Historia krymskiego szampana – MYKOŁA SEMENA pisze o marketingowym błędzie księcia Lwa Golicyna

Krym miał swoje wino musujące, które mogło z powodzeniem konkurować ze słynnym szampanem. Zamiast postawić na własną markę postanowiono jednak ukraść cudzą, a to skończyło się porażką.

Krym to jeden z regionów najstarszej uprawy winorośli i produkcji wina. Istnieją dowody na to, że produkcja wina na półwyspie była praktykowana przez starożytnych Greków w czasach starożytnych. W Chanacie Krymskim również prowadzono winiarstwo. Tradycję rozwoju gospodarczego i kulturalnego Krymu przerwała jednak seria wojen rosyjskich z Chanatem Krymskim od XV wieku do 1783 roku, kiedy Katarzyna II wydała manifest w sprawie przyłączenia Krymu do Imperium Rosyjskiego. Ale nawet wówczas Krym nie odzyskał swojego dawnego znaczenia, ponieważ duża część ludności opuściła ojczyznę i przeniosła się głównie do Turcji, która nawet teraz, według magazynu „Emel”, liczy 6 milionów ludzi pochodzenia krymskiego.

Produkcja wina w samej Rosji była spóźniona i zacofana. Pierwszy dowód uprawy winogron pochodzi z czasów panowania Iwana Groźnego: w 1547 r. car nakazał wezwać w Rosji „wykształconych ludzi” przydatnych zawodów, wśród których byli „ogrodnicy winogron”. Później perscy kupcy przywieźli winorośl do Astrachania. Około dwóch trzecich wyhodowanych przez niego winogron dostarczono do Moskwy, a pozostała część szła do produkcji lokalnego wina kościelnego.

Stopniowo uprawa winorośli i produkcja wina zaczęła przenosić się na Kaukaz i nad Morze Czarne. W 1803 r. rząd nakazał wszystkim kolonistom, którzy przenieśli się, na Krym, rozdać od 5 do 10 sadzonek winogron. Kiedy Besarabię ​​przyłączono do Rosji w 1812 r., południe imperium zamieszkiwali niemieccy i szwajcarscy imigranci, zaproszeni przez rząd specjalnie w celu rozwoju winiarstwa. Znany biolog Peter Simon Pallas wkrótce otworzył szkołę winiarstwa w krymskim mieście Sudak, a Christian Steven założył Nikitski Ogród Botaniczny. Ziemia krymska, należąca niegdyś do Tatarów krymskich, została rozdysponowana przez carów, głównie urzędnikom rosyjskim. Duże obszary ziemi otrzymał zastępca cara w obwodzie noworosyjskim Michaił Woroncow. Wszyscy byli zainteresowani produkcją wina i bezkrytycznie importowali różne sadzonki na Krym, wraz z niektórymi przywieźli odwiecznego wroga winogron – filokserę, która do dziś daje się we znaki winnicom na półwyspie. Stopniowo winiarstwo nad Donem i Morzem Czarnym zaczęło się rozwijać, a wina rosyjskie cieszyć się coraz większą popularnością.

Jednak rozwój winiarstwa od czasów carskiej Rosji, a następnie w ZSRR, miał swoje własne cechy, które generalnie spowalniały rozwój tego przemysłu. Pod koniec XIX wieku na Krymie pojawił się książę moskiewski Lew Golicyn, który na Sorbonie studiował prawo rzymskie, a w Szampanii winiarstwo. Założył uprawę winorośli na Krymie, stworzył winnicę Abrau-Dyurso. W latach 1891-1898 piastował stanowisko naczelnego winiarza dóbr carskich, zgromadził jedyną na świecie kolekcję win z XVII-XX wieku.

Książę był nazywany „królem ekspertów”, ponieważ miał rzadką umiejętność rozróżniania odmian winorośli po samych liściach i określania cech odmianowych w mieszankach win. Golicyn jako pierwszy ze światowych winiarzy napisał traktat o związku między glebami, na których rosną winnice, a jakością produkowanego z nich wina. Jako pierwszy doszedł do wniosku, że „wino jest produktem tego obszaru”, który w jest podstawą wszelkiego winiarstwa.

Książę Golicyn, zwany „ojcem rosyjskiego winiarstwa”, jako pierwszy zauważył, że na południowym wybrzeżu Krymu ciekawe wina pozyskuje się wyłącznie metodą leżakowania. W ten sposób w starych piwnicach niektórych posiadłości narodziła się sława win deserowych Masandra. W 1898 roku wybudowano główne piwnice „Massandry”, w które car zainwestował 1 mln 100 tys. rubli. W rezultacie powstało siedem tuneli o łącznej długości dwóch wiorst. Wcześniej odbudowano piwnice Archaderesse w Sudaku. W latach 90. XIX wieku Golicyn założył winnice na Kaukazie, Kachetii i Tyflisie. Od tego momentu Kaukaz Południowy stał się de facto centrum winiarskim Imperium Rosyjskiego.

Jednocześnie pogoń za światową sławą była okrutnym żartem dla księcia Golicyna. Wieloletni winiarze w Sudaku zauważyli, że dobre wina musujące pochodzą z winogron uprawianych na okolicznych ziemiach. Zwrócił na to również uwagę Golicyn. Później nawet teoretycznie uzasadnił to zjawisko: na ziemiach wokół Sudaku zauważył wiele krzewów róż, jak np. w Szampanii we Francji. „Tam, gdzie rosną owoce róży, będą dobre winogrona do win musujących!” –  napisał. Zwrócił też uwagę na podobieństwo struktury ziemi wokół Sudaku do struktury ziemi w Szampanii. W celu produkcji win musujących Golicyn w 1878 roku kupił posiadłość Nowy Świat na Krymie, gdzie później uprawiał do 500 odmian winorośli i jako pierwszy w Rosji rozpoczął produkcję win musujących.

Pierwsze partie wina musującego, które z jakiegoś powodu od razu błędnie nazwano „szampanem”, wypuszczane przez Golicyna pod markami „Nowy Świat” i „Paradise” (1882), zyskały dużą międzynarodową popularność. W 1896 roku wino musujące Nowego Świata zostało podane podczas uroczystości koronacyjnych Mikołaja II w Moskwie i otrzymało znak „Koronacja”. A Światowe Targi w Paryżu w 1900 roku przyniosły Golicynowi Sparkling Grand Prix. Uważa się, że jego wino wygrało nawet z prawdziwym szampanem, słynnego winiarza hrabiego Chandona z Francji.

I tu Golicyn popełnił błąd. Zamiast promować swoje wino musujące jako wino krymskie, stało się ono powszechnie znane jako „szampan”, ponieważ dzięki temu można je było drożej sprzedać.

Problem pojawił się, gdy rozpowszechniły się międzynarodowe prawa autorskie i światowi winiarze opatentowali swoje marki wina. W latach 30. XX wieku w zakładzie Novy Svit w ZSRR produkowano wino musujące o nazwie Soviet Champagne, ale później światowy rynek, pod presją producentów autentyvznego szampana, odwrócił się od sowieckiego wino ze względu na jego nazwę. Jedna partia tego wina została zakupiona przez Niemcy w latach 80., ale uznano je za podrobione i nie trafiło do sprzedaży. Jednak wino musujące, udające szampana, było szeroko sprzedawane na rodzimym rynku rosyjskim.

W końcu producenci „szampana”, pozbawienie dostępu do światowych rynków, stracili motywację do utrzymywania wysokiej jakości. Klasyczna metoda jego wytwarzania trwała co najmniej 4 lata, była więc dość czasochłonna i utrudniała szybkie zwiększenie produkcji. Odeski Instytut Winiarstwa opracował więc tak zwaną akratoforyczną metodę wytwarzania win musujących. W dużych beczkach, tak zwanych akratoforach, pierwotny materiał winny  pompowany był dwutlenkiem węgla pod wysokim ciśnieniem. Taki „szampan” przestawał wytwarzać bąbelki gazu już po 10 minut, podczas gdy prawdziwy szampan „grał” przez kilka godzin. Ponadto jego smak będzie znacznie gorszy. Niemniej jednak takie podrabiane wino było szeroko sprzedawane w ZSRR również pod nazwą „sowiecki szampan”. Produkowano je m.in. w Donbasie i kilku innych sowieckich fabrykach.

Co charakterystyczne, ten proces fałszowania wina trwa do dziś. Po aneksji Krymu zakład New World kontynuował produkcję rosyjskiego szampana, łamiąc prawa autorskich.

A gdyby książę Golicyn zdobył się kiedyś na taki ruch marketingowy, że wino krymskie otrzymałoby swoją nazwę geograficzną, los jego wynalazku byłby zupełnie inny. Świadczy o tym doświadczenie wytwarzania kolejnego wina w samej Rosji. Tak więc na przykład wino Don Tsimlyanskoe jest uważane za najsłynniejsze rosyjskie wino na świecie, jest cenione właśnie ze względu na swoją nazwę geograficzną i niepowtarzalny smak. Podobnie jak na Krymie, Tsymlyanske powstało z autochtonicznych odmian winorośli. Przez wiele lat pozostawało modne na dworze królewskim. Można je również nazwać winem „literackim”: wzmianki o nim znajdują się w pracach Lermontowa, Turgieniewa, Niekrasowa, Czechowa, Puszkina. A istniejąca do dziś fabryka wina musującego Tsimlyansky nadal je produkuje.

Historia jest o tyle dziwna, że sam książę Golicyn znany jest również jako ideolog walki z fałszowaniem wina. Ale walczył wyłącznie z podrabianiem rosyjskich win. Już w 1903 r. przedstawił Mikołajowi II projekt ustawy, który był reakcją na decyzję Odeskiego Kongresu Wina, że wina z dodatkiem melasy, czarnego bzu, smoły, cukru buraczanego, alkoholu ziemniaczanego i innych szkodliwych dla zdrowia substancji mogą być prezentowane w handlu pod tymi samymi nazwami, co naturalne. Golicyn stanął wtedy w obronie honoru domowego winiarstwa, ale pozostał w mniejszości i nie odniósł sukcesu. Fałszerze pokonali go, ponieważ on sam skłonny był traktować swoje wino musujące jako klasyczny szampan.

Już w 1914 r. Rosja uchwaliła ustawę o produkcji wina, a także przepisy techniczne dotyczące jego wytwarzania. Dokument ustanowił ścisłą regulację jakości win, zakazującą dodawania soków owocowych, wody itp. Wraz z dojściem do władzy bolszewików ZSRR pozostał jednym ze światowych liderów w produkcji wina, ale produkty były niskiej jakości i nie mogły konkurować na światowych rynkach.

 

HUBERT BEKRYCHT: Ruchy sankcjopodopne UE umacniają Putina

Pojawiły się doniesienia agencyjne, że UE ma wprowadzić wobec Moskwy pakiet sankcji polegający na zakazie importu rosyjskiej ropy, ale… nie tej tłoczonej rurociągami…                          Za komuny w Domu Kultury przy Petrochemii Płock, z okazji rocznicy wybudowania kombinatu, ogłoszono konkurs plastyczny dla najmłodszych pod tytułem: „Ropa w oczach dziecka”. Odpowiedzialnych do tej pory nie wskazano.

Byłoby do śmiechu, gdyby nie sytuacja na Ukrainie. Europejski kraj na oczach „wolnego” świata walczy z ruską hordą zabijającą, gwałcącą, rabującą, a ci biurokraci z Brukseli zastanawiają się jak mieć ciasteczko i je zjeść.

Obłęd. Niemcy, Francuzi, Włosi, Skandynawowie i Benelux chyba gdzieś mają cierpienia Ukraińców. Boją się, że z powodu braku ropy i gazu tyłki im zmarzną. A zmarzną na pewno, jeśli ów twór – a może już potwór – zwany Unią Europejską, się nie obudzi.

Na razie śpią sumienia krajów członkowskich. Śpią smacznie i nie zmieni tego nawet nasza postawa. Cóż z tego, że Polska i m.in. Rumunia oraz kraje bałtyckie zachęcają do działania zdecydowanego wobec Rosji? Na Zachodzie jednak bez zmian. To przecież Rosja. Tutaj nie ma żartów. Ale czym to się skończy? Być może i oby nie, przed zasadniczym atakiem Moskwy na Ukrainę, Kreml będzie atakował hybrydowo włączając całą swoją agenturę w Berlinie, Brukseli, Paryżu i pożytecznych idiotów w tych i innych stolicach Starego Kontynentu. Pożytecznych idiotów, czyli wielu dziennikarzy również.

Może przywódcy Niemiec, Francji, Belgi, Holandii, Włoch myślą, że, kiedy będzie im brakowało paliwa wystarczy, tak jak prezydent Serbii, zadzwonić do Putina i serdecznie o ropę i gaz poprosić.

Tak, władcy Unii Europejskiej są cały czas w PRL-u, na wernisażu wystawy prac najmłodszych podopiecznych Domu Kultury Petrochemii Płock… W Brukseli ciągle „Ropa w oczach dziecka”.

Nikt nie zwariował, to tylko SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Odór po odejściu dziennikarza

Jakiego znowu dziennikarza? Czy Wy w SDP nie macie korekty? Nikt tego nie czytał przed publikacją? Tekst jest o odejściu mnicha! Mnicha! No luuudzie. Weźcie poprawcie ten tytuł. Jaki wstyd! Pewnie jeszcze na mnie zrzucą i na pośpiech, i że etatów za mało. Czytać to trzeba ze zrozumieniem, ze zrozumieniem! Teraz do rzeczy, to co poniżej zostawcie. Jasne? No dzięki, dzięki.

Odejście było niby spodziewane od dawna, ale nastąpiło gwałtownie i ze skutkiem natychmiastowym. Tuż przed odejściem mówiono, że zrósł się z klasztorem i trudno sobie wyobrazić klasztor bez niego. Peanom nie było końca. Za życia mówiono, że dał się poznać w jako czcigodny i tak też był w zasadzie przez wiernych traktowany. Niewierna bywa wierność wiernych… I co? I bęc!

Po jego odejściu tak wiele i tak szybko się zmieniło. „Doba jeszcze nie upłynęła od chwili zgonu, woń i zaduch zgnilizny rozchodziły się już, rażąc uczucia obecnych” – że przywołamy słowa nanosnego kronikarza. Nikczemnych i niskich ludzi smród wręcz uradował, oni się smrodem napawali. Dalej było już tylko gorzej.

Odór próbowano ukryć, ale on wisiał w powietrzu mieszając się ze zgorszeniem. Było go coraz więcej i stawał się intensywniejszy. Bohater nasz szybko po śmierci stracił całą swoją reputację, chociaż i za życia taki święty nie był, bo za cudze żony się brał. To pewne. Za cudze żony się brał. Cóż za upadek… Zaczęto szczegółowo rozpamiętywać żywot i za złe mu miano drobnostki zupełne.

Tłuszczy przychodziły do głowy w związku ze zgnilizną rozkładu takie nawet występki: „Nową modę zaprowadzał”, „ciału dogadzał, jadł na przykład konfitury wiśniowe z herbatą”, „na kolana przed nim padali, a on przyjmował to jako sobie należne”. Były nawet spekulacje, że jakaś komisja, że coś uwiecznili… Podłość, po trzykroć. Lud zauważył, że jak inni odchodzili, to nie było brzydkiego zapachu, a tu woń zwykłą, naturalną, choć owszem, nieprzyjemną zinterpretowano jako znak grzesznego żywota. Na jakiej podstawie?

W końcu nawet szaleńcom przyszło do głowy publicznie wypowiadać się w sprawie. Weźmy takiego ojca Feraponta: „Patrzcie na tego oto nieboszczyka — mówił, zwracając się do stojącego za progiem tłumu. — Postów nie zachowywał, strawę gotowaną jadał, ciału grzesznemu dogadzał, karmiąc je słodyczami. Ot i pokazał Bóg i sąd nad nim objawił; a jaki teraz wstyd! jaki srom!” Ręką można by machnąć, ale Alosza, Alosza… On uczeń czysty i wierny także zwątpił, gdyż w uszach brzmiało mu: „Skąd się to mogło wziąć? gdyby był tłusty, ale to skóra tylko i kosteczki”.

Cóż, dla publiki za szybko starzec i czcigodny mnich Zosima zaczął się rozkładać, dając tym znak antyświętości. Tacy to ludzie. A co ja Wam radzę na koniec, publiko? Czytajcie „Braci Karamazow”, są tam włókna duszy, chrząstki sumienia i nie traćcie powonienia.

WALTER ALTERMAN: Kłopoty z kolokwializmem i inne zmartwienia

Stałe związki frazeologiczne są nie do zmiany i mają być takimi jak są. A jednak ludzie ciągle próbują. Skutki takich manipulacji są – niezamierzenie dla autorów przeróbek – śmieszne. Oto dziennikarz telewizyjny mówi: „Ciekawe czym to się święci”. A stały związek frazeologiczny to: „Coś się święci”. Powiedzonka, przypowieści i maksymy są naszym wspólnym dorobkiem i dziedzictwem. Więc ich nie ruszajmy, nie zmieniajmy.

Innym przykładem jest klasyczne powiedzenie „Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki”, którego autorem jest Heraklit z Efezu. Ten filozof twierdził, że wszystko przemija, płynie (pantha rhei). „Niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki” – pisał Heraklit myśląc o tym, że woda w rzece, do której weszliśmy po raz pierwszy, dawno odpłynęła, a woda, do której wejdziemy po raz drugi, jest już inną wodą.      Sentencja jest mądra, ale nie wszyscy rozumieją jej znaczenie, zatem pojawiają się przeróbki. Spotkałem już w mediach takie wersje: „Nie można napić się dwa razy tej samej wody w rzece” oraz „Nie można dwa razy wykąpać się w tej samej wodzie”. Przy czym autorzy zawsze dodawali, że powiedział to Heraklit. Obie nowe wersje Heraklita są bez sensu. Nie można napić się wody z rzeki, bo rzeki są zatrute. A kąpać się dwa razy w tej samej wodzie jest okropieństwem higienicznym.

Stare powiedzenie „Raz pod wozem, raz na wozie”. Oznacza, że w życiu bywa różnie. Ale gdy słyszę „Raz na wozie, raz z wozem” – dębieję, jak zbyt długo trzymane w wodzie ziemniaki.

Dopytanie

„Mam do pana dopytanie” – mówi dziennikarka telewizyjna do rozmówcy. O ile z trudem znoszę „muszę pana jeszcze dopytać”, to „dopytanie” naprawdę mnie boli. Dlaczego nie można mówić po polsku? I mając niedosyt informacji powiedzieć: „Chcę jeszcze zapytać o…” albo „Czy mógłby pan bardziej sprecyzować swą wypowiedź?”

Ponieść zwycięstwo

Dziennikarz mówi: „Zawodniczka poniosła zwycięstwo”. Okropny błąd. Ponieść można porażkę, a zwycięstwo odnieść. Starożytni Grecy życzyli wyruszającym na bój, żeby „wrócili z tarczą lub na tarczy”. Znaczyło to, żeby walczyli dzielnie i do końca, żeby nie uciekali z pola bitwy. Stąd wzięło się polskie „ponieść porażkę”, bo poległych wojowników znoszono z pola bitwy na tarczach.

Wielka intelektualna przygoda spotkała mnie kilka lat temu, gdy pewien działacz związkowy, chcąc zaznaczyć, że wszystkie działania jego związku przeciw pracodawcy są zgodne z prawem, stwierdził, że to co robi związek (czyli on jako przewodniczący związku) jest „Le gratis”. W tym przypadku nie prostowałem, bo związkowiec był absolwentem zasadniczej szkoły zawodowej i nie chciałem się wymądrzać, jako wykształciuch.

Dlaczego dochodzi do tak śmiesznych pomyłek? Bo część ludzi uważa, że dobrze jest zbudować swój autorytet na znajomości myśli klasycznej.

Niemal i niecałe

Inny problem stwarzają dwa proste słowa: „niemal” oraz „niecałe”. Dziennikarz chcą podkreślić, że pewien zawodnik całkiem sporo zarobił, powiedział: „On już zarobił niecałe 4 miliony zł”. Teoretycznie można tak powiedzieć, ale gdy chcemy podkreślić, że dochody zawodnika są spore należałoby powiedzieć: „On już zarobił niemal 4 mln zł.” Niemal, znaczyłoby, że 4 mln zł to dużo, a niecałe że jednak nie zarobił tyle ile powinien.

Mianownik walczy z biernikiem

Ciągle natykam się na dziennikarskie mylenie mianownika z biernikiem. Sportowy sprawozdawca mówi: „Mamy obraz przypominający pierwszego seta”. A norma jest taka, że powinien powiedzieć: „Mamy obraz przypominający pierwszy set”. Owszem, gdyby drugi set odbiegał od pierwszego, dziennikarz mógłby powiedzieć: „Mamy obraz nieprzypominający pierwszego seta”.

Zasada w takich przypadkach jest prosta: Mam zdrowy ząb / Nie mam zdrowego zęba; Kupiłem dywan / Nie kupiłem dywanu; Znalazłem ten wihajster / Nie znalazłem tego wihajstra.

Wihajster

Przy okazji – „wihajster” jest cudownym słowem, spolszczonym niemieckim zwrotem. Gdy przed laty jakiś majster zapominał, jak się nazywa jakieś narzędzie, mówił do swego ucznia: „Podaj mi ten wihajster”. I uczeń już wiedział. A wihajster – dziś już słowo nie używane – pochodził od niemieckiego zwrotu „Wie heist er?” co po polsku tłumaczy się: „Jak on się nazywa?”.

Nieszczęsne ZOO

W dużym programie telewizyjnym poświęconym nowej atrakcji Łodzi, czyli Orientarium, dziennikarz oraz pracownicy łódzkiego Ogrodu Zoologicznego wielokrotnie wymawiali ZOO jako zo. Ciekawe czy ci ludzie wy mawiają nazwę zespołu ABBA jako aba, albo śpiewają pieśń „Abba  ojcze…” jako „Aba ojcze…”?

Co prawda w języku polskim wyrazów z podwójnymi głoskami nie ma, ale są w wielu obcych słowach, które zagościły u nas na dobre. Poza tym, zoologia jest oficjalnym przedmiotem w szkołach, więc jak to jest z nauczycielami? Też mówią: „Otwórzcie teraz podręcznik do zologi”?

Kolokwialnie

Słowem z dużą karierą w mediach, w ostatnich latach, jest „kolokwializm”. Słownikowo  kolokwialny to język potoczny, niedbały.

Wzruszył mnie niedawno pewien poseł, który w zaciętej dyskusji stwierdził: „Ja powiem kolokwialnie… Nie podoba mi się polityka opozycji”. Zastanowiłem się i nie znalazłem niczego kolokwialnego w jego stosunku do opozycji. Gdyby powiedział: „Niech opozycja spada na drzewo…” – to wtedy tak, to byłby kolokwializm.

I coraz więcej osób, chcących być na topie językowym, mówi że powie coś kolokwialnie. Wychodzi na to, że wstydzą się własnego obrazowania, własnych metafor i dosadności. Czyli stali się niewolnikami mody… na kolokwializm.

Słyszę, jak sprawozdawca meczu piłki nożnej mówi: „Teraz jedziemy w drugą stronę… Mówiąc kolokwialnie”. Piłka nożna, jak wszystkie dyscypliny sportu (może poza żeglarstwem, polo i krykietem) są zajęciami prostymi i dla prostych widzów. Moim zdaniem wypowiedź, że jedziemy w drugą stroną jest całkiem poprawna, jak na sport. Tymczasem sprawozdawca zaznacza, że mówi kolokwialnie. Niepotrzebnie daje swoje zdanie w cudzysłów, bo bardzo dobrze mówi. Naprawdę nie należy od sprawozdawców oczekiwać języka profesorów zarządzania. Sport jest fajny, bo prosty. I taki też powinien być język komentatorów.

Gdyby jeszcze jakiś profesor ekonomii powiedział, że gospodarka leci na łeb, na szyję – zamiast cytować i porównywać dane – wtedy zastanowiłbym się nad jego językiem. Chociaż wolę język emocji, dosadnych porównań i prostych metafor. Bez udawania kogoś innego.

Cudzysłów

Ostatnio trochę zniknęła z ekranów maniera, że mówiący, nagle – mówiąc kolokwialnie – ni z gruchy, ni z pietruchy, unosił obie dłonie na wysokość swojej twarzy, potem z obu dłoni wysuwał po dwa palce – wskazujący i środkowy – i robił nimi w powietrzu niby cudzysłów. Przy tym mówił, że przeciwnik w dyskusji ma duże poczucie humoru, albo że przeciwnik chce go rozbawić. I tymi czterema palcami robił w powietrzu te niby znaki cudzysłowu. Miało to oznaczać żart albo coś w rodzaju: nie mówię tego poważnie. Czasami dyskutant zaznaczał przy okazji: nie mówię tego poważnie i dziobał palcami powietrze.

Straszliwie to było głupie. Bo albo gość z telewizji ma mi coś do powiedzenia serio, albo żartuje. Do żartów też ma prawo. Ale naraz mówić serio i machać palcami? Niepoważne.

Jeszcze raz perspektywa

Znowu słychać w telewizji, głównie w programach sportowych, że: „To bardzo ważna piłka, z perspektywy Badosy”. Dlaczego nie „z punktu widzenia?” Albo inaczej „To ważna piłka, szczególnie/ głównie dla Badosy”.

Miejscówka

Zawsze tak było, że język młodzieży tworzył nowe słowa, lub starym słowom nadawał nowe znaczenia. Zresztą, takie nowości żyły krótko, ustępując miejsca nowym językowym kombinacjom nastolatków. Jest to w sumie zabawne. Ale do czasu.

Mnie przestaje to bawić, gdy dorośli zupełnie bezmyślnie, lub chcąc się podlizać młodzieżowemu odbiorcy, zaczynają serio mówić, że jakieś miejsce, to fajna „miejscówka”. Cierpię, gdy widzę panie dziennikarki, w wieku mocno post-balzakowskim, które mówią, że była w fajnej miejscówce. Przecież nikt się nie odmłodzi, nawet dzięki miejscówce! Nawet gdyby była to miejscówka w gabinecie urody.

Fizjonomia

„Fizjonomia Andrescu jest taka, że ma piękne nogi i mogłaby być modelką” – powiedziała, komentując mecz tenisa, pani komentator.

I proszę, znaczenie fizjonomii zaczynało się od budowy i cech szczególnych twarzy, ale teraz zeszliśmy znacznie niżej. Jedno w tym dobre, że niżej już językowo nie można.   

Diagnoza

Czasami zastanawiam się czy telewizje i radiostacje nie emitują przypadkiem, poza normalnymi falami zasadniczego programu, pewnych tajnych fal.  A te tajne fale mają silny wpływ na osoby słabo mówiące po polsku. I ci słabosilni w języku, pod wpływem tych niejawnych częstotliwości, zrobią wszystko, żeby zostać dziennikarzami radiowymi i telewizyjnymi. Dowodów na to nie mam, ale poważne podejrzenia i owszem.

 

 

O emisję filmu o Annie Solidarność apeluje STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Ciało matki

Prezes, brat, demokratycznie wybrany lider kraju mówi: to była zbrodnia, zamach. I nic to nie zmienia. Dochodzenie, przeciąganie, trwa nadal. Prawdę o smoleńskiej tragedii pokazano. Był emitowany w najważniejszym kanale film, efekt pracy komisji Macierewicza, a potem kolejny rzetelnie dokumentujący Ewy Stankiewicz. Jest wojna – agresja zbrodnicza wobec naszego sąsiada i nadal są ludzie kpiący, wyśmiewający wszystkie te ustalenia.

Przez 10 lat Jerzy Zalewski pracował nad filmem dokumentalnym o życiu i śmierci Anny Walentynowicz. Od 2 lat reżyser czeka na odpowiedź Telewizji Polskiej w sprawie emisji i zapłacenia za pracę ukończoną: 100 minut, które powinno zostać pokazane społeczeństwu.

W filmie syn i wnuk Pani Anny idą śladami matki i babci, kobiety niezwykłej. Idą śladami jej życia od rodzinnej wioski po pracę w Stoczni Gdańskiej, w której zmieniła się naszą historia. To film pokazujący prawdę o latach późniejszych aż po śmierć w stalowej klatce płonącego, rozbitego na tysiące fragmentów samolotu. Zalewski, autor dziesiątek programów telewizyjnych, dziennikarz, dzięki któremu zostały zarejestrowane rozmowy z elitą intelektualną kraju, reżyser, wybitny twórca nie może doczekać się nawet odpowiedzi od władz TVP.

Kilka tygodni temu Tomasz Sakiewicz zdecydował o wyemitowaniu filmu, ale to za mało, bo „Republika” ma niewielką widownię. Oczywiście chwała Sakiewiczowi, że przynajmniej on to zrobił. Ranga sprawy wymaga jednak by zrobić więcej: nagłośnić i promować, pokazać w najlepszym czasie w jedynce TVP. A potem zaprosić do publicznej rozmowy ludzi mądrych, uczciwych, związanych szlachetnie z tym co tu i teraz.

Odszczepieńcy, zaprzańcy są w każdym kraju. Są zdrajcy sprawy narodowej, interesów kraju, ludzie głupi i podli, ale niech w końcu przemówią, ci którzy w ogóle coś ważnego zrobili, napisali, nakręcili, skomponowali.

Plewy od ziarna różnią się. Lobbysta interesów cudzych żywi się przekupnym ochłapem. Zawsze tacy byli i będą. Ale póki co mamy jeszcze praworządne państwo. To, że „wybrańcy” dyskutują, a nawet kłócą się nie wystarczy. Mijają nie miesiące a lata.

W filmie Zalewskiego świadectwo dają synowie. Widzieli w Moskwie ciało matki prawie nieuszkodzone, a po wymuszonej ekshumacji w trumnie wydobytej i otwartej to co zobaczyli było już nie do rozpoznania.

To wymaga wyjaśnienia. Najpierw jednak ludzie muszą zobaczyć i usłyszeć co mówią synowie nieustępliwi w dochodzeniu prawdy. Ciało matki dla syna jest święte. Zbrodnia nie do przedawnienia. Panie prezesie Jacku Kurski, dlaczego nie chce Pan emitować tego filmu?

Smoleńsk to jednak niezakończona sprawa.

Lot Tupolewa na pewno został zarejestrowany. Są różne taśmy prawdy. Te ciągle czekają na ujawnienie. Ale najpierw, Panie prezesie Kurski, niech każe wyemitować film o Annie Walentynowicz zrealizowany przez Jerzego Zalewskiego.

WALTER ALTERMANN: Wielbiciele broni, obrońcy zwierząt i powietrza, czyli wojenne przypadki

Niedawno pisałem o tym, że bardzo wielu handlarzy bronią naciska rząd do zmiany prawa na ich korzyść, poprzez wmawianie opinii publicznej, że w Polsce dostęp do broni powinien być łatwy i powszechny. I jednoznacznie sugerują ci „zbrojmistrze narodu”, że razie wojny będziemy mieli gotowych i w pełni przygotowanych, bo obytych ze strzelaniem, obywateli-żołnierzy. Pisałem nawet, że wojsko to nie gromada entuzjastów strzelaniny. I nadal tak uważam. Tym bardziej, że 24 maja 2022 roku w teksańskiej szkole podstawowej w Uvalde szaleniec zabił 19 dzieci i dwoje nauczycieli. To jest kolejny taki przypadek w USA.

Mordercą jest 18-latek Salvador Ramos. Miał on, kilka minut przed rozpoczęciem ataku, wysyłać SMS-y do dziewczyny mieszkającej we Frankfurcie. W tych wiadomościach miał skarżyć się, że jego babcia „…rozmawia przez telefon z AT&T (operator teleinformatyczny w USA – red.) w sprawie mojego telefonu. To denerwujące” – pisał Ramos. Pierwszy jego post brzmiał: „Zamierzam zastrzelić moją babcię”. Potem pisał: „Zastrzeliłem moją babcię”. Trzeci post, zamieszczony 30 minut przed napaścią: „Zamierzam strzelać w szkole podstawowej”. 66-letnia Celii Gonzalez postrzelona przez wnuka w głowę przeżyła i zdążyła zadzwonić na policję. Jest w szpitalu. Matka Ramosa, Adriana Reyes, wyraziła zaskoczenie masakrą. „Mój syn nie był osobą agresywną. Jestem zaskoczona tym, co zrobił” –   mówiła dziennikarzom, dodając, że się modli za ofiary.

Po tym przypadku nawet prezydent Biden powiedział, że pora wreszcie zaostrzyć przepisy o dostępie do broni. Przywołuję zdanie prezydenta USA, bo tam lobby produkujące broń ma ogromną siłą polityczną. I mimo to prezydent Biden odważył się powiedzieć prawdę, Choć może mu ta prawda zaszkodzić przy wyborach. Tymczasem u nas reklama „strzelectwa” trwa w najlepsze.

Wszystkim Paniom i Panom Posłom, Senatorom, którzy będą kiedyś zastanawiali się nad podniesieniem ręki za złagodzeniem polskiego prawa o dostępie do broni, dedykuję poniższy dwuwiersz Jana Kochanowskiego, pochodzący z „Pieśni o spustoszeniu Podola przez Tatarów”. Zaznaczając od razu, że Kochanowski nie był lewakiem, oraz że bardzo kochał swą ojczyznę, czego dał dowody w życiu oraz w literaturze. Może warto słuchać wielkich Polaków?

Nową przypowieść Polak sobie kupi,

że i przed szkodą i po szkodzie głupi.

 

Wojna a słabe umysły

Wojna na Ukrainie bardzo też oddziałuje na słabsze umysły. Oto nasi obrońcy zwierząt ogłosili, że wojna musi się skończyć, bo przez nią ginie i cierpi wiele zwierząt. Sprawa jest oczywista, ale skoro są tacy, co piszą takie durnoty, muszą być i tacy, którzy dadzą im odpór. Biorę to na siebie.

Szanowni Obrońcy Przyrody i Zwierząt,

człowiek jest koroną świata i stoi na szczycie wszelkiego stworzenia. Zatem, ochrona życia człowieka jest również ochroną świata żyjącego. Nie można na jednej szali kłaść życia człowieka a na drugiej psa, kota czy chomika, oczekując, że waga nie drgnie. Oczywiście jest mi niezmiernie przykro, gdy myślę o losie porzuconych na Ukrainie stworzeń domowych. Bardzo się też wzruszyłem, gdy zobaczyłem w telewizji starszą kobietę, która szła do polskiej granicy niosąc na rękach dużego psa. Jej zachowanie świadczy najbardziej o człowieczeństwie. Uważam, że ten krótki film mówi więcej o dobrych ludziach, niż setki politycznych wystąpień w obronie Ukrainy. Tak jest, cierpienie zwierząt bardzo boli normalnych ludzi.

            Natomiast Państwa wystąpienie świadczy jedynie o tym, że spośród wszystkich cierpiących istot na Ukrainie wybieracie zwierzęta. Wasze działania, wasze ruchy i programy są w istocie nową religią. To piękne, że stajecie w obronie przyrody, ale mój strach budzi to, że bierzecie w obronę tylko przyrodę. Podejrzewam, że Wy po prostu nie lubicie ludzi. Po części macie nawet rację, bo ludzie – nie zwierzęta – mordują, kradną, malwersują, kłamią, wywołują wojny, trują glebę, wody i powietrze. Ludzie też – nie zwierzęta – donoszą, zdradzają przyjaciół i w ogóle skłonni są do największych okropieństw. Tacy są ludzie, wszak my wszyscy to: KAINOWE PLEMIĘ.

            Chciałem napisać, że ludzie to świnie, ale w tym przypadku byłby to zoologizm – a świnie przecież są w porządku.

            Co do mnie – lubię ludzi jako gatunek boskiego stworzenia. Choć znam wielu osobników, których serdecznie nie cierpię. Mam nawet poważny problem, bo modląc się powtarzam przecież: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. I chyba nie jestem dobrym chrześcijaninem, bo ciągle jakoś odkładam na czas przyszły nieokreślony odpuszczenie tym, których nie lubię i mam ku temu powody.

            Szanowni Obrońcy Ziemi – kochajcie choć w połowie ludzi, tak jak kochacie zwierzęta.

 

Czyste powietrze jako wojenny terror zielonych

Zupełnie inaczej niż z obrońcami zwierząt, jest z obrońcami czystego powietrza. Na nich wojna nie wpłynęła w ogóle i całkiem jej nie zauważają. Nadal walczą o świeży luft i brak smogu.

Oto interesujący fakt z pola walki o czyste powietrze. Oto 18 maja odbyło się pierwsze posiedzenie sądu w sprawie wytoczonej przez Greenpeace przeciwko największemu emitentowi CO2 w Polsce spółce PGE GiEK, przed Sądem Okręgowym w Łodzi. Rozprawa została odroczona. Data kolejnego posiedzenia zostanie wyznaczona w zależności od decyzji PGE GiEK w sprawie opracowania strategii dekarbonizacji spółki.

            My oczywiście będziemy kontynuować nasze działania na rzecz ochrony klimatu – powiedział Piotr Wójcik, analityk rynków energetycznych w Greenpeace. – Za nami pierwsze posiedzenie. Potwierdziło się, że PGE GiEK nie ma strategii dekarbonizacji, więc sąd zobowiązał koncern, by do 10 sierpnia podjął decyzję, czy taką strategię opracuje. Liczymy na to, że koncern się tego podejmie i że będzie ona zakładać konkretny i ambitny harmonogram redukcji emisji. Oczywiście równolegle w Polsce musi zostać odblokowany rozwój odnawialnych źródeł energii i podnoszenia efektywności energetycznej, ale to już zadanie dla rządu.

Ja pana Wójcika rozumiem, ale czy naprawdę w sytuacji wojennej, w sytuacji słusznie zastosowanego embarga na surowce energetyczne z Rosji, co spowodowało ogromny wzrost cen energii w Europie i Polsce, czy teraz właśnie jest czas na podnoszenie tego problemu? A nie martwią Greenpeace zniszczenia środowiska na Ukrainie, dokonywane właśnie przez Rosję? A zatrucie środowiska przez rakiety, wybuchy klasycznej broni, niszczenie życiodajnej ukraińskiej ziemi? A ludzie, ginący od bomb – też Pana nie martwią?

Obrońcy czystego powietrza to poważna sekta. Teoretycznie mają rację, bo – globalne ocieplenie, zatrucie środowiska groźne dla ludzi, przyszłość naszego gatunku w ogóle… Niby racja jest po ich stronie, ale podejrzewam, że oni gotowi są bronić Czystej Ziemi do ostatniego człowieka.

Pierwszy kłopot z obrońcami czystego powietrza to fakt, że w parlamentach bogatych krajów – takich jak Niemcy i Francja – są znaczącą siłą polityczną i trzeba się z nimi liczyć. Są także poważną siłą w Parlamencie Europejskim. I jako ta licząca się siła forsują swoje pomysły dla całej Unii Europejskiej. Przy tym – nie zauważają, że dochód narodowy Francji czy Niemiec jest nieporównywalnie większy niż Bułgarii, Rumunii, Polski. I nie chodzi tylko o dochód – chodzi też o zasoby materialne i finansowe poszczególnych państw. A według Zielonych terminarz na odejście od węgla, pochodnych ropy naftowej czy nawet energii jądrowej, jest taki sam dla wszystkich. A to – proporcjonalnie do zamożności różnych krajów wchodzących w skład UE – może być niemożliwe do realizacji. Lub – po prostu – wykończy kraje biedniejsze.

Co prawda 27 maja br. wicepremier Jacek Sasin ogłosił, że niedługo zarobki Polaka dorównają zarobkom Niemca. Co prawda nie podał daty, ale tak ważne słowa padły. Ekonomiści – różnej politycznej maści – twierdzą, że najwcześniej może się tak stać za 25 lub 30 lat. Pod tym jednak warunkiem, że gospodarka Niemiec stanie w miejscu, a nasza będzie się rozwijać. Jeżeli jednak zauważymy, że nasza gospodarka jest silnie uzależniona od gospodarki niemieckiej, to nie wiem na jaki cud pomiędzy Odrą a Bugiem, Bałtykiem a Tatrami liczy wicepremier.

Póki co Polska ma najważniejszy problem od czasu transformacji ustrojowej. Rzecz w tym, że znaleźliśmy się w towarzystwie bogatych państw, które stać na dużo więcej niż nas. To zupełnie jakby biedny nauczyciel znalazł się towarzystwie bogatych dyrektorów koncernów i banków, którzy kilka razy w roku obdarzają się drogimi prezentami, i od nauczyciela oczekują równie drogich dowodów przyjaźni. A jego, tego nauczyciela, po prostu nie stać.

Być może obrońcy powietrza nie znają starego przysłowia, które poucza: „Zanim gruby schudnie, chudy umrze”.

WALTER ALTERMANN: Wstrzemięźliwość, czyli czego nie zrozumiał Kissinger (2 -ost.)

Z  jednym Europa i świat mają się teraz dobrze – Kissinger nie jest już sekretarzem stanu USA, czyli ministrem. Nie jest też nawet prezydenckim doradcą. I może dlatego USA dzisiaj zachowują się normalnie. A nawet wzorcowo. I naprawdę postępują jak ojczyzna demokracji.

Czas na drugą i – na szczęście – ostatnią relację ze społecznych skutków wypowiedzi 98-letniego Henrego Kissingera w Davos, gdzie po raz pierwszy od wybuchu pandemii zebrali się możni tego świata.

Były szef amerykańskiej dyplomacji wezwał Zachód do: „…zaprzestania zadawania miażdżącej klęski siłom rosyjskim w Ukrainie”, albowiem będzie to miało – jego zdaniem – katastrofalne konsekwencje dla stabilności Europy. Stwierdził również, że wojna nie może trwać dłużej i Zachód powinien zmusić Ukrainę do zaakceptowania ustaleń negocjacyjnych, które „znacznie odbiegają od jej obecnych celów wojennych”.

Wstrzemięźliwość jest jedną z postaw, zalecanych przez Kościół. Dotyczy jednak spraw ciała, głównie jedzenia oraz seksu. Natomiast wstrzemięźliwość nie jest żadną zasadą przy uprawianiu polityki. W polityce natomiast liczy się skuteczność w realizowaniu celów. Zastanówmy się zatem, jakie cele mają niektóre państwa europejskie w stosunku do wojny na Ukrainie, co powoduje tak dalece posuniętą wstrzemięźliwość tych państw.

Wstrzemięźliwi Niemcy, Włosi i Francuzi

Naczelną zasadą, którą kierują się Niemcy i Włosi jest zasada „sporej odległości”. Chodzi o to, że od Rosji dzieli ich o wiele więcej kilometrów niż Polskę, Litwę, Estonię i Łotwę. O ile Włosi nie narażają przy tym „sojuszników”, to Niemcy już tak. Narażają nas na podleganie wpływom (w najlepszym wypadku) Rosji. Najlepszym tego dowodem jest budowa dwóch rurociągów Nord Stream. Są one dowodem, że Niemcy chcieli utrzymywać dobre i korzystne kontakty z Rosją bezpośrednio, z pominięciem, a nawet wbrew zasadom bezpieczeństwa sojuszników z NATO i partnerów z Unii Europejskiej.

Teraz Niemcy zachowują się tak, jakby było im jedynie przykro, że doszło do czegoś takiego, że to nieładnie, że szkoda, iż na Ukrainie giną ludzie. Czyli – ich wstrzemięźliwość przeszła w żal. To naprawdę zadziwiające, że państwo, które od zakończenia II wojny światowej, mieni się ostoją demokracji rozumie tę demokrację jedynie jako wolność do robienia interesów, nawet z diabłem.

Francuzi z kolei zachowują się tak, jakby bez biznesów z Rosją Putina ich państwo mogło się rozpaść na małe regiony. Nie słyszeli, że każda wojna kosztuje? Nie dociera do nich, że jako członkowie NATO powinni mieć dużą (bo Francja jest dużym krajem) i silną armię. Tragikomiczne jest to, że od 20 lat Francuzi wespół z Niemcami budują nową generację czołgów. Ostatnio podobno jeden prototypowy egzemplarz nawet zaczął jeździć, choć jeszcze nie strzela. Poza tym, Francuzi od czasów klęski Napoleona na rozległych połaciach Rosji, mają jakąś zadziwiającą atencję dla Rosjan, twierdzą nawet, że są jej naturalnym historycznym sojusznikiem…

Mocarstwowa wstrzemięźliwość Węgier

Jest jeszcze jedno państwo o bardzo rozbudowanej wstrzemięźliwości, nieproporcjonalnie dużej, jak na tak mały kraj – Węgry. Od północy 26 maja premier Viktor Orban wprowadził na terenie całego kraju stan wyjątkowy. A oto uzasadnienie: „Wojna zagraża naszemu bezpieczeństwu fizycznemu, a także zagraża dostawom energii i bezpieczeństwu finansowemu gospodarki i rodzin. Widzimy, że wojna i sankcje w Brukseli doprowadziły do ogromnych wstrząsów gospodarczych i drastycznego wzrostu cen. Świat stoi na skraju kryzysu gospodarczego. Węgry muszą trzymać się z dala od tej wojny i chronić bezpieczeństwo finansowe swoich rodzin. Stan wyjątkowy da pole manewru i możliwość natychmiastowej reakcji na skutki wojny w sąsiedniej Ukrainie” – powiedział szef węgierskiego rządu.

Nie wiem co konkretnie zamierza rząd Węgier, ale zapowiedzi są stanowcze. To jest zresztą klasyczna zasada: im mniejsze państwo, tym jest bardziej stanowcze. Dr Dominik Héjj, politolog specjalizujący się w tematyce węgierskiej napisał: „To nie jest stan wojenny. To jest stan, który da premierowi ogromne uprawnienia, jak w pandemii, rządzenie dalej rozporządzeniami”.

Co prawda nie wiadomo, co zamierza Orban, ale temperaturę wszystkim Węgrom jednak podwyższył, oskarżając Brukselę o wprowadzenie sankcji na handel z Rosją. Zapamiętajmy to – Orban nie ma pretensji do Rosji, ale do Unii Europejskiej. Węgry od początku wojny zachowują się dziwnie. Orban wspomniał nawet ostatnio, że kiedyś Węgrzy mieli porty. Na co oburzyła się Chorwacja, bo teraz te adriatyckie porty są jej.

Przedziwne jest to, że Węgrzy ciągle żyją sprawą Trianon, ciągle to ich boli. A było tak – 4 czerwca 1920 roku, w Wersalu, zawarto traktat pokojowy między Węgrami a państwami Ententy. Głosił on powstanie Królestwa Węgier. W istocie traktat regulował przede wszystkim sprawy narodów i ziem, które wchodziły przed wojną w skład Austro-Węgier. Bo Węgry były przecież częścią upadłego właśnie imperium, a tym samym dla wielu narodów były bezpośrednim ciemiężycielem. Tego oczywiście Węgrzy do dzisiaj nie chcą przyjąć do wiadomości, bo oni też uważają się za ofiary Austro-Węgier. Śmieszne, ale tak właśnie jest.

Na mocy traktatu Trianon Węgry uznały niepodległość Czechosłowacji oraz Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców. Znaczna część obszaru Węgier została podzielona między sąsiadów:

  • Rumunia przejęła Siedmiogród oraz części Kriszany, Marmaroszu i Banatu;
  • Czechosłowacja dostała tereny dzisiejszej Słowacji (Górne Węgry) i Ruś Zakarpacką;
  • Królestwo SHS, czyli Kraljevina Srbov, Hrvatov i Slovencev, zwane pierwszą Jugosławią – uzyskało Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, część Baczki oraz Banatu.

W wyniku traktatu Węgry utraciły dostęp do morza, niemal dwie trzecie ludności (pozostało 8 z 21 milionów) oraz dwie trzecie obszaru państwa (pozostało 93 tys. km² z 325 tys. km²). Poza granicami Węgier znalazło się 3,5 miliona Węgrów, głównie w południowej Słowacji i siedmiogrodzkim Seklerlandzie oraz części Wojwodiny. Stanowiło to ⅓ tego narodu.

Myślę, że Węgrzy (spora ich część) nie chcą zrozumieć, że w I wojnie światowej walczyli po stronie Austrii i Niemiec, że w wyniku przegranej ich imperium upadło, że w skład Królestwa Węgier – tego sprzed I wojny światowej – wchodziły narody, które chciały, i miały prawo do niezależności.

Turcja, czyli wstrzemięźliwe mocarstwo regionalne

Od dawna Turcja, która ma największą – po Rosji – armię w Europie i będąca członkiem NATO wykorzystuje każdą okazję, by cokolwiek utargować. Ja wiem, że to naród handlowy, ale są przecież granice przyzwoitości.

Pamiętajmy, że to Turcja blokowała wejście Polski do NATO, a dała się w końcu łaskawie przekupić zgodą Polski na otwarcie naszego rynku na wyroby tureckiego przemysłu lekkiego. Spowodowało to błyskawiczny upadek naszego przemysłu włókienniczego, odzieżowego i skórzanego, bo te przemysły są w Turcji dotowane przez państwo nawet do 60 procent.

Teraz Turcja targuje się o zgodę na wejście Finlandii i Szwecji do NATO. Chce, żeby USA zdjęły z nich embargo na nowoczesną broń. Chce też, żeby świat zapomniał o dyktaturze Erdogana, o procesach dziennikarzy, o prześladowaniu ludzi opozycji w Turcji i brutalności wobec Kurdów. Mały handelek przy tragedii i okrucieństwach wojny? Ależ owszem.

I tak toczy się ten światek – jak pisał Wolter. Od wzniosłości – do drobnego handelku, od szczytnych zasad – do leczenia małych kompleksów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Kissinger, czyli historia wraca w formie farsy (1)

Czy historia rzeczywiście czegokolwiek nas uczy? Czytając o obecnej dyskusji w Davos, trzeba powiedzieć: „ Nie bardzo”. Jednym z kulturowych dogmatów polskiego wychowania dzieci jest szacunek dla starszych. Takie założenie jest – owszem – słuszne i prorodzinne, ale w życiu społecznym przynosi często tragiczne skutki.

Czytając wystąpienie w Davos Henry’ego Kissinger’a, człowieka 98-letniego, byłego sekretarza stanu USA, doświadczonego amerykańskiego dyplomaty, który dostał nawet Pokojową Nagrodę Nobla – trzeba powiedzieć wyraźnie: nie słuchajcie starców. Starość to jednak znaczne ograniczenie sprawności fizycznej, mnóstwo przykrych dolegliwości chorobowych, a nawet zmniejszenie sprawności umysłowej. I tego właśnie Kissinger dał mocne dowody właśnie w Davos, w czasie dyskusji o wojnie na Ukrainie.

Przerwać walkę

Wezwał on Zachód do: „Zaprzestania zadawania miażdżącej klęski siłom rosyjskim w Ukrainie”, albowiem będzie to miało – jego zdaniem – katastrofalne konsekwencje dla stabilności Europy. Stwierdził również, że wojna nie może trwać dłużej i Zachód powinien zmusić Ukrainę do zaakceptowania ustaleń negocjacyjnych, które „znacznie odbiegają od jej obecnych celów wojennych”.

Jako uznany negocjator – bo to on prowadził rozmowy z Wietnamczykami, w sprawie zakończenia wojny z USA – stwierdził, że: „Negocjacje muszą rozpocząć się w ciągu najbliższych dwóch miesięcy, zanim wywołają wstrząsy i napięcia, których nie będzie łatwo przezwyciężyć. Idealną linią podziału powinien być – według niego – powrót do status quo ante, czyli stanu sprzed wojny. Prowadzenie wojny poza tym punktem nie byłoby kwestią wolności Ukrainy, ale nową wojną przeciwko samej Rosji – powiedział Kissinger. Ostrzegł przed „pchaniem Rosji do stałego sojuszu z Chinami”, do czego przywódcy europejscy nie powinni dopuścić.

400 lat Kissingera

Żeby zaś nie było niejasności w ocenie kto napadł, kto morduje, pali i obraca w popiół Ukrainę, Kissinger powiedział coś, czego nawet po blisko 100-letnim starcu nie spodziewałbym się. Powiedział, że Rosja od 400 lat jest istotną częścią Europy oraz była „gwarantem europejskiej równowagi struktur sił w krytycznych czasach”.

Zatrzymajmy się przez chwilę nad tą rewelacją noblisty. Jeżeli ktoś twierdzi, że przez ostatnie 400 lat, a zatem, mniej więcej, od początków XVII wieku Rosja była gwarantem stabilizacji i pokoju w Europie, to albo nie zna historii Europy, albo też tak mocno przyzwyczaił się do reprezentowania interesów amerykańskiego imperium, że za nic ma pozostałe części świata.

W doktrynie politycznej USA, od początków istnienia tego państwa, był izolacjonizm wobec innych części świata, poza trzema Amerykami. Stany Zjednoczone dość szybko zagarnęły ziemie sąsiadów, że wspomnę Teksas – zaanektowany w 1845 i Kalifornię – 1850. Potem zapanowały nad Ameryką Środkową, którą skazały na narzucana przez siebie dyktatury oraz produkcję rolną, i surowcową. Następnie podporządkowały sobie politycznie Amerykę Południową. Chciały nawet zająć Filipiny, ale się nie udało.

Okrucieństwo 

Owszem USA przystąpiły do obu wojen światowych, ale do pierwszej po głębokiej rozwadze i liczeniu ewentualnych zysków. Przed przystąpieniem do I wojny światowej bowiem  ówczesny prezydent spotkał się z grupą największych producentów uzbrojenia i amunicji, i okazało się, że udział w wojnie może się opłacać. Do II wojny USA przystąpiły dopiero wtedy, gdy same zostały zaatakowane przez Japonię.

O ile chodzi o Kissingera, to dziwi, że sam zaznawszy okrucieństwa totalitarnego systemu –   hitleryzmu, nie rozumie czym był ZSRR. Otóż Kissinger wraz z rodzicami wyemigrował z Niemiec, jako Żyd, w roku 1938. Czy zupełnie wyparł ze swej psychiki 6 lat strachu i upokorzeń pod rządami Hitlera? Przecież nie był wtedy oseskiem, bo urodził się w roku 1923. Po wojnie służył w armii USA, jako oficer śledczy na terenie Niemiec i odnajdował ukrywających się niemieckich zbrodniarzy. Miał nawet na tym polu spore sukcesy. I co? Wyparł swój życiorys z pamięci?

Statystyka i nie tylko

Teraz policzmy te 400 lat, kiedy „można było liczyć na Rosję”, liczmy „od tyłu”:

XX wiek – kilkanaście lat to oświecony, ale w końcu feudalizm carski. 70 lat przypada na rosyjski komunizm, a ponad 20 lat, już w XXI wieku, na dyktaturę Putina. Kissinger nie wie, zapomniał, nie dotarło do niego, że ZSRR podbił i zniewolił całą Europę Środkową? Nie słyszał o Katyniu, o masowych mordach na Polakach? Nie słyszał o Wielkim Głodzie na Ukrainie i milionach umierających obywateli ZSRR w Gułagach? Wreszcie, czy Kissinger nie słyszał, że według Putina, upadek ZSRR był największa katastrofą, jaka spotkała Rosję. i że marzeniem rosyjskiego satrapy jest powrót Rosji do granic ZSRR? Taka niewiedza nie uszłaby nawet maturzyście, nawet w USA.

Przez cały XIX wiek Rosja umacniała swą pozycję imperium, mordując i wywożąc na Syberię Polaków, Litwinów i Ukraińców, którzy chcieli wolności. On być może nie wie, ale my tutaj pamiętamy o dwukrotnej, bezmyślnej rzezi warszawskiej Pragi. A o udziale Rosji w podbiciu Chin, i wymuszeniu na Chińczykach płacenia niewyobrażalnie wysokiego trybutu?

Wiek XVIII – to ekspansja Rosji na Wschód i Zachód i podboje wielu narodów, w tym               walny udział w rozbiorach Rzeczpospolitej.

Wiek XVII – to powstanie imperium Romanowych, które powstało przy pomocy miecza. A przede wszystkim zniewolenia Rosjan, sprowadzenia ich do roli pozbawionych praw obywatelskim mużików.

XVII wiek, to wykuwanie samodierżawia, z całym jego opresyjnym prawem i zwyczajami.

Rosja wybawcą Kissingera?

Może być i tak, że Kissinger, jak wielu dzisiejszych Żydów, uważa Rosję za jedynego wybawcę od niemieckiego nazizmu – hitleryzmu. A to co oburza nas i każe nam wspierać Ukrainę, uważa za małe koszty na wielkim ołtarzu biznesu. Bo Kissinger reprezentuje dzisiaj takich ludzi w Europie, którzy zysk stawiają ponad honor i wolność. Z całą pewnością jego wystąpienie w Davos budzi grozę, bo obnaża najczarniejszą stronę dzisiejszego kapitalizmu, pragmatycznej polityki Zachodu.

Przy okazji. Po roku 1990 kilku prezydentów USA odwiedziło Polskę. I wszyscy oni – najczęściej na Placu Zamkowym w Warszawie – rozczulali się nad tym, jak my, Polacy, pięknie umieraliśmy za wolność. Jak dzielnie walczyliśmy w powstaniu warszawskim, Jak walczyliśmy z komuną, że byliśmy wyzwaniem dla świata. Ale żaden z nich nie przeprosił za Jałtę. I żaden z prezydentów USA nie powiedział krótkiego „przepraszamy, że was sprzedaliśmy”. Niechby nawet dodał: „Wtedy nie mogliśmy inaczej postąpić”. Ale może ich wszystkich doradcą był właśnie Kissinger? A on przecież w widzi w Rosji „gwaranta spokoju”.

A może Kissinger jest nowym wcieleniem Chamberlaine’a? W każdym razie bardzo go przypomina. Pamiętają Państwo tamtego po powrocie z Monachium, jak stojąc na stopniach samolotu radośnie machał kartkami papieru i mówił: „Przywożę wam pokój”? I teraz historia wraca. Ale jak zawsze w formie farsy.

O postaciach rodem ze strasznej bajki pisze CEZARY KRYSZTOPA: Baby Jagi

Babcia Kasia. Jest coś symbolicznego w tym, że tak pieszczotliwym i sympatycznym mianem określono akurat najbardziej wulgarną i agresywną Babę Jagę jaką można spotkać na warszawskich ulicach. Z jednej strony to groteskowe, a z drugiej wręcz demonicznie przewrotne.

Czasem z racji wykonywanego zawodu, a czasem z przekonania (jak pod Trybunałem Konstytucyjnym, gdzie modliliśmy się o wyrok, który miał zatrzymać rzeź nienarodzonych) zdarzało mi się bywać w miejscach, gdzie bywała i kobieta zwana „Babcią Kasią”. I najczęściej wydawało mi się, że nikt nie przebijał jej w wulgarności i agresji. Sprawiała wrażenie kogoś nieobliczalnego, prowokacyjnego, pełnego jakiejś złej energii. I to skierowanej nie tylko przeciwko kontrdemonstrantom, czy policjantom, ale również ludzi teoretycznie po jej stronie.

Waszawianka roku?

Wręcz czasem zastanawiałem się czy nie jest to przypadek wykorzystywania jakiejś dysfunkcji, jak u Kononowicza. A może też jakieś mocno spóźnione poczucie „misji” czy odnalezienia „sensu” w dość prymitywnym zwracaniu na siebie uwagi, czy desperackie poszukiwanie „poczucia przynależności”. A dla nich jest „Babcią Kasią”. O mało nie została nawet „Warszawianką Roku”.

„Autorytety”

A przecież to nie pierwszy podobny przypadek. „Autorytet moralny” Mateusz Kijowski, „polski Kennedy” Ryszard Petru, „intelektualista” Maciej Stuhr, „aktywista LGBT” Bart Staszewski bezpardonowo atakujący rzecznika MSZ Łukasza Jasinę w związku z jego orientację seksualną. Szereg celebrytów obdarzanych jest atencją za rzekome przymioty obok których nawet nie stali. Przykładów jest wiele i nie dotyczą tylko osób. Ta sama zasada dotyczy „idei”, których są „nośnikami”. Walka o możliwość zabijania dzieci to „prawo człowieka”, szkodzenie własnemu krajowi za granicą to „patriotyzm”, łamanie unijnych traktatów i polskiej konstytucji to „praworządność”. I tak dalej.

Śmiech Baby Jagi

Trudno powiedzieć na ile takie kształtowanie „autorytetów” i „idei” jest świadomą parafrazą metody opisanej w książce „1984” George’a Orwell’a, gdzie Ministerstwo Prawdy zajmuje się kłamstwem, a Ministerstwo Miłości egzekucjami, ale analogie wydają się dość oczywiste.

Mamy teraz na głowie wojnę. I owszem, jest to dziś realnie większy problem niż „Babcie Kasie”. Wydaje mi się jednak, że mimo to nie powinniśmy zapominać o ich istnieniu. Nie dlatego żeby ta konkretna warta była nadmiernej uwagi, ale dlatego, że to co wobec większych problemów wydaje nam się dziś odległe i groteskowe, niestety w wielu krajach stało się codziennością i narzuconą „normalnością”, a przecież i u nas wygląda z każdego napompowanego grubą kasą koncernów kąta. I oby nie było tak, że przez naszą nieuwagę to Baby Jagi będą się śmiały ostatnie.

Kłamstwa są już prawdą – PIOTR VORONIN o tym jak Rosja wprowadziła totalną cenzurę

Według oficjalnych rosyjskich mediów Duma Państwowa na posiedzeniu we wtorek 24 maja uchwaliła w pierwszym czytaniu ustawę, która pozwoli Prokuraturze Generalnej na anulowanie rejestracji mediów bez decyzji sądu i zainicjuje zakaz korzystania z zasobów internetowych dla „rozsiewanie fejków, dyskredytowanie rosyjskiej armii i wzywanie do sankcji”.

Według portalu Meduza ustawa daje również rosyjskiemu prokuratorowi generalnemu i jego zastępcom prawo do pozbawienia zagranicznych dziennikarzy akredytacji bez orzeczenia sądu.

Za ustawą głosowało 361 deputowanych, nie było głosów na „nie”, 4 wstrzymało się. W tym samym czasie, według RBC, podczas dyskusji, nawet frakcja Partii Komunistycznej wypowiedziała się przeciwko tej inicjatywie. Oleksiy Kurinny sugerował, że nowe prawo może stać się instrumentem nacisku politycznego na media i proponował pozbawienie ich rejestracji nie decyzją Prokuratora Generalnego, lecz sądu.

Dokument został przekazany do rozpatrzenia przez grupę deputowanych pod przewodnictwem szefa Komitetu Bezpieczeństwa Dumy Państwowej Wasyla Piskariewa. Dotyczy to zarówno mediów rosyjskich, jak i zagranicznych działających w Rosji.

Ta skandaliczna decyzja, wykraczająca poza cały rosyjski system prawny, w tym konstytucję, która proklamuje wolność słowa i zakazuje cenzury, nie zaskoczyła analityków, ponieważ rosyjska Duma Państwowa już uchwaliła szereg wątpliwych co do zgodności z konstytucją ustaw, zakazujących przekazywania niektórych informacji, które tak naprawdę legalizują cenzurę urzędową.

Wszystko zaczęło się od tego, że 29 marca 2019 r. weszła w życie ustawa o wzmocnieniu odpowiedzialności za obrazę władzy i symboli państwowych w Rosji. Przewiduje ona maksymalną grzywnę w wysokości 300 000 rubli. Aresztowanie pod tym zarzutem jest możliwe w przypadku ponownego popełnienia naruszenia. I choć w Rosji nie ma odrębnej ustawy o znieważaniu prezydenta, dla wszystkich było jasne, że zmiany były spowodowane negatywnym stosunkiem Rosjan do praktyk Władimira Putina i nasiloną krytyką jego działań. Dlatego wszelkie uwagi krytyczne pod adresem głowy państwa można było interpretować jako obrazę urzędnika i symbolu państwa, co uniemożliwiało krytykę „króla”. Jednak w marcu br. przewodniczący Komisji Spraw Międzynarodowych Dumy Państwowej Leonid Słucki zaproponował dalsze podwyższenie kary „za obrazę prezydenta”.

Ponadto ustanowiono odpowiedzialność karną za publiczne rozpowszechnianie „oczywiście nieprawdziwych” informacji o weteranach wielkiej wojny ojczyźnianej, co więcej zrównano ją z odpowiedzialnością za „rehabilitację nazizmu”. Jednocześnie nikt nie odebrał rosyjskiej prokuraturze możliwości zakwalifikowania jakiejkolwiek negatywnej opinii o historii i jej poszczególnych przedstawicielach jako „obrazy weterana” (swoją drogą, Aleksiej Nawalny został skazany na podstawie tego artykułu) lub jako „rehabilitacji nazizmu”, Z rehabilitację nazizmu grozi grzywna do 3 milionów rubli, kary pracy przymusowej lub pozbawienia wolności do trzech lat. Za publiczne „poniżanie honoru lub godności weteranów”, a także „bluźnierstwo przeciwko symbolom chwały wojskowej Rosji” lub „oczywisty brak szacunku dla dni chwały wojskowej”, popełnione za pośrednictwem mediów lub Internetu można zostać skazanym na grzywny – od 2 do 5 milionów rubli, a nawet na karę pozbawienia wolności do pięciu lat.

Duma Państwowa zobowiązała się również do rozszerzenia ustawodawstwa o tzw. „zagranicznych agentach”, choć sprzeczne jest to z art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i konstytucją samej Rosji. Pod koniec 2020 roku Putin podpisał ustawę rozszerzającą podmioty uznawane za agentów zagranicznych i ustanawiającą odpowiedzialność karną za nieprzestrzeganie przepisów. Z art. 1 wynika, że ​​agentem zagranicznym jest organizacja lub osoba, która celowo gromadzi informacje na terytorium Rosji i jej organów państwowych. I choć ustawa zajmuje się informacją wojskowo-techniczną i polityczną, to jednak jak pokazuje praktyka, pod ten status rząd wprowadza każdą organizację lub osobę, która zbiera informacje w Rosji, bo nawet informacje z dziedziny edukacji czy ekonomii można uznać za polityczne. Na podstawie tego prawa duża liczba mediów, redakcji i indywidualnych korespondentów pracujących dla światowych mediów została uznana za zagranicznych agentów i zakazano ich działalności.

25 kwietnia 2022 r. grupa posłów złożyła do Dumy Państwowej projekt nowej ustawy „O kontroli działalności osób pozostających pod obcymi wpływami”. Zbierze ona wszystkie zasady dotyczące działalności osób i organizacji uznanych za „zagranicznych agentów”. Obecnie działalność osób i organizacji uznanych za „zagranicznych agentów” regulują cztery ustawy: „O organizacjach non-profit”; „O środkach wobec osób zaangażowanych w łamanie podstawowych praw i wolności człowieka, praw i wolności obywateli Federacji Rosyjskiej”; „O środkach masowego przekazu”, „O stowarzyszeniach publicznych”. Każda z nich ma zasady, które ograniczają działalność poszczególnych podmiotów i zakładają odpowiedzialność karną.

Jeśli zostanie przyjęta ustawa „O kontroli działalności osób pozostających pod wpływem obcych”, dokument ustanowi nowe zasady uznawania za „zagranicznych agentów”, nowe obowiązki i ograniczenia. Jednocześnie w przypadku uchwalenia nowej ustawy zastosowanie będą miały wszystkie istniejące normy dotyczące odpowiedzialności za naruszenia popełniane przez „zagranicznych agentów”, które są już zapisane w Kodeksie karnym i Kodeksie wykroczeń administracyjnych.

Rosyjscy prawodawcy postanowili też uregulować historię swojego kraju. Rosjanie są oczywiście zmęczeni porównywaniem działań Putina do Hitlera i polityki sowieckiej do nazistowskich Niemiec. Dlatego prezydent Rosji Władimir Putin podpisał już ustawę wprowadzającą do Kodeksu wykroczeń administracyjnych artykuł o „publicznej identyfikacji” ZSRR z nazistowskimi Niemcami i negujący „decydującą rolę narodu sowieckiego w pokonaniu nazistowskich Niemiec i misję  humanitarną ZSRR w celu wyzwolenia Europy”. Prawo to przewiduje grzywny dla osób fizycznych w wysokości do 2 tysięcy rubli lub areszt do 15 dni, dla osób prawnych – grzywnę w wysokości do 50 tysięcy rubli. Ustawa uchwalona przez Dumę Państwową 6 kwietnia mówi, że identyfikacja dotyczyła zbieżności celów, decyzji i działań kierownictwa ZSRR, dowództwa i wojskowych ZSRR z celami, decyzjami i działaniami nazistowskich Niemiec. Odtąd okazuje się, że każda krytyczna opinia publicystów, historyków czy analityków na temat działań stalinowskiego reżimu w czasie II wojny światowej podlega zakazowi i odpowiedzialności karnej.

W marcu 2022 r., wraz z rozpoczęciem na dużą skalę wojny z Ukrainą, Duma Państwowa jednogłośnie i w trzech czytaniach uchwaliła ustawę o karach za rozpowszechnianie „nieścisłych informacji o działaniach rosyjskiego wojska”. Ustawa wprowadziła nowy artykuł w kodeksie karnym, zgodnie z którym wszelkie negatywne informacje o armii rosyjskiej można uznać za fałszywe i ukarane. „Winnym” grozi do trzech lat więzienia. Jeśli fejk jest rozpowszechniany w ramach zorganizowanej grupy, czyli redakcji mediów, maksymalny wymiar kary wzrasta do 10 lat więzienia. Jeżeli rozpowszechnianie „nieścisłych informacji” spowodowało „poważne konsekwencje”, sprawcom grozi do 15 lat więzienia.

Przewodniczący Dumy Państwowej Wiaczesław Wołodin powiedział, że organ ten uchwalił również ustawę przewidującą karę pozbawienia wolności do trzech lat za „wezwania do nałożenia sankcji przeciwko Federacji Rosyjskiej”. Ponadto poprawki zabraniają „dyskredytowania rosyjskich sił zbrojnych”. Pierwsze tego rodzaju naruszenie będzie skutkowało odpowiedzialnością administracyjną, a drugie – już karną w postaci grzywny od 100 do 300 tysięcy rubli lub kary pozbawienia wolności do trzech lat. Dlatego Roskomnadzor stwierdził, że rosyjskie media powinny relacjonować działania militarne Rosji wyłącznie na podstawie informacji z oficjalnych źródeł rosyjskich. Zażądał usunięcia przez media artykułów nazywających to, co dzieje się na Ukrainie „wojną” lub „atakiem” i zablokował kilka niezależnych rosyjskich mediów.

Prezydent Rosji Władimir Putin już podpisał ustawę o karze pozbawienia wolności do 15 lat za „fejki o rosyjskiej armii”. W związku z groźbą postępowania karnego po przyjęciu tej ustawy rosyjska sekcja BBC podjęła decyzję o czasowym zawieszeniu pracy w Rosji. „Nowaja Gazeta” ogłosiła usunięcie materiałów o rosyjskiej inwazji na Ukrainę, a następnie przeniosła redakcję całkowicie poza Rosję. To tylko niektóre przykłady.  Od początku wojny w Rosji zostało zablokowanych wiele mediów.

A koło represji już nabrało rozpędu. Kilka dni temu wszczęto sprawy karne na podstawie artykułu „o fałszerstwach” o rosyjskiej armii przeciwko Aleksiejowi Gorinowowi i Elenie Kotenoczkinie, dwóm deputowanym miejskim obwodu krasnosilskiego w Moskwie, po tym, jak Rada Deputowanych nie zgodziła się z tzw. operacją specjalną. Deputowanym miejskim grozi do 10 lat więzienia za ich antywojenną postawę.

W Petersburgu sąd orzekł w sprawie „podróbek” przeciwko dziennikarce Marii Ponomarenko, która 17 marca opublikowała na swoim kanale na Telegramie informację, że rosyjskie siły powietrzne rozpoczęły nalot na Teatr Dramatyczny w Mariupolu. Jednocześnie rosyjskie Ministerstwo Obrony zdementowało tę informację.

Wszczęto sprawę karną przeciwko Weronice Biłocerkiewskiej, która zamieściła na swoim profilu na Instagramie szereg postów zawierających informacje o wykorzystaniu rosyjskiej armii do niszczenia ukraińskich miast i ludności cywilnej podczas operacji specjalnej. Twierdzą, że „Biłocerkiewska zdyskredytowała władze publiczne i armię rosyjską”. Chociaż w rzeczywistości to Rosja, jej rząd i armia zdyskredytowały się. W obwodzie tomskim zostało wszczęte postępowanie karne przeciwko mieszkańcowi Siwerska i mieszkańcowi Tomska. W jednym z portali społecznościowych zamieścili oni informacje o stratach rosyjskich żołnierzy, a także o ich działaniach na terytorium Ukrainy.

Sprawę karną wszczęto przeciwko petersburskiej artystce Aleksandrze Skoszilenko, która w sklepie zamieniła metki z cenami na informacje o zmarłych w Mariupolu. Oskarżana jest także o rozpowszechnianie „fejków” na temat armii rosyjskiej. Kilka tysięcy takich spraw zostało już wniesionych w Rosji, a jeszcze więcej jest administracyjnych spraw „zdyskredytowania” sił zbrojnych.

W ten sposób dzieje się coś niesłychanego na świecie: deklarując w konstytucji wolność słowa i mediów oraz zakazując cenzury, rosyjski parlament wprowadził tyle zakazów kodeksów administracyjnych i karnych, że wyrażanie jakichkolwiek prawdziwych informacji o rządzie i jego przedstawicielstwach, o weteranach, o działaniach władz i armii rosyjskiej i innych rodzajów sił zbrojnych stało się niemożliwe. Wszystkie prawdziwe informacje są prawnie kwalifikowane jako fałszywe. Jednocześnie prawie wszystkie zniekształcone, stronnicze i nieprawdziwe informacje są kwalifikowane jako prawdziwe. Kojarzy się to orwellowskimi „wojna jest pokojem”, „kłamstwa są prawdą”. W świecie mediów w całej Europie jest to bezprecedensowy eksperyment ustanowienia totalnej cenzury w interesie dyktatorskiego reżimu, który powinien podlegać międzynarodowym sądom.