TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Major „Ponury” – zabity przez Niemców znienawidzony przez komunistów

Zginął, jako dowódca VII batalionu 77 lidzkiego pp AK, 16 czerwca 1944 r. w czasie zdobywania niemieckich umocnień pod Jewłaszami. Jan Piwnik „Ponury” – cichociemny, oficer dywersji AK, kawaler Virtuti Militari, był zwalczany przez komunistów jako przestępca i bandyta. Tymczasem bratanica Barbara Piwnik została ministrem sprawiedliwości w rządzie komunisty Leszka Millera.

Modest Bobowicz, „Wircz” wspominał: „Co chwilę wiejską drogą przelatywały galopem konie. To młodzi chłopcy z pobliskich wsi pędzili do naszych partyzanckich baz, do zaprzyjaźnionych zaścianków, aby donieść jak najszybciej wieść tragiczną.
– Zginął Komendant »Ponury«! Pojutrze pogrzeb w Wawiórce! [Wawiórka koło Lidy]
Bo choć Komendant był tu na szczuczyńskiej ziemi zaledwie dwa miesiące – od połowy kwietnia do 16 czerwca, zdobył sobie uznanie, szacunek i miłość wszystkich. (…) Do Wawiórki było siedem kilometrów. Szliśmy w tumanach pyłu, słońce prażyło. Ci, których kondukt mijał w trakcie prac polowych odkładali narzędzia, biegli ku drodze i klękali. Tak w skupieniu i zadumie mijaliśmy Piaskowce, Gierdziowce, pojedyncze przydrożne chałupy. Wszędzie szpalery ludzi i powszechny płacz. (…) I gdy nad Wawiórką zapadł czerwcowy zmrok, wielotysięczny tłum zaśpiewał »Jeszcze Polska nie zginęła«. Hymnem narodowym pożegnaliśmy Komendanta »Ponurego« i Jego żołnierzy, których ciała złożyliśmy w polską, nadniemeńską ziemię dnia 18 czerwca 1944 roku”. Mimo okupacji, Jana Piwnika – na całej drodze żałobnego konduktu – żegnało kilka tysięcy ludzi.

„Wachlarz”

Najpierw trochę historii Jana Piwnika. Urodził się 31 sierpnia 1912 r. w Janowicach na ziemi opatowskiej. Absolwent gimnazjum w Ostrowcu Świętokrzyskim i podchorążówki we Włodzimierzu Wołyńskim, żołnierz Września 1939 r. (dowódca zmotoryzowanej kompanii). Po przedostaniu na Zachód, w czasie walk o Francję dowódca baterii artylerii ciężkiej. W Anglii przeszkolony na komandosa.

Był jednym z pierwszych cichociemnych, zrzuconych do okupowanej Polski w pierwszych dniach listopada 1941 r. (potem, pracując w KG ZWZ-AK przygotowywał zrzuty dla następnych grup). Ponieważ praca organizacyjna mniej mu odpowiadała, wiosną 1942 r. mianowano go dowódcą II odcinka „Wachlarza” („Wachlarz” – Wydzielona Organizacja Dywersyjna Armii Krajowej, II odcinek obejmował tereny od Równego do Kijowa i od Sarn do Berdyczowa).

Akcja w Pińsku

18 stycznia 1943 r. 16 komandosów Armii Krajowej przeprowadziło spektakularną akcję uwolnienia, bez strat własnych, kolegów przetrzymywanych przez Niemców w więzieniu w Pińsku.

„Działamy po cichu, stosujemy podstęp z przemocą, bez użycia broni” – powiedział przed atakiem na pińską katownię Gestapo dowódca Jan Piwnik. I rzeczywiście, rozbicie więzienia w Pińsku powinno być uważane za jedną z najlepiej przygotowanych akcji polskiego podziemia, wzorcową. Żołnierze zrealizowali zadanie w 100 procentach, dodatkowo w miejscu naszpikowanym różnymi formacjami niemieckimi. Najpierw zdobyli więzienie, następnie odbili jeńców, równie skutecznie odskoczyli i w końcu przekroczyli granicę Generalnego Gubernatorstwa.

Komendant Główny AK gen. Stefan Rowecki „Grot” przyznał mjr „Ponuremu” i chor. Janowi Rogowskiemu „Czarce” Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari za „śmiały czyn bojowy lub osobiste męstwo”, a ppor. Michałowi Fijałce „Kawie” i por. Wacławowi Kopisto „Krze” Krzyże Walecznych.

Kedyw

Wiosną 1943 r. 20 oficerów i żołnierzy „Wachlarza”, na czele z Janem Piwnikiem, zostało oddelegowanych do Zgrupowań Partyzanckich AK w Górach Świętokrzyskich. „Ponury” został szefem Kierownictwa Dywersji (Kedywu) Okręgu Radomsko-Kieleckiego Armii Krajowej. Scalił kilka oddziałów partyzanckich, tworząc z nich trzy zgrupowania: „Nurta”, „Robota” i „Mariańskiego”, w łącznej sile ok. 400 żołnierzy.

Jego żołnierze dokonali szeregu akcji dywersyjnych, w tym na niemieckie pociągi (jeden z nich był odwetem za bestialski mord na mieszkańcach wsi Michniów 12-13 lipca), likwidowali konfidentów i szpicli, ubezpieczali zrzuty broni, ludzi i zaopatrzenia z Anglii. W czerwcu 1943 r., na polecenie „Ponurego”, w fabryce maszyn rolniczych w Suchedniowie zorganizowano produkcję pistoletów maszynowych, wzorowanych na angielskich stenach. W październiku 1943 r., w wyniku zdrady, zakład wpadł. We wrześniu 1943 r. zgrupowania „Ponurego”, w dowód uznania, dostały od mieszkańców Kielecczyzny bojowy sztandar. W styczniu 1944 r. Komenda Główna AK przeniosła Jana Piwnika na Nowogródczyznę…

Szkalowany przez komunę

W gruncie rzeczy „Ponury” miał „szczęście” – poległ na polu walki, od niemieckiej kuli, a nie w wyniku komunistycznych tortur. Trzy tygodnie później na Nowogródczyznę weszła Armia Czerwona.

Mimo, iż Jan Piwnik zginął w walce z Niemcami, w PRL-u był znienawidzony przez komunistów. Jeszcze w latach 60. „Ponurego” szkalowali PZPR-owcy i ich sługusi. W tej „ludowej” Polsce obowiązkową lekturą szkolną z języka polskiego była książka Janiny Broniewskiej „Z notatnika korespondenta wojennego”, z której dzieci dowiadywały się, że Piwnik był zdrajcą, współpracował z gestapo i mordował PPR-owców. Pod wpływem krytyki, z późniejszych wydań swojego „dzieła”, wycofała wyssane z palca zarzuty.

Sowiecka Białoruś za, „nasi” przeciw

Na powtórny pogrzeb Jana Piwnika w czerwcu 1988 r. przybyły – tak jak w czerwcu 1944 r. – tłumy Polaków. Jego legenda w Górach Świętokrzyskich przetrwała. „Ponury” został pochowany w kościele w Wąchocku. Na trasie przemarszu nie mogło zabraknąć rodzinnych Janowic: „Dom Piwników – parterowy, drewniany, rozłożysty, chłopski, taki, jakich było tu wiele. Dziś, większość to ceglane pudełka bez wyrazu – jak wszędzie, ale ten zachował swoją tożsamość. Nazwano ten dom Kwaterą »Ponurego«. Przed domem – kamień ze srebrną tablicą pamiątkową z wyrytym napisem, że tu się urodził i przez dwadzieścia lat mieszkał”.

Powtórny pogrzeb Jana Piwnika nie byłby możliwy bez trwających 20 lat starań rodziny o sprowadzenie jego prochów z Nowogródczyzny. W 1969 r. zgody na to nie wyraziło Prezydium Wojewódzkiego Zarządu ZBoWiD w Kielcach, a sowiecki Czerwony Krzyż stwierdził, że nie można wyodrębnić zwłok „Ponurego”, gdyż we wsi Wawiórka (obłast taka a taka), znajduje się zbiorowy kurhan poległych w czasie wojny partyzantów. Potem okazało się, że to nieprawda, gdyż polscy żołnierze zostali pochowani (każdy z osobna) na cmentarzu przy kościele, a jego towarzysze broni pamiętali dokładnie, który to grób.

Mimo to batalia o sprowadzenie szczątków Piwnika do Polski trwała jeszcze wiele lat. Co ciekawe – władze sowieckiej Białorusi zgodziły się na ekshumację, ale nadal przeciw byli urzędnicy z Kielc. Wiceprzewodniczący Prezydium kieleckiego WRN, obywatel Dziekan powiedział rodzeństwu „Ponurego”, że będą mogli dwa razy w roku pojechać na grób brata, na którym zostanie wybudowany pomnik z odpowiednim napisem, pod warunkiem, że zrezygnują z zamiaru sprowadzenia zwłok.

Z kolei PRL-owski Urząd ds. Kombatantów pod kierownictwem towarzysza gen. Mieczysława Grudnia odpowiedział, że „nie widzi możliwości przyjścia z pomocą w załatwieniu sprawy”. Piwnikowie odwołali się do ówczesnego I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka, ale ten skierował ich do… Urzędu ds. Kombatantów. Sytuacja zmieniła się dopiero we wrześniu 1987 r. Polska Agencja Prasowa podała wówczas depeszę: „W wyniku starań rodziny i ZBoWiD [!!!] 18 bm. sprowadzone zostały do kraju prochy mjr. »Ponurego« – Jana Piwnika”.

Sędzia Piwnik

W 1944 r. (prawdopodobnie w maju) Jan Piwnik wydał odezwę do sowieckich partyzantów, przebywających w obwodzie Szczuczyn: „(…) W związku z tym, iż wasza działalność nie odpowiada interesom narodu polskiego i państwa polskiego, rozkazuję zaprzestać jej. Daję termin do 1 czerwca 1944 roku, do tego czasu rozkazuję:
– albo zlikwidować partyzanckie grupy agenturalne i przejść za Niemen na służbę band żydowsko-bolszewickich,
– albo przejść na stronę polskich oddziałów partyzanckich dla wspólnej walki przeciwko żydowsko-bolszewickim i niemieckim bandytom. Przechodzić mogą [wszystkie] osoby niezależnie od pochodzenia narodowościowego i wyznania.
W wypadku niewykonania mego rozkazu do wyznaczonego terminu, bandy zostaną zniszczone, a wzięci do niewoli postawieni przed sądem”.
Tymczasem bratanica mjr. Jana Piwnika – sędzia Barbara Piwnik w październiku 2001 r. została ministrem sprawiedliwości w rządzie tow. Leszka Millera…

 

Poetka była dla mojej mamy prawdziwą babcią Marysią. Rozmowa z prawnuczką Marii Konopnickiej

Przez ostatnie 20 lat życia Maria Dulębianka towarzyszyła mojej prababci w podróżach po Europie. Obydwie kochały literaturę, łączyła je także pasja społecznikowska, były bojowniczkami o wyzwolenie Polski, czy równouprawnienie kobiet. W rodzinie nigdy i nikomu do głowy nie przyszło, że one są partnerkami homoseksualnymi. To są wierutne kłamstwa – mówi Joanna Modrzejewska, prawnuczka Marii Konopnickiej, w rozmowie z Teresą Kaczorowską.

Teresa Kaczorowska: Mimo iż Maria Konopnicka miała sześcioro dzieci, to jedynych wnuków doczekała tylko po najmłodszym synu Janie. Wnuki pochodziły jednak od dwóch żon Jana – czworo po Jadwidze Brzozowskiej: Anna (1894-1948), Janusz Stanisław (1895-1962), Zofia (1898-1971) i Maria (1902-1976) oraz dwie wnuczki po Jadwidze z Rajkowskich: Aniela (1912—1940) i Krystyna (1913-1988). Pani jest po pierwszej żonie Jana Konopnickiego, a dokładnie jedynaczką jego córki Zofii Konopnickiej. Czy  uważa Pani, że Konopnicka zasługuje dziś na pamięć? Rok 2022 Sejm ogłosił Rokiem Marii Konopnickiej, słusznie?

Joanna Modrzejewska: Z pewnością jako pisarka zasługuje, aby o niej pamiętać, wznawiać jej wydania, sięgać po jej utwory. I nie mówię tego jako prawnuczka, ale Polka. Twórczość Marii Konopnickiej jest wciąż aktualna, niesie treści patriotyczne, wolnościowe, ponadto niezwykłe wartości estetyczne i artystyczne. Jej liryka dla dzieci jest też wciąż nie do zastąpienia. Czekaliśmy na ogłoszenie jej Roku wiele  lat.

Czyli Konopnicka jest nadal potrzebna?

Z pewnością tak. Aby uczyć miłości do kraju i własnego narodu, co jest dziś konieczne. Moja prababcia była gorącą patriotką, pełniła służebną rolę wobec rodaków i poprzez swoją twórczość oraz działalność przyczyniła się w dużej mierze do odzyskania przez Polskę niepodległości.

Często się dziś mówi i pisze o homoseksualizmie Marii Konopnickiej. Proszę się do tego odnieść…

To absolutna bzdura. W rodzinie nigdy i nikomu do głowy nie przyszło, że one są partnerkami homoseksualnymi. Owszem, przez ostatnie 20 lat życia Maria Dulębianka towarzyszyła mojej prababci w podróżach po Europie, ale była ona zaprzyjaźniona z naszą rodziną. Malarka, podobnie jak moja prababka, pragnęła poznawać europejską kulturę i sztukę, muzea, biblioteki i galerie. Obydwie kochały też literaturę i miały podobne poglądy w wielu innych sprawach. Łączyła je także pasja społecznikowska, były bojowniczkami o wyzwolenie Polski z niewoli, czy równouprawnienie kobiet. Ponadto Dulębianka była pomocna Marii w trudach podróży, opiekowała się poetką w ostatnich latach życia kiedy ona była chora. Nigdy nie słyszałam, że to były partnerki. To są wierutne kłamstwa, porządni badacze nie podają tego, bo nie ma na to żadnych dowodów.

Ale nikogo w rodzinie nie dziwiło, że razem podróżują, zamieszkują?

Nie. W tamtych czasach kobiecie nie wypadało samej podróżować po świecie, we dwie było im raźniej i bezpieczniej. Zwłaszcza, że doskonale się rozumiały. A podróżowały w trudnych warunkach, na twardych siedzeniach w pociągach, bo mojej prababci nie było stać na bilet koleją luksusowej pierwszej klasy, tylko trzeciej. Pisywała w listach do swoich dzieci, że wsiadła do wagonu bez przedziałów wprost z peronu, że jedzie razem z przekupkami handlującymi serami, jajami, czy żywym drobiem, że panuje potworny tłok i okropny zaduch. Te podróże były do tego stopnia dla niej męczące, że nie życzyła ich „nawet Moskalom!

Pomija się też często niektóre wątki z biografii Marii Konopnickiej, jak choćby ten związany z ziemią ciechanowską.  Może nie był ważny jej w życiu?

Sądzę, że jednak bardzo istotny. W Ciechanowie osiedlił się bowiem najmłodszy jej syn Jan Konopnicki, mój dziadek – z żoną i jedynymi wnukami poetki. Potem w podciechanowskim Przedwojewie nabył, przy pomocy matki, posiadłość z dworem. Cała rodzina tam przyjeżdżała, także moja prababcia poetka. W Przedwojewie powstało siedlisko, miejsce spotkań rodzinnych podczas świąt, czy uroczystości familijnych. Takie gniazdo rodzinne istniało u Jana najpierw w Arkadii, a potem w Przedwojewie. Jarosław Konopnicki, mąż poetki i mój pradziadek, też dożywał swoich lat u Jana. Zmarł w 1905 roku w Ciechanowie, jego ciało przewieziono w trumnie koleją do Warszawy, gdzie spoczął na Powązkach.

Jaka poetka była prywatnie? Czy Pani mama, córka Jana Konopnickiego i Jadwigi z Brzozowskich, opowiadała o swojej babci?

Babcię Marysię wspominała zawsze ciepło i serdecznie, jako prawdziwą babcię. Moja mama urodziła się w 1898 roku w Kapitule nad Bzurą, gdzie jej ojciec a mój dziadek, Jan Konopnicki dzierżawił młyn. Od piątego roku życia wychowywała się jednak i mieszkała w Ciechanowie, potem w podciechanowskim Przedwojewie. Miała tam okazję bliżej babcię poznać. Konopnicka odwiedzając Jana zabierała wnuki, w tym moją mamę na spacery – nad rzekę, do lasu. Jako kilkuletnia dziewczynka mama zapamiętała dłonie babci – drobne i delikatne. Ale jak prowadziła ją za rączkę, to mama czuła siłę tych dłoni i niczego się nie bała, babcia dawała jej poczucie bezpieczeństwa. Mama zachwycona też była włosami babci Marysi, które się falowały i miały wyjątkowy rudozłoty kolor. Nawet zazdrościła, że sama ma włosy jak druty, a babcia piękne loki. Zapamiętała też, że recytowała jej wiersze. Jednego mama nauczyła i mnie – poetka ułożyła go podczas ich spaceru. Nie został on nigdzie opublikowany, zachował się tylko w naszej rodzinie i do dziś go pamiętam. Brzmi tak: „Mówi niania, że w dąbrowie/ chodzą za dnia aniołowie/ i gdzie stąpną nóżką bosą/ tam zakwita kwiat pod rosą./ Bo gdy tak się w słońcu bawi/ ślad anielski drży na trawie”.

Mama Pani, Zofia z Konopnickich, wpajała więc swojej jedynaczce miłość do utworów Konopnickiej…

Oczywiście. Kiedy byłam mała czytała mi wiersze prababci, później już sama sięgałam po jej twórczość. Jestem na niej wychowana, tak jak całe pokolenia Polaków. Niektóre utwory do dziś wręcz uwielbiam, jak na przykład „Stefek Burczymucha”, „Pimpuś sadełko”, „Na jagody”, czy o „O Janku wędrowniczku”. Jej poezja jest czysta, prosta, śpiewna, wiele utworów Konopnickiej można śpiewać. Poza utworami dla dzieci lubię utwór „Imagina”, która do dziś robi na mnie wielkie wrażenie, a także piękne liryki z Włoch.

A była Pani w Ciechanowie i Przedwojewie?

JM: – Nie byłam, znam je tylko z opowiadań swojej mamy. Chciałam kiedyś pojechać do Przedwojewa, ale odradzono mi, bo podobno dwór znajduje się w stanie opłakanym. Ale może teraz został wyremontowany?

Niestety, jest jeszcze w gorszym stanie. W Ciechanowie też coraz mniej materialnych śladów po Marii Konopnickiej. Nie ma już Domu Ludowego, na otwarcie którego poetka napisała w 1907 r. wiersz „Na otwarcie Domu Ludowego w Ciechanowie”. Nie istnieje młyn, który Jan Konopnicki dzierżawił w latach 1903-1914, ani dom przy młynie, gdzie mieszkał. Ostatnim obiektem dawnych zabudowań młyńskich, które Jan dzierżawił, jest niewielki budyneczek wciśnięty w Farską Górę byłego biura młyna, ale też przeznaczony jest do rozbiórki. A bywała Pani w ocalałym dworku poetki w Żarnowcu za życia córek Marii Konopnickiej?

Często, od dziecka. Znałam Zofię, ulubioną córkę poetki, po drugim mężu Mickiewiczową, którą poetka traktowała nie jak córkę, a przyjaciółkę. Zofia dożyła długich lat w Żarnowcu. Spędzaliśmy tam liczne wakacje całą gromadką dzieci, m.in. z prawnukiem poetki Jankiem Bieleckim, który związany był blisko z Ciechanowem. Nazywaliśmy Zofię „babcią Mickiewiczową”. Mimo iż dwa razy wychodziła za mąż, za Królikowskiego i Mickiewicza, nie doczekała swoich dzieci ani wnuków, więc chętnie przyjmowała wnuki swego brata Jana. Babcia Zofia Mickiewiczowa była jednak dość ostra dla naszej urwisowskiej piątki. Całe szczęście, że miała pomoc domową, nieocenioną panią Władzię, która przygotowywała nam posiłki, codziennie gotowała, mając na głowie cały dom i ogród, a nawet krowę.

W rodzinie mówiło się o mężczyznach Marii?

Wspominano głównie o jednym – o Maksymilianie Gumplowiczu, który oszalał z miłości do niej i jeździł za Marią po całej  Europie. Kiedy odrzuciła jego zaloty i ofertę matrymonialną strzelił do siebie z pistoletu, pod jej drzwiami w Wiedniu w 1897 r. i wkrótce zmarł w Grazu. To była tragedia, bo stała przed nim otworem kariera naukowa, a zakochał się w „starej babie”, jak mówiono. Rozmawiano też czasem o mężu Jarosławie Konopnickim, że Maria była z nim najpierw bardzo szczęśliwa. Potem jednak zaczął męczyć ją styl życia męża, ciągłe polowania, intensywne życie szlacheckie, ponadto ciągłe prawowanie się w sądach. Jarosław nie umiał zupełnie zadbać o swój majątek, o własną rodzinę, ani o wykształcenie swoich dzieci.

Zgadza się Pani z określeniem, że Maria Konopnicka to poetka anachroniczna, jak wielu dziś ją określa?

Jestem zdziwiona tym określeniem. Ubolewam również, że jej utwory wycofywane są z lektur szkolnych, nawet „Baśń o krasnoludkach i o sierotce Marysi”. Naturalnie poezja mojej prababci różni się od współczesnej, ale tej z kolei ja nie rozumiem.


Joanna Modrzejewska, rocznik 1935, prawnuczka Marii Konopnickiej, mieszkanka Łodzi.

 

 

PIOTR VORONIN: Rosja nie zrozumie przyjaźni ukraińsko-polskiej

Rosyjski poziom postrzegania świata utknął w XIX wieku. W czasach, gdy praktycznie nie było prawa międzynarodowego i nowoczesnych technologii, a więc prawo siły było kluczowe, a potencjał do życia determinowały wielkość terytoriów.

Obecnie wszystkie kanały telewizyjne i inne media w Rosji są wypełnione fałszywymi informacjami na temat stosunków między Polską a Ukrainą. Nie ma siły, która mogłaby powstrzymać Moskwę przed próbami zaszkodzenia polsko-ukraińskiej przyjaźni. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa powiedziała, że ​​prezydent Wołodymyr Zełenski chciał nadać specjalny status obywatelom polskim, legalizując tym samym zdobycie Ukrainy przez Polaków. „Nie separatyści, ale sam prezydent przenosi prawa na obywateli innego państwa na terytorium swojego państwa, nie wprowadzając ich do obywatelstwa Ukrainy” – oficjalny przedstawiciel rosyjskiego MSZ fałszywie ubolewał, że Zełenski ogłosił specjalne status prawny obywateli polskich. Wcześniej Zełenski mówił też, że przekroczenie granicy z Polską będzie uproszczone – osiągnięto porozumienie z Warszawą. Prezydent podkreślił, że obecna sytuacja „mimowolnie zmusiła Ukrainę i Polskę do zapomnienia o sporach o wspólną przeszłość”.

Z drugiej strony prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka na spotkaniu z prezydentem Rosji Władimirem Putinem w Soczi powtórzył, że Polska „chce odebrać, jak przed 1939 r., zachodnią Ukrainę”. Słowa Łukaszenki przytoczyła jego oficjalna strona internetowa. „Na Ukrainie jest kilka interesujących rzeczy nieoczekiwanych. Wiesz o tym doskonale. My i wy powinniśmy być zaniepokojeni, że oni (politycy) już podejmują kroki w celu rozczłonkowania Ukrainy. Martwimy się, że są gotowi – Polacy, NATO – wyjść, >pomóc< w ten sposób, aby zabrać, jak przed 1939 r., zachodnią Ukrainę. Troszczymy się nie tylko o dzisiejsze bezpieczeństwo. Taka jest ich strategia również dla zachodniej Białorusi.” Zapewnił też Putina, że ​​„Ukraińcy będą musieli prosić nas, abyśmy nie dopuścili do oddzielenia się tej zachodniej części i innych części od Ukrainy”.

Znany rosyjski politolog i doradca Putina Władimir Miedinski publicznie oświadczył, że „Polska przy pierwszej nadarzającej się okazji zajmie zachodnie ziemie Ukrainy”.

Te same słowa powtórzył sekretarz rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Mykoła Patruszew, rosyjski urzędnik walczący o terytorium Ukrainy: „Partnerzy Kijowa chętnie wykorzystują sytuację, bo mają też >specjalne plany dla ziem ukraińskich<. Najwyraźniej Polska już się rusza, by zdobywać terytoria na zachodniej Ukrainie” – powiedział w Kazaniu.

Rosyjscy „socjologowie” postanowili nadążyć za swoimi „politykami” i przeprowadzili sondaż, który rzekomo wykazał, że „Polacy byli najbardziej rusofobicznym narodem”. „Badanie” z nieznaną metodologią i doborem próby wykazało, że wśród 52 krajów Azji, Ameryki Północnej, Ameryki Łacińskiej i Europy, Polska ma najbardziej antyrosyjskich mieszkańców, negatywny stosunek do tego kraju ma rzekomo aż 87 proc. respondentów, podczas gdy nawet na Ukrainie odsetek ten wyniósł 80 proc.

Co to wszystko oznacza?

Nie trzeba przytaczać specjalnych dowodów na to, że rosyjski poziom postrzegania świata utknął w XIX wieku. W czasach, gdy praktycznie nie było prawa międzynarodowego i nowoczesnych technologii, a więc prawo siły było kluczowe, a potencjał do życia determinowany był wielkością terytoriów, często okupowanych i eksploatowanych, będących własnością państw. Od tego czasu świat przeszedł drastyczne zmiany w zakresie gospodarki, jakości życia, a co za tym idzie również polityki. Jednak, jak przyznała była kanclerz Niemiec Angela Merkel, Władimir Putin wciąż pozostaje w swoim świecie, oderwanym od rzeczywistości…

Dlatego Rosja ze zdumieniem odkryła współczesną prawdę, że kraje mogą nie tylko być wrogami i prowadzić zimne i gorące wojny, ale także owocnie współpracować. Dla Rosjan, którzy są wrogo nastawieni do całego świata, uważając się za odrębną cywilizację, będzie pewnie dziwne uświadomienie sobie, że dziś zdecydowana większość światowych trendów w stosunkach to nie wrogość czy wręcz rywalizacja, ale współpraca. Ponieważ wojny są destrukcyjne i tylko współpraca, połączenie wysiłków, mogą zwiększyć ludzkie osiągnięcia i potęgę społeczną.

Rosyjscy politycy byli zaskoczeni sukcesem Platformy Krymskiej, która zjednoczyła aż 50 krajów. Będą źli na Radę Europy, ONZ, OBWE, trybunały międzynarodowe, na wszystkich, którzy sprzeciwiają się ich wojnie na Ukrainie.

Oczywiście zacieśnienie polsko-ukraińskiej przyjaźni spotkało się z dziką złośliwością. Wydawałoby się – co jest z nimi nie tak? Ale czy naród, który swoje stosunki z Polską budował od XVII wieku niemal wyłącznie na wojnach, który brutalnie stłumił powstanie listopadowe 1831 roku , który wraz z hitlerowskimi Niemcami w 1939 roku rozpoczął II wojnę światową zdradzieckim atakiem na Polskę, twierdząc, jak teraz o Ukrainie, że państwa polskiego po prostu nie ma, który kiedyś rozstrzelał w Katyniu bez powodu tysiące polskich oficerów, którzy w 1945 r. po prostu zastąpił niemiecką okupację Polski okupacją sowiecką, może liczyć na poparcie Polaków?

Rządy Ukrainy i Polski przeprowadziły wspólne konsultacje. „To pierwszy raz, kiedy nasze rządy pracowały w tym formacie. Jest to historyczny moment i jestem pewien, że będzie produktywny. Doceniamy wszelkie bezprecedensowe wsparcie Polski dla Ukrainy i Ukraińców. Stosunki między naszymi krajami przeszły z ciepłych i sąsiedzkich na nowy etap – mocny i historyczny – powiedział prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. W dowód wdzięczności Zełenski przyznał wyróżnienia państwowe premierowi Mateuszowi Morawieckiemu i wicepremierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu za pomoc dla Ukrainy. Według premiera Ukrainy Denisa Szmygala Polska potwierdziła swoje poparcie dla przystąpienia Ukrainy do UE i NATO, strony zgodziły się także na zacieśnienie współpracy obronnej, rozwój unii polsko-ukraińsko-brytyjskiej, działania na rzecz zaostrzenia sankcji wobec Rosji, podkreślono też gotowość Polski do udziału w powojennej odbudowie Ukrainy. Zacieśnimy też współpracę transgraniczną – zapewnił Szmygal. Po konsultacjach w Kijowie rządy Ukrainy i Polski podpisały osiem porozumień o współpracy w różnych dziedzinach – energetyce, kompleksie wojskowo-obronnym, współpracy transgranicznej i celnej, polityce środowiskowej, odbudowie Ukrainy, a także współpracy w zakresie pamięci narodowej.

Ukraina i Polska podpisały memorandum w sprawie powołania wspólnej polsko-ukraińskiej komisji do nawiązania współpracy między przedsiębiorstwami naszych krajów. Według Denisa Szmygala komisja ta przygotuje rekomendacje dotyczące formatu ukraińsko-polskiego joint venture do produkcji broni i sprzętu wojskowego.

Strony przyjęły wspólne oświadczenie, dostrzegające znaczenie zbadania zbrodni popełnionych przez Rosję na państwie ukraińskim i ludności cywilnej, za które państwo-agresor powinno zostać pociągnięte do odpowiedzialności; zwrócono uwagę na znaczenie kontynuowania wspólnych wysiłków z partnerami, w tym ze Stanami Zjednoczonymi, Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, państwami członkowskimi UE i NATO, aby przeciwdziałać bezpośrednim zagrożeniom dla bezpieczeństwa w regionie; wezwano społeczność międzynarodową do zaostrzenia sankcji wobec Federacji Rosyjskiej, w tym do nałożenia embarga na dostawy energii z Rosji oraz dalszych ograniczeń w transporcie drogowym i morskim. Podkreślono znaczenie zwiększenia pomocy wojskowej, finansowej i humanitarnej dla Ukrainy; Polska będzie pomagać w rozbudowie przepustowości portów, infrastruktury kolejowej i drogowej w celu dostarczenia Ukrainie niezbędnej pomocy, w tym paliw i smarów.

Mateusz Morawiecki wraz z ministrem rozwoju gmin i terytoriów Ukrainy Oleksijem Czernyszowem otworzyli pierwsze modułowe miasto dla osób uchodźców wewnętrznych we wsi Borodzianka w obwodzie kijowskim. Według Morawieckiego, obecnie przygotowywanych jest kilka porozumień między resortami polskim i ukraińskim. Są to umowy dotyczące eksportu ukraińskiego zboża. „Skupiamy się na jak najszybszym przywróceniu pokoju, bezpieczeństwa i normalnego życia gospodarczego w Europie” – powiedział Mateusz Morawiecki.

A to jest bardzo ważne nie tylko dla Ukrainy, ale dla całego świata. W końcu Rosja zachowuje się jak złodziej na okupowanych ziemiach ukraińskich. Według Ministerstwa Polityki Agrarnej i Żywności Ukrainy, są doniesienia o eksporcie zboża przez najeźdźców z czasowo okupowanych terytoriów chersońskiego, zaporoskiego, ługańskiego, donieckiego, charkowskiego. Skradzione zboże jest wywożone albo do Rosji, głównie z obwodu charkowskiego, donieckiego, ługańskiego, albo przez czasowo okupowany Krym – z Zaporoża i Chersonia. Rosja kradnie i eksportuje ukraińskie zboże z chersońskich elewatorów, warzywa i owoce z chersońskich pól i sadów, znane na całym świecie wiśnie z Melitopola na Krymie i sprzedaje je po cenach dumpingowych na okupowanym Krymie lub dostarcza na rynek międzynarodowy.

Rosyjska propaganda różni się od prawdziwych mediów tym, że masowo rozpowszechnia swoje kłamstwa. Tym samym, według źródeł ukraińskich, w maju przez Polskę, Bułgarię, Stany Zjednoczone i inne kraje „przeszły” fake newsy i manipulacje rosyjskiej propagandy. Wśród rozpowszechnianych przez Rosję „bomb informacyjnych” jest przesłanie, że polski premier rzekomo wzywał do zniszczenia „rosyjskiego świata”. W ten sposób rosyjscy kłamcy komentowali fakt, że Mateusz Morawiecki w felietonie w brytyjskiej gazecie „The Telegraph” słusznie wyraził opinię, że „rosyjski świat jest śmiertelnym zagrożeniem dla Europy” i nazwał go guzem nowotworowym. Morawiecki wyraził opinię, że nie wystarczy wspierać Ukrainę w walce z „rosyjskim światem”, napisał, że konieczne jest „całkowite wykorzenienie tej strasznej nowej ideologii”.

Ponadto Polska stanowczo zdementowała doniesienia o rzekomych planach przejęcia kontroli nad zachodnią Ukrainą. oddalił doniesienia o planach przejęcia przez Warszawa kontroli nad zachodnią Ukrainą. Według Stanisław Żaryn, rzecznika ministra koordynatora służb specjalnych, celem rozpowszechniania tych informacji jest osłabienie współpracy między Polską a Ukrainą.

Wakacje w cieniu bomb – WOŁODYMYR SYDORENKO o tym jak Rosja zniszczyła turystykę na Krymie

Już teraz można stwierdzić, że rosyjska agresja na Ukrainę praktycznie zniszczyła kurort na Krymie, a świat stracił jeden z najciekawszych regionów turystycznych.

Krymski kurort był jednym z najlepszych na świecie. Czyste i ciepłe Morze Azowskie zapewniło wczasowiczom przyjemny wypoczynek. Ponad tysiąc zabytków kultury, z których część, jak np. Liwadia, miejsce spotkania głów państw koalicji antyhitlerowskiej w Jałcie w 1945 roku, czy starożytne miasto Chersonese-Tavria w Sewastopolu, czy muzeum- galeria artysty morskiego Hovhannesa Aivazovsky’ego w Teodozji i innych – o światowym znaczeniu, przyciągały miłośników starożytności i turystów. W czasach ZSRR, kiedy krymskie uzdrowisko miało obsługę daleką od światowych standardów i wypoczywali tu głównie obywatele radzieccy, Krym odwiedzało rocznie nawet 8 mln turystów i wczasowiczów.

Po odzyskaniu niepodległości Ukraina przystąpiła do odbudowy przemysłu uzdrowiskowego na Krymie. Powstawały nowe hotele, znacznie podniósł się poziom obsługi sanatoriów i pensjonatów. Ukraińskim kurortem zainteresowali się mieszkańcy Europy, Azji, Afryki i Ameryki. Liczba turystów stopniowo rosła i osiągnęła 9 mln rocznie. Jedną czwartą z nich stanowili turyści zagraniczni. Krymskie kurorty i muzea chętnie odwiedzali Polacy, Niemcy, Finowie, Brytyjczycy, Hiszpanie, Francuzi, Włosi. Ukraińskie Ministerstwo Turystyki rozwinęło turystykę rejsową. Latem 2010-2013 do Jałty przypłynęło ponad 30 dużych statków wycieczkowych. Planowano wybudowanie co najmniej 5 portów dla jachtów wycieczkowych. Krym został włączony do światowych programów turystycznych.

Ten postępujący rozwój kurortu został przerwany przez aneksję Krymu przez Rosję. Już w 2014 roku odwiedziło go zaledwie milion turystów. Rosyjscy okupanci zaczęli rozwijać przede wszystkim Flotę Czarnomorską i lotnictwo wojskowe. Starali się też co prawda promować kurort, jednak mało kto lubił opalać się przy ryku wojskowych samolotów i kąpać się w morzu z widokiem na okręty bojowe.

Okupacyjne władze uciekły się do manipulacji danymi. Na przykład w okresie 2016-2020 oficjalne statystyki podawały roczną liczbę turystów na 5 – 6 mln, podczas gdy niezależni eksperci twierdzili, że w rzeczywistości Krym odwiedziło nie więcej niż 3-4 mln. Statki wycieczkowe przestały przypływać na Morze Czarne. Krym, jak i morza Czarne oraz Azowskie, stały się nie miejscami wypoczynku, ale arenami zbrojnej konfrontacji, groźnej dla ludzkiego życia.

Dziś, po rozpoczęciu zakrojonej na szeroką skalę wojny Rosji z Ukrainą, okupacyjne władze Krymu udają, że wojna nie wpłynie na stan uzdrowiska na półwyspie, uciekają się do fałszerstw i twierdzą, że spodziewają się co najmniej 9 mln turystów. Jednak lato jest w pełnym rozkwicie, a dziś nawet biura podróży z Moskwy, Sankt Petersburga, Nowogrodu, Kurska, Rostowa i innych rosyjskich miast, które w styczniu-lutym 2022 r. zarezerwowały wycieczki na Krymie na miesiące letnie, już w większości przypadków anulowały swoje zamówienia. Nawet Rosjanie nie chcą wypoczywać przy odgłosach wybuchających bomb i w ogniu karabinów maszynowych.

Podczas gdy władze okupacyjne na Krymie na próżno czekają na wczasowiczów, kolumny czołgów i pojazdów opancerzonych maszerują na Ukrainę przez most Kercz, samoloty i pociski bombardują ukraińskie miasta, szpitale i sanatoria na półwyspie, które niegdyś gościły turystów teraz przyjmują rannych żołnierzy, lekarze z uzdrowisk zostali zmobilizowani. Czy w takich warunkach możemy mówić o kurorcie i turystyce?

Światowe sankcje przeciwko Rosji zmusiły większość firm usługowych i sieci do zamknięcia swojej działalności, Krym nie ma nikogo, kto mógłby obsługiwać turystów. Miejscowe sklepy, targowiska, sieci handlowe są zaopatrywane bardzo oszczędnie, w dawnym kurorcie brakuje artykułów pierwszej potrzeby.

Już teraz można stwierdzić, że rosyjska agresja na Ukrainie praktycznie zniszczyła kurort na Krymie, a świat stracił jeden z najciekawszych regionów turystycznych. Według ekspertów, problemy Krymu w sezonie turystycznym 2022 r. wiążą się także z zamknięciem przez Rosję nieba nad półwyspem dla lotnictwa cywilnego. Aż jedna czwarta turystów korzystała z transportu lotniczego. Transport kolejowy jest niewygodny. Pociąg z Krymu do Moskwy jedzie półtora dnia. Kto będzie z niego korzystał w XXI wieku?

Miejscowe władze szacują, że w ubiegłym roku między 1 czerwca a 30 września kolej przewiozła ok. 660 tys. osób, w tym roku planowane jest zwiększenie tej liczby do 2,3 mln osób. Pozostaje pytanie: jak to zrobić, po pierwsze linie kolejowe i tak są już przeciążone, a po drugie faktycznie prowadzą przez linię frontu. 30-50 proc. pociągów na Krym jedzie pustych. Zdecydowana większość wczasowiczów udaje się do Rostowa i Krasnodaru. Niezależni eksperci uważają, że sezon 2022 będzie jeszcze gorszy niż 2014, kiedy napływ turystów spadł do niespotykanego wcześniej poziomu. Jeśli chodzi o turystów z innych krajów niż Rosja, to nikt na Krymie nawet na nich nie liczy.

Pesymistyczne nastroje na lato potwierdzają rosyjscy socjologowie. Tak więc, według Ogólnorosyjskiego Centrum Badania Opinii Publicznej, tylko 37 proc.  Rosjan zamierzało tego lata wyjechać na wakacje. 52 proc. badanych planuje spędzić urlop w domu, a 39 proc. na wsi lub w ogrodzie.

Jednocześnie poziom życia na Krymie, gwałtownie się pogarsza. Spowodowana wojną Putina inflacja sprawiła, że tylko w maju 2022 r. ceny wzrosły o 30 – 60 proc., a w skali roku 2,5- 3 razy.

Wszystko to po prostu przekreśliło Krym jako światowy kurort. Po wojnie i wyzwoleniu półwyspu zarówno Ukraina, jak i organizacje międzynarodowe będą musiały włożyć wiele wysiłku i środków, aby przywrócić krymskie uzdrowisko do europejskiego poziomu.

O naszych kompleksach pisze WALTER ALTERMANN: Obcych serdecznie zapraszamy

Młody muzyk, jeszcze uczeń szkoły średniej, opowiada w telewizji jaka była jego droga do muzyki. I w pewnej chwili mówi: „I właśnie w tym momencie zapasjonowałem”. Ciekawe urobienie czasownika od rzeczownika. Chłopak stworzył z dwóch słów jedno. Mamy zainteresowanie i pasję. Połączył i nawet logicznie mu wyszło. Tyle tylko, że zupełnie niezgodnie z duchem języka polskiego.

A może młody muzyk użył przedrostka – za, bo ma on w języku polskim siłę wzmacniającą przekaz i oznacza coś ostatecznego. Mówimy przecież zakończony, zastrzelony, zamulony, zapracowany. Kiedyś malował mi mieszkanie człowiek, który z westchnieniem zazdrości stwierdził: „A szwagier wrócił z Niemiec, bardzo mocno zarobiony”. Co miało znaczyć, że szwagier dużo zarobił.

Owszem mamy rzeczowniki odczasownikowe, jak np. dźwig od dźwigania; koparka od kopania, spychacz od spychania. Ale mamy też czasowniki odrzeczownikowe, czyli tzw. gerundia – od łac. gerundivum. Są one tworzone przez odcięcie od czasownika (wyrazu podstawowego) końcówki fleksyjnej i dołączenie do tematu formantu -anie, -enie lub-cie, np.: biegać – bieganie; odpoczywać – odpoczywanie; marzyć – marzenie; podzielić – podzielenie; wprowadzić – wprowadzenie, szyć – szycie, pić – picie. Ale nie mamy na szczęście – jeszcze – komputerowania, pralkowania, samochodowania.

Miejmy nadzieję, że „za-pasjonowanie” się nie przyjmie. Choć naród u nas twórczy lub po nowoczesnemu: „kreatywny”.

Transferobus

Pewien mój znajomy wybiera się właśnie, w dużej gorączce podróżnej – niem. Reisefieber – za granicę. Opowiadając mi o przygotowaniach, stwierdza, że jest dobrze, bo „z hotelu ma transfer busowy na lotnisko”. Tak miał napisane w ofercie biura podróży. Biuro być może pisze tak, żeby być zrozumiałym dla obcokrajowców. Ale znajomy jest Polakiem. Niestety „transfer” jest jednym z angielskich słów, które wypierają nasze, lub obce, ale przyswojone dawniej.

Według słownika PWN „transfer” oznacza dzisiaj: 1. transakcję gospodarczą polegającą na przekazaniu pieniędzy, usługi, technologii itp. przez jedną instytucję drugiej, bez ekwiwalentu; 2. wpływ, jaki wywiera wcześniej nabyta umiejętność na przyswojenie sobie innej umiejętności; 3. przejście zawodnika z jednego klubu do innego w zamian za wynegocjowaną kwotę. 4. przeniesienie lub przesłanie czegoś z miejsca na miejsce.

Z tego wynika, że mój znajomy jest tylko „czymś”, co można przesłać z miejsca na miejsce. Naprawdę przykre jest takie uprzedmiotowienie człowieka i Polaka.

 

Chodziło o to, że hotel zapewnia busy, którymi można na lotnisko dojechać. Ale tak jest więcej pisania i prestiż mniejszy dla hotelu. Inny problem, to zadomowienie się słowa „bus”. Owszem dawniej były znane autokary, autobusy – słowa też pochodzące z angielskiego. Teraz mówimy „bus” na mały autobus. Całkiem to logiczne, bo autobus był duży, a bus jest mniejszy. Ja bym pisał i mówił „mały autobus”. Ale tu chodzi o pośpiech w transferowaniu na lotnisko, więc krótszy dojedzie szybciej.

Agenda

Mówi w telewizji pewien urzędnik: „Nie mieliśmy tego tematu w dzisiejszej agendzie”. Zastanawiam się, dlaczego nie powiedział, że: „W planie narady, spotkania…”; albo „Dzisiaj nie planowaliśmy zajmować się tym tematem”? Bo „agenda” brzmi poważniej – zdaniem urzędnika. A plan… może być nawet lekcyjny.

Strasznie nam się srożą i poważnieją urzędnicze słowa, że bez kija nie podchodź. Trwa urzędnicza walka o powagę ich urzędów. Przypomina mi to zjawisko jedynie carską Rosję, w której urzędnik był figurą, niezależnie od rangi. Choćby jak ten gogolowski ostrzyciel ołówków, to jednak urzędnik! Niby w demokracji urząd jest dla człowieka, jak głoszą demokraci, ale mnie się coś zdaje, że ludźmi – dla których naprawdę istnieją urzędy – to sami urzędnicy.

Dla wyjaśnienia, w dzisiejszym języku polski „agenda” ma kilka znaczeń: 1. fila urzędu lub instytucji; 2. terminarz; 3. ustalony plan jakiegoś spotkania; 4. chrześcijańska księga liturgiczna.

Zalecałbym, apeluję – choć wiem, że adresaci nie odbiorą mego apelu serio – żeby zejść z koturnów i zacząć mówić językiem zrozumiałym dla prostych ludzi. Skoro mamy już oswojony, też obcojęzyczny „plan”, to zostawmy w spokoju tę cholerną „agendę”.

Przestrzeń czasu, mentalna i artystyczna

Przestrzeń to jakiś obszar ziemi, nieba, miast, ulic. Mamy tez przestrzeń w budynkach. Tak było do tej pory. Ale myśmy to zmienili.

Zupełnie tak samo, jak molierowski Sqanarel, który będąc „Lekarzem mimo woli” opowiada Gerontowi, że serce mieści się po prawej stronie. Na to Geront, grzecznie zauważa, że chyba po lewej… Owszem, tak było – odparowuje Sqanarel – ale myśmy to zmienili, i nie musi pan dorównywać nam w postępie wiedzy….

Przestrzeń była niedawno jeszcze normalnym polem lub obszarem. Ale w tej sprawie zmieniło się i to wiele. Słyszałem już o przestrzeni mentalnej, politycznej, o przestrzeni porozumienia, konfliktu, zgody, negocjacji.

Pewien artysta twierdził nawet, że przestrzeń motywuje go do kreacji, rzecz w tym, że musi uprzednio odczuć, zrozumieć i oswoić tę przestrzeń. Mówił o normalnej, pustej wtedy, teatralnej scenie, ale „scena” brzmiałaby nienowocześnie, a przestrzeń kreacji jest nowoczesna. Poza tym – puste sceny i inne przestrzenie niezwykle podniecają wszystkich plastyków. Ale po podnieceniu, najczęściej – gdzieś tak w 75 procentach – widz otrzymuje marne dekoracje lub przeciętne obrazy, bo podniecenie, odczuwanie przestrzeni, nie wystarczają do stworzenia czegokolwiek.

Kiedyś w tym znaczeniu, co teraz „przestrzeń”, używano słowa „sfera” i wystarczało w zupełności. Ale idą zmiany, zmiany, zmiany… Podejrzewam, że w gruncie rzeczy chodzi o bardzo sprytny zabieg psychologiczny. Chodzi o to, żeby odbiorcę zaskoczyć, mówiąc coś tak irracjonalnego, nad czym odbiorca naszego komunikatu będzie się musiał zastanowić. Choćby przez ułamek sekundy. Wtedy myśl mu ucieka i nie ma już siły skupić się nad tym o co „nowoczesnemu Polakowi” chodzi.

Jest to metoda rozpraszania uwagi. Zupełnie jak z psem, prowadzonym przez nas na smyczy, który zaczyna się interesować innym psem, bo chce mu skoczyć do gardła. Ale lekko trącony kolanem, nasz pies – będąc zdziwionym – traci skupienie na tym innym psie. I tak nas bez przerwy trącają kolanem – właściwie nowojęzykiem – politycy, artyści, dziennikarze i urzędnicy. I dajemy im spokój, bo jesteśmy zmęczeni, i nie jesteśmy w stanie rozgryźć o co im chodzi.

Myślę, że Polacy są pełni kompleksów wobec Zachodu. Co prawda wszyscy deklarujemy, że jesteśmy dumnym narodem, ale tak w głębi ducha mamy potworne kompleks „gorszości”. I dlatego tak wchłaniamy obce pojęcia i słowa, żeby jak najbardziej do tego Zachodu się zbliżyć.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Czy Skra coś roznieci?

Dostrzeżono zrujnowane, chyba najwspanialsze miejsce w Warszawie na sportowy stadion, który zresztą już tu był i został zmarnowany. Zmarnowały to władze, bo zajmowały się łupieniem miasta i przejmowaniem kamienic wyrzucając ludzi na bruk.

Teraz „odkryto” wreszcie „Skrę”. O marnotrawstwie krzyczano głośno zbiorowo i indywidualnie – np. nasza miotaczka młotem, wielka mistrzyni, która nawet opuściła załamana Warszawę. Ględzenie o „Skrze” trwało lata i nic się nie działo. Urzędnicy wszelkiego szczebla łączą się osmotycznie lepiej nawet niż „proletariusze wszystkich krajów…”.

Pasożyty mnożą się przez pączkowanie. Zgodnie z prawem Parkinsona, czym jest ich więcej tym szybciej przybywa roboty. Informatyzacja, komputery miały zmniejszyć tłumy darmozjadów. A stało się wręcz przeciwnie. Doszli reperatorzy tychże komputerów, szkoleniowcy. Tak czy siak w praktyce, bo takie są ponoć wymogi formalne, to, co komputerowo musi być również na papierze. Wprawdzie lasów mamy dużo, drzewa jednak płaczą, ludzie sobaczą, a stosy papierzysk piętrzą się jak piramidy w Egipcie.

W pandemii wymyślono pracę zdalną. Matki zostały w domach, co poprawiło los dzieci. Teraz jednak wróciły do szklanych biur.

Gdy do wymordowanej stolicy napłynęła wiejska społeczność nie troszczono się o drzewa i wszędzie, gdzie tylko można było rozpoczęło się wylewanie betonu. Woda deszczowa spływała z trudem, ale tępiciele zieleni cieszyli się. Było miejsko. Potem jeszcze – ostatnio – prywatni producenci dość lipnej kostki brukowej załatwili kostkowanie chodników. Aktor Łukaszewicz w desperackim geście przywiązał się do zabytkowego drzewa, ale i tak je wycięto. Urząd ma zawsze rację. Siła i bezrozumność często wygrywają.

Obecnie prezydent Warszawy chce wykorzystać liberalny tron. I stąd zapewne odkrycie zniszczonej „Skry”. Oczywiście my wszyscy na czele z Panią Anitą Włodarczyk ucieszymy się, choć boję się, że mistrzyni będzie już sędziwą babcią, kiedy obiecanki zostaną zrealizowane. Ci co dożyją – zobaczą. Osobiście przysposabiam się już do przejścia na drugą stronę w czym wydatnie pomagają mi „przyjaciele”.

A niech tam! Jest jak jest. Mędrcy mówią, że w życiu jest zawsze gorzej i gorzej. Kolorowo to już było i od tego są wspomnienia.

Człowiek jest coraz słabszy, ale dzięki doświadczeniu widzi lepiej. Parady kłamców są podobne. Co kilka lat odradzają się rzesze obiecywaczy, a lud po prostu zawsze ma nadzieję.

W tradycji ludów wschodu szanuje się przynajmniej mądrych starców. U nas biedny lud wykorzystuje się np. w telewizyjnych sondach ulicznych. Reporter z sitkiem nagabuje ludzi na spacerze. Wypowiedzi tych, którzy narzekają wyrzuca się do kosza. Sprytniejsi więc chwalą bezkrytycznie i wtedy na moment pojawiają się w „Wiadomościach”.

A może lepiej, aby w TVP w końcu pojawił się film dokumentalny o Annie Walentynowicz. Jerzy Zalewski przygotowywał go przez 10 lat. Dobrze, że Tomasz Sakiewicz emitował film w „Republice”. Źle, że nie zrobił tego Jacek Kurski dla milionowej widowni Telewizji Polskiej.

Przez 57 lat robiłem co mogłem, biegałem, podróżowałem, jeździłem, latałem, pisałem i robiłem filmy dokumentalne. Nawet podwodne i jako korespondent wojenny. Było ciekawie. Ale teraz sobie myślę, a nawet żałuję, że nie zostałem marynarzem. Mógłbym przepłynąć na statkach handlowych przewożąc pożyteczne miliony ton towarów na pięknych polskich statkach, których już nie ma, bo w ostatnim ćwierćwieczu zniszczono handlową flotę. Do tego szkolnictwo morskie to teraz wprawdzie „akademie”, ale z klasami turystycznymi i krawieckimi.

Czy to się jeszcze da odbudować? Może przynajmniej „Skrę”. Może! „Morze nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec”. Daj Boże, że ze Szwecją i Finlandią. Oczywiście jeżeli turecki jaśnie Pan się zgodzi.

Zgoda, zgoda, a Bóg wtedy rękę poda. Choćby w rękawiczkach.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Rozum przed sercem

Wspieram Ukrainę. Wspieram sercem. Jako kraj, który został brutalnie zaatakowany przez prymitywną i krwiożerczą dzicz. Jako kraj krzywdzonych dzieci i krzywdzonych matek. Ale wspieram również rozumem, jako obywatel kraju żyjącego od wieków w złowrogim cieniu Moskwy, świadom tego, że jakby to dramatycznie nie brzmiało, im bardziej Ukraina wykrwawi Rosję, tym więcej będziemy mieli jako Polacy czasu, by przygotować się na to, że możemy być następni.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ta wojna na światowej układance zmieni wiele, a na europejskiej jeszcze więcej.

Putin już przegrał

Przegrał ruski mir, który z użyciem grubego szmalcu ze sprzedaży surowców udało mu się zbudować, „wspólną przestrzeń od Władywostoku po Lizbonę”, którą już prawie zbudował wraz z Niemcami z błogosławieństwem Joe Bidena. Wystarczyło poczekać na odpalenie Nord Stream II. Nie poczekał. Przegrał mechanizm „energetycznego imperium”, przegrał wizerunek Rosji jako „niezwyciężonej”, przyszył Rosjanom gęby podobne nazistowskim Niemcom, pociągnął w dół swoich otwartych i cichych sojuszników, a zmobilizował i wzmocnił wrogów. Więc tak, nawet jeśli będzie mógł ogłosić na Ukrainie jakiś ograniczony sukces – przegrał.

A inni zyskali

Paradoksalnie zyskała Ukraina, przed chwilą jeszcze skazywana na zagładę. Zyskała poparcie społeczne na całym, no powiedzmy w sporej części świata. Zyskała poczucie narodowej wspólnoty zintegrowanej rosyjskim zbydlęceniem. Zyskała urealnienie sojuszy. Zyskała nową broń. Tak, oczywiście, wiele, zbyt wiele również straciła.

Zyskało NATO, które nabrało wigoru po tym jak rzeczywistość postawiła przed nim nowe cele. Zyskały Stany Zjednoczone, które zostały wyszarpnięte ze snu idioty, no niezupełnie wprawdzie i nie wiadomo na jak długo, ale warto odnotować. Zyskała Europa środkowo-wschodnia, która nagle stała się centrum świata. Ba, pewną szansę na przebudzenie się ze swojego snu idioty, zyskała nawet Europa zachodnia, tu jednak nie byłbym przesadnym optymistą.

I zyskała Polska, która nagle stała się środkiem ciężkości wielu kluczowych wydarzeń. Katastrofa opartych na współpracy z Rosją planów geopolitycznych Niemiec i Francji i nowa moralna siła jaką promienieje dziś Polska (nie, to nie jest bez znaczenia, to jest narzędzie prowadzenia polityki międzynarodowej) już powoduje stres dotychczasowych hegemonów. To stąd bierze się zaostrzenie i tak już wściekłych ataków. Polska ma być „zagłodzona” zanim zdąży wykorzystać chwilę ich słabości na przykład z wykorzystaniem dźwigni współpracy z Ukrainą, która na dotychczasowych „strategicznych partnerach”, co akurat nas Polaków nie dziwi, srodze się zawiodła.

Zagrożenia

Trzeba jednak pamiętać również o tym, że przed Polską oprócz niewątpliwych potencjałów, stoi dziś tyle samo zagrożeń. Naprawdę poważnych. Pisałem lata temu, że Rosja może się rozpaść i choć ten fakt sam w sobie byłby dla nas korzystny, to okres, w którym znajdzie się w głębokim kryzysie, będzie dla nas bardzo niebezpieczny. Czy się rozpada nie wiem, ale z pewnością wchodzi w okres wielkiego stresu na różnych płaszczyznach. I ten stres, jako że zawsze byliśmy i jesteśmy na linii strzału, jest i będzie również naszym udziałem. Nawet Rosja wykrwawiona nadal będzie dysponowała bronią atomową, którą my nie dysponujemy. Tak, wiem, NATO. I to oczywiście ważne i potrzebne, ale jak szybko potrafią się anulować sojusze, przekonali się niedawno i Kurdowie i proamerykańscy Afgańczycy. Po prostu warto o tym pamiętać.

Na początku felietonu napisałem, że wspieram Ukrainę sercem i rozumem. Ja jestem prywatnym człowiekiem, mnie wolno. Państwo takiego przywileju mieć nie może i powinno się kierować kolejnością zupełnie odwrotną. Najpierw rozumem, potem na wszelki wypadek jeszcze rozumem, a potem ewentualnie sercem (bo wbrew „pragmatykom” tzw. czynnik ludzki ma znaczenie i w polityce). W tym świetle niepokojącym wydaje się uleganie przez polityków społecznemu bezmyślnemu czasem „sercu”, które każe zmieniać język polski, tak jakby Ukraińcom było to do czegoś potrzebne, czy „rozgrzeszać” symbolikę, która ma prawo kojarzyć się Polakom z mordami na Wołyniu. To czasem bezmyślna droga, którą można wybaczyć porwanym emocjami obywatelom, ale w żadnym razie nie można dopuścić, by kierowało się nią państwo (dość wspomnieć niefortunne słowa rzecznika MSZ Łukasza Jasiny o „sługach”).

„Wspólne państwo”

W ostatnich czasach w przestrzeni publicystycznej pojawia się koncepcja „wspólnego państwa” Polski i Ukrainy. Uważam, że absolutnie przedwczesna. A przynajmniej z polskiego punktu widzenia, bo to naturalne, że Ukraińcy szukają wyjścia z trudnej sytuacji, sięgając również po rozwiązania daleko idące. My jednak, stawiając rozum przez sercem i obrazami „odrodzenia I Rzeczpospolitej”, powinniśmy sobie odpowiedzieć nie na pytanie „jak zrealizować nasze marzenia”, ale na pytanie „jak najlepiej zrealizować interes Polaków takim jakim jest dzisiaj”. A dzisiaj przede wszystkim trzeba wybierać ścieżkę, która zapewni Polakom największe bezpieczeństwo, co wcale nie oznacza, że „nasza chata z kraja”. Chciałoby się, ale Polska nie jest Szwajcarią gdzieś za górami, tylko na przecięciu wielu szlaków i jaka większa wojna gdziekolwiek by nie szła, to niestety zwykle przez Polskę. Wystarczy znać historię. Musimy więc być aktywni, musimy budować struktury sojusznicze daleko poza Polską, historia najwyraźniej wkłada nam w ręce okazję do zbudowania takiej struktury wraz z Ukrainą, czy Wielką Brytanią, która szuka swojego miejsca na mapie, ale naszym absolutnym priorytetem musi być interes Polski i Polaków, a nie mniej czy bardziej abstrakcyjne wizje.

Te oczywiście warto mieć, dyskutować o nich, dzięki czemu w przyszłości wobec kolejnych wyzwań nie stajemy nadzy i bezbronni. Wydaje mi się, że na dziś w naszym zasięgu jest budowa alternatywy dla, padającej na kolana pod ciężarem własnej głupoty i egoizmu Niemców, Unii Europejskiej. Przy czym nie musi i chyba nie powinna to być alternatywa wroga i wykluczająca, po prostu mamy obowiązek zagospodarować nadarzające się potencjały choćby dla dobra naszych dzieci. I taki środkowoeuropejski sojusz być może z Wielką Brytanią i „błogosławieństwem” USA, jest już ogromnym wyzwaniem, któremu sprostać będzie bardzo trudno. Tego zadania nie ułatwiają wezwania do budowy „wspólnego państwa”, które mogą zrażać ludzi niepotrzebnym radykalizmem.

A co, kiedy już tę nową sojuszniczą strukturę zbudujemy? A co Bóg da, byle spokojnie i w rytmie refleksji na temat polskiego interesu.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Szablista wszech czasów Jerzy Pawłowski podwójnym agentem

W 1976 r. został skazany na 25 lat więzienia za szpiegostwo na rzecz USA – 10 lat spędził w więzieniu. Mało kto wie, że wcześniej był tajnym współpracownikiem UB i SB, czemu do końca życia zaprzeczał. Odkrywamy nieznaną historię szablisty wszech czasów – Jerzego Pawłowskiego.

Wielokrotny olimpijczyk (1952 – 1972), złoty, trzykrotnie srebrny i brązowy medalista olimpijski, 18-krotny medalista MŚ, 14-krotny indywidualny mistrz Polski we florecie i szabli. W sumie zdobył 21 medali. Najlepszy sportowiec XXV i XXX-lecia PRL (wyprzedził nawet Irenę Szewińską; na którą – jak się potem okazało – donosił bezpiece), laureat plebiscytu „Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca Polski (1957 i 1968).

Jerzy Pawłowski lubił podkreślać, że jego rodzina była nękana przez komunę, co przekładało się też na jego postawę: „Miałem antyubecką świadomość. Ubek to było pojęcie ponadnarodowe, to była władza pozbawiająca człowieka osobowości. Przeraźliwie wszechmocna”. O swoich związkach z ubecją milczał.

Przygodę ze sportem zaczął w 1949 r. w klubie „Grochów”, skąd trafił do milicyjnej „Gwardii”. Po trzech latach, kiedy powołano go do LWP, przeniósł się do „Legii”. Wojskowemu klubowi pozostał wierny do końca sportowej kariery, armii do końca życia – był zawodowym wojskowym. Szybko trafił pod skrzydła słynnego węgierskiego trenera, majora Janosa Keveya. Pierwszy tytuł – mistrza Polski we florecie – zdobył już w 1952 r. Największym sukcesem, w wieku 36 lat, było pierwsze miejsce na igrzyskach olimpijskich w 1968 r. w Meksyku.

Pawłowski był u szczytu sportowej kariery. W 1973 r., w uznaniu zasług, wybrano go prezesem Polskiego Związku Szermierczego, którym był przez dwa lata. W międzyczasie ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Rozpoczął pracę jako adiunkt w Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego w Warszawie.

Sielanka skończyła się w kwietniu 1975 r., kiedy został aresztowany przez kontrwywiad wojskowy (operacja jego rozpracowania nosiła kryptonim „Gracz”). Miał wpaść w restauracji Baszta w Pyrach. Inna wersja głosiła, że Pawłowski nie żyje, że zabito go na Okęciu, kiedy próbował uciec z Polski. Plotka była o tyle uzasadniona, że człowiek, który przez lata był na pierwszych stronach gazet, nagle zniknął. Cenzura zakazała wymieniać jego nazwiska nawet w kontekście wcześniej odniesionych sukcesów. Rzecz jasna złoty medalista nie mógł też znaleźć się w kadrze na zbliżające się szermiercze MŚ. Milczenie o Pawłowskim trwało 10 lat i 44 dni, czyli dokładnie tyle, ile przesiedział w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie i w Barczewie.

Z ujawnionych dokumentów śledztwa i procesu wynika, że Pawłowski do szpiegostwa przyznał się bardzo szybko – podczas trzech dwugodzinnych przesłuchań. Potwierdził, że CIA zwerbowało go wiosną 1964 r. podczas jego pobytu w USA i nadało pseudonim „Paweł”. Na polecenie Amerykanów miał wstąpić do PZPR.

Dla Amerykanów był cenny nie tylko dlatego, że był światowej sławy szermierzem, ale to, że był majorem LWP, a przede wszystkim współpracował z PRL-owskimi służbami specjalnymi. Te ostatnie zwerbowały go w 1950 r. i nadały pseudonim „Szczery”. Tu o współpracy miał zadecydować szantaż.

Już w wolnej Polsce (kiedy został zdemaskowany jako agent bezpieki), wyznał: „Podpisałem zobowiązanie, ponieważ nie chciałem, żeby dobrali się do mojego ojca, żołnierza AK”. Historia z ojcem w AK to bajka. Tej samej bezpiece Pawłowski po aresztowaniu opowiedział o szczegółach pracy dla Amerykanów. Donosił również na kolegów-sportowców. W jego aktach są m.in. informacje, że podczas meksykańskiej olimpiady Szewińska i Komar zajmowali się handlem.

Po roku od aresztowania – 8 kwietnia 1976 r. Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego skazał go na 25 lat więzienia, utratę praw publicznych na 10 lat i zdegradował do stopnia szeregowca.

„Zdrada Ojczyzny, zbrodnia szpiegostwa – działania przeciw podstawowym interesom obrony kraju – musi wywoływać tym surowsze potępienie, gdy czynu tego dopuszcza się człowiek, któremu Polska Ludowa umożliwiła wykształcenie, rozwijanie zamiłowań i wykorzystanie talentu sportowego, awans społeczny i dostatni byt, sukcesy i sławę w ulubionej dyscyplinie sportu. Nie może nie wywoływać odrazy fakt, że Jerzy Pawłowski reprezentując nasze barwy narodowe na wielu imprezach sportowych, jednocześnie zdradzał Polskę, sprzedając za nędzne, judaszowskie srebrniki [o pieniądzach od CIA niżej – TP], jej tajemnice. Pawłowski prowadził podwójne życie. Był człowiekiem o dwóch obliczach – istniał inny Pawłowski – karierowicz, bezkrytyczny wielbiciel Zachodu, samolub, dorobkiewicz – Pawłowski, dla którego dobrem najwyższym są pieniądze” – pisał organ Ministerstwa Obrony Narodowej – „Żołnierz Wolności”. Zdrada Ojczyzny nie musiała być jednak tak wielka, skoro Pawłowski dostał „jedynie” 25 lat. Za szpiegostwo groziła bowiem kara śmierci.

W celi w Barczewie przebywał z kryminalistami, którzy – jak mówił – mieli go zniszczyć, ale nie dał się, a kilku nawet przyłożył. Za cenę wcześniejszego wyjścia z więzienia, w okresie stanu wojennego, władze zaproponowały Pawłowskiemu napisanie książki i nagranie filmu, w których potępi imperializm i pochwali socjalizm, i PRL, czyli pośrednio Jaruzelskiego i Kiszczaka. Więzień zgodził się. W pełni poparł też decyzję WRON. Wkrótce przyszła nagroda. W 1984 r. na specjalnym posiedzeniu Rada Państwa PRL udzieliła mu łaski. Postanowiono wymienić Pawłowskiego i czterech innych agentów amerykańskich osadzonych w polskich więzieniach na skazanego w USA superszpiega PRL-u Mariana Zacharskiego. Słynna wymiana nastąpiła w 1985 r. na moście w Berlinie.

Pawłowski postanowił jednak zostać w Polsce. W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” mówił: „Zaprosił mnie konsul generalny USA i zapytał, czy chcę wyjechać do jego kraju, odpowiedziałem, że zostaję. I jeszcze mu powiedziałem, że zostaję dlatego, że to jest mój kraj i że to komuniści powinni wyjechać do Rosji, jeśli im pobyt w Polsce nie odpowiada. Ja mam pewne zasady”. Pawłowski zawsze mówił obrazowo, górnolotnie. Pierwszy raz propozycję pozostania w Stanach miał dostać w 1958 r. na szermierczych mistrzostwach świata. Ma się rozumieć – odmówił.

Można przypuszczać, że w 1985 r. Pawłowski został w Polsce, bo nic już mu nie groziło. Karę – i to w skróconym czasie – odsiedział i na tym represje się skończyły. Odzyskał wolność i znów, mimo 53 lat, zaczął trenować, ale tylko amatorsko, gdyż na reprezentowanie Polski już mu nie pozwolono.

Dlaczego szpiegował? Dla pieniędzy – to klasyczna definicja szpiegostwa. Pod koniec lat 60. Pawłowski jeździł ekskluzywnym mercedesem 300, takim jak ówczesny premier Józef Cyrankiewicz. Mieszkał w centrum stolicy w domu wypełnionym antycznymi meblami i kolekcją cennych obrazów. Po wyroku skonfiskowano mu majątek (w ramach dodatkowej kary), ale potem musiano mu go zwrócić – na filmie Jerzego Zalewskiego „Szpiedzy” widać Pawłowskiego w pięknym salonie na tle zabytkowych sprzętów. Sam tłumaczył to szczęściem w pokerze, w którego namiętnie i z powodzeniem grał.

Pawłowski utrzymywał: „Nigdy nie brałem pieniędzy od CIA. To kłamstwo komunistycznej propagandy i dziennikarzy powiązanych z SB. Kiedy mnie skazywali, za wszelką cenę chcieli mi udowodnić pobieranie ogromnych pieniędzy za szpiegostwo, takich, jakie KGB, GRU oraz polskie SB i MSW płaciły swym agentom na Zachodzie, np. Zacharskiemu. (…) Tworzona przez SB, WSW i generała Kiszczaka teoria mojej rzekomej pazerności na pieniądze [Kiszczak pisze o tym w swoich wspomnieniach, przy okazji pracy Pawłowskiego dla służb specjalnych PRL – TP], musiała uzasadniać skandaliczny kapturowy proces i wyrok, jaki otrzymałem. Była to zemsta generała Kiszczaka, mieściła się w ogólnej polityce okłamywania społeczeństwa, a w moim przypadku było to szkalowanie świadome» zdrajcy komuny «, jakim niewątpliwie byłem”.
Innym razem (kiedy okazało się, że jednak pieniądze brał) mówił: „Otrzymałem tylko raz zwrot kosztów podróży i utrzymania przez 12 dni we Francji. To wszystko!”.

Zwrot kosztów nie mógł jednak wystarczyć na mercedesa i antyki. Można spytać – skoro wcześniej pobierał wynagrodzenie od UB, dlaczego później miał nie skorzystać z pieniędzy CIA? Do wygodnego życia wystarczała pensja majora WP i apanaże wybitnego szablisty – pupilka władz. On jednak chciał więcej.

Wielkim patriotą Pawłowski został po 1989 r. Wtedy właśnie zaczął opowiadać, jak to z narażeniem życia walczył z komuną. Tylko jeśli ideowo pracował dla CIA, to jak nazwać jego wcześniejszą pracę dla UB?

Pawłowski nie wstydził się określenia – Wallenrod. Żalił się, że wolna Polska rehabilituje innych patriotów, a jego nie. Tylko czy były podstawy do rehabilitacji?

 

 

WALTER ALTERMANN: Niebezpieczna otchłań kultury, czyli seriale telewizyjne

Niedawno odbyła się Gala Telekamer 2022. Od 25 lat organizuje ją magazyn „Tele Tydzień” i tak było również w tym roku. Nagrody przyznano w wielu kategoriach – i o dziwo – w każdej z nich pojawiały się znany tytuły i nazwiska. Czy wybór tych, a nie innych programów, filmów i dziennikarzy zawsze był trafny? Jestem jedynie zwykłym widzem – choć mocno uzależnionym od oglądania telewizji – i nie mnie oceniać.

Mnie zaskoczyła jedna kategoria – seriale. Nagrodzono bowiem serial świetny pod każdym względem. A okazało się nim „Ranczo”. Skąd moje zaskoczenie? Bo przerażająca większość polskich seriali jest okropna. Zanim jednak pozwolę sobie na drastyczną krytykę całości, pozwolę sobie powiedzieć kilka miłych słów na temat dwóch świetnych produkcji. Pierwszą jest „Ranczo”, a drugą „Ucho Prezesa”.

Ranczo

„Ranczo” okazało się wielkim sukcesem. I nie dlatego, że ogromna większość naszych seriali jest przykra w oglądaniu. Ten serial po prostu zrobili fachowcy.

Najpierw zwróćmy uwagę na autora scenariusza, a jest nim Andrzej Grembowicz, który używał niekiedy pseudonimu – Robert Brutter. Pisarz zmarł, niestety, w listopadzie 2018 roku. Był onegdaj pracownikiem Sejmu i redaktorem naczelnym „Kroniki Sejmowej”. Był laureatem nagrody Hartley-Merill, za scenariusz filmu „Tam, gdzie żyją Eskimosi.

Wiem, że zaczynając od scenarzysty jestem wyjątkiem. W Polsce od kilkudziesięciu lat nazwiska scenarzystów filmowych są pomijane. Producenci promują swe osiągnięcia nazwiskami reżyserów i aktorów, uważając że taka taktyka przyciesie im większe zyski. I to dlatego mamy w telewizjach kablowych informacje: „Ziemia obiecana – film Andrzeja Wajdy”. Oczywiście film stworzył wielki reżyser Wajda, ale o nobliście Reymoncie już się nie wspomina.

A to właśnie scenarzyści są ojcami klęski lub sukcesu, szczególnie w przypadku seriali. Oni dają myśl i styl. Oni budują to co najważniejsze w filmie – konflikty między postaciami, i podpowiadają gdzie i kiedy, w jakich przestrzeniach rozgrywają się sprawy. Oni wreszcie budują piórem – lub klawiszami komputera – psychikę bohaterów, ich zachowania i odruchy. I dopiero potem wkracza reżyser.

W przypadku „Rancza” reżyser jest bardzo dobry. Wojciech Adamczyk jest absolwentem PWST w Warszawie. Najpierw skończył wydział aktorski tej uczelni. Czyli – jako aktor rozumie aktorów, umie po aktorsku myśleć. A potem wydział reżyserii, i jako reżyser potrafi własne doświadczenia aktorskie wykorzystać na planie filmowym. Poza tym – Adamczyk jest mądrym reżyserem, ani w teatrze, ani w filmie nigdy nie jest banalny.

I tych dwu ludzi było podstawą sukcesu „Rancza”. Świetnie również serial obsadzono. A każdemu z obsady dano szansę na „zagranie” roli. Sytuacje były kreślone wyraźnie, ale subtelnie. A to jest już dla aktora szczęście. Wszyscy aktorzy w „Ranczu” dostali szansę na zbudowanie roli „pełnych ludzi” i wykorzystali ją. A to jest bardzo rzadko spotykane w naszych serialach.

Najczęściej bowiem oczekuje się od aktora zagrania „typa”, postaci płaskiej i ograniczonej do jednej dyrektywy, jednego znaku rozpoznawczego. I w konsekwencji widz otrzymuje postacie komiksowe, bez życia wewnętrznego, obdarte z cech ludzkich.

Ucho prezesa

Drugim serialem, który w ostatnich latach mnie zachwycił jest „Ucho Prezesa”. Ta produkcja zaistniała najpierw w Internecie, a dopiero po kilku latach znalazła się w programach telewizyjnych, ale  kablowych i niszowych.

Ten serial był bowiem obłożony „klątwą” dzieła antypisowskiego. Obozowi władzy nie bardzo się to mogło spodobać. Opozycji natomiast – i owszem. Jednak – jak się okazało – twórcy byli zbyt mądrzy, by ograniczyć się do politycznej agitki. Stworzyli serial o władzy, owszem. Na przykładzie ostrej karykatury rządu, też prawda. Ale przecież nie tylko do tego się ograniczyli. Serial prezentuje także wielką rzeszę postaci polityków również z opozycji. I w sumie otrzymaliśmy dzieło o polskiej polityce naszych czasów, o ludziach robiących politykę.

Oglądając „Ucho Prezesa” uwierzyłem też w polskich aktorów. Żadnej rodzajowości, żadnego udawania jakichś nieludzkich stworów. Każdy z aktorów – a było ich w serialu bardzo wielu – stworzył istną perełkę, niesamowity filigran. Precyzyjnie, choć odważnie – jak na komedię przystało.

I to wszystko jest, przede wszystkim, zasługą Roberta Górskiego, który napisał scenariusz i zagrał tytułową rolę Prezesa. Górski od lat w swoim kabarecie uczy i rozśmiesza, i nigdy nie idzie po linii najmniejszego oporu. Nie idzie na łatwiznę. Aktorzy jego kabaretu, jak i on sam, są bardzo wymagający od siebie. Naprawdę tworzą sztukę.

Inne seriale

W obu powyższych serialach aktorzy nie grają „żyćka” – jak mawiał o klasyce teatralnej swoich czasów Witkacy. Zarówno w „Ranczu”, jak i w „Uchu Prezesa”  nikt nie pokazuje jak się nalewa wodę do szklanki, jak się otwiera drzwi i jak się podlewa kwiaty doniczkowe. W tych dobrych serialach sytuacja goni sytuację, każda najmniejsza scena ma swoją zaskakująca puentę. A najważniejsze, że sytuacje służą dialogom, treści i sensom.

Najczęściej seriale kręcą młodzi reżyserzy filmowi lub ambitni operatorzy. I ani jedni, ani drudzy na mają żadnego doświadczenia z warsztatem aktora, a nawet z pracą z aktorem. Teoretycznie uczą tego szkoły filmowe, ale w bardzo minimalnym zakresie. Więcej czasu w programie reżyserów filmowych zajmuje technika. A w przypadku operatorów technika filmowa jest jedyną sprawą, której uczą szkoły.

Dlaczego producenci powierzają zatem reżyserię ludziom słabo przygotowanym do tak trudnych zadań? Bo młodzi adepci reżyserii czy operatorzy gwarantują producentom, że jakoś to będzie, jakoś się wszystko zmontuje. No i są o wiele tańsi, nie stawiają wygórowanych oczekiwań co do obsady. Nie wzdrygną się też przed firmowaniem scenariuszowej tandety. Młodym zależy na zaistnieniu. A że jest to najczęściej zaistnienie traumatyczne, jak upadek z drugiego piętra na krzaki róż…? Po latach ludzie zapomną, a jednak jakiś dorobek do CV się wpisze.

W słabych serialach młodzi aktorzy, którzy już po piątym odcinku okrzyknięci są gwiazdami, nie grają. Nie grają, bo jeszcze nie potrafią. Owszem, coś mówią, przemierzają kilkanaście kroków na planie, wykonują różne gesty, czasem śmieją się lub płaczą. Ale to nie jest gra. Oni są zaledwie pokazywani. I żaden z reżyserów seriali niczego ich nie nauczy. Bo aktor zawsze uczył się w teatrze. Tam budował role, podpatrywał starszych, oglądał mistrzów zawodu.

Seriale policyjne

Osobnym podgatunkiem serialowym są polskie seriale policyjne. Nieodmiennie aktorzy grający w takich serialach zachowują się jak komandosi z Navy Seals, czyli sprawnie biegają z bronią długą, gotową do strzału, biegają też jedynie z pistoletami i zawsze strzelają bez opamiętania. Nawet w komisariatach nie chodzą normalnie – zawsze są w biegu. Jakby przed chwilą dowiedzieli się, że za kilka minut komisariat wyleci w powietrze.

Podejrzewam, że żaden z twórców tych seriali nigdy nie był na komisariacie policji, choćby w roli podejrzanego o zastawienie swoim samochodem wjazdy do bramy. Zobaczyłby zmęczonych urzędników, w nieświeżych mundurach, w zmęczonych wnętrzach. Poczułby atmosferę komisariatu, w którym trzeba się zmierzyć z zapisywaniem ton papieru. I nie starcza już zdrowia za uganianiem się za przestępcami.

Ale w serialach… gdy dziarskim policjantom zdarzają się momenty, w których należy coś przemyśleć – widzimy na ich twarzach potworne cierpienie. Bo zdaniem scenarzystów człowiek – nawet policjant – żeby coś przemyśleć musi usiąść, zasępić się przez dłuższą chwilę i robić przy tym cierpiące miny… A może wszyscy ci scenarzyści i reżyserzy od policyjnych seriali sami cierpią pisząc scenariusze, reżyserując? Chyba jednak po prostu pomyliło się im skupienie nad sprawą z ogólnoludzko-zwierzęcym cierpieniem.

A może to tylko ja oczekuję od seriali za dużo? Może powinienem zaakceptować dziką komercję i jej tragikomiczne skutki?

 

Czującym się kiepsko dobrze życzy WALTER ALTERMANN: Zdrówka, czyli w szponach mafii

Są mocne dowody, że zdrowie jest poważnym problemem – tak indywidualnym, jak społecznym. Skoro już ojciec naszej literatury, Jan Kochanowski, pisał z troską o zdrowiu:

           

                        Ślachetne zdrowie,

                        Nikt się nie dowie,

                        Jako smakujesz,

                        Aż się zepsujesz.

 

Problem jest odwieczny. A w miarę postępu cywilizacji stał się również społecznym.

 

Od kiedy sięgam pamięcią, Polacy zawsze narzekali na społeczna służbę zdrowia. Po roku 1990 kolejne rządy zapowiadały gruntowne reformy tej służby. Niektóre z rządów zaczynały nawet jakieś ruchy „w tym temacie”, inne kończyły na zapowiedziach – może nawet na szczęście, dla nas pacjentów. Dziś jednak zostawiamy w spokoju państwowe struktury makro i zajmiemy się mało znanymi, ale wielce znaczącymi aspektami naszego zdrowia prywatnego.

Po pierwsze. Gdy nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. I nie jest tak, że na rynku usług zdrowotnych, medycznych żadnych pieniędzy nie ma. Pieniądze są i zawsze się znajdą, bo wszyscy traktujemy naszą kondycję, zdrowie i sprawność fizyczną jako sprawy najważniejsze.

Po drugie, o tym, że jesteśmy gotowi wydawać spore pieniądze na zdrowie wiemy nie tylko my. Źle dla nas, że świetnie zdają sobie z tego sprawę producenci leków, paraleków, suplementów diety, środków poprawiających urodę oraz lekarze od urody. A w sukurs producentom medykamentów i lekarzom przychodzą kolejne dwie nasze, zwykłych ludzi niewiedze pozwalając coraz lepiej żyć koncernom od lekarstw.

 

Niewiedza pierwsza – każdy kiedyś umrze

 

Najbardziej zadziwiające jest to, że do ludzi nie dociera smutny finał, że każdy z nas kiedyś umrze. To znaczy – wszyscy wiedzą jaki będzie koniec, ale żyją tak jakby mieli żyć wiecznie. Ciągle udają młodych, bez zmarszczek, sprawnych, bez bolączek wieku dojrzałego i starczego. I dlatego każdą naturalną śmierć przyjmują jak zaskakujący tragiczny wypadek.

Mój znajomy miał matkę, która dożyła pięknego wieku 95 lat. Niestety z osiągnięciem 90-ciu lat zaczęła tracić pamięć. Znajomy jako dobry syn, opiekował się dobrze matka do końca.

Pewnego dnia 90-letnia matka staruszka mówi do syna:

– A może poszlibyśmy odwiedzić Stasię?

– Mamo, przecież Stasia już od trzech lat nie żyje. Byliśmy przecież na jej pogrzebie.

– Ale ona przecież była ode mnie młodsza o całe dwa lata… – mówi zafrasowana matka.

– No tak, ale umarła.

– Wypadek jakiś był, tak? – pyta matka – Ludzie teraz tacy nieostrożni są, nie przechodzą na zielonym, a ci kierowcy jeszcze gorsi.

 

Niewiedza druga – uroda przemija

 

Ludzie nie przyjmują również do wiadomości, że z wiekiem młodzieńcza uroda znika. Nie znaczy to, że ludzie po 60-tym roku życia robią się brzydcy. Nie, oni się po prostu starzeją. I to starzenie się każdego z nas, jest dla wielu rzeczą straszną, z którą nie chcą się pogodzić. Denerwują się, popadają w zamyślenie, a niekiedy nawet w depresję.

Znałem pewną aktorkę, która po skończeniu 60-ego roku życia postanowiła nigdy więcej nie pokazać się na scenie. Nie wychodziła nawet do sklepów, przestała spotykać się ze znajomymi. Tak się sobie nie podobała. Trzeba tu wyjaśnić, że była piękną kobietą, amantką i jako pani 60-letnia nadal mogła cieszyć oko. Bo jej uroda nie przeminęła, ona się po prostu zmieniła wraz z wiekiem.

 

Dyktatura i terror młodości

 

Takie są skutki kulturowej dyktatury młodości. W telewizjach tylko to piękne, co młode. Owszem, pojawiają się – głównie w reklamach – również ludzie starsi, ale zawsze wtedy, gdy trzeba reklamować ubezpieczenia na wypadek śmierci lub pojawia się w ofercie cudowny żel na stawy i środki do czyszczenia protez zębowych.

Mój lekarz pierwszego kontaktu twierdził, że człowiek obliczony jest przez stwórcę na 50 lat życia. A reszta – mówił, uśmiechając się złośliwie – reszta, to takie tam przeciąganie liny z losem. W ogóle miał niezwykle prawidłowy stosunek do pacjentów. Kiedy mówiłem mu, że tu mnie boli, tam strzyka… Kiwał głową i mówił – A wie pan jakie ja mam problemy ze zdrowiem?

Fakt, że mamy do czynienia z dyktaturą, a nawet terrorem młodości, ma przede wszystkim ogromny wpływ na zyski koncernów farmaceutycznych oraz przemysłu pielęgnacji urody.

Na pytanie jaka gałąź światowego przemysłu przynosi teraz największe zyski, większość z ludzi powie, że nafta. „Nafta rządzi światem” – to było hasło światowej lewicy w okresie międzywojennym i jeszcze trochę po wojnie. Ale teraz już tak nie jest. Największe zyski osiągają producenci leków i środków pielęgnacji urody. I zrobią wszystko, żeby te zyski stale zwiększać. Bo nie jest prawdą, że istnieje jakaś granica, przed którą bogaty zatrzymuje się i mówi:

– Chyba już mi wystarczy, jakoś z biedą na bentleya i jachcik wystarczy.

 

Coraz więcej chorób, coraz więcej lekarstw

 

Jeszcze w czasach mojej młodości aspiryna leczyła wszystkie skutki przeziębień. Dzisiaj mamy lekarstwa na katar zwykły, przewlekły, bardzo przewlekły, chroniczny, napadowy, zaskakujący i męczący. Oferują nam lekarstwa uśmierzające ból konkretnych organów, wszystkich kończyn razem i każdej z osobna. Z roku na rok rośnie liczba zdiagnozowanych jednostek chorobowych. Bo każda nowa musi mieć nowe lekarstwo.

Ale co tam lekarstwa… Proszę wejść do jakiejkolwiek apteki i rozejrzeć się. Przecież w każdej z aptek 80 procent miejsc na półkach i w regałach zajmują środki pielęgnacji.  Skutkiem czego, jeżeli lekarz przepisał nam jakieś „poważne” lekarstwo, to nieodmiennie słyszymy: Proszę przyjść jutro, sprowadzimy to dla pana.

Rozumiem to tak, że aptekarz nie ma już miejsca na lekarstwa, bo musi trzymać na półkach całe „linie” środków na zmarszczki. A są osobne dla każdej z kilkunastu rodzajów skór, dla różnych przedziałów wieku, na każdą z czterech pór roku, do życia w mieszkaniach suchych i wilgotnych…

Pojawiła się nawet „medycyna urody” jako osobna specjalność. Powstają salony piękności, rehabilitacji, medycyny naturalnej, tybetańskiej, azteckiej, mongolskiej, chińskiej, japońskiej i malajskiej. Nie spotkałem jeszcze salonów aborygeńskich i buszmeńskiej, ale to kwestia czasu.

Państwowa służba zdrowia twierdzi, że „przeprowadza rehabilitację w ograniczony zakresie”, bo fizjoterapeutów nie ma. Nie ma w służbie zdrowia, ale w prywatnych gabinetach i klinikach czekają.

Coraz częściej widzimy w telewizji panie, które cudownie odmłodniały. A starsze aktorki, nie chcące grać babć, pojawiają się w drugim wcieleniu jako o wiele młodsze. Młodsze od siebie samych sprzed 20 lat. Wybitna aktorka Ewa Wiśniewska powiedziała, że jej młodsze koleżanki zamiast ust mają teraz parówki. No cóż, botox może i pomaga na skórę, ale na mózg nie bardzo. A „władcy świata”? Gdy widzę ponaciąganych Berlusconiego i Putina budzi się we mnie litość. Inny problem, czy taki Putin nakazał teraz wszystkie swoje starsze zdjęcia i filmy retuszować?

 

Domagam się światowego śledztwa

 

Długo zastanawiałem się, kto wprowadził obowiązkową modę na młodość. Rozpatrywałem różne warianty i zawsze wychodziło mi, że stoją za tym producenci leków i środków upiększających. Bo tylko oni mają w tym interes. A przecież starorzymska zasada „cui bono” podpowiada nam, że zbrodni dopuszcza się ten, kto ma w tym interes.

Producenci leków i środków do poprawy urody twierdzą, że owszem, że sama produkcja nie kosztuje wiele, ale już badania leków są niebywale drogie. Dziwne, że jakoś nikt z mediów nie wspomina, że jakieś 7 lat temu w USA wybuchła niebywała afera, gdy którejś z rządowych agencji zechciało się sprawdzić dużego producenta, czy rzeczywiście prowadzi on badania, przed wprowadzeniem leków na rynek. Okazało się, że żadnych badań nie ma. Nałożono na chciwca karę kilkunastu milionów dolarów i już. Mówię „i już” bo jakoś nie przeprowadzono kontroli w innych krajach…

U nas również nikt się tym przypadkiem nie zajął. Może nie było akurat gotowych do pracy lekarzy, biochemików i prostych laborantów, bo wszyscy wyjechali na wycieczki zagraniczne, fundowane przez producentów i hurtowników leków – lekarzom właśnie.

Podsunąłbym naszym władzom śledczym zajęcie się sprawą rynku leków. Bo jeżeli na tym rynku nie działa mafia, to ją nazwać? A może są tam zmowy cenowe? Może jakieś układy producentów, hurtowników i aptekarzy? A za carskich czasów za zmowę szło się na Sybir. I to akurat – przypadkiem – było w tej Rosji dobre.

Ja bym się – proszę Państwa – nie śmiał, z tego co napisałem. Bo sprawa jest ważna i warto poniuchać. Ale radziłbym niuchającym, by nie korzystali z żadnych nowości medycznych na polepszanie węchu…