TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wyklęta „Marcysia” – ofiara bezpieki i Rzepeckiego

5 czerwca 1949 r. kpt. Emilia Malessa ps. m.in. „Marcysia” popełniła samobójstwo. Miała 40 lat i była bezsilna, obarczona poczuciem winy, odrzucona przez część środowiska byłych żołnierzy Armii Krajowej, które zarzucało jej zdradę i „wsypanie” kolegów. Przyczynił się do tego Józef Goldberg-Różański, który dał jej oficerskie słowo honoru, że żaden z ujawnionych niepodległościowców nie będzie represjonowany. Ale przede wszystkim przełożony „Marcysi” – płk Jan Rzepecki.

 

Emilia Malessa, urodzona w 1909 r. w rodzinie o tradycjach patriotycznych, 1 września 1939 r. zgłosiła się do pracy w Ochotniczej Służbie Kobiet. Od października 1939 r. organizowała komórkę łączności zagranicznej przy Komendzie Głównej Służby Zwycięstwu Polski, którą kierowała następnie w Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej aż do końca okupacji niemieckiej.

Zadaniem placówki, działającej pod kryptonimami: „Zenobia”, „Łza”, „Załoga” i najbardziej znanym – „Zagroda”, było utrzymywanie łączności między podziemiem w kraju a władzami RP i Naczelnym Wodzem na obczyźnie. Na przełomie lat 1943 i 1944 – w okresie największego rozwoju – „Zagroda” dysponowała 120 ludźmi w całej Europie. „Pani na Zagrodzie”, jak ją nazywano, zorganizowała też trasy kurierskie i system ekspedycji poczty, bazujący na najnowszych osiągnięciach techniki fotograficznej (mikrofilmowanie). Komórka łączności odbierała także przeszkolonych na Zachodzie żołnierzy – cichociemnych. To „Marcysia”, w nocy z 7 na 8 listopada 1941 r. pod Skierniewicami przejmowała pierwszego cichociemnego – majora Jana Piwnika, „Ponurego”, z którym dwa lata później wzięła ślub.

Virtuti Militari i awans na kapitana

W Powstaniu Warszawskim „Marcysia” otrzymała order Virtuti Militari za bohaterską służbę kurierską podczas walk w Śródmieściu, w Batalionie Szturmowym kpt. Kazimierza Bilskiego „Ruma”, do którego przeszła na własną prośbę (miała przydział do odwodu sztabu KG AK). Po kapitulacji Powstania uciekła z transportu do Rzeszy i przedostała się do Krakowa, gdzie odbudowała kanały łączności między AK a Zachodem.

Za całokształt działalności konspiracyjnej Emilia Malessa została awansowana do stopnia kapitana. Po rozwiązaniu AK pozostała w podziemiu, najpierw w organizacji „NIE” (jej dowódca – August Emil Fieldorf, jeszcze jako pułkownik, polecił jej zorganizowanie szlaku kurierskiego z kraju na Zachód), potem w Delegaturze Sił Zbrojnych, w końcu w Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość. Była członkiem ścisłego sztabu, a przede wszystkim nadal kierowała komórką łączności zagranicznej. 31 października 1945 r. została aresztowana przez UB.

Na polecenie Rzepeckiego

Tu zaczyna się początek tragedii Emilii Malessy. W areszcie ujawniła kolegów z WiN-u. Powód? Pułkownik Józef Goldberg-Różański, szef Departamentu Śledczego MBP ręczył jej „oficerskim słowem honoru”, że żadna z ujawnionych osób nie zostanie aresztowana i osądzona. Różański przekonywał, odwołując się do jej patriotycznych uczuć: „tylu już Polaków niepotrzebnie zginęło, trzeba z tym skończyć”. Jeśli nie pójdzie na ugodę – argumentował dalej ubek – „będzie odpowiedzialna za mordownię”. „Marcysia” uwierzyła, wychowana w świecie wartości, w którym słowo honoru coś znaczyło.

Różański słowa jednak nie dotrzymał, rozpoczynając aresztowania członków WiN. Po latach winę zrzucał na innych – twierdził, że jego honor ma swoją wagę, ale zwolnieniu aresztowanych kategorycznie sprzeciwił się Bierut, który – dodatkowo – zarzucił mu uleganie drobnomieszczańskim przesądom. Z kolei radziecki doradca MBP – płk NKWD Jurij Nikołaszkin zdziwił się ponoć: „Co to znaczy, że ty dałeś słowo honoru? Jeśli dałeś, to znaczy ono było twoje, a jak było twoje, to możesz je odebrać”.

W więzieniu, oszukana i zrozpaczona Malessa, w akcie protestu, podjęła pierwszą głodówkę. Wiele wskazuje jednak na to, że decyzję o ujawnieniu uzgodniła wcześniej z kierownictwem organizacji. Działała na wyraźne polecenie swojego dowódcy, płk Jana Rzepeckiego (a także płk Antoniego Sanojcy), co w wojsku oznaczało ni mniej, ni więcej tylko rozkaz. Według relacji Rzepecki nie pozostawił „Marcysi” wyboru: jeśli nie ujawni współpracowników, zaszkodzi im znacznie bardziej. Obaj pułkownicy mieli to potwierdzić w rozmowie z historykiem Cezarym Chlebowskim. Jeśli tak, oznacza to, że Rzepecki przerzucił całą odpowiedzialność za swoją decyzję na Malessę.

„Sędziowie”

Od 4 stycznia 1947 r. była sądzona, razem z dziewięcioma innymi WIN-owcami przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie. Trwającemu miesiąc procesowi przewodniczył płk Władysław Garnowski. Ten przedwojenny prawnik (studia na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie), AK-owiec, po wojnie w sądownictwie wojskowym (m.in. szef WSR w Poznaniu i w Warszawie), a w końcu prezes Najwyższego Sądu Wojskowego, ma na koncie w sumie 23 wyroki śmierci.

Prócz Garnowskiego sądzili: Jan Hryckowian i Stanisław Kaczmarek. Hryckowian, też przedwojenny prawnik (po Uniwersytecie Jagiellońskim), urodzony w 1907 r. w Latrobe (Pensylwania), w czasie wojny – jako oficer AK – odznaczony Krzyżem Walecznych (jego żona, Stanisława Hryckowian była adiutantem gen. Fieldorfa „Nila”). Miesiąc po procesie Rzepeckiego, w marcu 1947 r., już w randze podpułkownika, został szefem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie. Wtedy właśnie dopuścił się największej liczby zbrodni sądowych (w sumie 16., w tym mord na Witoldzie Pileckim).

Mniej znany, ale równie krwawy oprawca w todze – kpt. Stanisław Kaczmarek, też był sędzią warszawskiego WSR. Jako przewodniczący składu i sędzia pomocniczy skazywał byłych żołnierzy AK (w tym 3 i 5 Wileńskiej Brygady) oraz działaczy niepodległościowych. Wielu zostało straconych.

Oskarżyciel

Oskarżał sam Naczelny Prokurator Wojskowy Henryk Holder. Urodzony w 1914 r. w Szczerzcu (Lwowskie), syn Mojżesza i Wincentyny. Tak jak Garnowski był absolwentem prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. W czasie wojny podporucznik Armii Czerwonej. Naczelnym Prokuratorem Wojskowym był w latach 1946-1948. Przez następne dwa lata kierował Departamentem Służby Sprawiedliwości MON (odmawiał m.in. ułaskawienia skazanych na karę śmierci).

Po przeniesieniu do rezerwy, m.in. dyrektor Biura Prawnego Rady Państwa.
W mowie oskarżycielskiej płk Holder zarzucił WiN-owcom m.in. terroryzm, morderstwa, szpiegostwo, propagandę antypaństwową, a także współpracę z faszystami z NSZ i UPA, oraz uchylanie się od służby wojskowej (oczywiście w lWP). Atakował „reakcję” – PSL i rząd na emigracji, wykazując ich związki z WiN (w rzeczywistości nie chciał ich premier Mikołajczyk, słusznie obawiając się prowokacji).

Koniec pięknej karty

Proces nazwano – od nazwiska głównego podsądnego – procesem Rzepeckiego. Jego patriotyczna karta była długa: żołnierz Legionów, za udział w wojnie polsko-bolszewickiej odznaczony Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari, w okresie międzywojennym służył zawodowo w wojsku, w maju 1926 r. stanął po stronie rządu przeciwko zamachowi Józefa Piłsudskiego, we wrześniu 1939 r. szef oddziału operacyjnego w sztabie armii „Kraków”, od października 1939 r. w SZP, następnie w ZWZ i AK (szef Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej – za czteroletnią służbę na tym stanowisku otrzymał Złoty Krzyż Virtuti Militari), po Powstaniu Warszawskim w niewoli niemieckiej, organizator i dowódca Delegatury Sił Zbrojnych, a następnie Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość.

Tu niestety piękna karta Rzepeckiego się kończy. Stefan Korboński (ostatni delegat Rządu na Kraj, podwładny Rzepeckiego) zapisał: „Po aresztowaniu ujawnił on wszystko bez wyjątku: ludzi, adresy, broń i pieniądze, obliczane na około jeden milion dolarów. Według wiadomości, jakie do mnie doszły, nie zostało to na nim wymuszone torturami [potwierdzają to inne relacje], a stało się dzięki pewnemu systemowi obrony, jaki Rzepecki przyjął. Przyznał on uroczyście i kategorycznie, że pozostanie w konspiracji było ciężkim błędem i oświadczył, że ze swej strony dokona wszystkiego, by ten błąd naprawić i podziemie WiN ostatecznie zlikwidować. Wobec tego w śledztwie wydał wszystkich i wszystko. W zamian za to otrzymał przyrzeczenie, że nikt z ludzi przez niego ujawnionych nie zostanie aresztowany i to przyrzeczenie było przez szereg miesięcy przez bezpiekę honorowane. Jest to pierwszy wypadek masowego ujawnienia podwładnych, dokonany przez przełożonego, bez ich wiedzy i zgody”.

Potem, gdy na Rakowiecką trafił rtm Witold Pilecki, ubecy chcieli go „przekonać”, aby namawiał żołnierzy niepodległościowego podziemia do ujawnienia się, tak jak to zrobił prezes WiN. Pilecki odpowiedział: „Rzepeckiemu za to, co zrobił, prawdziwi patrioci naplują w twarz”. Dlatego Rzepecki uniknął śmierci, a Pilecki musiał zginąć. Musiała zginąć również Emilia Malessa…

„Nie lubi chodzić na pogrzeby”

Malessę „bronił” Mieczysław (Mojżesz) Maślanko, należący do starannie wyselekcjonowanego grona w pełni dyspozycyjnych wobec bezpieki adwokatów. Stefan Korboński wspominał: „Gdy na zakończenie zabrali głos adwokaci (…) poszli oni po utartej drodze obrony w wypadkach, gdy oskarżeni przyznają się do winy. Powołując się na złe środowisko, w którym ich klienci wyrośli, na błędy polityczne Polski przedwrześniowej, na reakcyjność otoczenia, w którym działali, wreszcie podkreślając fakt, że oskarżeni przejrzeli na oczy, przyznali się do popełnienia przestępstwa, jakim była ich podziemna działalność i okazali żal oraz skruchę, prosili o łagodny wymiar kary. Tak to do ostatniego dowódcy wojskowego podziemia i jego sztabu zastosowano system obrony, typowy dla procesów o kradzież z włamaniem”.

O Maślance mówiło się, że interesują go tylko ci klienci, których rodziny mogą dobrze zapłacić. Gdy jeden z aresztowanych dowódców AK zwrócił mu kiedyś uwagę, że taki sposób obrony godzi w jego honor, Maślanko odpowiedział, że „ten towar nie jest już obecnie w obiegu”. Czasem odmawiał podjęcia się obrony, bo „nie lubi chodzić na pogrzeby”.

Po miesiącu procesu – 3 lutego 1947 r. ogłoszono wyrok. Najwyższą karę – KS – otrzymał Marian Gołębiewski. Kazimierz Leski i Henryk Żuk dostali po 12 lat, Józef Rybicki i Ludwik Muzyczka – po 10, Jan Rzepecki – 8, Jan Szczurek-Cergowski – 7, Antoni Sanojca – 6, Tadeusz Jachimek – 4. Najłagodniej potraktowano Emilię Malessę, skazując ją na 2 lata. Większość skazanych (w tym Malessę) następnie ułaskawiono. Komuniści chcieli w ten sposób udawać łagodnych wobec tych, którzy wyznali swoje winy, a przede wszystkim potępili dalszy opór, legalizując nową władzę. Jak wyglądała łaskawość „ludowej” władzy? Wielu skazanych w procesie Rzepeckiego (w tym on sam) i innych powojennych procesach, zostało potem ponownie aresztowanych. Byli torturowani w śledztwie, a następnie odsiadywali wieloletnie wyroki.

Nie chciała opuścić więzienia

Ruta Czaplińska (szefowa łączności Komendy Głównej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, ps. „Ewa”) w książce „Z archiwum pamięci. 3653 więzienne dni” wspominała „Marcysię” – koleżankę z Rakowieckiej: „Mimo, że w procesie dostała tylko dwa lata i była ułaskawiona przez Bieruta (mogła być natychmiast zwolniona), nie chciała opuścić więzienia. Cały czas była namawiana na wyjście z obietnicą zwolnienia pozostałych aresztowanych. Ale ona uparcie trwała przy swoim. Wyszła wreszcie parę miesięcy potem i swoją walkę prowadziła już na wolności, wierząc, że będzie mogła więcej osiągnąć. Prowadziła liczne pertraktacje z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego, przypominając bezustannie o wszystkich przyrzeczeniach wypuszczenia na wolność ujawnionych osób, wymieniając wszystkich z nazwiska”.

Emilia Malessa domagała się po prostu dotrzymania słowa honoru, które dał jej Józef Różański. Zabiegała o wizytę u Bieruta, pisała do szefa bezpieki Radkiewicza (obszerny memoriał pozostał bez odpowiedzi).
Na wiosnę 1948 r. listę z nazwiskami aresztowanych i okolicznościami ich ujawnienia wysłała też do placówek dyplomatycznych. Świat jednak milczał. Prócz interweniowania u władz, „Marcysia” pomagała też więzionym i ich rodzinom. Odwiedzała w celach towarzyszki niedoli, wysyłała im paczki. Świadczyła na rzecz żołnierzy podziemia, zeznając z wolnej stopy na ich procesach.

W kwietniu 1949 r. Malessa napisała list do Różańskiego: „Po wyczerpaniu na przestrzeni trzech i pół lat wszystkich środków dla uzyskania zwolnienia pozostałych ujawnionych, donoszę Panu Pułkownikowi, że od 9 kwietnia podjęłam głodówkę [przechodnie na ul. Rakowieckiej widzieli ją skuloną pod więziennym murem], jako ostatni z mojej strony akt protestu przeciwko niedotrzymaniu umowy dotyczącej akcji ujawniania WiN i grupy »Liceum«. Mając za sobą wypełnienie wszystkich obowiązków wobec mego kraju w okresie okupacji oraz w pierwszym okresie niepodległości przez dokonanie aktu ujawniania, mam niewątpliwie prawo oczekiwać od władz bezpieczeństwa, a w szczególności od Pana Pułkownika jako głównego inicjatora akcji ujawniania, decyzji, która zapobiegnie mojej śmierci i dalszemu więzieniu lojalnie ujawnionych wobec państwa ludzi”.

Jan Rzepecki po ostatecznym wyjściu na wolność w połowie lat 50. został zrehabilitowany. Służył w LWP, działał w ZBoWiD-zie, w 1956 r. poparł Gomułkę, został historykiem. Uratował głowę, ale czy honor?
Ruta Czaplińska: „Marcysia” „wielokrotnie, jeszcze w więzieniu mokotowskim, a potem już na wolności, chciała się widzieć i rozmawiać z Rzepeckim, ale ten nie poczuwał się do niczego i zostawił ją samą”. Do dziś często poświadcza się nieprawdę, że WiN ujawniła Malessa, a Rzepecki – postawiony przed faktami dokonanymi, nie mając już wyboru – tylko to potwierdził.

 

Pani Mario, szacunek! O laureatce Nagrody im. Romualda Lazarowicza przyznawanej przez Dolnośląski Oddział SDP   

Dzisiaj będzie o dziennikarstwie, czyli o własnym podwórku i o tym, co od wielu już lat jest najbliższe – przynajmniej zawodowo – piszącemu te słowa.

Dwa dni temu swój finał miała pierwsza edycja Dolnośląskiego Konkursu Dziennikarskiego o Nagrodę im. Romualda Lazarowicza. Laureatem konkursu została Maria Woś, nestorka wrocławskich dziennikarzy – Kapituła pod przewodnictwem prof. Zbigniewa Makarewicza wybrała jednogłośnie prace nadesłane przez Redaktor Marię Woś, która w swoich cotygodniowych felietonach nadawanych na antenie Radia Wrocław, podejmuje lokalną społeczną i kulturalną tematykę, wspaniale posługując się językiem polskim – podkreślał podczas uroczystości Jan Poniatowski, Prezes Zarządu Oddziału Dolnośląskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, które zorganizowało konkurs.

Pani Maria odebrała pamiątkowy dyplom z rąk Heleny Lazarowicz, wdowy po śp. Romualdzie Lazarowiczu. Ze wzruszeniem powiedziała, że to dla niej nagroda szczególna, bo postać patrona jest uosobieniem wartości jaką jest służba Polsce, a do tego był dziennikarzem i wydawcą, co podkreśla jej zawodowy wymiar i charakter.  – Ubolewam tylko, że młodzi dziennikarze nie wydają się być zainteresowani tą tematyką, a to właśnie oni powinni ubiegać się o nagrody – dodała laureatka.

„Pani Mario, szacunek!” – napisał po wręczeniu nagrody Krzysztof Kunert, wrocławski dziennikarz oraz reżyser filmów dokumentalnych. I dodał:  „Pomyśleć, że mogliśmy nie mieć Pani Marii we Wrocławiu. Kiedy udało mi się ją namówić do udziału w *Pionierach*, moim dokumencie o pierwszych mieszkańcach powojennego Wrocławia usłyszałem, że nasze miasto stało się domem pani Redaktor przypadkowo. – Wcale nie chciałam wysiadać w te ruiny, po prostu pociąg dalej nie jechał – opowiadała podczas nagrań.”

Wielce Szanowna Pani Mario! Z całego serca gratulujemy nagrody i dziękujemy za to, że każdego dnia jest Pani dla nas niedoścignionym wzorem prawdziwego, odpowiedzialnego i rzetelnego dziennikarstwa.

Janusz Gajdamowicz

„Gazeta Wrocławska”

 

CEZARY KRYSZTOPA: Jesteśmy za głupi, aby to pojąć

Jeszcze chwilę temu na szwajcarskich lotniskach prężyły się smukłe sylwetki prywatnych odrzutowców „mędrców”, którzy zlecieli się na Światowe Forum w Davos. Z tego co mi wiadomo żaden z tych samolotów nie porusza się dzięki sile wiatru czy słońca, żaden nie jest na baterię, ani nawet na pastę sojową. Wszystkie, literalnie wszystkie, latają dzięki spalaniu bardzo mało ekologicznego paliwa lotniczego pochodzącego ze straszliwych surowców kopalnych. Nie wiem jak w tym roku, ale podobno w 2020 żeby szczyt w Davos mógł się odbyć, do Szwajcarii przylecieć musiało 1500 samolotów, które ilość wyemitowały CO2 równą ilości w sytuacji, w której te same samoloty przetransportowałyby 76 652 zwykłych pasażerów do Davos i z powrotem.

Jednak nasi mędrcy są na to poświęcenie gotowi, tym bardziej, że w końcu decydują w swoim przekonaniu o losach świata. Tylko oni. Niedługo potem rozjadą się do swoich krajów, by z pełnym przekonaniem uchodzić za „demokratów” czy wręcz „obrońców demokracji”. Wprawdzie demokracja to z definicji rządy ludu, nie „mędrców” z ich prywatnymi odrzutowcami, ale od lat przecież mówimy już o demokracji liberalnej, w której „rządy bezrozumnego ludu” są w rzeczywistości zastąpione rządami „światłych gremiów”, które od ludu widzą lepiej. W innych, mniej postępowych czasach, taką formę nazwano by oligarchią, ale dziś jednak lepiej w uszach ludu brzmi „demokracja liberalna”. A kiedy w uszach ludu brzmi to lepiej, lud uspokojony poczuciem, że „nadal żyje w demokracji” nie wydaje niepotrzebnych okrzyków, które mogłyby „mędrcom” zakłócić doniosłe procesy myślowe.

Ku naszej radości

A procesy te sięgają na tyle daleko, że zwykły człowiek nigdy by za nimi nie nadążył. Być może więc, biorąc pod uwagę niedoskonałość materii, z którą przyszło „mędrcom” pracować, całkiem możliwe, że na przeszkodzie planowanemu za pięć lat wprowadzeniu „globalnej waluty” stanie ten niewydolny „czynnik ludzki”. W innych jednak przypadkach, takich jak obciążenie gospodarek, szczególnie Europy, mechanizmami duszącymi wstydliwą konsumpcję i emisję CO2, wysokie gremia wydają się nadzwyczaj skuteczne. Wprawdzie redukcja emisji CO2 przez coraz bardziej upośledzoną gospodarczo Europę, w skali niemiłosiernie kotłującego świata, wydaje się mało zauważalna, ale to mało istotne wobec przejmującej symboliki poświęcenia, dawania przykładu i kary za stulecia europejskiej supremacji.

Również przyszłość wielkie umysły malują nam w jakże ambitnych barwach, planując odebrać przygłupim, ciągle skażonym demokracją w przestarzałym rozumieniu tego słowa, rządom lokalnym, kolejne partie suwerenności. I wykorzystując w tym celu atmosferę pewnego niepokoju, ciągle obecnego po pandemii, która przeorała świat w te i nazad, oddać je o ileż bardziej światłemu WHO, żeby już nigdy więcej nikt nie śmiał kwestionować nieomylności jego wyroków. Ku naszej radości, jak najbardziej i nasz rząd również prowadzi w tej sprawie negocjacje.

Adoracja

Nie łudźmy się, horyzontów ku którym sięgają umysły „mędrców” nie jesteśmy w stanie objąć. W ich tytanicznej pracy nie jesteśmy w stanie im pomóc. Jedyne co możemy, to spróbować je swoimi ograniczonymi, choć przecież pełnymi gorącej wiary w to, że nad nami czuwają, umysłami i sercami, adorować.

Chyba, że ktoś jest akurat w Szwajcarii, wtedy może symbolicznie pomachać chusteczką odrzutowcom.

Pomorskie korzenie. Relacja MARII GIEDZ z regionalnej edycji Ogólnopolskiego Festiwalu Kultury Ludowej

„Jawor – U źródeł kultury” – tak nazwano Ogólnopolski Festiwal Kultury Ludowej zainicjowany dwanaście lat temu przez Radio Kielce, a w tym roku realizowany przez 12 regionalnych rozgłośni, również Radio Gdańsk.

W tytule użyto słowa „jawor”, nazwy jednego z drzew, które symbolizuje siłę, początek, narodziny, ale i ochronę, wieczność, a nawet nadzieję. To słowo odnosi się także do kultury ludowej (drzewo jawor występuje w Nowym Testamencie, w staropolskich pieśniach, w poezji), która jest tym pierwszym elementem przyczyniającym się, że dana społeczność zaczyna być postrzegana podmiotowo, że staje się podstawą tworzącą naród, w tym przypadku naród Polski. Gdyby nie kultura ludowa, między innymi ta kaszubska na Pomorzu, być może dzisiaj nie byłoby Polski, a przede wszystkim polskiej kultury. Ważny jest język, na przykład kaszubski, tak często przez ignorantów utożsamiany z dialektem niemieckim, a przecież jest to język staropolski. To dzięki uporze Kaszubów na Pomorzu przetrwała polskość. Dla poparcia tego stwierdzenia przytoczę najbardziej popularną modlitwę w wersji kaszubskiej i to w dwóch dialektach. Czy rzeczywiście jest to odmiana niemieckiego?

Òjcze nasz, jaczi jes wniebie, niech sã swiãcy Twòje miono, niech przińdze Twòje królestwò, niech mdze Twòja wòlô jakno wniebie tak téż nazemi. Chleba najégò, pòwszédnégò dôj nóm dzysô iòdpùscë nóm naje winë, jak imë òdpùszcziwómë naszim winowajcóm. Anie dopùscë nanas pòkùszeniô, ale nas zbawi òde złégò. Amen”.

Wojcze nasz, który jes w Niebie, swianceno bondze Imio twöji przijdze krolejstwö – stani sá two wolo, chleb nasz dej nám dej dziś, wopuszczaj nám nasze winie ako me wypùszczome nasze winowacy. Nie wodza nas na pokuszenie, la nas wàbawnij wote zlewo. Won twoj jest to krolejstwö esz nà wieki wiecznej. Omenka.”

Zdaniem Jarosława Sellina, sekretarza stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Generalnego Konserwatora Zabytków, „kultura ludowa, czyli malarstwo, w tym malarstwo na szkle, rzeźba, pieśń, taniec, plastyka, tkanina, czyli różne fantastyczne dziedziny i zjawiska są najgłębszymi korzeniami naszej kultury narodowej. Warto więc odnajdywać artystów, którzy to pielęgnują i przenoszą do kolejnych pokoleń. Zresztą taki jest cel owego festiwalu”.

Dla Adama Chmieleckiego, prezesa Radia Gdańsk stało się oczywistym, że nie można prezentować kultury polskiej bez udziału twórców z Pomorza. Dlatego Radio Gdańsk po raz pierwszy w tym roku dołączyło do grona organizatorów. Przecież Pomorze jest bardzo ważnym regionem Polski, wybijającym się pod względem kultury.

Laureaci pomorskiej konkursu Jawor 2022. Fot. Maria Giedz

Kiedy w gdańskim radio ogłoszono konkurs liczono na kilka zgłoszeń z każdej kategorii: solista: śpiewak lub instrumentalista, kapela lub zespół ludowy (w tym kapele oraz zespoły dziecięce i młodzieżowe), rękodzieło i sztuka ludowa. Ku zdziwieniu organizatorów wpłynęło 49 zgłoszeń głównie z Kaszub i Kociewia, a wszyscy twórcy byli bardzo dobrzy. Niestety nie wszyscy mogli otrzymać nagrodę główną, czyli uczestnictwo w finale ogólnopolskiego konkursu organizowanego przez Radio Kielce, który odbędzie się w Muzeum Wsi Kieleckiej w Tokarni koło Kielc. A wyjazd ten jest szansą na nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. Piotra Glińskiego. Finał ogólnopolski odbędzie się w dniach 25-26 czerwca.

Ci najlepsi spośród bardzo dobrych otrzymali wyróżnienia, a niektórzy z nich, obok finalistów, wzięli udział w koncercie podsumowującym eliminacje regionalne. Tak więc w niedzielne popołudnie (29 maja 2022) w Studio Koncertowym im. Janusza Hajduna Radia Gdańsk było niezwykle wesoło i śpiewnie. Rozbrzmiewała muzyka Kaszub i Kociewia, a to m.in. dzięki Kaszubskiemu Zespołowi Pieśni i Tańca „Sierakowice”, który funkcjonuje nieprzerwanie od 42 lat, wykazuje się ogromnym profesjonalizmem, a przede wszystkim uczy, wychowuje i kształtuje poczucie regionalnego patriotyzmu u kolejnych pokoleń. Znakomity był też dziecięcy zespół „Lubichowskie Kociewiaki” (wyróżniony) grające m.in. na takich instrumentach jak diabelskie skrzypce, nieco różniące się od kaszubskich i burczybasie. Wszystkie były poubierane w kociewskie stroje eksponujące głównie trzy kolory: czerwień, biel i błękit. Jakże są skromniejsze od tych kaszubskich pełnych haftów i bogatszej kolorystyki, zwłaszcza w stroju kobiecym. Dzieciaki, oprócz gry, śpiewu i tańca, przygotowały recytację miejscowych utworów, w których akcentowały, że Kociewie to też Polska. A na koniec, już po pożegnaniu się, jeden z maluchów oznajmił wszystkim: „A tera róbta co chceta, hej!” i zszedł ze sceny.

Janusz-Świątkowski laureat w kategorii solista to niezwykle barwna postać. Fot. Maria Giedz

Duże wrażenie na publiczności zrobił Janusz Świątkowski z Kożyczkowa na Kaszubach, niezwykle barwna postać, zwycięzca w kategorii „solista: śpiewak lub instrumentalista”. Śpiewając i grając przeniósł widzów w świat opowieści o zwykłych ludziach, ich codzienności, troskach, smutkach, ale i radości. Mimo, że najczęściej gra na gitarze, pisze teksty, wiersze, był dziennikarzem, ale stał się budowlańcem, to fascynujący był jego pokaz gry na bazunie, instrumencie pasterskim. Bazuna to taka długa na ok. 2 metry, drewniana trąba, wykorzystywana jako instrument sygnalizacyjny przez rybaków, a także do witania Nowego Roku.

Furorę zrobiło też rodzinne muzykowanie z wyróżnioną solistką Grażyną Miłosz, podczas którego niemal wszyscy na widowni dośpiewywali refren „a kuku”.

Niezwykłym wydarzeniem, bo tak to chyba należy nazwać, była prezentacja rzeźb Ireny Brzeskiej z Kożyczkowa, która, jak sama mówi, żyje gdzieś z dala, poza światem i lubi ten swój „pozaświat”. Zaprezentowała coś, co można nazwać teatrem kukiełkowym, tylko nie dla dzieci. Jej drewniane rzeźby, nieco spłaszczone, przypominające odbite od ściany płaskorzeźby ludzi, samochodów, zwierząt, ale dwustronne, miały długie, cienkie prowadnice czy styliska, jak w kukiełkach. Artystka trzymała je za rączki, przekładała je, przesuwała, bawiła się jak w prawdziwym teatrze lalkowym. Przy tym tworzyła opowieść o ludziach, starych i młodych, spracowanych, a także o postawach często zapominanych w codziennym życiu, jak szacunek, posłuszeństwo, o wartościach, o miłości, przyjaźni.

Ożywione rzeźby Ireny Brzeskiej z Kożyczkowa to prawdziwy teatr. Fot. Maria Giedz

Artystka ożywiała swoje rzeźby, mówiąc, opowiadając, burcząc, śpiewając: „Jeden człowiek tworzy całość, kobietę, mężczyznę, wolność…”. „Rzeźba, to wizja i trzeba ją zobaczyć. Ona kiedyś była lasem, rosła, szumiała. Jest w niej jakaś dusza. Nie tworzę po to, żeby ktoś miał rozrywkę, ale po to, aby po obejrzeniu mojej sztuki ludzie zaczęli inaczej myśleć”.

Po takiej uczcie duchowej, trwającej zaledwie dwie godziny refleksje cisnęły się do głowy. I po co nam ta globalizacja, odczłowieczanie, zakłamanie, życie w brutalnym świece, bycie nikim? Nasza tradycja, nasze korzenie, to radość, wolność. – Kultura ludowa, to nie tylko skansen, to codzienne życie – twierdzi Magdalena Sitek z Radia Kielce, które zorganizowało pierwszy konkurs „Jawor” w 2010 r. – Wiele osób po latach oglądając, czy słuchając kapeli z różnych rejonów Polski odkrywa własną tożsamość, wraca do korzeni. A Adam Chmielecki dodaje, że – kultura ludowa jest istotnym elementem kultury narodowej, jest przekazicielem tradycji i tożsamości. To między innymi ta kultura przyciąga na Pomorze miliony turystów.

Kaszubka grająca na diabelskich skrzypcach. Fot. Maria Giedz

Dla niektórych to co ludowe, to nuda, tandeta, staromodne, nie da się tego słuchać. Jakże się mylą, bo ta prawdziwa „ludowość” jest szczera, czysta, otwarta, radosna, porywa do tańca, a życie, nawet to smutne staje się piękne i nabiera sensu.

Historia krymskiego szampana – MYKOŁA SEMENA pisze o marketingowym błędzie księcia Lwa Golicyna

Krym miał swoje wino musujące, które mogło z powodzeniem konkurować ze słynnym szampanem. Zamiast postawić na własną markę postanowiono jednak ukraść cudzą, a to skończyło się porażką.

Krym to jeden z regionów najstarszej uprawy winorośli i produkcji wina. Istnieją dowody na to, że produkcja wina na półwyspie była praktykowana przez starożytnych Greków w czasach starożytnych. W Chanacie Krymskim również prowadzono winiarstwo. Tradycję rozwoju gospodarczego i kulturalnego Krymu przerwała jednak seria wojen rosyjskich z Chanatem Krymskim od XV wieku do 1783 roku, kiedy Katarzyna II wydała manifest w sprawie przyłączenia Krymu do Imperium Rosyjskiego. Ale nawet wówczas Krym nie odzyskał swojego dawnego znaczenia, ponieważ duża część ludności opuściła ojczyznę i przeniosła się głównie do Turcji, która nawet teraz, według magazynu „Emel”, liczy 6 milionów ludzi pochodzenia krymskiego.

Produkcja wina w samej Rosji była spóźniona i zacofana. Pierwszy dowód uprawy winogron pochodzi z czasów panowania Iwana Groźnego: w 1547 r. car nakazał wezwać w Rosji „wykształconych ludzi” przydatnych zawodów, wśród których byli „ogrodnicy winogron”. Później perscy kupcy przywieźli winorośl do Astrachania. Około dwóch trzecich wyhodowanych przez niego winogron dostarczono do Moskwy, a pozostała część szła do produkcji lokalnego wina kościelnego.

Stopniowo uprawa winorośli i produkcja wina zaczęła przenosić się na Kaukaz i nad Morze Czarne. W 1803 r. rząd nakazał wszystkim kolonistom, którzy przenieśli się, na Krym, rozdać od 5 do 10 sadzonek winogron. Kiedy Besarabię ​​przyłączono do Rosji w 1812 r., południe imperium zamieszkiwali niemieccy i szwajcarscy imigranci, zaproszeni przez rząd specjalnie w celu rozwoju winiarstwa. Znany biolog Peter Simon Pallas wkrótce otworzył szkołę winiarstwa w krymskim mieście Sudak, a Christian Steven założył Nikitski Ogród Botaniczny. Ziemia krymska, należąca niegdyś do Tatarów krymskich, została rozdysponowana przez carów, głównie urzędnikom rosyjskim. Duże obszary ziemi otrzymał zastępca cara w obwodzie noworosyjskim Michaił Woroncow. Wszyscy byli zainteresowani produkcją wina i bezkrytycznie importowali różne sadzonki na Krym, wraz z niektórymi przywieźli odwiecznego wroga winogron – filokserę, która do dziś daje się we znaki winnicom na półwyspie. Stopniowo winiarstwo nad Donem i Morzem Czarnym zaczęło się rozwijać, a wina rosyjskie cieszyć się coraz większą popularnością.

Jednak rozwój winiarstwa od czasów carskiej Rosji, a następnie w ZSRR, miał swoje własne cechy, które generalnie spowalniały rozwój tego przemysłu. Pod koniec XIX wieku na Krymie pojawił się książę moskiewski Lew Golicyn, który na Sorbonie studiował prawo rzymskie, a w Szampanii winiarstwo. Założył uprawę winorośli na Krymie, stworzył winnicę Abrau-Dyurso. W latach 1891-1898 piastował stanowisko naczelnego winiarza dóbr carskich, zgromadził jedyną na świecie kolekcję win z XVII-XX wieku.

Książę był nazywany „królem ekspertów”, ponieważ miał rzadką umiejętność rozróżniania odmian winorośli po samych liściach i określania cech odmianowych w mieszankach win. Golicyn jako pierwszy ze światowych winiarzy napisał traktat o związku między glebami, na których rosną winnice, a jakością produkowanego z nich wina. Jako pierwszy doszedł do wniosku, że „wino jest produktem tego obszaru”, który w jest podstawą wszelkiego winiarstwa.

Książę Golicyn, zwany „ojcem rosyjskiego winiarstwa”, jako pierwszy zauważył, że na południowym wybrzeżu Krymu ciekawe wina pozyskuje się wyłącznie metodą leżakowania. W ten sposób w starych piwnicach niektórych posiadłości narodziła się sława win deserowych Masandra. W 1898 roku wybudowano główne piwnice „Massandry”, w które car zainwestował 1 mln 100 tys. rubli. W rezultacie powstało siedem tuneli o łącznej długości dwóch wiorst. Wcześniej odbudowano piwnice Archaderesse w Sudaku. W latach 90. XIX wieku Golicyn założył winnice na Kaukazie, Kachetii i Tyflisie. Od tego momentu Kaukaz Południowy stał się de facto centrum winiarskim Imperium Rosyjskiego.

Jednocześnie pogoń za światową sławą była okrutnym żartem dla księcia Golicyna. Wieloletni winiarze w Sudaku zauważyli, że dobre wina musujące pochodzą z winogron uprawianych na okolicznych ziemiach. Zwrócił na to również uwagę Golicyn. Później nawet teoretycznie uzasadnił to zjawisko: na ziemiach wokół Sudaku zauważył wiele krzewów róż, jak np. w Szampanii we Francji. „Tam, gdzie rosną owoce róży, będą dobre winogrona do win musujących!” –  napisał. Zwrócił też uwagę na podobieństwo struktury ziemi wokół Sudaku do struktury ziemi w Szampanii. W celu produkcji win musujących Golicyn w 1878 roku kupił posiadłość Nowy Świat na Krymie, gdzie później uprawiał do 500 odmian winorośli i jako pierwszy w Rosji rozpoczął produkcję win musujących.

Pierwsze partie wina musującego, które z jakiegoś powodu od razu błędnie nazwano „szampanem”, wypuszczane przez Golicyna pod markami „Nowy Świat” i „Paradise” (1882), zyskały dużą międzynarodową popularność. W 1896 roku wino musujące Nowego Świata zostało podane podczas uroczystości koronacyjnych Mikołaja II w Moskwie i otrzymało znak „Koronacja”. A Światowe Targi w Paryżu w 1900 roku przyniosły Golicynowi Sparkling Grand Prix. Uważa się, że jego wino wygrało nawet z prawdziwym szampanem, słynnego winiarza hrabiego Chandona z Francji.

I tu Golicyn popełnił błąd. Zamiast promować swoje wino musujące jako wino krymskie, stało się ono powszechnie znane jako „szampan”, ponieważ dzięki temu można je było drożej sprzedać.

Problem pojawił się, gdy rozpowszechniły się międzynarodowe prawa autorskie i światowi winiarze opatentowali swoje marki wina. W latach 30. XX wieku w zakładzie Novy Svit w ZSRR produkowano wino musujące o nazwie Soviet Champagne, ale później światowy rynek, pod presją producentów autentyvznego szampana, odwrócił się od sowieckiego wino ze względu na jego nazwę. Jedna partia tego wina została zakupiona przez Niemcy w latach 80., ale uznano je za podrobione i nie trafiło do sprzedaży. Jednak wino musujące, udające szampana, było szeroko sprzedawane na rodzimym rynku rosyjskim.

W końcu producenci „szampana”, pozbawienie dostępu do światowych rynków, stracili motywację do utrzymywania wysokiej jakości. Klasyczna metoda jego wytwarzania trwała co najmniej 4 lata, była więc dość czasochłonna i utrudniała szybkie zwiększenie produkcji. Odeski Instytut Winiarstwa opracował więc tak zwaną akratoforyczną metodę wytwarzania win musujących. W dużych beczkach, tak zwanych akratoforach, pierwotny materiał winny  pompowany był dwutlenkiem węgla pod wysokim ciśnieniem. Taki „szampan” przestawał wytwarzać bąbelki gazu już po 10 minut, podczas gdy prawdziwy szampan „grał” przez kilka godzin. Ponadto jego smak będzie znacznie gorszy. Niemniej jednak takie podrabiane wino było szeroko sprzedawane w ZSRR również pod nazwą „sowiecki szampan”. Produkowano je m.in. w Donbasie i kilku innych sowieckich fabrykach.

Co charakterystyczne, ten proces fałszowania wina trwa do dziś. Po aneksji Krymu zakład New World kontynuował produkcję rosyjskiego szampana, łamiąc prawa autorskich.

A gdyby książę Golicyn zdobył się kiedyś na taki ruch marketingowy, że wino krymskie otrzymałoby swoją nazwę geograficzną, los jego wynalazku byłby zupełnie inny. Świadczy o tym doświadczenie wytwarzania kolejnego wina w samej Rosji. Tak więc na przykład wino Don Tsimlyanskoe jest uważane za najsłynniejsze rosyjskie wino na świecie, jest cenione właśnie ze względu na swoją nazwę geograficzną i niepowtarzalny smak. Podobnie jak na Krymie, Tsymlyanske powstało z autochtonicznych odmian winorośli. Przez wiele lat pozostawało modne na dworze królewskim. Można je również nazwać winem „literackim”: wzmianki o nim znajdują się w pracach Lermontowa, Turgieniewa, Niekrasowa, Czechowa, Puszkina. A istniejąca do dziś fabryka wina musującego Tsimlyansky nadal je produkuje.

Historia jest o tyle dziwna, że sam książę Golicyn znany jest również jako ideolog walki z fałszowaniem wina. Ale walczył wyłącznie z podrabianiem rosyjskich win. Już w 1903 r. przedstawił Mikołajowi II projekt ustawy, który był reakcją na decyzję Odeskiego Kongresu Wina, że wina z dodatkiem melasy, czarnego bzu, smoły, cukru buraczanego, alkoholu ziemniaczanego i innych szkodliwych dla zdrowia substancji mogą być prezentowane w handlu pod tymi samymi nazwami, co naturalne. Golicyn stanął wtedy w obronie honoru domowego winiarstwa, ale pozostał w mniejszości i nie odniósł sukcesu. Fałszerze pokonali go, ponieważ on sam skłonny był traktować swoje wino musujące jako klasyczny szampan.

Już w 1914 r. Rosja uchwaliła ustawę o produkcji wina, a także przepisy techniczne dotyczące jego wytwarzania. Dokument ustanowił ścisłą regulację jakości win, zakazującą dodawania soków owocowych, wody itp. Wraz z dojściem do władzy bolszewików ZSRR pozostał jednym ze światowych liderów w produkcji wina, ale produkty były niskiej jakości i nie mogły konkurować na światowych rynkach.

 

HUBERT BEKRYCHT: Ruchy sankcjopodopne UE umacniają Putina

Pojawiły się doniesienia agencyjne, że UE ma wprowadzić wobec Moskwy pakiet sankcji polegający na zakazie importu rosyjskiej ropy, ale… nie tej tłoczonej rurociągami…                          Za komuny w Domu Kultury przy Petrochemii Płock, z okazji rocznicy wybudowania kombinatu, ogłoszono konkurs plastyczny dla najmłodszych pod tytułem: „Ropa w oczach dziecka”. Odpowiedzialnych do tej pory nie wskazano.

Byłoby do śmiechu, gdyby nie sytuacja na Ukrainie. Europejski kraj na oczach „wolnego” świata walczy z ruską hordą zabijającą, gwałcącą, rabującą, a ci biurokraci z Brukseli zastanawiają się jak mieć ciasteczko i je zjeść.

Obłęd. Niemcy, Francuzi, Włosi, Skandynawowie i Benelux chyba gdzieś mają cierpienia Ukraińców. Boją się, że z powodu braku ropy i gazu tyłki im zmarzną. A zmarzną na pewno, jeśli ów twór – a może już potwór – zwany Unią Europejską, się nie obudzi.

Na razie śpią sumienia krajów członkowskich. Śpią smacznie i nie zmieni tego nawet nasza postawa. Cóż z tego, że Polska i m.in. Rumunia oraz kraje bałtyckie zachęcają do działania zdecydowanego wobec Rosji? Na Zachodzie jednak bez zmian. To przecież Rosja. Tutaj nie ma żartów. Ale czym to się skończy? Być może i oby nie, przed zasadniczym atakiem Moskwy na Ukrainę, Kreml będzie atakował hybrydowo włączając całą swoją agenturę w Berlinie, Brukseli, Paryżu i pożytecznych idiotów w tych i innych stolicach Starego Kontynentu. Pożytecznych idiotów, czyli wielu dziennikarzy również.

Może przywódcy Niemiec, Francji, Belgi, Holandii, Włoch myślą, że, kiedy będzie im brakowało paliwa wystarczy, tak jak prezydent Serbii, zadzwonić do Putina i serdecznie o ropę i gaz poprosić.

Tak, władcy Unii Europejskiej są cały czas w PRL-u, na wernisażu wystawy prac najmłodszych podopiecznych Domu Kultury Petrochemii Płock… W Brukseli ciągle „Ropa w oczach dziecka”.

Nikt nie zwariował, to tylko SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Odór po odejściu dziennikarza

Jakiego znowu dziennikarza? Czy Wy w SDP nie macie korekty? Nikt tego nie czytał przed publikacją? Tekst jest o odejściu mnicha! Mnicha! No luuudzie. Weźcie poprawcie ten tytuł. Jaki wstyd! Pewnie jeszcze na mnie zrzucą i na pośpiech, i że etatów za mało. Czytać to trzeba ze zrozumieniem, ze zrozumieniem! Teraz do rzeczy, to co poniżej zostawcie. Jasne? No dzięki, dzięki.

Odejście było niby spodziewane od dawna, ale nastąpiło gwałtownie i ze skutkiem natychmiastowym. Tuż przed odejściem mówiono, że zrósł się z klasztorem i trudno sobie wyobrazić klasztor bez niego. Peanom nie było końca. Za życia mówiono, że dał się poznać w jako czcigodny i tak też był w zasadzie przez wiernych traktowany. Niewierna bywa wierność wiernych… I co? I bęc!

Po jego odejściu tak wiele i tak szybko się zmieniło. „Doba jeszcze nie upłynęła od chwili zgonu, woń i zaduch zgnilizny rozchodziły się już, rażąc uczucia obecnych” – że przywołamy słowa nanosnego kronikarza. Nikczemnych i niskich ludzi smród wręcz uradował, oni się smrodem napawali. Dalej było już tylko gorzej.

Odór próbowano ukryć, ale on wisiał w powietrzu mieszając się ze zgorszeniem. Było go coraz więcej i stawał się intensywniejszy. Bohater nasz szybko po śmierci stracił całą swoją reputację, chociaż i za życia taki święty nie był, bo za cudze żony się brał. To pewne. Za cudze żony się brał. Cóż za upadek… Zaczęto szczegółowo rozpamiętywać żywot i za złe mu miano drobnostki zupełne.

Tłuszczy przychodziły do głowy w związku ze zgnilizną rozkładu takie nawet występki: „Nową modę zaprowadzał”, „ciału dogadzał, jadł na przykład konfitury wiśniowe z herbatą”, „na kolana przed nim padali, a on przyjmował to jako sobie należne”. Były nawet spekulacje, że jakaś komisja, że coś uwiecznili… Podłość, po trzykroć. Lud zauważył, że jak inni odchodzili, to nie było brzydkiego zapachu, a tu woń zwykłą, naturalną, choć owszem, nieprzyjemną zinterpretowano jako znak grzesznego żywota. Na jakiej podstawie?

W końcu nawet szaleńcom przyszło do głowy publicznie wypowiadać się w sprawie. Weźmy takiego ojca Feraponta: „Patrzcie na tego oto nieboszczyka — mówił, zwracając się do stojącego za progiem tłumu. — Postów nie zachowywał, strawę gotowaną jadał, ciału grzesznemu dogadzał, karmiąc je słodyczami. Ot i pokazał Bóg i sąd nad nim objawił; a jaki teraz wstyd! jaki srom!” Ręką można by machnąć, ale Alosza, Alosza… On uczeń czysty i wierny także zwątpił, gdyż w uszach brzmiało mu: „Skąd się to mogło wziąć? gdyby był tłusty, ale to skóra tylko i kosteczki”.

Cóż, dla publiki za szybko starzec i czcigodny mnich Zosima zaczął się rozkładać, dając tym znak antyświętości. Tacy to ludzie. A co ja Wam radzę na koniec, publiko? Czytajcie „Braci Karamazow”, są tam włókna duszy, chrząstki sumienia i nie traćcie powonienia.

WALTER ALTERMAN: Kłopoty z kolokwializmem i inne zmartwienia

Stałe związki frazeologiczne są nie do zmiany i mają być takimi jak są. A jednak ludzie ciągle próbują. Skutki takich manipulacji są – niezamierzenie dla autorów przeróbek – śmieszne. Oto dziennikarz telewizyjny mówi: „Ciekawe czym to się święci”. A stały związek frazeologiczny to: „Coś się święci”. Powiedzonka, przypowieści i maksymy są naszym wspólnym dorobkiem i dziedzictwem. Więc ich nie ruszajmy, nie zmieniajmy.

Innym przykładem jest klasyczne powiedzenie „Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki”, którego autorem jest Heraklit z Efezu. Ten filozof twierdził, że wszystko przemija, płynie (pantha rhei). „Niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki” – pisał Heraklit myśląc o tym, że woda w rzece, do której weszliśmy po raz pierwszy, dawno odpłynęła, a woda, do której wejdziemy po raz drugi, jest już inną wodą.      Sentencja jest mądra, ale nie wszyscy rozumieją jej znaczenie, zatem pojawiają się przeróbki. Spotkałem już w mediach takie wersje: „Nie można napić się dwa razy tej samej wody w rzece” oraz „Nie można dwa razy wykąpać się w tej samej wodzie”. Przy czym autorzy zawsze dodawali, że powiedział to Heraklit. Obie nowe wersje Heraklita są bez sensu. Nie można napić się wody z rzeki, bo rzeki są zatrute. A kąpać się dwa razy w tej samej wodzie jest okropieństwem higienicznym.

Stare powiedzenie „Raz pod wozem, raz na wozie”. Oznacza, że w życiu bywa różnie. Ale gdy słyszę „Raz na wozie, raz z wozem” – dębieję, jak zbyt długo trzymane w wodzie ziemniaki.

Dopytanie

„Mam do pana dopytanie” – mówi dziennikarka telewizyjna do rozmówcy. O ile z trudem znoszę „muszę pana jeszcze dopytać”, to „dopytanie” naprawdę mnie boli. Dlaczego nie można mówić po polsku? I mając niedosyt informacji powiedzieć: „Chcę jeszcze zapytać o…” albo „Czy mógłby pan bardziej sprecyzować swą wypowiedź?”

Ponieść zwycięstwo

Dziennikarz mówi: „Zawodniczka poniosła zwycięstwo”. Okropny błąd. Ponieść można porażkę, a zwycięstwo odnieść. Starożytni Grecy życzyli wyruszającym na bój, żeby „wrócili z tarczą lub na tarczy”. Znaczyło to, żeby walczyli dzielnie i do końca, żeby nie uciekali z pola bitwy. Stąd wzięło się polskie „ponieść porażkę”, bo poległych wojowników znoszono z pola bitwy na tarczach.

Wielka intelektualna przygoda spotkała mnie kilka lat temu, gdy pewien działacz związkowy, chcąc zaznaczyć, że wszystkie działania jego związku przeciw pracodawcy są zgodne z prawem, stwierdził, że to co robi związek (czyli on jako przewodniczący związku) jest „Le gratis”. W tym przypadku nie prostowałem, bo związkowiec był absolwentem zasadniczej szkoły zawodowej i nie chciałem się wymądrzać, jako wykształciuch.

Dlaczego dochodzi do tak śmiesznych pomyłek? Bo część ludzi uważa, że dobrze jest zbudować swój autorytet na znajomości myśli klasycznej.

Niemal i niecałe

Inny problem stwarzają dwa proste słowa: „niemal” oraz „niecałe”. Dziennikarz chcą podkreślić, że pewien zawodnik całkiem sporo zarobił, powiedział: „On już zarobił niecałe 4 miliony zł”. Teoretycznie można tak powiedzieć, ale gdy chcemy podkreślić, że dochody zawodnika są spore należałoby powiedzieć: „On już zarobił niemal 4 mln zł.” Niemal, znaczyłoby, że 4 mln zł to dużo, a niecałe że jednak nie zarobił tyle ile powinien.

Mianownik walczy z biernikiem

Ciągle natykam się na dziennikarskie mylenie mianownika z biernikiem. Sportowy sprawozdawca mówi: „Mamy obraz przypominający pierwszego seta”. A norma jest taka, że powinien powiedzieć: „Mamy obraz przypominający pierwszy set”. Owszem, gdyby drugi set odbiegał od pierwszego, dziennikarz mógłby powiedzieć: „Mamy obraz nieprzypominający pierwszego seta”.

Zasada w takich przypadkach jest prosta: Mam zdrowy ząb / Nie mam zdrowego zęba; Kupiłem dywan / Nie kupiłem dywanu; Znalazłem ten wihajster / Nie znalazłem tego wihajstra.

Wihajster

Przy okazji – „wihajster” jest cudownym słowem, spolszczonym niemieckim zwrotem. Gdy przed laty jakiś majster zapominał, jak się nazywa jakieś narzędzie, mówił do swego ucznia: „Podaj mi ten wihajster”. I uczeń już wiedział. A wihajster – dziś już słowo nie używane – pochodził od niemieckiego zwrotu „Wie heist er?” co po polsku tłumaczy się: „Jak on się nazywa?”.

Nieszczęsne ZOO

W dużym programie telewizyjnym poświęconym nowej atrakcji Łodzi, czyli Orientarium, dziennikarz oraz pracownicy łódzkiego Ogrodu Zoologicznego wielokrotnie wymawiali ZOO jako zo. Ciekawe czy ci ludzie wy mawiają nazwę zespołu ABBA jako aba, albo śpiewają pieśń „Abba  ojcze…” jako „Aba ojcze…”?

Co prawda w języku polskim wyrazów z podwójnymi głoskami nie ma, ale są w wielu obcych słowach, które zagościły u nas na dobre. Poza tym, zoologia jest oficjalnym przedmiotem w szkołach, więc jak to jest z nauczycielami? Też mówią: „Otwórzcie teraz podręcznik do zologi”?

Kolokwialnie

Słowem z dużą karierą w mediach, w ostatnich latach, jest „kolokwializm”. Słownikowo  kolokwialny to język potoczny, niedbały.

Wzruszył mnie niedawno pewien poseł, który w zaciętej dyskusji stwierdził: „Ja powiem kolokwialnie… Nie podoba mi się polityka opozycji”. Zastanowiłem się i nie znalazłem niczego kolokwialnego w jego stosunku do opozycji. Gdyby powiedział: „Niech opozycja spada na drzewo…” – to wtedy tak, to byłby kolokwializm.

I coraz więcej osób, chcących być na topie językowym, mówi że powie coś kolokwialnie. Wychodzi na to, że wstydzą się własnego obrazowania, własnych metafor i dosadności. Czyli stali się niewolnikami mody… na kolokwializm.

Słyszę, jak sprawozdawca meczu piłki nożnej mówi: „Teraz jedziemy w drugą stronę… Mówiąc kolokwialnie”. Piłka nożna, jak wszystkie dyscypliny sportu (może poza żeglarstwem, polo i krykietem) są zajęciami prostymi i dla prostych widzów. Moim zdaniem wypowiedź, że jedziemy w drugą stroną jest całkiem poprawna, jak na sport. Tymczasem sprawozdawca zaznacza, że mówi kolokwialnie. Niepotrzebnie daje swoje zdanie w cudzysłów, bo bardzo dobrze mówi. Naprawdę nie należy od sprawozdawców oczekiwać języka profesorów zarządzania. Sport jest fajny, bo prosty. I taki też powinien być język komentatorów.

Gdyby jeszcze jakiś profesor ekonomii powiedział, że gospodarka leci na łeb, na szyję – zamiast cytować i porównywać dane – wtedy zastanowiłbym się nad jego językiem. Chociaż wolę język emocji, dosadnych porównań i prostych metafor. Bez udawania kogoś innego.

Cudzysłów

Ostatnio trochę zniknęła z ekranów maniera, że mówiący, nagle – mówiąc kolokwialnie – ni z gruchy, ni z pietruchy, unosił obie dłonie na wysokość swojej twarzy, potem z obu dłoni wysuwał po dwa palce – wskazujący i środkowy – i robił nimi w powietrzu niby cudzysłów. Przy tym mówił, że przeciwnik w dyskusji ma duże poczucie humoru, albo że przeciwnik chce go rozbawić. I tymi czterema palcami robił w powietrzu te niby znaki cudzysłowu. Miało to oznaczać żart albo coś w rodzaju: nie mówię tego poważnie. Czasami dyskutant zaznaczał przy okazji: nie mówię tego poważnie i dziobał palcami powietrze.

Straszliwie to było głupie. Bo albo gość z telewizji ma mi coś do powiedzenia serio, albo żartuje. Do żartów też ma prawo. Ale naraz mówić serio i machać palcami? Niepoważne.

Jeszcze raz perspektywa

Znowu słychać w telewizji, głównie w programach sportowych, że: „To bardzo ważna piłka, z perspektywy Badosy”. Dlaczego nie „z punktu widzenia?” Albo inaczej „To ważna piłka, szczególnie/ głównie dla Badosy”.

Miejscówka

Zawsze tak było, że język młodzieży tworzył nowe słowa, lub starym słowom nadawał nowe znaczenia. Zresztą, takie nowości żyły krótko, ustępując miejsca nowym językowym kombinacjom nastolatków. Jest to w sumie zabawne. Ale do czasu.

Mnie przestaje to bawić, gdy dorośli zupełnie bezmyślnie, lub chcąc się podlizać młodzieżowemu odbiorcy, zaczynają serio mówić, że jakieś miejsce, to fajna „miejscówka”. Cierpię, gdy widzę panie dziennikarki, w wieku mocno post-balzakowskim, które mówią, że była w fajnej miejscówce. Przecież nikt się nie odmłodzi, nawet dzięki miejscówce! Nawet gdyby była to miejscówka w gabinecie urody.

Fizjonomia

„Fizjonomia Andrescu jest taka, że ma piękne nogi i mogłaby być modelką” – powiedziała, komentując mecz tenisa, pani komentator.

I proszę, znaczenie fizjonomii zaczynało się od budowy i cech szczególnych twarzy, ale teraz zeszliśmy znacznie niżej. Jedno w tym dobre, że niżej już językowo nie można.   

Diagnoza

Czasami zastanawiam się czy telewizje i radiostacje nie emitują przypadkiem, poza normalnymi falami zasadniczego programu, pewnych tajnych fal.  A te tajne fale mają silny wpływ na osoby słabo mówiące po polsku. I ci słabosilni w języku, pod wpływem tych niejawnych częstotliwości, zrobią wszystko, żeby zostać dziennikarzami radiowymi i telewizyjnymi. Dowodów na to nie mam, ale poważne podejrzenia i owszem.

 

 

O emisję filmu o Annie Solidarność apeluje STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Ciało matki

Prezes, brat, demokratycznie wybrany lider kraju mówi: to była zbrodnia, zamach. I nic to nie zmienia. Dochodzenie, przeciąganie, trwa nadal. Prawdę o smoleńskiej tragedii pokazano. Był emitowany w najważniejszym kanale film, efekt pracy komisji Macierewicza, a potem kolejny rzetelnie dokumentujący Ewy Stankiewicz. Jest wojna – agresja zbrodnicza wobec naszego sąsiada i nadal są ludzie kpiący, wyśmiewający wszystkie te ustalenia.

Przez 10 lat Jerzy Zalewski pracował nad filmem dokumentalnym o życiu i śmierci Anny Walentynowicz. Od 2 lat reżyser czeka na odpowiedź Telewizji Polskiej w sprawie emisji i zapłacenia za pracę ukończoną: 100 minut, które powinno zostać pokazane społeczeństwu.

W filmie syn i wnuk Pani Anny idą śladami matki i babci, kobiety niezwykłej. Idą śladami jej życia od rodzinnej wioski po pracę w Stoczni Gdańskiej, w której zmieniła się naszą historia. To film pokazujący prawdę o latach późniejszych aż po śmierć w stalowej klatce płonącego, rozbitego na tysiące fragmentów samolotu. Zalewski, autor dziesiątek programów telewizyjnych, dziennikarz, dzięki któremu zostały zarejestrowane rozmowy z elitą intelektualną kraju, reżyser, wybitny twórca nie może doczekać się nawet odpowiedzi od władz TVP.

Kilka tygodni temu Tomasz Sakiewicz zdecydował o wyemitowaniu filmu, ale to za mało, bo „Republika” ma niewielką widownię. Oczywiście chwała Sakiewiczowi, że przynajmniej on to zrobił. Ranga sprawy wymaga jednak by zrobić więcej: nagłośnić i promować, pokazać w najlepszym czasie w jedynce TVP. A potem zaprosić do publicznej rozmowy ludzi mądrych, uczciwych, związanych szlachetnie z tym co tu i teraz.

Odszczepieńcy, zaprzańcy są w każdym kraju. Są zdrajcy sprawy narodowej, interesów kraju, ludzie głupi i podli, ale niech w końcu przemówią, ci którzy w ogóle coś ważnego zrobili, napisali, nakręcili, skomponowali.

Plewy od ziarna różnią się. Lobbysta interesów cudzych żywi się przekupnym ochłapem. Zawsze tacy byli i będą. Ale póki co mamy jeszcze praworządne państwo. To, że „wybrańcy” dyskutują, a nawet kłócą się nie wystarczy. Mijają nie miesiące a lata.

W filmie Zalewskiego świadectwo dają synowie. Widzieli w Moskwie ciało matki prawie nieuszkodzone, a po wymuszonej ekshumacji w trumnie wydobytej i otwartej to co zobaczyli było już nie do rozpoznania.

To wymaga wyjaśnienia. Najpierw jednak ludzie muszą zobaczyć i usłyszeć co mówią synowie nieustępliwi w dochodzeniu prawdy. Ciało matki dla syna jest święte. Zbrodnia nie do przedawnienia. Panie prezesie Jacku Kurski, dlaczego nie chce Pan emitować tego filmu?

Smoleńsk to jednak niezakończona sprawa.

Lot Tupolewa na pewno został zarejestrowany. Są różne taśmy prawdy. Te ciągle czekają na ujawnienie. Ale najpierw, Panie prezesie Kurski, niech każe wyemitować film o Annie Walentynowicz zrealizowany przez Jerzego Zalewskiego.

WALTER ALTERMANN: Wielbiciele broni, obrońcy zwierząt i powietrza, czyli wojenne przypadki

Niedawno pisałem o tym, że bardzo wielu handlarzy bronią naciska rząd do zmiany prawa na ich korzyść, poprzez wmawianie opinii publicznej, że w Polsce dostęp do broni powinien być łatwy i powszechny. I jednoznacznie sugerują ci „zbrojmistrze narodu”, że razie wojny będziemy mieli gotowych i w pełni przygotowanych, bo obytych ze strzelaniem, obywateli-żołnierzy. Pisałem nawet, że wojsko to nie gromada entuzjastów strzelaniny. I nadal tak uważam. Tym bardziej, że 24 maja 2022 roku w teksańskiej szkole podstawowej w Uvalde szaleniec zabił 19 dzieci i dwoje nauczycieli. To jest kolejny taki przypadek w USA.

Mordercą jest 18-latek Salvador Ramos. Miał on, kilka minut przed rozpoczęciem ataku, wysyłać SMS-y do dziewczyny mieszkającej we Frankfurcie. W tych wiadomościach miał skarżyć się, że jego babcia „…rozmawia przez telefon z AT&T (operator teleinformatyczny w USA – red.) w sprawie mojego telefonu. To denerwujące” – pisał Ramos. Pierwszy jego post brzmiał: „Zamierzam zastrzelić moją babcię”. Potem pisał: „Zastrzeliłem moją babcię”. Trzeci post, zamieszczony 30 minut przed napaścią: „Zamierzam strzelać w szkole podstawowej”. 66-letnia Celii Gonzalez postrzelona przez wnuka w głowę przeżyła i zdążyła zadzwonić na policję. Jest w szpitalu. Matka Ramosa, Adriana Reyes, wyraziła zaskoczenie masakrą. „Mój syn nie był osobą agresywną. Jestem zaskoczona tym, co zrobił” –   mówiła dziennikarzom, dodając, że się modli za ofiary.

Po tym przypadku nawet prezydent Biden powiedział, że pora wreszcie zaostrzyć przepisy o dostępie do broni. Przywołuję zdanie prezydenta USA, bo tam lobby produkujące broń ma ogromną siłą polityczną. I mimo to prezydent Biden odważył się powiedzieć prawdę, Choć może mu ta prawda zaszkodzić przy wyborach. Tymczasem u nas reklama „strzelectwa” trwa w najlepsze.

Wszystkim Paniom i Panom Posłom, Senatorom, którzy będą kiedyś zastanawiali się nad podniesieniem ręki za złagodzeniem polskiego prawa o dostępie do broni, dedykuję poniższy dwuwiersz Jana Kochanowskiego, pochodzący z „Pieśni o spustoszeniu Podola przez Tatarów”. Zaznaczając od razu, że Kochanowski nie był lewakiem, oraz że bardzo kochał swą ojczyznę, czego dał dowody w życiu oraz w literaturze. Może warto słuchać wielkich Polaków?

Nową przypowieść Polak sobie kupi,

że i przed szkodą i po szkodzie głupi.

 

Wojna a słabe umysły

Wojna na Ukrainie bardzo też oddziałuje na słabsze umysły. Oto nasi obrońcy zwierząt ogłosili, że wojna musi się skończyć, bo przez nią ginie i cierpi wiele zwierząt. Sprawa jest oczywista, ale skoro są tacy, co piszą takie durnoty, muszą być i tacy, którzy dadzą im odpór. Biorę to na siebie.

Szanowni Obrońcy Przyrody i Zwierząt,

człowiek jest koroną świata i stoi na szczycie wszelkiego stworzenia. Zatem, ochrona życia człowieka jest również ochroną świata żyjącego. Nie można na jednej szali kłaść życia człowieka a na drugiej psa, kota czy chomika, oczekując, że waga nie drgnie. Oczywiście jest mi niezmiernie przykro, gdy myślę o losie porzuconych na Ukrainie stworzeń domowych. Bardzo się też wzruszyłem, gdy zobaczyłem w telewizji starszą kobietę, która szła do polskiej granicy niosąc na rękach dużego psa. Jej zachowanie świadczy najbardziej o człowieczeństwie. Uważam, że ten krótki film mówi więcej o dobrych ludziach, niż setki politycznych wystąpień w obronie Ukrainy. Tak jest, cierpienie zwierząt bardzo boli normalnych ludzi.

            Natomiast Państwa wystąpienie świadczy jedynie o tym, że spośród wszystkich cierpiących istot na Ukrainie wybieracie zwierzęta. Wasze działania, wasze ruchy i programy są w istocie nową religią. To piękne, że stajecie w obronie przyrody, ale mój strach budzi to, że bierzecie w obronę tylko przyrodę. Podejrzewam, że Wy po prostu nie lubicie ludzi. Po części macie nawet rację, bo ludzie – nie zwierzęta – mordują, kradną, malwersują, kłamią, wywołują wojny, trują glebę, wody i powietrze. Ludzie też – nie zwierzęta – donoszą, zdradzają przyjaciół i w ogóle skłonni są do największych okropieństw. Tacy są ludzie, wszak my wszyscy to: KAINOWE PLEMIĘ.

            Chciałem napisać, że ludzie to świnie, ale w tym przypadku byłby to zoologizm – a świnie przecież są w porządku.

            Co do mnie – lubię ludzi jako gatunek boskiego stworzenia. Choć znam wielu osobników, których serdecznie nie cierpię. Mam nawet poważny problem, bo modląc się powtarzam przecież: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. I chyba nie jestem dobrym chrześcijaninem, bo ciągle jakoś odkładam na czas przyszły nieokreślony odpuszczenie tym, których nie lubię i mam ku temu powody.

            Szanowni Obrońcy Ziemi – kochajcie choć w połowie ludzi, tak jak kochacie zwierzęta.

 

Czyste powietrze jako wojenny terror zielonych

Zupełnie inaczej niż z obrońcami zwierząt, jest z obrońcami czystego powietrza. Na nich wojna nie wpłynęła w ogóle i całkiem jej nie zauważają. Nadal walczą o świeży luft i brak smogu.

Oto interesujący fakt z pola walki o czyste powietrze. Oto 18 maja odbyło się pierwsze posiedzenie sądu w sprawie wytoczonej przez Greenpeace przeciwko największemu emitentowi CO2 w Polsce spółce PGE GiEK, przed Sądem Okręgowym w Łodzi. Rozprawa została odroczona. Data kolejnego posiedzenia zostanie wyznaczona w zależności od decyzji PGE GiEK w sprawie opracowania strategii dekarbonizacji spółki.

            My oczywiście będziemy kontynuować nasze działania na rzecz ochrony klimatu – powiedział Piotr Wójcik, analityk rynków energetycznych w Greenpeace. – Za nami pierwsze posiedzenie. Potwierdziło się, że PGE GiEK nie ma strategii dekarbonizacji, więc sąd zobowiązał koncern, by do 10 sierpnia podjął decyzję, czy taką strategię opracuje. Liczymy na to, że koncern się tego podejmie i że będzie ona zakładać konkretny i ambitny harmonogram redukcji emisji. Oczywiście równolegle w Polsce musi zostać odblokowany rozwój odnawialnych źródeł energii i podnoszenia efektywności energetycznej, ale to już zadanie dla rządu.

Ja pana Wójcika rozumiem, ale czy naprawdę w sytuacji wojennej, w sytuacji słusznie zastosowanego embarga na surowce energetyczne z Rosji, co spowodowało ogromny wzrost cen energii w Europie i Polsce, czy teraz właśnie jest czas na podnoszenie tego problemu? A nie martwią Greenpeace zniszczenia środowiska na Ukrainie, dokonywane właśnie przez Rosję? A zatrucie środowiska przez rakiety, wybuchy klasycznej broni, niszczenie życiodajnej ukraińskiej ziemi? A ludzie, ginący od bomb – też Pana nie martwią?

Obrońcy czystego powietrza to poważna sekta. Teoretycznie mają rację, bo – globalne ocieplenie, zatrucie środowiska groźne dla ludzi, przyszłość naszego gatunku w ogóle… Niby racja jest po ich stronie, ale podejrzewam, że oni gotowi są bronić Czystej Ziemi do ostatniego człowieka.

Pierwszy kłopot z obrońcami czystego powietrza to fakt, że w parlamentach bogatych krajów – takich jak Niemcy i Francja – są znaczącą siłą polityczną i trzeba się z nimi liczyć. Są także poważną siłą w Parlamencie Europejskim. I jako ta licząca się siła forsują swoje pomysły dla całej Unii Europejskiej. Przy tym – nie zauważają, że dochód narodowy Francji czy Niemiec jest nieporównywalnie większy niż Bułgarii, Rumunii, Polski. I nie chodzi tylko o dochód – chodzi też o zasoby materialne i finansowe poszczególnych państw. A według Zielonych terminarz na odejście od węgla, pochodnych ropy naftowej czy nawet energii jądrowej, jest taki sam dla wszystkich. A to – proporcjonalnie do zamożności różnych krajów wchodzących w skład UE – może być niemożliwe do realizacji. Lub – po prostu – wykończy kraje biedniejsze.

Co prawda 27 maja br. wicepremier Jacek Sasin ogłosił, że niedługo zarobki Polaka dorównają zarobkom Niemca. Co prawda nie podał daty, ale tak ważne słowa padły. Ekonomiści – różnej politycznej maści – twierdzą, że najwcześniej może się tak stać za 25 lub 30 lat. Pod tym jednak warunkiem, że gospodarka Niemiec stanie w miejscu, a nasza będzie się rozwijać. Jeżeli jednak zauważymy, że nasza gospodarka jest silnie uzależniona od gospodarki niemieckiej, to nie wiem na jaki cud pomiędzy Odrą a Bugiem, Bałtykiem a Tatrami liczy wicepremier.

Póki co Polska ma najważniejszy problem od czasu transformacji ustrojowej. Rzecz w tym, że znaleźliśmy się w towarzystwie bogatych państw, które stać na dużo więcej niż nas. To zupełnie jakby biedny nauczyciel znalazł się towarzystwie bogatych dyrektorów koncernów i banków, którzy kilka razy w roku obdarzają się drogimi prezentami, i od nauczyciela oczekują równie drogich dowodów przyjaźni. A jego, tego nauczyciela, po prostu nie stać.

Być może obrońcy powietrza nie znają starego przysłowia, które poucza: „Zanim gruby schudnie, chudy umrze”.