że pani Kicia przeszła po parku prawie 5 kilometrów, a potem w przydrożnym barze zjadła ciastko.

Panna Kocia natomiast przekazuje mi swoje zdjęcia na tle jakiegoś drzewka w ogródku. Gdyby jeszcze panna Kocia była osoba młodą i ponętną… Niestety, prawie dorównuje mi wiekiem i sylwetką.

Inna pani prowadzi stronę, na której zaprasza mnie do zabawy. I co kilka dni proponuje nową formę rozrywki. Raz każe mi napisać, jak mam na drugie imię, innym razem prowokuje do wynurzeń na temat jakie psy lubię mniej, a jakie bardziej. Jest też strona, na której prowadzący publikuje zdjęcia starych przedmiotów z czasów PRL-u i pyta czy miałem je w domu, albo używałem. I nie są to obiekty wymyślne: jakaś pralka Frania, stary młynek do kawy albo ręczna wyżymaczka.

Według mnie wszystkie te zabawy są szalenie rozwijające intelektualnie i bardzo ucieszne, więc nie odpowiadam na wezwania o ujawnienie mojego zdania, moich przeżyć. Nie ujawniam też obecnego i dawnego stanu posiadania mego gospodarstwa domowego. Ale… o dziwo setki ludzi odpowiadają na takie prowokacje mózgowe. I piszą, że oni na drugie mają Zdzisiek, po wujku, albo Kasia, po koleżance mamy. Podskakują z radości (dowodem ikonki emocji), że oni też mieli w domu rybkę z dmuchanego szkła, albo telewizor Neptun.

W związku z opisaną powyżej ludzką aktywnością nasuwa się pytanie – dlaczego ci ludzie to robią – to znaczą piszą i odpowiadają, że oni też przeszli lasem ileś tam metrów, że coś po drodze zjedli. Dlaczego to robią? To znaczy piszą, prowokują i odpowiadają?

Myślę, że świat ma do czynienia z w wielkim, wprost niewyobrażalnie wielkim problem alienacji jednostki. Przeciętny człowiek zna dobrze zaledwie kilkadziesiąt osób, wliczając bliższą i dalszą rodzinę, i nie zawsze tę rodzinę lubi. Owszem mamy też wielu znajomy z pracy, z przeróżnych stowarzyszeń, związków a nawet partii. Tyle tylko – czy my tych ludzi naprawdę znamy? Znamy ich na tyle, na ile oni sami odsłonią się przed nami, przed światem.

Przeciętny człowiek w dzisiejszych czasach jest przerażająco samotny. I dlatego pisze, bo chce być w jakimkolwiek ludzkim kręgu, chce znać i być znany.

Jednak bardzo zasadne w tym momencie jest pytanie – jaką stronę swych osobowości ludzie ujawniają w Internecie? Najczęściej jest to strona polityczna. Ale, niestety, piszący o polityce najczęściej ograniczając się do inwektyw lub powtarzają stereotypy. Te wszystkie twittery narzucają użytkownikom konieczność pisania zwięzłego, niemal hasłowego. Gdyby Monteskiusz czy Spinoza żyli teraz, to nie zaistnieliby, bo nie potrafiliby pisać krótko, sloganami.

Ludziom wydaje się, że to bardzo ważne, że piszą. Myślą, że ważne jest też, że czytają, co piszą inni. Podświadomie wierzą, że to „gadanie” zmieni ich los i dzieje świata. I dlatego chcą dynamiki, chcą być aktywni.

Te miliardy, gadający na Facebooku i jemu podobnych są zrozpaczone swoja samotnością, choć o tym, nie do końca, wiedzą. Wydaje im się, że wszystkie sznurki swego losu trzymają mocno w garści, ale mylą się. Te miliardy są jak marionetki na sznurkach, za które pociąga kto inny? Kto? Może tylko przypadek? Może przypadkowi politycy, bo w światowy spisek złych mocy nie wierzę.

 

Samotny tłum

W roku 1950 ukazała się rewolucyjna praca Davida Riesmana „Samotny tłum” (współautorami byli Nathan Glazer i Reuel Denney). W samej rzeczy jest to dzieło przełomowe w socjologii i w postrzeganiu praw rządzących społeczeństwami w ogóle.

Riesman zauważa, iż w niewielkich wspólnotach, także w dawnych społeczeństwach istniały różnego rodzaju więzi społeczne, natomiast w społeczeństwach współczesnych więzi zanikają, ulegają degradacji bądź instrumentalizacji a często są przedmiotem manipulacji. W efekcie naturalne wspólnoty zanikają. Ludzie ulegają wykorzenieniu, atomizacji, roztapiają się w anonimowej masie pracowników, urzędników, elektoratu, konsumentów czy publiczności. Więzi wspólnego zamieszkania, podobieństwa etnicznego, religijnego bądź klasowego zostają zerwane. W to miejsce pojawia się samotny tłum, podatny na hasła demagogów, poszukujący silnych, ojcowskich autorytetów, ulegający pokusie autokratycznych czy nawet totalitarnych rządów. Osamotnieni przyłączający się do różnych ruchów społecznych w poszukiwaniu zastępczych więzi i alternatywnych wspólnot.

Czy tych słów o samotnym tłumie nie można odnieść do naszego polskiego społeczeństwa? Czy coś się zmieniło? Wszystko wskazuje na to, że nie i praca Riesmana pozostaje ciągle aktualna, czasami przerażająco wręcz aktualna.

Człowiek przez miliony lat żył w małych społecznościach – rodowych, plemiennych, w kręgu jednej wsi, czy małego miasta. Wtedy wszyscy się znali. Każdy o każdym dużo wiedział. Każdy wchodził w relacje (interakcje) z sąsiadem, znajomym. Wtedy też działało pisane lub zwyczajowe prawo, nakazujące takie a nie inne zachowania. Jeżeli jeszcze w połowie XX wieku na wsi chłop mijał drugiego chłopa i nie uchylał czapki, to był to jasny znak, że są pogniewani. Dzisiaj mijamy dziennie setki, tysiące ludzi, którym nie mówimy ani „dzień dobry”, ani „szczęść Boże”. Jesteśmy więc z innymi blisko w przestrzeni, ale daleko w sferze psychicznej, mentalnej.

Dawniej świat był znany i bezpieczny. Dzisiaj jesteśmy samotni i zagrożeni. I ta samotność, to zagrożenie są naszym największym psychicznym kłopotem.

Riesman był rzetelnym i przenikliwym naukowcem, ale nie był wieszczem. Więc nie przewidział, że po latach świadomość tej samotności dotrze do nas, i że będziemy szukali ratunku przed wyjącą pustką. Na razie znaleźliśmy ratunek w Internecie, niestety jest to ratunek pozorny, bo nawet biliony, tryliony słów nie zasypią przepaści, jaka obecnie dzieli człowieka od człowieka.

Przepraszam, że to co napisałem nie jest wesołe. Jest za to prawdziwe.

 

W rocznicę śmierci rotmistrza Pileckiego TADEUSZ PŁUŻAŃSKI pisze o egzekucji Bohatera

Zastępca naczelnika więzienia mokotowskiego ds. politycznych Ryszard Mońko, w najbardziej mrocznych, stalinowskich czasach, nigdy nie odpowiedział za udział w zbrodni na Witoldzie Pileckim 25 maja 1948 r. Nie ujawnił także, gdzie komunistyczni siepacze – jego koledzy – zrzucili zmasakrowane ciało rotmistrza i innych polskich bohaterów. Przez ćwierć wieku III RP nie zapukał do niego żaden prokurator. Mnie bez problemu udało się odnaleźć Mońkę w 2012 r. w Hrubieszowie.

O „Łączce” Mońko nie chciał mi nic powiedzieć, twierdząc, że na Mokotowie pracował do 1948 r. Mońko kłamał. Na procesie prokuratora Czesława Łapińskiego, oskarżyciela rtm. Pileckiego zeznawał: „Na Mokotów zostałem skierowany w styczniu 1948 r. ze zlikwidowanej jednostki saperskiej. Jako funkcjonariusz ds. polityczno-wychowawczych uczyłem śledczych zasad polskiego ruchu robotniczego”.

Winny Grabicki i bezpieka

Trochę więcej Mońko mówił o egzekucjach na Rakowieckiej. Przede wszystkim potwierdził, że w pierwszych latach powojennych odbywały się one na terenie więzienia – głównie w starej kotłowni za budynkiem X Pawilonu (potwierdzał to również np. więzień Rakowieckiej Stanisław Krupa). Przyznał również, że nie było żadnego plutonu egzekucyjnego: strzelał jeden funkcjonariusz – najpierw Piotr Śmietański, potem Aleksander Drej (ten drugi na ogół po pijanemu). Potem ciała wywoził jego przełożony – naczelnik więzienia – Alojzy Grabicki. To na niego – od dawna nieżyjącego – Mońko zrzuca całą odpowiedzialność za represje i morderstwa na Mokotowie. No i oczywiście na bezpiekę.

„Jedyny przypadek w karierze”

Mnie szczególnie interesowała egzekucja rotmistrza Witolda Pileckiego, w której – jak wynika z dokumentów – Mońko brał udział. Pamiętałem jego opowieść z procesu Łapińskiego: „To był jedyny przypadek w mojej karierze. Zastępowałem Grabickiego [Alojzy Grabicki, który skończył miesięczny kurs więziennictwa w Łodzi i pracował najpierw w Białymstoku, do końca życia, nie nękany przez wymiar sprawiedliwości, ukrywał prawdę o miejscu grzebania więźniów], który takimi sprawami zajmował się rutynowo, ale akurat, wyjątkowo, wyjechał. Wcześniej wypełniałem tylko gotowe blankiety i podpisywałem się. Dane uczestniczących w egzekucji sprawdzałem na podstawie okazanych mi legitymacji. 25 maja 1948 r., między godz. 21 i 21.30 do mojego gabinetu zgłosiło się czterech panów, dwóch w mundurach wojskowych, dwóch po cywilnemu. Byli z bezpieki. Na polecenie prokuratora Cypryszewskiego rozkazałem doprowadzenie Pileckiego na miejsce straceń. To był mały, oddzielnie stojący budynek za X pawilonem, którym rządził MBP, a oficerowie służby więziennej nie mieli tam wstępu. Widziałem, jak prowadzili Pileckiego pod ręce, a on poprosił ich, żeby go puścili, bo chce iść sam. Weszli do środka, ja zostałem na zewnątrz. Słyszałem jeden strzał. Więźniów politycznych rozstrzeliwano, pospolitych wieszano. Pluton egzekucyjny to był jeden funkcjonariusz UB [etatowy morderca starszy sierżant Piotr Śmietański]. Lekarz w wojskowym mundurze wszedł do budynku i stwierdził zgon. Przed wykonaniem wyroku z Pileckim rozmawiał ksiądz Martusiewicz”.

 

Oskarżający Łapińskiego prokurator IPN spytał jeszcze świadka Mońkę: „Gdzie pogrzebano Pileckiego?” A on odparł: „Nie brałem w tym udziału. Od dyżurnych wartowników słyszałem, że ciała zabitych wywoziła gdzieś sanitarka więzienna. Często jechał w niej naczelnik, który miał prawo jazdy”. Również na ostanie pytanie: „Dlaczego podpisał pan protokół wykonania kary śmierci?” Mońko opowiedział jak zawsze ze spokojem: „A co miałem robić?”

Z białą opaską

Pamiętając te zeznania miałem nadzieję, że Mońko powie mi więcej. On powtórzył właściwie opis śmierci Pileckiego, który przedstawił w sądzie: „Wzięli go pod ręce. Czterech ludzi. On powiedział: „Będę szedł sam”. Założyli mu białą opaskę na oczy”.

Dopytywałem, powołując się na świadectwo księdza Jana Stępnia, współwięźnia z Rakowieckiej, który miał widzieć tę ostatnią drogę rotmistrza z okna celi: „Prowadziło go pod ręce dwóch strażników. Ledwie dotykał stopami ziemi. Nie wiem, czy był wtedy przytomny. Sprawiał wrażenie zupełnie omdlałego”. Czyli istnieje domniemanie, że w momencie egzekucji skatowany przez „oficerów” bezpieki Pilecki już nie żył, że Śmietański zamordował trupa…

Taka zresztą była praktyka bezpieki. Często najgorsze śledztwo rozpoczynało się po procesie i wyroku skazującym, kiedy oprawcy wiedzieli już, że ich ofiara nie wyjdzie na wolność. Że zginie w więzieniu. Mogli sobie pofolgować.

Mońko jednak twardo powtórzył swoje: „Szedł sam, dobrowolnie. Widziałem to dokładnie, szedłem 30–40 metrów dalej. Nim doszedłem do miejsca, jego już rozstrzelano”. Gdzie to było, też w kotłowni? – doprecyzowałem. „Tak. Prócz kata Śmietańskiego byli prokurator, ksiądz”. Ile było strzałów? „Słyszałem jeden”. Co się potem stało? „Nie wiem. Mówiłem już, że nie uczestniczyłem w pochówkach. Też musiał być wywieziony sanitarką”.

Z faktu, że kat zamordował rotmistrza w kotłowni, Zofia Pilecka wyciąga wniosek, że został spopielony. Czyli może nigdy nie odzyskać szczątków taty.

Pilecki trafił na „Łączkę ” – uważa jednak prof. Krzysztof Szwagrzyk, prowadzący prace na stołecznych Powązkach Wojskowych. Niedaleko swojego oprawcy – sędziego Romana Kryże.

9 tysięcy emerytury

Potem spytałem Mońkę jeszcze m.in. o to, dlaczego – jego zdaniem – na ekshumacje na Powązkach trzeba było czekać aż 23 lata? Czy ktoś to blokuje? Mońko na to: „Wydaje mi się, że tak. Może boją się Rosji”.

Ryszard Mońko, z zawodu technik rolniczy i mechanik, który po odejściu z Mokotowa był m. in. – do 1962 r. – naczelnikiem więzienia w Częstochowie, na koniec pochwalił mi się, że ma 9 tysięcy złotych emerytury („Wałęsa, dobry człowiek, wyrównał mi emeryturę”). Zadowolony z życia, miły dla sąsiadów starszy pan cieszył się dobrym zdrowiem. „Nie mam żadnych dochodzeń sądowych. Jestem czysty” – powiedział mi na odchodne. Zmarł w 2016 r. w rodzinnym Hrubieszowie, pożegnany na miejscowym cmentarzu parafialnym. Tak odszedł ostatni morderca Witolda Pileckiego.

 

Inteligentna natura kontra podstępni ludzie  –  WOŁODYMYR SYDORENKO o delfinach wcielonych do armii

Pod koniec kwietnia „The Guardian” i Reuters, powołując się na zdjęcia satelitarne amerykańskiej firmy Maxar, poinformowały, że Rosja umieściła walczące delfiny w Zatoce Sewastopolskiej, najwyraźniej w celu ochrony swojej floty przed atakiem podwodnym. Początki wykorzystywania tych inteligentnych ssaków przez armię sięgają jeszcze czasów sowieckich.

Zdjęcie satelitarne przedstawia oddziały delfinów ustawione przy wejściu do Zatoki Sewastopolskiej. Według brytyjskich dziennikarzy, US Naval Institute, po analizie tych zdjęć, doszedł do wniosku, że dwie jednostki delfinów zostały przeniesione do bazy w lutym na początku inwazji Rosji na Ukrainę. „The Guardian” przypomina, że ​​Rosja ma doświadczenie w tresurze delfinów do celów wojskowych. Zaczęło się to jeszcze w czasach sowieckich i dało wówczas bardzo ograniczone rezultaty, ale Rosja nie zaniechała tego typu działań. Aktywnie wykorzystywała delfiny w 2014 roku na Krymie i robi to również teraz w czasie wojny w Ukrainie. Zdjęcia satelitarne z 2018 roku pokazały zaś, że Rosja używała delfinów w swojej bazie w Tartus podczas wojny w Syrii. Przejdźmy jednak do historii udomowienia tych fenomenalnych morskich ssaków i tragedii, która je spotyka, gdy człowiek zaczyna je bezmyślnie wykorzystywać.

Niewinne ofiary wojny rosyjskiej

W ciągu ostatnich ośmiu lat na Morzu Czarnym i Azowskim zaobserwowano niezwykłe zjawisko – na wybrzeżu znaleziono martwe delfiny, które z jakiegoś powodu zostały wyrzucone na ląd. Zjawisko to stało się coraz bardziej powszechne. Jak donosi UKRINFORM, na Krymie przez 2,5 roku monitoring odnotował 1200 martwych delfinów na lądzie. Najbardziej problematycznym regionem jest Sewastopol (39%), następnie dzielnica Saki i Jewpatoria (30%). Centrum Badań, Ratowania i Rehabilitacji Ssaków Morskich uważa, że ​​tylko niewielka część martwych delfinów trafia na ląd. Według Laboratorium Brahmsa (2011) co roku na Krymie ginie co najmniej 2750 ssaków morskich. Tylko w kwietniu 2022 r. naliczyliśmy 127 przypadków, w tym ciężarne samice w późnej ciąży. Wkrótce, podobnie jak w latach ubiegłych, spodziewanych jest wiele samotnych młodych osobników, które bez pomocy „rodziców” nie mają szans na przeżycie, a także dorosłych, rannych i chorych zwierząt pływających w zatokach i płyciznach. W tym na wybrzeżu Morza Azowskiego w ciągu trzech miesięcy zginęło ponad 50 delfinów.

Jaka jest przyczyna tego zjawiska? Według Iwana Rusiewa, szefa wydziału badań Narodowego Parku Przyrody Tuzłowski Łymans w obwodzie odeskim w Ukrainie, o czym poinformowała BBC News Ukraine, do masowej śmierci delfinów prowadzi rosyjska działalność militarna na Morzu Czarnym i Azowskim. Naukowiec powiedział, że lokalni biolodzy zaczęli znajdować zwłoki delfinów na wybrzeżu bez widocznych uszkodzeń. Według niego zwierzęta giną w wyniku działania potężnego sonaru rosyjskich statków i okrętów podwodnych, które obecnie licznie przebywają na Morzu Czarnym. Delfiny, które orientują się w przestrzeni wodnej wyłącznie dzięki naturalnemu lokalizatorowi ultradźwiękowemu, pod wpływem lokalizatorów statków tracą słuch oraz orientację w wodzie i zostają wyrzucone na brzeg. „Uważamy, że są to przypadki masowe. Ale nie można policzyć ani udzielić pomocy rannym zwierzętom, bo brzeg jest w wielu miejscach zaminowany i ciągle się tam strzela” – powiedział ekolog.

Również kanał „Trukha” na Telegramie poinformował, że delfiny wpadają w obszar „napromieniowania” urządzeń nawigacyjnych rosyjskich statków, a to „wyłącza” narząd słuchu tych ssaków. „Straciwszy orientację, >oślepione< zwierzęta tracą akustyczną kontrolę nad otoczeniem. Zostają wyrzuceni na brzeg w panice i umierają” – zauważa kanał.

Warto zauważyć, że oceniając to zjawisko, rosyjskie media propagandowe próbują wprowadzić w błąd miejscową ludność twierdząc, że „przyczyną masowych zgonów delfinów na Morzu Czarnym może być infekcja”, choć stwierdzenie to nie jest uzasadnione.

Nieoczekiwany aspekt udomowienia

Korzyści płynące z delfinów były znane ludziom od czasów starożytnych. Według znanej legendy starożytny grecki bóg Apollo, patrząc na zaginionych podróżników, zamienił się w delfina i wskazał im drogę do brzegu. Wdzięczni ludzie nazywali to miejsce Delphi. Od tego czasu rozpoczęła się współpraca człowieka z delfinem. Emmanuel Nobel jako pierwszy wyraził ideę wykorzystania delfinów i innych ssaków morskich. Swoją opinię sformułował pod koniec XIX wieku. Jeśli możesz udomowić psa, kota, krowę, konia, to dlaczego nie możesz udomowić delfina lub foki? Proces udomowienia w nauce nazywa się domestykacją.

W 1915 roku słynny trener Władimir Durow przedłożył sztabowi generalnemu Marynarki Wojennej Imperium Rosyjskiego obszerny raport na temat możliwości wykorzystania ssaków: fok, lwów morskich i delfinów do celów wojskowych. Zaproponował usunięcie podwodnych min z pomocą fok. Ministerstwo Obrony zainteresowało się niezwykłą propozycją i w ciągu trzech miesięcy w Zatoce Bałakława na Krymie wyszkolono 20 zwierząt. Podczas pokazowych treningów foki bez trudu wykrywały pod wodą miny przeciwokrętowe i oznaczały je za pomocą specjalnych boi. Niemcy, zaniepokojeni pojawieniem się wśród Rosjan tak niezwykłej jednostki specjalnej, zorganizowali sabotaż i w lutym 1917 r. otruli wszystkie zwierzęta.

W połowie lat 60., według Oleksija Birkuna, przedstawiciela Europejskiego Towarzystwa Wielorybów, głównego eksperta ds. ssaków morskich Ministerstwa Środowiska Ukrainy, kierownika Laboratorium Biotechnologicznego Rozwoju Ekologii, Medycyny i Akwakultury (BREMA) zmieniły się losy delfinów z Morza Czarnego. Zaprzestano całkowicie dzikiego sposobu łowienia tych ssaków – łapanie ich w sieci. To był straszny obraz: tysiące umierających, na wpół uduszonych zwierząt wyciągano na brzeg, gdzie umierały w strasznych męczarniach. Naoczni świadkowie wspominają, jak przez całą dobę słyszany był krzyk delfinów, a ludzie zabijali nieszczęsne ssaki pałkami. Fabryki morskie w Jałcie i Noworosyjsku były ośrodkami przetwarzania skór i produkcji delfinolu, preparatu witaminowego, zawierającego olej rybi. Sieć punktów recepcyjnych była rozłożona na całym wybrzeżu Krymu i Kaukazu. Roczny połów wahał się od dziesiątek do setek tysięcy delfinów. W XX wieku naukowcy oszacowali, że na Morzu Czarnym złowiono około 7 milionów delfinów. Jednak na początku lat 60. połowy delfinów spadły o ponad 10 razy, a w marcu 1966 r. w ZSRR, a następnie w sierpniu w Bułgarii i Rumunii, te „brutalne” połowy zostały zakazane. Turcja przystąpiła do zakazu dopiero w 1983 roku.

Tajne eksperymenty i ich wyniki

Wojsko zwróciło uwagę na delfiny w latach 60. XX wieku. 23 lutego 1966 r. armia rozpoczęła budowę obiektu o kryptonimie „Site-75” w Sewastopolu, w niepozornej Zatoce Kozackiej. Według wszystkich dokumentów obiekt znajdował się w jednostce wojskowej 99727. Tym samym w ZSRR odżyła idea utworzenia delfinarium wojskowego. Admirał Gorszkow mianował Wiktora Kałganowa, zasłużonego mistrza w nurkowaniu, kapitana I stopnia, dowódcą nowo utworzonej jednostki. W krótkim czasie wybudowano i uruchomiono laboratoria naukowe, baseny, hydrokanał, lądowisko dla helikopterów i inne konstrukcje niezbędne dla centrum. Głównym obiektem było akwarium dla pięćdziesięciu ssaków morskich. Od pierwszych miesięcy w oceanarium w Sewastopolu pracowało około 80 instytutów naukowych i biur projektowych. Tajna jednostka wojskowa w Zatoce Kozackiej stała się największym oceanarium w Europie. W delfinarium, przeznaczonym dla 50 ssaków, z czasami trzymano 70 – 80, a nawet i więcej osobników.

Od razu okazało się, że naukowcy mają do czynienia z nieznanym stworzeniem. Początkowo do 80 procent zwierząt padało w niewoli. Setki z nich zostało celowo uśmierconych podczas „ostrych” eksperymentów. Wszczepiano im elektrody do mózgu, badano budowę ciała, umieszczano w komorze ciśnieniowej do eksperymentów dekompresyjnych, trzymano w wodzie skażonej różnymi bakteriami i zanieczyszczonym oleju, badano reakcję na różne leki i chemikalia, w tym leki psychotropowe, zrzucano na spadochronie, wyrzucano w górskim jeziorze, przetransportowany samolotem na Daleki Wschód i za koło podbiegunowe. Dopiero na początku lat 80. ciało delfina zostało wystarczająco zbadane i „ostre” eksperymenty zostały wstrzymane. Ale w tym czasie, według niektórych danych, na Krymie na ołtarzu nauki złożono od 2 do 3 tysięcy zabitych delfinów.

W ten sposób ludzie „zapożyczyli” od delfinów wiedzę, którą wykorzystali w technice – cichą śrubę jak ogon delfina, a także niezrównaną echolokację. 60 procent ośrodków nerwowych i komórek mózgu delfina pracuje na jego aparacie akustycznym. Za pomocą echolokacji delfin jest w stanie odróżnić od siebie niemal identyczne przedmioty, takie jak kubki wielkości małej monety, ale wykonane z różnych materiałów, takich jak miedź czy stal. Z dwóch cylindrów o średnicy 48 i 50 mm jest on w stanie znaleźć i podnieść na powierzchnię dokładnie ten, który zostanie mu wskazany. Dzięki echolokacji delfiny są w stanie szukać na dnie zaginionych min, pocisków, bomb, statków, samolotów i innych obiektów.

Wojskowi naukowcy zajmujący się szkoleniem delfinów nie lubią o tym mówić, ale też nie zaprzeczają, że ssaki te próbowano wykorzystywać również do bardziej bojowych celów. Uczono je odnajdywania i neutralizowania pływaków bojowych, sabotażystów łodzi podwodnych z zatrutymi igłami lub pistoletów podwodnych.

Próbowano uczynić z nich nawet podwodne kamikaze. Kierunek ten nie był jednak skuteczny – delfin nie mógł udźwignąć takiej ilości materiałów wybuchowych, która byłaby w stanie wysadzić w powietrze nawet średniej wielkości okręt.

Ponadto w zatokach zwierzęta nie były w stanie, pośród dużej liczby statków, dokładnie określić, do którego mają przymocować materiał wybuchowy. Szkolenie w tym kierunku zostało przerwane z powodu braku perspektyw.

Od 1975 do 1987 roku delfiny strzegły wejścia do Zatoki Sewastopolskiej. Ssaki podniosły z dna morskiego około 50 zagubionych torped, które zawierały ponad 200 kilogramów srebra. Wśród znalezisk, które odkryły zwierzęta były statki, podwodne pojazdy samobieżne pozostawione przez załogi, samoloty leżące na dnie morskim, a także obiekty archeologiczne – amfory, stare kotwice, zagubione instrumenty, kosztowności.

Podobne szkolenie delfinów dobywały się w Vityaz Bay w pobliżu Władywostoku, przeprowadzali je również naukowcy amerykańscy w kilku swoich delfinariach, m.in. w Zatoce Kamran na Morzu Południowochińskim. Od końca lat 60. w Bałakławie zaczęto tresować inne zwierzęta, takie jak bieługi, lwy morskie i foki.

Na świecie szeroko stosowana jest metoda delfinoterapii, wykorzystywana w leczenia dzieci i dorosłych ze schorzeniami układu mięśniowo-szkieletowego.

Delfiny i inne zwierzęta morskie niewątpliwie dobrze służą człowiekowi, za co ludzkość powinna być bardzo wdzięczna i przestać wykorzystywać je do celów militarnych. Czas posłuchać opinii francuskiego nurka sportowego Jacquesa Mayola: „Najlepszym sposobem wyrażenia naszej wdzięczności dla delfinów byłoby zapewnienie im spokoju ducha. Pod wieloma względami z pewnością nas przewyższyli, przynajmniej dlatego, że niczego od nas nie potrzebują.”

Świat delfinów jest często nazywany „cywilizacją morską” i nie na próżno, ponieważ społeczności tych ssaków mają prawie wszystkie cechy społeczeństwa ludzkiego – narodziny i wychowanie młodych, umiejętność porozumiewania się, komunikowania się, życia w grupie, hierarchię społeczną , umiejętność odnajdywania się w trudnych sytuacjach, współczucie dla innych istot żywych, dzięki czemu delfiny słyną z umiejętności ratowania tonących, umiejętności uczenia się, poznania podstawowych zasad współżycia. Oznacza to, że świat delfinów, ogólnie zwierząt morskich, choć różni się od ludzi, jest integralną częścią inteligentnego wszechświata, a ludzie muszą go szanować i brać pod uwagę jego zasady i potrzeby.

 

Nikt nie może złamać naszej jedności. PAWEŁ BOBOŁOWICZ o wystąpieniu prezydenta RP Andrzeja Dudy w RN Ukrainy

Zawsze wiedzieliśmy, że umiemy się jednoczyć w momentach zagrożenia. Wtedy jednoczymy się wewnątrz kraju, ale w takich momentach potrafiliśmy się też jednoczyć z Ukraińcami, a wspólny wróg łączy najmocniej…

Dziś jesteśmy świadkami procesu, o którym od dawna marzyli nieliczni, a dziś głośno mówią o tym też najważniejsi. Ci nieliczni rozumieli, że od tego zależy nasze bezpieczeństwo i przyszłość, ci najważniejsi często o tym zapominali patrząc na bieżące poparcie polityczne wewnątrz kraju. Jednak spoglądanie w stronę marginalnych środowisk narodowych, zżeranych własną ksenofobią i często karmionych z zewnątrz, wczoraj bezpowrotnie się skończyło.

Niedzielne wystąpienie w Radzie Najwyższej Ukrainy prezydenta RP Andrzeja Dudy zamyka niekończące się wzajemne pretensje i oskarżenia o kwestie historyczne. „Wiemy że napięcia w relacjach polsko-ukraińskich służą tylko obcym interesom, a nam, Polakom i Ukraińcom szkodzą” powiedział prezydent RP na forum ukraińskiego parlamentu wywołując kolejny raz burzę oklasków. Prezydent przypomniał też słowa św. Jana Pawła II wygłoszone w czasie pielgrzymki na Ukrainę w 2001 roku o tym, by wyżej stawiać to co jednoczy, niż to co dzieli w naszych relacjach opartych o braterską współpracę i autentyczną solidarność. Dwadzieścia jeden lat trzeba było czekać, żeby te słowa przeistoczyły się w polityczną deklarację łączącą nasze narody. Dziś to się dzieje. Bo jak mówił wczoraj Andrzej Duda, nie wolno nam tej szansy zmarnować i będziemy dobrymi sąsiadami już na zawsze.

Oczywiście dziś jedność jest nam potrzebna przede wszystkim w obliczu zagrożenia, ale gdy ono minie (choć mała szansa, by minęło na zawsze), jest niezbędna dla rozwoju, dla tworzenia nowej przyszłości, bez ciągłego oglądania się z trwogą na imperialnych graczy.

Od początku rosyjskiej inwazji 24 lutego br. Polacy pokazują, że rodziny ukraińskich obrońców, że ukraińskie kobiety i dzieci w naszym kraju mogą znaleźć bezpieczny azyl i nie są traktowane jak uchodźcy, lecz są naszymi gośćmi. I tak są traktowani także w polityce naszego państwa. Gdy takie słowa wczoraj padły z ust prezydenta Andrzeja Dudy, ukraińscy parlamentarzyści ze łzami w oczach, na stojąco bili brawa. Tak samo reagowali na słowa o ukraińskiej przyszłości: „nic o Tobie, bez Ciebie”, czy też na prezydencką deklarację: „osobiście nie spocznę, dopóki Ukraina nie stanie się członkiem UE w pełnym tego słowa znaczeniu” i na stwierdzenie „Polska nigdy Ukrainy nie zostawi samej”.

W tych niedzielnych deklaracjach splatają się drogi polskich twórców szkoły ukraińskiego romantyzmu, polityczny duch Powstania Styczniowego, idea i czyn Piłsudskiego, Józewskiego, Giedroycia, marzenia Vincenza, Łobodowskiego i wszystkich tych, którzy rozumieli znaczenie polsko-ukraińskich relacji, a jednocześnie zagrożenia płynące z realizacji polityki jednego i drugiego nacjonalizmu okraszonego moskiewskimi wpływami.

„Wolny świat ma dziś twarz Ukrainy” – mówił prezydent Duda i dziękował ukraińskim obrońcom Kijowa, Charkowa i Mariupola, przypominając, że to Ukraińcy dziś bronią „Europy przed najazdem barbarzyństwa i nowego rosyjskiego imperializmu”. Dumnie brzmiały słowa prezydenta, że my, jako państwo, mamy w tej obronie olbrzymi wkład dzięki przekazaniu potężnej (drugiej po USA) pomocy zbrojeniowej. Obiecując wsparcie Zachodu, zwrócił uwagę na coś, co wydaje się tak oczywiste: koszty odbudowy Ukrainy musi przede wszystkim ponieść Rosja, podobnie jak musi odpowiedzieć za popełnione zbrodnie.

Nasz prezydent odwiedził kolejny raz Ukrainę w czasie wojny. W Kijowie wcześniej był premier Mateusz Morawiecki i wielu polskich ministrów. W tym samym czasie nie ustały nawet na chwilę rosyjskie ataki na naszego sąsiada. Polscy przywódcy jednak konsekwentnie swoją postawą manifestują, że przed Rosją się nie ugniemy, nawet w obliczu bezpośredniego niebezpieczeństwa, czy „moskiewskich pogróżek”.

Ten wyjątkowy moment w naszych relacjach widzą też Ukraińcy. Wreszcie na Cmentarzu Orląt Lwowskich odsłonięto posągi lwów, a w dniu wizyty prezydenta Andrzeja Dudy w Kijowie prezydent Wołodymyr Zełenski anonsował ustawę o szczególnym statusie Polaków na Ukrainie.

Daj Boże, byśmy tej szansy nie zmarnowali.

Paweł Bobołowicz, źródło: https://kurierlubelski.pl

 

HUBERT BEKRYCHT: Korespondenci wojenni i dziennikarskie niewypały

Napisać, że korespondencje wojenne z walczącej z rosyjską hordą Ukrainy są jakościowo różne, to jak napisać, że bandyta Putin jest chory, ale nie napisać na co. A relacje wojenne bywają różne – spokojne choć empatyczne, jak Jacka Łęskiego i… Właśnie, jak to nazwać? Są typy korespondentek i korespondentów, którzy po prostu chcą dobrze, ale wychodzi im to źle. To brak wiedzy i doświadczenia, ale brzemienny w skutki, bo my odbiorcy mamy emocjonalnie retuszowany albo wręcz „komercyjny” obraz wojny.

Na szczęście nie muszę być korespondentem wojennym. Jeszcze. Zawsze jednak podziwiałem i podziwiam Koleżanki i Kolegów potrafiących wykonywać tę pracę. Najcięższą bodaj spośród wielu dziennikarskich specjalności. To jednak, że na wojnie nie byłem, nie zwalnia mnie z obowiązku pisania o jakości relacji wojennych.

Nic dziwnego, że ktoś podczas takiej korespondencji chce być poważny. Relacjonuje przecież okropności ruskiej inwazji na ukraińskie miasta i wsie, ale, na Boga, niechaj ta powaga i przejmowanie się okropieństwami wojny nie przeszkadzają w odbiorze informacji.

Obraz pierwszy: Dziewczyna z jednej z największych polskich stacji telewizyjnych jedzie do ukraińskiego miasta. Tam twa liczenie strat po rosyjskiej inwazji, zbiera się informacje o zabitych i rannych. Próbuje się pomóc tym, u których ran nie widać, ale serca i dusze krwawią…

Reporterka stoi przed kamerą. Ma kamizelkę z napisem „Press”, mam nadzieję kuloodporną, której jednak brakuje zasłon pod szyją. A tam rozpięta koszula, między poły której – stawiam dolary przeciwko guzikom – patrzą wszyscy, nie tylko mężczyźni. Ludzie, nawet jeśli jesteście przygnębieni wojną, spojrzycie tam na pewno, bez względu na waszą płeć. To „element” relacji, który u ponad 80 procent odbiorców spowoduje „zaburzenie proporcji”, a po polsku – ogromna większość widzów gapi się na fajną kobietę i nawet jeśli chce posłuchać, co mówi reporterka, nikt, no prawie nikt, tego nie zapamięta. Po prostu.

W pewnym momencie dziewczyna, opowiadając o drastycznych szczegółach, na chwilkę milknie, głos jej się załamuje… To powoduje, że widz martwi się stanem psychiki – bez sarkazmu – dziennikarki, a nie tysiącami ofiar. Tak się po prostu nie robi. Nie tylko podczas relacji wojennych. To było nagranie. Niezależnie od emocji reporterki, należy powróżyć nagranie.

Reporterka mówi też o tym, gdzie – do jakiej części miasta – mają być przeniesieni ludzie, którzy stracili swoje domy i mieszkania. Tego nie skomentuję, bo lubię tę reporterkę i jeśli miała producenta lub wydawcę, to ich należy nabić na moralny pal dziennikarskich „rozliczeń”, bo powinni na to zwrócić uwagę. Przypominam, to nie była relacja bezpośrednia a nagranie.

*

Czasem zdarza się tak, że dziennikarze, którzy nigdy tego nie chcieli, są najlepszymi korespondentami wojennymi.

Obraz drugi, ostatni: Film z rozmowy właściciela portalu Salon 24 Sławomira Jastrzębowskiego ze współpracownikiem TVP i korespondentem wojennym z Ukrainy Jackiem Łęskim.

Prowizoryczne studio, trochę książek, mikrofony – w tle ani jednego elementu wojennego. Obraz rozmowy i jej uczestnicy są jednak w stanie przykuć moją uwagę na długie 45 minut.

Znany z kontrowersyjnego zachowania Jastrzębowski spokojnie zaczyna rozmowę i tak samo prowadzi ją do końca, ale jednocześnie jest sobą. Czasem się wtrąca, aby o coś zapytać, czasem – stosownie do sytuacji oczywiście – ironizuje. Powtórzę, Sławek jest sobą. Choć pewnie każdy z dziennikarzy ten wywiad przeprowadziłby inaczej, Jastrzębowski nie czyni z siebie postaci centralnej. Chwała mu za to, bo – chociaż nie w rozmowach o wojnie – czasem mu się zdarza.

Łęski autor bardzo dobrych, spokojnych i wyważonych korespondencji m.in. z Kijowa i Charkowa. Przyjechał właśnie z Ukrainy. Zresztą w tym kraju mieszkał przez lata. Zna realia, ale opowiadając o nich, co okaże się elementem spajającym wrażenia wojenne, jest normalnym dziennikarzem, który rozmawia z innym dziennikarzem. Gdyby nie tematyka, pomyślałbym, że gadają z Jastrzębowskim o polityce. Ale nie, to wojna jest główną postacią wywiadu.

To dzięki Łęskiemu, który jest szczery a jednocześnie wrażliwy, normalny a przecież doświadczony największym dramatem od II wojny światowej, możemy się naprawdę więcej dowiedzieć niż z relacji wielu innych korespondentów wojennych, którzy jak on byli w Kijowie, Charkowie, Irpieniu.

*

Relacja z walczącej z ruskimi hordami Ukrainy to tylko minuta, czasem dwie, trzy. Obraz pod powiekami, który zostanie po takiej korespondencji zostaje u widzów może nawet do końca życia. Na pewno ten obraz zostaje pod powiekami korespondentów wojennych. Też do końca życia.

Zatem, nie warto marnować czasu na słabe warsztatowo relacje wojenne.

 

 

 

Leki na „russkij mir”

Premier Polski Mateusz Morawiecki publicznie porównał „russkij mir” z guzem rakowym. Diagnoza ta zasługuje nie tylko na rozpowszechnienie, ale też na szukanie sposobów leczenia.

Polska, jak można było się spodziewać, stała się jednym z liderów w kwestii pomocy Ukrainie w powstrzymywaniu rosyjskiej agresji. Ponad 2,5 miliona obywateli Ukrainy znalazło schronienie w Polsce, oficjalnie Warszawa przekazała Ukrainie broń o wartości 1,7 miliarda dolarów, w tym ponad 200 czołgów T-72, niezbędnych do kontrofensywy Sił Zbrojnych Ukrainy. Nieprzypadkowo to właśnie w Warszawie miała miejsce konferencja donatorów dla Ukrainy, na której ogłoszono zebranie 6,5 miliarda dolarów pomocy. Intensywność kontaktów między rządami Polski i Ukrainy bije rekordy.

W minionym tygodniu Mateusz Morawiecki znalazł się w nagłówkach rosyjskich mediów. Ulubiona koncepcja ideologiczna Władimira Putina – „russkij mir” – nazywana jest guzem rakowym. Na łamach brytyjskich gazet „The Telegraph” i „The Daily Telegraph” polski premier wyraził pewność, że Rosję trzeba zatrzymać. Jego zdaniem Putin jest bardziej niebezpieczny niż Hitler i Stalin, dlatego trzeba mu koniecznie przeciwdziałać wspólnym wysiłkiem. Zwłaszcza pozbywając się iluzji, że rosyjska agresja może zatrzymać się na Ukrainie.

Te wystąpienia Mateusza Morawieckiego to nie tylko wystąpienia programowe polityka gotowego rzucić wyzwanie Rosji. Są one dowodem ruchów tektonicznych w środowisku europejskiego establishmentu, wywołanych agresją Rosji na Ukrainę. Największa po Drugiej Wojnie Światowej wojna w Europie trwa ponad 80 dni, a o jej szybkim zakończeniu mogą mówić chyba tylko optymiści. Ale już dzisiaj można stwierdzić: Ukraina potwierdziła zdolność do obrony własnej suwerenności, a Polska trafnie diagnozowała zagrożenie, które niesie polityka Kremla.

To wzajemne zrozumienie dowodzi najwyższego w ciągu ostatnich 30 lat poziomu zaufania w stosunkach Warszawy i Kijowa i umiejętności naszych państw do wspólnego działania. W Polsce dzisiaj problemy Ukrainy traktowane są prawie jak własne a w Ukrainie uświadamiają sobie, że dające nadzieję polskie zaplecze jest poręczeniem przyszłych zwycięstw.

Ale diagnozowanie geopolitycznej onkologii jest niewystarczające – trzeba ją leczyć, bo niebezpieczna choroba szerzy się szybko. Pierwsze niezbędne kroki wyglądają następująco:

– Zagrożenie zostało zdiagnozowane i uświadomione, trwa praca nad rozszerzeniem arsenału leków na nadmierną agresywność Rosji, przede wszystkim metodami wojskowymi. Jednakże uzasadnione są przypuszczenia, że będą one niewystarczające.

– Przerzuty fejków, które aktywnie szerzy rosyjska propaganda w Ukrainie, USA i UE rozprzestrzeniają się szybko i niosą realne zagrożenie dla stabilności i demokracji. Dlatego potrzeba nie tylko leczenia skutków rosyjskiej agresji w sferze informacyjnej, ale i stosowania zbiorowych środków profilaktycznych.

– Nasza zbiorowa odporność w regionie bałtycko-czarnomorskim może przyspieszyć proces tworzenia wspólnej narracji, która ma przeciwdziałać ideologii „russkiego miru”. Wola narodów i państw do rozwoju, zabezpieczenia pokojowego życia, informacyjna irygacja „krwawych ziem” wydają się być gwarancją rozwoju Międzymorza, którego znaczenie we współczesnym świecie znacznie wzrosło.

– Niezbędne jest już dzisiaj zwiększanie poziomu wzajemnego poznania, aranżowania kontaktów kulturowych i współdziałania informacyjnego. Ukraińscy uchodźcy, którzy znaleźli się na terytorium sąsiednich państw, powinni otrzymać informacje na temat państw, w których tymczasowo przebywają, a partnerzy Ukrainy impuls do rozwoju swoich z nią relacji.

– W warunkach śmiertelnego zagrożenia ze strony Rosji warto odłożyć na bok stare urazy. Pamiętajmy: na Kremlu realnie pragną wyjść na nową przestrzeń strategiczną, żeby wzmocnić własną pozycję. Zatrzymać „russkij mir” możemy tylko wspólnym wysiłkiem.

Jewhen Mahda

 

O typach dziennikarskich i języku pisze WALTER ALTERMANN: Szaleństwa i grube niezgrabności

Wojna na Ukrainie, mimo że jak każda wojna jest przerażająca, wywołała też w naszych mediach falę tragikomicznego szaleństwa. Bo bardzo wielu dziennikarzy poczuło się korespondentami wojennymi, a równie wielu wykazuje poważne zainteresowanie sprawami militarnymi.

 

W ramach tego pobudzenia umysłowego żurnalistyki ujawniły się co najmniej trzy grupy publicystów:

  1. Korespondenci domowo-wojenni. Do tej grupy nie należy zaliczać prawdziwych korespondentów wojennych, którzy są na Ukrainie i stamtąd przesyłają materiały filmowe, radiowe i prasowe.

Natomiast korespondenci domowo-wojenni kojarzą mi się jedynie z naszą pierwszą narodową operą „Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale”, z muzyką Jana Stefaniego i librettem Wojciecha Bogusławskiego. W tej operze bowiem mamy bowiem do czynienia z maszyną elektrostatyczną, której działanie uważane jest przez zwaśnione strony za cud. Z tymi, którzy udają  korespondentów jest tak samo jak u Bogusławskiego – myślą, że jak pokażą nam jakiś zręczny montaż materiałów zagranicznych, to my razem – Krakowiacy i Górale – uwierzymy w takie cuda.

Ci „mniemani” korespondenci, siedzą w wygodnych fotelach, przeglądają strony internetowe o wojnie. I stamtąd czerpią swą wiedzę. Ale i tak nie udaje im się ukryć, że mają bardzo mgliste pojęcie o wojsku w ogóle i żadnego pojęcia o wojnie. Ale piszą i mówią na te poważne tematy ostro, a ich sądy są bezkompromisowe. Co rozsądniejsi cytują źródła swej wiedzy, ale są oni nieliczni w gronie „specjalistów militarnych”.

  1. Analitycy. Ci nie udają, że byli na Ukrainie, za to zapraszają do swoich studiów radiowych i telewizyjnych błogosławionych naukowymi tytułami specjalistów. I to jest zabieg bardzo sprytny, bo na typowego polskiego odbiorcę działa magicznie, że rozmówca dziennikarza jest profesorem. Naród nasz, mimo coraz większej grupy magistrów i licencjonowanych licencjatów, ma nabożny stosunek do profesorów wszelkiej maści. I nie obchodzi słuchacza czy widza, że „profesor” ma równie jak dziennikarz marne pojęcie o wojsku i wojnie. Bo często do rozmowy zapraszani są socjologowie, historycy i wykładowcy od marketingu politycznego.

Przyznajmy jednak, że wśród proszonych o komentarze zdarzają się też doświadczeni generałowie i pułkownicy. Ci wiedzą o czym mówią. Jednak wtedy rola dziennikarza jest nijaka, bo wyraźnie widać i słychać, że dziennikarz daleko odbiega wiedzą od swego gościa.

  1. Doradcy. Doradcy to także goście prasy, telewizji i radiostacji. Choć najwięcej ich w mediach społecznościowy. Pojawiają się jako globalni stratedzy i znawcy wojny na miarę Carla von Clausewitza. Doradcy zawsze grzmią na tych przywódców, prezydentów, którzy nie chcą od razu i już jutro rozgromić Rosji. I nie przeszkadza im arsenał atomowy brutalnego najeźdźcy, jakim w gruncie rzeczy jest Federacja Rosyjska. A na wątpliwości, że atomowa Rosja może użyć broni jądrowej, doradcy mówią twardo, choć bez pokrycia: „Nie użyją”. Oto jeden z przykładów:

Koncert bardzo zdecydowanych życzeń

Bardzo interesujący, jako ilustracja mojego opisu „Doradców” jest wywiad prof. Romualda Szeremietiew, pod jednoznacznym tytułem: „Kaliningrad trzeba będzie zdemilitaryzować”. Profesor udzielił go 12 maja br. gazecie  DoRzeczy.

Jeżeli do NATO wejdą Finlandia o Szwecja, to bezpieczeństwo całej wschodniej flanki bardzo się wzmocni, bo zarówno Finowie, jak i Szwedzi mają dość przyzwoite armie. Co więcej, w takim układzie Bałtyk stanie się morzem natowskim. Natomiast pojawi się bardzo istotny problem tak zwanego Kaliningradu.

Damian Cygan: Co pan ma na myśli?

Trzeba chyba jednak wystąpić o to, aby po pierwsze Kaliningrad przestał się nazywać mianem zbrodniarza (Michaiła – red.) Kalinina, który współodpowiada za mord w Katyniu. Po drugie, trzeba ten rejon zdemilitaryzować, bo nie może być tak, że NATO będzie siedziało na beczce prochu, włożonej mu między nogi. To jest chyba zrozumiałe. Parafrazując niedawną wypowiedź papieża Franciszka, NATO zaszczeka też pod Petersburgiem.

Jaka może być odpowiedź Moskwy na rozszerzenie NATO?

Będzie wycie, jak zwykle. No i straszenie bronią jądrową, bo Rosjanie niczym innym straszyć już nie mogą.

Na jakim etapie rosyjskiej inwazji jesteśmy? Niektórzy spodziewali się jakiejś wielkiej ofensywy w Donbasie, tymczasem nic takiego nie nastąpiło.

Ja mówiłem, że żadnej wielkiej bitwy tam nie będzie. Rosjanie będą próbowali osuwać się naprzód, czasami o kilometr dziennie, a Ukraińcy będą konsekwentnie utrzymywać swój system obrony, jaki stosowali przedtem.

Jak ta wojna się zakończy?

Nie wiadomo. Moskwa nie ma dobrego wyjścia. Być może wszystko będzie zależało od tego, czy i na ile Ukraińcy rzeczywiście odniosą zwycięstwo, co jest w tej chwili prawdopodobne, i jak to wpłynie na wewnętrzną sytuację w Rosji. Są tacy opozycjoniści rosyjscy, którzy mówią, że Putin swoimi działaniami ciągnie Rosję do zguby i do rozpadu. Ponieważ obecna Rosja jest znacznie słabsza od Związku Radzieckiego, a Putin to jednak nie jest tej klasy przywódca, co, przepraszam, zbrodniarz Stalin, to liczę, że rozpad Rosji nastąpi szybciej niż można się spodziewać.

Tako rzecze profesor, prawie jak Zaratustra. Zadziwiające jest to, że były wiceminister i p.o. ministra obrony narodowej stawia na słowo, zamiast na siłę. W istocie bowiem mówi, że trzeba wystąpić o to, aby Kaliningrad przestał się nazywać Kaliningradem. Ale nie mówi do kogo wystąpić. Stwórcza moc słowa jest odnotowana już na początku Biblii, ale czy w przypadku Rosjan zadziała? Oni przecież mniej wierzą w Boga, a bardziej w Rosję.

Profesor idzie jednak dalej i twierdzi, że trzeba rejon kaliningradzki zdemilitaryzować. Dlaczego? Profesor odpowiada: bo nie może być tak, że NATO będzie siedziało na beczce prochu, włożonej mu między nogi. To jest chyba zrozumiałe.

Czyli profesor zakłada, że Rosja upadnie a jej resztki będą podatne na argumenty, że Bałtyk ma być krajem NATO, które nie chce mieć między nogami materiału wybuchowego.

I co ja o tym wywiadzie myślę? Myślę, że profesor uważa, iż twarde postawienie sprawy demilitaryzacji Kaliningradu jest już tej sprawy załatwieniem. I myślę, że lada dzień Rosja – jak tylko przeczytają tam wywiad profesora – zacznie wyprowadzać swoje wojska z tego obwodu. Po czym przekaże go NATO, a konkretnie nam.

W sumie można by pomysły p. Szeremietiewa przyjąć za dobre, ale moją największą wątpliwość budzi to, że mimo mojego wielokrotnego twardego i jasnego stanowiska wobec Lotto, firma ta nadal uniemożliwia mi zainkasowania większej wygranej. A przecież stanowisko w tej sprawie mam proste – jak nie przymierzając profesor Szeremietiew.

Melchior Wańkowicz na taką politykę ukuł nawet nowy termin. Nazwał ją „polskim chciejstwem”. Piszę o Wańkowiczu i zastanawiam się czy za kilka lat nie trzeba będzie przy jego nazwisku zamieszczać informacji kim był. Bo iluż dzisiejszych dziennikarzy przekartkowało choćby jego  Karafkę La’Fontaine’a?

Mamy w plecy

Wśród przykładów dziennikarskiej swawoli trzeba też zauważyć, że język młodzieżowy przekroczył już granicę poważnych tematów. Słyszymy bowiem, że: „Mamy w plecy”. I to przy okazji tematu kłopotów z paliwami. Temat jest poważny. Ludzie boją się dalszych podwyżek, boją się, że zimą nie będzie węgla… w ogóle boją się o przyszłość swoich dzieci i wnuków, i swoją. I w takiej sytuacji jakiś wesołek telewizyjny stwierdza, że z paliwami „Mamy w plecy”.

Myślę, że społeczeństwo dorosło do sytuacji. Świadczy o tym wiele tak powszechnych zachowań, jak choćby spontaniczna pomoc uciekinierom wojennym z Ukrainy. O dziwo dorastają także do sytuacji politycy, bo w sprawie wojny wszyscy są odpowiedzialni i mówią jednym głosem. Natomiast karleją w tej wojennej sytuacji media. I to nie tylko te niszowe.

Setka zabitych

Przyjęło się, niestety, że w mediach informacje o ofiarach wojny na Ukrainie budowane są językiem płochym, zdradzającym głęboką niewrażliwość. Słyszeć można w rozmaitych telewizjach, że: „W wyniku rosyjskiego ostrzału rakietowego Mariupola jest setka zabitych”.

Kto kształci wrażliwość tych dziennikarzy? Z jakich środowisk się wywodzą? Naprawdę, tak nie można.

Setka to może być wódki. Dobra wełna na garnitur – to też możliwa do akceptacji setka. Na setkę mogą biegać sprinterzy. Ale o żadnym zabitym nie wolno tak mówić. Przez szacunek dla ludzkiego życia i śmierci. Choćby tych stu zabitych było naszymi wrogami, to jednak byli to ludzie.

 

O medialnych echach wojny pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zło dobrem..?

Z AUTOPSJI: w sklepie spożywczym. Trzy kobiety w kolejce przed kasą rozmawiają po rosyjsku. Obsługuje Ukrainiec – wiem, bo kupuję tu codziennie. To uprzejmy i kompetentny sprzedawca. Gdy dochodzą do niego rosyjskie słowa przerywa nabijanie cyferek na kasie, obchodzi ladę, podchodzi do kobiet i gwałtownym gestem pokazuje ręką na drzwi. Mówi głośno: – Won! Bez słowa wyszły. Mężczyzna jeszcze chwilę stoi. Słyszę, jak mówi: to nasze kobiety, dzieci nie mają co jeść, a ja będę obsługiwał te…

ZASŁYSZANE: przekazana mi obserwacja poczyniona przez kolegę. Również rzecz działa się w sklepie spożywczym, ale innym. W tym wypadku za kasą stał Rosjanin. Klientki, dwie dziewczyny przekomarzają się. W powietrzu śpiewna wschodnia nuta, ale ukraińska. Sprzedawca nagle odzywa się do nich: – Tu się mówi po polsku albo po rosyjsku! W kolejce do kasy stoi kilka osób. Zapada cisza i nagle wszyscy wybuchają gromkim śmiechem. Rosjanin spuszcza głowę, podaje paragon i nic już nie mówi.

***

W „Gazecie Wyborczej” pod winietą duże zdjęcie z Mariupola. Na noszach ranny żołnierz, w bandażach. Wynoszą go po 82 dniach bohaterskiej walki. Tytuł przy notatce: KLĘSKA AZOWSTALU.

Jaka klęska! To wielkie symboliczne zwycięstwo po zaciętej walce, po skutecznej obronie chroniących tu życie cywilów. Ci, którzy to piekło na ziemi wytrzymali tak długo to zwycięzcy. Niech świat teraz czuwa nad tym co zrobią Rosjanie z bohaterskimi Ukraińcami. Jest już groźnie. Dlaczego od razu nie przekazali ciężko rannych Ukraińcom. Co ci mordercy znowu kombinują?

Załóżmy, że użyte w GW słowo klęska to niedopatrzenie, błąd wynikający z głupoty redaktorów. Choć teraz na ogół reakcje „Wyborczej” o wojnie nie odbiegają od normy, potępiają agresję i Putina. Jednak na ten skandaliczny tytuł trzeba zwrócić uwagę. Może wynika on z kompleksu klęski wydawniczej, który zapanował na Czerskiej. Nakład gazety przekraczał 300 tysięcy egzemplarzy dziennie, a ostatnio wynosi zaledwie 61 tysięcy. To jest symptom klęski.

Ukraińcy żadnej klęski nie ponieśli. Już w piątek rano nadszedł meldunek od dowódcy obrony Azowstalu, że część oficerskiej kadry pozostała w podziemiach z bronią w ręku, że coś jeszcze szykują. Módlmy się, aby im się udało.

Ukraińcy klęsk nie ponoszą. Walczą na wschodnich rubieżach z napastniczą armią, która nie składa się z żołnierzy, a z morderców ludności cywilnej, którzy za doznawane na froncie prawdziwe klęski mszczą się zabijając starców, kobiety i dzieci, niszczą ich domy, szpitale i szkoły.

Domy będą odbudowane, ale życia zamordowanym i zbezczeszczonym nikt już nie przywróci.

O bestialstwie, o wojnie na Ukrainie trzeba pisać jak najwięcej. Ale trzeba przy tym myśleć, ważyć każde słowo.

***

Niedawno dwukrotnie w studiach komercyjnych telewizji widziałem i słuchałem dwóch ważnych naczelnych redaktorów – „Polityki” i „Rzeczpospolitej”. Obaj panowie – Baczyński i Chrabota – kpili z powracającego w mediach oskarżenia, że to Rosjanie, a konkretnie Putin, są sprawcami mordu 96 wybitnych Polaków. Wierzę, że Amerykanie ujawnią w końcu zdjęcia satelitarne z lotu i zniszczenia Tupolewa, bo na pewno ten ważny lot był rejestrowany. To co teraz robi Putin to jeszcze tym panom za mało by uznać nikczemność rosyjskiego wodza, którego haniebne rozkazy wykonują zbrodniczy podwładni. Podobne opinie co wspomniani naczelni wygłasza nadal Radosław Sikorski. To zdrajcy Polski. Doczekamy się smoleńskiej prawdy i na zawsze ta zbrodnia pozostanie w pamięci Polaków. Lepiej milczcie. Będziecie się wstydzić.

***

Aleksander Rowiński zmarły niedawno wybitny dziennikarz i pisarz napisał przed laty książkę o młodości Onufrego Zagłoby. Skrzetuski ma „Ogniem i mieczem”, Kmicic „Potop”, Mały Rycerz „Pana Wołodyjowskiego”. Zagłoba, przecież również pierwszoplanowy bohater powieści pisanych ku pokrzepieniu serc, jest zupełnie nieznany – skąd pochodził, jaką miał młodość. Jest o nim dopiero, gdy pan Onufry liczył już 47 lat.

Aleksander Rowiński napisał grube tomisko pt. „Pan Zagłoba” i wydał je w Agencji Wydawniczej „Ostroróg” z pięknymi ilustracjami Włodzimierza Kuklińskiego. Powieść zaczyna się tymi oto proroczymi słowy: „Straszne widmo zawisło nad światem – widmo Kremlina (tak ongiś zwano Kreml). Dostrzegają jego złowieszczy wpływ nieliczni, a niektórzy potrafią przeczuć na kogo wypuści stąd jady trupie. Przeklęte miejsce. Nie pokochał go Bóg, więc oddał je Szatanowi. Razem z tymi złotymi monastyrami”.

Aleksander Rowiński napisał te słowa wiele lat temu.

Mówimy: zło dobrem zwyciężaj. Polacy tak czynią.

Wyznanie SŁAWOMIRA JASTRZĘBOWSKIEGO: Bycie sędzią jest piękne

Najgorzej to jak się człowiek naczyta. Pamiętam czytałem kiedyś wspaniały tekst sędziego Adama Rzeplińskiego, byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego pod tytułem „Być sędzią”. Tekst naprawdę niezwykły, o tym jaki powinien być sędzia. Każdemu polecam.

Tu fragment: „Bycie sędzią jest równie piękne i całkowicie absorbujące, jak bycie lekarzem czy bycie uczonym. Profesja sędziowska nie jest dobrym zajęciem dla osób, które nie mają na tyle utrwalonego poczucia godności osobistej i zawodowej, prawości i nienagannej przeszłości, wiedzy zawodowej i życiowej oraz dojrzałości społecznej, dojrzałości rodzinnej i dojrzałości psychicznej – by za każde wydane zgodnie z prawem i własnym sumieniem orzeczenie brać pełną odpowiedzialność.”

Czytałem ten tekst mając kilkunastoletnie doświadczenie reportera sądowego i uczestnicząc w wielu procesach służbowo i prywatnie. Mam o sędziach wyrobione zdanie i jest ono obszerne oraz posiada wiele przypisów, oraz bogatą artukułografię.Teraz przypomniały mi się fragmenty z „poczuciem godności osobistej”, „prawości i nienagannej przeszłości”, „dojrzałości rodzinnej i dojrzałości psychicznej”, a przypomniały mi się po lekturze tekstu o tym jak sędzia Piotr Gąciarek ze stowarzyszenia Iustitia wygrał prawomocnie sprawę z TVP o naruszenie dóbr osobistych.

W skrócie, w jednym z programów pokazano, że sędzia Gąciarek kilka lat temu poznał kobietę na portalu randkowym. Jak przyznał sam sędzia kobiecie z portalu randkowego, której nigdy nie widział przesłał 13 tysięcy złotych i telefon komórkowy. Oczywiście okazało się, że kobieta używała fałszywego nazwiska i niczego nie oddała. Została wytropiona i surowo skazana. Sędzia uznał, że materiał w TVP wskazywał, że jego relacje umożliwiły skazanie tej kobiety, co byłoby nadużyciem stanowiska. Dwa sądy uznały, że dobra osobiste użytkownika portalu randkowego zostały naruszone i przyznano mu prawomocnie zadośćuczynienie wynoszące 40 tysięcy złotych.

Oprócz tego sędziego trzeba przeprosić, gdyż materiał zawierał krzywdzące go i nieprawdziwe informacje. Przy czym informacje, że sędzia Gąciarek przesłał nieznanej pani z portalu randkowego 13 tysięcy złotych i telefon są prawdziwe, bo sam sędzia je potwierdził. Najważniejsze, że historia dobrze się skończyła, że sędzia Piotr Gąciarek obronił dobre imię niezbędne przecież dla tego zawodu zaufania publicznego.

A na koniec proponuję Państwu, dla utrwalenia, fragment artykułu prof. A. Rzeplińskiego pod tytułem „Być sędzią”: „Bycie sędzią jest równie piękne i całkowicie absorbujące, jak bycie lekarzem czy bycie uczonym. Profesja sędziowska nie jest dobrym zajęciem dla osób, które nie mają na tyle utrwalonego poczucia godności osobistej i zawodowej, prawości i nienagannej przeszłości, wiedzy zawodowej i życiowej oraz dojrzałości społecznej, dojrzałości rodzinnej i dojrzałości psychicznej – by za każde wydane zgodnie z prawem i własnym sumieniem orzeczenie brać pełną odpowiedzialność…”

CEZARY KRYSZTOPA: Zaginieni putinożercy

Pamiętacie niedawne przecież słowa Bartłomieja Sienkiewicza, byłego ministra rządu Donalda Tuska, swego czasu rosyjskiego „człowieka w Warszawie”, o Marine Le Pen? – Ruska dziwka w Paryżu. Albo słowa innego byłego ministra rządu Tuska, który sam zresztą swego czasu widział Rosję w NATO – płatna agentka Putina. Tuż przed wyborami we Francji panowie byli tak bardzo radykalni w ocenach.

Nie chodzi mi tu bynajmniej o udawanie, że Marine Le Pen nie jest prorosyjska. Jest. Tak jak cała francuska klasa polityczna i zdecydowana większość Francji na przestrzeni wieków. I sprawa tzw. „moskiewskiej pożyczki”, również na niej ciąży. Ale to nie za prezydentury Marine Le Pen Francja sprzedawała broń Moskwie. To nie Marine Le Pen odgrywa żenujący spektakl telefonów do kremlowskiego satrapy.

Putintern

Daleki jestem od stwierdzenia, że Rosja przegrywa wojnę na Ukrainie, ale bez wątpienia niemożność realizacji imperialnych planów, jak również ewidentne pogorszenie geopolitycznej i gospodarczej sytuacji Rosji w wyniku zaciekłej obrony Ukraińców i jej konsekwencji, są już jej porażkami. A jeśli dodać do tego niewystarczające postępy ofensywy na wschodzie i południu Ukrainy, a wręcz ukraińską kontrofensywę, nic dziwnego, że w ocenie eksperta Tysol.pl ds. wschodnich, którego zdanie nadzwyczaj sobie cenię, Grzegorza Kuczyńskiego, czas nie gra na korzyść Rosji i być może to Rosja coraz bardziej, potrzebuje dziś zawieszenia broni.

No, ale Rosji z taką inicjatywą wyjść nie wypada, Rosja ma być o to zawieszenie proszona. I tutaj pojawia się wsparcie czegoś, co Kuczyński nazywa „Putinternem”. A to Emmanuel Macron załamie ręce nad tym, że „nie wolno Rosji upokarzać”, a to Olaf Scholz w gorliwym telefonie do Władimira Putina poruszy kwestię „konieczności jak najszybszego zawieszenia broni”. Oczywiście obaj kierują „motywacjami humanitarnymi”, przecież nikt w to nie wątpi, nawet kiedy Wołodymyr Zełenski ujawnia żądania Francji, która naciska na Ukrainę, żeby ta uległa rosyjskim żądaniom, żeby „Putin mógł zachować twarz”.

Co się stało z Macronem i putinożercami?

I tu rodzi mi się w głowie pytanie: Co się stało temu obrońcy atlantyckich wartości Emmanuelowi Macronowi? Jak to się stało, że z „opozycji wobec proputinowskiej Le Pen” przeszedł na pozycję putinowskiego konsjerża? A może zawsze taki był? W końcu przed wyborami miał dzwonić do Putina tak często, że temu nie zawsze chciało się odbierać.

Kto ma rozum, wie, że to pytania retoryczne. Znacznie ciekawsza jest odpowiedź na pytanie co się stało z naszymi putinożercami? Gdzie się podziali Sienkiewicz, Sikorski i inni? W końcu wygłaszając tuż przed wyborami we Francji swoje płomienne opinie, nawet jeśli „nieco” mylili się co do Macrona, to na pewno kierowali się w swoich brawurowych sądach twardymi zasadami i obiektywnym systemem atlantyckich wartości.

To gdzie się dziś podziewają? Gdzie ich jakże istotny w przestrzeni publicznej głos? Nie widzą „pułapki”, o której pisze Kuczyński, którą mają zastawiać na Ukrainę „liderzy zachodniej Europy”? Zasady im się zepsuły? A może pojechali na urlop, albo są na L4?

Ktoś coś słyszał? Może trzeba zadzwonić po pomoc?